Fabletown News

Rewolucja w ogrodach Woodlands

Nie od dziś wiadomo, że koniec wiosny i początek lata jest okresem, w którym ogrodnicy z Woodlands mają najwięcej pracy. Tym razem, o pomoc poproszono uczniów Zespołu Szkół im. Ch. H. Andersena oraz wolontariuszy - wszystkich chętnych Baśniowców, którzy kochają rośliny i chcą, aby to miejsce wyglądało jeszcze wspanialej.
Nie od dziś wiadomo, że po zmroku w sklepie Golden Goose dzieją się dziwne rzeczy. Spadające z półek produkty, latające mopy i samo-jeżdżące wózki. Tym razem, właściciel sklepu stracił cierpliwość i postanowił wytoczyć wojnę złośliwym duchom. Wynajął specjalistów, którzy mają pozbyć się natrętnych mieszkańców.



Bufkin donosi, że...

...po tym, jak Vanessa bohatersko pomogła rozstrzygnąć spór w sprawie skradzionych czekoladek, w barze Trip Trap panuje większy ruch. Nie chodzi jednak o promocję piwa ani nowe piosenki Kapitana Haka. Otóż, wielu Baśniowców szuka darmowej porady "jak żyć" u uroczej barmanki. Podobno pomogła już w niejednej sprawie! Najnowszą z nich jest tajemnicze zniknięcie szamponu, który został skradziony w biały dzień, wprost z łazienki Erwina!
"Zbliża się apokalipsa zombie!" - donoszą nagłówki gazet z dzielnicy Doczesnych sąsiadujących z naszym Fabletown, którzy spanikowali na widok spacerującego po ulicach samotnego zombie. Tymczasem, to tylko jeden z pacjentów Victora wydostał się ze szpitala i wybrał się na wycieczkę. Z kolei przy wszystkich lokalach i tablicach ogłoszeń w Fabletown, pojawił się komunikat z prośbą do wrażliwszych Baśniowców, by nie atakowali zombie. W końcu to też Baśniowcy, prawie tacy jak my!

czwartek, 21 grudnia 2017

"Trud­no ok­reślić je­j wiek. Ale sądząc po cy­niz­mie i zmęcze­niu światem, będących od­po­wied­ni­kiem da­towa­nia węglem dla ludzkiej oso­bowości, miała ja­kieś siedem ty­sięcy lat"


bazyliszek | strażnik magicznych artefaktów | zażarty konflikt z pająkami wszelkiej maści | wciąż nie może poradzić sobie z chęcią zjedzenia kogoś żywcem | początkująca w świecie Doczesnych

Zapach. 
W zasadzie był neutralny. Lekka stęchlizna, kurz i kawałek pleśni, nic nad czym można było się zastanawiać i rozmyślać. Czuły, wciąż czuły zmysł węchu nie miał do przekazania nic ponadto. Żadnych zapachów ciał, żadnej krwi w pobliżu, żadnego piasku. Żadnych ropuch.
Dźwięk.
Jednostajna, martwa cisza, której nic nie przerywa. Nawet własny oddech.
Obraz, albo jego brak.
Trzeci ze zmysłów zawodzi, nie dostarczając cennych informacji o otoczeniu, pozostawiając ją odsłoniętą na ewentualne ataki. Odruchowo mruga, łudząc się, że to przywróci zdolność do widzenia, że chociaż rozróżni otaczające ją kształty. Wciąż jednak otacza ją mrok.

Palący ból w klatce piersiowej przywraca jako-taką zdolność myślenia. Ciało dopomina się o tlen, usta rozchylają się, łapczywie łapiąc powietrze, korzystając z szansy dalszego życia. Ciało to jednak nie należy do bazyliszka. Nie do końca. Nie ma tu łusek, nie ma delikatnych, malutkich piórek na czubku głowy. Nie ma nawet solidnych kłów, nie wspominając już o całej jadowej aparaturze. Są za to kończyny, a to dla bazyliszka nowość. Nieśmiało i niezdarnie zaczyna zginać palce, testować stawy, aż w końcu siada, gratulując sobie jednocześnie sukcesu w ucieczce z pogrążonej w wojnie krainie. Jak za starych, dobrych czasów, ignoruje niesprawny zmysł wzroku i zaczyna poznawać otoczenie. Najpierw powoli przesuwa dłonie po stosunkowo chłodnej podłodze, znów węszy w powietrzu, usiłując doszukać się czegoś nowego, czegoś co poprowadzi ją dalej. Trafia się woń. Mocna, świeża i to gdzieś blisko. Instynktownie napinają się mięśnie, a umysł skupia się jedynie na tym by coś upolować, choć nie czuje głodu. Poczuć smak krwi, wydusić z kogoś życie.
Ciało rzuca się w kierunku woni, krótkie, żałosne ząbki wgryzają się w coś miękkiego przy akompaniamencie znanego krzyku bólu. Wbrew wszelkim oczekiwaniom nie czuć jednak krwi, nie czuć smaku mięsa. Zęby nie zdały egzaminu, zawiodły krwiożerczą bestię.
Zaraz potem pojawia się wrażenie bólu w górnych partiach. Oberwała czymś w głowę, a nieznośny, pulsujący ból utrudnia dalsze wgryzanie się w czyjąś (najprawdopodobniej) nogę. Niedoszła ofiara coś mówi, coś krzyczy, ale bazyliszek nie do końca kuma czaczę. Wpatruje się (przynajmniej tak jej się wydaje) niewidzącymi oczyma w coś co według wszelkich znaków na niebie i ziemi musi znajdować się przed nią. Nieprzydatne w ataku dłonie wyciąga przed siebie, dotykając świeżo co ugryzionej nogi. Umysł podpowiada, że w smaku była ohydna. Słona, jakaś nieświeża. 
- Czyś ty oszalała? - słyszy słowa, choć nie do końca pojmuje ich sens. Umysł ciężko chodzi, nieistniejące trybiki grzechoczą pod czaszką usiłując przystosować ją do nowej sytuacji. Dotąd nikt do niej nie mówił, dlatego też intruzo-ofiara otrzymała w odpowiedzi wzruszenie ramion i milczenie - Widać, że pomimo czarów nadal mamy do czynienia z potworkiem, a nie kimś zdatnym do życia w zorganizowanym społeczeństwie. 
- Nie widzę. Nic. - burknęła w końcu, skarżąc się na niedogodność. Zdolność szybkiego przystosowania się do zmieniających się warunków umożliwiła jej kontakt, a przejście przez portal jakby zakotwiczyło w jej umyśle mowę mniej-więcej ludzką. Słowa przychodziły z trudem, myśli wirowały, instynkt mordercy dopominał się kolejnej śmierci.
- To minie. Musieliśmy jakoś unieszkodliwić te twoje spojrzenie... Tak przy okazji, jestem Decim, a to jest Fabletown. Dom dla takich jak ty czy ja.
- Ofiara unieszkodliwić bazyliszka? Pierwsze słyszę - subtelna nuta niedowierzania była aż nazbyt czytelna.

If I'm a sarcastic asshole when I talk to you it's either because I really like you and feel comfortable teasing you
or I really hate you and don't care if you know it
Good luck figuring out which one.

_______________________________________________________________________________
*cytaty w karcie sponsoruje: T. Pratchett
mordki użyczyła Gwyneth Paltrow
Karta w remoncie!
GG jakby kto coś chciał: 64501916
nie mam nic do ukrycia

52 komentarze:

  1. [Kolejna osoba do powitania tego samego dnia, jak miło! :) Bardzo fajna postać, opis się miło czytało i czekam na dalsze podstrony. ;)
    Życzę dużo ciekawych wątków, masy weny i powiązań. Coś czuję, że nasze panie mogłyby się dogadać. A zatem jeśli jest chęć, możemy spróbować coś stworzyć. Zapraszam do siebie. ;)]

    Morgana Le Fay

    OdpowiedzUsuń
  2. [Cieszy mnie to zatem niezmiernie! ;) A co do pomysłu... jako, że Moryena została strażniczką magicznych artefaktów, mogłybyśmy coś z nimi pokombinować. Może Morgana potrzebowałaby użyć jakiegoś, może nawet do czegoś złego? ;) Albo dałaby coś na przechowanie, co potem by zginęło? Wówczas byłoby ciekawie, bo wściekła wiedźma i wściekły bazyliszek to naprawdę coś, czego miasto może nie przetrwać... :D]

    Morgana Le Fay

    OdpowiedzUsuń
  3. [ojeju mamy dzis wysyp postaci.
    Czesc! wpadam w twe skromne progi by przywitac i zyczyc wielu watkow, powiazan i duuzo weny. Baw sie z nami dobrze i dlugo ;)]

    Fiona

    OdpowiedzUsuń
  4. [Jaka ona cudna! I słodka! I Drake już ją z miejsca uwielbia! Zwłaszcza za rzucanie się i gryzienie ludzi :D
    Chodź na wątek, smok z radością będzie upierdliwym gościem u panny bazyliszkowej. Może nawet pozwoli jej poleżeć na swojej kupie złota. <3]

    Smok Drake (i druga gadzina Erik)

    OdpowiedzUsuń
  5. [Haha, zrobią obydwie piękny prezent świąteczny dla Fabletown. To będzie cudne i już lubię ten wątek! xD A Morgana, jako że jest takim cudnym złem wcielonym, może nawet zechcieć za pomoc jakoś wspomóc leczenie. Albo może nawet wymyśli coś, by Moryena mogła wracać do swojej wężowej postaci? Bo wymyśliłam już co to może być za artefakt. Ukochałam sobie serialową ferulę z jarzębu - takie narzędzie nekromancji. Więc niebezpieczna rzecz, którą zła wiedźma miała w posiadaniu a w niepowołanych rękach mogłoby by być tragiczne w skutkach użycie tego. Więc mogłoby być ciekawie. Zacznie się od kradzieży, skończy na morderczej pogoni za złodziejem. :D
    Chętnie skorzystałabym i będę wdzięczna, bo wiadomo teraz jest szaleństwo i w ogóle. Chyba, że mnie najdzie nagły przypływ weny to możesz mieć niespodziankę i zamiast początku to odpis będzie musiał być pisany. Zobaczymy, której pierwszej się uda, o. xD]

    Morgana Le Fay

    OdpowiedzUsuń
  6. [checi mam na wszystko tylko gorzej juz z pomyslami >.<
    to niech bazyliszek ustawi sie w kolejce.
    Opiekane ptaki sa ostatnio bardzo wziete ^__^ Smoczus ma na nia juz ochote so well *smiech*
    No ale mozemy kombinowac cos ;)]

    Fiona

    OdpowiedzUsuń
  7. [Witam bazyliszka! Bazyliszek jest spoko, bardzo spoko :D
    W ogóle lubi gryźć ludzi, chce kogoś zabić...może jej życzenie pewnego pięknego dna się spełni?
    Wielu wątków oraz weny życzę! Oraz żebyście sie bawiły przednio w naszym gronie!]

