poniedziałek, 17 lipca 2017

I need a miracle

Cześć!
Przedstawiam Wam kolejną notkę mojego autorstwa i mam nadzieję, że nie będzie zbytniej tragedii (obiecać nie mogę, bo od maja nic nie napisałem). Swoją drogą, chyba za bardzo krzywdzę Burtona, ale nie umiem napisać czegoś z happy endem, musicie mi to wybaczyć. Standardowo pozdrawiam personę, bo ciągle bezczelnie wykorzystuję jej postać w swoich notkach. 
Mały miks piosenek, które towarzyszyły mi w trakcie pisania (polecam którąś wybrać "na ślepo" do czytania): [1], [2], [3], [4], [5]
Tytuł notki pochodzi z piosenki "Don't Let Me Down" The Chainsmorkers, a na GIFie znajduje się Julian Morris. 
Bardzo duże buziaki dla Skip, Fenikseła i kundelka, bo myślenie o nich zmotywowało mnie do ruszenia tyłka i napisania czegoś po tylu miesiącach przerwy. 
No i jak zawsze krótko, bo nie umiem długo, więc proszę nie bić.
Miłej lektury rdzy życzę!

Ciepła woda spływała po nagich ramionach mężczyzny, brnęła w dół pleców, po czym zmierzała w stronę odpływu. Miał wrażenie, że od czasu ostatniego porządnego prysznica minęły wieki. Od dawna marzył o tym, żeby zmyć z siebie brud ostatnich miesięcy, nawet jeśli był on raczej zagnieżdżony w jego psychice, aniżeli na ciele. Potrzebował po prostu chwili dla siebie, momentu na złapanie oddechu, rozejrzenie się dookoła i uporządkowanie wszystkiego tego, co sypało się w zastraszająco szybkim tempie. Nie chciał już bezczynnie przyglądać się, jak wszystko dookoła się zmienia, łącznie z nim samym. Pragnął działać, nawet jeśli nie był w stanie znaleźć żadnej sensownej motywacji.
Ostatnie miesiące były chyba najgorszymi w jego życiu. Wciąż miał przed oczami wizję krawędzi dachu, chodnika pod sobą, panoramę widzianego z góry miasta. Od tamtego czasu wszystko miało być inne, ale nie spodziewał się aż takich zmian. Miał przestać istnieć, na dobre odejść w zapomnienie. W chwili, w której robił krok w przód, zdecydowanie nie planował powrotu do życia i na pewno nie spodziewał się, że będzie on kosztował aż tak dużo. Sam Lucyfer zapomniał wspomnieć o tym, jakie będą konsekwencje przywrócenia duszy do ciała, a może po prostu nie chciał o tym mówić, nie chciał zniechęcać kogoś, kto desperacko chciał wrócić do swojej ukochanej.
Właśnie, ukochana... W tej kwestii też nie było już tak kolorowo jak przed ich ostatnim rozstaniem, trwającą tygodniami rozłąką. Owszem, wyciągnął ją z więzienia, ryzykując przy tym złapanie, zbliżył się do niej w trakcie rozmowy, którą nie tak dawno temu odbyli na jednym z dachów. Kochał ją dokładnie tak samo jak wtedy, może nawet mocniej, ona jego zapewne też, ale nie mógł nie zauważyć tego, że coś między nimi zaczęło się zmieniać. Nie spotykali się już, nie wymieniali spontanicznych SMSów, nie rozmawiali przez telefon. Co prawda nie zakończyli związku, ale też nie zachowywali się jak para, raczej jak dwójka obcych sobie ludzi, którzy kiedyś przypadkowo się spotkali i połączyli z pomocą jakiejś dziwnej, trudnej do zrozumienia więzi emocjonalnej. A nie chciał o niej myśleć w ten sposób. Nie chciał, żeby w jego głowie była po prostu jedną z wielu kobiet. Od zawsze była wyjątkowa, zajmowała specjalne miejsce w sercu Burtona. Miejsce, które już zawsze miało należeć do niej, mimo że teraz nie było tego po nim widać. Ani po niej. Miał problem z przekuwaniem myśli na mowę, dlatego wolał jej o tym napisać. Wiele razy siadał przy biurku z pustą kartką papieru i zaczynał układać w myślach list z przeprosinami za dziwne zachowanie i z wyjaśnieniami, ale trzęsące się dłonie sprawiały, że litery przypominały narysowane przez trzylatka szlaczki. Wysłanie SMSa nie wchodziło w grę. Wolał, żeby dostała coś, co będzie mogła wziąć w dłonie, podrzeć, jeśli jej się nie spodoba, wrzucić na dno szuflady, spalić, albo po prostu zachować przy sobie. Coś namacalnego. 
Z rozmyślań wyrwało go uczucie chłodu. Cholera, nawet nie zauważył, kiedy ciepła woda się skończyła i zamieniła w lodowatą. 
— Kurwa. — zaklął pod nosem, po czym pospiesznie wyłączył kran. Zdecydowanie nie miał ochoty marznąć, a przynajmniej nie teraz.
