Fabletown News

Rewolucja w ogrodach Woodlands

Nie od dziś wiadomo, że koniec wiosny i początek lata jest okresem, w którym ogrodnicy z Woodlands mają najwięcej pracy. Tym razem, o pomoc poproszono uczniów Zespołu Szkół im. Ch. H. Andersena oraz wolontariuszy - wszystkich chętnych Baśniowców, którzy kochają rośliny i chcą, aby to miejsce wyglądało jeszcze wspanialej.
Nie od dziś wiadomo, że po zmroku w sklepie Golden Goose dzieją się dziwne rzeczy. Spadające z półek produkty, latające mopy i samo-jeżdżące wózki. Tym razem, właściciel sklepu stracił cierpliwość i postanowił wytoczyć wojnę złośliwym duchom. Wynajął specjalistów, którzy mają pozbyć się natrętnych mieszkańców.



Bufkin donosi, że...

...po tym, jak Vanessa bohatersko pomogła rozstrzygnąć spór w sprawie skradzionych czekoladek, w barze Trip Trap panuje większy ruch. Nie chodzi jednak o promocję piwa ani nowe piosenki Kapitana Haka. Otóż, wielu Baśniowców szuka darmowej porady "jak żyć" u uroczej barmanki. Podobno pomogła już w niejednej sprawie! Najnowszą z nich jest tajemnicze zniknięcie szamponu, który został skradziony w biały dzień, wprost z łazienki Erwina!
"Zbliża się apokalipsa zombie!" - donoszą nagłówki gazet z dzielnicy Doczesnych sąsiadujących z naszym Fabletown, którzy spanikowali na widok spacerującego po ulicach samotnego zombie. Tymczasem, to tylko jeden z pacjentów Victora wydostał się ze szpitala i wybrał się na wycieczkę. Z kolei przy wszystkich lokalach i tablicach ogłoszeń w Fabletown, pojawił się komunikat z prośbą do wrażliwszych Baśniowców, by nie atakowali zombie. W końcu to też Baśniowcy, prawie tacy jak my!

