Fabletown News

Jesień w Fabletown

Wielkimi krokami zbliża się jesień, chociaż panujące na zewnątrz temperatury jeszcze nic na to nie wskazują. Jednak już dziś, burmistrz Król Cole poszukuje chętnych do pomocy przy grabieniu liści i przygotowaniu ogrodów przed Woodlands na nadchodzącą porę roku. Według początkowych planów, zająć mieli się tym Baśniowcy osadzeni w więzieniu, jednak tych oddelegowano do prac porządkowych na Farmie.
Jesień oznacza także rozpoczęcie nowego roku szkolnego. W związku z tym w Zespole Szkół im. H. Ch. Andersena ogłoszono nabór na kilka wolnych miejsc w kadrze nauczycielskiej. Zgłaszać mogą się wszyscy ci, którzy lubią pracę z dziećmi i/lub mają doświadczenie w zawodzie.



Bufkin donosi, że...

...w Fabletown jest ostatnio bardzo gorąco. I nie mam tu wcale na myśli upałów czy piekielnych kazań Lucyfera w jego kościele, oj nie. Ostatnio na trzynastym piętrze wybuchł pożar i chociaż wiedźmy nie chcą o tym rozmawiać udało mi się podsłuchać ich rozmowę. Podobno jedna z czarownic postanowiła poprosić ifryta o by zrobił z niej "gorącą laskę" cokolwiek to znaczy. Marid najwyraźniej też tego nie wiedział, bo spełnił jej życzenie bardzo dosłownie i czarownica stanęła w płomieniach. Przy okazji spaliło się też kilka mebli.
Zresztą to nie jedyny pożar w ostatnim czasie. Smok Drake opowiadał mi ostatnio, że niedawny pożar w okolicach Farmy nie był spowodowany falą upałów. Podobno Devril był znudzony i zirytowany wycieczką i postanowił nieco się zabawić. Wydawał się bardzo zadowolony z siebie, zwłaszcza kiedy okazało się, że w trakcie pożaru zginęło kilkoro doczesnych. Podobno Snow White za karę przydzieliła mu kilka godzin prac społecznych. Mam tylko nadzieję, że nie trafi do Biblioteki. Wciąż niemiło wspominam nasze ostatnie spotkanie...

wtorek, 13 czerwca 2017

She is the darkness to your light, the hatred to your love

WiedźmaLady MorganaPrzyrodnia siostra króla Artura, przybrana dla Elaine i Morgause ♦ Matka Mordreda ♦ Wychowanica córka Uthera Pendragona i Vivianne ♦ Oddana przyjaciółka Aithusy ♦ Dziecko Avalonu ♦ Prawowita królowa Camelotu ♦ Wojowniczka ♦ Ostatnia Wysoka Kapłanka ♦ Obecnie wiedźma z trzynastego piętra ♦ Apartament w Woodlands ♦ W Fabletown od paru miesięcy


- What happened to you, Morgana? As a child you were so kind, so compassionate.

Jej blade oblicze nie zdradza prawdziwej natury. W oczach nie widać zła, choć nierzadko obdarza wszystkich wokół wrogim spojrzeniem. Ciemnobrązowe długie włosy swobodnie opadają na plecy, a częściowo z przodu, na ramiona. Jej kroki, choć pełne gracji, są pewne i zdecydowane. Nie uznaje autorytetów, bo sama ustala własne zasady. Jest też żywym dowodem, że nieprawdą jest to, co napisano w baśniach. Złe postacie nie są brzydkie jak noc i potrafią wzbudzić zaufanie. Nie bez powodu mawia się przecież, że nie wszystko złoto co się świeci.
Wiedźma Morgana bądź Morgana Czarodziejka – świat mitów i legend opisuje ją jako mściwą, bezwzględną zimną i wyrachowaną. Czyż jednak te przymioty nie pasują do jej osoby? To poniekąd za jej sprawą upadł Camelot i spełniło się proroctwo o zgubie jedynego i przyszłego króla; to ona zdradziła tych, którzy onegdaj byli jej przyjaciółmi. Wszystko w imię władzy, której tak pragnęła, i która jej się należała. Jednakowoż jak w przypadku wszystkich złych, nie była taka od zawsze.

Fabletown, wbrew powszechnym opiniom, nie zmienia wszystkiego. Choć zaczyna się z zupełnie czystą kartą, niejedni pewnie zadają sobie pytanie: czy pojawienie się Morgany le Fay dobrze wróży dla dzielnicy?
Czarownica nie jest konfliktowa ani wrogo nastawiona, o ile nikt nie stanie jej na drodze. Nie wyróżnia się z tłumu, może poza strojami z iście odległej epoki oraz niechęcią do najnowszych odkryć technologicznych. Wciąż praktykuje znane sobie rytuały i pozostała wierna dawnemu porządkowi świata. Wnętrze apartamentu w Woodlands przystosowała tak, by przypominało jej epokę, w której żyła przed przejściem przez portal. I bynajmniej, nie chodzi tylko o niechęć do XXI wieku, a o klimat, którego jej w tych czasach brakuje.
Dostała powołanie na stanowisko wiedźmy na trzynastym piętrze podobno dzięki posiadanym zdolnościom, choć sama twierdzi, że dzięki temu władze dzielnicy mogą mieć ją na oku. Jako współpracowniczka nie jest uciążliwa, aczkolwiek nie należy do osób towarzyskich. Swój wolny czas spędza z rodziną i nielicznym gronem przyjaciół. Oraz podobnie jak reszta Baśniowców zmuszonych do życia w świecie doczesnym, stara się przetrwać w nowej i obcej rzeczywistości.

- I grew up.

Wizerunek: przecudna i ukochana przeze mnie Katie McGrath. Postać Morgany zainspirowana serialem Przygody Merlina, książką Mgły Avalonu, oraz paroma wersjami legend arturiańskich. Charakterologicznie Morgana będzie przypominać jednak tę serialową.
Tytuł i cytaty pochodzą z serialu. Filmik ukryty pod nazwiskiem. Karta nieco odświeżona i zadedykowana Narfikowi, dzięki której powstała ogromna część historii; Skipper, która niegdyś namówiła mnie na bloga; Baskervilce, której udało się mnie przekonać, do wykorzystania efektu w zdjęciu karty, oraz autorom postaci z powiązań.
Zapraszam serdecznie do wątków i przejmowania postaci z legend arturiańskich — niech nasz #teamCamelot rośnie w siłę. Kontakt GG: 51616759. I powiedzmy, że NIE MAM NIC DO UKRYCIA.


179 komentarzy:

  1. [ Witam kolejną postać :D
    Miłego pisania i kreacji zatem życzę :) ]

    Lex

    OdpowiedzUsuń
  2. [Oh, druga postać! :D
    Bardzo ciekawa Morgana, wręcz wymarzona Wiedźma z 13. Piętra :D Życzę dużo weny i obyś została z obiema paniami jak najdłużej!]

    Lucy

    OdpowiedzUsuń
  3. [Witam twoją drugą postać :D Musze przyznać, że historia Morgany została bardzo ciekawie przedstawiona, bardzo ale to bardzo mi sie podoba :)
    Weny, czasu, wspaniałych wątków oraz powiązań, oraz tego aby poszukiwane postaci szybko się znalazły ;) Nie wiem czy coś można wykombinować pomiędzy Morganą a którymś z moich panów...jeśli będzie chęć (oraz pomysł) to zapraszam do siebie :)]

    Lucek
    Willard
    Ivan
    Erwin

    OdpowiedzUsuń
  4. [Witam serdecznie Morganę, być może jako wasz przyszły Merlin. ;) Na razie wpadam tylko się przywitać, pochwalić kartę, piękny gif i bardzo ciekawie napisaną historię. No i w razie chęci zaprosić do mojego detektywa.
    Baw się dobrze!]

    Hati

    OdpowiedzUsuń
  5. [Haha :D Skipper coś właśnie wcześniej wspominała, że jej znajoma chciałaby stworzyć Morganę, więc to ty :) Wybacz, ostatnio mam problem z ogarnianiem rzeczywistości x)
    Oh, bardzo dziękuję <3 Pewnie, bardzo chętnie coś z tobą napiszę! Poprzednia Morgana była matką Oberona i babcią Lucy. Nie wiem, czy tobie pasowałoby takie powiązanie - z pewnością zależy, czy ustalicie sobie takie z autorką Oberona ;) Nawet nie patrząc na to, napewno mogły spotkać sie w przeszłości w jakichś okolicznościach i bez wątpienia nieraz wpadłyby na siebie w Woodlands. Lucy zna wszystkie obecne Wiedźmy (Tytania jest jej macochą, Miyuki przyjaciółką i możliwą przeszłą ciotką, a Davy to brat jej Hucka), więc i one nie mogą się nie znać :D
    Daj znać, jeśli miałabyś jakiś konkretny pomysł i zrobimy burzę mózgów ;)]

    Lucy

    OdpowiedzUsuń
  6. [No cześć, witam Cię z kolejną postacią! Bardzo rozległa i rozwinięta karta, ale nie miałam problemu z przebrnięciem, wręcz przeciwnie. Przyjemnie i lekko się czyta, wszystko jest bardzo ciekawe i stopniowo buduje obraz postaci! :D
    Mamy już ustalony jeden wątek (rzecz jasna, odpiszę, bo powoli zaczynam się już ogarniać :D), więc drugiego na głowę Ci zrzucać nie będę. Baw się tu jak najlepiej i jak najdłużej! ♥]

    Shadow Mortem

    OdpowiedzUsuń
  7. [No tak, złodziej i czarownica, to powinno być ciekawe :D I w sumie jakby na to nie patrzeć, to chyba nawet można zaryzykować stwierdzeniem, że "toż to krajanie są!" xD
    O naprawdę? A kto tak mówi/pisze, że ze mną fajnie się tworzy? Bo ja to teraz proszę ja ciebie w szoku jestem...i to takim dużym szoku :D

    Odnośnie wątku, to nawet mam pomysł. Z góry przepraszam za to co niżej nastąpi, gdyż często przy przedstawianiu swojego pomysłu w mojej głowie coś się przestawia i składnia wraz z logiką, oraz chronologicznym ciągiem zdarzeń...to wszystko się miesza i wychodzi takie coś, co można nazwać...w sumie to tego nie można nawet porządnie nazwać xD
    Uwaga, przedstawiam pomysł:
    Morgana mogłaby poprosić Willa o to aby zdobył dla niej jakiś kryształ/kamień/diament/koronę królowej angielskiej (niepotrzebne skreślić). Szkarłatny zdobywa rzeczony przedmiot i w sumie można by na tym skończyć, ale byłoby zdecydowanie za krótko i nie oszukujmy się - nudno. Myślę, że nic by się nie stało gdyby złapano Willa, już po tym jak ukradnie przedmiot, ale zanim wymieni się z Morganą (generalnie to miałby to przy sobie). Inteligentny Will korzystając z faktu, że przysługuje mu jeden telefon zadzwoni do Morgany i "tajemnym szyfrem" obwieści, żeby przyjechała na komisariat. I tutaj mamy takie pole do popisu, bo Morganie pewnie zależałoby na tym aby dostać to co "zamówiła", mogłaby więc siłą wyciągnąć z Willa gdzie to zostawił, albo...
    Albo pomogłaby Szkarłatnemu w wyjściu z komisariatu. Wtedy mogłaby się podać za prawnika, albo za jakiegoś lekarza psychiatrę, a Will udawałby wariata :)

    Pasuje ci takie coś? Czy może mam myśleć nad czymś innym?
    Tak w ogóle to mam nadzieję, że przedstawiłem to wszystko zrozumiale ;)]

    Will

    OdpowiedzUsuń
  8. [Hahahaha, w tym momencie mnie zabiłaś xDD Jej, jak żałuję, że tego nie widziałam! Ale nie martw się, bo wygląda na to, że pomyliłaś mnie z moim Hakiem, więc będzie ci to wybaczone xD Piękne, opłakałam się xDD <3
    O, pomysł mi się podoba, bo to jest akurat część historii Lucy, której jeszcze do końca nie ogarnęłam i mam tam małą lukę. Przede wszystkim czasową, bo też nie ustalałam dotąd, ile właściwie czasu minęło od rozstania z Hakiem do zesłania Lucy do Fabletown. Tak więc spotkanie naszych pań w tym czasie jak najbardziej mi odpowiada. To przypadałoby na XVIII wiek, pasowałoby ci?
    Wpadło mi do głowy jeszcze coś takiego. Możemy zainspirować się Sapkowskim i pokombinować z tym, że jacyś wieśniacy/król/rycerz/inny ktoś wziął Lorelei za Panią Jeziora :D Nie wiem, czy czytałaś Wiedźmina – tam jest taki motyw, że kąpiącą się w jeziorze Ciri wzięli właśnie za Panią Jeziora xD Teraz tak myślę, że Lorelei byłaby idealna do takiej „pomyłki”, do tego kompletnie nie wiedziałaby, co się dzieje, a Morgana mogłaby jakoś ją odratować :D Co o tym sądzisz?
    Zależy teraz, czy chciałabyś zostać matką Oberona (brzmi cudnie xD) - wtedy Morgana może wyczułaby, że ma do czynienia z wnuczką (ale nie przyznała się do tego)? Lorelei opowiedziałaby jej swoją smutną historię i może ta próbowałaby jej pomóc. I tu, z jednej strony fajnie byłoby wykombinować im jakąś wspólną przygodę, a z drugiej (tak jak mówisz), Lorelei mogła zostać nagle odesłana do Fabletown. Jak sądzisz? :D
    Co do samego wątku, mogą się spotkać już w czasie, gdy Lucy wie, że jest córką Oberona. A od Morgany mogłaby się jedynie dowiedzieć, że ta jest jej babcią. Tylko co dalej? Jakaś wspólna, magiczna przygoda? Lucy miałaby już wówczas z powrotem swoje moce, które mogły się Morganie jakoś przydać? Daj znać :D]

    Lucynka

    OdpowiedzUsuń
  9. [Hehehe xD
    Powiem tak, wybierzemy wersję, którą to bardziej wolisz. Bo prawnik, to wiadomo wyjście Will będzie zawdzięczał w dużej mierze Morganie. A z psychiatrą to też...ale jednak chłopak będzie musiał wspiąć się na wyżyny aktorstwa i udawać wariata w sposób przekonujący ;)
    Mam tylko takie pytanie...czy mogłabyś nam zacząć? Bo ode mnie to zaczęcie pojawiłoby się może jutro...a jeśli nie jutro to pewnie przy całkiem dobrych wiatrach, najwcześniej w piątek. Chyba że chcesz czekać do tego czasu...
    Ale chyba wolałbym żebyś jednak mimo wszystko to ty zaczęła, bo moglibyśmy ruszyć z wątkiem do przodu. W moim przypadku to byłoby naprawdę przysłowiowe "lanie wody", które nic nie wnosi.]

    Will, który prosi a nawet błaga o to aby piękna Morgana zaczęła wątek

    OdpowiedzUsuń
  10. [Zaczęcie jest spoko :D]

    Zazwyczaj właśnie takie pory wybierał na różne spotkania. Noc, późny wieczór, ewentualnie nieprzyzwoicie wczesny ranek. Prawie nigdy nie umawiał się w ciągu dnia, kiedy to zazwyczaj odsypiał noce, albo chodził po różnych paserach, oraz lombardach. Ewentualnie wtedy też obmyślał plany na jakiś skok… W nocy wykonywał, spotykał się i handlował. Czasami żałował że musi spać…z drugiej jednak strony cieszył się że może spać, no bo kilkanaście godzin w areszcie wtedy szybciej mija. No i w razie czegoś, to przecież szeryf, albo zastępca szeryfa może ściągnąć go z łóżka, co mogłoby stanowić dość istotny argument o tym, że jest niewinny.
    Siedział w jednym z barów. Zazwyczaj wybierał takie zatłoczone miejsca, ale przecież i to zależało w dużej mierze od tego w jakim celu się z kimś spotykał. Nic nie działo się bez przyczyny, nic nie było wybierane bez celu i sensu.
    — Możliwe – odpowiedział nie podnosząc wzroku znad szklanki. Dopiero po tym kiedy usłyszał szurnięcie odsuwanego krzesła zdecydował się podnieść głowę. Przyjrzał się kobiecie, wysilił się na lekki uśmiech. Poznawał ją, widział ją kilka razy…nawet pamiętał jej imię. Morgana.
    —Opinie, niekiedy są przekłamane – odpowiedział zgodnie z prawdą. Owszem był znany i dobry w swoim fachu. Może nawet nie tyle co dobry ile najlepszy…ale starał się kreować na kogoś kto jest skromny i zna swoje miejsce w szeregu. W rzeczywistości miał nieco zbyt rozbuchane ego.
    Pokiwał głową, przeniósł wzrok na szklankę, którą podniósł do ust. Na szczęście nie wypił zbyt wiele…właściwie to nawet nie zdążył nic wypić. Gdyby to zrobił to albo zakrztusiłby się, albo oplułby siedzącą naprzeciwko Morganę. Obiecał sobie że już nie zjawi się w Skarbcu Woodlands. Wolność mu jeszcze miła, nie po to przez dziesięć lat od zakończenia wyroku nie pokazywał się w Fabletown, nie po to spędził kilka lat w więzieniu, żeby teraz do niego wracać.
    — Skarbiec Woodlands? – spojrzał na nią jakby w oczekiwaniu na jakiekolwiek potwierdzenie. Wypił na raz zawartość szklanki, którą odłożył na blat stolika. Oparł się ręką o lekko zakurzony mebel i przyszykował się do wyjścia. – Przykro mi. W takie rzeczy to ja się nie bawię – powiedział cicho. Prawda była taka, że za odpowiednią cenę mógł wykraść z tamtego miejsca ten kryształ. To wyjście mógłby nawet nazwać zabiegiem zachęcającym….prawda była taka, że praktycznie nikt o zdrowych zmysłach nie włamałby się do skarbca. Chyba większość pamięta jak to się skończyło w przypadku Willa.

    Will

    OdpowiedzUsuń
  11. [Po pierwsze to się obrażam, bo mi nie odpisujesz na GG, a mam dla Ciebie ładną fotę mojego koteła, o! (A w sumie teraz to już za późno, bo foch...)
    I po wątek przychodzę tu. :D]

    najlepsiejszy bff

    OdpowiedzUsuń
  12. [Ok, no to chyba zarys powiązania mamy :D Lorelei mogła być zmęczona, bo po tym, jak uwolniła się od uroku, który rzucił na nią brat Haka, starała się najpierw uciec jak najdalej. A właśnie będąc w Anglii, mogła przypadkiem przedostać się do tej baśniowej wersji i trafić w strony Morgany. Tylko właśnie: co właściwie Morgana mogłaby robić w tych czasach? W XVIII wieku? Z tego, co widzę, ona przeniosła się do Fabletown jeszcze w swoich czasach, właściwie chyba nawet przed narodzeniem Lorelei xD I zastanawiam się, jak możemy to zgrać. Może Morgana postanowiła nabrać sił w Fabletown, po czym powrócić do Camelotu z innych czasów? I akurat padłoby na XVIII wiek. Nie wiem tylko, co wówczas mogłoby się tam dziać, kto tam rządził? Ale akurat mogła na siebie wpaść: Morgana wróciła portalem do baśniowej Anglii, a wycieńczona Lorelei odpoczywała przy jakimś jeziorze, przy którym wzięliby ją za Panią Jeziora. Może coś takiego? :D
    Wówczas czarownica pomogła nimfie, trochę czasu spędziłyby razem i w końcu postanowiły opowiedzieć sobie swoje historie. Myślę też, że ich relacja mogłaby opierać się na zasadzie „coś za coś” – Lorelei pomoże Morganie, a ta potem pomoże jej z odnalezieniem Haka. Dalej, może zdarzyć się coś, przez co się rozstały, nawet nie koniecznie zesłanie Lorelei do Fabletown. Mogły razem dotrzeć do Camelotu, ale wydarzyło się coś, co skłoniłoby Morganę do powrotu do Fabletown, a Lorelei mogła po prostu się gdzieś zgubić i ruszyć samotnie dalej. Tylko co mogły zastać w zamku? Chyba nakombinowałam xD Daj znać, co sądzisz?
    A w samym NY może być tak, jak mówisz. Mogłyby znów się spotkać, bo jednak obie sporo czasu spędzałyby w Woodlands. Wyszłoby na jaw, że są rodziną i Morgana powiedziałaby jej, że znów zamierza powrócić do Camelotu i go zdobyć. Lucy z pewnością chciałaby jej pomóc, tym bardziej, że znów ma swoje moce.

    Albo! Słuchaj to! xD Morgana przesiaduje w Fabletown, cały czas szukając sposobu, jak zdobyć tron. Postanawia wysłać do baśniowej Anglii swoich szpiegów w różne okresy czasowe, poprzez portale, które sama w tajemnicy tworzy. Nagle, jeden z jej szpiegów, który przesiadywał właśnie w XVIII wieku informuje ją, że odnalazła się Pani Jeziora. Możemy uznać, że z jakiegoś powodu byłaby Morganie potrzebna. (tu możemy zignorować fakt, że Nimue jest na blogu uznając, że jeszcze wtedy nie było jej w Fabletown xD). Morgana od razu przeszłaby przez portal, ale okazałoby się, że to Lorelei, a nie Pani Jeziora xD Mimo to, mogła poprosić ją o pomoc, bo nimfa również miała magiczne moce, choć tylko związane z wodą. Dotarłyby na miejsce, ale nie udałoby się go przejąć - tu jedynie trzeba by ustalić, z jakiego powodu.
    Wówczas, w Fabletown, Morgana znów mogłaby namawiać Lucy, by jej pomogła. Może nawet sama namówiła Oberona, by ten zwrócił nimfie jej wodne moce, bo Morgana mogła właśnie potrzebować kogoś z takimi mocami – więc trochę tak zaplanowałaby sobie od początku wykorzystanie Lorelei po raz drugi. Nie wiem, czy to byłoby w stylu twojej Morgany, daj znać jak to widzisz :D I tu znów ta pomoc może opierać się na zasadzie handlu wymiennego, tylko musiałybyśmy wykombinować, o co dokładnie :D
    Wątek można wówczas rozpocząć od takiego pierwszego spotkania i rozmowy o wspólnej misji.
    Wiem, wiem, namieszałam jak nie wiem i pewnie bez ładu i składu, ale mam nadzieję, że coś z tego by ci odpowiadało :D Daj znać! <3]

    Lucy

    OdpowiedzUsuń
  13. Nie przypuszczał, że mógłby być pierwszą i zarazem ostatnią osobą, która przyszła Morganie na myśl. On sam pomyślałby o sobie może dopiero w trzeciej kolejności? Ale tak było tylko dlatego, że znał się aż nazbyt dobrze. Chociaż pewnie gdyby wiedział, że Morgana pomyślała (najprawdopodobniej) tylko o nim, to zdecydowanie bardzo by mu schlebiło.
    W końcu zawsze, ale to naprawdę zawsze był w cieniu Robin Hooda! Zawsze był kimś gorszym, był za Robinem, Małym Johnem oraz braciszkiem Tuckiem. On sam przynajmniej odnosił takie wrażenie. Ba! Nawet Marion była przed nim… W jego legendzie, w jego wcześniejszym życiu, był tylko tłem dla kogoś innego. Niby był w tym całym leśnym Caritasie, był założycielem. Ale docześniacy chyba o tym zapomnieli….albo nie chcieli nawet o tym wszystkim słyszeć. Czuł się na swój sposób pokrzywdzony przez los. Pokrzywdzony przez to, że docześni zapomnieli o jego wkładzie we wszystko, a w niektórych filmach o dzielnym Robinie, robili z niego nawet zdrajcę!
    — Zaczynasz mówić moim językiem – powiedział kiedy usłyszał o „sowitej zapłacie”. Pieniądze, to była rzecz pożądana przez niego. Mógł się nawet pokusić o stwierdzenie, że one stały się nawet jego kochanką. Zajęły w jego hierarchii wartości zbyt wysokie miejsce…w końcu to była tylko rzecz materialna, która nie powinna stać wyżej niż życie, zdrowie, czy nawet i rodzina.
    Wrócił na swoje miejsce, nieco nerwowo zastukał palcami o blat stolika i rozejrzał się po okolicy, jakby w poszukiwaniu odpowiedzi napisanej na ścianie, albo w poszukiwaniu policjanta w przebraniu.
    — A co mi tam… - mruknął cicho do siebie. – Zgoda. Tylko zanim podejmę się jakichkolwiek działań chcę wiedzieć kilka rzeczy. Ile forsy dostanę i w jakiej formie. Oraz czy mm jakiś konkretny termin jeśli chodzi o wykonanie. Trzy dni, czy może więcej? Bo nie ukrywam, że wolałbym wiedzieć na czym stoję – powiedział. Musiał to wiedzieć, musiał wiedzieć czy gonią go jakieś terminy, czy może wręcz przeciwnie.

    Will

    OdpowiedzUsuń
  14. [Cześć, dzięki wielkie za powitanie i miłe słowa! Morgana jest taka mroczna, że aż mnie ciarki przeszły - może to też trochę zasługa tego pierwszego gifa. Uwielbiam Katie McGrath, ale nie widziałam tego serialu z jej udziałem - teraz na pewno muszę to nadrobić!
    Chęć na wątek oczywiście jest, tylko nie mam pomysłu, jak powiązać czarownicę z Kopciuszkiem, haha. Może ty masz jakieś sugestie?]

    Keira Tyler

    OdpowiedzUsuń
  15. [Pomysł dobry, ale już mam planowane dwa wątki oparte właśnie na zawodzie Keiry, dlatego wolałabym raczej pójść w innym kierunku. Chociaż oczywiście to też można wykorzystać, tylko wiesz, żeby powiązanie nie opierało się wyłącznie na tym. Tak mi przychodzi do głowy, że może pomyślałybyśmy nad jakimś powiązaniem z przeszłości? Jeśli to tylko ci pasuje, to mam taki pomysł, że może Morgana pojawiła się kiedyś na jakimś przyjęciu w jakimś pałacu czy coś, no i Kopciuszek też się akurat tam znajdowała. Możliwe, że Keira słyszała coś o zdolnościach Morgany, i poprosiła ją o pomoc? Na razie to tylko koncepcja, bo muszę uzupełnić zakładki w karcie, ale mam taką wizję, że Kopciuszek przechodziła dosyć mroczny okres zaraz po ślubie z księciem - bo się okazało, że on jej nie kocha itp, itd. Mogła właśnie nawet chcieć albo go otruć, albo może za pomocą magii sprawić, by się w niej zakochał? Czy Morgana jej pomogła, czy nie, to już od ciebie zależy, ale na pewno wpłynęłoby to mocno na ich teraźniejsze interakcje.
    To tylko takie luźne sugestie, żeby może nieco ubarwić ich relację. Mam wrażenie, że gadam trochę bez sensu, więc daj znać, co myślisz. Zawsze można pomyśleć nad czymś innym.]

    Keira

    OdpowiedzUsuń
  16. [Morgano! Smok się obudził z hibernacji i zmienił wizerunek na metalowca, więc proszę mi tu natychmiast się zgłosić po obowiązkową historyjkę. <3]

    Smokeł

    OdpowiedzUsuń
  17. [Heloł, heloł, to jo. Witam i kłaniam się nisko. ;) Z Tobą zawsze chętnie coś napiszę, Feniksełku. <3]

    AARON CARROW

    OdpowiedzUsuń
  18. [Oczywiście, babciu, że miałyśmy i ja wciąż czekam na odzew od ciebie xD
    Przejrzałam nasze pomysły i streszczę ci to, o czym dyskutowałyśmy (bo pewnie też już nie pamiętasz) :D
    Najpierw kombinowałyśmy, żeby spotkały się gdzieś w okolicach Camelotu, oczywiście w baśniowej wersji Anglii. Myślę, że można pominąć wszelkie ramy czasowe, bo akcja działaby się w Baśniowych Krainach, więc nie przejmowałabym się tym, jaki mamy wiek :D Lorelei odpoczywałaby nad jeziorem po rozstaniu z Hakiem i po uwolnieniu się od uroku, jaki rzucił na nią Davy Jones. Tam jakiś wieśniak/rycerz wziąłby ją za Panią Jeziora i zrobił z tego sensację xD Nimfa nie miałaby pojęcia, co się właściwie dzieje i na pomoc przyszłaby Morgana. Jeśli wrzucimy tu jakiegoś rycerza, który byłby nawet szpiegiem Morgany, mógł od razu donieść czarownicy, że niedaleko pojawiła się jakaś wiedźma potrafiąca czarować wodę. Może potrzebowała wówczas kogoś takiego? Jakieś wspólne czary-mary pod Camelotem? xD
    Jeśli chodzi o pokrewieństwo, w sumie zależy od ciebie :D Ja bardzo chętnie przyjmę taką cudowną babcię, poza tym autorka Oberona planuje powrót w najbliższym czasie, a ona raczej na 100% chciałaby takie powiązanie ;) Więc tu miałybyśmy dodatkowy motyw, że Morgana mogłaby wyczuć, że Lorelei to jej rodzina.
    Dokopałam się jeszcze do pomysłu, by ponownie spotkały się już w Fabletown, np. w Woodlands. To wtedy mogło wyjść na jaw, że są rodziną – Oberon wyznał Lucy, że jest jej ojcem dopiero w NY, więc od razu odkryłaby, że Morgana to jej babka :D Pisałaś wcześniej, że Morgana wciąż chciałaby przejąć władzę w Camelocie, więc znów mogłaby chcieć wykorzystać Lorelei do pomocy. Mogłyby przejść przez portal i coś przeskrobać.
    Daj znać, czy coś takiego by ci pasowało i jak można by to fajnie rozwinąć :D]

    Lucy

    OdpowiedzUsuń
  19. [W takim razie ja też witam oficjalnie Morganę i gratuluję zaszczytu pierwszego komentarza pod kartą najbardziej fejbjulus postaci na blogu. :)
    A tak bardziej poważnie to zerknęłam na komentarz pod starą kartą i zaraz do Ciebie napiszę w tej sprawie na gg. Poza tym dziękuję za miłe powitanie i zachwycam się przepiękną Morganą (i gifem) oraz kartą postaci. Na wątek Cię muszę obowiązkowo zaciągnąć. :)]

    Oberon

    OdpowiedzUsuń
  20. [ Czemu nie :) Wydaje mi się, ze nieźle nam się razem pisało. Pytanie tylko, czy wolisz wątek z Lexem czy Cillianem, a może z Piotrusiem Panem, którego niedługo dodam? :) ]

    Lex & Cillian

    OdpowiedzUsuń
  21. [Sabaty? Jak najbardziej! xD Chęć na wątek zawsze jest, a z racji tego, że obie są wiedźmami to można pójść po trosze w tym kierunku, co ty na to? Tylko jak konkretniej je połączyć? Mary chodzi do barów, a za dnia jest pedagogiem, w sumie nie wiem czy potrzebowałaby pomocy innej wiedźmy, acz może ty masz jakiś pomysł? ;) ]


    Mary & Jack

    OdpowiedzUsuń
  22. — Ludzie są różni. Jedni obiecują i nie dotrzymują słowa, a inni wręcz przeciwnie – powiedział Will ze spokojem szachisty oraz miną pokerzysty. Nie chciał dać się wykiwać, bo przecież skąd mógł wiedzieć, czy to aby na pewno nie jest jakaś prowokacja? No ale nawet jeśli byłaby to prowokacja, to czy nie zapłaciłaby zaliczki. Zapłaciłaby żeby Will niczego nie podejrzewał. Musiał podjąć ryzyko.
    — Słowa o współpracy dopiero powiem po zakończeniu wszystkiego. Nie chciałbym niczego zapeszać – powiedział, chociaż nie był bardzo przesadnym człowiekiem, tak w niektóre rzeczy z cyklu „zabobony” wierzył. Czarny kot przynosił nieszczęście, czterolistna koniczyna szczęście podobnie jak królicza łapka. A… Piątek trzynastego… To taki fajny horror.
    Poza tym pochodził ze średniowiecza i chociaż „dorastał” wraz ze światem, tak nie do końca pozbył się niektórych uprzedzeń. Nie do końca przestał wierzyć w „zabobony”, no ale czy nawet i teraz docześni z XXI wieku nie byli przesądni? Byli.
    — Pasuje mi ten układ – powiedział po chwili.
    Spojrzał jeszcze na kobietę, która odchodziła i musiał przyznać, że była bardzo zgrabna. No i ładna tak w ogóle. Może gdyby nie była wiedźmą, to by się z nią umówił? A tak? Tak to obawiał się, że zamieni go w żabę, albo i inna ropuchę. To nie było nic przyjemnego.
    **
    Trochę się spóźnił, ale co miał poradzić? Czasami tak bywało, że człowiek się spóźniał. Ale na akcję nigdy nie przychodził za późno, wręcz przeciwnie! Był o czasie, a nawet i przed czasem!
    Nie ubierał się w jakiś żaden płaszcz, nic takiego. Zwykła czerwona, czy może i szkarłatna skórzana kurtka i tyle. Teoretycznie powinno mu być w tym nieco zimno, no ale Will przywykł do różnych temperatur. Poza tym on był gorący chłopak, więc dawał radę.
    — Przepraszam za spóźnienie. Coś mnie…zatrzymało – powiedział cicho. Uśmiechnął się delikatnie do kobiety. – To co? Przechodzimy od razu do konkretów? – chciał już mieć za sobą to całe płacenie zaliczki. Zwinie ten kryształ, da Morganie, zgarnie resztę pieniędzy i tyle go widzieli.

    Will

    OdpowiedzUsuń
  23. [Hmmm... Tylko Morganie byłoby bardzo ciężko przekonać Mary, by zrobiła coś przeciwko "swojemu dziecku", bo na swój sposób się do nich przywiązuje. Aczkolwiek pomysł z "reinkarnacją" wydaje się okej, mogłaby przekałamać trochę, że na przykład ta osoba porzuciła ją kiedyś, a była w niej zakochana i wpleść wątek romantyczny. To mogłoby wypalić i Mary zaczęłaby się mocno zastanawiać nad pomocą Morganie. A potem rzeczywiście mogłyby się zaprzyjaźnić. Nawet jeśli Mary dowiedziałaby się, że to było kłamstwo to by zapewne wybaczyła, bo stwierdziłaby, iż nie warto się złościć, czy coś. Coś wykminię wtedy, jak już do tego dojdzie xD]


    Mary

    OdpowiedzUsuń
  24. [Wbijam i (sz)czekam <3]

    - Wiedźma

    OdpowiedzUsuń
  25. [O, to cieszę się, że Ci się podoba! W takim razie może zróbmy tak: Kopciuszek poprosiła o coś w rodzaju trucizny, ale nie śmiertelnej, Morgana obiecałaby pomoc, ale ostatecznie sporządziłaby coś raczej śmiertelnego, plus może zrobiłaby również coś, przez co Książę od razu zorientowałby się, że to właśnie jego kochana żona próbowała go otruć. Jak myślisz?]

    Keira Tyler

    OdpowiedzUsuń
  26. [Wiesz, zawsze mogłaby skłamać! I też tak myślę, że reszta wyjdzie w praniu. ^^ Czyli mamy wszystko? To która zaczyna?]


    Jack & Mary

    OdpowiedzUsuń
  27. — Warto wiedzieć – powiedział odnośnie tej cierpliwości. Naprawdę warto było to wiedzieć, że ktokolwiek był cierpliwy. Nie żeby Will miał ochotę to wykorzystać do swoich celów, czy zamierzał w jakiś sposób denerwować wiedźmę, ot tak po prostu warto było wiedzieć że istnieje grupa ludzi, która nie należy do choleryków.
    — Nie dziękuję – powiedział. Chciał dodać nawet, ze nie musi płacić, bo stać go na kawę albo cokolwiek w tym stylu. Ale po pierwsze skoro proponuje, to co się będzie wydurniać i zapierać się, że sam za siebie zapłaci, a po drugie, to zawsze był do przodu o kilka dolarów. A pieniądz to ważna rzecz w jego życiu. Zawsze niby miał dużo ale jednocześnie mało pieniądza. To wszystko zaczęło się zmieniać dopiero po przybyciu do Fabletown. Odłączył się od Robina i sam zaczął pracować na własny rachunek. Mianował się księciem złodziei (bo królami to byli politycy) i jakoś starał się żyć w tym okropnym świecie.
    Przyglądał się temu wszystkiemu ze zdziwieniem i być może niejakim strachem. Niby w żadne duchy nie wierzył, ani nic podobnego, ale to było strasznie dziwne. Pojawiająca się koperta była bardzo interesującym zjawiskiem i tego był pewny. Wyobraził sobie jak wychodzi z tej kawiarni i ta koperta nagle znika. Nagle nie ma pieniędzy.
    Nie przepadał za czarownicami i ich męskimi odpowiednikami.
    — Cudownie – powiedział biorąc kopertę i chowając do wewnętrznej kieszeni kurtki.
    Słysząc żart niemrawo się uśmiechnął. Czy ona zrobiła to specjalnie? Czy to tylko taki klasyczny żarcik ze strony każdej wiedźmy i nie było w tym żadnego podtekstu?
    No bo jednak Will nie chciał skończyć jako żaba! Nie po to kradł, żeby skończyć w taki sposób! Już wolałby być kotem!
    — Ja chyba też wolałbym pieniądze niż bycie żabą – powiedział nienaturalnym głosem. Starał się brzmieć pewnie, no ale średnio mu to wszyło.

    Will

    OdpowiedzUsuń
  28. [Cóż, chyba w tym wypadku zrzucę to na Ciebie, byś zaczęła, jeśli mogę prosić. ;)]


    Mary

    OdpowiedzUsuń
  29. [No to co? Zacznę nam tak jak ustalałyśmy? ;)]

    - Nimcia <3

    OdpowiedzUsuń
  30. [Bardzo dziękuję za powitanie i chęć u mnie jest jest zawsze, jednak gorzej z samym pomysłem ;c]

    Chelsey

    OdpowiedzUsuń
  31. [No to chodź do mnie, napiszmy coś.]

