Fabletown News

Rewolucja w ogrodach Woodlands

Nie od dziś wiadomo, że koniec wiosny i początek lata jest okresem, w którym ogrodnicy z Woodlands mają najwięcej pracy. Tym razem, o pomoc poproszono uczniów Zespołu Szkół im. Ch. H. Andersena oraz wolontariuszy - wszystkich chętnych Baśniowców, którzy kochają rośliny i chcą, aby to miejsce wyglądało jeszcze wspanialej.
Nie od dziś wiadomo, że po zmroku w sklepie Golden Goose dzieją się dziwne rzeczy. Spadające z półek produkty, latające mopy i samo-jeżdżące wózki. Tym razem, właściciel sklepu stracił cierpliwość i postanowił wytoczyć wojnę złośliwym duchom. Wynajął specjalistów, którzy mają pozbyć się natrętnych mieszkańców.



Bufkin donosi, że...

...po tym, jak Vanessa bohatersko pomogła rozstrzygnąć spór w sprawie skradzionych czekoladek, w barze Trip Trap panuje większy ruch. Nie chodzi jednak o promocję piwa ani nowe piosenki Kapitana Haka. Otóż, wielu Baśniowców szuka darmowej porady "jak żyć" u uroczej barmanki. Podobno pomogła już w niejednej sprawie! Najnowszą z nich jest tajemnicze zniknięcie szamponu, który został skradziony w biały dzień, wprost z łazienki Erwina!
"Zbliża się apokalipsa zombie!" - donoszą nagłówki gazet z dzielnicy Doczesnych sąsiadujących z naszym Fabletown, którzy spanikowali na widok spacerującego po ulicach samotnego zombie. Tymczasem, to tylko jeden z pacjentów Victora wydostał się ze szpitala i wybrał się na wycieczkę. Z kolei przy wszystkich lokalach i tablicach ogłoszeń w Fabletown, pojawił się komunikat z prośbą do wrażliwszych Baśniowców, by nie atakowali zombie. W końcu to też Baśniowcy, prawie tacy jak my!

piątek, 29 grudnia 2017

Locking up everyone who ever laid a finger on me






🜲🜲🜲
święta Cywyllog, bądź Cwyllog
córka piktyjskiego władcy Cawa, żona sir Mordreda


“We should forgive our enemies, but not before
they are hanged”


Zawsze byłaś dumna i uparta, jak na piktyjską księżniczkę przystało. Dążyłaś do celu po trupach i nigdy nie dawałaś za wygraną, a kiedy obiecałaś zemstę na ludziach, którzy cię upokorzyli, wiedziałaś, że wcześniej czy później dokona się ona.
Długo byłaś nikim, ale odnalazłaś przyjaciela broni, swoją bratnią duszę i miłość, razem mogliście pozbyć się króla Artura, którego oboje tak bardzo nienawidziliście. Kochałaś męża, kochałaś go szczerze, lecz i on został ci odebrany, zginął dla waszej sprawy, a ty zostałaś na tym świecie sama, bez wroga, ale i bez przyjaciela. Zostało ci odebrane wszystko co kochasz, a coś takiego powoduje mocny uszczerbek na duszy, próbując ową duszę zaleczyć, oddałaś się wierze, błąkając się po brytyjskich klasztorach, bo cóż innego ci pozostało.
Porzuciłaś dawne wierzenia na rzecz Chrystusa, nie miałaś nic do stracenia, rycerze Artura odebrali ci nawet synów. Początkowo odmieniłaś się, stałaś się skromną klasztorną kobietą, składającą modlitwy do Boga o wskazanie drogi, jednak wojownicza natura wzięła górę. Pomagałaś nawracać pogan, tak jak nawróciłaś się sama, ale czy czyniłaś to zgodnie z wolą Boga? Nawet jako chrześcijanka byłaś porywcza w dążeniu do celu, niezależnie od tego czy to co robisz nie jest przypadkiem grzechem ubranym w ładną sukienkę. Gdybyś była mężczyzną, zostałabyś biskupem ubranym w zbroję i miecz, dzielnie walczącym o nawrócenie bezbożników.
Szeptałaś do tak ważnych uszu, nakłaniałaś do tylu bitw z poganami, zapominając jakby, że sama byłaś jedną z nich, a i tak w całym tym szaleństwie otrzymałaś tytuł świętej. Święta Cywyllog, to dopiero oksymoron.

charlotte anne pendragon  urodzona 7.01.1985 hartford, usa  od kilku tygodni skromne mieszkanie w fabletown  radca prawny baśniowców  kombinatorka  wojowniczka z bożej łaski  nietolerancja religijna  stała bywalczyni okolicznych kościołów


ODZNAKI

..................................................................................................................................................................................................................................................
To znów ja, tym razem przybywam ze świętą walniętą, na zdjęciach Faye Marsay, w tytule Lorde Yellow Flicker Beat, w karcie H. Heine.  Cały czas coś dłubię i zmieniam w tej karcie i historii, więc proszę się nie dziwić, że nagle coś jest inaczej, ale ciągle mi nie pasuje :D Szarlotka jest kobietą wojowniczką, do tego zapatrzoną w Boga, więc jeśli chcesz zachować własne poglądy, odmienne od niej, lepiej się nie zbliżaj zbytnio, a przynajmniej nie bez kija. Cóż więcej mogę powiedzieć... bawmy się! I oczywiście NIE MAM NIC DO UKRYCIA.
|superboom546@gmail.com ⋅ 53869732|

42 komentarze:

  1. [Moja cudowna żona! <3
    Ostatnie zdanie KP tak pięknie i trafnie ją podsumowuje. :) Osobiście uważam, że już jest idealnie, ale no... z racji bycia ukochanym mężusiem ciężko mi zachować obiektywizm.
    Chodź na wątek, trzeba Cię koniecznie nawrócić i wybić z głowy tą religijną obsesję. <3]

    Kochający mężuś poganin

    OdpowiedzUsuń
  2. [I jest cudowna żona mojego synka. Jak miło! :D I oficjalnie witam w naszej (wcale nie)patologicznej rodzince! <3
    Co tu więcej mówić... karta fajna, nie narzekaj! :D No i pewnie pogańska wiedźma ze świętą się jakoś dogadają, zamiast się pozabijać, więc zapraszam koniecznie na wątek. ;)]

    Morgana Le Fay

    OdpowiedzUsuń
  3. [bardzo ładne zdjęcie główne^^ karta też niczego sobie, ładnie opisana i w ogóle taka... estetyczna. Lubię estetyczne rzeczy xD
    Powodzenia z drugą postacią i wiaderko weny ode mnie na start. Jak zawsze zapraszam do siebie, choć osobiście nie mam zielonego pojęcia co pani święta i bazyl mogłyby razem robić :D]

    Moryena

    OdpowiedzUsuń
  4. [Osz kurde, nie powitałam! Wybacz, już nadrabiam xD
    Witam cię, moja prawie-ciociu, żono mojego prawie-wuja :D Choć pokrewieństwa nie ma, ale zawsze rodzinka!
    Karta bardzo fajnie dopracowana, jest wszystko co powinno być :D Widać, że sporo poczytałaś o postaci.
    Mam nadzieję, że i z Cwylcią (?) zostaniesz z nami na długo. Powodzenia i samych wystrzałowych wątków :D]

    Lucy

    OdpowiedzUsuń
  5. [Cześć! :D
    Nie wiedziałem, gdzie przyjść, to przychodzę do Charlotte, bo u niej mnie jeszcze nie było. Bardzo się cieszę, że Rumpel się podoba. :D Jest chyba moją ulubioną postacią z tych, które kiedykolwiek prowadziłem.
    Co do wątku, to bardzo chętnie, ale musimy coś wykombinować. ;)

    A, no i olać brak czasu - rób Zelenę dla Rumpla i Złej Królowej. Roznieśmy Fabletown! <3]

    RUMPLESTILTSKIN

    OdpowiedzUsuń
  6. [Urocza :) Komiks o nietolerancji mnie zabił. Zresztą sama postać też. Cudownie wojownicza święta. Oj coś czuję, że nasz biedny Lucjan będzie miał konkurencję w nawracaniu niewiernych. ;)
    Powodzenia z drugą postacią, masy weny, wątków, dużo wolnego czasu... no i tęczozy. ;) I wpadnij do mnie - czy to z panią świętą czy z Jagą, musimy w końcu coś napisać.]

    - Administracja & Nimue

    OdpowiedzUsuń
  7. [na owczesny szablon bloga nawet sie wpasował xD
    Ja go nawet nie ogladalam hehe, ale nazwy szukałam, wiec po wielu konsultacjach wyszlo na nie hehe.
    Ekhmmm nagle poczułam sie jak bym miala sie ukrzyzowac xD ale rodzinka chce mnie spalic, zatem chyba bede musiała zrobic liste oczekujacych xD
    Nie dziekować i tb rowniez wielu watkow ;)]

    Fio & Gwen

    OdpowiedzUsuń
  8. [Zobaczymy, zobaczymy. ;>
    Ej, ale wiesz, że to jest zabójcze? Bo też tak sobie myślałam nad początkiem i tym jakby tu ich spotkać w jakiś bardziej oryginalny sposób niż na ulicy czy zakupach. I to szalenie pasuje! xD Nawet mi uświadomiłaś, że jakby Mordziu odkrył internety to na pewno by w nich cudownie emował, ewentualnie pisał krytyczne "recenzje" powieści typu "Mgły Avalonu" i innych takich xD Więc uzewnętrznianie się w sieci by miało sens. Na dodatek wyjdzie niezła tęczoza, bo jak widać i tak ich do siebie ciągnie niezależnie od świata. Byle się tylko na kłótni o "umawianie się z kimś z sieci" nie skończyło. :D
    No to możemy tak zrobić, będzie wesoło. :)]

    Ukochany mężuś

    OdpowiedzUsuń
  9. [Dziękuję za powitanie i za pochwałę tekstu. Ja to nie mogłam tego przeczytać po raz drugi i w ogóle xD
    A wiesz... Bo teraz byłoby prościej coś wysmażyć w wątku niż z bazylem. W końcu jestem trochę-madką twojego Mordzia :D]

