Fabletown News

Rewolucja w ogrodach Woodlands

Nie od dziś wiadomo, że koniec wiosny i początek lata jest okresem, w którym ogrodnicy z Woodlands mają najwięcej pracy. Tym razem, o pomoc poproszono uczniów Zespołu Szkół im. Ch. H. Andersena oraz wolontariuszy - wszystkich chętnych Baśniowców, którzy kochają rośliny i chcą, aby to miejsce wyglądało jeszcze wspanialej.
Nie od dziś wiadomo, że po zmroku w sklepie Golden Goose dzieją się dziwne rzeczy. Spadające z półek produkty, latające mopy i samo-jeżdżące wózki. Tym razem, właściciel sklepu stracił cierpliwość i postanowił wytoczyć wojnę złośliwym duchom. Wynajął specjalistów, którzy mają pozbyć się natrętnych mieszkańców.



Bufkin donosi, że...

...po tym, jak Vanessa bohatersko pomogła rozstrzygnąć spór w sprawie skradzionych czekoladek, w barze Trip Trap panuje większy ruch. Nie chodzi jednak o promocję piwa ani nowe piosenki Kapitana Haka. Otóż, wielu Baśniowców szuka darmowej porady "jak żyć" u uroczej barmanki. Podobno pomogła już w niejednej sprawie! Najnowszą z nich jest tajemnicze zniknięcie szamponu, który został skradziony w biały dzień, wprost z łazienki Erwina!
"Zbliża się apokalipsa zombie!" - donoszą nagłówki gazet z dzielnicy Doczesnych sąsiadujących z naszym Fabletown, którzy spanikowali na widok spacerującego po ulicach samotnego zombie. Tymczasem, to tylko jeden z pacjentów Victora wydostał się ze szpitala i wybrał się na wycieczkę. Z kolei przy wszystkich lokalach i tablicach ogłoszeń w Fabletown, pojawił się komunikat z prośbą do wrażliwszych Baśniowców, by nie atakowali zombie. W końcu to też Baśniowcy, prawie tacy jak my!

wtorek, 1 maja 2018

There's a storm coming

NAJSAMPIERW ZAPRASZAM DO KP CUDOWNEJ EIRWEN!
Odautorsko:
Chociaż w komentarzach pod pierwszą notką odpisywałam, że pomyślę nad napisaniem kolejnej, byłam bardzo nastawiona na nie wobec tego pomysłu. Wkrótce jednak wena przyszła. Ignorowałam, bo stwierdziłam, że jedna notka mojego autorstwa wystarczy i jeżeli mają się kolejne pojawić, to napisane wspólnie z kimś spośród autorów na blogu. Niestety, przysiadłam i zaczęłam pisać. To chyba jest dowód na to, o czym mówiliście, Boćku, Skipper i Q — po pierwszej notce zawsze pojawia się taka natrętna myśl: chcę jeszcze jedną.
Notkę dedykuję autorom, którzy jednogłośnie stwierdzili wincyj małej Morganki, czyli Redhead, Narfikowi (oraz jej Mordziowi, który dzisiaj obchodzi swoje urodziny. Wszystkiego co najlepsze życzy mamusia ♥) i Prezydentowi Galaktyki. Chętnie poszerzę dedykację o osoby, które świadomie (bądź nie) nadal pomagają mi uporać się z moją cudowną samokrytyką. Wprawdzie jest jej coraz mniej, ale od czasu do czasu, wciąż daje o sobie znać. Nie mogę pominąć mojej wspaniałej Matki Korektorki, którą po raz kolejny stała się niezastąpiona Miyu Potato Potato. Dzięki jej nieocenionej pomocy treść została pozbawiona wszelkich mankamentów. Dziękuję bardzo! ♥
UWAGA! Wstęp do notki został napisany w oparciu o historię Morgany przedstawionej na blogu i nie należy brać tego jako pewnik! Choć można dostrzec podobieństwa do ogólnie znanej historii, ta jednak została nieco zmodyfikowana, by ostatecznie pasowała do mojej kreacji Morgany.
PS. Pod nutkami ukryły się utwory, które towarzyszyły przy tworzeniu poszczególnych części.
PS2. liczę, że ktoś szybko to zakryje. Ozłocę za to! xD