    MAD HATTER

    OdpowiedzUsuń
  32. [Wyrazy miłości dla synka jak najbardziej wystarczą. <3
    Dziękuję za śliczne powitanie i w ogóle za wszystko, a zwłaszcza motywację by się wyrobić w terminie.
    Kto wie, może już wieczorem coś będzie... ;>]

    Synek

    OdpowiedzUsuń
  33. [oj tam - od razu opoznienie. To nie piekarnia.
    Coz, w sumie to jej nie znalam, ale skojarzyla mi sie historia z siostra i jej 7 bracmi tez zamienionymi w labedzie ;) Nie mniej ciesze sie, ze sie podoba. Morgasia tez fajnie wyszla.
    Checi zawsze sa tylko pomysl... Z czym by tu do niej przyjsc. *mysli* Idziemy na spontana czy kombinujemy cos? ]

    Fiona

    OdpowiedzUsuń
  34. Chodź zwiad był zaskakująco wyczerpujący i parę razy niespodziewanie się wydłużył, Mordred i tak musiał przyznać, że każda okazja by wyrwać się z Camelotu była dobra. Wciąż jeszcze w pełni nie przywykł do życia na dworze Artura w roli Rycerza Okrągłego Stołu. Nadal nie potrafił zachowywać tak chłodnego spokoju, jaki by chciał. Codzienny widok Artura i odgrywanie przed nim roli wzorowego rycerza, ciągłe dopasowywanie się i wewnętrzna walka z samym sobą... to wszystko okazało się znacznie trudniejsze niż sądził. Do tego doszły jeszcze kolejne problemy. Najpierw strata Morgause, później Lot. Mordred wiedział, że tak naprawdę ani Morgause, ani Lot nie darzyli go szczerymi uczuciami. Wciąż widział w nich swoich „rodziców”, wypełniał nimi lukę po matce, której niemal nie znał i ojcu, który był jego największym wrogiem. Mimo, że sam się oszukiwał, podświadomie wiedział, że dla Morgause był ważny tylko dlatego, że był synem Morgany i Artura... i że miał moc. Z kolei Lot traktował go jak syna, bo chciał być ojcem przyszłego króla. W innych okolicznościach, gdyby nie był im potrzebny, pewnie przybrani rodzice nie wahali by się przed zabiciem go. Wiedział to wszystko doskonale, ale i tak nie umiał pogodzić się z ich stratą. Lothian było namiastką domu. Początkowo Mordred próbował zagłuszyć swoją złość i samotność skupiając się na wrogości wobec Pellinora. Szybko jednak przekonał się, że tylko pogarsza swoją sytuację. W końcu musiał zasiadać przy Okrągłym Stole wraz z synami Pellinora. Zmienił wówczas strategię. O wiele prościej było obwiniać Morganę. W końcu przyłożyła rękę do śmierci Morgause, nie było jej przez te wszystkie lata i nawet teraz bardziej przejmowała się swoimi własnymi planami. Obwinianie Morgany, matki, której nigdy naprawdę nie miał, przynosiło ulgę. I jak na ironię idealnie pomagało realizować plan by zbliżyć się do Artura. Wystarczyło tak niewiele... Jedynie uratowanie Artura przed Morganą. Nie musiał nawet kłamać, by osiągnąć co chciał. Zyskał dozgonną wdzięczność Artura... i zranił Morganę. Do tej pory wyraźnie pamiętał zaskoczenie i bolesne rozczarowanie jakie widział w oczach matki. Samo to wspomnienie sprawiało mu dziwną satysfakcję, ale i pewien niezrozumiały ból. Chyba podświadomie i wbrew własnej woli, wciąż tęsknił za matką, chyba wciąż nie radził sobie z tą dziwną samotnością w dźwiganiu tych wszystkich tajemnic.
    Z zamyśleniem wpatrywał się w las, przez który podróżował wraz z małą grupką zwiadowców. Nie miał najmniejszej chęci wracać do Camelotu. Gdyby tylko mógł najchętniej wyjechałby do Lothian, zobaczył się znów z Agravainem, który od czasu śmierci Lota niemal nie bywał już w Camelocie. Mordred niechętnie musiał przyznać, że tęsknił za nim. Pozostali przybrani bracia nie byli mu tak bliscy. Z Gaherisem nigdy nie dogadywał się najlepiej, Gawein wydawał się ślepo zapatrzony w Artura, a Gareth był zbyt grzeczny i prostoduszny...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mordred rozejrzał się niespokojnie, po raz kolejny zmuszając się by oderwać się od ponurych myśli. Wszędzie panował spokój, a zwiadowcy wydawali się nie zwracać na nic uwagi. Mimo to jakiś szósty zmysł podpowiadał Mordredowi, że coś było nie tak. Czuł jakby ktoś ich obserwował, miał wręcz wrażenie, że wyczuwa czyjąś obecność niemal namacalnie. Na chwilę zatrzymał konia, uważnie wpatrując się w jeden punkt pośród zarośli. Mała grupa towarzyszy wydawała się zdziwiona jego zachowaniem, jednak nie zwracał na nich uwagi. Któryś rzucił nawet uwagi, że to nie jest dobry moment na postój. Czekała ich jeszcze długa droga nim dotrą do Camelotu... Mordred nie chciał się spierać. Nawet jeśli o wiele bardziej ufał swoim przeczuciom niż jakimkolwiek ludziom. Miał już coś powiedzieć, kiedy z zarośli dookoła nich wypadła grupa uzbrojonych bandytów. Przez chwilę przemknęło mu przez myśl, że przecież przeczuwał to, wiedział, że to pułapka... Czemu nie wybrał innej drogi? Może tak naprawdę po raz kolejny szukał kłopotów? Ostatnio robił to coraz częściej. Celowo narażał siebie i innych, porywał się na rzeczy uznawane przez większość za czyste szaleństwo, zupełnie jakby chciał sprowokować los. Uśmiechnął się sam do siebie, choć w tej chwili wcale nie powinno być mu do śmiechu. Dopiero w ostatniej chwili sięgnął po miecz, odpierając tym samym atak jednego z bandytów. Ze złością po raz kolejny stwierdził, że rycerska zbroja koszmarnie krępuje mu ruchy. Wciąż jeszcze nie przywykł w pełni do walki w ciężkim uzbrojeniu. Miał wrażenie, że każdy jego ruch jest zbyt powolny i przewidywalny, a przeciwnicy, choć bardziej narażeni na ciosy, mieli przewagę dzięki lekkości i szybkości ruchów. Mimo wszystko bez większego trudu odpierał ataki kolejnych bandytów. Szybko jednak dotarło do niego w jak poważnej sytuacji się znalazł. Przeciwnicy mieli znaczną przewagę liczebną. Większość zwiadowców, podobnie jak i on sam, była zmęczona długą drogą. Kątem oka dostrzegł, że kilkoro z towarzyszy poległo, zaś pozostali coraz trudniej radzą sobie w tej nierównej walce. Jemu również coraz ciężej było odpierać kilka ataków naraz. Do tej pory unikał zwykle używania magii. Nie chciał by Artur dowiedział się o jego zdolnościach. Wystarczająco wyróżniał się już na tle pozostałych synów Lota i Morgause, gdyby jeszcze na jaw wyszły jego magiczne moce, Artur mógłby zacząć coś podejrzewać. Teraz jednak Mordred wątpił, by ktokolwiek wyszedł z tej potyczki żywy, by donieść Arturowi o tym co widział. Teraz liczyło się tylko ocalenie własnego życia. Przez chwilę pożałował, że w ciągu ostatnich lat zaniedbał nieco naukę magii. Na szczęście nawet mimo tego udało mu się przypomnieć co trzeba. Jednym gestem odrzucił od siebie kilku zaskoczonych napastników. Jednego, który znalazł się wystarczająco blisko udało mu się nawet zamienić w kamień. Choć nie było to łatwe, odniosło odpowiedni skutek wprawiając znaczną część bandytów w absolutne przerażenie. Miał już rzucić kolejny czar, gdy poczuł przeszywający ból w boku. Musiał zbyt skupić się na trudnym zaklęciu i nie zauważyć jednego z napastników, który właśnie wbił mu sztylet, aż po rękojeść pomiędzy elementy zbroi. Mordred zachwiał się... Ta jedna chwila wystarczyła, by spadł z konia. Mimo wszystko zmusił się do wysiłku by jak najszybciej się podnieść... i wyjąć sztylet z rany. Bandyci wykorzystali jednak chwilę przewagi. Jeden z nich powalił go na ziemię, przykładając miecz do gardła.

      Usuń
    2. – Nie zabijaj go! – usłyszał głos jednego z bandytów
      – To czarodziej i rycerz Camelotu – odwarknął ten, który wciąż trzymał miecz przy gardle Mordreda
      – To druid – poprawił go ten pierwszy – lepiej zabrać go do pani, ona powinna zdecydować.
      Ku zaskoczeniu Mordreda bandyta, choć niechętnie, posłuchał słów swego towarzysza i schował broń. Przez krótką chwilę napastnicy wyraźnie wahali się co powinni teraz zrobić. Żaden nie chciał wykonać pierwszego kroku, najwyraźniej w obawie przed przemienieniem w kamień. Mordred zdecydował się wykorzystać krótką chwilę przewagi. Nie zdążył jednak wypowiedzieć do końca zaklęcia, gdy poczuł uderzenie w tył głowy i tępy ból... potem nie pamiętał już nic.
      Nie miał pojęcia ile czasu minęło. Gdy się obudził nie było już lasu, pobojowiska i trupów niedawnych towarzyszy. Znajdował się chyba w podziemiach jakiejś twierdzy. Światło wpadające do pomieszczenia było dość słabe, na dodatek za bardzo kręciło mu się w głowie, by rozejrzeć się uważniej dookoła. Odruchowo dotknął obolałej głowy. Musiał oberwać dość mocno, ponieważ wyczuł wciąż jeszcze świeżą krew. Spróbował się odnieść, jednak zakręciło mu się w głowie, a ostry ból w boku przypomniał o sobie. Spomiędzy płyt zbroi wciąż sączyła się krew. Mordred wiedział, że rana nie była zbyt groźna. Musiał jednak stracić dość mocno krwawić, bo wyraźnie czuł, że ubranie pod zbroją było mokre i lepkie od krwi. Powinien jak najszybciej to zatamować. Przeklęta zbroja! Z irytacją próbował jakoś przełamać ból i ściągnąć z siebie ten cholerny pancerz. Nie zdążył jednak tego zrobić, gdy niespodziewanie pojawił się jakiś człowiek. Mordred rozpoznał w nim jednego z bandytów z lasu, tego samego który nie pozwolił swojemu towarzyszowi go zabić.
      – Wstawaj! – rzucił ostro i szarpnął Mordreda zdecydowanie, zmuszając tym samym do wstania. Świat przez chwilę zawirował. Zanim jeszcze ustały zawroty głowy, człowiek popchnął go w stronę wyjścia. Mordred nie stawiał oporu. W tej chwili był zbyt słaby na walkę. Wiedział, że musi najpierw wyleczyć się na tyle by mieć siłę na cokolwiek.
      – Idziemy, Lady Morgana chce cię widzieć – rzucił jeszcze człowiek.
      Na dźwięk tych słów Mordred z trudem powstrzymał śmiech. Albo śnił albo los naprawdę miał dziwaczne poczucie humoru. Zatem miał teraz robić za więźnia własnej matki? Sam nie wiedział już czy powinien się z tego śmiać czy nie. Czuł jedynie, że nie musi się niczego obawiać. Nie ważne co się stanie, Morgana nie pozwoli go skrzywdzić. Mniej ciekawy los czeka zapewne tych głupców, którzy go tu przywlekli, wcześniej omal nie zabijając. Z dziwną satysfakcją pomyślał, że pewnie czeka ich ciekawa niespodzianka.
      Choć w tej chwili było mu wszystko jedno, mimo wszystko czuł się też trochę nieswojo. Niezależnie od okoliczności, spotkanie z matką nie było czymś na co miałby w tej chwili ochotę. Po tym co zaszło ostatnio... Nie miał pojęcia czy chce ją w ogóle widzieć, podobnie jak nie wiedział czy ona chce go widzieć i czy do reszty nie znienawidziła go za to, że stanął przeciwko niej. I to w obronie kogo? Człowieka wobec, którego nie powinien mieć żadnych zobowiązań. Ojca, który chciał jego śmierci i przez którym ona musiała go chronić. A teraz...
      Nie spojrzał nawet na nią, kiedy siłą wprowadzili go do sali, w której czekała. Dopiero kiedy człowiek, który go tu przyprowadził popchnął go na ziemię przed swoją panią, podniósł wzrok. Starał się zachować spokój i obojętność, choć nie potrafił powstrzymać uśmiechu z powodu tej przeklętej ironii losu. Zdawał sobie sprawę, że musi wyglądać w tej chwili dość dziwnie. Upiornie blady, upaprany w krwi, półprzytomnie uśmiechający się z triumfem, czym najwyraźniej irytował sług „Lady Morgany”. Przez chwilę walczył z idiotyczną pokusą by publicznie, wobec tych wszystkich bałwanów nazwać ją ”matką”. Wiedział jednak, że byłoby to potwornie głupie.

      Synek

      [p.s. Mam nadzieję, że jest dość znośnie ;)]

      Usuń
  35. Któregos dnia w prowadzonym programie na zywo w studiu telewizyjnym.
    Obywatele Fable.
    Tu najnowsze wiadomości programu informacyjnego.
    Mamy bardzo smutne wieści. Jak pewnie widzowie juz zauwazyli nastapila zmiana prowadzacego prognoze pogody. Było to chwilowa decyzja, jednakze prawdopodobnie bedzie stala. Pewnie sie zastanawiacie dlaczego?! Juz spieszymy z wyjasnieniem.
    Z przykrościa musimy poinformowac, iz wasza ulubiona pogodynka zaginela pare dni temu i sluch o niej zaginal. Wszelkie kontakty zostaly przerwane. Dlatego tez apelujemy, by kazdy nial oczy szeroko otwarte i w razie jakiś blizszych infomracji poinformowal o tym odpowiednie wladze.
    Ponadto dowiedzielismy sie z naszego zrodla, iz wprowadzono juz poszukiwania, jednak bez zadnego skutku, dlatego tez dla tego kto cos wie lub widzial, wyznaczona zostala nagroda.
    --- pauza ---
    A teraz przechodzimy do podsumowania działan prowadzonych przez zastępce szeryfa dotyczacych parkingu przy szpitalu... [...dalsza czesc programu]


    Gdzies tam w lesie.
    Zastanawiala sie nad tym jak mogla wpasc w taka prymitywna pulapke dla ptakow?! Nieuwaga? Gapiostwo? a moze bezmyslnosc doprowadzily ja do tego a nie innego zdarzenia. Gdyby mogla w tej formie wzdychac to by to zrobila. Nie byla swiadoma uplywu czasu. Mogla by smialo powiedziec, iz uplynelo tylko pare dni, jednak bylo inaczej. Ktos by mogl powiedziec zmienisz sie to sie uwolnisz. Tylko, ze przed wpadka bralo jej na przeziebienie i odpornosc byla nizsza, przez co orientacja jak i refleks byl inny a i choroba tu nie pomagala a wrecz zaszkodzila przez co trafila na pulapke, ktora zwykle by pominela. A wycieczka po okolicy byla glupim pomyslem. "Zbierała" wiadomosci pogodowe, ktore sie w wiekszosci sprawdzaly. Nikt do konca nie wiedzial jak to mozliwe a i w pracy sie nie ofiszowala byciem labedziem. Od razu byly by pytania - kto, co i dlaczego? Nie mniej prognoza pogody podniosla frekwencje ogladalnosci o kilka procent wiecej niz inne programy i bylo widac, ze wbrew pozorom program byl lubiany, nawet jesli byla to tylko pogoda. 900 lat "praktyki" robily swoje.
    Ale nie pomogly jej w obecnej sytuacji. Nie czula nogi - pewnie byla zlamana a skrzydlami nie mogla otworzyc skrzydel. Tak, zostala w skrzydlatej formie, glodna, spragniona i zmeczona ciaglym czuwaniem i strachem przed drapieznikami. Wydawalo jej sie ze slyszy wycie wilkow, albo to tez byly omomy wywolane goraczka. Zawiesila smetnie glowe godzac sie na los bycia zjedzona. Zasnela marzac o wodzie, ktora byla tak blisko a nie mogla jej dosiegnac. Robilo sie chlodniej i zaczelo mzyc, gdy w koncu zasnela.

    [doobra - wyszlo na spontana cos takiego ^_^
    Zawsze lubilam Morgane, wiec oklaski za inwencje tworcza xD

    Fiona

    OdpowiedzUsuń
  36. Czuł panującą w pomieszczeniu ciężką atmosferę. Przez dłuższą chwilę panowało nieprzyjemne milczenie. Aż do chwili, gdy ostatni ze sług Morgany nie opuścił pomieszczenia. Przez chwilę zastanawiał się czy nie powinien odezwać się pierwszy. W końcu gdyby się nad tym zastanowić to on był winny jej wyjaśnienia. W końcu przy pierwszym od tak wielu lat spotkaniu zamiast spróbować porozmawiać i zwyczajnie coś wyjaśnić, uznał, że nie ma jej nic do powiedzenia. Teraz chyba też nie miał... Tym bardziej, gdy usłyszał jej pierwsze słowa.
    Zagryzł nerwowo wargi z trudem powstrzymując się by nie odgryźć się jej natychmiast. Oczywiście... Musiała mu przypomnieć o tym jak bardzo ojciec pragnął jego śmierci. Chociaż nie to zabolało go najbardziej. Bez porównania bardziej bolało posądzenie o zdradę. Mordred przez lata przywykł i nauczył się żyć z całą masą przypisywanych mu łatek. Z przeznaczeniem, wobec którego miał niewiele do powiedzenia, z faktem, że najwyraźniej cały świat uważał go za przeklętego, a Merlin wciąż irracjonalnie przypisywał mu wszystko co złe. Ale to? Nawet własna matka uważała go za zdrajcę? Drgnął lekko, gdy poczuł jej dotyk. Nie spodziewał się, że zechce mu pomóc. Nie po tym co przed chwilą sama powiedziała... Skoro uważała go za zdrajcę, po co się nad nim litowała? Po co pomagała? Nawet jeśli był jej synem to... to nic nie znaczyło. Więzy krwi do niczego nie zobowiązywały. Artur był tego najlepszym przykładem.
    Odwrócił się by na nią spojrzeć. Chciał coś powiedzieć, ale nie był pewien co. Że nie jest zdrajcą? Że jeśli któreś z nich zdradziło to prędzej ona, tym że nie było jej ani teraz, ani wcześniej. Wolał jednak milczeć, to nie był dobry moment na rozmowę. Wiedział, że jeśli odezwie się choćby słowem, nie wytrzyma i powie o wiele za dużo. Rozsądek kazał poczekać, aż będą mogli porozmawiać spokojnie, z daleka od jej ludzi i służby czekającej za drzwiami. Teraz jedynie w milczeniu pozwolił sobie pomóc, choć głupi upór podpowiadał mu, że nie chce jej litości ani jej pomocy i sam sobie poradzi ze wszystkim, sam potrafi się uleczyć. Może w innych okolicznościach byłby jej wdzięczny za troskę i pomoc. Teraz czuł jedynie jakby Morgana chciała celowo zranić jego dumę, pokazując mu, że pomimo jego zdrady, ona i tak jest ponad.
    Odruchowo odwrócił wzrok. Nie chciał by mogła cokolwiek wyczytać z jego oczu, by miała satysfakcję i triumfowała z powodu swojej własnej matczynej troski. Tym bardziej, że słysząc jej ostatnie pytanie zdał sobie sprawę, że jakimś cudem była w stanie go rozgryźć. A przynajmniej częściowo. W milczeniu przyglądał się jak ostrożnie, by nie przysporzyć mu dodatkowego bólu, zdjęła mu zbroję. Starał się za wszelką cenę ignorować ciążącą mu atmosferę i własne głupie myśli, które wciąż krążyły wokół tego co przed chwilą usłyszał... Gdy kolejnym zaklęciem Morgana uleczyła jego ranę poczuł mimo wszystko pewną ulgę. Zdawał sobie jednak sprawę, że najgorsze dopiero przed nim. Chcąc czy nie, nie ominie go rozmowa z matką, co najwyżej odwlecze się nieco w czasie. Ale może to i dobrze? Jakoś nie śpieszyło mu się by wdawać się z nią w dyskusje i to teraz kiedy targało nim zbyt wiele emocji, które mogły sprawić, że zrobi lub powie coś głupiego. Tym bardziej decyzja Morgany go ucieszyła. Miał więcej czasu, by poukładać sobie to wszystko, a przy okazji marzył o chwili odpoczynku i tym by zmyć z siebie cały brud i krew.
    -*-

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedy słudzy Morgany zabrali go do jednej z komnat i dopilnowali by dostał wszystko czego potrzebuje, od razu poczuł się lepiej. Nie potrzebował zbędnych luksusów, w pełni wystarczyło mu, że mógł się umyć, przebrać i chwilę odpocząć. Również ciepły posiłek sprawił, że częściowo odzyskał siły. Pewnie jutro rano wszystko będzie już dobrze, jakby nic się nie wydarzyło. Przez chwilę zastanawiał się co dalej. Jak długo będzie musiał tu zostać? Wątpił by Morgana chciała go tu trzymać siłą. Choć pewnie wykorzysta sytuację i fakt, że Artur zapewne będzie go szukał... Był tego pewien. Co prawda wciąż znał własnego ojca dość krótko, jednak zdążył omotać go już na tyle, by mieć pewność, że Artur nie będzie tak bierny jak w wypadku pozostałych zaginionych zwiadów. A to mogło oznaczać tylko jedno... znów będzie musiał odgrywać zdrajcę przed matką i wzorowego rycerza przed ojcem. Na samą myśl o tym miał dość. Żałował, że nie potrafi nienawidzić matki, tak jak nienawidził ojca. Byłoby wtedy znacznie łatwiej znosić to wszystko ze spokojem.
      Wpatrywał się w przestrzeń za oknem, gdy usłyszał jak Morgana wchodzi do komnaty. Spojrzał na nią, choć znów nie odezwał się ani słowem. Po co miał w ogóle z nią rozmawiać skoro i tak wiedziała o wszystkim lepiej? W milczeniu usiadł przy stole naprzeciw niej. Kiedy w końcu przerwała krępujące milczenie nie mógł już wytrzymać. Teraz. Właśnie teraz musiała zgrywać dobrą i wyrozumiałaś mamusię? Nie ocenia ani nie potępia, choć chwilę wcześniej nie wahała się nazwać go zdrajcą? Jeszcze musiała w to mieszać Morgause... Nie chciał rozmawiać o Morgause... Posłał matce pełne wściekłości spojrzenie.
      – Czyżby? Myślałem, że zdrajcy nie zasługują na wyrozumiałość. – odparł ze złością, sam w tej chwili nie wiedząc czy bardziej był wściekły na nią za to wszystko, czy na siebie, za to że dał po sobie poznać, że to co powiedziała tak bardzo go zabolało – A może nie zabiłaś mnie tylko dlatego, że jestem ci potrzebny? Artur pewnie będzie mnie szukać. Przyda ci się przynęta. Potem kiedy dopniesz swego nie będę ci już potrzebny. Może też uznasz, że sam tego chciałem? W końcu po co tak głupio narażałbym swoje życie... Chcesz być dla mnie dobra i litościwa? Śmiało, zabij mnie. – z trudem opanował własny głos, by nie wykrzyczeć tego wszystkiego, ani nie zdradzić z jakim trudem przychodziło mu powiedzieć cokolwiek.
      Znów zamilkł na chwilę. Nie miał pojęcia po co powiedział to wszystko. Wiedział, że to bzdury i kłamstwa. Wiedział, że Morgana nigdy by go nie skrzywdziła, ani nawet nie pozwoliła skrzywdzić. Nie po to przez lata zadawałaby sobie tyle trudu by go chronić. Po co w takim razie powiedział jej to wszystko? Zagryzł nerwowo wargi. Musiał przyznać przed samym sobą, że w tej chwili chciał ją tylko zranić. Chciał by cierpiała za to wszystko, za to, że nie była nawet częścią jego życia, a i tak sądziła, że ma prawo by go oceniać.

      Usuń
    2. Przez chwilę milczał, starając się uspokoić nerwy. Kiedy w końcu się udało znów spojrzał na matkę. Tym razem chłodno. Z jak największym dystansem.
      – Jeśli naprawdę uważasz, że zależy mi na Arturze, Camelocie i okrągłym stole... to nie mamy chyba o czym rozmawiać Lady Morgano. – ostatnimi słowami tylko podkreślił oficjalny ton – Nie znasz mnie, nie masz pojęcia o mnie i moim życiu, a uważasz, że masz prawo mnie oceniać. Nie obchodzi mnie twoje zdanie, to czy mnie pochwalasz, potępiasz, uważasz za zdrajcę... Tak samo jak nie obchodzi mnie twoja nagła troska o moje dobro. Nie chcę twojej pomocy. Niczego od ciebie nie chcę.
      Kłamał. Obchodzi, bardzo obchodzi i oczywiście, że chce... Może niekoniecznie pomocy, ale tego by po prostu przy nim była, to wystarczy. Gdyby było inaczej mówienie tego wszystkiego nie przychodziłoby mu z takim trudem. Wszystkie kłamstwa jakimi raczył Artura były tak lekkie, że niemal ich nie zauważał. Teraz wkładał niesamowity wysiłek w całą swoją pozę. W chłód i obojętność, w to by jak najbardziej ukryć jakiekolwiek uczucia i to jak bardzo bolało go to wszystko. A przede wszystkim jak bardzo nie mógł znieść zachowania Morgany i tego jak próbowała pierwsza wyciągnąć do niego rękę. Wolał już by się na niego wściekła, obwiniała go i nienawidziła. Tak byłoby łatwiej.
      Nerwowo zacisnął dłonie. Miał dość tej całej rozmowy. Miał dość Morgany i tych wszystkich emocji, które zdawały się wymykać mu spod kontroli.

      Biedny synek <3

      Usuń
  37. [Nie mam żadnego sensownego pomysłu ;c Nwm, może jakiś eliksir, który zatrzyma narastające koszmary, które co noc dręczą Chelsey? Tylko co dalej, bo tak to skończy nam się za szybko wątek :D]


    Chelsey

    OdpowiedzUsuń
  38. Pokiwał głową, wcale go to nie uspokoiło. Może nie powinien robić interesów z baśniowcami? Z tą kobietą? Byłby przynajmniej pewny tego, że kasa nagle sama nie zniknie, a większość ludzi, którzy przybywali do Fabletown, równie szybko wybywała mówiąc, że to nie jest normalna dzielnica. Will czasem żartował, że Fabletown, to taki trochę Bronx, tyle że zamiast murzynów, to mają baśniowców. Ale to i to , to dzielnica cudów.
    — Powiedzmy, ż eto mnie uspokoiło – powiedział cicho. Wątpił w to aby uwierzyła, no ale zawsze przecież warto spróbować, prawda?
    — Nadmierna pewnośc, to jest to co gubi ludzi – powiedział wstając. Kiedy stał oparł się o blat biurka i nachylił się w kierunku Morgany. – Postaram się dostarczyć jak najszybciej przesyłkę – dodał cicho w jej kierunku.
    Po tych słowach wyszedł z budynku. Miał nadzieję, że wszystko się uda i będzie okej. Co jak co, ale nie widziało mu się po raz kolejny być w więzieniu i odsiadywać jakiś wyrok. Nie było to przyjemne. Już mógłby przez te dziesięć lat być kotem, a nie siedzieć w pace.
    Jednak za błędy należało zapłacić.
    ***
    Will właściwie mógł już powoli skakać z radości, bo oto udało mu się wszystko ładnie pięknie zdobyć. No i właśnie w tym miejscu opowieści zaczynają się schody, przez które ciężko jest przebrnąć. Bo raczej z komisariatu tak szybko nie wyjdzie, a jeśli nawet, to z pewnością tylko w jednym kierunku, bo do więzienia.
    Chociaż tyle, ze nie złapali go bezpośrednio za rękę podczas kradzieży, tylko trochę po niej. Miał właściwie oddać ten kryształ Morganie, ale przyszli i zapakowali go i zawieźli na komisariat. To nie było fajne.
    — Chcę zadzwonić! Przysługuje mi jeden telefon! Nic nie powiem bez prawnika! – zaczął krzyczeć. Może było to dziecinne, ale nie przejmował się tym. Ważne żeby dali mu ten telefon.
    Kiedy jakiś łaskawiec podał mu telefon, Scarlet wybrał numer do Morgany.
    — Dobry wieczór. Mam kłopoty jestem na komisariacie, byłbym wdzięczny za szybkie przybycie. Oskarżyli mnie o coś czego nie zrobiłem – powiedział na jednym wydechu. Teraz oby kobieta przyjechała. Oby przyjechała i przemówiła tym ludziom do rozsądku.

    Will w opałach

    OdpowiedzUsuń
  39. Jej nagły wybuch podziałał na Mordreda niczym kubeł zimnej wody. Owszem chciał tego, w końcu celowo mówił te wszystkie rzeczy, by zmusić matkę do ostateczności. Wyprowadzić ją z równowagi. I choć jej gwałtowna reakcja była czymś czego oczekiwał to... nie spodziewał się tego, co właśnie mu powiedziała. Albo raczej otwarcie wykrzyczała. Spodziewał się niemal wszystkiego, ale nie tego, że myślała, że... Na chwilę minęła mu cała złość, a wszystkie szalejące uczucia jakby zamarły. Spojrzał na matkę, jakby chciał upewnić się, że to co mówiła nie było tylko kolejnym kłamstwem czy celową prowokacją. Ale nie... Widział to w całej jej postawie, w jej spojrzeniu i tym jak z całych sił tłumiła w sobie emocje. Znał to, znał aż za dobrze. Przez chwilę poczuł się nawet nieco nieswojo uświadamiając sobie, że chociaż Morgana była dla niego praktycznie obcą osobą to, bardzo często zachowywał się tak samo jak ona. Reagował tak jak ona. I tak samo potrafił wykrzyczeć w nerwach całą prawdę i to co rzeczywiście myślał...
    Patrzył na nią nie wiedząc co powinien myśleć i czuć. Z jednej strony chciał być zły, że coś takiego w ogóle przyszło jej do głowy, ale z drugiej jeszcze bardziej chciał ją zapewnić, że Artur nigdy, przenigdy nie zyska sobie jego lojalności.
    – Nie jestem niczyją własnością Morgano... – oparł w końcu cicho, nie będąc pewnym jak powinien się do niej zwracać. Nie chciał dodatkowo ranić ją oficjalnym tonem, ale też czuł, że nie jest w stanie nazwać ją matką. Przez moment chciał dodać, że dotyczy to nie tylko Artura, ale i Morgause. Ale nie chciał przerywać Morganie. Niemalże widział jak toczyła wewnętrzną walkę z własnymi emocjami, jak bardzo chciała mu coś powiedzieć.
    Kiedy podeszła bliżej i położyła mu rękę na ramieniu w pierwszym odruchu chciał się odsunąć. Nie chciał jej bliskości, nie chciał żadnych zażyłych gestów, które mogły zburzyć mur jaki wciąż uparcie wokół siebie budował. Nie odsunął się jednak, nawet jeśli tak ciężko było mu znieść ten prosty gest. Słuchał tego co mówiła, jak na chwilę absolutnie szczerze otworzyła się przed nim na tyle, by przyznać się do błędu... Doceniał to. I zarazem czuł się okropnie ze świadomością, że choćby powiedział jej najgorsze i wciąż odpychał od siebie, ona wciąż nie rezygnowała... Nie rezygnowała z niego.
    Spojrzał na nią, gdy poczuł dotyk jej dłoni na swoim policzku. Przez chwilę miał chęć by również się poddać i po prostu przytulić się do niej. Jak wtedy, gdy był dzieckiem i spotkał ją po raz pierwszy. Wtedy jakimś cudem potrafił zapomnieć na chwilę o urazach. Pamiętał jak mając zaledwie parę lat już katował samego siebie myślami o tym, że matka nigdy go nie kochała, że porzuciła go, bo był synem człowieka, którego nienawidziła. Pamiętał jak trudne było dla niego pierwsze spotkanie z matką... i jak w jednej chwili wszystko się zmieniło. Jak wystarczyło, że po prostu przytuliła go i powiedziała mu, że go kocha. Wiedział, że mówiła wtedy prawdę. Tak samo jak teraz. Nie miał powodu by wątpić w choćby jedno jej słowo i w to, że naprawdę z całego serca chciała być przy nim, pomóc mu nie z powodu własnych korzyści, a dlatego, że po prostu jej zależało... Oczywiście wciąż gdzieś tam był Artur, który nawet teraz w jakiś dziwny sposób niszczył wszystko. Mordred z irytacją musiał przyznać, że chociaż i on i jego matka zgodnie pragnęli zguby Artura, każde miało w związku z tym własne plany... i to oddalało ich od siebie. W tej chwili miał wrażenie, że nienawidzi ojca jeszcze mocnej.
    Na chwilę odwrócił wzrok od matki. Nie dlatego, że nie chciał z nią rozmawiać. Po prostu... czuł jak łzy napływają mu do oczu i pragnął za wszelką cenę ukryć tą nagłą oznakę słabości, nawet jeśli wiedział, że Morgana nigdy nie wykorzystałaby tego przeciwko niemu. Mordred wiedział jednak, że jeśli podda się wzruszeniu, jeśli nie zachowa teraz obojętności, może powiedzieć za dużo, nie zapanować nad wszystkimi chaotycznymi myślami i uczuciami. Nie chciał tego...
    Przez chwilę znów milczeli oboje. Zastanawiał się co powinien jej powiedzieć. Jak wycofać się z tego co jeszcze przed chwilą sam jej powiedział...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tym bardziej zabolało go, gdy po przeciągającym się milczeniu zobaczył, że Morgana postanowiła się wycofać. Poczuł bolesne ukłucie w sercu na myśl, że mogła to zrobić przez niego. Przez to jak zareagował na jej wyznanie. Nie chciał tego. Nie po tym co właśnie mu powiedziała. Dopiero cichy dźwięk zamykanych drzwi wyrwał go z tego dziwnego stanu. Gwałtownie zerwał się z miejsca, aż przez chwilę poczuł jak robi mu się ciemno przed oczyma. Zignorował to jednak. Natychmiast znalazł się przy drzwiach i niemal wybiegł na korytarz.
      – Zaczekaj! – zawołał za nią. Nie miał pojęcia co powinien jej powiedzieć, wiedział jednak, że nie może pozwolić jej tak po prostu odejść. W głowie tłukła mu się tylko jedna myśl, że jeśli teraz ją odrzuci, jeśli pozwoli jej odejść i się poddać to straci ją na zawsze. Straci być może jedyną bliską mu osobę...
      Podszedł do niej, z każdą chwilą czując się bardziej niepewnie. Nie miał pojęcia co powinien teraz zrobić. Z pewnym wahaniem w końcu ujął jej dłoń. Ostrożnie i niepewnie, jakby oczekiwał, że w każdej chwili zechce mu się wyrwać i jednak odejść.
      – Zostań, proszę... – odezwał się w końcu, niemal nie poznając przy tym własnego głosu – To co powiedziałem to... Wcale tak nie myślę, ja tylko... Ja wiem, że nigdy byś mnie nie skrzywdziła... ani nie pozwoliła nikomu skrzywdzić. Powiedziałem to celowo... Nie dlatego, że cię nienawidzę. Chciałbym cię nienawidzić, ale nie potrafię... Ja po prostu... całe życie myślałem, że... – zawahał się przez chwilę – Po prostu kiedy powiedziałaś o tej „zdradzie”... Chciałem żebyś poczuła się tak samo jak ja. Ale wcale tak nie myślę... Proszę cię, zostań... Chce żebyś została. Opowiem ci wszystko o Arturze i tym dlaczego wtedy go chroniłem, tylko... nie odchodź teraz. – czuł się dziwnie mówiąc to wszystko. Nie przywykł do przyznawania się do błędów. Na dodatek szczerze. Miał też pewien żal do siebie, że nawet w tej chwili musiał wplątać w to wszystko Artura. Dlaczego nie mógł poprzestać na prośbie by po prostu została? Nie dla jakichkolwiek korzyści czy informacji, ale dla niego. Naprawdę aż tak bardzo bał się odrzucenia, że nawet w takiej sytuacji próbował swoich sztuczek? Jeśli tak to tym razem musiał wypaść wyjątkowo żałośnie. Z goryczą pomyślał, że szczerość nie wychodzi mu najlepiej, skoro sam się poniża i zachowuje jak zbity pies.

      Synek

      Usuń
  40. [I teraz nie wiem czy mam się cieszyć i gratulować Ci pierwszeństwa czy raczej uciekać, bo masz w tym jakiś tajny, bardzo mroczny i na pewno zły plan... Hmm? ;)
    A tak na serio to witam również, dziękuję za łaskawość i wybaczenie i po wątek przybywam! Tak się zastanawiam, że Percy chyba nie miał kanonicznie okazji spotkać Morgany, bo był za bardzo oderwany od rzeczywistości na takie przygody... A jeśli jakimś cudem ją spotkał to chyba zbyt spektakularne to spotkanie nie było. Znając życie Morgana go wzięła za idiotę i zignorowała. Zatem... korci mnie by tak naprawdę poznać ich dopiero teraz. No chyba że masz jakiś pomysł? ;)
    No i przepraszam za chaos!]

    Percy

    OdpowiedzUsuń
  41. [Nauczę ją kraść spodnie i polować na dziewice... i dam jej świeżaka - całkowicie bezinteresownie. Co Ty na to? I zobacz Twój ulubiony Drake wrócił! <3]

    Smok Drake & Smok Erik (który jest ogarnięty)

    OdpowiedzUsuń
  42. [Na wszelki wypadek uzbroję się w święty granat ręczny... ;)
    Mieli? Jakieś ciekawe, które można by sobie było wykorzystać? Albo moment wróć... to w tym serialu był Percy? :D
    Szczerze mówiąc ja ewentualne spotkanie Percy'ego i Morgany w przeszłości widzę tak: Percy na nią ręki nie podniesie "bo to kobieta!" i jeszcze uprzejmie i z wielkim zapałem spełni jakieś jej życzenie lub jak dżentelmen pozwoli jej uciec. Dlatego myślę, że drugi raz nikt już Percy'ego by do Morgany nie posłał. Zresztą mam wrażenie, że on jest tak głupiutki, że Morgana by mu krzywdy nie zrobiła, bo to trochę jakby zrobić krzywdę szczeniaczkowi. xD]

    Percy

    OdpowiedzUsuń
  43. (Cześć, witam koleżankę wiedźmę. ♥ Dziękuję serdecznie za powitanie, miło mieć taki odbiór i... choć nie mam konkretnego pomysłu, to bardzo chętnie bym coś stworzyła z Morganą. Choć Mary chyba nie do końca wie jak to jest być przyjaciółką, to może spróbujemy? Jak myślisz, da się coś właśnie w tym kierunku?)