    Bazyliszek & Wredna Wiedźma

    OdpowiedzUsuń
  10. [Powinnaś założyć jedyne słuszne radio, wiesz? ;)
    Dwie wiedźmy pewnie by razem kogoś truły... znaczy się gotowały coś pysznego xD Co do Charlotte to mogłoby być dość ciekawie, bo raczej by do siebie sympatią nie pałały... W końcu pani święta truła kochasia Nimci i pewnie przez to Merlin ma teraz problemy z konarem. Z drugiej strony Nimcia zabrała Artura do Avalonu, a Mordzia zostawiła... no i skoro była taka zajebista to czemu nie poszła zainterweniować by bitwy nie było. Czyli pole do popisu by mogło być całkiem spore, chociaż nie wiem jakby to konkretnie wykorzystać... :)]

    - Nimcia

    OdpowiedzUsuń
  11. [Ufff, tyle dobrego ;) I na pewno to będzie piękne xD
    Hahaha tak! "Same głupoty, 2/10 za plenery w Szkocji" :D
    To będzie chyba mój najbardziej szalony pomysł wątkowy, więc już mam ubaw. ;) Może od wybierania na spotkanie? Ewentualnie jak się umawiają, że się spotkają? To już jak wolisz. :)
    No i jak na dobrego mężusia przystało mogę nam zacząć, bo w sumie lubię zaczynać. Chyba że Ty bardzo chcesz? :)]

    Mężuś

    OdpowiedzUsuń
  12. [Ależ nie ma za co, równie wspaniała synowo. :D W sumie trzeba byłoby coś wykombinować. Chwilowo jestem wyprana z pomysłów, bo jestem po dwóch odpisach na świeżo. Jedyne co mi przychodzi do głowy to fakt, że może Szarlotka z Morganą za plecami Mordzia szukałyby sposobu na to jak jakoś mu pomóc? Bo biedak się z tymi koszmarami męczy i w ogóle, co np. Charlotte by dostrzegła, więc poszłaby z tym do Morgany? Chwilowo na nic bardziej kreatywnego mnie chyba nie stać. :D]

    Morganka

    OdpowiedzUsuń
  13. Piątkowy wieczór. Mordred jak zwykle dość późno skończył pracę. Odkąd zaczął pracować na trzynastym piętrze, niemal każdą wolną chwilę spędzał w pracy. Wreszcie miał jakieś zajęcie, na którym mógł się skupić by nie myśleć w kółko o przeszłości, nie rozpamiętywać porażek, ani nie rozdrapywać na nowo wciąż nie do końca zabliźnionych ran na duszy. Choć teoretycznie powinien cieszyć się z drugiej szansy i nowego życia, wciąż miał wrażenie, że utknął gdzieś w przeszłości. Praca pozwalała choć na chwilę zapomnieć. Skupić się na czymś innym, rzucić w wir obowiązków i jakoś przetrwać. Lubił zostawać po godzinach i siedzieć do późna nad księgami. W swoim mieszkaniu, nie czuł się najlepiej. Może po prostu potrzebował czasu by przyzwyczaić się do tego miejsca? Wciąż jeszcze nie urządził się nawet do końca. Wolne chwile wolał raczej spędzać raczej poza domem... albo po prostu w sieci. Wynalazki doczesnych od początku szczerze go zafascynowały, ale sam nie spodziewał się nawet, że do tego stopnia pochłonie go wirtualny świat. Od jakiegoś czasu niemal każdy wieczór po pracy spędzał przed komputerem. Zwłaszcza odkąd zaczął rozmawiać z pewną dziewczyną. Poznali się przypadkiem na jednym z czatów, zaczęło się od zwykłej rozmowy, potrzeby wygadania się... Mordred nawet nie spodziewał się, że o wiele łatwiej było mu pisać o tym co myśli, niż o tym rozmawiać. A potem, potem zaczął pisać z nią regularnie. O wszystkim. I chociaż nie znał nawet jej imienia, miał wrażenie jakby tak naprawdę znali się od lat. Czasem wydawało mu się to dość dziwne. Ostatni raz, i to niemal od pierwszej chwili, dogadywał się tak dobrze jedynie z Cywyllog... Czasami nowa znajoma wydawała mu się dziwnie podobna do jego żony. Wtedy zwykle tęsknił jeszcze bardziej. Miał chęć ponownie odwiedzić UK, nawet jeśli wiedział, że to bez sensu, że w ten sposób nigdy jej nie odnajdzie.
    Tego wieczora, gdy podczas kolejnej zwyczajnej rozmowy nowa znajoma wspomniała, że od paru tygodni mieszka w NY, zrobił coś szalonego. A może głupiego? Sam nie był pewien. Zaproponował jej spotkanie. Chciał ją poznać. Nawet jeśli twarzą w twarz nie byliby tak rozmowni jak w sieci to i tak chciał się z nią spotkać. Może jakimś cudem w końcu miałby z kim normalnie porozmawiać? W końcu w świecie doczesnych to było zupełnie naturalne, wielu ludzi nawiązywało w ten sposób przyjaźnie... Mordred nie spodziewał nawet, że znajoma tak szybko się zgodzi. Umówił się od razu, na następny dzień, chyba tylko dlatego, by nie dać sobie szansy by jednak się rozmyślić i jakoś wycofać z tej spontanicznej propozycji.
    ~*~
    Szybko pożałował swojej wczorajszej decyzji. Niemal przez cały poranek zastanawiał się co właściwie strzeliło mu do głowy. Nie nadawał się do tego wszystkiego. Do udawania doczesnego, do pakowania się w kolejną przesiąkniętą kłamstwami relację... Bo w końcu tak to się wszystko skończy. Nawet jeśli lubił towarzystwo swojej wirtualnej znajomej i oboje doskonale się rozumieli... to i tak nie mógł przecież powiedzieć jej prawdy. Pewnie uznałaby go za wariata. W sieci wszystko było prostsze, bardziej anonimowe...
    Mimo wszystko zgodnie z ustaleniami postanowił zjawić się na spotkaniu. Umówili się w jednej z licznych kawiarni niedaleko Central Parku. Neutralne miejsce, wśród innych ludzi. Chociaż umówili się dość dokładnie co do miejsca, czasu, a nawet tego jak będą ubrani, Mordred nadal nie miał pojęcia czy jakoś uda im się rozpoznać, w końcu w tego typu miejscach zwykle było pełno ludzi. Przyszedł przed czasem. Sporo przed czasem... Chciał nieco oswoić się z całą tą niecodzienną sytuacją. Był zdenerwowany. Sam nie miał pojęcia czemu, aż tak bardzo denerwował się tym spotkaniem. Przecież to nic takiego. Najwyżej jego znajoma nie przyjdzie, on trochę poczeka przy umówionym stoliku, wypije kawę i wróci do domu. Albo jednak przyjdzie. Porozmawiają pierwszy i zapewne ostatni raz... Nie zakładał nawet innej opcji. Przecież była najpewniej zwykłą doczesną. Takie znajomości i przyjaźnie miały szansę jedynie przez krótki czas lub na odległość.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czekał. Co i rusz zerkając to w stronę drzwi, gdy tylko słyszał, że ktoś wchodzi do środka, to na godzinę. W końcu zauważył przy drzwiach postać dziewczyny, pasującej do opisu jego znajomej z sieci. Zerknął na zegarek. Również przyszła wcześniej. Przyglądał się jej czując, że jest w niej coś dziwnie znajomego... Nie był pewien czy jedynie mu się zdawało czy naprawdę to było coś więcej niż jedynie złudne wrażenie. Kiedy jednak rozejrzała się po wnętrzu, tak że w końcu dostrzegł jej twarz, przez chwilę nie mógł uwierzyć własnym oczom. To była Cywyllog. Co prawda wyglądała jak zwykła elegancka doczesna, ale to była jego Cywyllog... To nie mogło być złudzenie. Zbyt dobrze ją znał. Każdy szczegół jej twarzy, to przenikliwe spojrzenie jej jasnych oczu, to jak się poruszała... i w jaki sposób spojrzała na niego, gdy tylko go dostrzegła. To nie mogło być złudzenie, ani nikt bardzo podobny. Mordred nie wierzył w takie przypadki, to musiała być ona.
      Przez chwilę nie wiedział co powinien zrobić, ani jak zareagować. Nie spodziewał się, że spotkają się w ten sposób. Prawdę mówiąc nie spodziewał się, że w ogóle jeszcze kiedykolwiek w ogóle ją zobaczy. Nie miał pojęcia co powinien powiedzieć lub zrobić. Od ich ostatniego spotkania, jeszcze przed ostatnią bitwą pod Camlann, wydarzyło się tak wiele... Słyszał masę pogłosek o dalszym losie Cywyllog, o jej nowej wierze i tym, że została świętą. Przez chwilę nawet pomyślał, czy po tym wszystkim wciąż coś dla siebie znaczyli. Ale nawet pomimo mętliku myśli w tej chwili był pewien tylko jednego. Nie może ponownie jej stracić. Musiał coś zrobić, cokolwiek.
      W pośpiechu wstał i podszedł do niej. Musiał się przekonać, że naprawdę tu była, że to nie był sen... lub kolejny koszmar, w którym za chwilę znów ją straci.
      – Cywyllog... – miał wrażenie, że z trudem wypowiada jej imię – Proszę powiedz mi, że to nie sen i że nie zwariowałem – odezwał się w końcu, czując jak w jakimś dziwnym śnie. Miał tyle pytań, tyle chciał jej powiedzieć i jednocześnie nawet nie miał pojęcia jak powinien się zachować wobec własnej żony. Uczucia zawsze były dla niego trudne. Dawniej nie spodziewał się nawet, że kiedykolwiek spotka kogoś, kogo pokocha tak jak ją. Cywyllog była dla niego wszystkim, miłością i bratnią duszą, najbliższą osobą jaką kiedykolwiek miał. Gdy ją stracił i utknął w tym świecie znów zamknął się w sobie, odgrodził od wszystkich koszmarnych uczuć, które tylko dodatkowo go raniły. Do tego stopnia, że teraz nie wiedział nawet co właściwie powinien jej powiedzieć.

