Fabletown News

Rewolucja w ogrodach Woodlands

Nie od dziś wiadomo, że koniec wiosny i początek lata jest okresem, w którym ogrodnicy z Woodlands mają najwięcej pracy. Tym razem, o pomoc poproszono uczniów Zespołu Szkół im. Ch. H. Andersena oraz wolontariuszy - wszystkich chętnych Baśniowców, którzy kochają rośliny i chcą, aby to miejsce wyglądało jeszcze wspanialej.
Nie od dziś wiadomo, że po zmroku w sklepie Golden Goose dzieją się dziwne rzeczy. Spadające z półek produkty, latające mopy i samo-jeżdżące wózki. Tym razem, właściciel sklepu stracił cierpliwość i postanowił wytoczyć wojnę złośliwym duchom. Wynajął specjalistów, którzy mają pozbyć się natrętnych mieszkańców.



Bufkin donosi, że...

...po tym, jak Vanessa bohatersko pomogła rozstrzygnąć spór w sprawie skradzionych czekoladek, w barze Trip Trap panuje większy ruch. Nie chodzi jednak o promocję piwa ani nowe piosenki Kapitana Haka. Otóż, wielu Baśniowców szuka darmowej porady "jak żyć" u uroczej barmanki. Podobno pomogła już w niejednej sprawie! Najnowszą z nich jest tajemnicze zniknięcie szamponu, który został skradziony w biały dzień, wprost z łazienki Erwina!
"Zbliża się apokalipsa zombie!" - donoszą nagłówki gazet z dzielnicy Doczesnych sąsiadujących z naszym Fabletown, którzy spanikowali na widok spacerującego po ulicach samotnego zombie. Tymczasem, to tylko jeden z pacjentów Victora wydostał się ze szpitala i wybrał się na wycieczkę. Z kolei przy wszystkich lokalach i tablicach ogłoszeń w Fabletown, pojawił się komunikat z prośbą do wrażliwszych Baśniowców, by nie atakowali zombie. W końcu to też Baśniowcy, prawie tacy jak my!

czwartek, 8 marca 2018

(NOT) another love story

Król i Królowa Katastrofy
przedstawiają:


Hakusiowo-lucynkową, powalającą na kolana
Notkę Walentynkową
pełną słodkości i innych cudowności :3
Lucy dopiła ostatnie krople wina z własnego kieliszka i dopiero wtedy poczuła, jak bardzo przesadziła tego wieczoru z ilością alkoholu. Momentalnie zakręciło jej się w głowie i niewiele brakowało, by wylądowała na drewnianej posadzce. W ostatniej chwili chwyciła się oparcia kanapy, starając się utrzymać równowagę. Druga dłoń błądziła tuż przed nią, bo z jakiegoś niewyjaśnionego powodu wydawało jej się, że opróżniony przed momentem kieliszek wciąż jest pełen wina, a przecież nie wypada zalać czerwoną cieczą mebli i dywanu w mieszkaniu znajomej. Toteż po tej krótkiej walce z samą sobą wyprostowała plecy i grzmotnęła głową z drewnianą półkę, która niespodziewanie znalazła się dokładnie nad nią. Syknęła z bólu, a w pokoju pełnym ludzi z "Moonriver" zapanowała ciemność. Tylko po co gasić światła w samym środku imprezy? I to tak wcześnie? Przecież jeszcze nie idzie spać, prawda...?
Przetarła oczy, pokręciła głową, nabrała sporą dawkę powietrza do płuc.
— Cholera jasna... — przeklęła do siebie, gdy jej zmęczony wzrok spoczął na zegarze wiszącym na przeciwległej ścianie.
To był niezwykle męczący dzień. Choć zaczął się nawet dobrze, bo wraz z Huckiem zaplanowali na godzinę 20:00 romantyczną, walentynkową kolację na Jolly Rogerze. Potem wybrała się na zakupy, by niczego im na wieczór nie zabrakło i ruszyła do klubu. Miała w planach kilka prób z muzykami i trzy godziny tkwienia za barem, jednak nic nie było w stanie popsuć jej humoru.
Tuż po siedemnastej, znajoma z pracy zaproponowała, by nieco się rozluźniły. Z powodu Walentynek klub był zupełnie pusty, więc otworzyły butelkę wina. Potem drugą i doszły do wniosku, że warto przenieść się w jakieś lepsze miejsce. Lucy wciąż skrupulatnie pilnowała czasu, by nie spóźnić się na umówioną randkę, jednak skoro była dopiero osiemnasta, wsiadły w samochód i kilkanaście minut później balowały już w mieszkaniu przyjaciółki.
Teraz patrzyła na zegar i nie wierzyła własnym oczom. Była prawie 22:00.
Z trudem, choć najszybciej jak tylko potrafiła, zgarnęła z kanapy swoją torebkę i pospiesznie wygrzebała z niej telefon spodziewając się kilkunastu nieodebranych połączeń od Jonesa. Pusty ekranik zupełnie ją zaskoczył, jednak nie miała zamiaru długo nad tym rozmyślać. Podniosła się z podłogi i wymachując rękami poinformowała znajomą, że właśnie wychodzi ratować swój związek, nie słuchając nawet propozycji zamówienia dla niej taksówki. Wygramoliła się na korytarz. Próbując trafić dłonią w rękaw płaszcza i jednocześnie nie spaść ze schodów, już po chwili znalazła się na zaśnieżonej ulicy. Powitało ją mroźne powietrze i całkowita ciemność. Zaraz dotarło też do niej, że właściwie to chyba nie ma pojęcia, gdzie jest. Czy to wciąż Nowy Jork i dlaczego wszystko wiruje jej przed oczyma.

