niedziela, 18 czerwca 2017

Where there once was love, now there's only me and the lonely...



To miał być jej dzień. Wstała bardzo wcześnie, jeszcze przed świtem – z nerwów nie mogła spać. Suknia już na nią czekała. Piękna, idealnie podkreślająca jej urodę. Mimo, że miała ją przed oczami, wciąż nie mogła uwierzyć w to, co miało nadejść tego dnia. Wyjdzie za niego! Na jej twarzy mimowolnie pojawił się szeroki uśmiech. Poznali się przypadkiem. Ona mieszkała w Krainie Czarów od urodzenia i miała już w niej pozostać, pomagając rodzicom w gospodarstwie. On co prawda podróżował między krainami, jednak do Krainy Czarów udawać się nie zamierzał. Tylko przypadkiem trafił do jej świata.
Akurat zbierała drewno w lesie, gdy na nią dosłownie wpadł. Zebrane drewno wysypało jej się z rąk, a ona sama upadła na ziemię, przygnieciona ciężarem tajemniczego przybysza. Chwilę jej zajęło, zanim do końca dotarło do niej, co się tak właściwie wydarzyło. Spróbowała odepchnąć od siebie tego mężczyznę, a on od razu się z niej sturlał, podniósł się i podał jej rękę.
Nigdy wcześniej nie widziała kogoś takiego. Od razu wiedziała, że nie pochodzi z jej krainy. Znała mieszkańców Krainy Czarów, a jego widziała po raz pierwszy w życiu. Chociaż przypuszczała, że był tym nieznajomym, o którym opowiadał jej niedawno Marcowy Zając.
Nie mogła oderwać od niego wzroku. Otaczała go pewna aura tajemniczości, co niewątpliwie dodawało mu uroku. Ona sama była wtedy młodym, niewinnym dziewczęciem – od razu jej serce zabiło mocniej. Uchyliła delikatnie usta w zdziwieniu, gdy pomógł jej wstać i pozbierał rozsypane drewno. Był szarmancki i niesamowicie męski. Przez cały czas się uśmiechał i żartował. Gdy odprowadzał ją do domu, w którym mieszkała, wspomniał, że chciałby wrócić do swojej krainy.
- Nie możesz – powiedziała. - Nikt nie może opuścić Krainy Czarów, dopóki Królowa nie wyrazi zgody. Takie są zasady.
Nie był zadowolony. Widziała, że coś go męczyło.
- Tak w ogóle, nazywam się Verity – przedstawiła się.
- Jefferson.
Uśmiechnął się do niej szeroko. Dotarli na miejsce. Odłożył drewno na miejscu, które mu wskazała i ukłonił się nisko.
- W takim razie do zobaczenia… Verity.
Patrzyła na jego oddalającą się sylwetkę, aż zniknął za Łąką Muchomorów.
Od tamtego momentu minęło już trochę czasu. Verity czasami wciąż myślała, że to musi być wyjątkowo piękny sen. Jedyne czego pragnęła do tamtej pory, to żyć spokojnie u boku rodziców, i unikać gniewu Królowej Krainy Czarów. A odkąd spotkała Jeffersona… to było coś cudownego. Mogła poznawać drugą osobę, zachwycać się jej pięknem wewnętrznym i zewnętrznym. Mogła ofiarować komuś swoje serce, z dziecięcą naiwnością, że to na zawsze. Mogła rozkoszować się ciepłem jego ust i słodyczą słów, które szeptał jej na ucho. Mogła cieszyć się miłością w jego oczach, gdy prosił o jej rękę. Mogła stać teraz, delikatnie dotykając materiału jasnej sukni i ze zniecierpliwieniem czekać na moment, który nadchodził.
Uśmiechnęła się delikatnie. To dzisiaj. To dzisiaj zostanie jego żoną i będą mogli być już na zawsze razem. Była młoda i głupia, nie wiedziała jeszcze, że los lubi psuć tak idealistyczne plany. Nie zamartwiała się więc, a zamiast tego wyjrzała przez okno, wystawiając bladą twarzyczkę do wschodzącego słońca. Zapowiadał się pogodny, ciepły dzień. Idealny dzień na idealny ślub.
Wróciła do łóżka, aby ogrzać zmarznięte stopy. Planowali spróbować uciec z Krainy Czarów, wymknąć się spod kontroli Królowej. Złamali by zasady i mogłaby spotkać ich za to sroga kara, jednak postanowili zaryzykować. Jefferson mógłby znów spotkać swoich rodziców. Verity mogłaby wymknąć się bezlitosnym zasadom, które rządziły Krainą Czarów. Obydwoje mogliby podróżować i poznawać kolejnych ludzi i ich obyczaje. Jeszcze tylko kilka godzin. Okryła się szczelniej szorstkim kocem i westchnęła głęboko. Była naprawdę szczęśliwa. Ten jeden mężczyzna wywrócił jej świat do góry nogami. Sprawił, że zmieniła swój stosunek do życia. Z młodziutkiego dziewczęcia przemieniła się w młodą kobietę, która gotowa była wyruszyć w świat, aby odnaleźć swoje szczęście u boku mężczyzny. Mężczyzny, którego miała dzisiaj poślubić.
Przez nieszczelne okna dotarł do niej słodki zapach. Uśmiechnęła się szeroko. Już dawno nie jadła żadnych smakołyków. Jej rodzina nie była biedna, ale nie należeli też do bogaczy. Starali się oszczędzać, na wszelki wypadek, kupując tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Żyli skromnie, ale mieli siebie. Wiedziała, że rodzice bardzo ją kochają, a ona kochała ich. I starała się pomagać im jak tylko mogła.