    Lucek
    Will
    Ivan
    Erwin

    OdpowiedzUsuń
  8. [no moze <.< ---< *patrzy z niepokojem* spontana? Moze ratowanie jej wazowatego kuzyna przed mysza (albo innym szkodnikiem), gdzie ten w podziece poleci do Mory. i jej o tym powie?
    Moze pomoc, gdyby jeszcze sama wszystko ogarniala - respektuje tu reguly panujace co nie oznacza buntowniczej natury. Cos z ptasiej natury w niej pozostalo ^_^.
    Tylko gdzie je napotkac? Bo chyba studio odpada, no ale moze lubic ogladanie prognozy pogody (a to takie nudne...) i przypadkiem spotkac na ulicy? - wiem ze to troche denne, no ale... mam naprawde ciezka glowe '<]

    Fio.

    OdpowiedzUsuń
  9. [Plugawa Gadzina też brzmi tak bardzo słodko i uroczo. <3
    Hahaha, może być dość ciekawie, bo Drake chyba do końca sam nie ogarnia świata ludzi i ich zwyczajów, więc efekty takiej nauki mogą być... niecodzienne. Fakt, że smok sam ma ochotę zjadać ludzi, a zwłaszcza dziewice to już inna sprawa. ;> To co? Pierwsze spotkanie w podziemiach i zabawa w mentora, który tyle już mieszka w Fabletown, że na pewno bardzo dobrze się orientuje jak żyć? :D]

    Drake

    OdpowiedzUsuń
  10. [noz to nie piekarnia ;p ja malo wymagajaca i w sumie biore wszystko co leci, bylebym sie w tym nie zamotala xDD]

    Fiona

    OdpowiedzUsuń
  11. Ferula miała być tam bezpieczna. Wśród magicznych artefaktów, w dodatku pod bacznym okiem strażniczki. A przynajmniej tak się jej początkowo zdawało. Kiedy po raz pierwszy zeszła do podziemi i spotkała Moryenę, dziewczyna wydawała się być nieco roztargniona i niepewna. Poniekąd jakby nie wiedziała jeszcze co tak właściwie tam robi. Morgana rozumiała. Słyszała bowiem, że ta do Fabletown przybyła niedawno. A to jej pierwsza praca we współczesnym świecie. Do tego będąca w ludzkiej formie i pozbawiona części swoich możliwości. We własnym, wężowym ciele, bazyliszek mógłby znacznie więcej... i gdyby w chwili napadu mogła użyć swojej najdoskonalszej broni - wzroku, nic nie zginęłoby.
    Ale każdy przecież zaczynał. Każdy przeżywał swoje pierwsze sukcesy i porażki na nowym gruncie, w nowej rzeczywistości. Nie zamierzała się uprzedzać, mimo że miała przeczucie o jakichś większych, bądź mniejszych przeciwnościach. Aczkolwiek, zupełnie nie była przygotowana na to, co miała tam zastać przy odbiorze swojej własności...
    Magiczny artefakt, który dała na przechowanie nie miał zostać tam na stałe. Morgana wolała mieć to pod ręką. Zwłaszcza, że tak silne narzędzie nekromancji, jakim była owa ferula, do tego w niepowołanych rękach, mogła sprowadzić zgubę na cały doczesny świat. Tym bardziej, że nie potrzebna była żadna wielka magiczna moc, by skorzystać z tego artefaktu. Ferula kierowała się swoją własną magią. Pochodziła przecież z miejsca, w którym narodziła się magia Starego Świata; z Avalonu. Z samego centrum świętej wyspy, ukrytej w magicznych mgłach, poprzez które tylko obdarzeni wielką mocą było w stanie się przedrzeć.
    Trudno stwierdzić, po co potrzebne było Morganie w świecie doczesnych tak potężne narzędzie. Jednakowoż, zabrała wszystko przed przejściem przez portal. Większość rzeczy zdołała dobrze ukryć w swoim apartamencie. Niektóre nawet nosiła przy sobie. Jednak odkąd zaczęły się dziać różne dziwne rzeczy w dzielnicy, każdy magiczny artefakt mógł zostać wykorzystany jako dowód i posłużyć za pretekst do oskarżenia. Sprawdzano dogłębnie apartamenty, głównie tych mieszkańców, którzy w swoich światach zajmowali się magią. Po raz kolejny kapłanka zrozumiała, dlaczego większość z nich po przybyciu do świata Doczesnych zrezygnowała ze sztuki magicznej. Wszak dobrze wiedziała z własnej przeszłości, iż ci zawsze byli w jakiś sposób piętnowani. Może nie od razu groziła śmierć za uprawianie czarów, jak chociażby w Camelocie, za czasów rządów ojca Morgany ale i tak wiązało się z tą sztuką wiele niebezpieczeństw.
    (...)
    Jak zawsze, gdy chodziło o jej prywatne sprawy i, kiedy chciała uniknąć wielu zainteresowanych, wychodziła z gabinetu wiedźm ostatnia. Nikt nie podejrzewał, że coś za tym się kryło. Była przez to postrzegana jako rzetelna i sumienna pracownica, co w zasadzie nie mijało się z prawdą. Oddawała się pracy całkowicie, wszak magia była jedyną rzeczą, którą tak dobrze znała.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powoli zeszła do podziemi. Popatrzyła na niezapalone jeszcze pochodnie i, gdy tylko zielone tęczówki zabłysły złotym kolorem, te zapaliły się. Przechodząc korytarzem, tańczące od leciutkiego wiatru płomienie, rzucały cienie na kamiennych ścianach. Wewnątrz panowała cisza, którą przerywał wyłącznie stukot obcasów butów Morgany. Ostrożnie stawiała kolejne kroki, gdyż nie znała dobrze podłoża. Była tu może raz czy dwa razy, nie licząc pierwszej wizyty, gdy została oprowadzona po wszystkich piętrach Woodlands.
      Powoli zbliżała się do celu, widząc już zza zakrętu większe pomieszczenie, w którym to znajdował się skarbiec z artefaktami. Przy pierwszym spotkaniu, Moryena pewnie z przyzwyczajenia chciała ją dziabnąć. Wbrew pozorom, nie było to łatwe zadanie. Czarownica była szybka i przygotowana. Znała naturę bazyliszka, jak i innych węży. Nathair, w posiadaniu którego była niewiele się różnił. Może w jednym, bo żeby miał zaatakować, należało go do tego zachęcić.
      – Zgodnie z zapowiedzią przybywam po ferulę. Byłam tu parę dni temu, z pewnością pamiętasz. – odezwała się, chcąc odszukać wzrokiem pilnującej skarbca kobiety. Zmarszczyła brwi, z uwagą obrzucając spojrzeniem całe, ciemne pomieszczenie. Pożyczyła nawet jedną z pochodni przy ścianie i wówczas dopiero zdołała dostrzec Moryenę. Przyjrzała się jej z bliska, leżącej pod ścianą i rozrzuconymi wokół przedmiotami. Natychmiast wyczuła, że coś jest nie tak. Wzięła głębszy oddech i przeszła wzdłuż mosiężnych krat mających chronić intruza od magicznych przedmiotów. Tak wielkie skupisko tworzyło osobliwą atmosferę, a magia w powietrzu była wręcz namacalna. Każdego, poza jednym...
      – Nie ma jej. – bardziej stwierdziła, niż spytała. Ale przecież gdyby nadal się tutaj znajdowała, wyczułaby jej moc. Przymknęła powieki, by zniwelować złość. Co by ona dała? Nie sprawiłaby złością, że ferula wróci na miejsce. – Musisz pomóc mi ją odnaleźć, nie może wpaść w niczyje ręce, chyba że chcemy, by całe miasto zalała nieumarłych. Mam nadzieję, że zdołasz rozpoznać złodzieja, chociażby po zapachu. – ponownie zwróciła się do kobiety i przykucnęła, by pozbierać przedmioty z ziemi. Ustawiła je na półce, która teraz spoczywała na podłodze, zamiast wisieć na ścianie. Pożałowała, że nie wyszła wcześniej. Kto wie, kiedy doszło do napadu i jak daleko znajdował się złodziej. I przede wszystkim, co było tak interesującego w wysokiej różdżce, wyglądającej na samej górze jak miniaturka jarzębu. Gdyby dodatkowo wysadzana była drogimi kamieniami, mogłaby stanowić smakowity kąsek, ale ta kradzież wydawała się być zupełnie bez sensu.

      [Wena dopisała, więc cna początek odpis dla Ciebie. Mam nadzieję, że ujdzie. ;)]

      Morgana Le Fay

      Usuń
  12. [Wątek z diabłem? Czekaj, czekaj...niech no pomyślę... *sprawdza w kalendarzu*, myślę, że gdzieś cie wcisnę :D Nie no, dawaj, na wątek zapraszam, pytanie tylko do którego diabła wolisz? (tak, jestem szaleńcem, który ma dwa diabełki xD)
    Od siebie tylko powiem, że Lucek jest porąbany jak drzewo na opał ;)]

    Lucek

    OdpowiedzUsuń
  13. [Przybywam na powitanie - już oficjalne! :D
    Wybacz, że tyle to trwało, ale pochłonęły mnie sprawy bloga i przygotowania do Świąt ;)
    Postać przecudowna, co już ci wcześniej napisałam, i opis w karcie bardzo mi się podoba :D My też pająków nie lubimy, więc piona! xD
    Życzę ci dużo, dużo weny i pomysłów. Samych ciekawych wątków i obyś została z nami jak najdłużej! Witaj w rodzince Fabletown i baw się dobrze :D
    Do siebie chwilowo nie zapraszam, bo mam wątkowo-wenowy przestój, ale mam nadzieję ożywić się w styczniu, więc wówczas (po nadrobieniu zaległości) z pewnością się odezwę :D]

    Administracja & Lucy

    OdpowiedzUsuń
  14. [Też nienawidzę pająków i żyję z nimi w ostrym konflikcie, kiedy biegają po moim terytorium. Hej, hej! Kiedy Twój bazyliszek zasiada do stołu, to dla innych musi to być zabawny widok. A przynajmniej mi się tak wydaje, bo osoby, które nie potrafią posługiwać się sztućcami, śmiesznie się zachowują :D. Mam nadzieję, że Moryena w końcu się odnajdzie i poskromi swój głód :D. A skoro nie gryzie, to zapraszam do Snow na miłą (lub nie, zależy) rozmowę :D]

    Snow White

    OdpowiedzUsuń
  15. [Witam z małym opóźnieniem. Kartę nie tylko dało się przeczytać, ale nawet nieźle się na niej uśmiałam. Przezabawny pomysł na postać bazyliszka i pierwszy dzień w ludzkiej skórze. ;)
    Życzę opanowania trudnej sztuki używania sztućców i nie gryzienia ludzi dookoła, no i rzecz jasna samych fajnych wątków. A jak masz chęć to zapraszam też do siebie. :)]

    Mordred

    OdpowiedzUsuń
  16. [Okej. Jack lub Mary piszą się na wątek. Już na starcie mówię. xD Fascynująca jest karta, a fakt, że jest to bazyliszek w ciele człowieka już w ogóle! Witam serdecznie! Oby Mor się szybko przystosowała do nowego otoczenia! ^^ Życzę wielu wątków i pomysłów!]