Początek tej historii miał miejsce jeszcze w czasach starej religii. Vivianne, młoda kapłanka po raz pierwszy samodzielnie opuściła świętą wyspę Avalon i zamieszkała na ziemiach Albionu. Przyjęto ją w Tintagel, dano komnatę i pozwolono zostać tak długo, jak zechce. Nie przybyła jednak bez powodu. Igraine — ówczesna żona Gorloisa — urodziła córkę, Morgause, a zgodnie z tradycją, pierworodną zawsze poświęcano Bogini, oddając na wychowanie kapłankom z Wyspy Jabłoni. Niemniej jednak trudność w rozstaniu i dobroć, która jeszcze wtedy panowała w sercu kobiety, sprawiła, że zabrała dziecko nieco później, niż odbywało się to zazwyczaj.
Kapłanka, choć szczerze chciała, nie mogła odwlekać tego wydarzenia w nieskończoność i wreszcie nadszedł t e n dzień. Rudowłosa dziewczynka była jeszcze zbyt mała, aby pojąć, dlaczego wyjeżdża, lecz na tyle rozumna, by mieć świadomość rozstania z rodzicielką. Pod osłoną nocy została zabrana z Camelotu i wywieziona tam, gdzie miała spędzić lata swojego dzieciństwa, a może i nawet całe życie, jeżeli takie byłoby jej życzenie. Dlaczego akurat stamtąd, a nie z Tintagel? Pani Igraine wraz z mężem, córką i zaprzyjaźnioną czarodziejką spędzali czas na dworze króla Uthera, z racji uczty połączonej z ważnym wydarzeniem dla Albionu. Toczona latami wojna, została wreszcie zakończona korzystnym dla obu stron rozejmem. Jednakże nie tylko to było tak istotnym faktem, albowiem tego dnia król po raz pierwszy spotkał Igraine, dla której Avalon przygotował ważne zadanie. To ona miała wydać na świat jedynego i przyszłego króla, a tym samym następcę tronu Camelotu. I miało się to dokonać już wkrótce.
Vivianne jakiś czas później powróciła, ponownie zatrzymując się u swoich wcześniejszych dobroczyńców. Tym razem kapłanka otwarcie przekazała wolę Avalonu swojej przyjaciółce. Igraine nie podobała się ta wizja i wzbraniała się nawet przed samą myślą o zdradzie męża, aczkolwiek to, tak czy inaczej musiało się dopełnić. 
Przyszła Pani Jeziora z kolei, w ciągu kolejnych kilku lat, od czasu do czasu doglądała edukacji Morgause w Avalonie, lecz znacznie dłużej pozostawała na stałym lądzie, przywożąc wieści od córki do Kornwalii.
Punktem kulminacyjnym była noc przesilenia zimowego. Pan Tintagel tydzień wcześniej wysłany został na bitwę z wrogiem, na daleką północ; kapłankę z kolei dręczyły złe przeczucia. Nie chciała martwić Igraine, której myśli — choć skupione na przepowiedni i uczuciu, jakim zaczynała darzyć króla — jeszcze od czasu do czasu wędrowały ku pierwszej miłości, więc milczała. Wszelako, kobieta musiała pozbyć się dręczących jej wyrzutów i uczucia bezsilności, więc dała upust wszystkim emocjom w jednej chwili zapomnienia, w towarzystwie króla. Dziewięć miesięcy później przyszła na świat pierwsza, a zarazem jedyna córka czarodziejki oraz króla Uthera Pendragona — Morgana. Zgodnie z umową, Vivianne utrzymywała, iż dziecko jest Gorloisa. Mężczyzna nieświadomy tego, co zaszło pod jego nieobecność, uznał córkę i postanowił wychować jak własną. Zresztą, był przekonany, iż kobieta mówi prawdę. Wiedział bowiem, że kapłanki Avalonu nie powinny kłamać. 
Od tamtego wydarzenia wiele rzeczy uległo zmianie. Igraine odeszła i spodziewała się przepowiedzianego syna, następcy króla Camelotu, a Vivianne coraz bardziej cieszyła się z tytułu Pani Jeziora i przekazywania woli Avalonu mieszkańcom ziem dawnej Brytanii. Ku zdziwieniu diuka Kornwalii, postanowiła także zostać jeszcze na trochę w Tintagel. Nieoficjalnie była nazwana drugą żoną Gorloisa, albowiem nawet w ten sposób się zachowywała. Co wydawało się jednak dziwne wszystkim mieszkańcom dworu, wcale nie zajmowała się Morganą. Nikt nie był w stanie podać przyczyny braku matczynej miłości. Być może ta zbyt bardzo przypominała Vivianne o incydencie z zimowej nocy? Kobieta przez długi czas miała do siebie żal za lekkomyślność i za to, że tak łatwo uległa fizycznym pokusom; miała żal również do córki, którą była nawet trochę rozczarowana. Wszystko z powodu słabych, a wręcz znikomych magicznych zdolności. Kapłanka twierdziła jednak, że nic, co zaszło nie było kwestią przypadku. Taka była wola Avalonu. Podobnie podchodziła do śmierci dawnej przyjaciółki, Igraine, która oddała życie przy porodzie swojego syna, którego sama jakiś czas wcześniej jej przepowiedziała. 
Vivianne odeszła niedługo po tym, jak król postanowił zgładzić każdego, kto zna, chociażby jedno zaklęcie. Gorlois został sam z córką, która wypełniła pustkę po oddanej przed paroma laty Morgause oraz po odejściu obydwu ważnych kobiet z jego życia.

