sobota, 10 czerwca 2017

!! Witamy w Zakładzie dla Psychicznie Chorych "Fabletown" !!




Obudziło mnie poczucie, że jestem obserwowany. Gdzieś z ciemnego kąta mojego pokoju wpatrywała się we mnie para przenikliwych oczu. Pozostając w lekkim półśnie i ogólnym odrętwieniu, poczułem narastający lęk. Bałem się odwrócić głowę by dostrzec to co mi się przyglądało. Czekałem na słoneczne światło, które rozproszy mrok i ukaże mroczny kształt.
Nie byłem pewien jak długo leżałem, sparaliżowany lękiem. Przez okno padły w końcu upragnione promienie słońca. Odczekałem jeszcze chwilę i zerwałem się z łóżka. Jednak pokój był zupełnie pusty. Ale to przecież niemożliwe… Wyraźnie czułem obecność. Sprawdziłem pod łóżkiem i w szafie. Pusto.
Możliwe, że to coś uciekło gdy pojawiło się słońce. Może boi się światła tak jak ja ciemności. Jednak miałem się później przekonać iż ten mrok, towarzyszyć mi będzie zawsze. Zawsze będzie mnie obserwował z ciemnego kąta pokoju i milcząco oceniał moje życie. 


Zebrałem ułożone na krześle ubrania. Ten dzień wcale nie miał być lepszy od innych, z których wszystkie coraz bardziej przybliżają nas do nieuchronnej śmierci. Ale zaraz wracają wspomnienia z dzieciństwa, kiedy jeszcze nie wiedziało się o tej smutnej konieczności. Matka w sukience w duże pomarańczowe kwiaty i nieobecny ojciec.  Zimny piasek i jeszcze zimniejsza woda, zmieniająca się w niebo. I te samoloty, tworzące rozcięcia w niebie wypchane watą. Słodki zapach cukrowej waty i słony odór gnijących glonów i resztek ryb, w których z tak wielką lubością grzebało się patykami by potem wyprawić uroczysty pogrzeb gdzieś przy wydmach. Świat wydawał się taki zwyczajny i ułożony. Teraz, każdy dzień wygląda tak samo. Czy to nie okropne?
Pościeliłem łóżko i raz jeszcze ułożyłem na komodzie porcelanowe bibeloty, które zawsze ktoś mi przestawia. Stanąłem przy oknie by spojrzeć na trawiasty skwer i spacerujących po nim ludzi. Moją uwagę przykuła jedna z kobiet. Urocza blondyneczka w niebieskiej sukience siedziała na murku okalającym fontannę i zanurzała dłoń w chłodnej wodzie. Kochała wodę. Rozmawiałem z nią kilkukrotnie. Urocza istotka, pełna pewnej naiwności i…
- Durna suka. – warknął Daniel, tuż przy moim uchu. Wzdrygnąłem się z przestrachem. Nie usłyszałem jak wchodzi. Odwróciłem się w jego kierunku, unosząc brew.
- Nie strasz mnie. Ile razy mam ci to powtarzać? – burknąłem urażony.
- Już nie bądź taki ciepły… - prychnął Daniel, krzyżując ramiona na piersi. Oparł się biodrem o ścianę przy oknie i spod przymrużonych powiek, przyglądał się blondynce. – Powinniśmy ją zabić. Założę się, że jej krew pachnie bzem i agrestem.
- Nikogo nie będziemy zabijać. Nie będę cie więcej słuchał.
- Ta… akurat – sarknął, uśmiechając się szyderczo. – W końcu do mnie wrócisz. Obaj wiemy że tak będzie. I ta blondyneczka, pójdzie jako pierwsza na drogę do oświecenia. Kiedy już z nią skończymy… będzie dużo piękniejsza…
- Zamilcz durniu.
Obaj odwróciliśmy się w kierunku drzwi. Słowa te wypowiedział nie kto inny jak Patrick, mój dobry duch. Mężczyzna w średnim wieku, ubrany jak zwykle w czysty garnitur i koszulę, niemiłosiernie wygniecioną. Jednak taki miał styl. Patrick zbliżył się powoli by spojrzeć przez okno na niewinną istotkę, wobec której Daniel miał tak wielkie plany.
- Nie daj sobą manipulować, Alex. Wszyscy wiemy, że Daniel ma chore pomysły.
Patrick wepchnął się między mnie a Daniela, chcąc go ode mnie odizolować. Z ich dwóch wolałem poczciwą twarz Patricka i jego blond loczki, niż zaciętą i wiecznie obrażoną twarz Daniela. Jeśli miałbym opisać jego twarz powiedziałbym, że przypomina naburmuszone dziecko, któremu wiecznie odmawiano słodyczy. 


