Fabletown News

Jesień w Fabletown

Wielkimi krokami zbliża się jesień, chociaż panujące na zewnątrz temperatury jeszcze nic na to nie wskazują. Jednak już dziś, burmistrz Król Cole poszukuje chętnych do pomocy przy grabieniu liści i przygotowaniu ogrodów przed Woodlands na nadchodzącą porę roku. Według początkowych planów, zająć mieli się tym Baśniowcy osadzeni w więzieniu, jednak tych oddelegowano do prac porządkowych na Farmie.
Jesień oznacza także rozpoczęcie nowego roku szkolnego. W związku z tym w Zespole Szkół im. H. Ch. Andersena ogłoszono nabór na kilka wolnych miejsc w kadrze nauczycielskiej. Zgłaszać mogą się wszyscy ci, którzy lubią pracę z dziećmi i/lub mają doświadczenie w zawodzie.



Bufkin donosi, że...

...w Fabletown jest ostatnio bardzo gorąco. I nie mam tu wcale na myśli upałów czy piekielnych kazań Lucyfera w jego kościele, oj nie. Ostatnio na trzynastym piętrze wybuchł pożar i chociaż wiedźmy nie chcą o tym rozmawiać udało mi się podsłuchać ich rozmowę. Podobno jedna z czarownic postanowiła poprosić ifryta o by zrobił z niej "gorącą laskę" cokolwiek to znaczy. Marid najwyraźniej też tego nie wiedział, bo spełnił jej życzenie bardzo dosłownie i czarownica stanęła w płomieniach. Przy okazji spaliło się też kilka mebli.
Zresztą to nie jedyny pożar w ostatnim czasie. Smok Drake opowiadał mi ostatnio, że niedawny pożar w okolicach Farmy nie był spowodowany falą upałów. Podobno Devril był znudzony i zirytowany wycieczką i postanowił nieco się zabawić. Wydawał się bardzo zadowolony z siebie, zwłaszcza kiedy okazało się, że w trakcie pożaru zginęło kilkoro doczesnych. Podobno Snow White za karę przydzieliła mu kilka godzin prac społecznych. Mam tylko nadzieję, że nie trafi do Biblioteki. Wciąż niemiło wspominam nasze ostatnie spotkanie...

sobota, 17 lutego 2018

Skoro jednak zostałeś wybrany, musisz dać z siebie
tyle siły, serca i rozumu, na ile cię stać

Rycerz, końcem końców, miał dopiero dziewiętnaście lat. Był bardzo odważny i bardzo nierozsądny. Słynął z jednego, znany był z drugiego.
A.Sapkowski ~ Pani Jeziora
Galahad Corbenic
archiwista w Woodlands 24 lata w Fabletown od roku
Ponownie stanął na rozdrożu, mając przed sobą ścieżkę łatwiejszą i trudniejszą, ale tym razem nie było nikogo, kto mógłby podjąć decyzję za niego. Świadomość istnienia możliwości porażki potrafi być równie paraliżująca co strach i dlatego odrzucił ja na samym początku. Nie z pychy i przesadnej wiary w siebie, których starał się wystrzegać odkąd został rycerzem, ale by nie zaprzątać myśli problemami, którym być może wcale nie będzie musiał stawić czoła. Potem ruszył. Na oślep, ignorując wszelkie drogowskazy, kierując się wyłącznie własnym sumieniem, wartościami i rozumem, nie próbując zgadywać, którą z dróg obrał.
Stracił konia i zbroję, jest rycerzem bez miecza i tarczy, ale ze świadomością, że to nie one go nim czyniły. Nie zaprząta więc sobie myśli przeskokiem technologicznym, który bardziej go fascynuje niż przeraża, a raczej usiłuje pozostawać wiernym swoim wartościom. Wciąż prosi o siłę, bo samozaparcia i determinacji nigdy mu nie brakowało, i nie rozważa już, czy nie rezygnując z honoru, wiary i starych ślubów, wybrał trudniejszą ścieżkę. Skupił się na nowych obowiązkach, które przynajmniej stara się wypełniać sumiennie, choć nadal ma problem ze współpracą i woli robić wszystko samodzielnie, a małomówność i introwertyczna natura połączone z trudnością z chodzeniem na kompromisy wcale nie pomagają w kontaktach z innymi Baśniowcami. Pozostaje jednak niepoprawnym optymistą, który nigdy nie był w stanie zrozumieć, że istnieją sytuacje bez wyjścia i problemy nie do rozwiązania, i stara się najlepiej jak potrafi, tylko czasem wspominając dawne czasy, gdy podążał do jednego, konkretnego celu, a wszystko wydawało się być bardziej czarno-białe.
Prawdopodobnie jest beznadziejnym przypadkiem idealisty, który wciąż jest gotowy rzucić się w ogień za byle mrzonką. Prawdopodobnie ze swoim umiłowaniem ciszy nijak nie przystaje do głośnego miasta. Prawdopodobnie już dawno powinien wykazać się zdrowym rozsądkiem i poddać. Nauczył się jednak, że musi robić swoje, nie zważając na zdanie innych. Zresztą, czy można wymagać rozsądku od człowieka, który uganiał się za Świętym Graalem przez większość dorosłego życia.
“My strength is as the strength of ten because my heart is pure," said Carrot.
"Really? Well, there's eleven of them.”
T.Pratchett ~ Jingo
Najpierw miałam wrócić z Romulusem, potem myślałam o czarowniku o ciele bez duszy i zastanawiałam się, czy Wicehrabia przepołowiony zaliczy się do książek o cechach baśni. I w tym całym niezdecydowaniu powstał Galahad, który, mam nadzieję, nie wyszedł tak źle, jak mi się wydaje. Cytat w tytule to J.R.R. Tolkien i Władca Pierścieni, na zdjęciu Lorenzo Richelmy. Wszystkie zakładki w budowie, ale niedługo powinnam je uzupełnić.
NIE MAM NIC DO UKRYCIA | TARCZE

53 komentarze:

  1. [Witamy nowa postać #teamCamelot! :D
    Szalenie podoba mi się sposób, w jaki pokazałaś Galahada. Historia genialnie napisana, aż jestem ciekawa co po uzupełnieniu będzie! Wprawdzie chwilowo nie mam pomysłu, czego żałuję, bo chętnie bym coś z Tobą napisała, ale będę myśleć nad czymś. Bo myślę, że udałoby się jakoś Galahada i Morganę umieścić w wątku. Może nie do końca w przeszłości (chociaż kto wie?), ale w Fabletown... No nic, pomyślimy. A tym czasem życzę długiego pobytu u nas, dobrej zabawy, wielu wątków i mnóstwa weny! ;)]

    Zła wiedźma Morgana

    OdpowiedzUsuń
  2. [Niezmiennie robi mi się miło na moim autorskim serduszku, kiedy widzę na blogach Twoich panów, zwłaszcza szlachetnych panów idealistów, których nigdy dość <3 Cześć, czołem! Bawcie się z rycerzem dobrze w Fable!]

    Clyde Nightlinger / Harley Fletcher

    OdpowiedzUsuń
  3. [Witamy ponownie na blogu! :D
    Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem opisu w twojej karcie. Wszystkie słowa są tak ładnie dobrane, że od razu można z łatwością zorientować się, z kim ma się do czynienia, kim jest Galahad :) Jego postaci nie znałam do tej pory, więc tym bardziej cieszę się, że tak dobrze opisałaś jego charakter :D
    Trzymam kciuki za same ciekawe wątki, baw się dobrze w Fabletown!]

    Administracja & Lucy

    OdpowiedzUsuń
  4. [Nie ma za co dziękować. Tak dobrą pracę trzeba doceniać. ;) Ale i ja bardzo dziękuję za pochwałę. I przyznam szczerze, że przez ten sentyment właśnie chciałam zainspirować się serialową wersją Morganki. Wprawdzie wyszedł pewien misz-masz ale charakter pozostał bez zmian.
    I tak samo myślałam... nie jest niemożliwe, aby nie zacząć czegoś z przeszłości, aczkolwiek byłoby to ciężkie. Trzeba byłoby jakoś kombinować ale to do zrobienia.
    Za to Twój pomysł w Fabletown, szczerze mówiąc, bardzo mi się podoba. Zainspirowałam się Twoim opisem w głównej KP o tym, że Galahad chętnie by się wybrał na poszukiwania czegoś. Może ten dokument byłby powiązany z magicznym artefaktem, który gdzieś został ukryty? I powiedzmy, byłoby to pismo, które znać mogą jedynie ci znający starożytną magię, więc Morgana by pasowała, bo przecież ona takową się posługuje jako kapłanka. Tak samo jak z pewnością zna to pismo. To byłoby bardzo niezwiązane z pracą Galahada. Nawet można byłoby przenieść akcję do Brytanii, bo by się okazało, że ten artefakt jest ukryty w jakichś pozostałościach po ich czasach. Tak trochę rozwinęłam i dodałam od siebie. Co Ty na to? ;)]

    Morganka

    OdpowiedzUsuń
  5. [To się bardzo cieszę z tego powodu. I sama sądzę, że ta postawa niechęci będzie bardzo ciekawym elementem. Podejrzewam nawet, że i Morganie nie będzie zbytnio się uśmiechało pomaganie dawnemu sojusznikowi brata, ale dla dobra artefaktu byłaby skłonna współpracować z każdym, bo jednak odnalezienie go to będzie priorytet.
    Właśnie tak myślałam, by połączyć go z Avalonem. Wpadłam na pomysł, by może wziąć coś, co jest powiązanie z magią spośród tych trzynastu skarbów/insygniów Brytanii i na potrzeby wątku połączyć go z naszym wątkiem. Może ten kamień do ostrzenia mieczy, po którym wystarczyło kogoś zranić, by zginął? Albo może okazać się, że pochwa na Excalibur, niby zniszczona, a jednak nadal istnieje tylko przez tyle czasu nie mogła być znaleziona? Ewentualnie możemy też sięgnąć po jakiś artefakt z serialu.]

    Morgana

    OdpowiedzUsuń
  6. [Dzień dobry! Jestem oczarowana tą kartą jak i samą postacią, genialna karta i wspaniale uzupełnione zakładki. <3 Nie będę Ci jednak za bardzo słodzić, bo jeszcze cukrzycy dostaniesz. :D Chętnie jednak zaproszę Cię do którejś z moich pań, na pewno wspólnymi siłami uda nam się wymyślić coś fajnego.]

    Cindy & Syanna

    OdpowiedzUsuń
  7. [Galahadziu kochany! <3
    Jestem zauroczona postacią i kartą - prześlicznie zrobiona, napisana i dopracowana. Aż zazdroszczę talentu pod każdym względem. Absolutnie muszę Cię porwać na wątek do Percy'ego - bujajmy w obłokach jak na beznadziejnych idealistów przystało i biegajmy (znowu) razem za Świętym Graalem! Opcjonalnie możemy też ratować małe kotki - do wyboru do koloru. <3]

    Percy (i Owen)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [p.s. No i z tego zachwytu Twoją KP i Galahadziem, zapomniałam napisać w jednej sprawie...
      Bo piszę notkę fabularną do zabawy i trochę występuje tam Galahad, którego wówczas jeszcze na blogu nie było. Nie masz nic przeciwko wykorzystaniu Cię trochę? Bo w razie czego bez problemu i uszczerbku dla fabuły zastąpię Galahada Borsem. :)]

      Usuń
  8. [Zatem bierzemy drugie! Bo jak tak pomyśleć, to masz słuszność. Zdecydowanie lepiej powiązać to z Avalonem, niż specjalnie na potrzeby naszej fabuły kręcić, wymyślać i coś tam jeszcze. Zatem mamy wszystko.
    I byłabym dozgonnie wdzięczna za rozpoczęcie, bo po nadrobieniu ostatnich zaległości regeneruję jeszcze swoją wenę. Gdyby nie chwilowa niedyspozycja, chętnie bym nam zaczęła.]

    Morganka

    OdpowiedzUsuń
  9. [W końcu, z pewnym opóźnieniem, przybywam się przywitać! :)
    Witam Cię zatem ponownie! Pamiętam Cię z Godsów i czekam na reaktywację bloga, bo mieliśmy mieć bardzo fajny wątek, więc tym bardziej byłam ciekawa Twojej wersji Galahada. No i przyznaję bez bicia, że podglądałam troszeczkę KP...
    Galahad Ci wyszedł genialnie! No i Marco Polo na wizerunku. ;) Prześlicznie napisana KP i oddany charakter. Wyszedł tak uroczy i kochany, że chyba nie da się go nie polubić. Życzę całej masy weny i wątków, no i zapraszam do siebie. Może uda nam się coś fajnego wykombinować. :)]

    Mordred

    OdpowiedzUsuń
  10. Fabletown nie było spełnieniem marzeń Morgany. Gdyby ponownie stanęła przed wyborem - tym razem zostałaby na miejscu. Ewentualnie, tuż po uratowaniu Mordreda i sprowadzeniu go do tego dziwnego świata, sama wróciłaby na ziemie Albionu. Tam, gdzie było jej miejsce. Tam, gdzie znajdował się Camelot, który bezsprzecznie się jej należał i, o który tak długo zabiegała. Po śmierci Artura wszystko należałoby do niej. Wreszcie sięgnęłaby po swoją upragnioną koronę, której tym razem już nikt by jej nie odebrał. Gdy ostatnim razem zdobyła władzę spotkała się z trudnościami, a jej panowanie nie trwało długo. Ale wówczas żyli zarówno ojciec jak i brat Morgany.
    Tymczasem utknęła w tym brudnym, dziwnym i obcym świecie pełnym zapachu spalin, tłoku i hałasu. Owszem, nie wiodło jej się tu najgorzej. Miała własny i naprawdę na wysokich standardach apartament oraz pracę, w której mogła zajmować się tym, co znała najlepiej - magią. Jednak to tylko pozory. Mieszkanie, chociaż udało jej się urządzić w stylu wczesnego średniowiecza, to przez widok z okien nadal zbyt bardzo przypominało jej o znienawidzonym XXI wieku. A praca? Nie tego spodziewała się po stanowisku wiedźmy. Fakt, często przychodziło jej uwarzyć jakiś eliksir czy pomóc w stworzeniu glamour, zdarzały się nawet zadania powiązane z mieszkańcami podziemi Woodlands. Najczęściej jednak zmuszona była siedzieć w pokoju i czekać na coś naprawdę ciekawego. Niestety miało to miejsce bardzo rzadko. Zazwyczaj dnie mijały na przyjmowaniu kolejnych zgłaszających się po czar maskujący, albo lamentujących, że glamour jest zbyt drogie i ich nie stać. Ci drudzy zachowywali się niekiedy tak, jakby zależało to od Morgany. Wtenczas bardzo starała się zachować spokój i tylko sama wiedziała, jak bardzo biła się z własnymi myślami; z jak wielkim trudem powstrzymywała się aby nie wykonać prostego gestu i pozbawić delikwenta życia. Łatwo jej to przychodziło w przeszłości. Może nawet zbyt łatwo? Kolejny powód, dla którego żałowała przybycia do doczesnego świata. Na ziemiach Albionu nic jej za to nie groziło. Ba, każdy czuł obawę na sam dźwięk jej imienia, co Morganie odpowiadało. Tutaj, z ogromną niechęcią, musiała się przystosować do panujących norm. Znów musiała grać poukładaną i dobrą. O ile w Camelocie miało to jakiś sens, bo miała w tym cel, tutaj go nie widziała. Bo co mogła zyskać w tym świecie?
    [...]
    Ten dzień w żaden sposób nie zapowiadał się inaczej. Jeszcze przed południem uporała się z dokończeniem zamówionych glamour i kilku innych eliksirów, po czym udała się do pokoju, na którego drzwiach zawieszono tabliczkę z jej nazwiskiem. Usiadła za drewnianym biurkiem i zerknęła na kilka leżących nań kartek. Przewagę stanowiły listy nowo przybyłych do dzielnicy, którzy czekali w kolejce po czar maskujący, bądź inne magiczne wywary. Wszystko było praktycznie gotowe i do odebrania. Kilka wymagało dokończenia, aczkolwiek to już nie leżało w gestii Morgany. A dopóki nie miało pojawić się nic nowego, mogła robić co chciała. Na szczęście dla siebie, kilka dni wcześniej przyniosła ze sobą parę książek, które według niej, zasługiwały na jakąś uwagę. Morgana nigdy nie wiedziała ile czasu będzie musiała spędzić za biurkiem. Liczyła, że w najbliższym czasie dostanie zadanie zejścia do podziemi. Bazyliszek często potrzebowała swojego wywaru na oczy, jeden ze smoków wiecznie sprawiał problemy, albo potrzebny był jakiś magiczny artefakt. Jak na złość, nic z tych rzeczy nie miało miejsca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trudno dokładnie stwierdzić, jak długo siedziała za biurkiem z książką w ręku, ale jej uwagę od kolejnej stronicy powieści odwróciło stukanie do drzwi. Czarownica nie należała do tych, którzy chętnie zapraszają do swojego gabinetu. Nigdy zza biurka nie zachęcała do wejścia. Nawet otwierając drzwi, stawała w przejściu tak, jakby nie zamierzała wpuścić do środka. I bynajmniej, nie miała niczego do ukrycia; po prostu nie należała do zbyt towarzyskich osób.
      Tym niemniej, odłożyła książkę, w której wcześniej umieściła jedną z kartek aby zaznaczyć gdzie skończyła i podeszła do drzwi. Nacisnęła klamkę, a uchyliwszy je, wzrok wiedźmy natrafił na mężczyznę, którego dobrze kojarzyła. O ile się nie myliła - pracował w archiwum. Galahad. Pochodził z jej czasów, a nawet z tego samego miejsca, bo z Brytanii. Aczkolwiek ówcześnie nie mieli przyjemności stanąć sobie na drodze. Morgana znała go jedynie z opowieści Mordreda. Podobno był jednym z tych, którzy wyruszyli na poszukiwania Graala, lecz nigdy z tych poszukiwań nie wrócił.
      Od razu zerknęła na trzymany przez niego w ręku pergamin, który mocno ją zainteresował. Na oko, wyglądał na taki z czasów średniowiecza. Tylko co tak stara rzecz robiła w Fabletown? Może nareszcie miało dziać się coś, co skutecznie zakończy, zdecydowanie już zbyt długo, trwającą nudę? - pomyślała.
      – Dzień dobry, wejdź – pewnie z uwagi na swoje zainteresowanie tym razem zrobiła wyjątek i od razu zrobiła przejście, wpuszczając Galahada do środka. Ale od chwili, kiedy spojrzała na zwinięty dokument, intuicja podpowiedziała jej, że to jest o wiele bardziej istotna sprawa, niż mogła się spodziewać. – Pewnie twoja wizyta dotyczy tego? – spytała, wzrokiem wskazując na ściskany przez archiwistę pergamin i ręką wskazała mu na krzesło przed biurkiem. Sama natomiast wróciła na fotel za drewnianym meblem i zrobiwszy miejsce na blacie, skierowała swoje uważne spojrzenie na nieoczekiwanego gościa. – Jak zatem mogę Ci pomóc?