* * *

Zupełnie inaczej wyobrażał sobie ten wieczór. Miał wcześniej wrócić na kochanego Jolly Rogera i przygotować piękną, romantyczną kolację z niespodzianką dla swojej najdroższej nimfy. Były w końcu walentynki, a on nie zamierzał spędzać tego dnia z kimkolwiek innym. Pomyśleć, że jeszcze rok wcześniej jego podejście do tego konkretnego dnia można było nazwać raczej ambiwalentnym. Choć wspólny wypad na mini wakacje z Lucy pomógł mu zrozumieć, że te święto jest tylko dobrym pretekstem do świętowania. Nie mniej tym razem, choć miał wszystko zaplanowane, to nic nie wyszło tak jak powinno. A wszystko przez tę zgraję wariatów, którzy śmieli zwać się jego przyjaciółmi i którzy z zadowoleniem pokrzyżowali mu plany.
Wylądował więc w gronie jednogłośnie uważającym go za pretekst do dobrej zabawy. Ciągali go od baru do baru, a Jones nie był w stanie wyrwać się z ich sideł. Podtykali mu pod nos coraz to inne trunki, tym samym powolutku pozbywając się oporu z jego strony. Największym jednak żartem był fakt, że nazwali to wszystko jego wieczorem kawalerskim. Kiedy nawet on i Lucy jeszcze nie wyznaczyli daty ślubu! Byli sobie spokojnie narzeczeństwem, z niczym się nie śpieszyli, a ci wariaci... Huck doskonale wiedział, że dla nich to tylko pretekst. Choć Drake, który zdawał się być prowokatorem całego przedsięwzięcia, usilnie temu zaprzeczał.
Podsumowując, umówiona z jego kochaną nimfą godzina już dawno minęła, a on wciąż nie potrafił wyrwać się rozpitej już ekipie. Prawdopodobnie dlatego, że i jego własną wolę alkohol zdążył już wyraźnie nagiąć. Nie pozostało mu nic innego, jak uciec się do podstępu. Tak też pod pretekstem udania się do łazienki wymknął się z kolejnego już na ich trasie baru i oddalił pośpiesznie główną ulicą. Dopiero po jakimś czasie zorientował się, że zupełnie nie wie, gdzie jest. No i było mu cholernie zimno, bo zostawił w barze swój płaszcz.
— Kur.... — warknął pod nosem, szczekając zębami, a zaraz potem objął się ramieniem i dłonią zaczął pocierać to drugie. Jego sytuacja nie przedstawiała się w kolorowych barwach. Krok miał chwiejny, w głowie mu szumiało, wszelkie napisy zlewały się w plamy przed oczyma. Najchętniej usiadłby gdzieś po drodze i zasnął. Ale nie mógł. Bo przecież Lucy czekała na niego na Jolly Rogerze.
— Już... Już idę... — wymamrotał.
Na koniec jeszcze wyciągnął z kieszeni spodni telefon i wystukał kilka słów w smsie. Miał przy tym nadzieję, że słowa które napisał były choć w miarę składne i że wysłał je rzeczywiście do Lucy.
Przetarła zmęczoną twarz i rozejrzała się po okolicy. Rzędy kamienic po obu stronach, ciągnące się po horyzont chodniki i pas jezdni pokryte cienką warstwą śniegu. A powinna być w domu, gdzie czekał na nią najprzystojniejszy facet na świecie, który z pewnością umiera ze strachu. Dlaczego ich życie musi być aż tak skomplikowane? Inni ludzie najzwyczajniej w świecie pracują od 8 do 16, umawiają się do kina, restauracji, na spacery i nie spóźniają się, bo ich grafik jest przejrzysty, a wszystko jest proste i poukładane. Nie kłócą się o głupoty, nie zrywają zaręczyn i nie wracają do siebie w ciągu jednego dnia, mają dobre relacje, mają normalne rodziny. Są normalni. U Lucy i Haka to słowo nie miało prawa bytu.
Nadmiar alkoholu sprawił, że miała ochotę się rozpłakać, a głupie myśli o tym, że jest beznadzieją narzeczoną jeszcze potęgowały cały ten nastrój. Ruszyła szybkim krokiem gdzieś przed siebie z nadzieją, że zaraz wpadnie na kogoś, kogo mogłaby zapytać o drogę do portu w Fabletown lub dowiedzieć się choćby, gdzie właściwie jest. Nazwy ulic, które wypatrywała na słupach tańczyły jej przed oczami i nie była w stanie rozczytać nawet pół słowa. Zdecydowała się pobiec. Choć z całą pewnością musiało to wyglądać paradnie, gdy co kilka metrów łapała dłonią ścianę budynków, by nie stracić równowagi.
Wtedy usłyszała krótki dźwięk wydobywający się z torby, więc nie zwalniając kroku, wygrzebała go z czeluści i zerknęła na ekran. To był sms do Jonesa, którego nie potrafiła rozszyfrować. Szczerze zastanawiała się, czy słowa faktycznie nie mają sensu, czy to z nią jest aż tak źle i przez moment wydało jej się to nawet dość zabawne.
Skręciła za róg i po raz drugi w ciągu kilkunastu minut uderzyła w coś twardego. I znów na chwilę zgasły wszystkie światła, a ona sama runęła na ziemię, najwyraźniej na kimś lądując. Wszystko wirowało jeszcze bardziej, jakby wpadła do pralki. Coś przeklęła pod nosem, choć w zamyśle miały to być przeprosiny.
— Kobieto... — usłyszała gdzieś pod sobą.
— Kochanie! — ucieszyła się, w mig rozpoznając głos — Przyszedłeś mnie ocalić!
— Ocalić? — mruknął pirat, powoli analizując sytuację, w której właśnie się znalazł: zza rogu wyłoniła się lecąca na oślep postać, która powaliła go na ziemię, i której włosy utrudniały mu właśnie oddychanie. Syknął z bólu i sięgnął dłonią tył swojej głowy, którym rąbnął o chodnik.
