Fabletown News

Jesień w Fabletown

Wielkimi krokami zbliża się jesień, chociaż panujące na zewnątrz temperatury jeszcze nic na to nie wskazują. Jednak już dziś, burmistrz Król Cole poszukuje chętnych do pomocy przy grabieniu liści i przygotowaniu ogrodów przed Woodlands na nadchodzącą porę roku. Według początkowych planów, zająć mieli się tym Baśniowcy osadzeni w więzieniu, jednak tych oddelegowano do prac porządkowych na Farmie.
Jesień oznacza także rozpoczęcie nowego roku szkolnego. W związku z tym w Zespole Szkół im. H. Ch. Andersena ogłoszono nabór na kilka wolnych miejsc w kadrze nauczycielskiej. Zgłaszać mogą się wszyscy ci, którzy lubią pracę z dziećmi i/lub mają doświadczenie w zawodzie.



Bufkin donosi, że...

...w Fabletown jest ostatnio bardzo gorąco. I nie mam tu wcale na myśli upałów czy piekielnych kazań Lucyfera w jego kościele, oj nie. Ostatnio na trzynastym piętrze wybuchł pożar i chociaż wiedźmy nie chcą o tym rozmawiać udało mi się podsłuchać ich rozmowę. Podobno jedna z czarownic postanowiła poprosić ifryta o by zrobił z niej "gorącą laskę" cokolwiek to znaczy. Marid najwyraźniej też tego nie wiedział, bo spełnił jej życzenie bardzo dosłownie i czarownica stanęła w płomieniach. Przy okazji spaliło się też kilka mebli.
Zresztą to nie jedyny pożar w ostatnim czasie. Smok Drake opowiadał mi ostatnio, że niedawny pożar w okolicach Farmy nie był spowodowany falą upałów. Podobno Devril był znudzony i zirytowany wycieczką i postanowił nieco się zabawić. Wydawał się bardzo zadowolony z siebie, zwłaszcza kiedy okazało się, że w trakcie pożaru zginęło kilkoro doczesnych. Podobno Snow White za karę przydzieliła mu kilka godzin prac społecznych. Mam tylko nadzieję, że nie trafi do Biblioteki. Wciąż niemiło wspominam nasze ostatnie spotkanie...

wtorek, 28 listopada 2017

Wybieraj zawsze mniejsze zło,
większe zachowaj na czarną godzinę

29 lat - Sir Mordred z Lothian - Lord Dunipace i Camlann - Rycerz Okrągłego Stołu - Uzurpator Prawowity Król CamelotU - Druid - Syn Króla Artura i Morgany Le Fay - Mąż świętej Cywyllog - od KILKu MIESIĘCY W FABLETOWN - DRUID Z TRZYNASTEGO PIĘTRA 

HistoriaWIĘCEJ | Powiązania
29 lat. W ciągu zaledwie tylu lat zdołał przeżyć więcej, niż niejeden człowiek w ciągu całego, niezwykle długiego życia. Kilkakrotnie umykał śmierci czyhającej na niego jeszcze zanim zdążył przyjść na świat. Oglądał światy będące dla wielu jedynie marzeniem. Zgłębiał najbardziej tajemniczą i niemal zapomnianą gałąź magii. Został czarodziejem i wojownikiem. Rycerzem sławnego Okrągłego Stołu, rycerzem legendarnego króla Artura - swego ojca i zarazem wuja. Ojca, który niemal obsesyjnie pragnął jego śmierci. W ciągu tych nielicznych, przepełnionych nienawiścią lat zdążył tak wiele... Uknuć spisek. Zmanipulować króla. Ożenić się i mieć dwójkę wspaniałych synów. Zdetronizować własnego ojca. Zostać królem i zbudować królestwo. Stracić braci i jedynych przyjaciół. Pochować wszystkie swoje dzieci. Podzielić królestwo i wywołać wojnę domową. Zniszczyć Camelot i Artura. Zabić swego ojca. Przetrwać katusze i pogrzebanie żywcem. Zacząć od nowa?
W wieku zaledwie 29 lat patrzy z rozgoryczeniem na świat, żyje napędzany już tylko resztkami nienawiści, która zdążyła niemal całkowicie wypalić go od środka. Wmawia samemu sobie i oszukuje się, że to wszystko ma jakiś sens. Nie wierzy w nic. Nie wyznaje żadnych wartości. Uśmiecha się i zachowuje pozory z przyzwyczajenia, działając niemal jak dobrze zaprogramowana maszyna. Manipuluje wszystkimi dookoła byle dostać to czego w danej chwili chce. Śmieje się, zagłusza emocje i ukrywa się za sztucznie wyuczonymi pozami, tak jak robił to przez wszystkie przeklęte 29 lat. Nocami walczy z powracającymi koszmarami, które zdają się tylko coraz bardziej nasilać. Rankiem idzie do pracy udając, że nic się nie stało. Żyje... Choć czasem ma wrażenie, że tak naprawdę dawno już zmarł. Zginął w ostatniej bitwie, pod Camlann. A może umarł w tym przeklętym grobowcu? Poszukuje spokoju, którego nie znalazł nawet w śmierci. W wieku 29 lat marzy już tylko o tym by wreszcie odpocząć.

Bastard. Zdrajca. Uzurpator.
Once and future king


Witam serdecznie z Mordredem i gratuluję każdemu kto przebrnął dzielnie przez zakładki, zwłaszcza historię, bo zdecydowanie przesadziłam z opisami. Postać dedykuję Morganie za pomoc w tworzeniu i dopieszczaniu szczegółów, oraz Skipper za namówienie mnie na bloga. <3 Mam nadzieję, że polubicie Mordreda. Zapraszam na wątki i powiązania z przeszłości - im bardziej pokręcone tym lepsze. Poszukujemy "kochanego tatusia" czyli Artura i "świętej małżonki" czyli Cywyllog. Wizerunku użycza Aneurin Barnard, w tytule Wiesław Brudziński, w podstronach Robert Frost, a w imieniu ukryta piosenka. Kontakt gg - 49318386. NIE MAM NIC DO UKRYCIA... ;)

Wątki: Morgana | Lucjan | Szarlotka+ | Moryena+ | Artur+ | Snow | Galahad
Planowane: Morgause(p) | Harley(p) | Miyuki(p) | Nimue | Yvain


Kółka:


82 komentarze:

  1. [Pierwsza! :D I moja wielka radocha z widoku karty zablokowała słowotok, a miałam milion pomysłów jak Cię powitać. xD
    W każdym razie - wpierw witam, potem czytam, ale już się zachwycam treściami, bo wiesz, że podglądałam! :D I obowiązkowo na wątek musimy iść, co już wiesz. :)
    No i obyś została jak najdłużej! <3]

    Kochająca mamusia

    OdpowiedzUsuń
  2. [Powiem ci szczerze, że historia wcale nie zanudziła, a co więcej - zaciekawiła jeszcze bardziej. Zawsze w dzieciństwie to Artur był tym rycerzem w lśniącej zbroi, wzorem cnót a tu okazuje się, że wcale historia nie jest taka czarno-biała - ale pewnie też punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, bo wszystko było opowiadane z perspektywy Mordreda.
    Witam cię serdecznie! Intrygująca postać i z całą pewnością ciężki przeciwnik jeśli postawi się go na tym miejscu. Jeśli w czasie ataków koszmarów Mordred jakimś cudem zawędruje do PN'P to zapraszamy i drzwi będą otwarte :)
    Mnóstwa wątków i baw się dobrze <3]

    Cash Paul Knowles

    OdpowiedzUsuń
  3. [Dzień dobry!
    Och, kiedy tylko przeczytałam o niemowlętach utopionych w morzu, skojarzyłam to sobie z rzezią wywołaną przez króla Heroda. I jak tu nie widzieć powiązań między większością wierzeń? ;)
    Historia Mordreda jest bardzo ciekawie napisana, szybciutko pochłonęłam całość, także gratuluję. I ogółem podziwiam za długość karty i poziom jej rozbudowania, naprawdę świetnie Ci to wyszło. :)
    Oczami wyobraźni już widzę, jak Lilka przychodzi na trzynaste piętro i ogłasza, jako że czerń jest passe, od dnia dzisiejszego z rozkazu burmistrza wszystkie wiedźmy i druidzi będą musieli nosić się na czerwono. A tak na serio to zapraszam do mojej pani, może uda nam się wymyślić coś ciekawego. :D]

    Lily Boyle

    OdpowiedzUsuń
  4. [Będę czekać tak samo, jak na cudowną kartę (będę się nią zachwycać do końca świata i jeden dzień dłużej! :D). I już nie mogę się doczekać. <3]

    Mama <3

    OdpowiedzUsuń
  5. [Uważam, że niepotrzebnie - warto poznawać historię :)
    Nie mam nic przeciwko pójściu po całości, lubię pokręcone wątki i nie potrzebuje do tego "wstępniaczka" hahaha. Opowiedz mi coś więcej o tym kanibalowym wątku proszę, to spróbuje dodać też coś od siebie żeby nie było to takie jednostronne :)
    W ogóle dziękuję, cieszę się, że Cash przypadł ci do gustu!]

    Cash Paul Knowles

    OdpowiedzUsuń
  6. [Cudowny <3 I jakie piękne powiązania i dedykacja <3
    Karta jest cudowna - też pochłonęłam historię i to dwa razy... no i wcale nie podglądałam w trakcie. Uwielbiam Twoje postacie, ale Mordredem to chyba przeszłaś samą siebie <3
    Chodź na wątek! <333]

    - Zaserduszkowująca Nimcia

    OdpowiedzUsuń
  7. [Witam cię synu Artura i Morgany!
    Przyjmij oto te skromne dary,
    z którymi dzielnie przybywamy!
    Twórczej weny,
    żeby poskromić leniwe chimery,
    wątków wielu,
    żeby pisać drogi przyjacielu,
    chęci szczerych,
    na które nie wiem co powie szeryf.
    Kończąc pragnę dodać,
    że należy ci podziękować.

    Dobrze, to teraz jak to mawiają chirurdzy-urolodzy: "Odłóżmy jaja na bok". Wybacz za ten krótki i denny wiersz, który to rymów raczej nie ma, a jeśli ma, to przez przypadek xD

    Baw się dobrze w naszym gronie!
    Inaczej spłoniesz w potępieńczym gronie!

    Przepraszam za kolejny denny rym, no ale... Wybacz musiałem, tak na mnie działają Mickiewicze i Słowackie!]

    Lucek
    Will z lasu
    Ivan
    Erwin

    OdpowiedzUsuń
  8. [Cześć! Witamy serdecznie na blogu :D
    Ciężko mi się zebrać nawet do powitań nowych autorów, ale w końcu przybyłam :D Pana na zdjęciu bardzo lubię; zazwyczaj gra takich niepokojących bohaterów, więc moim zdaniem przypasował tu idealnie :) Jestem pod wrażeniem dopracowania karty, bo wszystko jest ładnie i szczegółowo opisane <3
    Cóż mogę dodać: jeśli masz ochotę i nie masz nic przeciwko odpisom raz na 100 lat, to zapraszam do siebie :D W końcu Mordred to przybrany wujaszek Lucy, więc niemal rodzinka <3 :D]

    Administracja & Lucy

    OdpowiedzUsuń
  9. [ja tez ;) i dziekuje za powitanie.
    Tej legendy w sumie nie znalam wiec z nadmiaru czasu wzielam sie za nadrabianie "braków"
    Ano wrocilam i stracilam rachube, ktory to powrot.
    Zatem wpadam, bo lubie z tb pisac ;) moge Modrusia psytulic? ;)]

    Fiona

    OdpowiedzUsuń
  10. Od dawna doceniała szpiegów, którzy przysięgli jej wierność i posłuszeństwo. Nie pożałowała swojej decyzji, gdy zawarła sojusz z oddziałem Sasów. Ci z kolei, coraz swobodniej naruszali terytorium ziem Albionu. Mieli oko nawet na sam Camelot, przez co w oczach Morgany zyskiwali podwójnie. Nie umknęło zatem jej uwadze to, że w odpowiedzi na tak śmiałe podboje kolejnych wiosek przez Saksońskich bojowników, patrole wysyłane przez jej drogiego brata, będą zapuszczały się na ziemie, nad którymi tymczasowo przejęła kontrolę. Więcej, właśnie na to liczyła.
    To był już czwarty zwiad w tym miesiącu. A dowiedziawszy się o nich, wydała jasne rozkazy - znaleźć. I zabić. Pierwsze trzy nie były szczęśliwe, zwłaszcza dla rycerzy Camelotu. Większość z nich poległa. Pojedynczy szczęśliwcy, którym udało się przeżyć uciekali z pola bitwy. Nieznany był Morganie późniejszy ich los, aczkolwiek przypuszczała, że wracali ostatkiem sił, bądź umierali w drodze do zamku od odniesionych ran. Czwarty skończyć miał się w ten sam sposób. Nienawiść do Artura wzrosła po ostatnim ich starciu. Tym bardziej, że jego stronę wybrał nawet Mordred, jej syn. Ten sam, którego przecież Artur chciał zabić. Do tej pory miała w pamięci, jak bardzo zawiodła się na nim. Była o krok od upragnionego celu. Dwa zadane ciosy sztyletem, który pod wpływem zaklęcia przebijał zbroję brata wiedźmy, a tuż po wyjęciu pozostawiał po sobie krwawiące, głębokie rany. Brakowało trzeciego. Tego, który przyniósłby śmierć jej wrogowi. Ale Mordred stanął w jego obronie. Od razu rozpoznała czyja ręka miała w tym udział. Magia z jej magii, z prostej linii Avalonu. Tylko jedna osoba była w stanie nią władać. Tylko jedna osoba mogła ją znać. I tylko jedna osoba mogła zdradzić. Nie mogła zaprzeczyć, czuła ogromną złość, ale nie chciała skrzywdzić Mordreda. Nie własnego syna. Dlatego skupiła się jeszcze bardziej na tym, by zniszczyć swojego brata. Pozbawić go wszystkiego, co było mu drogie i jawnie stanąć naprzeciw, by wreszcie dokonać swojej zemsty. A przede wszystkim, zdobyć to, co było jej należne.
    Stała w oknie, przyglądając się wyjeżdżającym ludziom z twierdzy, która teraz należała do niej. Niewiel obchodziło Morganę, kto do niej miał większe prawo. Zajęła ją z racji tego, że znajdowała się dosyć blisko Camelotu. Wszak, nie mogła wiecznie mieszkać w leśnej chacie, w którą zmuszona była zająć po opuszczeniu dworu.
    – Pani, są wieści z Camelotu. Podobno sam Artur ma się wybrać w te strony, jeśli i ten patrol nie wróci. – usłyszała za sobą głos jednego z ludzi, który miał kontakt ze szpiegami.
    Morgana odwróciła się, a na jej twarzy pojawił się uśmiech pełen satysfakcji, ale i teatralnego współczucia.
    – Na to liczyłam. – stwierdziła i odeszła od okna, by stanąć naprzeciwko mężczyzny. – Mój drogi brat jest tak głupi, jak przypuszczałam. Nawet pójdzie na śmierć, byle tylko dowiedzieć się, co stało się z jego ludźmi. – w głosie kobiety słychać było udawany żal, przez który przebijały się radość i nadzieja, że wreszcie nie będzie musiała się nim przejmować. – Bądźcie gotowi, by godnie powitać wielkiego króla. Niech dobrze zapamięta swoje ostatnie chwile przed śmiercią. – poleciła, tym razem pewnie i bez nadmiernych emocji. Choć temu zaprzeczała, wielu ludzi zauważyło, że mściwość i chłód, który emanował od jej osoby był tym, co najlepiej odziedziczyła po ojcu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale czyż nie był dobrym przykładem na okrucieństwo? Jeżeli cokolwiek wyniosła z Camelotu, to tylko to. Nic więc dziwnego, że tak doskonale jej to wychodziło. Tylko sama Morgana wiedziała, jak wielką radość sprawiła jej wieść o śmierci Uthera. Do której zresztą sama się przyczyniła. Tak bardzo dbał o wizerunek dobrego króla, że wolał wyprzeć się własnej córki. Odpłaciła się. Teraz pora na jego syna, by zapłacił za wszystko, co uczynił względem jej i wszystkich władających magią. Dlatego tym bardziej nie rozumiała posunięcia Mordreda. Gdyby odkrył, że ma moc… dokonałby tego, co próbował od samego początku. A wtedy nie mogłaby go ochronić.
      (...)
      Usłyszawszy stukot kopyt i odgłosy z dziedzińca, wyjrzała przez okno. Zmarszczyła lekko brwi widząc, że wzięli jeńca. Jasno określiła, że nikogo nie mieli zabierać ze sobą. Westchnęła i obróciła się na pięcie, by pospiesznie opuścić zajmowaną komnatę i udać się na dół, gdzie mieściła się sala tronowa. Często to właśnie tam spędzała czas.
      Uderzanie obcasów o betonową posadzkę, odbijał się głuchym echem od ścian pustego korytarza. Dopiero przed wspomnianą salą, stało dwoje strażników. Nie zwracając na nich uwagi, pchnęła mosiężne drzwi i niczym niewzruszona ruszyła ku swojemu stałemu miejscu. Nie był to, rzecz jasna upragniony tron Camelotu, ale zawsze lepsze to, niż nic.
      – Pani… wśród rycerzy był czarownik. Druid. Przyprowadziliśmy go do zamku. Jest w celi, jeśli…
      – Kazałam wam wszystkich zabić! – rzuciła podniesionym tonem, tym samym przerywając wypowiedź mężczyzny, który pokłonił się ostrożnie i cofnął o krok w stronę drzwi.
      – Wybacz, pani. Myśleliśmy, że będziesz chciała o nim wiedzieć. – stojący obok, nieco niższy i też przyodziany w czerń odezwał się, wcześniej wykonując skłon.
      Morgana nie mogła narzekać na brak posłuszeństwa. Być może to potęga magii, jaką władała sprawiała, że tak chętnie się jej słuchano. Być może nawet obawiano? Któż to wie… jednakowoż, jak dotąd nikt nie sprzeciwił się jej woli.
      – Przyprowadźcie go. Może dowiemy się czegoś o moim bracie. – tym razem powiedziała to spokojnie i wykonała lekki ruch głową, nakazujący natychmiast wykonać swoje polecenie.
      W między czasie, oparła się wygodniej o swój tron, ręce kładąc na podłokietnikach. Cierpliwie wpatrywała się w drzwi, czekając na gościa, który przybył bez zaproszenia. Wreszcie te otwarły się na nowo, a ci sami wojownicy wciągnęli, idącego ostatkiem sił czarownika. Wzięła głębszy oddech i przyglądała się chwilę znajomo wyglądającemu mężczyźnie. Bezgłośnie wypowiedziała jego imię, jeszcze zanim ten podniósł wzrok. Jednakowoż, także i Morgana starała się nie zdradzać swoich emocji. Nie przy ludziach i nie wobec, jak o nim mówiono, rycerzu Camelotu.
      – Co każesz… – uciszyła gestem dłoni swojego człowieka i przeniosła nań wzrok.
      – Wyjść. – powiedziała dość cicho, a widząc, że nie wszyscy uczynili co kazała, dodała bardziej zdecydowanie. – Powiedziałam, precz stąd wszyscy!
      Odczekała spokojnie, aż komnata opustoszeje i zostanie sam na sam ze swoim synem. Powoli podniosła się ze swojego miejsca i podeszła bliżej Mordreda, by na koniec przykucnąć obok.

