niedziela, 4 czerwca 2017

Wszystko ma jakiś morał, pod warunkiem, że umiesz go znaleźć

Verity Elizabeth Coeur


Królowa Kier - dyrektor w szpitalu im. V. Frankensteina - hoduje róże - była żona Króla Kier - niegdyś wielbicielka krwawych egzekucji - brak kontaktu z rodziną -  kochanek - w dokumentach 30 lat - prawdziwy wiek nieznany
Kiedyś
Nikt nigdy tak naprawdę nie chciał jej poznać. Nikt nigdy tak naprawdę nie chciał usłyszeć jej zdania. Nie chciała zostać królową. Nie chciała brać na swoje barki takiej odpowiedzialności. Nie chciała również wychodzić za mąż za tamtego człowieka. Ale została wybrana. Takie są zasady, Verity. A jeśli je złamiesz, zaczną się spełniać twoje najgorsze koszmary. Więc się im poddała i przyjęła ciężar korony. Nie wiedziała jednak, że czasami przestrzeganie zasad niesie ze sobą znacznie bardziej bolesne konsekwencje niż ich złamanie. Nie wiedziała… bo skąd? Takie są zasady, Verity. Z zasadami się nie dyskutuje.
Mówili o niej: Królowa Kier. A ona? A ona z dumą prezentowała kolekcję wyrwanych serc. Pamiętaj, Verity, ludzie muszą się ciebie bać. Tylko tak będziesz miała pewność, że są ci posłuszni. Z uniesioną głową przemierzała swą krainę. Z radością oczekiwała na kolejne egzekucje. Dla każdego była równie okrutna - tak, jakby cudzy ból mógł złagodzić jej własny. Ściąć im głowy… dokładnie tak, Verity.
I zapomniała o dawnym życiu. Zapomniała o beztroskich porankach. Zapomniała o malutkim domku ze skromnym ogródkiem. Zapomniała o swojej rodzinie. Zapomniała o swoim ukochanym. Zapomniała... Tak będzie łatwiej, Verity. I jedynie wciąż obecny ból w miejscu, w którym powinna mieć serce wskazywał na to, że czegoś jej brakuje. Jednak już nie wiedziała czego. To nie jest ważne, Verity. Ważny jest tron i twoja władza. Tak mówią zasady. O niczym innym nie musisz pamiętać.
Teraz
Nie do końca wiadomo, co ją sprowadziło do Fabletown - sama również nie chce o tym mówić. Jednak odkąd się pojawiła, wszędzie jest jej pełno, a w jej działaniach wyraźnie widać serce pełne miłości i otwartości na innych. Objęła stanowisko dyrektora szpitala im. V. Frankensteina i rozpoczęła działalność charytatywną. Zawsze elegancko ubrana, z perfekcyjną fryzurą i makijażem. Uśmiechnięta i mająca dla każdego czas. Na pewno?
Niektórzy twierdzą, że widywali na jej twarzy przygnębienie i rezygnację. Inni, że tak naprawdę w jej oczach można zobaczyć jedynie pustkę. Jednak bez wątpienia można wyczuć, że w jej uśmiechu jest coś nie tak. Może to przemęczenie?
Pasja, z jaką podchodzi do swoich obowiązków zawodowych pozwala wysnuć wniosek, że kocha swoją pracę. Pojawia się wszędzie, gdzie jest potrzebna pomoc, jednak tylko w szpitalu pozostała na dłużej. Zawsze pełna energii, z ochotą podejmująca się kolejnych projektów. Jakby chciała skupić się na wszystkim i wszystkich, tylko nie na sobie.
Kiedy już wypełni wszystkie obowiązki i dokończy projekty, które aktualnie ma na głowie, można ją spotkać przechadzającą się powoli po dzielnicy. Rozgląda się wtedy uważnie i przystaje co chwilę. Czegoś szuka? A może KOGOŚ?

odautorsko

63 komentarze:

  1. [ Whoa. Ciekawa postać. Podoba mi się to podejście do Królowej Kier. Ja chyba mam słabość do złoczyńców, którzy wcale nie chcieli być źli :>
    Och jaka ona smutna i urocza za razem, a kolekcja wyrwanych serc tylko przydaje jej uroku <3 Wizerunek też bardzo pasuje. Natalie jako królowa zawsze dobra ;)
    W każdym razie witam cieplutko i życzę masy ciekawych wątków oraz powiązań! Niekończącej się weny i takich tam.
    Oczywiście zapraszam też do siebie, bo czemu niby nie. Dwoje nie tak złych złoczyńców... Może wyjść coś ciekawego :D ]

    Huckelberry Jones

    OdpowiedzUsuń
  2. [Hejo hej! Witam w naszych skromnych, no może nie takich skromnych, progach. :)
    Bardzo podoba mi się Królowa, która Ci wyszła. Alicja w Krainie Czarów jakoś zawsze za mną w dzieciństwie chodziła i muszę ci powiedzieć, że chyba nigdy nie przyszłoby mi do głowy żeby tak przedstawić złą królową. Dlatego wielkie brawa, tym bardziej że jestem zauroczona postacią Verity. :D Uwielbiam złoczyńców, którzy właściwie nie mieli innego wyboru jak tylko nimi zostać. No i Natalie jak zwykle cudowna.
    Także, nie zostaje mi nic innego jak życzyć ciekawych wątków, dużo weny i dobrej zabawy. Jak zwykle zapraszam do siebie, nawet jeśli ostatnio nie mam czasu i jestem straszliwie do tyłu z odpisami. Myślę jednak, że mogłoby nam między tymi paniami wyjść coś ciekawego. ;)]

    Valerie

    OdpowiedzUsuń
  3. [Witaj na blogu!
    Od razu przeproszę za zasłonięcie tak cudownej karty notką xD Bo jest cudowna i to bez dwóch zdań! Idealnie groźny wizerunek do tak groźnej postaci ;) Nawet imię i nazwisko przypadło mi do gustu <3
    Baw się z nami dobrze i zostań jak najdłużej!]

    Administracja & Lucy

    OdpowiedzUsuń
  4. [Witam serdecznie na blogu!
    Piękny wizerunek dla tej postaci, naprawdę podoba mi się :D Ma w sobie "to coś" ;)
    Weny, czasu wątków wielu oraz możliwie najdłuższego pobytu w Fabletown!]

    Lucyfer
    Willard
    Ivan

    OdpowiedzUsuń
  5. [Witamy! Uwielbiam Alicję więc widząc Królową bardzo się ucieszyłam! Świetny wybór wizerunku, który pasuje idealnie :D Życzę powodzenia z postacią i w razie chęci zapraszam do siebie. Może uda nam się coś wspólnymi siłami wymyślić :)]

    Amara

    OdpowiedzUsuń
  6. [Bardzo chętnie przyjełybyśmy wreszcie kogoś na terapię! Jeszcze nie miałyśmy szansy popisać z kimś na tych zajęciach. Pytanie tylko jak by to wyglądało? Verity by ładnie wykonywała polecenia Valerie czy też nie za bardzo podobałaby się jej sposoby mojej pani? A może wyjątkowo dobrze by się dogadały i Verity by się troszkę otworzyła przed swoją nową terapeutką? :)]

    Valerie

    OdpowiedzUsuń
  7. [Aaa, ten wizerunek! <3
    Mam urlop, ale nie potrafiłam przejść obojętnie obok tej postaci. Poza niesztampowym imieniem i nazwiskiem, idealnym wizerunkiem i piękną kreacją... no kurde, przepadłam!
    Myślę, że mają coś wspólnego z Shadowem - tzn, krwawą przeszłość... pomijając oczywiście fakt, że on wcale nie zboczył na ścieżkę dobra. Jak czart jednak, posiada szeroki wachlarz umiejętności czytania z ludzi; pewnie więc dostrzegałby puste spojrzenie, czy maskę Verity... ach, ja tu bajdurzę, a nawet nie wiem, czy miałabyś ochotę na wątek.
    Baw się dobrze, weny, weny i wątków, a w razie czego wiesz gdzie czekamyy :D]

    Shadow Mortem

    OdpowiedzUsuń
  8. [No cześć, no cześć, jak zwykle odpowiednio w czas trafiam, ale... Co tam, grunt, że nie przegapiłam (i nie zapomniałam!). Ja już Ci mówiłam, że ona jest supersupersuper, i sądzę, że dogadałaby się z Elphie – co Ty na to? C:]

    Elphaba Harding

    OdpowiedzUsuń
  9. [No to zapraszam do pobliskiej księgarni na naszą terapię i wątek! Myślimy coś dalej, czy piszemy i zobaczymy jak to wyjdzie w praniu? :D]

    Valerie

    OdpowiedzUsuń
  10. [ Spotkanie w barze przy szklaneczce zawsze dobre, ale boję się, że potem mogłoby nam zabraknąć pomysłu by to ciągnąć dalej. Ja to bym im wymyśliła jeszcze jakąś znajomość z przeszłości, co by tu w Fabletown było ciekawiej.
    Hak miał magiczny statek, więc podróżowanie miedzy krainami to pestka. Mógł więc trafić i do Krainy Czarów. Wtedy można pomyśleć w stronę, że trochę się tam pokręcił, porabował, to królowa usłyszała i kazała go złapać. Haka przyprowadzono siłą przed nią i wtedy… No cóż. Może zawarli jakąś umowę, która uratowała go od skrócenia o głowę? Może nasłała go na Alicję? Albo stwierdziła, że taki pirat-zabaweczka pod ręką to by było coś ciekawego? Z drugiej strony Jones to straszny kobieciarz, więc mógł się Verity podlizywać na wiele sposobów. Tylko pytanie w którą stronę chcemy, żeby to szło.
    Wtedy spotkanie w teraźniejszości, nawet w barze, nabrało by kolorków XD No i można by ich wplątać w jakąś dziwaczną sytuację, bo czemu by nie. Co myślisz? ]

    Hakuś

    OdpowiedzUsuń
  11. [ Z opóźnieniem, ale witam na blogu tak znamienitą postać :)
    Sesja mnie nie oszczędza, więc będę niestety czasem znikał. Jednak zapraszam do wątku, moze coś razem wymyślimy :) ]

    Alexander Heller

    OdpowiedzUsuń
  12. [ Kompan od knucia i bycia złym się przyda <3 Bo za dużo ciągnie obecnie Haka do "dobra", a to przecież takie nudne XD
    No i Jones za bardzo lubi swoje życie żeby bez kombinowania i namawiania dać się ściąć. Zlecenie na buntownika/ów jak najbardziej mi pasuje. Już widzę jak z nonszalanckim uśmiechem przyniósł Verity serca zdrajców xD <3
    No i wspólne knucie w fabletown musi być! Wplączemy ich w jakąś grubszą aferę, której będą prowodyrami xD Verity&Huck mini mafia Fabletown XDDDDD <3 Mogliby dawne zemsty dokonywać, albo długi odbierać. No i oczywiście pomyśleli by o tym dopiero po spotkaniu, bo mieliby wreszcie kogoś, kto usprawiedliwiałby ich złe działanie XD A wszystko pod przykrywką dobroczynności królowej ;) ]

    pirat bez ręki

    OdpowiedzUsuń
  13. [ Och tak. Ta współpraca będzie ciekawa.
    Rozumiem, że wątek zaczynamy od wydarzeń w teraźniejszości? :)
    W sumie chyba możemy pójść na żywioł. Skoro wszystko mamy z grubsza ustalone... Resztę się będzie obmyślać w trakcie wątku XD W takim wypadku zostaje tylko pytanie kto zacznie. Podejmiesz się, czy raczej nie? XD ]

    Kapitan Hak

    OdpowiedzUsuń
  14. [ Dobra myśl :) A może coś takiego... Możemy zacząć od tego, ze spotali się w przeszłości kiedy jeszcze Królowa była bardziej krwawa i zleciałaby wtedy Lexowi jakieś zadanie, które oczywiście z większą czy mniejszą chęcią by wykonał. A potem spotkaliby się ponownie w Fabletown i Lex byłby trochę zdziwiony tą nagłą zmianą, ale również podjąłby się zlecenia od niej. Co powiesz? ]

    Alexander

    OdpowiedzUsuń
  15. Dzisiejszy dzień wydawał się wyjątkowo spokojny. Od samego rana nie dało się we znaki nic co miałoby oznaczać, że jeszcze niedługo Valerie będzie musiała upierać się z kolejnym nieciekawym elementem swojego życia. Gorące promienie słońca wpadały przed drobne okna do zakurzonej księgarni, przebijając się przez unoszący się w powietrzu siwy pył. Czarnowłosa otworzyła okno zaraz obok siebie, przewracając metalową, starą klamkę w lewą stronę i powoli rozglądając się po okolicy. Nie było słychać codziennych tłumów i klaksonów odbijających się od grubych ścian budynków. Dzisiaj Fabletown wydawało się odpoczywać. Zauważyła parę metrów przed sobą bawiące się obok fontanny dzieci, światło w wodzie rozszczepiało się niczym przez trójkątny pryzmat, raz po raz migając jej w oku tysiącami kolorów.
    Poprawiła się na dużym, zielonym fotelu i rozejrzała dookoła, jeszcze raz upewniając się że ma przy sobie wszystko czego potrzebowała do przeprowadzenia terapii. Leżące na ciemnym, drewnianym stoliczku kartki papieru i ołówki dawały do zrozumienia, że nie będzie to tylko kolejne, prawie nic nieznaczące spotkanie. Terapie Valerie nie polegały jedynie na szczerych rozmowach i kiwaniu głową. Chociaż niektórym jej metody mogły wydawać się bezużyteczne, doskonale wiedziała co robi.
    Od najmłodszych lat rysunek był częścią jej życia. Wszelkie skóry, które wynajdowała w stodole ojca, zwoje które daleka rodzina przywoziła z bardziej rozwiniętych części Ukrainy - wszystko to służyło jej jako kartki papieru. Węgiel był dla niej niczym ołówek, lub atrament który dostawała w prezencie od dzieci którym co wieczór opowiadała wymyślane przez siebie bajki. Kamienie przy jej ulubionym stawie całe pokryte były jej rękopisem wykonanym kredą lub farbami, które wreszcie sama nauczyła się tworzyć. Pamiętała jak pewnego dnia Luba poprosił ją aby narysowała też go. Uśmiechał się do niej spłoszony, za każdym razem kiedy ona próbowała wychwycić jego dokładne rysy twarzy. Dała mu ten rysunek. Chociaż nikomu nie pokazywała swoich dzieł, trzymała je schowane na dnie ciemnego, drewnianego kufra – on znaczył dla niej coś więcej, niż cała reszta wioski która każdego dnia wytykała ją palcami, krzyczała w jej stronę obelgi. Miała nadzieję, że go zatrzymał. Nawet po tym wszystkim co jej zrobił.
    W jednej chwili usłyszała dźwięk małego, złocistego dzwoneczka przyczepionego do drzwi. Wstała z fotela ukrytego pomiędzy półkami starych ksiąg i wciąż nie wychodząc poza okolice swojego bezpiecznego kąta wychyliła delikatnie głowę, sprawdzając kto właśnie zjawił się w księgarni.
    Szybko zauważyła wysoką kobietę o lśniących, jasnych włosach, które wodospadem przykrywały jej plecy. Dokładnie przyjrzała się twarzy nieznajomej. Rysy, chociaż ostre i najbardziej charakterystyczne, dodawały jej tylko wdzięku i urody. Zimnymi oczami rozglądała się niepewnie dookoła, spoglądała na wszystkie półki po kolei, jakby bała się, że może źle trafiła. Jej elegancki strój kompletnie nie miał się do starej, zakurzonej księgarni, gdzie jak mogłoby się wydawać, nikt nie wchodził od paru dobrych lat.
    Valerie westchnęła przewracając wzrok z własnych nóg na stojącą nieopodal kobietę. W porównaniu z nieznajomą nie wyglądała najlepiej. Stare trampki, które wpadły już w niejedną kałuże, dziurawe dżinsy spod których widać było czarne rajstopy w białe kropki i zdecydowanie za duży sweter. Nie spodziewała się, że ktoś taki jak ta kobieta może przyjść do niej. Nie miała zbyt wielu pacjentów. Wszyscy bywali raczej mieszkańcami o wyjątkowo niskich środkach, szukający pomocy gdziekolwiek, gdzie ktoś chociaż trochę mógłby ich wesprzeć. Ewentualnie jasnowłosa mogła się tu pojawić po którąś z tych starych ksiąg. Valerie sama nie wiedziała już co myśleć.
    Wreszcie wyszła zza osłony i uśmiechnęła się w stronę nieznajomej.
    - W czym mogę pomóc?

