Fabletown News

Jesień w Fabletown

Wielkimi krokami zbliża się jesień, chociaż panujące na zewnątrz temperatury jeszcze nic na to nie wskazują. Jednak już dziś, burmistrz Król Cole poszukuje chętnych do pomocy przy grabieniu liści i przygotowaniu ogrodów przed Woodlands na nadchodzącą porę roku. Według początkowych planów, zająć mieli się tym Baśniowcy osadzeni w więzieniu, jednak tych oddelegowano do prac porządkowych na Farmie.
Jesień oznacza także rozpoczęcie nowego roku szkolnego. W związku z tym w Zespole Szkół im. H. Ch. Andersena ogłoszono nabór na kilka wolnych miejsc w kadrze nauczycielskiej. Zgłaszać mogą się wszyscy ci, którzy lubią pracę z dziećmi i/lub mają doświadczenie w zawodzie.



Bufkin donosi, że...

...w Fabletown jest ostatnio bardzo gorąco. I nie mam tu wcale na myśli upałów czy piekielnych kazań Lucyfera w jego kościele, oj nie. Ostatnio na trzynastym piętrze wybuchł pożar i chociaż wiedźmy nie chcą o tym rozmawiać udało mi się podsłuchać ich rozmowę. Podobno jedna z czarownic postanowiła poprosić ifryta o by zrobił z niej "gorącą laskę" cokolwiek to znaczy. Marid najwyraźniej też tego nie wiedział, bo spełnił jej życzenie bardzo dosłownie i czarownica stanęła w płomieniach. Przy okazji spaliło się też kilka mebli.
Zresztą to nie jedyny pożar w ostatnim czasie. Smok Drake opowiadał mi ostatnio, że niedawny pożar w okolicach Farmy nie był spowodowany falą upałów. Podobno Devril był znudzony i zirytowany wycieczką i postanowił nieco się zabawić. Wydawał się bardzo zadowolony z siebie, zwłaszcza kiedy okazało się, że w trakcie pożaru zginęło kilkoro doczesnych. Podobno Snow White za karę przydzieliła mu kilka godzin prac społecznych. Mam tylko nadzieję, że nie trafi do Biblioteki. Wciąż niemiło wspominam nasze ostatnie spotkanie...

niedziela, 22 kwietnia 2018

O Przeznaczeniu słów kilka

Najpierw zajrzyjcie do poprzednich dzisiejszych notek: Good to be does not pay, Zabawa na okrągło.
W zamierzchłych czasach, gdy Brytania zmagała się z najazdami Sasów, a w ostępach leśnych kryły się dziwy, których dziś próżno szukać (jest zresztą bardzo prawdopodobne, że nikt nie chciałby ich spotkać), Pelles rządził z zamku Karbonek ziemią, która w każdej innej opowieści nazywana byłaby Ziemią Jałową. Przeznaczenie jednak niewątpliwie ma poczucie humoru, choć wbrew deklaracjom czarowników, wróżek, wiedźm i wszelkiego innego tałatajstwa zajmującego się wszelkiej maści gusłami, jego decyzji nie da się przewidzieć pod warunkiem, że samo na to nie pozwoli. Zdarzyło się wiec w dziesiątym roku rządów Króla Rybaka, że wszelkie znaki na niebie i ziemi, w kościach, zaczarowanych kulach, wnętrznościach zwierząt i locie ptaków przekazały jedną, wyjątkowo prostą jak na standardy wyznawane przez los, wiadomość.
PRZECHODZĘNAEMERYTURĘ
Gdy dyskusja nad sposobem podziału wyrazów w zapisanym kapitałą zdaniu stała się dyskusją nad znaczeniem słowa „emerytura”, a chaos zaczynał powoli wdzierać się w życie wielkich tego świata (ci mniejsi w zasadzie nie odczuli różnicy), Merlin w przypływie gniewu, wywołanym zarówno własną bezradnością jak i głupotą mędrków, wyruszył na Bermudy. Wszyscy byli jednak zbyt zajęci zamieszaniem z Przeznaczeniem i nie zdążyli zapytać, czym w zasadzie było to miejsce i gdzie się znajdowało.
Nastały ciężkie czasy dla całego Albionu. Kolejni władcy wzrastali wraz ze swoimi królestwami i upadali, gdy pojawiały się kolejne. Rycerze Okrągłego Stołu, który nie był okrągły, a co więcej nie był nawet stołem lecz placem, zdecydowali, że należy odnaleźć czarodzieja lub Przeznaczenie, a najlepiej oboje, i zakończyć wreszcie ciągnący się spór o władzę nad Brytanią. Wielu wyruszyło i wielu nie wróciło, ale nie dlatego, że spotkali śmierć, a przez przekonanie, że cała ta misja straciła sens. Reszta doszła do wniosku, że może lepiej poczekać i sprawdzić, czy z tego chaosu nie wyłonią się lepsze czasy.