      Troszkę skołowany mąż

      [Mam nadzieję, że początek jako tako pasuje i nie jest zbyt rozlazły :)]

      Usuń
  14. [O święta Red! Mam nadzieje, że nie bierzesz wzoru ze świętego Jerzego i nie polujesz na smoki? Bo wtedy to chyba wolę raczej iść do Jagi na Jasie w cieście...
    A tak na serio to spóźnione powitanie i powodzenia z drugą postacią! <3]

    Smokeł Drake

    OdpowiedzUsuń
  15. [Dziękuję za zauważenie błędu, który został już poprawiony :D Już wiem czemu mój synek wziął cię za żonkę. Chęć na wątek z "rodziną" zawsze się znajdzie i myślę, że wspólnymi siłami jakoś spleciemy ciekawą fabułę. :) Ps. Mam kokosowe krówki, które są moją kartą przetargową, by mnie nie zabijać!]

    ARTUR

    OdpowiedzUsuń
  16. [cześć! xD *macha ręką w odpowiedzi, głupio licząc na to, że kiedyś, za 100 lat, może wyjdzie coś w sprawie wątku xD]

    Aldi

    OdpowiedzUsuń
  17. (Strasznie mnie interesuje to, jak można połączyć prawnika z religią, więc ja bardzo proszę tak (nawet jeśli przeraża mnie wasza pendragonowa sekta, nic mi się chyba nie stanie???)
    Haiku źle mi się kojarzą, ale tak sobie teraz patrzę i mooże trochę, okej, tylko trochę. I w wątkach pewnie mniej odwalam, nie wiem jak to będzie, dosyć płynny styl mam i ciągle coś się zmienia, aż się boję, bo nagle sobie ustawiłem jakąś poprzeczkę, żeby dorównać temu, jak zjarana jest karta, pomocy
    tak sobie myślę, że moglibyśmy uderzyć jej profesją w coś bardziej osobistego (nie wiem ile zdradzić, żeby sobie rąk nie związać a a), ja tam na prawie się mało znam, więc wydaje mi się, że Noah mógłby wybrać się do Szarlotki z paroma pytaniami odnośnie swojego prześladowcy, a ona pewnie miałaby jakieś pojęcie o tym, w jakiej sprawie uczestniczył wcześniej, nawet jeżeli to tylko kilka tygodni po tej stronie. Poszłoby od nas o zakaz zbliżania się, co prawda byłoby to już nieźle desperackie, skoro Noah nawet jeszcze niczego by na nią nie miał, żadnych informacji, świeża sprawa, także włożyłbym do tego jeszcze emocjonalne roztrzęsienie, żeby to jakiś sens miało, świeża sprawa. Ewentualnie Szarlotka stałaby się świadkiem jego kłótni z osobą X, której ten zakaz ma dotyczyć, a Walsh już potem by się umówił na spotkanie z randomowym prawnikiem i oo, to ta sama osoba, co za zbieg okoliczności???
    Dlatego ja nigdy nic nie wymyślam???)

    —noah

    OdpowiedzUsuń
  18. [Ja tak z wielkim opóźnieniem, ale witam pięknie drugą połówkę mojego ulubionego pomiotu szatana i mam nadzieję, że sprowadzisz go jakoś na dobrą drogę, żeby był grzeczny. :)
    A tak na serio to zachwycam się i postacią i KP. Chociaż uwielbiam legendy arturiańskie to nie znałam wcześniej Cywyllog (choć coś mi się o uszy obiło). Świetna postać! Życzę dużo dobrej zabawy, a jak masz chęć na wątek to wpadnij do mnie. :)]

    Percy

    OdpowiedzUsuń
  19. Wciąż jeszcze nie do końca dotarło do niego to, co stało się przed chwilą. Miał mętlik w głowie. Cała sytuacja wydawała mu się tak abstrakcyjna i nieprawdopodobna, że to nie mogło dziać się naprawdę. Dopiero, gdy jego żona objęła go z całych sił zaczął uświadamiać sobie, że to wszystko było jak najbardziej realne. To nie mógł być sen... Naprawdę tu była, naprawdę obejmowała go tak mocno, jakby nie chciała wypuścić go nawet na sekundę. Przez chwilę pomyślał, że teraz nie potrzebuje już niczego więcej do szczęścia, byle tylko już nigdy nie rozstawać się z żoną. Niemal natychmiast również objął ją, przytulił do siebie z całych sił, kurczowo zaciskając dłonie na jej płaszczu. Tak bardzo za nią tęsknił... Teraz, gdy w końcu znów trzymał ją w ramionach odczuwał to wręcz ze zdwojoną siłą, nie rozumiejąc jak w ogóle potrafił funkcjonować z tak wielką pustką w życiu.
    Uśmiechnął się na chwilę słysząc jej słowa. Rzeczywiście to musiał być cud. Dar od losu lub bogów... Było mu wszystko jedno od kogo. Od boga, bogini, albo i samego szatana. Liczyło się tylko, że jakimś cudem odnaleźli się w tym ogromnym i dziwacznym świecie. Niemal natychmiast poczuł żal do samego siebie, że jak zwykle wątpił, że nawet w tak cudownym zbiegu okoliczności doszukiwał się tego co mogło pójść nie tak i z góry przygotowywał się na porażkę. Przecież tak niewiele brakowało, a zrezygnowałby ze spotkania. Gdyby tylko miał więcej czasu do chłodnego namysłu pewnie straciłby jedyną szansę na odnalezienie swojej ukochanej. Dlaczego nie mógł po prostu korzystać z szansy, zamiast wszystko kalkulować? Nawet teraz nie potrafił w pełni cieszyć się z tego, że znów ma swoją ukochaną Cywyllog. Gdzieś podświadomie wciąż dręczyły go myśli i obawy, że wcale nie wszystko jest tak piękne jak się wydaje. Nie chciał o tym myśleć. Nie teraz... Dlaczego nie mógł choć raz wierzyć, że będzie dobrze?
    Drżącymi z emocji wargami pocałował delikatnie jej skroń. W tej chwili najchętniej ucałowałby jej słodkie usta, zupełnie jak kiedyś... Gdy zdarzało im się nie widzieć przez dłuższy czas i gdy w końcu wreszcie po tygodniach rozłąki znów mogli być razem. Z każdą chwilą czuł, że coraz mniej panuje nad emocjami. Do oczu napływały mu łzy, sam nie był pewien czy z powodu radości czy wzruszenia. Zamrugał szybko, starając się jakoś opanować. Nie czuł się tu najlepiej, w otoczeniu tak wielu ludzi, którzy chcąc nie chcąc obserwowali całą tą scenkę. Nawet jeśli niektórzy życzliwie uśmiechali się, biorąc ich pewnie za zwyczajną zakochaną parę, Mordred i tak czuł się tym przytłoczony. W tej chwili chciał być tylko z żoną, chciał móc z nią swobodnie porozmawiać, bez świadków i obserwatorów. Chciał powiedzieć jej wszystko co tylko było ważne, dowiedzieć się co się z nią działo, zapytać o tyle rzeczy... Ubiegła go jednak swoim pytaniem.
    Odsunęła się na tyle, że mógł spojrzeć jej w oczy.
    – Lata? Przecież nie minął jeszcze pełen rok... – odparł zaskoczony, zanim zrozumiał o czym mówiła. W pierwszej chwili pomyślał, że być może stracił poczucie czasu i dochodził do zdrowia znacznie dłużej niż przekazała mu Morgana. Okłamała go? Zaraz potem przypomniał sobie jeszcze o czymś innym. Słyszał o tym dawno, zanim jeszcze porzucił nauki u druidów, by zostać rycerzem. Parę razy obiło mu się to o uszy również w Fabletown. Było wiele portali prowadzących do tego świata. W różnych miejscach i w różnym czasie. Nigdy jakoś nie zagłębiał się w ten temat. Więcej czasu i energii poświęcał na szukanie informacji o Cywyllog. Czy to w źródłach doczesnych, czy też przybyszów z baśniowego świata.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – Ile lat minęło? – zapytał, starając się zachować spokój. Myśl, że żyła latami wierząc w jego śmierć, bez jakiejkolwiek nadziei, godząc się z tym, że już nigdy się nie spotkają wydała mu się straszniejsza nawet od tego o co właśnie go zapytała... Że pozwolił jej w to wierzyć. Przygryzł nerwowo wargi, czuł, że musi jak najszybciej jej to wyjaśnić, nawet jeśli to nie było dobre miejsce na rozmowę.
      Wciąż nie wypuszczał jej z objęć. Teraz jednak odruchowo trzymał ją za ramiona, może nawet nieco zbyt mocno, w obawie, że zechce odsunąć się bardziej, lub co gorsza odejść.
      – Kochanie... Nigdy bym tego nie zrobił. Trafiłem tu... do Fabletown niecały rok temu. I uwierz mi, szukałem cię. Szukałem jakiejkolwiek informacji o tobie i tym czy też przeniosłaś się do tego świata. Potem szukałem nawet czegokolwiek w historiach doczesnych. Byłem w UK, znalazłem nawet kościół twego imienia i trochę starych legend... – pomijał w tej chwili kwestię tego jakich rewelacji dowiedział się na temat swojej żony, ani pytań czy to prawda, nie to było teraz najważniejsze.
      – Posłuchaj mnie... – oparł się czołem o jej czoło, mówił cicho, by nikt z ludzi obecnych dookoła nie słyszał o czym rozmawiają. Teraz jednak jeszcze bardziej ściszył głos – Nigdy nie zostawiłbym cię w tamtym świecie, ani nie pozwoliłbym ci żebyś wierzyła w moją śmierć. To co stało się pod Camlann... i potem... Przysięgam ci, że nie... – zawahał się przez chwilę jak właściwie miał jej to powiedzieć, to co stało się po bitwie było czymś o czym nie chciał rozmawiać. Nie rozmawiał o tym nawet ze swoją matką, która jako jedyna wiedziała przez co przeszedł. Wiedział też, że jeśli była na świecie osoba, której bez wahania gotów był opowiedzieć wszystko... to była to tylko jego Cywyllog. Ale to nie było dobre miejsce na taką rozmowę – Przysięgam ci, że opowiem ci wszystko co się stało. Ale to jest coś o czym wolałbym porozmawiać z tobą w cztery oczy... Proszę cię, teraz uwierz mi na słowo, że nie mogłem po ciebie wrócić. Gdybym tylko mógł, pierwsze co bym zrobił to przyjechał po ciebie i zabrał ze sobą...