    Valerie

    OdpowiedzUsuń
  16. Uśmiechnęła się w stronę kobiety, słysząc jej słowa. Nie spodziewała się tutaj kogoś takiego. Tym bardziej u siebie — dziennikarki znanej z kompletnej bezczelności i niegrzecznej ciekawości. Nie przychodzili do niej ludzie jej pokroju. Tacy jak ona trafiali wreszcie pod ramię wiedź, które jednym pstryknięciem palca potrafiły rozwiać wszystkie ich zmartwienia oraz smutki. Do niej przybywali tacy, których czasem nie stać było nawet na podrabiane glamour — nieprzemienieni, uciekający przed losem na farmie. Całkowicie przerażeni nowym życiem, miejscem do którego trafili. Fabletown potrafiło być na początku przerażające dla każdego. Dla niej dalej było.
    Dokładnie pamiętała pierwsze spędzone tutaj dni. Najpierw czuła jedynie szok, przerażenie wypełniające wszystkie jej kończyny, obezwładniające ciało. W jednej chwili moc portalu ją odmieniła. Z dzikiego demona, kroczącego między złotymi polami, pożywiającego się duszami zadźganych kosą istot, znów stała się dawną Valerie, tą samą bezbronną i zaślepioną miłością. Jedynie pozostawione na jej ciele blizny z tamtej nocy przypominały jej kim jest naprawdę, czym stała się po własnej, brutalnej śmierci. Gdyby nie one mogłaby już nie pamiętać o swojej przeszłości. Tych wszystkich życiach, które odebrała.
    — Valerie — odpowiedziała szybko, słysząc jak kobieta jej się przedstawia. — Valerie Rabinow. I tak, owszem, to ja prowadzę owe terapię.
    Widziała w oczach Verity pewien błysk niepewności, jakby zaraz miała się odwrócić i wyjść bez słowa, zostawiając Valerie w jednym i tym samym miejscu. Z jednej strony jej się nie dziwiła. Ci mieszkający w Woodlands czy po prostu lepiej zarabiający, nie mieli pojęcia jak wygląda życie poza terenami ustatkowanego oraz eleganckiego Fabletown. To tutaj każdego dnia liczni skrywali się pomiędzy czterema ścianami swojego mieszkania, czekając aż żywiciel rodziny wróci z kilkoma groszami na chleb, inni dla kilku zielonych papierów mordowani byli w ciemnych, wąskich uliczkach, próbowali bez skutku odebrać sobie życie, lecz natura baśniowca im na to nie pozwalała. Te tereny były kanalią. Kolebką tych złych i najgorszych, przepaścią gdzie gnili wszyscy ci, którzy nawet za życia we własnej krainie nie mogli pozwolić sobie na coś lepszego. Większość z Woodlands nie zdawała sobie jednak sprawy z tego jak źle żyje się innym, im podobnym baśniowcom. Król Cole wraz ze Śnieżką na czele, wciąż szerzyli słowa propagandy, w której głosili iż życie w Fabletown jest życiem dobrym, może nawet lepszym niż dawniej, przed wielkim atakiem Adwersarza.
    Valerie cofnęła się wreszcie parę kroków w tył i wskazując ręką na ciemny kąt między książkowymi półkami, zaprosiła swoją nową pacjentkę aby podążała za nią. Kobieta niepewnie ruszyła w ślady Południcy, wciąż rozglądając się dookoła.
    — Zapraszam — uśmiechała się do niej serdecznie, jakby chciała jej przekazać, że ma przestać się czymkolwiek martwić. Valerie była tu aby jej pomóc i taki właśnie miała zamiar.
    Usiadła na swoim ulubionym, szarym fotelu i ułożyła się na nim wygodnie. Verity niepewnie usadowiła się na fotelu zaraz obok, prostując plecy w przeciwieństwie do swojej terapeutki. Valerie nie potrafiła zachowywać się elegancko. Chociaż czasem sytuacja od niej tego wymagała, przychodziło jej to z trudem. Bale na cześć powstania Fabletown, nocne wyjścia do Bella Notte. Swoich terapii nie zaliczała do jednych z tych sytuacji. Traktowała je jak coś normalnego, luźną formę przyjacielskiej pogawędki. Chciała aby jej klienci czuli się swobodnie, bez żadnego niepotrzebnego napięcia rosnącego na dnie serca. Mieli być z nią całkowicie szczerzy, dopiero wtedy naprawdę mogła im pomóc. Ale najpierw musiała zdobyć ich zaufanie, uświadomić im że nie ma żadnych złych zamiarów.
    — A więc… Verity — zwróciła się w stronę siedzącej zaraz obok kobiety. — Co cię tutaj sprowadza?

    Valerie

    OdpowiedzUsuń
  17. [Jestem za, bardzo lubię ciekawe wątki. Nie wiem, co Shadow mógłby robić w szpitalu, ale mógłby nagle tak dla zabawy zmaterializować się tuż za nią, gdy robiłaby coś przy biurku i tak nagle, zupełnie bez sensu rzucić jakąś inteligentną, zupełnie niepodobną do czarta iluzją, sugerującą, że on widzi, że udaje. Mógłby być na tyle upierdliwy, że zrobiłby się z niego wrzód na dupie, który co jakiś czas pojawiałby się tylko po to, by utwierdzić ją w poczuciu zagrożenia, budując tym samym swego rodzaju podłoże do dalszej zabawy? :D]

    Shadow

    OdpowiedzUsuń
  18. Nie była profesjonalnym psychiatrą. Nie miała w tym żadnego doświadczenia, a przynajmniej nie takie jak większość by oczekiwała. Pierwsze miesiące w Fabletown nie były jednak łatwe. Na każdym rogu spadało na nią oczekiwanie pieniędzy. Jak wszędzie indziej, tutaj nie było nic za darmo. Zanim zdobyła pracę w gazecie, zaczęła prowadzić spotkania z obcymi sobie ludźmi. Terapie, tak podobno nazywało się to w nowym świecie. Valerie bez żadnych przeszkód przyjęła tę nazwę i przy każdym kolejnym spotkaniu, próbowała jak najlepiej pomóc swoim klientom. Skąd właściwie przyszedł jej do głowy tak niedorzeczny pomysł?
    Kiedy znów przypomniała sobie jego ciepły głos, duże oczy spoglądające na jej twarz z góry. Zawsze powtarzał jej, że potrafiła idealnie mu poradzić, że umiała znaleźć wyjście z każdej sytuacji. Nie sądziła, że mówi prawdę. Przez pewien czas reagowała na jego komentarze machnięciem ręki, lecz w końcu dała się temu przekonać. Może nawet jeśli inni nie widzieli w niej nic dobrego, potrafiła rzeczywiście zrobić coś raz dobrze i bezbłędnie.
    — Kompletnie nie masz się co martwić — odpowiedziała, widząc w oczach klientki iskierki podejrzliwości. — Przepraszam, ale przeważnie przechodzę z klientami na ty.
    Chociaż może nie powinna, w pewnym stopniu się tego domyślała. Powodu wizyty jej nowej pacjentki. Tak często chodziło o to jedno, tak trudne dla zwykłych istot uczucie. Kiedy ktoś by ją spytał, co jest gorsze: miłość czy śmierć, odpowiedziałaby że miłość. Jakkolwiek dziwnie mogła brzmieć jej odpowiedź, przeżyła obydwa. Miłość tak bardzo zawiłą, że sama nieraz się w niej gubiła i śmierć — bolesną, lecz krótką. Na początku nie mogła tego znieść. Bólu w udach, jak czuła że metal przebija się przez bladą skórę, ociera o kruche kości. Sznur przywiązany do smukłej szyi był niczym jej własna kostucha, ta która jako jedyna może nasłać na nią karę śmierci. Jednak reszta nie była tak trudna jak myślała. Jeszcze chwilę czuła jak szorstki materiał wbija się w jej skórę, jak uniemożliwia jej oddychanie. Krew spływała po połamanej szczęce. Chociaż chciała krzyczeć, nie mogła. Potem był już tylko odpoczynek. Powolne zamknięcie oczu i chwilowa ciemność, aby potem znów otworzyć ślepia na złocistej polanie przepełnionej pracującymi wokół rolnikami.
    Nie znała jej historii. Jeszcze nie. Wiedziała jednak, że musi spytać o więcej szczegółów jeśli kobieta rzeczywiście chciała otrzymać od niej jakąkolwiek pomoc. Widziała jak Verity ściska mocno swoją czarną sukienkę, jak odwraca wzrok kiedy o nim mówi. Valerie próbowała jednak dokładnie przyjrzeć się jej twarzy. Wyczytać z ruchu warg to co myśli, co czuje. Wyglądała na zaniepokojoną, ale również zmieszaną, smutną. Jakby sama do końca nie wiedziała co myśleć o całej tej sytuacji, związku z owym mężczyzną. Valerie była jednak całkowicie przekonana, że nie było to coś prostego. Że kobieta odbiera to niczym kolec róży wbity w serce, powoli pozwalający by z jej ciała uszło wystarczająco dużo krwi. Ale czy zdawała sobie sprawę z tego, że kiedy w końcu się go pozbędzie, nie będzie czym już zatamować rany?
    — Prosiłabym o więcej szczegółów — ponownie zwróciła się do siedzącej zaraz obok kobiety. — Mogę zadawać konkretne pytania, tak żeby było nam prościej.
    Ostrożnym wzrokiem wpatrywała się w zimną twarz klientki, wciąż próbując jej pokazać, że nie ma się czego obawiać.
    — Jaka dokładnie łączyła cię relacja z owym mężczyzną?

    Valerie

    OdpowiedzUsuń
  19. Trip Trap było mu drugim domem w tej nieprzyjaznej, betonowej dżungli. Minęło aż dziesięć lat, odkąd wylądował w Fabletown, a jednak wciąż nie potrafił przystosować się do świata Doczesnych. Magia jako temat tabu, znajomi i bliscy jako postacie wyciągnięte z bajek. To wszystko doprowadzało go do szału i momentami Huckelberry zaczynał się zastanawiać, czy nie jest tylko wariatem, który wszystko sobie ubzdurał. W takich chwilach było mu najciężej, bo nie wiedział, czy może ufać samemu sobie i wszystkim tym wspomnieniom. Najgorsze jednak było to, że czasami chciał, żeby to wszystko było tylko głupią bajeczką, a on zwykłym człowiekiem. Bez nimf i diabłów morskich, bez przelewania krwi niewinnych na słonych morzach, bez magii i potworów, do których grona w pewnym sensie się zaliczał.
    Te wszystkie godziny spędzane za pianinem w barze bardzo mu pomagały. To było coś prawdziwego, realnego, pewnego. Natomiast jego muzyczne zdolności były niejako dowodem na to, że jego wspomnienia są prawdziwe. W końcu bardzo wyraźnie pamiętał, jak brat uczył go wydobywania muzyki z instrumentów. Jeśli Jones czegoś był pewien, to swoich uczuć, a wobec brata miał ich wiele i sprzecznych. Stąd prosty wniosek, że wszystko to, było prawdą. Na stałe upewniło go w tym spotkanie brata, a potem ukochanej. Dwie istoty, które praktycznie zdominowały jego życie. Był od nich zależny, jak od powietrza i to wcale mu nie odpowiadało. Wiecznie kłótnie, niezgoda, dramaty, nieporozumienia. Miał tego szczerze dość. I znowu. Granie na pianinie w Trip Trap wydawało się wybawieniem. Tam był tylko on i muzyka. Jednoręki pianista z hakiem wygrywający smętne melodie. Niezauważalny element tła baru.
    Tego dnia nie było za wesoło. Znów pokłócił się z Lucy o jakąś pierdołę. Oboje użyli ostrzejszych słów, a on opuścił Jolly Rogera trzaskając drzwiami kajuty. Czuł, że Błękitnooka robi mu właśnie niemałą rozpierduchę na okręcie. Co gorsza jednak wpadł na jej ojca. Z Oberonem Alderem nigdy za sobą nie przepadali. Ta wzajemna niechęć była wyczuwalna nawet dla przypadkowych przechodniów. Tym razem, jak i wielokrotnie wcześniej, Król Olch oskarżył Hucka o nieprawdopodobne rzeczy, z którymi pirat nigdy nie miał do czynienia. Zdrady, podstępy, uwodzenie żony Oberona. Same kłamstwa. Może i był piratem, może i jego reputacja była słuszna, ale przecież nie był głupi. Kochał Lucy i bał się Oberona. Nie ośmieliłby się więc nawet spojrzeć na małżonkę Aldera.
    Tak właśnie wylądował w pracy. Męczony rzeczywistością, przytłoczony troskami. Wiecznie niezrozumiany. Zagrał kilka smętnych kawałków na swoim ukochanym pianinie, a potem sięgnął po rum. Najlepszy i najwierniejszy towarzysz każdego pirata. Idealny odstresowywacz. Bursztynowy płyn lekiem na niepokoje.
    - Jo ho i butelka rumu – wyszeptał do samego siebie i pociągnął spory łyk prosto z butelki.
    Wtedy właśnie usłyszał głos. Słodki głosik, który niegdyś przepełniony szyderstwem i cieniem radości wydawał wyroki skazujące na oddzielenie głowy od ramion. Może i Huck w swoim cholernie długim życiu spotkał cholerni wiele postaci, ale królowej serc nie dało się zapomnieć. Nie dało się zapomnieć głosu, który z gracją wypowiadał kilka prostych słów. Skrócić o głowę.
    - Wasza Wysokość? – odwrócił się w stronę kobiety z zawadiackim uśmiechem.

    piekielnie przystojny i równie zdołowany pirat

    OdpowiedzUsuń
  20. [ Możemy zacząć wątek albo w przeszłości i rozpocząć ich znajomość, albo przejść do teraźniejszości i wracać do przeszlości w retrospekcjach. Jak wolisz?]