      Usuń
    2. – Ostatnim razem kiedy się spotkaliśmy postanowiłeś mnie zdradzić, synu. Artur wie, że znasz magię? – spytała, lecz nie dając mu czasu na odpowiedź, ciągnęła dalej. – Z pewnością nie. Od razu by Cię zabił. Tak samo chciał uczynić wtedy, gdy jeszcze byłeś mały. – mówiąc to, obeszła dookoła Mordreda. Przyłożyła dłoń do rany na jego głowie i wypowiedziawszy zaklęcie, na moment zielone tęczówki stały się złote, zaś po niej nie został nawet ślad.
      Przyjrzała się uważniej postaci swojego syna i widząc, że to nie jedyny uraz jakiego doznał, postanowiła mu pomóc. Biada temu, kto to uczynił. Może i to nie ich wina, bo skoro ubrany był jak rycerz Camelotu, został potraktowany jako wróg. Mogli jednak obejść się z nim delikatniej. Zwłaszcza, że i tak wzięli go na jeńca.
      – Wiedz, że nie jestem Twoim wrogiem. Nie skrzywdzę kogoś, kto jest taki sam jak ja. – kontynuowała dalej, powoli odpinając zbroję Mordreda. Pozbywszy się wreszcie większości żelastwa, mogła teraz uczynić to samo, co z raną na jego głowie. – Zastanawia mnie tylko jedno, on posłał Cię na ten zwiad, czy sam się zgłosiłeś? Moi ludzie mogli Cię zabić… a pozostając przy nich… – wstała i podeszła do drzwi, które otworzyła. Ku jej zaskoczeniu, jej wzrok napotkał czekających na zewnątrz podwładnych. Los się uśmiechnął. Wskazała głową na Mordreda. – Dajcie mu komnatę, czyste odzienie i coś do jedzenia. Naszemu gościowi należy się szacunek. – poleciła, wracając na tron, zachowując także ten pozorny chłód i brak zainteresowania.
      Odczekała chwilę, aż zostanie wykonane kolejne jej polecenie, po czym utkwiła wzrok w obydwu saskich wojownikach, którzy przyprowadzili Mordreda i, prawdopodobnie, tak się z nim obeszli. Dlatego też nie pozwoliła im odejść.
      – Wasze szczęście, że przeżył. Przyda się nam, Artur na pewno po niego przyjedzie. – powiedziała spokojnie, chociaż mordercze spojrzenie zdradzało, że ani trochę nie była zadowolona z ich postępku.
      – Pani, to przecież rycerz Camelotu…
      – Ale i druid. – przerwała przedmówcy. – Zna magię. Długo nie będzie przyjacielem Artura. Żywy zatem na więcej się przyda. Jest ważniejszy, niż myślicie. – przechyliła lekko głowę i wstała, na co obydwaj się skłonili. W ich oczach to Morgana była prawowitą królową. W sumie taki był ich cel - oni mieli pomóc jej zasiąść na tronie, a ona pozwoli im swobodnie żyć na ziemiach Albionu.
      (...)
      Pokierowana wskazówkami, udała się do syna. Uchyliła drzwi komnaty, którą przekazano Mordredowi i zajrzała do środka. Wciąż nie mogąc uwierzyć, że to on się tu znalazł. Jej syn, któremu tak łatwo przyszło przeszkodzić matce. Teraz wyglądał lepiej. Uważnie zlustrowała wnętrze i to, jak doskonale wykonano jej polecenie. Uśmiechnęła się lekko i weszła do środka.
      – Liczę, że dobrze się z Tobą obeszli, synu. – przerwała panującą ciszę w pomieszczeniu i pozwoliła sobie na to, by usiąść na jednym z krzeseł przy bogato zastawionym stole. Nalała wody do srebrnego pucharku, z którego powoli upiła nie duży łyk. Z gracją postawiwszy naczynie na stole, spojrzała na Mordreda. – Nie rozumiem nadal Twojego wyboru, ale i Cię za niego nie potępiam. Masz prawo być zły i to rozumiem. Morgause… wiem co Ci powiedziano... – zrobiła krótką pauzę. – Nie tylko dla Ciebie była jedną z najważniejszych osób. To Emrys skazał ją na długą i powolną śmierć. Ja zrobiłam to, o co mnie potem prosiła. Nie zabiłabym własnej siostry, tak samo jak nie pozwoliłabym zabić własnego syna. Ale to już wiesz, czyż nie? – spytała, uznając to jednak za pytanie tak oczywiste, że po raz kolejny nie czekała na odpowiedź ze strony swojego syna. – Któregoś dnia Artur Cię zdradzi, dowie się kim jesteś. Nie przyczynię się do tego, ale już wiesz, gdzie wtedy znajdziesz pomoc. Nie odwróciłam się teraz, tak i nie odwrócę się potem.

      Usuń
    3. [Wybacz zamieszanie. Nadal jest tyle samo, ale musiałam poprawić najbardziej rażące błędy, bo moje sumienie, które właśnie odkryłam zbyt mocno mnie męczyło. Nic, poza poprawieniem błędów nie zmieniłam. I nadal naspamowane. <3]

      Mama <3

      Usuń
  11. [skojarzyl mi sie film Zakleta w sokoloa xD prawie, ze kropka w kropke podobna ;) ja tam zawsze lubilam ten kawalek swiata basniowego.
    A i woszem i to wiele razy ^_^ zwykle robilam wampiry i mozesz mnie znac bodajrze z wampirzej maskarady albo w podobnym guscie.
    Ano wiem, ze Mordus i tulenie to bardzo odlegle krainy. Nie mniej jest takim typem postaci literackiej ze chce sie czasem plakac nad historia ogolna postaci i czynnikami wplywajacym na niego niz sama charkterystyka postaci.
    No chyba, ze sie gdzies tam w swiecie juz poznali, no chyba ze spontana zrobimy - u Morgany wymyslilam zaginiecie Fiony - swoja droga skracajac ja mialam na mysli w glowie Shreka xD
    btw. ale wy sie tam rozpisujecie z Morgasia xD ja wyjatkowo max zrobilam odpis na 2 okienka i nie wiem jakim cudem to sie stalo hehe]

    Fiona , ktora prosi o autograf ;)

    OdpowiedzUsuń
  12. Nie oczekiwała wylewnych deklaracji, przypływu nagłych uczuć ani tym bardziej tego, że Mordred rzuci się jej na szyję i zacznie dziękować za to, że mu pomogła. To tak naprawdę nie znaczyło nic… i zdawała sobie z tego sprawę. Nawet wróg mógł opatrzyć mu rany, jeśli widziałby w tym jakiś cel. Co prawda, Morgana nie zamierzała go do niczego wykorzystywać, nie miała też żadnego interesu. A przede wszystkim, nie był jej wrogiem! Pomogła mu zwyczajnie, ot tak. Jak robi to każda matka spiesząca z pomocą swojemu dziecku, które cierpiało. Owszem, mogło wydawać się inaczej, bo Mordred byłby idealną przynętą na Artura. I być może, gdyby nie był jej synem, wykorzystałaby to. Jednakowoż, w tym wypadku sprawy między Morganą, a jej bratem musiały zejść na dalszy plan. A przynajmniej na razie.
    Nie była dobrą matką. W gruncie rzeczy, można by rzec, że wcale nią nie była. Nie było jej przy nim gdy dorastał; gdy odnosił swoje pierwsze sukcesy w każdej dziedzinie; gdy doświadczał pierwszych porażek. Nie było jej w żadnym ważnym momencie jego życia. Istotnie, na swoje usprawiedliwienie mogła powiedzieć, że zmuszona była oddać go na wychowanie siostrze, aby móc uratować mu życie. Ale czy ten fakt usprawiedliwiał także to, że w późniejszych latach zajęła się własnymi planami i szykowaniem zemsty, zamiast odnaleźć go i odbudować tę relację? Odpowiedź była prosta i zbyt oczywista… Nie. Dlatego tym bardziej Morgana nie czuła zadziwienia jego chłodem i obojętnością względem jej osoby. Choć faktycznie, sprawiało to jej pewnego rodzaju ból, którego nie rozumiała.
    Milczenie Mordreda nie pomagało. Ani wtedy, gdy byli sami w sali tronowej ani teraz, gdy weszła do jego komnaty. A późniejsze słowa syna zadawały kolejne rany. Nie fizyczne, bo te nie robiły na niej żadnego wrażenia. Odkąd została Najwyższą Kapłanką, żaden miecz czy sztylet nie były w stanie wywołać tak wielkiego bólu. Żadna stal wykuta ludzką ręką nie mogła jej zabić. Jedyną bronią, jaka mogła zranić Morganę, były słowa. Niemniej, czyż nie była za to odpowiedzialna? Wszak sama “oskarżyła” go o zdradę. Powiedziała mu to od razu, jako pierwsze słowa, jako powitanie. Żałowała ich, ale nienawiść do Artura, która od tak dawna przepełniała jej wnętrze wzięła górę.
    Tym razem to Morgana milczała. W zupełnej ciszy wsłuchiwała się w słowa Mordreda. Słowa wielkiego żalu i pretensji. Och, miał do tego prawo. A ona? Starała się być jak zwykle niewzruszona i obojętna. I w pierwszym momencie, nie przyglądając się dokładnie jej twarzy, takie wrażenie można było odnieść. To tylko pozory. Wystarczyło spojrzeć po raz kolejny. Można przysiąc, że jej twarz zdradzała więcej emocji, niż kiedykolwiek. Wpatrywała się w syna, lekko przymrużonymi oczami, które na moment nawet się zaszkliły. Próżno jednak oczekiwać łez. Od bardzo dawna, ani jedna nie naznaczyła bladego policzka Morgany. Teraz coś jednak w niej pękło. Skrywany smutek dał się ponownie schować za najlepiej znanymi jej emocjami; za złością i nienawiścią. Nie wytrzymała. Jednym gestem strąciła srebrny pucharek, który z głośnym brzękiem uderzył o kamienną posadzkę. Sama, oparłszy dłonie na chłodnym, drewnianym stole wstała, nadal patrząc na Mordreda.
    – Nie potrafisz sobie wyobrazić, jak bardzo go nienawidzę! Jak bardzo pragnę jego śmierci i tego, by zapłacił za wszystko, co mi odebrał! Oraz jak bardzo ucieszyłoby mnie to, by móc zobaczyć go martwym. Jak dzikie zwierzęta rozszarpują jego truchło. Ma wszystko, myślałam, że zyskał także i Ciebie. – zaczęła mocno podniesionym głosem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z pewnością jej krzyk rozchodził się po pustym korytarzu chłodnego zamczyska, w którym jedyne ciepło dawały zapalone pochodnie, umieszczone po obu stronach. Odbijał się echem od surowych, zimnych kamiennych ścian komnaty, ale pozostawał niesłyszalnym dla tych na zewnątrz. Podobnie jak jej emocje, które i tak nie ujrzą światła dziennego. Pomimo, że w środku czuła ich nadmiar, a większości z nich nie była w stanie nawet nazwać.
      Dopiero pod koniec zdołała zapanować nad sobą. Przymknęła powieki i wzięła głębszy oddech. Nie powinna była reagować w ten sposób, wyrzucała sobie tak proste poddanie się emocjom. Ale... To było czymś innym, obcym. Czymś, czego nie doświadczyła od bardzo dawna. Czymś, co stanowiło jedynie mgliste wspomnienie o dawnym życiu.
      – Wiem, że nigdy nie byłam wzorową matką, ale nie posunęłabym się do tego. Nie wykorzystałabym Cię do zemsty na twoim ojcu. Ani nie zabiłabym. – mocniej zaakcentowała ostatnie zdanie i powoli odeszła od stołu. Zawahała się. Niepewnie postąpiła krok w jego stronę, potem kilka następnych. Długi stół nie tworzył wielkiego dystansu, aczkolwiek zdawało jej się, że jest to droga nie do pokonania. Najkrótsza, a zarazem najdłuższa i najcięższa do przejścia. Ale musiała i chciała ją przebyć. – Masz prawo mnie nienawidzić. Źle postąpiłam oskarżając Cię o zdradę, której nie popełniłeś. – kolejne słowa przychodziły jej z łatwością i co ważniejsze, wypowiadane szczerze. Kto by pomyślał, że była w stanie jawnie przyznać się do błędu, prawda? Silna i groźna Lady Morgana. Kapłanka, której furia mogła poruszyć całe niebo i ziemię; której moc kontrolować pozwalała wodę, powietrze i ogień. Przed imieniem, której nawet rycerze Camelotu czuli realny strach, bo to jedyna osoba, jakiej do tej pory nie zdołali i pewnie jeszcze długo nie zdołają pokonać. Posiadła magię niemal równą samej Bogini, lecz żadna z tych rzeczy nie była w stanie pomóc jej dogadać się własnym synem. W tym jednym była bezsilna...
      Uniosła dłoń, którą niepewnie umieściła na ramieniu syna. Widziała w nim swoje odbicie. Każda dobra i zła cecha, jaką Mordred miał w sobie, pochodziła od niej. Przekazała mu zarówno to, co w niej najlepsze, jak i najgorsze. Obydwoje grali w tę samą grę - zranić drugą osobę, by poczuła się winna zaistniałego stanu rzeczy. By ogarniające wyrzuty zmusiły do wykonania tego pierwszego gestu, który jednocześnie miał zakopać topór wojenny. Gra, w której postanowiła się poddać.
      – Nie jestem twoim wrogiem, Mordredzie. – ponownie zabrała głos i obeszła dookoła krzesło, na którym siedział. Stanęła wreszcie przed nim. Przymkniętą dłonią, która do tej pory spoczywała na jego ramieniu, dotknęła jego chłodnego policzka. – Jesteśmy zbyt podobni do siebie, więc nie przyrzekłeś ślepego oddania Arturowi. Teraz to widzę. Nie był i nigdy nie będzie Twoim przyjacielem, tak samo jak i moim. W pełni zasługuje na to, co najgorsze i na to, co go spotka. – na bladej twarzy Morgany, pojawił się uśmiech tryumfu, lecz szybko znikł. Nie na tym jej teraz zależało. Och, oczywiście, że nadal pragnęła śmierci przyrodniego brata. Ale ponad wszystko pragnęła być obecną w życiu Mordreda. Przynajmniej teraz, bo straconych lat nie była w stanie nadrobić.

      Usuń
    2. – Pozwól sobie pomóc, pozwól mi być obecną. Zrobić to, czego do tej pory nie mogłam. Zawsze byłeś najważniejszy, choć nie dane Ci było się o tym przekonać. Z mojej winy, to prawda. Ale to się zmieni. – urwała. Nie była pewna co więcej powiedzieć. I czy było coś więcej do powiedzenia. A może zwyczajnie nie potrafiła? Ktoś, kto od wielu lat jest pozbawiony wyższych uczuć, nie potrafi otworzyć się na zawołanie. Do tej pory jedyną istotą, której okazywała jakieś cieplejsze uczucia była Aithusa. Biały smok, który ocalił jej życie. Podobno jej narodziny miały być dobrą wróżbą dla Albionu i Artura. O ile “sojusz” z największym wrogiem króla to dobry znak…
      Ta rozmowa była trudna dla nich obojga, wiedziała to. Nie chcąc tego przedłużać, odeszła i ruszyła w stronę wyjścia. A opuszczając komnatę syna, odwróciła się jeszcze na moment, po czym ostatecznie zniknęła za drzwiami i skierowała się do siebie.

      Mamusia <3

      Usuń
  13. [Mój pierwszy adoptowany synku odpisuję, a teraz czytaj co następuje:
    Ekhm...zaczynam. Z żonami zawsze pomagam, ale wiesz...nie będę ci dziołchy kraść xD ;) A tak na poważnie, to dawaj, upijmy się, wybierzmy się na trip po krainie szczęśliwości i w ogóle to proponuję ci chlańsko do oporu i jak będziesz chciał to odpierdzielimy taki numer, że sobie pojedziemy wstecz w czasie i pozabijamy sobie Saracenów, albo kogo będziesz chcieć! Możemy też sobie popalić na stosie jakieś... emmm... WIOSKI! Tak, wioski... xD
    Wybór należy do ciebie, chociaż myślę, że narąbany niczym batalion Ruskich Lucek i do tego równie pijany Mordziu w minionych czasach, będzie to coś epickiego :D]

    Lucek

    OdpowiedzUsuń
  14. [Wow, ależ rozpisane karty dodatkowe! Jestem pod wrażeniem! Jeszcze ja powitam nową osobę (późno, wiem!) także życzę dużo wątków, chęci, pomysłów i zostania jak najdłużej! ^^]


    Mary & Jack

    OdpowiedzUsuń
  15. [ja tez go lubie... i moze wykorzystamy go? znaczy motyw... tylko ze w sokola sie nie zmieni tylko w labedzia , ale pal licho.. mozna wykorzystac jako poczte ^__^

    Hehe... Wiesz co? ilekroc sama zmienie nicka po raz n-ty to i tak znajdzie sie ktos kto mnie rozszyfruje - zatem pol na pol. Wzielo mi sie na wspominanki twego nicka i tak jakos przypadkiem, ale ciiii *rozglada sie za wielkim okiem*
    Bardzo a ja z tej radosci przestawiam uroczo literki ;> Polecam sie - od dzis jestem shrekowa Fiona ;) tylko w ogra sie juz nie zmienie ^_^
    Bys sie mogla podzielic wena no >.< mnie jej brak.
    To moze jakas zajawka dawnych czasow? Moze przybyl na turniej rycerski w czasach, gdy jeszcze byla "normalna"? ]

    Fiona

    OdpowiedzUsuń
  16. [Obawiam się, że tak brzydkiego słowa nie ma w słowniku Percy'ego... nawet w stosunku do takiego pomiotu szatana jak Mordred! xD
    A tak na serio to ja również Cię witam pięknie i powiem Ci, że jak tak patrzę na Twoją kartę to aż mam chęć napisać równie piękną i dopracowaną historię. Zresztą uwielbiam Twoje KP i zawsze mam radość z zakładki z ciekawostkami. :D
    To co? Do trzech razy sztuka, może wreszcie nam wąteczek wypali.]