W końcu trzeba się trochę poruszać. Świat nie stoi w miejscu, więc gdybym ja się zatrzymał stałbym się anomalią i zaburzyłbym pole elektromagnetyczne. Tak przynajmniej twierdzi Eva. Jednak znam jej szalone pomysły i wiem, że jej słowa zawsze trzeba brać pół żartem pół serio. Zajęliśmy miejsce przy jednym z wolnych stolików na skwerze, na którego blacie wyrysowana była szachownica. Grywałem z Patrickiem, a Daniel i Eva siedzieli obok, dodając do całego pojedynku odpowiednie efekty dźwiękowe. Niestety, pojawił się ON i znów nam przerwał…
- Co to ma być?! To jest strategia?! Znam się na strategii! Prowadziłem czołg na wojnie, chłopcze!
Westchnąłem głęboko. Znów ON. Patrick przerwał rozgrywkę i spojrzał na mężczyznę z uprzejmym uśmiechem. Tak, on zawsze był uprzejmy, miły i wszystkich słuchał. Daniel wywrócił oczami i brzęczał coś o podrzynaniu gardeł gołą stopą. Eva za to, potajemnie podkochiwała się w owym ONYM i gdy tylko pojawiał się, opowiadając swoje dziwaczne historyjki, gapiła się na niego jak ciele.
ON na imię miał chyba Huckelberry. Jednak ze względu na to, że (jak twierdził) jest obserwowany i inwigilowany, zakazał używania swojego imienia na głos. ON był oficerem marynarki wojennej i z tego co wiem, nigdy czołu nawet z bliska nie widział. Służył na jednym z tych dużych opancerzonych okrętów, przecinających fale jak ostrze. Niestety, wybuch w ładowni zatopił okręt. Marynarze uratowali się, jednak nie wszyscy wrócili do domu zdrowi fizycznie i psychicznie. ON stracił dłoń i ciągle opowiadał historię o swojej wyimaginowanej krainie, Nibylandii, do której się ponoć przeniósł.
- Kiedy byłem na wojnie, gołymi rękami dusiłem delfiny by wykarmić mój oddział. – mówiąc to ON zamachał swoim wstawionym w protezę dłoni, plastykowym widelczykiem. Pierwotnie chciał umieścić tam hak, by polować na swojego białego wieloryba, jednak nie pozwolono mu używać ostrych przedmiotów, zatem plastykowy widelczyk musiał wystarczyć. Poprzednio miejsce w protezie zajmowało szydełko, ale pewnego razu wbił je w nogę jednemu z wiecznie kręcących się tu dzieciaków, chyba Peterowi, i szydełkowanie się skończyło. Jednakże przezwisko Kapitan Szydełko pozostało.
- Pędzę do mojej nimfy! – oznajmił ON i udał się w kierunku jasnowłosej kobiety, wciąż podziwiającej wodę w fontannie.
- Pewnie znów będą chcieli razem uciec do Nibylandii. Czy to nie romantyczne? – westchnęła Eva, przeczesując palcami włosy.
- Szkoda tylko, ze ta cała Nibylandia nie istnieje. Można by tam nieźle zaszaleć…– burknął Daniel. – Osz kurwa… Lezie Roger. No to się zebrało trio topielców. A niech się potopi tałatajstwo!
Patrick pokręcił głową, bo Danny powiedział to na tyle głośno, by wszyscy w okolicy naszego stołu to usłyszeli. Kapitan Szydełko, Roger, wiecznie chichocący kretyn opalony na heban, i urocza blondyneczka Lorelei już kilkukrotnie chcieli się przenieść do tej całej Nibylandii. ON uznał, że najlepszym sposobem będzie wykorzystanie portalu z fontanny. Próbowali już kilka razy i przy tym się prawie potopili. Nie chciano likwidować fontanny, gdyż jest zabytkiem lecz ze względu na to, że nasze trio: nimfa Lorelei, Kapitan Szydełko i wiecznie wesoły Roger, nie mieli zamiaru zaprzestać prób teleportacji, zmniejszono ilość wody z pół metra na jakieś 10 centymetrów.