    Lex

    OdpowiedzUsuń
  21. Nie potrafiła spuścić swoich zimnych oczu z twarzy kobiety, kiedy ta opowiadała o tym wszystkim co męczy jej umysł, o tym co się wydarzyło, o wszystkich demonach przeszłości. W jednej chwili poczuła jak schowane w jej piersi serce przyspiesza, jak zaczyna mieć problem z poprawnym oddychaniem. Chociaż słuchała jej uważnie, przed oczami widziała jedynie twarz swojego dawnego ukochanego. Jak uśmiechał się do niej ciepło, kiedy próbował uspokoić swój zmartwiony umysł, jak szeptał do jej ucha ciche słowa pocieszenia, za każdym razem kiedy wypłakiwała łzy wtulając się w jego pierś. Tęsknota znów ścisnęła za jej serce, wkuwała w organ kolejne drzazgi, które kazały jej zrozumieć, jak bardzo jest źle, jak wielki czuje bez niego ból.
    Próbowała uspokoić zdruzgotane ciało, nie chcąc pokazywać siedzącej zaraz obok kobiecie, że coś może być nie tak. Westchnęła głośno, łapiąc się za kark i głaszcząc go powoli, jakby tym samym próbowała rozkazać własnemu ciału aby przestało. Nie była tutaj by znów rozpamiętywać minione dni, wszystkie przeżyte przez nią koszmary, dni lepsze i gorsze. Miała pomóc siedzącej zaraz obok Verity. To było teraz jej najważniejszym zadaniem. Chociaż krwawe wspomnienia przeszkadzały jej w wykonywaniu pracy, próbowała schować je w odpowiednich szufladkach, wyrzucając klucz za granicę umysłu i oddzielając się od nich ceglanym murem.
    Z każdą chwilą napierały na nią z jeszcze większą siłą. Wychodziły z pozamykanych pomieszczeń, jakby odnalazły zagubiony w niepamięci klucz, rozbierały mur, który przed chwilą postawiła, mając nadzieję, że wreszcie zapomni o własnych smutkach, prześladujących ją koszmarach. Pospiesznie zatrzymała zbierające się w jej oczach łzy, mając nadzieję, że jej pacjentka nie zauważy dziwnego zachowania własnej terapeutki. Czuła się dokładnie tak jak ona — jak siedząca obok kobieta, która martwym wzrokiem wpatrywała się w książki, wciąż opowiadając o swoim własnym, spełnionym koszmarze. Przeszła niemal przez coś identycznego. Pokochała by następnie go zabić, narysować na jego szyi prostą, poziomą linię, zardzewiałą i starą kosą. Chociaż nie potrafiła wybaczyć mu tego co jej zrobił, tego czym przez niego się stała, gdzieś głęboko w sobie wciąż chowała do niego uczucie. Do tych uśmiechniętych, zielonych oczu, malinowych ust i bladej twarzy.
    Wreszcie podniosła wzrok na kobietę, zdając sobie sprawę, że przestała mówić. Przygryzła dolną wargę, próbując za wszelką cenę zatrzymać targające jej ciałem emocje. Odchrząknęła i poprawiła się na fotelu jakby tymi kilkoma ruchami chciała zamaskować wszystko to co w jednej chwili poczuła.
    — Nie musisz mi wierzyć, ale… Wiem jak się czujesz — zaczęła, wpatrując się prosto w twarz jasnowłosej. — Jakkolwiek byłoby to jednak dla ciebie trudne, muszę zadać jeszcze kilka pytań. Obiecuję, że zaraz przejdziemy do ciekawszej części spotkania. Co dokładnie… Co dokładnie mu się stało?
    Spytała niepewnie, nie chcąc naruszać pewnej granicy osobistej swojej pacjentki. Nie wiedziała czy w tej chwili kierują nią niezbędne procedury lekarza czy też ciekowość redaktorki. Chciała usłyszeć od kobiety więcej odpowiedzi. Tak jakby wreszcie miała upewnić się w przekonaniu, że to wszystko nie tylko ją spotkało, że nie tylko ona zasłużyła na tak ponury los. Czekała więc na kolejną odpowiedź pacjentki, zajęta obrazami z przeszłości; widokiem krwi i martwych ciał.

    Valerie

    OdpowiedzUsuń
  22. [ W porządku :) Zatem pozostaje zapytać, kto zaczyna :D ]
    Właśnie ten zapach mnie najbardziej zastanawiał :D]

    Lex & Cillian

    OdpowiedzUsuń
  23. Shadow, pomimo wieloletniego pobytu w Fabletown i w miarę przyzwoitego przystosowania się do człowieczych norm, nadal bywał niereformowalnym czartem, zupełnie niesłuchającym się innych, akurat pouczających go baśni. Z dawnego życia pozostało mu ogromne poczucie niezależności i przeświadczenie o tym, że absolutnie nikt nie mógł pociągać za jego sznurki. Tylko sam sobie dyktował warunki, ustanawiał dyrektywy istnienia i uśmiechał pod nosem, zadowolony ze formy, jaką uplastycznił po przetransportowaniu w człowieka.
    Bo fakt faktem, z początku, Mortem całym zimnym, pozbawionym duszy ciałem nienawidził człowieczej postaci, jaka akurat została mu przeznaczona. Uważał ją za słabą, zbyt miękką i zbyt ciepłą; zbyt niewinną i brzydką, uczepioną kurczowo zatęchłych uliczek, przecinających to równie śmierdzące i pełne jaskrawych barw miasto. Z czasem nauczył się wykorzystywać jej zalety, przyzwyczaił do ludzkiego odoru i przyuczył czynności, które w poprzedniej, potwornej formie nie miały racji bytu. I mimo że całkiem nieźle przystosował się do życia, bywały chwile, gdy całe tu skrzętnie zbudowane człowiecze lice padało między gruzy, wypuszczając na wolność prawdziwego, psotnego demona, jakim nadal w głębi (nieistniejącej) duszy był. Miał gorącą krew w żyłach, miał pozorne bijące serce, miał dziwaczne spojrzenie jasnych, niebieskich oczu i miał skórę, opinającą dziwne systemy kości i mięśni. Ale.... nadal był cholernym, cholernym diabłem.
    I tym razem, jako ofiarę wybrał sobie dyrektor szpitala; Verity. Obserwował ją z ukrycia, jako czarny kot rozciągnięty na parapecie, lustrował spojrzeniem jasnych, niebieskich oczu; jako wiatr obserwował jak zakasała rękawy, gotowa do kolejnej skomplikowanej operacji. W samotności lustrował jej zmieniające się wyrazy twarzy i całym sobą wyciągał z niej to, czego prawdopodobnie nie chciała ujawniać. Widział tę ludzką kruchość, słabość ukrytą za płaszczem siły. Skrzętnie ukrywaną pustkę, zasłoniętą peleryną niewidką. Shadow, w poprzednim wcieleniu był specjalistą od ludzkiej psychiki; to ona była centrum, na które rzucał się wielokrotnie, szukając w ludziach słabostek, miejsc luźnych, w które mógł wbić swoje małe szpileczki. Nakłaniał do samobójstw, oddziałując na umysły, ukryte głęboko na dnie serca lęki i budował autorytet, ostrożnie lepiąc w całość pojedyncze, malutkie bojaźnie.
    Nie było więc nic dziwnego w tym, że od razu ją przejrzał. Że przed nim nie mogła udawać, nie mogła się ukryć, nie mogła go oszukać. Zbyt wyczulony na fałsz, zbyt wyczulony na maski, zbyt wyczulony na fałszywe zasłony, jakie narzucali na siebie ludzie. Nic więc dziwnego, że obrał sobie za punkt honoru zdemaskowanie jej. Jak najbardziej chciał zedrzeć to kłamstwo, upuścić jak szklany kieliszek i rozbić na miliony, niezdolnych do posklejania kawałków. Był zły i to nie podlegało wątpliwościom. Choć po przybyciu do Fabletown, począł zatracać siebie i czasami nie wiedział, którą drogą powinien obrać, aby bez reszty nie utracić czarciej, paskudnej natury, jaka do tej pory otulała go szczelnym płaszczem rozrastającej się śmierci. Choć ludzki świat preferował dobro, Shadow nie wiedział, czy chciał podporządkować się akurat tym, ogólnie przyjętym normom.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlatego, pod postacią wiatru, dopadł ją w samotności, gdy akurat siedziała nad papierami, kreśląc jakieś głupoty. Skorzystał ze sprzyjających okoliczności; otwarte okno uznał za zaproszenie i pod postacią kota, prześlizgnął się na parapet, wyciągając leniwie, by przysiąść i z przenikliwym miauknięciem zwrócić jej uwagę.
      Wibracje mruczenia przeniosły się po jego czarnym grzbiecie, gdy skierował jasne spojrzenie niebieskich, kocich oczu wprost na nią. Mozolnie ześlizgnął się na podłogę i z kocią gracją pokonał odległość, dzielącą go od obrotowego krzesła, by w zwieńczeniu, przylepić się do jej zgrabnych nóg i w całkowicie zwierzęcym, słodkim łaszeniu otrzeć o nie kilka razy, do reszty absorbując jej uwagę.
      A potem, uniósł mały łepek, znów obdarzając ją spojrzeniem tych niebieskich, rozumnych oczu i przemknął pod biurkiem, by z prawdziwą zręcznością wspiąć na krzesło i znów przemienić, tym razem w irytującą, człowieczą formę głupiego mężczyzny.
      ― Brakuje Ci czułości, co? ― zapytał neutralnym tonem, w który nie wrzucił ani szczypty kpiny. Okręcił na obrotowym krześle, by przy ponownym zetknięciem oko w oko, obdarzyć ją paskudnym, czarcim uśmiechem, zdradzającym całe zło, jakie kiedyś w sobie nosił. ― Trudno ukryć pustkę, gdy zieje wielką wyrwą w nie do końca zabliźnionym sercu.

      Shadow

      Usuń
  24. Shadow uwielbiał takie sytuacje. Był prawdziwym fanem grania na ludzkich emocjach; kochał grzebać w odmętach psychiki, pociągać za sznurki, wywołując konkretne akcje i reakcje. Uwielbiał się bawić, niczym szmacianą lalką, wpędzać w zakłopotanie i odrywać nowe horyzonty. Z diabelskim, czarcim uśmiechem chłonął całe otoczenie i gromadził strach głęboko pod skórą, by przekształcić go w energię, z której mógł czerpać... żywił się ludzkim lękiem, bojaźnią, brakiem opanowania. Te negatywne emocje stanowiły pokarm, łechtający zepsute ego małego diabełka o czarnym futrze, który z prawdziwą satysfakcją pozbawiał kolejne ofiary masek.
    A Verity nieważne jak starała się ukryć, miała tych masek od groma. Widział je; trudno ukryć prawdziwą naturę, gdy gryzie głęboko pod ubraniem, za wszelką cenę chcąc się komuś ujawnić. A ona była słaba, złamana, obrana w maskę odwagi. Każdy miał w szafie umysłu maskę odwagi, lecz nie każdy potrafił ją przywdziać. Ona potrafiła... lecz przed kimś, kto tysiącleciami badał schemat ludzkiego istnienia... trudno było ukryć prawdziwą naturę. Był zbyt doświadczony, zbyt wiele osób musiał poznać, przekroić na pół, odkryć ze szczegółami i dopracować ich mapy, by jeszcze skuteczniej ciągnąć ich do upadku. Bo trudno było zmusić kogoś do desperackiego kroku, szarpnięcia się na własnego żywota... jeśli nie wiedziało się gdzie uderzyć, co wyszeptać, co poradzić. Każdy był inny, inaczej wrażliwy, czego innego się lękał, czym innym egzystował... dlatego Shadow przez te lata musiał się uczyć, sięgać głęboko w umysły, uśmiechać się chytrze i budować, gromadząc w rozległym banku danych jak najwięcej informacji.
    Zaśmiał się w odpowiedzi na jej słowa, a jego chichot brzmiał jak charkanie piły mechanicznej, przyprószając skórę dreszczem, który tak bardzo lubił budzić w ludziach.
    — Niezabliźnionego serca nie przykryje nawet świeży śnieg i powiew kolejnej zimy — mruknął tajemniczo, ochrypłym, pełnym przekonania głosem i na odległość pochwycił z nią kontakt wzrokowy, wwiercając się głęboko w jej duszę. Jego źrenice rozszerzyły się niepokojąco, obejmując niemalże całe tęczówki, a potem dziecięcym gestem okręcił się na fotelu, by po chwili znów zrównać się spojrzeniami. — Trudno ukryć zbłąkane myśli, gdy rozsadzają czaszkę, a maska odwagi ostatkiem przyzwyczajenia nie spada z twarzy, nie rozpadając się na miliony kawałeczków — wysyczał ponownie, zupełnie zapominając o ludzkiej formie. Komicznym, trochę wybijającym z rytmu gestem oblizał łapkę, zupełnie nie zdając sobie sprawy z nieposiadania kociego cielska.
    Zreflektował się jednak i już po chwili miauczał żałośnie, świecąc czarnym futrem na o wiele za dużym fotelu.
    — Czasem wystarczy chwila, by wszystko prysło — wymruczał, a jego ciemny grzbiet przeszły charakterystyczne wibracje. Wyciągnął się z gracją i przygotował do skoku, w ostateczności lądując zgrabnie na jej biurku. Przysiadł na tylnych łapkach, wlepiając w nią niebieskie, kocie oczy z charakterystycznymi podłużnymi źrenicami. Znów oblizał łapkę, nie spuszczając z niej wzroku, a jego nosek poruszył się lekko typowym dla zwierzęcia ruchem.
    — Wystarczy jeden podmuch wiatru, by domek z kart runął, a kier został przykryty przez przez piki, karo i trefle — pokazał ostre ząbki i zupełnie zuchwałym, pozbawionym skrupułów ruchem, skoczył jej na kolana, ocierając się futrem na wysokości brzucha. Potem przemieścił się na jej ramię, otarł zgrabnie o policzek i zeskoczył, by po chwili znów zmaterializować się przed nią w ludzkiej, męskiej formie; siedząc na kręconym fotelu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Wystarczy jeden niechciany głos, cichy szept, ziarno niepokoju, zasiane głęboko na dnie serca — kontynuował, uśmiechając się paskudnie, a jego czarcie ślepia znów zatrzymały się na jej twarzy. — by wszystkie mury runęły, zamki upadły, a żelazne bramy stanęły otworem przed zwycięskim rycerzem na czarnym koniu i z kopią, na którego końcu będzie prawda — znów zmienił się w kota i przeskoczył na jej biurko, niebieskimi oczami patrząc na nią błagalnie. — Tego właśnie się boisz, prawda, Verity? Że zdemaskują Twoją słabość, skruszą wszystkie bariery, dowiedzą się jak ściśle przylega do Ciebie maska. Odkryją prawdę, zburzą Twój autorytet i zobaczą to miękkie, niezabliźnione serce, które tak próbujesz okuć w zbroję, co? — oblizał łapkę i położył się na biurku. — Podrap mnie za uchem, wtedy może nikomu nie powiem.... — miauknął, układając się wygodnie na drewnianym blacie. Przymknął oczy i pozwolił, by przejmującą ciszę wypełniły jedynie wibracje jego kociego mruczenia.