♥♥♥

Skrzywiła się mimowolnie, kiedy jej mama ścisnęła gorset odrobinę za mocno.
- Spokojnie, odrobinę poluźnię – powiedziała pogodnie jej rodzicielka. - Ale musisz odrobinę pocierpieć… w końcu czego nie robi się dla urody – zaśmiała się cicho, zawiązując tasiemki.
Verity nie przepadała za gorsetami i zazwyczaj jednak starała się jak najsłabiej je ściskać… ale to był wyjątkowy dzień. Dlatego uśmiechnęła się z wdzięcznością do swojej mamy i przytuliła ją.
- Dziękuję, mamo – szepnęła. - Kocham cię.
Odsunęła się i pozwoliła na dalsze zabiegi. Welon leżał na krześle, nieopodal stały w wazonie kwiaty. Przez przymknięte drzwi słyszała głos Jeffersona. Już jest! Była naprawdę szczęśliwa. W tamtym momencie była w stanie myśleć jedynie o tym, że osiągnęła spełnienie swoich marzeń. A także marzeń rodziców, którzy przecież chcieli dla niej jak najlepiej. Miała również nadzieję, że będzie codziennie okazywała się spełnieniem marzeń Jeffersona.
Odkąd się poznali, przeżyli wiele przygód, w Krainie Czarów czaiło się wiele niebezpieczeństw, z którymi nie raz musieli się zmierzyć. Jednak za każdym razem je pokonywali. Czasem trwało to nieco dłużej, innym razem nieco krócej. Ale zawsze się odnajdywali. Była pewna, że to prawdziwa miłość. Dlatego też z radością oczekiwała ślubu. Chciała być z nim i chciała być dla niego jak najlepsza. Chciała go wspierać i wywoływać na jego twarzy uśmiech każdego dnia.
Skończyły zakładać suknię. Była jasna, kremowa i pięknie wyglądała na jej bladej skórze. Matka Verity nosiła ją na swoim ślubie, a dziewczyna była wykapaną matką, więc i na niej leżała idealnie. Nie mogła się doczekać miny Jeffersona, gdy ją zobaczy. Dla niego chciała być jak najpiękniejsza. I gdy tak przeglądała się w lustrze, nieśmiało pomyślała, że być może jej się to udało. Przynajmniej dzisiaj.