niedziela, 25 lutego 2018

Be my bloody Valentine

Nie przedłużając, bo notka jest wystarczająco długa, Night Sky oraz persona non grata, a dokładniej - Cash Knowles oraz Felice Fletcher mają zaszczyt zaprosić Was na debiut! Jest to nasza pierwsza notka napisana wspólnymi siłami. Mamy nadzieję, że będziecie się przy niej bawić tak dobrze, jak my przy jej tworzeniu. 
Aha. I jeszcze jedno. Post jest zdecydowanie +18, więc jeśli stwierdzisz, że nie jesteś jeszcze gotowy/a na jazdę bez trzymanki, to masz szansę jeszcze uciec. Chociaż pewnie będziesz żałować.
You made me love you
I didn't want to do it, I didn't want to do it
You made me want you,
And all the time you knew it, I guess you always knew it
You made me happy sometimes – you made me glad
But there were times you made me feel so bad
Melodia niosła się w powietrzu tak swobodnie i pięknie, że docierała do uszu Casha nawet w drugim pomieszczeniu. Nutki przyjemnie płynęły przez umysł, ale to dopiero kobieco zalotny głos Helen Forrest sprawiał, że włoski na karku podnosiły się w fali miękkiej, choć wyjątkowo wolno narastającej ekscytacji, przypominającej bardziej lichy płomyczek świecy niż wielki wulkaniczny wybuch. Piosenka i jej słowa zdawały się idealnie stworzone do obecnej sytuacji, jakby przewidywano w czasach jej napisania, że uczucie miłości to tak naprawdę skomplikowana układanka wielu pozornie sprzecznych emocji. Tak jak wtedy, gdy kochasz kogoś tak bardzo, że zdajesz się przytłaczać go siłą swojej namiętności - zamieniając omyłkowo coś urokliwego i ciepłego na lodowate zobojętnienie. Tak naprawdę wiesz, że masz czyste intencje, nie chcesz krzywdy dla drugiej osoby, a po prostu odwzajemnienia żaru wypełniającego ci duszę.
Jak Cash kiedy pragnął podzielić się świętowaniem jedynego w swoim rodzaju dnia z kobietą, która ciągle mu się wymykała.
Kim jednak by był, gdyby nie lubił nie dopomagać losowi?
Piętnasty lutego to doprawdy nie jest najlepsza data do obchodzenia ważnych dla ciebie chwil z drugą, istotną dla twego serca oraz życia osobą - zwłaszcza jeśli nie masz na co dzień okazji, by ją dotknąć czy po prostu przebywać w jej towarzystwie. Choć to jedno święto wypadałoby spędzić razem jako swoisty symbol, którymi ludzie tak bardzo lubią wypełniać swoje wspomnienia. 
Starał się, naprawdę się starał, by przygotować wszystko jak należy. Od początku miesiąca wkładał całą swoją energię oraz kreatywność, by czternastego lutego - w tak gloryfikowanym Dniu Zakochanych - nic nie wypadło poza naszkicowany przez niego schemat, a cały dzień stawiano jako wprost idealny przykład poświęcenia drugiej osobie oraz tego, jak bardzo można komuś podziękować za to, że jest.
Nie zawsze jednak przewidzisz każdy najmniejszy nawet szczegół, bo wiele spraw rozbija się po prostu o entropijny charakter świata. 
I ludzkich ułomności. 
Tak jak wtedy, gdy pomimo starań porcelanowa laleczka Casha odwróciła się do niego plecami, wzgardziła tym wszystkim i nie przyjęła do wiadomości nawet drobnego faktu, że zwyczajnie robił to wszystko…
Tylko.
I wyłącznie.
Dla niej.
Na litość boską, Harley. Jest środek nocy. Dlaczego zachciało Ci się słuchać piosenek z lat czterdziestych w środku nocy. Ja rozumiem, że zawód chirurga nie wybiera i trzeba cieszyć się każdą, nawet najdrobniejszą chwilą wolnego, ale na litość boską – można sobie chociaż darować słuchania złotych przebojów aż do czasu, kiedy normalni ludzie nie będą spać…
Moment. Przecież Harley nigdy nie słuchał takich piosenek.
Starała się unieść powieki. Na Boga, nie miała pojęcia, że to tak ciężkie zajęcie. Nie miała pojęcia, że poprzedni dzień wykończył ją do tego stopnia, że nawet otworzenie oczu ją przerastało. Jednak w systemie Felice nie znajdowała się opcja poddawania się i rezygnowania, dlatego w końcu postawiła na swoim.
Musiała mrugnąć leniwie kilka razy, żeby obraz wyostrzył się do przynajmniej dostatecznego poziomu. I wtedy została zaatakowana z trzech stron. W gardle poczuła piekącą suchość, głowa rozbolała ją tak bardzo, że Felice nie zdołała powstrzymać się od potwornego grymasu – a jej wzrok został zaatakowany różem. Wszechobecnym różem.
Co tu się właśnie odpierdala? Nie przypominała sobie, żeby wyjechała w środku nocy w odwiedziny do Barbie jako Cukrowej Wróżki z Marcepanowego Pałacu.
I, na litość, była pewna, że się kładła. Dlaczego więc spała na siedząco?
Przed sobą zobaczyła długi stół, który ktoś nakrył czerwonym obrusem z uroczymi serduszkami. Na nim znajdowały się przeróżne słodkości – ciasta, cukierki, ciasteczka, soki, nie zdziwiłaby się nawet, gdyby ktoś tutaj postawił misę z lizakami i słodkimi laskami zdjętymi z choinki. Gdzieś na środku ktoś postawił butelkę z czerwonym winem, ale nie to przykuło jej spojrzenie – a ogromny bukiet czerwonych róż w wazonie na samym środku. Ile mogło być tu kwiatów? Dwadzieścia? Nie… zdecydowanie więcej.
Ale w tym momencie wszystko, czego potrzebowała, to szklanka wody. Oddałaby duszę za szklankę wody.
Chciała podnieść się z krzesła, gdy zrozumiała, że… nie może. Ze zdumieniem spojrzała w dół. Była związana. Jej nadgarstki i kostki były ściśle przytwierdzone do podłokietników i nóżek. Przez moment wpatrywała się w sznury z otępieniem, próbując połączyć fakty. I byłoby zdecydowanie łatwiej, gdyby cokolwiek tutaj było logiczne.
Zapinając ostatni guzik czarnej koszuli przyglądał się trzem ekranom, które migotały ostro w ledwo oświetlonym, wypełnionym zapachem kurzu i rdzy, pomieszczeniu. Zauważył, że jego księżniczka obudziła się po długiej drzemce, bo w typowej dla siebie determinacji próbowała wstać z krzesła.
Nie chciał tego robić - wiązać ją niczym zwierzynę - ale nie pozostawiła mu żadnego wyboru. Przykre, że prawdopodobnie nie rozumiała, jak bardzo się przy tym wszystkim starał. 
Oczywiście, że nie zdawała sobie z tego sprawy. Suka.
Zawiązując krawat, miał ochotę zacisnąć go wokół jej szyi, by choć przez chwilę poczuła jak bardzo jest zawiedziony tym, że kazała mu czekać. 
Niczym naiwnemu, romantycznemu idiocie spragnionemu jakiegokolwiek, nawet najmniejszego, kontaktu. Młodzikowi z wciąż idealistycznym poglądem miłości, nawet jeśli skierowanym do kogoś, kto pragnie zderzyć takiego chłopaczka z emocjonalną ścianą i połamać cielęcy kręgosłup moralny. 
Chciała pokazać jak bardzo nim gardzi, że aż nie szanuje jego czasu oraz starań.
Stąd ten sznur. Dudniący ból jaki pewnie czuła teraz w głowie. Suchość w ustach. Strach przewiercający czaszkę niczym rozgrzane, cieniutkie wiertło.
Skoro chciała być traktowana jak bydło, które naznacza się, by wiedziało do kogo należy - kim był by jej odmawiać?
To nie były Walentynki, one były wczoraj i tego była w stu procentach pewna. Tak jak tego, że kładła się spać we własnym, bezpiecznym łóżku. A teraz obudziła się tutaj – przywiązana do krzesła, ze stołem zastawionym jak na powitanie pierwszej damy, a wszystkie okna zasłonięte były różową tkaniną. W dodatku z jakiegoś rogu dobiegały dźwięki tej romantycznej piosenki z lat czterdziestych…
Przygryzła lekko kilka razy koniec języka. Wystarczyło tylko teraz poczekać, aż napływająca ślina wybawi ją od tej przerażającej, drażniącej suchości w gardle.
Co ten ostatni idiota znowu wymyślił? I co go do tego natchnęło? Przeczytał w poradniku dla facebookowych mamusiek, że w tym roku romantyczne jest wiązanie się do mebli i robienie sentymentalnych kolacji?
W zasadzie nie zdziwiłaby się, zważywszy na fakt, że większość facebookowych mamusiek wzdychała teraz do jakże szarmanckiego gościa, który zabierał dziewczynie majtki tuż przed spotkaniem z rodzicami.
To miałoby sens, gdyby tak bardzo nie było w jego stylu. Czerwony pokój zabaw, co?
— Harley, to nie jest śmieszne! – krzyknęła, gdy poczuła, że gardło przestaje ją piec – Chodź tu i rozwiąż mnie! To nie jest pieprzone pięćdziesiąt twarzy Greya, a ja nie jestem Anastazją! Chcę się wyspać, idę jutro do pracy! Harley!
Zastygł, gdy zakładał ciemną, taliowaną marynarkę.
Miał ochotę się roześmiać, tak głośno i szczerze, ale wiedział, że zepsuje to wtedy całą niespodziankę. Felice pozna go od razu, w końcu pewnie nie raz jego szept budził ją z mocnego snu i przenosił koszmary do realistycznego świata, gdzie każdy cień i ruch złapany kącikiem oka stawał się widmem niebezpieczeństwa.
Teraz, kiedy w końcu miał ją w garści, wypełniała go o wiele większa satysfakcja niż podczas prymitywnej wymiany myśli, że duchem cały czas jest przy niej. 
I miał nadzieję, choćby przez wzgląd na dawne czasy, że ona również potraktuje to spotkanie poważnie, bo...
Rozejrzał się po pomieszczeniu, a jego wzrok padł na narzędzia jakie zgromadził tu przez te kilka dni. Fascynował go widok różnej grubości sznurów, naostrzonych pił do kości, biczy ukręconych z łańcuchów, wzierników, pomp żołądkowych, delikatnych noży do rozdzielania skóry od mięsa czy pojemników do rozgrzewania olei i przechowywania żrących substancji. Tak wielka kolekcja, a tylko jedna osoba do jej wykorzystania.
… nie chciałby wykorzystać ich przeciwko Felice, ale wszystko zależeć będzie tylko i wyłącznie od niej. Wziął ze sobą jednak długi klasyczny sprężynowiec w stylu italian stiletto, który wykonano na specjalne zamówienie. Prezent od brata na wspomnienie ich pierwszego pojednania się w tym mieście. Smukłe, eleganckie, pieczołowicie naostrzone narzędzie o którym marzył każdy, kto choć raz w swoim życiu naoglądał się staromodnych filmów o gangsterach. Cash wolał coś tak pozornie filigranowego na rozgrzewkę niż bawić się i psuć napięcie toporniejszym ostrzem - daleko mu było do pierwotnego zezwierzęcenia czy chaotycznej postawy Falka. Schował nóż do wewnętrznej kieszeni marynarki i raz jeszcze przejrzał się w zmętniałym lustrze.
Od dawna się tak nie stroił, ale! Sytuacja również nie należała do zwyczajowych.
Westchnęła z poirytowaniem. Teraz nawet ta romantyczna ballada zaczęła ją drażnić. Mogłaby przysiąc, że gdy tylko się uwolni, zamorduje go własnymi rękami. W sądzie powie, że to było zabójstwo w afekcie.
Cisza. Nikt jej nie odpowiedział. Westchnęła jeszcze raz i spróbowała się wyszarpnąć. Więzy jednak były tak ciasno splecione, że nie dałaby rady. Musiałaby się pokaleczyć i zedrzeć skórę do krwi, zanim udałoby się cokolwiek osiągnąć. Teraz nie była już zła i zdziwiona, teraz była już wkurwiona.
Spojrzała jeszcze raz na stół pełen słodkości. Co mu strzeliło do głowy? Byli przecież wczoraj na kolacji. Jest tysiąc innych sposobów, żeby zrobić jej niespodziankę. Dlaczego musiał wybrać najgorszy i taki, który jej się w ogóle nie podobał? Doskonale wiedział, że jej się nie spodoba, zawsze, odkąd mu tylko powiedziała, co przeszła, był w tym temacie ostrożny i nie naruszał jej poczucia bezpieczeństwa. Co mu teraz odwaliło?
Jej wzrok padł na coś, co wcześniej przeoczyła. To były chyba… ramki ze zdjęciami. Przykryte czerwoną chustką. Poprawiła się na krześle i przyjrzała uważniej. Minęła chwila, zanim dostrzegła, co na nich się znajduje.
Włosy zjeżyły się jej na karku.
Ona. W sytuacjach, których się nie spodziewała. Jedno z nich przedstawiało ją w koszuli nocnej, zanim zdążyła zaciągnąć żaluzje.
To nie może być…
Jej serce zaczęło bić mocniej. Jej oddech przyspieszył, a ona powoli osunęła się na oparcie krzesła, jakby było ostatnią deską ratunku. Teraz wręcz chciała, aby to wszystko okazało się tylko głupim pomysłem Harleya. Nie tym, na co zaczęło to wyglądać.
Teraz nie czuła się jak Anastasia Steele. Teraz czuła się jak Maxine Caulfield w ciemni, oczekująca na przybycie swojego oprawcy.
To nie mogło być to. Wszystko, byle nie to…
— Harley, skarbie…? – szepnęła rozpaczliwie, choć wiedziała już, że nie usłyszy upragnionego głosu męża.
Czyżby głos ugrzązł jej w gardle? Rzewny szept szybko zamienił w irytującą ciszę, ale czego się spodziewał? Że niewdzięcznica przywita go z otwartymi ramionami?
I ponownie Harley. Felice była w tym żądaniu całkiem rozkoszna… Ale też zaczynała brzmieć wyjątkowo upierdliwie. Jakby tak wrosła w ten iluzoryczny, oszukańczy związek, że nie wyobrażała sobie, by poświęcić choć kilka chwil komuś innemu - równie mocno z nią związanemu. Czy określić jej lament mianem żałosności czy zbyt wielkiej fiksacji?