    Percy

    OdpowiedzUsuń
  17. Byłaby głupia i naiwna, gdyby spodziewała się, że pójdzie łatwo i lekko. Mordred nie był już tym kilkuletnim chłopcem, którego spotkała w Avalonie. Tym, który pomimo stanowczego zakazu Morgause, wymykał się ze swoich komnat i przybiegał, będąc ciekawym swojej rodzicielki. Tym, któremu wystarczyło, że go przytuliła i powiedziała jak bardzo jest dla niej ważny i kochany; jak bardzo żałuje, że nie może zostać i zająć się nim tak, jak powinna to zrobić matka… Teraz potrzeba było czegoś więcej. Nie zapewnień, lecz czynów. Oraz więcej czasu, który zazwyczaj był sprzymierzeńcem… ale nie tym razem. Straconych lat nie dało się nadrobić, Morgana nie łudziła się nawet, że cokolwiek mogło wynagrodzić Mordredowi jej absencję. Tym bardziej, że miała zaledwie kilka, może kilkanaście dni, jeśli jej brat napotka przeszkody na swojej drodze, by coś zdziałać. A gdy ten się zjawi, Mordred będzie musiał odejść i dalej udawać wiernego sojusznika swojego ojca. Bynajmniej, nie oszukiwała się myślą, że zostanie. Kto wie, może nawet jej nie potrzebował? Takie początkowo odniosła wrażenie, chociaż przeczucie podpowiadało jej inaczej.
    Usłyszała dokładnie co odpowiedział. Można było przysiąc, że w tej samej chwili na bladym obliczu Morgany pojawił się cień uśmiechu. Przynajmniej tyle - Artur nie miał na niego wpływu. Wierzyła, bo Mordred nie miał powodu jej oszukiwać. Poza tym… poznałaby. Może i nie było jej przy nim, ale jak każda matka, podświadomie to wiedziała.
    Długo walczyła ze sobą, by wykonać obydwa gesty względem swojego syna. Tak samo obawiała się jego odrzucenia, jak on tego, czy mówiła szczerze. Och, oczywiście, że wiedziała. Sposób, w jaki ją obserwował i analizował każde zachowanie... Nie umknęło to uwadze Morgany. I w żadnym razie, nie miała mu tego za złe. Musiał mieć pewność, że była z nim szczera. Zapewne będąc na jego miejscu, zachowywałaby się w ten sam sposób. Jednakowoż, przedłużające się milczenie dało jej sygnał, że powinna się wycofać. Nie na dobre, ale na chwilę. Chciała dać mu czas, zostawić go i pozwolić mu przemyśleć. Przecież nie spodziewała się natychmiastowej odpowiedzi.
    Krocząc ku swojej komnacie nie była przygotowana na kolejne zdarzenie. Usłyszawszy za sobą głos Mordreda, przystanęła. O to w końcu poprosił, więc nie mogła tego nie uczynić. Jednak nie potrafiła się odwrócić. Czekała. Na to, co powie. Na to, jak się zachowa. A to, co faktycznie się stało, przeszło jej najśmielsze oczekiwania. Tuż po pierwszych słowach syna, ostrożnie zacisnęła chłodne palce na jego dłoni. Jako pewnego rodzaju odpowiedź, że jest i nie zamierza odchodzić. I, że tak jak obiecała - zostanie.
    Słuchała uważnie każdego słowa, które jej syn wypowiadał, jednocześnie wiedziała, ile siły kosztowało go owe wyznanie. Jak wiele było w tym emocji i jak ogromna walka toczyła się w umyśle Mordreda. Może nawet jemu przychodziło to trudniej, niż Morganie. Albo tylko tak jej się zdawało. W końcu byli do siebie podobni. Chwilami nawet widziała w nim swoje odbicie. Zrozumiała to, dochodząc do wniosku, że grał w tę samą grę. W końcu Morgana, paręnaście lat wstecz postępowała podobnie. Udawała wzorową “wychowanicę”, podczas gdy w rzeczywistości szukała najlepszego i najbardziej bolesnego sposobu, by wbić nóż w plecy swojemu ojcu. Za to, że tyle lat ją oszukiwał; że się jej wyparł i nie zamierzał tego naprawić. A także, by skutecznie pozbyć się Artura, który był jedyną przeszkodą w drodze po koronę...
    – Wiem o tym, zawsze wiedziałam. – powiedziała wreszcie i odwróciła się twarzą do niego.
    Nie musiał mówić wiele, bo potrafiła wyczytać z jego twarzy wszystko. Emocje, włożony trud i niepotrzebne obwinianie się za słowa, które padły. Nie powiedziała mu tego, ale w głębi siebie wiedziała, że były one potrzebne. Szczególnie dla niej, gdyż mogła sobie uświadomić jak bardzo odczuwał jej brak, oraz jak mocno jej potrzebował. I jak bardzo zaangażowała się w swoją zemstę, zapominając przy tym o synu. O jedynej osobie, która mogła stanąć po jej stronie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – Nie mam Ci za złe żadnego z tych słów, Mordredzie. Miałeś rację, co do wszystkiego. Ale nie chcę nic w zamian. Zasługujesz na to i zasługiwałeś od dawna, mimo że mnie nie było. Teraz się to zmieni. Będziesz mógł na mnie polegać, bez względu na wszystko. – dodała, niektóre słowa wypowiadając odrobinę drżącym głosem.
      Nie zamierzała do niczego go wykorzystywać. Nie teraz i nie w zamian za to, że pozwolił jej na uczestniczenie w swoim życiu. To robiła bezinteresownie. Była mu to winna. Niemniej cieszyła się, że byłby w stanie jej pomóc, że byłby gotów zdradzić Artura i obnażyć przed nią wszystkie jego zamiary i tajemnice. Z pewnością ten temat wróci, prędzej czy później. Powinni ustalić wspólny front, bo zdawało się, że mają ten sam cel. Nareszcie mogła odpuścić, przestać ciągnąć swoją zemstę i dążyć do głównego celu, jakim była władza. Ta, bardziej niż jej należała się Mordredowi. Był synem prawowitej królowej i obecnego króla. Synem, o którego istnieniu Artur nie miał pojęcia. Naiwnie wierzył, że ten został zgładzony będąc jeszcze małym dzieckiem. Przecież tak mu powiedziała w dzień, gdy oddała swojego, jeszcze niczego nieświadomego synka Morgause. Oszukała Artura, mając dosyć oglądania kolejnych egzekucji; słuchania płaczu rodziców za zabitymi dziećmi, których jedyną winą było urodzenie się w jedną z najświętszych nocy według starej religii. Tylko Bogini wiedziała, jak bardzo pragnęła, by to proroctwo się ziściło. By dziecko, które przyniesie mu zgubę jakimś cudem przeżyło i dopełniło przeznaczenia. Do tej pory życzyła jak najgorzej młodemu królowi i ku jej radości, przeszłość mogła do niego powrócić. Wystarczyło poczekać jeszcze trochę. Omówić plan i według niego działać.
      – Informacje, które posiadasz synu, przydadzą się, ale za jakiś czas. Na razie musimy się przygotować. I odzyskać to, co zostało stracone dawno temu. To jest najważniejsze. – po raz kolejny jej dłoń ostrożnie musnęła jego chłodny policzek, po czym ostrożnie objęła go i przytuliła do siebie. Dokładnie tak, jak wtedy, lata temu w Avalonie. Wreszcie emocje opadły, nie odczuwała już nerwów i strachu, mimo że wciąż mówiła szczerze. Uświadomiła sobie, że na niczym jej bardziej nie zależy. – Jesteś bardziej wart korony i władzy, niż ktokolwiek. To nie Artur ani ja, lecz Ty powinieneś zasiadać na tronie Camelotu. Kiedy już uda nam się zniszczyć twojego ojca, nikt nie będzie stał Ci na przeszkodzie. Wszystko będzie Twoje. – kontynuowała i popatrzyła na twarz syna z dumą i zadowoleniem. Tego sobie nie mogła zarzucić, bo była z niego dumna. Kiedy pojęła, jaki jest jego cel, dostrzegła w nim genialnego stratega. A także, przyszłego władcę. Różnił się od swoich poprzedników wszystkim. Był mądrzejszy, rozważniejszy i o wiele bardziej przygotowany. Domyślała się, że to dzięki Morgause. To ona, z pewnością, szykowała go na ten dzień. W interesie Morgany było natomiast to podtrzymać, a także zostać jego sojuszniczką. – Powinieneś odpocząć. Ten dzień był już i tak bardzo długi. Jutro porozmawiamy. – zapewniła, po czym ostatni raz spoglądając na Mordreda, odwróciła się i poszła w swoją stronę.

      Kochająca mamusia <3

      Usuń
  18. [Jaki on śliczny i kochany, wygląda jak słodki psychopata <3 Na dodatek czarny smokeł. Drakuś by chętnie adoptował takiego PenDragona, ale widzę, że już mnie Lucyfer ubiegł. Chodź na wątek do smoka!]

    Smok Drake (& grzeczny smok Erik)

    OdpowiedzUsuń
  19. Wiadomo, że znajomość z Lucyferem to było coś…innego. Coś o czym człowiek nie zapominał tak szybko i to wcale nie było spowodowane tym, że pozostawiał po sobie coś oprócz wspomnień. Bo puste butelki, boląca głowa oraz wspomnienia, na które człowiek wciąż się rumienił, albo i wybuchał dzikim i niepohamowanym śmiechem; to wszystko nie dawało o tym diable zapomnieć. Chociaż chyba i sam książę piekła próbował takim ludziom przynieść „Alzheimera w płynie”, szerzej znanym jako wódka, o piekielnych właściwiościach.
    Właściwie to nie wódka, tylko samogon, przygotowywany przez Polaków i Ruskich w piekle. Jakoś Lucek nauczył się z nimi żyć, skoro Bogu ich nie chce, to on ich przyjmie… No niby nie są najgrzeczniejsi, ale idzie przeżyć. Przecież to tylko wieczność, co nie?
    Diabeł miał też jedną właściwość… Był na swój sposób pocieszny, oraz znany z tego że lubi dobrze i dużo wypić. No i też… Pracował jako prezenter wiadomości w Fables TV, więc siłą rzeczy większość baśniowców, go przynajmniej kojarzyła.
    Prawdopodobnie miał w domu jakieś koło fortuny, którym kręcił wtedy, kiedy był sam i chciał z kimś coś wypić. Tym razem padło na Mordreda. Takiego jednego ziomka, takiego rycerza w sumie…
    Boruta zapukał do drzwi mieszkania Mordreda. Zastanawiał się, czy chłopak bardzo się zdziwi, czy wręcz przeciwnie. Może sobie wywróżył z gwiazd albo innych dzikich węży, że Lucek zjawi się w godzinach wieczornych.
    — Heloł! Itz mi! Heloł! Ken ju hir mi? – zapytał śpiewnie i pomachał przed Mordredem butelką bez etykiety. W tej butelce był jakiś przezroczysty płyn. Pewnie woda, ktoś tak z pewnością mógł pomyśleć…ale byłby to ktoś, kto nie znał Lucyfera i nie wiedział do czego ów diabeł jest zdolny.
    — Słyszysz jakim jestem pięknym Adellem o zacnym w luj głosie? – zapytał i lekko się zachwiał. Zdążył się nieco odkazić przed tą wizytą. Przecież mógł. Poza tym, było fajnie, wie przynajmniej że ten samogon o miętowym posmaku jest spoko i nieźle kopie! A o to przecież chodziło w tym wszystkim!
    — Mam tutaj, eksperyment wagi piekielnej, chcesz ze mną to wszystko przetestować? – zapytał, jednak nie dawał szansy na odpowiedź, bo zaraz dodał – Pewnie że chcesz!.
    Objął druida ramieniem i uśmiechnął się do niego i wręczył butelkę z samogonem do rąk. Był piekielnie z siebie zadowolony.

    Lucek
    [mam nadzieję, ze to ujdzie]

    OdpowiedzUsuń
  20. (Cześć! Dziękuję za wszystkie przemiłe słowa pod KP. :)
    Chęci na wątek zawsze mam, ale ostatnio gorzej z pomysłem... Jak widzisz ich relacje?)

    Krwawa Mary

    OdpowiedzUsuń
  21. [Dziękuję pięknie za powitanie, teraz już oficjalnie. :D I teraz też jestem pewna, że Mordred i Miyuki, po wielu trudach i przełamywaniach (hehe) lodów są w stanie się dogadać.
    Więc my też bądźmy w stanie i ustalmy, od czego w końcu zaczniemy! :D]

    Piękny Śnieg Zimowej Księżniczki, czyli Miyuki Fuyuhime

    OdpowiedzUsuń
  22. [Poprawione. :) Melduję się u Ciebie i dziękuję za serduszkowy spam. :)]

    Loki

    OdpowiedzUsuń
  23. [oja ... ale juz zdrowa? <.<
    to wychodzi na to, ze "poswiecasz" sie dla "dobra" innych xD wiem, ze to dziwnie brzmi heh
    nie wiem, czy zielonego ale napewno w ptaka ;p
    o nie Hiszpance zabrakla wena, o nie.. nalejcie jej ! ona musi miec wene za dwoch <--zarcik xD

    Sie domyslilam, ale od czegos wypadaloby zaczac, nawet jesli to lekko nudne. Tak wiem, ze nudne ale po cos trza go sciagnac.
    Lubie, bo to troche przypomina ten film a teraz jak o tym mi piszesz to przypomina mi sie scena z "czarownicy" - no wiesz spiaca krolewna i takie tam xD W sumie czemu nie ;)]

    Fiona

    OdpowiedzUsuń
  24. [dziękuję za powitanie, nawet takie z opóźnieniem :D
    i jestem żądna wątków, tak jak bazyliszek nowych ofiar, więc kombinujmy!]

    Moryena.

    OdpowiedzUsuń
  25. [Hej, hej!
    Dziękuję za powitanie, a z zaproszenia chętnie skorzystam. Mordreda życie nie oszczędzało, ale to czyni go jeszcze ciekawszą postacią :D
    Tak sobie myślę o wątku, ale w sumie to niewiele mi do głowy przychodzi. Pomyślałam, że mogłybyśmy wysłać ich na jakiś bal. Może z jakimś Baśniowcem-sponsorem? Albo na bal do jakiegoś Baśniowca, aby sprawdzić, czy na pewno ten trzyma się baśniogrodzkich zasad, bo różne plotki krążą. Śnieżka, która byłaby nieci podejrzliwa, chciałaby mieć kogoś przy boku, kto zna się na magii. I wybór padłby właśnie na Pendragona. Ale, aby zaufała mu na tyle, to musiałoby ich coś łączyć. A na powiązanie i relację już nie mam pomysłu :(]

    Snow White

    OdpowiedzUsuń
  26. [o, brzmi dobrze. W zasadzie nawet taki miałam plan by komplikować dalej sprawy ze wzrokiem i w pierwotnych zamierzeniach miała powoli zacząć ślepnąć... Więc to może być problem z którym przyszłaby do Mordreda. Utrata wzroku spowodowana jakimiś komplikacjami przy "pozbawianiu" jej tej petryfikującej mocy. Może zdołałby jej wrócić zdolność zmieniania w kamień na przekór wszystkiemu? W sumie się zobaczy, albo wyjdzie w praniu :D]

    Mor.

    OdpowiedzUsuń
  27. [może lepiej byłoby żeby Mordred sam przyszedł? Ona nie zna ani samego budynku (prócz podziemi) ani miasta. Słabnący wzrok też w niczym nie pomaga i na pewno zbyt daleko by nie dotarła gdyby miała się udać na szukanie człowieka, którego zapachu nigdy nie czuła :D Mordred mógłby ją potem stamtąd zabrać gdzieś do siebie w obawie przed tym, że ktoś może ich podpatrzeć i gdzieś donieść, że zamiast jej tylko pomóc ze wzrokiem to jeszcze chce jej zwrócić moce.
    Tylko teraz kto zacznie?:D]

    Mor.

    OdpowiedzUsuń
  28. Dni płynęły niepostrzeżenie, spędzane jedynie na bezczynnym siedzeniu wśród kurzu i starych artefaktów.
    Moryena nie wychodziła na powierzchnię. W zasadzie, nie czuła nawet takiej potrzeby. Nieliczni zapuszczający się tutaj osobnicy nie traktowali jej ani zbyt miło, ani zbyt poważnie. Widząc młodą, dość drobną kobietę żartowali, że artefakty byłyby już chyba bardziej bezpieczne u nich pod łóżkiem niż tutaj, pod ślepym okiem "strażnika", który kiedyś był kimś strasznym. Obcy nie wiedzieli kim dokładnie była, a przynajmniej tak jej się wydawało. Nie ściszali zbytnio głosu, nie wiedząc jak bardzo wyczulony ma słuch, a ona nie zamierzała nikogo uświadamiać czy przestrzegać. Słuchała, bo to było jedyne co jej pozostało.
    who will save you now?
    Z biegiem czasu, po kolejnych tygodniach siedzenia w podziemiach, nauczyła się rozpoznawać poszczególne typy kroków. Były kroki stawiane pewnie i tak zazwyczaj kroczyły wiedźmy i czarodzieje z trzynastego piętra. Tak kroczyli ludzie i nieludzie dumni z tego kim są. Mocne charaktery, twarde głowy. Drugim typem były te stawiane lekko, na granicy samego dźwięku. To były osobniki zajmujące się niegdyś przemytnictwem, czy zwykłą kradzieżą, bądź elfy. Zwykle zaglądali tu na wyraźne życzenie magów, bądź kogoś z góry. Zwykle w asyście jakiegoś wojskowego, bądź innego ochroniarza, pojawiali się by odebrać jeden ze strzeżonych przedmiotów. Były też kroki stawiane niepewnie. Lękliwie. Same podziemia nie należały do najprzyjemniejszych miejscówek, a panujący tu chłód i nieprzyjemna aura nie zachęcały do zostawania na herbatkę. To zazwyczaj byli nowi baśniowcy uciekający przed wojną i zgubą. Pokazywano im to miejsce, choć nie konkretnie komnaty kryjące w sobie tony artefaktów, by wiedzieli gdzie mogą się w razie czego udać by zdeponować coś cennego i związanego z magią. Rzadko wracali by rzeczywiście coś tu zostawić.
    Według Moryeny nikt tak naprawdę nie wierzył w jej skuteczność. Od momentu incydentu ze skradzioną Morganie ferulą, nawet same władze miasta jakby zaczęły ją traktować z pewną rezerwą i dystansem. Nie, żeby liczyła na życzliwość i przyjaźń do grobowej deski, ale nie podobało jej się to wszystko. Najpierw pozbawili ją formy. Potem odebrali spojrzenie. Na koniec pozostawili ją sam na sam z gasnącym wzrokiem i postępującą ślepotą, zdaną na siebie i to co zdoła wymyśleć. Z początku usiłowała walczyć na swój sposób, prosząc o eliksiry na wzrok, płacąc za nie wszystkim co zdołała zgarnąć za ochronę magicznych skarbów. Nie pomogły ani leki, ani eliksiry, ani nawet mniej lub bardziej inwazyjne zaklęcia, a pochłaniająca ją ciemność nie ustępowała.
    Poddała się.
    Zrezygnowana i zawiedziona zaszyła się w swoich podziemiach, wycofując ze wszystkich kontaktów jakie zdołała nawiązać. Zupełnie tak jak kiedyś, w krainie baśni i potworów, przestała tolerować rodzaj ludzki do którego aktualnie należała chociażby ciałem. Ponura i źle nastawiona do otoczenia snuła się pomiędzy wysokimi półkami, patrolując teren w poszukiwaniu czegoś na czym będzie mogła wyładować cały żal i agresję, ale nawet wyżywając się na biegających po podziemiach szczurach nie czuła ulgi. Wciąż było jej mało, wciąż było źle. Sadystyczna i brutalna natura dawała o sobie znać, a brak ofiar pogrążał ją w czymś na kształt obłędu.
    Jedną z nielicznych rozrywek jakie miała siedząc w swoich podziemiach to zgadywanki. Polegało to na jak najszybszym wykryciu tożsamości schodzącego do komnat za pomocą jedynych dwóch atutów jakie wciąż posiadała; słuchu i węchu. Zabawa ta pozwalała jej jednocześnie udoskonalać te dwa zmysły, które od momentu utraty wzroku i tak działały coraz to lepiej i lepiej. Sprawniej. Nawet w wężowej formie nie była w stanie tak szybko wychwytywać nowych zapachów i dźwięków jak teraz, co było drobnym pocieszeniem w tej ponurej egzystencji.
    tell the world i'll survive