***

Tintagel, Kornwalia - 8 miesięcy wcześniej

Morgana od samego rana próbowała wtargnąć do jadalni Gorloisa, mimo stanowczego zakazu stojących przed drzwiami strażników. Istotnie chcieli ją powstrzymać, wykonując tym samym rozkaz diuka Kornwalii, który jasno zaznaczył, że nie chce nikogo widzieć. Wszystko na próżno, gdyż ciemnowłosa była nieustępliwa. Rycerze potraktowani argumentem z jej strony, iż na pewno nie miał na myśli swojej córki, której osobiście powiedział, że jej widok zawsze sprawia mu radość, ostatecznie odpuścili i pozwolili dziewczynce wejść. Być może z nadzieją, że faktycznie tak się stanie i wreszcie zostaną oddelegowani do swoich codziennych zajęć. W każdym razie nawet obecność dziecka nie poprawiła nastroju mężczyzny, który można było śmiało porównać do aury panującej poza murami zamku. Już bowiem od pierwszego promienia słońca, wyraźnie czuć było w powietrzu, że zanosi się na burzę. Resztki suchego i ciepłego powietrza z północno-wschodniej części wyspy dotarły w nocy nad Kornwalię i zmieszały się z wilgotnym i chłodniejszym, napływającym znad oceanu. Wczesną jesienią było to całkiem normalne zjawisko i prawdopodobnie nikt nawet by się tym nie przejął, gdyby nie fakt, że towarzyszyło temu pewnego rodzaju napięcie. W jednych budziło ono niepokój, inni odczuwali z tego powodu zdenerwowanie, a jeszcze inni czuli się mocno zdekoncentrowani. Wszyscy natomiast byli zgodni co do jednego — ten dzień mógłby się już skończyć.
Około południa, gęste chmury szczelnie spowiły niebo nad Tintagel, zupełnie odcinając jego mieszkańców od światła słonecznego. Na co dzień żywo-zielone, gęsto porośnięte fioletowym wrzosem łąki stały się wyblakłe i zlewały się z szarością wystających tu i ówdzie skał. Nawet lazurowa woda oceanu zdawała się mieć pastelowy odcień mało wyrazistego i brudnego niebieskiego koloru, a białe bałwany ze smętnym, jednostajnym szumem, od niechcenia rozbijały się w dolnych partiach wysokich klifów.
Gorlois uniósł głowę, gdy do jego uszu dotarł odgłos otwieranych drzwi. Uważnie przyjrzał się stojącej w nich dziewczynce i z trudem uniósł kąciki ust w groteskowo wyglądającym uśmiechu. Zdawał się obecny jedynie ciałem; jego myśli — co było aż nazbyt widoczne — błądziły zupełnie gdzie indziej. Był taki od dnia powrotu z Camelotu, choć już w drodze do domu zauważono smętny nastrój diuka. Jedni szeptali, że to jakaś wiedźma musiała rzucić nań urok; inni, że pewnie ma dosyć tak częstych wypraw zbrojnych, na które posyła go król i przez co czuje się bardziej gościem, niż mieszkańcem swego zamku; byli również tacy, co winę apatii pana Tintagel zwalali na pogodę, twierdząc, że gdy tylko burza nadejdzie — wszystko wróci do normy. Niemniej jednak nawet w swoich najśmielszych przypuszczeniach nie wyobrażał sobie, że Morgana, zamiast ukoić smutek, wystawi jego nerwy na sporą próbę.
– Czy to było konieczne, ojcze? – pytanie z ust dziewięcioletniej dziewczynki poprzedził głuchy stukot, towarzyszący szybko stawianym przez nią kroków. Echo rozniosło się po sporej, acz skromnie umeblowanej sali. Poza wąskim średniej długości dębowym stołem; paroma krzesłami z ręcznie rzeźbionymi oparciami, których siedziska obite zostały skórami jakichś dzikich zwierząt, oraz dodatkową ławą stojącą pod ścianą, na wypadek niezapowiedzianych gości, nie było nic. Ulegało to zmianie podczas wydawanych uczt. Wówczas do sali znoszono dodatkowych parę stołów, które ustawiano w kształt kanciastej podkowy. Wszystko po to, ażeby miejsce podczas takich uroczystości znalazło jak najwięcej osób, a jednocześnie komnata nie traciła na przestronności.
Obecnie jednak, na blacie stołu stała taca ze świeżymi i jeszcze nietkniętymi owocami oraz resztki śniadania na srebrnym talerzu, którego — z racji zakazu wstępu — służba nie mogła zabrać.
– Morgano, jeśli mówisz o tym – rzekłszy, wskazał na drzwi. Ewidentnie chciał jeszcze coś dodać, lecz zrezygnował, kiedy dziewczynka zatrzymała się niecały metr od niego. Na jej drobnej twarzy wymalowało się zdenerwowanie pomieszane ze złością, a nawet zawodem, który ubódł już i tak wyniszczoną ostatnimi wydarzeniami psychikę Gorloisa. Zielone oczy, które bacznie wpatrywały się w jego zmęczone oblicze, miały w sobie pewien błysk, lecz ten nie miał nic wspólnego z dziecięcą radością. Ciemne brwi z kolei po chwili powędrowały ku sobie, nadając dziecku ostrzejszych rys.
– Nie mówię o drzwiach – oznajmiła twardo, ale w miarę spokojnie. Jednakowoż widocznym było, jak w jej wnętrzu kotłuje się mnóstwo różnych emocji, nad którymi z trudem panowała. Splotła przed sobą dłonie, zamykając w uścisku materiał z szerokich rękawów zielonej sukienki, który gniotła niczym źle zapisany pergamin, mający za chwilę trafić do kominka i zostać strawiony przez pomarańczowo-żółty płomień. – Czy konieczne było pozbawienie życia wszystkich tych ludzi? – zapytała i nie czekając na odpowiedź ze strony ojca, dodała. – Powinieneś wiedzieć, że w Camelocie wieści szybko się roznoszą – w jej głosie coraz wyraźniej słychać było pretensję. Morgana pochyliła lekko głowę do przodu i spod szerokiego pasma ciemnobrązowych włosów mierzyła twarz Gorloisa wrogim spojrzeniem. On sam mógł przysiąc, że w tamtej chwili nie poznawał własnej córki. Nigdy nie