I tutaj zaczyna się właściwa historia.
A raczej nie tutaj, tylko tam gdzie akurat znalazł się zamek Karbonek, posiadający dziwaczną i niezbadaną zdolność do pojawiania się i znikania, której nawet jego władca nie potrafił w pełni zrozumieć.

Gąszcz leśny rzednął z wolna, stopniowo odsłaniając kolejne fragmenty ciemnoszarego nieba. Kolce ostrężyny, z której krzewów usiłował się wyplątać, szarpały ubranie i zaczynały być coraz bardziej irytujące. Był niemal pewien, że istniała jakaś lepsza ścieżka, ale pustelnik nie kwapił się szczególnie, by pozostawić jakieś wskazówki, a żaden mieszkaniec zamku nie widział potrzeby doprecyzowania w jakikolwiek sposób stwierdzenia, że chata Nacjensa znajduje się w lesie. Żaden poza Galahadem, który jak na naczelnego upartego osła przystało, nie pozwolił sobie wyperswadować pomysłu małej wyprawy, twierdząc wbrew zdrowemu rozsądkowi, że w wiadomości, którą pustelnik podrzucił jakiś księżyc wcześniej do Kejs musi kryć się jakiś głębszy sens. Co ciekawe reszta w gruncie rzeczy myślała podobnie, rzecz w tym, że tam gdzie wybujała wyobraźnia młodzieńca widziała tajemnicę, wielką przygodę, ubijanie smoków i ratowanie świata, większość zajętych przyziemnymi sprawami ludzi dostrzegała szaleństwo starca, który już dawno zapomniał, jak żyje się w społeczeństwie.
Przedzieranie się przez las, które wcale nie szło mu lepiej odkąd doszedł do wniosku, że jeśli już udało mu się trafić na owoce, to równie dobrze może poświęcić chwilę na jedzenie, przerwał dopiero chrapliwy głos z głębi zarośli. Brzmiał zupełnie jak wściekły i rozżalony zarazem człowiek, który właśnie wpadł na genialny wręcz pomysł, po czym z całej siły walnął się palcami u stopy w stojące przed sobą pudło. Galahad wyobraził to sobie i jeszcze nie zdążył zrobić pierwszego kroku w stronę z której dobiegały te niepokojące odgłosy, gdy jego wizja wyskoczyła z krzaków i zmaterializowała się przez nim w formie samego pustelnika. Nacjens zupełnie nie zwrócił na młodzieńca uwagi, wrzeszcząc coś w stronę brzóz, zupełnie jakby chciał oskarżyć je o całą sytuację.
Galahad usiłował coś powiedzieć, ale pustelnik zdołał go wyprzedzić, gdy wrzasnął, tym razem w jego stronę:
— A ty, co tak stoisz, przynieś tutaj to ustrojstwo!
Pudło okazało się mieć więcej dziwnych zagłębień niż jeden kopniak mógłby stworzyć oraz długi ogon zakończony równie dziwną wypustką. Nie próbował jednak zadawać pytań, na które i tak nie otrzymałby odpowiedzi od rozzłoszczonego i mruczącego pod nosem coś o przeklętym Merlinie pustelnika, który ruchem ręki nakazał mu postawić pudło pod dębem. Galahad chwilę przyglądał się krzątaniu pustelnika, czekając na sposobność do porozmawiania o jego wiadomości, ale szybko doszedł do wniosku, że lepiej będzie się nie wtrącać. Nacjens obszedł polanę dookoła, wygrzebał coś z krzaków, później wrzucił to tam z powrotem i wrócił do młodego rycerza z miną, która sugerowała, że miał coś powiedzieć, ale w toku wydarzeń zupełnie zapomniał co. Kiedy jednak ten chciał coś wtrącić i być może zakończyć bezsensowne milczenie, pustelnik wykrzyknął coś o radiu Merlina, które powinno iść do diabłów, po czym podrapał się po łysinie i zapytał:
— A ciebie co tutaj niesie, chłopcze? Nie dość macie zajęć z tymi kijami na turniejach?!
— Kopiami, ojcze… — odparł rycerz, przez ułamek sekundy mający nawet zamiar tłumaczyć, że istnieje zasadnicza różnica, aż nie przypomniał sobie, że nie w takiej sprawie przyszedł. — Przybywam w sprawie twojej wiadomości, którą zostawiłeś u stajennego miesiąc temu, a której…
— A tak, rzeczywiście, minął już miesiąc? To mogłoby się zgadzać — przerwał mu Nacjens mówiąc raz cicho, raz znowu prawie krzycząc i cały czas z tym samym wyrazem twarzy, który mógłby okazywać zdziwienie, gdyby tylko każda mina pustelnika w pierwszej kolejności nie przywodziła na myśl kompletnego wariata. — Nie śpieszyło ci się, a powinno było. Mam dla ciebie misję, ważne zadanie. Musisz podążyć za Przeznaczeniem.
— A na czym dokładnie ma ta misja polegać?
— Czyś ty też ogłuchł? Myślałem, że głuchy stajenny wyszarpuje limit na zamku Kejs, ale najwyraźniej nastała epidemia. Nie ważne albo nie, właśnie ważne. Przecież mówię, że masz odszukać Przeznaczenie. Zaginęło, przepadło, kraj jest w ruinie, potrzeba nam bohatera, rycerza bez skazy.
Zanim Galahad zdążył zaprotestować, nie był w końcu głuchy, i zapytać, co to wszystko miałoby oznaczać pustelnik raz jeszcze zbliżył się do dziwnego pudła i zaczął badać wspomnianą równie dziwaczną wypustkę. Podrapał się po brodzie, mruknął coś do siebie i najwyraźniej ponownie uświadamiając sobie, że ma towarzystwo powiedział:
— Ruszysz aż na kraniec świata, znajdziesz emeryturę cokolwiek to jest, a tam i samo Przeznaczenie. Przy okazji możesz natomiast odszukać też Merlina, który podrzucił mi to ustrojstwo, mówiąc coś o jakimś radiu i gniazdku.
— Ale nie mam konia…
— Więc go znajdziesz gdzieś na drodze.
— Ale skoro Przeznaczenie zaginęło, to skąd mogę być pewny, że natrafię na niego po drodze? Być może powinienem wrócić na zamek?
— Wykluczone — krzyknął pustelnik po czym kaszlnął ze dwa razy i mruknął coś o swoim biednym gardle. — Przeznaczenia nie ma, to prawda, ale jestem ja, a to oznacza, że znajdziesz konia, już się o to postarałem. I bez dalszych ale, ruszaj.
Tak więc młody rycerz ruszył przez las w stronę gościńca, skąd miał ruszyć w dalszą drogę. Nacjens natomiast wziął dziwny ogon wystający z pudła i włożył go do dziury w drzewie, służącej za gniazdo rodzinie kosów. Gdy natomiast ptak spojrzał na niego jak wariata, do czego pustelnik zdołał się już przyzwyczaić, zaczął mówić coś o gniazdkach, prądzie i radiu, życząc przy okazji Merlinowi, by znalazł na tych całych Bermudach diabły.