— Lucy, miałaś być na Jolly Rogerze... — dodał niemrawo, gdy już poskładał myśli w mniej więcej logiczną całość. — Chyba, że na nim jesteśmy...?
— Jesteśmy gdzieś w Nowym Jorku. Tak sądzę. — zauważyła i czknęła wyraźnie czując, że i jej narzeczony trochę dziś wypił — Huck, przepraszam. Zabalowałam u znajomej. Miałam wrócić na czas. Za późno spojrzałam na zegarek, ale pędziłam do domu najszybciej, jak tylko mogłam!
— Wiem, zauważyłem — parsknął — Ja też zawaliłem. Ten walnięty smok porwał mnie na pseudo-wieczór kawalerski i zwiedziliśmy chyba wszystkie bary z całym mieście. Nawet nie pytaj, jak udało mi się zwiać. Najwyraźniej, jak zwykle nic nie układa się tak jak powinno...
— Oh, jesteśmy niepoprawni, wiesz o tym? — zaszczebiotała i ucałowała go w usta. Próbując podnieść się i odgarnąć z twarzy burzę jasnych loków poczuła, jak coś kuje ją w żebra.
— To twój hak czy aż tak cieszysz się na mój widok? — parsknęła głośnym, głupkowatym śmiechem.
Zamrugał kilka razy i uśmiechnął się nonszalancko. A przynajmniej miał taką nadzieję. Bo niestety nie do końca był w stanie kontrolować mięśnie swojej twarzy. Postanowił jednak zgrywać twardziela i udawać przed Lucy, że wciąż ma wszystko pod kontrolą. Choć było to dalekie od prawdy.
— A co zrobisz, jeśli to nie mój hak? — rzucił, ostatecznie pomagając jej wstać. Nie było to łatwe zadanie, zwłaszcza, że oboje mieli już dobrze wypite, ale koniec końców udało im się. Podpierając się o siebie nawzajem i śmiejąc przy tym jak durne bachory, wylądowali wyprostowani w swoich objęciach.
— Nie mówię, że tak jest... To tylko pytanie czysto hipotetyczne — dodał jeszcze, całując ją krótko w usta.
— Przyglądam się jak zaczynasz cierpieć z tej radości na mój widok. Przynajmniej do czasu aż znaleźlibyśmy się sami na twoim stateczku... — wyszeptała mu nimfa do ucha. Zaraz jednak zniszczyła cały nastrój, nie potrafiąc dłużej utrzymać poważnego tonu. Zwyczajnie się roześmiała.
— W takim razie czym prędzej wracajmy na Jolly Rogera — odparł Jones, całując ją raz jeszcze. Tym razem w czoło.
Oparli się o siebie nawzajem i tak przytuleni ruszyli powoli ulicą. Już nie zastanawiali się nawet czy zmierzają w odpowiednim kierunku. Mieli siebie nawzajem, a w takim wypadku nic nie mogło pójść nie tak. Znaczy się. W sumie to mogło, bo przyciągali kłopoty lepiej niż ktokolwiek inny na świecie, ale jakimś cudem zawsze znajdowali z nich wyjście. Przecież i teraz nie mogło być inaczej. Kiedy byli razem, Huckowi nic nie wydawało się niemożliwe. Zwyczajnie cieszył się towarzystwem swojej narzeczonej. Gdy nie musiał nic mówić, gdy nie musiał się wściekać. Bez kłótni, bez nieporozumień. Czysta miłość. Nie zawsze tak było, ale dla tych chwil gotowy był przetrwać naprawdę wiele.
Mimo całego zamieszania, zamroczonych alkoholem umysłów i pecha, jaki zazwyczaj ich prześladował, szczęśliwie znaleźli się gdzieś nad East River. Wystarczyło tylko iść na zachód, wzdłuż wybrzeża, a bez trudu powinni dotrzeć do portu w Fabletown — jak zauważył Hak, rozglądając się po bulwarze ciągnącym się niemal po horyzont, oświetlonym ulicznymi latarniami.
Oboje dostrzegli, że mimo późnej pory, śniegu i mrozu kręciło się tu wiele par, które w ten sposób postanowiły spędzić Walentynki. Lucy od razu rozczulił ten widok, przypominając o zwariowanych Świętach Bożego Narodzenia, które razem spędzili. Było wówczas niemal tyle samo białego puchu co dziś, a im było równie ciepło w swoim towarzystwie, choć tym razem swoje pięć groszy z pewnością dołożyć krążący w żyłach alkohol.
Wyciągnęła ręce w kierunku kapitana i przytuliła się do jego ramienia, jak mała dziewczynka do miękkiego misia. Szybko jednak przekonała się, że nie miało to z miękkością nic wspólnego, bo natrafiła na twardą kość.
— Gdzie twój płaszcz?! — wystraszyła się, chyba bardziej tym, że dopiero teraz to zauważyła.
Jones westchnął ciężko.
— Został... chyba w jednym z barów. Ale to nic, nie przejmuj się, jest mi wystarczająco ciepło. — wyprostował zaraz plecy i uśmiechnął do ukochanej. W jej oczach dostrzegł jednak błysk matczynej opiekuńczości, który widywał, gdy tylko złapał katar lub wracał do domu nieco pokiereszowany, a Lucy przybiegała z opatrunkami i lekami, i stanowczo kazała mu odpoczywać.
Nimfa zdjęła swój płaszcz i zarzuciła na plecy kapitana.
— O nie, nie, nie! — zaprotestował Huckelberry — Nic z tego! To ja tu jestem gentlemanem!
— Chcesz zamarznąć? — fuknęła nad wyraz trzeźwo.
— Nic mi nie będzie, nie martw się...
— Ty lepiej martw się o swój maszt, żeby on czasem ci nie odmarzł! - zachichotała głośno i posłała mu dość jednoznaczne spojrzenie, po czym zacisnęła palce na metalowym haku. Ruszyła przed siebie ciągnąc Jonesa z sobą. Ten uśmiechnął się pod nosem. Walentynki nie były jednak takim złym dniem, jak kiedyś sądził. Były wyjątkowe, teraz już to wiedział. Może zbyt różowe i przesłodzone, może tandetne i tanie. Ale wyjątkowe.
A zaczepne żarciki nimfy i jej poczucie humoru dobrze wróżyły, więc westchnął z zadowoleniem i pozwolił się prowadzić.