patrzyła na niego jak na przeciwnika, nigdy nie miała tak ogromnych pretensji — nie licząc chwil, kiedy nieopatrznie wspomniał o Vivianne. Zresztą, od ostatnich trzech lat, Gorlois coraz częściej napotykał problemy w zapanowaniu nad Morganą. Buntowała się, stawiała na swoim i rzadko wykazywała się cierpliwością. Wymyślała kolejne sposoby na wyegzekwowanie tego, na czym akurat jej zależało. Była mądra i bystra. Świetnie potrafiła wykorzystywać słabsze punkty drugiego człowieka, starając się wpłynąć na jego decyzję. Adopcyjny rodzic chwilami zastanawiał się, po kim to odziedziczyła. Vivianne lubiła stawiać na swoim, aczkolwiek tylko w sprawach bezpośrednio dotyczących Avalonu, nigdy dla własnych korzyści. On sam z kolei nie stosował takich metod. Uznawał je za mało honorowe i te same zasady próbował wpoić swojej podopiecznej. Bez skutku. Morgana zdawała się mieć swoje własne kryteria, podług których postępowała. I chociaż ojcu się to nie podobało, nie zamierzał jej zmieniać. Zależało mu wyłącznie na dobru i szczęściu dziecka.
Pan Tintagel chyba też nie do końca rozumiał powód takiego zachowania dziewczynki. Nie pierwszy raz wyruszył na bitwę przeciwko wrogom Uthera i nie po raz pierwszy, prawie wszystkich na takiej wyprawie zabito. Podobne rzeczy działy się każdorazowo. Nie brał, a może i nie chciał wziąć pod uwagę, że tym razem miał udział w egzekucji ludzi, którzy jak dotąd nie wyrządzili nikomu żadnej krzywdy. Byli to druidzi koczujący w lesie przyległym do murów Camelotu. Prawdopodobnie pewni, iż pokojowe nastawienie nie narazi ich na gniew króla. Pomylili się, za co przyszło im zapłacić najwyższą cenę. Gdy dwa dni wcześniej patrol wysłany z zamku trafił na ich obóz; Uther niezwłocznie nakazał swojemu wojsku, by raz na zawsze pozbyli się praktykujących magię z królestwa. Poprosił o pomoc również Gorloisa, zważywszy na łączącą ich przyjaźń, a także jego wierność i oddanie obecnej władzy, które choć wystawione na wiele prób, pozostawało niezmienne. Przygotowania zaczęto natychmiast, a wyruszono o pierwszym brzasku, jak tylko wojska z Tintagel dotarły na miejsce.
Od powrotu armii do twierdzy, Morgana nie odzywała się do nikogo, choć będąc w królestwie Pendragona, chętnie wdawała się w rozmowy z rycerzami, ojcem czy nawet samym królem. Nie mogła wiedzieć zatem, że źle się z tym czuł również jej opiekun i oskarża go o tę zbrodnię nie do końca słusznie. Jednakże w oczach dziewięciolatki wszystko było białe albo czarne. Uznała więc, że skoro ojciec brał udział — był winny.
– Nie powinnaś mieszać się w sprawy dorosłych – po tych słowach mężczyzna wstał i podszedł bliżej dziewczynki, chcąc przytulić ją w ojcowskim geście. Morgana, ku jego zdziwieniu cofnęła się o krok. Z chwilą jej wejścia do środka, Gorlois przez ułamek sekundy czuł złość, że znów wykazała się nieposłuszeństwem, co — jak już wiadomo — zdarzało się coraz częściej. Wszelako wnet na miejsce złości wskoczyła ulga. Był bowiem pewien, że postanowiła przerwać swoje milczenie i przyszła przeprosić. Teraz nie potrafił określić emocji, jakie nim targały. Choć kochał córkę to w chwilach takich jak ta, miał ochotę skarcić ją w jakikolwiek sposób, żeby tylko nauczyła się większego szacunku i posłuszeństwa. Z drugiej strony, nie miał sumienia, by zrobić to własnemu dziecku. 
– Skoro król tak bardzo chce się pozbyć swoich wrogów, czemu sam ich nie zabije? – zapytała, nie spuszczając wzroku z jego postaci. – Zwłaszcza kiedy wydaje wyrok na niewinnych. Aż dziwne, że do tej pory nie kazał wybić połowy mieszkańców swojego królestwa – ironizowała. Odkąd ukończyła siedem wiosen, nie obawiała się wyrażać własnego zdania czy krytyki względem króla. Czasem robiła to w jego towarzystwie. Diuk Kornwalii obawiał się złości ze strony Uthera, ten jednak zdawał się nie mieć tego za złe. Obracał to w żart bądź komentował, iż odwagę w wyrażaniu własnej opinii z pewnością odziedziczyła po swoim ojcu.
– Dosyć! – Gorlois podniósł głos, lecz niemal niewzruszona postawa Morgany nakazała mu zrezygnować z szorstkiej reprymendy. Westchnął bezgłośnie i popatrzył na córkę. – To jest król, Morgano i powinnaś okazywać mu należyty szacunek. Mnie też nie zawsze podobają się jego rozkazy, ale bunt oznaczałby zdradę. Od wielu lat jest moim przyjacielem, pomaga nam jak może. Powinnaś być za to wdzięczna – wytłumaczył i obserwował twarz dziewięciolatki, której mina odrobinę złagodniała.
– Nie zamierzam szanować tyrana i mordercy! – nieoczekiwanie tym razem to Morgana krzyknęła. I bynajmniej, nie miała w swoich planach przeprosin za ten nagły wybuch. Wiedziała jak mocno rani tym swojego opiekuna, aczkolwiek czuła złość, że zmuszono go do tego, by zabijał niewinnych.
– Morgano, idź natychmiast do swojej komnaty. Możesz wrócić, dopiero gdy przemyślisz swoje zachowanie – Gorlois polecił, wskazując ręką na drzwi. Czuł, że zasoby jego cierpliwości były na wyczerpaniu i, że gdyby nie nakazał jej teraz wyjść, mógłby sięgnąć po ostateczne środki, ażeby zmusić ją do szacunku.
Posłuchała. Odwróciła się i szybkim krokiem ruszyła w kierunku drzwi, w które kilkukrotnie mocno zastukała. Wyszła, jak tylko stojący za nimi rycerz uchylił je na tyle, by mogła się przecisnąć i zniknęła w korytarzu, biegnąc do swojej komnaty.