- Lorelei powiedziała mi… - zaczęła Eva, nakręcając kosmyk kasztanowych włosów na palec. -… że chce wrócić do matki. Mówi, że kiedy zanurza się w wodzie słyszy jej głos. Niesamowite, prawda?
- Zaiste. – odparł Patrick, przestawiając gońca i szachując tym mojego króla.
- Co?! Jej matka była nimfomanką i ździrą! – głos dochodził z pobliskich krzaków. Odechciało mi się grać w te szachy. Z pomiędzy gałązek bzu wyłonił się elfi król. Mężczyzna ten nosił długie bardzo jasne włos. Wydawało mi się, że jest Skandynawem. Zwykle nie widywało się osób z tak delikatną urodą, wręcz chłopięcą i blond włosami. Elfi król nosił luźne ubrania tylko z naturalnych materiałów i często krył się po krzakach, udając że to jego królestwo.
- A skąd ty wiesz, co? –zasmuciła się Eva, zła, że ktoś śmiał zniszczyć jej romantyczną wizję.
- Wiem, bo ją znałem. Woglinda pracowała w jakiejś spelunie nad Renem, na zachodzie Niemiec. – mruknął elf, strzepując z rękawa lnianej tuniki grudki ziemi i liście.  Trudno było ocenić ile ten mężczyzna mógł mieć lat. Mógł mieć 20 i równie dobrze 50 lat i więcej. Jak sam twierdził życie zgodne z filozofią vege, pozwala się odmłodzić i zespolić się z naturą. Zarzucił swoimi długimi blond włosami, jak rasowy jednorożec i wrócił w swoje krzaki. A skoro mowa o jednorożcach…
Była wśród nas pewna persona, która regularnie co trzy godziny galopowała po trawniku w przyczepionym do czoła rogiem, stworzonym z tekturowej rurki po papierze ręcznikowym i folii aluminiowej. Właśnie nadbiegała. Danny podniósł się przyłożył dłonie do ust i krzyknął.
- Lord Voldemort się zbliża! Potrzebuje krwi jednorożca!
- Zamknij się. – warknąłem. Ten dowcip już nikogo nie bawił. Nikogo poza Dannym, który zaczął się skręcać ze śmiechu oraz Evą, którą bawiło wszystko. Patrick zebrał szachowe figury. Jeszcze nie udało mi się z nim wygrać, a znamy się już tyle lat.


Na obiad była ryba. Niby nic nadzwyczajnego. Jednak jedna z pań za każdym razem gdy podawali to konkretne danie, krzyczała że nie możemy jeść jej braci i sióstr. Nikt nie traktował tego poważnie. Zwłaszcza Daniel, którego największą życiową pasją było znęcanie się nad innymi, dokuczanie i zabijanie. Dlatego właśnie tu był. Po prostu zabijał i nie widział w tym nic dziwnego a nawet robił to z ciekawością i fascynacją, zachwycając się za każdym razem zapachem wnętrzności swojej ofiary.
- Kiedy byłem na wojnie ryby to były jedyne zwierzaki domowe… Z wyjątkiem kleszczy, wszy, tasiemca… a szczęściarze mieli nawet świerzbowca… - oznajmił Kapitan Szydełko, jedząc swój posiłek plastikowym widelczykiem sterczącym z kikuta. Eva znów zaczęła chichotać, jako jedyna zawsze śmiała się z „petard” Kapitana.
Jedliśmy w spokoju aż pojawiła się Magdala. Przysiadła się do nas, jak zwykle. Jeszcze nigdy nie widziałem uśmiechu na jej twarzy. Była zupełnym przeciwieństwem pogodnej i wesołej Evy, odzianej zawsze w kolorowe ubrania, które sama szyła z różnych szmatek. Magdala była ponura, cicha i melancholijna. Czuło się bijące od niej cierpienie i smutek. Skromna, ubierająca się na czarno kobieta, płacząca przy każdej okazji.
- Peter znów spadł z drzewa – poinformowała Magdala, dźgając widelcem kawałek ryby. – Dziwny z niego chłopiec… Taki zagubiony.
- Zaiste. – odparł Patrick. Często powtarzał to słowo, jako potwierdzenie tego, że słucha swoich rozmówców.
Magdala westchnęła. Wsadziła do ust kawałek ryby, na który zaczęły spadać jej słone łzy. Wywróciłem oczami. Ta kobieta ciągle płakała. Przypominała sobie chyba tylko najgorsze rzeczy ze swojego życia.
- Przecież nie lubisz ryby. – zaczęła Eva, przyglądając się koleżance.
- Wiem… Ale biedne dzieci w Afryce nie mają nawet tego. Dlaczego ja mam wybrzydzać jak oni głodują?
- To weź to kurwa wsadź w paczkę i wyślij. – burknął Daniel. Na te słowa Magdala rozpłakała się jeszcze bardziej. Nie lubiła gdy ktoś dementował jej wiarę w dobre uczynki. Natomiast Eva znów wybuchła niekontrolowanym chichotem.