    Jack & Mary

    OdpowiedzUsuń
  17. [Cieszę się, no to kombinujmy! :)
    Pierwsze co mi przychodzi do głowy to fakt, że łączy ich jedna wspólna moc - ona jako bazyliszek zamienia spojrzeniem w kamień, a on jako druid ma identyczną moc zamieniania innych w kamień tylko bardziej świadomie i poprzez zaklęcie. Może w takim razie pójdziemy w tym kierunku? Skoro Moyrenie unieszkodliwili wzrok i na początku było z tym trochę komplikacji to teraz mogłyby się pojawić kolejne komplikacje z oczkami i tym razem by ją wysłano do Mordreda, który pewnie coś więcej wie o tej mocy, więc niech jej pomoże. Co myślisz?]

    Mordred

    OdpowiedzUsuń
  18. [O, brzmi genialnie :D
    Cóż... on raczej jest przeciwny pozbawianiu kogokolwiek mocy i to by było bardzo prawdopodobne, że na przekór wszystkiemu mógłby chcieć jej zwrócić moc. Mógłby w ogóle stwierdzić, że powinna mieć swoją moc tylko jakąś nauczyć się ją opanowywać, żeby nie zamieniać kogo popadnie w kamień. xD No, ale własnie to wyjdzie w praniu, a na razie możemy od tego zacząć. Czy to Moryena sama wpadnie do Mordreda bo wiedźmy jej go polecą, czy po prostu poprosi, żeby ktoś z trzynastego piętra wpadł do niej to jej przyślą jego - już jak wolisz. :)]

    Mordred

    OdpowiedzUsuń
  19. [No to możemy tak zrobić - mi idealnie pasuje. :)
    On w sumie i mieszka i pracuje w Woodlands, więc będzie można się pobawić trochę w zwiedzanie zakamarków magicznego apartamentowca.
    Oki to plan mamy. Najchętniej bym się do Ciebie uśmiechnęła o początek, bo mam jeszcze dwa zaległe odpisy i początek do napisania, więc trochę by to potrwało. No chyba, że nie przeszkadza Ci trochę dłużej poczekać to wtedy ja nam mogę zacząć. :)]

    Mordred

    OdpowiedzUsuń
  20. Skinęła delikatnie głową, uzyskawszy potwierdzenie. W sumie, nie mogła nie być zapamiętana… nikt tu raczej nie schodził, poza nowymi, których oprowadzano po dzielnicy; tymi, którzy mieli rozpocząć pracę w apartamentowcu oraz tych, którzy mieli już tam pozostać z racji wykonywanej funkcji. Morgana nie wiedziała nawet jak odbywa się przynoszenie artefaktów, więc pofatygowała się sama. Tak w sumie było bezpieczniej… przynajmniej tak się wydawało czarownicy. Może gdyby wybrała inne miejsce, ferula by nie zaginęła? Ale u smoka miała dług za zajęcie się Aithusą. Nikt inny nie zgodziłby się na to w zaistniałej sytuacji, więc wyjścia nie miała. Stało się, nie było co płakać nad rozlanym mlekiem.
    – Lepiej, by okazało się to prawdą. – odpowiedziała Moryenie, która wedle swoich słów, umiała rozpoznać złodzieja po najdrobniejszych szczegółach. Tym razem jednak jej ton głosu uległ sporej zmianie. Dało się usłyszeć w nim nutkę zdenerwowania i złości, które w pierwszej chwili były doskonale ukrywane przez wiedźmę. Skrywanie emocji to kolejna z umiejętności, którą nabyła w poprzednim życiu. I najwidoczniej nie tylko w dawnych czasach umiała zrobić z niej użytek. Zdążyła przekonać się już nie raz, że obecnie lepiej było się powstrzymywać od okazywania negatywnych emocji. Chociaż nie zawsze było to możliwe. Chociażby teraz...
    Poznawszy kolejne konkrety, przyjrzała się dziewczynie, unosząc jedną brew. Uciekł? Przez ścianę? Och, spodziewała się wielu rzeczy, ale nie tego! A jeśli rzeczywiście tak się stało, złodziej mógł dawno być poza ich zasięgiem. Wątpliwości i niewiadomych było więcej... Może nie przeniknął przez ściany, tylko potrafił się teleportować? To byłaby zdecydowanie gorsza opcja, ale także możliwa. A zatem, nowy właściciel feruli mógł szykować się do jej użycia. Przecież ta nie potrzebowała żadnych dodatkowych zaklęć, bo jej magia kierowała tym, kto zamierzał się nią posłużyć. Nie była pewna, czy każdy mógł to uczynić. Gdy po raz pierwszy miała z nią styczność, sama dopiero poznawała magię… Ferula stanowiła dla niej wielką niewiadomą. I zasadniczo, zostało tak do dnia dzisiejszego. Znała wyłącznie jej zastosowanie i widziała rosnący w Avalonie jarząb.
    Rozejrzała się po skarbcu, jakby chciała znaleźć jakikolwiek, nawet najmniejszy ślad. Ale bez skutku. Kimkolwiek był, nie pozostawił po sobie nic. A na domiar złego - musiał znać magię. Bez niej nie dałby rady tak po prostu przejść przez chronione zaklęciem ściany tego pomieszczenia. Więcej - do tego potrzebna była potężna magia, może nawet zbliżona do poziomu Morgany?
    – Nic tu po nas. – potwierdziła i odwróciła się na pięcie, spiesząc ku wyjściu. Na zewnątrz przyglądała się bacznie swojej towarzyszce, która musiała stracić orientację w terenie przez natłok woni i obecności innych ludzi. Rozejrzała się, lustrując swoim wzrokiem każdego z osobna, doszukując się śladu feruli. Cholera, to było wysokie. Nikt z takim przedmiotem nie mógł przechodzić niezauważony!
    – Ende se peg.* – wypowiedziała, a zielone tęczówki oczu Morgany zabłysły na złoto. Przymknęła powieki, a w jej umyśle pojawił się przebłysk z trasy złodzieja, prowadzący za róg najbliższego budynku. I na tym ślad się kończył. A zatem… nie tylko zmylił doskonały węch bazyliszka, ale i potrafił zacierać ślady.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – Użył potężnej magii, więc to nie Twoja wina. Jedyny ślad prowadzi tam. – pociągnęła Moryenę w stronę budynku po przeciwnej stronie ulicy, gdzie się zatrzymały. Nie było nikogo. Ani śladu żywej duszy. Dawno nie czuła się tak… bezsilna. Zdecydowanie łatwiejsze były potyczki z Emrysem.
      – Mogę tego pożałować, ale co może wspomóc Twoje zdolności? – spytała, przyglądając się kobiecie. Widać, że była zmęczona swoją nową formą. Powrót do ciała węża? Cóż… mogła jej w tym pomóc. Zasadniczo mogła uczynić wszystko, by tylko odzyskać artefakt. I naprawdę, w tej chwili Morgana nie była zainteresowana tym, czy łamie prawo, czy też nie.

      *Jestem dziwnym człekiem, ale kocham zaklęcia serialowe i korzystam z tego języka. Staroangielski, oznacza znajdź drogę/kierunek

      [Nie przejmuj się, było super! Bardzo mi się podoba i oby dalej nam się się świetnie rozwijało! ;)]

      Morgana Le Fay

      Usuń
  21. [Hej! Witam cię bardzo serdecznie na blogu i mam nadzieję, że zostaniesz z nami jak najdłużej. Trochę szkoda mi Moryeny podczas jej pierwszych kroczków w Fabletown jak czytałam, ale jakby nie patrzeć w świecie baśni była dziką bestią (bez urazy oczywiście ;)). Niemniej mam nadzieję, że z pomocą innych Basniowców jakoś poradzi sobie ze światem.
    Jakby nadal chciała zjeść ludzkie mięso - polecamy się :)
    Dużo weny i wątków!]

    Cash Paul Knowles

    OdpowiedzUsuń
  22. [Hm, hmm, hmmm… Tak sobie myślę, żeby początkowo było to miłe spotkanie. Skoro Mor. Dopiero od niedawna jest w Fable, to Śnieżka czuje się w obowiązku, aby sprawdzić, czy na pewno jest wszystko w porządku i że dziewczyna sobie jakoś radzi. Mogłyby się umówić na lunch w „Bella Note”, a w drodze powrotnej do Woodlands, Mor. Mogłaby się na kogoś/na coś zdenerwować i obudzić bazyliszka :D]

    Snow White

    OdpowiedzUsuń
  23. [Powiem ci tak, Lucyfer jest nieogarnięty w całości i jakoś wytrzymuje sam ze sobą. A Ivan, nie dość że polski diabeł, to jeszcze wytrzymuje z Lucyferem, tyle że Ivan to raczej taki spokojny diabeł.
    A Lucek, to no w sumie...pojeb, który stanowi jedność z wódką :D]

    Lucek
    Ivan

    OdpowiedzUsuń
  24. [Początek jest świetny! A te opisy mega klimatyczne <3
    Jak tylko skończę z zaległościami to biorę się za odpisywanie. :)]

    Mordred

    OdpowiedzUsuń
  25. [Śnieżka pewnie już nie takie rzeczy widziała, więc jest gotowa nawet na widowiskowe budzenie bazyliszka. Tylko, jak ona biedna sobie z nim poradzi? Przecież nie spojrzy mu w oczy :D. Bazyliszek za kratkami, chyba tego jeszcze nie grali. Ale może być ciekawie! Ale nie martw się – Snow sama z siebie do pierdla jej nie wsadzi.
    No… Ewentualnie mogłabym się zgodzić na zaczęcie. Ale lunch na koszt Mor!]