      [Mnie się bardzo podobało i mówię to szczerze. ;) Nawet wena powoli do mnie zaczęła wracać, więc jest bardzo dobrze. Mam tylko nadzieję, że odpis jest tak samo dobry jak początek.]

      Morganka

      Usuń
  11. [Dziękuję Ci bardzo! A co do historii to jest w trakcie przeróbek, bo narobiłam w niej trochę bałaganu... ale i tak dziękuję. :)
    Co do relacji to jak się zastanawiałam nad tym to wydaje mi się, że w Camelocie Mordred za bardzo na Galahada uwagi nie zwracał, bo pewnie uważał go za kolejnego oderwanego od rzeczywistości rycerza, uganiającego się za Graalem. Za to potem (w Fabletown) pewnie ze względu na nienawiść do Lancelota, Mordred nienawidziłby też Galahada i życzył mu wszystkiego co najgorsze. Ale... jak tak sobie myślałam to korci mnie by zmusić Mordreda do małej zmiany poglądów. Lancelot się chyba nigdy za bardzo swoim synem nie interesował, do tego Galahada i Mordreda sporo łączy - obaj mieli trochę pod górkę z powodu przepowiedni i przeznaczenia, całe życie mieli zdominowane przez z góry ustalony cel, relacje rodzinne - zwłaszcza z tatusiami - mieli nieciekawe... Myślę, że jakby odłożyli swoją niechęć na bok (i z góry wyrobione opinie na swój temat ;)) i zaczęli ze sobą rozmawiać to mogliby się nawet o dziwo dogadać. Co myślisz? ;)
    Jeśli o sam wątek chodzi to początkowe włażenie sobie w drogę mi się bardzo podoba. Nawet mogłybyśmy im trochę sytuację skomplikować. Powiedzmy Mordred pewnie dość ostro by zareagował na fakt, że Galahad mu przeszkadza i się wtrąca, może wynikłaby z tego nawet jakaś kłótnia, która wpakowałaby ich w jakieś kłopoty i tym samym skazała na swoje towarzystwo? Tylko jeszcze by się przydało wymyślić jaka to mogłaby być sprawa... Co mogłoby być na tyle ważnego dla Galahada, że postanowiłby się wtrącić?]

    Mordred

    OdpowiedzUsuń
  12. [Z opóźnieniem, ale witam serdecznie kolejnego rycerza na blogu. :) No i witam Cię ponownie, bo pamiętam (i mile wspominam) Twojego Romulusa. Cieszę się, że do nas wróciłaś. :)
    Zaś co do Galahada - to postać cudownie przedstawiona. A dziadek mnie niesamowicie ujął <3 Ogółem zachwycam się bardzo, więc musiało wyjść idealnie. Baw się dobrze i wpadnij do mnie, może wreszcie uda mi się jakoś rozruszać wątkowo. :)]

    - Nimue

    OdpowiedzUsuń
  13. [Witam Cię ponownie! I muszę przyznać, że Galahad Ci wyszedł naprawdę słodziutki i do schrupania. ;) Baw się dobrze, pisz same fantastyczne wątki i w ogóle życzę wszystkiego co najlepsze. No i zapraszam w odwiedziny do smoka. ;)]

    Ten grzeczniejszy smok - Drake

    OdpowiedzUsuń
  14. [Prawda? Teoretycznie są swoim przeciwieństwem, ale punkt wyjścia mieli dość podobny. Zatem może wyjść ciekawie. ;)
    A co do pomysłu to wcale nie jest chaotyczny i jak najbardziej ma sens (i bardzo mi się podoba xD). Mogłybyśmy w takim razie zrobić coś takiego, że Nacjens zaszył się w okolicy Farmy i akurat doszłoby do jakiegoś problemu na terenie, gdzie urządził sobie swoje lokum. Może jakieś stworzenie mieszkające na obrzeżach Farmy uznało go za intruza i zaatakowało? Albo to był tylko jakiś nieszczęśliwy zbieg okoliczności? Powiedzmy pustelnik sobie spokojnie żył w sąsiedztwie stworzonka i nigdy nie było problemów, ale potem zaczęło się coś dziać nie tak, Nacjens chciał pomóc, a stworzonko go zaatakowało? Chyba skutki uboczne nielegalnego glamouru lub ogółem jakiegoś zaklęcia by tu dobrze pasowały, bo Mordred miałby wtedy za zadanie pojechać sprawdzić co się wydarzyło i w razie czego odkręcić problem. A Galahad mógł się uprzeć, że jedzie z nim, bo musi odwiedzić pustelnika i sprawdzić czy nic mu się nie stało. Wtedy by była okazja już w drodze się trochę poirytować na Galahada. :) Tak sobie myślę co by mogło się w trakcie skomplikować... może stworzenie by uciekło z Farmy i trzeba by je było znaleźć i odstawić zanim zrobi komuś krzywdę? Co myślisz?]

    Mordred

    OdpowiedzUsuń
  15. Nie mogła zaprzeczyć, że chciała jak najszybciej dostać do ręki zwinięty pergamin. W XXI wieku takowy widywała jedynie w podziemiach. Zapiski na płachtach pergaminu trzymano szczelnie pozamykane w gablotach jako, rzekomo, niebezpieczne magiczne artefakty. Nieraz chciało jej się śmiać na ten widok. Jak mogło stanowić zagrożenie coś, czego nikt we współczesności by nawet nie rozczytał? Starożytne pisma pozostawały zapomniane od kilku stuleci; również przez wielu Baśniowców, którzy przybywając do Fabletown wyrzekli się starego porządku na rzecz nowego. A jednak wciąż takie przedmioty wzbudzały strach i obawę. Może słusznie? Historie mitycznych i baśniowych królestw i krain były dostatecznie dobrymi przykładami. Władze Fabletown najpewniej chcieli dmuchać na zimne i zapobiec najgorszemu. Aczkolwiek współcześnie nikt już nie wierzył w magię. Nikt z niej nie korzystał, poza nielicznymi osobami mieszkającymi w dzielnicy. Natomiast w doczesnym świecie była ona traktowana jako wymysł wyobraźni. Czymś, o czym tworzono filmy i bajki dla dzieci. W dodatku pokazywano, że jest dobra. Co więc wzbudzało w ludziach taki strach?
    Początkowo patrzyła na Galahada, jednak z chwilą rozłożenia pergaminu, jej wzrok padł na pożółkłą już kartę, na której widniały starannie wykonane kaligraficzne litery. Widziała napisane w podobny sposób księgi, jeszcze w Camelocie. Czy to w zamkowej bibliotece, czy w komnacie nadwornego medyka. Zmarszczyła lekko brwi, bo nie widziała w tym tekście nic nadzwyczajnego. Poza treścią, która była jej zupełnie obca. Podniosła wzrok i zerknęła na swojego gościa, gdy ten odwrócił pergamin. Wówczas pojawiło się pismo, które doskonale znała. Co prawda pismo należało do druidów, jednakże jako kapłanka miała okazję je poznać. Konszachtowała z druidami. Zwłaszcza z tymi, którzy tak samo pałali nienawiścią do Artura. Była to mniejszość, gdyż ci na ogół dążyli do pokoju. Radzili nawet Morganie, by sama obrała ścieżkę pokoju. Jednak chęć zemsty i pozyskania władzy przysłoniły wszystko inne.
    – To pismo na pierwszy rzut oka należy do druidów – poinformowała. – Ale dodatkowo tekst napisano w starożytnym języku, który znały także kapłanki. Będę potrzebowała chwili, by to rozczytać – powiedziała całkiem spokojnie, nie podnosząc wzroku znad zapisków.
    Mogło się wydawać, że były to bazgroły. Losowo postawione kreseczki, które tworzyły od czasu do czasu jakiś wzór. Było to celowe. Owe pismo miało chronić informacje przed nieodpowiednimi osobami. A ktokolwiek nadał tę wiadomość, doskonale musiał przewidzieć ruch Galahada. Tak samo jak musiał wiedzieć, że w dzielnicy będzie ktoś, kto zdoła to rozczytać.
    Morgana spoglądała na pergamin, a na osobnej kartce spisywała kolejne przetłumaczone wyrazy. Mimo, że znała zarówno język, jak i pismo, stanęła przed nie lada wyzwaniem. Słowa powoli układały się w zdania. Jeszcze chwilę temu biała kartka papieru, była już zapisana do połowy. Najpewniej czynność ta byłaby wykonywana dalej, gdyby nie słowo klucz. Czarownica na moment zamarła, wpatrując się w pergamin. Bardzo powoli przeniosła wzrok na swoje zapiski. Z nadzieją, że to nieprawda.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – Niemożliwe – rzuciła pod nosem do siebie samej i dopisała ostatnie trzy zdania na swoją kartkę. Niestety, informacja była prawdziwa. I chcąc czy nie, musiała opowiedzieć o tym Galahadowi. – Pochwa od Excalibura nie została do końca zniszczona. Wszyscy myśleli, że po tym jak… udało mi się ją zatopić w jeziorze, z powrotem trafiła do Avalonu – nie było sensu ukrywać i zaprzeczać, że nie była za to odpowiedzialna. Galahad, chociaż przez krótką chwilę, był przecież rycerzem zasiadającym przy Okrągłym Stole. Poznał historię Camelotu, także tę późniejszą, w której nie miał już udziału. Wiedział zatem, że Morgana była zdrajczynią i miała swój udział w upadku królestwa, które chciała tylko dostać to, co jej się należało. – Podobno została odnaleziona, ale zniknęła. To prośba o pomoc, by nie trafiła w niepowołane ręce. Problem polega na tym, że nie jest pewne, gdzie aktualnie się znajduje. A konsekwencje są nieodwracalne, bo ten kto ją posiada jest praktycznie nieśmiertelny – kontynuowała. Każdy z tamtych czasów znał tę historię. Pani Jeziora podarowała tę pochwę Arturowi wraz z Excaliburem, by chroniła młodego króla przed śmiertelnymi ranami. Tak potężny artefakt nie powinien znaleźć się albo w zbiorze Woodlands, albo wreszcie trafić tam, skąd pochodził - do Avalonu. – Pewnie nie jestem osobą, której jesteś w stanie zaufać ale wierz mi, że nie chcę by ten artefakt wpadł w ręce kogoś nieodpowiedzialnego. Widziałam zło, sama też je czyniłam ale moc zbliżona nieśmiertelności nie jest dla każdego. A skoro ten dokument – położyła dłoń na pergaminie – trafił do nas, to powinniśmy coś z tym zrobić. Jednak ostateczną decyzję pozostawiam Tobie, Galahadzie – to powiedziawszy, skierowała swoje spojrzenie na twarz rycerza, jakby wyczekiwała na to, co ten postanowi.

      [To się cieszę bardzo. :) I ja tak samo, bo tęskniłam za moją weną i za pisaniem, a tu jak na złość wiało pustkami.]