Cash otworzył drzwi do pomieszczenia w którym zostawił swoją słodką blondyneczkę. Zastałe od wilgoci i braku naoliwienia skrzypnęły wyjątkowo głośno, wbijając się nieprzyjemnym dźwiękiem do uszu. Przykre wrażenie jednak zatarło się po chwili, bo kto nie ucieszyłby się widząc tak doskonale przygotowane miejsce? Nawet wszechobecny aromat stęchlizny i pyłu gdzieś zaniknął w eterycznej mgiełce kwiatów oraz słodkości. Choć Cash niezbyt przepadał za różem i całą tą romantyczną otoczką, podejrzewał, że kobietom może ona przypaść do gustu.
W końcu są niesamowicie uczuciowe i łatwo je wzruszyć.
Uśmiechnął się kącikiem ust do Felice, widząc, jak mocno próbuje nie pokazać po sobie żadnych emocji. Kto jednak tak kurczowo próbował trzymać się nadziei, te kilka chwil temu, że to wszystko to tylko igraszka, psota uknuta przez osobę z którą poprzedniego dnia zasypiała?
— Niespodzianka - mruknął rozbawiony, poprawiając mankiety koszuli i skórzane rękawiczki, kierując swoje kroki do uroczej policjantki. Sunął palcem po starannie wyprasowanym obrusie, zahaczając od niechcenia o rozrzucone tu i ówdzie aksamitne płatki róż. Odsunął się jednak i obrócił wokół siebie, jakby chciał pochwalić ogromem pracy włożonej w ich cudowną rocznicę - Co o tym sądzisz?
Felice czuła, jak bicie jej serca gwałtownie przyspiesza, a wargi drgają. Czuła, jak palce mimowolnie zaciskają się na krawędziach drewnianych podłokietników, jakby szukając oparcia, czegoś, co da jej złudne chociażby poczucie bezpieczeństwa.
Nie. To nie mógł być on. Po tylu latach ucieczki, krycia się w kącie, po tylu latach stawania na nogi, po tylu latach przezwyciężania własnych strachów… on złapał ją w pułapkę, jak zwykłą, pospolitą, szarą mysz. A nawet łatwiej! Jakim cudem… Jakim cholernym cudem…?
Milczała. Bała się choćby przełknąć ślinę. Było wcześnie rano, może wciąż jeszcze trwała noc, a ona już nie potrzebowała nawet kawy – jej mózg wskoczył na najwyższe obroty.
Musi się stąd wydostać. Musi. Musi uciec od tego chorego człowieka. Musi… Dobry Boże…
Nie spuszczał z niej spojrzenia, chcąc wedrzeć się do środka jej umysłu i zgnić razem z ostatnim pozytywnym wspomnieniem dotyczącym pracy, Harleya, ich wspólnego życia, którym Cash gardził. By pozostał tylko on.
Tylko oni.
Felice i Cash. Senta i Marius. 
Czy tak wyglądałaby ich zmysłowa noc poślubna, gdyby wtedy nie postanowiła zagrać według swoich głupiutkich zasad, zdradzając przy okazji osobę z którą mogła czuć się naprawdę dobrze? Zareagowała impulsywnie i zastanawiał się w więzieniu czy mógłby jej wybaczyć.
Absolutnie nie, ale z całą pewnością mógł poprzez ukaranie dać jej nauczkę. Ludzie się nie zmieniają, ale potrafią nauczyć posłuszeństwa i lojalności.
Westchnął i skrócił dzielącą ich odległość. Nareszcie mógł być tak blisko niej bez obawy o to, że ktoś im przerwie, będzie patrzył mu na ręce albo laleczka po prostu znowu urwie się z pajęczych sznurków. Wyglądała tak pięknie…
Stanął za nią i przesunął dłonią po policzku z leniwą satysfakcją. Dłonie Felice zacisnęły się mocniej na oparciach krzesła. Palce Casha powędrowały na jej skronie, by po chwili mógł zacisnąć je mocno, całując puszyste pukle pachnące wiosną. Przyswajał te wszystkie bodźce niczym gąbka i pławił się w nich jak narkoman po bardzo długim odwyku, który pozostawia tylko samotność oraz ból. Tęsknił za tymi drobnymi gestami, dotykiem jedwabistej skóry, ciepłem jakie emanowało z jej młodego i ślicznego ciała, kiedy tylko przesunęło się po nim opuszkami. Felice zacisnęła zęby, powstrzymując się od głuchego syknięcia.
Mruknął, niejako wybudzając się z momentu odurzenia, który zdecydowanie wypełnił go czymś więcej niż tylko poczuciem rozgrzania. Musiał się opanować, bo pochłanianie tego wszystkiego za jednym zamachem odebrałoby mu prawdziwą przyjemność jaka powstaje podczas wyrafinowanego odgryzania każdego jednego kawałeczka i smakowania go z należytym szacunkiem. Zsunął dłonie niżej na jej klatkę, by skrzyżować je na łabędzich piersiach i przytulić policzek do boku jej głowy.
— Nawet nie wiesz jak się cieszę, że jesteś tu ze mną - wyszeptał, patrząc przed siebie na nieruszony kieliszek z winem. Skrzywił się odrobinę, ale bardziej w rozczulającej manierze - Nie spróbowałaś wina?
Wyprostowawszy się, zaśmiał gardłowo i spojrzał na skrępowane ręce Felice. Jakże głupio z jego strony nawet zadawać takie pytanie:
— Rzeczywiście. Nie możesz. Zapomniałem o tym sznurze, wybacz.
Przerażenie i wściekłość. Zawsze uważała, że połączenie tych dwóch emocji daje najbardziej zdumiewające, najbardziej efektywne i najbardziej zatrważające skutki. Widziała już tyle śladów po nich, że nigdy nie mogłaby zwątpić w potęgę tej mieszanki. Gdyby je tylko uwolnić… Gdyby tylko mogła… Gdyby tylko nie musiała stąpać po cienkim lodzie…
Gdyby tylko nie rozumiała, że ma zbyt wiele do stracenia, aby nie zagrać w jego grę.
Przez moment wpatrywała się w lampkę wina. Tylko szybkie unoszenie się klatki piersiowej zdradzało, jak ciężko było jej panować nad sobą. Nad strachem. Nad zdenerwowaniem. Nad wściekłością, która kazała jej natychmiast wyszarpnąć się z więzów.
Była bezbronna. Jakkolwiek się tutaj znalazła, nie miała przy sobie żadnego rodzaju broni. Uwolnienie choćby jednej ręki mogło potrwać bardzo długo. Sięgnięcie po nóż… Cholera, nie było tutaj noży. Dalej dostrzegła jedynie widelczyk do ciasta.
Gdyby tylko każdy ruch nie zajmował tak niewyobrażalnej ilości czasu, aby go wykonać, kiedy on był tak blisko…
Przygryzła nerwowo dolną wargę. Musiała się opanować. Potrzebowała tego. Musiała myśleć rozsądnie. Musiała myśleć spokojnie.
W końcu to była… randka. Prawda?
Wargi Felice drgnęły w mało wyraźnym, nerwowym uśmiechu, kiedy przekręcała w jego stronę głowę.
— Martwię się o twoją samoocenę, Cash – odezwała się cicho. Gdy zniżała głos niemal do romantycznego szeptu, zdecydowanie łatwiej było jej nad nim zapanować. – Zapraszasz kobietę na kolację, a potem porywasz ją i przywiązujesz do krzesła, żeby ci nie uciekła? Aż tak wątpisz w swoje uwodzicielskie umiejętności?
Zaśmiał się ciepło, klepiąc delikatnie kobietę po policzku. Miała naprawdę toksyczny język, którym próbowała ratować się z wielu niekorzystnych dla niej sytuacji. Już raz poczuł to na własnej skórze i wciąż pozostały mu po tamtym wydarzeniu blizny.
Pytanie tylko, kto teraz znajduje się w bardziej komfortowej pozycji?
Ściągając jednym płynnym ruchem czerwoną chustkę, ustawił ramki tak, by Felice mogła dokładnie przyjrzeć się wszystkiemu, co tak dobrowolnie mu dostarczyła, zapominając czasem, aby obrócić się za siebie czy po prostu zasłonić okno. Jak mógł nie wykorzystać sytuacji, gdy ta ewidentnie stała mu przed oczyma?
Tylko głupiec by tego nie zrobił.
— To nie zwątpienie, Felice. To zwykła reakcja na twoją niewdzięczność i dotychczasowy brak… powiedzmy, że chęci do współpracy - chwycił w dłonie leżącą dalej paterę, unosząc przykrycie i odsłaniając wyraźnie surowy kawał mięsiwa. Pachniało metaliczną krwią jak każdy mniej obgotowany stek, a przezroczysta błonka i jasny, żółtawy tłuszcz rozmiękły się na boki. Przy wyjątkowo nieprzyjemnym, dla niewtajemniczonych, chluście zaczął kroić mięso, by odłożyć je na zdobiony talerzyk.
— To jednak miłe móc wydobyć z ciebie coś więcej niż zwyczajową pogardę dla innych poza twoim… mężem - skwitował krótko, podsuwając danie na krawędź stolika, by mogła ocenić jakość mięsa. Obok postawił kieliszek czerwonego Beringera, jakby rzeczywiście przygotował dla nich wykwintną randkę - Moich zaproszeń się nie ignoruje, zwłaszcza kiedy się staram.
Felice przez moment wpatrywała się w surowe mięso, które jej przysunął. Jej myśli zaczęły wędrować znów do tamtego dnia, do tamtego pokoju – gdy patrzyła, jak zdzierają z tej pięknej, młodej kobiety suknie, jak kładą ją na blacie, a potem ćwiartują i porcjują jak świnię – kawałek po kawałku, z wyszukaniem godnym znawcy. Tak, jak on robił to przed chwilą. Tylko ona mogła wiedzieć, jak bardzo jej mięśnie spięły się, gdy patrzyła, jak nóż zatapiał się w surowym mięsie, jak gładko przecinał kolejne włókna, jak szybko przygotowywał jeden swój kawałek do przyrządzenia i idealnego podania. Gdyby robił to ktoś inny, choćby nawet kucharz w restauracji, do głowy by jej nie przyszło to, że kawał przekrojonego mięsa mógłby należeć do… człowieka.
Przygryzła dolną wargę mocniej. On tego właśnie chciał. Tym właśnie chciał ją zaszczuć i złamać. Znał doskonale jej słabe punkty i wiedział, w którą stronę powinien uderzyć.
Nie dam ci tej satysfakcji, skurwielu. Możesz mnie tutaj kroić żywcem, a ja i tak będę pewnie patrzyła ci w oczy. Czas, w którym mogłeś mnie złamać, już dawno przeminął.
Oderwała wzrok od kawałka mięsa i znów spojrzała na twarz Casha. Posłała mu przyjemny, przepraszający uśmiech.
— Masz rację. Brak odpowiedzi z mojej strony był okropnym nietaktem, to prawda. Nigdy bym nie przypuszczała, że zrani cię aż tak bardzo. Ale… nie dałeś mi nawet szansy na usprawiedliwienie się, Cash. Nie zostawiłeś nawet numeru, pod który mogłabym zadzwonić. Jest cienka granica pomiędzy zapraszaniem a wymuszaniem przyjścia. W pierwszym przypadku powinnam chociaż mieć możliwość przełożenia spotkania. – Westchnęła cicho i zamknęła na moment oczy. Gdyby tylko trzymanie nerwów na wodzy i stąpanie po cienkiej linie nie były tak trudne… - Jestem zapracowaną kobietą, Cash, a świat nie zatrzyma się z okazji walentynek, chociaż, uwierz, chciałabym, aby było inaczej. Ale… - nachyliła się do przodu na tyle, na ile pozwalał jej i stół, i krępujący ją sznur. - Ty o tym wiesz, prawda? Nie muszę ci tłumaczyć, jak wiele mam pracy, bo sam mi czasem ją dorzucałeś, prawda? – Jej wargi rozciągnęły się w szerszym, niemal filuternym uśmiechu. – Nie bój się przyznać. Rozmowa nie jest nagrywana. Nie przeze mnie i nie przez policję, i prawdopodobnie sam o to zadbałeś. Tak jak o dokładne zacieranie śladów za sobą, mam rację? Jestem pod wrażeniem twojej przebiegłości. Mało kto potrafi tak skutecznie wykiwać policję i nadal nie rzucić na siebie nawet cienia podejrzenia. To… naprawdę wyjątkowe. Przez cały ten czas dawałeś mi sygnały, że o mnie pamiętasz i nie chciałeś, abym ja zapomniała o tobie, na tyle subtelne, że nikt inny nie mógł zrozumieć ich przekazu. Powinnam nagrodzić cię za to brawami, należą ci się.
Cash skłonił lekko głowę, jakby w podzięce za jej słowa. Usiadł wygodnie tuż obok Felice, by przekroić starannie wyczyszczonymi sztućcami kawałek mięsa leżący tuż przed nim.
— Ależ, świat zatrzymał się na ten jeden dzień i sama dobrze o tym wiesz. A adres klubu znasz, nie masz daleko - stwierdził, ale bez wyrzutu. Po prostu dając znać swojej byłej narzeczonej, że pewne zdarzenia z jej życia mu po prostu nie uciekają i wie o nich zdecydowanie zbyt dużo.
A na pewno więcej niż sobie by tego życzyła. To urocze, jak czasem ludzie sprawiają, że ich pierwotny zmysł ostrożności zanika, bo czują się pewnie w stadzie jakie stanowi w dzisiejszych czasach społeczeństwo, zwłaszcza w tak gęsto zaludnionych miejscach jak miasta. Nie oglądają się za siebie, nie domykają okien na zasuwki, zapominają, by przekręcić kluczyk w zamku… Ileż to makabrycznych historii nosi w sobie świat, bo taka czy inna rodzina na przedmieściach pozostawiła otwarte drzwi do ogrodu? 
Skroił skrawek steku, by po chwili w zastanowieniu unieść widelec wyżej i delikatnie przechylić go w kierunku Senty. Uśmiechnął się wyjątkowo uprzejmie, z podobną manierą z jaką ona mówiła, ale nie nakarmił jej. Pozwolił, by oleiście lepkie kropelki skapnęły na obrus. 
To bez znaczenia, kąsek i tak chwilę później zniknął w jego żołądku. Smakował wyśmienicie, ale też odrobinę gumowato. Wybrał bardzo dobry kawałek - z uda, gdzie znajduje się najwięcej dobra nad którym można pracować. Senta, jak i wielu jej podobnych dyletantów, mogła nie zdawać sobie sprawy, jak ciężko było oporządzić ludzkie ciało tak, by mięso nadawało się do czegoś więcej niż tylko jako zagryzka do zupy jak w przypadku fragmentów ciasno zwiniętych przy klatce piersiowej i kręgosłupie. Liczy się każdy, najmniejszy nawet szczegół nad którym przykładowa, konwencjonalna pani domu zwyczajnie nie myśli: sposób nacinania dostosowany do odpowiedniego podania mięsa czy masa mięśniowa i odżywianie się ochotnika przed samą obróbką.