Krajobraz po opuszczeniu Ziemi Jałowej, najżyźniejszego z królestw na Ziemi, dokonał gwałtownej zmiany z zielonych pól i mrocznych lasów na kamieniste drogi wciąż wznoszące się wyżej i wzgórza pokryte pastwiskami. Galahad nie zatrzymywał się, uznając, że Przeznaczenie nie mogło wybrać na swoją kryjówkę tak nudnego zakątka, gdy miało do wyboru tysiące innych. Tą drogą dotarł na granicę królestwa Benoic. Od jednego z chłopów dowiedział się o śmierci króla Bana, choć imię to nie mówiło mu absolutnie nic. Ruszył więc dalej aż nie natknął się na rycerza w pełnym rynsztunku rozmawiającego z jakimś stworem z jaskini.
— Skończymy to szybko. Nie mam całego popołudnia — krzyknął rycerz, wiercąc się w siodle. — Myślisz, że nie mam lepszych rzeczy do roboty niż walka z tobą? Gdybyś chociaż okazał trochę odwagi, być może miałoby to jakiś sens.
— To nie ja zakłócam porządnym stworom poobiednią drzemkę! — odezwał się oburzony i zdecydowanie smoczy głos z jaskini. — Zresztą, czy naprawdę te kilka owiec jest warte takiego zachodu?
— Kilka owiec i siedem dziewic ściślej mówiąc — odparł wyraźnie zirytowany całą sytuacją rycerz. — Wyłaźże wreszcie, bądźże smokiem! Załatwimy to szybko, nawet się nie obejrzysz, a będzie po wszystkim. Nie możemy tutaj sterczeć wiecznie.
— Dlaczego nie? A co do dziewic, to możecie je sobie wziąć, kto chciałby jeść coś tak chudego, kościstego i drącego się tym cienkim, nieprzyjemnym głosikiem.
Rycerz, któremu dosłownie ręce już opadły, zaczął grzebać za czymś w swoim bagażu. Galahad uznał, że to zupełnie dobry moment, by mu przerwać i zapytać, czy nie wie, gdzie powinien się udać, by odnaleźć Przeznaczenie, ale ten nie dopuścił go do głosu, wyciągnął jakąś książeczkę, przekartkował ją, po czym zatrzymał się na jednej ze stron i stwierdzając, że nie wie, co powinien w takiej sytuacji powiedzieć, zaczął czytać:
— Ja, sir Lancelot du Lac, wyzywam ciebie podła kreaturo, byś wystąpiła z jaskini i stanęła do uczciwego pojedynku. — Przerzucił jeszcze jedną stronę, po czym rzucił coś o kończeniu z tymi idiotyzmami i ruszył na smoka, który zdążył w tym czasie wytoczyć się ze swojego schronienia. Mizerna to była bestia, a jej płomień mało imponujący toteż sir Lancelot pokonał ją szybko i zatknął wychudły, choć nadal przerażający pysk na swojej włóczni.
Skierował swego potężnego karego ogiera w stronę Galahada i zrównał go z jego raczej mało imponującą klaczą, którą zgodnie ze słowami Nacjensa znalazł na drodze. Chwilę przyglądał się młodemu rycerzowi, po czym wyciągał jakiś notes, wykreślił coś z niego i powiedział:
— Co cię sprowadza w te strony sir…
— Galahadzie. Szukam Przeznaczenia panie. Gratuluję zabicia smoka.
— Tego jaszczura? To zwykły obowiązek władcy, mało przyjemny prawdę mówiąc, gdy podobne stwory nie chcą się bronić, co w tych dziwnych czasach zdarza się aż nazbyt często. Czasami myślę, że może dobrze było słuchać Vivianne i zostać druidem, gdy był na to czas. Ale nie o mnie chciałem rozmawiać. Mówisz, że szukasz Przeznaczenia. Wielu kiedyś próbowało i wszyscy polegli. Skąd pochodzisz sir?
— Z Karbonek, jestem synem pani Elaine.
Sir Lancelot zdawał się być lekko zmieszany, choć Galahad nie potrafił stwierdzić dlaczego. Skoro jednak władca Benoic milczał, młody rycerz uznał, że dobrze będzie również zachować milczenie. Nie mógł wiedzieć, że starszy wojownik cofnął się wspomnieniami do tej felernej, wstydliwej nocy lata wcześniej, o której wolał nie pamiętać i przynajmniej do tej pory szło mu to całkiem dobrze. Teraz natomiast wszelkie wydarzenia, które pogrzebał gdzieś w odmętach pamięci wróciły jak wyjątkowo uciążliwy ból głowy, choć za sprawą odpowiednich trunków, których wtedy na zamku Kejs nie brakowało, nie było ich szczególnie dużo.
— W takim razie, sir, życzę ci dużo szczęścia na tej drodze — powiedział w końcu, odwracając konia. — A jeśli spotkasz się z matką, przekaż jej, że już jej wybaczyłem i proszę, by i ona nie pamiętała mi dawnych krzywd.
— Nie bardzo rozumiem, panie, jakich krzywd?
— Być może dowiesz się, jak będziesz trochę starszy. Tymczasem, bywaj zdrów!
Po tych słowach ruszył galopem w stronę swojego zamku gdzieś za wzgórzami, wypełniać dalej swoje nowe obowiązki i przeklinać cały pomysł uczynienia go władcą Benoic, nawet jeśli była to ziemia należna mu przez urodzenie, marząc o wielkiej przygodzie. Tymczasem Galahad, który wciąż nie odnalazł żadnych znaków obecności Przeznaczenia, ruszył własną ścieżką na południe, wciąż nie wiedząc, jak powinien rozumieć całe to zajście.