***

Otulona szczelnie długim granatowym płaszczem, stała przy południowej części muru zamku i obserwowała niespokojny ocean, którego fale z zaciekłością raz za razem uderzały o wysokie klify, na których stał zamek. Od czasu do czasu, drobniutkie kropelki słonej wody niesione przez silny powiew zimnego wiatru znad oceanu rosiły jej bladą twarz. Po chwili niebo zasnute ciemnymi chmurami przecięła samotna błyskawica, a tuż po niej, gdzieś w oddali słychać było pierwszy grzmot. Dziewczynka pobiegła do wejścia i zniknęła w ciemnym korytarzu, udając się tam, gdzie czuła się względnie bezpieczna.
Burza faktycznie nadeszła, a panujące w powietrzu napięcie zniknęło. Zelżała także atmosfera panująca w zamku. Tuż przed kolacją, Morgana wróciła do komnaty ojca i przeprosiła. Nie do końca szczerze, fakt, ale musiała to uczynić, by Gorlois przestał się na nią złościć. Odkąd Vivianne odeszła, zapanował spokój. Czuli to wszyscy, nie tylko dziewięciolatka. I wszystkim tak samo zależało, by trwał jak najdłużej.
– Przemyślałam swoje zachowanie, ojcze… – odezwała się wówczas cicho i niepewnie spojrzała w twarz opiekunowi. – Nie powinnam tak się do ciebie odnosić ani obrażać króla – głos dziewczynki nawet przez moment nie zadrżał. Starała się bardzo, by brzmiało to szczerze. Prawdę powiedziawszy, złość powoli mijała. A zastanowiwszy się nad sprawą ponownie, uznała, że ojciec nie miał nic wspólnego z tym, co się stało. Wykonywał jedynie rozkazy, prawdopodobnie nieświadomy niewinności druidów.
– Cieszą mnie twoje słowa, Morgano – Gorlois odparł i posłał córce uśmiech, zaraz biorąc ją w ojcowskie objęcia.
Morgana zasiadła z nim do stołu. Potem, aż do wczesnego wieczora mężczyzna poświęcił najwięcej uwagi swojej pociesze. Chwile rodzinnej sielanki przerwała nieoczekiwana audiencja posła z Camelotu, więc dziewczynka oddaliła się do komnaty. Przebywała tam jakiś czas, lecz znudzona bezczynnością wyszła na zewnątrz. I najpewniej zostałaby tam dłużej, gdyby burza nie rozszalała się na dobre.

Tym razem bez problemu wpuszczono ją do komnaty Gorloisa, a podszedłszy bliżej, stanęła u jego boku i spojrzała na zmartwioną twarz ojca. Czy wciąż był zły? — w jej głowie pojawiła się ta myśl, lecz nie odważyła się zapytać. Milczała w bezruchu. Jej niewielka dłoń spoczęła na ramieniu mężczyzny.
– Nie powinnaś o tej porze już spać? – ojciec spytał i skierował swój zmęczony wzrok na twarz córki, rozświetlonej przez błyskawicę, której światło wdarło się do środka przez rząd niedużych okien. Baczne oko diuka Kornwalii zarejestrowało, jak dziewczynka drgnęła.
– Pójdę spać, gdy burza się skończy – oznajmiła i z lekkim przerażeniem zerknęła w najbliższe okno, za którym natura prezentowała swój teatr świateł.
Od dziecka bała się burzy. Zazwyczaj w burzowe noce koszmary nasilały się, przez co częściej budziła się z krzykiem. Nawet sama Vivianne nie była pewna, dlaczego podczas burz wizje senne tak bardzo dokuczały Morganie. Nie pomagał jej wówczas nawet nasenny napar, więc Gorlois nierzadko czuwał do późnych godzin przy łóżku dziecka, by w razie kolejnego koszmaru, Morgana nie była sama.
– Powinnaś w końcu przezwyciężyć strach – rzekł i przeczesał pasmo długich, ciemnych włosów córki. – Nie zawsze będziesz mogła liczyć na czyjąś pomoc.
– Ty mnie nie zostawisz – rzuciła prawie pewnie i spojrzała na twarz ojca, jakby oczekiwała od niego potwierdzenia.
– Na pewno nie z własnej woli, moje dziecko – otrzymała je, choć na pewno nie w takiej formie, w jakiej by chciała. – Nie zawsze jednak dzieje się tak, jakbyśmy tego chcieli. Pamiętasz przecież, jak twoja matka nieraz wspominała o rzeczach, na które nie mamy wpływu. Czasem ktoś bądź coś decyduje za nas.
– Nie chcę o niej rozmawiać – rzuciła ostrzej. Spuściła głowę, jak gdyby chciała okazać skruchę, po czym przeszła naprzeciwko ojca, ustawiając się tym samym plecami do okien.
Gorlois widząc to, przygarnął do siebie dziewczynkę, sadzając ją na kolanach i przytulił, nie pozwalając jednocześnie, by widziała wiele z tego, co dzieje się poza murami zamku. Morgana wtuliła swoją twarz w ramię ojca i przymknęła powieki. Odniosła wrażenie, że pomruki burzy zostały odgrodzone dosyć grubą ścianą, kiedy nadszedł sen.
7 miesięcy później.