      Shadow, miauczący o mizianie

      Usuń

  25. Sam jej widok odrobinę rozpromienił mu ten cholernie nieprzyjemny dzień. Do tej pory Huck nawet nie zdawał sobie sprawy, że tak bardzo tęsknił za Królową Kier. Naprawdę przyjemnie się z nią pracowało. Czasami zastanawiał się nad tamtymi uczynkami. Zdecydowanie nie należał do najszlachetniejszych, a krwi przelał więcej niż przeciętny mieszkaniec baśniowej krainy. Teraz jednak najgorsze było dla niego to, że nie potrafił żałować tamtych złych decyzji. Potrafił bez bólu przyznać się do błędów, zła, nieprawości. Miał świadomość swojej mrocznej strony. Sam nigdy nie nazwałby się bohaterem pozytywnym. Nie użyłby w ogóle słowa . Nigdy też nie chciał być bohaterem, ale złoczyńcą też nie. Pragnął być najzwyklejszym w świecie marynarzem. Jednak los okrutnie z niego zakpił.
    - Oj wiele to dni upłynęło, królowo moja słodka - odparł z uśmiechem i nawet rozbłysły mu tym dawnym sposobem.
    Przez chwilę wpatrywał się z lubością w swoją rozmówczynię, popijając rum z butelki. Nie mógł się nadziwić temu ich spotkaniu. Niespodziewane… Doprawdy niespodziewane. Ona tutaj. W Trip Trap! Takiej melinie. Nie pasowała do otoczenia. Była szlacheckiej krwi, maniery miała ponadprzeciętne, no i ten chód, ten sposób mówienia… Nadawała się tylko na pałace. W przeciwieństwie do niego. On bez problemu zlewał się z tłumem zapijaczonych tępaków.
    - Można tak powiedzieć. Ciężki dzień. Ale odkąd tu trafiłem to na palcach ręki mogę zliczyć te dni, które ciężkimi nie były – stwierdził cicho z westchnieniem. – I nawet nie odczułbym przy tym straty te drugiej dłoni – dodał już weselej i podniósł swój hak na wysokość policzka.
    Fabletown wysysało z niego życie, ale jeszcze tliło się w nim coś z Kapitana Haka. Chował się drań w najgłębszych, najciemniejszych zakamarkach duszy Jonesa, pozwalając tej marnej podróbce człowieka wieść marną podróbkę życia. Bez morza, przygód i krwi. Musiał siedzieć grzecznie na swoim miejscu, bo przecież szeryf już nie raz i nie dwa mu zagroził więzieniem. Dupek jeden zdawał się mieć oko na wszystkie czarne charaktery. Huckelberry oddałby jednak wszystko za możliwość… No cóż. Popiracenia. Nawet odrobinę. Poczuć tamtą adrenalinę, ten dreszczyk emocji.
    I właśnie w takiej chwili zjawiła się przy nim ona! Jego kochana Królowa Kier! Niczym błogosławieństwo i dar. Te jej śliczne usteczka wymówiły kilka niby nic nie znaczących zdań, a jednak Jones jakby się ożywił. Usiadł prościej, z jego oczu zniknęła mgiełka zamyślenia.
    - Nudzi mi się cholernie, złociutka. A tobie nigdy bym nie odmówił współpracy… - wyszeptał z zawadiackim uśmiechem. – Czy mówiłem już kiedyś, że kocham ten błysk przebiegłości w twoich oczach, gdy się uśmiechasz?

    Huck – na kłopoty zawsze chętny

    OdpowiedzUsuń
  26. Nie spodziewała się do końca takiej historii. Chociaż doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że każdy z nich, każdy z Baśniowców skrywał tak mroczne tajemnice jak ta, w jakimś stopniu zaakceptowała fakt, że tylko ją spotkało takie okrucieństwo. Albo po prostu chciała sobie wmówić, że tak właśnie jest, że tylko ona przeszła przez buchające ogniami piekło i nikt nie miał prawa pouczać ją w kwestii przeszłości oraz życia. Nawet jeśli w Fabletown nie było osoby, która by jej całkowicie zaufała, każdy z klientów znał ją na tyle aby przekazać jej swoje krwawe wspomnienia, zagnieżdżone gdzieś głęboko urazy oraz rozczarowania. Żadna jednak historia, którą dotychczas poznała nie mogła równać się z tym co sama przeżyła. Aż do teraz, kiedy dokładnie poznała lęki Verity Coeur.
    Podniosła zaciekawiony wzrok na bladą twarz kobiety, dokładnie obserwując wystraszone spojrzenie, delikatnie poruszające się usta. Świdrowała ją wzrokiem, układając każde jej wypowiedziane słowo w spójną całość. Kiwała delikatnie głową, czując narastający w piersi stres i strach. Tak jakby sama tam była, pośród krwawego przyjęcia weselnego, chowająca się gdzieś pod stołem aby żaden ze strażników nie był wstanie ją złapać. Ścisnęła ręce w pięści, próbując powstrzymać targające nią emocje. Wyprostowała się jeszcze raz, czując jak powoli zsuwa się z dużego fotela.
    Ciekawiło ją jak dokładnie wyglądał proces przygotowywania do bycia królową w jej stronach. Jak właściwie wybierano kolejną kandydatkę. Świat przedstawiany przez klientkę wydawał się taki inny, odległy. Magia krążąca wokół każdego z osobna, czołgająca się między drzewami, będąca dla tamtejszej ludności niczym powietrze. U niej było inaczej. Wszystko co było inne traktowano jako zagrożenie. Królowie i władcy odcinali się od wszelkich magicznych sztuczek, nawet jeśli doskonale wiedzieli że jedne z lepszych wiedźm lub alchemików mogli uratować ich całe królestwa. Jednak oskarżona o wszelkie zło w jej krainie, magia sama wreszcie odwróciła się przeciwko nim. Ludzi zamieniała w demony polujące na resztę populacji, leśne bóstwa sprzeciwiały się człowiekowi, truposze wykopywali się z grobów pod postacią strzyg lub innych wampirycznych stworzeń szukając jedynie krwi, którą mogliby się posilić.
    Otworzyła szeroko oczy słysząc ostatnie zdanie kobiety. Nie miała pojęcia czy wybranek kobiety dalej ukrywał się gdzieś między Doczesnymi. Czy przeżył lata tułaczki po betonowej dżungli, czy znalazł bezpieczne miejsce, przyzwyczaił się do ostrożnego życia Baśniowca. Jednak zastanawiało ją to. Jakaś cząstka podpowiadała jej aby zaczęła grzebać. Szukać nieznajomego mężczyzny nie tylko dla siedzącej obok kobiety, ale również dla zaspokojenia własnej, upartej ciekawości. Wciąż zastanawiała się czy Verity aby na pewno dobrze przemyślała powód wizyty. Czy rzeczywiście chciała zapomnieć, ruszyć przed siebie odcinając się od tego co było kiedyś. Cokolwiek sobie wmawiała, wszystko to co wydarzyło się przed laty zagnieździło się tak głęboko w umyśle kobiety, że wszelakie szanse na ucieczkę były znikome.
    Sama kiedyś tego próbowała. Zapomnienia i odcięcia. Zdarzało jej się kompletnie wymazać z pamięci tamten dzień, skupiając się na tym co teraz, na współczesnych życiu. Jednak każde kolejne spojrzenie w lustro znów przywoływało do jej głowy obrazy ciemnego wieczoru, kiedy osoba, której ufała najbardziej na świecie, postanowiła posłużyć się całym zdobytym zaufaniem, zaciągając ją w spokojne miejsce i wydając na nią niesprawiedliwy wyrok śmierci. Blizna na szyi od wbijającego się w skórę sznura, dwie okrągłe zarośnięte rany na udach — wszystko to każdego dnia kazało jej powrócić do tamtych chwil, znów spojrzeć żałośnie na własną sylwetkę.
    — Jak dokładnie działa to wszystko w twojej krainie? Jak wybierano nową królową, jak ją przygotowywano? — spytała zanim zdążyła ugryźć się w język i przerwać potok niepotrzebnych pytań. Jej nachalna ciekawość dawała się we znaki, kiedy mierzyła jasnym wzrokiem twarz siedzącej obok kobiety.

    Valerie

    OdpowiedzUsuń
  27. [Dzień dobry! Kłania się i wita serdecznie Jack Frost aka Nieokrzesany Dzieciak Fabletown! Wpadamy z propozycją wątku, jeżeli są chęci - także jeżli są, to mogę zarzucić pomysłem! ^^]


    Jack Frost

    OdpowiedzUsuń
  28. [ Wybacz te strasznie opóxnienia. Musze ogarnąć trochę swoje życie...Możesz zacząć jeśli chcesz. Przynajmniej dowiem się jakie będziesz miała zlecenia dla mojego pana :)
    Chcesz jeszcze wątek z Cillianem, czy zadowolisz się Lexem tylko? :D ]

    Lex

    OdpowiedzUsuń
  29. [W takim razie co powiesz na to, że Variety jak już miała tę chwilkę odpoczynku i przechadzała się napotkała na zgubionego Jacka? Wbrew pozorom dość często się gubi, mimo że jest tu długo. Mógłby poprosić o pomoc, a potem zapewne jakoś się potoczy, bo z charakterem Frosta nie trudno będzie nawiązać jakąś relację. ;)]


    Jack

    OdpowiedzUsuń
  30. [ Chyba zawodowo prywatnej :) Na początku zawodowej, oczywiście. Później mogłaby się stać bardziej prywatna :) ]

    Cillian

    OdpowiedzUsuń
  31. [Już kiedyś był u nas Kapelusznik z tym wizerunkiem, więc może znów się pojawi :D W wakacje zawsze blog trochę zwalnia, ale znając życie, wraz z rozpoczęciem roku szkolnego znowu pojawi się sporo nowych autorów, więc zawsze jest szansa na przejęcie Jeffa :D
    Oczywiście, jakbyś miała ochotę na wątek, to zapraszam! :D Mam teraz lekki zastój (umysłowy xD), więc chętnie napisałabym coś nowego na rozruszanie ;)]

    Lucy

    OdpowiedzUsuń
  32. [ Może twoja pani dostałaby jakąś skargę na Cilliana od niezadowolonej pacjentki i postanowiła się przyjrzeć jego pracy i ogólnie lepiej go poznać? Albo mogą iść wspólnie do szpitalnych podziemi i odkryć laboratorium? Albo można to połączyć wszystko, łącznie z wypadem na pracownicze piwko :D ]

    Miał odpoczywać. po ostatniej misji czuł się zmięty. Miewał coraz więcej ludzkich odruchów. Zaczynał czuć żal, współczucie i smutek powodowany śmiercią. Widocznie życie wśród ludzi od tylu wieków, źle na niego wpłynęło. Powinien przenieśc się na jakiś czas do domu. Dawno nie widział się z ojcem. Wypadałoby też odwiedzić matkę, w końcu miał wobec nich pewne obowiązki.
    Mógłby zastanawiać się nad tym wszystkim przez długie godziny. Miał skłonność do zbyt intensywnego myślenia i rozmyślania, gdy nie miał akurat nic ciekawego do zrobienia.
    Puknie do drzwi było jak wybawienie. Zsunął się z kanapy i podszedł do drzwi.
    Uśmiechnął się.
    - Spodziewałbym się prędzej kostuchy z kosą niż ciebie. Jednak to nie zmienia faktu, że miło cie widzieć. - wpuścił ją do swojego mieszkania. Miło wspominał współpracę z wielką Królową Kier. Cenił sobie kobiety jej pokroju. Słyszał, że objęła wysokie stanowisko w tutejszym szpitalu.
    Wskazał jej kanapę, by usiadła. Milczał chwilę, pozwalając by jej słowa zawisły w powietrzu.
    - Aktualnie nie mam zbyt ciekawych zadań... Ze względu na naszą starą przyjaźń o ile mogę to tak nazwać, chętnie ci pomogę. O ile w ogóle będę w stanie.
    Zerknął w stronę kuchni zastanawiając się czy ma coś czym może ją poczęstować.
    ~Ciasto! Zrobiliśmy ciasto! Daj jej ciasto matole i do łóżka z nią! Fajna jest ale trochę zbyt koścista... Utuczymy ją trochę i będziemy brać! - Alice, rubaszna, nieco przy kości mistrzyni cukiernictwa, którą zjadł jakieś dwa tygodnie temu, uczyła go piec ciasta. Było mu trochę szkoda jej zabijać, bo uwielbiał jej wypieki, ale lepiej mieć jej wypieki dla siebie niż się dzielić. Jednak dopiero gdy ją zdjadł i przejrzał jej wspomnienia dowiedział się jak bardzo rozwiązłą kobietą była i jak bardzo była dumna ze swoich podbojów, na prawdę licznych i na prawdę różnorodnych.
    - Napijesz się czegoś? Mam świeże ciasto.