Kilkanaście minut później, dostrzegli w oddali dobrze znane maszty. Ukryty przed wzrokiem Doczesnych Jolly Roger zdawał się witać ich najpiękniej jak tylko potrafił, kołysząc się dumnie w blasku zimowego księżyca.
— Panie przodem — ukłonił się szarmancko Huck, wskazując hakiem na podest i dalej nucąc piosenkę, którą raczył Lucy niemal przez całą drogę wzdłuż East River. Wkroczyli na pokład w cudownych nastrojach, nie przejmując się tym, że ich plany na ten dzień legły w gruzach. To nie miało większego znaczenia. Już dawno temu uświadomili sobie, że póki są razem, reszta przestaje się liczyć. Zawsze jakoś sobie poradzą, choćby mieli spalić całe Fabletown podczas jednej z kłótni. To nic, wspólna kolacja na zgliszczach też może być romantyczna.
— Więc? Od czego zaczniemy? Dodam tylko, że jest wiele możliwości... — zlustrował ją wzrokiem od stóp po głowę, gdy tylko znaleźli się w ciepłej kajucie — ...I chyba nie ma sensu dłużej marnować tak cudownej nocy...
— Zaczniemy od kolacji, którą mi obiecałeś — przerwała mu i uniosła brew w wyraźnym geście No i co zrobisz, jak nic nie zrobisz?. Jej uśmiech zdradzał jednak zbyt wiele i wciąż nie potrafiła długo utrzymać powagi. Lubiła przeciągać każdą chwilę w nieskończoność, więc posłała mu kolejne z serii swoich nimfich spojrzeń i ruszyła do części kuchennej. Jones nie mógł zrobić nic innego, jak tylko się uśmiechnąć i wywrócić oczyma. Chłodne powietrze nocy odrobinę przejaśniło mu w głowie, a wszystkie te przecudne zaczepki ze strony Lucy były zapowiedzią doprawdy ciekawej nocy. Toteż mimo ognia, który ogarnął go od środka, nie miał nic przeciwko wspólnej kolacji. Zresztą nikt nie mógł zagwarantować, że oboje w połowie posiłku nie znudzą się całą tą grą i nie rzucą na siebie. Huck zdecydowanie liczył na taki obrót sytuacji.
Posłusznie ruszył za ukochaną do kuchni. Tam też stanął tuż obok niej, całkowicie zszokowany.
Wszędzie dookoła walały się papierki, okruszki, resztki jedzenia i opakowań. Nawet jego kochane, drogocenne butelki z rumem leżały puste na podłodze.
— Co tu się... — zaczął, ale przerwał, widząc jak nimfa podchodzi do stołu.
— Wygląda na to, że zostaliśmy z jedną, nadpaloną świeczką i paczką herbatników. Nie wiem jak ty, ale jestem w stanie pogodzić się z sytuacją...
— Wiesz... Znajdzie się też pół butelki rumu w moim tajnym schowku, a i ciepłym kocykiem na pewno nie pogardzisz. Taki... Ubogi piknik na podłodze? — zaproponował z rozczulającym uśmiechem, na który ona nie potrafiła nie zareagować. Wymienili się więc krótkim pocałunkiem, w ciszy składając obietnicę, że będą się cieszyć chwilą. Całym tym bałaganem mogli przecież pomartwić się potem...
— Chyba utknęłam tu z tobą i tą marną kolacją przy połowie świecy.
— Ależ Łabądku — objął ją w tali i przyciągnął do siebie. Tym razem na jego twarzy zawitał ten tak dobrze jej znany grymas, który wprost mówił, co piratowi chodziło po głowie. — Mogę ci zapewnić lepszą rozrywkę, jeśli wolisz...
Zanim Lucy zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, zanim Huck zdążył dodać jeszcze choćby jedno słowo, rozległ się głośny huk. Na podłogę spadły odłożone jeszcze z rana po śniadaniu na bok talerze, roztrzaskując się w drobny mak. Zaraz potem też zakochani usłyszeli coś w rodzaju skrzekliwego hihiotu. Oboje odwrócili się w stronę hałasu i szeroko otworzyli zdumione oczy. Lucy nawet zakryła usta dłońmi. Natomiast Jones skrzywił się z niesmakiem.