    Snow White

    OdpowiedzUsuń
  26. [(...) bazyliszek nie do końca kuma czaczę. Dziękuję, dobranoc, wychodzę, nie ma mnie, oczekuję powitania na tamtym świecie, skoro martwych jest nas już para :D

    Harley się nie boi, z zębiastymi i pazurzastymi miał już w karierze do czynienia, wciąż ma wszystkie palce i oboje oczu. Tak sobie pomyślałam, że Mory zdecydowanie potrzebuje jakiegoś asystenta ds. świata doczesnych, ale na tyle nieogarniętego, żeby ona z nim jakoś wytrzymała i nie doznała szoku kulturowego. Zgłaszam swoją kandydaturę!]

    Harley Fletcher

    OdpowiedzUsuń
  27. [Jaka ona genialna! <3 Witam Cię z opóźnieniem, ale za to oficjalnie. Widzę, że już się tu u nas zaaklimatyzowałaś i jakoś się nie dziwię, bo bazyliszek jest absolutnie genialny. Uśmiałam się na karcie <3
    Baw się dobrze, zostań z nami długo (i szczęśliwie). Życzę masy weny, wątków i czegoś smacznego na ząb. A w wolnej chwili zapraszam do Nimci. :)]

    - Administracja & Nimue

    OdpowiedzUsuń
  28. Wraz ze stwierdzeniem nie wiem, wszelkie nadzieje zniknęły. Z drugiej strony logiczne - jeśli chcieli ją unieszkodliwić, nie mogli podać jak na tacy informacji o tym, jakich czarów użyto. Dziewczynę wysłano do Fabletown. Miejsca, w którym mieszkały same baśniowe i legendarne postacie. Władające mniejszą, lub bardziej potężną magią… a co za tym idzie, bez problemu mogłyby ten urok znieść. Chociażby taka Morgana czy inne wiedźmy, które nie zaprzestały uprawiania magii…
    Pomimo wszystko, nie potrafiła winić za to Moryeny. Czym poniekąd zadziwiła samą siebie… W swoich czasach, z pewnością nie puściłaby tego płazem. Wystarczył jeden błąd, zawiedzenie się na kimś, a ten ktoś bardzo szybko pożałował swojego niepowodzenia. Jedno skinienie głową, ruch ręką, czy kilka słów… tylko tyle dzieliło delikwenta od zemsty Morgany. Co zatem powstrzymywało ją teraz od tego zachowania tutaj? Przecież to Moryena była odpowiedzialna za artefakty, w końcu została ich strażniczką. To na jej służbie zaginęła ferula i to przez jej niedopatrzenie musiały biegać po dzielnicy, a kto wie czy wkrótce nie po całym mieście, ganiając złodzieja, który nie bał się pożyczyć narzędzia nekromancji. Jednakże, czarownica wiedziała, że bazyliszek nie został na własną prośbę pozbawiony swoich zdolności. Sama Morgana niegdyś miała wątpliwą przyjemność chwilowego zaznania odczucia tej bezsilności i była pewna jednego - to najgorsze uczucie, jakiego można doświadczyć. Szczególnie dla kogoś, kto poznał na własnej skórze potęgę i moc, kto mógł uczynić nieomal wszystko, co tylko chciał. I kiedy chciał. Kto wie, może nawet ta biedna dziewczyna bardziej ubolewała nad swoją pierwszą wpadką, niż wiedźma nad tym, że coś zostało skradzione. Bo przecież prędzej czy później odzyskają to. Chyba...
    Odeszła kawałek i oparła się plecami o ścianę, zastanawiając się nad tym, co powinna teraz uczynić. Czar lokalizacyjny praktycznie zawiódł. Doprowadził ich w ślepy zaułek i to dosłownie. Ferulę mogła wyczuć tylko podczas jej używania. Czekać, aż to nastąpi? Wówczas musiałaby zniszczyć swój drogocenny przedmiot. W inny sposób nie udałoby się uratować miasta przed falą nieumarłych, nawet legendarny Excalibur nic nie poradziłby na taką armię. Ponadto… gdyby ktokolwiek dowiedział się, kto trzymał tak potężny przedmiot, Morgana miałaby poważny problem. Nikt nie puściłby tego płazem, nawet szanowanej wiedźmie z trzynastego piętra. Oczywiście, była możliwość zgłoszenia kradzieży i kłamstwa, że ferula znajdowała się w skarbcu cały czas.. A jeśli udałoby się znaleźć jednak artefakt? Ukryć go w bezpieczniejszym miejscu, jak na ironię to skarbiec takowym był, utrzymując wersję, że ferula została zniszczona na dobre i więcej nie przysporzy nikomu problemów. Kolejne oszustwo… w dobrej wierze, ale jednak.
    – Miejmy nadzieję, że nie jest świadomy potęgi, którą niesie z sobą ferula. – odezwała się wreszcie i wzruszyła ramionami.
    Na to jednak nie wyglądało. Łupem złodzieja mogło paść cokolwiek, ale to był dokładnie ten przedmiot. Pytanie tylko - w jakim celu miał zostać użyty. Jakiś Baśniowiec tak bardzo pragnął zguby świata Doczesnych? A może z jakichś powodów chciał zniszczyć dzielnicę, w której mieszkał? Jeszcze jedna ewentualność - próba zaszkodzenia samej kapłance, chociaż ta byłaby zbyt mądra, by przyznać się otwarcie do bycia właścicielką tegoż przedmiotu.
    Im więcej myśli kłębiło się w głowie Morgany, tym bardziej była przekonana, że ów artefakt został faktycznie zabrany celowo. Zagwozdką pozostawał jedynie powód. Odpędziła wszelakie myśli i postanowiła działać. Słuchała Moryeny i na wspomnienie o eliksirach od razu wpadła na pomysł. Skupiła na niej swój wzrok, a na bladym obliczu pojawił się cień uśmiechu. Nie tracąc czasu, przeszła do działania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – Ásettan ús ádón. – wypowiedziała bez zastanowienia, a szare smugi wiatru, niczym zalążek tornada, zaczęły krążyć wokół nich. Kilka mocnych powiewów obydwie poczuły na swojej skórze i… tak samo nagle jak pojawił się wiatr, tak samo szybko zniknęły z ulicy. Pojawiły się w pokoju wiedźm, na trzynastym piętrze.
      Coś musiało się znaleźć w tylu mądrych księgach. Nie ośmieliłaby się zejść do biblioteki, zwłaszcza przez wzgląd na ciekawskiego i wcinającego się w nie swoje sprawy Bufkina, który zapewne od razu rozniósłby plotkę, dodał coś od siebie i narobił jeszcze więcej problemów. Przez swoją wścibskość, mógł nawet dojść do prawdy.
      O tej porze, nie było tam nikogo. Morgana podprowadziła Moryenę do fotela, by ta mogła usiąść i wzięła się za przeszukiwanie ksiąg. Znalezienie tego, co chciała okazało się być łatwe. Gorzej z wykonaniem eliksiru. Paręnaście minut zeszło jej pozbieranie wszystkich składników, dokładne odmierzenie proporcji i pilnowanie, by wywar miał odpowiedni kolor. Gdyby nie trafiła, mogła albo zaszkodzić, albo nie stałoby się nic. Tym niemniej, po skończeniu warzenia eliksiru, przelała go do przezroczystej fiolki i wręczyła swojej towarzyszce. – Zrobiłam co mogłam. – powiedziała nieco ściszonym głosem, jakby spodziewała się, że ktoś wejdzie i przyłapie je obie na nielegalnym wtargnięciu do pomieszczenia. Nie chcąc ryzykować, w ten sam sposób, dzięki któremu się tu znalazły, zabrała je z powrotem na ulicę. W ciemnym zaułku nikt nawet nie zwrócił uwagi na dziwne wydarzenia i wraz z wiatrem pojawieniem się dwóch kobiet.
      – Nie wiem przez ile będzie to działać, ale powinno wzmocnić to, o czym mówiłaś. Miejmy nadzieję, że do tego czasu znajdziemy złodzieja. – powiedziała i wychyliła się zza muru, by spojrzeć na ulicę. Początkowo nie chciała wierzyć własnym oczom, lecz mężczyzna w kapeluszu trzymał w ręku ferulę. Tę samą, która została skradziona i, która należała do niej. Już miała wyciągnąć rękę, wypowiedzieć zaklęcie i powalić tym samym złodzieja, gdy ten dosłownie rozpłynął się wśród przechodzącej, niewielkiej grupki przechodniów. Obejrzała się na Moryenę, nie przyglądając się nawet czy wypiła już eliksir i czy zaczął działać.
      – Był po drugiej stronie ulicy. Chodźmy. – odezwała się dość szorstko i szczelniej okryła się długim płaszczem, by zaraz ruszyć przed siebie. – Skup się, tym razem musimy go dorwać.

      [Z góry przepraszam za jakość! Nie wiem co jest, ale jakoś mi dzisiaj chyba nie poszło, chociaż się starałam. Mam nadzieję, że przebrniemy przez to jakoś...]

      Morgana Le Fay

      Usuń
  29. [Katastrofa na świątecznym jarmarku doczesnych brzmi świetnie! :D Albo podczas dowolnych okołoświątecznych i przedsylwestrowych obchodów, imprez tematycznych pomiędzy początkiem grudnia a początkiem stycznia na pewno nie brakuje. Ustalać dokładnie nie musimy, znajdźmy tylko jakieś sympatyczne okoliczności i sam początek ;) Chwalę memiczność!]