      Morgana

      Usuń
  16. Z chwilą wspomnienia o portalu, nadzieja na powrót w rodzinne strony na moment powróciła. Z pewnością ziemie Albionu nie będą wyglądały tak, jak dawniej. Spodziewała się widoku ruin, po niegdyś wzniosłych zamkach, w których murach tętniło życie; zniszczonych świątyń kultu Starej Religii i innych śladów dawnej cywilizacji. Czy zdołałaby odnaleźć swoją leśną chatę? Czy fale uderzające o klif faktycznie oszczędziły Tintagel? Co stało się z królestwem po śmierci Artura?
    Miło wspominała lata spędzone w Camelocie, choć zważywszy na historię i jej powiązanie z owym miejscem, mogło wydawać się inaczej. Nie zamierzała, wbrew pozorom, niszczyć królestwa. Chciała jedynie tego, co jej się należało — korony. I nie dlatego, że chorobliwie pragnęła władzy. Owa władza miała być zadośćuczynieniem za lata życia w kłamstwie, lata odrzucenia i izolacji. Zaczęła walczyć o swoje i wykorzystała do tego jedyne znane jej sposoby. Może okrucieństwo było zbędne, aczkolwiek tego właśnie się nauczyła. Na to patrzyła przez późniejsze lata swojego dzieciństwa.
    – Załatw pozwolenie, ja zajmę się resztą – zapewniła, jak tylko wyrwała się z zamyślenia. – Praktycznie wychowałam się w Camelocie, więc znam każdy zakątek tamtych terenów. Droga do Avalonu też jest prosta. Mam również mapę, choć nigdy nie musiałam z niej korzystać – dodała zaraz. Polegała głównie na magii, a dzięki niej była w stanie zawsze znaleźć drogę. To było praktyczne. Istotnie, bywało tak, że korzystała z ówcześnie powszechnych sposobach tropienia, lecz gdy psy ludzi Morgany tracili ślad, sama przychodziła z pomocą. Wystarczył ślad na ziemi, kawałek materiału, bądź cokolwiek, co pozwoliło zidentyfikować poszukiwaną osobą. Następnie wypowiadała zaklęcie, dzięki któremu widziała wewnętrznym wzrokiem drogę. Każde drzewo, krzak i kamień, który musiała minąć. Aczkolwiek w tym wypadku sprawa nie była tak prosta. Magia Avalonu, która została wpleciona w pochwę Excalibura była wyjątkowa. Tu już nie wystarczyło zaklęcie, nawet najwyższej kapłanki, którą bez wątpienia nadal była. Potrzebowali pomocy z samego źródła mocy, którym była święta wyspa.
    [...]
    Uzyskanie pozwolenia trwało kilka, może nawet kilkanaście dni. Nie była pewna, bo z pozostawionego na jej użytek pergaminu starała się wyłapać jak najwięcej informacji. Wszystkie zapiski zachowywała w specjalnym miejscu w swoim lokum, by mieć przygotowane na podróż.
    Galahadowi ostatecznie się udało. Zgodnie z obietnicą, zabrała mapę i broń, którą mogli się posługiwać po drugiej stronie. A zaraz po przejściu przez portal, powitały ich mgły. Te same, które okalały najważniejszą z Wysp Błogosławionych, a których przebyć nie mógł żaden śmiertelnik. Widok, który powinien ją ucieszyć, wprowadził w stan niepewności. Obawiała się nawet, że Avalon zniknął, że ta wyprawa była tak naprawdę ślepym zaułkiem. Bo jeśli nie udałoby się im dostać na wyspę, cała reszta zostałaby pozbawiona sensu. Jednakowoż czekająca łódź na środku jeziora, w której zresztą znaleźli się zaraz po przejściu, dała jej do zrozumienia, wskazywała, że nic nie uległo zmianie. To była nawet ta sama łódka, którą płynęła pierwszy raz do Avalonu, będąc bliską śmierci po wypiciu trucizny, oraz ta sama, którą po skończonej bitwie pod Camlann, wraz z innymi kapłankami odwiozła ciało Artura na wyspę. Morgana poznała ją po wyrzeźbionych symbolach starej religii i po latarence zawieszonej na dziobie. Jaki teraz był tu rok? Do jakich czasów nas przeniosło? - pierwsze myśli, które pojawiły się w głowie wiedźmy.
    – Swimaþ* – wypowiedziała. Przymknęła na moment powieki, a gdy je uniosła, zielone na co dzień tęczówki zabłysły złotym kolorem. Drewniana łódka bezszelestnie, jak gdyby sunęła nad wodą, zaczęła płynąć w głąb mgły. – Tóstrédan lyfthelm** – kolejne słowa Morgany sprawiły, że mgła rozeszła się na boki, a ich oczom ukazał się skrawek lądu. Z tej odległości zdawało się, jakby atol unosił się na tafli jeziora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wysoki zamek, którego mury były niezmiennie porośnięte zielonym bluszczem, wciąż pozostawał w nienaruszonym stanie. Podobnie jak gaje, których listowie przybierało barwę wyjątkowo intensywnej, ciemnej zieleni. Morgana wzięła głęboki oddech, a jej wzrok omiótł każdą widoczną z łodzi część wyspy.
      [...]
      – Jesteśmy – oznajmiła, gdy łódź wpłynęła dziobem nad piaszczysty brzeg. Morgana opuściła ją pierwsza, unosząc trochę nad ziemię swoją czarną suknię. Postąpiła kilka kroków, by wreszcie zrobić ten ostatni, być może najtrudniejszy. Po tylu latach ponownie przeszła przez bramę, by znaleźć się w centrum Avalonu. Widziała drogę, która prowadziła do kamiennego kręgu; ścieżkę do dębowego gaju, a nawet do sadzawki, która służyła kapłankom jako okno na to, co się dzieje, a jednocześnie również do wglądu w przyszłe wydarzenia.
      – Morgano! – usłyszawszy swoje imię, natychmiast obróciła głowę w prawo, by spojrzeć na idącą w ich kierunku kobietę. Wydawała się spodziewać tej wizyty, więc poznali osobę odpowiedzialną za nadanie wiadomości. Osobiście jej nie znała bądź nie rozpoznała w pierwszej chwili. Jak na kapłankę, Morgana nie spędziła zbyt wiele czasu na wyspie. – Jednak dotarła do was wiadomość. Nie wiedziałam co robić ani do kogo się zwrócić – kobieta mówiła dalej, przyglądając się zarówno kapłance, jak i towarzyszącemu jej Galahadowi. – Pochwa Excalibura przez dłuższy czas była ukryta pośród mgieł, więc nikt nie mógł jej zdobyć. Coś się jednak stało… Mgły z jakiegoś powodu się przerzedziły, to wtedy musiała przedostać się do świata śmiertelnych. Nie zareagowałam na czas, żadna z nas nie zareagowała. Jest nas zbyt mało w Avalonie, by wszystkiego pilnować. Jedyna nadzieja w was. Ty, Galahadzie odnalazłeś Graala – młoda kobieta zwróciła się do byłego rycerza. – Odnajdziesz i nasz artefakt. A ty Morgano, będziesz naszym głosem. Ostatni ślad jest we wsi nieopodal portu, połączonego z wyspą Mona. Gdy dotrzecie tam, pokierujemy was. Teraz płyńcie, bo im dłużej śmiertelnik posiada przedmiot o tak wielkiej mocy, tym więcej zła może wyrządzić.
      Morgana skinęła głową, po czym dając znak swojemu towarzyszowi, wróciła do łódki. Na brzeg zwykłego świata dostali się z pomocą tych samych zaklęć.
      – Mapa dla Ciebie – odezwała się i podała zwinięty kawałek pergaminu. – Jest stara, ale nadal wszystko powinno się nadal zgadzać. A tu reszta – podała mu zawinięty w płótno dłuższy sztylet, który musiała ukryć przed przejściem przez portal.

      [Zrobiłam taki misz-masz. Trochę poprzedniego i zaraz przeniosłam nas do akcji z portalem i powrotem na stare śmieci. Mam tylko nadzieję, że nie zanudziłam opisami. I tak starałam się skracać je w miarę możliwości. Mam nadzieję, że może być. Ewentualnie możesz poprawić coś, nie obrażę się za korekty czy inne tego typu sprawy.

      No i tłumaczenia, bo przeróżne zaklęcia piszę w staroangielskim, którego używali też w serialu w tym celu:
      * Płyń
      ** Rozprosz mgłę.]

      Morganka

      Usuń
  17. [Super, jestem absolutnie za. :)
    Co do stwora... to może jakieś jednoznacznie pozytywne stworzenie? Coś w stylu jednorożca czy czegoś podobnego, co byłoby nie tylko łagodne i dobre, ale wręcz bajkowe. Jak myślisz?]

    Mordred

    OdpowiedzUsuń
  18. [Dziękuję szalenie za miłe słowa, bo przyznaję się bez bicia, że bałam się, że jednak przegięłam ze śmieszkowaniem sobie z Percivala. Tak naprawdę to mój ulubiony rycerz i szczerze kocham jego wieczne nieogarnięcie. ;) Po Graala to pojedziemy nawet do Francji (bo podobno Francuzi już jednego mają!) albo i dalej!
    Co do wątku to mogę pisać i śmiertelnie poważny dramat, jak i coś całkiem absurdalnego rodem z Monty Pythona, wszystko zależy od pomysłu i tego co nam będzie bardziej pasowało. Zatem możemy ich wpakować w naprawdę wielkie kłopoty i utrudnić im życie... albo wepchnąć w ciąg absurdalnych zbiegów okoliczności. Do wyboru do koloru - jak wolisz. :D Może masz jakiś wymarzony albo szalony pomysł dla Galahada, który możemy zrealizować? Ja jestem bardzo elastyczna, więc wal śmiało!
    Dziękuję bardzo! Notka się tworzy intensywnie. :)]

    Percy

    OdpowiedzUsuń
  19. Nie mogło minąć zbyt wiele czasu od przybycia Morgany do Fabletown. Omiatając wzrokiem okolicę, była w stanie rozpoznać niemal każdy krzew rosnący nad brzegiem jeziora. Różniły się jedynie wielkością, albowiem niektóre z nich podrosły, inne znów stały się bardziej rozłożyste. Szacowała zatem, że mogło upłynąć co najwyżej jakieś pięć - dziesięć lat od krwawej bitwy pod Camlann i upadku Camelotu. To dużo, jak i niedużo czasu zarazem.
    Sasom pewnie udało się podbić już wszystkie ziemie Albionu. Choć byli dobrymi, a nawet znakomitymi wojownikami, to niekoniecznie można było powtórzyć to w stosunku do nich jako ludzi. Morgana dobrze znała ich zwyczaje i metody. Palili i niszczyli wszystko na swojej drodze, zabijali bez oporu. To czyniło z nich doskonałych sojuszników na wypadek koniecznej rzezi, jednakże niełatwo było ich skłonić do współpracy. Potrzebowali konkretnej oferty; czegoś, co sprawiało iż widzieli sens w pomocy w osiągnięciu danego celu. Czarownica miała to szczęście, że takowy znalazła. Byli jej posłuszni, choć nie wiadomo czy ze strachu przed potęgą jej mocy, czy widzieli w tym jakąś korzyść dla siebie.
    Pod koniec nawet Mordred włączył ich do swojej armii, która tamtego pamiętnego dnia, stanęła w dolinie naprzeciw wojskom Artura. Choć zginęło wielu z nich, z pewnością na miejsce poległych szybko zjawiło się tyle samo, bądź nawet i więcej saskich wojowników. Istniało jednak prawdopodobieństwo, że ci zostali ostatecznie wypędzeni, a kraj przejęli wyznawcy nowej religii z kontynentu. Religia ta już za jej czasów powoli wypierała stary porządek świata, choć nie tak agresywnie. Nie niszczono miejsc kultu Bogini, nie zdewastowano także sanktuariów tworzonych przez druidów. Jednakże, w wielu królestwach - nie tylko w Camelocie zakazano praktyk magicznych, lecz tylko tu za stosowanie czarów groziła śmierć.
    Morgana wiedziała, że gdyby udało jej się osiągnąć cel, gdyby zdołała utrzymać władzę w Camelocie, kiedy po raz pierwszy po nią sięgnęła, nowy ład na ziemię Albionu nie miałby wstępu. Stara Religia zapanowała by na nowo, a magia nareszcie nie byłaby traktowana jak zbrodnia. Niestety…
    Powrót tutaj był bardziej bolesny, niż przypuszczała. Wspomnienia ożyły. Zatęskniła zarówno za Tintagel, w którym spędziła pierwsze lata dzieciństwa, jak i za Camelotem, który chciała uratować, nie niszczyć jak powiadano. Chociaż, wróciwszy na brzeg, poczuła również pewną tęsknotę za Avalonem. Tam po raz pierwszy spotkała Mordreda, tam ją uratowano i tam została kapłanką.
    Wyrwana z tego zamyślenia słowami Galahada, pokiwała głową. Istotnie, musieli dotrzeć do jakiejś wioski przed nocą. Poszukać schronienia, zdobyć pożywienie, coś do picia i mieć w miarę bezpieczny nocleg. A w dodatku - znaleźć się jak najbliżej pochwy Excalibura.
    – Powinniśmy iść na północny wschód. Przez las – wskazała na porośnięty rozmaitymi drzewami skraj ziemi rozciągający się przed nimi. – Prowadzi najkrótsza droga do pobliskiej wioski. Jest bezpieczna, bo nieopodal znajduje się stare miejsce kultu zbudowane przez druidów. Nawet Sasi się go obawiali, choć nie znam powodu, czemu zyskało taką złą sławę – dodała i podeszła do Galahada trzymającego przed sobą, na której dokładnie pokazała miejsce, w którym się obecnie znajdowali i to, o którym wspomniała.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – Ta wioska również jest zamieszkana przez druidów. A przynajmniej była – poprawiła się od razu. – Przyjmowali każdego, kto potrzebował jakiejkolwiek pomocy. Nie sądzę, by udało się w pełni usunąć z tych ziem Starą Religię, więc przy odrobinie szczęścia możemy dostać wszystko, czego nam potrzeba – oznajmiła i zarzuciwszy na głowę obszerny kaptur swojego płaszcza, powoli ruszyła w kierunku lasu. Może i zdawała się być pewną swoich racji ale sama zastanawiała się, co czekało ich na miejscu. Równie dobrze wioska mogła od dawna nie istnieć, a w rzekomo bezpiecznym lesie mogli napotkać Sasów, oddział rycerzy innej wrogiej armii, bądź nawet grabieżców. Możliwości było wiele, podobnie jak niewiadomych. Nie mieli jednak innego wyjścia, jak tylko iść.
      – Przed zmrokiem powinniśmy być na miejscu. Z samego rana wyruszymy do wskazanego przez kapłankę miejsca. Z wioski druidów do tych położonych przy porcie to góra pół dnia drogi – przedstawiła swoją propozycję planu działania. Odsunęła na bok gałęzie rosnącej samotnie leszczyny przed wejściem do lasu i przeszedłszy pomiędzy dwoma starymi dębami i zatrzymała się na krótką chwilę.
      – Foregetíest séo foldweg* – wypowiedziała kolejne zaklęcie, dzięki któremu ukazała jej się najszybsza droga prowadząca do wspomnianej wcześniej wioski. W milczeniu skinęła głową na towarzyszącego jej mężczyznę, by poszedł za nią. Początkowo droga mijała szybko. Uległo to zmianie po kolejnym skorzystaniu przez kapłankę z magii, w celu wyboru dalszej trasy. Przystanęła wówczas, i skierowała swoje spojrzenie na twarz Galahada. – Możemy iść dalej prosto ale natkniemy się na kogoś. Widziałam ślady, chociaż nie jestem w stanie określić do kogo należą. Albo pójdziemy na około, choć nadrobimy trochę drogi – poinformowała. Nie zamierzała już na wstępie pakować ich w kłopoty, mimo że osobiście widziała w tym szansę na uzyskanie broni, a może nawet koni. – Decyzję zostawiam Tobie, bo wiem, że nie darzysz mnie zbytnim zaufaniem. – Absolutnie, nie miała mu za złe takiego stanu rzeczy. Wprawdzie nawet odrobina zaufania ułatwiłaby im tę współpracę, lecz Morgana zdawała sobie sprawę, że nie było to łatwe dla żadnej ze stron. Sama przecież podchodziła z rezerwą do swojego współtowarzysza i nie oczekiwała niczego innego w zamian.

      * wskaż drogę

      [To się cieszę. ;) I żeby nie było takiej sielanki, niech mają coś do wyboru i może okazję do małej akcji.]

      Morganka

      Usuń
  20. [Cieszę się bardzo. I mam nadzieję, że będziesz się jak najlepiej bawić. :)
    I dziękuję również, bo trochę ciężko było mi ogarnąć Nimue i znaleźć jakiś złoty środek między złą wiedźmą i dobrą panią jeziora. :) Możemy wymyślić im coś własnego, bo lubię sobie dokładać powiązania z przeszłości. I tak mi chodzi po głowie by może spotkali się w przeszłości nie mając pojęcia kim są? Znaczy pewnie Nimcia by wiedziała o Galahadzie, ale ona mogłaby mu się przedstawić jako ktoś zupełnie anonimowy, ot jakaś dama w opałach, której mógł pomóc. Może miałaby w tym jakiś swój cel? Albo chciała dyskretnie pomóc Galahadowi? Sama nie wiem :)
    Współczesny pomysł z Pellesem szalenie mi się podoba (bo i sam Pelles mnie ujął w Twojej kreacji ;))
    Merlin jest najlepszy! Mam nadzieję, że ktoś go przygarnie <3 Bo jak tu nie kochać Merlina...]

    - Nimue

    OdpowiedzUsuń
  21. [Przepraszam, że z opóźnieniem odpisuję. Myślałam sobie właśnie nad tym, że teoretycznie mógłby to być jakiś inny jednorożec, ale chyba lepiej wymyślić coś innego. Jeszcze do głowy mi przychodzi w podobnym do jednorożca klimacie - biały jeleń, czyli też takie dość święte zwierze. I chyba tyle. Pomysł z łanią mi się bardzo podoba, byłaby okazja by się trochę namęczyć ze złapaniem jej i zmusić się do współpracy, żeby się udało. :)
    No to już jak Ci będzie wygodniej. W takim razie zgodnie z umową zacznę nam u Janusa, a Ty możesz zacząć tutaj.]