    Lex

    [Wszyscy kochają Alice :D]

    OdpowiedzUsuń
  33. [Zastanawiam się, czy miałyby okazję, by spotkać się w przeszłości, jeszcze przed Fabletown? Hmm, może władcy kilku królestw spotkali się na jakiejś ważnej naradzie, na której pojawił się także król Oberon, a wraz z nim Lorelei? Wówczas mogły się poznać, choć tu brakuje mi jakiegoś konkretnego pomysłu :D Nimfa mogła się gdzieś zagubić w Krainie Czarów i wpaść na Królową Kier. Hahaha, może ta wzięłaby ją za Alicję? xD Oberon mógł w porę zareagować i wyjaśnić, że to jego podwładna i strażniczka skarbu.
    Co do samego Fabletown, pierwsze co przyszło mi na myśl to spotkanie w szpitalu. W wątku z Hakiem mamy postrzelenie Lucy, która wylądowała w szpitalu na jakiś czas, by dojść do siebie, więc możemy to wykorzystać i u nas ;) Tylko co dalej? W jaki sposób by się spotkały? Czy Verity mogła np. zaglądać do każdego nowego pacjenta? Albo właśnie rozpoznałaby ją, o ile wymyślimy im jakieś powiązanie z przeszłości :D
    Daj znać, czy masz może jakieś pomysły ;)]

    Lucy

    OdpowiedzUsuń
  34. Shadow po prostu dobrze czytał z ludzi; odkrywał kolejne karty, zdejmował maski i wwiercał się głęboko w duszę, doprowadzając do metaforycznego upadku. Miał w tym doświadczenie i wiedział w jaki sposób uderzyć, by osiągnąć zamierzony efekt; nie było to niczym nowym ani odkrywczym. W poprzedniej formie w końcu, reprezentował czarta — a ktoś, kto nakłaniał ludzi do samobójstwa — musiał wiedzieć w jaki sposób połączyć ze sobą emocje, zadziałać na umysł, doprowadzając do konkretnego działania; dziwność w tej sytuacji powodowało to, że nadal mu się to udawało. Po latach, w dalszym ciągu, bez przeszkód czytał z ludzi, zręcznie lawirując pomiędzy ich fałszywymi twarzami. Dobierał słowa, mówił, czarował spojrzeniem, zakładał z góry i dopieszczał do końca postawione teorie, z radością przekonując się o ich niepodważalnej słuszności. Verity nic mu nie zrobiła; nie stanowiła jego wroga, ba, nie miał żadnych powodów ni interesów, by jej dopiec. Robił to chyba z czystej nudy i braku zajęcia, które cholernie dawały w kość podczas pozbawionych produktywności wieczorów. Kto wie, może jego dziwna terapia kiedyś wyjdzie jej na dobre? Nawet jeśli w poprzednim wcieleniu stanowił oazę czystego zła — wraz z przybyciem do Fabletown, stopniowo przystosowywał się, nabierając nowego tempa. Chłonął nowe cechy, uczył się postępowania, próbował wyuczyć emocji, których w poprzednim życiu nie posiadał nawet troszeczkę. Z tego powodu, trudniej było mu nabrać rozpędu; wszystko wymagało czasu. Do tej pory był tylko maszyną szyfrującą, która potrafiła też odkodować ludzkie emocje; nie umiał jednak ich odczuwać, co stanowiło przeszkodę, w sytuacji, gdy musiałby użyć... empatii.
    Nie potrafił określić, czy jej współczuł, czy chciał jej pomóc, czy może nie miał w tym żadnego interesu. Było za wcześnie, by wydał ostateczny werdykt, zwłaszcza, że czarty bywały z natury psotnikami.
    Dlatego właśnie, w kociej formie, liżąc z uwagą swoją czarną łapkę, mruczał uroczo, poświęcając większą uwagę swej czystości, niż samej kobiecie za biurkiem. Pozwolił jej mówić, wiedząc, że słowa mogą być jak broń; ostrzejsza niż miecz, skuteczniejsza niż pismo i o wiele bardziej zabójcza, jeśli uderzyło się w odpowiednie miejsce.
    — A skąd możesz wiedzieć, że każde moje słowo jest fałszem? — spytał retorycznie, oponując na jej wypowiedź i przechylił koci łeb, by po chwili spierzchnąć i znów przemienić się na fotelu naprzeciwko. — Nawet jeśli wielu ma rzekome, niezabliźnione serce, Ty także je masz i to Tobie składam wizytę — znów zawyrokował, przewiercając ją spojrzeniem tych jasnych, przeraźliwych oczu jak toń, wiodąca dryfujące topielce.
    Wszystko odbywało się na jego warunkach i to on miał asa w rękawie; wiedział, że wybije ją z rytmu i trochę bardziej spłoszy, nie pozwalając to jej rozdawać kart. Nikt w końcu nie lubił nieposiadania kontroli nad sytuacją; gdy nie wiesz, czego się spodziewać, bardziej się boisz, w rezultacie kończąc na bruku.
    — Mogę mieć z Twojego upadku nic lub wszystko. A prawda o Tobie możesz obchodzić każdego i nikogo — odpowiedział zagadkowo, zeskakując, by przy upadku znów zmienić się w czarnego kota. Stała do niego tyłem, lecz nie stanowiło to przeszkody; powolnym, pełnym gracji ruchem zbliżył się do jej ciała, by znów słodkim, pieszczotliwym ruchem otrzeć się futrem o jej długie nogi.
    A potem wskoczył na parapet, przysiadając naprzeciwko niej i znów lustrując ją tymi niebieskimi ślepiami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Boisz się mnie — stwierdził, a głos jego nie posiadał ani śladu kpiny, czy fałszu. — Bo nie wiesz czego się po mnie spodziewać. Boisz się mnie, bo nie masz pojęcia, co takiego mam w rękawie i w jaki sposób mogę Ci zaszkodzić — kontynuował, nadal utrzymując z nią kontakt wzrokowy. — Boisz się nieznanego, bo nie potrafisz się na nie przygotować — ciągnął. — Czujesz się samotna — wymruczał, wsuwając łepek pod jej smukłą dłoń. — A przecież życie jest jak te róże, które hodujesz w ogrodzie, prawda? Piękne, lecz może zranić — po jego grzbiecie przebiegło wibrujące mruczenie, sugerujące, że bardzo dobrze się czuję. — Nie zapominaj, że mnie też obowiązuje amnestia. Skąd więc pewność, że chcę Cię zniszczyć? — zeskoczył z parapetu, zmierzając w kierunku biurka, by ostatecznie przysiąść na nim elegancko i obdarzyć ją kolejnym, szczerym spojrzeniem.
      — I na własnym przykładzie możesz się przekonać, że najgorsi mordercy, mogą stać się wspaniałymi ludźmi — oblizał łapkę. — Ja nie jestem wspaniały, lecz kto zrozumie niezabliźnione serce lepiej niż ktoś, kto kiedyś próbował takowe rozdrapywać?

      Shadow

      Usuń
  35. [O, też fajny pomysł :D W sumie mogłyby wówczas spotkać się w dwóch okolicznościach:
    1. Lorelei byłaby jeszcze strażniczką skarbu i Verity mogła np. trafić do królestwa/pałacu Oberona, gdzie nimfa by się nią trochę zajęła - wtedy mamy fajny motyw w Fabletown, bo w szpitalu to Verity zaopiekowała się Lucy w ramach podziękować za pomoc w przeszłości ;D Mogłaby np. za prośbą Lucy spławić Oberona, który przyjdzie do szpitala, żeby prawić córce kazania, że się dała postrzelić przez głupiego pirata :D A prócz tego, mogłyby sobie siedzieć po nocach i rozmawiać o głupotach, jakichś życiowych filozofiach i o Jeffie :D
    2. Po tym, jak Lorelei zwiała z Hakiem od Oberona, a potem się rozstali - nimfa zaczęła szukać pirata, bo brat Jonesa zdjął z niej urok, który wcześniej na nią rzucił. I tu w sumie była w dość podobnej sytuacji co Verity, bo była zupełnie sama, zagubiona i nie widziała, co ma zrobić. Nie chciała wracać do domu, bo bała się reakcji Oberona, więc gdzieś tam chwilę pokrążyła po baśniowych krainach, a dopiero po jakimś czasie król elfów wysłał ją do Fabletown. I właśnie w tym okresie nasze panie mogłyby wpaść na siebie :D Jakoś by pomogły sobie nawzajem, wsparły na duchu, a potem ich drogi sie rozeszły. W sumie wówczas można pociągnąć ich relację w Fabletown na podobnej zasadzie, co w tym pierwszym pomyśle - spotkanie po latach, jakaś przysługa za przysługę itp. :D
    Ewentualnie można pomyśleć nad jakąś negatywną relacją z przeszłości, ale tu nie mam zbytnio pomysłu :D Może Verity dostałaby się do królestwa Oberona, została aresztowana i wyrzucona/uwięziona jako jakiś szpieg. Lorelei mogła mieć sposobność, by jej pomóc, ale nic by nie zrobiła, no bo z jakiego powodu miałaby pomagać więźniowi ;) Hm, choć w sumie chyba dałabym im jednak jakąś pozytywną relację z przeszłości :D Daj znać, co o tym wszystkim sądzisz :D
    Muszę doczytać w takim razie, co tam wykombinowałyście, bo może nam się właśnie ten motyw też przyda :D Lucy pewnie szlak by trafił, że się głupek z nudów naraża xD A jeszcze gdyby o niczym jej nie powiedział i Crale dowiedziałaby się o wszystkim od Verity - myślę, że doszłoby w domu do rękoczynów, gdy już Lucy trochę wydobrzeje xD <3]

    Lucy

    OdpowiedzUsuń
  36. Valerie nigdy nie należała do osób towarzyskich. Odkąd sięgała pamięcią, zawsze wolała wolny czas spędzać we własnym towarzystwie, przy cichym szumie rzeki, przyjemnym śpiewie ptaków. Nauczyła się tego. Życia bez ludzkiego ciepła, ich współczucia. Zawsze wydawała się po prostu odrębną częścią społeczeństwa. W ich wiosce, kiedy to uważano ją za czarownicę, monstrum które sprowadza na nich wszelakie nieszczęścia. Przez długi czas nie poznała kogoś kto byłby wstanie normalnie z nią porozmawiać. Chociaż wiedziała, że rodzice darzą ją wyjątkową miłością, bronią przed każdym krzywym spojrzeniem, nie potrafiła się im zwierzyć. Z tego wszystkiego co w niej siedziało, z tych wszystkich emocji, własnych przemyśleń. Byli jej bliscy, lecz w jej umyśle w jakimś stopniu dalej pozostawali obcy. Zbyt oddaleni by mogli wiedzieć o swojej małej dziewczynce wystarczająco dużo rzeczy.
    Nie ufała mu na początku. Kiedy zauważyła jak chowa się za drzewem i bezczelnie ją podgląda, jak ten lew dokładnie obserwujący swoją zwierzynę, czekający na najlepszy moment aby zaatakować. Nie odpowiadała na jego pytania. Oddalała się, kiedy próbował do niej podejść, chowała twarz za skórzaną teczką, w której trzymała wszelkie swoje rysunki oraz teksty. Nie sądziła, że ktoś mógłby chcieć się do niej odezwać bez rzucania w nią wszelakimi obelgami. Dlatego jego słowa były dla niej niemal dziwne. Nie rozumiała go. Dlaczego się tutaj zjawił, dlaczego ją obserwował, dlaczego postanowił się do niej odezwać. Wszystko to było jawą i prawdziwym życiem jednocześnie. Tak jakby nie potrafiła odróżnić czy znajduję się na ziemi, czy Flins już dawno wziął ją w swoje śmiercionośne objęcia.
    Jej natura bycia samotnikiem, nieraz przeszkodziła w poprawnym wykonaniu zadania. Tacy ludzie jak ona niemal od razu byli spisywani na straty przy pracy terapeuty czy redaktora. Relacje oraz rozmowy były w tych zawodach nieuniknione. Każdy kto pałał się jednym z tych zajęć musiał wiedzieć jak poprawnie rozmawiać z ludźmi, jak w odpowiedni sposób wyciągać z nich informacje, jak okiełznać ich własną siłą perswazji. Dlatego na początku jej przybycia do Fabletown nikt nie sądził, że owa Valerie Rabinow, ta sama dziewczyna która niegdyś spędzała samotne popołudnia nad brzegiem rzeki, jest wstanie im teraz pomóc. Otwarcie z nimi porozmawiać, doradzić w teraźniejszym życiu.
    Ale to nie jej własne preferencje towarzyskie decydowały o tym jak bardzo skuteczna była jako dziennikarka oraz terapeutka. Jedną rzeczą jaką można było o niej powiedzieć i nie była to rzecz zmyślona przez pobliskich plotkarzy, jest to że Valerie należała do osób nachalnie wręcz ciekawskich. Uwielbiała odkrywać. To co dotychczas było dla niej nieosiągalne, niewyobrażalne. Zawsze sięgała po nowe. Wybierała najtrudniejsze ścieżki, wspinała się po górach moralności, darła z siebie skórę, tylko po to aby wreszcie coś odkryć. Dojść do celu, rozszerzyć i tak już sporą wiedzę. Fakt, że tak wiele wiedziała o otaczających ją ludziach, w jakimś stopniu pozwalał jej się czuć bezpieczniej, potężniej. A dlaczego? Bo wiedziała o nich rzeczy, o których nikt poza nimi nie miał prawa wiedzieć. Wiedzieć i kiedykolwiek o nich słyszeć. Ale taka osoba jak ona już dawno nauczyła się zbierać z otoczenia ważniejsze informacje. Oddzielać je od nic nieznaczących bzdur, przykładać do każdej odpowiednią etykietę. Nawet wieczorny pobyt w kawiarni mógł dla niej być idealnym sposobem do zdobywania tajemnej wiedzy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie wsłuchiwała się w każde słowo swojej klientki, wszystko odpowiednio kalkulując, próbując przyswoić do własnego umysłu. Dawno nie słyszała czegoś tak odmiennego, odległego. Nie sądziła nawet, że kiedykolwiek byłaby wstanie wyciągnąć rękę ku tak magicznej krainie, tak innej od wszystkich tych, o których dotychczas słyszała. Czas jako ich pan, magia otaczająca każdego mieszkańca z osobna. I ten brutalny wybór kolejnego władcy. Proces krwawy, przeprowadzany bez jakiejkolwiek empatii. Kiedy dokładnie słuchała kobiety, czuła niemal jakby w tej chwili również jej wyrywano serce. Jakby traciła tak ważny dla ciała narząd, coś co nadawało jej przynależności do istot żywych, ludzi.
      Westchnęła, kiedy siedząca zaraz obok kobieta znów spojrzała w stronę swojej terapeutki. Nie była do końca pewna, czy to właśnie takiej terapii potrzebowała Verity. Była zagubiona, samotna. Dokładnie tak jak ona, kiedy próbowała odnaleźć się w Fabletown, swoim nowym, odmiennym domu. Nie znała nikogo, tak jak mało osób słyszało o niej. Jak Verity wciąż wspominała dawne czasy, wszystkich tych ludzi, którym odbierała bezlitośnie życia, którym podcinała gardła, zostawiając zwłoki do powolnego gnicia. Nie potrafiła sobie pomóc. Jednak nawiązywane, nieliczne przyjaźnie i otaczający ludzie, wreszcie pomagali jej o tym wszystkim zapomnieć. O dawnej przeszłości, tak bardzo przez nią znienawidzonej. Dlaczego więc i Verity szukała suchej, cierpkiej, lekarskiej pomocy?
      Uśmiechnęła się ciepło w stronę kobiety, wpatrując się w nią swoimi zielonymi ślepiami. Widziała, że jej klientka nie do końca takiej reakcji się spodziewała. Ale nie o to jej chodziło. Wstała pospiesznie i stanęła zaraz przed Verity, nie spuszczając tego uroczego uśmiechu z twarzy.
      — Nie chcę cię martwić, ale to chyba nie mojej pomocy potrzebujesz — zaczęła powoli kołysać się na nogach, jak ta mała, wystraszona dziewczynka, co próbuje dać chłopcu zerwanego kwiatka. — Co powiesz na ciastko i dobrą kawę? Znam naprawdę świetną kawiarnię w pobliżu.