Poderwała się z krzykiem, gdy późną nocą rozległ się potężny huk spowodowany nadejściem burzy, której tym razem nikt się nie spodziewał. Wiosną, w Kornwalii należały one do rzadkości. Najstarsi mieszkańcy przyległych do Tintagel wiosek jednak już od święta Imbolc wieścili, iż będzie to rok obfity w liczne burze. Podobno wysnuli to na podstawie mijającej, dosyć chłodnej, jak na te tereny zimie. Mało kto zwracał uwagę na ich słowa, choć jak widać — mogli oni mieć słuszność w swoich osądach.
Ciemne wnętrze komnaty rozświetliła kolejna tej nocy jasnoniebieska błyskawica, pomimo szczelnie zasuniętej na oknie zasłony. Oddech Morgany stał się płytki i szybki, a serce łomotało, jakby za chwilę miało wyskoczyć z jej piersi. Z przerażeniem rozglądała się po swojej komnacie, w której była zupełnie sama. Towarzyszył jej zbyt wielki strach, by mogła ruszyć się z miejsca. Strach zarówno przed szalejącą burzą, jak i przez koszmar, który ponownie ją nawiedził. Mocno zaciskała powieki, kiedy kolejne błyskawice raz za razem rozświetlały wszystkie ciemne kąty jej lokum. Głośno nabrała powietrza i z wilgotnymi od napływających doń łez oczami, powiodła po raz kolejny po komnacie. Uspokoił ją dopiero odgłos otwieranych drzwi jej komnaty i sylwetka Gorloisa, który pospiesznie podszedł do jej łóżka i zamknął w ojcowskich objęciach. Dziewczynka poczuła, jak kilka łez popłynęło po jej policzku i wtuliła się mocniej w ojca.
– Już w porządku? – zapytał, gładząc włosy swojej córki, która powoli zaczynała się uspokajać. – Cokolwiek by się nie działo tutaj, w zamku nic ci nie grozi. Wiesz o tym, prawda?
Pokiwała lekko głową i spojrzała na Gorloisa, wycierając dłonią wilgotną ścieżkę po wcześniej płynącej łzie.
– Nie możesz odmówić udziału w tej bitwie? – spytała nagle. Nadal pamiętała, kiedy dzień po kłótni z opiekunem, ten oświadczył, że za parę miesięcy — prawdopodobnie — będzie zmuszona pozostać w Camelocie na nieco dłużej, niż trwało to zazwyczaj. Problem stanowić zaczęli najeżdżający na ziemie Albioniu Sasi, którzy coraz śmielej dobijali do południowych brzegów wysp. Poseł wysłany z Camelotu, miał właśnie o tym donieść diukowi Kornwalii. Nieprzyjazne klify najbardziej wysuniętego skrawka Brytanii skutecznie zniechęcały przybyszy z kontynentu, aczkolwiek w przypadku wtargnięcia innymi drogami, mogli sobie utorować trasę nawet do samego Tintagel, jeśli nie zostaną w porę zatrzymani. Gorlois nie mógł i nie chciał do tego dopuścić, a groźba tego była zbyt realna. 
– Dałem słowo, Morgano – odparł i skierował wzrok na twarz dziewczynki, na której wciąż malowało się przerażenie, chociaż w znacznie mniejszym stopniu niż jeszcze chwilę temu. – Postaraj się zasnąć, posiedzę z Tobą.

***

Minął kolejny tydzień. O świcie ruszyli w dalszą drogę, która zakończyć się miała w Camelocie. Chociaż ziemie Escavalonu i Letniego Kraju nie należały do najbardziej rozciągniętych terenów, droga przez nie trwała trzy, niekiedy nawet cztery dni. Obecnie, do miejsca przeznaczenia dzielił ich tylko las.
Korony drzew zaczęły się przerzedzać, dzięki czemu do ziemi docierało coraz więcej promieni słonecznych. Gdzieniegdzie po bokach ścieżki pojawiać zaczęły się niewielkie zielone krzewy oraz młode drzewa, głównie leszczyny. Wszystko świadczyło o tym, iż jeszcze trochę i opuszczą las. Zresztą, już teraz wystarczyło spojrzeć przed siebie, by w oddali dostrzec majaczącą białą wieżę zamku Camelot. Po pół godziny drogi, konie wprawione w szybszy kłus wreszcie przekroczyły bramy twierdzy. Stukot kopyt echem odbijał się po dziedzińcu aż do momentu, gdy Gorlois ze swoim wojskiem i towarzyszącą im dziesięcioletnią córką diuka Kornwalii dotarli przed schody prowadzące do głównego wejścia. Morgana obrzuciła spojrzeniem doskonale znany jej teren, który, chociaż odmienny od tego, co znała z Tintagel, zaczynała powoli traktować jak drugi dom.
Z pomocą zsiadła z konia i powoli ruszyła ku wejściu oraz czekającymi na nich królu i młodym księciu w towarzystwie garstki rycerzy przyodzianych w zbroje i czerwone peleryny z widocznym po prawej stronie naszytym herbem królewskim. Po krótkim powitaniu, zaprowadzono ich do środka, rzeczy natomiast zaniesiono do wcześniej przygotowanych komnat. Morgana nalegała, by mogła pójść ze swoim ojcem do króla. Miała nadzieję, że ten jeszcze zrezygnuje; że wyśle kogoś innego, a jej opiekunowi pozwoli przeczekać, lub nawet wrócić do Tintagel. Król Uther sam ma syna, więc jako rodzic, musi zrozumieć — pomyślała i nerwowo zaczęła rozglądać się po sali audiencyjnej, w której poza umiejscowionym tronem na podeście, po obu stronach stały dwie długie, dębowe ławy, z których korzystano podczas większych negocjacji. Bogate zdobienia dodatkowo skutecznie przykuwały uwagę obserwatora. Tego dnia, ten widok nie cieszył tak bardzo dziesięciolatki, jak zwykle to bywało.
– Nie chcę, żebyś jechał, ojcze – cienki głos Morgany brzmiał smutno, gdy wypowiadała te słowa. Jakby wiedziała coś, czego nikomu innemu nie objawiono. Tajemnicę, której nie mogła zdradzić.
– To tylko kilka dni, Morgano. Wrócę niebawem, obiecuję – odpowiedział, będąc praktycznie pewnym.
– Zanim wyruszyliśmy, powiedziałeś, że być może będę musiała zostać tu dłużej – zauważyła, a jej głos ani trochę nie nabierał radosnego wydźwięku. – Gdybyś odmówił udziału, nic by się nie stało – była przekonana swoich słów równie mocno, jak Gorlois swojej obietnicy.
– Najpewniej potrwa to dłużej niż kilka dni. Po moim powrocie niemal natychmiast wrócimy do domu, to też mogę ci obiecać – mężczyzna dodał i położył swoją dużą i silną dłoń na drobnym ramieniu dziecka.
– Nie możesz jechać… – dodała, lecz nikt już tego nie usłyszał. Jej słowa zagłuszył zgrzyt zawiasów wielkich drzwi. Coś zadbało, by w porę ich rozmowa się przerwała. Morgana była bliska powiedzenia prawdy. Chciała podzielić się straszliwą wizją, która od tygodnia nawiedzała ją w snach. Nie zdołała. Zmuszona opuścić komnatę, ostatni raz obejrzała się na ojca. Została jednak pod drzwiami, słuchając głośnej dyskusji ojca z królem. Słyszała wyraźnie obietnicę złożoną przez Uthera, że w razie problemów — natychmiast wyśle pomoc. Być może ma rację, że wróci — przeszło jej przez myśl i odeszła od drzwi, kierując się do swojej komnaty. Zbliżał się już wieczór, więc udała się na spoczynek po męczącej drodze trwającej kilka dni. Jednakowoż, pomimo ogromnego wyczerpania, z trudem udało jej się zasnąć. Wystarczyło, że zamknęła oczy i już myśli dziesięcioletniej dziewczynki zajmowała okropna wizja. I gdy już wreszcie udało jej się zasnąć, wizja nie przyszła. Spała bardzo twardym snem i zbudzono ją dopiero późnym przedpołudniem, kiedy służba przyniosła śniadanie. Zaspała. Nie widziała, jak wyjeżdża ojciec, aczkolwiek brak koszmaru uznała za dobry omen.