    Mordred

    OdpowiedzUsuń
  22. Kiwnęła głową. Na jej bladej twarzy nie malowała się żadne emocje. Chociaż podobało jej się podejście Galahada. Nie był jednym z tych rycerzy, którzy słysząc o zagrożeniu, dostawali nagłego przypływu adrenaliny; nie należał też do tych, którzy w euforii biegli powitać przygodę, z której wychodzili cało tylko dzięki lepszemu wyszkoleniu od pospolitych bandytów, a w przypadku wrogich wojsk, zwykłemu szczęśliwemu przypadkowi.
    Postawa Morgany wyraźnie wskazywała teraz na skupienie. Gdybym zabrała Aithusę mielibyśmy łatwiej — pomyślała. Pobyt smoczycy w Fabletown był oczywiście legalny, aczkolwiek wiedźma wykorzystała już chyba wszystkie możliwe ustępstwa z tym związane. Aithusa, zamiast na Farmie mieszkała w podziemiach Woodlands. Zwierzęcia, tymczasowo, nie obejmowała też konieczność posiadania Glamour. Zatem pozwolenie na zabranie jej na tę wyprawę mogłoby być już problematyczne. Niemniej jednak, pomoc Aithusy byłaby teraz nieoceniona. W mgnieniu oka mogłaby zorientować się w terenie. Poprowadziłaby ich drogą wolną od zagrożeń i wskazałaby miejsce, w którym mogliby coś zjeść czy zwyczajnie się przespać przed kolejnym dniem drogi. Niestety, zmuszeni byli radzić sobie sami i polegać na pozostawionych śladach tych, którzy szli tędy przed nimi.
    – Możesz mi wierzyć, że i mnie nie uśmiecha się chodzenie po lesie nocą. Nie stanowiłoby to problemu, ale zbyt częste korzystanie z magii może kosztować wiele siły. A tego możemy potrzebować obydwoje – cieszył ją fakt, że zgadzali się w tej jednej sprawie. Bynajmniej, nie wpływało to na wzajemne zaufanie i była tego świadoma. Zresztą, kto przy zdrowych zmysłach — nie ubliżając tu władzom Fabletown, którzy wykazali się ufnością, dając jej oficjalne powołanie na stanowisko na trzynastym piętrze — w takich okolicznościach zaufałby wiedźmie, której z wielką łatwością przyszło zdradzić i doprowadzić do śmierci tych, którym kiedyś była przyjaciółką? Równie dobrze mogła zrobić to samo teraz. Zaprowadzić praktycznie bezbronnego rycerza prosto w ręce Sasów bądź innych wrogich wojowników, zostawić na pastwę losu, sama zaś ruszyć w swoją drogę i dokończyć to, co zamierzała zrobić przed laty — definitywnie zniszczyć pochwę Excalibura. Nie miała jednak takiego zamiaru. Więcej, nawet przez chwilę o tym nie pomyślała. Galahad miał doświadczenie w poszukiwaniu artefaktów, do tego przecież Avalon wybrał właśnie jego. I choć czarownica dosyć często nie zgadzała się z naukami Wyspy Błogosławionych, nigdy nie działała na jej szkodę. Każdy jej krok i postępek miał na celu przywrócenie na ziemię Albionu starej religii, dzięki czemu Avalon miałby znacznie większy (i silniejszy) wpływ nie tylko za murami Camelotu, ale również w innych królestwach. Nie udało jej się tego dokonać, a ostateczna bitwa pod Camlann rozegrała się bez jego udziału i pomocy. Być może była to kara dla Artura, a być może Avalon postanowił ukarać zarówno króla, jak i Morganę. Młody Pendragon nie był przychylny osobom władającym magią, poza Merlinem; Morgana tak bardzo pragnęła zdobyć władzę, że posunęła się do wielu złych podstępów, używając do tego wiedzy, którą zdobyła podczas swojego stosunkowo krótkiego pobytu na wyspie.
    Nie potrzebowała zachęty, praktycznie pierwsza ruszyła, kiedy z ust Galahada padła ostateczna decyzja. Z kolei leśna ścieżka, jak można było się spodziewać, nie była pozbawiona przeszkód w postaci gęstych krzaków, którym zwykły sztylet nie byłby w stanie sprostać, toteż Morgana jeszcze parę razy wykorzystała zaklęcie wskazujące drogę. Zależało im obojgu, by dotrzeć do wioski, zanim słońce schowa się za horyzontem, więc użycie magii było konieczne. Wiedźma korzystała również ze wskazówek pozostawionych na korze drzew przez mieszkańców wioski, którzy najwyraźniej chcieli wskazać innym drogę do bezpiecznego azylu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Były to niewielkie, wypalone magicznie kształty, które tylko druid, silniejszy mag czy jak w przypadku Morgany — kapłanka starej religii byli w stanie zinterpretować. Zrobiono je już dawno, o czym świadczyła mała ilość bijącej od niej magii, aczkolwiek nie była w stanie określić czy jeszcze przed czy już po jej przejściu przez portal. Powinni byli się spodziewać, że wioska może okazać się opuszczona. Zresztą, kapłanka miała to na uwadze, o czym wcześniej przecież wspomniała. Jednakże nie spodziewała się tego, co zastali na miejscu. Śladem Galahada, sama ukryła się za gęstym listowiem jakichś krzaków, a jej baczne spojrzenie omiotło cały widoczny z tego miejsca teren. Dogasające płomienie wokół częściowo zniszczonego, drewnianego ogrodzenia wskazywały, że faktycznie do ataku doszło niedawno.
      To już nie ten sam Albion, który opuściłaś, Morgano — upomniała samą siebie w myślach, gdy dziwnym jej się wydało, iż ktoś jednak zapuścił się do owianego złą sławą miejsca. Tamte czasy przeminęły bezpowrotnie.
      – Powinniśmy tu zostać – oznajmiła po chwili, kiedy mniej więcej zorientowała się, że w pobliżu nie było ani jednej żywej duszy. Wskazywać na to mogło również to, że poza szumem liści na lekkim wietrze, nie dochodził do ich uszu żaden inny dźwięk. – Być może szczęście nam dopisze i znajdziemy coś w wiosce… a raczej w jej pozostałościach – to powiedziawszy, czarownica niemal bezszelestnie wyszła z ukrycia i rozejrzawszy się raz jeszcze dla pewności, powoli postąpiła w kierunku najbliższej chaty. Gestem ręki zachęciła swojego towarzysza do wyjścia z ukrycia i pójścia za nią. Do jej nozdrzy dotarł zapach palonej słomy, co sugerowało, że wewnątrz mogą spodziewać się jeszcze większych zniszczeń. Popatrzyła na osmolone deski prowizorycznego płotu i powoli przekroczyła bramę. Drzwi do chaty były uchylone, więc zajrzała. Wszystko zostało porzucone tak, jakby mieszkańcy tego miejsca opuszczali swoje domy w pośpiechu. Jak niegdyś mieszkające w lasach grupy druidów, którzy zabierali tylko to, co mieli przy sobie, zostawiając prowiant, namioty, czy ubrania, które zdobyli. Ściągnęła brwi i weszła głębiej. Zachodzące słońce sprowadziło półmrok do pomieszczenia, które służyło za kuchnię. Na talerzach ustawionych przed każdym z krzeseł znajdowała się nienaruszona i jeszcze letnia strawa. Z kolei na szafce zrobionej ze starej skrzyni leżał niedawno upolowany zając, a w kącie stworzony własnoręcznie łuk i kilka wykonanych z gałązek strzał, z mocno zaostrzonymi końcami.
      Drugie z pomieszczeń zawierało dosyć schludnie zaścielone cztery posłania na ziemi i dwa stare drewniane kufry, w których prawdopodobnie trzymano ubrania. Przez okno, częściowo zakrytym przez unoszącą się od kolejnych powiewów zasłonką dostrzegła, że część domów była pozbawiona dachów. Źródło zapachu spalonej słomy — pomyślała. Ponadto, kilka chat zostało spalonych niemal doszczętnie.
      – Czego jeszcze tu szukacie? Zniszczyliście nam domy, teraz przyszliście po łupy? – Morgana chwyciła za rękojeść sztyletu i odwróciła się w kierunku wejścia, w którym stał średniego wzrostu mężczyzna, ubrany w pomarańczową i w wielu miejscach połataną długą tunikę z kapturem. Prawdopodobny mieszkaniec chaty wszedł głębiej i przyjrzał się z osobna obecnym, po czym ponownie zabrał głos. – Lady Morgana. Rozeszły się wieści, że zginęłaś prawie piętnaście lat temu pod Camlann. Jak król i inni, dobrzy i źli – mężczyzna wydawał się nie być zdziwionym, że plotki okazały się nieprawdziwe. – Bezpiecznie już tu nie jest, prawie nic nie zostało, ale nie będziecie włóczyć się po nocy. Niewielu tu wróci, więc rozgośćcie się i przenocujcie.
      – Co tu się stało? – zapytała, przyglądając się uważniej druidowi.
      – Sasi – mężczyzna odparł i wszedł do środka, zamykając drzwi wiedząc, że nic mu nie grozi. Morgana dopiero teraz spostrzegła, że był w średnim wieku, a na jego ubraniu oprócz licznych łat, znajdowały się też plamy krwi.

      Usuń
    2. Nie widać było charakterystycznych rozdarć materiału, więc nie należała do niego. – Zabrali ostatnie zapasy, które zostawiliśmy i zniszczyli wioskę za to, że nie chcieliśmy ich oddać. A odtąd aż do wyspy Mona, pełno ich w lasach. Polują, zabijają i napadają na wszystkie wioski.
      Kapłanka skinęła głową, nie mówiąc już nic. Dzięki tej krótkiej rozmowie wreszcie mogli się rozeznać w sytuacji. Wiedzieli mniej więcej jaki jest rok oraz że droga na wyspę będzie trudniejsza, niż przewidywali. Miała jeszcze spytać o sadzawkę — jak określali mieszkańcy wioski źródełko niewielkiej rzeczki, która ujście miała w jeziorze, na którym ukryty był Avalon. Uznała jednak, że zrobi to dopiero z samego rana. Druid wystarczająco dużo przeszedł, a ich dalsza trasa i tak będzie biegła obok, więc to mogło zaczekać.

      [Nic się nie stało. ;) Wiadomo, że przed świętami było więcej do zrobienia, a co za tym szło mniej czasu. Ja zawsze na Twój odpis poczekam, bo warto. ;) I mam nadzieję, że nie przy długo i nie za nudno. Nawet nie wiem, kiedy mi się tak to rozrosło...]

      Morganka

      Usuń
  23. Dzięki. Trochę obawiałam się z początku tej kreacji, czy nie wyszła zbyt sucha, zbyt mocno nie powiela schematów podaniowo-filmowych, ale cieszę się, że mimo wszystko udało mi się gdzieś przemycić w tych wszystkich faktach usposobienie Aithusy i uzyskać sympatię innych graczy dla tej postaci. Zwłaszcza, pomimo, że Eirwen z pozoru może się wydawać mocno niewyraźna. Pochwalenie części graficznej też mi schlebia, więc dziękuję. <3

    Co do wpadniecia do Galahada to w sumie bardzo chętnie skorzystam. Tak sobie myślę, że Eirwen w Fabletown w sumie chyba się będzie trzymać też z Woodlands. Co powiedziałabyś gdyby służyła Ci jako pomoc w archiwum? Na zasadzie “stażystki” trochę, trochę utrapienia, bo z nią same kłopoty, bo ona nic nie ogarnia i na niewiele się zdaje, więcej robi szkód, niż z niej pożytku. Może pracować nawet pro bono. Może w tym życiu Morgana też ją nakarmi i utrzyma ze swojej kieszeni. xD

    Aithusa

    OdpowiedzUsuń
  24. Morgana w pewnym stopniu odczuwała smutek z powodu tego, co zastali w tym miejscu. Bynajmniej, nie był on następstwem uświadomienia sobie, że w sporej części wina spoczywała także i na niej. Przed piętnastoma laty chyba nikt nie przewidział, że bitwa o koronę i tron jednego z królestw Albionu może okazać się tak katastrofalna w skutkach. Czy można było tego uniknąć? Zdawać by się mogło, że chociaż przyszłość jawiła się wówczas jako wiele nieodkrytych ścieżek, to niektóre z nich tak mocno zostały wplecione w materię świata, iż nie sposób było im zapobiec. Bez względu na dokonane wybory i podjęte decyzje, te zdarzenia prędzej czy później musiały nadejść. I nadeszły, pozostawiając po sobie chaos, śmierć i tragedię setek, a może i nawet tysięcy ludzi. Camelot upadł, a wraz z nim wizja zjednoczonego Albionu. A gdyby udało się tu wrócić i wszystko naprawić?
    Myśli czarownicy na moment wróciły do bitwy pod Camlann. Była tam obecna jako wsparcie dla Mordreda i z nadzieją, że wspólnie odzyskają to, co w jej mniemaniu od zawsze im się należało. Zasadniczo to właśnie było celem tej bitwy, jednakże los pokierował wszystkim wedle swojego, z góry ustalonego planu. Istotnie Morgana poznała przebieg walki, nim jeszcze ta na dobre się rozpoczęła, bo wszak zawsze nawiedzały ją wizje przyszłości w snach. Wszelako nawet i to nie pomogło uniknąć konsekwencji obranej wcześniej drogi. Mordred chciał pokoju, za czym sama się opowiedziała. Kapłanka nie miała jednak pojęcia, co skłoniło do tego jej syna; czy podobnie jak ona widział los, jaki przynieść miała wszystkim ta wojna, czy powodem było coś zupełnie innego. Kto wie, może i udałoby się pokój wynegocjować, lecz wyjawiona ongiś prawda sprawiła, iż nie udało się zatrzymać puszczonego w ruch koła przeznaczenia. Wszystko skończyło się dokładnie tak, jak widziała to w swoim śnie. Wówczas pojęła, że bez względu na to, jak zachowałaby się w przeszłości, czy na polu bitwy, to i tak musiało się zakończyć w ten sposób.
    – Nasza dalsza droga ciągnie się głównie przez las. Jestem niemal pewna, że najbliższa osada znajduje się co najmniej trzy godziny drogi stąd – dodała i spojrzała na druida, który potwierdził słowa ich obojga powolnym skinieniem głowy.
    Było bardziej, niż pewne, że nie zdołaliby dojść przed zmrokiem do najbliższej wioski. Te lasy nigdy nie należały do najbezpieczniejszych. Bagna, choć nieliczne, stanowiły nie mniejsze zagrożenie od Sasów, zwłaszcza nocą.
    – Pełno ich w tych lasach. Jeśli po drodze tutaj się na nich nie natknęliście, można uznać to za cud. Ci, którzy napadli na naszą wioskę, na pewno są jeszcze w okolicy. Z łupem nie odeszli daleko – druid odpowiedział, przenosząc swój przygaszony wzrok z postaci Morgany, na Galahada.
    Kapłanka podeszła do okna, za którym jawiła się skala zniszczeń pozostawionych po napadzie. Ze zgliszczy przestał się unosić szary dym; domostwa, które jakimś cudem się ostały, straszyły ciemnością w oknach, w których wraz z porywem wieczornego wiatru unosiły się i opadały płótna służące za zasłony, oraz osmoloną strzechą. Część z budynków miała ślady znacznie starszych dewastacji, toteż Morgana domyśliła się, iż nie był to pierwszy atak. I za pewnie nie ostatni. Westchnęła cicho i odwróciła się do Galahada i towarzyszącego mu mężczyzny.
    – Możemy też zatrzymać się w którejś z innych opuszczonych chat – powiedziała, po czym spojrzała na druida. – Sądzę jednak, że moglibyśmy sobie pomóc nawzajem. Rozsądniej zatem byłoby, gdybyśmy zostali tutaj – dopowiedziała po chwili, opuszczając przy tym skrzyżowane przed sobą ręce i zrobiła parę kroków w ich kierunku. Ton jej głosu brzmiał pewnie. Z podobną pewnością siebie stawiała kolejne kroki na ziemistej posadzce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – Naturalnie, możecie tu zostać – mężczyzna odparł, a jego spojrzenie wciąż spoczywało na postaci Galahada. Jedynie od czasu do czasu spoglądał przelotnie i niepewnie w kierunku Morgany. – Nie śmiałbym jednak prosić o tak wiele. Zapewne ruszacie dalej już z samego rana, powinniście wypocząć. Poza tym, to wszystko co mam – druid omiótł wzrokiem pomieszczenie, w którym nadal wszyscy stali. – Jeśli mam zginąć, tylko w obronie tego. Musicie wybaczyć brak wygód, na nic więcej nas nie stać – rzekłszy to, wskazał im pomieszczenie, do którego wcześniej zaglądała Morgana, a w którym to na podłodze znajdowały się zaścielone posłania.
      Wiedźma skinęła lekko głową w geście podziękowania i powoli przeszła przez próg. Jedna noc w takim miejscu nie stanowiła dla niej większego problemu. Po odejściu z Camelotu, sama mieszkała dłuższy czas w nieco lepszych, ale wciąż surowych warunkach.
      Mimo zmęczenia, które odczuwała po dłuższej wędrówce, długi czas nie mogła zasnąć. W końcu jednak musiało jej się to udać, albowiem gdy uniosła powieki, przez zasłonięte płótnem okno zaczęły wdzierać się pierwsze promienie porannego słońca. Odrzuciła pled, wstała i poprawiła po sobie posłanie, następnie weszła do znacznie jaśniejszego pomieszczenia, w którym jeszcze wieczorem prowadzili konwersację z właścicielem tego przybytku. Stary druid siedział przy stole, popijając wodę z glinianego kubka.
      – Mam ostatnią prośbę, nim wyruszymy dalej – zaczęła, siadając na krześle przed przygotowanym już jednym z dwóch wolnych miejsc, przy których stała gliniana miska z jakimś posiłkiem i świeża woda. – Niedaleko stąd była sadzawka, połączona z wodą z jeziora, na którym znajduje się Avalon… wiesz jak tam dotrzeć?
      – Las na wprost – mężczyzna wskazał ścieżkę prowadzącą do lasu. – Na drzewach są znaki, doprowadzą do niej. Na waszym miejscu omijałbym to miejsce z daleka. Sasi zadomowili się na dobre w tych rejonach.
      – Poradzimy sobie – odparła i sięgnęła po kubek, z którego upiła kilka łyków przezroczystego płynu.
      Musieli sobie poradzić. Sprawa, w której przybyli do dawnego świata nagliła i musieli podjąć każde ryzyko, ażeby dokończyć powierzone im zadanie. A do tego potrzebowali również kontaktu z kapłanką z Avalonu, która miała podać im wreszcie jakieś konkrety.