      Valerie

      Usuń
  37. [Byłabym wdzięczna za zaczęcie! ^^]


    Jack

    OdpowiedzUsuń
  38. [Ah, jeszcze o jednym nie pomyślałam. Z pewnością Hak pracował dla Verity już za czasów Nibylandii? Jeśli tak, to nasz pomysł trochę nie zgadzałby się czasowo, bo Huck stracił dłoń i został wysłany do Nibylandii po rozstaniu z Lorelei, a więc po jej ucieczce ze swojego królestwa. Potem Lucy trochę się pokręciła i została odesłana do Fabletown. Rozumiem, że w tym czasie Verity jeszcze była królową, i to pewnie przez dłuższy czas? Wówczas, gdy Verity uciekła, Lucy nie była już strażniczką i ewentualnie mogły na siebie wpaść gdzieś w baśniowych krainach - czyli bardziej coś pod pomysł nr 2 :D
    Chyba, że... olejemy granice czasowe i trochę je nagniemy? xD Jak sądzisz?
    Co do teraźniejszości. Ok, czyli takie spotkanie po latach w szpitalu byłoby chyba najlepsze, więc możemy przy tym zostać. Czy Lucy znałaby jej krwawą przeszłość? Hm, podczas ich pierwszego spotkania mogła od razu rozpoznać, że ma do czynienia z Królową Kier lub Verity przedstawiła się jej i Oberonowi (jeśli zostajemy jednak przy pierwszym pomyśle). Jeśli nie, to pewnie Oberon i tak by ją rozpoznał, bo władcy pewnie się nie raz spotykali. Można też pokombinować tak, że nikt nie rozpozna Verity. Mogła nawet podać Lorelei jakieś fałszywe imię, więc wszystko wyszłoby na jaw dopiero w Fabletown.
    W sumie, teraz tak pomyślałam, że Lorelei mogła np. poznać Jeffersona jeszcze w czasach baśniowych, jakoś tam się z nim zaprzyjaźnić i usłyszeć od niego opowieść o Verity. Nie wiem, jak obecnie jest z jej pamięcią - pamięta Jeffa? Bo wg. notki, zostając królową, została jakby pozbawiona tej pamięci. Dobrze rozumiem? Jeśli tak, Lucy mogła do tej pory nie wiedzieć, kim była Verity i poznać jej tożsamość dopiero w Fabletown. Lucy przypomniałaby sobie, że jej przyjaciel Kapelusznik opowiadał kiedyś smutną historię o miłości do pewnej dziewczyny, która potem została królową. A jeśli Verity nie pamięta tej części swojego życia, mogłaby teraz zacząć sobie przypominać, gdy Lucy zacznie jej opowiadać :D Wówczas, wątek można zacząć od takiego spotkania w szpitalu: Ver zajrzy do nimfy (nawet Hak mógł jej coś szepnąć, żeby dyrektorka miała oko na Crale), rozpoznają się, zaczną rozmawiać. Verity poda jej w końcu swoje prawdziwe imię i wspomni o tym, że była Królową Kier, a ta nagle przypomni sobie opowieść Jeffersona. Jak to widzisz? Nie wiem, czy coś takiego zgadzałoby się z twoją historią?]

    Lucy

    OdpowiedzUsuń
  39. Cześć! Miałyśmy wspólny wątek, ale niestety (z powodu braku weny jak i zbyt dużej ilości postaci na głowie), zmykam stąd z Shadowem. Bardzo przepraszam, jeśli ów czas na nasz wątek był zmarnowany, a ze swojej strony bardzo dziękuję za wspólną zabawę i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś gdzieś się spotkamy!

    Buziaki,

    Shadow

    OdpowiedzUsuń
  40. [ Podoba mi się ten pomysł :D Nie mam pomysłu na skargę, ale mogę coś wymyślić XD Chociaż z drugiej strony, jestem ciekaw co ty możesz stworzyć XD Zaczniesz, czy w drodze rewanżu ja mam zacząć? ]

    - Tak, sam. Uczę się właśnie takich... podstaw cukiernictwa.
    ~Ale kłamczuch... po ojcu pewnie. - fuknęła Alice - A może lodziarnie razem założycie?
    Lex odchrząknął, kręcąc głową. Będzie musiał jakoś wytłumić gadanie Alice, bo zaczyna podrzucać mu coraz dziwniejsze i odziwo, coraz lepsze pomysły.
    Słuchał uważnie swojej dawnej znajomej. W przeszłości lubił dla niej pracować. Imponowała mu jej bezwzględność i pewność w dokonywanych decyzjach.
    - Kobiecych przeczuć nie można ignorować. - przyznał. Był to dość przerażający fakt. Kobiety zawsze WIEDZIAŁY, chociaż nie były pewne co dokładnie. - Mogę się tym zająć... za dwie godziny. Muszę się wybrać w jedno miejsce, zanim zacznę kombinować. Sprawy związane ze śledzeniem są trudne. Będę musiał być ciągle gdzieś blisko ciebie. Może nie konkretnie w bliskości jednego metra przez cały dzień i noc... Ale na tyle blisko by mieć cie w zasięgu wzroku.
    Zjadł kawałek ciasta. Musiał przyznać, ze było niezłe. Chociaż, jak na jego smak, zbyt słodkie.
    Przyjrzał się swojej rozmówczyni. Po dawnej wielkiej i bezwzględnej królowej, pozostała tylko uroda, chociaż już mniej agresywna i wyrachowana. Wydawało się, ze zjadają ją wyrzuty sumienia.
    - Musimy tylko... wymyślić jakąś ciekawą historyjkę, którą sprzedamy twoim pracownikom. Trzeba jakoś usprawiedliwić moją obecność w szpitalu. Mogę stać się lekarzem, pielęgniarzem... a jak się uprę to pielęgniarką. W końcu jestem zmiennokształtny.

    Lex

    OdpowiedzUsuń
  41. [Nie ma sprawy, każdego dopada wątkowy leń w wakacje xD Sama muszę się trochę ogarnąć :D
    To może właśnie podczas ucieczki Verity, Czas w ostatniej chwili zmienił czasoprzestrzeń sprawiając, że V wylądowała w innej Krainie, w innych czasach? Jak sadzisz? Chyba, że wolałabyś, żeby nie miał żadnego wpływu na jej ucieczkę i nie zdążył w nic zaingerować? :D Ale tak, czy inaczej, po prostu można tą część zostawić nieopowiedzianą xD
    Wówczas zostajemy przy pierwszym pomyśle. Verity mogła dostać się do Królestwa Elfów, gdzie rządzili Oberon i Tytania lub po prostu chciała odpocząć gdzieś nad Renem. Tu w legendzie mam taki motyw, że Ren „przyjmuje” tylko tych o czystym sercu, a pozostałych zatapia. A może zmęczona Verity chciała się wykąpać lub napić wody, a Mistyczny Duch rzeki wyczuł, że ma do czynienia z kimś, kto zabijał dla zabawy? Wówczas, Lorelei mogłaby ją uratować. Od razu wiedziałaby, że kobieta nie ma złych zamiarów, więc nie była zagrożeniem dla skarbu Nibelungów (Lorelei zatapiała tylko mężczyzn, którzy pragnęli zdobyć drogocenności), więc mogła jej bezinteresownie pomóc, tym bardziej, że czuła się dość samotna, a nowa przybyszka wydała jej się interesująca. Spędziły razem trochę czasu, nimfa pomogłaby jej, podleczyła, nakarmiła, napoiła xD i ich drogi się rozeszły. Co o tym sądzisz? Lorelei mogła domyślić się na podstawie reakcji Renu, że Verity ma coś dużego na sumieniu, ale nie dopytywała. V za to nie przestawiłaby się – mogła wymyślić imię i jakąś historyjkę. Mogła mieć też (jak napisałaś) jakeś kłopoty z pamięcią. I wtedy mamy większe pole do popisu w Fabletown, jeśli chodzi o rozmowy. Jak sądzisz?
    W sumie to zależy od twojej wizji i pomysł na historię Jeffa :D Można zrobić tak, że on również pobłąkał się gdzieś po innych krainach i dopiero trafił do Fable, lub od razu trafił do Doczesnych. Lucy w sumie mogłaby poznać Jeffa już w Fabletown. Jakieś dwa lata temu, gdy nimfa trafiła do NY mogła się z nim zaprzyjaźnić, ten opowiadałby jej o swojej historii i o tym, że poszukuje ukochanej, a potem jakoś tam stracili kontakt.]

    Lucy

    OdpowiedzUsuń
  42. [O, no to mamy to! :D Wszelkie czasowe nieścisłości zrzuci się na niego i tyle xD
    Pewnie, tak możemy właśnie zrobić. Valerie będzie zagubiona, w głowie miałaby tylko jakieś strzępki pamięci, która dopiero co by do niej wracała, więc przedstawi się Lorelei jakimś przypadkowym imieniem. A resztę możemy wymyślać na bieżąco :D
    Ok, to może tak zróbmy :D Tak myślę, że motyw Jeffa to zawsze byłby kolejny temat do pogaduszek dla naszych pań :) No to mamy chyba wszystko, nie? :D
    Jasne, możemy zacząć od pierwszego spotkania gdzieś nad rzeką :D To byłby taki wstęp. Miałabyś ochotę zacząć? :3]

    Lucy

    OdpowiedzUsuń
  43. - Wyruszam na przygodę! - zawołał pogodnie do właścicielki mieszkania i wybył z "domu". Lubił to słowo, wydawało mu się przepełnione ciepłem. Zawsze jak je wymawiał lub o nim pomyślał to przychodził mu obraz uśmiechniętej kobiety, która żegnała go z delikatnym uśmiechem, a zaraz za nim nastepował kolejny, kiedy go witała. Zadowolony Jack potarł nos. Dla niego domem było Fabletown oraz to mieszkanie z tą przesympatyczną osobą.
    Luźnym krokiem ruszył przed siebie, wpierw szedł drogą, której się trzymał, bo nie chciał się tym razem zgubić. Był tak dumny z siebie, iż idzie wskazaną trasą, że zaczął nucić pod nosem piosenkę z radia, jaką zasłyszał i nawet nie zauważył, jak z owej trasy zboczył. Mógłby przysiąc, że to był moment, kiedy znalazł się w lesie, aniżeli na drodze miasta.
    - Chwila, chwila! - krzyknął, zatrzymując się nagle. Uważnie się rozejrzał dookoła. - Przecież tych drzew tu nie było... - burknął niezadowolony. - Byłem w mieście. Chyba? Byłem? Byłem prawda?
    Szybko zaczął się cofać na właściwy szlak, ale stało się to, czego się obawiał.
    - Zgubiłem się - powiedział do siebie. Jak zwykle dał ciała, lecz może to jest ta jego przygoda, której szukał? Kucnął na ziemi, chowając twarz w dłoniach. No przecież nie może się tak poddać! Jest Jackiem Frostem! Może wlecieć w powietrze i sprawdzić swoją lokalizację, polecieć do miasta! Ach, że też on o tym zapomniał!
    Szybko wzbił się w powietrze, w celu powrócenia na właściwy szlak. Był zaskoczony, jak daleko się oddalił, ale to już mu nie przeszkadzało. Ruszył w kierunku budynków, a w chwili, gdy już znalazł się między nimi stanął na ziemi.
    Ale zaraz..., gdzie ja jestem?, pomyślał zaskoczony. Zaczął się rozglądać dookoła niczym dziecko we mgle i nawet nie zauważył, gdy na kogoś wpadł, pod wpływem czego upadł na chodnik.
    - Przepraszam - wypalił zdziwiony faktem, że siedzi. Podrapał się po włosach, nawet nie kryjąc zdezorientowania. - O! - wykrzyknął nagle podnosząc się za pomocą magii i złożył ręce przed sobą. - Może ty... eee... pani mi powie: gdzie ja jestem? Bo się zgubiłem i nie wiem co zrobić. Byłem przed chwilą w lesie, znaczy się... - przyłożył sobie otwartą dłonią w czoło, po czym przejechał nią po całej twarzy. - Chodzi mi o to, że się zgubiłem.


    [Przepraszam za zwłokę!]

    Jack

    OdpowiedzUsuń
  44. - Uznaję, ze to co jest we mnie, stanowi integralną część mojej osoby, zatem... Owszem, sam piekłem.
    Zastanawiał się chwilę nad bajeczką, którą mógłby wymyślić. Mógł udawać inspektora sanitarnego bez konieczności zjadania kogoś. Wątpił by ktoś był na tyle odważny by chciał z nim dyskutować.
    - Jeszcze nie zdarzył mi się grać czyjegoś ochroniarza. - przyznał. - To nawet ciekawe.
    Odłożył pusty talerzyk na stolik kawowy i usiadł wygodniej, wbijając spojrzenie w sufit. Często tak robił, zastanawiając się nad czymś głęboko.
    - Czego mógłbym chcieć... Wiesz moze gdzie jest jakaś zbiorowa mogiła, której jeszcze nikt nie ruszył? Taki w którym leży co najmniej dwadzieścia osób?
    Pytanie wydawało się całkowicie pozbawione sensu, ale dla Lexa wiadomość ta była potrzebna. W zbiorowych mogiłach zawsze wytwarzała się pewna niespotykana siła. Resztka energii życiowej ludzi, których pochowano jeden obok drugiego, spływała na dno jaru i tam łączyła się i formowała kulę. Energię tę można było różnorako wykorzystać.
    - Potrzebowałbym dostępu, w miarę stałego do kartotek szpitalnych. To mi wystarczy jako zapłata... Dostęp do archiwum i obecnych kartotek pacjentów.
    Potrzebował wiedzy o mieszkańcach Fabletown oraz zwykłych doczesnych, którzy trafiali do tego szpitala. Czasami pewne informacje ułatwiłyby mu pracę, a zdobywanie ich drogą tradycyjną - nielegalną, trwało i kosztowało sporo.