Wygramolił się spod prysznica, chwycił pierwszy lepszy ręcznik i owinął się nim w pasie, całkowicie ignorując fakt, że prawdopodobnie powinien się najpierw osuszyć, jeśli nie chce zmoczył podłogi w całym mieszkaniu. Ale z drugiej strony czy byłoby to aż takim problemem? Przynajmniej miałby coś, co na jakiś czas zajęłoby jego myśli.
Przeszedł przez ciemny salon. Starał się unikać włączania świateł lub odsłaniania zasłon i wpuszczania do środka odrobiny słońca. Jakiś czas temu przyplątał się do niego straszny światłowstręt i za każdym razem, kiedy robiło się jasno, miał wrażenie, że skończy wydłubując sobie oczy. Był to jeden ze skutków przywrócenia duszy, o których nie wspomniał Lucyfer, jednak nie był on tym najgorszym. Jeszcze bardziej męczyły go krótkotrwałe zaniki pamięci. Stąd też prawie każda możliwa przestrzeń pokryta była różnokolorowymi karteczkami samoprzylepnymi, mającymi mu przypominać o zrobieniu tego i tamtego. Nie było ich jedynie na jednym czarnym zeszycie, dość niewielkim. To w nim na wszelki wypadek zapisywał najważniejsze wydarzenia poprzednich dni, żeby w każdej chwili móc jakoś załatać luki. 
Podniósł leżący obok kajetu telefon. Ekran był przyciemniony najbardziej jak się dało, lecz mimo to wciąż odrobinę raził. Nie o to jednak chodziło. Chciał sprawdzić ilość wiadomości i nieodebranych połączeń. Stan obu wynosił jedno wielkie zero. Nie odzywała się już od paru dni, ale nie mógł jej za to winić, bo w końcu sam robił dokładnie to samo.  
Wybrał numer poczty głosowej i wcisnął zieloną słuchawkę.
— Nie masz żadnych nowych wiadomości. — poinformował go beznamiętny głos mechanicznej sekretarki. 
Po rozłączeniu jeszcze przez chwilę wpatrywał się w mały ekran, po czym przycisnął telefon do wilgotnej piersi i powolnym krokiem ruszył w stronę sypialni. Nawet nie łudził się, że którekolwiek miejsce w tym cholernym mieszkaniu będzie wolne od wspomnień, dawniej przyjemnych, a teraz nieco boleśnie kłujących za każdym razem, kiedy pojawią się w jego głowie. Zapewne nawet gdyby się przeprowadził, to i tak by od nich nie uciekł. Całe to przeklęte miasto było nimi przepełnione.
Chciał się po prostu położyć, odetchnąć.
Biała pościel pachniała świeżością. Nie było na niej ani śladu JEJ zapachu, a Terrence nie był w stanie sobie przypomnieć ostatniego razu, kiedy był w stanie wyczuć ją na materiale. Nie przychodziła tu od dawna, nie było nawet żadnych jej rzeczy, wszystkie stopniowo zabierała: ubrania, książki, kosmetyki. A on jej nie zatrzymywał, bo myślał, że po prostu ich potrzebuje. Z resztą, sam zgarnął od niej wszystko co jego. Zostawił tylko jedną koszulkę na sofie w salonie, na wypadek gdyby mogła się przydać, a przynajmniej tak to sobie tłumaczył: że jeszcze kiedyś przekroczy próg jej mieszkania, spędzi u niej noc lub chociażby kilka godzin. Ta chwila jednak nie nadeszła i nie zanosiło się na to, że szybko nadejdzie. Oddalili się od siebie na tyle, że nie miał nawet wystarczająco dużo odwagi, żeby niespodziewanie pojawić się pod jej drzwiami, wprosić się do środka, jeśli będzie trzeba. Kiedyś, kiedy jeszcze wzajemnie nie odstępowali się na krok, zapewne by tak zrobił, ale teraz nie chciał się zetknąć z odrzuceniem, które sam jej też fundował. Hipokryta.
Ułożył się wygodniej na poduszce, po czym uniósł telefon na wysokość oczu, modląc się o to, żeby urządzenie nie wypadło z drżących dłoni i nie roztrzaskało mu nosa, po czym wybrał z kontaktów jej imię i nacisnął "wyślij wiadomość". Jeszcze przez krótką chwilę się wahał, lecz ostatecznie powoli wystukał te dwa słowa, których od dawna ani nie wypowiedział, ani nie napisał. 
"Kocham Cię", brzmiała wiadomość. Jak zahipnotyzowany wpatrywał się w litery, zastanawiając się, czy to w ogóle coś między nimi zmieni, skoro wzajemnie się unikali. Nerwy sprawiły, że jego serce momentalnie przyspieszyło. Biło tak szybko, jakby chciało wyskoczyć z piersi i od niego uciec, zaszyć się w ciemnym kącie.
Odłożył telefon. Nie wysyłał wiadomości, ale też jej nie usunął. Obiecał sobie, że zrobi to następnego dnia. O ile nie zapomni.