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Według obliczeń dziś była środa. Środa nie oznaczała w kalendarzu bazyliszka niczego szczególnego, poza poranną porcją jedzenia, którą zwykle znosił ktoś mało ważny, a zapachem zbytnio się nie wyróżniał. W sposobie kroczenia został przez Moryenę zakwalifikowany do grupy trzeciej, a odrzucający nieco zapach nie zachęcał do przekonania się czy aby na pewno się nie pomyliła. Poranny posiłek pojawiał się zazwyczaj pomiędzy jej patrolem wschodnich części komnat, a krótkim rozeznaniem przy głównym wejściu. Dziś jednak posiłek i dostarczający ów posiłek nie pojawili się nawet wtedy, gdy zakończyła obchód, nie stwierdzając obecności żadnych intruzów. Głodna i mocno zirytowana przysiadła na ziemi przy głównym wejściu, licząc w głębi ducha na to, że nikt o niej nie zapomniał. Kolejne minuty zmieniały się w długie i męczące godziny, a głód dokuczał coraz to bardziej i bardziej, aż w końcu wizja polowania na szczury zaczęła wydawać się całkiem dobrą opcją. Bardzo pożywną.
      Wraz z wybiciem godziny obchodu z numerem dwa, Moryena zrezygnowała z czatowania i zgodnie z planem zaczęła kierować się ku wschodniej części skarbca, kiedy to czułe uszy wyłapały dźwięk. Z początku lekki, nic nie sugerujący. Ot, komuś spadło coś na podłogę. Parę pięter wyżej. W sąsiednim budynku. Dopiero kiedy odgłos się powtórzył i nieco nasilił, rozpoznała kroki. Ucieszona, a zarazem wciąż zirytowana podeszła z powrotem w pobliże głównego wejścia, oczekując swojej porcji jedzenia na dziś, ale im bliżej była drzwi i im bliżej ktoś był, tym bardziej utwierdzała się w przekonaniu, że to nie jedzenie. Kroki były stawiane pewnie, a zarazem lekko, burząc dotychczasowy system kwalifikacji. Zapach mówił niewiele, bo dużo osób pachniało tu ziołami, czy tak zwanym zbędnym luksusem. Pojawiła się znajoma nuta zapachu czarownicy Morgany, a zaraz po nim charakterystyczny dla magów zapach magii, którego nie dało się pomylić z niczym innym. Mag stąpał cicho, jak złodziej którego nie powinna była wykryć, ale w powietrzu nie dało się wyczuć strachu typowego dla złodziei i krętaczy. Intruz dezorientował ją i ciekawił jednocześnie.
      Szczęknął zamek, drzwi uchyliły się wpuszczając do środka słaby zapach ludzi z korytarza i wywęszonego wcześniej intruza. Yenna nie wiedziała czy ma do czynienia ze starym zboczeńcem-depresantem na eliksirach wiecznej młodości, czy z kimś młodym i dopiero zaczynającym. Ponadto, postać w czerni całkowicie zlewała jej się z otoczeniem i nijak nie potrafiła odróżnić go chociażby od ściany. Mimo to, zamiast na niego warknąć, lub spytać czego tu łaskawie szuka, zastygła w bezruchu, intensywnie węsząc, upewniając się co do pewnych, dopiero co wysnutych podejrzeń.
      - Pachniesz Morganą - padło w końcu stwierdzenie podbarwione lekką nutą zdziwienia i ciekawości zarazem.
      tell the world i'm alive

      [ proszę bardzo, jest zaczęcie i jest impreza. Mam nadzieję, że nie znudziłam przez xxx słów wstępu o tym co kto robi, a czego nie robi. Jakoś... tak wyszło xD]

      Usuń
  29. [Dzień dobry! Cieszą mnie niezmiernie takie szczegółowe i rozbudowane karty, zwłaszcza tak dobrej jakości jak Twoja. I kiedy tak sobie czytałam o druidach i rycerzach, naszła mnie myśl, że mamy nawet punkt styczny, od którego możemy coś miłego powymyślać. Mianowicie, magiczny zajzajer a.k.a. maść na wszystko. Nie wiem, skąd, dlaczego i jakim sposobem ponownie znalazł się w rękach Harleya, ale jakimś sposobem musiał go zdobyć po przybyciu do świata doczesnych. Chcesz wkręcić Mordreda w ten proces? :D]

    Harley Fletcher

    OdpowiedzUsuń
  30. [Oj no bo się zarumienię :D Dziękuję za miłe słowa, chyba zacznę podpisywać notki "z pozdrowieniami dla wiernych fanów" :D
    A co do wątku to możemy się wstrzymać, bo mam niecny plan stworzenia nowej postaci z poszukiwanych i chyba najbardziej skłaniam się ku małżonce Mordreda :) Jak masz jakieś fajne źródła to chętnie przygarnę, ale na pewno mogłabyś przybliżyć mi jak ma wyglądać ich relacja, w sensie załóżmy, że Cywyllog przybyłaby właśnie do Fable, ale nie mieli kontaktu przez jakąś kłótnię, czy ona po prostu nie wiedziała, że jej mąż hasa sobie po jakiejś krainie wśród żywych? Jak coś to łap maila: superboom546@gmail.com]

    Jaga & być może małżonka

    OdpowiedzUsuń
  31. [Nie wiem, czy widziałaś, albo czy wiadomość w ogóle doszła (ostatnio miałam jakieś problemy), ale napisałam do Ciebie na GG odnośnie wątku :)]

    Snow White

    OdpowiedzUsuń
  32. [Bardzo mi to odpowiada! ;) Morganie zaproponowałam rolę dyspozytorki pogotowia, więc nie musimy się zastanawiać, jak cała ta interwencja przebiegła. Czyli w zasadzie mamy wszystko? Tylko teraz będzie bardzo niesprawiedliwie, bo pomysł jest głównie Twój, więc zaczęcie powinno być moje, ale fabularnie bardziej pasowałoby zacząć od perspektywy Mordreda, żebym wiedziała, z czym mamy do czynienia :D Poświęcisz się?]

    Harley Fletcher

    OdpowiedzUsuń
  33. [szybciej sama ja na stos wysle i do tego rodzinka nie bedzie potrzebna hehe
    Wpadlam yyy siostrzencze? - zawsze mam tu problem jak go rodziennie okreslic xD
    Tak dumam u Fiony i chocbym chciala to chyba nie wyjdzie ;/]

    G.

    OdpowiedzUsuń
  34. [*mruga zalotnie rzęskami*
    A jakże, próbuj mężu, może się uda, a może to żona nawróci ciebie :D
    Więc co do wątku to na pewno sporo mają sobie do wyjaśnienia na dzień dobry, zastanawiając się nad tym jak mogliby się spotkać, przyszedł mi do głowy głupi pomysł, zakładając, że oboje się całkiem unowocześnili, to mogliby dyskutować sobie anonimowo na jakimś forum czy czacie, skoro Mordziu taki podłamany jest i marzy mu się spokój, może coś w stylu takiego wirtualnego wygadania się, uznaliby, że doskonale się rozumieją i postanowią spotkać, aż oczywiście okaże się, że tak się rozumieją, bo bardzo dobrze się znają, co ty na to, bardzo durne, czy ma sens? :D]

    Ukochana szarlotka ♥

    OdpowiedzUsuń
  35. [Kłótni może nie będzie, ale pewnie ani ja, ani Charlotte nie oprzemy się pokusie choćby krótkiego wypomnienia tego występku xD
    Wyobraziłam sobie Mordreda piszącego "co ona pieprzy, wcale tak nie było! lol, nawet tam nie była, a wymyśla jakieś farmazony, dobrze, że moja matka tego nie czytała" xD
    Skoro mówisz, że ma sens to niechaj się stanie, zaczynamy jeszcze gdzieś od momentu jak będą ze sobą pisać, czy jak już będą się wybierać na spotkanie? No i najważniejsza kwestia - kto zaczyna? :D]

    Małżonka

    OdpowiedzUsuń
  36. [Śmiało możesz zaczynać dobry mężu :D]

    Szarlotka

    OdpowiedzUsuń
  37. Nie pamiętała kiedy ostatni raz wszystko, co czyniła względem drugiej osoby było tak szczere i prawdziwe. A jeśli nawet, miało to miejsce we wczesnym dzieciństwie. Mgliste wspomnienia już dawno wyblakły, a w pamięci czarownicy pozostały wyłącznie te, którymi karmiła swoją wewnętrzną nienawiść. To zresztą trwało latami. Przeszła wiele, a każde kolejne doświadczenie pozostawiało ślad, na wówczas jeszcze, kruchej osobowości młodej dziewczyny. Ale nie sprawiły, że osłabła, wręcz przeciwnie. Nieraz zadawano jej naiwne pytanie o to, co się z nią stało. Wydoroślała, po prostu. Być może właśnie dlatego wkładała tak wiele wysiłku, by stać ją było na którykolwiek wykonany gest tego wieczora. Musiała na chwilę zapomnieć o tym, kim się stała. Musiała odnaleźć wewnątrz siebie odrobinę tego, co cechowało ją przed laty. Odrobinę miłości i współczucia. I ku swojemu zdziwieniu, znalazła.
    Pierwszy raz nie przytulała kogoś tylko po to, by zamaskować swoje prawdziwe zamiary czy uśpić czyjąś czujność. Nie udawała ani nie próbowała zamydlać oczu. Nie musiała… chociaż tak długo żyła udając. Przez tak długi okres czasu, za każdym dobrym słowem kryły się myśli, które różniły się diametralnie od wypowiadanych treści. Każdy gest był wymuszony. Każda relacja była tak mocno przesiąknięta nienawiścią, że dziwiła się sama sobie, iż w tym przypadku było inaczej. Ale czy mogłaby w ten sam sposób traktować własnego syna? I przede wszystkim, czy cokolwiek mogło sprawić, że potrafiłaby na niego spojrzeć inaczej? Odpowiedź była prosta... Gdyby to ktoś inny przeszkodził jej wtedy w zabiciu Artura, nie wahałaby się. Mogła pozbyć się problemu jednym mrugnięciem. Niejednokrotnie przecież się do tego uciekała. I za każdym razem dawało jej to dziwne poczucie satysfakcji… Poczucie wyższości i potęgi. Bywały chwile, kiedy to przerażało nawet współtowarzyszy Morgany, lecz nie ją. Przecież tego się właśnie nauczyła, prawda? Przecież na to patrzyła każdego dnia, odkąd zmuszona została zamieszkać pod opieką człowieka, którego od pierwszych dni obdarzyła czystą i szczerą nienawiścią. Tę z kolei mogła żywić również do każdego… Każdego, poza Mordredem.
    Widziała w jego postawie kolejną prowadzoną wewnętrznie walkę. Jak kolejne, przedłużające się chwilę tego wieczoru niszczą jego barierę. Czuła się zupełnie tak, jakby patrzyła na samą siebie. Chociaż może jej przychodziło to z nieco większą łatwością. Przecież to Morgana zrobiła pierwszy krok; pierwsza zaczęła burzyć gruby mur, który przez te wszystkie lata był budowany pomiędzy nią, a jej synem. Wydawać się mogło, że był on nie do przebicia. Kolejne zdziwienie.
    Wiele dla niej znaczyło to słowo dziękuję wypowiadane głosem syna. Tak samo jak kolejne jego zapewnienie. Mogłaby przyznać, że dzięki temu zapewnieniu poczuła się lepiej. Gdzieś w środku odczuła ulgę, bo podświadomie nadal rozmyślała nad swoim postępowaniem. Wiedziała jak bardzo był okłamywany, jakich rzeczy musiał o niej słuchać, a mimo wszystko potrafił uwierzyć Morganie, nie kłamstwom serwowanym mu przez Morgause. Uwierzył i wybaczył, pomimo że jej wcześniejsze zachowanie mogło go utwierdzić w tym fakcie, że jednak przybrana matka miała rację...
    W odpowiedzi skinęła jedynie głową i odwzajemniła uśmiech. Pierwszy szczery uśmiech, od wielu lat. Nie odezwała się jednak, wszystko już zostało powiedziane. A odwróciwszy się, ruszyła w swoim kierunku. Na nowo opanowana i chłodna wobec każdego. Nie zwróciła nawet uwagi na stojących w korytarzu strażników, których głowy posłusznie pochyliły się, gdy przechodziła do innego skrzydła zamku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znalazłszy się w swojej komnacie, jak zwykle odgrodziła się od emocji i uczuć. Nie pozwalała sobie na zbytnią sentymentalność. Zawsze powtarzała, że słabości gubią ludzi, że nie powinno się ich okazywać. Była aż nadto wierna swoim przekonaniom. Choć tym razem nie było tak tak łatwe, jakby tego chciała. Przynajmniej nie na początku.
      Przebrawszy się wcześniej w odpowiedni strój do spania, położyła się na łóżko i dopiero odetchnęła głęboko. To jednak zbyt wiele, nawet jak na tak potężną kapłankę. Żadna walka nie zmęczyła tak bardzo psychiki Morgany. Nic tak mocno nie naruszyło jej wewnętrznych barier. Ale nie potrzebowała zbyt wiele czasu, by wrócić do siebie. Koniec końców zdołała odciąć się od wszystkiego, co miało miejsce jeszcze chwilę temu i zasnąć.
      Obudziła się jak zwykle, gdy pierwsze promienie wschodzącego słońca wdzierały się przez zasunięte kotary do jej komnaty. Po szybkiej, porannej kąpieli przyodziała się w przygotowaną czarno-zieloną suknię, której zawiązywanie zajęło trochę czasu osobistej służce kapłanki. Poleciła jej także przygotować coś do jedzenia i przygotowania sali, w końcu musiała godnie ugościć przebywającego na zamku Mordreda. Kiedy wreszcie mogła opuścić komnatę, zamierzała udać się i doglądać przygotowań. Jednakże jej uwagę przykuło skupisko wojowników, którzy przyglądali się czemuś na zewnątrz. Brzdęk uderzanej o siebie stali wskazywało na jedno - ktoś walczył. A może tylko trenował? Z zainteresowaniem podeszła bliżej i wyjrzała przez okno na dziedziniec. Na bladym obliczu Morgany pojawił się uśmiech wyrażający szczerą dumę. Nie pierwszy raz czuła ją wobec syna, odkąd się tutaj pojawił. I z pewnością nie ostatni. Chwilami zastanawiała się, czy tak nie było lepiej. Pod opieką Morgause doszedł tak daleko. Czy Morgana mogłaby mu to zapewnić? Kto wie, może nawet nie zdołałaby uratować mu życia. Jako dziecko urodzone w Beltane, w Camelocie czekałaby go jedynie pewna śmierć.
      – Szybko się uczy, prawda? – spytała, bacznie przyglądając się dalszym wyczynom Mordreda.
      – Czy to rozsądne, pani by rycerz Camelotu poznawał naszą sztukę walki? – jeden z Sasów odezwał się, na co Morgana na chwilę odwróciła głowę w jego stronę, piorunując go spojrzeniem. Śmiał kwestionować jej polecenie? Niczego mu nie utrudniać i udostępnić wszystko, czego będzie potrzebował. Oczywiście, że pojawiały się słowa sprzeciwu, może nawet zwątpienia. Ale dobrze wiedziała, co robiła. I powinni o tym wiedzieć.
      – Boisz się, że podzieli się tą wiedzą? – spytała, unosząc brew. – Jest takim samym przyjacielem Artura, jak my wszyscy. To sojusznik, być może najlepszy, jakiego udało się nam pozyskać. – odparła spokojnie, wracając do śledzenia postępów swojego syna. W rzeczy samej, uczył się bardzo szybko. Nie wiedziała jak długo trwa ta lekcja, ale spokojnie dorównywał już swojemu przeciwnikowi. – Zostając przy Arturze, wiadomo coś?
      – Szpiedzy donoszą, że dziś rano wyjechał z nieliczną grupą rycerzy.
      – Tak jak się spodziewałam. – odparła z widocznym zadowoleniem, odwracając się od okna i opierając się o ścianę. – Wyślijcie kogoś na przeciw. Warto powitać wielkiego króla.
      – Już to zrobiliśmy, pani. – saski wojownik skłonił lekko głowę. – Pojechało pięćdziesięciu najlepszych. Król nie spodziewa się, więc nie wszyscy wrócą do domu.
      – To przykre. – ironia w głosie wiedźmy była aż nadto słyszana, po czym spojrzała na Sasa i przechyliła głowę. – Mam nadzieję, że mój drogi brat dotrze tu jednak cało?
      – Zgodnie z rozkazami. – potwierdził wojownik.

      Usuń
    2. Kiwnęła głową z zadowoleniem i odeszła, tym razem wybierając się do sali jadalnianej.
      (...)
      Zajęła miejsce na jednym z krzeseł dosyć długiego, prostokątnego stołu bogato zastawionego jedzeniem i upiła łyk wody ze srebrnego kieliszka. Spojrzała znad krawędzi naczynia na Mordreda. Wprawdzie sama była już jakiś czas po śniadaniu, aczkolwiek nie mogła nie zadbać, by wszystko co najlepsze dostał także jej gość. Początkowo siedziała w milczeniu. Obydwoje siedzieli. Cóż, nie była pewna co miała powiedzieć. Pokłady swoich emocji i uczuć zużyła poprzedniego wieczoru. Poza tym, czuła się obco okazując takie ich natężenie w jednym czasie. I nie przywykła do tego.
      – Widziałam Twoje postępy. Nic dziwnego, że Artur tak Cię ceni. Jesteś pewnie jednym z najlepszych. – odezwała się w końcu, przerywając długo panującą ciszę i posłała synowi lekki uśmiech, sięgając zaraz po jakiś owoc ze srebrnego półmiska. Jej głos był pełen uznania i radości. Nie mogła zaprzeczyć, że nie cieszyła się z sukcesów Mordreda. Nawet jeśli odnosił je, służąc u boku swego ojca. – I o nim chciałam z Tobą porozmawiać. Wyjechał rano z Camelotu, więc wkrótce się tutaj zjawi. Zostanie godnie powitany. – znacząco zaznaczyła ostatnie zdanie i oparła się wygodniej o krzesło, jak gdyby była zadowolona z takiego obrotu spraw. Poniekąd była, jednak w większej mierze liczyła, że jednak nie wybierze się na poszukiwania swojego patrolu tak szybko.
      – Byłby zbyt głupi, by dostrzec cokolwiek, ale nie możemy pokazać po sobie niczego podejrzanego. Dla bezpieczeństwa. Nie chciałabym, aby coś Ci się stało. – wyjaśniła pokrótce, zastanawiając się czy tak naprawdę nie martwiła się również o umowę. Gdyby ich przymierze zostało zdemaskowane, wszystko by przepadło. Obietnica dostępu do tajemnic i sekretów króla. Znajomość każdego jego ruchu i wgląd we wszystko co robi. Złapała się na tym, że podchodząc chłodniej do tej relacji jako powiązania matki z synem, zaczynała widzieć w tym głównie korzyści. Istotnie, nie zamierzała łamać danego słowa o byciu matką. To się nie zmieniło. I wciąż traktowała to jako bezinteresowną więź, chciała nadrobić czas, poznać lepiej swojego syna i stać się dla niego rodzina. Ale musiała także myśleć o czymś więcej. A tym więcej miały być informacje. Stały kontakt. I szykowanie zguby Artura.
      – Mamy czas do popołudnia, bo moi ludzie tak łatwo nie dadzą mu dotrzeć do twierdzy. Co robiłeś przez ten cały czas? – zapytała z ciekawości. Ale i naprawdę chciała to wiedzieć. Jeśli miała go poznać, musiała zacząć od zera. A z przykrością należało stwierdzić, że wiedziała niewiele. – Wiem, że Avalon nie stał się Twoim domem. – nawet tam była, ale nie przyznała się. Nie mogła i nie potrafiła. Gdyby to zrobiła, znów poddałaby się słabościom. Nie chciała tego. Dostatecznie dużo oboje przeszli minionego dnia.