    Harley Fletcher

    OdpowiedzUsuń
  30. [Tu muszę kombinować, bo jarmarki po Świętach już raczej nie funkcjonują, a z mojej notki z Fel wynika, że Harley raczej dla przyjemności na jarmarki nie chodził :D Możemy np., zainspirował mnie Twój poprzedni komentarz, zacząć od starcia z McDonaldem i tam też przy zestawie Happy Bazyliszek zdobyć pierwsze szlify w tej przyjaźni... znajomości... tym czymś :D]

    Harley Fletcher

    OdpowiedzUsuń
  31. [Dzięki za miłe słowa i to wiadro - przyda się :D No i teraz dopiero zauważyłam, jak u ciebie ładniutko się robi :D Szczerze to i ja nie mam pojęcia, co mogłoby je połączyć, ale jeśli tylko na coś mądrego wpadnę to z pewnością się odezwę, powodzenia w remoncie! :)]

    Charlotte

    OdpowiedzUsuń
  32. [Pszybywam z opóźnieniem, ale jeztem!
    Hehe, no tak, Lucek to rozpijacz znany w całym Fabletown xD No i to chyba najmniej problemowy pan wśród wszystkch moich postaci, bo jeśli nie masz pomysłu na wątek z Luckiem, to daj alkohol (potwierdzone info!).
    To co? Robimy akcję z alkoholem i dokształcaniem Mor w tej kwestii. O nawet mam pomysł na początek!
    Może Lucek przyszedłby do bazyliszka twego podczas stróżowania przy artefaktach i przyniósłby ze sobą całe naręcze różnych alkoholi? Upiłby Mor i "pożyczyłby" na chwilę jakiś artefakt, który oczywiście oddałby...może nie w stanie "nienaruszonym", ale takim w którym na pierwszy rzut oka wszystko gra xD
    Coś czuję, że wtedy byłoby wesoło, ale Mor mogłaby sie obrazić na Lucka. Chyba, że wpadną na jakieś genialne tłumaczenie...albo cokolwiek xD]

    Lucek

    OdpowiedzUsuń
  33. [Mam nadzieję, że nie zepsułam :)]

    Mordred nie często bywał w podziemiach Woodlands. W dziwny i nieco irracjonalny sposób nie przepadał za tym miejscem. Różnie to sobie tłumaczył, zwykle siląc się na jakieś logiczne wyjaśnienie, chociaż doskonale wiedział, co tak naprawdę kryło się za tą niechęcią. Podziemia przywoływały zbyt wiele nie tak dawnych wspomnień, które za wszelką cenę próbował wyrzucić z pamięci. Do tej pory dość skutecznie unikał tej części Woodlands. Nie zabrał z baśniowego świata nic cennego, co wymagałoby specjalnych środków ostrożności, a nawet gdyby to zrobił, pewnie i tak nie zaufałby nikomu, prócz siebie. Zwykle też jeśli w pracy koniecznie potrzebował czegoś z podziemi posyłał tam któregoś z uczniów wiedźm. Albo po prostu wyjątkowo uprzejmie prosił kogoś ze współpracowników, by przy okazji załatwili dla niego jakiś drobiazg.
    Teraz jednak chodziło o coś zupełnie innego. Czy raczej o kogoś. Mordred dopiero niedawno dowiedział się o problemach bazyliszka, które ponoć ciągnęły się już od dawna. Do tej pory wszelkie prośby strażniczki artefaktów o pomoc, były raczej lekceważone. Po prostu posyłano jej kolejną nieskuteczną miksturkę lub zaklęcie, które miało „poprawić wzrok”. Wygórowana cena sugerowała skuteczność, choć w rzeczywistości nie przynosiła żadnych skutków. Dopiero niedawny incydent z kradzieżą jednego z artefaktów sprawił, że kolejna prośba o pomoc doczekała się jakiejś reakcji. I tak, wczesnym popołudniem, Mordred otrzymał informację, żeby „zająć się problemem”. Argument o tym, że jako druid lepiej rozumie moce związane z petryfikacją, wydawał się Mordredowi nieco naciągany. Miał wrażenie, że wcale nie chodziło o jego zdolności. Raczej o to, że nikt inny nie był zainteresowany pomocą bazyliszkowi. Mimo wszystko ucieszył się jednak, że sprawa trafiła akurat do niego. Ze wszystkich mieszkańców Fabletown, mityczne bestie najbardziej wzbudzały jego sympatię, a pomoc im była czymś więcej niż jedynie źródłem zarobku. Często miał dziwne wrażenie, że lepiej rozumie te stworzenia niż ludzi. Poza tym... Wiele słyszał o tutejszej strażniczce artefaktów. Morgana kilkakrotnie wspominała o bazyliszku z wyjątkową sympatią, a on wierzył w słowa matki, o wiele bardziej niż w słowa swoich współpracowników, odnoszących się z wyraźną wyższością i niechęcią do potwora z podziemi. Mordred miał nadzieję, że uda się jakoś pomóc bazyliszkowi. Dość już wycierpiała musząc znosić bierność tutejszych władz...
    Portier dał Mordredowi klucze do podziemi. Powiedział też by przy okazji zabrał jedzenie dla bazyliszka. W milczeniu wysłuchał pokrętnego wytłumaczenia, że skoro trzynaste piętro miało przysłać kogoś do podziemi, nie było sensu fatygować innego z pracowników. Bez słowa zabrał ze sobą zapakowany posiłek i zszedł do podziemi. Starał się nie myśleć i skupić po prostu na tym po co tu przyszedł. Nie było jednak łatwo. W spokoju przemierzał panujący w podziemiach mrok, z każdą chwilą coraz bardziej mając wrażenie, że mdli go od tego zapachu. Zapachu podziemi... Lochów pod zamkiem... Przez chwilę znów czuł to wszystko nadto wyraźnie. Chłód. Wilgoć, otaczająca ze wszystkich stron. Zapach kurzu i stęchlizny. Zapach grobu za życia... I szczury. Przeklęte, obrzydliwie cuchnące szczury. Wziął głębszy wdech, z całych sił odsuwając te wspomnienia na bok. Nie podda się tak łatwo, nie da wyprowadzić się z równowagi nawet najgorszym wspomnieniom i nawet przyprawiający go o mdłości zapach szczurów, które musiały gnieździć się w tej części podziemi nie wyprowadzi go z równowagi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozejrzał się i dostrzegł drobną kobiecą postać stojącą w bezruchu nieopodal niego. Domyślił się, że to właśnie musiał być bazyliszek. Moryena. Już miał poinformować ją po co właściwie tu przyszedł, gdy odezwała się pierwsza.
      – To moja matka – odparł w końcu. Przez chwilę czuł się dziwnie mówiąc te słowa. Przez całe życie przyzwyczajony był raczej do ukrywania tego kim jest. Teraz, kiedy wreszcie nie musiał tego robić wcale nie czuł z tego powodu ulgi. Miał raczej wrażenie, jakby to co mówił, wcale nie było jego słowami. Dziwne uczucie.
      – Pracuję razem z nią na trzynastym piętrze – poinformował bazyliszka, starając się jakoś naturalnie przejść do właściwego tematu, czyli celu swojej wizyty – Przysłali mnie w sprawie twojego wzroku, może uda mi się jakoś pomóc. Przy okazji miałem ci też przynieść to... – dodał podając jej pakunek z jedzeniem, który kazali mu przekazać. Było już późne popołudnie, domyślał się, że musiała być głodna, skoro nikt nie raczył odwiedzić jej wcześniej. Mordred nie śpieszył się nigdzie, mógł poczekać aż bazyliszek zaspokoi najpierw głód. Pewnie nawet tak będzie łatwiej rozmawiać. Co prawda nie miał ochoty zostawać dłużej w podziemiach, pełnych przeklętych szczurów, ale starał się o tym nie myśleć. Da sobie radę... Minęło już wystarczająco dużo czasu, by przestać w kółko o tym myśleć. Odruchowo rozejrzał się ponownie. Wzrok zaskakująco szybko przyzwyczaił mu się do ciemności, dzięki czemu widział dość wyraźnie nawet ciemne zakątki pomieszczenia. Zbyt wiele czasu w podziemiach... Spojrzał znów na Moryenę.
      – Opowiesz mi co dokładnie dzieje się z twoim wzrokiem? – zapytał w końcu.

      Mordziu

      Usuń
  34. [Ewentualnie ostatnia super-limitowana kanapka, na którą oboje mieli ochotę i jedno zza pleców drugiego ciężko westchnęło (albo nawet wydało pełen rozczarowania jęk bólu i głodu :D), kiedy padła informacja, że "o, to chyba ostatnia sztuka", więc dobroć serca (hehe, na pewno mają jej całą masę!) kazała się podzielić zdobyczą :D]

    Harley Fletcher

    OdpowiedzUsuń
  35. [Dlatego stawiam, że to ona była za Harleyem w kolejce, nie miał serca jej odmówić! :D Okej, zacznę, ale jestem stworzeniem raczej powolnym, więc zajmie mi to pewnie kilka dni, aż przekopię się przez zaległości małe i duże :D]

    Harley Fletcher

    OdpowiedzUsuń
  36. [O Dżizasku! Mam nawet wizję jak Lucek bierze taśmę izolacyjną i mówi, że ujdzie i pyta się bazylka co o tym sądzi xD (swoją drogą, czy Lucek może mówić do Mor "mój ty bazylku kochany"?) Powiem, wiecej znając Lucyfera, to nawet byłby w stanie zadzwonić do Bogdana i zapytałby się, czy nie mógłby im pożyczyć tego takiego "dyngsa do zmieniania czasu", bo w sumie...przecież łatwiej byłoby cofnąć sie w czasie i nie pozwolić im zabierać tego artefaktu xD
    No...zawsze możemy zrobić tak, że po prostu uchleją się drugi raz i wrócą do punktu wyjścia, tyle że z jeszcze jednym zepsutym artefaktem xD
    (wiem, mam walnięte pomysły)]