Felice zacisnęła zęby. Przez lata widziała przecież tysiące ludzi zajadających się mięsem. Przecież nawet gotowała je w domu, dla Harleya. Przecież niegdyś sama je jadła. A mimo to teraz żołądek ściskał jej się, gdy ona walczyła z nawracającymi wspomnieniami. Ale nie odwróciła wzroku od jedzącego Casha. Próbowała uwierzyć sama sobie, że to mięso wcale nie musi pochodzić od człowieka.
Cash zaśmiał się pod nosem, gdy wspomniał słowa Felice. Rozmowa nie jest nagrywana, huh?
Gdy przełknął porcję, podrapał się wierzchem dłoni pod brodą jakby zastanawiał się nad tym, co jeszcze opowiedzieć tej małej księżniczce. Jak w gruncie rzeczy przez to, że jest tak zajadła w swoich śledztwach on również musiał udoskonalić taktykę i sposób rozrywki? Nic nie odbywa się bez przyczyny, a ich łączyła bardzo wyjątkowa więź, która nie pozwalała popełniać tak partackich błędów jakie zdarzają się nowicjuszom.
— Nie umniejszaj swoich zasług. Znam twój strach i to on doprowadził nas do tych wszystkich sytuacji, gdzie ty próbowałaś przekuć go w działanie, a ja głowiłem się, by nie wpaść w twoje sidła - swobodnie pokręcił widelcem w powietrzu, nie spuszczając wzroku z Felice. Taka prawda, to nie te czasy, gdy bez zmartwień zabijało się losowo wybraną kobietę, zjadało i zakopywało w lesie resztki, by nikt więcej ich nie odnalazł. Knowles starał się nie działać pochopnie i bezmyślnie. Wolał też w inny sposób uświadomić Felice, że wciąż ją obserwuje - W gruncie rzeczy… W jakiś sposób czuję się spełniony. Gdzie byłabyś dzisiaj, gdyby nie ja? Twoja mała rólka policjantki jest o wiele bardziej intrygująca niż zwykłej gąseczki z młyna. Przynajmniej przyznaj sama, że się nie nudzimy swoim towarzystwem.
W głowie Felice wciąż dźwięczały słowa o strachu i małej rólce, którą grała. Nie bała się, a rola, którą sobie obrała, nie była mała. Nie bała się go – była wściekła, że znów powrócił do jej życia, a czasem tylko zapominała, jak wiele osiągnęła przez jedenaście lat życia jako policjantka. Czasem tylko zapominała, że nie może jej nic zrobić właśnie przez to, kim jest. A gdyby się ośmielił – pozostali koledzy nie poprzestaliby, aż nie wykopaliby go nawet z czeluści piekieł, aby wymierzyć sprawiedliwość.
Tylko… gdyby tak było i gdyby faktycznie była dla niego niedotykalna, poza zasięgiem… to dlaczego tutaj siedziała?
Westchnęła cicho i opuściła głowę, zamknąwszy oczy. Wykłócanie się o własną rację mogło być najgorszym rozwiązaniem, jakie mogła rozważyć. Nie tak powinna postąpić. Nie powinna mówić tego, co jej ślina na język przyniesie. Wciąż ma zbyt wiele do stracenia. Nie tak negocjuje się z terrorystami.
Cash spokojnie jadł dalej, po chwili dodając, gdy wytarł usta serwetką i przepłukał gardło winem:
— Szkoda jednak, że są to takie niebezpośrednie spotkania. Nie mam okazji tak naprawdę nacieszyć się twoim towarzystwem, ale dzisiaj jest inaczej.
— Masz rację – powiedziała cicho, znów unosząc wzrok, aby na niego spojrzeć. – Dzisiaj jest inaczej. Wyjątkowo. I mogę się założyć, że zaplanowałeś coś na tak wyjątkowy dzień. Mam rację? – wysiliła się na lekki uśmiech. – Zdradzisz mi tę tajemnicę?
Do Casha doszedł jej, już teraz spokojny, głos. Nie pluła i nie grała twardej jak jeszcze kilka chwil temu, bo być może zdała sobie sprawę w jak beznadziejnej tak naprawdę jest sytuacji. Owszem, zwykła bezwładność nie podniecała go tak bardzo jak chęć walki, ale wolał, kiedy Felice robiła to mniej bezmyślnie jak kilka minut temu - wiedział, że stać ją na dużo więcej. Nie bez powodu za każdym razem, gdy wpadała na jego trop, dreszcz ekstazy przechodził mu po kręgosłupie.
Cóż to za radość dla łowcy polować na nieruchomy cel?
Odwzajemnił jej leciutki, eteryczny niemalże uśmiech. Odłożył nóż i wyciągnął dłoń, by objąć nią policzek kobiety.
— Tym razem masz. - Miękkość jej skóry była wprost zniewalająca, czuł, jak dławi się feerią pociągających myśli. Odsunął rękę - Chciałbym, żebyś zjadła ze mną kolację. Byśmy porozmawiali o dawnych czasach. Powspominali.
I przez to zdali sobie sprawę jak bardzo są od siebie zależni.
Wstał, chwytając chustkę i kładąc ją elegancko złożoną na kolanach Felice. 
Zamarła.
Przysunął jej krzesło bliżej stołu, nucąc pod nosem kolejną piosenkę, której dźwięki łagodziły i upiększały surową atmosferę tego miejsca. Ella Fitzgerald zawsze wprawiała go w dobry nastrój.
Jej oddech na nowo przyspieszył, chociaż chciała, aby było inaczej. Odkąd tylko wspomniał o wspólnym jedzeniu zrozumiała, że nie wygra tej walki pokojowo. Nie będzie w stanie z nim rozmawiać.
To są tortury.
Heaven, I'm in heaven.
Talerz na którym leżał kawałek surowego mięsa był już na wyciągnięcie ręk…
Knowles zaśmiał się do siebie cicho, no tak.
And my heart beats so that I can hardly speak.
Chwycił czyste sztućce w swoje dłonie. Znowu obdarował ją czarującym uśmiechem, jaki rzadko widziano na jego twarzy. Prawdziwy, szczery. Bo Knowles był dzisiaj szczęśliwy - w każdym calu.
And I seem to find the happiness I seek.
Objął ją od tyłu, mrucząc pod nosem. Wyciągnął dłonie, by przekroić śliskie i pływające w krwi danie. Powoli, bez pośpiechu, aby Felice mogła nacieszyć oczy, a Cash się nią zaopiekować, jak dzieckiem, któremu chce pokazać poprawne posługiwanie nożem i widelcem. Gdy drobny kawałek odłączył się od całości, przytulił policzek do jej i kołysał ich lekko w rytm piosenki, unosząc widelec ku pełnym ustom.
When we're out together dancing cheek to cheek.
Zaczęła wiercić się, jakby z niecierpliwością, na krześle. Tylko ona mogła tak naprawdę wiedzieć, że to wiercenie nie było wcale bez powodu – ani nie było też spowodowane bezpośrednio dyskomfortem w postaci mięsa pływającego we krwi.
Przy nóżce krzesła właśnie powoli uwalniała swoją kostkę.
Jednocześnie odwróciła głowę i zagryzła dolną wargę. Robiło jej się niedobrze, gdy tylko patrzyła, jak płat surowego mięsa zbliżał się do jej twarzy. Widziała go wciąż kątem oka, obserwowała jak coś, co mogło ją zranić.
Czy sądziła, że w ten sposób jakoś uchroni się od zamiaru Knowlesa?
Nie. Nie była tak naiwna. Była teraz całkowicie w jego rękach, a on dopnie swego.
Tak mogła tylko odciągać nieuniknione, kupować sobie czas.
Żebyś zgnił w piekle, sukinsynu.
Czuł, jak cała się spięła i zaczęła wiercić na miejscu niczym kwoka na grzędzie. Myślała, że go zdenerwuje, ale czy jako przebaczający “narzeczony” nie mógłby zrzucić tego na karb zwykłej gierki wstępnej? Jej opór podniecająco roznosił się ciepłem.
Oh, Felice… Jak zawsze chcesz robić wszystko po swojemu.
Odsunął się nagle, zaciskając palce wolnej dłoni na jej nosie. Unieruchomił rozkołysaną głowę, przyciskając ją mocno do swojego brzucha. Musiała złapać oddech. Kiedyś. W końcu nie pozwoli sobie na tak niepoważną śmierć jak brak tlenu.
Gdy tylko otworzyła swoje mokre, apetyczne wargi - na krótki ułamek sekundy - wcisnął do środka widelec z mięsem. Skoro wolała, by karmiono ją jak nieposłuszne zwierzę to nie zamierzał odmawiać jej tej przyjemności. I Felice mogła mieć swoje własne fetysze, które pozwalały w pełni czerpać przyjemność ze zwykłego, romantycznego spotkania.
Wtedy chciałby poznać je wszystkie.
— Szzzz… - uspokajał czule, całując w czoło kiedy przyciskał mocno dłoń do jej ust. Aż nie połknęła tego jednego, wyjątkowo smacznego kawałka.
Po jej ciele rozeszły się nieprzyjemne dreszcze. Czuła, jakby po jej przełyku spływała wyjątkowo oślizgła, wyjątkowo obrzydliwa gula, która wywoływała u niej niemal psychiczny ból. Czuła jeszcze w ustach metaliczny posmak krwi.
Boże…
Zaczęła kasłać natychmiast, gdy puścił jej twarz. Rzuciło nią do przodu, jakby w spazmach, jakby zbierało jej się na wymioty. Dobry Boże, tak bardzo w tym momencie chciała, aby się tak stało!
Pochylona nisko, oddychała głęboko. Czuła pod powiekami piekące łzy. Nie ma mowy, żeby dała mu się tak łatwo pokonać. Nie ma mowy, aby pozwoliła mu cieszyć się tą chwilą triumfu, tą przewagą. Bo wiedział doskonale, dotknięcie których miejsc zaboli ją najbardziej.
A on połaskotał właśnie to najczulsze.
Żebyś zdechł.
Uwolnioną stopą odbiła się lekko do tyłu. Pochyliła się jeszcze do przodu i raz jeszcze odepchnęła z impetem do tyłu. Tylko ciche skrzypnięcie przesuwanego drewna mogło zdradzić jej zamiar.
Noga krzesła wbiła się boleśnie w stopę Casha. 
Na pewno boleśnie. Felice włożyła całą pozostałą siłę w to pchnięcie.
Krzyknął, gdy impuls bólu przeszył jego stopę. Mała zdzira.
Podniósł lekko krzesło z wciąż wierzgającą Felice. W ułamku sekundy, gdy uwolnił się od jej małej “pułapki”, pchnął gwałtownie oparcie do tyłu. Huk mocno odbił się od ścian, zagłuszając na chwilę nawet hipnotyzującą muzykę i sprawiając, że na moment zamroczyło wciąż przywiązaną kobietę.
Kopnął leniwie krzesło obracając je na bok wraz z niegrzeczną policjantką. Zacisnął mocno zęby, aż ból nie ustąpił. Ha, nie trzymała się swojego kojca. Ukucnął, odsuwając włosy z twarzy Felice:
— Gryziesz. Dobrze… - zacisnął palce na kosmykach, ostro zadzierając jej głowę do góry. Zaśmiał się gardłowo, szydząc niejako z jej prób. Jakie one były cudowne, chciała umilić ten wieczór jak lubił, wykorzystując to, co mogła. Zbyt dobrze go znała, mała słodka Senta.
Nie był nigdy wielkim masochistą, także posiadał granicę bólu. I tylko ona potrafiła pomóc mu w jej przekroczeniu, te wiele lat temu. Jako jedyna niemalże go nie złamała, choć bezpośrednio nie uczestniczyła w “oczyszczaniu” jego duszy. Nie da się przyzwyczaić i przygotować na tortury, ale…
Chyba i ona dobrze o tym wiedziała. A przynajmniej zaczynała pomaleńku zdawać sobie sprawę z pewnego przeczucia wspinającego się po jej karku niczym oślizgły pająk o długich odnóżach.
— Nic się nie zmieniłaś - pochylił się, by pocałować jej chętne, dygoczące wargi. I włożył w to bardzo dużo uczucia, choć suka mogła tego nie docenić.
W końcu podejrzewał, że ten wieczór był dla niej tylko igraszką - gdy ta myśl przeszła mu przez głowę, jeszcze mocniej wplótł palce w jasne, aksamitne kosmyki.
Choć może jego słowa nie do końca jeszcze dotarły do jej oszołomionego upadkiem i hukiem umysłu – z całą pewnością to, co nastąpiło potem, nadrobiło wszelkie straty.
Z jej ust nie zdążył wydobyć się żaden dźwięk protestu, gdy łączył ich wargi w pocałunku tak przepełnionym namiętnością. Szarpnęła jeszcze raz drugą nogą. Ale to, co się teraz działo, przytłaczało ją za bardzo.
Nie mogła pozwolić, aby tak bezczelnie bezcześcił jej ciało – bezczelnie zabierał jej to, co nigdy nie należało i nigdy nie miało należeć do niego.
Wystarczyło poczekać na odpowiedni moment.
A jej zęby zakleszczyły się na jego wardze. W ustach znów poczuła smak krwi. Jednak ten był o wiele przyjemniejszy niż ten wrzucony do jej gardła siłą wraz z kawałkiem surowego mięsa.
Zacisnęła kły tak mocno jakby chciała wyrwać mu kawałek skóry jako suwenir własnej zaciekłej walki. Pokazać, że łatwo mu się nie oddała i mimo wszystko mogła być z czegoś dumna. Również poczuł ostry posmak, ale oderwał się od Felice i uderzył ją płasko, choć niezbyt mocno.
Nie chciał jej krzywdzić.
Jeszcze.
Trzymał dłoń przy jej czole, odgarniając włosy lecące do oczu. Przykra cynobrowa plama barwiła policzek, mocno kontrastując z jasnymi kosmykami. Pasował jej ten kolor, pytanie czy większa jego ilość nie przytłoczyłaby tak pięknej sylwetki?
Nie wydaje mu się.
— I czemu mnie do tego zmuszasz, Felice? - mruknął, powoli podnosząc się na równe nogi i wycierając palcem krwawiącą wargę. Mocno go dziabnęła, ale taki już miała charakter.
Agresywny.
Waleczny.
Nieznośny.
— Najwidoczniej bardzo chcesz poczuć to samo, co ja kilka lat temu. Podziwiam empatię i dziękuję, że chcesz mi dać taką szansę.
Policzek piekł ją lekko od uderzenia, ale to nie znaczyło, że się miała tym przejąć. Wręcz przeciwnie. Odkąd się tylko tutaj ocknęła, wiedziała, że będzie bolało.
Ale to nie szkodzi. Przeżywała znacznie gorsze koszmary.
Jak ten za wielką kadzią.
Docierały do niej jego słowa, ale naiwnym byłoby, gdyby się ich wystraszyła. Wiedziała bardzo dobrze, o co mu chodziło – i wiedziała nawet, że będzie zdolny do zadania jej gorszego bólu. Wszystko, żeby napawać się jej strachem i cierpieniem.
To tak przewidywalne. Tak… żałosne.
Powoli wykręcała drugą kostkę z ciasnego sznura. Nagłe szarpanie się mogłoby tylko pokaleczyć jej skórę, uniemożliwić ucieczkę. Nie mogła działać nierozsądnie. Nie teraz, kiedy szansa na zagranie na litość już minęła.