      Szalona z samokrytyki mamusia

      Usuń
  38. Jeśli ktoś kiedyś zapytałby się Lucyfera o Hiszpańską Inkwizycję, to ten odpowiedziałby że się jej spodziewał. No bo ciężko się nie spodziewać czegoś co stworzył on albo Bogdan. A inkwizycja z pewnością się zaliczała do tych (nie)boskich spraw.
    Lucek uśmiechnął się zagadkowo, kiedy Mordred zapytał się co to jest. Boruta miał niestety to do siebie, że nie zawsze odpowiadał tak jak inni by sobie tego życzyli. No ale, stety albo i niestety, jakiś czas spędził w niebiosach, gdzie Bogu nie zawsze udzielał oczywistych i jasnych odpowiedzi.
    — Eksperyment eksperymentalny – powiedział z uśmiechem na ustach.
    Lucek zachowywał się jakby był w swoim mieszkaniu…albo w mieszkaniu swojego kuzyna. Przygotował szklanki i odebrał od Mordreda butelkę z samogonem. Wlał niemalże po brzegi wyrobu do szklanek. Był tak tym podekscytowany, że nawet nie potrafiłby racjonalnie wyjaśnić, z czego to zrobił. Może nawet i namówi Mordreda na jakieś takie… „zebranie nadzwyczajne” w kościele? W końcu kolejna mordka do picia i tak dalej. Byłoby spoko. Im więcej tym weselej, prawda?
    — A teraz pij nie pierdol – powiedział i wręczył mu z uśmiechem szklaneczke z alkoholem. To był piekielnie dobry alkohol, a jak Mordred zasugeruje, że jest słaby, albo nie dobry to…
    Jak Bogdana kocham wypierdolę mu tak, że łokcie będzie zębami zbierać! - pomyślał Lucyfer. Ale diabeł idiota nawet w tym prostym zdaniu popełnił zasadniczy błąd. Pewnie, gdyby Lucek byłby chociaż trochę odpowiedzialny i w Gwiezdnych Wojnach byłby Yoda, to Lucyfer śmiało mógłby układać mu dialogi. Nie dość że niepoprawne gramatycznie, to jeszcze zabawne.
    — No i? I jak? – zapytał z nadzieją. – Nada się? Będzie dobre? – spojrzał wyczekująco. – Chcesz może jeszcze trochę?
    Osuszył w momencie szklankę i uśmiechnął się lekko.
    — A masz może jeszcze jakieś inne alkohole? Wymieszalibyśmy i zobaczylibyśmy co się stanie. No i w sumie to mam jeszcze takie zabawne tableteczki…i takie dobre papieroski. Chcesz? – uśmiechnął się jak na Lucyfera przystało. Normalnie gdyby w piekle organizowano by konkurs na najładniejszy uśmiech, to wygrałby go w sposób uczciwy fałszując wyniki.

    Lucek

    OdpowiedzUsuń
  39. [Wracam i już śpieszę z odpisywaniem! :D
    Ja myślę, że bardziej prawdopodobne jest to drugie. Bo nie wiem czemu, ale mam dziwne wrażenie, że jeśli Mordred uznałby Percy'ego za wroga to Percy zareagowałby w stylu "Jej! Mam swojego pierwszego wroga! Jak fajnie". Dlatego jestem za opcją numer dwa.
    I myślę, że Percy w całej swojej naiwnej głupocie by się nabrał na kombinowanie Mordreda i uważał, że to taki dobry, mądry rycerz i przyjaciel Artura. A biorąc pod uwagę, że z historii wynika mi, że Percy zniknął zanim Mordred zaczął kombinować to podczas spotkania w Fabletown Percy zareagowałby raczej w stylu "o jak miło Cię widzieć!". A potem długo by pewnie nie mógł zrozumieć "ale co tu się stało i dlaczego Mordred teraz jest zły?". Pewnie koniec końców by nie zrozumiał za bardzo. Tylko jeszcze jakaś akcja by nam się przydała, bo coś czuję, że Mordred by raczej nie był zbyt chętny na spędzanie czasu z Percym. Jakieś pomysły?]

    Zdrowy i nowoczesny poseł Percy xD

    OdpowiedzUsuń
  40. [Najpierw przeproszę za taki czas oczekiwania na mój odpis xD Moje noworoczne postanowienie to ruszyć nimfi tyłek i odpisywać na bieżąco, bo robię sobie takie zaległości, że od 10 minut ogarniam, co komu wiszę ;)
    Ojej, to byłaś tu z panem, co nosił głowę w torbie! xD To ja nawet mam cię w kontaktach GG jeszcze, bo coś wówczas ustalałyśmy :D

    Może najpierw spytam, czy wciąż masz chęć i czas na kolejny wątek? :D]


    Lucy

    OdpowiedzUsuń
  41. – To moja matka. Pracuję razem z nią na trzynastym piętrze. Przysłali mnie w sprawie twojego wzroku, może uda mi się jakoś pomóc. Przy okazji miałem ci też przynieść to...
    Czegokolwiek by potem nie powiedział Mordred, i tak nie zostałby usłyszany. Wizja posiłku zaćmiła umysł bazyliszka, który dopadł do trzymanego przez druida pakunku i w pośpiechu zajął sie konsumpcją. Mimo lekkiego posiłku w postaci paru szczurów i okazyjnie nietoperza, wciąż była nieziemsko głodna. Ktokolwiek pilnował jej posiłków, dziś musiał zrobić sobie wolne, za co naraził się Moryenie i tym samym trafił na tymczasowo nieistniejącą czarną listę ludzi, których z miłą chęcią pozbawiłaby życia.
    – Opowiesz mi co dokładnie dzieje się z twoim wzrokiem? – pytanie przerwało końcowy etap konsumpcji różowej galaretki o smaku malinowym. Na wpół ślepo i tak wygrzebanie jej z niewielkiego pojemniczka graniczyło z cudem, zwłaszcza używając tak nieporęcznej, plastikowej łyżeczki jaka była w zestawie. Bazyliszek westchnął.
    - Zaczęło się w sumie zaraz po tym, jak mnie zmienili - zaczęła opowieść, dość ponurym tonem, niechętnie przypominając sobie swoje pierwsze godziny w nowym miejscu. Nie pamiętała nawet jak się tutaj znalazła, jeśli nie licząc przebłysku, że na coś polowała w swoim świecie. Zwietrzyła ofiarę, ale do upolowania nigdy nie doszła, bo znalazła się tutaj. W dodatku, obudziła się już jako dwunogi, jako człowiek. I co gorsza, w towarzystwie innych ludzi - Od początku słabo widziałam, ale twierdzili, że to minie. Że to efekt uboczny po tym jak magią cofali możliwość petryfikacji spojrzeniem. Potem... Już po dobrych paru dniach, kiedy nic się nie polepszało, padło stwierdzenie że tak już musi być i taka moja uroda - Moryena ostatecznie straciła apetyt i odstawiła pojemniczek z galaretką z powrotem do kuferka śniadaniowego. Gdzieś na skraju umysłu zaświtała jej myśl, że być może ten tutaj przyszedł by dokończyć dzieła i ostatecznie pozbawić ją wszystkich umiejętności. By zrobić z niej bezbronnego, nic nie wartego dwunoga. To wystarczyło, by pojawił się niepokój, chowany pod maską względnej obojętności.
    - Próbowałam działać na własną rękę kupując eliksiry i maści, ale to nic nie dawało. Byłam nawet u paru wiedźm w mieście, ale i ich zabiegi nie dały nic prócz pustej kieszeni i rezygnacji. Teraz już w sumie z tym nie walczę, mimo tego, że widzę... W sumie nic nie widzę - odwróciła głowę w jego stronę, a niewidzące oczy pobłądziły po sylwetce Mordreda - Jedynie zarys postaci w mroku. Ale wciąż czuję zapachy, wyczuwam w powietrzu drobne wibracje magii. To pozwala mi tu przetrwać i nie wchodzić w regały, albo w ściany. Pozwala w porę zwietrzyć intruza - choć przecież historia z ferulą pokazała jak bardzo przydałoby się jej spojrzenie. Po dziś dzień Moryena zadręczała się myślami typu "co by było gdyby...".
    - Pachniesz niechęcią - mruknęła w końcu, zastanawiając się co tak silnie oddziałuje na druida. Może pomoc jej to była jakaś forma kary?


    [krótko, bo krótko, dużo dialogów i dziwne zakończenie, ale nie chciałam zostawiać Mordzia tak długo bez jakiejkolwiek reakcji :D]
    Bazylek

    OdpowiedzUsuń
  42. Zawsze chciała być pośród ludzi, więc z początku ciężko było jej znieść głównie samotne życie w klasztorze, potrzebowała innych, aby przykre myśli nie wypełniały jej głowy, siejąc w niej chaos. Chciała być dobra, na prawdę miała dobre intencje, choć z czasem przestało jej to wychodzić i zupełnie nie zdawała sobie z tego sprawy, jednak nie można było powiedzieć, że czyni samo zło. Daleko nie szukając, przecież dążyła do sprawiedliwości, swojej, opacznie pojętej, ale jednak jakiejś sprawiedliwości, poza tym udzielała się na forum dla potrzebujących, częściowo dlatego, że była to kopalnia nowych klientów, ale jednak udzielała się.
    Zwykle nie wciągała się emocjonalnie w żadną z tych rozmów, chyba że starała się nawrócić jakiegoś ateistę uparcie stojącego przy swoim i podnoszącego jej ciśnienie, jednak był jeden taki rozmówca, z którym poczuła niewytłumaczalną więź. Od dłuższego czasu rozmawiali praktycznie codziennie, a Charlotte czuła się coraz bardziej swobodnie, czuła, że mogłaby mu powiedzieć wszystko, a przede wszystkim, czerpała z tych rozmów przyjemność i to taką, której nie powodowała wizja nowego klienta, a w konsekwencji pieniędzy, ani kwestia udanego nawrócenia. Była to zwykła, niewytłumaczalna niczym przyjemność, w dodatku ani słowem nie zająknęła się o Bogu, co było w jej przypadku niemal niemożliwe, mieli jednak całą masę ciekawszych tematów do rozmowy. Czasem, kiedy wieczorami rozmyślała nad swoim życiem, przychodziło jej do głowy, że to wszystko z braku utraconej bratniej duszy, po prostu potrzebowała kogoś bliskiego, przed kim nie musiałaby niczego ukrywać, ani udawać, kogoś kto znałby ją lepiej niż ona sama, kto da jej poczucie bezpieczeństwa. Miała kiedyś kogoś takiego i miałaby dotąd, gdyby nie pewien przeklęty... Ach, do diabła, obiecała sobie nie denerwować się bez potrzeby. Doczekała się częściowo upragnionej sprawiedliwości, jej wróg nie żył, ale co z tego, jeśli wraz z nim straciła ukochanego? Tej dziury w sercu nie mógł załatać nawet sam Chrystus i jej żarliwe modlitwy do niego, musiała tak już żyć.
    Wybierając się wreszcie do tak rozsławionego Fabletown, do którego proponowano jej przeniesienie już dawno temu, nawet nie skojarzyła faktów, że jej ulubiony czatowicz również mieszka w Nowym Jorku, choć kiedyś mówił jej o tym. Nie była osobą, która biega za facetami, ale kiedy jej przyjaciel wyszedł z propozycją spotkania, bez zastanowienia zgodziła się. Ten przypadek był wyjątkowy, bardzo często również bezmyślnie pisała różne rzeczy, nawet nie zastanawiając się czy na pewno chce się tym z kimkolwiek dzielić, on jednak był inny niż reszta ludzi i choć rozmawiali od niedawna, to mogłaby przysiąc, że znają się od lat. Całe szczęście, umówili się na następny dzień, bo odkąd do Charlotte dotarła myśl o przyszłym spotkaniu, nie mogła usiedzieć na tyłku. Była podekscytowana, wyobrażała go sobie na tysiąc różnych sposobów i zagadywała która wizja będzie najbliższa prawdzie, jednocześnie jednak czuła pewien niepokój. Istniała też możliwość, że wcale nie przyjdzie, przez internet sprawiał wrażenie dość skrytego, więc nie była by specjalnie zdziwiona gdyby nie zastała nikogo pasującego ubiorem do podanego opisu, choć byłoby jej na pewno wyjątkowo przykro z tego powodu.
    Zazwyczaj twardo stąpająca po ziemi Charlotte, w tym przypadku stawała się miękką, delikatną marzycielką, nie mającą absolutnie żadnego planu ani wizji ich znajomości w przyszłości, jednak czuła, gdzieś w głębi swojego dziurawego serca, że coś jest w tym chłopaku i powinna trzymać się go mocno, niezależnie od tego co los przyniesie. Być może to Bóg nad nią czuwał i zesłał dla niej na ziemię Anioła Stróża, aby poczuła się wreszcie bezpieczna, może był nagrodą za jej waleczność w szerzeniu dobrej nowiny.
    Obiecała sobie, że jeśli to spotkanie zakończy się z powodzeniem, to zaraz po nim wybierze się do najbliższego kościoła podziękować Bogu za jego szczodrość, może nawet zabierze ze sobą swojego przyjaciela z czatu, tymczasem założyła swój jaskrawo czerwony płaszcz ze złotą broszką na kołnierzyku, po którym miał ją poznać i ruszyła w drogę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Specjalnie wyszła na tyle wcześnie, aby być przed czasem, zakładając, że jeśli spóźni się choć minutę, chłopak może pomyśleć, że go olała i odejść, a tego w żadnym wypadku nie chciała. Już od progu zlustrowała wszystkich gości, rozglądając się za swoim przyjacielem z sieci, a kiedy już go odnalazła, okazało się, że on dostrzegł ją pierwszy, mało tego, przy jednym ze stolików siedział i patrzył na nią z oczami rozszerzonymi niczym dwie okrągłe monety... jej mąż. Ten sam mąż, którego latami opłakiwała i cierpiała z powodu jego straty, siedział właśnie po drugiej stronie kawiarni, jakieś pięć kroków od niej, równie zszokowany co ona. Mózg Charlotte pracował na tak wysokich obrotach, przetwarzając obraz jaki właśnie odebrał, że lada chwila gotów był spakować walizkę i dać nogę wyskakując jednym z jej uszu. Jak to możliwe?
      Mordred opamiętał się najwyraźniej pierwszy, bo chwilę później stał już przed nią mówiąc coś, jednak treść nie za bardzo dotarła do dziewczyny, a przynajmniej szła jakąś bardzo okrężną drogą, bo z początku jedyne co zrobiła to otworzyła usta wpatrując się tępo w bardzo żywego męża. Tyle lat za nim tęskniła... Ręce same wystrzeliły jej do góry, oplatając szyję Mordreda tak ciasno, jak gdyby za moment miał się rozpłynąć w powietrzu, a ona sama przycisnęła swoje ciało do niego, niemalże dusząc męża. Wciąż zagadką było dla niej to co się właśnie wydarzyło, jednak zrozumiała, że musiała otrzymać niepowtarzalny i bardzo cenny dar, skoro dane jej było trzymać Mordreda znów w ramionach, całego i zdrowego. Wszystkie myśli i emocje kotłowały się w jej głowie, choć jednocześnie czuła się najszczęśliwsza pod słońcem.
      - Bóg nade mną czuwa, ty żyjesz! - załkała w jego ramię, uwalniając łzy szczęścia.
      Mąż był jedynym czego potrzebowała w życiu, mogła chodzić w jednej szmacie, spać w jaskini i jeść suchy chleb, jeśli to była jedyna droga do odzyskania ukochanego. Ściskała go tak w smutku i radości jednocześnie, aż naszła ją pewna myśl.
      Żyłeś przez te wszystkie lata i pozwoliłeś mi myśleć, że jesteś martwy? - szepnęła na tyle cicho, żeby nikt obok nie usłyszał, odsuwając się od niego i ściskając za brzegi ubrania.
      Przecież nie wstał z grobu wczoraj, jakim więc cudem do dnia dzisiejszego nie wiedziała nic o tym, że żyje? Tyle łez wylała nad jego duszą, tyle modlitw do Boga wyszeptała o to by zabrał go do siebie i opiekował nim, a tymczasem Mordred miał się dobrze, będąc przecież z początku tak blisko niej, w końcu daleko do klasztoru nie wyjechała.

      Żonka <3

      Usuń
  43. [Powrót do przeszłości brzmi obiecująco! Czyżby była mała szansa na family reunion? xD Czyli jeśli dobrze rozumiem, mamy Camelot, bliżej nie określony czas i nasze słodziaki na zamku. Artur ufa swoim rycerzom i Mordredowi, a relacja się zacieśnia, ale ten popełnia błąd i wszystko się sypie i wraca do poprzedniej chęci zemsty jego synka :D Zaczynamy od jakiś konkretnych wydarzeń, jak wyprawa, czy bitwa przeciwko najeźdźcom?]