Po części kuchennej Jolly Rogera, zawieszona ogonem na lampie, kręciła się kapucynka. Mała, włochata i szeroko uśmiechnięta.
Nagle wszystko stało się jasne. Co więcej, dotarło też do nich, że nie tylko w części kuchennej panuje taki bałagan. Stworzonko, które dostało się na Jolly Rogera poprzewracało bibeloty poustawiane na półkach, zerwało zasłony i pozrzucało butelki, które turlały się teraz w ślad za delikatnymi przechyłami okrętu.
— Jeśli to sprawka Petera, uduszę go jedną ręką i wypruję flaki drugą. — warknął Hak, z wściekłym spojrzeniem śledząc intruza — Cholerna małpa, nienawidzę małp.
Lucy przez moment obserwowała pirata, nie mogąc powstrzymać uśmiechu wywołanego jego reakcją. Powinna zareagować podobnie - w końcu to również i jej dom, a sprzątanie zajmie im z pewnością trochę czasu. Ale nie mogła, nie potrafiła się smucić. Nie licząc dobrego humoru spowodowanego dużą dawką wina, małpka wydała jej się najzwyczajniej w świecie urocza. Miała na sobie malutką białą koszulę i czerwoną kamizelkę w paski, co sprawiało, że wyglądała niczym malutki, zabawny człowieczek. Wprost idealny towarzysz prawdziwego pirackiego kapitana, czyż nie?
— Może uciekła z cyrku? — zastanawiała się głośno, chcąc rozluźnić atmosferę — Albo należy do któregoś z Baśniowców?
— Nie obchodzi mnie to — fuknął Jones, rozglądając się po kątach w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby pomóc mu w ujęciu zwierzaka — Ma stąd zniknąć. I to już.
— Niech zostanie... — zaproponowała Lucy — Przynajmniej do czasu, aż ktoś się po nią zgłosi.
— Nie ma mowy! — spiorunował ją wzrokiem — Zobacz, co zrobiła! Zdewastowała okręt!
Tymczasem, kapucynka zeskoczyła z lampy, przebiegła po podłodze i jednym zgrabnym susem pokonała odległość do blatu wielkiej ławy, na której spoczywały drogocenne mapy. Zasiadła na środku i zaskrzeczała głośno. Lucy otworzyła szerzej oczy. Stół z mapami był świętym miejscem, więc zaczęła się szczerze obawiać, że tegoroczne Walentynki mogą za moment stać się dość krwawe...
Huck wziął głęboki oddech, a nimfa niemal widziała, jak w ułamku sekundy jego oczy stają się czerwone ze złości. Ruszył w jej kierunku rzucając się na stół. Małpa była jednak szybsza i odskoczyła na bok z głośnym krzykiem, więc rozpoczęła się prawdziwa gonitwa. Zwierzak odbijał się od mebli, przeskakiwał po ozdobach zwisających z sufitu, skrzecząc głośno i wciąż wymykając się od wszelkich prób uchwycenia go. Nagle Huckelberry okręcił się wokół własnej osi czując, że małpka na moment zawisła na jego plecach. I zamarł w bezruchu.
— Tego już za wiele! — wrzasnął widząc, jak włochaty potwór siedzi teraz na szafie z metalowym hakiem w dłoni. Z jego protezą! Jak zdołała ją zabrać?! Miał tego najzwyczajniej w świecie dość. To miały być cudowne Walentynki - z trochę zmienionym w ostatniej chwili planem, ale wciąż cudowne. On i Lucy na Jolly Rogerze, sami w swojej kajucie. Jeszcze chwilę temu był przekonany, że tego dnia już nie da się popsuć. A jednak.
Wycelował z pistoletu wprost w kierunku kapucynki.
— Co ty wyprawiasz, zwariowałeś?! — Lucy chwyciła lufę kierując ją ku dołowi. Samo to sprawiło, że przerażony zwierzak skoczył na oślep przed siebie lądując prosto w uścisku pirata. Ten chwycił futrzaka za poły ubranka i nie zważając na jego skrzekliwe wrzaski, otworzył okno wyrzucając go jak najdalej.
— Spokojnie, skarbie, chciałem ją tylko nastraszyć — odparł, z dumą przytwierdzając hak na swoje miejsce — I po kłopocie.