    Krwawa Mary

    OdpowiedzUsuń
  44. [Na królika pomogło to i na wiedźmę pomoże! :D
    Eeeee... no to nie. Odpada kompletnie bo Percy by ręki na kobietę nie podniósł, choćby mu sam Artur kazał. Ta sytuacja by wyglądała raczej tak, że zacząłby tłumaczyć, że nie wolno bić kobiet, ani tym bardziej atakować ich bronią białą i w ogóle to pozostali rycerze powinni przeprosić za swoje brzydkie zachowanie. (Borze wszechlistny za bardzo się wczuwam w jego logikę).
    Hmmm... Teraz to powinien do wiedźm przyjść z czymś mega rozczulającym, żeby Morgana nawet nie była w stanie do niego pałać niechęcią jako do rycerza... Na przykład klinika dla zwierzaczków wyśle go do wiedźm po odbiór jakiś lekarstw dla zwierzęcych baśniowców no i akurat by trafił na Morganę... i pewnie jak idiota by zapytał co tam u Artura, czy znalazł Graala i jak mu się układa. Możesz mu wtedy zniszczyć jego piękne złudzenia uświadamiając, że Kamelotu nie ma, a Artur umarł. xD]

    Percy

    OdpowiedzUsuń
  45. (Mogą być partnerkami w zbrodni, to brzmi jak najbardziej ciekawie. Mniemam, że całkiem nieźle by się dogadały. Tak sobie myślę, może wypiłyby jakiegoś drinka (polecam krwawą mary) po występie Mary w Moonriver Burlesque? Później w klubie wywiązałaby się jakaś jatka, a dziewczyny postanowiłyby ukarać winnych? Co myślisz?
    Chyba że masz coś lepszego, to wal jak w dym. <3)

    Krwawa Mary

    OdpowiedzUsuń
  46. (Super, bardzo się cieszę! Co prawda Mary jest bardzo... nowoczesna, ale spotkanie w kawiarni mi nie przeszkadza. W sumie czemu nie? Tylko zamiast obwiniać, może ktoś by je obraził? Nie wiem jak na Morganę, ale na Mary zadziałałoby to jak płachta na byka :D)

    Krwawa Mary

    OdpowiedzUsuń
  47. (O, to dobrze że Ci się podoba. c:
    Wydaje mi się, że mamy już wszystko ustalone... chciałabyś nam zacząć?)

    Krwawa Mary

    OdpowiedzUsuń
  48. Nie lubił takich sytuacji, kiedy to zaciągano go na komisariat, sadzano w pokoju przesłuchań i kazano czekać, bo zaraz ktoś przyjdzie i zacznie się przesłuchanie. Przypuszczał, że gdyby nawet i faktycznie był niewinny, to i tak by mu nikt nie uwierzył! Kto wierzy złodziejowi, który nawet i w „swojej” legendzie jest złodziejem! Kto wierzy komuś, kto próbował okraść skarbiec Woodlands i próbował też wmówić, ze to nie on, że to nie jego ręka i w ogóle to go wrobiono, bo zahipnotyzowano go i dlatego tak to się stało, bo on w życiu by nie okradł innych. Wątpił aby taką linią obrony sam się wybronił. Jedyna nadzieja pozostawała w Morganie, która powinna przyjść tutaj lada moment i powinna go wyciągnąć. Byłby nawet w stanie udawać wariata, który dostał nagle ataku szału i którego natychmiast trzeba przywdziać w kaftan bezpieczeństwa i należy odwieźć do miejsca, gdzie ściany w pokoju są miękkie, a drzwi pozbawione są klamek. Do miejsca gdzie je się plastikowymi widelcami i łyżkami. Gdzie jest tylko mydło w płynie, bo tym w kostce można sobie zrobić krzywdę…albo zrobić komuś innemu krzywdę.
    Więzienie nauczyło go tego, żeby nigdy ale to nigdy nie schylać się po mydło pod prysznicem. Chociaż może gdyby był gejem, to wtedy by może i nad wyraz często korzystał z prysznicy i mydła? Albo…albo musiałby być pijanym w trzy dupy Lucyferem, który ma fantazję aby zrobić to z jakimś więźniem pod prysznicem. W tym przypadku najprawdopodobniejszą opcją była fantazja Lucyfera. Tylko ten diabeł był na tyle nienormalny, że podczas odsiadki miałby taką chęć…albo żeby pójść do więzienia tylko po to żeby fantazja została spełniona. Boruta był powalony, ale Will mimo wszystko lubił tego diabła.
    Nie chciał trafić po raz kolejny do pudła. Był za młody żeby garować!
    — Nie jest to wcale takie trudne – powiedział i uśmiechnął się. – Faktycznie, ktoś kiedyś zdobył nielegalne Glamour i podszywał się pode mnie. Mają to odnotowane, a sprawcy nie znaleźli – mówił to z uśmiechem. Że też wcześniej na to nie wpadł! Mógł tak powiedzieć już na początku! Ale….i tak musiałby tutaj przyjechać i złożyć zeznania.
    — Spokojnie kryształ jest w bezpiecznym miejscu – powiedział i spojrzał przed siebie. – Powiem ci gdzie on jest, kiedy wyjdziemy z tego miejsca – była to czysta chęć ewentualnego zabezpieczenia się, przed ewentualną „dezercją” ze strony Morgany. Skoro nie wiedziała, gdzie jest ten kryształ to nie mogła ani się go pozbyć, ani nie mogła uszkodzić go na komisariacie. A przynajmniej tak Will myślał. No i też nie mogła go zabić ani zamienić w żabę, bo niczego by się nie dowiedziała.
    Niby mogła rzucić na niego jakiś czar, ale czy opłacałoby się jej to?
    — Wolałbym… - przerwał ponieważ za chwilę wszedł policjant z odpowiednimi druczkami i zasiadł naprzeciwko złodzieja i czarownicy.
    — Słucham panie Scarlet – powiedział krawężnik i spojrzał na Willarda. Był święce przekonany, że jeśli Will czegoś teraz nie zrobił, to zrobi coś w najbliższej przyszłości. Mógłby go zamknąć nawet i za zamiary, gdyby prawo tylko to przewidywało.
    — Stałem tam. Ktoś się pode mnie podszywa i myślałem, że ten złodziej się tam pojawi – powiedział podkreślając słowo złodziej. – To bezczelne, że ktoś kradnie mój wygląd i jeszcze szarga moją opinię! – powiedział głęboko oburzony.
    — I mam w to uwierzyć? – zapytał. – A pani zamierza mnie przekonywać, że to nie jest kłamstwo? – wymownie spojrzał na Morganę.
    Czyżby wszystko zaczęło się pieprzyć?

    Will

    OdpowiedzUsuń
  49. [Pamiętam Feniksa, pamiętam, że witałam, pamiętam też zapowiedzi Morgany kiedy Miyuki była tu za pierwszym razem i szkoda, że nie udało nam się nic wtedy napisać, powiązanie mogłoby wyjść naprawdę ciekawe. ;)
    Ale mamy szansę nadrobić to teraz, choć nie wiem czy czasem nie będzie trochę ciężko. Bo widzę Morganę i Miyuki albo w postaci zażartego konfliktu, albo jako bardzo dobre przyjaciółki (o, zgrozo!). Są bardzo podobne, więc albo mogłyby się kochać, albo nienawidzić. Osobiście uważam, że forma z kochaniem tym razem jest atrakcyjniejsza. Dwie takie wiedźmy po jednej stronie... to nie wróży nic dobrego dla Fabletown... :D]

    Miyuki Fuyuhime

    OdpowiedzUsuń
  50. Jak dlugo spala?
    Nie mogla tego stwierdzic. Mogla byc chwila albo i godzina. Ale ocknela sie dzieki bolowi a takze towarzyszacemu uczuciu posiadanego towarzystwa.
    Uniosla glowe ulozona przy skrzydle aby sprawdzic co to takiego i prawie posnela zaskoczona widzac tu smoka. W panice chciala odleciec, ale nagly bol przypomnial jej o pulapce. No tak. Nadal byla we wnykach.
    Sytuacja patowa, ale smok nie wygladal na zainteresowanego potencjalnym jedzeniem. Baa byla zbyt mala by zapelnic spory zoladek. Zamrugala przechylajac glowe, gdy zwierze dosyc ostroznie stapajac zblizylo sie bardziej i sprawialo wrazenie, ze chce podtrzymac na duchu a potem jak gdyby nigdy nic cofnelo sie i odeszlo. Pisnela zalosnie, gdy obecnosc znikla i znow zostala sama.
    Az zachcialo jej sie plakac. uronila lzegdy ponownie ulozyla glowe i myslala co dalej teraz pocznie.
    Musiala ponownie przysnac, bo obudzil ja trzask lamanej galazki.
    Poderwala sie gwaltownie ignorajac reszte ciala i przyjrzala sie intruzowi. Zawialo magia.
    Stara magia... nienawidzila czarow, wiedzm, czarownica i czegokolwiek zwiazanego z czarami. Z radoscia sama by na kogos rzucila klatwe tylko po to by znikl z jej oczu. Najlepiej na zawsze.
    Jednak byla w Fable. Po cos zostaly ustanowione reguly. Zasyczala z frustracji i pewna doza gniewu skierowana moze nie bezposrednio w sama Morgane, ale bardziej w to kim byla.
    Nie potrafila tak szybko wybaczyc drugiej zonie ojca i to jej zostalo nawet po smierci, potem gdy przeniosla sie na niebosklon i wrocila do tego wieku ciezko sie w nim odnajdujac nadal uwieziona w tej formie.
    Z gardla dobyl sie kolejny syk, gdy czarownica podeszla blizej. Potem brzemie opadlo. Odskoczyla, prawie sie zwalajac na bok i krzyknela, gdy zle stapnela. Czarne plamy zaczely latac jej przed oczami.
    Smoczyca kolujac nad nimi w koncu wyladowala i jakos tak zaczela podnosic na duchu w swoim jezyku. Dziwne, ale nawet zrozumiala, jednak nie bardzo wiedziala jak sie zachowac. Wszystko jej sie w glowie kotlowalo jakby szalalo tam stado malp. Chciala je uciszyc, ale nawet nie miala sil wrocic do ludzkiej formy i strasznie chcialo jej sie pic. Wtulila glowe w miekkie cialo smoczycy zaciskajac oczy chcac sie tym samym pozbyc latajacych plam.
    Nie podchodz! Zadnych czarownic! dosyc sucho burknela umyslem, swiadoma ze zachowuje sie jak male dziecko, ale takie nastawienie wroslo w jej krew i sila rzeczy nie potrafila inaczej sie zachowac.

    Fiona

    OdpowiedzUsuń
  51. [Poczułem się jak na youtube. ;) No hej, też witam i zdradzę mały sekret, że tak nie do końca reinkarnacja. Dziękuję za miłe słowa i cóż... raczej na pewno się dogadają, choć bardziej pewny est też fakt, że Morgana mogłaby mu sporo namieszać w głowie. Masz chęć na coś pokręconego?]

    Loki

    OdpowiedzUsuń
  52. [Chęć na tworzenie jest prawie zawsze, więc zgłaszam się po wątek :D Masz jakąś wizje/pomysł/cokolwiek, co mogłoby złączyć losy tych dwóch?]

    Moryena

    OdpowiedzUsuń
  53. [wściekła wiedźma i wściekły bazyl... To by dopiero było. I to jeszcze w czasie świąt xD
    Pomysł całkiem dobry się wydaje, a prawdopodobieństwo zginięcia artefaktu jest całkiem wysokie; bazylowa nie do końca jeszcze ogarnia ludzką rzeczywistość i nie widzi zbyt dobrze, oczka się dopiero leczą po jakimś mistycznym zabiegu zmniejszającym jej zdolności zabijania spojrzeniem, tęskni za wężowym ciałem i tak dalej. Złodziej więc miał ułatwione zadanie :D
    W sumie to mogę nawet zacząć, tylko dopiero wieczorem, jak już będę w domu. Klimatyczna muzyczka i jedziemy z tym koksem xD]

    OdpowiedzUsuń
  54. W podziemiach panował względny spokój.
    Słaby blask pochodni oświetlał kamienne ściany i rozlewał się po podłodze, tworząc złudne wrażenie rasowego lochu, czy podziemia. Powietrze zastygło, nieporuszane żadnym podmuchem wiatru, niewprawiane w ruch przez żadnego przechodnia, zaczynało przechodzić zapachem zatęchłych papierzysk i szczurzej sierści. Nieodwiedzany od dawien dawna skarbiec mieszczący w sobie magiczne artefakty wydawał się być dobrym miejscem pracy. O ile w ogóle wiedziało się, czym jest praca.
    Moryena siedziała na wielkiej, drewnianej skrzyni, dumając nad sensem życia i nieżycia, rozważając to czego zdołała się już o tym miejscu dowiedzieć i czego się nauczyła. Wedle wszelkich przedstawionych jej faktów, tu macki Adwersarza nie sięgały. Nie było wojny i nie było zapotrzebowania na wielkie, krwiożercze potwory, a przynajmniej nie wyglądało to tak jak w jej rodzimych stronach. Nikt tu nie hodował bazyliszków do eksperymentów, nikt nie potrzebował tu jadu, albo chociaż głośno o tym nie mówił. W pierwszej chwili miejsce do jakiego trafiła wydawało się być miejscem wyjątkowo nudnym, tak samo jak jej nowe ciało. Jeszcze raz z niedowierzaniem obmacała swoje nogi, nie do końca wierząc w to co się stało. Przemienili ją. No wzięli i przemienili, nawet nie pytając o to czy sobie życzy zmiany kształtu. A raczej taką decyzję podjął za nią Decim kimkolwiek, cholera, był.
    Potem przyprowadzili ją tutaj i powiedzieli "pilnuj". Nie wyjaśnili czego, choć zachowane zdolności podpowiedziały jej czego może strzec. Artefaktów. Starych, magicznych przedmiotów owianych legendarną sławą, o niewyobrażalnej mocy. Od wibrującej w powietrzu magii miała ciarki na całym ciele, a delikatne włoski na karku stawały dęba. Całe to ciało było jakieś słabe i kruche, chciało stąd uciekać, kiedy umysł czuł się w ciemnym, zatęchłym magazynie artefaktów jak najlepiej. To miejsce, prócz świecidełek rzecz jasna, przypominało jej stare leże i teren który zagarnęła. Po godzinach bezsensownej kontemplacji udało jej się zaakceptować nowy rozdział w życiu i uznała miejsce za swoje. Skoro miała stróżować, to stróżować będzie. I biada temu, kto spokój bazyliszka zakłóci.
    I kiedy wszystko wskazywało na to, że zaakceptowanie przez nią miejsca pracy to jedyna ekscytująca rzecz jaka się w tym dniu wydarzy, martwą ciszę przerwał głośny stukot upadającego przedmiotu. Moryena poderwała się ze swojej skrzyni, od razu nadstawiając ucha i wsłuchując się w gasnący odgłos upadającego przedmiotu. Skupiła się na zapachach, mocno wciągając powietrze i wyklinając w duchu zepsuty wzrok. Teraz jej zabójcze spojrzenie stanowiłoby jedynie atut, a nie zagrożenie którego tak się wszyscy obawiali.
    Złość na niedziałający zmysł minęła w chwili kiedy wyłapała trop. Zlokalizowany zapach wskazywał jasno na jakiegoś przedstawiciela rasy prawie ludzkiej, który oddalał się w kierunku kanałów z niewiarygodną prędkością i wyczuciem. Zupełnie jakby nie był tu pierwszy raz. Zupełnie jakby znał doskonale teren, uzyskując tym samym porażającą przewagę nad strażnikiem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gnana instynktem rzuciła się wściekle za zapachem, goniąc na oślep intruza. Po drodze wpadła na starą, nieużywaną przez wiedźmy miotłę i zaliczyła spotkanie trzeciego stopnia z dziurawym kotłem robiąc przy tym niezły raban i alarmując chyba całą okolicę, ale nie odpuściła. Umysł zasnuła mgiełka morderczego instynktu nakazująca ścigać ofiarę póki jej nie dopadnie i nie uśmierci. Biegła więc, klucząc korytarzami za złodziejem, z każdą chwilą będąc coraz to bliżej i bliżej. Zapach stawał się wyraźniejszy, a ona zaczynała słyszeć posapywanie ze zmęczenia i szybsze, płytsze oddechy. Kimkolwiek był złodziej, zaraz zakończy swój żywot. Już za chwilę, za moment...
      Rzuciła się do przodu, całkiem zapominając, że to nie jest jej ciało, że to nie wąż, że nie sięgnie. Zapomniała o wszystkich ograniczeniach. Palcami musnęła szorstki materiał okrycia intruza, dłoń mimowolnie się zacisnęła pod wpływem mylnego wrażenia pochwycenia, a ona sama wylądowała na podłodze, ślizgiem przejeżdżając jeszcze po kawałku podłogi i finalnie uderzając z całym impetem w kamienną ścianę. Wisząca nad nią półka z magicznymi kulami trzasnęła i cały dobytek lokalnych jasnowidzów spadł na ziemię i przy okazji na bazyliszkową głowę i ciało, tłukąc je i obijając niemiłosiernie.
      A złodziej zniknął.


      [ta-dam! oto jest, jakiś początek wysmarowany :D]
      Moryena

      Usuń
  55. [Patrz, byłam pewna, że Ci odpisałam. :D No i ekstra, to mamy pozytywną relację. <3 Teraz spróbujmy ją jakoś zbudować. Może... jakieś wspólne badanie jakiejś dziedziny magii? Trochę lecę sztampowo, ale nic innego mi nie przychodzi na myśl, skoro magia (i dzieci) to całe życie Miyuki.]

    Miyuki Fuyuhime

    OdpowiedzUsuń
  56. Poczucie osobistej porażki mieszało się z zimną furią, która falami zalewała jej ciało przyprawiając o drgawki. Na domiar złego, poobijane gdzieniegdzie ciało pobolewało, dodatkowo ją irytując.
    Dlaczego to ciało jest takie ograniczone. Gdybym miała łuski zamiast tej śmiesznej... powłoki... burczała w duchu, wygrzebując się spod porozwalanych i nikomu niepotrzebnych artefaktów. Łokieć przy każdym ruchu bolał niemiłosiernie, a ona krzywiła się jakby zjadła całą cytrynę na raz. Gdyby wiedziała, że przejście przez Portal wiąże się z utratą formy węża i wzroku, to raczej wolałaby żeby pochłonęły ją ziemia i błoto.
    Ale teraz nie było już odwrotu. Na Przepustkę nie było jej stać, poza tym nie potrafiłaby porzucić niewykonanego do końca zadania jakim była ochrona sali artefaktów. Musiała się też pozbyć plamy na honorze w postaci skradzionego skarbu. Inaczej nawet nie ma co myśleć o Przepustkach i straconym ciele.
    Stukot obcasów szybko przywrócił jej umysł do sprawności, a złość została utrzymana w ryzach, bez rzucania się na kogo popadnie. W końcu to ona tutaj zawiniła i była tego w pełni świadoma. I w zasadzie była gotowa niemalże na wszystko, tylko nie na Morganę. Nie sądziła, że czarownica pokaże się na dole tak szybko, ledwie parę minut po akcji kradzieży. Miała cichą nadzieję, że uda się jej wytropić intruza solo, odzyskać co stracone i wrócić nim ktokolwiek się dowie... A tu klops.
    – Zgodnie z zapowiedzią przybywam po ferulę. Byłam tu parę dni temu, z pewnością pamiętasz.
    - Pamiętam - mruknęła nieprzekonana co do tego, jak wiedźma zareaguje na wieść, że jej drogocenny przedmiot właśnie sobie wyszedł i to najprawdopodobniej przez ścianę, razem ze złodziejem.
    – Nie ma jej. Musisz pomóc mi ją odnaleźć, nie może wpaść w niczyje ręce, chyba że chcemy, by całe miasto zalała nieumarłych. Mam nadzieję, że zdołasz rozpoznać złodzieja, chociażby po zapachu - Moryena uniosła lekko brwi w geście zdziwienia. Morgana wydawała się być całkowicie opanowana i spokojna, jakby powrót artefaktu w jej ręce to była jedynie kwestia czasu i to niezbyt długiego. Nie było żadnego linczu i czepialstwa, same konkrety.
    - Rozpoznam skubańca nawet po sposobie chodzenia - odezwała się grobowym tonem, który złodziejaszkowi nie wróżył niczego dobrego - Przeniknął przez ścianę uciekając - poinformowała, uznając to za ważne. W końcu skarbiec to nie była jakaś tam piwnica, tylko pomieszczenie strzeżone zaklęciami, runami i czym tam jeszcze. Byle kto nie przeniknąłby sobie przez mury bez oporów - Nie ma czasu do stracenia, chodźmy - ledwo się pozabierała, a już chwyciła za płaszcz zwisający smętnie z haczyka na ścianie i narzuciła go na ramiona. Kolejny minus obecnego ciała był taki, że strasznie szybko marzło i traciło na siłach.
    Z ciepłym płaszczem chroniącym od zimna, wypadły na główny korytarz i dalej, na zewnątrz. Tam w biedny, bazyliszkowy nos, uderzyły setki zapachów i woni, doprowadzając do zawrotów głowy. Zatrzymała się na chwilę, wspierając dłonią o pobliski słup, usiłując wyłapać tę jedną, jedyną woń która ją jakkolwiek obchodziła. Wyczuła zawartość śmietnika dwie przecznice dalej, wyczuła ostry zapach rozlanego alkoholu gdzieś za rogiem, ale widmo zapachu złodzieja było nieuchwytne. Cholerny profesjonalista.
    - Rzucił zmyłkę - poinformowała Morganę zmęczonym głosem, prostując się i przecierając twarz dłońmi - Odszukanie go nie będzie takie proste. Jego zapach maskuje... coś. Nie wiem do końca co to. Może jakiś wywar? W każdym razie, nie mogę go do końca namierzyć. Ale wciąż jest w pobliżu. I myślę, że kiedy będziemy wystarczająco blisko, to na maskowanie już nic mu nie pomoże. No i czuć go strachem. Ukradł artefakt i się boi wściekłej wiedźmy i wściekłego bazyliszka.

    [chyba sprosta to Twojemu odpisowi. Mam nadzieję xD]
    Mor.

    OdpowiedzUsuń
  57. [Hej!
    Bardzo dziękuję za przemiłe powitanie i słowa odnośnie karty :D.
    Na wątek bardzo chętnie się skuszę. Morgana była moją ulubioną postacią (zaraz po Merlinie, rzecz jasna), z serialu :D. A skoro Twoja jest do niej charakterem zbliżona, to… biere ją!. Nie wiem dlaczego, ale przyszła mi do głowy, może nieco głupkowata myśl, że Morgana i Snow mogłyby korzystać z usług tego samego fryzjera, który dbałby o ich piękne, czarne włosy :D]

    Snow White

    OdpowiedzUsuń
  58. [Przepraszam, że tak długo! ;_;]


    Bycie pedagogiem to nie jest coś prostego, zwłaszcza, że większość doczesnych uważa ich za ten najgorszy sort. Mary wiedziała na co się pisała, dlatego ciężką pracą zdobywała uznanie wśród dzieciaków, oczywiście gorzej z nauczycielami, gdyż nie dogadywała się z większością z nich przez swój cięty język, ale nie na tym jej zależało. Lubiła dzieciaki, lubiła to jak do niej lgnęły, dlatego kiedy poprosiły ją, by poczekała z całą grupką na rodziców przed szkołą zgodziła się.
    - Proszę paniiii! - wołały, ciągając ją za rękawy. Uśmiech, jakim je obdarzała nigdy nie był ofiarowany komuś dorosłemu. W całym Fabletown była tylko jedna osoba, która widziała owy uśmiech i tyle wystarczało.
    Poczuła, jak ktoś się do nich zaczął zbliżać, może rodzic? Podniosła wzrok do góry, a na jej twarz wrócił obojętny wyraz twarzy.
    - Życie uczy wielu przydatnych rzeczy i kształtuje charakter. Mi dało cierpliwość do najmłodszych - odparła na słowa czarnowłosej, którą uważnie obserwowała. Kojarzyła ją. Chyba z trzynastego piętra? Wiedźma? Czegoż to może chcieć wiedźma od niej? A może od któregoś z dzieciaków? Poczuła, jak jedna z dziewczynek łapie mocniej za jej rękaw. Mary spojrzała na małą i pogłaskała ją lekko po głowie.
    - Mogę w czymś pomóc? - zapytała przenosząc wzrok na kobietę. Jej czujność została wzmożona, gdyż od dziecka doskonale wyczuwała... przerażenie? Chyba. Analizowała postępowanie czarnowłosej, nawet drgnięcie jej brwi, jakąkolwiek dziwną reakcję.


    Mary

    OdpowiedzUsuń
  59. Magia bywała przydatna i Moryena dośc często żałowała, że nie urodziła się przeklętym magiem. Wtedy na pewno nikt nie próbowałby jej zmieniać w coś innego, a może nawet nie miałby na to odwagi. I jeśli miałaby ślepnąć to raczej na swoje własne życzenie, a nie cudze widzimisię. Teraz jednak, mimo delikatnego ukłucia bólu w sercu po wypowiedzeniu przez Morganę zaklęcia, nie było czasu na marzenia i gdybanie na zasadzie co by było gdyby. Złodziej uciekał i z każdą chwilą był coraz to dalej i dalej, a szanse na odzyskanie mitycznego artefaktu malały.
    – Użył potężnej magii, więc to nie Twoja wina. Jedyny ślad prowadzi tam. – i tam też poszły, a konkretnie za róg budynku po drugiej stronie ulicy. Nie czekało tu na nie jednak nic, co pomogłoby w dalszej gonitwie za złodziejem. Tylko parę śmieci, lekki powiew wiatru i poczucie porażki.
    – Mogę tego pożałować, ale co może wspomóc Twoje zdolności? – niezręczną ciszę przerwała czarownica. Moryena obejrzała się na towarzyszkę, z pewnym trudem odnajdując jej postać na tle muru i innych udziwnień krajobrazu. Odpowiedź na pytanie jednak nie padła, bo sam bazyliszek nie wiedział jak sobie pomóc. Nie wiedziała jakich czarów użyto by ją przemienić. Nie wiedziałą też nic o mechanizmach jakich użyto by pozbawić ją spojrzenia potrafiącego zabić. Nie wiedziała nic, poza tym jak się nazywa i co tu właściwie robi. A ta wiedza była naprawdę żałośnie mała.
    - Nie wiem - odparła ponurym głosem, zgodnie zresztą z prawdą - Nic mi nie powiedzieli na temat tego jak zdołali mnie zmienić i z czym to się wiąże. A ja sama nigdy nie doświadczyłam.. osłabienia czy utraty zdolności. Podejrzewam, że jakaś magia, może eliksiry... Eliksirami na pewno mogłabym wzmocnić to co mam, czyli słuch i węch, ale nie mam bladego pojęcia czy to wystarczy na tego... tego złodziejaszka - niemalże wypluła ostatnie słowo, czując jak wszystko się w niej gotuje z gniewu - Gdyby te cymbały nie zmieniały mojej formy, to już dawno by nie żył. Zeżarłabym go - zła Moryena zaczęła krążyć po zaułku, węsząc i szukając śladów, czegokolwiek. Nic prócz słabego zapachu magii nie zostało. Nawet kawałek feruli, albo chociażby włos uciekiniera. Nic, dzięki czemu Morgana mogłaby spróbować bardziej zaawansowanych czarów lokalizacyjnych.
    - Gość się chowa gdzieś po mieście - mruknęła bardziej do siebie, niż do towarzyszki - jeśli użyje artefaktu to posypią się trupy i fala nieumarłych zaleje to cudne miasteczko. Myśl, głupi gadzie, myśl... - urwała, zatapiając się we własnych myślach i krótkich bodźcach odbieranych całym ciałem. Nowy zapach tu, dziwny dźwięk tam. Lekkie dreszcze biegnące po plecach kiedy jakiś mag rzuca zaklęcie.
    O właśnie.
    - Wiem - odezwała się, podnosząc wzrok z podłoża na Morganę, znów z trudem ją lokalizując - Bazyliszki są wrażliwe na odbiór magii. Ja... czuję skórą jakby. Jeśli zdołasz wzmocnić tę umiejętność, to powinnam wyczuć jego magię, to jak rzuca zaklęcia. Użył magii przy mnie kiedy przeskakiwał przez ścianę, więc pamiętam to... wrażenie jakie wywiera jego moc. Kolejne użycie przez niego magii powinno nas naprowadzić. Reszta to kwestia węchu i dobrego rozegrania by nam znowu nie zniknął.

    [krótkawe, bo się rozpisałam z rozpoczęciem u Mordreda [*] i ja też lubię jak ktoś korzysta z serialowych zaklęc, albo najlepiej jeszcze jak mówi chociażby w takiej quenyi (język Tolkienowskich elfów) xD]

    Mor.

    OdpowiedzUsuń
  60. [Tak! I to było w nim najlepszego. I, kiedy była taka potrzeba, to potrafił pokazać na co go stać, czym bardzo zyskiwał.
    Dla mnie tak samo! Choć były momenty, kiedy było mi zwyczajnie smutno z powodu tego, jak ją traktowali. Aż chyba zacznę sobie oglądać to od początku, tak w ramach przypomnienia :D
    O! To się cieszę, że pomysł jednak odpowiada :D. Dobry fryzjer do podstawa w życiu silnej i niezależnej kobiety! Snow co prawda nie wywleka swojej przeszłości, więc w salonie mogłyby się dogadywać. Nawet do tego stopnia, że Snow zaprosiłaby Morganę na jakieś nieoficjalne spotkanie w swoim biurze właśnie z okazji przygotowań do nowego roku. Morgana mogłaby przynieść właśnie coś związanego z jabłkami. I wtedy Snow sobie wkręci, że jabłka+czarownica, to na pewno nic dobrego. I jakoś dalej się to rozwinie :D]

    Snow White

    OdpowiedzUsuń
  61. [Kupuję ten pomysł. :D I tak sobie myślę, może by to się działo w dzielnicy Doczesnych? Ktoś rzuciłby zaklęcie na dzieci z sierocińca, co by bardziej zmotywowało Miyuki, a w dodatku trzeba szybko działać i to naprawić zanim Docześni zaczną grzebać i myśleć... :D
    Co myślisz?]

    Miyuki Fuyuhime

    OdpowiedzUsuń
  62. Uśmiechnął się nieznacznie. To było…miłe. Przynajmniej nikt nie porównywał go do Robina, chociaż tyle dobrze, prawda? Nie znosił tego, kiedy porównywano go do tego co robił kiedyś, jak się zachowywał, albo nie daj ci panie Boże, kiedy ktoś nieopatrznie powiedział, że Robin był po stokroć lepszy do niego… Robin chociaż faktycznie był lepszy, no ale jak ktoś powiedział, że braciszek Tuck (ta mała przysadzista wiecznie pijana ciężaróweczka) był lepszy od Willa Szkarłatnego, to normalnie krew go zalewała!
    Żeby było śmieszniej, to ta krew też byłaby szkarłatna…albo i czerwona. Jak u każdego człowieka, który ma krew.
    Przysłuchiwał się ich rozmowie i cierpliwie czekał na dalszy rozwój. Po co miałby się wtrącać? Przecież Morganie świetnie szło, no i też jeśli jej się noga podwinie to powie coś w stylu hokus pokus, czary mary i wszystko będzie git majonez. Będzie fajnie i facet zapomni. Jedyną magiczną sztuczkę jaką znał Will, to znikanie portfeli i kart kredytowych. No i było też takie…hmmm…bardzo wybuchowe zaklęcie, które należało wykrzyczeć w tłumie i wtedy było jedno wielkie BUM. Ale mag wykonujący je mógł zrobić to tylko raz. Scarlet mógł śmiało powiedzieć, że ten wybuchowy pokaz był w takim przypadku życiowym osiągnięciem.
    — No i fajnie. Prycze do najwygodniejszych nie należą – powiedział, bez jakiegoś większego przekonania. – Dobrze. W takim razie znajdę cię – uśmiechnął się lekko.
    Po chwili został sam w pokoju.
    Położył się na stole i czekał, czekał na to aż ktoś w końcu przyjdzie i powie…
    — Jest pan wolny.
    Podniósł się i w momencie spojrzał w kierunku drzwi. Uśmiechnął się delikatnie i wstał z miejsca. Wyszedł, przy okazji odbierając swoje rzeczy. Na dworze nie było jakoś bardzo zimno jak na tę porę roku. Przynajmniej tak sądził Will, który całkiem szybko znalazł Morganę.
    — Zapraszam więc za mną – powiedział i nie czekając na jakiekolwiek słowa ze strony Morgany, ruszył przed siebie. Ręce trzymał w kieszeniach kurtki. – Masz może papierosa? – zapytał po chwili.
    Właściwie to Will nie palił. No dobrze, czasem podpalał, kiedy na przykład wychodził z aresztu, albo kiedy bardzo się zestresował. Nawet w pudle nie palił. Dopiero kiedy wyszedł z paki, zapalił pierwszego papierosa od kilku lat. To był papieros o smaku wolności. Jedyny w swoim rodzaju.
    — Zostawiłem go w starym magazynie. Ty masz swoje sztuczki, ja mam swoje – powiedział. Był przygotowany na wszystko. No może nie na wszystko, ale na większość rzeczy. – Na ogół niewiele rzeczy mnie interesuje, ale pozwól, że zapytam. Po co ci ten kryształ? Tylko szczerze.