♥♥♥

Głęboki wdech. Wydech. Wdech. Wydech. Serce kołatało jej tak mocno, że poważnie zaczęła się o nie martwić. Jakby nie miała już wystarczająco zmartwień. Zmartwień? Jakich zmartwień? Przecież to jej szczęśliwy dzień! Co prawda każdy, nawet najmniejszy ruch obserwują jej znajomi, ale co tam… przecież to tylko połowa Krainy Czarów! Wdech. Wydech. Wdech. Wydech. Spokojnie...najważniejszy jest teraz Jefferson. Myśli coraz szybciej przebiegały przez jej głowę, aż w końcu urządziły sobie prawdziwą gonitwę. Kwiaty. Uśmiech! Pamiętaj o uśmiechu! Gorset… nie mogę oddychać, zaraz zemdleję! Mama płacze. Jest wzruszona. Mój najdroższy padre stoi obok i przytrzymuje mnie. Dziękuję, padre! To ty mnie wychowałeś… Jefferson? Gdzie jest Jefferson? Słońce schowało się za chmurami. Biały Królik macha do mnie, wskazując swój nieodłączny zegarek. A jak coś się nie uda? Dzisiejszy dzień miał być perfekcyjny!
Oderwała się od swoich niespokojnych myśli, gdy ojciec pogłaskał ją uspokajająco po dłoni. Padre. Uśmiechnął się do niej i spojrzał w kierunku ołtarza. Podążyła za jego wzrokiem i poczuła jak coś ją ściska w żołądku. Na chwilę zapomniała jak się oddycha. Jednak gdy minął moment pierwszego zaskoczenia, jej twarz rozpromienił szeroki uśmiech. Jefferson już był i czekał na nią. Całą drogę z miejsca, w którym jeszcze przed chwilą stała, aż do ołtarza spędziła wpatrując się w równie rozpromienioną twarz swojego przyszłego męża. Wszystkie obawy i natrętne myśli zniknęły jak ręką odjął. Był on i była ona. Już samo to sprawiało, że ten dzień był idealny. Niedługo później, choć dla niej było to jak wieczność, stała już obok Jeffersona, a w jej oczach zbierały się łzy szczęścia. Byli blisko siebie i wyraźnie czuła jego przyjemny, męski zapach, który zawsze przyprawiał ją o równie przyjemne dreszcze. Nie potrafiła do końca zidentyfikować, co konkretnie składało się na jego zapach, ale to było coś jak… gdy jestem koło niego, zawsze czuję zapach jego skórzanego płaszcza….co jeszcze? Coś...coś podobnego do zapachu, jaki daje Wielkie Drzewo Sandałowe, które rośnie w Dolinie Zagubionych. I – i jeszcze coś, czego nie znam. Ale to zdecydowanie męskie „coś”.
Jefferson mrugnął do niej, gdy ceremonia się rozpoczęła i zalała ją kolejna fala szczęścia. Gdyby była w tamtym momencie w stanie racjonalnie pomyśleć, pewnie zaczęłaby się zastanawiać, czy od nadmiaru szczęścia przypadkiem nie można umrzeć. Jak powszechnie wiadomo – co za dużo, to niezdrowo. Jednak Verity była zbyt szczęśliwa, żeby poddawać się takim rozmyślaniom.
Biały Królik, który udzielał im ślubu, wypowiedział krótką przemowę o pięknie jednoczenia się dwóch młodych ludzi i o szczęściu, jakie może im dać wspólne życie. Nie słyszała wyraźnie jego słów, cały czas skupiała się na twarzy Jeffersona. Na jego uśmiechu, na jego przepięknych oczach, ustach. Nie potrafiła nawet na moment oderwać od niego wzroku. Jeszcze chwilka.

♥♥♥

Krzyki. Ona chyba też krzyczała. Wszechogarniające poczucie nierealności tego, co się działo, nie pozwoliło jej ruszyć się nawet o milimetr. Gdzieś w oddali widziała jak żołnierze ubrani w czerwone uniformy wbiegają na polanę, wywołując wśród zebranych panikę. Czuła, jak ktoś próbuje ją odciągnąć w przeciwną stronę, ale nie panowała nad swoim ciałem i w efekcie upadła, uderzając się o coś w głowę. Zniszczę sukienkę. Szok powoli zaczął mijać i zauważyła, że leży przy pierwszym rzędzie krzeseł. Bukiet już dawno gdzieś się zgubił. Żołnierze wypełnili całą polanę, odgradzając ją od rodziny i przyjaciół. Rozejrzała się, jednak nigdzie nie mogła dostrzec Jeffersona. Wstała, przytrzymując się krzesła trzęsącą się ręką i znowu się rozejrzała, z coraz bardziej narastającą paniką. Jefferson? Nie zważała na to, że w jej stronę zmierza dwóch żołnierzy. Zrobiła kilka kroków, rozglądając się coraz gwałtowniej. Jefferson?! W pewnym momencie silny uścisk unieruchomił ją w miejscu. Szarpała się, ale żołnierze trzymali zbyt mocno. Wiedziała co teraz nastąpi. Przez całe życie się tego obawiała, jak każdy mieszkaniec krainy, a teraz to jej koszmar miał się spełnić. Słone łzy zalały jej blade policzki, gdy zawisła bezwładnie w ramionach żołnierzy.
- Jefferson – wyszlochała.
Podszedł do niej inny żołnierz.
- Zgodnie z zasadami panującymi w naszej krainie, ustalonymi przez wszechpotężny Czas, odbył się wybór Królowej Krainy Czarów. Według niego władza zostaje przekazana na ręce Verity Elizabeth, niezamężnej obywatelki tejże krainy. Koronacja odbędzie się zaraz po odpowiednim przygotowaniu do pełnienia wyznaczonej roli, a także po zawarciu małżeństwa z obecnym Królem Krainy Czarów. Zabrać ją!