Nasz domorosły mag i czarodziej Merlin, spędził chyba z pół godziny w kącie, przygotowując nową sztuczkę. Chodził w szpiczastej granatowej czapce w srebrne gwiazdki i pelerynie ze starego podkoszulka. Chichotał od czasu do czasu, poruszając zabawnie barkami w górę i w dół. W końcu poderwał się i odwrócił w naszym kierunku.
- Kto chce zobaczyć nową sztuczkę?! – zawołał, bardzo z siebie zadowolony.
Nie można było nie zauważyć iż w jedną z dziurek w nosie wetkniętą miał monetę, zniekształcająca cały nos. Widać też było cienki strumyczek krwi, kapiący z owej rozciągniętej dziurki.
- Niech zgadnę… Będziesz wyciągał monetę z nosa? – prychnął Daniel, krzyżując ramiona na piersi.
- Skąd wiedziałeś?!? – jęknął Merlin.
- Zaiste. – mruknął Patrick, nie odrywając spojrzenia od stron czytanej książki.


Lucjan, większość czasu spędzał w swoim pokoju albo w piwnicy. Stworzył tam swoją tajną destylarnie. Starał się stworzyć magiczny napój wysokoalkoholowy. Do destylacji używał różnych rzeczy. Owoców, warzyw, mięsa, czekolady, roślin, zużytych skarpet, węgla i wielu innych rzeczy, podkradanych każdemu kogo znał. Sam Lucjan twierdził z przejęciem, że jest władcą piekieł. Podejrzewałem, że miało to coś wspólnego z tym, że ta jego destylarnia była tuż przy głównym piecu kotłowniczym, z którego czasem buchały płomienie.
Trudno było znaleźć miejsce, w którym można było spokojnie odpocząć. Wybraliśmy naszą małą bibliotekę, gdyż zwykle nie przebywało tam na raz więcej niż trzy osoby. Zajęliśmy jeden ze stolików i rozłożyliśmy planszową grę. Grałem z Patrickiem, Danielem i Evą, bo Magdala wolała popłakać sobie, czytając kolejną okropną książkę o ludzkich cierpieniach. Rzuciłem kostką i przesunąłem pionek o pięć pól, gdy nagle…
- Psssssst… Pssssssssssst!
Powinienem to zignorować. I na prawdę się starałem. Jednakże wiedziałem kto tak „psyta” i byłem pewien, że Lucjan nie da się zignorować. Ostatnio gdy wydestylował sobie samogon z bliżej nieokreślonego składu, zatruł się i uznał, ze jest moim ojcem. Od tamtego czasu to właśnie mnie przynosi nowe wydestylowane dzieła, bym spróbował i ocenił.
Odwróciłem się. Chował się za jednym z regałów. W dłoni trzymał słoiczek po przecierze pomidorowym, z jak się domyślałem, nową wódką. Wszystkie swoje przepisy zamierzał opatentować. Podszedł, ściskając słoiczek jak swój największy skarb. Przykucnął przy stoliku między mną a Evą.
- Zrobiłem coś wyjątkowego. – pochwalił się półszeptem. – Spróbuj synu…
Wręczył mi słoiczek. Nie miałem ochoty tego próbować. Byłem pewien że to jest wstrętne i że zapewne to odchoruje.
- A daj to ojciec. – mruknął Danny. Odkręcił słoik i wypił żółtawy, mętny płyn.
-Mmmm… Doskonałe Lucjanie... Ale do usuwania rdzy z Titanica! – warknął Daniel, wylewając resztkę samogonu na podłogę. Eva tradycyjnie skwitowała całą scenę śmiechem.


Kolejny zwyczajny dzień w Zakładzie dla Psychicznie Chorych „Fabletown” właśnie dobiegał końca. Przed spaniem znów ustawiłem porcelanowe bibeloty na komodzie. Czekam na dzień, gdy w końcu ktoś przestanie mi je przestawiać. Kładąc się spać, czułem strach. Znów czułem się obserwowany przez tę mroczną istotę. Byłem tu sam i mogłem liczyć tylko na siebie. Paraliżujące uczucie i ucisk w brzuchu, przyspieszający bicie serca. Leżałem bez ruchu na pościeli. Miałem wrażenie, że jeśli się ruszę ten mrok mnie pochłonie.
Ktoś zapukał do drzwi. Nie poruszyłem się. Dopiero gdy pukanie znów się rozległo, krzyknąłem „proszę” i usiadłem na łóżku, stawiając stopy na podłodze. Nagle poczułem jak jakaś chłodna dłoń łapie mnie za kostkę. Ręka wysunęła się spod łóżka i wiedziałem, że mnie nie puści. Byłem w mocy Mrocznego… Chłód przechodził przez całe moje ciało falami, wywołując drżenie mięśni. Teraz bałem się nawet mrugnąć…
- Tabletki nasenne.
Odwróciłem powoli głowę w kierunku, tego kto wszedł i kto wypowiedział te magiczne słowa. Doktor Endevor Strange był jednym z tych lekarzy w ośrodku, którego naprawdę ceniłem. Ale teraz… dlaczego nie widział tej łapy spod łóżka?! Przecież musiał ja widzieć gdy podszedł i podał mi kieliszek z dwiema tabletkami. Spojrzałem na niego z niemym błaganiem o pomoc. Jednak on tylko się uśmiechnął i wręczył mi butelkę wody, którą zawsze trzymałem przy łóżku. Jakimś cudem połknąłem tabletki… Dłoń, trzymająca moją kostkę zniknęła. A ja zapadłem w sen, pełen mrocznych cieni.