W miasteczku panowały dziwne obyczaje. Wszystkie domu wymalowane zostały na biało, a następnie pokryte wymyślnymi roślinnymi wzorami. Ulice nosiły miana ludzi, których Galahad nie tylko nie znał, ale nie potrafił nawet domyślić się, kim mieliby być, a na każdym z domów wypisana była co głupsza sentencja. Wszystko wydawało się zbyt uporządkowane i jedynie smród, znak charakterystyczny wszystkich miast i zamków, zdawał się w jakikolwiek sposób znajomy. Skoro jednak już znalazł się w tym osobliwym miejscu, nie miał zamiaru odpuszczać dalszych poszukiwań. Wydawało mu się wręcz, że było to doskonałe miejsce na kryjówkę, ze wszystkimi zaułkami i całym labiryntem ulic. Jednak żaden z mieszczan, których udało mu się oderwać od równie nietypowych zajęć takich jak poranne wymienianie się przysłowiami, nie zdołał odpowiedzieć na jego pytania inaczej, niż zdziwioną miną. Widocznie należeli do tej części społeczeństwa Wielkiej Brytanii, której zupełnie dobrze wiodło się bez Losu i jego niezrozumiałej woli.
Wjechał na główny plac miasta i przecisnął się między tłumem, na którego czele stał rycerz ze zwojem pergaminu w dłoni. Wszyscy zgromadzeni słuchali z zainteresowaniem, od czasu do czasu rozbrzmiewały głosy poparcia. Galahad postanowił się zatrzymać. Nie liczył, że przybliży go to do osiągnięcia celu, ale czasem nawet błędny rycerz musi zrobić sobie przerwę od gonienia za Przeznaczeniem.
— Anglia nie może mieć króla! — krzyczał rycerz, a mieszczanie krzyczeli za nim. Unosił pergamin, a oni unosili swoje ręce. Młody rycerz nie miał pojęcia, co się dzieje, ale wydawało mu się to potwornie głupie. — Prawo nie zostało wypełnione, żaden z kandydatów nie podołał zadaniu — kontynuował rycerz. Kobiety, które stały obok niego napomknęły coś w swojej cichej rozmowie o sir Bediverze.
— Jakie prawo? — krzyknął Galahad, coraz bardziej zainteresowany całą sprawą, a jednocześnie zastanawiający się, kim jest ten człowiek. Tłum zwrócił się w jego stronę i obdarzył go tysiącem spojrzeń, z których jasno dało się wywnioskować, że uważają go za skończonego idiotę. Młody rycerz tymczasem nadal nie wiedział, co w zasadzie ma miejsce i w co do jasnej ciasnej się wpakował.
— Jak to jakie? Czy nie wiesz, że każdy wybraniec musi wyciągnąć żelazne ustrojstwo z kamienia, głazu czy tam innej skały? Dopiero wtedy przeznaczenie może się dopełnić, a król musi zostać wybrany przez los. Skoro jednak Merlin, mistrz i zarazem jedyny członek cechu tworzenia mieczy w kamieniu, głazie czy innej skale do tej pory nie został odnaleziony, to Anglia nie może mieć króla, a ten cały Malagant jest zwykłym uzurpatorem tytułu. W związku z tym nasze miasto nie może go poprzeć i nie poprze.
— Ale w takim razie Anglia nigdy nie będzie miała króla — odparł Galahad, do tej pory święcie przekonany, że bezkrólewie jest jedynym z problemów, który nie pozwala zakończyć saskich najazdów i przyczynia się do upadku kraju. Kiedy jednak cały tłum naraz zaczął krzyczeć, że nie potrzebuje władcy, zrozumiał, że najlepszym wyjściem będzie po prostu się wycofać. Po mniej lub bardziej dramatycznej próbie opuszczenia placu, w czym bardzo przeszkadzali zabrani tam ludzie, ani myślący cofnąć się przed rycerzem, ruszył w dalszą podróż byle dalej od tego dziwacznego miejsca.