♥♥♥

Nigdy wcześniej nie przypuszczała, że tak łatwo można wymazać dotychczasowe życie. Wszystkie wesołe i smutne chwile. Momenty, które chciałaby przeżywać bez końca i te, które wywoływały ból w sercu. Wszystkie uśmiechy i łzy. Cały ogrom wspomnień, z których teraz była już wyprana. Nie czuła już nic. Nie czuła żadnych emocji, gdy straż przyprowadziła przed jej oblicze tego nędznika. Jak się nazywał? Jefferson? Patrzyła na niego beznamiętnie, gdy z bólem w oczach bredził coś o miłości i wspólnym życiu. Została dobrze przygotowana do bycia Królową. Co prawda musiała znieść długie, bolesne godziny, jednak teraz była w stanie spojrzeć na tego nieszczęśnika i nawet nie wiedząc, kto to jest, powiedzieć z uśmiechem:
- Ściąć go.

💗💗💗💗💗💗💗💗💗💗💗💗
Te zdania wcale nie mają dziwnego szyku. A ja wcale nie powinnam uczyć się na statystykę opisową... wcale :D
Piosenka mniej lub bardziej odpowiednia, w każdym razie do niej pisałam, i pisało mi się całkiem dobrze ;)
Mam nadzieję, że przypadnie Wam do gustu taka młodziutka, głupiutka Verity :) Zastanawiałam się na początku, czy chcę, żeby zdążyli się pobrać, ale ktoś przekonał mnie do nieco smutniejszego zakończenia :D 
Tak z ogłoszeń, to razem z Verity poszukujemy Jeffersona i mamy nadzieję, że będzie nam się dobrze współpracowało - więcej informacji albo pod moją kartą, albo na mailu: s.patterwood@gmail.com. Dodatkowo Jefferson jest już dodany jako postać poszukiwana, jakby ktoś chciał wcześniej go jeszcze sprawdzić ;)
A na koniec mam szczerą nadzieję, że się Wam podobało :)

4 komentarze:

  1. [Ojejku! Smutne to ale ja w smutne lubię najbardziej, więc czytało mi się naprawdę przyjemnie. Widzę, że nieszczęśliwa miłość jest w Fabletown wszechobecna, co jednak jest dosyć smutne zważając na to jakie szczęśliwe życie powinny mieć postacie z dziecięcych bajek i baśni. No i Verity widzę, że rownież skazała na śmierć własną miłość, więc myślę, że jeśli się do tego przyzna podczas naszej terapii Valerie też będzie jej miała nieco do opowiedzenia. Cieszę się, że mogłam bardziej poznać historię Verity i mam nadzieję, że jeszcze zobaczymy jakieś twoje prace! c: O... Zapomniałabym dodać: do piachu ze statystyką opisową!]

    Valerie & Petyr

    OdpowiedzUsuń
  2. [Oh, piękne i smutne jednocześnie, a ja kocham takie klimaty :D Podbijając słowa Alachki - większość blogowych historii miłosnych z baśniowych czasów źle się kończy, zazwyczaj w jakichś dramatycznych okolicznościach... Ale! Część z nich ma już swój happy end po przeniesieniu się do Fabletown! Sama jestem takim przypadkiem x) Więc i za was trzymam kciuki! :D Oby Jefferson szybko pojawił się wśród nas.
    Czekam na kolejne notki twojego autorstwa :D]

    Lucy

    OdpowiedzUsuń
  3. Zastanawiam się, cóż to jest ten męski zapach...
    Powiem szczerze, że mam niebywałą ochotę stworzyć pana Kapelusznika :)
    Miło sie to czyta :) Ta opowieść, moim zdaniem, pasuje do słynnej Czerwonej Królowej Kier.
    Mam nadzieję, że coś dla nas jeszcze stworzysz :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ten czerwony akcent na końcu jest przecudny :)
    Bardzo fajnie czytało się to opowiadanie, miało swoje ciekawe momenty i stworzyło nam ładną, ale też gorzką historię. Bardzo szkoda mi Verity, bo nic nie było tu jej winą. Aczkolwiek, jej zmiana otworzyła zupełnie nowe możliwości...
    Trzymam bardzo, bardzo mocno kciuki żeby Jefferson się tu pojawił i oby więcej notatek twojego autorstwa było na blogu!

    Cash

    OdpowiedzUsuń

Szablon wykonany przez drama queen. Obsługiwane przez usługę Blogger.