Równo tydzień po wyjeździe, cały dzień spędziła, siedząc samotnie w komnacie, mimo że niejednokrotnie wołano ją do wspólnej zabawy. Zazwyczaj chętnie wychodziła do nich, tym bardziej że w Tintagel nie miała nikogo, z kim mogłaby spędzać czas. Gdyby pozwolono jej wyjść poza mury zamku, do części zamieszkiwanej przez rzemieślników i ich rodzinami, być może znalazłaby towarzystwo. Z obawy o bezpieczeństwo małej, zmuszona była pozostać w murach zamku. Jedyną rozrywką Morgany było więc przyglądanie się falom oceanu, bądź kwitnącym niemal cały rok wrzosowisko.
W okolicach pory obiadowej, Morganę naszło dziwne i niepokojące przeczucie. Nie była pewna, czy powodem tego było jej intensywne rozmyślanie o koszmarze, czy faktycznie coś miało się stać. Początkiem tego była chwila, w której przez okno dostrzegła rycerza z Kornwalii, który przybył do zamku i wkrótce samotnie wyjechał. Istotnie, rycerze Camelotu zostali wysłani, lecz dopiero kilka godzin później. W dodatku była ich garstka, chociaż na wyprawę sprzed tygodnia wysłano jedynie połowę z nich. Morgana opuściła komnatę dopiero na kolację, gdy została zaproszona do królewskiej jadalni. Dzień dobiegał końca i zdawać się mogło, że już nic złego nie miało prawa się stać. Wszystko uległo zmianie, gdy drzwi z impetem zostały otwarte, a do środka wtargnął rycerz, który bez słowa podszedł do króla, szepnął coś do jego ucha, po czym ten nakazał wyjść wszystkim, z wyjątkiem Morgany.
– Wygraliśmy, ale większość poległa – mężczyzna zaczął, spoglądając niepewnie na małą Morganę. – W tym diuk Kornwalii.
Dziewczynka pospiesznie wstała od stołu i rzuciła się do wyjścia. Pobiegła prosto do komnaty, która została jej przydzielona oraz w której siedziała cały dzień. Nie potrafiła opanować łez, a król — na całe szczęście — nakazał zostawić ją w spokoju, twierdząc, że powinna sama uporać się z tą stratą. Nazajutrz i tak czekały ją ciężkie chwile, albowiem postanowiono pożegnać godnie poległych.
Zasypiając, Morgana była niemal pewna, że słyszy znów w oddali pomruki burzy. Leżała długi czas z szeroko otwartymi oczami, wpatrując się w okno, dopóki nie uświadomiła sobie, że w przeciwieństwie do straty ojca — burza była jedynie wymysłem wyobraźni.

8 komentarzy:

  1. Nie ma mnie na blogu, ale i tak jestem pierwszy, ha!

    Postaram się streszczać, żeby nie zabrać Ci za dużo czasu. Po pierwsze — czytało się naprawdę, naprawdę przyjemnie i, mimo długości, strasznie szybko. Nie jestem fanem opisów zarówno w książkach, jak i wątkach, ale tu cudownie dopełniały całość i nie było się do czego przyczepić.

    Zdradzę Ci, chyba że już wiesz, że tak samo jak Morgana boję się burzy, więc rozumiem przez co przechodziła. ;) Ale no kurczę, szkoda jej. Z jednej strony mogła powiedzieć ojcu wcześniej, ale z drugiej czy by jej uwierzył? No i nawet jeśli odpowiedź na drugie pytanie to "tak", to czy byłby w stanie zrezygnować z udziału w bitwie? Nigdy się nie dowiemy.

    Pisz więcej i się nie stresuj, bo było naprawdę dobrze i mam nadzieję, że będzie więcej. <3

    PS. Ostatni akapit jest cudowny, świetne podsumowanie całości.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nasz ulubiony banowicz <3 xD
      Tak poważnie — bardzo dziękuję za miłe słowa (i pierwszy komentarz! <3), chociaż i tak potrzebowałam kilkudziesięciu godzin, by się wziąć i ujawnić, no i odpowiedzieć, bo czekam i czekam, ale nikt nie zakrywa tego dzieUa. :(
      A tego to nie wiedziałam, tudzież wyleciało mi z pamięci, ale od pewnego czasu (niestety) sama też wiem jak to jest, dlatego chyba nie miałam większych trudności w opisaniu tego strachu.