    Will

    OdpowiedzUsuń
  63. [Ja też się cieszę :D I już wiem, co będę oglądała po powrocie na studenckie apartamenty :D W sumie możemy sobie spamić na temat tego serialu. Tu, albo jak wolisz, to na GG/mailu/gdzie indziej, by nie śmiecić :D
    No! Mi też go było szkoda. I momentami strasznie Artur mnie drażnił, bo traktował go gorzej niż źle, a Merlin cały czas mu cztery litery ratował.
    Ja się też jej nie dziwię. Dziwię się, że wytrzymała tak długo. Chociaż i tak najbardziej mi jej było szkoda, gdy już pojawił się Mordred. Uwielbiałam tego malucha! :D
    Jeeeju! Synek ma wpływ na Snow, to teraz jeszcze mamuśka chce jej grzebać w głowie :D. Ale w sumie całkiem mi się to podoba. Morgana, pod pretekstem wyleczenia Snow z fobii jabłkowej, zrobiłaby jakiś rytuał dzięki któremu np. widziałaby co Snow robi. Albo mogłaby ją podsłuchiwać, a potem w niezobowiązującej rozmowie dawać jej pewne rady. Pewnie minęłoby sporo czasu, nim Snow zorientowałaby się, że coś jest nie tak. A Morgana mogłaby to zrobić na swoją korzyść - Pani White! Ktoś rzucił na panią urok i słyszę/widzę co pani robi!, czy coś takiego :D]

    Snow White

    OdpowiedzUsuń
  64. [Ciekawe rozwiązanie! :D Tylko pasowałoby jeszcze ustalić, dlaczego to robił, czy na bo tak czy jakiś większy cel za tym miał i chyba możemy powoli przechodzić do myślenia nad zaczęciem. ;)]

    Miyuki

    OdpowiedzUsuń
  65. [Dobry wieczór, pani Morgano! Dziękuję za powitanie i miłe słowa ;) A że za moment pójdę odpisać Mordredowi, że Harley chętnie go poskłada w jedną całość po przybyciu do Fabletown, to możemy się nawet pod to podpiąć, bo zakładam, że sam Mordred raczej nie przytaszczył swoich poobijanych kości na baśniowy SOR, a to pogotowie, co podobno działa przy szpitalu Frankensteina, to... no, nie liczyłabym na nie :D]

    Harley Fletcher

    OdpowiedzUsuń
  66. Przez moment poczuł się lepiej. Gdy tylko mocniej uścisnęła jego dłoń podświadomie dodała mu nieco otuchy. I siły by powiedzieć jej to wszystko, zachowując przy tym jakieś resztki godności. W tej chwili cała jego duma wydawała się bardziej zraniona niż kiedykolwiek. Tak bardzo chciał móc być ponad... Ponad wszystko, nie potrzebować nikogo, nie czuć nic, nie pragnąć tak bardzo mieć kogoś bliskiego komu mógłby czasem powiedzieć całą prawdę. Gdyby tylko Morgause wciąż żyła... Kiedy Morgana w końcu odwróciła się w jego stronę, odruchowo odwrócił wzrok. Po wszystkim co powiedział nie miał już sił by jeszcze patrzeć matce w oczy, słuchając tego co ona ma do powiedzenia. Wciąż jednak ściskał jej dłoń, jakby chciał jej powiedzieć, że niezależnie od wszystkiego nie chce by znikała.
    Mordred poczuł się dziwnie, gdy przyznała mu rację. Jakimś cudem wcale ta myśl nie przyniosła mu satysfakcji ani poczucia zwycięstwa, tylko dziwny żal. O wiele bardziej poruszyła, go jej obietnica, myśl że nareszcie będzie miał kogoś bliskiego. Kogoś takiego jak niegdyś Morgause, na kim mógłby polegać w trudnych chwilach. Kogoś kto przypomni mu, że nie jest na tym świecie całkowicie sam. Tylko, że Morgana nie była Morgause. Nie chciała nic w zamian. A przynajmniej tak właśnie powiedziała. Czy to możliwe, że był dla niej ważniejszy za to kim był, niż za to co mógł jej zaoferować. W końcu znalazł dość siły by spojrzeć na Morganę. Przez chwilę nawet spróbował się do niej uśmiechnąć, ale wciąż był jeszcze zbyt zdenerwowany. Chciał ją zapytać czy postąpiłaby tak samo, gdyby nie mógł lub nie chciał jej pomóc w walce z Arturem. Zanim jednak zdołał cokolwiek powiedzieć, po raz kolejny go zaskoczyła. I znów w pierwszej chwili odruchowo chciał jakość uciec, zachować dystans, odciąć się od tych wszystkich emocji i zbędnych wyrazów uczuć. Jednak i tym razem tego nie zrobił. W ciągu tego jednego wieczora Morgana raz po raz burzyła kolejne mury, jakie wokół siebie zbudował, byle tylko odciąć się od niej, ale... ku własnemu zaskoczeniu wcale nie chciał z tym walczyć. Może tak naprawdę od samego początku, wbrew temu co sobie wmawiał, chciał by tak właśnie to się potoczyło. Jeśli kiedykolwiek naprawdę go kochała, chciał by tak właśnie było znowu.
    Nie wiedział nawet kiedy wreszcie rozluźnił się. Dopiero teraz zdał sobie sprawę jak bardzo był spięty, jak wszystkie jego mięśnie wciąż pozostawały naprężone w oczekiwaniu na walkę lub ucieczkę, jak do tej pory wciąż nerwowo zaciskał szczękę, jak wręcz nie mógł spokojnie i głęboko odetchnąć. W końcu puścił jej rękę, zamiast tego także ją przytulił. Krótko i niepewnie. Nie był przyzwyczajony do takich gestów... Niemniej czuł się teraz zupełnie dobrze. Spokojnie. Przez moment nawet powróciło dawne poczucie miłości, jak wtedy gdy spotkał matkę po raz pierwszy. Teraz nie musiała nic mówić, nie potrzebował zapewnień, że będzie dobrze, tak samo jak nie potrzebował słuchać o tym, że żałuje straconych lat. Kochała go. Wiedział to. Gdyby było inaczej pozwoliłaby mu zginąć razem z innymi dziećmi Beltane, nie znosiłaby tak cierpliwie jego niechęci, nie bolałaby jej myśl, że mógłby naprawdę znaleźć się po stronie Artura... No i nie przyznawałaby się do błędów, które popełniła. Owszem bolało go to, miał do niej wiele żali o to co zrobiła... i przede wszystkim o to czego nigdy nie zrobiła, ale... Ale potrafił jej wybaczyć. Chciał jej wybaczyć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – Dziękuję ci – wyszeptał, przez chwilę jeszcze całkowicie pogrążając się w tej krótkiej, ale jakże znaczącej chwili bliskości, pierwszej od tak dawna. Kiedy wreszcie odsunął się od niej nie unikał już jej spojrzenia. Uśmiechnął się nawet, szczerze i bez wysiłku. – Nie chowam do ciebie urazy Morgano, naprawdę... – dodał. Chciał by to wiedziała, by nie zamartwiała się o to, że nie potrafił jej wybaczyć.
      Skinął potakująco głową słysząc jej zapewnienia. Choć w tej chwili wcale nie zależało mu na tronie, Camelocie ani zemście. A przynajmniej nie tak bardzo jak na tym, by faktycznie mieć choć namiastkę rodziny. By mieć matkę. Doceniał jednak jej słowa. Wiedział jak bardzo jej zależało na tym wszystkim. To, że chciała poświęcić własne pragnienia dla niego, znaczyło więcej niż cokolwiek innego. Żadne piękne słowa czy wyznania nie powiedziałyby tego, co kryło się za słowami Morgany i za tym jak w tej chwili na niego patrzyła. Była z niego dumna. Czuł to. Czuł również jak dzięki temu nabiera nowych sił do wszystkiego co miało go czekać. Po raz pierwszy od tak dawna miał w sobie tyle energii i woli walki, co teraz, dzięki tym paru słowom matki i poczuciu, że była z niego dumna.
      Uśmiechnął się do niej ponownie. Miała rację to był długi i wyczerpujący dzień.
      – Do zobaczenia Morgano – dodał jeszcze na pożegnanie, po czym sam wrócił do swojej komnaty.
      Przez chwilę siedział bez ruchu na łóżku wpatrując się w przestrzeń i na nowo przeżywając to, co się właśnie stało. Czuł, że musi raz jeszcze to przemyśleć, poukładać sobie w głowie na spokojnie, gdy tylko rozszalałe emocje, choć trochę się uspokoją.
      W końcu jednak położył się. Był zmęczony. Sam nie wiedział czym bardziej – wyczerpującym fizycznie dniem czy równie wyczerpującą psychicznie i emocjonalnie rozmową z matką. Jednak mimo zmęczenia czuł też pewną ulgę. Od dawna brakowało mu kogoś bliskiego. Od jakiegoś czasu miał wrażenie, że jeśli dalej wszystko będzie wyglądało tak jak teraz to chyba oszaleje. Tajemnice i ciągłe udawanie przed wszystkimi go przytłaczało. Po śmierci Morgause nie miał nikogo z kim mógłby choć czasem szczerze porozmawiać. Nawet Agravain nie mógł wiedzieć wszystkiego. Uważał go za brata i tak musiało pozostać. Przybrani bracia byli jego „rodziną”, nie mogli się dowiedzieć, że tak naprawdę wcale nie był jednym z nich. Swego czasu, chciał powiedzieć prawdę Ninannie, ale wiedział, że nie była dobrą osobą do powierzenia jej takiego sekretu. Była zbyt zapatrzona w Vivianne, a potem Artura, zbyt oddana sprawie Camelotu. Z biegiem czasu Mordred uświadomił sobie, że to co łączyło go z Ninanną było tylko głupim, szczeniackim zauroczeniem, że nigdy tak naprawdę nic do niej nie czuł i robienie z niej swojej powierniczki byłoby najgłupszą rzeczą na świecie. Teraz, kiedy w końcu miał Morganę, mógł odetchnąć z ulgą. Sama myśl, że jest ktoś komu mógł się zwierzyć i kto mógłby dodać mu siły znaczyła tak wiele. Teraz wszystko będzie łatwiejsze...
      Nie miał pojęcia kiedy w końcu udało mu się zasnąć. Pomimo fizycznego zmęczenia nie spał dobrze, zupełnie jakby emocje wczorajszego wieczoru nie dawały mu w spokoju odpocząć. Musiał obudzić się wyjątkowo wcześnie, ponieważ w całym zamku panowała martwa cisza. Podszedł do okna. Do świtu było jeszcze trochę czasu. Przez chwilę nawet zastanawiał się czy nie spróbować jeszcze trochę się przespać, ale nie miał na to zbytniej ochoty. Zamiast tego ubrał się i opuścił komnatę. W przygotowanym dla niego stroju bardziej przypominał jednego z saskich wojowników. Nikt z wartowników w twierdzy nie wchodził mu w drogę. Najwyraźniej Morgana zadbała i o to. Nawet gdy wyszedł na zewnątrz nikt go nie pilnował. A przecież gdyby chciał mógłby „uciec” w każdej chwili. Uśmiechnął się na samą myśl, że matka ufała mu, że nie zniknie bez pożegnania. I faktycznie nie planował tego. W głębi serca nawet miał nadzieję, że Artur nie będzie się śpieszył. Mordred najchętniej zostałby tutaj jak najdłużej.

      Usuń
    2. Po raz kolejny pogrążył się w rozmyślaniach odnośnie wczorajszego dnia i tego co zaszło. Przez moment prócz poczucia ulgi i radości powróciły też niechciane myśli i obawy, które za wszelką cenę od siebie odsuwał. A jeśli Morgana wcale nie kochała go szczerze? Czy zaakceptowałaby go tak samo, gdyby jednak był zdrajcą? Albo gdyby wcale nie chciał korony i Camelotu? Może wtedy wcale nie byłby jej potrzebny i... Z irytacją zmusił się, by przestać katować się domysłami i dopatrywać wszędzie fałszu. Morgana nie była Morgause...
      Postanowił się czymś zająć. Czymkolwiek byle tylko nie myśleć o tym, o czym nie powinien. Choć wciąż nie odzyskał jeszcze pełni sił, zdecydował się potrenować. Tylko trochę, by oderwać się od rozmyślań i nieco rozruszać. Całą swoją uwagę skupił jedynie na treningu, na ostrzu miecza i ruchach.
      – Walczysz jak Pikt. – usłyszał za sobą znajomy głos. Gdy się obejrzał ujrzał jednego z Sasów przyglądającego mu się z uwagą. Szybko rozpoznał w nim człowieka z wczoraj, tego, który przyprowadził go do Morgany. Mordred zastanowił się czy słowa Sasa miały być komplementem, czy wyrażały raczej zdziwienie.
      – Pokażesz mi jak walczy twój lud? – odparł Mordred podając Sasowi broń.
      Ten przez krótką chwilę się wahał, zupełnie jakby zastanawiał się czy powinien uczyć obcego. Skinął jednak potakująco głową przyjmując broń.
      Reszta poranka upłynęła Mordredowi na nauce saksońskiego stylu walki, o wiele bardziej agresywnego i gwałtownego niż ostrożna i precyzyjna strategia Piktów. Uczył się szybko, jak zwykle, może nawet zbyt szybko. Równie szybko minął mu też czas. Świt zmienił się w jasny poranek, a do Mordreda i Sasa, dołączyło kilku kolejnych Sasów zaciekawionych zarówno nieznajomym jak i treningiem. Przerwała im dopiero jedna ze służej, która oznajmiła, że Lady Morgana pragnie widzieć się z Mordredem.

      Synek

      Usuń
  67. [Nie wiem, czy załatwianie za plecami ma tu większy sens, bo z tego trochę wyszłoby pokątne załatwianie czegoś na wzór wizyty domowej, czego na dobra sprawę nie ma potrzeby załatwiać pokątnie :D Jeśli Morgana nie chciałaby wchodzić od razu w biznesy ze szpitalem Frankensteina albo nie byłaby zaraz po przybyciu do świata doczesnych na tyle ogarnięta, żeby to zrobić, to zawsze pozostaje poczta pantoflowa i w ten sposób trafiłaby do Harleya bezpośrednio, bo sieć znajomych znajomych wśród baśniowców jest imponująca ;)]

    Harley Fletcher

    OdpowiedzUsuń
  68. [Dziękuję za powitanie, moja wspaniała teściowo :D Wątek oczywiście bardzo chętnie, masz jakiś pomysł?]

    Charlotte

    OdpowiedzUsuń
  69. [Dziękuję <3 Być może Królowa będzie miała szansę wykazać się jeszcze kiedyś wokalnie :D
    Chęci są i to duże. Nasze dwie wiedźmy po prostu muszą coś razem uknuć :D]

    Regina & Verity

    OdpowiedzUsuń
  70. [Zapowiada się naprawdę wiele komplikacji :D Z chęcią zgodzę się na Twoją propozycję i poproszę o zaczęcie, gdyż ja nie mam, że tak powiem odpowiednich warunków, by podesłać ci je w najbliższym czasie :)]

    Chelsey

    OdpowiedzUsuń
  71. [Sto lat mnie nie było, bo trzeba było korzystać z wolnego i udawać, że jest zima, ale wracam do bloga... i naszych ustaleń. xD
    Ja to widzę nawet lepiej! Percy staje na drodze, bo kobiet bić nie wolno i jest takie: "Percy! Ale to wiedźma Morgana!" a Percy "Nie dość, że napadasz na kobietę to jeszcze ją obrażasz? Przeproś panią!" xDDD
    Albo jeszcze inaczej. Bo jakby Morgana miała lekarstwo to by pewnie sama je wytestowała. Może w takim razie coś takiego. Percy wapada do wiedźm po odbiór magicznych leków dla lecznicy. Spotyka Morganę i jest takie radosne: "Co tam w Camelocie? Jak tam Król Artur?" a tu same złe wieści. Oczywiście Percy się bardzo zasmuci, ale leki trzeba odebrać, bo zwierzątka. I przy okazji może by powiedział Morganie, że lecznica teraz rozwija się trochę bardziej pod kątem leczenia bardziej magicznych stworzeń. Morgana mogłaby się zainteresować czy np. obejmowałoby to również smoki. Percy jak to Percy bardzo prostoduszny i pierwszy do pomocy to stwierdzi, że się dowie i da znać. I wtedy akurat nam się wątek na pierwszym spotkaniu nie skończy, bo Percy będzie chciał pomóc zwierzątku Morgany. W końcu co z tego, że Morgana i że Camelot upadł, Percy nadal jest irracjonalnie pozytywnie nastawiony do każdego, a ratowanie zwierzątek to jego nowa rycerska specjalizacja. Co Ty na to? :D]

    Percy

    OdpowiedzUsuń
  72. Wszystko działo się szybko, być może nawet zbyt szybko. Moryena w życiu nie uraczyła teleportacji jeśli nie liczyć magicznego portalu do Fable, a i to zniosła nader źle, po prostu mdlejąc gdzieś pomiędzy jednym światem a drugim i tutaj, w Nowym Yorku, pojawiając się kompletnie bez świadomości, co wykorzystano by ją odpowiednio przygotować do życia tutaj. Decim, którego po dziś dzień nie widziała, twierdził, że zapłatą za glamour był jej jad uzyskany jeszcze gdy była w pierwotnej, wężowej formie. Moryena podejrzewała, że może to być bujda na resorach i ktoś tu kogoś ściemnia, ale fakt był jeden. Bazyliszków w okolicy nie było wcale, co czyniło ją jedynym źródełkiem mitycznego składnika do eliksirów. I choć motywy Decima wciąż pozostawały nieznane, mogła się bez przeszkód cieszyć względną wolnością. Nie to co ci na Farmie, bo i o tych stworzeniach słyszała, a widok położonej w oddali farmy przyprawiał ją o ciarki na plecach. Nie chciałaby się tam znaleźć.
    Tak czy inaczej, tym razem teleportacja do biblioteki jej nie zaszkodziła w żaden sposób, co zdziwiło najbardziej samą Moryenę, która w przypływie paniki już miała krzyczeć i prosić by Morgana zaprzestała czarów. Umysł podpowiadał co prawda, że czarownica prędzej ubrałaby worek kartofli i różową perukę niż gdyby miała ot tak zaprzestać magii, bo ktoś się może bać. To nie był ten typ kobiety. Nie mniej jednak pozwoliła jej nawet usiąść i wzięła na siebie przygotowanie elikisru, który miał wzmocnić jedną z niewielu pozostałych bazyliszkowi umiejętności. Zdolność wyczuwania magii na odległość.
    Długo im nie zeszło. Morgana wiedziała doskonale co robi, a przynajmniej sprawiała takie wrażenie. Ciekawski bazyliszek pozostawiony sam w sobie w fotelu zaczął się rozglądać i szukać czegoś, co ewentualnie mogłaby zwędzić i umieścić w swojej piwnicy, a potem twierdzić, że od zawsze tam było. Dziwny był to sposób rozumowania i ogólnie bycia, ale jakos nikt nie śmiał jej tego wytknąć.
    - Zrobiłam co mogłam - usłyszała, a chwilę potem przed oczami zamajaczyła jej fiolka wypełniona czymś, co pachniało obrzydliwie. Odruchowo skrzywiła się, marszcząc lekko nos, ale przyjęła miksturę w imię wyższych potrzeb i ogólnie poważnej sytuacji. W końcu skradziono coś z jej piwnicy. Coś, co nigdy nie powinno ujrzeć światła dnia, a tym bardziej spocząć w rękach niepowołanego użytkownika. Nim się zorientowała, były znów w tym samym brudnym zaułku pełnym śmieci i poszarpanych gazet co kwadrans temu, ale tym razem z czyms, co miało pomóc.
    – Nie wiem przez ile będzie to działać, ale powinno wzmocnić to, o czym mówiłaś. Miejmy nadzieję, że do tego czasu znajdziemy złodzieja. - Moryena spojrzała z lekkim powątpieniem na fiolkę. W końcu nigdy nic takiego nie zażywała, a eliksiry widywała raz na jakiś czas, jak na jej tereny zapuszczał się jakiś mag, albo inny głupek z torbą pełną magicznych wywarów w nadziei, że to pomoże mu ją pokonać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze jedno, podejrzliwe spojrzenie na fiolkę i wyrwała niewielki korek, wypijając całą zawartość naczynka do dna, w końcu już dość czasu straciły. Działanie eliksiru było niemalże natychmiastowe, pojawiły się dreszcze, szybszy oddech, a w głowie wirowało. Typowe objawy gwałtownego wzrostu odbiorników i receptorów jakie wciąż miała w skórze. W końcu mogła wyglądać nieco inaczej, ale wewnątrz była tym samym, oślizgłym gadem co zawsze. Skuliła się nieco, hamując nagłe mdłości i w kompletnej ciszy przetrwała najgorszy moment po wypiciu.
      - Był po drugiej stronie ulicy. Chodźmy - usłyszała gdzieś głos czarownicy. Ociężale kiwnęła głową, odrywając się od ściany o którą się opierała i podążyła w ślad za czarownicą. Efekt eliksiru, choć błyskawicznie pobudził jej ciało do pracy, rozkładał się bardziej w czasie. Informacje receptorów spływały do mózgu stopniowo, pewnymi falami, zalewając ją coraz to nowszymi informacjami. Czuła każdą, choćby niewielką, wibrację magii w mieście. Rozpraszały ją drobne zaklęcia lewitacji rzucane z lenistwa by przedmiot sam przyleciał do właściciela, a sieczkę z mózgu czyniły potężniejsze czary, którymi Fable zdawało się emanować. Było tu całkiem sporo potężnych czarowników i czarownic, którzy niczego nieświadomi, używali dalej swojej magii. Gdyby tylko miała swoją formę, gdyby zaczęła polowanie...
      Musiała się skarcić w myśli, by przestać snuć dziwne, bazyliszkowe plany. To nie był czas, ani tym bardziej miejsce. Skupiła się na widmie magii jakie zdążyła już wyczuć w podziemiach i podążyła tym tropem, idąc gdzieś w tylko sobie znanym kierunku. Wyczuwalność magii złodzieja była dziwna, jakby losowa, jakby i na to był przygotowany. Raz już myślała, że go ma, a za chwilę okazywało się, że to jedynie kolejna z serii zmyłka, tania sztuczka którą powinna była w porę odkryć. W efekcie błądziły po mieście, tracąc jedynie czas i nerwy.
      - On wie - wyburczała po dłuższym czasie Moryena, warcząc pod nosem jakieś obelgi w języku nieznanym Morganie, a który zapewne był jaką ewolucją języka węży, czy bazyliszków - Gra z nami na czas, chowa się w cieniach, znika, pojawia się... - urwała, zastygając w pół zdania. Pojawił się blisko, wręcz za blisko. Moryena, choć ślepa i bliska wyczerpania po intensywnym poszukiwaniu, momentalnie wykryła miejsce, gdzie dopiero formowała się magia drugiej strony teleportu. Mag albo chybił zaklęcie, albo znów robił to celowo, igrając ze śmiercią.
      - Tutaj! - krzyknęła, rzucając się we właściwą stronę, po drodze przewracając ludzi na boki jak kukiełki, nie bacząc na to, że ktoś może zaraz wezwać policję i najzwyczajniej zgarnąć ją do pierdla. Kiedy ktoś ją w odwecie szturchnął, to po prostu delikwenta ugryzła, wyszarpując przy okazji kawałek skóry z mięsem.
      Rozjuszona wpadła w kolejną węższą alejkę, chwyciła kosz na śmieci i cisnęła nim w miejsce formowania się magii. Może trafi tego buca akurat w momencie w którym będzie się materializował.

      Moryena

      Usuń
  73. [Ach, okej, w tę stronę, to już wszystko jasne :D Fabularnie wychodzi (po raz kolejny już, aż mi głupio pisać to w bodaj trzecim komentarzu :D), że zaczęcie jest po stronie Morgany, bo ja miałabym do opisania to, co Harley akurat robił, kiedy ona się zjawiła, a nie wiem, czy ma to większy sens. Poświęcisz się? :D]

    Harley Fletcher

    OdpowiedzUsuń
  74. [Hahaha, może kiedyś Regina weźmie udział w jakimś konkursie wokalnym. Z taką fanką wygraną miałaby w kieszeni :D
    Och, jak najbardziej! Regina ma mały plan, żeby przejąć całe Fabletown. Mogłaby gromadzić Baśniowców, którzy by stanęli po jej stronie i pomogli w sianiu destrukcji - w końcu to nie jest aż tak ważne, aby potencjalni poddani byli żywi :D Mogłaby się zgłosić do Morgany z pytaniem, czy ta byłaby zainteresowana. Pytanie tylko, czy znały się wcześniej, jeszcze przed Fabletown.]

    Regina

    OdpowiedzUsuń
  75. Wieść o planach Morgany wywołała w smoku niemałe wzburzenie. Nie rozumiał czemu zarówno wiedźma, jak i władze Woodlands, tak długo zwlekali z tą decyzją. Gdy tylko Drake usłyszał o innym smoku, który na dodatek potrzebował pomocy, zgodził się bez wahania. Gdyby tylko Morgana wspomniała o tym podczas pierwszej wizyty w podziemiach Woodlands, zapewne nawet sam wyszedłby z inicjatywą i zaoferował swoją pomoc. Podziemia Woodlands były wielkie. Skoro mogły pomieścić jednego smoka, to tym bardziej udałoby się znaleźć miejsce i dla drugiego.
    Czekał z niecierpliwością aż wiedźma zjawi się razem ze smokiem. Co jakiś czas nerwowo kręcąc się po swoim podziemnym leżu. Od tak wielu lat nie widział innego smoka... Owszem w Fabletown żyło kilka wielkich gadów... Zmiennokształtny Lindworm, parę wiwern, no i urocza sąsiadka z podziemi – Moryena, bazyliszek. Drake słyszał też coś o rosyjskim Żmiju, chociaż nigdy go nie spotkał. Wszystko to byli jednak dalecy krewni, a nie prawdziwe smoki. Tym bardziej wiadomość, o smoku, którym zaopiekowała się Morgana sprawiła, że w sercu Drake'a zapłonęła iskierka nadziei. Być może nie był ostatni. Być może przetrwało ich więcej. Być może kiedyś smoki powrócą.
    Wyczulone zmysły smoka zareagowały natychmiast na hałas w podziemiach, który mógł oznaczać tylko jedno. Pojawienie się Morgany i smoka. Od razu dostrzegł smoka... smoczątko... Małe, białe smoczątko. Zbyt małe nawet jak na swój niezwykle młody wiek. Potwornie skrzywdzone i zdeformowane, zupełnie jakby spędziło wiele czasu w ciasnym zamknięciu. Smok słuchał słów Morgany, choć pełnię uwagi poświęcał maleńkiej, okaleczonej smoczycy, która postanowiła znaleźć sobie wygodne miejsce do odpoczynku, niemal w centrum smoczego leża.
    – Aithusa. – odezwał się, zanim wiedźma wypowiedziała imię smoka – W naszym języku to oznacza Światło Słońca. Piękne imię i tym bardziej boli to, że ktoś był w sanie tak bardzo ją skrzywdzić... – nie musiał zapewniać, że zaopiekuje się smoczątkiem. To było tak oczywiste jak to, że po nocy przychodzi dzień. Nigdy nie odmówiłby tej prośbie...
    Patrząc na Aithusę i jej potwornie zdeformowane ciało, Drake przez chwilę pomyślał, że być może jego brat Alduin miał rację. Może ludzie nie zasługiwali na szansę, a jedynie na zniszczenie i śmierć. Istoty, które tak potwornie skrzywdziły to młode, nie zasługiwały na litość. Szybko jednak opanował swój gniew i wzbierającą nienawiść wobec ludzi. Ludzie skrzywdzili Aithusę, ale też i człowiek jej pomógł. W końcu ta wiedźma mogła skorzystać z okazji. Mogła zabić niemal bezbronne smoczątko, wykorzystać całą moc jaką mogła odebrać Aithusie wraz z jej życiem. A jednak zamiast tego wolała szukać pomocy. Spojrzał na wiedźmę zastanawiając się jaki miała w tym wszystkim cel.
    – Dlaczego ci na tym zależy Morgano? – zapytał z zainrygowaniem – Tacy jak ty, zwykle nie są naszymi przyjaciółmi. Wiele więcej skorzystałabyś na śmierci tego młodego smoka niż na jego ocaleniu. Zatem jaki miałaś w tym cel?
    Nie odpowiedział nic na jej ofertę. Wolał wiedzieć dlaczego w ogóle go o to prosiła, dlaczego robiła to co robiła. Wiedza w tej chwili miała znacznie większą wartość niż cokolwiek innego.

    Smok

    OdpowiedzUsuń
  76. Tej nocy dało się wyczuć w powietrzu złą aurę i pewne napięcie męczące baśniowców. Morgause, jako wyczulona na takie znaki wiedźma, nie miała najmniejszego problemu z domyśleniem się, że coś się szykuje. Być może ów wydarzenie, które powodowało ogólną nerwowość wcale jej nie dotyczyło, być może była to sprawa kompletnie z nią nie związana, ale i tak lubiła wsłuchiwać się w szepty wiatru i zawodzenie duchów. Te ostatnie ostatnimi czasy miały jej wiele do przekazania.
    Duchy były użyteczne. Przypominały jej o przeszłości, z którą już dawno temu się pogodziła i o realiach jakie porzuciła. Nowoczesny świat jej nie przekonywał. Wielkie molochy, wszechobecny brud, smród i tandeta. Tęskniła za Szkocją, za górzystymi terenami, za polami pełnymi lawendy i szeroko pojęta wolnością. Bo i co mogło zagrozić jej, potężnej wiedźmie, na tamtejszych terenach? Jedynie inna, równie potężna osoba, a takich mogła zliczyć na palcach obu rąk.
    Wybita ze skupienia, prychnęła poirytowana. Jej myśli błądziły, nie mogąc skupić się na jednym, konkretnym zadaniu. Rozgrzebała już dziś jeden eliksir, który właśnie cicho bulgotał na palenisku, ale nie przyniósł oszałamiających efektów. Potem zajęła się pracami nad poprawą wywaru, ale efekt pracy wylądował w zlewie, kiedy okazało się, że roztapia elementy organiczne. W zasadzie, mogła go używać jako makabrycznej trucizny... Ale era trucizn i sztyletów bezpowrotnie minęła, znów ku jej głębokiemu niezadowoleniu. Spojrzała na wylegującego się w fotelu ciemnego kota, towarzysza wszelkich złych postępków, którego sprawiła sobie zaraz po tym jak pojawiła się w Fabletown. Czarny kot, zwiastun nieszczęść i roznosiciel pecha nie był tak do końca normalny, podobnie zresztą jak jego właścicielka. Potrafił mówić, co skrzętnie ukrywał przed obcymi, choć zwykle mówił niejasno i często uciekał się do zagadek, szczerze rozbawiony tym jak czarownica stara się je rozwikłać. Co jednak ważniejsze - przynosił Morgause wieści z okolic. Informacje o tym co porabiają ci, których wolała mieć na oku.
    - Wielolice demony, ognie sunące po lodzie, zarazy ziejące z chochoła. Nie z tej ziemi, z tej ziemi - przemówił futrzak, jak zwykle mówiąc niezrozumiale i niejasno. Leniwie oblizał pooraną bliznami łapę i spojrzał bystro na wiedźmę, jakby rzucając jej wyzwanie w odczytywaniu tego, co on sam ma teraz na myśli.
    - Nawet nie zaczynaj - burknęła. Wiedziała mniej więcej o co mu chodzi i wiedziała, że wyczuł jej dziwny nastrój, jej myśli o Szkocji i domu, o przeszłości. Ale to i tak niczego nie zmieniało, była tu gdzie była, należąc do gatunku ludzi i jednocześnie człowiekiem nie będąc. Nie do końca.
    Bzdury. Brednie. Powinna się wziąć do roboty. Dokładnie w tej samej chwili, nim myśl zdążyła ulotnić się z jej umysłu, usłyszała jęk starych zawiasów od drzwi. Ktoś przyszedł. Biorąc pod uwagę godzinę i to, jak niewielu miała znajomych, których stać było na to by tak bez zapowiedzi przyjść, mogła śmiało stwierdzić, że oto nadeszło zajęcie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – Zła passa długo nie potrwa. Niewdzięcznik odwiedził dzisiaj trzynaste piętro. Zdziwi się, jak łatwo uda się go namierzyć - znajomy głos Morgany wyciszył podejrzliwość drugiej czarownicy. W końcu z jej strony nie powinna się niczego obawiać. Różnie bywało, ale koniec końców zawsze ją wspierała i pomagała jak tylko mogła, co wytworzyło między nimi dość osobliwą więź, której Morgause nie potrafiła jednoznacznie określić. Bladoniebieskie oczy wiedźmy błysnęły na widok fiolki z eliksirem, a cały ten smętny nastrój i nostalgiczne wspomnienia o Szkocji wzięły diabły. Po chwilowej słabości nie było ani śladu, zupełnie jakby nigdy nie miała miejsca.
      - Świetnie - odezwała się, zadowolona z działań Morgany. Jeśli czar w porę zadziała i dorwie w swoje ręce tego... Tego niewdzięcznego durnia, to pokaże mu, że z czarownicami się nie zadziera.
      – Czar lokalizacyjny zadziała, ale powinnyśmy się spieszyć. Jeśli rozejdzie się to po okolicy, możemy nie mieć już tyle szczęścia - więcej nie trzeba było jej mówić. Mimo środka nocy, wciąż była ubrana tak, jakby zaraz miała gdzieś wychodzić. Po prawdzie, ostatnimi czasy Morgause cierpiała na bezsenność i żadne mikstury, nawet te najlepsze, nie potrafiły tego zmienić. Chwyciła przewieszony przez oparcie krzesła ciemny płaszcz i narzuciła go na ramiona, okrywając sylwetkę. Głęboki kaptur przesłonił twarz czarownicy, czyniąc ją gotową do drogi. Nie brała żadnej broni, choć umiała się nią posługiwać, to zdecydowanie wolała bronić się magią i na niej polegać.
      W szybkim tempie opuściły mieszkanie, przemierzając ciemne ulice Fabletown na piechotę, tymczasowo bez teleportacji i portali. Morgause miała obawy, że ów mityczna bestia, której aktualnie szukały, mogła być nieco bardziej wyczulona na magię niż standardowe stworzenia. Osobnik zwany oficjalnie Danielem emanował dziwną, nieznaną jej dotąd aurą. Niby spotykała już gryfy, ale ten nie zachowywał się jak jego pobratymcy. Być może miała też do czynienia z jakąś dobrze zamaskowaną chimerą, ale tę myśl na razie odsuwała na bok, nie chcąc jej do siebie dopuścić. Ta opcja znacznie skomplikowałaby ich i tak trudną już sytuację.
      - On potrafi lokalizować magów - odezwała się po dłuższej chwili ciszy, decydując się na podzielenie się z siostrą obawami - Gryfy nie miały takiej umiejętności według tego co pamiętam... Ale gryfie chimery już tak. Jeśli moje podejrzenia są słuszne, będziemy potrzebowały na niego czegoś więcej niż magii i sztyletu, Morgano - nagły podmuch wiatru targnął połami płaszcza, chłód wdarł się pod ubranie wywołując dreszcze i każdego normalnego człowieka zachęciłby do powrotu w ciepłe miejsce, a najlepiej do łóżeczka. Na nieszczęście dla Fable, ani Morgana, ani Morgause normalne nie były.

      Morgause

      Usuń
  77. Wzruszył ramionami. Obejdzie się bez papierosa, przecież jak raz nie zapali to będzie dobrze, przynajmniej będzie zdrowszy o tego papieroska. Ale czy to coś zmieni? Przecież był niemalże nieśmiertelny, owszem przypuszczał że będzie się starzeć, ale pewnie jeszcze minie kilka stuleci nim umrze. No chyba, że zajdzie komuś za skórę i ten ktoś zechce się go w jakikolwiek sposób pozbyć. A no cóż…Wil nie wyobrażał sobie życia bez głowy albo i serca. Chociaż niektórzy mówili, że nie mają serca. Właściwie to wiedząc nieco więcej niż przeciętny zjadacz chleba, Will przypuszczał że niektórzy mogli żyć bez tego organu. Ale on osobiście był do swojego serducha bardzo przywiązany i nie wyobrażał sobie życia bez niego.
    — Nie zna. Ktoś mógł odkryć przypadkiem, ale…i tak nic by mu to nie dało, jestem za sprytnym na przeciętnego pospolitego – splunął na chodnik – złodzieja.
    Może i Will był dziwnym człowiekiem, bo nie lubił złodziejów, a sam takowym był. Tylko, ze on uważał się za lepszego złodzieja niż przeciętny człowiek, który kradnie. Bo Will nie zawsze całość pieniędzy przeznaczał na siebie. Równie często dawał pieniądze biedniejszym od siebie. No cóż stare przyzwyczajenia brały górę nad nim i nic nie mógł na to poradzić. Jakoś to tak wyglądało z tym wszystkim.
    — Taka sytuacja – powiedział i pokiwał głową. – Bardziej ciekawiło mnie co to robi i dlaczego jest to takie „niebezpieczne” a jedyne niebezpieczeństwo jakie widzę to poznanie liczb, które padną w najbliższym losowaniu Totka – powiedział z uśmiechem.
    Odwrócił się momentalnie, spiął wszystkie mięśnie jakby do ucieczki. No cóż, nie miał przy sobie jakiejkolwiek broni, a też szczerze powiedziawszy to nie uśmiechało mu się siedzieć za zabójstwo policjanta. Bo przecież policjant też baśniowiec.
    Spojrzał zdziwiony to na gliniarza to na swoją zleceniodawczynię. Zagwizdał cicho. Był w szoku tak głębokim jak rów Mariański w Himalajach.
    — Tak…tutaj – powiedział i zniknął zaraz za nią. Podszedł do kartonu, który stał po lewej stronie od wejścia. Wyciągnął z niego niewielką LEDową latarkę. – Zaczekaj tutaj – powiedział. Nie chciał dodawać nic w stylu „proszę”, albo „bądź łaskawa”. Krótkie polecenie. Oczekiwał że posłucha go, no i takie krótkie zdanie miało inny aspekt psychologiczny.
    Sam przeszedł dziwnym slalomem w kierunku kilkunastu pudełek kartonowych, które walały się pomiędzy jakąś wiekową maszyną. Pociągnął niewielką dźwignię na dół. Jak można było się spodziewać, nic się nie stało. Ani fajerwerków, ani tańczącego Andrzeja Dudy w trawiastej sukience. Po pociągnięciu wajchy przeszedł kilkanaście kroków w lewo i odsunął karton, który przysłaniał wnękę, w której to spoczywał kryształ. Ale nie wyciągnął go od razu. Najpierw założył rękawiczki, po tym dwukrotnie zastukał w lewy górny róg wnęki i dopiero po tym wyciągnął kryształ. Wrócił tą samą drogą i wręczył Morganie przedmiot.
    — Mam nadzieję, że nie jest zarysowany ani nic, a jeśli jest to nie z mojej winy. Wywiązałem się ze swojej części umowy – powiedział i uśmiechnął się lekko. – Proszę mnie nie polecać na Facebooku i Twitterze. Ani na jakimkolwiek innym Allegro, nie chciałbym nalotu policji w moim mieszkaniu – powiedział żartobliwie. – Jeśli zajdzie jakakolwiek potrzeba, to polecam się serdecznie. Poza złodziejskim fachem to potrafię też kilka innych rzeczy.

    Will z lasu i Caritasu

    OdpowiedzUsuń
  78. [Witaj siostruniu i dziękuje za powitalne słowa. Wspomniałaś coś o notce i chętnie poznam szczegóły, a jeśli nie chcecie mnie wtajemniczać, to możemy pomyśleć nad wątkiem. Oczywiście jedno nie wyklucza drugiego :D Proszę tylko nie zabij mnie drugi raz. Już wystarczająco cierpieliśmy :c]

    BRACISZEK ARCIO

    OdpowiedzUsuń
  79. [Przyznam, że opcje mi pasują. Możemy też zrobić współcześnie w Fable, po tym jak Morgana dowiaduje się, że Artur wybudził się ze śpiączki ze wspomnieniami z dawnych lat. Możliwości wiele, a dżentelmeni dają kobietom prawo głosu :D]

    PRZYSZŁY KRÓL

    OdpowiedzUsuń
  80. [W sumie jakiś frustrat mógłby to zrobić, dlaczego nie. :D Pasuje mi ta motywacja. ;)
    I w zasadzie jest mi obojętne, kto zacznie wątek, jeśli mam być szczera. ;)]

    Miyuki Fuyuhime

    OdpowiedzUsuń
  81. [jak dobrze przeczytać jak inni zachwycają się kartą postaci...xD człowiek sie wtedy czuje taki spełniony i na właściwym miejscu xD
    I oczywiście niszczycielski smokeł jest za takowym wątkiem! No i trzeba pamiętać, że pisząc z Aldim to prędzej czy później coś ulegnie zniszczeniu/wybuchnie w tajemniczych okolicznościach/ktoś zostanie pożarty xD]

    postać numer czy - smokeł Alduin

    OdpowiedzUsuń
  82. [Przepraszam za zwłokę. Okres okołoświąteczny jest dla mnie zawsze trochę ciężki.
    Ja również bardzo lubię historię Dziewczynki z zapałkami, chociaż baśnie Andersena w większości wywoływały u mnie strumień łez. Na wątek mam ochotę, tylko z pomysłami u mnie trochę kiepsko. Pierwszy raz jestem na takim blogu. :c]

    Inga Vijkner

    OdpowiedzUsuń
  83. [Dobrze wiesz, że Arcio jest wzorowym braciszkiem. On przynajmniej nie próbował cie ZABIĆ!!! Może czas na rekonwalescencję, a skoro masz już zamysł, to powinno wyjść lepiej, gdy ty zaczniesz Morganko :D]

    ARCIO

    OdpowiedzUsuń
  84. [Wizualizuję sobie śnieg i jakoś idzie. :D
    Specjalnie dla Ciebie masz tą scenę w początku! xD
    Oki, to skoro wszystko mamy ustalone, a Ty masz moją pełną i dobrowolną zgodę na namawianie Percy'ego do złego i zabronionego... to nam zaczynam. ;)]

    Percy z wielką radością wybrał się do Woodlnads. Co prawda mieszkał w Fabletown już dobrych klkanaście lat, jednak wizyty w słynnym apartamentowcu za każdym razem były dla niego niesamowitą atrakcją. Tym razem miał odebrać od wiedźm z trzynastego piętra trochę magicznych mikstur, jakiś używano w lecznicy dla zwierząt, do której trafiali często mniejsi zwierzęcy mieszkańcy Fabletown, którzy nie mieszkali na Farmie. Percy cieszył się bardzo z nowych możliwości pomocy mieszkańcom. I zwierzakom mieszkańców.
    Zjawił się na 13 piętrze punktualnie. Przez chwilę zastanawiał się co dalej. Nigdy jeszcze nie miał okazji odwiedzić tutejszych wiedźm, więc nie był pewien do końca gdzie powinien teraz pójść. Pewnie dość długo stałby na korytarzu zastanawiając się nad swoim życiem, gdyby nie uprzejma pomoc woźnego Muchołapa, który bardzo cierliwie wytłumaczył mu, gdzie znajdują się gabinety wiedźm mających aktualnie dyżury. I że kartka, którą dostał w lecznicy upoważnia go do odebrania zamówienia. Percy był bardzo wdzięczny z tej pomocy, i jak zwykle, postanowił zapamiętać rady woźnego i wziąć je sobie do serca na przyszłość. Zgodnie ze wskazówkami odnalazł odpowiedni gabinet oznaczony numerkiem, o którym mówił woźny. Zadowolony z siebie Percy zapukał i wszedł do środka.
    Miał już poinformować o swojej sprawie, jednak widok kobiety za biurkiem nieco go zaskoczył. Przez chwilę stał bez ruchu z kartką papieru w ręce i dość nachalnie wpatrywał się w damę, do której przyszedł. Znał ją. I chyba nawet pamiętał skąd... A tak!
    Przypomniał sobie swoją pierwszą i zarazem jedyną wyprawę z Lancelotem. Spotkali wóczas Lady Morganę Le Fay. Lancelot bardzo niegrzecznie postanowił zaatakować bezbronną kobietę, zbierającą sobie spokojnie jakieś zioła (Lancelot twierdził potem, że to nie były zioła tylko trujące rośliny. Percy jednak nie znał się na tym za bardzo, więc nie dyskutował na ten temat). Cała sytuacja dość mocno wzburzyła Percy'ego, który musiał aż zrzucić z siodła Lancelota by powstrzymać go przed tak niegodnym zachowaniem wobec niewiasty. Pamiętał, że jego towarzysz był tym bardzo zirytowany twierdząc, że to "nie żadna niewiasta, tylko wiedźma Morgana". Oczywiście Percy musiał wtedy stanowczo uświadomić Lancelota, że nie wolno nazywać damy wiedźmą tylko dlatego, że zna się na magii. Merlin też znał się na magii i jakoś nikt go z tego powodu nie obrażał. Domagał się też, by Lancelot natychmiast przeprosił za swoje zachowanie. Lady Morgana chyba nie miała za złe całej sytuacji, bo obserwowała ich z wyjątkowo pięknym uśmiechem. Percy nie spotkał jej nigdy później. Tak samo jak nie wyruszył już nigdy na żadną wyprawę z Lancelotem, który wóczas nazwał go "idiotą"... Aczkolwiek mimo to Percy był bardzo dumny ze swojego honorowego i kulturalnego zachowania.
    Uśmiechnął się na widok czarownicy, po czym pośpiesznie skłonił się, jak na dobrze wychowanego rycerza przystało.
    - Lady Morgano, miło cię widzieć! - oznajmił z entuzjazmem - nie spodziewałem się spotkać kogokolwiek z mojego świata. Mam nadzieję, że Artur i Camelot mają się dobrze? - zapytał z radością niemal zapominając po co właściwie tutaj przyszedł.