Jej wargi, po których płynęła strużka jego krwi, wykrzywiły się w lekkim, pogardliwym uśmiechu, a z gardła wydarł się cichy, gorzki śmiech.
— Nie mogę w to wszystko uwierzyć, Cash. Od kiedy stałeś się taki porywczy?
Wszystkie sprawy, które badała, wszystkie te sprawy, które mogły być powiązane z nim – a czasem była pewna, że są powiązane właśnie z nim – wszystkie te sprawy mogły doprowadzić go do więzienia. Mogła go złapać. Gdyby zostawił dowody.
Ale nigdy ich nie było. Żadnych odcisków palców, żadnych odcisków butów, żadnych innych śladów. Policjanci zawsze uważali, że mają do czynienia z inteligentnym przestępcą, który jest w stanie panować nad swoimi emocjami, jest świadomy swoich czynów – i może czekać z doznaniem spełnienia, aż znajdzie się w bezpiecznym miejscu.
Oto ich inteligentny przestępca. Przez drażniącą bezsilność rzucający krzesłem z przywiązaną do niego kobietą. Odgrażający się piąstkami jak mały berbeć w dziecięcym wózeczku. Oto ten intrygujący, przebiegły przeciwnik.
— Myślisz, że jesteś twardy. Myślisz, że doskonale panujesz nad sytuacją. Że mnie złowiłeś i możesz teraz delektować się upolowaną zdobyczą. – Jej śmiech stał się zdecydowanie głośniejszy. – Ale spójrz na siebie. Nie jesteś niczym więcej jak złym, wkurwionym, zdesperowanym chłopcem, którego odrzuciła dziewczyna. Drażni cię, że wolała kogoś innego zamiast ciebie. Drażni cię, że nie zaakceptowała tego, jakim jesteś. A mogło być tak pięknie, prawda?
Wysunęła w końcu i drugą stopę. Teraz pozostały jej ręce. Zajęła się wpierw tą, która znajdowała się bliżej podłogi.
Musiała skupić teraz jego uwagę na swojej twarzy. Dlatego zadarła głowę i spojrzała mu prosto w oczy.
— Badałam dziesiątki przypadków takich, jak ty. Nikt mnie nie mógł zatrzymać, bo doskonale rozumiałam naturę przestępcy. Łowca, który upatrzył sobie najdoskonalszą ze zwierzyn, która jednak… wciąż pozostawała mu niedostępna. Zbyt silna. Może raz mu się już wymknęła, a on odebrał to aż zbyt osobiście. Bo jak to, zwykła, cholerna łania umykająca tak wprawnemu myśliwemu? Więc naznacza ją. Ściga, poluje, prześladuje. Powoli wdziera się do jej umysłu, zostawiając za sobą bardzo subtelne znaki. Że on tu wciąż jest. On ciągle obserwuje. I czeka. Ale czekanie może w końcu znużyć, prawda? Nie ma nic interesującego w czekaniu. Znacznie bardziej pociągające jest patrzenie, jak ofiara wije się z bólu, wciska w kryjówki w panice i stara się uciec. To jest dopiero podniecające. Łamanie jej siły, jej oporu… daje ci świadomość tak ogromnej władzy… Gdy już wedrzesz się do jej świadomości, możesz działać śmielej. Zaszczuwać. Zaśmiecać jej umysł do tego stopnia, aż straci gardę. I aż znajdzie się w zasięgu twojej ręki. A wtedy ty pociągniesz za spust, napawając się swoim ostatecznym zwycięstwem. To jest tak bardzo podniecające, prawda? Przez cały ten czas musiały wystarczyć ci jedynie bzdurne wyobrażenia o tym, jak skręcasz kark niepokornej zwierzynie. Jak rozpruwasz jej brzuch i jak spływa na ciebie satysfakcja, że wreszcie dopadłeś tą inną, tą najbardziej niepokorną. Tą silniejszą. – Jej uśmiech znacząco się poszerzył. Dłoń już prawie wyszła ze skrępowań sznura… - Myślisz, że jesteś wyjątkowy? Nie. Widziałam już wielu takich jak ty. Wszyscy sądzicie, że jesteście przebiegli, inteligentni i dacie radę omamić policję. A potem nagle tracicie kontrolę, gdy ofiara znajduje się w zasięgu ręki. Sądzicie, że jesteście silni. Ale tak nie jest. Jesteś słaby, Cash. Wciąż, w głębi twojej świadomości, świta myśl, że twoje największe trofeum raz cię już ugryzło. Wciąż masz świadomość, że jestem zbyt silna, zbyt niedostępna. Dlatego porwałeś mnie i przywiązałeś do krzesła. Na wszelki wypadek. I nawet mi trochę ciebie żal. Dlatego zdradzę ci pewną tajemnicę. Koniec końców i tak skończysz tak, jak wszyscy. Albo w pierdlu. Albo w psychiatryku. Albo w grobie. Tam, gdzie od początku było twoje miejsce. Wybierz rozważnie, gdzie wolisz się znaleźć.
Cash słuchał Felice patrząc na nią bez żadnych emocji. Mówiła i mówiła.
I mówiła.
I nadal... 
… MÓWIŁA.
Wyjątkowo długo, próbując podbudować już mocno nadszarpnięte morale dla własnej korzyści - chcąc albo ostatecznie zerwać wszystkie kajdany jakie trzymają jeszcze świadomość Knowlesa w cywilizowanym miejscu albo przez furie dodać sobie pierwotnej siły do walki, która rzadko zawodzi w tak ekstremalnych sytuacjach. Kąsała, ale jak każda świadoma swojej przegranej ofiara.
Uśmiechnął się sardonicznie, prawie jakby zażył truciznę z kropidła szafranowego, przesuwając ręką po włosach. Po chwili jednak zwykły grymas przerodził się w kpiący śmiech, gdy docierało do niego pełne znaczenie całej tej pompatycznej reprymendy.
— Wydaje ci się, że tą przemową zagrasz męczennicę, która, rzekomo silniejsza, zdechła, bo nie poddała się swojemu oprawcy? - oparł dłonie na biodrach i zamknąwszy oczy, kiwnął głową ze zrezygnowania  - Jesteś niemożliwie bezmyślna, choć teraz z przyjemnością nazwałbym to inaczej…
Wciągnął cicho powietrze, długo i głęboko jak jogin, chcąc uspokoić chaos, który narastał w jego głowie, zaogniony po tym monologu. Zdawało się to dużo cięższe niż myślał - nie przynosiło spokoju tak dobrze jak zazwyczaj. 
Walczył w środku z samym sobą, bo nienawidził jednak oddawać władzy umysłowej czemuś, co na przykład tak ochoczo wykorzystywał Falk i jemu podobni ludzie. To odbierało krztynę ekstazy, która tak bardzo mu się podobała. Sprawiało, że rzeczywiście nie różnił się od zwykłych podrzynaczy gardeł spotykanych w ciemnych alejkach.
Nie taką stronę własnego charakteru chciał dzisiaj żywić słabością Senty.
— Rozumiesz moje motywy? Doprawdy? Wydaje ci się, że poznałaś mnie na tyle dobrze, by z taką werwą oceniać? - zawiesił głos, gdy mierzyła go stanowczym i odrobinę zbyt krnąbrnym spojrzeniem. Jak ktoś, kto odkrył wszystkie tajemnice świata i wydaje mu się, że potrafi przewidzieć każde, nawet najbardziej losowe zdarzenie.
Jak ktoś, kto roi sobie, że trzyma stery.
Ściągnął marynarkę i sięgnął do wewnętrznej kieszeni, wyciągając nóż. Szczęknięcie dobrze ukrytego zamka uwolniło cienkie, finezyjne ostrze. Nawet pasowało do całej tej landrynkowej otoczki swoim niewymuszonym wdziękiem. Felice zerknęła na nie nerwowo.
— Wielokrotnie myślałem nad tym, by po prostu cię złapać i zabić, to prawda. Zwłaszcza, gdy pierwszy raz ujrzałem cię w tym mieście - w zamyśleniu uniósł brzytwę ku oczom. Oparł się swobodnie o blat obiadowego stołu, by mieć Felice na oku - Z początku czymś dużo większym niż to. Mówią, że zabijanie nożem jest bardzo intymne. Trzymasz go, kiedy wchodzi i wychodzi z ciała z każdym kolejnym ciosem, a kiedy ofiara już umiera… Czujesz jej ostatnie drgnięcia przez ostrze. Jak przez palce przechodzi ci dziwnie duchowy impuls. Zmysłowy, osobisty, prawie jak wtedy, kiedy uprawiasz z kimś seks. Podniecało mnie to początkowo. Było szybkie, agresywne, emocjonalne.
Coś, czego potrzebował po szaleńczej ucieczce do innego świata, byleby tylko nie wrócić do przeklętej sali tortur, gdzie skonałby niechybnie dzień-dwa później. Gniew buzował w jego środku tak dziko, że musiał gdzieś go wywentylować, bo bez wahania skończyłby na oddziale. Nie był do końca beznamiętny, suchy niczym trawa na pustkowiach - i jego dało się złamać, zwłaszcza kiedy nigdy wcześniej nie wylądował w miejscu z tak uzdolnionymi gospodarzami. Żadne dzisiejsze więzienie już nie wywoła w nim takiego spięcia.
Poczuł, jak mimowolnie zaswędziały go blizny.
Obrócił sprężynowiec w dłoniach.
— Później okrzepłem. I zdałem sobie sprawę, że samo złapanie cię by później utopić, zadusić czy zwyczajnie rozszarpać… Nie jest tak stymulujące jak początkowo sądziłem. Dałoby radość, owszem, ale chwilową bo twój smak, zapach i obecność zniknęłaby w kłębowisku wspomnień. I powiem ci szczerze. Jakbyś w końcu mi uległa i bezsilnie pozwoliła się wybebeszyć, też nie czułbym się spełniony. “Ostateczne zwycięstwo”, jak mówisz, wcale nie daje tyle szczęścia przestępcy.
Uśmiechnął się wbijając delikatnie nóż w blat.
— Dlatego wolę cię kaleczyć, nieustannie - zaśmiał się gardłowo - Masz rację… Pociąga mnie patrzenie, jak wijesz się z bólu i wciskasz w kryjówki, ale podnieca mnie to dlatego, że mi na to pozwalasz. Nie jesteś tak silna i niedostępna jak ci się wydaje, Felice. Drobna fotografia, zaproszenie na kolacje, pokazanie, że pamiętam o tobie i zwyczajnie gnuśniejesz. Czasem delikatnie, a czasem intensywniej w czterech ścianach, a razem z tobą twój mąż, który nie wie, jak ci pomóc. I oglądacie się za siebie, zwłaszcza teraz kiedy...
Zadarł podbródek, nie dokańczając myśli:
— Jesteś moją najlepszą zwierzyną, ale tylko dlatego, że żadna inna obca osoba nie podchodziłaby do moich gróźb z tak uroczo subiektywnymi reakcjami. Podniecasz mnie, bo jesteśmy tak blisko siebie i znam twoje fobie. Ekscytujesz mnie dzień w dzień, kiedy rzekomo twardnieje skorupa Felice i muszę znaleźć inny sposób, by wydobyć na zewnątrz maleńką, strachliwą Sentę. Stawiasz mi nowe wyzwania.
Zacisnął mocniej palce na głowni noża:
— Stąd obserwowanie i czekanie nie jest tak nudne jak ci się wydaje. Zwłaszcza, kiedy też kocha się drugą osobą razem z jej wszystkimi wadami.
Felice milczała. Bardzo długo milczała. I nie dlatego, że swoim brakiem odpowiedzi przyznawała mu rację. Ależ skąd. Tylko i wyłącznie dlatego, że jedynie w ciszy mogła w pełni napawać się tym, co właśnie spowodowała.
Wyśmiał ją za monolog, w który sam dał się wciągnąć.
Wyśmiał ją za brak racji, po czym jej ją przyznał.
Kto tutaj się miota, Cash? Kto nie wyszedł z pokoju tortur, który zranił duszę, ciało i umysł raz na zawsze, Marius? Kto nadal drżał na wspomnienia dawnych chwil, dawnych katuszy? Kto bał się uderzyć bezpośrednio, bo wiedział, że wystarczy jeden wystrzał, a zabawa się skończy? Kto tutaj naprawdę jest zwierzyną?
— Nie wiesz nic o miłości – wysyczała w końcu przez zaciśnięte zęby. – Wszystko, co we mnie widziałeś, to stertę mięsa do podzielenia się z twoimi przyjaciółmi. Po to zwabiłeś mnie do domu w samym środku lasu. Nikt by mnie tam nie szukał. Byłam dla ciebie bezwartościowa. Do momentu, w którym zrozumiałeś, że ta sterta mięsa potrafi gryźć. Ale to nadal nie jest miłość.
Teraz musiała uważać. Wystarczył jeden fałszywy ruch, aby zrozumiał, że Felice powoli uwalniała się z więzów. Dlatego starała się wysunąć dłoń z więzów bardzo ostrożnie, bardzo powoli.
A potem… potem wyczekać na odpowiedni moment.
Cash zmrużył powieki, przyglądając się z uwagą tej drobnej policjantce, która od dłuższego czasu próbowała rzucić mu bezużyteczne, nieboskie wyzwanie, wierząc, że w tej grze uda jej się jakimkolwiek sposobem wyjść na prowadzenie.
— Potrafisz gryźć, ale teraz po prostu mnie denerwujesz - mruknął stanowczo. Nawet nie chodziło o jej słowa, które bezsensownie odbijały się od tafli i nie trafiały swoim “morałem” tam, gdzie powinny. Opowiadała ich historię, nawiązywała do niej, ale pusto i bezmyślnie...
Tak naprawdę tym świdrującym tikiem w skroniach odznaczała się jej nienaturalna wprost butność. Odwaga i chęć walki o której wcześniej wspominał naprawdę go podniecały, ale…
Nie patrzyła na niego w taki sposób jaki powinna. Jaki tak naprawdę znał.
Podniósł się i pochylił nad nią:
— Myślałem, że porozmawiamy jak dwójka dorosłych ludzi, ale ty wolisz jeżyć się niczym dziecko i rzucać frazesami, które wydają ci się mądre. Zawiodłaś mnie, Felice, i muszę dać ci nauczkę.
Chciał wydobyć z jej ciała tą ukierunkowaną rozważnie i strategicznie pierwotną furię, której nie potrafił się już od dwóch lat oprzeć. Nie ślepą walkę, co mógł dostrzec przy każdej innej ofierze, które wspólnie z Falkiem zamęczali wieczorami. Chciał od niej czegoś więcej, by go zaskoczyła!
Była… Tak ohydnie pospolita.
Złożył i schował nóż do kieszeni, dając nacieszyć się jej tym krótkim momentem nim nie rozpocznie wymierzania kary:
— Szkoda mi tak pięknego ostrza, zwłaszcza na taką szmatę jak ty. Nie zasłużyłaś.
Wyprostował się i odwróciwszy napięcie - skierował w stronę otwartych drzwi. Dla niej mógł teraz wyciągnąć nawet minimalnie finezyjne narzędzie, służące głównie do odcinania wielkich płatów mięsa lub kończyn.
Bez żadnej wymyślności.
Z własnej woli zagubiła swoją nieprzeciętność.