      Nie namawiać mnie tutaj na pisanie, proszę, bo stres był o połowę większy, niż jaki towarzyszył mi przy pierwszej! xD

      Usuń
  2. Bardzo cieszę się, że zdecydowałaś się coś jeszcze napisać, bo chociaż nie miałam okazji zostawić komentarza, z wielką przyjemnością przeczytałam poprzednią Twoją notkę i kiedy tylko zobaczyłam, że planujesz opublikować coś jeszcze, czekałam z niecierpliwością.
    Tym razem jednak jestem i napiszę, że kompletnie nie rozumiem, dlaczego ktoś miałby szybko zakrywać to opowiadanie. Jest naprawdę świetnie i, piszę zupełnie szczerze, wciągnęłam się w historię Morgany. Klimat jest naprawdę cudowny, na co wpływ ma pewnie ten powracający temat burzy i strachu przed nią, który wplotłaś w historię, a który wyjątkowo mi się spodobał. Szkoda mi też Morgany, która od samego początku ma charakterek i dobrze, oraz Gorloisa, bo wydawał się porządnym człowiekiem i dobrym ojcem. Intryguje mnie też Vivianne i chętnie dowiedziałabym się o niej więcej.
    I co jeszcze mogę napisać, mam nadzieję, że to nie ostatnia Twoja notka i będziemy mieli kiedyś okazję przeczytać następną.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawdę powiedziawszy, nadal towarzyszy mi stres po opublikowaniu tego, który nawet nie pozwalał mi ujawniać mojej obecności na blogu, ale kiedyś trzeba było się pokazać! Tym niemniej, cieszy mnie, że Ci się podobało i jednocześnie bardzo dziękuję za miłe słowa! <3
      Co do samej burzy... wydawała mi się bardzo pasująca do całości, więc tym bardziej cieszę się, mogąc czytać, że jej nie za dużo tu wplotłam. Bohaterowie zaś... Morgana bez tego charakteru, byłaby raczej taką szarą postacią, która nie wnosi nic. Co do Gorloisa... w legendzie niestety tak było, więc nie mogłam zrobić inaczej, choć przyszło mi to z wielkim trudem! Natomiast Vivianne, to się da załatwić! :D
      Pewnie dzięki namowom to się wydarzy w bliższej, bądź dalszej przyszłości. Zobaczymy, czy jeszcze jakiś pomysł wpadnie mi do głowy. ;)

      Usuń
  3. Będę Ci słodzić, bo uważam, że warto, o!
    Notka naprawdę bardzo mi się podobała. Czytało się niezwykle przyjemnie. Może nie szybko, ale to już sama wiesz dlaczego xD. Bardzo się cieszę, że zdecydowałaś się na jej opublikowanie. Dzięki temu poznałam kawałek historii małej Morganki! I to w dodatku jedną z tych najbardziej tragicznych części. Żałuję jedynie, że notka tak szybko się skończyła. Czytam, czytam i... Ojej. Koniec. Zrobiło mi się smutno nie tylko z powodu śmierci ojca Morgany, ale również z powodu końca Twojej notki! Dlatego kompletnie nie rozumiem, dlaczego narzekasz na długość. Ja chcę więcej!
    Muszę przyznać, że Twój styl pisania w połączeniu z cudowną muzyką Adriana von Ziegler (nie jestem pewna, jak to się powinno odmienić) bardzo podziałał na moją wyobraźnię. Kiedy Morgana z ojcem przybyli do Camelotu i zostali powitani przez Uthera, małego Artka i rycerzy... Miałam przed oczami scenę niczym z naszego ulubionego serialu!
    Ogromne gratulacje i ogromne brawa. A na koniec jeszcze raz powtórzę, że chcę więcej! <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Możesz słodzić, absolutnie nie mam nic przeciwko! xD
      Wprawdzie już Ci podziękowałam za miłe słowa, gdy się ukrywałam poza blogiem i liczyłam, że ktoś na drugi dzień zakryje to opowiadanie, aczkolwiek dziękuję raz jeszcze! <3
      Wszyscy się cieszą, ale tylko ja się stresuję, bo ciągle za mną chodzi myśl moje dzieUo nadal wisi na głównej!. xD
      I tak jest długa jak na mnie! Być może (jeśli kiedykolwiek to nastąpi) trzecia byłaby dłuższa, ale chwilowo nie mam niczego w planach.
      Jego muzyka jest cudowna, polecam z całego mrocznego serduszka. Przy niej wspaniale się pisze, świetnie się czyta, bo nie rozprasza. W sumie idealna do wszystkiego! :D I co do tej sceny, to wiesz co? Jak pisałam to miałam dokładnie to samo!
      Dziękuję raz jeszcze raz i... może kiedyś coś jeszcze powstanie <3

      Usuń
  4. Awwww, dziękuję Ci bardzo za taką śliczną dedykację i za życzenia urodzinowe dla Mordzia <3

    Chciałam wincyj i się w końcu doczekałam! Notka prześliczna i chociaż już wiesz, bo miałaś relację na gg to podobała mi się jeszcze bardziej niż poprzednia. Nie dość, że Morganka była przesłodka (i pokazał charakterek) to widać było, że się rozkręciłaś <3 Ślicznie napisane, przepiękny klimacik (bardzo mglisty ;>). No i fragmencik o burzy by się nadawał na jakiś malowniczy cytat. Było cudnie i nadal chcę wincyj! <3

    Buziaczki od najlepszego syna na świecie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma za co, obiecałam wszystko! Taki był plan! <3

      Po paru miesiącach pojawiło się wincyj! I dziękuję bardzo, tutaj też! <3 Relacja z pierwszej ręki była, chociaż tutaj pojawiają się nowości. A Morganka... no cóź, od samego mała musi być taka! A czy się rozkręciłam... trochę tak. Jednak stres pozostał. I to większy! :D
      Klimat musiał być taki i po części nie byłam pewna, czy mi się udało. Jednak teraz wiem, że tak. Raz jeszcze bardzo, bardzo dziękuję. A wincyj... może i kiedyś tam będzie. Jednak wpierw umowa! xD <3

      Usuń