    WZROROWY OJCZULEK, I TEN PRAWOWITY KRÓL (Mordred może najwyżej dziedziczyć koronę, jak będzie grzeczny i nie będzie chciał nas zabić xD)

    OdpowiedzUsuń
  44. [Czemu ja wszystkich rozśmieszam, no? Ja się tylko próbuję wczuć w Percy'ego i jego logikę... xD
    Teraz przez was myślę nad drugą postacią, która by była normalna. I tak się waham czy nie reaktywować Yvaina i wtedy nie zrobić wątku z nim, bo mielibyśmy gotowe powiązanie na dzień dobry... ;)
    Pomysł wyprawy na Farmę mi się podoba! Już jestem ciekawa jak długo Mordziu wytrzyma nim mu nerwy puszczą przy Percym. :D
    I niestety innego pomysłu nie mam, bo oni charakterologicznie są tak kompletnie niedobrani, że nie wiem co by się musiało stać, by Mordziu nie dostał szału przy Percym. xD]

    Percy

    OdpowiedzUsuń
  45. [Moim zdaniem będzie nam lepiej wychwycić wszystko, co chcemy w przeszłości, a jak się wypalimy, to ewentualnie wrócimy do teraźniejszości :D Ja jeszcze odpokutuje moje dawne winy, a Merlin mi już nie doradza bo jest brzozą xD No i oczywiście, że pomogę tylko, że mam jedynie maila : krolbananowy@gmail.com, bo czego się nie robi na rodzinki, nie licząc detronizacji i próby zamójstwa :D <3]

    OJCZULEK

    OdpowiedzUsuń
  46. [Nie znam tematu, ale wierzę na słowo :D Dzięki za (kolejne) powitanie! Na ten moment nie mam skrystalizowanego pomysłu, więc możemy sobie to zostawić na "ewentualnie", jak coś wpadnie nam do głowy, a tymczasem poprzestać na wątku z Harleyem. Chyba że Tobie coś już do głowy wpadło, to jestem otwarta na propozycje :D]

    Clyde Nightlinger / Harley Fletcher

    OdpowiedzUsuń
  47. Przechyliła głowę, wciąż obserwując twarz męża. Jak to rok? Najwyraźniej oboje byli tym zaskoczeni, czuła się trochę jakby każde z nich urwało się z innego świata. Przecież odkąd Mordred, jak widać rzekomo, zmarł, rok czasu była w klasztorze, a następnie przynajmniej dwa, trzy lata tułała się jeszcze po ich krainie... Jeśli by doliczyć lata spędzone w tym świecie, wychodził jeszcze wyższy wynik, ale na pewno nie rok. Z drugiej strony te portale... to one musiały załamywać czasoprzestrzeń, w takim razie, chyba, że ktoś go oszukał. Opcji zakładającej, że Mordred specjalnie coś kręci, nawet nie brała pod uwagę, zbyt długo znała męża, aby przeszło jej przez myśl, że mógłby ją okłamać. Męża... właściwie czy nadal byli małżeństwem? Czy on umarł i został ożywiony? Czy nie umarł? Czy prawie umarł? Tyle pytań krążyło po jej głowie, że ledwie mogła myśleć o oddychaniu, tak długo była przekonana, że została wdową, a tymczasem jej mąż był tak blisko... Cokolwiek stało się pod Camlann, musiał wiele przejść do dnia dzisiejszego, być może jeszcze gorszym uczuciem było życie w wiedzy, że ukochana osoba żyje, ale jest poza naszym zasięgiem, niż życie w przekonaniu o śmierci.
    Westchnęła głęboko, kręcąc do samej siebie głową. Tyle mieli sobie do wyjaśnienia...
    - Przestałam liczyć lata, ale było ich z pewnością kilka. - odpowiedziała zgodnie z prawdą, po utracie męża przestała liczyć noce, wiedząc że każda następna będzie nocą samotną.
    Więc szukał jej, choć bez skutku, w dodatku wychodzi na to, że gdyby Bóg był im przychylny już wcześniej, to mogliby spotkać się, kiedy sama pojechała sprawdzić, co też zapisało się na kartach historii po jej ucieczce do świata Doczesnych. Najwyraźniej taki miał swój boski plan i tak miało być, kim była, aby to kwestionować?
    Pozwoliła Mordredowi oprzeć się o swoje czoło, ciesząc się z jego bliskości, można powiedzieć, że cierpiała na gigantyczny niedobór miłości męża i gdyby nie to ile mieli sobie do powiedzenia, to zwyczajnie przylgnęłaby do niego nie puszczając ukochanego przez dobrych kilka godzin, jednak sporo jeszcze było przed nimi. Wyciągnęła jedną ze szczupłych dłoni w kierunku jego twarzy, przykładając palce do żuchwy i kości policzkowych. Znała te rysy na pamięć, a teraz kiedy był blisko, poczuła się prawie jakby wczoraj ostatni raz dotykała tej twarzy.
    - Wiem... - szepnęła przesuwając kciukiem po szorstkim policzku.
    Napływające do oczu łzy znów przysłoniły jej obraz, dotąd nawet nie przypuszczała, że kiedykolwiek będzie jej dane zobaczyć męża, właściwie teraz, kiedy głębiej zaczęła się nad tym wszystkim zastanawiać, uświadomiła sobie, że nigdy do końca nie sprawdziła, czy Mordred rzeczywiście nie żyje, było to jednak tak absurdalnym pomysłem, że mogło być inaczej, a ona była tak zdruzgotana tą wiadomością, że nie potrafiła nawet odwiedzić jego grobu, czego później gorzko żałowała. Powtarzała sobie wtedy, że przecież to wydarzenie wstrząsnęło nią do tego stopnia, iż zmieniła wiarę, więc powinna sobie wybaczyć, że nie była w stanie spojrzeć na jego nagrobek. Teraz ogarnęło ją jeszcze większe poczucie winy, może gdyby się tam wybrała, wiedziałaby, że Mordred wcale nie zginął. Albo zginął, ale potem ożył.
    Zamrugała kilka razy powiekami i właściwie dopiero teraz uświadomiła sobie, że pół kawiarni patrzy na ich mały melodramat. Oderwała się niechętnie od ukochanego, po czym rozejrzała po ludziach, jedni podpatrywali z ciekawością, inni gapili się wręcz namolnie, jakby nigdy w życiu nie widzieli dwojga przytulonych ludzi. Dziewczyna chwyciła Mordreda za rękę i pociągnęła za sobą w stronę wyjścia, średnio widziało jej się uzewnętrzniać ich emocje przy tym tłumie ludzi, on również nie wyglądał na zachwyconego. Bez słowa szła szybkim krokiem w bliżej nieokreślonym kierunku, aż zatrzymała się w najbliższym zaułku, zbyt śpieszno jej było do poznania odpowiedzi, aby pozwolić sobie na bardziej finezyjne miejsce do rozmów, a tutaj przynajmniej mieli ciut prywatności. Kiedy zlustrowała wzrokiem zawartość owego zaułka i przechodzących niedaleko ludzi, odwróciła się do męża, po czym ujęła w dłonie jego twarz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Co się z tobą działo, kochany? - spytała płaczliwym głosem - Co tam się wydarzyło? Boże, tak za tobą tęskniłam...
      Teraz nie musiała się trzymać przez wzgląd na obecność ludzi, byli daleko i nie zaglądali jej praktycznie przez ramię, żeby zobaczyć i usłyszeć co się dzieje, więc nawet nie poczuła jak wąski strumyczek popłynął po jej policzkach. Po latach dopiero teraz poczuła się winna temu wszystkiemu, przecież wystarczyło osobiście sprawdzić wieści jakie jej doniesiono, wystarczyło złożyć kwiaty na grobie męża, zamiast odcinać się od świata i zamykać w klasztorze... Tego chciał Bóg, ich rozłąki? Czy to ona była tak głupia, że nie umiała odczytać jego znaków? Przecież ostatnie lata jej życia potoczyłyby się zupełnie inaczej, gdyby odnalazła wtedy Mordreda żywego.

      Ta jedyna <3

      Usuń
  48. (Pierwsi to może nie jesteśmy, ale chwilowo jedyni. Dziękuję ślicznie i trzymam się tych życzeń, bo póki co opornie idzie mi to wszystko, co nie zmienia faktu, że jakbym na coś wpadł, to przyjdę, a gdyby propozycja wyszła z drugiej strony, tym bardziej jestem za. ps fajna sekta pendragonów!!11)

    —noah

    OdpowiedzUsuń
  49. Lucyfer miał to do siebie, że był bardzo energicznym i szalonym diabełkiem. No ale chyba jako jeden z niewielu, tych z „drugiej strony”, był lubiany. Znaczy się tak się diabłu wydawało. Chociaż i tak, Lucek zauważył pewną dość, ciekawą rzecz. Diabły wzbudzały w innych ludziach podświadomy strach, nie wiedzieli dlaczego przeraża ich widok takiego zwykłego faceta, albo i dziecka. Jednak zawsze coś sprawiało, że lgnęli do nich. Z aniołami, to było na takiej zasadzie że czuli się przy nich bezpiecznie na swój sposób, tyle że ci pierzaści byli tacy no… Inni. Dziwni, nieprzystosowani do życia.
    — No wiadomo! Przecież to moje! Więc musi być piekielne! – powiedział wesoło Lucyfer, po czym niemalże od razu dolał Mordredowi samogonu. Nawet jakby nie chciał, to i tak by mu dolał, bo Lucek to był dobry i kulturalny diabeł, który wiedział, że nie należy pić samemu w towarzystwie.
    Boruta grzecznie przeszedł dalej, w jednej ręce trzymał szklankę z samogonem, w drugiej trzymał butelkę, w której jeszcze było trochę alkoholu, a między wargami miał skręta, którego jakoś musiał zapalić. Ale to przecież nie było trudne i diabeł jakoś sobie z tym wszystkim poradzi. Zawsze dawał sobie radę, więc teraz miałby nie dawać rady?
    — Ojojoj! – położył butelkę z samogonem na podłodze, wyciągnął zapalniczkę i odpalił skręta. Szklaneczkę nadal trzymał w ręce. – Ile tego dobra – powiedział, mając wciąż między wargami „papieroska”. – Mordku ty mój! Ty wiesz, że ten wieczór skończy się w przyszłym roku normalnie? – zapytał retorycznie Lucyfer. Jak zobaczył to zioło, i ilość flaszek, to prawda była taka, że za szybko nie opuści mieszkania. A przynajmniej do momentu, kiedy nie zostanie już ani jednej pustej butelki, do momentu, kiedy nie znajdą już ani grama ziółek oraz alkoholu!
    Normalnie gdyby Niemcy prowadzili drugą wojnę z taką pieczołowitością, jak Lucyfer imprezował, to pewnie losy inaczej by się potoczyły. Czasem to Lucek żałował, ale tak szczerze żałował, że pokłócił się z Ivanem i tego 22 czerwca ’41 to napadł na ZSRR…znaczy się namówił Adolfa do tego żeby napadł na ZSRR. No ale nic!
    — To co? Po jeszcze jednym maluchu i zabieramy się za testowanie, miksowanie i w ogóle za poważne imprezowanie – powiedział. –A te ziółka to paliliście, czy wciągaliście?

    Lucek

    OdpowiedzUsuń
  50. [Dobry wieczór! Mam nadzieję, że jeden wątek będzie akurat z Tobą i Twoją ciekawą postacią :D
    Generalnie Syanna na pewno będzie wnikać czemu to Mordred chce zabić swojego ojca, głównie z tego względu że sama zabiła siostrę. xD]

    Syanna

    OdpowiedzUsuń
  51. Powoli docierało do niej coraz bardziej to co właśnie się działo, przez te lata zdążyła zakleić swoje rany i ukryć pod grubą warstwą zapomnienia, a z każdą minutą spędzoną w towarzystwie Mordreda, coraz bardziej pękała ta gruba skorupa, którą sobie zbudowała. Przepraszał ją, przepraszał po raz setny, ale czy miał za co? On przynajmniej szukał, nie to co jego żona, która z góry założyła, że jej mąż nie żyje i tak szybko podjęła decyzję o ucieczce od tego problemu. Gdyby wstrzymała się jeszcze chwilę, wszystko mogłby się zupełnie inaczej potoczyć. Może otrzymałaby kolejną wiadomość, że jej mąż ocalał, może Morgana znalazłaby ją w ich zamku i zabrała do Fabletown, może nawet sam Mordred wróciłby po nią, a ona nie czułaby się tak samotna i tak zraniona przez te lata, cały ten ból ograniczyłby się do tygodni, zamiast lat.
    Pokiwała głową, wiedziała, powiedziano jej co wydarzyło się w trakcie bitwy oraz w jaki sposób zginął jej mąż, jednak jak widać nie wystarczająco szczegółowo. Miał otrzymać śmiertelny cios i zginąć na polu bitwy wraz z Arturem Pendragonem, a nie spacerować po ulicach Fabletown. Albo zaszło jakieś ogromne nieporozumienie, albo ktoś umyślnie wprowadził ją błąd, z czego dziwnie mocno prawdopodobna wydawała jej się opcja druga. Pamiętała też jak żegnali się przed wyruszeniem Mordreda, chodził jakiś taki zdenerwowany i nieswój, jednak Cywyllog uparcie wierzyła w jego zwycięstwo, nawet nie zakładała innej opcji, strach i niepewność ogarnęły ją dopiero, kiedy mąż długo nie wracał, później było tylko gorzej.
    Kiedy słuchała tej historii po raz kolejny, tym razem opowiadanej oczami głównego bohatera, serce na nowo jej pękało, wyobrażając sobie ile bólu i cierpienia musiał przeżyć Mordred, widziała w jego oczach, że to nadal nie dawało mu spokoju, kręcił się w nich jakiś mrok i smutek, ale kto byłby spokojny, wiedząc że otarł się o śmierć. Wdrygnęła się na sam dźwięk jego słów, z jednej strony miała ochotę kazać mu przestać i nigdy więcej nie wspominać o tych wydarzeniach, z drugiej jednak nie chciała go jeszcze bardziej załamywać, dlatego z bólem, ale słuchała jego historii. Nigdy nie była wrażliwą panienką, ale kiedy przychodziło człowiekowi słuchać jakie okrutne krzywdy spotkały ukochaną osobę, wiedząc, że nic nie można na to poradzić, to nawet ona wymiękała. To, czego się dowiadywała z każdym kolejnym zdaniem tej okropnej historii, wbijało się w jej duszę kłującymi szpilkami. Jej biedny Mordred... naprawdę przez to przeszedł? Naprawdę nie było innego wyjścia, czy Bóg nie miał dla niego za grosz litości?
    Lancelot, przeklęty Lancelot, och gdyby ona go dostała w swoje eleganckie rąsie... z przyjemnością sama zrobiłaby mu krzywdę. Jak można żywcem zamurować człowieka w grobowcu, jak można być tak bezdusznym i okrutnym? Było jej tak cholernie przykro, że Mordred musiał przez to wszystko przejść, a jednocześnie była wściekła, wściekła na siebie, wściekła na Lancelota, wściekła na Artura, najbardziej na tego ostatniego, był winien wszystkiemu złemu co im się kiedykolwiek przytrafiło. To on powinien tak cierpieć, nie jej mąż. Pokręciła głową z niedowierzaniem.
    - Boże... Tak mi przykro... - wyszeptała przez łzy - Artur powinien przejść tortury zanim umarł.
    Śmierć na polu bitwy była zdecydowanie zbyt lekka w porównaniu do tego, co przez niego oboje przeżyli, co przeżył Mordred. Nie zasługiwał na taką karę, a Artur nie zasługiwał na tak łatwą śmierć, winien smażyć się w piekle do końca swych dni. Mogła sobie tylko wyobrażać, co czuje człowiek zamurowany w grobowcu, czekający na pewną śmierć, jej mąż ledwie mógł o tym mówić, zacinał się, słowa z trudem wychodziły mu z ust, a serce biło jakby zamierzało za moment wyskoczyć z klatki piersiowej. Przyszła jej do głowy myśl, czy ona zniosłaby coś takiego, jednak przerażona natychmiast odgoniła ją, nie była tak silna jak Mordred. Powinna być przy nim, powinna pomagać mu się pozbierać, tymczasem ona bawiła się w głupią chrystianizację, kiedy on jej szukał.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak jak sobie obiecała, będzie musiała odwiedzić kościół, ale nie tylko aby podziękować za to spotkanie, lecz również aby przeprosić i odpokutować za swoje niedbalstwo.
      Wtuliła się z powrotem w pierś męża, zasiskając mocno powieki, chciała aby to wszystko okazało się tylko paskudnym snem, a po otwarciu oczu obudziłaby się w dzień po bitwie, u boku świętującego zwycięstwo ukochanego. Byliby królem i królową Camelotu, a wszystkie te wstętne wydarzenia, które ich prześladowały, skończyłyby się wraz ze śmiercią Artura, nie było im to jednak dane. Wsłuchiwała się przez dłuższą chwilę w bicie jego serca, próbując uspokoić myśli kłębiące się w jej głowie.
      - Tak mi przykro, że musiałeś przez to wszystko przejść... - westchnęła wciskając nos głębiej w szyję męża. - Gdybym tylko wiedziała... Gdyby to nie złamało mi serca, dociekałabym, aby zobaczyć twoje ciało, ale nie byłam w stanie, nie byłam w stanie nawet się pożegnać... Wtedy nie musielibyśmy się szukać przez te lata. Och, polazłabym nawet z tobą na tę cholerną żeź, gdyby tylko kobietom pozwalano walczyć.
      Pewnie, że poszłaby. Wtłukła by im wszystkim w imię Boga za grzechy jakie popełnili, choć wtedy jeszcze nie była katoliczką. Poucinałaby im te paskudne łby przy samej dupie, aby nie mogli więcej zrobić krzywdy jej rodzinie. Rozpacz przemieniała się we wściekłość coraz mocniej, aż musiała zacisnąć zęby, aby nie krzyknąć ze złości, dlaczego dlaczego dlaczego zawsze im wiatr wiał w oczy? No dlaczego? Tyle myśli na sekundę przepływało przez jej głowę, że zupełnie zignorowała temat Morgany i tego, czemu nie poinformowała jej o Mordredzie, w tej chwili nie miała miejsca na zastanawianie się nad tym, choć mówią, że kobieca głowa myśli o tysiącu spraw na raz.