      Mężuś <3

      Usuń
  20. [Czy kościół lucjanistyczny się liczy? Bo jeśli tak to smok bardzo grzecznie tam chodzi co niedzielę, a nawet co piątek! :)
    Zmiany wciąż w toku, bo się spełniło moje marzenie Skyrimowe.
    Btw. Wpadnij do mnie, bo nie wiem czemu wątku nie mamy. Upieczmy jakiegoś Jasia w cieście z Jagą albo pójdźmy polować na niewierne dziewice z Szarlotką... Czy coś. ;)]

    Smokeł Drake

    OdpowiedzUsuń
  21. [Wtedy pozostaje ustawić do poziomu. xD
    Dziękuję, bo mnie właśnie też! :D Tak... najpierw co prawda miałam zatrudnić Yvaina w sklepie Nimue, ale nadmiar drzew mógłby zaszkodzić mu na psychikę, zatem lepiej niech się zajmie zielskiem u Jagi. ;) I dziękuję, na pewno się po wątuś zgłoszę.
    I pewnie, mogę śmiało pisać na dwa wątki, czemu nie. :)
    To by było raczej: "Mój klient jest zdrowy, robił testy i nie wykryto żadnego IQ" :D Chociaż nie wiem czy Percy w całej swojej pozytywności zdołałby się jakoś prawu narazić. xD Ostatecznie zawsze też możemy się spotkać w kościele, bo Percy bardzo gorliwie się modli o to by w końcu udało mu się zdać egzaminy, dostać na studia i zostać Indianą Jonesem. xD]

    Percy (i Yvain z roboczych)

    OdpowiedzUsuń
  22. [ a zdążyłam przeczytać, a jakże :D ale już grzecznie zapominam!
    ja wymyśliłam (dosłownie chwilę temu, nim kliknęłam ikonkę bloga xD) że Morgause mogłaby mieć kłopoty natury prawnej. Byłaby podejrzana o morderstwo kogoś z Doczesnych i potrzebowałaby adwokata/radcy/szarlotki by jakoś się wybielić i w międzyczasie mogłyby prowadzić własne śledztwo w tej sprawie, bo Morgause takich zwykłych, nic nie wartych Doczesnych to nie rusza, bo i na co jej oni? A dla czystej satysfakcji chciałaby udowodnić, że to nie ona i że w ogóle była grzeczną wiedźmą.
    Z racji tego, że to prowadziłaby policja Doczesnych, to nie mogłaby łupnąć nikogo zaklęciem by się odczepili, a skoro Szarlotka pomaga baśniowcom w poczebie to sama rozumisz... :D oferuję dodatkowo niespodziewane wejścia smoka tudzież bazyliszka jako przerywnik w kryminalnym wontku!
    Koszt: 2,50 fabledollars i rozpoczęcie...xD]

    Morgause z pomysłem

    OdpowiedzUsuń
  23. [Tak teraz wpadłam na pomysł... może byśmy zakończyły na tej pomocy w teraźniejszości, a zaczęły w przeszłości? Bo z autorką Mordzia miałyśmy ustalone wcześniej, że Morgana mogła pomóc Cywyllog w otruciu Merlina. W sensie, że znalazła przykładowo odpowiednio skuteczne składniki i jej dostarczyła. Wtedy byłoby dłużej i miałoby to ręce i nogi. Bo jakby tak zacząć od Fabletown, że się znajdą to tak hm... mało wiadomo skąd się znają i w ogóle. Co Ty na to? ;)]

    Morganka

    OdpowiedzUsuń
  24. [Dasz radę, zdolna jesteś! Notki to pokazały! :D I myślę, że tak byłoby lepiej, gdyby jednak miały o sobie pojęcie. Zwłaszcza, że Morgana nowo poznanej osobie bez niczego by nie pomogła. A wiedząc, że to żona syna, jeszcze chce zabić śmiertelnego wroga, to bardzo chętnie! I wiesz, to dobry pomysł. Będzie można fajnie rozwinąć relację i będziemy miały większe pole do popisu. A tu Cię zaskoczę, bo jeśli byłoby Ci łatwiej, to mogę zacząć ja, nie ma problemu! :D
    A w tamtym czasie Morgana mogła być w sumie wszędzie... Albo mieszkała w zamku, który sobie zajęła (w pobliżu Camelotu), albo gdzieś w okolicach Północnej Walii, albo mogła nawet przybyć do Mordzia i Cywyllog, bo mogła dostać wiadomość.]

    Morganka

    OdpowiedzUsuń
  25. – Kilka lat... – wyszeptał w szoku.
    Wciąż nie mógł uwierzyć w to, co właśnie usłyszał. Przez kilka lat jego żona, żyła wierząc, że jest wdową i straciła wszystko, podczas gdy on... Momentalnie poczuł żal do samego siebie, że przez cały ten czas dla niego minął ledwo rok. On układał sobie życie w nowym świecie, zadręczając się tym, że nie może nic zrobić by odzyskać ukochaną, gdy ona przez kilka lat żyła w koszmarnym przekonaniu o jego śmierci. I mimo to wciąż mu ufała i wierzyła w jego zapewnienia.
    Gdy tylko poczuł jej łagodny dotyk na swojej twarzy, łzy które z trudem udało mu się powstrzymać na nowo napłynęły mu do oczu. Tak bardzo za nią tęsknił. W tej chwili nie obchodziło go już nic, byle tylko nie rozstawać się z nią nawet na chwilę. Najchętniej w ogóle nie wypuściłby jej z ramion. Tym bardziej niechętnie oderwał się od niej. Odruchowo mocniej ścisnął jej dłoń, jakby w obawie, że Cywyllog za chwilę zniknie, rozpłynie się w powietrzu, jeśli tylko choć na chwilę puści jej dłoń.
    Opuścili kawiarnię. Chłodne powietrze i odrobina przestrzeni, z dala od ludzkich spojrzeń, sprawiły, ze odetchnął z pewną ulgą. Nie miał pojęcia dokąd właściwie idą i było mu wszystko jedno, byle tylko choć na chwilę znaleźć się gdzieś na osobności. Co prawda, najchętniej zabrałby żonę do siebie do Woodlnads. Mogliby w spokoju zostać ze sobą sam na sam, porozmawiać, wyjaśnić wszystko. Ale mieli sobie zbyt wiele do powiedzenia. Musiał opowiedzieć jej chociaż to co było najważniejsze i zapytać, o to co go najbardziej dręczyło... co działo się z nią przez tych kilka lat, czy naprawdę się nawróciła i zamknęła w klasztorze... i czy w takim razie nadal była jego żoną. Dopiero potem będą mogli porozmawiać spokojnie o całej reszcie.
    Gdy w końcu zatrzymali się w jakimś zaułku rozejrzał się tylko, by upewnić się, że są tutaj sami. Spojrzał z powagą na żonę, która ujęła jego twarz w dłonie. Przez chwilę nie miał pojęcia co powiedzieć. Tym bardziej gdy usłyszał ton jej głosu i zobaczył na jej twarzy łzy. Zawsze była taka dzielna i silna, tak inna niż te wszystkie rozpieszczone damulki z Camelotu. Zawsze tak bardzo się starała nad sobą panować... oboje to robili, ukrywali swoje emocje przed światem i chronili się nawzajem.
    – Już dobrze... – powiedział łagodnie, starając się ją uspokoić i delikatnie ocierając jej łzy – Już dobrze kochanie. Odnaleźliśmy się i już zawsze będziemy razem, obiecuję ci to. Tak bardzo tęskniłem... I przepraszam, przepraszam za wszystko.
    Nie wytrzymał. Przytulił ją znów. Gwałtownie i z całych sił, nie przejmując się już niczym, nawet tym, że nie był w stanie dłużej powstrzymywać napływających do oczu łez.
    – Przepraszam cię – powtórzył znowu, tuląc ją do siebie – za to, że tyle przeze mnie przeszłaś. I za te wszystkie lata, tak bardzo cię przepraszam.
    Z trudem powstrzymał się od dalszych wyrzutów względem siebie. Rozsądek podpowiadał mu, że przecież nie mógł nic na to poradzić. Życie nigdy ich nie rozpieszczało, kto wie może tak naprawdę, gdyby na siebie nie trafili, byłoby jeszcze gorzej. Mordred chciał wierzyć, że teraz będzie lepiej i wreszcie jakoś się ułoży, ale... mimo wszystko nadal w to nie wierzył. Artur wciąż żył, więc wszystko przez co przeszli, całe cierpienie i lata rozłąki, to wszystko poszło na marne.
    Rozluźnił nieznacznie objęcia i odsunął się odrobinę, na tyle by znów móc spojrzeć żonie w oczy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – Wiesz, co wydarzyło się pod Camlann, prawda? – zapytał, choć był pewien, że wiedziała. Skoro doniesiono jej o jego śmierci, to pewnie i o przebiegu bitwy – Nie mówiłem ci tego przed bitwą, bo nie chciałem cię martwić, ale miałem przeczucie, że stanie się coś bardzo złego i już nie wrócę. Dlatego próbowałem negocjować, byle tylko nie dopuścić do walki. Dałem Arturowi ostatnią szansę, ale nie posłuchał. Zbyt wierzył w swoją przepowiednię, by zakończyć to pokojowo. Doszło do bitwy, a ja zabiłem Artura, czy raczej śmiertelnie go raniłem. Nie wiem jakim cudem, ale znalazł dość siły, by przebić mnie Excaliburem. Niewiele pamiętam z tego co działo się potem. Wiem, że myślałem o tym, że zaraz umrę i chciałem by to już jak najszybciej się skończyło... – Mordred na chwilę przerwał. Chociaż minął prawie rok, wciąż czuł się dziwnie na samo to wspomnienie. Gdyby nie to, że każdego dnia widywał wciąż jeszcze dość wyraźną bliznę po tamtej ranie, pewnie miałby wrażenie, że to wszystko przydarzyło się komuś innemu. Nawet teraz miał wrażenie, że opowiadał Cywyllog nie swoje przeżycia, ale jakąś całkowicie oderwaną od rzeczywistości historię. Starał się mówić spokojnie, bez emocji, zupełnie jakby to go nie dotyczyło... Może tak po prostu było łatwiej?
      – Pamiętam jedynie jakieś urywki z bitwy, pole pełne trupów. Widziałem jednego z rycerzy, jak zabierał ciało Artura. Pamiętam też jak ten rycerz wyrwał ze mnie Excalibur. Nie mam pojęcia czy myślał, że umarłem czy wiedział, że wciąż żyłem. W każdym razie nawet nie próbował mnie dobić. Potem było gorzej... Musiałem chyba stracić przytomność, bo nie pamiętam co się działo aż do momentu kiedy znalazł mnie Lancelot. Kazał opatrzyć mi rany, żebym... jak on to ujął „nie umarł zbyt szybko” chyba jakoś tak, nie pamiętam tego dokładnie – odetchnął głębiej, wiedząc, że powoli zbliża się do tego co najgorsze – Zabrał mnie gdzieś. Nie mam pojęcia gdzie, ale jechaliśmy co najmniej kilka dni. Sam nie wiem ile czasu minęło i w samej podróży i potem. Gdy poczułem się na tyle lepiej, żeby móc w miarę przytomnie przemyśleć sytuację to... – po raz kolejny przerwał, nie chciał o tym mówić. Pierwszy raz opowiadał o tym co się stało i z każdą chwilą coraz bardziej czuł, że nie chce nawet tego wspominać. Z trudem zmusił się by mówić dalej. Dla Cywyllog. Należały jej się wyjaśnienia, powinna wiedzieć wszystko. Wiedział, że on sam poczuje się lepiej, jeśli jej o tym opowie. Odruchowo odwrócił wzrok. Wolał nie patrzeć żonie w oczy w obawie, że nie da rady dokończyć tej historii. Mówił teraz dziwnie mechanicznie, jakby starannie recytował z pamięci jakiś tekst.
      – Lancelot zabrał mnie do podziemi. Tam, gdzie urządził grób dla Gwen. Powiedział, że to wszystko moja wina. Zniszczyłem Camelot, zabiłem Artura, że przeze mnie Albion upadł, a Gwen umarła. Że nie zasługuję na litość, ani na godną śmierć jak Artur. Zamknął mnie tam... zamurował w tym lochu-grobie, żebym tam umarł. Z pragnienia, głodu albo od ran, wszystko jedno. Popełniłem wtedy błąd... – uśmiechnął się nerwowo, patrząc w jakiś nieistniejący punkt – Pomyślałem wtedy, że skoro posiadam magiczną moc, to mógłbym jakoś się uwolnić. Przecież mury to nic takiego. Przeliczyłem się. Byłem zbyt słaby przez ranę, a to mnie tylko dodatkowo wyczerpało. Potem zrobiłem kolejny błąd. Uznałem, że skoro nie mam dość sił, by się uwolnić to może dam radę choć trochę się uleczyć. To było głupie... ale nie myślałem wtedy racjonalnie. Niepotrzebnie to robiłem. Chyba domyślasz się co było potem, prawda? – na chwilę odważył się spojrzeć na żonę, ale nie na tyle by spojrzeć jej w oczy. Po raz kolejny odetchnął głęboko, miał wrażenie, że jest mu dziwnie duszno.