    Lucek

    OdpowiedzUsuń
  37. Chyba każdy, ale to absolutnie każdy mieszkaniec Fabletown znał Lucyfera, szalonego diabła który był prezenterem wiadomości w lokalnej stacji telewizyjnej. Do tego jeszcze od niedawna bodajże maja 2017 roku pełnił funkcję w kościele Lucjanistycznym, gdzie namawia ludzi do złego i pijanego. Rozpija swoich wiernych w podziemiach, gdzie ma kolekcję najróżniejszych alkoholi, wszystkie bimbry i samogony świata są w jego posiadaniu. Do tego wszystkie są Made by piekło! To już jest marka sama w sobie!
    Lucek był o tyle dziwny, zawsze był wesoło nastawiony do świata i egzystencji. Do tego zawsze, ale to absolutnie zawsze miał przy sobie jakiś alkohol. Nie ważne, czy kupny, czy własnej produkcji. Po prostu był i tyle, co tutaj było do drążenia? Ano nic. Miał to miał i na chuj drążyć temat.
    Diabeł niestraszny, od jakiegoś czasu planował „epickie melo”, które opierało się głównie na tym, że zamierza uchlać się z bazyliszkiem. Nie wybrał Moryeny przypadkowo, to wszystko miało głębszy sens, który rozumiał tylko Lucyfer, chociaż prawda była taka, że pewnie gdyby wytrzeźwiał, to sam zastanawiałby się co mu do tego durnego łba strzeliło. Ale nic, na razie jeszcze nic nie zepsuł, wódki jeszcze nie wypił, więc można szaleć.
    A skoro szaleć, to oznacza też, że należy dostać się w miejsce spotkania niezauważonym, bo przecież szeryf, albo burmistrz, ktoś go zabije jeśli dowie się że rozpija bazyliszka i zamierza namawiać ją do złego. Jednak taka już natura diabła, od której choćby chciał to nie ucieknie. Ale między Bogiem a prawdą, to nie zamierzał od niej uciekać, ani odcinać się. Owszem, mogło być to dziwne, ale co mógł z tym zrobić? Nic.
    Dotarłszy na miejsce wyciągnął zza pazuchy buteleczkę 0.7, projekt eksperymentalny, który prawdopodobne może powalić Rosjanina po pierwszym kieliszku. Wypadało to wszystko przetestować, prawda? Poza tym, nie wiedział jak działa to na baśniowców, należało to sprawdzić, a sam na sobie nie chciał eksperymentować.
    — Siemka bazylku! Mam coś dla ciebie – powiedział i potrząsnął lekko butelką. Miał szczerą nadzieje, że się z nim napije, bo dlaczego by nie? – Alkohol mojej produkcji! Jako, że pewnie się tutaj nudzisz, to przyszedłem ci dotrzymać towarzystwa, a że nie wypada przychodzić bez czegoś…no i nie należy siedzieć o suchym pysku, to sama rozumiesz – powiedział z uśmiechem.

    Lucek

    OdpowiedzUsuń
  38. Całe szczęście, bazyliszek dobrze zniósł teleportację w jedną i drugą stronę. A potem spokojnie dał jej wykonać swoje zadanie. Widziała jak robi się takie wywary, nieraz. Uczyła się tego jeszcze w swoich czasach, choć rzadko korzystała z tej wiedzy. Być może dlatego, że przy magii jaką władała, eliksiry spokojnie mogła traktować jako dodatek niezbędny tylko w niewielu sytuacjach. Aż do dzisiaj, kiedy to potężna moc Morgany okazała się być niewystarczająca. Dla samej wiedźmy była to nowość. Nie spodziewała się takich trudności… była przekonana, że odzyskanie Feruli to tylko kwestia czasu. Cóż, nie doceniła przeciwnika.
    Gdy wróciły w to samo miejsce, nie ponaglała ani w żaden inny sposób nie wpływała na Moryenę. Pozwoliła jej samej zadecydować, kiedy zażyje eliksir. A kiedy ta już to zrobiła, wskazała drogę. Przynajmniej pierwszy jej etap, który prowadził do ostatniego znanego im śladu sprawcy kradzieży.
    Następnie, ufając wyczulonym zmysłom bazyliszka, podążała za kobietą, starając się przy okazji jej nie zgubić. Moryena wydawała się wiedzieć, dokąd powinny iść. Jedyną przeszkodę stanowili ludzie, którzy krążyli w jedną i drugą stronę zwartymi grupami. Morgana dziwiła się, że tych ani trochę nie ubywało. Rzadko wchodziła na teren Doczesnych, ale nawet z okien trzynastego piętra Woodlands miała widok na ulicę tej zwykłej części miasta. Dzień w dzień, niemal o każdej porze dnia grupy ludzi przechadzały się w tę i z powrotem, z tą samą częstotliwością. Jak gdyby współczesny świat opierał się wyłącznie na pośpiechu. A może tak było? Może nawet w Fabletown tak zaczynały i kończyły się dnie, lecz nie widziała tego, bo za dnia była w pracy, a swój apartament, jeśli opuszczała, to dopiero późnym wieczorem, bądź wczesnym rankiem, kiedy spotkać można było wyłącznie pojedynczych mieszkańców.
    – Tego się obawiałam. – przyznała i ponownie rozejrzała się dookoła, mając nieodparte wrażenie, że ktoś je obserwuje. A skoro bazyliszek wiedziała, że gdzieś był w pobliżu, to najwidoczniej tak było. – Ale po co nas wyprowadza w pole, skoro może po prostu jej użyć? – zastanowiła się na głos, lecz zaraz tego pożałowała. Uważaj, czego sobie życzysz. skarciła się w myślach. Skoro był blisko, to mógł ją słyszeć. Może tym właśnie zachęciła go do uczynienia właśnie tego? Liczyła, że jednak nie.
    Zawołanie Moryeny podziałało. Wyrwana z zamyślenia, przyspieszyła kroku i... nieomal wpadłaby na jakiegoś przechodnia, widząc jak najzwyczajniej w świecie Moryena kogoś ugryzła. Zmarszczyła brwi, gdy przechodząc obok spojrzała na ranę, która wyglądała ewidentnie jak po ugryzieniu. Bynajmniej, nie traciła czasu na Doczesnego, wokół którego już zebrał się spory tłum gapiów, tylko ruszyła dalej. Doszedłszy wreszcie do zaułku, z niemałym zdziwieniem obserwowała poczynania bazyliszka. Huk rzuconego metalowego kosza odbił się echem od blisko postawionych murów dwóch bloków i brukowej alejki. Przymknęła powieki, ale nie odezwała się ani słowem. Zasłużył, pomyślała.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dopiero teraz spostrzegła, że kosz faktycznie trafił w delikwenta. A na dodatek ferula wypadła z jego ręki. Nerwowo uśmiechnęła się i podbiegła z zamiarem sięgnięcia po artefakt. Czyli jednak miało pójść łatwo. Już wyciągnęła rękę po magiczny przedmiot, gdy pchnięta jakaś niewidzialną siła, uderzyła plecami o mur bloku stojącego za nią.
      Na twarzy Morgany wymalował się lekki grymas bólu i zdziwienia, jednocześnie z trudem próbowała złapać oddech, co jednak koniec końców się udało. Oparta o ścianę, wzięła kilka głębszych oddechów i spojrzała w miejsce, gdzieś dosłownie sekundę temu jeszcze leżał mag. Zerknęła na Moryenę, mając nadzieję, że to jej sprawka. Ale i przy niej go nie było.
      – Podświadomie sama dążysz do zniszczenia tego świata, więc uznaj to za pomoc, Morgano. – mężczyzna zmaterializował się tuż obok i zwrócił się do wiedźmy, po czym równie szybko zniknął. Nie zdążyła ani mu się przyjrzeć, o odpowiedzi nie wspominając. Ale przynajmniej poznała cel, który mimo wszystko mijał się z jej zamariami i to na całej linii.
      Była gotowa już ruszyć dalej, kiedy nagle przymknęła powieki, czując to czego obawiała się najbardziej. Ferula została użyta. Zachwiała się i podparła ręką o ścianę. Lekki ból głowy minął.
      – Bèon ðu ymbhammen be se lèoht. * – wypowiedziała w sobie znanym języku. Kiedy, jak zwykle podczas korzystania z magii, oczy Morgany zalśniły na złoto, tuż przed nimi pojawiła się świetlista smuga, prowadząca do Feruli. Nie wiedziała, czy Moryena też to widziała. Nikt z Doczesnych nie mógł tego dostrzec, dlatego zastanawiała się, jak było z bazyliszkiem. – Tędy. Może jeszcze nie wszystko stracone. – zwróciła się do swojej towarzyszki.
      Gdyby ktoś kiedyś powiedział jej, że będzie próbowała powstrzymać działanie, któregoś ze znanych sobie artefaktów, wyśmiała by z miejsca. Tym razem jednak musiała to zrobić.

      * Bądź/zostań otoczony/a światłem

      Morganka

      Usuń
  39. Gdyby Lucek wiedział że jest tak bardzo znanym fejmem w podziemiach, to zabrałby ze sobą jakiś plik zdjęć z nagą klatą ażeby było na czym rozdawać autografy…gdyby oczywiście ktoś chciał. Osobiście to liczył na to, że ktoś będzie wolał zrobić sobie selfie z nim, niż prosić o autograf, chociaż… Nie, no! Prawda jest taka, że nie wiedział co to znaczy być sławą. Na co dzień nikt nie prosił go o autografy albo zdjęcia. Większość baśniowców przywykła do niego.
    Od razu się rozpromienił. To było nawet aż za łatwe! Myślał, że będzie coś na zasadzie Ale Lucku nie, no mówię ci Lucek, nie mogę, sam rozumiesz, praca, a tutaj takie pozytywne zaskoczenie! No nic tylko się cieszyć! Przynajmniej nie musiał bawić się w argumentację, albo przekonywanie, jeszcze mogłyby mu się argumenty skończyć.
    — Ej! Macie gwóźdź z krzyża Dżizaska? – zapytał i niemalże od razu podszedł. Złapał żelastwo i przyłożył do ręki i zaczął się śmiać jak głupi.
    Na całe szczęście diabeł miał zajebisty refleks, więc złapał kieliszki, poza tym gdyby ich nie złapał to nie byłaby to jego wina. Ulotniłby się i zostawił Mor samą ze stłuczonymi kieliszkami. Oczywiście ulotniłby się tylko po jakieś jednorazowe kieliszki. Po jednorazowe kubeczki, które w słowniku Lucka oznaczały w sumie tyle samo co zastępcze szklanki, które można wykorzystywać do momentu kiedy nie utworzy się na nich pleśń, albo cokolwiek w tym stylu. Nie żeby Lucek był jakiś niewychowany, czy coś, ale był nad wyraz leniwy. I w zasadzie to mógł powiedzieć, że był ekologiczny! Bo jednorazowe kubki używał wiele razy! A to już coś!
    — Jaki ze mnie pan?! – zapytał polewając. – Mów mi Lucek – powiedział niemalże natychmiast i wręczył kobiecie kielich z samogonem. On sam nie uważał się za jakiegokolwiek pana, więc, nie rozumiał dlaczego ona tak miałaby się do niego zwracać. To było dziwne. No i pewnie też przebywanie z Ivanem robiło swoje. Ten polski diabeł niezmiernie rzadko kiedy używał słowa „pan”, no chyba że musiał. Lucyfer do tej pory zastanawiał się jakim cudem Ivan jest w stanie prowadzić swoje interesy. No ale chyba taka cecha diabłów, że szybko się asymilują ze społecznością i łatwo im przyjąć powszechne normy… Tylko po to żeby nie wyróżniać się tak bardzo.
    Boruta od zawsze twierdził, że diabły są lepsze od aniołów oraz ludzi. Byli najlepsi we wszechświecie.
    — No to co? Na pierwszą nóżkę – powiedział przechylając naczynie z wódką. Dobrze, że wcześniej odstawił samogon na bok, bo to naprawdę mogłoby się źle skończyć dla butelki.
    Lucek zakaszlał i skrzywił się. No naprawdę, było to mocne, skoro twarz samego diabła ten napitek zdołał wykrzywić!
    — Twoja kolej – zachęcił bazylka.