Jechał dalej, a wiara w możliwość wykonania misji nie opuszczała go mimo kolejnych porażek. Nawet, gdy cała mapa pokryła się przekreślonymi miejscami, w których nie udało mu się odszukać Przeznaczenia, brnął dalej z tym samym oślim uporem, który wcześniej pchnął go do odwiedzenia pustelnika. Kiedy klacz odmówiła mu posłuszeństwa, zostawił ją za sobą, kiedy zbroja zaczęła mu ciążyć, zrzucił ją z siebie zostawiając jednie pas z mieczem. Spał pod żywopłotem i w krzakach, przed deszczem nie chronił się wcale, a zimy jakoś udawało mu się przeżyć. Kraj tymczasem tak jak był pogrążony w chaosie, tak pozostał, co stało się dla niego tylko dodatkową motywacją do marszu.
Pewnego wieczora, a był to wieczór wprost wyciągnięty z wiersza jakiegoś poety, piękny i ciepły z pominiętymi w tekście komarami, które kąsały niemiłosiernie, przystanął pod małą, drewnianą chłopską chatą. Nie wiedział gdzie jest, ale nie miał też wcale ochoty zastanawiać się jak daleko zaszedł. Sama wiedza, że jeśli rzeczywiście zmierza na koniec świata to musi być już bliżej niż dalej w zupełności mu wystarczała. Zapukał do drzwi, ale nikt mu nie odpowiedział. Zapukał po raz kolejny i zdenerwowany męski głos kazał mu iść gdzie pieprz rośnie. Jako, że już się tam udał w trakcie swojej wędrówki i nie miał ochoty wracać, zapukał raz jeszcze i tym razem otworzył mu przygarbiony człowiek z grubymi szkłami na nosie i z liczydłem w ręce. Rozwarł drzwi szerzej, wpuścił rycerza do środka a sam zajął miejsce za stołem, zagraconym wszystkim, co tylko można położyć na blacie. Stała tam wiec klepsydra i zaczarowana kula, leżały drugie okulary i luneta. Sterty pergaminu walały się po całym, wbrew wielkości chaty całkiem przestronnym, pokoju, a każdy z nich pokryty był jakimiś niezrozumiałymi dla Galahada zapiskami pełnymi cyfr.
— Co cię tu sprowadza? — zapytał mężczyzna, wracając do swoich obliczeń czymkolwiek były. — I dlaczego przerywasz mi liczenie rachunku prawdopodobieństwa?
— Szukam Przeznaczenia, panie.
Mężczyzna spojrzał na niego zza zdecydowanie zbyt grubych jak na tak małą twarz szkieł, po czym przejrzał swoje notatki. Mruknął coś do siebie, spojrzał na Galahada raz jeszcze po czym powiedział:
— A skąd ten pomysł? Przecież wystarczająco jasno stwierdziłem, że przechodzę na emeryturę.
Galahad potrzebował chwili, by przetrawić tę informację. Spojrzał na siedzące przed nim Przeznaczenie, potem skonfrontował to co widzi z własnym wyobrażeniem, przetarł w myślach oczy i spojrzał raz jeszcze. W zasadzie nie było żadnego powodu, by Przeznaczenie nie mogło wyglądać jak dość przeciętny, niewyróżniający się niczym poza niskim wzrostem bankier.
— Ale jesteś potrzebny! — krzyknął w końcu Galahad, zupełnie nie wiedząc, co powinien dalej zrobić. — Sasi łupią kraj, panuje anarchia, wszystko jest nie tak jak być powinno.
— A jak być powinno? — zapytał Przeznaczenie, nie zadając sobie nawet tyle trudu, by spojrzeć na młodego rycerza. — Nie chcę cię martwić, chłopcze, ale za moich czasów wyginęły dinozaury, wybuchła wojna trojańska i upadł Rzym, nie wspominając o innych katastrofach naturalnych i nie tylko. Ale wy ludzie nigdy się nie nauczycie, że w gruncie rzeczy to nie ja, a wy macie na wszystko wpływ. No może poza tymi dinozaurami. Jest więc dokładnie tak jak powinno być, jak to wy ludzie mówicie, jak sobie pościelisz tak się wyśpisz? No więc, tak właśnie jest, bezkrólewie to tylko wasz problem. Zawsze możecie wybrać władcę. Kandydatów, o ile wiem, jest całkiem sporo, syn Uthera, wiedźma, bękart… Tylko zorganizować elekcję.
Zapanowała cisza. Przeznaczenie wrócił do swoich zajęć, a Galahad do swoich rozważań. Nie wiedział co myśleć, poza tym, że prawdopodobnie nie ma sensu dalej przekonywać Losu do powrotu. Zresztą z jakiegoś powodu pomysł, by samodzielnie podejmować decyzje i nie patrzyć się na to, co zostało zapisane w gwiazdach, kościach i całej masie innych bzdur wydawał mu się wyjątkowo dobry.
Notkę, prawie spóźnioną, prawdopodobnie dało się napisać lepiej, ale bawiłam się przy tym całkiem dobrze, wiec mam nadzieję, że wyszło przynajmniej znośnie. Wyrzucenie przeznaczenia z legend arturiańskich wydaje mi się wystarczającą zmianą, by wszystko odwrócić, ale to już ocenicie sami. Całość inspirowana głównie Mieczem z kamienia.