    Lex

    OdpowiedzUsuń
  45. Przyglądał się dwóm płótnom wiszącym na ścianie, oprawionym w grube złocone ramy. Nie każdy psychiatra miał w gabinecie oryginalne dzieła Jana Vermeera, które wciąż znajdowały się na liście dzieł zaginionych. Jednakże oba należały do niego od lat i nikt nie kwapił się by sprawdzić ich autentyczność, gdyż jak się rzekło, oryginały wisiały w muzeach a nie w gabinetach podrzędnych psychiatrów.
    Lubił te obrazu. Woził je wszędzie ze sobą, za każdym razem gdy się przeprowadzał. Inne dzieła, kolekcjonowane przez lata umieszczał w bezpiecznych magazynach. Mógłby je wystawić na widok publiczny albo wypożyczyć do muzeów ale... były jego i tylko on mógł na nie patrzeć. Pokiwał głową, zgadzając się ze sobą.
    Pukanie do drzwi wyrwało go z zamyślenia. Jednak z pielęgniarek, poinfrmowała go, że dyrekcja wzywa. Rasputin zmarszczył lekko brwi. Czegóż też może chcieć?
    Zamknął gabinet i z kubkiem kawy w dłoni, ruszył korytarzem w kierunku gabinetu dyrekcji. Czuł na sobie spojrzenia pielęgniarek. Wiedział, ze uważały go za atrakcyjnego. Nawet mu to pochlebiało.
    Zapukał do gabinetu. Wszedł gdy został zaproszony.
    - Dzień dobry. - przywitał się i czekał na dalszy rozwój wydarzeń.

    Cillian

    OdpowiedzUsuń
  46. Na uwagę o Doczesnych wzruszył ramionami.
    - I tak mnie nie widzą. - odparł pospiesznie, po czym spojrzał na wskazany szyld, analizując słowa kobiety. Nie kojarzył tego miejsca, także raczej tutaj jeszcze nigdy nie trafił. Nic dziwnego, że się zgubił. Ale jak do cholery trafił on do lasu z prostej drogi? Nie był aż tak nieuważną osobą, no może troszkę był, ale... No właśnie. Ale.
    - Wyszedłem z domu szukać ciekawego zajęcia - odparł, dalej wpatrując się w szyld, jakby analizując i zapamiętując to miejsce. - Teoretycznie na przygodę, ale szczerze powiedziawszy nie wiem nawet czego szukać. Jestem zagubiony dosłownie i w przenośni - powiedział z szerokim uśmiechem, przenosząc wzrok na nią. - Jest tu coś ciekawego? Nigdy nie byłem w tej okolicy, także nie mam pojęcia co mogę tu zobaczyć i kogo spotkać. Aaaa! Właśnie. Jestem Jack Frost - skłonił się lekko, po czym przyjaźnie wyciągnął rekę przed siebie. - Miło mi, Variety.


    Jack

    OdpowiedzUsuń
  47. Wszedł do gabinetu, jednak widząc jej spojrzenie poczuł ukłucie niepokoju. Szybko w myślach, przejrzał swoje ostatnie osiągnięcie i porażki, szukając czegoś do czego mogła się przyczepić... Może chodziło o tą burdę w barze? Ale to było daleko stąd! I zbiegł zanim przybyła policja. Zatem to pewnie coś innego... Mniej interesującego.
    Usiadł na wskaznym miejscu, popijając swoją kawę.
    - Włąściwie to nie bardzo. - odparł zgodnie z prawdą. - To był bardzo spokojny miesiąc.
    Znów napił się kawy. Widocznie sprawa była poważna, skoro była taka wściekła... Ale z drugiej strony ta kobieta potrafiła wściekać się przez różne błahostki.
    Zerknął na kartkę papieru marszcząc lekko oczy. nie miał aż tak dobrego wzroku by przeczytać to z odległości, zwłaszcza że pism było istotnie godne pożałowania.
    Pochylił się nieco by przeczytać tekst gdy kartka została przysunięta.
    - Ah, pani Holland. - mruknął, popijając znów kawę. - Ciężka nerwica... I do tego zaburzenia obsesyjne. - przypomniał sobie. Znał karty swoich pacjentów niemal na pamięć. Czytał kilka chwil. Potem oparł się znów wygodnie na krześle.
    - Jestem psychiatrą. - przypomniał. - Często mam do czynienia z ludźmi chorymi... Ta pani... znacznie wyolbrzymiła to co jej powiedziałem. - odchrząknął, znów upijając łyk kawy. - W przeszłości leczono nerwice przez odpowiednie stymulowanie nerwów i doznań erotycznych. Po rozmowie z panią Holland, w której wyznała mi pewne fakty ze swojej przeszłości, doszedłem do wniosku że prawdopodobnie w braku erotycznych doznań tkwi jej problem. Nie miałem na myśli stosunku ze mną... - westchnął. - Ale mogłem spodziewać się i spodziewałem się właściiwe, że pani Holland przeinaczy całą sytuację. Seks, orgazm, stosunek płciowy i wszelkie formy miłości fizycznej są dla niej tematem dość... specyficznym.
    Znów napił się kawy, milknąc. Czekał na odpowiedź dyrekcji.
    - Jeśli pani chce, możemy zejść do archiwum. Pokażę akta osób, którym podobna terapia pomogła w znacznym stopniu.

    Cillian

    OdpowiedzUsuń
  48. - SPokojnie. Zadbam o bezpieczeństwo, gdy będę przeglądał wasze dane. Nikt nas nie powiążę. Mam w tym duże doświadczenie.
    Skrzyżował ramiona na piersi. Musiał obmyślić dobrą strategię działania. Może dodatkowa broń? Albo sprzęt szpiegowski? Albo moze zabawi się w starą dobrą szkołę ochroniarzy... Wiele było możliwoci.
    - Przyjdę za dwie albo trzy godziny. Muszę się przygotować.
    Odwieść cie do domu? I tak zaraz jadę do miasta...
    Znał kogoś kto mu pomoże i nie weźmie za to dużo. Przyjmie wygląd jakiegoś spokojnego osobnika, który nie będzie wyglądał podejrzanie i nie będzie zwracał na siebie uwagi. Albo może lepiej właśnie się pokazać? Odstraszać przeciwnika... Sprawa do rozważenia.
    - Powiedz mi jeszcze... umiesz posługiwać się bronią?

    Lex

    OdpowiedzUsuń
  49. [Przepraszam, że tyle to trwało. Administracyjne sprawy zabrały mi trochę czasu (planujemy kilka niedużych zmian na blogu), ale teraz postaram się odpisywać znacznie szybciej ;)]

    To był koniec lata. Dni nieubłagalnie mijały, a każdy kolejny stawał się coraz krótszy i chłodniejszy. Poranki witała delikatna mgła unosząca się tuż nad rzeką i nad łąkami. Pierwsze promienie słońca błądziły gdzieś pomiędzy drzewami, przesuwając się wolno i sprawiając, że rosa zaczynała przypominać malutkie brylanty. To ten widok Lorelei kochała najbardziej. Cudownie błyszcząca polana, a za nią gęsty las, które rozciągły się z jednej strony jej skały. Nimfie podobało się wszystko, co się świeci, co nie było niczym szczególnym zważywszy na to, że była strażniczką skarbu Nibelungów. Skarbu, nad którym ciążyła klątwa, która w niewielkim stopniu dotknęła i ją. Z tego też powodu powoli stawała się zachłanna na wszelkie świecidełka, więc i nawet na takie piękne widoki, jakie ukazywała jej nadreńska dolina o poranku.
    Westchnęła i przeniosła wzrok na drugą stronę, tam gdzie znajdowało się miasteczko Rinnan. Było tam od kiedy tylko pamiętała. Wsparte na drewnianych belach, zajmowało część rzeki w miejscu, w którym była najszersza. Lorelei kochała to miejsce. Kochała obserwować z góry te drewniane domki i ich mieszkańców. Godzinami wpatrywała się rybaków, którym wody Renu pomagały w połowach i w kobiety piorące odzież nad biegiem. Lubiła przyglądać się bawiącym się dzieciom i spłoszonym przez nie sarnom, które zabawnie czmychały do lasu. Ale najbardziej fascynowali są podróżnicy, którzy przybywali do miasteczka by odpocząć i podzielić się swoimi opowieściami. Wówczas sama, ukryta pod płaszczem i głębokim kapturem uciekała ze skały, zasiadała w gospodzie lub przy ognisku i wsłuchiwała się w ich niesamowite historie wyobrażając sobie, że kiedyś sama ruszy w podróż. Marzyła o tym, że zjawi się przystojny książę, który zabierze ją ze sobą - zupełnie jak w baśniach, które opowiadała jej Lirazel, przyjaciółka i córka króla Oberona. Choć, rzecz jasna, wolałaby, żeby jej książę był przystojnym wędrowcem, który zwiedził pół świata i zabierze ją ze sobą na zwiedzanie drugiej połówki, a nie do nudnego, odciętego od świata zamczyska.
    Nimfa, korzystając z okazji, że większość mieszkańców miasteczka jeszcze śpi, zeszła ze skały i wolno skierowała się w stronę brzegu rzeki, chcąc jeszcze z bliska rozkoszować się widokami porannej rosy i wykąpać w krystalicznie czystej wodzie. Ren był jej prawdziwym domem i nigdzie nie czuła się tak dobrze, jak w jego wodach. Pradawny Duch Renu był przecież jej opiekunem i pomocnikiem przy pozbywaniu się niechcianych gości próbujących zdobyć skarb Nibelungów. Lorelei upewniła się, że nikogo nie ma w zatoczce, po czym ruszyła brzegiem znacznie oddalając się od Rinnan. Tu rządziła natura. Majestatyczne drzewa, które po drugiej stronie tworzyły gęsty las zdawały się układać w ciasny szpaler niczym wojownicy, a łąka, po której stąpała właśnie Lorelei i ciąg barwnych krzewów przypominały miękką pierzynę zachęcającą do odpoczynku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wolno wkroczyła do rzeki, czując przyjemny chłód i płaskie kamienie pod stopami. Wchodziła coraz głębiej, by móc całkowicie się w niej zanurzył i już chciała zdjąć z siebie cienką zwiewną suknię, gdy poczuła nagły niepokój. Wody Renu wyraźnie przybrały, a ich nurt stał się w mgnieniu oka dużo szybszy. Nimfa wiedziała, co to oznacza, Duch wyczuł nieczystą duszę, która pragnie posilić się krystaliczną wodą. Rozejrzała się i dostrzegła postać klęczącą na drugim brzegu, tuż pod lasem. Postać sięgnęła ręką i w tym właśnie momencie duża, magiczna fala wepchnęła ją do wody, kotłując się i bulgocząc. Lorelei jeszcze przez krótki moment wpatrywała się z daleka w te miejsce i mogłaby przysiąc, że tajemnicza postać była młodą kobietą. Co też ktoś taki mógł uczynić, by Wody Renu postanowiły ją utopić? Tak postępowały jedynie z barbarzyńcami o czarnym sercu, którzy mieli na rękach krew niezliczonej ilości niewinnych ofiar, ale... młoda kobieta? Coś ją tknęło i zaciekawiło. Zanurkowała i już po chwili znalazła się przy bezwładnym ciele, które wolno opadło na dno. Chwyciła kobietę, uniosła ku górze i wyciągnęła na brzeg. Nie myśląc wiele skupiła myśli, by siłą swojej magii pozbyć się wody, która zalała jej płuca. Uratowana zakaszlała cichutko, a nimfa odetchnęła. Nie pomyliła się. Tuż przy niej leżała młoda, jasnowłosa kobieta. Była bardzo blada, posiniaczona i poraniona, a jej suknia z pięknego materiału w kolorze purpury była brudna i podarta.
      - Spokojnie, nie zrobię ci krzywdy - zaczęła, gdy ta powoli odzyskiwała przytomność.

      Lucy

      Usuń
  50. - Masz całkiem skomplikowane imię - stwierdził, gdy go poprawiła. - Ale postaram się je zapamiętać - szybko poczuł zażenowanie tym co zrobił, dlatego starał się to zamaskować komentarzem o stopniu skomplikowania.
    - Przytulna kawiarnia i ciastka? Uwielbiam ciastka. Mają tam tartaletkę albo może sernik na zimno z białą czekoladą? - zapytał z iskierkami w oczach. Co jak co, ale jedną z jego słabości były łakocie i na pewno nie odmówi. Dotknął swoich kieszeni, po czym uświadomił sobie, że nie ma portfela. Zamrugał dwukrotnie i sprawdził jeszcze raz. Był pewny, że wkładał go do spodni... albo bluzy. - Eee... mogłabyś mi pokazać dokładniej to miejsce? Któregoś dnia na pewno tam zawitam - pokiwał głową, kryjąc swoje speszenie. Jak weźmie portfel to będzie wiedział gdzie iść przynajmniej (o ile znowu się nie zgubi).