    Lucek, który jara się gwoździem

    OdpowiedzUsuń
  40. Już od jakiegoś czasu słyszał o tym, że w Fabletown pojawiła się nowa gadzina. Początkowo miał nawet nadzieję, że może wreszcie okaże się nią jakiś smok. Szybko jednak dowiedział się, że niestety nie był to smok. Na dodatek zaskoczył go nieco fakt, że pierwszy raz nie przedstawiono mu nowego pracownika podziemi. Ze strzępków informacji wywnioskował, że z ową gadziną były jakieś problemy. Podobno magowie coś schrzanili swoimi „genialnymi” zaklęciami. Drake nie ufał magom. Nawet jeśli jego stosunek do ludzi z reguły był raczej pozytywny, magowie jakoś nie przypadli mu do gustu. Wyjątkiem była co prawda wiedźma Morgana, która była oddaną przyjaciółką smoków, ale nie zmieniło to zbyt wiele w podejściu do samych magów. Z tego powodu Drake unikał także ludzkich zaklęć. Nie stosował nawet glamour. Wolał własne, dość trudne zaklęcie, niż dziwaczne metody czarodziei z 13 piętra.
    Z tego powodu smok jeszcze bardziej był zainteresowany ową biedną gadziną. A skoro władze Woodlands nie zamierzały przedstawić mu nowego towarzysza z podziemi, postanowił sam dowiedzieć się więcej. Czekał jedynie na dogodny moment, gdy żaden z pracowników nie kręcił się po podziemiach. Drake nie lubił zmiany postaci i gdy tylko mógł, unikał jej jak tylko mógł. Podziemia były wystarczająco wielkie, by mógł jakoś się po nich przemieszczać. Trochę jak w jaskiniach. Było trochę ciasno i niewygodnie... brakowało swobody ruchów i przestrzeni, jaką miał niegdyś, gdy zamieszkiwał Gardło Świata... jednak po jakimś czasie przywykł. Zawsze mogło być gorzej.
    W końcu znalazł się w komnacie z magicznymi artefaktami. Nigdzie jednak nie było śladu owego strażnika. Rozejrzał się po wnętrzu. Nie przywykł do tak ciasnej przestrzeni i, rzecz jasna niechcący” zdemolował nieco pomieszczenie. Trochę bardziej niż nieco... Może jednak warto było zmienić postać? Jak na złość nie znalazł również owego strażnika. Co prawda wyczuwał w powietrzu wyraźną gadzią woń, jednak była ona dziwna i dziwnie zmieszana z ludzkim zapachem. Kątem oka dostrzegł również ludzką kobietę, jednak nie był nią zbytnio zainteresowany. W końcu jednak uznał, że pomówi z człowiekiem, może dowie się czegoś więcej.
    Nachylił się w stronę dziewczyny i... szybko pożałował tej decyzji. Wredne stworzenie postanowiło zamanifestować swoją złość za poczyniony bałagan. Który jak na ironię stał się jeszcze większy, gdy smok odruchowo gwałtownie się odsunął, potrącając kolejny regał. Drake poczuł się zirytowany. Nie dość, że nie spotkał gadziny i został fatalnie powitany to jeszcze pewnie będzie musiał pomagać to wszystko sprzątać.
    Zrezygnowany postanowił użyć zaklęcia i już po chwili znów musiał męczyć się w tej okropnej, ludzkiej skórze... Przez chwilę jeszcze musiał się przyzwyczaić do tej nagłej i niemiłej zmiany. W końcu jednak poczuł się lepiej. Potarł jeszcze nieco obolałe oko i w końcu uważnie przyjrzał się człowiekowi.
    – Przepraszam za ten bałagan – odezwał się od razu, z trudem powstrzymując się od uwagi odnośnie jakże „miłego powitania”. Zanim jednak pozwolił kobiecie dojść do słowa... co wiązałoby się zapewne z wysłuchiwaniem ogromu pretensji... chciał dowiedzieć się czegoś jeszcze – Przyszedłem tutaj w sprawie nowego strażnika skarbca. Wiesz coś o tym? – zapytał z nadzieją, że może mimo całego, dość niefortunnego „wejścia smoka”, dziewczyna będzie tak miła, że powie cokolwiek, co choć odrobinę wyjaśniłoby sprawę.

    Smokeł

    OdpowiedzUsuń
  41. [Wizji wyjątkowo nie mam, bo nie wiem czego mogłaby potrzebować bazylkowa dama, więc chętnie się uśmiechnę o początek. W rewanżu potem mogę zacząć u cioci wiedźmy! ;)]

    Percy

    OdpowiedzUsuń
  42. — Może być Lucek, Lucjan. Nawet jeśli chcesz to możesz gadać jaśnie diable - powiedział z rozbrajającym wręcz uśmiechem. Kiedyś tak mówił, bo dlaczego by nie? Co prawda były to czasy średniowiecza…albo baroku. Nie pamiętał dokładnie, dla kogoś takiego jak Lucyfer, czas był pojęciem względnym i czasami myliły mu się fakty. Po prostu, niekiedy wiedział o co chodzi, ale nie potrafił sobie tego umiejscowić. Tak to już z tym diabłem było.
    Uśmiechnął się słabo, kiedy Mor wypiła wszystko za pierwszym razem. Nie tego się spodziewał… Jednak uśmiech powiększał się z każdą chwilą, po opróżnieniu kielicha przez bazyliszka. Z każdą chwilą uśmiech się coraz bardziej powiększał, aż doszedł niemalże do szczytowego punktu, mniej więcej wtedy, kiedy Moyrena usiadła na podłodze.
    No genialne! Genialne! - pogratulował sobie w myślach Lucyfer. Przecież to naprawdę było genialne, zasługiwało na upamiętnienie! Może nawet później sobie zrobi selfie ze „zwłokami” bazyliszka? To byłoby świetne, genialne, epickie wręcz!
    — Am kopać! Ma kopać jak Lewandowski z jedenastki! – powiedział i ochoczo dolał jeszcze bazylkowi jeden kieliszek. Przy okazji i sobie uzupełnił drogocenny płyn, który kochał i byłby nawet i w stanie wybudować mu pomnik. Ale po co się wydurniać? No po co proszę państwa, po co?
    — To teraz co? Na drugą nóżkę? – zapytał i uśmiechnął się. – Chociaż w twoim wydaniu to powinno być „na drugi półdupek” – zauważył i wychylił na raz drugiego kieliszka. W głowie lekko zaszumiało, twarz wykrzywiła się w grymasie, chociaż nie był to tak samo potężny grymas jak tamten, przy pierwszym kieliszku. Przynajmniej tyle, że powoli się przyzwyczajał do tego smaku. Bo do zawartości procentowej nie musiał się przyzwyczajać, wychlał w swoim życiu tyle, że w jego żyłach płynęła czysta wódka…czysty spirytus!
    — No a po tym kieliszku, to pokażesz mi co tutaj ciekawego macie. Może wykorzystamy coś? Jakiś artefakcik? – zapytał. – No, przecież po coś te artefakty tutaj są. No nie mogą być niebezpieczne, wykorzystajmy coś i zróbmy coś epickiego! – krzyknął wesoło odkładając kielich na podłogę. Zaczął się rozglądać po pomieszczeniu, coś musiało przykuć jego uwagę. I prawdopodobnie nie byłaby to broń masowej zagłady…chociaż…może mieli tutaj „karty przeciwko ludzkości”?

    Lucek

    OdpowiedzUsuń
  43. Zaskoczyła go informacją, że pozbawiono ją mocy petryfikacji. Do tej pory był pewien, że po prostu zastosowano bardziej skomplikowaną formę glamour, która miała chronić innych przed jej wzrokiem. Był pewien, że problemy bazyliszka brały się ze źle dobranego zaklęcia, a nie z powodu tego, że użyto magii do odebrania jej tej możliwości. Znowu jakiś czarodziej myślał, że ma prawo bawić się w boga i decydować o czyimś losie, niszczyć komuś życie dla własnego kaprysu albo wygody. Mordred poczuł się jakby dotknęło go to osobiście... być może dlatego, że sam władał bardzo podobną mocą? A może dlatego, że kiedyś też jakiś czarodziej za bardzo namieszał mu w życiu.
    W całym tym intensywnym rozmyślaniu w pierwszej chwili nie zwrócił uwagi na ostatnią uwagę bazyliszka. Dopiero po chwili zareagował. Uśmiechnął się nieco na pokaz.
    – Właśnie widzę, że pozostałe zmysły świetnie działają – odparł, po czym wyjaśnił dość lakonicznie – Nie lubię podziemi. Unikam ich jeśli tylko mogę. Za dużo wspomnień, o których nie chcę rozmawiać. Zajmijmy się lepiej twoim wzrokiem...
    Przez chwilę zastanowił się co właściwie powinien zrobić w tej sytuacji. Naprawiać to co zrobili magowie? I co? Miał przyłożyć rękę do odebrania bazyliszkowi jego prawdziwej natury i jego mocy? O nie... Nie ważne co myśleli o nim inni, Mordred miał swoje zasady i wartości. Nie będzie brał udziału w tym obrzydlistwie i krzywdzeniu bazyliszka. Miał pomóc Moryenie, a nie czarodziejom. Szybko zastanowił się nad tym, co mógłby zrobić. Najprościej byłoby uleczyć bazyliszka oddając jej moce, które jej odebrano. A potem? Może udałoby się stworzyć inne zaklęcie, ochronne? Czy bazyliszki były w stanie jakoś kontrolować swoją moc? Nie był pewien, ale wiedział, że musi spróbować.
    – Mogę? – zapytał ostrożnie podchodząc bliżej bazyliszka i wyciągając dłoń w stronę jej twarzy. Chciał obejrzeć jej oczy, wyczuć magię jakiej na niej użyto.
    – Nie martw się, nie zrobię ci krzywdy... – dodał łagodnym tonem, nie chcąc jej denerwować. Po tym jak potraktowali ją ci, którzy odebrali jej wzrok, oraz inni czarownicy z trzynastego piętra, domyślał się, że może być nieufna i zaniepokojona. Postanowił wszystko spokojnie jej wytłumaczyć, kontynuował zatem swoją myśl – Jeśli uda mi się dowiedzieć czegoś więcej na temat zaklęcia i tego co dzieje się z twoimi oczami, być może uda mi się jakoś pomóc. Nie wiem kto ci to zrobił, ale nie powinien był odbierać ci mocy. Postaram się to naprawić i zwrócić ci twoje zdolności. A potem... pomyślimy o czymś co pomogłoby chronić otoczenie, bez pozbawiania cię petryfikacji. Dobrze? – zapytał, chcąc dać jej do zrozumienia, że w przeciwieństwie do innych czarodziei z Woodlands, nie zamierza robić niczego wbrew jej woli i jak najbardziej gotów jest jej wysłuchać.