Przywieźli dwóch nowych pensjonariuszy z zaawansowaną tęczozą. Była to ciężka choroba, z której trudno się było wyleczyć. Obserwowałem chwilę doktora Strangea gdy wpisywał w dokumenty jakieś dane nowych.
- Świetnie! – zaśmiała się Eva, bawiąc się jak zwykle swoimi długimi włosami. – W końcu będę miała z kim gadać! Założę się, że zostaniemy best psiapsiułami z tymi nowymi.
- Tęczoza jest zaraźliwa. – przypomniałem – Uważaj na siebie.
- Oj!!! Jesteś taki słodki!!! Martwisz się o mnie!!
I po co się odezwałem? Teraz Eva wisiała na mnie, przytulając się do mnie jakbym był pierdolonym pluszowym misiem. Ignorowanie jej szło mi całkiem nieźle. Szukałem wzrokiem czegoś, co mogłoby zająć mój umysł na te kilka chwil. Ze swojej stajni właśnie wybiegło dwóch jeźdźców z pluszową głową konia na patyku między nogami. Podobnie jak nasz jednorożec, ci dwaj panowie objeżdżali teren na swoich rumakach. Nie interesowałem się nimi zbytnio. To Patrick wiedział wszystko o wszystkich. Jeden chyba uważał się za jeźdźca apokalipsy a drugi za jeźdźca dzikiego gonu, cokolwiek to znaczy. A niech galopują… byle by tylko znów nie wpadli na pomysł by polować na jednorożca… i nie próbowali znów poić koni w fontannie nimfy Lorelei, bo ta niepozorna kobietka potrafiła naprawdę wpaść w szał.


Siedziałem wraz z Danielem i Patrickiem w bibliotece. Jedna z pielęgniarek oprowadzała „nowych” po pomieszczeniach. Dwoje z tęczozą zachwycało się każdym szczegółem. Nic nadzwyczajnego z tą przypadłością… Jednak trzecia osóbka, filigranowa blondynka, wyglądała na zniesmaczoną i wręcz urażoną tym, że ktoś śmie pokazywać jej taki mierny ośrodek.
- To Złotowłosa. – poinformował Patrick, który jak zwykle wiedział wszystko o wszystkich. – Włamuje się do domów i w nich pomieszkuje. Oczywiście je potem okrada. Ogólnie kleptomanka i wariatka…
- Kto daje dziecku na imię Złotowłosa?! Nic dziwnego, że stała się przestępcą… - zarechotał Daniel, na tyle głośno by dziewczę go usłyszała. Złotowłosa wykrzywiła wargi w czymś co miało być uśmiechem i pokazała Danemu środkowy palec. Pielęgniarka ją skarciła i poprowadziła dalej.
Cóż, to nie pierwsza kleptomanka w tym ośrodku. Jest tu już taka, która nałogowo kradnie buty. Nie bierze par a jedynie prawy but. Twierdzi, że szuka swojej drugiej połówki i te buty jej w tym pomogą. Wariatem człowiek się ponoć rodzi…



- Wszystko w porządku?
Podniosłem spojrzenie by zlokalizować tego, do kogo głos należał. Doktor Strange stał tuż obok i przyglądał mi się z troską.
- Tak. Właściwie to tak.
- Koszmary wróciły? – dopytywał, przechylając głowę w bok co zawsze czynił gdy słuchał uważnie.
- Nie wróciły te, które przerażały mnie najbardziej. Są tylko ludzie cienie…
- Chyba zwiększę ci dawki leków. Nie chcę byś znów zrobił coś głupiego.
Uśmiechnąłem się smętnie. Owszem, próbowałem się zabić. Dwa razy… Głównie dlatego tu byłem. Tak bardzo bałem się tego, co tkwiło w mojej głowie że nie mogłem sam siebie znieść. Chciałem przestać czuć.
- Jest dużo lepiej. – odparłem uspokajająco. – Mam tu przyjaciół. Dzięki nim jest łatwiej.
- Bardzo się cieszę…