      Usuń
    2. – Nie wiem co wtedy było najgorsze. Ból, pragnienie, głód... wszechobecny odór i robactwo... szczury? Chciałem wtedy umrzeć. Byle tylko ten koszmar się już skończył. Ale byłem zbytnim tchórzem by coś zrobić. A potem nie miałem już na to siły. Później pamiętam już tylko, że ktoś zabraniał mi zasypiać. Wtedy myślałem, że to byłaś ty. Dopiero potem okazało się, że to Morgana mnie znalazła i zabrała przez portal do tego świata. Nie pamiętam tego... ocknąłem się dopiero w szpitalu. Podobno byłem w takim stanie, że Morgana nie potrafiła sama mnie uleczyć. Nie wiem skąd wiedziała gdzie ma mnie szukać, ani dlaczego nie wysłała do ciebie choćby wiadomości... Znów popełniłem błąd, bo uwierzyłem jej, że działała bez zastanowienia, byle tylko mnie uratować. – ostatnie słowa powiedział z dziwnym rozgoryczeniem. Nie mógł się opędzić od myśli, że Morgana celowo nie powiedziała nic Cywyllog. Może tak naprawdę było jej to na rękę? W końcu przez jakiś czas miała go tylko dla siebie i mogła nareszcie odgrywać rolę kochającej matki.

      Mąż <3

      Usuń
  26. [Lubię wymyślać, więc może coś epickiego nam podrzucę. ;)
    Chociaż przyznam się, że mam słabość do wątków totalnie trolololo i nie na poważnie, więc ta opcja kusi i to bardzo.
    A z takich poważniejszych pomysłów to:
    Możemy wykorzystać wspaniały zawód Szarlotki i smokowe problemy z braciszkiem. Powiedzmy braciszek znowu coś przeskrobał i smok stara się go wyciągnąć z tarapatów i przymusowego osiedlenia na farmie lub w pierdlu... no i tak trafia akurat na Szarlotkę. A żeby trochę urozmaicić i ubogacić (ale nie kulturowo) historię to... jako że Szarlotka to "kombinatorka" to mogłaby coś właśnie kombinować. I na przykład chciałaby zdobyć jakiś artefakt z podziemi lub informacje o czymś w zamian za pomoc. Może nawet pomogłaby całkowicie zatuszować jakiś wyskok braciszka jeśli Drake pomoże jej w czymś? Niby Drake jest grzeczny i nie chce się pakować w dziwne układy, ale też dla swojego braciszka zrobi wszystko, więc można by to było wykorzystać. :)
    Albo opcja numer dwa - idziemy na całość totalnie trololo i serio będziemy piec Jasie w cieście i grillować niewiernych xD]

    Drake

    OdpowiedzUsuń
  27. [W sumie z autorką Mordzia miałyśmy rozkminę, czy Mordred z racji tego, że się z Morganą pogodził, to może zaprosił ją nawet na pogański ślub z Cywyllog. Więc może coś w ten kierunek? Akurat by się dogadały, a potem następne spotkanie to knucie, albo i dalsza część tego... :D
    W sumie, właśnie trzeba to ogarnąć! :D My z autorką Mordzia to się przymierzałyśmy do tego i wyszło, tak wstępnie, że Morgana na widok umierającego Mordreda nakręciła się na działanie i chciała jak najszybciej go zabrać stamtąd, więc nie pomyślała o tym. Prosto zabrała go do portalu we Mgłach. Ale możemy zrobić, że wróciła na drugi dzień i przekazała komuś list, ale powiedzmy jakiś rycerz Artura po drodze zakatrupił posłańca, bo wszystko kojarzące się z Mordredem i Morganą to zło i list nigdy nie doszedł. Myślisz, że ma to sens? ;)
    Nie ma problemu, zrobię to. Teraz nadrabiam jeszcze zaległości, dwa wątki i biorę się za początki! :D]