    Percy

    OdpowiedzUsuń
  85. Ogromne spoiwo stalowego łańcucha zabrzęczało żałośnie uderzając o podłogę, jednocześnie czyniąc niewyobrażalny hałas, który potoczył się echem po podziemiach, dokładnie informując wszystkich tutejszych mieszkańców o tym, że Alduin się nudzi, tudzież nie zgadza z byciem na łańcuchu. Ograniczony dość ciasną jak dla niego przestrzenią, metalową obrożą i magicznym łańcuchem, miał strzec przejścia do studni i w razie czego zjadać debili, którzy odważą się tu zejść wbrew zakazom. Za pierwszym razem brzmiało to nawet całkiem sensownie. Problem polegał jednak na tym, że nikt tu nie schodził. N i k t.
    Po dwóch dniach przestał nawet liczyć na odwiedziny wiedźm i czarodziei z góry, którzy szczerze interesowali się jego pochodzeniem, jak i tym, czy rzeczywiście jest tak strasznie negatywnie nastawiony do ludzi. Alduin nie rozumiał ich zdziwionych min kiedy ryczał wściekle, albo kłapał zębami niezdolny zaatakować, czy chociażby machnąć potężnym ogonem by delikwentów odstraszyć. Mimo nagłej zmiany środowiska, on sam nadal pozostawał taki sam. Rozgoryczony i przesiąknięty swego rodzaju złem, które pochłaniało jego duszę kawałek po kawałku, wpędzając go w coraz większy mrok z którego mogła go uratować - według Alduina - jedynie zagłada ludzkiego gatunku, winnemu wszystkich szkód poczynionych smokom.
    Pozostawiony sam sobie spędzał dnie na rozmyślaniach o tym jak cudowne potrafi być chłodne, zimowe powietrze w okolicach Zimowej Twierdzy i jak dobrze poluje się na ludzi z tamtych okolic. Wspominał dawne bitwy i towarzyszy, którzy nie dotrwali, powaleni ludzką ręką bądź za sprawą magii i wzdychał, szczerze znudzony siedzeniem w tej ciemnej dziurze. Raz lub dwa wydawało mu się, że słyszy jak ktoś się panoszy w pobliskich salach, ale niezaznajomiony z układem budynku i mieszkańcami, nie miał zielonego pojęcia kim jest sąsiad. Wiedział jedynie tyle, że nie był tutaj sam, co już stanowiło pewną formę pocieszenia. Bo w końcu drugi więziony w podziemiach stwór na pewno nie był człowiekiem - takiego by tu nie wsadzili - a skoro nie był człowiekiem, to już miał u smoka plusa. A nawet dwa.
    Niestety ów lokator z sąsiedniej sali nie raczył się do niego pofatygować. Aldi przewracał się więc leniwie z boku na bok, jak to smok, wylegując się całymi dniami na stercie wyrwanych ze ścian i podłogi kamieni w oczekiwaniu na zbawienie i jakiś cud, który pozwoliłby mu niszczyć, zabijać i ogólnie stanowić szeroko pojęte uosobienie apokalipsy. Planował sobie nawet co zniszczyłby jako pierwsze i w jaki sposób. Jak sprowadziłby na te wszystkie pianki śmierć. Część usmażyłby żywcem w jakiejś szopie, część by wyniósł w powietrze i zrzucił na ziemię. A jeszcze inną część zamknąłby w tej piwnicy i rozmnażał żeby już nigdy nie czuć głodu.
    Wizja ta tak poruszyła serce smoka, tak się rozmarzył i tak rozochocił, że znów zaczął demolować swoje więzienie. Ogonem rypnął w ścianę, wprawiając cały budynek w drżenie, ryknął sobie raz i drugi, dobrze wiedząc, że nikogo to i tak nie obchodzi i może robić wszystko co mu sie rzewnie podoba, bo i tak nikt sie tu pofatyguje.
    I właśnie zakładając, że nikt się w końcu nie wkurwi, popełnił błąd.
    Chwilę po tym jak radośnie cisnął kamiennym blokiem o podłogę, do komnaty wparowała Morgana, cała na czarno. Smok szczerze dziwił się temu nagłemu wtargnięciu, toteż zastygł, a czerwone ślepia śledziły każdy ruch czarownicy. Pamiętał ją z biblioteki, jak usiłowała opanować dziejący się tam kompletny rozpierdol, którego zresztą był dumnym autorem.
    - Co cię tu sprowadza, czarownico? - odezwał się zaskakująco pogodnym głosem, czym sam siebie zszokował - Moje łuski? Serce? Może krew, którą wykorzystujecie do eliksirów? - dobry nastrój jednak prysnął tak szybko jak sie pojawił. Burkliwy i generalnie zły Alduin znów miał ochotę kogoś zjeść.

    ten gorszy brat, Aldi

    OdpowiedzUsuń
  86. Oberon wpatrywał się w bladą, rozproszoną poświatę rozlewającą się pośród mgieł. W świecie Sidhe nie było dnia ani nocy, nie było pór roku, ani niczego co mogłoby dawać jakiekolwiek poczucie upływu czasu... To miejsce przypominało Oberonowi nieco Czarowną Krainę, którą pamiętał z wczesnego dzieciństwa, jednak w przeciwieństwie do tamtego miejsca - tutaj czuć było coś pierwotnego, znacznie potężniejszego niż gdziekolwiek indziej. W całym swoim życiu przemierzył już tak wiele światów. Podziemną Krainę Nibelungów, mistyczne królestwo stworzone przez Ducha Renu, mroczny las władany niegdyś przez Elfy, pędził nawet poprzez burzę prowadząc za sobą zjawy, a z mglistych i odległych wspomnień pamiętał też światy swej ojczyzny - Czarowną Krainę, Avalon i niektóre z innych zakątków Błogosławionych Wysp. We wszystkich tych światach czas płynął tak różnie... Potrafił przeżyć kilka wieków w jeden dzień, by innym razem to jeden dzień trwał kilka wieków. Gdy w końcu wrócił do swej ojczyzny i pierwszy raz znalazł się w świecie Sidhe, poczuł że nareszcie wrócił do korzeni. Nie miał pojęcia skąd brało się to przekonanie, wiedział jednak, że należy do tego miejsca. Sam świat zdawał się to potwierdzać na każdym kroku. Był jednością ze swoją krainą. Czuł to i widział za każdym razem, gdy wszystko naokoło odbijało jego duszę. Ten świat mógł być piękny i straszliwy, wszystko zależało tylko i wyłącznie od woli jego króla. Wciąż jeszcze nie nauczył się tego w pełni. Wciąż jeszcze nie przywykł nawet do swego starego, prawdziwego imienia. Zbyt wiele wieków spędził z dala od ojczyzny... A może w tym świecie było to tylko kilka dni? Może taki był plan od początku? Gdy tylko tu przybył powitano go jak długo oczekiwanego króla...
    Znał dobrze legendy. Historię boskiego ludu bogini Danu, dzieje ich wojen i tego jak przez wieki rządzili tym światem. Na długo przed pojawieniem się ludzi, którzy teraz uważali się za władców świata. Znał historię tego jak bogowie stali się Sidhe, jak ich ostatni król - Finvarra zebrał pozostałych z boskiego ludu i zszedł po raz pierwszy do „sidhe”, zamieszkał w świecie zawieszonym pomiędzy światami ludzi i dusz. Świat Sidhe nie należał do żadnego ze światów, podobnie jak noce Beltane i Samhain nie należały do roku... Sidhe też tacy byli - balansowali pomiędzy dwoma światami, jednocześnie unikając ich obu. Żyli przeszłością, przepowiedniami i nadzieją na powrót do dawnej potęgi. Zrozumiał, że był cząstką tej przepowiedni, w chwili gdy zjawił się w ich świecie, a oni bez słowa obwołali go królem, jakby całe lata czekali na ten dzień i spodziewali się wszystkiego. Oberon nie do końca to rozumiał, ale miał jeszcze czas na zrozumienie. Tyle czasu ile tylko pragnął. Wszak jako król mógł sprawić, że jeden dzień trwał setki lat... Było w tym wszystkim coś jeszcze. Nieuchwytne efemeryczne uczucie, że mimo wszystko różni się od swych braci. Chociaż wszystkie znaki na tym i tamtym świecie mówiły Oberonowi, że był Sidhe czystej, królewskiej krwi... to jednak do tej pory nigdy nie zaobserwował, by ktokolwiek z jego pobratymców był czarnoksiężnikiem lub by parał się magią, która przenikała jego. Nie był pewien czy jest inny czy też to moc pierścienia przez te wszystkie lata zatruła go do tego stopnia, że tak bardzo oddalił się od własnego ludu. Z zadumą wpatrywał się w bladą mglistą przestrzeń, pozwalając swym myślom po prostu płynąć... aż do chwili, gdy błogi, odrętwiały spokój przerwał mu głos jednego ze sług. Członka najwyższej rady Sidhe.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – Intruz mój panie. – odezwał się zanim król zadał pytanie. Oberon wiedział, że tutejsi doradcy przez stulecia szkoleni byli w jak najbieglejszej służbie dla władcy i lepiej niż inni potrafili odgadywać jego intencje. – Wiedźma z Avalonu pragnie naszej pomocy.
      – Kim ona jest? – zapytał spokojnie. Miał własne zdanie na temat Avalonu, którego więzi z ludem Sidhe z upływem czasu coraz bardziej się rozmywały. Podobno wszystko zaczęło, gdy Avalon zaczął coraz mocniej skłaniać się ku ludziom, zatracając przy tym część swych magicznych korzeni. Oberon wiedział, że pewnego dnia mgły otaczające wyspę, pochłoną ją na zawsze, skażą na bytowanie na granicy światów, tak jak to stało się kiedyś ze światami Sidhe.
      – To Morgan Le Fay, panie.
      Sam dźwięk tego imienia był dla Oberona niemal jak zaklęcie magiczne. Pamiętał ją. Była jednym z jego najwcześniejszych wspomnień. Była jak matka, pierwsza osoba wobec której żywił jakiekolwiek uczucia. Oberon wierzył, że było im przeznaczone się spotkać, że to ona przygotowała go na życie jakie czekało go w świecie Nibelungów. Czy gdyby nie ona stałby się czarnoksiężnikiem? Czy gdyby nie to co dzięki niej poznał, byłby gotów wyrzec się własnego serca w zamian za pierwotną, przerażającą magię? To dzięki niej, stał się tym kim się stał. Przełamał ciasne ramy tego jacy powinni być Sidhe. Uśmiechnął się.
      – Czarodziejka Morgana jest zawsze mile widziana w moim królestwie. Udzielimy jej pomocy. – zdecydował i nie zamierzał nawet dyskutować na ten temat.
      – Ależ panie, jeśli wolno mi przypomnieć. Sidhe nie bratają się z ludźmi. Ludzcy czarodzieje pragną jedynie magii Sidhe, a nie naszej przyjaźni. Avalon odwrócił się od nas. Nie powinniśmy im pomagać.
      Oberon posłał słudze lodowate spojrzenie.
      – Przypomniałeś. Teraz zamilcz i wypełnij mój rozkaz. Czarodziejka Morgana ma być przyjęta jak jedna z naszych, z najwyższymi honorami. Jeśli odmawiasz znajdę kogoś, kto lepiej wypełni moje rozkazy.
      Sługa nie powiedział już ani słowa. W milczeniu jedynie skłonił się i odszedł. Oberon zaś udał się wprost do miejsca, w którym oczekiwała Morgana. Świat Sidhe miał wiele bram. Mistyczne polany, ozdobne wejścia do kurhanów i kamienne kręgi pokryte symbolami, starszymi niż wszystko co znane ludziom... Właśnie taki krąg znajdował się nieopodal granicy Avalonu, w miejscu, gdzie mgły były gęstsze niż gdzie indziej. Tak gęste, że niemal nie można było dostrzec kamieni, póki nie stanęło się na tyle blisko, by móc sięgnąć do nich dłonią. Oberon bez trudu dostrzegł tam Morganę. Niemal nic się nie zmieniła od czasu, gdy spotkał ją jako dziecko. A przecież dla niego minęło kilkaset lat. Ile minęło dla niej? Zapewne nie więcej niż kilka lat...
      Oberon zrobił śmiały krok, przekraczając granicę oddzielającą światy. Już po chwili znalazł się pośród chłodnych mgieł, okalających kamienny krąg. Ledwie kilka kroków od Morgany.
      – Witaj ponownie Morgano – odezwał się, podchodząc bliżej – Doniesiono mi o twojej wizycie oraz prośbie. Chcę byś wiedziała, że choć Sidhe nie mieszają się już w sprawy Avalonu, to ja nigdy nie odmówię ci pomocy Mogano. Mój lud również.

      [Przepraszam, że tyle to trwało i mam nadzieję, że z tego wszystkiego pamiętam nadal o tym co właściwie miałyśmy pisać. ;) No i że początek jest znośny i niezbyt bełkotliwy. Jakby co krzycz jakbym przesadzała z opisami.]

      Oberon

      Usuń
  87. Przez chwilę myślał, że znów wróciły do niego skrawki wspomnień, ale odkąd zaczął służbę to się nie zdarzało. Właśnie tego przecież się obawiał - ponownie stracić rozum. Nie mógł sobie na to pozwolić, nie po tym co się stało.

    Kiedyś zasiadał na tronie. Rządził krajem sprawiedliwie, a dobro ludu zawsze stawiał na pierwszym miejscu. Wyznaczył rycerzy, którzy mieli pomóc mu w tworzeniu potęgi Camelotu. Starał się tak bardzo, że nie zauważał zmian we własnym zachowaniu. Nie był już tym królem, którego wszyscy kochali i podziwiali. Nawet najpiękniejsza róża nie wypuści kwiatu przy zatrutej glebie. Otoczony kłamstwami, przepowiedniami o jego śmierci i zdrajcami. Tych ostatnich znalazł w kręgu osób, którym ufał. Merlin znikł w niewyjaśnionych okolicznościach, więc Artur został całkowicie sam. Jego myśli zawsze krążyły wokół dnia, w którym dopuścił się straszliwego czynu, który pozostawił skazę na jego sercu. Podobno cel uświęca środki, lecz od tamtego momentu przysiągł sobie walczyć za tych, którzy sami się nie obronią, nakarmić głodujących i dać nadzieję w najciemniejszych czasach. Jednakże wszystkie te intrygi i czyhające na każdym rogu niebezpieczeństwa doprowadziły do upadku królestwa. Przepowiednia, której Artur tak desperacko starał się zapobiec, spełniła się.

    Był przecież zaledwie chłopcem, który nie wiedział, co to miłość, a ona zawsze była u jego boku. Były dni, że siedział przed wielkim zamkowym zegarem i odliczał kolejne minuty do ich spotkania. Gdy słyszał jej głos podczas treningu nagle nie był w stanie odpierać ataków. Przy niej zapominał, ze kiedyś będzie królem. To, co się stało miedzy nim i Morganą było nie do zaakceptowania i tak szybko jak to wszystko się rozpoczęło, równie szybko się zakończyło.

    A gdy był już mężczyzną dowiedział się, że go okłamała. Ich syn przeżył i przez pewien czas zasiadał przy nim przy stole. Mordred zdobywał jego zaufanie na zamku, potajemnie planując zemstę z matką. Artur nigdy nie doczekał się potomka od Ginewry, a tak naprawdę zawsze pragnął mieć syna. Wtedy zrozumiał, że już nigdy nie naprawi swojego błędu. Pokona go własny syn u boku Morgany, w której płynęła ta sama krew. To wszystko wyrwało się spod kontroli, dopadły go dawne grzechy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale jej rysy były zbyt wyraźne, jej oczy wypełnione chłodem i te kruczoczarne włosy schowane pod kapturem. Była prawdziwa i stała tuż przed nim, a na dodatek nie zaszła w niej żadna zmiana. Wyglądała dokładnie tak, jak ją zapamiętał.

      - Wydawało mi się, że wszystko wyjaśniliśmy sobie pod Camlann, siostro. - Jego ton jak zawsze był uroczysty i pełen wyniosłości. Dla wielu wydawał się być przesadzony, ale właśnie tak powinien odzywać się władca. - Zadziwiające jest, że włożyłaś tak wiele trudu w zabicie mnie, a jednakże stoję tu i z tobą rozmawiam.

      Sprawdzał grunt, na którym stał w owym momencie i szacował ryzyko. Nie wiedział czego może się spodziewać po Morganie. Nie mogła przecież pojawić się tu znikąd. Wiedziała, gdzie może go znaleźć i zrobiła to w tłumie Baśniowców. Czego moze od niego chcieć? Czyżby to była jej kolejna pułapka? Czy nie staje się zbyt podejrzliwy wobec niej? Przestał ufać wszystkim, nawet tym, których kiedyś uważał za przyjaciół. Tak było bezpieczniej, ale też znacznie trudniej. Nie bez powodu kiedyś widział we wszystkich sojuszników i był tak podatny na sugestie. Tak było znacznie łatwiej i przynosiło efekty, a przynajmniej na początku, bo później dosięgnęły go konsekwencje jego wyborów. Całą jego rodzina walczyła o jedną koronę, która wydawała im się najwspanialszą rzeczą we wszechświecie. Lecz czy wiedzieli oni o konsekwencjach, o tych trudnych decyzjach i poświęceniach? Były noce, że dla bezpieczeństwa Artura skrywano go w podziemnych korytarzach. Wokół niego było pełno wrogów i szczególnie niebezpiecznych tych, którzy skrywali się pod warstwą udawanego miłosierdzia. Jednak marzenia o prostym życiu były niczym w porównaniu do obowiązku króla. Ludzie, którymi rządził nie zasługiwali na to, by oddać ich pod rządy okrutników i to właśnie ich losu obawiał się przed bitwą, którą przegrał.

      - Nadal wypełniam swoje obowiązki i pilnuję porządku. Nigdy nie wiadomo, gdzie czai się zło - powiedział z lekkim przekąsem na wzgląd na ich dawną relację. Nadal byli rodziną, czy tego chcą czy nie. - Ty pewnie nadal parasz się magią?

      [Chyba nie jest tak źle jak na pierwszy raz, prawda? Wiedz, ze twój braciszek się bardzo starał i zajęło mu to zdecydowanie za dużo czasu patrząc na efekt końcowy xD]

      ARTUREK

      Usuń
  88. – Podświadomie sama dążysz do zniszczenia tego świata, więc uznaj to za pomoc, Morgano. – mężczyzna zmaterializował się tuż obok i zwrócił się do wiedźmy, po czym równie szybko zniknął. Nie było czasu na odpowiedź, nie było czasu na nic, ale Moryena i tak złapała jakąś leżącą luzem cegłę i cisnęła w miejsce gdzie jeszcze ułamek sekundy temu stał czarodziej. Jak ona ich wszystkich nienawidziła. Nic tylko nadziać napal i zrobić szaszłyki.
    – Bèon ðu ymbhammen be se lèoht.
    Moryena nie była czarownicą, ale na pewno nie była tez zwykłym Doczesnym. Dostrzegła złota linię, choć słabo, na tyle ile pozwalał jej chory wzrok. Mając wciąz w pamięci to co Morgana wspominała o feruli, domyśliła się, że czarownik musiał jej użyć, bo inaczej wciąż ni byłaby zdolna do jej lokalizacji. Mimo tego, że użycie artefaktu oznaczało najazd nieumarłych i trupów, to chociaż mogły dopaść złodzieja... Marne pocieszenie, ale jednak.
    – Tędy. Może jeszcze nie wszystko stracone.
    Nie trzeba było jej powtarzać więcej, ani specjalnie zachęcać. W mig ruszyła tropem, bardziej na wyczucie niż na wzrok. Linia wskazująca położenie feruli też była magiczna, a co za tym idzie, ułatwiała Moryenie orientację w terenie pełnymi ludzi, którzy już zeznawali policji kto to wszystko zrobił i że dzieje się tutaj coś naprawdę niedobrego, bo jakaś szalona baba biega po ulicach i odgryza ludziom uszy, w dodatku nie sama, tylko w towarzystwie drugiej baby, która nosiła się tak jakby nadal mieli wczesne średniowiecze. Bazyliszek, mimo wyczulonego słuchu, nic z tych szemranych po katach rozmów nie usłyszał, zbyt skupiony na podążaniu wyznaczonym śladem. Przepchała się znów przez tłum, rozrzucając ludzi na boki. Wezwany funkcjonariusz zagwizdał i podbiegł do niej z pałką, uderzając w plecy, bo w końcu agresywny napastnik to lać trzeba. Moryena warknęła pod nosem i odwróciła się, rozwalając policjantowi pięścią nos. Ruchy były szybkie, wręcz błyskawiczne, jakby wciąż była w swojej wężowej skórze.
    - Ssstać! Policja! - usłyszała za sobą wezwanie, które kompletnie zignorowała. Ferula i wizja zalania świata umarlakami była o wiele gorsza niż jakiś chlipiący w rękaw ludek w niebieskim uniformie, nawet jeśli wzywał wsparcie przez krótkofalówkę. Co tam policyjny pościg, kogo obchodzą jakieś radiowozy!
    Wciąż w pełnym biegu wpadła w kolejną uliczkę wypełnioną wielkimi śmietnikami i bezdomnymi kotami. Prócz szatańskich, kudłatych stworzeń Moryena wyczuła coś jeszcze. Coś... Jakiś...
    W ostatniej sekundzie uchyliła się od starożytnego miecza, którym władał bardzo wysoki szkieletor. Skrzypienie kości o kość mocno drażniło wrażliwy słuch, a pobrzękiwanie zardzewiałej zbroi dawnego rycerza doprowadzało bazyliszka niemalże do szału. Ale co mogła zrobić w tej żałosnej, kruchej formie? Chyba tylko rzucić się i wsadzić mu palce w oczodoły. Była nieprzydatna i zdana na magię Morgany. To bolało chyba najbardziej. Bezsilność.
    - Zmień mnie! Zmień jeśli potrafisz! - zawołała do Morgany, kiedy dotarły do niej odgłosy kolejnych kroków jakiegoś szkieleta. W formie bazyliszka mogłaby chociaż zmieść ich ogonem...
    Szkielet nie był jednak na tyle łaskawy by poczekać aż ktoś ją zmieni, albo chociaż weźmie jakąś cegłę do obrony. Od razu przeszedł do kolejnego ataku, rąbiąc mieczem po skosie, jakby chciał ją pociąć na małe kawałeczki.

    prawie martwa Moryena :D

    OdpowiedzUsuń
  89. Kiedy wiedźma nie uciekła na sam widok czerwonych ślepi i wyszczerzonych zębisk, Alduin zaczął rozważać możliwość ciśnięcia w nią jakimś blokiem. Na pewno zasłoniłaby się magią... Ale gdyby od razu po tym zionął ogniem? Pomieszczenie było niewielkie, on sam ledwo się tu mieścił, grzbietem zahaczając już boleśnie o sufit. On przetrwa gdy zrobi się tu lekki piekarnik, ale czy i ona wytrzyma? Smok zarechotał sobie w duchu, ucieszony wizją powolnej, koszmarnej śmierci. Mimo tego, że Morgana nie wykazywała na razie wrogich intencji, starszy Branson już z góry uznał, że na pewno jest tu z powodów typowych dla czarowników. A przecież musiałby się bronić, gdyby zechciała coś zrobić, prawda? Nikt nie zauważyłby, gdyby ją sobie zjadł. Ciekawe, czy była dziewicą.
    - Chyba nietrudno się domyślić… Jeszcze trochę, a zawali się cały apartamentowiec. - Alduin ryknął potężnie, aż znów całe podziemia zadrżały, ewidentnie pokazując gdzie ma to, że Woodlands może runąć. Poza tym, lubił być złośliwy i momentami bardziej z zachowania przypominał wrednego chochlika niż smoka, Pożeracza Światów.
    - Po żadne z nich, przysłano mnie tutaj, bym Ci nakazała skończenia tej destrukcji. - czerwone ślepia śledziły każdy ruch czarownicy, ale słowa, choć poważne i owiane grozą, wzbudziły w nim jedynie śmiech. Nie nawykł do słuchania się kogokolwiek, chyba, że ten ktoś miał na imię Paarthurnax i był zdradzieckim bratem.
    W zasadzie jeśli na tym świecie istniał ktoś zdolny Alduina nakłonić do czegokolwiek poza dalszą destrukcją, to był to właśnie Drake.
    - Nie słucham niczyich rozkazów, vahdin*, jestem smokiem, stworzeniem magii. A moje uwięzienie nie potrwa długo.
    - Tylko od Ciebie zależy, czy to zrobię. Bo równie dobrze możemy się dogadać. - tym razem zyskała jego uwagę i to w innym wymiarze niż rozmyślania o tym, czy taką wiedźmę łatwo ukatrupić. O ile Devril nie słuchał żadnych nakazów, to lubił umowy i dogadywanie się. To stawiało ich na mniej więcej równej pozycji, jak partnerów. I choć Morgana była człowiekiem, taką magiczną pianką którą powinien od razu zjeść na wejściu, to był gotów nie ryczeć jej dalej do ucha i wysłuchać tego, co ma do powiedzenia.
    - Tinvaak, kro** - przemówił w starożytnej, smoczej mowie, której wciąż używał znacznie częściej niż takiego języka powszechnego, brudnej mowy ludzi.
    Postawa smoka, gdy nastawiony był na słuchanie, a nie demolkę, też uległa zmianie. Widać było, że się nieco rozluźnił, wygodniej ułożył na podłodze, a długi ogon swobodnie leżał, częściowo spadając do wnętrza studni.
    - Chcę odzyskać wolność, a nie gnić w tych podziemiach. Potrzebuję jedzenia by przeżyć. Potrzebuję lotu, by rozprostować skrzydła - wymienił po czasie swoje warunki, dobrze wiedząc, że szanse na dostanie wszystkiego są żałośnie niskie. Ale zawsze lepiej było przedstawić więcej warunków i liczyć na łąskę losu, niż od razu się ograniczać i rezygnować ze wszystkiego co stanowiło dla niego jakąkolwiek przyjemność.
    ____
    *kobieto
    **mów, czarodziejko

    arogancki i trochę zainteresowany Alduś

    OdpowiedzUsuń
  90. Will mieszkał w Fabletown od bardzo dawna, właściwie to nawet nie pamiętał od kiedy dokładnie. Z pewnością jakieś…sto może sto pięćdziesiąt lat chodził sobie po tym świecie. Sporo podróżował, zawsze jednak wracał do Fabletown, może i był głupim człowiekiem, bo kiedy niektórzy baśniowcy angażowali się w konflikty zbrojne jakie miały dotychczas miejsce, on wolał być na uboczu i czekać na rozwój wypadków. Poza tym prawda była taka, że mógł do cholery umrzeć! A nie widziało mu się przenoszenie na tamten świat, nie kiedy wciąż był młody i piękny i miał pieniądze na koncie bankowym!
    No i też kiedy zechce umrzeć? Wtedy kiedy przestanie ogarniać wszystkie nowinki techniczne. Może nie był specjalnie oblatany w komputerach i elektronice, ale z pewnością radził sobie lepiej niż szeryf, który był niemalże legendarnym technofobem, z którego większość wtajemniczonych się śmiała. Tak to wyglądało. Ale prawda była taka, że nikt tego szeryfowi nie powie, bo naprawdę nikt nie chciałby zginąć śmiercią okrutną i straszną. To byłoby naprawdę okropne gdyby tak się stało.
    — Że tak zażartuję w takim razie… kryształ z serca – powiedział, kiedy usłyszał, że żadna rysa mu nie szkodzi. Teraz to mógł spać spokojnie. Znaczy się nawet gdyby tego nie wiedział to i tak zechciałby spać spokojnie, bo co się będzie martwić na rzeczy, na które nie ma wpływu?
    — Uważam, że każdy kto się do mnie zgłasza jest albo szalony albo zdesperowany. Skoro twierdzisz, że nie jesteś szalona…więc…jaka desperacja tobą kierowała? – zapytał bez ogródek. Może i kiedyś za to beknie, ale miał nadzieje, że jeszcze nie teraz, że jeszcze mimo wszystko pożyje sobie jako człowiek, a nie żaba, albo mysz, byłoby to bardzo smutne. Do końca życia łapać muchy albo spierdalać przed kotem.
    — Nieoficjalnie, wszystko jest do odzyskania? – zapytał po chwili. – Mówisz, że można pokonać Adwersarza? – chciał się upewnić, że ma rację. Przecież to zrewolucjonizowałoby to wszystko, cała wizja. No i cóż…przypuszczał że pewien diabeł byłby zadowolony z tego faktu. Bo albo zyskałby pieniądze ze sprzedaży ziem baśniowców, albo po prostu miałby więcej posiadłości baśniowych. Jedno było pewne, Zwonariew wiedział jak robić interesy. Wiedział jak robić pieniądze, to Will mógł potwierdzić z czystym sercem. Przypuszczał też, że szanowny pan Zwonariew byłby gotów zapłacić naprawdę wiele, żeby wiedzieć…albo i doprowadzić do walk o baśniowe ziemie.
    — Tak, chodźmy lepiej – powiedział i przepuścił Morganę w drzwiach. Zamknął drzwi od magazynu i poprowadził Morganę w kierunku kolejnego, stojącego nieco dalej. Otworzył drzwi i nieco pociągnął Morganę do środka. Przeszli jak gdyby nic, przez całą długość, do momentu, kiedy nie spotkali ściany. Will uśmiechnął się pod nosem i popchnął kawałek metalowej ściany.
    — Fajne przejście, co nie? – zapytał. Niewiele osób o nim wiedziało, a jeszcze mniej osób przypuszczało, że może tutaj coś takiego być, przecież wedle planów jest tam ściana! Mur przylegający do magazynu. – Zapraszam, damy przodem – powiedział. Potrafił zaskakiwać, no i też uwielbiał być przygotowany na wszystko.— Co do zapłaty…nie. Nie lubię kiedy ludzie mają u mnie jakiś dług wdzięczności, albo kiedy ja jestem w taki sposób „zadłużony”, powiedzmy, że jesteśmy kwita. Dostanę resztę i będę się cieszyć – mruknął, wślizgując się do korytarza za Morganą. Włączył latarkę w telefonie i świecił niczym latarnia morska.

    Will

    OdpowiedzUsuń
  91. [Chodziło mi o KP główne. Bo jak wszystko jest w historii to ni mom pojęcia co ma być na głównej xD
    Ale dziękuję i melduję się po ten obowiązkowy wątek. :)]

    Owen

    OdpowiedzUsuń
  92. [Już wstyd mi to kolejnej osobie pisać, ale żaden ambitny pomysł nie przychodzi mi do głowy... xD W zasadzie mogą szukać pomocy dla Mordzia, tylko pytanie czy utrzymamy jakoś akcję? Chyba, że jakaś wycieczka by je czekała w związku z tym? Kurcze, nie wiem serio, chyba że coś mi jeszcze do głowy przyjdzie jak bardziej mi się rozwinie wątek z mężem]

    Charlotte

    OdpowiedzUsuń
  93. Był zmęczony porannym treningiem. Ale to było dobre, przyjemne zmęczenie. W końcu miał trochę czasu, gdy jego umysł mógł odpocząć od gonitwy myśli i wysiłku panowania nad emocjami. Zamiast tego cała jego uwaga skupiona była jedynie na walce, na precyzji wykonywanych ruchów i zapamiętywaniu każdego ruchu przeciwnika. Gdy w końcu przyszedł czas na odpoczynek, poczuł się jeszcze lepiej. Dość szybko zjadł wyjątkowo obfite śniadanie jakie przygotowali słudzy Morgany. Wspólny poranek w towarzystwie matki upłynął głównie w milczeniu, ale ta cisza wcale go nie przytłaczała. Wręcz przeciwnie. Wczoraj powiedzieli sobie więcej niż mógł się spodziewać. Wciąż jeszcze samo wspomnienie wczorajszego dnia, a zwłaszcza wieczoru, budziło w Mordredzie mieszaninę sprzecznych uczuć. Nie chciał przechodzić tego ponownie. Poza tym co mogli jeszcze dodać? Owszem mógłby obrzucić ją wyrzutami i wypomnieć jej wszystko, o co kiedykolwiek miał do niej żal... tylko po co? Skoro udało mu się jakimś cudem otworzyć przed matką i dać jej szansę, nie było nawet sensu rozgrzebywać przeszłości. Równie zbędne wydawało mu się nagłe udawanie zżytej i kochającej rodziny. Chcąc czy nie, byli dla siebie niemal obcy. Mordred nie miał pojęcia czy nawet pomimo wzajemnych szczerych intencji, kiedykolwiek zniknie dzieląca ich przepaść zbyt wielu lat rozłąki.
    Kiedy w końcu Morgana się odezwała uśmiechnął się tylko. Po części z powodu tego co powiedziała, a po części dlatego, że to ona pierwsza przerwała tę ciszę. Przyjrzał się matce z zaciekawieniem. Domyślił się, że musiała mu się przyglądać dziś rano. Zastanawiał się jedynie jak długo.
    – Nie, nie jestem – odparł w końcu – Jestem wojownikiem, nie rycerzem. Walczę by zabić, a nie bawić się w popisywanie przed tłumem. Nie nadaję się do uwielbianych przez Artura i Camelot turniejów, nie lubię tego nawet – wyjaśnił. Przez chwilę nawet miał chęć zapytać Morganę, czy w czasie gdy mieszkała w Camelocie lubiła taką rozrywkę. To jednak nie było ważne, wobec jej kolejnych słów.
    Skinął jedynie głową na wieść o tym, że Artur wyruszył. Nie musiała mu nawet tego mówić. Wiedział. Wolał jednak nawet o tym nie wspominać. Swoje wizje i przeczucia wolał ukrywać przed wszystkimi. Nawet przed Morganą i Morgause. Nie powiedział o nich nawet druidom. To było coś... coś czego nigdy nie chciał wykorzystać, ani nawet o tym myśleć. Już jako chłopiec, gdy tylko dowiedział się o przepowiedni, która pchnęła jego ojca, Artura do zabójstwa dzieci i próby zabicia jego samego, zrozumiał jedno. Wizje i przeczucia są niebezpieczne. Nie wolno im ufać, ani tym bardziej podejmować jakichkolwiek decyzji w oparciu o nie. Nie chciał tego daru. Tak samo jak nie chciał by ktokolwiek się o tym dowiedział i próbował nakłonić go do wykorzystania tej wiedzy.
    Wolał udawać, że słyszy o tym pierwszy raz.
    – Po prostu zamknij mnie w lochu i zadbaj o odpowiednie widowisko. – powiedział z ironicznym uśmiechem – Daj Arturowi poczuć się bohaterem, odwdzięczyć się za moją pomoc... a resztę zostaw już mnie. Uwierzy ślepo w każde moje słowo. – znów się uśmiechnął, tym razem z odrobiną wyższości na samą myśl o bezkrytycznym zaufaniu Artura.
    Czasami to było niemal bolesne, znosić tą ciągłą szczerość i naiwność. Mordred miał wrażenie, że już teraz miewał aż nadto okazji by zamordować ojca, gdyby tylko chciał. Wolał jednak nie mówić o tym Morganie. Mógł zdradzić jej plany Artura i treść narad przy Okrągłym Stole, ale wolał nie wspominać ani słowa o pewnych sprawach. Podejrzewał, że matka nie zrozumiałaby czemu ignorował okazję do zemsty lub próbowała wykorzystać okoliczności do zamachu na życie króla. A tego Mordred nie chciał. W tej chwili nawet sam nie do końca był pewien czy pogrywa z Arturem bardziej dla własnej zemsty czy też bardziej dla poznania odpowiedzi. Coś podpowiadało mu, że lepiej nie wspominać o tym Morganie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z zamyślenia wyrwało go jej pytanie. Zatem teraz będziemy próbowali nadrabiać stracony czas i się poznawać? Pewnie w innych okolicznościach takie pytanie wydałoby mu się naturalne. Teraz jednak przypominało mu udawanie i grę pozorów. Nawet jeśli w rzeczywistości było inaczej.
      – Dlaczego pytasz? – spojrzał na nią już bez sztucznego uśmiechu – Przecież doskonale wiesz co robiłem przez ten cały czas – miał wrażenie, że zabrzmiało to trochę ostrzej niż tego chciał – Ja bez problemu potrafiłem zdobyć informacje o tobie, tym gdzie jesteś i co robisz, czasem nawet o tym co knujesz. Masz swoich szpiegów... podobno dobrych. Nie dostarczyli ci informacji? – uśmiechnął się nieznacznie, zupełnie jakby ponownie chciał ją sprowokować, rzucić wyzwanie.
      Może i po części tak było? Nie chciał jej ułatwiać. Nawet jeśli był w stanie jej wybaczyć, nie oznaczało to, że wystarczy kilka słów czy prostych gestów, by wszystko się ułożyło. Nie był Arturem. Z drugiej strony nie chciał też wciąż jej odpychać i zrażać. Obawiał się, że jeśli za mocno będzie przeciągał strunę, ta może w końcu pęknąć. Nie chciał niszczyć tego co udało się wypracować. Tym razem sam postanowił odpuścić, w duchu powtarzając sobie, że to przecież nie jest rozgrywka.
      – Chyba że pytałaś mnie o co innego... – dodał już nieco swobodniej, dając matce do zrozumienia, że tylko się z nią droczy – ...wtedy cóż... Raczej cały ten czas upłynął mi dość monotonnie na nauce. Magii, walki, dyplomacji, strategii. Nie miałem zbyt wiele czasu na popełnianie błędów, więc nie martw się, nie uwodziłem dam, nie spłodziłem bękartów, nie zabijałem niewinnych, tylko tych którzy weszli mi w drogę i nie słuchałem rad obłąkanych czarowników. – W całym swoim, dość krótkim, wywodzie nie mógł powstrzymać się od przytyku wobec własnego ojca.
      Zamilkł na chwilę, wpatrując się gdzieś w przestrzeń. Pewnie nie tego oczekiwała zadając mu te pytania. Ironia i kolejne maski nie były dobrą drogą do poznania się. Ale co miał jej powiedzieć? Opowiedzieć historię swojego życia, którą pewnie i tak znała? A może znów rozmawiać o uczuciach, których miał już dość? Podniósł wzrok i spojrzał na matkę. Poważnie, jak zwykle, gdy starał się rozmawiać z nią szczerze.
      – Tęsknię za Szkocją – przyznał – Nie lubię Camelotu, ani tych ziem. Brakuje mi lodowatego wiatru i ostrych skał. Nie lubię tutejszych lasów, łąk i rzek. Wolę wrzosowiska i góry. Drażni mnie przesadny zbytek Camelotu i zbędne luksusy. Podobnie jak turnieje i walka w zbroi. Ciężko mi do tego przywyknąć, tak samo jak do przestrzegania bzdurnej dworskiej etykiet, kodeksu rycerskiego i masy dziwacznych praw wymyślonych przez Artura przy Okrągłym Stole. Pewnie to dla ciebie dziwne, bo wychowałaś się w Camelocie, ale ja wolę proste życie, takie jak w Lothian. Może i nie miałem tam wiele, ale to w zupełności mi wystarczało. Lubiłem Lota... i jemu podobnych. To ludzie gór, twardzi, zahartowani przez życie i ziemię, na której mieszkają. Zasady też są inne, nawet pojęcie honoru... liczy się lojalność wobec klanu, rodziny i przyjaciół, a nie wobec władcy i jego reguł. Brakuje mi tego wszystkiego...
      Nie oczekiwał, że zrozumie. Zdawał sobie sprawę, że on i jego matka byli z zupełnie innych światów. Ona wczesne lata swego życia spędziła w Kornwalii, on w Avalonie, dla niej domem był Camelot, dla niego Lothian. Pewnie też szczytem jej marzeń był powrót do Camelotu, a on... Mordred miał wrażenie, że gdyby mógł wybierać, wolałby resztę życia spędzić w Szkocji. Tam był jego świat.
      Przygryzł nerwowo wargę. Mówienie na ten temat obudziło w nim na nowo nostalgię. Zdławił ją jednak jak najszybciej.
      – Przygotowałaś wszystko na przyjazd Artura? No i czy masz już jakiś plan? – zmienił temat.