Z okna swojego pokoju obserwowałem naszego łowcę, polującego na Bestię. Łowca był niegdyś żołnierzem. Przestał być sobą gdy oberwał cegłą w głowę. Od tamtej chwili, wszędzie widział swoich wrogów. Był nieufny i zabezpieczał swój pokój, jak tylko się dało. Gdy przychodził czas brania leków, pielęgniarze musieli go przytrzymać albo związać, by móc podać mu leki. Łowca jednak zawsze wykrzykiwał, że chcą go otruć. I tak codziennie… od kilku lat. I co dzień poluje na każdego z pensjonariuszy po kolei. Jednak Bestię upodobał sobie najbardziej… Tylko Bestia, nie licząc elfiego króla, przesiaduje w krzakach i chowa się przed łowcą, co daje temu drugiemu prawdziwą radość.
Bestia natomiast był w miarę świeżym mięsem. Mężczyzna miał koło trzydziestu lat. Patrick twierdzi, że jest synem jakiegoś bogacza i mieszka w zamku. Jednak nie zmienia to faktu, że człowiek ten odmawia wszelkiego kontaktu z wodą i środkami czystości. Kąpanie go to prawdziwe wyzwanie. Właśnie dlatego otrzymał taki pseudonim. Brudny, nieogolony, śmierdzący… Jeszcze twierdzi, że brud chroni go przed złymi mocami i złymi falami energii wysyłanymi przez kosmitów.


Na ławce pod drzewem, na które ciągle wdrapywał się biedny, zagubiony Peter, siedział Davy ze swoim przyjacielem w plastikowej torebce z wodą. Davy był marynarzem, nurkiem i w czasach swojej świetlanej młodości polował na krokodyle. Bardzo lubił nurkować przy rafach koralowych i oglądać z bliska dziką przyrodę. Właśnie przy jednej z raf, znalazł swojego ukochanego przyjaciela Krakena, którego wszędzie ze sobą nosił w torebce z wodą. Kraken był małą różowiutką ośmiorniczką, która mnie osobiście przypominała gumową zabawkę. Nie byłem też pewny tego czy to istotnie nie jest zabawka, ponieważ Kraken od kilku miesięcy pływał w tej samej wodzie, w tej samej torebce i jeżeli kiedykolwiek był żywą istotą teraz już definitywnie nie żył. Jednak Davyemu najwyraźniej to nie przeszkadzało, gdyż z lubością rozmawiał z mięczakiem i pokazywał mu świat jak swojemu dziecku.
Obok Davyego i Krakena siedziała rudowłosa niezwykle urodziwa kobieta. Była piromanką. Wywołała ze trzy większe i kilka pomniejszych pożarów. Wierzyła, że odrodzi się w płomieniach jak feniks. Nosiła biżuterię z piór a we włosy wplatała długie ufarbowane na czerwono i żółto pióra, które sprawiały że jej włosy przypominały lwią grzywę. Lubiłem ją, chociaż już dwa razy wraz z Danielem, próbowała podpalić moje książki. Cóż, zdarza się najlepszym…


Innym fascynującym przykładem pensjonariuszy naszego ośrodka była para bliźniąt, które walczyły ze swoimi natręctwami. Hansel i Gretel ledwo odrośli od ziemi a już wyglądali jak para zdziadziałych tetryków. Ich największym problemem było zjadanie różnych dziwnych rzeczy. Właściwie próbowali zjeść wszystko co im wpadło w ręce. Trawę, drewno, tynk ze ściany, papier, plastik, ceramikę i różne inne rzeczy. W ich chorych umysłach rzeczy te smakowały jak najwspanialsze słodkości. Raz przyłapałem ich na zjadaniu bliżej nieokreślonej substancji w toalecie. Naprawdę, nie chciałem wiedzieć cóż takiego próbowali… Ale mimowolnie zauważyłem brak kostek odświeżacza w pisuarach. Jednocześnie brzydzili się zwykłego jedzenia, co zmuszało pracowników do karmienia ich dożylnie lub rurką, wprost do żołądka.



Bałem się nadchodzącej nocy. Bałem się zasnąć. Wiedziałem, że Mroczny gdzieś tam czyha na mnie. Wszystko powoli wracało… Ale może wystarczyło by połamać maszynkę do golenia, wydobyć ostrza i pozwolić by ciekła jucha ozdobiła podłogę? Albo może podrzeć prześcieradło i upleść z niego pętlę? Poprzednio zdążyli mnie odciąć i odratować. Jednak tutaj trudno było o kilka chwil samotności. Zaraz pewnie pojawi się doktor Strangea z baletkami nasennymi. Zawsze przychodzi wieczorem…
Znów pukanie.
Znów moje głośne „proszę”.
Znów doktor Strange z kieliszkiem z dwiema tabletkami.
- Mam dla ciebie dobrą wiadomość, Alex. Uznaliśmy, że już najwyższy czas byś opuścił nasz ośrodek. Dostaniesz oczywiście recepty na lekarstwa i chciałbym być czasem ośrodek odwiedzał, ale podejrzewam że nie ma już powodu byś dalej miał tu przebywać.
Powiedział to z taką radością w głosie, ze nie miałem sumienia powiedzieć mu jak bardzo się myli. Że przecież Mroczny znów wrócił, że mnie znalazł i czyha na moje życie…
Uśmiechnąłem się tylko, biorąc tabletki.
- To chyba dobrze.
- Wiem, ze wiele osób będzie tu za tobą tęsknić. Dobrej nocy.
Obserwowałem jak wychodzi i zamyka za sobą drzwi. Znów zostałem sam na sam z Mrocznym. Na szczęście sen przyszedł szybko.