    Morganka

    OdpowiedzUsuń
  28. Minęło parę tygodni, odkąd Mordred opuścił twierdzę zajmowaną przez Morganę. Znajdowała się ona zaledwie pół dnia drogi od Camelotu, więc trudno było odebrać wybór lokacji inaczej, niż jako jawną kpinę z brata. Po odbiciu Mordreda z rąk Morgany, Artur już więcej nie wysłał patrolu w tamte rejony. Przypuszczała, że ze strachu, bądź - ku swojemu zdziwieniu, że w ogóle tak pomyślała - rozwagi. Ale być może naprawdę zrozumiał, że gdyby dalej to robił zabrakłoby mu w końcu rycerzy. Jemu samemu, w ów dzień pozwoliła odejść cało, ale tylko przez wzgląd na syna. Miał on bowiem ustalony plan, którego osobiście jednak nie popierała. Uważała, że Mordred działa zbyt wolno. Mając tyle okazji do zabicia króla, sama uczyniłaby to już kilkakrotnie. Szybko i bez zastanowienia, bo i nad czym tu się zastanawiać? Nie komentowała tego, wszak sama obiecała mu jedynie wsparcie dobrą radą i ewentualnym działaniem, jeśli będzie tego potrzebował. I, chociaż niezwykle trudno było jej się tamtego dnia powstrzymać, dotrzymała słowa. Kiedy jej brat zjawił się w twierdzy, nawet nie zagroziła mu utratą życia.
    Jednakowoż, prawdziwym cierniem w boku był Merlin. Czarownik, który odpowiedzialność ponosił nie tylko za rzeź niewinnych istnień w przeszłości, ale i za niepowodzenia czarownicy w próbach przejęcia tronu. Gdy już wreszcie się jej to udało, Merlin zabrał Artura w bliżej nieokreślone miejsce. Tylko to uratowało mu życie i tylko to sprawiło, że jak szybko zdobyła władzę, tak samo szybko ją straciła. Złość, jaka wówczas przepełniła Morganę, była większa od tej, którą poczuła w chwili poznania prawdy o swoim pochodzeniu. I większa, niż towarzysząca jej w dzień, w którym Mordred stanął w obronie Artura. I bynajmniej, nie kierowała jej wobec syna, ale wobec jego ojca. Odebrał Morganie wszystko, co posiadała. Na jego rzecz się jej wyparto. Jemu przypadły tron i korona Camelotu. A na domiar złego, jak wówczas myślała, zyskał sojusznika w dziecku, które przed laty pragnąłby zabić. I z pewnością by to uczynił, gdyby tylko dowiedział się, że chłopiec jednak przeżył. Odetchnęła z prawdziwą ulgą, kiedy poznała zamiary Mordreda. Nie układał się z Arturem, co ostatecznie uczyniło ich sojusznikami.
    (...)
    Będąc w drodze do miejsca spotkania, podanego w otrzymanym kilka nocy temu liście, przypomniała sobie tamte krótkie dwa dni. Obydwoje z Mordredem odnieśli mały sukces w naprawieniu - a może raczej - w nawiązaniu na nowo relacji. Nie spodziewała się, że młody druid z miejsca się przed nią otworzy i powie wszystko. Owszem, była jego matką, w dodatku biologiczną. Aczkolwiek, dotychczasowa rola Morgany sprowadzała się wyłącznie do urodzenia go. W rzeczywistości stała się do niego zupełnie obcą osobą. Spodziewała się, że nawet spędzony wspólnie krótki okres czasu w Avalonie, który trwał zaledwie rok czasu, do tej pory był już jedynie mglistym wspomnieniem.
    Niespodziewane zawiadomienie o ślubie syna mocno zaskoczyło wiedźmę. Musiał znać tę dziewczynę wcześniej… a przynajmniej już wtedy, gdy był w zamku. Dlaczego więc o niej nie wspomniał? Obawiał się reakcji Morgany? A może jeszcze wtedy nie ufał jej na tyle, by to zrobić? I co skłoniło go do tego, by jednak ją zaprosić?
    – Powinniśmy się zatrzymać. Został niecały dzień drogi, a nocą łatwo się zgubić. – z zamyślenia wyrwał ją męski głos należący do jednego z jej ludzi. Obejrzała się na towarzysza i kiwnęła głową. Miał rację. Gdy uniosła wzrok, poprzez korony wysokich drzew prześwitywały ostatnie czerwone promienie zachodzącego słońca. A nad wschodnim niebem, górowała już blada tarcza Księżyca. Został zatem niecały kwadrans, gdy świat zacznie spowijać mrok nocy. Dalsza część drogi wiodła przez głębszy wąwóz, wobec tego głupotą byłaby podróż w ciemności.
    – Znajdźcie miejsce – zadecydowała. Zsiadła z konia, którego przypięła do drzewa, tuż obok płynącego wąskiego strumyka. W drodze powrotnej zebrała trochę cienkich gałęzi do ogniska, które już zostało rozpalone.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – Reszta wie, dokąd jedziemy? – spytała, upuszczając zebrany opał przy ognisku, po czym usiadła na przygotowanym dla niej pledzie szczelniej okrywając się długim płaszczem.
      – Nikt o niczym nie wie. Tak jak kazałaś, pani – odpowiedział drugi z mężczyzn i skłonił lekko głowę w geście szacunku.
      Takich ludzi potrzebowała. Wypełniających jej rozkazy bez najmniejszego zastanowienia i zwątpienia. Do tego pełnych zaufania, bo pojechali, mimo że nie zdradziła im sekretu dotyczącego druida, który zaprosił ją na swój ślub. Data nie wzbudzała podejrzeń, albowiem Beltane było często dniem pogańskich ślubów. A nazbyt ciekawi się nie wydawali. A przynajmniej tak było do czasu.
      – Jeśli wolno spytać – zaczął kolejny. – Kim jest ten druid? – obydwoje zwrócili wzrok ku Morganie, oczekując pewnie krótkiego przedstawienia osoby owego druida. A skoro już spytali, nie zamierzała długo trzymać ich w niepewności.
      – Poznaliście go jakiś czas temu. To Mordred. Jest naszym sojusznikiem – odparła. – A wysłał zaproszenie, bo zna mnie z Avalonu. – nie mieli powodów by nie wierzyć, a i mocno nie nagięła prawdy… Poznali się w Avalonie, a chłopak miał wówczas około czterech lat. Pominęła wyłącznie fakt, że był jej synem ale ze względu na bezpieczeństwo.
      Położyła się spać i okryła się dokładnie wełnianym kocem. Choć zbliżało się lato, noce nadal bywały chłodne. Zwłaszcza w lesie, gdzie promienie słoneczne o tej porze roku, przez gęste listowie docierały z trudem, a więc ziemia potrzebowała więcej czasu na nagrzanie. Wyruszyli w dalszą podróż z samego rana. Cały ten czas zastanawiała się, czego spodziewać się po kobiecie, która Mordred miał pojąć za żonę. Czy była odpowiednia? Czy nie miała zakłócić jego planów? Czy zamierzała mu chociaż pomóc? Oraz, przede wszystkim, czy to nie był wymysł Artura?. Niczego nie była pewna. Jednak szczerze wątpiła, by Mordred ślepo słuchał się młodego króla. Prędzej to syn Morgany mógł do czegoś zmusić Artura, niż odwrotnie. A zatem, może dziewczyna jest sojuszniczką?
      – Lady Morgano, dojechaliśmy na miejsce – oznajmił mężczyzna.
      – Zgodnie z obietnicą, przez najbliższe dni nie zwracajcie na siebie uwagi – poleciła, po czym ponownie stanęła na twardym gruncie. Pochwyciła wodze i podprowadziła zwierzę dalej.
      Była jeszcze dosyć daleko, lecz dostrzegła sylwetkę Mordreda rozmawiającego z jakąś kobietą. Spodziewała się, że to Cywyllog. Jasno-rudawe włosy jednoznacznie określały jej pochodzenie, ale to ku niej skierowała swoje kroki. Tym razem sama, albowiem ludzie dostawszy pozwolenie, od razu poszli w jedynie sobie znaną stronę. Do dnia powrotu mieli wtapiać się w tłum.
      – Szukam Mordreda – odezwała się. Jeśli była to Cywyllog, być może ją rozpozna. Skoro została zaproszona, Mordred musiał kobiecie wspominać o matce, bądź jakkolwiek postanowił przedstawić przed nią jej osobę.

      [Okej, coś tam naskrobałam. I mówiłam, że będzie dzisiaj! :D Mam nadzieję, że całkiem znośne. W razie czego, czekam na skargi i zażalenia! :D]

      Morganka

      Usuń
  29. Chociaż ciężko było mu o tym opowiadać, poczuł dziwną ulgę, że powiedział jej o tym wszystkim. Teraz będzie lepiej... Nie miał co prawda pojęcia, dlaczego miałoby być lepiej. Przecież nie zmieni się nic, z wyjątkiem tego, że Cywyllog o wszystkim wie. Przez moment pomyślał nawet czy ta wiedza jakoś nie odbije się na nich. Co jeśli postanowią nagle wrócić do tego tematu? Odrzucił te myśli jak najszybciej. Będzie lepiej. Wiedział to. Czuł z całego serca. Do tej pory dzielił z żoną każdy sekret i jeszcze nigdy nie żałował tej otwartości.
    Nie musiała nic mówić. Wystarczyło, że była tu przy nim, że czuł jej bliskość. To pomagało mu bardziej niż jakiekolwiek słowa. Zresztą i tak wolał nie rozmawiać na ten temat. Cywyllog wypłakała już dostatecznie wiele łez, opłakując jego śmierć. Nie chciał by jeszcze dodatkowo zadręczała się tym co się stało. Nie obchodziło go co działo się wcześniej, ani co by było gdyby... Przytulił ją. Nie potrzebował nic więcej, tylko jej bliskości, by znów poczuć się choć trochę lepiej. Tylko w objęciach swojej żony był w stanie odnaleźć prawdziwy spokój... Nawet jeśli w tym samym momencie oboje mówili o śmierci wrogów.
    – Jest coś, co powinnaś wiedzieć o Arturze – dodał cicho.
    Wiedział, że nie może zignorować jej słów o Arturze, ani tym bardziej ukrywać przed nią tego, co sam wiedział. Tylko jak miał powiedzieć ukochanej, że człowiek, który od początku niszczył im życie nie zginął? Że wszystko o co walczyli poszło na marne? Że te wszystkie lata i cierpienia były bezcelowe? Mógł co najwyżej pocieszyć ją faktem, że Arturowi nie powodziło się najlepiej, że teraz w końcu role się odwróciły... ale czy to wystarczało? Tym bardziej, że jak na ironię Artur wydawał się usatysfakcjonowany swoim obecnym życiem, podczas gdy Mordred jakimś cudem nie potrafił w pełni cieszyć się pieniędzmi i pozycją w Woodlands. Może teraz, gdy wreszcie odnalazł Cywyllog jakoś się to zmieni, ale... Co miał jej powiedzieć? Owszem, mógł obiecać jej, że wspólnie się zemszczą się za wszystko. Nie był jednak pewien czy i tym razem nie skończy się to tragicznie. Coraz częściej przyłapywał się na tym, że Merlin być może miał rację. Może takie było przeznaczenie? Mieli zginąć razem albo wcale...
    – Artur też żyje. I też jest tutaj... nie powodzi mu się co prawda najlepiej, ale nie umarł – powstrzymał się przed dodaniem słów „i wszystko poszło na marne”, wolał skupić się na pozytywnych stronach. Cywyllog miała rację, Artur powinien cierpieć... i będzie cierpiał. Za wszystko, co oboje musieli przez niego przejść – Może to i lepiej. Śmierć na polu bitwy była za prosta. Teraz oboje możemy zemścić się na nim jak trzeba, sprawić by cierpiał tak, jak na to zasługuje.
    Przez chwilę milczał. Dopiero kolejne słowa żony sprawiły, że poczuł się nieswojo. Mimowolnie zastanowił się co zrobiłby na jej miejscu. Gdyby to ona zginęła, czy miałby dość sił by się pożegnać, pochować jej ciało? Aż za dobrze pamiętał jak potwornie bolała go śmierć synów. Gdyby stracił jeszcze ukochaną, pewnie nie miałby już sił. Wolał nawet o tym nie myśleć.
    – Przestań – powiedział gwałtownie, niemal wpadając jej w słowo – nawet tak nie mów. Nie mogłaś nic na to poradzić, nie chcę nawet o tym słyszeć.
    Delikatnie gładził jej włosy, wciąż tuląc ją do siebie.
    – Posłuchaj... gdyby tobie coś się stało, też nie potrafiłbym się pożegnać. Dlatego nawet nie pozwoliłbym ci iść ze mną, prędzej zamknąłbym cię w lochu, byle tylko trzymać cię jak najdalej od bitwy – starał się brzmieć spokojnie, zmusił się nawet do uśmiechu, byle tylko przerwać to zadręczanie się przeszłością. Znał Cywyllog na tyle dobrze, że doskonale widział jak wielkie emocje się w niej kotłują. Nie chciał by niepotrzebnie się obwiniała lub wyrzucała sobie coś na co nie miała wpływu. Poza tym... sam miał wiele pytań.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – Powiedz mi lepiej co działo się z tobą przez te wszystkie lata... – zmienił temat, teraz kiedy powiedział jej wszystko co najważniejsze, sam chciał jak najszybciej dowiedzieć się tego co działo się z nią – Gdzie byłaś? Słyszałem o Tobie masę dziwnych historii. Podobno nawet obwołano cię świętą... – powiedział, nie do końca pewien jej reakcji. Chyba pierwszy raz podczas rozmowy z Cywyllog obawiał się zadać jej pewnych pytań. Chrześcijaństwo tak bardzo nie pasowało mu do kobiety, z którą spędził tak wiele lat swojego życia, że nie był nawet pewien czego powinien się spodziewać. Chociaż do tej pory nic nie wskazywało na to, by jego żona w jakikolwiek sposób się zmieniła to i tak nie potrafił pozbyć się wątpliwości. Czy wciąż byli małżeństwem? Czy ta nagła zmiana nie oddali ich od siebie? A może to tylko dziwne wymysły doczesnych, którymi niepotrzebnie się martwi?