      Synek

      Usuń
  94. [O, to jest myśl :D Tylko będę musiała się wczuć w historię xD Zakładamy, że odbyło się wcześniej spotkanie w stylu "mamo, poznaj moją żonę" czy po prostu będą o sobie wiedziały, ale to będzie pierwsze spotkanie? Pewnie pasowałoby, żebym to ja zaczęła, nie? xD A w ogóle, bo już się pogubiłam w akcji, w tamtym czasie Morgana gdzie się podziewała?]

    Szarlotka

    OdpowiedzUsuń
  95. - Wiem, co zrobiłem Morgano i to nie było dla mnie proste. Lud zrozumiał moją decyzję, więc czemu ty nie mogłaś. Nie mogłem stawiać rodziny ponad własny naród. Musiałem ratować tysiące przed właśnie takimi jak wy. Może i te dzieci nie zawiniły, ale dzięki nim Camelot wzrósł w siłę. I gdybyś nie działała za moimi plecami, mogło by tak być po dziś dzień. A tak, tkwimy w tym miejscu, daleko od naszego domu, który już nie istnieje. Poświecenie tych wszystkich ludzi poszło na marne. - Zbyt łatwo dawał się jej manipulować i podłapywał każdą jej przynętę. Wylewał dawne żale i był z nią całkowicie szczery, choć ona nigdy nie odwdzięczyła się mu tym samym. Nie licząc dnia, gdy wszystko się rozpadło i było już na wszystko za późno. Artur nigdy nie potrafił pogodzić się z przeszłością. Zawsze gdybał, co wydarzyłoby się gdyby postąpił inaczej. Gdyby tylko mógł cofnąć się w czasie i dokonać innych wyborów. Mógłby ocalić tak wiele istnień. Uratować Camelot. Ale nie może żyć tylko wspomnieniami. Musi walczyć o lepszą przyszłość. I otrzymanie wybaczenia od własnej rodziny może mogłoby być jej pierwszym elementem. To właśnie kłótnie między nimi wszystko zniszczyły, więc czemu nie wykorzystać tego do odbudowy tego, co stracone. Ta myśl była jednak chyba zbyt idealistyczna nawet jak na niego.

    Morgana od zawsze różniła się od innych i z początku była dla niego kimś naprawdę bliskim. ale jak to mówią w momencie gdy zastanawiasz się, czy kogoś kochasz, przestałeś go już kochać na zawsze. Tylko, że to nigdy nie była miłość. Szukali oparcia, bo ciężar na ich barkach był zbyt ogromny. Możliwe, że ich dusze wiedziały znacznie wcześniej że są połączeni. Tylko, że nie w sposób, o którym myśleli. Rodzeństwo wiąże bowiem cienka nić porozumienia, który wykracza poza ludzkie pojęcie. Jednak im bardziej naciągnięta, tym częściej prowadzi do przerwania i konfliktów, ale nie można temu zapobiec. Niektóre rzeczy są nieuniknione.

    - Oboje wiemy, że przepowiednie się sprawdzają. Tym razem zwiastuje ona dobro - powiedział z lekkim uśmieszkiem. Doskonale wiedział o żądzy władzy Morgany, a przynajmniej tak, jak wiedział, że go nienawidzi za to co uczynił ich dziecku, które już jako niemowlę było niesamowicie niebezpieczne. Teraz w Fable, gdy wiedział już o swym synu, rozmyślał o tym jak strasznym był ojcem i wiedział, że gdyby nie stara przepowiednia mogłoby być całkiem inaczej. Mógłby szkolić go na wspaniałego szlachetnego wojownika, który zasiadłby kiedyś na tronie. Zamiast tego otrzymał największego przeciwnika przepełnionego zemstą z Morganą u jego boku. Zdecydowanie nie byli idealną rodziną.

    Zachowanie siostry wzbudziło w nim pewne podejrzenia. Czy naprawdę myślała, że nie zauważy? A może chciała, by ten grał w tę jej małą grę.

    - Przez dłuższy czas leżałem w szpitalu, ale pewnie o tym już wiesz. Do tej pory nie miałem problemów, ale coś mi mówi, że chcesz to zmienić. Ach! Czyżby to był własnie ten nożyk, który starałaś się ukryć? Z pewnością znasz znacznie bardziej spektakularne sposoby na zabicie mnie niż pchnięcie czymś takim. To właśnie ta kreatywność w tobie podziwiałem. - Wzruszył nieznacznie ramionami. Sam wiecznie nosił przy sobie pistolet, ale to był raczej jeden z wymogów w jego pracy. Zaskakujące jak wiele osób, życzy policjantom śmierci i jak wielu z nich wylądowało w więzieniu.

    - Coś się zmieniło, tak samo jak ty. Proponuję to omówić w bardziej przytulnym miejscu niż na ulicy. Już nawet pomijając fakt, że blokujemy przejście pieszym, to widok naszej dwójki może się wydać Baśniowcom z naszej krainy dosyć niecodzienny, nie sądzisz?

    [Moje odpisy trochę zajmują, ale pracuję nad notka i staram się nie wypaść z rytmu :D Ogólnie bardzo dobrze mi sie z tobą pisze siostruniu, ale nie bierz tego do siebie. Przecież nadal się nienawidzimy <3]

    ARTURO PENDERAS

    OdpowiedzUsuń
  96. [To możemy założyć, że otrzymała wiadomość o ślubie młodych i przyjechała poznać synową albo znała ją już, a teraz po prostu przyjdzie złożyć gratki z okazji ożenku, mnie tam obojętne, od słowa do słowa okaże się, że Cywcia poprosi ją o pomoc i tak sobie będą knuły :D
    A jeszcze w międzyczasie przyszło mi do głowy jak rozwiązać fakt, że Cywyllog nic nie wiedziała, że jej mąż jednak żyje, to jak będziemy zbliżać się do teraźniejszości, możemy wpleść, że Morgana wysłała jej list, że zabiera Mordzia do Fable, ale ktoś uprzejmie przypilnował, żeby C go nigdy nie otrzymała i mamy ekszyn jak ta lala xd Nie wiem jak tam między sobą z Mordziem ustalałyście, co na ten temat miała mu do powiedzenia matka, w sensie czy coś wie co się dzieje z Cywyllog ;)
    O jakbyś zaczęła to by było super, bo na moje rozpoczęcie trzeba by było poczekać... xD]

    Charlotte

    OdpowiedzUsuń
  97. [To ja na wstępie przepraszam, że na drugiej postaci Ci wciąż nie odpisałem, ale jakoś dopadł mnie kryzys i zatęskniło mi się bardzo za Śmiercią.
    Dziękuję bardzo za powitanie i miłe słowa... i tradycyjnie polecam Pratchetta i jego cykl o Śmierci, bo to stamtąd te wszystkie wesołe pomysły.
    Chęci są tylko pytanie, z którą postacią kombinujemy. ;)]

    Śmierć

    OdpowiedzUsuń
  98. [Może być, zgadzam się na wszystko i łap zapas serduszek za dobroduszność - <3 <3 <3 :D]

    Szarlotka

    OdpowiedzUsuń
  99. [Dziękuję wiedźmo! ;) A to prawdopodobne bo mam jakąś słabość do wszelkich personifikacji Śmierci, w różnych uniwersach.
    Aczkolwiek jeszcze się zastanowię nad Lokim, bo może uda mi się ogarnąć dwie postacie. Zobaczę jak to będzie.
    O, no to już wiesz, że jest genialny. A cykl gdzie Śmierć jest głównym bohaterem to już w ogóle mistrzostwo świata. ;)
    A wiesz co... Możemy spróbować i tu i tu, a czemu by nie!
    Co do serialu to nie oglądałem (parę odcinków tylko i mi nie podeszło), więc fabuły tam za bardzo nie znam i musiałabyś mi trochę dokładniej streścić o co tam chodziło, bo nie wiem czy dobrze sobie to wszystko wyobrażam. xD
    A jak Ci będzie wygodniej to możesz mnie złapać na gadu: 59064565.]

    Śmierć

    OdpowiedzUsuń
  100. [Za mną też chodziła, zdecydowanie ma w sobie "to coś". :D
    Och, jak cudownie, że Regina najwidoczniej odnajdzie swoją bratnią duszę :D Regina dopiero pojawiła się w Fabletown, jest od jakichś dwóch tygodni, ale już się rozgląda, więc możemy zrobić właśnie tak, że dopiero tutaj się poznają. Albo może tutaj poznają się tak oficjalnie, twarzą w twarz, a wcześniej miały gdzieś okazję o sobie usłyszeć? :)]

    Regina

    OdpowiedzUsuń
  101. — Zdarza się. Zazwyczaj nie zadaję zbyt wielu pytań, a kiedyś musi być ten pierwszy raz, prawda? – uśmiechnął się pod nosem i spojrzał na Morganę ukradkiem. Być może gdyby Will wiedział, że Morgana wpadła na jakiś niby szalony pomysł, to może w jakiś delikatny sposób odradziłby jej to wszystko, no ale to wiedźma, wolał nie ryzykować, nie chciał być żabą, to nie było nic fajnego. Poza tym prawdopodobnie nie znajdzie żadnej na tyle głupiej księżniczki (czy też i księcia, bo mamy przecież równouprawnienie), która by go pocałowała i wyswobodziła z czaru wiedźmy. A nawet jeśli to jedyne co mógłby zaproponować, to połowę swojej kawalerki. No…albo ten niewielki apartamencik w innej dzielnicy, z którego to niezmiernie rzadko kiedy korzystał.
    Jakoś przyzwyczaił się do tej swojej ciasnej i zagraconej kawalerki. Do tych wrednych „somsiadów” ze wszystkich stron. Nawet do tego przeklętego kocura sąsiadki, który to co noc urządza sobie pseudo koci koncert rokowy. Nawet przyzwyczaił się do tych cienkich ścian, przez które to słychać jak sąsiad żonę bije bo chce jej prezent na urodziny z głowy wybić.
    Kiedy Will usłyszał o tym co powiedziała Morgana, przystanął i uśmiechnął się, jego oczy lekko się zaświeciły, z (być może) podniecenia. To była doskonała wiadomość, właściwie to nawet i przez chwilę żałował, że kazał sobie zapłacić. Ale tylko przez chwilę, przecież to wszystko się przyda. Nie tyle jemu co innym baśniowcom, tym gorzej usytułowanym. Niby nie współpracował od jakiegoś czasu z Robinem, unikali siebie nawzajem, ale jednak Will w jakiś sposób pomagał innym. Tak jak w legendzie.
    — Pojawiają się, tyle że są bardzo oklepane. Powiem więcej, są aż nadto oczywiste, że ludzie…ludzie ich nie biorą pod uwagę, a szkoda, naprawdę szkoda – powiedział z niejakim żalem. – Raczej legalna robota nie dla mnie. Za długo wyrabiałem się w złodziejskim fachu, żeby teraz nagle przejść na legalne zatrudnienie – oznajmił żartobliwie. – Ale jeśli chcesz, to mogę ci w czymś jeszcze pomóc. Albo doradzić, chociaż wyglądasz mi na taką stanowczą kobietę, która raczej nie pyta męża o kolor ścian do pokoju, albo o model firanek do kuchni – powiedział pół żartem pół serio. – Na skraju dzielnicy – odpowiedział krótko.
    Skinął głową, właściwie to mógł się przejść. Nie liczył na nic więcej poza zapłatą, znaczy się, wolałby żeby nic więcej nie było. No może jeśli zaproponuje herbaty, to Will nie odmówi, alkoholu też nie. Ale stanowczo będzie protestować, kiedy Morgana zechce go zamienić w żabę dla czystej przyjemności.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Adwersarz? – zapytał cicho. Schował telefon do wewnętrznej kieszeni kurtki, którą zaraz zapiął. Ręce włożył do kieszeni i uśmiechnął się niemrawo pod nosem. – Nie wiem kim jest, ale wiem dwie rzeczy. Że ma armię…i wiem też to, że jak dorwę go w swoje łapska, to go zabiję. Będzie konać długo i w męczarniach. Chociaż…chociaż chyba nie byłbym w stanie, ale były zastępca szeryfa, który niedawno powrócił do miasta, z pewnością zabawiłby się z nim – Will aż nieznacznie się wzdrygnął. Wiedział do czego ów zastępca szeryfa był zdolny. Złodziej nie chciałby znaleźć się w skórze Adwersarza. – Powiem ci tak… Nie chciałbym być w skórze Adwersarza i mieć spotkanie sam na sam z byłym wice-szeryfem – pociągnął nosem. – Sama możesz się dowiedzieć dlaczego, w Apartamentowcu, bodajże w biurze Śnieżki, albo naszego burmistrza są odpowiednie akta. Albo zapytaj Bufkina, on ci pomoże. A jeszcze, jak dasz mu jakieś winko marki winko, albo cokolwiek co ma więcej niż 10% alkoholu, to ci to załatwi na jednej nóżce i jeszcze będzie milczeć – uśmiechnął się słabo do niej. – A jeśli chcesz go…znokautować na jakiś czas, to zadzwoń do mnie, albo cokolwiek i powiedz, że potrzebujesz najmocniejszego alkoholu. Mam takiego znajomego, który zna się nieco na napojach procentowych.
      Oj tak, on to się znał jak mało kto. No i chyba też wszyscy baśniowcy go znali. A czy go lubili lub szanowali, to nie jego sprawa. Pewno nawet i sam zainteresowany miał to głęboko gdzieś. Ale on…on to chyba wszystko i wszystkich miał gdzieś.
      — Tak więc…w razie gdyby coś to stary recydywista służy radą – powiedział, po chwili obustronnego milczenia. – Zawsze w razie gdyby coś, to mogę nawet za bodyguarda robić i wklepać komuś, albo wybić namolnemu zalotnikowi amory z głowy – uśmiechnął się odsłaniając rząd białych zębów.

      Will, który żadnej pracy się nie boi

      Usuń
  102. [Nasza znajomość weszła na inny level, więc już pominę rozkminy tutaj xD. Ale bądź dumna! Najpierw biografię, potem odpis dla Ciebie, trolololo :D
    Pomysł naprawdę mi się podoba! W sumie mogłoby się zacząć od czegoś lekkiego, jak chociażby wcześniejsze wychodzenie Snow z pracy. Potem np. zaczęłaby się ubierać bardziej po wiedźmowatemu xD. I w ogóle moja wyobraźnia działa na wysokich obrotach, bo widzę jak Snow siedzi na tronie, a obok niej Morganka niczym zaufany doradca i podsuwa co ma robić, hahah. Był w historii, Machiavelli chyba, który niby był tylko doradcą, a tak naprawdę rządził i tak widzę Morgankę i Snow pod wpływem jej czaru :D. A potem Morgana coś jej nawtyka i wyjście, że rzeczywiście uratowała Śnieżkę. W sumie to może być ciekawe. Jak Snow podczas bycia pod wpływem uroku będzie traktowała Morganę jak przyjaciółkę i wypapla jej coś o sobie :D
    I Snow chce kota! ]

    Snow White

    OdpowiedzUsuń
  103. [Wybacz, że dopiero teraz odpisuję, ale myślałam, że dam radę jakoś się ogarnąć bez urlopu, ale niestety... :(
    Tak! Jestem bardzo, bardzo na tak by od tego zacząć historię. :D
    A potem się jakoś poleci dalej. I bez pośpiechu, bo mnie teraz może tak ze trzy tygodnie nie być, więc masz czas na zaczynanie <3]

    Owen

    OdpowiedzUsuń
  104. [Och, zdecydowanie :D Może wyda kiedyś płytę? :D
    Może być tak, że Morgana przykuje czymś uwagę Reginy :) Moja wiedźma jest wyczulona na wszelkie objawy tej nieco ciemniejszej magii, więc mogłaby w pewnym momencie trafić na trop prowadzący do Twojej postaci. Zaproponowałaby wtedy Morganie wspólne sianie destrukcji i podbicie Fabletown, Nowego Jorku, a później może i całego świata, po co się ograniczać :D]

    Regina

    OdpowiedzUsuń
  105. [Czekam na zaczęcie wątku od ponad miesiąca. Nie jestem typem, który lubi się upominać, możliwe, że zapomniałaś, ale ja chyba jednak podziękuję za wątek :)]

    Chelsey

    OdpowiedzUsuń
  106. [Że tak powiem... Don't fear the Reaper ;)
    Na razie jestem zdecydowany pobawić się dwiema postaciami, więc możesz trzymać kciuki.
    Dobrze, to pozwól, że będę Ci już odpisywał jednak tam, ok?]

    Śmierć

    OdpowiedzUsuń
  107. [Cześć! Ja mam w sumie pytanie - my kontynuujemy nasz "wiedźmiński" wątek poprzedni? :)]

    Mary

    OdpowiedzUsuń
  108. [Jakie tam zażalenia, jest miodzio <3]

    Ludzie mówią, że nienawiść niszczy człowieka. Że należy wybaczać wrogom, zapominać dawne krzywdy, okazywać miłość innym i starać się żyć w zgodzie i pokoju. Że złość nie prowadzi do niczego i nie należy jej się poddawać, bo jedyne co ze sobą niesie to dalsze fale zła. Tak też uczono ją w domu, miała być grzeczną dziewczynką i pełną dobroci, dbano o nią i wymagano od niej prawidłowego postępowania, oczywiście do czasu. Do czasu, kiedy jej przestrzeń osobista została tak brutalnie naruszona, a jej rodzina straciła swoje ziemie i dobra materialne, wtedy nie było im dane przekazywać najmłodszej córce jakichkolwiek nauk. Poczucie bezpieczeństwa młodej piktyjki zostało wyrwane i podeptane, a ona sama znalazła się w miejscu, w którym nigdy nie pragnęła się znaleźć, zmuszona do życia nie według własnych zasad, w poniżeniu i pogardzie. Rozdzielona z własną rodziną, straciła szanse na życie do jakiego była przygotowywana i jakie było jej pisane, musiała przez lata znosić upokorzenie zniżając się z poziomu piktyjskiej księżniczki do poziomu nadwornej pomywaczki, a wszystko to za sprawą jednego człowieka, którego od początku obdarzyła tak niewyobrażalną nienawiścią, że ciężko było jej momentami oddychać z tej całej złości.
    Ludzie mówią, że gniew niszczy człowieka. Że długotrwała złość nie pozwala zaznać spokoju, że człowiek kisi się sam we własnej złości i całe swoje życie marnuje na szukanie zemsty, a zemsta nie rozwiązuje problemu. Cywyllog miała to wszystko głęboko w nosie, odkąd znalazła się w Camelocie, wzięła na siebie ryzyko wiecznej gburowatości i niezadowolenia, ale jak inaczej miała żyć, jeśli jej życie nie było życiem? Kto na jej miejscu z uśmiechem na ustach służyłby człowiekowi, który odebrał jej wszystko co miała? Gniła we własnym gniewie przez lata, dorastając i snując plany zemsty na swoim oprawcy i było jej zupełnie obojętne czy ta nienawiść niszczyła ją od środka czy też nie, nie można jej było już bardziej zniszczyć.
    A jednak, w całym tym mroku życia potrafiło ją odnaleźć światło, będące z początku malutką iskierką, z czasem rosnącą do ogromnych rozmiarów. Wszystko zmieniło się, kiedy poznała jego. Okazali się nie tylko bratnimi duszami, ale i idealnymi dla siebie wzajemnie partnerami w spisku, który połączył ich ścieżki i serca. Pokochała jego, a on pokochał ją, choć wcześniej żadne nie spodziewało się, że spotka kiedykolwiek kogoś takiego. Jednak ich sczerniałe serca potrafiły odnaleźć się wzajemnie i już jutro miała się odbyć uczta z okazji ich ślubu. Mordred okazał się tak niesamowity, że nawet odzyskał część jej dawnych ziemii... prosząc. Wystarczyło, że powiedział kilka zdań, a Artur dawał sobą kierować jak kukiełka, cóż, jego strata, ich zysk, zazdrościła tylko czasami ukochanemu, że ma taką władzę, choć nie przeszkadzało jej to aż tak bardzo, dopóki władzę tę mogła wykorzystywać na własny użytek.
    Można powiedzieć, że Mordred spadł jej z nieba, gdyby nie on, dalej kisiłaby się we własnej nienawiści i bezsilności, grożąc tylko pod nosem jak stara wiedźma, że zniszczy ich wszystkich kiedyś i obróci ten przeklęty zamek w drobny mak. Mordred sprawił, że poczuła się nie tylko kochana, ale i rozumiana, w końcu poznała kogoś, kto podzielał jej poglądy i równie mocno pragnął śmierci jej największego wroga, przy okazji będąc wspaniałym i mądrym mężczyzną, z którym zapragnęła spędzić resztę życia oraz dla którego była gotowa nawet zostać zwykłą kurą domową jak reszta tych bezbarwnych, młodych kobiet, nie mających żadnego pomysłu na siebie.
    Formalnie nie byli jeszcze małżeństwem, choć jak małżeństwo żyli odkąd Artur wyprawił dla nich huczne zaręczyny, wreszcie uznali, że nastał dobry moment, aby oficjalnie wziąć ślub. Nie miała to być co prawda ogromna uczta, jednak dla Cywyllog, która ostatni czas, będący jednocześnie sporym kawałkiem jej życia, spędziła jako służba, praktycznie wszyscy goście mieli być obcy, jedynymi znanymi jej osobami byli Mordred i garstka bliskich, których nie widziała od dobrych kilku lat.

    OdpowiedzUsuń
  109. Od samego rana zachowywała się tak, że momentami samej siebie nie poznawała, była niesamowicie przejęta przyjazdem gości, a dodatkowo pewien bardzo ruchliwy jegomość, bądź jejmość, przeszkadzał Cywyllog w zachowaniu spokoju. Kobieta chciała dopilnować wszystkiego na ostatni guzik, a ponieważ była uparta jak osioł i powtarzał jej to nawet przyszły małżonek, to nie dała się zbyć na odpoczynek, wciskając swój wścibski nos w każdy możliwy kąt. Poleciała nawet wraz z Mordredem powitać jednego z jego dalekich kuzynów, choć w tamtej chwili ledwie stała na nogach z powodu bólu kręgosłupa, dzielnie starała się zachować twarz.
    Stała akurat pod drzewem, pod którym zostawił ją narzeczony, obserwując jak uwijają się ludzie przed wejściem, przy okazji próbując złapać trochę oddechu, kiedy usłyszała za sobą głos. Zerknęła przez ramię, a oczom jej ukazała się ciemnowłosa kobieta i towarzyszący jej koń, nikt więcej. Szukała Mordreda? A w jakim celu? Skąd się tutaj w ogóle wzięła, nie była raczej jedną ze służących im ludzi, Cywyllog rozpoznałaby jej twarz, a więc co tutaj robiła, sama?
    - Jest zajęty, tak się składa, że ma akurat sporo na głowie. - odpowiedziała kobiecie odwracając się do niej. - A ty to kto?
    Przechyliła głowę na bok, badając każdy szczegół stojącej przed nią postaci, od czubka głowy, aż po same palce u stóp, gładząc przy okazji dłonią pękaty brzuch, jakby chciała uspokoić dziecko, zamiast siebie. Może jednak czarnowłosa była tutejsza, kiedy tak przyglądała się jej twarzy, zaczynała coś sobie przypominać, jakby gdzieś już ją widziała, jednak nie mogła sobie przypomnieć gdzie. A może była z dworu Artura i dlatego skądś ją kojarzyła? Ten nos, taki jakby... jakby coś jej mówił. Albo to tylko jej ciążowe humorki i domysły wcale nie są słuszne, może to jakaś jego bardzo dawna znajoma, o której mu nie powiedział, w każdym razie odbierała jej właśnie chwilę relaksu, jeszcze chwila i nadejdzie pora, aby sprawdzić jak się sprawy mają w kuchni, niektórzy goście zjeżdżali z bardzo daleka, a przyszła panna młoda nie mogła dopuścić, aby byli głodni bądź źle nakarmieni, tak czym prędzej trzeba było kończyć pogaduchy i ruszać w stronę zamku.

    [Ach i tak rozkminiałam, która to będzie uroczystość, bo mieli wpierw zaręczyny urządzane przez Arcziego, a potem ślub, kiedy już Cywyllog była ciężarówką i uznałam, że raczej to będzie ta druga okazja :D]

    Synowa roku

    OdpowiedzUsuń
  110. [Dziękuję pięknie za powitanie i tyle komplementów. :)
    Chęć jest i w ramach rewanżu wpadam nawet z pomysłem.
    Mr. Dark jest wrogo nastawiony do czarownic z 13 piętra, zresztą z wzajemnością. Ale... co Ty na takie coś - Morgana przypadkowo dowiedziała się o nim. Może na 13 piętrze część czarownic wiedziała, że się uwolnił i uważała, że lepiej dowiedzieć się gdzie się ukrywa zanim stanie się niebezpieczny (lub zechce się zemścić). Mogły nawet Morganę celowo poprosić o pomoc licząc na przykład, że skoro zna mroczną magię to się przyda... lub wręcz przeciwnie - zatajono to przed Morganą. Niemniej Morganie jakimś cudem udałoby się odnaleźć Pana Mrocznego... Pewnie pierwsze spotkanie byłoby niezbyt przyjemne, bo chciałby dowiedzieć się jakie są największe lęki Morgany. Za to potem pewnie by się zainteresował, bo uznałby, że Morgana jakoś nie pasuje do roli wiedźmy z 13 piętra. Pewnie też chciałby się dowiedzieć dlaczego tam pracuje... i czy nie wolałaby na przykład ubić interesu z nim. Ot taki pomysł do doszlifowania, co Ty na to? ;)]

    Mr. Dark

    OdpowiedzUsuń
  111. [Egzemplarz zaklepany ;)
    Och, mam nadzieję, że nie pozabijają się, bo Regina to też jest w sumie do wielu rzeczy zdolna - cóż, dla władzy była w stanie zamordować własnego ojca, którego naprawdę kochała :D
    Jak, coś to mogę zacząć, tylko że rozpoczęcie pojawiłoby się gdzieś po poniedziałku - walczę jeszcze z końcówką sesji i chyba niestety muszę jednak na tym się na razie skupić :D]

    Regina

    OdpowiedzUsuń
  112. [Dziękuję za powitanie i wszystkie miłe słowa. Morgana wyszła świetnie, nie tylko dlatego, że rzeczywiście przypomina tę serialową (a do samego serialu mam pewien sentyment), ale też przez samo rozbudowanie jej historii, którą swoją droga czyta się bardzo przyjemnie. W kwestii wątku, jeśli chodzi o przeszłość, to w zasadzie nie mamy za bardzo wspólnych punktów w historii, bo Galahad najpierw (jako małe dziecko) jest częścią wątku Lancelota, a potem ugania się za Graalem. Myślę jednak, że o ile chciałybyśmy tworzyć choć mały epizod z przeszłości, to dałoby się go wcisnąć albo w czasie, gdy Galahad był w klasztorze, bo pewnie nie siedział tam cały czas, albo później, w trakcie wyprawy. Myślę jednak, że możemy równie dobrze kombinować już z Fabletown. Na razie jedyne co przychodzi mi do głowy to pojawienie się w archiwum jakiegoś dokumentu, który byłby jakoś powiązany z magią (niekoniecznie o niej samej, ale np. w jakiś sposób zaczarowany) i w związku z tym Galahad musiałby zasięgnąć porady kogoś, kto się na tym zna. Pomyślę natomiast nad czymś, co nie będzie związane z pracą.]

    Galahad Corbenic

    OdpowiedzUsuń
  113. [W takim razie zostańmy przy kombinowaniu z czymś w Fabletown. Podoba mi się ten pomysł. Galahad może przyjść do niej z obowiązku zbadania tego dokumentu, bo podejrzewam, że znając dalszą część historii Camelotu (o której dowiedział się już w Fabletown), raczej nie zgłosiłby się do niej po pomoc, gdyby nie miał innego wyjścia. I w zasadzie taka postawa niechęci może być ciekawym elementem wątku. W kwestii podróży do Brytanii, w sumie dlaczego nie, gdyby okazało się, że ten przedmiot raczej nie powinien trafić w niepowołane ręce, a oni otrzymaliby zgodę na powrót do swojego świata, ale myślę, że to może już wyniknąć w trakcie wątku. Myślę natomiast, że dobrze byłoby ustalić czym w zasadzie ma być ten artefakt. Jeżeli miałby być magiczny, to może w jakiś sposób powiązany z Avalonem?]

    Galahad

    OdpowiedzUsuń
  114. [W sumie, podoba mi się zarówno pomysł z osełką, jak i pochwą na Excalibur, ale chyba skłaniam się bardziej ku drugiemu, bo i powiązanie jest bliższe, a poza tym przy wzajemnej niechęci spowodowanej historią może być ciekawiej, gdy weźmiemy coś, co znają bardzo dobrze z przeszłości. I w zasadzie mogłabym zacząć, chyba że ty miałabyś ochotę albo jest coś jeszcze od omówienia.]

    Galahad

    OdpowiedzUsuń
  115. Pewnie większość ludzi wyobrażała sobie pracę w archiwum jako niekończące się przekładanie ogromnych stosów dokumentów na właściwe miejsce i dbanie, by po drodze nic się nie zagubiło. Nie wydawała się więc niczym szczególnie zajmującym i rzeczywiście była stosunkowo spokojnym zajęciem, a Galahad nie miał zamiaru udawać, że tak nie jest. Wybuchy, walki i pościgi zdarzały się tylko na kartach powieści, które czasem czytał w trakcie przerwy, a do uproszczonego opisu jego zajęć należało dodać jedynie konserwację. Nie narzekał jednak, bo był to dokładnie ten typ pracy, na jakim mu zależało. Tęsknił co prawda za wielką przygodą i niewiadomą czekającą za zakrętem, ale zdołał zrozumieć, że nie jest już w swoim świecie i przynajmniej na jakiś czas będzie musiał stłumić pragnienie wyrwania się z czterech ścian i ruszenia przed siebie. Nie był jednak w stanie całkowicie go zagłuszyć i jeśli miałby być szczery z samym sobą, musiałby przyznać, że czas wcale nie pozwalał przyzwyczaić się do myśli, że w Fabletown nie ma miejsca dla błędnych rycerzy. Przeciwnie, z jakiegoś powodu, który pewnie był równie niedorzeczny co sama ta myśl, wierzył nawet mocniej w dawne ideały i był gotowy wprowadzać je w życie. Może nie potrafił inaczej, a może był zbyt uparty, by zmienić własne postanowienie z początku pobytu w Nowym Jorku. Wiedział jednak kim jest i że istnieje jakaś część jego ducha, która wciąż czeka na powrót starych czasów.
    Wrócił z przerwy na lunch z kubkiem kawy i ustawił go w bezpiecznej odległości od koperty, która w międzyczasie pojawiła się u niego na biurku. Otworzył ją, przejrzał zawartość, odłożył na odpowiednie miejsce, gdzie miała czekać na swoją kolej. Sięgnął po kawę, która zaczynała już stygnąć i pociągnął duży łyk. Potem spojrzał na równe, wykaligrafowane litery, które pokrywały stronę ułożoną na stosie innych papierów. Cień uśmiechu pojawił się na jego twarzy, na wspomnienie brata Piotra, który wciąż ganił go za zbyt koślawe pismo. Nawet teraz w Fabletown lubił na chwilę siąść z piórem i przepisać fragment tekstu. Sięgnął po kartkę, zaraz jednak dotarło do niego, że nie ma przed sobą jednej ze swoich prac, pismo nie jest jego, a papier to pergamin. Spojrzał raz jeszcze na litery i zaczął czytać. Prawdopodobnie, gdyby wciąż przebywał w klasztorze, nie potrafiłby wskazać w tej sytuacji nic dziwnego. Łacina, tekst Ewangelii według Świętego Jana. Nie miał jednak pojęcia dlaczego znalazł się tam, w Nowym Jorku. Największe zaskoczenie czekało na niego jednak dopiero po odwróceniu karty. Jakkolwiek próbowałby tłumaczyć sobie obecność pergaminu na jego biurku, nie potrafiłby podciągnąć tego do obecności pergaminu pokrytego dziwacznymi symbolami, których nie potrafił odczytać, ale których pochodzenia mógł bez większych trudności się domyślić. I jakkolwiek nie podobałby mu się ten pomysł, musiał odbyć spacer na trzynaste piętro.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie przepadał za wizytami u wiedźm. Nie żeby robił to szczególnie często, ale za każdym razem, gdy stawał przed drzwiami jednej z nich, miał poczucie, że robi coś o w najlepszym razie wątpliwej słuszności. Nie chodziło o samą magię. Był katolikiem, ale katolikiem z Brytanii, z czasów, gdy magia nie była niczym niezwykłym i wplotła się silnie nawet w jego historię. Nie oznaczało to, że uważał działania czarowników za słuszne, ale było coś jeszcze. Nie był w stanie całkowicie wyciszyć jakiegoś ukłucia w sercu, na myśl, że przychodzi do ludzi, którzy odpowiedzialni byli za upadek Camelotu. Mogło to brzmieć idiotycznie. Przebywał na dworze Artura zbyt krótko by go dobrze poznać, a z jego rycerzami łączyły go głównie wspólne przygody w trakcie poszukiwań Graala. Miał jednak przeświadczenie, że królestwo Artura było czymś dobrym, czymś o co warto byłoby walczyć. Nie był w stanie zmusić się do nienawiści wobec Morgany i Mordreda. Wcale zresztą nie próbował, odrzucając to uczucie bez zastanowienia, jako nieprowadzące do niczego dobrego. Pozostawała jednak niechęć, silna i niepozwalająca zapomnieć.
      Potrzebował pomocy, a Morgana jakichkolwiek decyzji nie podjęłaby w przeszłości, mogła być jedyną, która będzie w stanie mu jej udzielić. Zapukał. Odpowiedziała mu cisza, a po niej miarowy odgłos kroków. Zaczął planować w głowie co powinien powiedzieć, by później nie stać przez kilka sekund zastanawiając się, czy wydusić z siebie choć słowo powitania. Zacisnął dłoń na pergaminie.
      — Dzień dobry, Morgano. Mam do ciebie dość istotną sprawę.
      [Mam nadzieję, że jest ok. Próbuję się w niego wczuć i mogę potrzebować chwili, ale powinno być coraz lepiej.]