    Mordziu

    OdpowiedzUsuń
  44. Morgana prześledziła wzrokiem trajektorię lotu cegły, na wypadek gdyby ta miała jej w jakikolwiek sposób zagrozić. Owszem, zdążyłaby rzucić jakieś zaklęcie. Mogła zawsze wypowiedzieć je w myślach czy wykonać odpowiedni gest, aczkolwiek nie zaszła taka potrzeba. Na całe szczęście dla Moryeny, pomyślała. Niedopilnowanie artefaktu mogła wybaczyć. Problem ze wzrokiem także, chociaż na to, jak już było wiadomo, bazyliszek nie miał wpływu. Jednakże trafienia cegłą nie wybaczyłaby nikomu. I tylko sama bogini wiedziała, co by się mogło stać z nieszczęśnikiem, któremu przypadkowo by się to zdarzyło. Ale to nie czas i miejsce, by dumać nad takimi rzeczami. Problemów przybywało z każdą chwilą. Wprawdzie ferula stanowiła ten największy, lecz pałętający się wszędzie ludzie podobnie. Musiała coś zrobić, musiała ułatwić pracę sobie i swojej towarzyszce. Zwłaszcza, że Moryena już naraziła się policji doczesnych. Pościg ruszył, a na dodatek zbyt wielu ludzi je widziało.
    – Mīþan* – wypowiedziała. Gęsta mgła, pojawiająca się dosłownie znikąd, momentalnie odgrodziła je od reszty miasta. Wraz z mgłą pole widzenia zmniejszyło się do minimum i przez chwilę mogła poczuć się jak bazyliszek. Zdecydowanie nie było to przyjemne uczucie. Pomyślała jeszcze o ludziach i policji. Z pewnością zdziwionych i zaskoczonych, bo przecież nie codziennie wpierw widzi się dwie, bardzo dziwne postacie, które potem - niemal dosłownie - rozpływają się we mgle. Gdyby był czas, rzuciłaby kolejne zaklęcie. To, którego nauczyła się w Fabletown aby w razie podobnych sytuacji, wymazać z umysłów Doczesnych widziane przez nich nietypowe rzeczy. Nie dane jej było jednak tego dokonać. Znajomo brzmiący chrzęst oznaczał jedno - kłopoty. Ferula działała szybko, ale na szczęście tylko na szczątki pochodzące ze starożytności. Jeśli w zasięgu feruli nie było ich zbyt wielu, mogło nie być tak źle. Ale jeśli było odwrotnie...
    Przez cholerną mgłę niewiele mogła dostrzec. Nie wiedząc dokładnie w którą stronę uciekać, nieopatrznie nadstawiła się na cios. Starożytna stal, przecinając materiał sukni pozostawiła zimny ślad w boku Morgany. Po paru sekundach, w tym samym miejscu poczuła ciepłą ciecz. Nie mogła pozwolić sobie na utratę przytomności ani na nic innego. Gdyby została zamroczona, rzucone przez czarownicę zaklęcia przestałyby działać, a co za tym szło - kolejne problemy.
    Jakby zza jakiejś bariery usłyszała głos Moryeny. Odszukała wzrokiem kobietę i wiedziała, że musiała spróbować. Wykonała lekki ruch głową i z chwilą, gdy tęczówki oczu Morgany zalśniły na złoto, atakujący strażniczkę artefaktów szkielet został odrzucony do tyłu.
    – Nu ic gebod ēow wendan þīn hrǣw. Hweorfe basilisk ** – wypowiedziała kolejne zaklęcie, po którym mocno zakręciło jej się w głowie. Potrzebowała chwili, by się wyleczyć. A najlepiej Aithusy, której tu nie było a która przyspieszyła by ten proces. – Hælan hit *** – rzuciła. Po raz kolejny wdzięczna była temu, że pomimo zmiany miejsca, moc najwyższej kapłanki pozostała.
    Minęła chwila, nim doszła do siebie ale przynajmniej zaklęcia wciąż działały. Gorzej, że kiedy czekała na uleczenie, ożywionych szkieletów pojawiło się więcej. Wzrokiem odszukała Moryeny. Nie była jednak pewna czy powinna szukać jej ludzkiej formy, czy jakimś cudem czar zadziałał. Musiała teraz skupić się na feruli. Ścieżka prowadzącą do artefaktu była widoczna, jednak świadomość konieczności zniszczenia go niekoniecznie uśmiechała się Morganie.

    *zaciemnić/zamglić/zamroczyć
    **Teraz nakazuję ci pozostawić ludzką formę. Przemień się w bazyliszka.
    ***Wylecz to

    Morganka

    OdpowiedzUsuń
  45. [Długo mi zajęła odpowiedź, ale oto jest! Ja bardzo lubię pisać jako obie postacie więc to zależy od Ciebie z kim wolisz! Czy z savage wiedźmą (co lubi piec ciasteczka), czy z wesołym dziadkiem mrozem (który lubi jeść ciastka)? :D]


    Jack & Mary

    OdpowiedzUsuń
  46. [Okej, to można tak zrobić haha! To jeszcze jakiś pomysł hmhm... Może Mor była jakoś zagubiona i Jack się nią zainteresował? Na przykład chodziła w koło jakiegoś budynku, czy coś? A on akurat siedział na drzewie i szukał celu do zaatakowania śnieżką, lecz wtedy dostrzegł ją błądzącą i się zainteresował? Koniec końców zaproponował pomoc (sam się gubi więcc to może być ciekawe xD). Co o tym myślisz? Czy kombinujemy dalej?]

    Jack

    OdpowiedzUsuń
  47. Snow White była poważną kobietą na bardzo poważnym stanowisku. Sprawowała funkcję zastępczyni burmistrza, choć nie było tajemnicą to, że tak naprawdę, to ona tym wszystkim rządziła. To ona podsuwała burmistrzowi kolejne rozwiązania i nowe pomysły. To ona biegała po mieście i wszystko załatwiała. Burmistrz Cole, choć był cudownym człowiekiem i złego słowa o nim powiedzieć nie mogła, to nie do końca sprawował władzę tak, jak powinien. Może dlatego, że miał nieco za miękkie serce? A doświadczona przez życie Snow była odporna na niektóre sytuacje.
    Pomału dążyła do celu. Chociaż początkowo nie miała ambicji na sprawowanie tak wysokiej funkcji, to jednak apetyt rósł wraz ze zdobywanym doświadczeniem. Koniec końców udało jej się dostać niemal na sam szczyt. I dopiero wtedy poczuła się spełniona.
    Będąc asystentką zastępcy nie miała wglądu do niektórych spraw. Wiedziała o wszystkich problemach, jakie dotykały Baśniowców, jednak nie miała okazji, aby poznać wszystkie sposoby na ich rozwiązywanie. A nie wszystkie były takie piękne i proste, jak mogłoby się wydawać. Będąc już o stopień wyżej, zrozumiała jedno – nic nie było takie, jak się jej wydawało. Problemów była cała masa, rozwiązań niezwykle mało. Niejednokrotnie zarywała noce, aby wymyślić jakąś dogodną opcję. A kiedy sądziła, że wszystko jest już w porządku, to działo się coś i… wszystko diabli brali. Baśniowcy, przyzwyczajeni do wygód we własnych światach, za bardzo narzekali i mieli zbyt dużo ale. Dopiero z czasem nauczyła się, że nie da się wszystkich uszczęśliwić. Choćby stanęła na głowie, to nie mogła i koniec.
    Tego dnia, kiedy wychodziła z biura, czuła małą ulgę. Czasami lepiej było iść się odchamić i porozmawiać z Baśniowcem podczas kolacji w restauracji. Niestety, nie wszyscy jej „goście” nadawali się do takich miejsc. Nie tyle ze względu na wygląd (choć w restauracji prowadzonej przez Baśniowców, widok dziwaków nie wzbudzał podejrzeń), co na zachowanie. Nie mogła dopuścić, aby ktokolwiek robił awantury niemal w środku ich niewielkiego miasta, które w rzeczywistości było jedynie dzielnicą. Takich krzykaczy wolała gościć u siebie w biurze, choć to też nie zawsze kończyło się dobrze. Ale tam, prawie zawsze na posterunku, był Bigby, który niejednokrotnie ratował ją z opresji. Niby mogłaby poradzić sobie sama, ale prawda była taka, że Szeryf wzbudzał lęk, przerażenie i respekt. Na nim nikt nie miał odwagi wieszać psów. Co innego na niej; na Snow, która wyglądała, jakby lada moment miała się rozlecieć na miliony malutkich kawałeczków.
    Odetchnęła głęboko, zastanawiając się, czy kolacja z Bazyliszkiem to na pewno dobry pomysł. Może bezpieczniej byłoby ją przyjąć w biurze? Albo w jakimś pomieszczeniu. Koniecznie bez luster! Snow, przed tym spotkaniem, zrobiła dokładny research, aby wiedzieć co może ją spotkać i jak mogłaby się – w razie czego – przed tym obronić. Nie uśmiechało jej się zostanie jakąś przekąską, czy coś tam.
    Stanęła przed restauracją Bella Note i rozejrzała się wkoło. I wtedy też dostrzegła zbliżającą się kobietę. Wyprostowała się, bo nie wypadało, aby prawie-głowa państwa witała gości zgarbiona.
    — Witaj, Moryeno — uśmiechnęła się łagodnie. — Mam nadzieję, że miejsce, które wybrałam, przypadnie ci do gustu. A jeśli nie, to w trakcie możemy zmienić miejsce — powiedziała spokojnie, wciąż z tym samym uśmiechem na ustach.

    Snow White

    OdpowiedzUsuń