      Żonka

      Usuń
  52. Nie odpowiedziała, choć słowa Mordreda trochę ją zaskoczyły. I to wcale nie w kwestii tego, jak bardzo nie podobało mu się w Camelocie. Doskonale wiedziała, że to było specyficzne miejsce. Miejsce, które od początku albo się lubiło, albo nienawidziło. Morganie z łatwością przychodziło to pierwsze… być może dzięki temu tak szybko się tam zaaklimatyzowała, gdy musiała zamieszkać w zamku na dobre. I mimo wszystko, miło wspominała lata tam spędzone. Gdy patrzyła na całokształt, bardziej bolesne epizody nie miały takiego znaczenia. Podświadomie pragnęła tam wrócić; w końcu to był jej dom, może nawet bardziej niż Tintagel w Kornwalii…
    Bardziej dziwiła się temu, że Mordred zanegował jej przypuszczenia. Może w siebie nie wierzył? A może jednak się doceniał, tylko za mało? Coś jednak na rzeczy być musiało i miała tego świadomość. Przecież sam Artur fatygował się aby go ratować, czego nie uczynił w przypadku innych zwiadowców, którzy i tak polegli w starciu z ludźmi Morgany. Z drugiej strony, u Artura to było normą. Wszyscy wiedzieli, że za swoich ludzi poszedłby nawet na śmierć. Jednakowoż, zastanawiała się, co było powodem tak nagłej reakcji brata. Minął dopiero niecały jeden dzień, podczas gdy wcześniej na poszukiwania wysyłał ludzi dopiero na trzeci, bądź czwarty od zaginięcia patrolu. Przez myśl jej przeszło, że może to Mordred coś ukrywał. Jeśli był najlepszy, jak przypuszczała, Artur musiał darzyć go największym zaufaniem. Być może chciał utrzymać ten fakt w tajemnicy z obawy, że Morgana mogłaby zaatakować? Z pewnością słyszał o jej wyczynach, oraz odmiennej o 180 stopni metodzie działania. Do wszystkiego dążyła natychmiast. Z niewielkim planem, opracowanym w bezwzględnym minimum. Bo i po co było jej więcej? Plany Morgany zazwyczaj zaczynały się od znaleźć i zabić. Czasem, gdy potrzebowała informacji sięgała po sposoby, które poznała podczas zgłębiania tajników Starej Religii. Z pomocą magii zawsze dawała sobie radę. To jej wystarczało.
    Przyglądała się za to reakcji syna na wieść o zbliżającym się Arturze. Jakby tego się spodziewał. Czy to naprawdę powinno dziwić? Najwidoczniej miała rację, był dla Artura ważny. Na twarzy Morgany pojawił się nawet cień uśmiechu na myśl o tym, jak bardzo się nie mylił. Mordred był mu nawet bliższy, niż mógłby się spodziewać. Lecz dla bezpieczeństwa młodego druida lepiej, by jednak się nie dowiedział. Przynajmniej jeszcze nie teraz.
    – Obiecałam, że nic Ci się nie stanie i dotrzymam słowa. – odpowiedziała od razu, skreślając z góry plan Mordreda. Zależało jej na autentyczności, ale nie ufała na tyle swoim ludziom. W końcu wśród nich pojawiły się głosy niezadowolenia, gdy obserwowali trening. Kto wie, może wykorzystaliby moment aby zrobić coś ponad to, co by im nakazała? Obawiali się Morgany, ale jeszcze bardziej chyba nie ufali Mordredowi, nawet pomimo zapewnień ze strony wiedźmy. Może gdyby powiedziała prawdę… ale czy wtedy nie pozbawiłaby się sojuszników? Ryzyko było zbyt duże, a na to nie mogła sobie pozwolić. – Jednak możesz być pewien, piękne widowisko będzie mu zaprezentowane. Na jego nieszczęście doskonale wiem co najlepiej na niego działa, w końcu wychowywaliśmy się razem. – wyczuwając tę przewagę, uśmiechnęła się ponownie. Zawsze potrafiła umiejętnie wykorzystywać słabe strony przeciwnika i tym razem planowała zrobić to samo. Jedynie zmuszona była powstrzymać się od działań według własnych zasad. Żałowała, że nie mogła po prostu go zabić. Okazja była idealna, sam miał się wystawić; sam przybywał na teren zajmowany przez czarownicę. Akurat na wyciągnięcie sztyletu… lecz tym razem musiała się powstrzymać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przez ułamek sekundy pożałowała, że Mordred tu był. Bo gdyby nie on, mogłaby zrobić co chciała... Szybko jednak odrzuciła tę myśl. Czy nie była wystarczająco złą matką? Czy musiała jeszcze żywić niepotrzebne pretensje do niego?
      Chwilowa zmiana tematu pomogła. Istotnie, Morgana była ciekawa czym zajmował się Mordred po wyjeździe z Avalonu. A jej wiedza kończyła się na tym, że Morgause zabrała go do Szkocji. Ale co tam robił? Czego się uczył? Czy był tam przez ten cały czas? Czy było mu tam dobrze? O tym wszystkim pojęcia nie miała, z własnej winy. Zbyt pochłonięta swoimi sprawami nawet nie interesowała się zbytnio jego losem. To uległo zmianie dopiero, gdy przypadkiem doszło do ich spotkania. Młody druid miał zatem słuszność wytykając jej brak informacji, nawet jeśli tylko się z nią droczył… Z jedną różnicą - to nie szpiedzy zawiedli, a sama Morgana. Swoje zachowanie tłumaczyła na początku zbyt młodym wiekiem, kiedy została matką oraz brakiem wzorca. Przecież Vivianne zniknęła, gdy ta miała zaledwie cztery lata. Nikt nigdy nie zastąpił miejsca matki, nikt nie nakierował jej na właściwą drogę. Ale jak na ironię, to przez pierwszych kilka lat po urodzeniu Mordreda interesowała się i myślała o nim częściej. A gdy już mogła postarać się o to, aby wreszcie być matką dla syna, zaangażowana była w zemstę. Wpierw na swoim ojcu, a potem bracie… Nie dała się jednak sprowokować. Nie tym razem.
      – Tyle mi wystarczy. – przyznała. – Z pewnością dużo widziałeś i jeszcze więcej się nauczyłeś. – dopowiedziała pewnie, ale i z dającą się usłyszeć w głosie wiedźmy dumą. To było dużo, a jednocześnie wszystko, czego się właściwie spodziewała. Potrafiła powiązać ze sobą fakty, więc bez trudu wydedukowała, że odnosił sukcesy. Wspiął się wysoko i właściwie tylko Artur dzielił go od władzy. Przez myśl jej przeszło, że mógł tak łatwo się go pozbyć. Czemu nie działał? Na co czekał?
      Kolejne słowa pokazały za to, że nie byli aż tak bardzo do siebie podobni; że naprawdę pochodzili z dwóch światów. Mordred nie przepadał za tym, co dla niej było codziennością, za którą tęskniła. Wciąż brakowało jej tego, co oferował Camelot. Lata spędzone w leśnej chacie były chyba najgorszymi w całej historii życia Morgany. W obecnie zajętym zamku, choć warunki były stokroć lepsze, nadal doskwierał jej brak wygód i tamtejszych rozrywek. Ale nigdy tego nie okazywała ani się nie przyznawała.
      – Musisz teraz myśleć o przyszłości, Mordredzie. Jeśli chcesz osiągnąć swój cel, nie możesz poddawać się sentymentom. Ani słabościom. – ponownie się odezwała, lecz tym razem ton głosu Morgany nie był już tak swobodny. Dało się odnieść wrażenie, że chciała podświadomie skarcić syna za tę chwilę refleksji… – Nie odkrywaj przed nikim swoich najczęstszych myśli ani nie zdradzaj tego, co jest dla Ciebie ważne. Z mojej strony nic Ci nie grozi, ale ktoś inny mógłby wykorzystać tę wiedzę przeciwko Tobie. – pouczyła go, choć spodziewała się, że to już wiedział. Pewnie Mordred powiedział to wszystko dlatego, że starał się ufać Morganie. Aczkolwiek łatwość, z jaką to zrobił nieco zaniepokoiła czarownicę. Doceniała otwartość, ale jednocześnie chciała dla niego jak najlepiej. Mogła wydać się w tej chwili nadmiernie chłodna.
      – Obydwoje potrafimy doskonale grać, więc damy mu popatrzeć na to, co chce zobaczyć. Pewnie spodziewa się, że chciałam wyciągnąć od Ciebie jakieś informacje. Nie wyprowadzajmy go z błędu. Może też paść kilka słów aby uwiarygodnić tę farsę. Na koniec pozwolę bez walki mu Cię zabrać. – ton jej głosu nadal pozostawał nieco chłodny, ale i zdecydowany. Na dobrą sprawę, pokazała prawdziwe oblicze.

      Usuń
    2. Bo przecież nie była tak ciepłą i uczuciową osobą, jaką zdawała się być poprzedniego wieczora. Na co dzień była chłodna i pozornie obojętna. Niczym niewzruszona i odporna na wszelakie bodźce. Jakby nie miała żadnej słabej strony, jakby nie dało się niczym jej złamać. To były pozory, ale nikt o tym nie wiedział. Tylko sama Morgana pamiętała chwile melancholii i smutku, które przeżywała za zamkniętymi drzwiami zajmowanej przez nią komnaty. A opuszczając swoje cztery ściany, na nowo stawała się prawdziwą sobą.
      Zdążyła skończyć, gdy drzwi do sali zostały otwarte z całym impetem, a w przejściu pojawił się jeden z saskich wojowników. W pierwszej chwili spiorunowała go wzrokiem, lecz pozwoliła mówić. Jak się okazało, miał powód by przerwać wspólną rozmowę Morgany z synem.
      – Pani. – odezwał się wreszcie, spoglądając na obydwoje. – Mamy gości. Zwiadowcy przyprowadzili Artura i paru jego ludzi. Czekają w sali. – mężczyzna skłonił się i wyszedł.
      Morgana uśmiechnęła się nieznacznie i podniosła się ze swojego miejsca.
      – Zostań tu. Gdy będzie pora ktoś po Ciebie przyjdzie. Ja idę powitać mojego drogiego brata. – poleciła, po czym opuściła komnatę.
      Poczuła lekką ulgę, bo wczorajszy dzień i jej dał się we znaki. Potrzebowała jakiejś odskoczni. Chwili, gdy będzie mogła być znów sobą. Bez nadmiaru uczuć czy bez poczucia tej niezręczności, gdy zupełnie nie wiedziała jak się zachować. Z drugiej strony, żałowała, że Artur tak szybko przybył.
      Szybko pokonała odległość dzieląca salę tronową od jadalni i weszła do środka, wpuszczona przez swoich ludzi.
      – Wybacz to niezbyt miłe przyjęcie, ale trudno o pewność co do tego, komu można ufać. – odezwała się i usiadłszy na swoim miejscu, kontynuowała. – To wręcz wzruszające, że narażasz swoje życie nawet dla jednego człowieka. W dodatku nie mając pewności, czy nadal żyje… – teatralnie westchnęła i uniosła kąciki ust w lekkim uśmiechu, widząc reakcję Artura. Naprawdę przejmował się losem Mordreda. Zatem miała rację w swoich wcześniejszych przypuszczeniach.
      – Nie oczekuję, że to zrozumiesz.
      – Słusznie. – rzuciła od razu. – Ja nie jestem tak naiwna, by wchodzić wprost w ręce wroga. – zauważyła z widocznym rozbawieniem i kiwnęła głową na dwoje swoich ludzi. – Przyprowadźcie więźnia. – poleciła i wróciła wzrokiem do brata. – Widzisz? Jeszcze nic mu nie zrobiłam. – uniosła brew i skierowała wzrok na drzwi, oczekując powrotu Sasów z Mordredem.
      – Co się stało, Morgano? Byliśmy przyjaciółmi, ty byłaś inna. – Artur podjął kolejną próbę porozumienia. Poniekąd i to bawiło Morganę… otwarcie stawała wobec niego jako wróg, podczas gdy on prawdopodobnie wciąż liczył na pojednanie. Naprawdę sądził, że była w stanie wybaczyć wszystkie przewinienia?
      – Dorosłam. – odparła obojętnie i posłała mu wrogie spojrzenie, po czym wstała i podeszła kilka kroków w jego stronę. – Trochę już za późno na refleksje, nie sądzisz? Nie licz na pojednanie. Już dawno pokazałeś co sądzisz o takich jak ja; dawno też przyczyniłeś się do tego, co się stało. Nie udawaj teraz, że nie wiesz co jest tego powodem. – akurat skończyła, gdy drzwi sali ponownie zostały otwarte. – Wprowadźcie go. – poleciła.

      Ta zła Mamusia

      Usuń
  53. To był kolejny, tak sam dzień, jak wszystkie inne. Snow opuściła swój apartament, zajadając się bananem, który z całą pewnością był zbyt mało bananowy. Nie był odpowiednio dojrzały, przez co nie był odpowiednio słodki. A to z kolei nie odpowiadało Snow, która nie cierpiała bananów o mało bananowym smaku, była z tego powodu bardzo zawiedziona. Postanowiła sobie, że ostatni raz kupuje owoce w tym sklepie. I dopiero po chwili doszła do wniosku, że jej postanowienie jest na nic, ponieważ i tak tam wróci, i tak.
    Szukając odpowiedniego klucza do biura, wyrzuciła skórkę do śmietnika. Dopiero po uporaniu się z zamkiem, z którym jak zwykle miała problem, weszła do pomieszczenia. Odpaliła światło i udała się w kierunku własnego biurka. Usiadła na wygodnym krześle, spoglądając na stertę papierów, która piętrzyła się przed nią.
    Minęło kilka minut, przez które dosłownie nic się nie działo. A Snow, która wywęszyła okazję, zamknęła oczy i zrobiła sobie kilka minut przerwy, która przeznaczyła na drzemkę. Dopiero głośny huk, który był spowodowany trzaśnięciem drzwi, wyrwał ją ze snu. Zaklęła cicho pod nosem, dochodząc do wniosku, że powinna zrobić sobie krótką przerwę. Chociaż jednodniową, którą mogłaby w pełni przeznaczyć na sen. Wyspałaby się za wszystkie czasy i z nową energią powróciłaby do pracy. A potem przypomniało jej się, ile miała zaległości, kiedy zrobiła sobie kilkugodzinną wycieczkę na Farmę. A jechała przecież w interesach. Więc dzień, spędzony na spaniu i nic nie robieniu, nawet nie wchodził w grę.
    Poprawiła śnieżnobiałą koszulę i wyczekująco spojrzała na pierwszego przybyłego gościa, który miał niezwykle trudny i istotny problem, w którym musiała mu pomóc. Po pięciominutowej rozmowie wiedziała już, że jego problem nie różnił się od problemów innych. A chodziło przede wszystkim o brak pieniędzy na Urok Maskujący. Niestety, prawo było prawem, a Snow nie mogła go łamać i naginać. Bez względu na łączące relacje z władzą. Po raz kolejny musiała odesłać Baśniowca na Farmę. Do czego się w sumie już przyzwyczaiła, więc nie miała z tego powodu wyrzutów sumienia. Tylko czasami było jej zwyczajnie przykro, kiedy któryś z kolei baśniowiec traktował ją, jakby podpisała wyrok śmierci. A to było tylko zesłanie na Farmę!
    Dzień, w sumie jak zwykle, upłynął jej właśnie na takich działaniach. Przyjmowanie Baśniowców, przeglądanie papierów. Baśniowcy, papiery, Baśniowcy, papiery. A, gdzieś pomiędzy tym, starała się przetrawić zasłyszane plotki. Niektóre jej się podobały, do niektórych wolała nie wracać, a o jeszcze innych w ogóle zapomniała. Lecz jedna, którą usłyszała przed udaniem się na lunch, szczególnie nie przypadła jej do gustu. Bal i Książę Branidsh. To nie mogło się skończyć dobrze.
    W innym wypadku nawet by się tym nie przejęła. Ale ta sprawa dotykała ją osobiście, więc nie potrafiła ot tak o niej zapomnieć.
    Po raz pierwszy od bardzo dawna opuściła swoje biuro przed wyznaczonym czasem. Kierując się w stronę Trzynastego Piętra, miała niemałe wyrzuty sumienia. Praca była właściwie wszystkim co miała. Swoje obowiązki wykonywała najlepiej, jak potrafiła. A wcześniejsze wychodzenie nie leżało w jej naturze.
    — Witaj, Mordredzie — powiedziała spokojnie może aż nazbyt oficjalnie, wchodząc do pomieszczenia. Oczywiście wcześniej zapukała, ale nie raczyła czekać, aż ktoś pozwoli jej wejść. Sprawa była pilna, a ona musiała złapać mężczyznę nim ten opuści biuro. — Mam dla ciebie dwie wiadomości. Pierwsza z nich jest taka, że w sobotę idziemy na bal charytatywny. A druga, że podobno będzie na nim… — zacięła się i ukradkiem rozejrzała wkoło, jakby w obawie, że ktoś może ich podsłuchiwać, albo czaić się gdzieś w kącie. Temat księcia Brandisha był tajemnicą i tajemnicą powinien zostać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — No wiesz, kto będzie. Może, dzięki temu spotkaniu, w końcu nastąpi jakiś przełom w naszej sprawie. Mam zaproszenia. O której po mnie będziesz? — zapytała, wyciągając z kieszeni płaszcza dwie koperty, będące odpowiednimi zaproszeniami. — Zdaję sobie sprawę, że nasza umowa nie dotyczyła wychodzenia razem w miejsca publiczne, ale dobrze wiesz, że ta sprawa jest dla mnie ważna. A jeśli chodzi o kwestię finansową, to myślę, że uda nam się dogadać.

      Snow White

      Usuń
  54. Przeszłość szła za Arturem krok w krok i nie dawała mu o sobie zapomnieć. Koszmary nocne, które wydawały się tak prawdziwe. Plądrowane wioski, wykrzywione w rozpaczy twarze matek i płacz niewinnych dzieci. I syn, którego nigdy nie ujrzał; Nigdy nie wziął na ręce, na polowanie czy nawet do plugawego burdelu. Nie miał z nim żadnych wspomnień, a i tak ubolewał jego stratę. A wszystko to, by zapobiec przepowiedni, która miała zniszczyć jego królestwo. Czy ten haniebny czyn rzeczywiście ocalił jego lud? Oni zaufali jego decyzji, choć niektórzy nadal chowali urazę. Przez całe swoje życie starał się im to wynagrodzić. Królestwo rosło w siłę i stawało się coraz bardziej potężne, skarbiec pełniejszy, a bezpieczeństwo zapewniali rycerze Okrągłego Stołu. Im ufał najbardziej i cenił ich opinię. Kimże jest król bez swych wiernych rycerzy, jak nie szlachcicem w złocie na głowie. To w nich wyrażał swą władzę, szerzył pokój i niósł pomoc. Każdy z nich był mu bliższy niż rodzina, choć poprzeczka nie była wysoka. Siostry, które usiłowały niejednokrotnie zabić go i odsunąć od tronu nie mogły być określane jako idealne. Może to właśnie z tej przyczyny tak bardzo przejął się zniknięciem Mordreda.

    Artur nie zamierzał go nawet wysyłać na ten zwiad, ale kolejni ludzie nie wracali, a Mordred był jednym z najlepszych. Nie mógł więc mu odmówić i nie narazić się pozostałym. Król nie może faworyzować swych poddanych, a przynajmniej nie tak jawnie. Posłał więc go na zwiady, ale znikł również on. Mijały dni, a na zamek nie przybyła żadna znajoma twarz. Artur postanowił więc obrać inną taktykę i tym razem ruszył z kilkoma rycerzami za zaginionymi, w tym też Mordredem.

    -Mój królu, chyba coś znaleźliśmy. - Te słowa usłyszał jako ostatnie przed atakiem.

    Poszło im zdecydowanie zbyt łatwo, ale wszystko działo się zbyt szybko, by o tym rozmyślać. Poza tym dla Artura liczył się tylko cel tej "wizyty". Gdy odbili Mordreda z rąk jego siostry, ten zdawał się nie być sobą. Pendragon postanowił jednak nie naciskać na chłopaka. Nie wiadomo, jak bardzo wiedźma namieszała mu w głowie i czym go torturowała. Na szczęście przybyli na czas, bo nie było żadnych głębszych ran, które wymagałyby oględzin medyka. Podróżowali w ciszy, choć głowa Artura nie stroniła od natłoku dialogów. Zastanawiał się, czy zagaić rozmowę, czy to jemu dać jako pierwszemu się odezwać. Co właściwie miałby powiedzieć? Chciał wiedzieć, co się wydarzyło na zamku Morgany, a jednocześnie chciał dać Mordredowi pewną przestrzeń. Nie chciał naciskać i go wystraszyć, stracić zaufanie. W końcu był on najmłodszy spośród zasiadających przy Okrągłym Stole, choć to nie stanowiło problemu, a przynajmniej nie dla króla. Czuł, że jest coś o czym mu nie mówi. Może nie było to na tyle ważne lub zbyt osobiste, ale tajemnice mają to do siebie, że oddalają ludzi. Artur tez miał swój sekret, ale nigdy nie odważył się nikomu go wyjawić. Dlatego rozumiał Mordreda, co nie zmieniało faktu, że dłuższe milczenie powoli go dobijało.

    Gdy tak wbijał wzrok w plecy towarzysza, nie zauważył, że ten także obdarzył go spojrzeniem. Było to niespodziewane w tak długim oczekiwaniu.

    - Myślę, że warto chwilę odpocząć. Chłopcy zatrzymajcie się! - Nie byli nawet w połowie drogi do zamku, ale zamek to nie kobieta. Nie ucieknie, gdy nie będziesz patrzył. Poza tym będzie to dobra okazja, by móc porozmawiać poza murami. To Merlin zwykle nie stosował się do nadwornej etykiety wobec niego, a reszta traktowała go z pewną wyniosłością, co utrudniało przyjacielską wymianę zdań. Tutaj nadal był jego królem, ale przynajmniej byli na neutralnym gruncie.

    -Wody? - spytał Mordreda podając mu odrobinę napoju. - Musisz być naprawdę wykończony, ze prosisz o postój już teraz... Co jest? Wiesz, że możesz mi wszystko powiedzieć, prawda?