4 komentarze:

  1. Genialne... Popłakałam się ze śmiechu kilkakrotnie, teksty niektóre po mistrzowsku. Już na dzień dobry mnie rozbawił okrągły stół, który nie był okrągły i nie był nawet stołem. A potem cała reszta. Poszukiwanie Przeznaczenia i to jak został znaleziony. Ubawiłam się bardzo! Opisy przepiękne, humor genialny. Pisz nam wincyj! :D
    I bardzo dobrze widać inspirację. Wprawdzie nie widziałam ekranizacji, ale czytałam książki i tak samo się bawiłam przednio. Świetne jest i mam nadzieję, że jeszcze nie raz nam coś napiszesz! ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Nacjens natomiast wziął dziwny ogon wystający z pudła i włożył go do dziury w drzewie, służącej za gniazdo rodzinie kosów. - no wy koniecznie chcecie, żebym ja się dzisiaj posikała ze śmiechu xD
    Ale tak całkiem serio, to bardzo mi się podobało, jest lusterko, jest humorek, a przy tym wszystkim brzmi tak... mądrze i jednocześnie głupkowato xD Oczywiście w pozytywnym znaczeniu :D No i ten smok jaki dzielny <3

    OdpowiedzUsuń
  3. Przyznaję, że notka bardzo mi się spodobała. Może dlatego, że ma swój klimat, który uwiódł mnie już na samym początku. Bardzo szybko i przyjemnie czytało się kolejne losy bohatera, a więc zostało mi tylko pogratulować. Może i komentarz odrobinę spóźniony, choć notka przeze mnie czytana była już wcześniej to podstępny blogger zakłócił publikację. Na szczęście Sir wszystko skończyło się dobrze. To z pewnością było przeznaczenie :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Na wstępie powiem, że zostawiłam sobie Twoją notkę na później, bo brak czasu, bo brak weny na czytanie, bo za długo. I muszę stwierdzić, że z jednej strony to był ogromny błąd, ponieważ notkę czytało się bardzo szybko, miło i przyjemnie. Ubawiłam się w niektórych momentach jak mało kto! Nie wiem dlaczego, ale scena z pustelnikiem skojarzyła mi się z jedną ze scen ze Shreka 3, gdzie Shrek trafił do takiego pustelnika - ale on trafił, jeśli mnie pamięć nie myli, to samego Merlina, który był wariatem.
    Z drugiej strony cieszę się, że tak późno się do tego zabrałam, ponieważ mogłam lepiej czuć się w opisywaną historię, co zadziałało na ogromny plus!
    Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś coś napiszesz. Może jakaś kontynuacja losów Galahada i Przeznaczenia? Albo coś zupełnie innego. A jak już to nastąpi, to bardzo chętnie przeczytam :)

    OdpowiedzUsuń