      Mężuś

      [p.s. Wybacz, że tyle czekałaś na odpis, ale coś ostatnio nie czułam się najlepiej, a nie chciałam pisać na odwal. :)]

      Usuń
  30. Z reakcji kobiety wywnioskowała, że Mordred najwidoczniej nie uprzedził jej, albo zrobił to, jednak piktyjka nie miała zbytnio pojęcia kogo się spodziewać. Nic dziwnego, przecież jak dotąd nie miały okazji poznać się osobiście. To było pierwsze spotkanie.
    Kiedy Artur podbił ziemie należące do rodziny narzeczonej Mordreda, Morgany w Camelocie od dawna nie było. Prawdopodobnie przypadło to na ten okres czasu, który spędziła w leśnej chacie. Owszem, miała nawet i wtedy jakiś wgląd w to, co działo się w królestwie. Aczkolwiek szpiegów było niewielu i mało który z nich przebywał w pobliżu króla. A ci mający lepszy dostęp do Pendragona, ku niezadowoleniu czarownicy woleli zachowywać ostrożność. W pewnym sensie to było dobre, bo mogła wciąż mieć z nich pożytek. Z drugiej strony, momentami zdawali się być zbędni. Obawa przed wykryciem krępowała ich możliwości, a co za tym szło - mniej informacji trafiało do wiedźmy.
    Cywyllog natomiast, z pewnością oczekiwała kobiety wyglądającej na co najmniej dwukrotnie starszą od swojego przyszłego męża. Widok Morgany, która równie dobrze mogłaby podawać się za jego rówieśniczkę mógł zbić z tropu. I jeśli już, pasowała bardziej na jego siostrę, niż matkę. Nie miała na to wpływu. Płynąca w jej żyłach krew Avalonu zapewniła czarownicy młody wygląd, z którego najpewniej będzie mogła cieszyć się jeszcze przez długie lata, jeśli nie wieki. Opuściwszy Camelot miała nieco ponad dwadzieścia lat. Od tamtej pory praktycznie wcale się nie zmieniła.
    Zanim Morgana odpowiedziała, oddała zwierzę jednemu ze sług, który zapewne odpowiedzialny miał być za usługiwanie gościom. Upewniwszy się, że miała słuszność co do swoich przypuszczeń, wróciła wzrokiem do piktyjki. Poświęciła dłuższą chwilę na to, by lepiej przyjrzeć się wybrance syna. Absolutnie, nie zamierzała się wtrącać, chwalić czy ganić Mordreda za jego wybór. Ufała i wierzyła, że Cywyllog była tego warta. Poza tym, czy miałaby prawo do układania jego życia? Ledwie się znali, a ich obecna relacja przypominała bardziej kolejny sojusz, niż prawdziwe rodzinne więzi. Morgana nie miała dobrego wzorca; Vivianne zniknęła bardzo szybko, a ojca straciła w wieku dziesięciu lat. Późniejsze lata owocowały w życie w nienawiści, złości i chęci zemsty. Wprawdzie nie mogła powiedzieć, że czegokolwiek jej brakowało. Wbrew pozorom, traktowano ją bardzo dobrze; nawet jak członka rodziny, co wkrótce potem okazało się prawdą. Niemniej, marne szanse były na to, ażeby w pałacu biologicznego ojca mogła nauczyć się czegoś dobrego. Niemal dzień w dzień przyglądała się kolejnym egzekucjom. A poznawszy prawdę o swoim pochodzeniu, wszystko inne przysłoniła chęć zdobycia władzy. Nic zatem dziwnego, że nie potrafiła być ani matką, na co zresztą jej nie pozwolono, ani tym bardziej okazywać jakichkolwiek pozytywnych emocji.
    Jednakowoż, pierwsze wrażenie od razu dało jej do myślenia, że Artur nie miał nic wspólnego z wyborem kobiety. Wyglądała bardziej na kogoś, kto chętnie ustawiłby się w kolejce do wbicia mu ostrza w plecy, niż podporządkowałby się jego woli. Na samą myśl uśmiechnęła się, choć ledwie widocznie. Mordred miał sojuszników nawet w samym Camelocie, co Morganę cieszyło.
    – Spodziewam się tego – odezwała się wreszcie. – Nie sądzę, by mój brat chętnie go wyręczył, choć podobno to on wszystko organizuje. Chyba nigdy nie przestanie zaskakiwać – dodała z lekką ironią, nie kryjąc też swojej niechęci do obecnego króla Camelotu. – Jestem Morgana – przedstawiła się na koniec. – Ty pewnie jesteś Cywyllog. Nie będę kłamać, że Mordred coś mi o Tobie mówił, bo nie wspomniał ani słowem. Ale cieszę się, że mogę Cię poznać osobiście.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mówiła prawdę. Nie miała przecież najmniejszego powodu, by ją oszukiwać. Ale też nie miała zbyt wiele do powiedzenia. Bo co, miała uciec się do ckliwych opowiastek o ciąży, którą sama znosiła potwornie i nigdy więcej nie chciałaby przechodzić tego po raz kolejny? Fakt, była wówczas młodsza od piktyjki. Do tego dręczyło ją wiele problemów wyniszczających jej psychikę; senne wizje, coraz częściej ujawniająca się magia, a do tego przypadkowo poznała skrzętnie ukrywaną przed nią prawdę. Drugi raz z pewnością nie musiałaby przechodzić takich rewelacji, jednak w żaden sposób nie zmieniało to podejścia Morgany. Zresztą, tak bardzo starała się odciąć od tamtych wydarzeń, że prawie jej się udało. I choć bardzo rzadko wracała wspomnieniami do tamtego okresu, trauma pozostała.
      Nie zamierzała również dawać dobrych rad, których sama nigdy nie miała okazji wcielić w życie. Nie było sensu odgrywać teatrzyku, o wiele lepiej było pozostać sobą. Bez zbędnego udawania, bo prędzej czy później Cywyllog miała poznać prawdziwe oblicze Morgany.
      – Pewnie jeszcze dużo pracy przed wami – po raz kolejny zabrała głos i przyjrzała się przygotowaniom. Z boku wyglądało to zupełnie inaczej, aczkolwiek doskonale znała okoliczności przygotowań do wielkich wydarzeń. W Camelocie nie raz, przed ważniejszymi uroczystościami mijała biegających po korytarzach służących, którzy spieszyli się jak mogli, by zdążyć na czas. Niejednokrotnie pomagała w takowych przygotowaniach, bo w przeciwieństwie do swojego brata, nie uważała pomocy czy angażowaniu się w przygotowania pracy przeznaczonej wyłącznie dla sług. – Może mogłabym pomóc – zaproponowała. Skoro była już na miejscu, a chodziło o jej syna to tym bardziej mogła to uczynić.

      [Czyli w sumie idealnie pasuje okoliczność. :D I cieszę się bardzo, że pasował początek. Zawsze stres jest podczas pisania takowego. xD]

      Morganka

      Usuń
  31. Do ostatniej chwili liczył, że zaprzeczy, że to wszystko to tylko wymysły doczesnych. Snuł różne scenariusze. Może po prostu nie miała się gdzie podziać i spędziła resztę życia w klasztorze. Stąd ten kościół i tytuł świętej i... I chyba oszukiwał sam siebie.
    – Wiem – wtrącił – widziałem twój kościół. Byłem tam przejazdem...
    Starał się zachować stoicki spokój, choć jej słowa o nawracaniu „takich jak my” niespodziewanie go zabolały. Tak bardzo kojarzyły mu się z tymi wszystkimi klechami, którzy z wyższością patrzyli na pogan. Zupełnie jakby ich wiara czyniła ich kimś lepszym. Kiedyś oboje z Cywyllog tak bardzo wierzyli, że każdy człowiek ma prawo do wolności, do wyznawania czego chce, bez przymusu przyjmowania nowej religii. A teraz?
    Przyglądał się swojej małżonce. Patrzyła mu w oczy i powiadała z takim zapałem. Gdy powiedziała o tym, że dzięki nowej wierze wreszcie znalazła choć trochę szczęścia pomyślał, że może źle do tego podchodził. Czy to miało jakieś znaczenie w co wierzyła? Jeśli to dawało jej szczęście, pomagało przetrwać trudne chwile... to może nie powinien nastawiać się tak negatywnie. Owszem zmieniła się, tak wielka zmiana w życiu nie mogła nie odbić się na niej... ale przecież on sam też się zmienił. Nie zmieniły się za to jego uczucia. Wciąż była dla niego jedyną kobietą, którą kochał. Poganka czy chrześcijanka, to nie było ważne dopóki wciąż coś do niego czuła. Przecież chyba nie będzie próbowała go nawracać?
    Uśmiechnął się nieznacznie, gdy wspomniała o swoim przyjeździe tutaj. I o tym czym się zajmowała. Zawsze wiedział, że jego żona była wyjątkowa. Inteligentna i zaradna. Gdyby tylko ich świat i dziwne zasady jej nie ograniczały, pewnie osiągnęłaby bardzo wiele. Tak jak teraz. Podziwiał, że zdecydowała się na tak trudną i wymagającą pracę... i był z niej szczerze dumny. Już miał jej to powiedzieć, kiedy wspomniała o swoim nowym imieniu. I nazwisku. Tym razem uśmiechnął się już całkiem naturalnie. Skoro nosiła to nazwisko, to chyba wciąż jeszcze byli małżeństwem. Sam przez cały czas nosił obrączkę i starał się żyć z choć resztkami nadziei na ponowne spotkanie. Gdyby tylko wcześniej wiedział jak bardzo blisko siebie byli... może odnaleźli by się już dawno?
    – Charlotte... – powiedział, patrząc na żonę i przez chwilę wsłuchując się w brzmienie jej nowego imienia – Podoba mi się. Pasuje do ciebie nawet bardziej niż Cywyllog, jest takie... delikatniejsze, jak dla prawdziwej damy. Charlotte, Lottie... – na chwilę zapomniał o zmartwieniach i miał chęć szczerze się roześmiać. Oczywiście, że jego Cywyllog była najpiękniejsza, najbardziej pociągająca i bardzo kobieca. Nawet jeśli była przy tym jeszcze bardziej wojownicza i zbuntowana. Niemniej Charlotte lepiej pasowało do jego słodkiej, ukochanej małżonki.
    Odruchowo poprawił niesforny kosmyk jej włosów, by zaraz potem pogładzić ją delikatnie po policzku.
    – Wiesz, że cię kocham, prawda? Za rzadko ci to mówiłem... – przyznał z pewnym smutkiem, patrząc jej w oczy. Dopiero gdy ją stracił uświadomił sobie, że za mało rozmawiał z nią o uczuciach. Były chwile, gdy oboje tak bardzo skupiali się na wszystkim dookoła tylko nie na sobie. Za mało mówił jej, jak bardzo była dla niego ważna i jak bardzo ją kochał. Nawet jeśli to było oczywiste, to i tak mógł powtarzać to częściej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – Wciąż jesteś moją żoną Charlotte? – zapytał, z przyjemnością używając jej nowego imienia.
      Musiał o to zapytać. Zresztą, i tak gotów był ożenić się z nią ponownie, nawet w kościele, jeśli ich dawny pogański ślub nie był dla niej ważny. Lub jeśli jego domniemana śmierć unieważniła ich małżeństwo... Jakoś nie przyszło mu do nawet do głowy, że przez ten czas Charlotte mogła ułożyć sobie życie z kimś innym. Może dlatego, że sam nie wyobrażał sobie innego życia niż ze swoją Cywyllog. Z Charlotte. Nie ważne czy była poganką, czy chrześcijanką, nie było ważne jak bardzo się zmieniła. On sam również się zmienił, nawet jeśli nie chciał się do tego przyznać. Ale to i tak nie miało znaczenia. W tej chwili liczyło się tylko to co do niej czuł. I co ona czuła. Był pewien, że wciąż go kochała. Widział to w jej oczach, czuł kiedy go obejmowała ciesząc się ze spotkania... i chwilę później, gdy słuchała o tym co się z nim działo. A jeśli oboje wciąż się kochali, to razem poradzą sobie ze wszystkim. Zawsze tak było.