      Galahad

      Usuń
  116. — Tak, to dosyć istotne. — Uniósł rękę i znajdującą się w niej kartkę do góry, po czym nie czekając zbyt długo, zaraz po usłyszeniu zaproszenia wszedł do środka. Na jedną krótką chwile zapomniał o całej swojej niechęci do czarownicy i trzynastego piętra, skupiając się na własnych obowiązkach. Zbliżył się do biurka i położył na nim pergamin, po czym zajął miejsce naprzeciw Morgany, ciesząc się, że tak szybko udało im się przejść do rzeczy. Wciąż dokuczało mu dziwaczne uczucie niepokoju, powiązane z jakimś wyrzutem wobec samego siebie. Wciąż nie potrafił odpowiedzieć sobie na pytanie, czy postępował słusznie, choć wedle wszelkich zasad, które panowały w nowym świecie, robił to co zrobić powinien. Stłumił jednak wszystkie myśli, które tylko niepotrzebnie go rozpraszały, i nie czekając na pytania, zaczął mówić:
    — Na początku myślałem, że ktoś podrzucił mi to przypadkiem, bo też wygląda na tekst, który mógłby pochodzić z biblioteki. O ile jednak autorstwo pierwszej strony można bez większych wątpliwości przypisać jakiemuś mnichowi, o tyle —dodał, obracając pergamin, by pokazać Morganie dziwne symbole, które pokrywały gęsto całą kartkę — druga strona raczej nie powstała w skryptorium i ma z zakonnikami niewiele wspólnego.
    Nie mówił nic więcej. Zdecydowanie lepiej od niego wiedziała z czym ma do czynienia i prawdopodobnie wyszedłby na skończonego idiotę, próbując tłumaczyć jej coś, co znał tylko z opowiadań i plotek, których nasłuchał się jako młody chłopak. Liczył jedynie, że wiedźma będzie w stanie przetłumaczyć tę wiadomość, czy cokolwiek innego to było. Nie miał pojęcia, czy powinien jej ufać, tak samo jednak nie wiedział, czy był ktokolwiek inny, do kogo mógłby się zwrócić w tamtej sytuacji, a kto posługiwałby się tym pismem. Były inne wiedźmy, ale wybór Mordreda w zasadzie nie różniłby się niczym od obecnego, a pozostali lokatorzy trzynastego piętra nie pochodzili z jego czasów. Były Panie Jeziora, jednak nie wiedział, czy potrafiłby się z nimi dogadać. Zostawała jedynie Morgana. Nie starał się zresztą zbytnio przekonać, do jej pomocy, szybko stwierdziwszy, że nie ma żadnego powodu, by udawać, że nie była jedną ze zdrajców Camelotu, co do której zamiarów nie mógł mieć pewności.
    — Nie mogę powiedzieć, że to jedyne wyjaśnienie, ale wydaje mi się, że ktoś wykorzystał fragment niedokończonej pracy , którą znalazł w klasztornym skryptorium, a potem z jakiegoś powodu podrzucił ją do archiwum, być może celowo. Choć może to być też jakaś pomyłka. Jednak cokolwiek to jest może być ważne, dlatego chciałbym prosić o pomoc w przetłumaczeniu tego tekstu. Nie znam innego sposobu na dowiedzenie się z czym mamy do czynienia, a myślę, że jeśli ten tekst pochodzi z naszych czasów, nie powinniśmy go ignorować.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W głowie tłukło mu się wiele myśli. Miał poczucie, że pertraktuje ze zdrajcą, nawet jeśli ten zdrajca zajmował stanowisko nadane przez władze Fabletown i nawet jeśli nie mógł powiedzieć, że w przeszłości poznał dobrze Camelot o Morganie nie wspominając. Była chwila, w której chciał to wszystko przerwać. I chociaż siedział spokojnie, wpatrzony w trzymany przez wiedźmę fragment pergaminu, w głębi siebie toczył sam ze sobą dyskusję na temat słuszności tego działania. Opcja pozostawienia tej sprawy w spokoju i niewspominania o całym zajściu nikomu kłóciła się nie tylko z jego ciekawością, ale też poczuciem obowiązku wobec pracy, którą mimo wszelkich jej wad zdołał polubić. Pozostawała mu więc niepewność, co do intencji czarownicy, których nie potrafił przejrzeć. Nie bał się jednak. Stawał przed większym zagrożeniem i uchodził cało. W pewnej chwili, w trakcie czekania na odpowiedź wiedźmy zaczynał nawet zastanawiać się, czy jego przemyślenia nie są zupełnie niedorzeczne. Nie byli w Brytanii ani w Camelocie, tamte wydarzenia nie miały już nigdy powrócić, a choć nie potrafił całkowicie dostosować się do nowej, nierzadko dziwacznej rzeczywistości, w której jego wszystkie zasady i przekonania można było wykpić na tak wiele sposobów, mógł przynajmniej próbować działać tak, by wypełnić powierzone mu zadania, odrzucając choć na chwilę stare dzieje.
      [Był super :) i cieszę się, że wena wraca.]

      Galahad

      Usuń
  117. — Zaczekam — odparł i nie przerywał jej już, licząc, że w ciszy uda jej się szybciej skończyć pracę, a nie potrafił ukrywać, ze bardzo zależało mu na rozwiązaniu zagadki tego pergaminu. Przyglądał się jednak, jak notuje i miał nadzieję, że nie będzie ją to zbytnio rozpraszało.
    Wysłuchał ją ze spokojem, a przynajmniej tak mogło się wydawać. W środku nadal się w nim kotłowało. Przez większą część dzieciństwa Camelot kojarzył mu się z opowieściami o królu i jego rycerzach oraz całą masą plotek, która została do nich dodana, a które udało mu się usłyszeć od ludzi przybywających do klasztoru. Znalazło się również wśród nich miejsce dla opowiadań o pochwie króla i jego słynnym mieczu. O ile, więc wiedział z czym ma do czynienia i nie potrafił nie zgodzić się z Morganą, o tyle był nie mniej zdziwiony niż ona i potrzebował chwili, by jakoś przetrawić nową informację. Nie miał pojęcia dlaczego właśnie on, spośród wszystkich innych rycerzy, którzy zamieszkali w Fabletown, został adresatem listu. Nie był w końcu szczególnie silnie związany z Logres ani królem Arturem, w zasadzie ledwo zdążył go poznać. Był jednak pewien, że jest tylko jeden sposób, by zdobyć odpowiedź na nurtujące go pytania. A że nie widział innej możliwości i wiedział, że skoro ta sprawa trafiła do niego, to również do niego należy jej rozwiązanie, nie myślał dłużej o tym, czy, ale jak.
    — Będę musiał napisać do burmistrza o pozwolenie na przejście przez portal — powiedział, przerywając milczenie, które nawet jak na ogół małomówną osobę trwało już zbyt długo. Pomimo powagi całej sytuacji i niewątpliwego zagrożenia, jakie niosło ze sobą pojawienie się tak potężnego artefaktu, nie potrafił zagłuszyć tej części własnego ducha, która cieszyła się na myśl o przygodzie. W głębi serca był w końcu wciąż tamtym młodym, może nieco naiwnym chłopakiem, który nie bez strachu, ale też z ogromną pewnością, że z Bożą pomocą wykona swoje zadanie, ruszył na poszukiwania Graala. — Muszę tez znaleźć jakąś dobrą mapę, jeśli nie w archiwum, to może bibliotece — dodał, patrząc na pergamin i notatki Morgany. I wówczas, wszystkie te wspomnienia wróciły i nie mógł powtrzymać uśmiechu, który powoli wtargnął na jego twarz. Nie wiedział co dokładnie odczuwał. Dziwaczą tęsknotę za przemierzaniem leśnych ostępów w poszukiwaniu nieznanego, czy też napędzającą go chęć działania, która tliła się gdzieś w nim przez lata spędzone w świecie doczesnych. — Trzeba też przygotować się do podróży, znaleźć stare ubrania i coś co mogłoby posłużyć za broń na wypadek kłopotów.
    Nie sądził, że kiedykolwiek wróci do domu. Nie miał pojęcia jakim cudem trafił do Fabletown, skoro był martwy i jego historia dobiegła końca. Wiedział już jednak, że prawdopodobnie nigdy za życia się tego nie dowie i przestał niepotrzebnie zaprzątać sobie tym myśli. W międzyczasie poznał historię Adwersarza i od tamtej pory nie potrafił wyobrazić sobie Brytanii inaczej niż jako zniszczone dawne królestwa. Karbonek mógł gdzieś wciąż tam stać, chroniony przez dość osobliwą właściwość do pojawiania się i znikania, ale nie mógł być pewny, czy uda mu się odnaleźć stary klasztor, w którym spędził dzieciństwo, nie mówiąc o całej masie innych miejsc, które zdążył zobaczyć i pokochać. Nie potrafił powiedzieć, czego się spodziewa i jak zakończy się ten powrót do przeszłości, ale z jakiegoś powodu chciał spróbować, nawet jeśli po drodze mogło czekać go rozczarowanie, którym szczerze mówiąc nie bardzo się przejmował.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spojrzał na czarownicę i wyrwany z własnych myśli, w których powoli tworzył się klarowny obraz tego, co powinien zrobić następnie, zdał sobie sprawę z jej udziału w całej wyprawie. Był prawie pewny, że nie może wyruszyć samotnie, a Morgana była osobą, która mogłaby się przydać, choćby przez znajomość Avalonu i jego tajemnic. Nie oznaczało to, że jej ufał, ani że zamierzał to kiedykolwiek zrobić, ale o tym wiedzieli oboje, tak samo jak jasne było, jakkolwiek bardzo mu się to nie podobało, że żadne z nich nie powinno podejmować się tej misji samodzielnie. Nie był co prawda pewny decyzji burmistrza, ale ostatecznie, kto inny jeśli nie zdobywca Graala i kapłanka Avalonu, miałby podjąć się tego zadania.
      — Dziękuję ci za pomoc Morgano, gdy będę miał wieści od burmistrza dogadamy się w sprawie samej wyprawy — dorzucił wstając i ruszając w stronę drzwi. Zostawił jej pergamin. I tak nie miał z niego większego pożytku, a czarownica mogła z niego wyczytać coś przydatnego.
      [Jeśli wolisz w tym miejscu możesz od razu przeskoczyć do momentu, gdy zaczynają przygotowania albo nawet samego wyruszenia na wyprawę, chyba że przedłużamy całość i burmistrz ma się nie zgodzić itd., ale myślę, że nie ma takiej potrzeby, bo i tak to co najciekawsze będzie miało miejsce później. Jeśli natomiast chcesz odpowiedzieć zwyczajnie na ten odpis, to ja przeniosę się już do samej wyprawy.]

      Galahad

      Usuń
  118. [Przepraszam za to poniżej <3]

    Wszystko się zmienia... Najpierw zniknęła Vivianne. Pewnego dnia po prostu opuściła Avalon znikając w otaczających go mgłach. Już nigdy nie wróciła. Po niej przyszedł czas na Lile. Ale ona także odeszła. Nieco bardziej dosłownie, kiedy to rycerz Balin ściął jej głowę. Nimue nigdy nie smuciła się z powodu ich straty. Wręcz przeciwnie, nareszcie czuła się wolna, bo wraz z ich odejściem zaczęło się coś nowego. Nie musiała już dostosowywać się do cudzych planów... czy raczej udawać, że to robi. Wreszcie, po tak wielu latach spędzonych w Avalonie mogła sama działać i dyktować warunki, nawet jeśli te nie do końca podobały się wszystkim. Nie zwracała na to uwagi. Teraz nie była już tylko Nimue, była Panią Jeziora, i nikt więcej nie będzie przypisywał sobie jej zasług. Może i była najmłodsza spośród kapłanek i młodsza niż wszystkie swoje poprzedniczki, ale szybko udowodniła, że należy jej się respekt. Nikt nawet nie próbował podważyć jej decyzji, choć czasem kłóciły się z tym, czego ją nauczono. Z tym, czego chciała Vivianne...
    Nimue nigdy tak naprawdę nie lubiła Vivianne. Nie lubiła jej podejścia do życia, całej jej filozofii... Nie lubiła gdy ta próbowała zastępować jej matkę czy być jej nauczycielką. Nimue nie potrzebowała matki, ani mentorki, nie potrzebowała też Vivianne. Jeszcze bardziej nie lubiła, gdy Vivianne czasem nierozważnie wspominała swoją córkę, która tak bardzo ją zawiodła. Dawna Pani Jeziora zawsze marzyła o godnej siebie następczyni... Nimue czasem miała chęć powiedzieć Vivianne prawdę, to co zobaczyła gdy Merlin objawił jej przyszłość. Chciała powiedzieć, że pewnego dnia niedoceniana przez nią Morgana stanie się potężną czarownicą, znacznie potężniejszą niż Vivianne kiedykolwiek była. Milczała jednak. Przyszłości nie należało objawiać... Merlin zawsze popełniał ten błąd.
    Nie ma przeznaczenia. Nasz świat nie jest z góry ustalony. To my o nim decydujemy...
    Nimue miała ledwie 12 lat, gdy przyrzekła sobie, że nigdy nie będzie marionetką przeznaczenia. Od tamtej pory żyła zgodnie z samą sobą, na przekór wszystkim. Merlin mógł wierzyć w przepowiednie, ona sama będzie kształtować swoją przyszłość, może nawet przyszłość całego Camelotu? Pewnego dnia będzie mieć władzę nad Merlinem, a wtedy wszystko się zmieni.
    Dzisiejszy dzień też miał przynieść wielkie zmiany. Nimue wiedziała o tym jeszcze zanim doniesiono jej o tym, że Morgause przywiozła tutaj Morganę by ją uleczyć. Dzisiejszy dzień miał być początkiem. Merlin wciąż powtarzał, że należy powstrzymać Morganę... ale Merlin nie rozumiał przyszłości. Gdyby Artur pojednał się z Mordredem, gdyby Mordred panował jako król Camelot, a Morgana jako królowa Avalonu, nie tylko wróciłaby stara religia, ale też magia przenikająca ziemię Albionu stałaby się potężniejsza i wspanialsza niż kiedykolwiek. Jeśli Merlin nazywał tą przyszłość złem, to co w takim razie było dobre?
    Nimue zostawiła małego Mordreda wraz z druidami i udała się wprost do Morgause... i Morgany. Była ciekawa młodej czarownicy. Słyszała o niej tak wiele – o jej przeszłości i przyszłości, a do tej pory nie spotkała jej ani razu. Sama myśl o dzisiejszym dniu sprawiała, że Nimue cieszyła się jak dziecko, zupełnie jakby właśnie miało wydarzyć się coś niezwykłego. Weszła do komnaty, w której leżała Morgana. Morgause znała się na truciznach lepiej niż ktokolwiek inny, Morgana nie mogła trafić pod lepszą opiekę...
    Nimue przyjrzała się odpoczywającej czarownicy. Była młoda, niemal w tym samym wieku co i ona. Może rok czy dwa starsza. Z urody przypominała Vivianne, choć o wiele większe podobieństwo Nimue widziała między Morganą a Mordredem.
    – Jak ona się czuje? – zapytała Nimue, spoglądając na Morgause. Mówiła cicho, w obawie by nie obudzić Morgany, która musiała być naprawdę zmęczona po tym wszystkim.

    – Nimue

    OdpowiedzUsuń
  119. Powrót do domu, którego nie spodziewał się już zobaczyć był dziwnym doświadczeniem. Nie odczuwał smutku z powodu zmian , jakie zaszły, ani nie był szczególnie zdziwiony, bo prawdę mówiąc nie miał żadnych oczekiwań. Zaraz po przybyciu do świata doczesnych, jeszcze gdy nie zdecydował się pozostać w Fabletown, odciął się od żalu i myśli o powrocie. Nie dlatego, że nie tęsknił, bo zdarzało się, że zapominał o otaczającym go smrodzie spalin i wszechobecnych hałasie, byle tylko przynajmniej w duchu znów móc zaszyć się w leśnych ostępach. Doszedł jednak do wniosku, że musi iść dalej, niezależnie od tego, czy będzie to łatwe, czy też trudne. W jakimś sensie pogodził się z nowym światem, a stare wspomnienia traktował jako potwierdzenie, że jego zasady i przekonania mają sens. Traktował więc powrót jako swego rodzaju przygodę, zapuszczenie się w znane i nieznane zarazem, a także kolejne wyzwanie, któremu musiał sprostać. Kiedy składał wniosek do burmistrza, a potem czekał na jego rozpatrzenie, by dopełnić wszelkich formalności, planował sam dla siebie całą podróż. Szybko wizje tego jak powinna wyglądać i co musieli osiągnąć przemieszały się ze starymi przygodami, a także życzeniem przeżycia czegoś nowego. I tak wyprawa po pochwę Excalibura przestała być tylko misją do wypełnienia, choć ten jej aspekt wciąż był ważny, a stała się kolejną wyprawą rycerską.
    W trakcie całego pobytu w Avalonie w głowie kłębiły mu się różne myśl. Wiedział, choć od stosunkowo niedawna, że jego ojciec został wychowany przez Panią Jeziora, wiedział też, jaką rolę odegrała Stara Religia w historii Artura i jego królestwa, i czuł się z całą tą wiedzą nieswojo. Świadomość przebywania w starożytnym miejscu, bycia otoczonym przez kult, o którym w zasadzie nie miał większego pojęcia, połączona z kompletną nieznajomością zasad panujących w tym nowym dla nieco świecie sprawiła, że nie zadawał żadnych pytań, choć miał ich mnóstwo. Czuł się jak obcy, który wkroczył na teren, którego nie powinien był widzieć, a jednak Avalon fascynował go i pobudzał jego ciekawość i wyobraźnię mnogością miejsc, których nie mógł w pełni ujrzeć. Mimo tego powrotowi do łodzi towarzyszyło uczucie ulgi i powrót skupienia, które w dalszej wyprawie mogło bardzo się przydać.
    Na brzegu, gdy Avalon zniknął już za swymi mgłami i wydawał się jedynie marzeniem senny, Galahad wreszcie zaczął zastanawiać się w jakie czasy przybyli, czego mogą się spodziewać i co może być im potrzebne. Przyjął sztylet od Morgany, ale szybko doszedł do wniosku, że będzie musiał zdobyć miecz. Wolał nie zdawać się na umiejętności czarownicy, bo choć nie wątpił, że była w stanie się obronić, wciąż nie potrafił jej zaufać, a wolał nie wystawiać się na niepotrzebne ryzyko. Przyjrzał się natomiast mapie, usiłując zorientować się, gdzie właściwie się znaleźli.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Wygląda na to, że musimy ruszyć na północ, a potem wschód, a najlepiej w stronę miejsca, gdzie będziemy mogli się schronić na noc — powiedział, usiłując oszacować jak długi marsz ich czeka. Nie miał pojęcia, czy uda im się zdobyć konie i nie był pewny, czy szukanie bitej drogi nie sprowadzi na nich niepotrzebnej uwagi, czego z całą pewnością nie potrzebowali. Zaczął żałować, że nie dowiedzieli się od kapłanki więcej o obecnej sytuacji i musieli poruszać się niemalże na oślep, licząc, że nie natkną się po drodze na Sasów, Adwersarza albo kogoś gorszego. — Znasz okolicę lepiej niż ja. W tych zaznaczonych na mapie wioskach, o ile wciąż istnieją, uda nam się zatrzymać?
      Zarzucił swój niewielki plecak, który pewnie nie wyglądał zbyt staro, ale nie znalazł lepszego i upewnił się, że nie zostawił czegoś w łodzi. Niczego nie zakładał, ale musiał myśleć trzeźwo, a rozum i intuicja podpowiadała mu, że płonące wsie nie są niespotykanym widokiem w czasach zamętu, które musiały nastać po upadku Camelotu. Czuł się niemal bezbronny i dziwnie nagi. Brakowało mu ciężaru pancerza, tarczy na plecach i miecza u boku. Nie miał pojęcia co stało się z jego własnymi, gdy wyprawa po Graala dobiegła końca, ale nie było sensu tego rozważać. Braki w uzbrojeniu musiał nadrobić determinacją, co brzmiało pewnie niedorzecznie, ale był w końcu tym błędnym rycerzem.
      [Wszystko jest świetnie i podoba mi się pomysł z tymi zaklęciami.]

      Galahad

      Usuń
  120. Domeną Miyuki był fakt, że jej po prostu nie obchodziło. Ani nic, ani nikt. Mogło się walić, palić, ziemia trząść, świat zapadać, ona i tak rzuciłaby jedynie pogardliwe, puste spojrzenie i życzyła powodzenia w przeżyciu. Odniosłaby się tak do każdego, bo każdy był tak samo winny jej tego tym, kim był i jak się zachowywał.
    Ludzie byli obrzydliwi. Kłamliwi, zawistni, niehonorowi. Egoistyczni. Brudni. Świat stałby się lepszym miejscem, gdyby te zapatrzone tylko i wyłącznie w siebie pasożyty zniknęły z jego powierzchni. Dlatego nie zrobiłaby nic. Jej żadna katastrofa i tak dotknąć nie może. A gdyby i jej przyszło odejść… cóż. Nareszcie.
    Pozwoliłaby na każdą, w mniemaniu rzekomo sprawiedliwego człowieka, niesprawiedliwość, nie mrugnęłaby nawet, patrząc na jego cierpienie. Mógłby płonąć żywcem na jej oczach, a ona nawet nie poczułaby ukłucia żalu.
    Ale nie w przypadku dziecka.
    Dzieci nie były niczemu winne. Zło tego świata, egoizm ludzkości jeszcze nie przeżarł ich na tyle, aby musieć je karać za samo istnienie. Można je było od tego wszystkiego uchronić. Były małym, radosnym promyczkiem nadziei. Coś, co zachwycało Miyuki za każdym razem, gdy spojrzała w oczy małego, poznającego jeszcze świat człowieczka.
    Dla kogoś takiego nie potrafiłaby być tak… bezwzględna. Nawet ona.
    Więc ten, kto je krzywdził, musiał być prawdziwym potworem. Nie można skrzywdzić tak niewinnego człowieka bez żadnych wyrzutów, bez skrupułów, bez skrępowania.
    Ten, który krzywdził dzieci Doczesnych – te już porzucone, te już skrzywdzone i wzgardzone – musiał zostać namierzony i zlikwidowany. Nie było nawet innej opcji, aby zadziało się inaczej.
    Żałowała tylko, że nie mogła działać na własną rękę. Musiała zameldować sprawę i przeczekać, aż zostanie przetworzona. Ktoś mądry z jakiegoś powodu uznał, że do tej sprawy potrzebne jest jej jakiekolwiek wsparcie. Nie. Mogła sobie poradzić sama, dałaby sobie radę, nawet jeśli na chwilę musiałaby zrezygnować ze swoich mocy, żeby wtopić się w tłum Doczesnych. Nikt nie był jej potrzebny.
    Ale kiedy zameldowano jej, że może ruszyć się już z przebierania nerwowo w miejscu, nie zwlekała ani sekundy dłużej. Poza czasem, podczas którego zatrzymała się w progu, obrzucając spojrzeniem podszytym zdziwieniem kobietę, której za żadne skarby nie podejrzewałaby o jakąkolwiek chęć pomocy.
    Ale… siebie też o nią by nie podejrzewała. Dlatego nie skrzywiła się. Ustąpiła jej tylko miejsca w progu, umożliwiając przejście, i rzuciła krótkie:
    — Chodźmy.

    [Trochę się musiałaś naczekać, ale trochę mi się zebrało, za co Cię przepraszam. Mam nadzieję, że to coś powyżej nie jest skrajnie złe. Nie wiem, jakim środkiem transportu się dostaniemy na miejsce, ale jak jakoś nam to pomoże - Miyuki może prowadzić. :D]
    Miyuki Fuyuhime

    OdpowiedzUsuń
  121. Widząc uśmiech czarownicy ucieszył się. Jeszcze większą radość sprawił mu fakt, że ta również go pamiętała. I nawet znała jego imię, choć nigdy nie zostali sobie oficjalnie przedstawieni. Chciał dodać coś uprzejmego... w końcu w całej swojej radości z tego spotkania, zapomniał o dobrych manierach. Czarownica jednak go ubiegła. Jej nagła powaga i gest sprawiły, że Percy posłusznie usiadł na wskazanym miejscu. Zaraz co prawda zerwał się na równe nogi słysząc jej słowa i wieść o upadku Camelotu. Owszem słyszał o bitwie i zdradzie Mordreda, której do tej pory nie rozumiał. W końcu Mordred zawsze był takim dobrym rycerzem. Percy co prawda nie przyjaźnił się z Mordredem, bo nie do końca go rozumiał, ale... jak ktoś tak miły mógłby zdradzić tak wspaniałego króla jak Artur. Mimo tych wszystkich plotek Percy nie spodziewał się, że Camelot kiedykolwiek upadnie. Na szczęście kolejne słowa Morgany sprawiły, że rycerz odetchnął z ulgą... i opadł z powrotem na krzesło. Artur żył. To było najważniejsze... W duchu pomyślał, że wszyscy mylili się co do Morgany sądząc, że była złą wiedźmą. Gdyby tak było nie towarzyszyłaby przecież Arturowi w podróży do Avalonu. Uśmiechnął się po dłuższej chwili, w czasie której musiał poukładać sobie to wszystko w głowie...
    - To dobrze. Cieszę się, że Artur jest cały i zdrowy. - powiedział kiedy w końcu otrząsnął się na tyle, by zmusić się do zrobienia czegokolwiek prócz siedzenia i wpatrywania się w Morganę z nerwowym uśmiechem.
    - A inni? Gawain? Galahad? Yvain? Mordred? Czy z nimi też wszystko w porządku? - zapytał z nadzieją. Może i Camelot upadł, ale cóż... najważniejsze by jego przyjaciele byli cali i zdrowi. Owszem żałował Albionu, Graala i całej reszty, ale w Fabletown też było dobrym miejscem do życia. I do robienia dobrych rzeczy. Kto wie, może nawet ten świat bardziej potrzebował dzielnych rycerzy niosących pomoc niż świat, który pamiętał.
    Jedno tylko nie dawało Percy'emu spokoju.
    - A Graal? Czy został odnaleziony? - zapytał z nadzieją, że może choć ta jedna historia skończyła się lepiej niż pozostałe. Miał chęć zasypać Lady Morganę kolejnymi pytaniami, ale przypomniał sobie dobrą radę, by zachowywać powściągliwość w mowie. Dlatego zamilkł i jedynie wpatrywał się pytająco i z nadzieją w czarownicę.

    [Przepraszam, że tak długo czekałaś i że odpis taki króciutki, ale piszę z telefonu. Wątek od Yvaina pewnie poleci w święta i będzie iście epicki – jak Twój początek. :)]

    Percy

    OdpowiedzUsuń
  122. [Przepraszam, że tyle mi to zeszło! Jak już uporałam się z sesją, to dopadła mnie taka twórcza niemoc, że nie byłam w stanie zupełnie nic naskrobać. Ale wracam!]

    Tym, czego najbardziej w świecie pragnęła obecnie Regina, była władza. Czuła, że każda komórka jej ciała woła o nią rozpaczliwie, jak spragniony o wodę. Sama magia jej nie wystarczała, potrzebowała jeszcze ludu, nad którym mogłaby sprawować władzę. Królowa bez ludu to nie królowa. Doskonale pamiętała wszystkie nauki matki. Nikt tak bardzo nie zniszczył jej życia tak, jak tamta kobieta. Nikt tak nie pomógł jej w osiągnięciu potęgi tak, jak ona. Czy w takim razie faktycznie mogła po tym wszystkim nienawidzić matki?
    Prawda była jednak taka, że tym ogromnym pragnieniem władzy maskowała wszystko to, czego potrzebowała naprawdę. W życiu jednak nie przyznałaby się, że na przykład chciałaby mieć normalną rodzinę. Normalną matkę i żywego ojca. Cóż, dla obydwojga było już mocno za późno.
    Wiele ją kosztowało przedostanie się do Fabletown. W swojej krainie nie miała już ani jednego w pełni sprawnego portalu, a stawianie czoła Adwersarzowi lub – co gorsza – dołączenie do niego zdecydowanie nie zawierało się w je planach. To ona była prawowitą królową i to jej należał się tron. Nie mogłaby się podporządkować komukolwiek innemu. Więc poświęciła swojego ojca, aby przedostać się do tego dziwnego świata, gdzie więcej było betonu niż zieleni. Docześni byli dziwni.
    Oczywiście nie przybyła tu ani po to, żeby uciec, ani po to, żeby zwiedzać. Jeżeli nie mogła rządzić w swoim królestwie, postanowiła posiąść ziemie Doczesnych. To po prostu musiało się udać, ci biedni, nic nie znaczący i pozbawieni magii ludzie potrzebowali kogoś silnego. Kogoś takiego jak ona.
    Regina poprawiła swój strój. Wciąż nie mogła się pogodzić z tym, że nie mogła tu nosić swoich wspaniałych strojów, jednak postanowiła przynajmniej tymczasowo dopasować się do panujących tu zasad. Tylko na chwilę, aż zdobędzie to, czego tak bardzo pragnie.
    Powietrze było rześkie, a wiatr przyjemnie smagał jej twarz, gdy wyjrzała przez okno swojego tymczasowego apartamentu. Jednak to nie przyjemny chłód powietrza wywołał na jej twarzy uśmiech. Wyraźnie czuła to. Była wrażliwa na wszelkie ślady magii, a czarna magia zostawiała za sobą wyjątkowo smakowity. Czuła jej odurzający, ciężki zapach. Słyszała jej syreni śpiew. I czuła jej słodko-cierpki smak na języku. Westchnęła. To dlatego wytrwała tyle czasu przy swoim mistrzu – jeszcze nigdy wcześniej ani nie spotkała kogoś aż tak napełnionego mrocznymi mocami. Przebywanie z dala od tej magii było niemal bolesne. Wiedziała, że sama nie posiada jej tyle co on, a potrzebowała wiele czarnej magii, jeżeli naprawdę chciała wygrać. A chciała. I dostała teraz cudowny prezent powitalny. Bo kto by się spodziewał, że w tym dziwnym świecie, gdzie podobno każdy chciał rozpocząć swoje życie od nowa, spotka wiedźmę, która nie tylko potrafiłaby ale i używałaby czarnej magii? Regina miała najwidoczniej wyjątkowo dużo szczęścia.
    Zamknęła okno i wyszła z apartamentu, podążając za śladami magii.

    Regina

    OdpowiedzUsuń
  123. [Cześć c: Dziękuję za miłe powitanie.Twoja wiedźma jest naprawdę interesująca i taka dostojna jak by się mogło wydawać. Moja karta jest krótka gdyż nie lubię się w nich rozpisywać, wolę rozwijać postaci w wątkach. Bardzo chętnie coś napiszę :D Nie wiem tylko czy wolisz najpierw wymyślić jakieś powiązanie czy pójść na żywioł i zapoznać nasze panie na świeżo. ]

    Kiara

    OdpowiedzUsuń
  124. [Witam i przepraszam, że odpisuję dopiero teraz, ale pośpieszyłem się z powrotem na bloga i nie wyszło. :) Jak widać teraz ja na trochę zniknąłem i znów się minęliśmy.
    Jeśli zaproszenie na burzę mózgów wciąż aktualne to jestem chętny! Tym bardziej, że uwielbiam legendy arturiańskie.]

    Victor

    OdpowiedzUsuń
  125. Spojrzał w głąb lasu, na drogę, którą wskazała Morgana i doszedł do wniosku, że lepiej spróbować niż nie. Ostateczne lepiej uzbrojony mógł już nie być , a jeśli była szansa, ze cokolwiek zyskają, mogli wyjść tylko na plus. Dlatego też skinął głową i powiedział:
    — W takim razie się przekonamy i jeśli będzie trzeba jakoś sobie poradzimy. — Wciąż nie był przekonany co do otrzymanego od czarownicy sztyletu, ale nie miał też innego lepszego wyboru. Jeszcze przed wyruszeniem z Fabletown usiłował znaleźć dla siebie jakąś broń, ale Baśniowcy często zastawiali cały swój dobytek we własnych krainach, a ci którym zdarzyło się zabrać go ze sobą, byli do niego na tyle przywiązani, że nie uśmiechało im się oddawać go jakiemuś nieznajomemu rycerzowi. Przydałby mu się natomiast nie tylko porządny miecz, ale też łuk, bo musieli coś jeść, a prawdopodobieństwo znalezienia zamieszkanej wsi na każdym etapie podróży w obecnych warunkach wydawało się graniczyć z cudem. —Zresztą nie wiem, czy mamy dostatecznie dużo czasu, by nadkładać drogi, a wolałbym uniknąć łażenia i przedzierania się przez las w środku nocy.
    Ruszyli dalej w ciszy i chyba żadne z nich nie próbowało sobie wmówić, że chęć pozostania w ukryciu i małomówność Galahada są jedynymi przyczynami takie stanu rzeczy. Rycerzowi na dobrą sprawę wcale to nie przeszkadzało, mógł się skupić, wyciszyć, obmyślić jakiś plan na wypadek problemów, bo przeczucie podpowiadało mu, że może nie być kolorowo. Nie miało większego znaczenia kogo spotkają na końcu wyznaczonej przez wiedźmę drogi — Sasów, wrogich rycerzy, czy też pospolitych bandytów, prawdopodobieństwo spotkania każdego z nich i tak było wyższe niż spokojnego przejazdu. Z jakiegoś powodu odrzucił od razu wszelkie inne możliwości. Nie miał pojęcia co w środku lasu, w tak niebezpiecznych czasach mogliby robić kupcy albo chłopi. Zresztą jeśli nawet to oni stanęli by im na drodze, co wydawało mu się bzdurne, raczej nie stanowiliby zagrożenia i nie było najmniejszego sensu rozważać takiej opcji. Z drugiej strony, może przejmowanie się na zapas również nie miało sensu. Nie walczył od kilku lat i być może stracił część refleksu, ale pewnych rzeczy szybko się nie zapominało.
    O Morganę nie obawiał się wcale. Przez całą ich podróż mogłaby nie pokazać mu nawet jednego zaklęcia, a on i tak byłby przekonany, że w razie potrzeby czarownica poradzi sobie nawet lepiej niż on. W jakimś sensie było to niepokojące i jeśli połączyć to z jego nieufnością z całą pewnością nie zwiększało jego poczucia bezpieczeństwa, ale mogło być całkiem użyteczne, gdy przyjdzie co do czego. Galahad być może nie był najbardziej pragmatycznym człowiekiem, jakiego można by znaleźć w Fabletown, ale potrafił docenić pewne elementy takiego myślenia i przynajmniej starał się od czasu do czasu je uskuteczniać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — W takim razie ruszamy — dodał na koniec, sam nie wiedząc specjalnie po co. Ruszył dziwnie spokojny. Znów wróciły do niego stare wspomnienia z czasów, gdy przedzieranie się przez leśne ostępy było częścią wyprawy po Graala, i wcześniejszych, gdy jako młody chłopak wychodził w las, z dala od klasztoru, by powłóczyć się tu i ówdzie bez celu. Wrócił też duch przygody, jeśli tak można to określić, który już dawno przestał być stałym elementem jego życia. Nie miał już w końcu powodów, by czekać na to, co pojawi się za rogiem, choć gdyby się naprawdę uparł, potrafiłby wyobrazić sobie, że do archiwum w Woodlands wchodzi smok lub wrogi rycerz. Fabletown nie mogło uchodzić z zupełnie normalne miejsce, niezależnie od tego jak na nie spojrzeć.
      Ścieżka, bo trudno było to nazwać drogą wiła się rzez las aż do miejsca, gdzie korony drzew stały się rzadsze a trawa nie wybijała się już tylko pojedynczymi źdźbłami sposób opadłych liści, a tworzyła zupełnie porządny, gęsty trawnik. Stopniowo rzedły też krzewy i Galahad wiedział, że niedługo będą zupełnie widoczni. Wszedł między najbliższe, umożliwiające kryjówkę zarośla i odkładając brawurę na bok, czekał przyglądając się niewielkiej wiosce, która wydarła drzewom skrawek ziemi w środku lasu. Na pierwszy rzut oka wyglądała na opuszczoną i, co było dość niepokojące, cześć budynków musiała spłonąć dopiero niedawno. Nie miał pojęcia, czy wolałby spotkać odpowiedzialnych za ten czyn teraz, kiedy się ich spodziewał, czy dopiero później, gdy będą mieli szansę go zaskoczyć.
      [Wybacz ten czas oczekiwania. Pochłonęły mnie obowiązki, a później święta. Postaram się więcej nie robić takich przerw.]

      Galahad

      Usuń
  126. [Dziękuję pięknie za powitanie!
    Mam nadzieję, że kochanków nie zabraknie, bo bez nich biedna Mira zanudzi się na śmierć! :)
    Faktycznie, sama nie mam pomysłu, jak połączyć nasze panie w jakiś sensowny sposób, a nie chcę też wymyślać niczego na siłę, bo zazwyczaj nic z tego nie wychodzi. Także na razie podziękuję, ale jak tylko coś mi wpadnie do głowy, to tu wrócę, bo Morganę stworzyłaś przepiękną i aż szkoda byłoby jej nie wykorzystać. ;)]

    Mojmira

    OdpowiedzUsuń
  127. – Ic eom heah nunne, ic hæefe miht ofer dracan!
    Alduin już dawno nie słyszał żadnego innego języka, który różniłby się od tej śmiesznej, nowożytnej mowy. On sam najchętniej wciąż korzystał z języka smoków, mimo tego, że nikt prócz zdradliwego, starszego Bransona tego nie rozumiał. Teraz, kiedy Morgana uciekła się do przemówienia do smoka w języku magii Avalonu, zastygł bez ruchu, zaciekawiony. Nie można było jednoznacznie stwierdzić, czy to na wskutek zaklęcia, czy tego, że smok właśnie rozważał czy jednak zrobić z czarownicy polerkę do pazurów, czy jednak nie.
    – Masz wiele oczekiwań… Może być trudno… ale część z nich spełnię, możesz być tego pewien. Skończy się Twoje głodowanie. Twoja wolność również może Ci być zwrócona, ale poniesiesz przy tym niewielki koszt.
    Alduin nie lubił ponosić kosztów. W dawnym życiu, w krainie pokrytej wiecznym śniegiem i lodem, gdzie był panem życia i śmierci, zwiastunem końca, nie istniało dla niego coś takiego jak „płacenie”, nawet jeśli była to przysługa. Wśród smoków funkcjonował inny system, nie odpłacały sobie za pomoc, traktując to bardziej jako podstawowy element współżycia w jednej grupie. Czarny smok tym bardziej nie pojmował, że miałby cos robić dla człowieka. Dla pianki, na które zwykle polował i które z wielką lubością zjadał, nawet na surowo i żywcem, w imię zasady, że im głośniej się drze i wydziera, tym smaczniejsza.
    Niestety, z wiedźmami był o tyle problem, że zawsze sprowadzały na niego jakieś przykre skutki. A to łuska gniła, a to błony na skrzydłach pękały… Nigdy dotąd jednak nie stanowiło to aż takiego problemu by szedł na współpracę. Wyglądało więc na to, że to będzie pierwszy raz, kiedy Alduin dobrowolnie kogoś nie zeżre.
    – Przyjmij ludzką formę, chociaż na kilka dni i nie hałasuj. Zdejmą Ci łańcuchy, a to pierwszy krok do wolności... – zbliżyła się o krok, sącząc w biedny, smoczy umysł wizję wolności. Gdyby nie fakt, że przed oczami widział już jak lata sobie po całym Fabletown, to na samą sugestię by zmienić postać już by zionął ogniem i tłukł się po komnacie. Teraz… teraz nawet się nad tym zastanawiał.
    – Gdy już pozwolą Ci wyjść, znam miejsce, w które nikt się nie zapuszcza. Tam swobodnie będziesz mógł latać w swojej normalnej formie. Sama trzymałam tam jakiś czas Aithusę.
    Drake słyszał kiedyś o podopiecznej jego brata. O małym smoku skrzywdzonym przez ludzi, który wymagał opieki i przewodnictwa. Alduin machnął długim, czarnym ogonem, jak rozleniwiony kot. Mimowolnie poczuł zainteresowanie postacią młodszego smoczątka. Jakby nie patrzeć, należała do jego gatunku, a to już coś dla niego znaczyło. Czerwone oko łaskawiej spojrzało na Morganę, bo w końcu skoro miała pod opieką smoczątko i skoro Drake w jakiś tam sposób jej ufał…
    - Niech będzie – mruknął tylko, a ciemną postać objęła dziwna, nienaturalna łuna światła. Smok błyskawicznie zmienił kształt na ludzki, a konkretniej na całkiem miłego dla oka jegomościa z przydługimi, czarnymi włosami i budzącym niepokój w głębi duszy spojrzeniem. Na dzień dobry wepchał dłonie w kieszenie, mimo wszystko nie czując się w tej postaci najlepiej.
    - A nie możesz sama ich ściągnąć? – spytał, wwierając się spojrzeniem w sylwetkę Morgany – W końcu jesteś czarownicą. Wypuść mnie chociaż na chwilę. Wrócimy przed zmrokiem.