      Morganka

      Usuń
  25. Chociaż nie umknęło jej uwadze, że Galahad opuszczał izbę, nie zamierzała ani zatrzymywać go, ani pytać o powód tego wyjścia. Nie miała również w planach wychodzenia za nim. Wiedziała bowiem, iż w takich sytuacjach najlepsza jest samotność. Wprawdzie nigdy nie znalazła się w sytuacji, gdy potrzebowała odpocząć w samotności, bo — nie licząc swoich wypraw — zazwyczaj spędzała czas w odosobnieniu, czy to w leśnej chacie, czy później we własnej komnacie, w zajętym zamku.
    Próbowała oczyścić umysł ze wszystkich myśli, jednak nie było to łatwym zadaniem. A powrót w rodzinne strony i trudność zadania, które stało przed nimi, dodatkowo bardzo skutecznie spędzało sen z powiek.
    Po dłuższej chwili skierowała wzrok na przysłonięte okno, którego prowizoryczna zasłona zrobiona z przetartego w wielu miejscach płótna, swobodnie powiewała na nocnym wietrze. Kiedy powiew był silniejszy, odsłaniał się widok ciemnego nieba, które tej nocy rozświetlało blade światło odbijane przez gwiazdy. Pamiętała z nauk, którymi podzielono się z nią w Avalonie mówiącymi, że nów księżyca to doskonały czas dla czarnej magii. Kapłanki starały się wówczas nie korzystać z magii, obawiając się, że rzucone zaklęcia mogą przynieść odwrotny skutek. Morgana z kolei nigdy nie miała z tym problemu. Chętnie poznawała to, czego bały się inne dziewczęta. Później, równie chętnie z tego korzystała. Przez myśl przyszło jej, że jeśli zdążą i czas będzie im sprzyjał, tym razem mogłaby zdołać bezpowrotnie zniszczyć dzieło Pani Jeziora. Magia zniszczenia miała teraz największą moc. Tylko co z Galahadem? Była niemal pewna, że jej towarzyszowi zależało bardziej na oddaniu pochwy kapłankom, tudzież zabraniu jej do Fabletown i ukryciu wśród innych magicznych artefaktów… A może nawet na zbadaniu? Technologia w doczesnym świecie, którą dysponowała dzielnica, pewnie pozwoliłaby na to.
    Wreszcie zasnęła, w dużej mierze dzięki monotonnym szmerom dochodzącym z pomieszczenia obok. Tego samego, gdzie udała się zaraz po przebudzeniu. Nie dostrzegła nigdzie Galahada, choć spodziewała się zastać go siedzącego przy stole, bądź nawet gotowego do dalszej drogi i czekającego przed chatą. Zmarszczyła lekko brwi i spojrzała na rycerza, który wychodził z pokoju, w którym ugoszczono ich poprzedniego wieczora. Choć z drugiej strony ucieszyła się z takiego obrotu, bo nie będzie musiała informować o drobnej korekcie drogi, kiedy wreszcie ruszą dalej. Gdyby tak było, z pewnością mężczyzna miałby kolejne powody, aby jej nie ufać. Niemniej szczerze wątpiła, by kiedykolwiek mogło się to zmienić.
    – Pytałam o sadzawkę. Chyba nawet wspominałam o niej po drodze do osady – wyjaśniła pokrótce istotę przerwanej rozmowy i dodała, nie chcąc zostawiać niedomówień. – Potrzebujemy pomocy kapłanek, a w inny sposób nie potrafimy się komunikować. Może nas to opóźnić o jakieś pół godziny drogi. A plany pozostają bez zmian, o ile Avalon nie zdecyduje inaczej – zapewniła na koniec, odwracając wzrok od towarzysza i kierując je na opróżnioną już prawie miskę.
    Sama była wdzięczna za gościnę oraz jedzenie i świeżą wodę. Nie było pewne, czy kolejną noc będą mogli przespać w spokoju. Na otwartym terenie mogli spodziewać się przecież wszystkiego. Jeśli słowa druida były prawdą, mieli nikłe szanse na nocleg, bądź chociaż strawę w sąsiednich osadach, po których prawdopodobnie zostały tylko zgliszcza. Owszem, zawsze zostało polowanie, lecz i w tym wypadku musieli zachować szczególną ostrożność. Ognisko, zwłaszcza wieczorem mogło zwrócić czyjąś uwagę. Wprawdzie poradziliby sobie z wrogiem, jednak nie warto było tracić sił na niepotrzebne potyczki.
    Odstawiła opróżniony kubek po wodzie obok pustej glinianej miseczki. Obserwowała druida, który niespodziewanie wstał, sięgnął po wiszące na haku zawiniątko w szarej chuście i wróciwszy do stołu, postawił je przed Galahadem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – Nie jest to zbyt wiele, ale nie mógłbym puścić was bez niczego. Powinno starczyć wam do wieczora – starszy mężczyzna ponownie zabrał głos i zebrał puste naczynia, które umieścił w drewnianym wiadereczku pełnym wody. – Morgano – niespodziewanie zwrócił się jeszcze do wiedźmy i skupił na niej swoje spojrzenie, w którym próżno było szukać złości, czy pretensji. – Dokądkolwiek zmierzacie, życzę wam powodzenia. Chcę jednak, abyś miała na uwadze, że to, co zastaliście tu i zapewne zobaczycie po drodze, jest dziełem twoim i tobie podobnym. Żądza władzy zniszczyła wszystkich, a to są konsekwencje.
      Kapłanka nie odpowiedziała. Zdjęła swój długi, ciemny płaszcz z kapturem, który wieczorem powiesiła przy drzwiach i wyszła z chaty. Czekała na Galahada na zewnątrz. Nie minęło chyba zbyt dużo czasu, a jeśli nawet, nie odczuła tego. Niemniej, jednak kiedy tylko przekroczył próg, ruszyła w dalszą drogę.
      Zgodnie ze słowami druida szukała oznaczeń na drzewach, które prowadziły już dawno nieprzetartą ścieżka pośród gęsto rosnących krzewów. Jednak musieli iść dobrze, albowiem z każdym kolejnym krokiem coraz lepiej dało się słyszeć szum płynącej wody. Po kilku kolejnych metrach oczom obojga ukazały się niewielkie i porośnięte zielonym mchem skały, po których cienkimi strużkami spływała woda. Pierwszy odcinek strumyku przypominał kształtem studnię. Wyżłobiona w kamiennym dnie okrągła zapadlina, z której dalej woda płynęła cienką i kręta wstążką w las. Wskazała swojemu towarzyszowi miejsce po przeciwnej stronie, w którym mógł stanąć i mieć dobry widok na to, co za chwilę miało nastąpić.
      – Diegol cnytte ēa bewlātie mec ġeþēodest to Avalon* – wypowiedziała i wewnętrzną stroną dłoni lekko musnęła powierzchnię wodę w okrągłym źródełku, po którym fale rozeszły się dookoła. Wkrótce, zamiast odbicia Morgany, na wodzie widać było odbicie twarzy spotkanej na wyspie kapłanki.
      – Dzielą was dwa dni od wybrzeża – oznajmiła, na co czarownica skinęła głową, potwierdzając tym samym słowa kobiety. – To moja ostatnia wskazówka. Nie zbaczajcie z drogi, chociaż będziecie musieli przeprawić się na wyspę. Tam szukajcie wśród kupców. Teraz ruszajcie – kobieta dodała, po czym jej oblicze rozmyło się, a w jego miejsce ponownie pojawiło się odbicie Morgany.
      Wstała z kolan i rozejrzała się w poszukiwaniu szybszej drogi, którą mogliby dojść do głównej ścieżki i iść dalej w podróż. Nie znalazłszy niczego, poprowadziła ich z powrotem tą samą drogą. Dalej, dukt prowadził w głąb lasu. Gęste i wysokie korony drzew niemal w ogóle nie przepuszczały promieni słonecznych, przez co w lesie panował półmrok. Po kilkunastu metrach przystanęła i ściągnąwszy brwi, rozejrzała się po okolicy. Była pewna, że nie są sami. Nie potrafiła zlokalizować wroga, aczkolwiek wyczuwała, że ktoś i to już od jakiegoś czasu ich obserwuje. Wprawdzie nie było nic słychać ani nie natknęli się po drodze na żadne świeże ślady, lecz Morgana nigdy nie lekceważyła takich przeczuć.
      – Przygotuj się, bo nie jesteśmy tutaj sami – zwróciła się do Galahada, niemal w tym samym momencie, kiedy wystrzelona samotna strzała wbiła się z impetem, w pień pobliskiego drzewa. Aż za dobrze znała zwyczaje Sasów, niejednokrotnie była świadkiem ich ataku na rycerzy innych królestw Albionu. Nigdy jednak nie musiała z nimi walczyć. Byli wówczas po jednej stronie, wszak wraz z Mordredem poprowadzili ich nawet do walki pod Camlann.
      Niepewnie spojrzała na uzbrojenie swojego towarzysza. Choć skądś udało mu się zdobyć lepszą broń i sama mogła sporo wnieść do walki, nadal nie dawało to zbyt wielu szans. Zwłaszcza, że towarzyszący hałas wybiegającym Sasom spośród drzew wskazywał na całkiem liczną grupę.

      * Rozświetlając ciemność, pozwól poprzez wodę dotrzeć do Avalonu

      Morganka

      Usuń
  26. [Dobry wieczór! Dziękuję bardzo za miłe słowa, naprawdę się cieszę, że karta spodobała się już kolejnej osobie. Nie ukrywam, że łechta mi to duszę. :D Tutaj jednak widzę też świetną kartę. Uwielbiam taki minimalizm - niczego za dużo ani za mało.
    Dzięki za przywitanie, tak czy inaczej. Jeśli jest ochota na wątek lub kiedykolwiek się pojawi, to zapraszam serdecznie! :)]

    Thana Ali

    OdpowiedzUsuń
  27. Morgana, po opuszczeniu wioski jeszcze bardziej była zadowolona z milczenia swojego towarzysza. Wprawdzie spodziewała się możliwych pytań po krótkiej rozmowie z kapłanką nad sadzawką, aczkolwiek i tym razem Galahad nie odezwał się słowem. Być może dlatego, iż nie zdążył. Zbyt szybko zostali otoczeni przez wroga i nawet gdyby chcieli porozmawiać, nie mieli ku temu okazji. Czarownica z kolei nie widziała żadnych przeciwwskazań, aby podzielić się tą wiedzą. Gdyby ktoś zainteresował się tym wcześniej, być może zrozumiano by, że Stara Religia wcale nie była czymś, co niosło za sobą jakiekolwiek zagrożenie. Teraz było za późno, bo choć takie miejsca jak Avalon nadal istniały, to nie było już kogo przekonywać.
    Sasi od zawsze byli brutalni i walczyli zaciekle dla sprawy, kiedy postawiono przed nimi obustronnie korzystny cel. Dodatkowo potrafili świetnie ukryć swoją obecność, a gdy przychodził czas — uderzali z pełną siłą. Obecnie nie potrzebowali żadnej zachęty, gdyż praktycznie byli u siebie. Nikt nie kontrolował ich liczebności ani zasięgu. Nie było też komu ich wygnać, gdyż zwyczajnie ich się obawiano. Za jedyną korzyść z pobytu Sasów na ziemiach Albionu można byłoby uznać, że prawdopodobnie zdołaliby obronić kraj przed Adwersarzem, który — według relacji innych mieszkańców Fabletown — był od nich znacznie gorszy.
    Jej ostrzeżenie okazało zbędne, lecz udzielając go, pokazała, że nie zamierza zdradzić. Początkowo wiedźma przyglądała się walce Galahada z wrogiem, który w miarę szybko został pokonany. Była też niemal pewna, że to nie koniec, bo ci nigdy nie chadzali w pojedynkę. Miała rację. Odziani w czarne pancerze, wyszli spośród zarośli, otaczając ich w półokręgu. Spojrzała na trzech Sasów mierzących do nich z kusz, po czym wykonała lekki ruch głową. Broń, jakby wyszarpnięta niewidzialną siłą z ich rąk poleciała w górę, uderzając następnie z impetem o pnie pobliskich drzew. Jeśli coś z nich zostało, po skończonej walce mogli zyskać lepszą i doskonale nadającą do polowań broń. Strzał również by nie zabrakło, a w razie czego mogli łatwo je dorobić. Wszak materiału mieli pod dostatkiem.
    Morgana sięgnęła po leżący obok ciała pokonanego Sasa miecz i sprawnie obróciła ostrze w dłoni. Dobrze wyważony i lekki, choć różnił się od tych, które znała. Potrzebowała jednak broni. Wbrew pozorom, korzystanie z magii niosło za sobą konsekwencje w postaci utraty sił. Co więcej, łatwiej było odzyskać siły po stoczonej bitwie na miecze, niż po pokonaniu magią całej bandy saskich wojowników. Nie mogła narzekać, władała przecież potężną magią, lecz nawet i to nie gwarantowało, że mogła być ciągle na wygranej pozycji. Przeszłość doskonale to obrazowała. Potęga rzadko kiedy szła w parze z wygraną.
    Zablokowała pierwszy cios saskiego wojownika, po czym korzystając z przewagi, którą zapewnił jej lekki i niekrępujący ruchów strój, uderzyła ostrzem w bok przeciwnika. Zgrzyt stali po ponownym zablokowaniu ciosu przyniósł Morganie kolejną szansę na atak, tym razem ostateczny. Wycelowała w miejsce, w którym kończyła się górna część pancerza i zdecydowanym ruchem wbiła ostrze miecza, następnie wyszarpując je. Kolejne sytuacje były bardzo zbliżone, chociaż przewaga liczebna powoli zaczynała ich przytłaczać. Potrzebowali czegoś, co pozwoliłoby im bezpiecznie się oddalić, bo na pomoc nie mogli liczyć. Byli zdani na siebie, albowiem ani Avalon, ani żadne wojska nie mogły ich wspomóc. Zerknęła na Galahada, któremu posłała niemy znak, aby się przygotował i powoli wycofał z pola walki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sama postąpiła parę kroków w tył i wyciągnęła przed siebie lekko zgiętą w łokciu rękę.
      – Beġīetst lyfthelm * – wypowiedziała. Niemal natychmiast szare kłęby gęstej mgły wysnuły się spomiędzy drzew. Widoczność poprzez ową mgłę była słaba, więc jeśli nawet Sasi zdecydowaliby się zorganizować pościg, będzie to jedynie garstka, z którą na pewno sobie poradzą. A już na pewno będzie im łatwiej, niż gdyby mieli walczyć z całą hordą.
      – Nie damy im rady i nie powinniśmy tracić sił, tylko iść dalej. Zdążymy się oddalić, zanim przedrą się przez mgłę – oznajmiła i poprowadziła ich dalej, wybierając drogę pomiędzy drzewami i krzewami, by jak najszybciej zniknąć z pola widzenia tym, którym mogło udać się, przedrzeć przez szarą kurtynę mgieł.
      Kierowała się raczej instynktownie, gdyż nie znała za dobrze tych terenów. Doprowadziła ich do jakiejś leśnej polany, która wydawała się dosyć dobrym miejscem na krótki odpoczynek. Odrzuciła na trawę miecz i rozejrzała się wokół, szukając śladów czyjejś obecności. Nie dostrzegła jednak niczego podejrzanego, a zaś jedynymi dźwiękami, które dochodziły do jej uszu były świergot ptaków i szum liści. Przysiadła więc na jednym z większych kamieni i położyła materiałową, niewielką torbę na kolanach.
      – Jesteś cały? – zapytała, skupiając na nim wzrok. To był odpowiedni moment na zajęcie się takimi sprawami, jak i na chwilowe odsapnięcie. A skoro znała się na tym, mogła pomóc. Tym bardziej że nie mogli pozwolić sobie na opóźnienia, a wszelkie obrażenia mogły spowolnić podróż. – Niestety nie mamy dużo czasu na odpoczynek, a do zachodu słońca powinniśmy znaleźć w miarę bezpieczne miejsce na nocleg – odezwała się ponownie i sięgnęła po bukłak, który trzymała w torbie. Napełniła go w chacie, bo o ile druid był w stanie dać im trochę pożywienia, to nie miał nic, w czym mógł podarować im również i wodę. Wyjąwszy korek, upiła odrobinę i podała towarzyszowi. – Pewnie masz wiele pytań? Sporo widziałeś od początku naszej wyprawy. Domyślam się, że nie miałeś częstych spotkań z magią. Śmiało, możesz pytać. Mamy dużo czasu – zachęciła go, po czym wstała ze swojego miejsca i podniosła miecz, który od razu podała Galahadowi. Jeżeli komuś spośród nich miałaby się przydać lepsza broń, to ową osobą bezwzględnie był rycerz. Gdy zajdzie potrzeba, sama dla siebie szybko coś zdobędzie.