Wstrzymała oddech jeszcze na chwilę po tym, jak zniknął za drzwiami.
Dobry Boże. Czy to się stało naprawdę? Czy on naprawdę był tak nieostrożny, że zostawił ją i… wyszedł?
Gdy nie usłyszała kroków oznajmujących jego szybki powrót, wykonała delikatne ruchy nadgarstkami i kostkami. Kości strzyknęły kilka razy, ale w ten sposób przywróciła sobie ich sprawność.
I wysunęła się z krzesła.
Rozejrzała się teraz uważniej, szukając drogi ucieczki. Musiała zaplanować ją rozsądnie, skoro rozzłościła go do tej pory, że stracił czujność i zlekceważył swojego przeciwnika. Miała tylko jedną szansę.
Tylko jedną szansę, żeby wrócić do domu. Jedną szansę, aby raz na zawsze zakończyć to piekło. Po tym, co się stało – już nigdy nie udałoby mu się wywinąć z oskarżeń. Nie uniknąłby właściwej kary za czyny. Nie mógłby uniknąć właściwej pokuty, wymierzonej tym razem przez nią.
Jej czujny wzrok przesuwał się powoli po ścianach i oknach. I zrozumiała, dlaczego tak łatwo, bez skrupułów wyszedł.
W tym pomieszczeniu były tylko jedne drzwi.
Cholera.
Ale gdyby zaczekała, przyczaiła się gdzieś… albo go obezwładniła, ogłuszyła – kupiłaby sobie kilka dodatkowych sekund na ucieczkę. Nadal pozostawał problem, że nie znała rozmieszczenia pomieszczeń tego budynku – nie wiedziała, w którą stronę skierować kroki, aby wydostać się na zewnątrz, do cywilizacji, do ludzi. Z daleka od tego koszmaru. Ale musiała spróbować. Nie mogła się poddać.
Miała tylko jedną szansę.
Usłyszała kroki na korytarzu. Rzuciła nerwowe spojrzenie na lekko zabrudzony przez surowe mięso nóż i na metalową tackę nieopodal. Wzięła oba. Nóż wetknęła za pasek od spodni – później będzie się nim martwić.
Teraz musiała stąd uciec – ale jednocześnie nie chciała go zabijać.
Chciała, aby cierpiał. Chciała patrzeć, jak płaci za wszystkie krzywdy, jakie jej wyrządził. Chciała patrzeć, jak zdychał z bólu za to, że zniszczył jej życie. I że zniszczył ją. Chciała patrzeć, jak w jego oczach gaśnie to wkurwiające, udawane opanowanie, a pojawia się strach – i świadomość utraty gruntu pod stopami.
Teraz to on przekona się, jak to jest, widzieć swój koszmar w każdym kącie każdego pomieszczenia.
Wrócił. Podchodził uważnie, jak myśliwy zbliżający się do swojej zwierzyny. Nie mógł jeszcze wiedzieć, że role się odwróciły – i choć to nie było jej terytorium, teraz to ona zaczyna dyktować mu zasady.
Bezszelestnie podążyła za nim. A gdy zbliżył się do krzesła na tyle, aby dostrzec i zrozumieć, że stracił kontrolę – uderzyła go z całej siły tacą w głowę. Następnie mocnym kopniakiem w plecy pchnęła go na ziemię – i wybiegła.
Wyjście. Musi znaleźć wyjście.
— Ty parszywa dziwko! - krzyknął za nią, ale nie mógł jej pochwycić. Nie widział przed sobą nic, łapiąc się za bolącą twarz i nos. Zamroczyło go na dobre kilka chwil, gwałtownie potrząsał głową i ryknął jak zranione zwierzę.
Jej kroki cichły w korytarzu, ale kurwa nie ucieknie daleko.
Cash zachwiał się i po omacku sunął dłonią po ziemi, ale nie czuł nigdzie większej brzytwy, którą zabrał ze sobą.
A czas uciekał.
— Jesteś jak wszystkie! - warknął, podpierając się i mrugając szybko by zacząć widzieć cokolwiek. Niczym pijany ruszył za nią korytarzem budynku, który znał jak własną kieszeń.
Jest na jego terenie.
I mogła uciekać tylko w jednym kierunku.
Adrenalina jaka kilka sekund później agresywnie wcisnęła się w jego żyły obudziła organizm szybciej niż się spodziewał. Mroczki przed oczyma nie przeszkadzały, wzdychał niczym w ekstazie, a kończyny zdawały się poruszać nad wyraz zwinnie jak na to, że suka przyłożyła mu jak zawodowiec.
Pokaże jej, co to tak naprawdę znaczy się bać.
— Dlatego… Dlatego nie możemy miło spędzić czasu. Próbowałem! - krzyknął w pusty korytarz, ale nie odpowiedziało mu nic poza zniekształconym gniewem echem. Sam nie wiedział czy krzyczał do niej, a może do siebie. Wszystko zlało się w jedno wielkie bagno dźwięków, barw i rozmazanych obrazów - Dlaczego mnie do tego zmuszasz?
Pieprzyć ciebie i twoje próby, Cash.
Musiała się stąd wydostać. Tylko, cholera, którędy?! Jak wielki może być ten dom?!
Słyszała jego ciężkie, nierówne kroki w głębi. Jeszcze nie do końca odzyskał pełni przytomności, wciąż jeszcze mroczyło mu przed oczami. Najwidoczniej jej cios był silniejszy niż przypuszczała. Dobrze mu tak. Oby ten stan utrzymał się jeszcze przez parę minut aż nie znajdzie wyjścia.
Skurwiel. Zgnije w więzieniu, gdy tylko uda jej się stąd wyjść.
Przez moment nie ruszała się, przylegając do ściany. Wokół było pełno pomieszczeń, których jeszcze nie zbadała, a każde kolejne mogło za sobą skrywać wyjście. Gdzie on ją przetrzymywał? Gdzie on ją wywiózł? W Nowym Jorku nie ma takiego typu domów! Na pewno nie ma…
Ruszyła przed siebie powoli, jednocześnie nasłuchując czy nie zbliża się do niej. Był gdzieś dalej.
Otworzyła jedne drzwi. I kolejne.
I następne.
Nigdzie nie było wyjścia. Nigdzie nie dało się nawet otworzyć okna.
Kurwa. Powinna zmienić strategię. Powinna mieć go na oku i obserwować, w którą stronę się skieruje. Dopiero wtedy mogłaby go ogłuszyć jeszcze raz i uciec. Wtedy miałaby szansę. Teraz musiała błądzić po omacku, jak pijane dziecko we mgle.
Dobry Boże, pomóż mi…
Otworzyła kolejne drzwi, które prowadziły do zawalonego schowka. Huk spadających pudeł i brzęk przetrzymywanych w nich rzeczy był zbyt duży, żeby go nie usłyszeć.
Kurwa.
Była strasznie, strasznie głośna. Jakby tak naprawdę nie chciała uciec, a zaostrzyć jego apetyt przed ostateczną próbą. Owijała się teraz niczym prezent, który mógłby smakować i rozpakowywać z lubą czcią kiedy już pochwyci ją w swoje chętne, ciepłe ręce. Może tak naprawdę obudził w niej coś, co chciał ujrzeć?
Oparł się ramieniem o ścianę zdrapaną z farby i wyciągnął z kieszeni sprężynowiec. Metaliczny świst przeciął powietrze.
— Nie uciekaj przede mną! - krzyknął. Tamten potężny rozgardiasz nakierował go na drogę ku jego cudownej uciekinierce.
Oderwawszy się od ściany, pewniej ruszył do przodu - powoli do umysłu dochodził instynkt zwykłego, prymitywnego łowcy przełamując zamroczenie, ból oraz dopuszczając do serca tylko i wyłącznie zwierzęce pragnienie pochwycenia swojej szaleńczo uciekającej ofiary.
Westchnął lekko, śmiejąc się euforycznie pod nosem:
— Oj, kochanie, haaa… Wiem, że byłem odrobinę grubiański - pochylił się lekko i obrócił wygodniej nóż w dłoni, tuż przy biodrze. Drugą dłonią odpiął guziki przy kołnierzu oraz rzucił na ziemię krawat, by mu w niczym nie przeszkadzał - Jednak wiesz, jak mężczyzna reaguje, kiedy spotyka się z kobietą, którą obdarza tak wielkim uczuciem.
Zachłysnął się powietrzem i śliną gromadzącą w ustach, znowu wsłuchując gdzie ona jest. Przyjrzał się pomieszczeniu w którym zrobiła bałagan, mała zdzira, ale tu się nie schowała. Potrząsnął głową, przeczesując włosy dłonią. 
Musiała pójść dalej. Może nawet go obserwuje?
Oh, w końcu zaczęła się prawdziwie ekscytująca randka.
Sądziła, że zobaczenie go, świadomość miejsca jego położenia podziała na nią uspokajająco.
Myliła się.
Gdy tylko dostrzegła ciemny zarys sylwetki, przylgnęła bliżej ściany, przy której stała. Wyglądała dotąd na niego zza rogu i czekała. Jak królik, który chciał wymknąć się psu myśliwskiemu. Chciała zamknąć oczy, ale zbyt się bała, aby choćby mrugać. Każdy ułamek sekundy mógł zbliżyć go do niej. Każdy ułamek sekundy mógł przesądzić o tym, czy wyjdzie stąd żywa.
A wyjdzie stąd żywa. Musi wyjść. Musi!...
Zagryzła dolną wargę, czując pod powiekami piekące łzy. Dlaczego ona? Dlaczego się w to wszystko wpakowała? Dlaczego cały świat sprzysiągł się przeciw niej? Dlaczego nie mogła być jak tysiące innych kobiet śpiących teraz we własnych, ciepłych łóżkach?
Zagryzła mocniej wargę, czując, jak jej serce chce wyskoczyć z jej piersi. Nie potrafiła zapanować nad oddechem – ale musiała to zrobić. Każdy, najmniejszy szmer mógł zdradzić jej położenie. A ona była bezbronna.
Miała ze sobą tylko zwykły, kuchenny nóż, którym kroił wcześniej mięso. To za mało, aby zranić psychopatę. To za mało, aby uciec złu.
Ale nie mogła tracić nadziei. Musiała stąd uciec. Czym prędzej.
Wpiła paznokcie w swoje dłonie, gdy usłyszała jego głos.
Teraz albo nigdy. Nie będzie lepszego momentu. Za moment odwróci się i pójdzie szukać jej dalej.
Wysunęła się powoli z kryjówki i, stawiając ostrożnie stopy, przesuwała wzdłuż ściany. Wciągnęła mimowolnie brzuch, gdy sunęła obok otwartych drzwi, za którymi stał – i wstrzymała oddech, jakby chciała każdym możliwym sposobem odciąć się od niego.
Wystarczyłaby dosłownie sekunda, w której odwróciłby głowę i spojrzał prosto na nią.
Ale tego nie zrobił.
Chciała odetchnąć z ulgą, ale strach paraliżował ją na tyle, że nie była w stanie. Przesuwała się nadal ostrożnie wzdłuż ścian, spoglądając za siebie – czy aby Cash nie postanowił zawrócić. Ale nie robił tego.
Co on tam tak długo robił?
Teraz nie słyszała nic – i dotarło do niej, że znacznie wolała, kiedy mówił te swoje żałosne wyznania miłości, gdy zachowywał się jakby bawił się w chowanego, polował na swoją ofiarę, wolałaby, aby się odzywał i hałasował niż pozwolił na to, aby cisza doprowadzała ją do obłędu.
Mógł być teraz wszędzie. To był jego teren. Mógł kryć się teraz w każdym cieniu.
Odważyła się na wzięcie głębszego oddechu. Raz jeszcze spojrzała za siebie. Ciemność. I cisza.
Czy ten labirynt kiedykolwiek się skończy?
Natrafiła dłonią na klamkę i powoli na nią nacisnęła. Delikatne światło zaczęło na nowo drażnić jej oczy. Powinna trzymać się z daleka od oświetlonych pomieszczeń. Powinna pozostać w cieniu, tam, gdzie była mniej widoczna. Ale to, co dostrzegła, zmusiło ją, aby weszła dalej.
Zobaczyła szereg poustawianych obok siebie monitorów. Każdy dawał jej dokładny obraz z każdego zakątka tego domu. Przysunęła się powoli bliżej, marszcząc brwi.
Mogła na nich dostrzec Casha. I wyjście. Musiała tylko poczekać.
Ekrany odsłaniały przed nią swoje kolejne tajemnice. Kolejne puste pomieszczenia, kolejne zaciemnione pokoje, kolejny labirynt korytarzy. Zobaczyła nawet pokój lśniący różem, który Cash tak wytwornie dzisiaj przystroił. Dostrzegła ostatecznie drzwi, które wyglądały na te, co prowadziły na zewnątrz.
Jak do nich dotrzeć?
Przez moment przyglądała się migającym obrazkom z kolejnych pomieszczeń, próbując ułożyć sobie jakoś plan ucieczki. Część korytarzy już zdążyła poznać, części wciąż jeszcze nie znała. To było trudne, ale musiała spróbować, łącząc ze sobą poszczególne elementy. Dom jest jedną wielką całością. W końcu dostrzeże brakujące elementy i połączy układankę w jedną całość.
Zrobiło jej się zimno z jakiegoś nieopisanego powodu, ale nie mogła stwierdzić, dlaczego. Była tu już za długo. Musiała uciekać. Ale jeszcze chwila. Już prawie rozumiała. Już prawie miała, tylko coś jeszcze było tutaj nie tak…
Gdy ekrany przełączyły się po raz kolejny na pokój, w którym otworzyła drzwi do schowka, zrozumiała, co tutaj było nie tak.
Nie było tam Casha.
Nigdzie nie było Casha.
Czuła, jak jej mięśnie spinają się mimowolnie, jak jej oddech przyspiesza, a bicie serca staje się gwałtowniejsze. Sięgnęła powoli dłonią w stronę noża wetkniętego za pasek.
Dopiero teraz zrozumiała, jak ogromny błąd popełniła.
On tu jest. Stoi za nią.
Odwróciła się gwałtownie, wyciągając nóż, który za moment upadł z brzękiem na podłogę.
Usatysfakcjonował go jej strach, który błyszczał intensywnie w wilgotnych, sarnich oczach. Nawet naturalny pęd ku przetrwaniu nie dopomógł w ucieczce.
Głupia-głupiutka gąseczka. 
Zachwiała się i cofnęła o pół kroku, ale Cash szybko zbliżył się do niej i chwycił za nadgarstek - nie dając żadnych szans na skontratakowanie, ostatni idiotyczny zryw ku wolności. Pościg się zakończył, więc teraz prawdziwy triumfator miał prawo zrobić z przegranym to, co mu się żywnie podobało.
Szarpnął mocno sprawiając, że upadła ciężko na ziemię i potłukła plecy.
— Haaa… - sapnął podekscytowany, a z warg nie schodził mu nieprzyzwoity uśmiech pełen satysfakcji, że w końcu ta dziwka jest pod nim tak jak powinna te wiele lat temu. Zastraszona. Lojalna.
Posłuszna!
Szybko przygwoździł ją do ziemi, siadając na delikatnych kobiecych biodrach - więżąc też jej dłonie w mocnym uścisku, by go nie podrapała swoimi szponami. Mogła się szarpać jak dzika. Krzyczeć aż zdarłaby gardło. Błagać go nawet o coś tak wyświechtanego jak litość.
Mogła wszystko, wszystko, wszystko, wszystko, ile tylko chciała!
— Przykro mi kochanie, miłość nie jes… Jest dla… Wszystkich - zadyszał z miękkim, zrelaksowanym śmiechem. Miał jej jeszcze tyle do pokazania dzisiaj, nawet jeśli wykorzysta ją tylko jako rekwizyt.
W ostrym świetle ekranów zamigotało wąskie ostrze, które Cash podniósł jednym płynnym ruchem. Oczy rozszerzyły mu się w ożywieniu.
Mówią, że zabijanie nożem jest bardzo intymne.
Mówią, że zabijanie nożem jest bardzo intymne. Dłoń trzymająca narzędzie jest w stanie wyczuć każde drgnięcie. Wymaga bliskiego kontaktu ze swoją ofiarą. To prawie jak ekscytujące zbliżenie mające nasycić dwóch spragnionych siebie kochanków.
Mówią, że zabijanie nożem jest bardzo intymne. Nóż jest symbolem fallicznym, zastępuje organ płciowy. Dla niektórych może stanowić zaspokojenie – dla niektórych jedynie podniecającą grę wstępną, gdy partner otwiera się przed tobą w całej swojej bezradności. A ty możesz upajać się poczuciem władzy. Decydować o życiu i śmierci.
Zatrzasnęła mocno drzwi od samochodu, schowała ręce do kieszeni – jak nigdy – i ruszyła chodnikiem. Wszyscy patrzyli na nią. Wszyscy patrzyli właśnie na nią, na pewno patrzyli na nią, gdy przechodziła obok, chcąc ukryć się przed ich palącymi spojrzeniami. Oni wszyscy nie znali jej, ale teraz wiedzieli już o niej wszystko. Znali jej strach. Wiedzieli, co się stało.
Współczuli jej.
Zacisnęła powieki i przyspieszyła kroku. O tej godzinie musiała zaparkować dalej, ale niebawem znalazła się już przed drzwiami kliniki i pchnęła je. Sądziła, że chociaż tutaj, w królestwie umarłych, znajdzie spokój. Uwolni się od tych przewiercających jej duszę spojrzeń.