W tamtej też chwili dostrzegł oburzone spojrzenie swojej kochanej nimfy. Patrzyła na niego z wyrzutem, wyraźnie niezadowolona z przebiegu zdarzeń. Nie miał tylko pewności, o co konkretnie się wściekała. Zresztą też nie miał ochoty tego dociekać. Ledwie co sam się uspokoił i to tylko dzięki wyrzuceniu tej cholernej małpy. Okropny zwierzak nie tylko narobił bałaganu, ale i wyraźnie wpłynął na ich nastroje.
— Chyba mi nie powiesz, że żal ci tego potwora? — spytał, uśmiechając się słodko i powoli podchodząc do Lucy.
— Chyba mi nie powiesz, że od tak zamierzasz zmienić śpiewkę? — odparła pytaniem nimfa. Nie podobało jej się to wszystko, nawet gdy alkohol skutecznie wpłynął na jej pogodne samopoczucie. Chodziło wszak o to, jak nieobliczalny był jej narzeczony. Zmieniał się z sekundy na sekundę, a ona nawet nie wiedziała co myśleć. Raz skory do uścisków i zabawy, zaraz potem skłonny mordować bez zastanowienia. Nawet jeśli chodziło tylko o zwierzaka. Nie pozwolił jej przecież dojść do głosu! Sam zdecydował, że małpa nie ma prawa przebywać na JEGO okręcie. Może i nie była prawdziwie wściekła, ale ochota na figle jakoś jej minęła.
— Przecież to było żywe stworzenie.
— I nadal takie jest — zapewnił skrzętnie. Jego brwi wygięły się w łuki, tylko uwypuklając szczenięce oczka, które błagały o wybaczenie. — Nie pozwólmy temu czemuś zepsuć nam Walentynek...
Uśmiechnęła się. Tylko tyle. Nic więcej. Tyle też wystarczyło by Jones odzyskał nadzieję. Już miał nawet przygarnąć ją całkiem do siebie, gdy nimfa powstrzymała jego usta dążące do jej szyi dłonią.
— Przez to wszystko zrobiłam się zmęczona — oznajmiła.
Czyli jednak głupia małpa zepsuła ich wspólny wieczór. Huck zacisnął mocno zęby, odsuwając się od ukochanej na krok. Dlaczego ona mu to robiła? Dlaczego musieli sprzeczać się o taką pierdołę? Zacisnął dłoń w pięść i fuknął coś pod nosem, zabierając się do podnoszenia rozrzuconych wokół stołu map. Nie miał ani ochoty, ani siły na kolejną sprzeczkę. Zresztą atmosfera zrobiła się już mało przyjemna, a do romantycznej było jej dalej niż do Nibylandii. To też musiał jakoś inaczej wyładować buzujące w nim emocje, skoro na ten przyjemny sposób nie było szans.
— Obraziłeś się? — spytała Lucy głosem najniewinniejszym z możliwych.
— Postanowiłaś przekreślić walentynkowy wieczór, bo wyrzuciłem insekta z naszego domu... Hymmm... Pomyślmy. Czy się obraziłem? Niekoniecznie. Czy jestem niezadowolony? A i owszem — wydeklamował, z trudem powstrzymując się od wybuchnięcia.
— Jesteś kompletnym idiotą, wiesz?
— A ty jesteś rozpieszczoną księżniczką.
— Samolubny pirat.
— Zadufana nimfa.
Na chwilę zapadła pełna napięcia cisza. Wyzwiska co prawda do najgorszych na jakie ich było stać nie należały, bo oboje w porę ugryźli się w język. Nie mniej spokój, którym jeszcze niedawno się zachwycali bezpowrotnie przepadł. A z nim całe to poczucie stabilności i bezpieczeństwa. Co w sumie nie było niczym nowym.
— Śpisz dziś sam — postanowiła twardo Lucy.
— I bardzo dobrze — odparł Huck.
Lucy dobrze wiedziała, że na tym zakończy się ich dzisiejsza wymiana zdań. I o to chodziło. Nie miała ochoty na żadne durne przeprosiny, przytulanki na zgodę i inne głupoty. Była wystarczająco zmęczona i zła, podobnie jak Jones. Potwierdził to tym, że zanim się spostrzegła, minął ją trzymając w dłoni swoją poduszkę i w ciszy kierując się do sąsiedniej kajuty, na kanapę - jak przypuszczała. Nimfa fuknęła tylko pod nosem i zaraz wskoczyła w piżamę.