      [Myślałam, że szybciej uda mi się odpisać i podesłać, ale przez te upały wszystko schodzi dwa razy dłużej. Mam nadzieję, że będzie w miarę znośne, bo ta pogoda nie tylko męczy, ale i zakłóca zdolność myślenia. ;/
      Ps. Bardzo śliczny nowy wygląd kp i dodatków. ;)

      * Zakryj mgłą]

      Morganka

      Usuń
  28. [No, siemka. Dziękuję za miłe słowa, ale przyznam się, że narracja pierwszoosobowa w moim przypadku sprawdza się jedynie w poszukiwaniach i kartach postaci. Wątki zdecydowanie piszę w trzeciej. Co do kreacji - nie zaglądałam do Ciebie ani do nikogo innego, gdzie mogłabym znaleźć odniesienia do Lancelota, woląc pokazać go właśnie po swojemu. I cieszę się, że pomysł się spodobał, bo zaburzenie tak jednomyślnego kanonu nie zawsze zostaje przyjęte. Tobie za to mogę powiedzieć, że właśnie w ten sposób widziałam zawsze Galahada. Trochę naiwnego idealistę, ale z sercem wielkim jak stodoła. Co do relacji... Myślę, że Lancelot zawsze miał pewien dystans do syna - w końcu ma co do tego pod pewnym względem prawo. Lance był jednak inny kiedyś niż teraz, dlatego na pewno silnie odczuł fakt, że Gal umarł. W Fabletown nie wiem czy się spotkali, bo Lancelot unika każdego ze swojej przeszłości jak tylko się da. Jak już do tego dojdzie, będzie wredny, impertynencki i arogancki, nie szczędząc słów na Elaine, która tak go zwiodła. Widzę tu silne spięcia i prowokacje ze strony Lancelota. Zobaczenie z powrotem żywego syna pewnie nie zrobi na nim wrażenia, bo przecież tak to już jest w Fable, nieprawdaż?]

    Lancelot

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Może być nawet i krótko, ale muszą się spotkać tak czy inaczej </3 Też mam w głowie taką myśl, że fajnie jakby Galahad w późniejszym czasie był jednak tą osobą, która się mimo wszystko przez jego życie gdzieś przetacza, a Lancelot zmieniłby podejście. Wiadomo, że nie będzie to od razu i nad nowym wątkiem po pierwszym spotkaniu też pomyślimy, ale właśnie też myślałam o pracy. Będzie jednak czas moim zdaniem jeszcze nad tym przysiąść i może w trakcie coś się samo nawinie.]

      Usuń
    2. [Jasne. Wszystko mi pasuje! I nie mam nic do dodania.]

      Usuń
  29. Musiała użyć magii, jeśli mieli to zakończyć szybko. Bynajmniej, nie wątpiła w Galahada. Niemal cały Albion słyszał o waleczności i zdolnościach rycerzy Camelotu, a historie o ich zwycięstwach krążyły wśród ludzi jeszcze w czasach jej dzieciństwa. Jej obecny towarzysz do nich należał, gdy królestwo jeszcze istniało. I sama mogła potwierdzić, iż znaczna część tego, o czym mówiono, było prawdą. Nie posiedli nieśmiertelności i daleko im było do cudotwórców, lecz niejednokrotnie wygrywali nawet z silniejszymi i potężniejszymi od siebie.
    Zależało im jednak na czasie. Ten ostatni, niestety nie był ich sprzymierzeńcem. Gdyby było inaczej, z pewnością pozwoliłaby Galahadowi wykazać się swoimi umiejętnościami. Przeczuwała jednak, że jeszcze będzie mógł to zrobić, a napotkanie Sasów to przedsmak tego, co na nich czeka po drodze.
    Morgana z uwagą przyglądała się rycerzowi, który próbował opatrzyć sobie ranę. Widząc, że jej pomoc była zbędna, nie oferowała się po raz kolejny. Milczała zatem, nie będąc pewna czy powinna i co mogłaby powiedzieć. Po tak wielu latach wydawania rozkazów i nawiązywania kolejnych sojuszy nie potrafiła rozmawiać “tak po prostu”. Tłumaczenie odpadało, albowiem to zazwyczaj robili winni. Poza tym, odkąd pamiętała, z trudem przychodziło jej tłumaczenie się ze swoich poczynań. Zazwyczaj też udawała, że żałowała swoich występków. W rzeczywistości mówiła w takich chwilach to, co dana osoba chciała usłyszeć.
    – Udało ci się przejść, a nawet przebiec spory szmat drogi, więc wierzę na słowo – odpowiedziała wreszcie na słowa swojego towarzysza, patrząc na niego z uznaniem. Prawdopodobnie także i w przeszłości Galahad należałby do nielicznego grona rycerzy, których kapłanka darzyła szacunkiem, mimo obustronnej wrogości.
    Skinęła głową w odpowiedzi na kolejne jego słowa. Nie zamierzała nawet go pospieszać; musiał zrobić to tak, by zdołali dojść, jak najdalej. Kolejna chwila ciszy wcale jej nie przeszkadzała, lecz kiedy ponownie się odezwał i zadał pytanie, uśmiechnęła się ironicznie i ledwie zauważalnie wzruszyła ramionami, zrywając najbliżej rosnące źdźbło trawy, które zaczęła obracać w dłoni. Nie bez powodu tak bardzo oddaliła się od nauk Avalonu i zaczęła postępować według własnych zasad. Szanowała wyspę i inne kapłanki, z Panią Jeziora włącznie, lecz nie zamierzała wypełniać woli tego miejsca, która rzekomo pochodziła od samej bogini. Istotnie z początku tak było, z czasem jednak wola bogini była bardziej wolą tej, która rządziła w Avalonie. Morgana miała wybór i z własnej woli podeszła do inicjacji na kapłankę. Co więcej, działała na rzecz Avalonu, bo gdyby udało jej się zdobyć władzę w Camelocie, jednocześnie przywróciłaby do łask Starą Religię. Aczkolwiek na tym wspólne cele się kończyły. Avalon nie zamierzał jej pomóc w przejęciu władzy. Ówczesna Pani Jeziora zniweczyła każdy jej plan, wspomagając tym samym Artura. Jedynie pod Camlann nie pojawił się nikt. Być może dlatego, że znano zarówno przebieg, jak i koniec tej walki.
    – Wysyła ludzi w różnych sprawach, kontroluje, a nawet układa im życie i to bez podania powodu. Avalon tak działa od zawsze, a przynajmniej od pierwszej znanej mi Pani Jeziora – stwierdziła i zdecydowanym ruchem rozerwała trzymane w dłoniach źdźbło trawy. Nienawidziła matki tak bardzo, że odczuwała złość na samo jej wspomnienie. I nawet gdyby chciała, nie potrafiłaby przyznać, że łączą je więzy krwi. To prawdopodobnie było zbędne, bo chyba każdy stąpający po ziemiach Albionu znał już jej pochodzenie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – Vivianne poświęciła swoją przyjaciółkę, porzuciła własne dziecko i porwała inne. Wszystko po to, by zapewnić Avalonowi decyzyjność w sprawach, do których nie powinien się mieszać. Nikomu z tych, którymi pokierowała, nie wyjaśniła, dlaczego są ważni; powiedziała jedynie, że taka jest wola bogini. Szczerze wątpię, że ta chciałaby rozbijać rodziny i zabierać dzieci... – kontynuowała, tym razem z dającą się wyraźnie usłyszeć nutką ironii, a nawet lekkiej pogardy w głosie. – Gdy zniknęła, wyszło to wyspie na dobre, chociaż niewiele się zmieniło. Każda kolejna, która przyszła na jej miejsce działała w ten sam sposób – opowiedziała pokrótce historię, która idealnie obrazowała to, jak działał Avalon.
      Jego pierwotnym zadaniem było tylko podtrzymanie dawnych obyczajów i szkolenie dziewcząt, które znały magię. Miało to być bezpieczne miejsce, które nie ingeruje, ale obserwuje i pomaga, kiedy ktoś doń się zwróci. Prawda okazała się inna. Każda Pani Jeziora wychodziła poza swoje obowiązki, mieszając się w sprawy Albionu. – Przynajmniej znasz główny powód, dla którego poszłam swoją drogą. Nie zamierzałam zostać narzędziem czyjejś, bliżej nieokreślonej woli. Jak widać, nie udało mi się, bo siedzimy tutaj – rzuciła i wziąwszy głębszy oddech, dodała, lekko kręcąc głową – Niemniej jednak nie liczyłabym na to, że dowiemy się, dlaczego my tu jesteśmy, chociaż z pewnością powód istnieje. Poza tym, jeśli z naszej dwójki ktoś ma większe połączenie z tą sprawą, to jestem ja. List jednak przyszedł do Ciebie. Być może dlatego, że ja bym odmówiła, ale i nie puściłabym samego kogoś, kto nie zna Avalonu i magii… – urwała i spojrzała w kierunku linii drzew za nimi. – Powinniśmy iść dalej.

      [To jak będzie już gotowe, to najpewniej będzie jeszcze ładniej. I cieszę się, że było okej. ;)]

      Morganka

      Usuń
  30. Dosłownie na ułamek sekundy uniosła obydwie brwi na widok nożyczek, lecz nie rzuciła żadnego komentarza. Jedynie rozejrzała się wokół, jakby chciała się upewnić, że nie ma w pobliżu nikogo, kto mógłby wydać się zaskoczony owym wynalazkiem. Zwlekała też z odpowiedzią na kwestię Avalonu, albowiem na krótką chwilę pogrążyła się w zamyśleniu, które spowodował przedmiot ze świata Doczesnych.
    To tutaj było jej miejsce; wśród nienaruszonych nadto przez człowieka lasów, z dala od ulicznego gwaru i betonowych, szarych bloków ustawionych po obu stronach asfaltowych ulic. Nie pasowała do XXI wieku pod żadnym względem. Unikała niemal wszystkiego, co oferowała współczesność na rzecz tego, co dobrze znała. Być może warto byłoby tu zostać — przeszło jej przez myśl i westchnęła cicho, omiatając wzrokiem korony drzew. Nikt nie mógł jej zmusić do powrotu, bo nie była więźniem miejsca po drugiej stronie portalu. Tylko czy miała jeszcze cokolwiek w tym świecie? Sasi prawdopodobnie nie zdołaliby jej zabić, chyba że znaleźliby sposób na to, jak wykorzystać zwykłą broń do zabójstwa kapłanki. Ponowny sojusz też nie wchodził w grę, nie miała bowiem niczego do zaoferowania. Mogłaby co najwyżej zaszyć się w jakiejś wiosce bądź wrócić do Avalonu. Strategiczne miejsca, jeśli wierzyć temu, co usłyszeli od druida, opanowane zostały przez najeźdźców. Nadal jednak rozważała tę możliwość, lecz na razie wróciła do rozmowy.
    – Nikt nie wie, czym kieruje się Avalon, czy raczej Pani Jeziora, wybierając osoby do wyznaczonych zadań. Być może zostałeś wybrany przez wyprawę po Graala, a być może nie było pewności, do kogo ten list trafi i padło na ciebie przypadkowo – wyznała, chociaż nie potrafiła podać prawidłowej odpowiedzi. Ta sprawa pozostawała zagadką i traciła nadzieję, że zostanie przez nich rozwikłana. – W Fabletown, choć jest nas wielu, Avalon nie ma już tak wielkiego wpływu. Poza tym sama do tej pory sądziłam, że na dobre zatonął we mgłach i więcej o nim nie usłyszymy, że będzie jedynie wspomnieniem dawnego świata – dodała, zwijając i rozwijając pasek swojej szmacianej torby. Mówiła prawdę; była przecież świadkiem jak po powrocie z Avalonu, niedługo przed przejściem przez portal, mgły szczelnie otuliły wyspę. Spodziewała się, że na dobre oddaliła się od świata śmiertelnych. Ostatniej rzeczy, jakiej się spodziewała to list z wyspy jabłoni.
    – Nie wszyscy wyznawcy Starej Religii byli uprzedzeni do waszej – kontynuowała swoją odpowiedź. – Wśród nas znalazłbyś wielu takich, którzy szukali porozumienia. Przyjęli nawet stanowisko, że wszyscy wierzą w to samo, choć inaczej nazywają swoich bogów – stwierdziła z dającą się wyczuć nutką niechęci w głosie. Nie należała do tej grupy i nie kryła się z tym. Zdecydowanie opowiadała się za tymi, którzy chcieli przywrócić stary porządek świata. Po części dlatego, że widziała wiele zła wyrządzonego podobnym do niej. Była święcie przekonana, iż te dwa światy nie mogły ze sobą współistnieć. Avalon i jego religia od wieków panowały na ziemiach Albionu; magia, którą się posługiwano, zrodziła się na długo przed tym, nim pierwszy człowiek postawił stopę na Ziemi. Nowy ład agresywnie wdarł się do poukładanego przez pogan świata. Stopniowo wprowadzano nowe zasady, starając się wyplenić stare. Czyniono to na różne sposoby, nie pomijając tych najkrwawszych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Liczne grupy wyznawców starej wiary poległo, nic więc dziwnego, że Morgana nigdy nie poparła tych, którym zależało na pokoju. Patrząc z perspektywy czasu, wciąż nie potrafiła pojąć pokojowego nastawienia druidów. Dziwiła się, iż tak niewielu z nich postanowiło się zwrócić przeciwko nowym; że tak łatwo pozwolili na zastąpienie starej religii nową.
      Niespodziewanie na jej twarzy pojawił się lekki uśmiech. Wprawdzie było to logiczne rozwiązanie, aby na wyprawę wysłać kogoś, kogo Morgana dobrze znała, a zarazem by ten ktoś dobrze znał czarownicę. W tym wypadku jednak nie mogło to się udać.
      – Prawdopodobnie, gdyby wybrano kogoś, kto mnie znał, nie zgodziłby się na tę podróż. Nie przekonałaby go nawet powaga sytuacji. Brak zaufania i wrogość… wystarczające powody, aby odmówić – pochyliła lekko głowę i popatrzyła na swojego towarzysza, unosząc przy tym jedną brew. – Poza tym, nie chciałeś nigdy wrócić tutaj, do swojego domu? Chociaż przez chwilę poczuć się, jak dawniej? – spytała, uważnie przyglądając się mężczyźnie. Owszem zdawało się, że przywykł, jak znaczna część społeczności Fabletown, niemniej jednak nie wierzyła, że żyjący w tej dzielnicy Baśniowcy nie odczuwali tęsknoty za swoimi krainami. Jednak już bez słowa wstała i ruszyła dalej, prowadząc ich z powrotem do lasu. Skupiała uwagę na każdym odgłosie, od szelestu liści po łamane pod ich stopami suche gałązki. Przystanęła dopiero na rozwidleniu leśnej drogi. Przymknęła na krótki moment powieki, a po ich otwarciu jej oczy zalśniły, a w głowie widziała obraz drogi. Fragment, który jej się ukazał, kończył się samotnie stojącym głazem, więc już bez namysłu wybrała drogę w lewo. Po kilkunastu metrach natrafili na głaz. Rozejrzała się dla pewności i nie dostrzegłszy niczego podejrzanego, powtórzyła czynność.
      Tym razem punktem odniesienia stało się stare, na wpół uschnięte drzewo. Droga wiodła przez dawno nieuczęszczaną ścieżką.
      – Dasz radę przejść tędy? – odwróciła głowę i spojrzała na Galahada. Miała na uwadze, że był ranny i przedarcie się przez takie krzaki mogło tylko podrażnić ranę, którą niedawno sobie opatrzył. – Wolałabym, abyśmy obydwoje dotarli w jednym kawałku. Zresztą, kilka metrów nas nie zbawi – powiedziała i nie czekając na odpowiedź współtowarzysza, ruszyła poszukać drogi zastępczej. Może niecałe dziesięć metrów od dróżki prowadzącej przez gęste krzaki znalazła doskonałą trasę. Poprowadziła ich tamtędy.
      Zatrzymała się, kiedy do jej uszu dotarł charakterystyczny szum wody. Wyjrzała zza linii niewysokich krzaków, za którymi płynęła wąska i chyba niezbyt głęboka rzeczka. Ślady na obydwu brzegach wskazywały, że niegdyś znajdowała się tutaj kładka, lecz została zniszczona albo przez czas, albo przez Sasów.
      – Dasz mi mapę? – zapytawszy, wyciągnęła dłoń w jego kierunku i odwróciła się twarzą do mężczyzny. – Prawdopodobnie dalibyśmy radę przejść, ale sprawdźmy, czy jest to konieczne.