Ale pierwsze, co napotkała, to zdumiony – a potem przepełniony litością – wzrok asystentki.
Zacisnęła wargi mocniej i starała się ją zignorować.
Przestańcie, do cholery! Zajmijcie się swoimi sprawami! Nie potrzebuję waszej litości! Raz na zawsze się ode mnie odwalcie, nie chcę, żebyście patrzyli na mnie, jakbyście teraz wiedzieli już wszystko. Gówno o mnie wiecie. Po prostu zostawcie mnie w spokoju!
— Pani detektyw, doktor Shaw jest w tym momencie zajęta.
Wiem, że jest zajęta. Właśnie dlatego tutaj przyszłam.
— Pani wiceszeryf!
Słyszała, jak asystentka zrywa się z miejsca i biegnie za nią. Na darmo. Felice była szybsza. Pchnęła drzwi do ogromnego pomieszczenia i napotkała zdumione spojrzenie dwóch lekarzy. Wzrok policjantki zatrzymał się na twarzy kobiety.
— Pani doktor, mówiłam, że jest pani zajęta.
Oni wiedzą. Oni wszyscy wiedzą.
Ciężko byłoby nie wiedzieć, skoro jeden bardzo wyraźny dowód leżał właśnie na stole. Do ich królestwa wtargnęła właśnie policjantka, którą z całą pewnością odsunięto od śledztwa. Tak przecież działa policja. Felice nie może zajmować się tą sprawą. Nie powinno jej tutaj w ogóle być, zamiast niej powinien pojawić się tutaj szeryf.
A jednak to była ona.
Wpatrywała się w ciemnowłosą kobietę. Chciała, aby jej twarz wyrażała tylko tyle, że nie stoi tutaj bez powodu. Że nie wyjdzie. Żeby jej stąd nie próbowała nawet wygonić.
Proszę, Mireille. Chociaż ty jedna nie traktuj mnie jak ofiary.
— W porządku – odezwała się Mireille, przesuwając swoje spokojne spojrzenie z Felice na asystentkę. – Przygotuj detektyw Fletcher, może tutaj zostać.
Asystentka widocznie wyglądała na zmieszaną. Jednak skinęła głową i zniknęła za drzwiami, po czym wróciła ze strojem, który miał chronić jej ciało. Czy może wszystko to, co znajdowało się w tym pomieszczeniu, w tej sali, przed jej ciałem. Drzwi za moment się zamknęły, a drugi z lekarzy wrócił do wieszania na tablicy zdjęć, choć zerkał na dwie kobiety z zaintrygowaniem.
— Nie powinno cię tutaj być, Felice – łagodnym głosem odezwała się Mireille. – Nawet nie będę próbowała pytać, jak dowiedziałaś się o sekcji.
— Słusznie – odparła policjantka. – Wiesz, że zrobiłabym wszystko, żeby tutaj się znaleźć.
— Wiem. I to właśnie mnie martwi. Nie powinno cię tu być. Szczególnie w tym stanie.
— Ta sprawa dotyczy mnie.
— I właśnie dlatego nie powinno cię tutaj być.
Felice zagryzła dolną wargę i spojrzała w bok, na leżącą na stole sekcyjnym kobietę.
Na siebie.
Widziała krótkie, jasne włosy splątane brudem, mułem i piachem. Jej twarz wyglądałaby tak spokojnie, prawie jak podczas snu, gdyby nie drewniany przedmiot tkwiący w lewym oku. Gdyby nie rana na szyi. Gdyby nie szwy na wysokości miednicy.
To było tak bardzo niezręczne, patrzeć na siebie, nagą, bezbronną, zranioną i martwą siebie. Jednocześnie czuła niejaką ulgę, że trafiła właśnie na stół Mireille. Czułaby się zdecydowanie gorzej, gdyby sekcję miała przeprowadzić jakaś inna, obca osoba. Jej była w stanie zawierzyć swoje życie.
— Biedna dziewczyna – mruknęła doktor Shaw, podchodząc bliżej głowy kobiety. – Podobno wyłowiono ją z rzeki.
— Około jedenastej zauważył ją przechodzeń. Pewnie wtedy wypłynęła.
— Była przywiązana?
— Tak. Nie udzielę ci szczegółów. Wiesz sama, dlaczego. Ale wydaje mi się, że lina została celowo uszkodzona.
— Dlaczego?
— Żebyśmy ją znaleźli.
Mireille podniosła wzrok i spojrzała znacząco na Felice. Niezadane pytanie zawisło w powietrzu. Felice nie musiała nawet próbować czytać jej w myślach, bo Mireille sama sobie odpowiedziała:
— Wiesz, kto to zrobił.
Felice nie odpowiedziała. Oczywiście, że to wiedziała. Wiedziała, że w tej parszywej dzielnicy jest tylko jedna osoba, która chciała ją tak upokorzyć. Że w tym mieście jest tylko jedna osoba, która doskonale znała jej lęki, jej duszę, która doskonale wiedziała, jak Felice każdego dnia starała się walczyć z samą sobą – i ta właśnie osoba postanowiła ją obnażyć.
Powinna się tego spodziewać. A jednak wciąż żyła złudną nadzieją, że ta gra, którą rozpoczęli lata temu, pozostanie tylko między nimi. Że nikt inny – poza jej mężem – nie zostanie w nią wciągnięty. Jakże była naiwna.
— Coś już wiadomo? – spytała Felice, przesuwając wzrokiem po swoim ciele, jakby z samego jego ułożenia chciała wyczytać, co tam się stało. I dlaczego tak się stało.
Chociaż nie. Doskonale wiedziała, dlaczego. Dowód spoczywał wciąż w szufladzie jej biurka.
— Do tej pory naszykowaliśmy ją do sekcji, zrobiliśmy RTG oraz tomografię, w sprawie jej oka. – Mireille zdjęła jedno ze zdjęć i spojrzała na nie, przez moment milcząc. – Musimy ustalić, która rana była śmiertelna. Która została zadana jeszcze za życia. Ta z całą pewnością nie należy do tych ostatnich.
Felice obeszła stół sekcyjny i stanęła obok doktor Shaw.
— Jeżeli glamour zostałby wepchnięty tam siłą jeszcze za życia, powstałby obrzęk mózgu. Badania tego nie wykazują. A więc jest to uraz pośmiertny.
— Przynajmniej nie cierpiała – mruknęła Felice, zerkając na okropną ranę w oku jej samej.
— Tyle dobrego dla niej. Musimy to wyjąć.
Felice spojrzała z powątpiewaniem na Mireille, a potem na twarz martwej dziewczyny. Już teraz czuła, jak żołądek wywraca jej się, gdy tylko oczami wyobraźni zobaczyła Mireille wyciągającą pudełeczko glamour z oczodołu… Cofnęła się, na wszelki wypadek, i odwróciła wzrok.
Nie potrafiła nad sobą ostatnio panować tak dobrze, jak jeszcze trzy miesiące temu. A nie mogła teraz zemdleć albo zwymiotować. Nie mogła dać podstaw na usunięcie się z sali. Musiała wiedzieć, co się stało z tą dziewczyną. Kim była. Dlaczego to ona została zamordowana.
Gdy spojrzała z powrotem, doktor Shaw pochylała się nad głową jasnowłosej dziewczyny, ale nie była to już Felice. Była to inna, zdecydowanie młodsza i bardzo atrakcyjna kobieta.
Dlaczego akurat ty?
— Powieka i gałka oczna zostały usunięte – odezwała się Mireille, zaglądając we wnętrze rany z tak kamienną twarzą, jakby codziennie oglądała co najmniej tuzin wyciętych powiek i gałek ocznych. Sięgnęła po pęsetę i szkło powiększające. – Nie została wyrwana, nerw wzrokowy jest wyraźnie przecięty, podobnie jak mięśnie. Sprawca wiedział, co robi.
— A więc to nie był nagły impuls, ale planowane działanie – odezwała się Felice, zbierając się na odwagę, aby podejść do stołu sekcyjnego.
— Przy którym ktoś nie użył zbyt wiele siły. Glamour zostało tam włożone, nie wepchnięte. Owinięte w gazik.
Felice miała ochotę się roześmiać.
— Naprawdę? Ktoś wpycha jej do oka glamour i dba jeszcze o takie rzeczy?
— To wygląda jak wyraz szacunku dla zmarłej, jeśli mam być szczera.
Felice uniosła brwi, spoglądając jeszcze raz na okaleczoną twarz dziewczyny. Wyraz szacunku dla zmarłej. Mogła podejrzewać go o wiele, ale nie o takie rzeczy. Nie, jeśli przed oczami widział jej twarz.
Mireille tymczasem przeszła do kolejnej rany ziejącej na szyi ofiary, odrobinę poniżej podbródka. Zmarszczyła brwi.
— Krawędzie są niewystrzępione, ale przebieg samej rany…
Felice podeszła bliżej, aby dostrzec lepiej, o co chodzi doktor Shaw i zagryzła mocniej wargę.
— To nie wygląda na jedno śmiałe pchnięcie, które miało zadać śmierć – odezwała się cicho, starając się utrzymać spokój. Do tej pory szło jej to tak dobrze…
— I z pewnością nie zadało. Przynajmniej nie od razu.
Felice zacisnęła boleśnie dłonie w pięści, odsuwając się o krok, aby Mireille nie zauważyła. Ale zauważyła. Z całą pewnością tak było. Ciężko było nie zobaczyć furii, która starała się przejąć kontrolę nad jej umysłem. Cholernie ciężko.
Ale sama rana na szyi kobiety mówiła jej aż zbyt dużo. Dziewczyna musiała mieć już wtedy przy sobie glamour. To nie była przypadkowa ofiara z przypadkowego zaułka, poprzez którą miał zamiar tylko się podroczyć. Tu zaszło coś innego. Coś bardziej intymnego.
Nierówne ukształtowanie rany zdradzało jej, jak bardzo podekscytowany wtedy był. Jak podcinał bezradnej, zapewne obezwładnionej bądź przywiązanej, ofierze gardło – powoli i z wyczuciem, jakby miał zamiar tym pchnięciem spenetrować jej umysł, przeniknąć do jej ciała, zawładnąć nią.
Celowo pozostawił ją przy życiu. Nie dokończył jeszcze swojego dzieła.
Zerknęła na zaszytą ranę poniżej linii bioder kobiety – i bała się tego, co może tam zobaczyć. Mireille jednak zajęła się rozcinaniem skóry, podważaniem żeber, wszystko po to, aby poznać dokładną zawartość płuc.
— To była rana śmiertelna – orzekła Mireille, jeszcze przez moment wpatrując się w otwartą klatkę piersiową kobiety. – Cios przeciął tchawicę, ofiara zakrztusiła się krwią.
Nie miała żadnych szans.
Dlaczego więc nie zabił jej od razu? Chciał przypatrywać się, jak ona, obezwładniona, rzuca się w spazmach, wykrwawiając się, krztusząc krwią i oddając ostatnie tchnienie? Czy może chodziło o coś jeszcze?
Jak bardzo okrutny potrafisz być?
Mireille przesunęła się do zbadania ostatniego miejsca. Rana nie została zaszyta jeszcze za życia kobiety, szwy założono już po jej śmierci.
Czy tę ranę zadano również po tym, jak umarła? Dlaczego w ogóle została zadana?
— Ktoś znał się na tym, co robił – odezwała się, gdy przyglądała się bliżej zaszytej ranie. – To nie jest amatorskie rozcięcie, tak jak tych szwów nie założył amator. Wygląda na to, że zna się na rzeczy.
Felice zmarszczyła brwi. Nie. On nie jest specjalistą. Trzeba długo trenować, aby wykonać idealne, chirurgiczne cięcie. On był wtedy zbyt podekscytowany, aby panować nad swoją ręką – czego dowód mieli na szyi dziewczyny.
— Albo to zrobił ktoś inny.
— Sądzisz, że było ich dwóch?
— Albo jeden tylko wyświadczał przysługę drugiemu.
Felice dostrzegła zaraz jednak konsternację na twarzy Mireille, gdy tylko dostała się do wnętrzności ofiary. Próbowała nie zerknąć na Felice, walczyła z tym uparcie – i tym bardziej ją tym zaniepokoiła.
Co takiego mogło przerazić nawet tak opanowaną kobietę jak ona?
— Powinnaś stąd wyjść – odezwała się w końcu.
Felice mrugnęła nagle. Dlaczego? Starała się nad sobą panować. Musiała nad sobą panować przez cały ten czas i nie dała jej powodu, aby wyrzucić ją za drzwi. Dlaczego teraz więc to robi?
Zmarszczyła brwi i zrobiła krok w jej stronę.
— Wyjdź stąd, Felice.
Ale nie usłuchała. Stanęła tuż przy miednicy kobiety i otworzyła szerzej oczy, gdy dostrzegła to, co się tam znajduje.
A raczej – czego tam nie ma.
— Felice!
— Tu… tu powinna być macica, prawda? Wyciął jej macicę.
— Felice, wyjdź stąd, proszę cię.
— Wyciął jej macicę! Dlaczego cholerną macicę?! Mógł wyciąć przecież cokolwiek! Dlaczego akurat macicę?!
— Doktorze Stewart, proszę wyprowadzić panią Fletcher.
— Albo cały układ rozrodczy! Nie zrobił tego, prawda? Wyciął tylko cholerną macicę! Kurwa, dlaczego…?!
— Fletcher!
To nie był już głos Mireilli. Felice odwróciła się gwałtownie i napotkała na sobie wzrok mężczyzny, którego nie mogła nie rozpoznać. Spojrzenie złotych oczu – teraz dodatkowo wściekłych – przeszywało ją na wylot.
Ale nie obchodziło jej to, jak bardzo Bigby Wolf w tym momencie był wkurzony przez jej nieposłuszeństwo. Nie obchodziło jej nawet to, że mogłaby przez to śmiało wylecieć z pracy. Nic teraz jej nie obchodziło.
On wiedział.
Cały świat stanął dziś na głowie, aby jej tylko przekazać, jak bardzo słaba jest.
Pozbawił jej wszystkiego. Woli życia. Całej radości. Śmiałości. Szczęścia. A teraz nawet siły do nieustannej walki – do obrony tego, co sobie wywalczyła przez długie lata pracy nad sobą. Zabrał jej nawet godność i pracę. Po tym, co stało się w prosektorium, nie tylko została oddalona od śledztwa, ale też dostała przymusowe wakacje.
Felice Fletcher pchnęła drzwi na klatkę schodową i oparła się o ścianę.
Świetnie, kurwa. Tego jej było trzeba. Cholernego poczucia bezradności. Miała ochotę się rozpłakać i po raz pierwszy nie zrzuciłaby tej winy na szalejące hormony.
Znowu było to samo. Tym razem jednak nie było to zaczepne dźgnięcie. Tym razem był to już bolesny, siarczysty policzek i naplucie jej w twarz z perfidnym uśmiechem pełnym satysfakcji.
Chciał ją złamać. I udało mi się to. Ona, Felice Fletcher, nie miała już siły do dalszej walki.
On na zawsze pozostanie w jej życiu. Zawsze będzie ją prześladował. A teraz – teraz wiedział o jej największej słabości. Teraz będzie musiała oglądać się dwa razy częściej i dwa razy uważniej za siebie.
Czy nie łatwiej byłoby po prostu… poddać się? Wydać się w jego ręce? Pocierpieć przez kilka godzin, a potem zaznać nareszcie świętego spokoju? Jej życie nie będzie już wtedy obracało się wśród nieustannego strachu. A teraz w tym bagnie była jeszcze jej ciąża. I Harley…
Spojrzała w stronę schodów prowadzących na wyższe piętra.
Czy Harley wybaczyłby jej, gdyby się poddała? Czy zaakceptowałby jej decyzję? Czy dałby sobie radę sam i ułożył swoje życie na nowo, bez niej?
Odetchnęła głęboko. Prawdopodobnie nie. Bo gdyby wolał wygodne i bezpieczne życie, nigdy nie starałby się, aby ich drogi na nowo połączyły się w jedną. Gdyby wolał święty spokój, nigdy nie próbowałby dać jej poczucia bezpieczeństwa.
Tym właśnie dla niej był. Ostoją. Gruntem, który straciła lata temu. Bezpieczeństwem, które zamykało ją w swoich ramionach zawsze, kiedy sądziła, że to wszystko już nie ma sensu, a ona nie ma siły, aby walczyć.
Tym razem nie będzie inaczej.
Zerknęła za siebie i zmrużyła oczy. Miała przeczucie, że on cały czas za nią podążał, próbując upoić się każdą chwilą jej słabości. Nie da mu jej. Nie może mu jej dać.
To co, że wie o tym, że jest w ciąży. To co, że będzie ją obserwował. Nie uda mu się jej dosięgnąć. Może tylko przekupywać dziwki, aby przyjmowały nielegalny glamour i udawały przed nim, że są tą, która wciąż pozostaje poza zasięgiem jego ręki.
Chociaż… czy na pewno może?
Felice odepchnęła się od ściany i ruszyła schodami w stronę swojego mieszkania.
Była teraz traktowana prawie jak ofiara zbrodni. Ofiarom zbrodni zadaje się bardzo konkretne pytania. Czy podejrzewa pani kogoś? Czy jest ktoś, kto źle pani życzy?
Tak, Cash. Podejrzewam ciebie.
I tym razem nie uda ci się z tego uciec. Nawet jeśli to nie ja będę tym, kto wciśnie cię za kratki.