      Mężuś <3

      [Który w końcu się ogarnął wrócił do życia ;) Łap troszkę tęczozy Wiosenna Królowo <3]

      Usuń
  32. Jako antyfan cyklu Pieśni Lodu i Ognia musiałam przeczytać z dziesieć razy to zdanie zanim zrozumiałam, o co w nim chodzi. xDDD

    Linki w takim razie na dniach jakoś poprawię, prawdopodobnie jedynie wyróżnię kolorkiem, ale mam nadzieję, że staną się wtedy bardziej czytelne! Dzięki za uwagę.

    Jeśli chodzi o Aithusę to w legendach arturiańskich miała raczej znaczenie symboliczne i niejednoznaczne, więc nic straconego. Nie miała tam nawet swojego imienia, była po prostu Białym Smokiem. Bardziej opierałam się na serialu – Przygody Merlina (polecam). Dlatego nic straconego! Miałam dużą przestrzeń do fantazji, bo i tu i tu było o niej bardzo niewiele.

    Ja również witam, choć, WIERZ MI, ja jestem #teamArtur. xD Niemniej tutaj Morgankę pewno pokocham, ale i od Merlina z Arturkiem się nie odwrócę! W końcu Merlin nadał mi imię, a Artur nic złego mi nie zrobił! Jak mogłabym się na niego bez powodu złościć? Zero emocji = zero żalu. xDDD

    Aithusa

    OdpowiedzUsuń
  33. Przybywając tutaj, postawiła sobie za cel, by choć odrobinę powstrzymać się od tego, co robiła na co dzień. Chciała obejść się bez szantaży, zastraszania innych, czy podobnych temu zachowań. Tym niemniej, gdy już wiedziała o Cywyllog, zaczynała widzieć potencjalne szanse na rozszerzenie sojuszu. Chociaż sposób działania Mordreda różnił się dość mocno od taktyki używanej przez Morganę, byli do siebie podobni. I skoro wybrał akurat tę dziewczynę, musiał mieć ku temu powód. Kapłanka nie wierzyła w bezinteresowną miłość. Być może dlatego, że szczerze wątpiła, aby sama była zdolna do pokochania kogoś tak po prostu i spodziewała się, iż młody druid także w tym aspekcie jest do niej podobny. Istotnie darzyła Mordreda matczyną miłością, wiele mogłaby dla niego poświęcić i wiele poświęciła w przeszłości. Okłamała brata, by tylko jej syn mógł przeżyć; przez wzgląd na jego bezpieczeństwo, kiedy przebywał w zajętej przez nią twierdzy, trzymała w sekrecie prawdę o jego pochodzeniu. Aczkolwiek nawet i jego traktowała jak równego sobie sojusznika niż jak własne dziecko.
    Biorąc pod uwagę wszystkie te okoliczności, gdzieś w środku cieszyła się, że nie skończy się to zwykłą rozmową; że będzie miała szansę zdziałać coś więcej. Obydwie, jak przypuszczała, miały ze sobą więcej wspólnego, niż mogły się spodziewać. Wspólny wróg to jedno, albowiem prawdopodobnie obydwie dążyły do obalenia rządów Artura oraz — jak się domyślała — obydwie chciały zobaczyć Mordreda na tronie Camelotu. Jeszcze przed paroma tygodniami, osobiście obiecała synowi, że uczyni wszystko, aby mu w tym pomóc. Z trudem, lecz zaprzestała roszczeń do władzy w swoim imieniu. Gdzieś tam w głębi nadal pragnęła tego wszystkiego dla siebie, lecz koniec końców, nawet jeśli to Mordred zdobędzie koronę, wiedziała, że nie zostanie z niczym.
    Bynajmniej, nie miała za złe Piktyjce jej zachowania. Nie uznała jej za nieokrzesaną i bezmyślną tylko dlatego, że kobieta nie domyśliła się, z kim rozmawia.
    Początkowo milczała, lecz posłała jej delikatny uśmiech w geście uspokojenia. Była przecież t y l k o matką biologiczną Mordreda, którą ten widział zaledwie parę razy w życiu. Pierwszy raz jako mały chłopiec, w Avalonie. Dopiero niedawno doszło do dwóch, w pełni przypadkowych spotkań, z których jedno było przełomowe w relacji obojga.
    – Spodziewałaś się kogoś wyglądającego inaczej? – Spytała. W głosie czarownicy próżno było nasłuchiwać jakichkolwiek złośliwości, od których na co dzień nie stroniła. Zamiast tego, postanowiła wyjaśnić zaistniałą sytuację, która ewidentnie wprowadziła kobietę w niemałe zakłopotanie. Już praktycznie były rodziną, więc przyszła żona jej syna miała prawo ją poznać. – Byłam sporo młodsza od ciebie, gdy Mordred przyszedł na świat. Nie ma między nami aż tak dużej różnicy wieku – zaczęła po chwili, skupiając spojrzenie na Cywyllog. Morgana była niemal pewna, że jeśli Mordred nie mówił jej nic o swojej narzeczonej, prawdopodobnie również i ta nie miała okazji posłuchać o jego rodzinie. – Po drugie, moja matka wywodziła się z prostej linii Avalonu, dzięki temu, choć lata mijają, prawie nie widać upływu czasu – dodała, aby wyjaśnić też kwestię, dlaczego nie wygląda jak matka mająca już dorosłe dziecko.
    Nie miała pewności, czy Mordred pod tym względem będzie taki sam. Znała tak wielu druidów, których pochodzenie nie uchroniło przed upływem czasu. Sytuacja jej syna była o tyle wyjątkowa, że niemal przypominała historię narodzin samej Morgany. Zmieszana została prawie ta sama krew, co przed laty. Istniało zatem wielkie prawdopodobieństwo, że będzie z nim podobnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – Wylewność nigdy nie była często spotykaną cechą w naszej rodzinie – skwitowała z lekkim i ledwo zauważalnym wzruszeniem ramionami.
      Do największych tragedii dochodziło przez tajemnice, których w Camelocie było aż za dużo. To, co działo się teraz, było konsekwencjami, których można było uniknąć, gdyby szczerość wkroczyła za mury tego, tylko z pozoru idealnego królestwa. Rodzinna tradycja była niestety podtrzymywana dalej. I być może gdyby znano dalsze następstwa sekretów, może wreszcie uległoby to zmianie.
      – Z przyjemnością. Tym bardziej że jest dużo do nadrobienia – odparła i uczyniła gest ręką, zachęcając tym samym Cywyllog do wskazania jej drogi. Posłała jej również przyjazny uśmiech. – Liczę, że nie będziesz miała mi za złe, jeśli spytam, gdzie właściwie się poznaliście. Dopiero od niedawna mam lepszy wygląd w to, co dzieje się za murami królestwa, ale i prawie nikt nie zna prawdy o Mordredzie – po chwili zaczęła i skierowała spojrzenie na postać kobiety idącej obok nie. – Nie wyglądasz jednak na kogoś, kto pochodzi z Camelotu, ale coś mi mówi, że to właśnie tam mogło się wszystko zacząć – dodała i przytrzymała ręką drzwi, przez które wyszło kolejnych kilka osób, spieszących się z przygotowaniami do mającej się wkrótce odbyć uroczystości. Zajrzała jednocześnie do środka, dostrzegając, że także i tam nie próżnowano. Przypuszczając, że właśnie tam miały się udać, weszła głębiej, czując się nieco swobodniej, gdy zajęci pracą ludzie nie zwracali zbytnio uwagi na to, kto wszedł. Zwłaszcza, że była w towarzystwie przyszłej panny młodej.
      Ten widok był jej znajomy, lecz nie dała po sobie tego poznać. Naturalną rzeczą było, że tęskniła za swoim domem i żywiła nadzieję, że wreszcie będzie mogła wrócić. I chyba pierwszy raz od swojej deklaracji pomocy synowi naszła ją myśl, iż Camelot powinien należeć się jej.

      [Katwgorycznie zabraniam narzekania, bo było dobrze i mnie się podobało. Za to ja nie wiem, co za twór mi tu wyszedł. Mam nadzieję, że jest znośnie i nie zepsułam. Bo notki mnie chyba zepsuły i jakoś wydaje mi się, że za bardzo się rozpisuję w niektórych momentach :D]

      Morganka

      Usuń