      [Pewnie, że było dobrze. Kto umie pisać, temu zawsze dobrze i ciekawie wychodzi. ;)]

      Morganka

      Usuń
  31. Rozmowa o pobudkach Avalonu w doborze uczestników obecnej wyprawy dała jej trochę do myślenia. Co, jeśli faktycznie nie był to przypadek, tylko zamierzone działanie? Może obecna Pani Jeziora, jeśli wciąż któraś kapłanka zajmowała to stanowisko, dobrze przemyślała ten ruch? I kto zatem stał na straży, by ów plan się ziścił? W głowie Morgany pojawiało się więcej pytań i coraz mniej odpowiedzi, dlatego uznała, że bezpieczniej będzie przestać o tym myśleć. Jeśli mają się dowiedzieć, po wykonaniu zadania z pewnością ktoś ich o tym poinformuje. A przynajmniej taką miała nadzieję.
    Znacznie łatwiej było rozmawiać o przeszłości. Wprawdzie nie znała pobudek, jakimi kierowały Galahada, kiedy zadawał kolejne pytania. Być może była to ciekawość albo chęć zrozumienia starego porządku. Nie dało się zaprzeczyć temu, iż wyznawcy starej i nowej religii — choć żyli na tej samej ziemi — pochodzili niejako z dwóch różnych światów.
    – Avalon był podzielony – zaczęła od razu. – Jedni chcieli zgody pomiędzy obiema religiami. Uważali, że nadejście nowego jest nieuchronne i trzeba niejako znaleźć porozumienie. Drudzy nie potrafili się pogodzić ze zmianą i odrzuceniem starej wiary, bo to oznaczało koniec magii i naszych wierzeń. Nie rozumieli tych pierwszych. Wielu odwróciło się od wyspy i przeszło na naszą stronę, ale i tak nie udało się powstrzymać zmian – wyjaśniła do końca. Nie widziała sensu, by unikać wspomnień o swoim udziale. Wiadomym było, po której stronie stała. Wiadomym też było, dlaczego obrała to, a nie inne stanowisko. Prawda była taka, iż nigdy nie próbowała nawet zrozumieć tej drugiej wiary. Wychowywana w nienawiści do magii, sama ją wybrała. Porzuciła wpajane zasady, odwróciła się od wyznawanych wartości przez jej otoczenie i podjęła się walki w obronie Starej Religii. Nawet w Fabletown nie potrafiła i nie chciała wyrzec się swoich przekonań. Być może gdzieś wewnątrz siebie, nadal żywiła nadzieję na powrót dawnych czasów. A być może nadal sądziła, że zgodnie z tym, co przed laty jej powiedziano — to jej przypadnie ta rola…
    – Nie Ty jeden tak uważasz. Prawie wszyscy w Fabletown starają się żyć jak docześni, starając się nie wracać do przeszłości. Zostawili za sobą swoje dawne życie i krainy. A nasz świat? – wskazała głową na las rozciągający się przed nimi. – Te ziemie były pogrążone w odwiecznym konflikcie od bardzo dawna. Nie chodzi tylko o mnie i Artura, choć nasza sprawa z pewnością doprowadziła do upadku wszystkiego. Ten jednak by nastąpił, wcześniej czy później. Camelot nie był tak wspaniałym miejsce, jak opowiadają w historiach. I nie zawsze ci źli to te same osoby, które obwinia się o to, co się stało. W rzeczywistości tutaj nie było ideałów pozbawionych wad. Jednak nie wszystkim przypisano ich złe uczynki. Nie mogli przecież wszystkich ukazać w złym świetle – wyjaśniła. Chwilami jej głos zdradzał irytację i złość, które jej towarzyszyły. Miejscami mieszał się ze smutkiem. Pogodziła się dawno z rolą tej złej. Nie zaprzeczała, gdy nazywano ją zdrajczynią i niegodną przynależenia do rodu, z którego się wywodziła. Jednak czuła pewnego rodzaju zawód, że błędy wytykano jedynie jej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dalej szła już w milczeniu, co jakiś czas zerkając na swojego towarzysza. Wydawało jej się, iż w pewien sposób podobny był do Yvaina, który też miał swoje przekonania, lecz starał się nie szkodzić nikomu. Chociaż mogła się mylić, a to wrażenie wyrobiła sobie na podstawie tych kilku dni, podczas których jeszcze w Fabletown starali się o pozwolenie na przejście przez portal i tutaj, w drodze. To nie zmieniało niczego, odmienne poglądy i obustronne braki w zaufaniu były niejako murem, którego nie można było przeskoczyć.
      Nie ciągnęła tematu, wydawało jej się, że zostało powiedziane wszystko. Zamiast tego, od czasu do czasu zerkała w stronę Galahada. Widziała, jak starał się ukrywać, że dalsza droga nie sprawia mu problemu. Nie komentowała tego jednak, choć dla powodzenia zadania chciała coś z tym zrobić.
      Tak naprawdę niekoniecznie potrzebowała tej mapy, mogła poradzić sobie i bez niej, lecz miała inny plan. Rozłożyła w rękach zwinięty w rulon kawałek pergaminu i szybko odnalazła odpowiednią drogę, więc na dobrą sprawę mogli iść dalej. Zamierzała jednak zrobić coś zupełnie innego.
      – Dobrze widzę, co się dzieje i wiem, że potrzebujemy odpoczynku – zaczęła nagle. Wskazała głową wielki głaz, dodając: – Usiądź tu. Kiedy mieszkałam w Camelocie, nie raz widziałam, jak się to robi. Czasem nawet sama pomagałam. Nie użyję magii wbrew twojej woli, potrafię sobie radzić bez niej – zapewniła, kierując wzrok na swojego towarzysza. Nie spodziewała się, że przyjmie jej pomoc, aczkolwiek zależało Morganie, by jednak dotarli na miejsce i wrócili bez problemu. – Nie zabiję cię. Miałam przecież już wiele okazji, by to uczynić i nie wykorzystałam żadnej. Znam zioła, które nadają się do przemywania i opatrywania ran oraz te, które uśmierzają ból. Żadnych trucizn.


      Morganka

      Usuń
  32. – Gdybyś żył w Camelocie, nie ominęłoby Cię to. Historii uczyli każdego, kto tylko zaczął chodzić i mówić. Chyba że byłbyś dziewczyną – mówiąc to, uniosła lekko kąciki ust. Może i darowano jej opowieści o bitwach i konfliktach, ograniczając się do kolejności panowania władców w królestwie i okolicznościach, w jakich tę władzę zdobyli, lecz gdyby mogła sama wybrać, zdecydowanie wolałaby słuchać o przebiegu wszystkich bitew, zamiast uprzedzeń opiekuna. Miała co prawda podstawową wiedzę historyczną, więcej rzeczy dowiadywała się przypadkiem, jeśli była w pobliżu rozmowy na ten temat bądź dopytywała, gdy zagadnienia wydawały jej się ciekawymi. Po części dlatego, że chciała zrozumieć, dlaczego i za co straciła człowieka, który był dla niej ojcem; po części chciała znaleźć najlepszy sposób na dokonanie swojej zemsty. Szukała wskazówek do tego w przeszłości, gdyż to ona była najlepszym nauczycielem.
    – Wcale mnie to nie dziwi – rzuciła z nieco ironicznym uśmiechem, bo naprawdę nie była zaskoczona czyjąś niechęcią do Uthera. A skoro nawet doświadczeni w walce woleli zaszyć się w klasztorze, niż wrócić do służby pod jego przywództwem, widać nie była odosobniona. Przez moment rozmyślała, czy ten człowiek był wyjątkiem, czy więcej wojowników Ambrosiusa odwróciło się od walki, gdy to jego brat przejął rządy. Znała historię mówiącą o tym, jak obydwaj przybyli na ziemię Albionu, aby przywrócić tu pokój i pozbyć się saskich najeźdźców. I nawet gdyby chciała, nie mogła zaprzeczyć temu, iż rządy Uthera przyniosły Brytanii to, czego wówczas ten kraj potrzebował. Spodziewała się natomiast, iż nie była jedyną osobą, która darzyła ówczesnego króla szczerą nienawiścią. Miał wielu wrogów, nawet w najbliższym otoczeniu, lecz był zbyt zajęty swoją obsesją, aby to dostrzec.
    – Muszę przyznać, że doskonale rozumiem tego człowieka. Sama wolałabym każde inne miejsce, zamiast mieszkać pod jednym dachem z Utherem, ale mnie wyboru nie dano – stwierdziła dodatkowo.
    Zdjęła z ramienia torbę i ułożyła ją obok plecaka Galahada, po czym podeszła i przyjrzała się jego ranie. Wprawdzie nie wyglądała źle, niemniej jednak uważała, że postój i obejrzenia tego urazu było wskazane. Chociażby po to, by powstrzymać nadmierne krwawienie oraz zapobiec zakażeniu. Odwiązała od razu stary bandaż, który i tak ledwo przykrywał rozcięcie na skórze i oderwała z niego najczystszy kawałek, który nasączyła wodą z bukłaka i przemyła ranę na całej długości.
    – Trzymaj tak, dopóki nie wrócę. Potrzebne mi są zioła – wskazała na skrawek mokrego bandaża, który przylegał uszkodzonego miejsca.
    Wiedźma oddaliła się do linii drzew, w poszukiwaniu odpowiednich ziół. Rozglądała się uważnie za potrzebnymi składnikami, choć znalezienie potrzebnych roślin okazało się trudniejsze, niż przypuszczała. Część zerwała na polanie, po jedno zmuszona była wejść kawałek do lasu. W drodze powrotnej sięgnęła jeszcze po kamień, który również obmyła w wodzie. Sporym utrudnieniem okazał się jednak brak naczyń. Przeszukała swoją torbę i nie znalazłszy nic innego, wyjęła dwa fragmenty materiału, w które zawinięte były sztylety i rozłożyła je na kamieniu obok.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na pierwszym bardzo ostrożnie roztarła jedno z ziół, które następnie przełożyła do prowizorycznego kubeczka przygotowanego z liści, które w kilku miejscach związała grubszymi źdźbłami trawy. Zalała wodą, zamieszała zieloną substancję i podała mężczyźnie.
      – To uśmierzy ból – poinformowała.
      Porwała w dłoniach pozostałe zioła i umieściła w kolejnej płachcie materiału, gdzie powtórzyła poprzednią czynność. Co jakiś czas dolewała małe ilości wody, aby uzyskać konsystencję mazi. Kiedy wreszcie skończyła, ostrożnie rozsmarowała mieszankę wokół i na ranie.
      – Zdecydowanie jeden wystarczy – skwitowała, spoglądając na prawie skończoną swoją pracę i odebrała bandaż. Uniosła brew i z widocznym rozbawieniem dodała: – Tego się po Tobie nie spodziewałam. Sprawiasz wrażenie kogoś, kto od zawsze jest przygotowany na wszystko i ma z góry ustalony plan. Tymczasem okazuje się, że byłeś jednym z najbardziej szalonych rycerzy mojego brata.
      Starannie owinęła ranę bandażem i zawiązała obydwa końce. Zgodnie z obietnicą — nie korzystała z magii, choć ta z pewnością o wiele szybciej by zażegnała kryzys.
      – Skończyłam – oznajmiła, zwijając i chowając wszystko do torby. – Ruszymy dalej, gdy będziesz gotowy.