4 komentarze:

  1. [Powtórzę się, ale uwielbiam Cię czytać. Nawet nie dałeś się wykazać mojemu wewnętrznemu grammar nazi. Na ślepo wybrałam trójeczkę, a tam The XX, kolejna rzecz, która skradła moje serce. A było ich więcej.
    Krótko, ale tak bardzo treściwie i przejmująco, że aż łezka zakręciła się w oku, na myśl co biedny Terrence przeżywa. Szkoda chłopaka, ale wierzę że w końcu się wszystko ułoży.
    Pisz więcej i wróć już na dobre, kotek ♥]

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak zawsze za krótka, ale nie będę marudzić, bo notka jest naprawdę cudowna. Smutna i urocza za razem, pięknie napisana. Masz talent i tyle, co tu dużo mówić :D
    Trzymam kciuki za Terry'ego i Amarkę, bo kurcze, jak Huck i Lucy po tylu setkach lat i tylu dramach zeszli się, to oni tym bardziej muszą! Czekamy na ślub, miśki :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ah, i dziękuję za pozdrowienia! Cieszę się, że się do czegoś przydałam x)

      Usuń
  3. Jak zawsze krótko...ale treściwie. Smutna ale równocześnie na swój sposób urocza. Bardzo szybko i przyjemnie się czytało. No i cóż...cieszę się za wspomnienie o moim Lucjanie :D
    Mam nadzieję że wszystko pomiędzy Terencem i Amarą się ułoży. No i oczywiście że się hajtną! Oczywiście w wierze Lucjanistycznej. Sam Lucyfer udzieli ślubu i zorganizuje wódkę na imprezę!
    Poza tym ty gałganie, zmień sobie w karcie żeś jest księdzem w kościele Lucjanistycznym! Uprzedzając twoje pytanie "Tak możesz mieć żonę, jeśli chcesz to nawet i harem". Dziękuję za uwagę!

    OdpowiedzUsuń

Szablon wykonany przez drama queen. Obsługiwane przez usługę Blogger.