Przechadzając się po niemal opustoszałych ulicach uśpionego miasta, wsłuchiwałem się w kakofonię odgłosów nocy. Warkot silników, dźwięk klaksonów, zgrzyt metra i kolejek, przytłumione dźwięki muzyki, syreny policji i karetek… I jeszcze cudownie obrzydliwy zapach tej betonowej dżungli, zamieszkałej przez najgorszy znany tej ziemi gatunek zwierząt – ludzi. Nowy Jork był miastem naprawdę magicznym.  Zawsze mnie przyciągało.
Wszedłem do jednej z całodobowo otwartych knajpek. Zająłem wolne miejsce przy barze na wysokim stołku i zamówiłem coś do jedzenia. O tej porze było niewielu gości. Kobieta, która postawiła przede mną talerz z hamburgerem i kubek z mocną kawą, wyglądała na wykończoną. Domyślałem się, że ciągnie dwa etaty by jakoś dożyć kolejnego miesiąca.
Wbiłem spojrzenie w telewizyjny odbiornik starego typu, wiszący nad barem. Do tego lokalu nie wpuszczono współczesności. Żadnych płaskich telewizorów, nowoczesnego radia w którym dźwięki są czyste i krystaliczne. Chociaż zabawny dźwięk starodawnej kasy z przyciskami jak w maszynie do pisania, podobał mi się bardzo.
Prezenterka w eleganckiej garsonce, wpatrując się mi niemal w oczy przez szybę odbiornika, mówiła:
„ Wczoraj wieczorem z zamkniętego zakładu dla chorych psychicznie „Fabletown” zbiegł pacjent. Może stanowić poważne zagrożenie dla siebie i dla innych…”
Wtedy wyświetliło się moje zdjęcie… NIEEEE! Tylko nie to paskudne zdjęcie z akt! To najgorsza fotka jaką mi w życiu zrobiono… Jestem taki fotogeniczny… A tu wyglądam jak jakiś… no właśnie…
- Mówiłem, że wiele osób będzie za tobą tęsknić.
Zerknąłem na doktora Strangea, siedzącego tuż obok. Eva zachichotała i przytuliła się do moich pleców.
„Alexander Heller był podejrzewany o dokonanie kilku morderstw, jednak ze względu na brak dowodów nie został skazany a jedynie przymusowo umieszczony w zakładzie „Fabletawn” na leczenie” – trajkotała dalej prezenterka – „Według lekarzy, pacjent był agresywny, groził innym pacjentom i personelowi, miał zmienny nastrój, odmawiał przyjmowania leków i…”
- Głupia cipa. – warknął Daniel, pijąc moją kawę. – Będzie następna. Założę się, że jej flaki mają słodką woń palonego bursztynu…
- Zaiste. – potwierdził Patrick, uśmiechając się do mnie pogodnie.
- Będę tęsknić za Fabletown… - westchnęła Magdala, ocierając łzy.
Byłem zdziwiony, że nikt z obecnych w knajpie osób, nie rozpoznało mnie. Widocznie nikt poza mną nie spojrzał w telewizor. Może to i dobrze? Oszczędzili sobie wiele bólu…
Zapłaciłem, wstałem i wyszedłem. Uderzyła mnie znów woń Nowego Jorku, wraz z tymi wszystkimi bodźcami, które napędzały mnie i moich przyjaciół do pracy. Przechodząc obok biurowca ze szkła, przystanąłem by spojrzeć na swoje odbicie. Czasem zastanawiałem się dlaczego moi przyjaciele nie mają odbicia w lustrze. Według Evy, lustro to przejście do innego świata i tylko nieliczni mogą dostąpić tego zaszczytu. Jednak ja wiedziałem, ze są obok. Cała piątka. Widziałem ich, słyszałem i czułem. A to, że inni ludzie ich nie dostrzegali, wcale nie znaczyło, że ich nie ma…


Patrick – ten czytający z ludzi

Daniel – ten wredny
 
 Eva – ta wesoła
 
Magdala – ta cierpiąca

Endevor Strange – ten inteligentny

 