      [Co przychodzę słać odpis, to ładniej się tutaj robi! Ślicznie teraz wygląda KP. ;)]

      Morganka

      Usuń
  33. [ Dziękuję za cudowny komentarz! Nawet nie wiesz, jakiego mam banana kiedy czytam, że udało mi się ukazać Amcię taką jaką chciałam - niby długie życie jest fajne, ale hej! od groma problemów emocjonalnych tuż po drodze.
    Patrząc na ostatnie wyczyny burmistrza i tego jaki jest zapominalski, Ama będzie musiała wybrać się do Archiwum ogarnąć sprawę czarownic i donieść parę papierków z przeszłości. Może będzie mogła liczyć na pomoc sir Galahada w niezgubieniu się w czeluściach archiwum? "Młodsza" koleżanka jest również niezwykle gapowatą ;P ]

    PS: Soundtrack z Ostatniego Jednorożca był tak długo puszczany w domu przy tworzeniu KP, że zaczyna mi się śnić po nocach. Nigdy więcej XD

    lady Amalthea

    OdpowiedzUsuń
  34. – Nie było tam aż tak źle. Gdyby jeszcze wykluczyć wszystko to, co psuło atmosferę, Camelot mógłby być idealnym miejscem na dorastanie – stwierdziła, lecz z raczej marnym przekonaniem. Pomimo wszystko, za swój dom uważała wyłącznie Tintagel w Kornwalii, jednak — jak na ironię — odczuwała pewną tęsknotę za wszystkim tym, co zostawiła za sobą po opuszczeniu Camelotu. Nigdy otwarcie się do tego nie przyznała, aczkolwiek gdyby dano jej szansę na kolejne podejście, tym razem rozegrałaby wszystko w taki sposób, aby nie być zmuszoną do ucieczki. O ile było to możliwe...
    Chwilami zastanawiała się również, jak wyglądałoby jej życie, gdyby trafiła do Avalonu pod opiekę matki. Co prawda Vivianne nigdy nie interesowała się córką, więc nie było co liczyć na nagłą poprawę relacji i wzruszające pojednanie. Z kolei sama kapłanka przypuszczała, że koniec końców niewiele by się zmieniło. Prędzej czy później poznałaby prawdę o swoim pochodzeniu, po czym w złości opuściłaby wyspę, żeby upomnieć się o swoje. Możliwe, że byłaby jeszcze bardziej żądna władzy i wówczas doszłoby do znacznie większego rozlewu krwi. Być może faktycznie życiem ich wszystkich sterowało coś większego; przeznaczenie, które bez względu na okoliczności i tak musiało się wypełnić. A zatem gdziekolwiek by nie zamieszkała, ciąg wydarzeń w końcu i tak doprowadziłby do końca tej historii pod Camlann. Czy przebieg tej bitwy mógłby być inny? Czy ona sama mogła stać po przeciwnej stronie? Wątpiła w obydwie wersje.
    – Artur od zawsze był zapatrzonym w siebie egoistą – powiedziała, odnosząc się do kolejnych słów mężczyzny. – A przynajmniej na początku. Potem, chyba pod wpływem wyrzutów sumienia, zmienił się w chorobliwie altruistycznego i honorowego rycerza, który dałby się zabić nawet za jednego człowieka. Niewiele straciłeś, ale to jest tylko opinia jego złej do szpiku siostry – ostatnie słowa wypowiedziała nawet z lekkim rozbawieniem, lecz bez ironicznego wydźwięku. Bynajmniej, nie były to złe cechy. Spośród królów Camelotu, Artur pod tym względem był najlepszy. Istniało też wielkie prawdopodobieństwo, że uważany byłby za takiego przez wszystkich poddanych, jednakże rozłam pomiędzy starą i nową religią nie został przez niego zażegnany. Te dwa światy wciąż ścierały się ze sobą, trwając w nieustającym konflikcie, więc po obydwu stronach miał zarówno przeciwników, jak i zwolenników. Chyba nikt nie miał realnych szans, by doprowadzić do końca tego sporu, który w końcu ucichł z czasem sam, kiedy nowy ład zupełnie wyparł stary.
    – Śmiem twierdzić, że większość powodów nie była przeznaczona do dzielenia się z szesnastolatkiem. Być może ten człowiek sam starał się wyrzucić wiele rzeczy z pamięci – rzuciła, spoglądając na swojego towarzysza. Nie chciała pokazywać za wszelką, jak bardzo złym człowiekiem był Uther ani robić Galahadowi wykładu o wszystkich występkach ówczesnego króla. Wybrała jeden powód, który wyjaśniał niechęć do jego osoby wśród jej podobnych. – Ja słyszałam, że gdy Avalon był jeszcze obecny w naszym świecie, Uther miał poprowadzić tam swoich ludzi. Zginęło wówczas bardzo dużo kapłanek i druidów, a nawet będących pod ich opieką dzieci. Kapłanki, które uszły z życiem, w obawie przed ponownym atakiem, rzuciły na otaczające wyspę mgły zaklęcie. Dzięki niemu, do Avalonu dotrzeć mogą wyłącznie ci, którzy znają magię, o czym już wiesz – zaznaczyła, nie chcąc się powtarzać z informacjami, bo mgły Avalonu były przecież pierwszym, co Galahad ujrzał po przejściu przez portal.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przez dłuższy czas milczała i nie tylko z powodu tego, czym była zajęta. Owszem, chciała zrobić wszystko jak najlepiej, więc nie mogła sobie pozwolić na rozpraszanie. Po drugie, nie sądziła, że pobyt tutaj przyniesie tyle wspomnień; zarówno tych dobrych, jak i złych. Były chwile podczas ich wędrówki, że spodziewała się za zakrętem zobaczyć kogoś znajomego; nieważne czy wroga, czy sprzymierzeńca. Wodziła wzrokiem za przecieranymi niegdyś szlakami, gdyż wszystko tu było podobne, lecz jednocześnie obce.
      – Raczej nikt spośród Doczesnych nie wyruszyłby szukać Graala, czy wyspy ukrytej za mgłą na środku jeziora. Dla nich nawet nie istniejemy, mimo że teraz mieszkamy tuż obok nich – w jej głosie było sporo obojętności, a nawet wrogości, z czym się jakoś specjalnie nie kryła. Współcześni ludzie nic dla niej nie znaczyli; uważała ich za dziwnych i niezrozumiałych, a jednocześnie domyślała się, że oni w ten sam sposób mogliby postrzegać i ją. – Chociaż nie było ich wiele, przez te kilka lat w dzieciństwie, które spędziłam z Vivianne pod jednym dachem nauczyły mnie, że życiem wszystkich steruje jakieś przeznaczenie, lecz tylko nielicznym udaje się je poznać – dosyć wymownie spojrzała na Galahada, wskazując tym samym jego jako przykład. – Nie wszyscy jednak postępują mądrze, niektórych ta wiedza przytłacza i robią rzeczy, których potem żałują – tym razem odniosła się do Artura, który poznawszy swoje przeznaczenie, wybierał wszystkie możliwe sposoby, by temu zapobiec; nawet za cenę wielu niewinnych istnień. Wówczas po raz pierwszy życzyła mu, by jednak owa przepowiednia się spełniła. I ponad dwadzieścia lat później tak też się stało.
      Kiwnęła głową i sięgnęła po torbę. Nadal uważała, iż Galahad potrzebował chwili odpoczynku, aczkolwiek wbrew wszystkiemu czas naglił.
      – Na razie cały czas prosto – powiedziała, pierwszy raz zerkając na mapę, bo tych terenów nie znała aż tak dobrze. – Później w lewo, wzdłuż linii drzew. W pewnym miejscu strumyk powinien zwężać się na tyle, żeby swobodnie nad nim przejść – to powiedziawszy, zwinęła starą mapę i ruszyła w drogę. Po jakichś dziesięciu minutach marszu faktycznie trafili na miejsce, w którym woda płynęła bardzo wąskim pasem i aby przejść, wystarczyło postawić nieco większego kroka.
      Poprowadziła ich dalej prosto, do leśnej ścieżki, która w przeciwieństwie do poprzednich wyglądała na często uczęszczaną. Podczas drogi, co jakiś czas spoglądała na swojego towarzysza, chcąc ocenić, kiedy i na jak długo powinni się zatrzymać. Okazją do takiej krótkiej przerwy było miejsce niedawno palonego ogniska. Wyglądało na świeże, toteż podeszła ku niemu, schyliła się i wzięła szczyptę popiołu.
      – Świeże, ale na pewno nie było zgaszone wcześniej, niż trzy godziny temu – poinformowała i rozejrzała się dla pewności. Ognisko mogło być pozostawione przez grupkę Sasów, których napotkali wcześniej, jak i inną, którą być może miną po drodze. – Ta ścieżka doprowadzi nas do jednego z głównych traktów, który wiedzie od portu w głąb lądu. Musimy niedługo znów wejść do lasu, by móc się lepiej kryć – dodała, po czym spojrzała na Galahada. Nie proponowała mu przerwy, bo i tak spodziewała się, że odmówi. Może i po tym, co usłyszała, wydawał jej się bardziej szalony, aczkolwiek jednocześnie był maksymalnie oddany misji. Poza tym i tak powoli zbliżało się popołudnie, więc niebawem będą musieli znaleźć schronienie, aby w miarę bezpiecznie spędzić noc. – Chodźmy dalej – rzuciła tylko i wyminąwszy ognisko, ruszyła dalej, nadal jeszcze kierując ich po ścieżce.

      [Bardzo się podoba. Wszystkie htmle Twoje są śliczne. Proste, ale bardzo ładne.]

      Morganka

      Usuń
  35. Gdyby zaprzeczył jej słowom, nie byłaby zdziwiona w żadnym stopniu. Wszyscy bowiem, włącznie z tymi, którzy niegdyś sami byli traktowani przez Artura z góry, po jego przemianie i po tym, gdy objął tron Camelotu, wiernie stawali u jego boku. Być może zapominając o przeszłości i nie chowając doń urazy, a być może doceniając zmianę na lepsze i rozumiejąc, że jego zachowanie to był nieodłączny element młodego wieku i braku doświadczenia. Nikt przecież nie był pozbawiony wad, zwłaszcza w dziecięcych latach; sama Morgana sprawiała niebotyczne problemy poprzez swoje ciągłe bunty, złośliwości, czy namawianie innych do robienia tego, czego nie powinni. A wszystko to miało na celu zdenerwowanie nowego opiekuna, z którym od samego początku toczyła swego rodzaju wojnę. Aczkolwiek jej wszelkie występki zazwyczaj też uchodziły płazem i zapewne byłoby tak dalej, gdyby nie pokazała, co tak naprawdę kryło się we wnętrzu wzorowej i kochającej wychowanicy króla, za jaką mieli ją wszyscy mieszkańcy Camelotu.
    – Gdyby nie Ty, pewnie ktoś inny zapytałby o jego przeszłość. Można uciekać przed nią i odcinać się na wszystkie możliwe sposoby, a ona i tak powróci – powiedziała i spojrzała na Galahada w taki sposób, jakby próbowała przekonać go, że towarzyszące mu poczucie winy nie jest i nigdy nie było konieczne. Od zawsze ci, którzy niewiele o sobie mówili lub trzymali się na uboczu, prędzej czy później znajdowali się w centrum zainteresowania wielu ludzi dookoła. Morgana co prawda nie znała zwyczajów, jakie panowały w klasztorach i musiała zgadywać, czy było tam choć po części, jak w obozie druidów bądź w zamku kapłanek w Avalonie, czy też zupełnie inaczej, jednakże spodziewała się, iż ludzka ciekawość w każdym z tych miejsc była taka sama i niezwykle trudno było ją przezwyciężyć. Zwłaszcza młodym, którzy byli ciekawi ludzi i świata, a co za tym szło — zadawali często trudne pytania.
    Niemniej jednak rozumiała też swojego towarzysza, wszak takie samo uczucie — przez krótki czas — prześladowało i ją; gdy pogodziła się z nową sytuacją i uwierzyła, że to wszystko dla jej dobra. Były wówczas chwile, że chciała nawet przeprosić za swoje nieznośne zachowanie, co koniec końców uczyniła. Jednak jak wiadomo, pokój i tak nie trwał długo.
    Nie odbierała milczenia Galahada jako oznaki braku wiary w jej słowa. Nie oczekiwała też żywej dyskusji, przedstawiała bowiem fakty z perspektywy tego, co dla niego było zupełnie obce i o czym sam poinformował przecież na początku ich wyprawy. Obydwoje poznawali obce dla siebie światy i odnosiła wrażenie, że w tej sprawie ta obustronna wiedza w taki, czy inny sposób im się przyda.
    – Masz większą wiarę w Doczesnych, niż ja – odniosła się do tematu wyprawy ludzi, których teraz na co dzień widywali w świecie po drugiej stronie portalu, po czym ciągnęła dalej. – Po przybyciu do Fabletown sporo czasu spędziłam na obserwowaniu ich z trzynastego piętra. Ani trochę nie przypominali mi nas, zbyt mocno przywykli do komfortu i całej reszty różnych rzeczy, ułatwiających im życie. Dopóki to wszystko byłoby użyteczne, pewnie daliby radę, lecz z chwilą, gdy by byli zdani wyłącznie na siebie, gdzieś z dala od cywilizacji, większość z nich prawdopodobnie wróciłaby z niczym. Może nielicznym udałoby się dojść prawie do końca, może nawet osiągnąć cel, chociaż mam wrażenie, że to mało realne – stwierdziła i wskazała na las dookoła. – Podczas gdy dla wielu z nas takie życie było normą, co akurat sprawą przeznaczenia faktycznie nie było. Chodziło w tym o coś zupełnie innego, o postawiony cel, czy o sprawdzenie albo wykazanie się – dodała na koniec, zgadzając się z częścią słów Galahada. Jednak tylko z częścią. Widziała w swoim osądzie silny wpływ nauk z Avalonu, które głosiły, że w niektórych przypadkach przeznaczenie było ustalone, zanim człowiek, nad którym zawisło jego brzemię, pojawił się na świecie. Wówczas nie robiło różnicy, jaka droga zostanie przez niego wybrana, bo i tak w odpowiednim momencie miało się ono wypełnić. Wierzyła w to. Wierzyła również, że niektórych zdarzeń faktycznie można było uniknąć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wystarczyło poznać przyszłość i dokonać wyborów, które stanowiły prostą drogę do uniknięcia strasznych zdarzeń czekających na końcu. Aczkolwiek nie było to chwalone na Wyspie Jabłoni, gdyż wierzono, że igranie z tak potężnymi siłami zawsze niosło za sobą wysoką cenę.
      – Myślę, że po części każde z nas ma rację. Widziałam dużo rzeczy; część z nich potwierdzała, część mogła zaprzeczać jego istnieniu. Chwilami można odnieść wrażenie, że łatwiej jest w nie wierzyć, bo w ten sposób da się wytłumaczyć niepowodzenia i napotykane przeciwności, może wierząc w nie, staje się ono bardziej realne, jak samospełniająca się przepowiednia, a brak wiary sprawia, że nie ma wpływu na życie – na tym skończyła, nie rozwijając dalej tego tematu. Im dalej wchodziło się w te tematy, zagadnienia sięgały coraz głębiej do nauk Avalonu, które były obszerne i niekiedy trudne do zrozumienia, nawet dla samych kapłanek. A przynajmniej do chwili, w której znana z teoretycznego zasobu wiedzy rzecz, znajdowała swoje wyjaśnienie w praktyce.
      Nie mówiła nic więcej w trakcie ich dalszej wędrówki. Po części dlatego, że odgłos prowadzonej rozmowy mógłby wystawić ich wrogom, a po części dlatego, że tak łatwiej było pokonywać trudniejszą część szlaku.
      Skinęła głową, nie oponując przy tym niczemu, co Galahad chciał zrobić i cierpliwie czekała, jednak zainteresowana znalezioną ukrytą ścieżką, nie czekała nawet na zawołanie, a ruszyła w tamtym kierunku. Przecisnęła się przez zarośla i spojrzała na znalezioną przez mężczyznę drogę.
      – Jeśli tylko ślady prowadzą do samego końca, tak – potwierdziła i przyjrzała się uważniej śladom kół, które nie wyglądały na bardzo stare, a ich głębokość mogła wskazywać też, że dosyć często z niej korzystano. Już na pierwszy rzut oka nie wyglądało to na Sasów, ale na kogoś, kto starał się przed nimi ukryć.
      – Íewan þá getogu ende* – wypowiedziała po chwili skupienia i przymknęła powieki, widząc dokładnie przebieg trasy. Była to bardzo dobrze ukryta ścieżka, biegnąca pośród gęstych krzaków, wewnątrz wąwozu i z dala od głównego traktu i znanych leśnych dróg. Ktokolwiek był jej pomysłodawcą, nie chciał, by odnaleziono koniec. Upewniła się w tym fakcie, gdy wizja zakończyła się w podobnym miejscu, a tuż na samym końcu stał wóz. – Na pewno nie jest to obóz Sasów ani druidów; prędzej wioska albo nieduży klasztor i na pewno powstało niedawno, bo gdy pokazywano nam w Camelocie mapy, to były niezamieszkałe tereny, dlatego bardziej strzeżono dostaw, bo zdarzały się częste napady i grabieże – wyjaśniła, następnie wróciła do właściwych informacji. – Zaraz za wąwozem jest koniec tej ścieżki, wylot został tak samo dobrze ukryty, nie byłam jednak w stanie zobaczyć, co jest dokładnie po drugiej stronie. Na końcu stoi wóz. Nie zboczymy z drogi za bardzo, jeżeli pójdziemy to sprawdzić, a być może udałoby się nam trafić na w miarę bezpieczny nocleg – powiedziała i przeszła kawałek ścieżką, wyglądając zza zarośli, jakby chciała sprawdzić, czy faktycznie jest to tak bezpieczna droga, jakby się wydawało. – Prowadź – zachęciła go do pójścia przodem.

      *Ujawnij/Pokaż koniec drogi
      [Jest idealnie, mnie się bardzo podoba i absolutnie nie przeszkadza. Lubię nawet bardzo takie zwroty akcji, bo przy okazji uda się znów ich trochę w tej podróży rozruszać, by mogli napotkać różności na swojej drodze.]

      Usuń