Huckelberry ułożył się na kanapie, wcisnął poduszkę pod głowę i spojrzał w sufit. Przez moment przeklinał ten dzień i tego, kto wpuścił to włochate cholerstwo na pokład. Tyle problemów przez jedną małpę.
Co za różnica, czy żyje, czy nie żyje?
Wciąż jeszcze kręciło mu się w głowie, szczególnie gdy przymykał oczy. Może powinien poszukać to i przynieść na zgodę?
Przewrócił oczyma do swoich własnych myśli.
— Przepraszam, Łabądku.
Nie musiał nawet krzyczeć, ściana była na tyle cienka, a na okręcie było na tyle cicho, że Lucy z pewnością usłyszałaby nawet szept.
— Wybaczam — odpowiedziała i westchnęła głośno. Nigdy się nie nauczą, nie ma szans. Ale to nic, na szczęście kanapa również była wygodna.
Wygrałeś, draniu.
Chwyciła swoją poduszkę i ruszyła na boso do drugiego pokoju.
Walentynkowe buziaki dla Was :*
Żeby nie było nudno, tym razem macie od nas pijackie Walentynki xD Z zacną małpką w pakiecie :3
Notka pisana na szybko, ale mamy nadzieję, że się podobała :D Kochajcie się <3

6 komentarzy:

  1. Znalazłam chwilę, więc przychodzę z komentarzem! :D
    Na samym początku zostałam rozłożona na łopatki tekstem o haku. Śmiechłam wtedy głośno. xD
    I przysięgam, że sądziłam, że to Bufkin włamał się na Jolly Rogera, żeby świętować Walentynki. :D
    — Może uciekła z cyrku?
    Ja bym powiedziała, że z Nocy w Muzeum! :D

    Króciutka w sumie notka, spodziewałam się, że dłużej będzie mi się ją czytać, widać - źle oceniłam. :D No i nie wiemy w końcu, co się stało z małpką! To zupełnie niedokończona historia! :c Czy naprawdę przeżyła? Czy znalazła swój dom? Kto ją podrzucił? A może była samotna?
    Mam nadzieję, że z nią wszystko w porządku. Z Hakiem i Lucy również. Mam nadzieję, że chociaż następnego dnia sobie odbili i kiedyś im jednak ta romantyczna wyjdzie, a Klątwa Katastrofy chociaż na moment weźmie sobie urlop... :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Notka króciutka, ale to dlatego, że dopadł nas brak weny i pomysłu - cud, że cokolwiek powstało xD A notka wydaje się długa, bo cytat xD
      Ja sądzę, że małpka jeszcze się pojawi. Lucy tak łatwo nie odpuści! W końcu to idealne pirackie zwierzątko i jakoś się ją przemyci, żeby pan kapitan nie widział x)
      Wielkie dzięki za przeczytanie, niech hak będzie z tobą! xD <3

      Usuń
    2. Żadnej małpy na moim statku nie będzie!
      A tak na poważnie to dzięki za miłe słowa <3 Już tłumaczyć długości notki chyba nie muszę, bo kundelek pięknie to wyłożyła XD No i moje stanowisko co do zwierzaka też jest chyba jasne... :o
      A Klątwa Katastrofy nigdy nam nie odpuszcza :< Nie mniej przynajmniej jest ciekawie! :D Jakoś sobie z nią radzimy :>

      Usuń
  2. Odpisy porobione, to idę powoli nadrabiać czytanie! Krótkie, ale bardzo fajne. Jak zwykle można podziwiać waszą tęczozę, co w waszym wykonaniu jest bardzo fajne i chce się to czytać. ;) Małpka za to wygrała i mam wielką nadzieję, że przeżyła i jeszcze się pojawi... :D No i oby wreszcie udało wam się wygrać z tą katastrofą, chociaż przyznam szczerze, że chyba ona działa też na waszą korzyść, bo z niej biorą się niekiedy humorystyczne momenty.
    Szybko się czytało i czekam na więcej! <3

    OdpowiedzUsuń
  3. Biedni Hakuś i Lucyna, nawet w walentynki nie dane im zjeść w spokoju... Halo, zgłaszam reklamację, strona nie wyświetla mi całego tekstu, czytam czytam, a tu nagle koniec! :D
    Małpka koniecznie powinna wrócić, Hak tak uroczo się wkurwia :D Rozmowy o hakach i masztach... niby takie prymitywne, a też się uśmiałam :D Lepiej, żeby z tych romantycznych nocy nic nowego nie wyszło, bo małe bobo może demolować statek jeszcze gorzej niż małpka, a wtedy lepiej, żeby Hak nie wyrzucał go za burtę... xD

    OdpowiedzUsuń
  4. Och, zakończenie było mega urocze! <3 Bardzo fajnie się czytało, faktycznie szkoda, że tak krótko, jednak rozumiem i łączę się w bólu - brak weny potrafi nieźle przystopować :D
    I tak się zastanawiam, jak to jest, że bez względu na wszystko, oni zawsze się odnajdują i do siebie wracają? To się chyba nazywa prawdziwa miłość :D <3
    Tak na koniec, to życzę Hakowi i Lucy mnóstwo miłości i cierpliwości do czekających pewnie na nich wybojów na drodze życia :D :*

    OdpowiedzUsuń