12 komentarzy:

  1. Kurczę, przeczytałem jestem w szoku. Cudowne walentynki :D Zacne, miszczowskie i w ogóle świetne! Ivan approves! Chcę więcej wspólnych notek Casha i Felice! Więcej! Dużo, dużo więcej! To jest tak pokręcona pseudo-parka, że aż szkoda żeby było ich tak mało razem :D
    Dobrze, ale ja tutaj gadu gadu, a notka sama sie nie napisze xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sumie to to są po-walentynki, ale się liczą! :D
      Cieszymy się bardzo, że się podobało <3 Czy będzie więcej - kto wie... może? ;>
      Kibicuję notce, więc nie przeciągam. xD

      Usuń
    2. Hahah pochwała Ivana to wielka rzecz - myślę, że ze słów swojego towarzysza w zbrodni nie sposób się nie cieszyć :D Najpierw chciałeś romantyczne i wesołe, teraz psychopatyczne, maaan... Ciężko cię zadowolić :D

      Dzięki za komentarz <3

      Usuń
  2. Ale wciągająca notka! :D Mimo obszernego tekstu, czytało się naprawdę szybko. I przyjemnie, mimo wszystko.
    Bardzo byłam ciekawa, jak rozwiniecie zadanie i jak wszystko się zakończy. Felice walczyła niczym Wonder Woman; bardzo podobała mi się jej postawa i taka niezłomność. Brrrr, aż mnie ciarki przechodzą na myśl, że każda kobieta może wpaść na takiego psychopatę i znaleźć się w podobnej sytuacji!
    Cash oczywiście jest i będzie naszym blogowym mięsożercą-psychopatą xD Cieszę się, że obiad zjadłam długo przed przeczytaniem waszego dzieła :D
    Zakończenie również ciekawe i bardzo tajemnicze. Takie do dalszego rozwinięcia, więc mam nadzieję, że powstanie jakiś ciąg dalszy :D

    I dodatkowo pochwalę za soundtrack, kocham te klimaty <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękujmy Bogu, że jednak nie każda wpada i nie każda musi się z tym borykać. Felice pokutuje za nie wszystkie! :D #misjamoralnabardzo
      Z tym ciągiem dalszym to ciężko będzie, bo Felice została oddelegowana na przymusowe wolne za to, co odwaliła w prosektorium, także ten... sprawa leży w rękach (łapach ;>) naszego niezłomnego szeryfa!
      Dziękujemy pięknie za miłe słowa. <3

      Usuń
    2. To miłe móc czytać takie uprzejme słowa <3 Ze swojej strony również pięknie dziękuję i myślę, że jak Felice się zgodzi to Cash jeszcze trochę ją pomęczy w tę czy inną stronę :D
      I dziękuję za tytuł "blogowego mięsożercy-psychopaty", mam nadzieję reprezentować go godnie! A przynajmniej do czasu aż nie przyskrzyni nas Bigby za zmniejszanie populacji Fabletown.

      Aww, dzięki - piosenki są naprawdę zacne do takich morderczych rzeczy <3

      Usuń
  3. Jestem wielką fanką tego plot twistu i powiedziałabym też, że tej chorej relacji, ale tego powiedzieć nie pozwala mi klauzula sumienia, musicie mi wybaczyć :D Czytało się szybko, sprawnie i bardzo przyjemnie (o ile to w tym wypadku możliwe... :D), więc piszcie więcej, tylko nie mówcie Harleyowi, że to powiedziałam, bo się mnie wyrzeknie i sam odda do autorskiej adopcji.
    <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Liczyłyśmy na to, że plot twist się spodoba, cieszę się, że tak było! <3
      Dziękujemy za wszystkie te miłe słowa i nie powiemy Harleyowi nic. Przynajmniej ja. ;>

      Usuń
    2. Pfff, ja mu z przyjemnością o tym wspomnę :D
      Dzięki serdecznie za super miłe słowa i też się cieszę, że ta chora i niezdrowa relacja Ci się spodobała <3

      Usuń
  4. No no no :D Niby nie taki lekki temat, a czytało się fantastycznie i leciutko, pożarła mnie ta notka i połknęła jak Cash pożarł swój kawałek surowego mięska (Felice w sumie też, ale ze mną poszło gładko xD)
    Felice i jej zapchaj-czas monolog - zawsze w filmach czy książkach podziwiałam bohaterów, którzy potrafili skupić się jednocześnie na gadaniu i to całkiem mądrym gadaniu, a jednocześnie na rozsupływaniu się, tak, żeby nie zwrócić na siebie uwagi, no po mnie by od razu było widać, że coś odpierdzielam na boku, o ile w ogóle udałoby mi się coś odpierdzielać xD
    On tu jest. Stoi za nią - niby takie dosyć oklepane, a tak bajecznie tutaj pasuje i taki wspaniały klimacik tworzy :D
    Przy końcówce, odkąd Felice przestał zgadzać się system przy kamerach, mogłabym przysiąc, że słyszałam w głowie coraz głośniejsze, filmowe dudnienie świadczące o niechybnym pierdolnięciu, które urwało się w najgłośniejszym momencie, kiedy "oczy rozszerzyły mu się w ożywieniu", no naprawdę! Wspaniała robota, aż przeczytałam ten fragment dwa razy :D
    Poza tym, że świetnie się bawiłam czytając wasze dzieło sztuki, to chciałabym złożyć serdeczne wyrazy współczucia na zapracowane dłonie Casha, który tak się stara, wychodzi z siebie, jest wspaniałym, idealnym mordercą, a tu kobicie nie dogodzisz no, jeszcze go do piekła pośle, biedny Cash, a przecież wycięcie macicy sztucznej Felice tak bardzo artystyczne i nietuzinkowe... :D
    Kocham za klimat, dajcie tego wincyj!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahaha, cudne porównanie na wstępie. <3
      Myślę, że w jakiejś szkole dla superbohaterów, tajnych agentów albo detektywów uczą mądrych zapchaj-czas monologów. Na pewno tak jest. :D Po mnie też by było widać, swoją drogą. :D
      Ale jeszcze fakt, że Cash był wtedy "owładnięty emocjami" tak to poetycko nazwę, bo inaczej się nie da, mogły trochę ułatwić fałszywej Felice robotę. :D
      Ten moment, kiedy czytając słyszysz dźwięki. <3 Dziękujemy pięknie za tyle miłych słów, mnie się zrobiło nieopisanie przyjemnie i aż chce się pisać więcej dla takich komentarzy. <3
      I w tym wszystkich najbiedniejszy wychodzi Cash... :D

      Usuń
  5. Wow. Po prostu jedno, wielkie WOW. Mijałam to opowiadanie już od dłuższej chwili, bo nigdy nie miałam dość czasu, ale w końcu się udało :D I jestem zachwycona!
    Muszę przyznać, że popełniłam bardzo duży błąd, gdy zaczynałam czytać Waszą notkę - równocześnie jadłam. I to był bardzo zły pomysł, bo gdy dotarłam do tego fragmentu o kawałku mięsa... cóż, musiałam przestać jeść, bo różnie mogłoby się to skończyć :D Bardzo realistycznie opisane sceny dawały mi jakąś taką chorą satysfakcję, gdy je czytałam, miały w sobie to coś :D
    Mega podobała mi się atmosfera tej historii, przyprawiająca mnie o ciarki i ta nuta niepewności - czy to na pewno skończy się dobrze? Możliwe, że mam jakieś skłonności masochistyczne i to dlatego tak bardzo uwielbiam czytać wszystko, co jest tak uroczo mięsiste. :D
    Ta ucieczka Felice i Cash, który nagle za nią się pojawił - <3 Nie mogę się doczekać ich dalszych przygód, tym bardziej tego, gdy staną w końcu twarzą w twarz! <3
    I jeszcze kilka serduszek w podzięce za niezapomniane chwile z tą notką! <3 <3 <3 <3 <3 <3

    OdpowiedzUsuń