    Jack

    OdpowiedzUsuń
  51. [Dzięki ci xD Czasem, po dłuższej przerwie od pisania ciężko wbić się w taki rytm „odpisów na bieżąco”, potem człowiek odkłada wszystko na przysłowiowe jutro i wychodzi, jak wychodzi :D]

    Lorelei klękła tuż przy leżącej kobiecie, bacznie jej się przyglądając. Nie wyglądała groźnie. Raczej dość żałośnie i nimfa wyszła nagle z założenia, że ta musiała mieć jakieś poważne kłopoty. Mimo zabrudzonej twarzy i rozczochranych włosów dostrzegła, że nieznajoma jest naprawdę piękna, a resztki sukni, które miała na sobie przywodziły na myśl raczej królewskie szaty, a nie ubiór zwyczajnej mieszczanki. Zaintrygowała ją, nawet bardzo, a szczególnie ze względu na reakcję Ducha Renu.
    Kobieta odzyskała świadomość na tyle, by móc podnieść się do siadu, toteż Lorelei odsunęła się nieco, robiąc jej miejsce. Wciąż wpatrywała się w nią z zaciekawieniem, jakby po raz pierwszy miała do czynienia z człowiekiem. Po prawdzie, nieczęsto miała okazję poznać kogoś nowego. Większość czasu spędzała samotnie, pilnując skarbu, a jedynie od czasu do czasu gościła w pałacu Oberona, korzystając z każdej możliwości rozmowy z Tytanią, Hagenem lub Lirazel. Miała zakaz spouchwalania się z mieszkańcami miasteczka, co również bardzo jej ciążyło. Mogła patrzeć na nich z góry, wysłuchiwać ich opowieści w gospodzie, ale nie ukazywać się bez głębokiego kaptura i nie rozmawiać z nimi. Była legendą tej doliny i tak miało pozostać.
    Co się stało? Gdzie tak właściwie jesteśmy?. Spodziewała się tych pytań, bo od razu odgadła, że kobieta nie pochodzi z tych stron. Świadczyło o tym właściwie wszystko. Jedyne pobliskie zamczysko - od wieków należące do burgundzkich władców i miejsce narodzin Hagena – i jego mieszkańcy owszem, nosili równie szykowne szaty, jednak z zupełnie innym stylu niż to, co nieznajoma miała na sobie. Ale po kolei, najpierw miała zamiar spokojnie odpowiedzieć na jej pytania.
    - Jesteśmy nad brzegiem Renu – zaczęła, świdrując ją spojrzeniem – Tuż na granicy Królestwa Nibelungów.
    Pragnęła wyczytać cokolwiek z jej twarzy, z jej reakcji na te słowa. Widziała jedynie strach w jej spojrzeniu, jakąś przeraźliwą pustkę i dezorientację. Nie potrafiła w tej chwili wywnioskować nic więcej. Lorelei zmrużyła oczy.
    - Próbowałaś napić się wody i wpadłaś do rzeki – skłamała, choć tylko częściowo. I na to przyjdzie czas, w odpowiedniej chwili, choć niezwykle korciło ją pytanie, co tak potwornie złego uczyniła ta kobieta, że woda chciała ją pochłonąć.
    Rozejrzała się po krótkiej chwili namysłu. Skoro ocaliła tą biedaczkę, nie zostawi jej przecież na pastwę losu nad brzegiem. Zaprowadzenie jej na skałę również nie wchodziło w grę, więc musiała znaleźć jej jakieś schronienie, choćby na chwilę. Kto wie, jakich jeszcze sztuczek użyje tutejsza natura wobec złej przybyszki.
    - Dasz radę wstać? – zapytała, po czym sama podniosła się z miękkiego mchu i wyciągnęła ku dziewczynie dłoń.

    Lucy wybawca

    OdpowiedzUsuń
  52. - Oczywiście. Nie mam wątpliwosci co do diagnozy. Może się jedynie różnić trochę w zależności od płci psychiatry czy psychologa.
    Zabrał swój wielki kubek z kawą i opuścił wraz z nią gabinet.
    Ruszyli korytarzem, mijając pielęgniarki i lekarzy wiecznie się gdzieś spieszących. Kilka osób przyglądało mi się z ciekawością. Rasputin budział wśród personelu ogólne zaciekawienie. Nikt tak właściwie nie wiedział skąd się wziął. Pewnego dnia pojawił się w szpitalu i już tu pozostał.
    Do piwnic, w których było archiwum trzeba było zejść schodami. Chwilę obserwowali jak po schodach wdrapują się ci zdrowi, którzy próbują być fit. Cillian pchnął drzwi, prowadzące do piwnicy. Pachniało tu wilgocią i kurzem. Rury instalacji wodych pięły sie pod sufitem, sprawiając, że świetlówki musiały zostać zamontowane na ścianach. Rasputin napił się kawy.
    - Miłe miejsce... - sarknął. - Zawsze zapominam jak duże są podziemia tego szpitala.
    Ruszyli przed siebie. Po chwili dostrzegli przed sobą metalowe drwi, opatrzone napisem "Archiwum". Stanęli przy elektornicznym panelu, w który trzeba wpisać kod wejścia. Ian zerknął na panią dyrektor.
    - Proszę się nie krępować.

    Cillan

    OdpowiedzUsuń
  53. - Mieczem zbyt wiele nie zdziałasz. - wetchnął. - To już nie te czasy... Czasem tęsknie za wiekami średnimi.
    Wyciągnął z szafy kamizelkę, marynarkę i płaszcz. Nie odczuwał zmian temperatur tak jak inni mieszkańcy tego świata, ale musiał stwarzać jakieś pozory by nie rzucać się w oczy.
    - możemy legalnie skorzystać ze strzelnicy policyjnej albo pojechać na farmę i tam sobie postrzelać w przestrzeń. Jak przyjadę będę chciał przejrzeć twoje wspomnienia. Więc przypomnij sobie wszystkie chwile, w których czułaś się śledzona. Chcę je obejrzeć.
    Wsiedli do auta należącego do demona. Lex uwielbiał chować się w tej maszynie, niezwykle wytłumionej od dźwięków poza pomrukiem silnika.
    Zatrzymał się przed wejściem. Spojrzał na nią z uwagą i spokojem.
    - Do zobaczenia. Niedługo przyjadę.

    Lex

    OdpowiedzUsuń
  54. [Ja mam wybaczać opóźnienie? X) Niestety sama jestem królową spóźnialstwa jeśli chodzi o odpisy. Dwa miesiące, tak strasznie mi głupio. Najpierw wakacje, potem początek szkoły. Naprawdę nie potrafiłam znaleźć chwilki. Mam nadzieję, że mi wybaczysz i przyjmiesz ten odpis w ramach przeprosin <3 ]

    W miarę jak Królowa Kier wypowiadała kolejne słowa, jego oczy błyszczały coraz jaśniej. Do tej pory nawet nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo tęsknił za podobnym podejściem do życia. W świecie Doczesnych panowały zasady, których nigdy do końca pojąć nie potrafił. Choć spędził w nim już parę ładnych lat. Te przepisy, jedne wykluczające drugie, ta ludzka zawiść wylewająca się z każdego zakamarka. Baśniowcy nigdy tacy nie byli. Ich ruchy dało się przewidzieć, panujące reguły był jasne. A on sam był mistrzem w odpowiednim naginaniu ich do swoich potrzeb.
    Tutaj nie poszło mu tak kolorowo. Wiecznie wisiał nad nim cień kary. Robił dobrze, czy źle, na jedno wychodziło. Był z góry sądzony, nikt nie pytał o jego własne stanowisko. Czarny charakter. Tak go nazywali. Nawet ci, którzy nigdy nie mieli z nim do czynienia. Dostał etykietkę i nic nie mógł zrobić, by się jej pozbyć. Bardzo mu to nie odpowiadało.
    - Brzmi jak coś dla mnie – stwierdził z przebiegłym uśmiechem, wpatrując się uparcie w swoją rozmówczynię. Niezwykle się zmieniła od czasu, gdy widział ją po raz ostatni. Doskonale pamiętał te czasy. Bok przy boku, ramię przy ramieniu. Świat stał otworem u ich stóp. Byli dość przebiegli, sprytni, pomysłowi. Przeszkody pokonywali bez większych trudności. I gdzie oboje wylądowali? Zapijając smutki w byle barze szarego świata bez magii. – Jak stare, dobre czasy – dodał.
    Pomysł pozbycia się jakiegoś tam Doczesnego i to jeszcze pod pretekstem ochrony tajemnicy Baśniowców był dlań jak słodka piosenka. Idealniejszej przygody nie mógłby sobie wymarzyć. A brakowało mu ryzyka, walki, niebezpieczeństwa sprawiającego, że adrenalina krążyła mu w żyłach obok krwi. Zwyczajnie się nudził. Pirat wyrzucony na suchy ląd. Nic dziwnego, że jego dusza umierała.
    - Czuję, że dobijemy targu – przyznał szczerze, nachylając się delikatnie w jej stronę. To była poufna rozmowa. Świat skurczył się do ich złowieszczych półuśmieszków, a Jones powoli odzyskiwał dobry humor. Takiego obrotu zdarzeń w ciągu tego dnia się nie spodziewał. To była przecudna niespodzianka. Cudniejszej nie mógł sobie wymarzyć.

    Nakręcony Huckelberry

    OdpowiedzUsuń
  55. - O! To cudownie! - jego twarz rozjaśnił jeszcze szerszy uśmiech i niemalże skocznym krokiem szedł obok kobiety, starając się być uważnym. Chciał zapamiętać drogę.
    Słysząc pytanie zamyślił się na chwilę, jakby próbował sobie przypomnieć, po czym mogła dostrzeć w jego oczach przeprosiny.
    - Nie pamiętam. Nie mam najmniejszego pojęcia kiedy tutaj przybyłem - wzruszył ramionami. - Nie jestem typem, który rozpamiętuje cokolwiek. Wolę żyć tym co jest tu i teraz, tak jest łatwiej, przyjemniej, a dodatkowo nie zadręczam się przeszłością. - Umilkł na chwilę. - A ty? Kiedy przybyłaś do Fabletown?


    Jack

    OdpowiedzUsuń
  56. Widząc, że nieznajoma próbuje powoli podnieść się z ziemi, nimfa wyciągnęła ku niej dłonie. Nie chciała jej tu zostawiać, tym bardziej w takim stanie. Nie wyczuwała też od niej żadnych złych zamiarów, więc z czystej dobroduszności pragnęła jej pomóc. Rzadko kiedy miała okazję z kimś porozmawiać, z kimś pobyć, tak po prostu. Na co dzień była zupełnie sama, tym bardziej nie miała zamiaru pozostawić tej biedaczki na pastwę losu i to nad rzeką, która najwyraźniej ma do kobiety jakieś zastrzeżenia.
    Aż padło to pytanie. Nimfa od razu wyczuła zarówno w głosie, jak i w samym zmęczonym spojrzeniu dziewczyny iskierkę podejrzliwości. Może również strachu? Tak, znała ten rodzaj spojrzenia. Widziała strach w oczach każdego śmiałka, który pragnął zdobyć skarb Nibelungów, a już po chwili rozbijał się i tonął u jej stóp. Tego wzroku nie pomyliłaby z niczym innym. Cofnęła dłonie i zmarszczyła brwi. Nie miała powodu, by się nie przedstawić. Nie ukrywała swojej tożsamości przed nikim, nawet przed wrogami. Ba! Wręcz przeciwnie, lubiła chwalić się tym, że jest potężną nimfą Lorelei, o której krążą legendy i przed którą ostrzegani są wszyscy marynarze, żeglarze i piraci, którzy kiedykolwiek zapragną zawitać w te strony Baśniowych Krain.
    - Lorelei – odpowiedziała po dłuższej chwili zastanowienia i przez kilka kolejnych sekund szukała w spojrzeniu nieznajomej jakiejkolwiek reakcji na wypowiedziane imię. I mogłaby przysiąc, że blondwłosa słyszy je po raz pierwszy w życiu i to tylko utwierdziło ją w przekonaniu, że pochodzi z bardzo daleka.
    - Jestem nimfą, mieszkam tu nad rzeką. – dodała jeszcze nie mając pewności, czy pytanie towarzyszki dotyczyło tylko imienia, czy również rasy. Ponownie wyciągnęła ręce tu kobiecie dając jej równocześnie do zrozumienia, że szczerze pragnie jej pomóc. Podeszła znacznie bliżej podtrzymując ją, by stanęła na miękkim mchu. Podniosła wzrok i rozejrzała się po okolicy.
    - Tuż za tamtym drzewem stoi opuszczona rybacka chata – oznajmiła wskazując gestem gruby dębowy pień, zaledwie kilkadziesiąt kroków od nich – Tam odpoczniesz i wrócisz do sił. Musimy tylko do niej dojść, dasz radę – dodała jej otuchy.
    Zrobiła pierwszy krok, prowadząc ją obok siebie i w tym samym momencie dostrzegła, jak jej cienka biała sukienka nasiąka krwią.
    - Oh, jesteś ranna? – zaniepokoiła się. Nie mogły jednak dłużej zwlekać. Wolno ruszyły w wyznaczonym kierunku.
    Tak jak powiedziała, tuż zza grubego pnia drzewa wyłoniła się nieduża, stara drewniana chata, ukryta przed wzrokiem mieszkańców pobliskiego miasteczka. Pokrywała ją gruba warstwa wiekowego bluszczu oraz zielonkawe porosty, które zaczęły powoli zasiedlać spróchniałe deski. Część chaty znajdowała się na brzegu, natomiast reszta, wsparta na drewnianych palach zbudowana była tuż nad taflą rzeki. Lorelei pchnęła drzwi, które z łatwością ustąpiły. Ich oczom ukazało się niemal puste wnętrze. Po środku tkwił stary stół wraz z dwoma krzesłami, które zdawały się wrosnąć w omszałą posadzkę z desek. Wkroczyły do środka. Dalej dostrzegły, że podłoga kończy się w połowie pomieszczenia, gdzie pod dachem tkwiła stara drewniana łódź kołysząca się na wodzie, tworząc coś w rodzaju małej, prywatnej przystani. Lorelei ostrożnie wprowadziła towarzyszkę głębiej i puściła dopiero na starym posłaniu, tuż przy łodzi. Nie był to szczyt wygody, ale chwilowo musiało starczyć, dopóki nie znajdzie czegoś lepszego lub kobieta nie poczuje się lepiej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sama natomiast wśliznęła się do wody i zanurzyła. Ku jej uciesze, krew puściła, a zwiewna sukienka znów stała się niemal nieskazitelnie biała. Wynurzyła się po chwili, wpatrując błękitnymi oczyma w dziewczynę. Zaraz poszuka dla niej jakieś lekarstwa i jedzenie, ale najpierw chciała poznać, z kim ma do czynienia.
      - Skoro znasz moje imię, ja chciałabym poznać twoje – odezwała się, unosząc lekko w górę i w dół tak, jak prowadziła ją delikatna fala. Oparła ramiona na drewnianej desce, by móc lepiej przyjrzeć się jasnowłosej kobiecie – Skąd się tu wzięłaś?

      [Wybacz, jeśli słabo wyszło, ale troszkę gorzej u mnie ze skupieniem, a nie chcę zwlekać z odpisami x)]


      Lucy i jej zniszczona sukienka :”) xD

      Usuń
  57. [ Dobry! ^^
    W sumie, z tego co pamiętam to w bajce, Królowa Kier chciała kota skrócić o głowę, jednakże kat który miał to zrobić nie mógł, ponieważ skarżył się, że nie można ściąć głowy komuś kto składa się tylko z samej głowy ( ponieważ kot zastosował swoje zdolności znikania, jeśli wiesz co mam na myśli i o co mi chodzi :"D ). Więc możemy jakoś o to zaczepić tylko nie wiem jakby mogli się spotkać ;-; ]

    Lucky

    OdpowiedzUsuń

Szablon wykonany przez drama queen. Obsługiwane przez usługę Blogger.