    Artur musiał wyglądać na bardzo zmartwionego, ale tak właśnie już miał. Troszczył się o tych, na których mu zależało. Problem polegał na tym, ze zależało mu na całym królestwie, ale nie ważne jak bardzo się by starał, nie zdoła ocalić wszystkich. To jednak nigdy go nie powstrzymało.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Ojczulek numero uno in Camelot zgłasza swą obecność :D Mam nadzieję, że się spodoba i historia potoczy się nam dalej. Dożyjmy spokojnej starości synku ;)]

      OJCZULEK

      Usuń
  55. [Miało być poważnie, a wyszło jak zwykle. Chyba zrobiłam z Yvaina większego czuba niż był... Damn! :(
    Przepraszam, że Ci odpisuję dopiero teraz, ale życie mnie nie lubi.
    Za to obiecuję, że Ci początek napiszę bardzo piękny i epicki. Jak tylko wrócę z urlopu lub znajdę wolną chwilę w trakcie. :)]

    Owen

    OdpowiedzUsuń
  56. [Nie szkodzi, ja się nigdzie nie wybieram, także nie ma pośpiechu. :D
    Myślę, że możemy zacząć od fascynacji bronią. Może nawet na początku by się umówili, że Syanna pouczyłaby go strzelać? :) I choć moja panienka jest bardzo dyskretna w swoich działaniach (władze nie śpią, a Golden Boughs Retirement Community to niezbyt przyjemne lokum :D), dlatego... ktoś zaufany mógłby powiedzieć o niej Mordredowi, wiedząc że ten chętnie skorzysta z jej usług. Coś takiego mogłoby być?
    + Dziękuję za tak miłe słowa pod kartą Kopciuszka. Serce mi rośnie. <3]

    Syanna

    OdpowiedzUsuń
  57. Dziewczyna oderwała gwałtownie głowę od ramienia Mordreda, posyłając mu zszokowane spojrzenie. Przez chwilę zaniemówiła z otwartymi ustami i zmarszczonymi brwiami, teraz to wytrącił ją z równowagi.
    - Jak to żyje? - wydukała odsuwając się od męża.
    Chyba sobie w tym momencie żartował. Wszystko co przez te lata robili miało pójść na marne? Wszystko co przez to przeżyli? Wypuściła głośno powietrze, zaciskając powieki, jeśli mówił całkowicie poważnie, a musiała przyznać, że nie wyglądał jakby miał żartować, to mieli srogo przesrane... choć nie, to Artur miał bardziej przesrane, może i ich wysiłki poszły na marne, ale jeśli nie wiodło mu się tutaj dobrze, to oznaczało jedynie idealną okazję do regularnego niszczenia mu życia.
    Pozwoliła przytulić się z powrotem, jednak nie było to już tak kojące jak minutę temu. Była... wściekła, tak to właściwe słowo, była wściekła, że wszystko co zrobili nie dało efektu, a jej mąż wycierpiał tyle i co z tego mieli? Absolutnie nic. Teraz żałowała, że otruła Merlina, mocno tego żałowała. Mogła otruć Artura, mieliby przynajmniej święty spokój i nigdy nie zostaliby rozdzieleni, a tak... Westchnęła głęboko i zamknęła oczy, przyciskając policzek mocniej do ramienia Mordreda. Może tak miało być, może Bóg tak to wszystko zaplanował, przecież jak inaczej zeszłaby na drogę nawrócenia, jeśli nie straciłaby wszystkiego co ma? Gdyby to wszystko się nie wydarzyło, możliwe że nigdy nie przestałaby być brudną poganką, wciąż modląc się do słońca, zamiast rozwijać się, wzbijać na wyżyny własnej duchowości, tak po prostu musiało być.
    - Tak, zostałam świętą. - odsunęła się, by dumnie spojrzeć w oczy Mordreda. - Nawet mam swój kościół, jestem trochę gwiazdą, choć ludzie myślą, że nie żyję. Szkoda w sumie. - wzruszyła ramionami - Dość długo siedziałam zamknięta w klasztorze, była tam też moja siostra, dlatego przyjęły mnie do siebie i pomogły, później, kiedy zmarła uznałam, że nie mogę dłużej tam zostać, ruszyłam w świat, aby nawrócić takich jak my, aby pokazać im, że nie trzeba urodzić się w chrześcijańskiej rodzinie, by oddać swoje życie Bogu, że można zostać ochrzczonym nawet w ostatnich dniach swojego życia... że Pan jest miłosierny dla wszystkich, którzy jemu się oddadzą. Wreszcie od lat poczułam się trochę szczęśliwa.
    Oczywiście szczęśliwsza byłaby, gdyby wiedziała, że jej mąż nie zginął pod Camlann.
    - Słyszałeś chyba coś o Adwersarzu? - spytała niepewnie, choć kiedy zadała to pytanie na głos, niemal stuknęła się sama w głowę, przecież był w dzielnicy stworzonej specjalnie z okazji jego najazdów. - Nieważne, musiałeś słyszeć, miałam przyjemność, czy też nieprzyjemność stać na jego drodze, więc musiałam uciec do tego świata, nie chciałam zostać w Fabletown, wolałam wrócić na nasze ziemie i zobaczyć co tam się w teraźniejszości dzieje. Gdybym od razu tutaj została... może już dawno byśmy się spotkali...
    Nie do końca rozumiała jak działają te portale i w jaki sposób manewrują czasem, ale jeśli była w świecie doczesnych około dwóch lat, a Morded od roku, to gdyby zdecydowała się przyjąć to co jej proponowali, to najprawdopodobniej spotkali by się dużo wcześniej, a nie dopiero teraz. Może przynajmniej on nie przeżyłby tak długiego czasu bez drugiej połówki, choć i tak to ona przeżyła więcej lat, jakkolwiek zagmatwały to wszystko portale. Im dłużej jednak się nad tym zastanawiała, starając się rozwikłać ich sekret tym bardziej bolała ją głowa, dlatego dała sobie spokój.
    - Nauczyłam się trochę jak żyć w tym świecie, wyuczyłam się zawodu, a potem doszłam do wniosku, że chciałabym spróbować życia tutaj, wśród "swoich", choć nie miałam pojęcia że aż tak swojsko będzie. - uśmiechnęła się na tę myśl, gdyby wiedziała, że spotka tutaj męża, nie wahałaby się ani sekundy. - Teraz jestem radcą prawnym. Z bożej łaski. - rozłożyła ramiona, jakby chciała z dumą zaprezentować swoją najlepszą sukienkę. - Jeśli masz jakieś kłopoty z prawem, to mecenas Charlotte Pendragon służy pomocną dłonią.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chwilę później uświadomiła sobie, że przecież Mordred znał ją tylko jako Cywyllog, więc czym prędzej wyjaśniła mu tę kwestię, mieli tyle do nadrobienia.
      - Och, i w między czasie zmieniłam też imię. To jest bardziej chrześcijańskie i mniej kojarzące się ze świętą Cywyllog, w końcu ktoś mógłby pomyśleć, że próbuję naśladować zmarłą męczenniczkę. - spojrzała na męża przygryzając dolną wargę, niby nie minęło aż tak znów dużo czasu, a jednak tak wiele się w niej zmieniło.
      Mordred znał nieco inną Cywyllog, która zresztą teraz była Charlotte. Nie będzie mu się wydawała nieznajoma? Kiedy czasem sama zastanawiała się nad sobą robiąc wieczorami rachunek sumienia, zdawała sobie sprawę z tego, że dawniej była zupełnie innym człowiekiem, kiedyś dzikusem, a dziś z krwi i kości chrześcijanką, ale przecież Mordred znał ją kiedy była właśnie dzikuską. I taką ją pokochał, pytanie czy pokocha ją jako chrześcijankę.

      Żonka <3

      Usuń
  58. [Dziękuję za powitanie. Twój Mordred jest świetny, tak samo jak karta, o historii nie wspominając, bo to kawał dobrego tekstu. Sama też czekam na reaktywację, bo byłoby szkoda i bloga, i postaci, ale tymczasem możemy myśleć nad czymś tutaj. Ustalając wątek z Morganą, doszłam do wniosku, że Galahad nie tyle nienawidzi zdrajców, co darzy ich pewną niechęcią (która wynika raczej z jego stosunku do samej zdrady niż jakichś osobistych doświadczeń). Nie było go w końcu pod Camlann a jego pobyt w Camelocie opierał się na przybyciu tam i wyjechaniu po Graala. Nie miał więc też szansy poznać Mordreda, a o upadku Artura dowiedział się już w Fabletown. Jeżeli natomiast chodzi o wątek to albo spróbujemy wykombinować coś przez pracę jednego z panów, albo wpakujemy ich w coś po godzinach. Jedyne co przychodzi mi do głowy to jakieś dziwne zjawisko, które zainteresowałoby wiedźmy a więc Mordreda, a jednocześnie jakoś dotknęło kogoś kogo znałby Galahad, przez co ten próbowały pomóc. Widzialabym tu jednak raczej początkowe włażenie sobie w drogę, ale podejrzewam, że można wymyślić coś lepszego, więc jeszcze trochę pokombinuję. Chyba, że Ty masz jakiś pomysł?
    W każdym razie raz jeszcze dziękuję za powitanie i miłe słowa.]

    Galahad Corbenic

    OdpowiedzUsuń
  59. [Podoba mi się ten pomysł, bo przemyślałam to i rzeczywiście mają ze sobą trochę wspólnego. Myślę też, że taka zmiana poglądów (choćby niewielka) będzie ciekawym elementem wątku i można to później fajnie rozwinąć. Jeśli natomiast chodzi o sam wątek, to myślałam trochę o powiązaniu tego z pustelnikiem Nacjensem (który odegrałby tutaj rolę tej osoby, której Galahad zdecydowałby się pomóc) i już tłumaczę o co mi chodzi. Otóż, wedle mojego założenia, Nacjens trafił do Fabletown razem z Galahadem i Pellesem, ale postanowił, że kontynuuje swoje pustelnicze życie i gdzieś się zaszył. I mam taki pomysł, który możemy wykorzystać albo nie, że te wspomniane wcześniej kłopoty są związane z Farmą. Nie chciałabym jednak, by to było coś dużego, raczej niewielkiego, co rozwinie się w bardziej poważny(choć wciąż nie tak poważny, by trzeba było angażować w to większą ilość ludzi) problem dopiero pod wpływem naszych bohaterów, którzy ostatecznie musieliby coś z tym zrobić. Nacjens mógłby być w to zamieszany (słusznie albo i nie), bo zaszył się akurat w okolicach farmy. A że Galahad czułby się zobowiązany mu pomóc, to wmieszałby się w coś, co dla Mordreda mogłoby być jakimś rutynowym, mało interesującym zajęciem, by upewnić się, że pustelnikowi nic nie jest i o nic nie zostanie oskarżony. W kwestii tego, co to mogłoby być (tak wiem, strasznie chaotyczny ten komentarz, ale nie mam tego jeszcze dobrze poukładanego, to raczej zamysł) mogłoby chodzić o jakieś stworzenie, które jest w jakiś sposób niebezpieczne/ nielegalny glamour, który miałby wyjątkowo nieciekawe skutki uboczne. Nacjens natomiast znalazłby się w złym miejscu o złym czasie i miałby pewne kłopoty, a jego niechęć do współpracy z władzami mogłaby dodatkowo powodować problemy. Nie wiem ile ma to sensu, bo trudno powiedzieć żebym miała wyklarowany pomysł, ale mam nadzieję, że da się coś z tego wyciągnąć.]

    Galahad

    OdpowiedzUsuń
  60. [Jak najbardziej pasuje! Tylko powiedz mi, czy przychodząc do sklepu z bronią, wiedziałby już kim jest Syanna, czy może dopiero później by zdobył takie informacje?]

    Syanna

    OdpowiedzUsuń
  61. [Podoba mi się pomysł z jakimś stworem, który uciekł z farmy, i myślę, że możemy w wątku skupić się na pochwyceniu go i naprawieniu szkód, które wyrządził. Co do samego poczatku wątku, bo potem pewnie pójdzie już sprawnie, myślę, że możemy rozwiązać tak, że spotkają się już w drodze, gdzieś w okolicach farmy, gdy Galahad będzie próbował znaleźć Nacjensa (nie do końca wie gdzie pustelnik urządził sobie kryjówkę), a Mordred wykonywać swoją pracę, a potem Galahad zwyczajnie uprze się, że musi pomóc w złapaniu stwora.
    I w zasadzie zastawiam się, co musimy jeszcze omówić, poza tym, czym właściwie ma być ten uciekinier z farmy, bo w sumie postawiłabym na coś, co wydaje się niegroźne (tak by Nacjens nie miał większych oporów, by żyć obok i może nawet próbować pomóc, bo podoba mi się ten pomysł), tylko glamour wpłynąłby na niego nieciekawie. Tylko nie bardzo mam na to pomysł, bo do głowy przychodzi mi tylko jeden z muzykantów z Bremy.]

    Galahad

    OdpowiedzUsuń
  62. [Jak najbardziej mi pasuje, bo rzeczywiście lepiej wziąć coś tak dobrego, że działanie glamour będzie jeszcze podkreślone. Tylko jednorożca mamy już na blogu i nie wiem, czy to nie będzie się nam kłóciło, tylko w sumie nie mam pomysłu co innego w jego miejsce. Albo wykorzystajmy łanię kerynejską?
    I pozostaje jedno pytanie, kto zaczyna? Bo mnie to obojętne, a jeśli działamy dalej z naszym wątkiem na Godsach, to przydałoby się podzielić rozpoczęciami.]

    Janus

    OdpowiedzUsuń
  63. [Witam i przepraszam, że odpisuję dopiero teraz, ale pośpieszyłem się z powrotem na bloga i nie wyszło. :)
    Twój Mordred jest cudowny. Sam kiedyś miałem tutaj Mordreda i przyznaję szczerze, że nie był w połowie tak świetnie wykreowany jak Twój. Dlatego cieszę się bardzo, że trafił akurat do Ciebie. Uwielbiam legendy arturiańskie, więc z wielką chęcią coś bym z Tobą napisał, o ile zaproszenie jest wciąż aktualne. ;)]

    Victor

    OdpowiedzUsuń
  64. Z Nacjensem nie widział się od kilku lat. Gdy trafili do Fabletwon, on, Nacjens i Pelles, dopiero co wyciągnięci z grobu, zupełnie zaskoczeni nową sytuacją, pustelnik postanowił powrócić do dawnego stylu życia i zaszył się gdzieś w okolicach Farmy, będąc jednocześnie blisko i daleko od innych Baśniowców. Galahad nie próbował go szukać — miał świadomość, że jeśli jego stary przyjaciel nie chce zostać odnaleziony i nie życzy sobie, by mu przeszkadzano czymkolwiek się zajmował, to właśnie tak będzie. Rycerz nie narzekał zresztą na brak zajęcia. Musiał przynajmniej spróbować na nowo ułożyć sobie życie w nowym, obcym świecie i znaleźć miejsce dla siebie, nawet jeśli ostatecznie i tak wylądował w jednym mieszkaniu z dziadkiem. Zresztą pomysł wykorzystania dość bliskiego położenia farmy, by bez powodu przeszukiwać jej okolicę, postępując tym samym wbrew życzeniu pustelnika, wydawał mu się kuriozalny. I ten brak powodu sprawił, że niemal zapomniał o Nacjensie i potrzebował dopiero wiadomości o ucieczce z Farmy i zniszczeniach spowodowanych przez jedno z przetrzymywanych tam stworzeń, by chociaż pomyśleć o podobnej wyprawie.
    Tym sposobem i na nieszczęście dla samego pustelnika, który równie dobrze mógł stać się pierwszą ofiarą tego stwora, Galahad poświęcił połowę popołudnia na przedzieranie się przez zarośla i przeczesywanie terenu, czy może raczej poświęciłby, gdyby okolice farmy były choć w niewielkim stopniu podobne do Brytanii za jego czasów. Jeśli miałby je do czegoś porównać to prawdopodobnie byłoby to pole pozostawione odłogiem na zbyt długo i wymagające solidnego, z pewnością pracochłonnego procesu przywracania do użytku. Wciąż było to jednak za mało, by mogło konkurować z leśnymi ostępami — zdecydowanie za mało, bo wokół farmy próżno było szukać gęstego lasu, chyba że ktoś miał na tyle bujną wyobraźnię, by kępę brzóz wziąć za puszczę. Wszystko to sprawiało, że gdyby odjąć element zagrożenia ze strony stora, o którym na dobrą sprawę Galahad wiedział tyle, że istnieje i ma coś wspólnego z nielegalnym glamour, cała wyprawa mogłaby uchodzić za wycieczkę krajobrazową.
    Zatrzymał się na chwilę. Nie sądził, by pustelnik zaszył się bardzo blisko Farmy, gdzie raczej nie znalazłby komfortowego miejsca na prowadzenie życia, w którym tak istotny był spokój i brak zakłóceń. O samej Farmie Galahad słyszał i czytał dużo, ale cały czas odnosił wrażenie, że mógłby przeczytać jeszcze o wiele więcej i nadal nic nie wiedzieć. Nie żeby ten temat specjalnie go interesował — znajdował się na tej samej pozycji, co każde inne wiadomości, które różnymi drogami do niego docierały. Na dobrą sprawę wcale nie próbowałby szukać więcej informacji, gdyby nie cała ta nieszczęsna sytuacja z ucieczką. Liczył, że Nacjens nie zrobił niczego głupiego i pochopnego. Nie chodziło nawet o to, że posadzał starego przyjaciela o brak rozwagi, ale miał świadomość, że jego doświadczenie w podobnych sprawach jest raczej znikome. I jakkolwiek rycerz nie przepadał za przeznaczeniem, o którym zdążył się nasłuchać zdecydowanie zbyt wiele ze zdecydowanie zbyt wielu ust i zdecydowana większość z tego była kompletnymi bredniami, rola Nacjensa w całym zamieszaniu z Graalem nie polegała bynajmniej na uczestniczeniu w samej wyprawie i pokonywaniu kolejnych niebezpieczeństw, także dlatego, że zwyczajnie się do tego nie nadawał. Ruszył dalej, jedząc przygotowaną wcześniej kanapkę, choć pora śniadaniowa minęła już dawno i zaczął się zastanawiać, co powinien dalej zrobić. Mógłby wrócić do Fabletown, przemyśleć wszystko raz jeszcze, spojrzeć na mapę i wybrać się w teren jeszcze raz, ale nie miał zamiaru się poddawać. Do wieczora zostało jeszcze na tyle czasu, by sprawdzić kilka potencjalnych kryjówek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W pewnym momencie usłyszał jakiś szelest, ale zupełnie go zignorował, zainteresowany bardziej śladami, które zostały odbite w mokrej ziemi. Przypominały tropy jelenia, ale dojście do tego zajęło mu zdecydowanie więcej czasu, niż kiedyś, gdy jeszcze zdarzało mu się polować. Na swój sposób dzienne było to, że to kiedyś, teraz tak odległe, działo się dla Galahada ledwie kilka lat wcześniej. Szelest tymczasem nie ustawał i rycerz zerwał się na nogi, zastanawiając kogo spotka — Nacjensa, na co liczył, czy stwora, czego chciał uniknąć. Gdyby ktoś poprosił go o opisanie zdziwienia, gdy na zarośniętej leśnej ścieżce pojawił się ktoś zupełnie inny, nie potrafiłby tego zrobić.
      — Mordred… — zaczął, sam nie wiedząc co chciał powiedzieć i dopiero po chwili dotarło do niego, że obecność wiedźmy z trzynastego piętra w sytuacji związanej z glamour ma sens.
      [Mam nadzieję, że nie jest tragicznie i przepraszam za tak długą zwłokę.]

      Galahad

      Usuń