I ja - łącznik ze światem po drugiej stronie lustra 


-------------------------------------------------------

Dziękuję za dotarcie aż tutaj! Mam nadzieję, że się podobało. 
Z góry przepraszam i dziękuję wspomnianym w notce postaciom: Lucy Crale, Huckelberremu Jonesowi, Lucyferowi, Piotrusiowi Panu, naszemu cudownemu jednorożcowi, Burtonowi, Sethowi, Davyemu wraz z Krakenem, naszej pięknej pani Feniks, pannie syrence, Oberonowi, Bestii i innym, którzy pojawili się w notce a jeszcze nie pojawili się na blogu :)

8 komentarzy:

  1. Awwwww *o* Jestem zachwycona i zaszczycona. Kapitan Szydełko! Yay XD <3 Bardzo przyjemnie wyłapywało się te wszystkie odnośniki do postaci ( kocham wiecznie wesołego Rogera <3333 ). Pomysł na zrobienie z Fabletown psychiatryka mnie urzekł. Idealne to jest! Więcej tego chcę!
    Sama w sobie historia też była fajna. całość przyjemnie się czytało, a dodanie piątki wymyślonych znajomych było jednocześnie urocze i przyprawiające o ciarki na plecach. Podsumowując to było dobre marynarzu ;) I to zaszczyt, że Eva podkochiwała się w ONYM :>

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest mi niezmiernie miło :D
      W takim razie wiecznie wesoły Roger pewnie się jeszcze u mnie pojawi w notce fabularnej przy okazji kolejnej zabawy :D
      Notka miała być dużo dłuższa, bo mam niezliczone pomysły ale musiałem się wstrzymać bo byłaby już za długa XD
      Bardzo dziękuję za opinię :D

      Usuń
  2. Hahaha, spodziewałam się, że to będzie epickie, ale przeszedłeś samego siebie! xD Lucy i jej fontanna, rozwaliło mnie to! W dodatku jako przejście do Nibylandii <3 Kapitan Szydełko najlepszy oczywiście. I wesoły Roger <3 xD Jestem zaszczycona takim gościnnym występem, aż poczułam się jak prawdziwa gwiazda bloga xD
    Bardzo fajny pomysł, Fabletown jako psychiatryk brzmi wprost idealnie, dziwne, że jeszcze nikt wcześniej na to nie wpadł :D Cudne pomysły na wykorzystanie różnych baśniowych postaci, śmiałam się przez cały czas :D Oberon w krzakach, hahaha <3 No i Voldemort z krwią jednorożca <2 xD
    Koniec wyszedł ci bardzo ciekawie, ładne podsumowanie z tym lustrem :D
    Notka wręcz epicka, więc pisz więcej!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zawsze chce pisać więcej XD Tylko obawiam się, że nie każdy mógłby przetrawić to co siedzi mi w głowie XD
      Niemniej, dziękuję za przeczytanie :D

      Usuń
  3. No zakończenie i w ogóle całe opowiadanie przeepickie - świetnie ci wyszła pierwsza próba, może jakieś myśli nad kontynuacją? :D
    Jak wspomniano - pomysł przerobienia Fabletown na psychiatryk jest grubo ponadprzeciętny i fantastyczny. Scenka z fontanną i tym jak się o mało co w niej nie potopili byleby tylko przejść przez portal... Mistrzowskie. Fajnie też w sumie, że są to scenki a nie ciąg. Dużo fajniej się to czyta :)
    Zarzucił swoimi długimi blond włosami, jak rasowy jednorożec - <3
    Mmmm… Doskonałe Lucjanie... Ale do usuwania rdzy z Titanica! - Andy Anderson wiecznie żywy :D

    Naprawdę bardzo fajne - pisz więcej! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście że Andy! Ta bajka to całe moje dzieciństwo XD Jego kwintesencja :D
      Dzięki za przeczytanie :D

      Usuń
  4. Co mam ci synku powiedzieć? To było ŚWIETNE a nie...czekaj... E-P-I-C-K-I-E!!! Chyba nikt nie przypuszczałby że Fabletwon mogłoby być ośrodkiem dla wariatów :D Nowy i oryginalny pomysł, podoba mi się :D
    Chyba nie muszę mówić, że scenki z Lucjanem mi się podobały najbardziej xD
    Ogólnie podoba mi się wplecenie kilku postaci do notki, to je świetne :D
    Liczę na ciąg dalszy :D Bo w sumie to pomyślałem że fajnie byłoby aby Alex spotkał Willa kleptomana z leśnego Caritasu, albo jeszcze kilka innych postaci :D
    Mogę powiedzieć że ta twoja notka to takie krzywe zwierciadło tego wszystkiego :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Alex może wszystko XD Przy okazji następnej zabawy, bo liczę że będzie, wykorzystam też Willa :D
      Dzięki za przeczytanie i komentarz, papo :D

      Usuń

Szablon wykonała Night Tear. Źródło: WallPaper. Obsługiwane przez usługę Blogger.