    ZMARTWYCHWSTAŁY ALDI

    OdpowiedzUsuń
  128. [ O rany, rany. Wybacz, że tak długo mnie nie było, ale miałam problemy z internetem. Mimo to wracam i pragnę wątków jeszcze bardziej. Więc tak: jestem jak najbardziej za tym, żeby powiązać je w przeszłości. Są zupełnie różne, więc zakładam, że albo by się polubiły albo wręcz przeciwnie. Przy pierwszej opcji pomyślałam, że może poznałyby się przypadkiem podczas jakiegoś upalnego lata i podokuczały jednej z sióstr Kiary (najchętniej Zimie, oczywiście). Taka krótka nić porozumienia, impuls. Ewentualnie Morgana może narzekać na upał i mówić, że nie lubi lata to wtedy raczej się nie polubią.
    Pomysł z zwierzaczkiem jak najbardziej mi pasuje, można by nawet zrobić tak, że będzie on w ciężkim stanie i będzie potrzebował dość szybkiej pomocy żeby było ciekawiej. Chyba rozsądniej będzie jak jak zacznę, powiedz tylko chcesz coś jeszcze doprecyzować, zmienić, ustalić? ]

    Kiara

    OdpowiedzUsuń
  129. [Tadadada! Po dwóch miesiącach udało mi się coś sklecić XD Wybacz jak jest lipa albo coś bez sensu, ale notka skutecznie zasysa moją wenę i zdolność myślenia, grunt, że w ogóle coś się udało :D]

    Gdyby ktoś spojrzał na nią teraz z boku, to z całą pewnością Cywyllog musiała w tej chwili wyglądać co najmniej głupio. Stała z przechyloną na bok głową i zrozdziawioną buzią, przyglądając się przyszłej teściowej, niczym egzotycznemu stworzeniu. Wciąż nie mogła uwierzyć w to, co przed chwilą usłyszała oraz we własną głupotę, nie ma to jak popisowe powitanie teściowej na własnym ślubie. Oczywiście nie obyłoby się bez żadnych wpadek dnia dzisiejszego.
    - Och - tylko tyle wydobyło się z jej ust, kiedy już w pełni zrozumiała kto przed nią stoi.
    Matka? Ale... była taka młoda i... no nie, właściwie to była bardzo podobna do jej narzeczonego. Dziewczyna niemal palnęła się w głowę, na samą myśl. Oczywiście, że skądś znała ten nos, otóż patrzyła na niego na co dzień. Byli tak do siebie podobni, że sama nie wierzyła, że nie poznała kobiety, mimo wszystko ciężko było jej domyślić się, że była ona jej przyszłą teściową, tego nie spodziewała się za żadne skarby świata. Gdyby ktoś obcy wskazał jej tę kobietę w tłumie i powiedział, że to jest matka jej męża, to z pewnością wyśmiałaby go. Kobieta, która urodziła dorosłe już dziecko, powinna wyglądać na zmęczoną już nieco życiem, ale przede wszystkim starszą, ta tutaj wyglądała na tyle wiosen co jej syn.
    Wspaniale, a więc już na pierwszym spotkaniu wyszła na nieokrzesaną idiotkę, wprost cudownie. Mogła jedynie mieć nadzieję, że jej głupota nie obraziła kobiety i obie szybko puszczą to w niepamięć, zajmując się nadrabianiem znajomości.
    - Zgadza się - odpowiedziała kłaniając się - przepraszam, nie spodziewałam się, że tak będzie wyglądać matka Mordreda, wtedy inaczej bym cię powitała, pani.
    Cywyllog zawsze była uparta i nie do złamania, wiele w swoim życiu zniosła, więc i w tej chwili niewieloma sprawami się przejmowała, jednak gdzieś w głębi serca zakłuł ją fakt, że narzeczony nawet nie wspomniał o niej matce. Była to pozornie błaha sprawa, do wyjaśnienia w kilka minut, ale... Ani słowem? Przecież żyli razem od dawna, czyżby do tej pory nie miała pojęcia, że jej syn w ogóle kogoś ma? Dziewczyna zawsze zdawała sobie sprawę z tego, jak znikomy kontakt ma ze sobą ta dwójka, jednak nie podejrzewała Mordreda o aż takie milczenie.
    Jak można nie poinformować własnej matki, że kogoś się ma, że chce się z kimś spędzić życie, że się je sobie ułożyło? Zrobił to dopiero posyłając zaproszenie na ślub? Gdzieś w jej głupiutkim łebku zrodziło się pytanie, którą z nas traktuje nie do końca poważnie, w takim razie? Znów odruchowo pogłaskała się po wydatnym brzuchu, jakby miało to ją uchronić od nerwów.
    - Mordred raczej nie jest zbyt wylewny. - skomentowała krótko, choć nie udało jej się ukryć lekkiego grymasu niezadowolenia na twarzy. - Zaś pomoc z chęcią przyjmiemy, wybierałam się właśnie sprawdzić jak się mają sprawy w kuchni, zechcesz mi towarzyszyć? Będziemy miały czas, aby bliżej się poznać, skoro Mordred nie był skory do opowiedzenia o nas, ani przedstawienia sobie wzajemnie, musimy poradzić sobie same.
    Uśmiechnęła się ciepło do Morgany, wciąż jednak czując się głupio, po tym nie do końca udanym powitaniu. Zupełnie inaczej wyobrażała sobie moment, w którym pozna teściową, ale również nadal nie umiała się nauczyć, że w życiu nic nie idzie po jej myśli, dopóki nie stanie na głowie, by tego dopiąć. A więc teraz postanowiła stanąć na głowie, aby mogły się lepiej poznać, bez żadnych już wpadek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Morgana nie tylko była matką jej wybranka, ale i z pewnością wspaniałą sojuszniczką, przy niej i Mordredzie, nienawiść Cywyllog do Artura była niczym złość pięciolatki na pana, który zepsuł jej zabawkę. Co prawda Artur zniszczył jej znaczną część życia, ale ostatecznie nie był jej ojcem chcącym ją zamordować, kiedy jeszcze była niemowlęciem, ani nie był jej bratem, który uparcie przywłaszczał sobie jej prawo do tronu. Tylko Cywyllog wiedziała, że po cichu liczyła, iż Morgana zechce oddać tron swojemu synowi, kiedy go odzyska, dziewczyna wolała słuchać królewskich rozkazów od męża, niż od teściowej.

      Szarlotka z pianką i cymonkiem

      Usuń
  130. [Wpadam, jak obiecałam ;)
    Myślę, że (jeśli nie masz nic przeciwko) mogłybyśmy jednak zastanowić się nad czymś nowym :D Oczywiście przy naszym powiązaniu chcę jak najbardziej zostać, bo kochamy naszą prawię-babcię <3 Ale co do wątku, można pomyśleć nad czymś bardziej aktualnym, może o czymś, co działby się już w Fabletown?
    Albo lepiej - zostańmy przy tym, co kiedyś ustaliłyśmy, że Lorelei i Morgana spotkały się po raz pierwszy, gdy wieśniacy pomylili nimfę z Panią Jeziora. Potem, już w Fabletown odbyłoby się całe spotkanie rodzinne, więc obie zorientowałyby się, że są w pewnym sensie rodziną. A z fabułą wątku ruszyłabym, gdy już dobrze się znają i może coś razem kombinują w Świecie Doczesnym? Jak sądzisz?]

    Lucy

    OdpowiedzUsuń
  131. Piętnaście lat od Camlann. Bitwy, w której nie miał szans uczestniczyć i sam nie wiedział, czy tak nie było lepiej. Być może były to bardziej pogłoski niż fakty, być może nie miał pojęcia, co próbuje zrozumieć, ale wszystko, czego udało mu się dowiedzieć utwierdzało go w przekonaniu, że tamtego dnia stało się coś strasznego, nawet jeśli upadek Logres był procesem, który rozpoczął się znaczenie wcześniej. Słyszał o czynach jej uczestników i co więcej był przekonany, że nie chciałby stawać przed wyborami, które w ostatnich miesiącach istnienia Camelotu stanęłyby przed nim, gdyby powrócił. Być może znaleźliby się tacy, którzy uznaliby to za zwykłe tchórzostwo, ale sam nie widział w tym braku odwagi. Raczej brak pewności, jak postąpiłby przyparty do muru, bez możliwości pójścia własną ścieżką, w zgodzie ze swoim sumieniem.
    Galahad nie zaangażował się w rozmowę, pozostając z boku i rozważając wszystko, co usłyszał. Towarzyszyły temu dość dziwne uczucia. Dziwne, bo dla świata, w którym się znalazł był martwy od przynajmniej szesnastu. Co prawda i pierwsze tygodnie w świecie doczesnym nie należały do łatwych — musiał przyzwyczaić się do nowego otoczenia, technologii, sposobu życia i co najtrudniejsze przynajmniej spróbować nie zadawać pytań o okoliczności powrotu. Nie pamiętał niczego od osiągnięcia Graala i wypełnienia, co miał wypełnić. Przez jakiś czas próbował tłumaczyć to wszystko przeznaczeniem, które związało się z jego historią tak ściśle, że choć nienawidził całego ględzenia o losie, nie potrafił wyobrazić sobie własnego życia bez niego. Później zaczął myśleć o tym, co właściwie wydarzyło się wtedy, gdy umierał. Miał tylko jakieś mgliste przeczucie, ze było dobrze, jakkolwiek mało konkretnie, by to nie brzmiało. Teraz wszystkie myśli z tamtego okresu powróciły i potrzebował chwili, dosyć krótkiej zresztą, by jakoś poukładać sobie to wszystko. Spojrzał na druida i Morganę. Usiał skupić się na tym, co w tej chwili było najważniejsze, a czym z pewnością nie była próba zrozumienia czegoś, czego i tak nie miał szans pojąć.
    — Nie ruszymy dalej, do zmroku została jeszcze godzina, może nawet pół — zaczął, podchodząc do rozmawiających wiedźmy i druida. Nie miał pojęcia, jak zwracać się do mężczyzny, ale nie był to pierwszy taki problem w jego życiu i zdecydowanie nie najważniejszy. Był w końcu niemal pewien, choć z perspektywy czasu i późniejszych wydarzeń wydawało się to tak mało istotne, że gdyby nie Nacjens zwyczajnie nigdy nie stanąłby przed królem, a przynajmniej zrobił coś zupełnie niestosownego. Obecność pustelnika sprawiła, że od razu został potraktowany jako ktoś, kto nie ma nic wspólnego z dworskimi zwyczajami. — Będziemy musieli się tutaj zatrzymać, ale najpierw potrzebujemy wiedzieć, jak daleko mogą być Sasi. Wolałbym uniknąć niespodziewanego i raczej nieprzyjaznego towarzystwa na drodze zaraz o wyruszeniu.
    Nie wiedział, kiedy z rozmarzonego dzieciaka pozbawionego obojga rodziców, wychowanego w klasztorze i ciągle usiłującego wyobrazić sobie, jak mogłoby wyglądać życie rycerza, zamienił się w przynajmniej trochę bardziej rozważnego mężczyznę. Trochę, bo wciąż pomimo upływu lat i zmiany perspektywy, na którą pozwolił nowy świat, był błędnym pozbawionym instynktu samozachowawczego rycerzem, który nawet w tamtej chwili myślał o bezpieczeństwie bardziej ze względu na powodzenie misji niż chęć uniknięcia powieszenia kolekcji blizn o klika nowych. Na potrzeby odszukania pochwy Excalibura musiało to wystarczyć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Musimy też wiedzieć, czy mamy twoje pozwolenie na zatrzymanie się tutaj na noc, jeśli będzie trzeba mogę w zamian za gościnę stanąć na czatach w razie powrotu tej barbarzyńskiej hordy.
      Nie był to zły pomysł, zważywszy na fakt, ze po dniu spędzonym w dawnej Brytanii i wszystkim, co udało mu się zobaczyć, nie był pewien, czy będzie potrafił zasnąć. Kiedy przyglądał się zniszczeniom w wiosce towarzyszyło mu dziwne uczucie smutku, wynikające chyba z przeczucia, że tej kraj nigdy nie będzie w stanie wrócić do tego co było wcześniej. Nie był zresztą w stanie powiedzieć, czy ktokolwiek z dawnych mieszkańców Logres, którzy znaleźli się w Fabletwon, byłby gotowy na powrót i wprowadzenie budowania nowego porządku w miejsce starych kłótni.

      Galahad

      Usuń
  132. [To trzymaj kciuki, bo coś mi ten powrót bardzo kiepsko wychodzi :)
    Ooo, pomysł super i nawet mam swoją wizję na szczegółowe rozwinięcie! Na początek zaczęlibyśmy wszystko pięknie i legalnie. Bo poza swoimi podziemiami Vicotr pracuje jednak jako legalny i oficjalny patolog, naukowiec i chirurg. No i pewnie nie raz korzystałby z pomocy wiedźm w swoich badaniach naukowych, bo szpital musi się rozwijać i dostosowywać do potrzeb magicznych mieszkańców. Sęk w tym, że Victor normalny nie jest i mało która wiedźma chcę z nim współpracować. W końcu zjawia się Morgana. Razem pracują przy jakimś niewinnym, ale odpowiednio skomplikowanym eksperymencie i wszystko idzie pięknie aż do chwili, kiedy Victorowi na nowo załącza się jego obsesja, a Morgana zamiast uznać, że coś jest nie tak - zaczyna się tym interesować. Koniec końców oboje by skończyli w podziemiach Victora bawiąc się w połączenie naukowych teorii Frankensteina z nekromancją... i szukanie sposobu na doskonalsze ożywianie zmarłych i ich lepszą kontrolę. ;)]

    Victor

    OdpowiedzUsuń
  133. W końcu mam trochę wolnego wiec mogę już oficjalnie się przywitać! Bardzo cieszy mnie, że Aithusa Ci się podoba, mimo, że jest troszeczkę inna niż w kanonie Merlina, trochę bardziej złożona. W zasadzie mogłybyśmy już teraz wymyślić sobie jakiś wątek. Wolisz pomyśleć coś tutaj czy na gg? Jestem ciekawa jak nam się drogi potoczą i w sumie jak Twoja Morganka odnajduje się w obecnych realiach. Może razem nauczymy się jak tu żyć? xD

    Aithusa

    OdpowiedzUsuń
  134. Snow White była poważną kobietą na bardzo poważnym stanowisku. Sprawowała funkcję zastępczyni burmistrza, choć nie było tajemnicą to, że tak naprawdę, to ona tym wszystkim rządziła. To ona podsuwała burmistrzowi kolejne rozwiązania i nowe pomysły. To ona biegała po mieście i wszystko załatwiała. Burmistrz Cole, choć był cudownym człowiekiem i złego słowa o nim powiedzieć nie mogła, to nie do końca sprawował władzę tak, jak powinien. Może dlatego, że miał nieco za miękkie serce? A doświadczona przez życie Snow była odporna na niektóre sytuacje.
    Pomału dążyła do celu. Chociaż początkowo nie miała ambicji na sprawowanie tak wysokiej funkcji, to jednak apetyt rósł wraz ze zdobywanym doświadczeniem. Koniec końców udało jej się dostać niemal na sam szczyt. I dopiero wtedy poczuła się spełniona.
    Będąc asystentką zastępcy nie miała wglądu do niektórych spraw. Wiedziała o wszystkich problemach, jakie dotykały Baśniowców, jednak nie miała okazji, aby poznać wszystkie sposoby na ich rozwiązywanie. A nie wszystkie były takie piękne i proste, jak mogłoby się wydawać. Będąc już o stopień wyżej, zrozumiała jedno – nic nie było takie, jak się jej wydawało. Problemów była cała masa, rozwiązań niezwykle mało. Niejednokrotnie zarywała noce, aby wymyślić jakąś dogodną opcję. A kiedy sądziła, że wszystko jest już w porządku, to działo się coś i… wszystko diabli brali. Baśniowcy, przyzwyczajeni do wygód we własnych światach, za bardzo narzekali i mieli zbyt dużo ale. Dopiero z czasem nauczyła się, że nie da się wszystkich uszczęśliwić. Choćby stanęła na głowie, to nie mogła i koniec.
    O ile do codziennych wizyt i awantur potrafiła się przyzwyczaić, tak do bali nie potrafiła. Taka uroczystość psuła dosłownie wszystko. Jakiś miesiąc wstecz trzeba było zacząć przygotowania – znaleźć odpowiednią salę, wybrać dekorację, stworzyć listę gości i personelu. Niby były do tego odpowiednie osoby, ale przecież musiała to wszystko nadzorować, aby na pewno wszystko było idealnie. Wpadki zdarzały się tak, czy inaczej, ale niektórych dało się po prostu uniknąć.
    W dniu balu wszyscy chodzili poddenerwowani. Wszyscy chcieli się szykować, aby wyglądać bajecznie i pochwalić się przed sąsiadami, że ich przecież stać. Jednocześnie, wynikało sporo niedopowiedzeń i problemów. Nagle okazywało się, że ktoś nie dostał zaproszenia, a powinien je dostać. Jeden z kelnerów skręcił kostkę i nie było nikogo na zastępstwo. Kucharz przypalił pierwsze danie i nawet czarami nie do końca dało się odratować to, co pozostało w garnku.
    Ten bal nie różnił się niczym od innych bali, w których brała udział. Chociaż był jeden szczegół, dzięki któremu czuła się znacznie lepiej – tym razem, to nie ona sprawowała pieczę. Z niewiadomych jej powodów, burmistrz Cole sam wszystkiego pilnował, z czego była bardzo zadowolona. Dzięki temu odszedł jej miesiąc nerwów, zarwanych nocy i braku czasu na inne, znacznie ważniejsze sprawy.
    […]
    W dniu balu wszystko było nieco inne. Wstała i miała czas, aby iść na wcześniej umówioną wizytę u fryzjera. Miała jednego, zaufanego, do którego chodziła zawsze, bo tylko jemu ufała na tyle, aby oddać swoje włosy w opiece. Jej czarne niczym heban włosy stanowiły znak rozpoznawczy i nie mogła pozwolić, aby jakiś amator je zniszczył. Nawet, kiedy w jej życiu działo się naprawdę źle, to bardzo dbała o włosy, nie chcąc ich stracić.
    Siedziała, a fryzjer skakał dookoła niej, tworząc różne upięcia, loki i fale. Na chwilę przymknęła oczy, w duchu powtarzając sobie, że teraz nie musi się już śpieszyć. Mogła tutaj siedzieć nawet przez kilka godzin i nikt jej w tym nie przeszkodzi. Westchnęła cicho, dokładnie w momencie, w którym usłyszała czyjeś głosy. Otworzyła oczy i posłała nieco zaciekawione spojrzenie w kierunku drugiej kobiety.
    Pozwoliła się wygadać fryzjerowi, który pewnie zbiłby ogromną fortunę, gdyby za gadanie ktoś chciał płacić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Wierzę na słowo — odparła dość cicho i uśmiechnęła się delikatnie do kobiety. — Akurat w tym roku, to nie ja decydowałam o liście zaproszonych gości. Powinnaś podziękować burmistrzowi, bo to on w tym roku, osobiście, wypełniał zaproszenia — uśmiechnęła się. Przyzwyczaiła się do tego, że to jej ludzie dziękują za różne rzeczy. Ale nie lubiła zgarniać zasług innych. Morgana powinna wiedzieć, kto ją tak naprawdę zaprosił.
      […]
      Snow – w odróżnieniu od swoich koleżanek księżniczek – nie miała ciągutek do pięknych i balowych sukien. Uważała je za element całkowicie zbędny. Takie suknie były zazwyczaj ciężkie i strasznie niewygodne. Trzeba było uważać na niemal każdy krok, bo coś się mogło stać. Naprawdę, nie rozumiała, jak ktokolwiek mógł za czymś takim tęsknić. Sama upodobała sobie sukienki, które oferował jej świat Docześniaków. Uwielbiała je, choć zazwyczaj nie miało to większego znaczenia, bo i tak chodziła albo w małej czarnej albo zakładała białą koszulę i czarną spódniczkę. Musiała się przecież dobrze prezentować.
      Dziś nieco zaszalała. Ubrała się w nieco zwiewną sukienkę w kolorze jasnego, pudrowego różu. Do tego założyła naprawdę wysokie szpilki, w których poruszała się niezwykle zgrabnie, elegancko i swobodnie. Akurat za wysokimi butami naprawdę tęskniła i nieco żałowała, że nie mogła ubierać takich do pracy.
      Stała właśnie koło stołu i zajadała w najlepsze wegetariańskiego szaszłyka, kiedy usłyszała, że ktoś coś do niej mówi. Odłożyła patyczek na talerzyk i odwróciła się w kierunku, z którego dochodził głos.
      — Poczekaj do północy. Dopiero wtedy będą tutaj tłumy, bo burmistrz rozdaje darmowego szampana — westchnęła cicho, z cieniem uśmiechu na ustach. Spojrzała na ciasto i już wyciągnęła ręce, aby je odebrać. Zatrzymała się w półkroku, słysząc, jakie ciasto miała przed sobą.
      Wiedźma+jabłka=katastrofa
      — To… — zacięła się, a krew odpłynęła jej z twarzy. — Nie dam się nabrać kolejny raz na sztuczkę z jabłkami — powiedziała może odrobinę zbyt agresywnie i założyła ręce na wysokości piersi. — Moja matka cię tutaj z tym przysłała?

      Snow White

      Usuń
  135. Wszystko było nie tak. Artur czuł się jak w innym wymiarze, co w pewnym stopniu było właściwym określeniem. Ale on to on, wiec i Morgana jest tą sama osobą, co wtedy. Pendragon nigdy nie był zwolennikiem konfliktów, a sam walczył tylko w ramach konieczności. Los chciał, by jego rodzina była przeciwieństwem tego wszystkiego i dla niej naginał własne wartości. Czasami nie wystarczy kierować się rozumem i warto pamiętać też o sercu. Tak, czy inaczej on był gotowy na wszystko. Nie chciał zakładać najgorszego, nie oczekiwał też nagłej zmiany i obrotu spraw. Stwierdził w końcu, że weźmie to na chłodno i przetrawi, a później zaczną się poważne pytania.

    — Suszy mnie w gardle, więc poproszę szklankę wody. Taką z dodatkową porcją trucizny — powiedział z dziwnym dla siebie humorem. Był na obcym gruncie, ale udawał, że ma wszystko pod kontrolą. W tym celu wykorzystywał dawno poznane sekrety bycia idealnym władcą. Było mnóstwo ksiąg spisanych przez wspaniałych kronikarzy, ale wiedza z żadnej z nich nie mogła się równać z wrodzonym talentem. Przez moment popadając w samouwielbienie można go stracić w kilka chwil i przejść na tak zwaną "ciemną stronę mocy".

    Usiadł na kanapie, która wydawała się najlepszym rozwiązaniem. Rozglądał się po pokoju szukając wskazówek w związku z zachowaniem Morgany, ale nic konkretnego nie przykuło jego wzroku. Był zdany jedynie na własną intuicję, która zawiodła go już wiele razy. Tak naprawdę, to łatwiej wyliczyć razy, kiedy go zawiodła. Możliwe, że tą podatnością na innych, jest najzwyczajniej w świecie słaby. Sukces odniesie ten, kto pokona własne słabości — powtarzał mu Merlin, ale gdzie on właściwie był. Od zawsze najboleśniej odczuwał jego nieobecność w przełomowych chwilach. Artur nie raz wyobrażał go sobie na jakiejś chmurce z fajką, który przemierza Camelot śmiejąc się z przeznaczenia swego króla. Im bardziej chciał go uniknąć, tym był bliższy jego spełnieniu. O, ironio! Tak jak słabością mędrców jest chęć zdobycia całkowitej wiedzy, w przypadku Artura była to bezsensowna walka z własnym losem, który został spisany już przed jego urodzeniem.

    U Morgany mógł poczuć się jak w domu, bo zatrważająco przypominał mu Camelot, a z nim cierpienie i ból po jego utracie. Nic nie mógł zrobić, a bezsilność trawiła go żywcem.

    — A ty Morgano, jakie właściwie masz teraz cele? Nie ma już Camelotu, nie ma korony. Jestem tylko ja, twój brat, niedoszły morderca naszego syna, ten, który twoim zdaniem nigdy nie powinien zasiadać na tronie. Kiedy zdążyłaś pozbyć się nienawiści? Co się zmieniło?

    [Przepraszam za jakość tego, wypadło mi się z wątków, ale były już żale na mailu :c Mam nadzieję, że obędzie się od karcenia za długie zniknięcie, ale postaram się zrehabilitować w najbliższym czasie, bo szkoda marnować takie wątki!]

    zardzewiały "zaginiony w akcji" braciszek

    OdpowiedzUsuń
  136. Nie miał zamiaru się narzucać i nie proponował pomocy po raz drugi, choć nadal uważał, że byłaby to dobra forma odpłaty za gościnę, a przede wszystkim coś czego i tak potrzebowali. Nie chodziło nawet o to, że wątpił w umiejętności druida, o Morganie nie wspominając, do obronienia siebie i własnego domostwa, ale nie miał zamiaru siedzieć bezczynnie, kiedy mógł zrobić coś pożytecznego. Do tego natomiast sprowadziłaby się jego noc, gdyby wcześniej nie zdecydował, że w zasadzie nic nie trzyma go na przygotowanym wcześniej posłaniu wskazanym przez gospodarza i w każdej chwili może wyjść, co też bez zbędnego zastanawiania się zrobił.
    Powietrze było rześkie, co w połączeniu z leśną wilgocią tylko mocniej odciągnęło go od jakichkolwiek myśli o spaniu. Potrzebował spaceru. Jeszcze w czasie wyprawy po Świętego Graala zdarzały mu się podobne noce, gdy zwyczajnie nie potrafił przestać myśleć i zasnąć. Mierzył się wówczas z innymi problemami i kto inny mu towarzyszył, ale uczucie było to samo. Być może po prostu potrzebował chwili samotności — niezależnie od tego, czy podróżowała z nim wiedźma, której nie potrafił zaufać, czy najlepsi przyjaciele. Potrzebował ciszy i czasu tylko dla własnych myśli, które nie kłębiły się już w jego głowie, jak jeszcze kilka godzin temu, a spokojnie przypływały i odpływały pozostawiając po sobie mocny ślad albo wręcz przeciwnie jedynie słabe poczucie, że coś podobnego już chodziło mu po głowie. Chodzenie natomiast z nieznanych mu powodów zdecydowanie pomagało we wzmożonym myśleniu.
    Minął kolejną nadpaloną chałupę, nie przyglądając się jej zbyt dokładnie. Czarne okna i wyrwane z zawiasów drzwi wystarczyły, by wiedział, co tam zastanie i że nie będzie to miły widok. Szedł więc dalej aż dotarł na krawędź lasu, gdzie wydeptana i rozjeźdżona bita droga zaczynała porastać kępami trawy. W całym tym zamieszaniu tylko las wydawał się taki jak kiedyś, choć z pewnością mniej bezpieczny. Miał jednak dziwne wrażenie, że gdyby wrócił do benedyktyńskiego klasztoru, w którym się wychował i poszedł na skraj ziem zakonnych, znalazłby tam ten sam stary dąb, który stał się ulubionym miejscem odpoczynku, mógłby znów stanąć nad tą samą rzeką a być może nawet spotkać mnichów. W takich chwilach zdawał sobie sprawę, jak często zapominał, że jego życie nie zaczęło się w tamto pamiętne święto Zesłania Ducha Świętego, że istniało cos przed gadką o przeznaczeniu i podróży po Graala, na którą poświęcił resztę życia. Być może wszystko było wtedy prostsze, choć nie nazwałby tak przygód, które przeżył po drodze, ale przepadło, a on mimo poświęcania czasu na wspominki, zdążył się z tym pogodzić.
    Przysiadł na chwilę pod jedną z brzóz, czekając na bliżej nieokreślone coś, co nigdy nie nadeszło. Nie wiedział, czy spodziewa się powrotu Sasów, czy też nadejścia kogoś innego. Powieki zaczynały mu opadać, przez chwilę , gdy lekko się przebudził, miał wrażenie, że wkrótce ścieżką przybędą tu rycerze Camelotu. Nikt jednak się nie pojawił, a on wstał, nie chcąc zasnąć na ziemi i ruszył z powrotem. Po drodze zdecydował się jednak zajrzeć do częściowo zawalonej chaty. W wejściu leżało ciało saskiego wojownika ze strzałą wbitą u podstawy szyi, dalej dwa kolejne. Nie miał zamiaru dłużej tam pozostawać, ani ich wynosić. Gdyby byli w chrześcijańskiej wsi być może spróbowałby ich pogrzebać, nie miał jednak pojęcia jakie były zwyczaje wyznawców Starej Religii. Prawdę mówiąc w ogóle niewiele wiedział o poganach i ich obyczajach, nawet jeśli jego ojciec pochodził z Jeziora. Sięgnął po miecz, który wypadł martwemu wojownikowi z dłoni. Ostatecznie krótki anglosaski miecz mógł przydać się bardziej niż sztylet, który dała mu Morgana. Potrzebował tylko sprawdzić, czy wciąż potrafi się nim posługiwać. Większy skrawek ziemi pomiędzy budynkami, który z braku lepszej nazwy mógłby nazwać placem, wydawał się dobrym miejscem, by to sprawdzić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wykonał kilka prostych ruchów, sprawdzając jak broń leży mu w dłoni. Nie był to jego stary miecz, ale nie miał tez na sobie ciężaru przepowiedni, choć z pewnością wielokrotnie spływała po nim krew. Uderzył w pozostały po jednej z chat fragment ściany, niemal słysząc za uszami krzyk jednego z braci wciąż powtarzający mu, że za bardzo się odsłania. Poprawił pozycję i zaczął jeszcze raz, usiłując przypomnieć sobie wszystko, czego kiedyś go nauczono. Skończył dopiero, gdy prosta koszula pokryła się plamami potu. Potem wrócił do chaty druida, dochodząc do wniosku, że po wysiłku łatwiej będzie mu zasnąć. I rzeczywiście było.
      Obudziły go głosy dobiegające z sąsiedniej izby. Wyjrzał przez okno; z całą pewnością było jeszcze wcześnie, ale nie mieli czasu do stracenia. Zebrał wiec wszystkie swoje rzeczy razem z mieczem i poszedł do Morgany, rozmawiającej z druidem. Gdy zorientował się, że rozmawiają o dalszej podróży, zapytał:
      — Nastąpiła jakaś zmiana planów? Jeśli mapy i moja pamięć się nie mylą i się pospieszymy powinniśmy w ciągu dwóch dni marszu opuścić puszczę i dotrzeć do większych osad.
      Nie zastanawiając się i nie patrząc nawet, co znajdowało się w misce, podziękowawszy druidowi, który jednak nie zwrócił na rycerza większej uwagi, zaczął jeść. Musieli ruszyć zanim słońce zdąży na dobre rozpocząć swoją wędrówkę.
      [Mam drobne pytanie — mamy jakieś blogowe kalendarium wydarzeń z legend arturiańskich? Bo usiłuje nieco uporządkować historię i przydałoby mi się jakoś to poukładać, bo o ile Galahad jest raczej słabo związany z Camelotem czy Avalonem, to Lancelot już tak, a muszę go gdzieś wcisnąć.]

      Galahad

      Usuń
  137. Jego biedna dusza radowała się nad pozytywną zmianą Morgany, ale te lata doświadczeń mówiły jej by zaczekał z osądem. Tak wiele razy pomylił się w swym osądzie. Idealizował tych, którzy źle postępowali, tłumacząc, że po prostu zboczyli z dobrej ścieżki; że się zagubili. Pamiętał swoją siostrę jeszcze za czasów, gdy oboje w zgodzie mieszkali na zamku. Dwójka szkrabów pełna życia i radości.

    — Morgano! Do twarzy mi w koronie?! — krzyknął radośnie Artur z królewskim atrybutem ojca. Zabrał ją, gdy ten był w swojej komnacie. Zakradł się między strażą i przekupił jedną ze sprzątaczek. Korona była zdecydowanie na niego za duża i spadała mu z głowy. Gdy jednak patrzył w lustro widział siebie w przedziale czasowym kilkunastu lat. Oczywiście widział siebie jako niezwykle przystojnego mięśniaka.

    Koronę później nałożył też Morganie żartując, że kiedyś uczyni ją swoją królową. Ich dziecięce zabawy wydawały się być wtedy przezabawne i nikomu nie wadziły. Niestety z biegiem lat, Artur musiał poświęcać więcej czasu na codzienne treningi i lekcje. Razem z Morganą widzieli się coraz rzadziej.

    — Arturze!!! Gdzie jest moja korona?! — krzyczał za nim Uther, który zdążył się zorientować, co zrobił mały chłopiec.


    Co miał zrobić w tamtym momencie? Zaufać ponownie? On sam miał listę czynów, których się wstydził i oczekiwał wybaczenia chociażby od własnego syna. Co z kolei znów sprowadza się do tego, że Morgana go okłamała.

    — Trucizna pierwsza klasa. Pyszna — uśmiechnął się podnosząc jeszcze raz szklankę z wodą. — Mówisz o naprawianiu błędów. Jest ich tyle, że sam nie wiem od czego zacząć. Chyba, że masz coś konkretnego na myśli siostrzyczko.

    [Nie chcę cię ograniczać jeśli chodzi o odpisy. Chcę tylko uniknąć rozczarowania z twojej strony :D Ale jestem w trakcie "rozruszania" Artura i chyba w końcu tak porządnie się wezmę za odpisy :)]

    naprawiacz Arcio

    OdpowiedzUsuń
  138. [Dziękuję za powitanie! Cieszę się, że karta się spodobała oraz Thana, miło mi. :D Z zaproszenia do wątku z chęcią skorzystam, szczególnie, że po przeczytaniu karty doszłam do wniosku, że z naszego wątku mogłoby wyjść coś ciekawego. ;)
    Wolisz od zera czy z jakimś lekkim powiązankiem? :)]


    Thana Ali

    OdpowiedzUsuń
  139. [W sumie dobry pomysł! Szczególnie, że Thana jako Śmierć mogła odbierać takie sytuacje jako lekceważenie jej i drwiny, stąd przy tym pojawia się uczucie urazy i gniewu. Stąd też może nie mieć dobrych skojarzeń z Morganą i w ogóle z wiedźmami.
    Pytanko - chcesz zacząć z tamtą sytuacją czy po prostu tak je połączyć, a sama akcja wątku byłaby inna?]

    Thana Ali

    OdpowiedzUsuń
  140. Prawie zupełnie zapomniał o sadzawce, ale też to nie on w czasie tej wyprawy odpowiadał za bogaty i jednocześnie trudny do zrozumienia świat magii. Dlatego skinął tylko i w ciszy skończył posiłek, myśląc raczej o tym, co spotka ich dalej, gdy już dotrą na wskazane miejsce. Nie był mistrzem długoterminowego planowania, podróże nauczyły go zresztą, że tam gdzie towarzyszami marszu są nie tylko wiatr i własne myśli, a mieszają się do niego czary i sidła nazywane przeznaczeniem, trudno o sprawdzalność podobnych obrachunków. Jedynym czego był pewien w tamtej chwili był fakt, że mają przed sobą szmat drogi i niezbyt wiele czasu. I z jakiegoś powodu, mimo że nie były to najpomyślniejsze informacje, ta świadomość pozwoliła mu zebrać wszystkie myśli, które gnieździły się w jego głowie po nocy, i ruszyć dalej. Przyjął dar druida, ale nie dziękował zbyt wylewnie. W trakcie wsadzania zawiniątka do bagażu kątem oka widział, że plecak turystyczny przykuł uwagę mężczyzny, ale wobec braku pytań, zdecydował nie tłumaczyć skąd w zasadzie przybywali z wiedźmą. Każdy, kto miał przyjemność (często dość wątpliwą) trafić do Fabletown wiedział, że zbyt krótkie wyjaśnienie może zrobić wiele pytań i prowadzić do braku zrozumienia, a zbyt długie doprowadzić do wywołania w rozmówcy wrażenia, że przybysz jest wariatem. A przynajmniej tak uważał Galahad, który nie potrafił w żaden sposób zobrazować sobie swojej reakcji, gdyby kiedyś, ktoś powiedział mu o istnieniu podobnego miejsca nie poprzestając przy tym na jego nazwie.
    Koniec końców wstał od stołu i zabrał ze sobą swoje rzeczy, nie zapominając o nowo zdobytym mieczu i pożegnawszy się z druidem wyszedł przed jego domostwo, gdzie czekała już czarownica. Nie próbował nawet opóźniać, po prostu ruszył za nią, przyglądając się wszystkiemu, co robiła po drodze. W jakimś sensie zaczynało go to intrygować, ale postanowił nie pytać. Podejrzewał, że nie mieli czasu na tłumaczenie mu kultury Avalonu i wyznawców Starej Religii, o której wiedział raczej mniej więcej. Spokojnym, miarowym kroki podążał za Morganą i w pewnym momencie, mimowolnie przypomniał sobie, jak dawno temu biegał po podobnym lesie, nie przejmując się całą gadką o przeznaczeniu i problemami świata.
    Sadzawka nie wydała mu się niczym szczególnie imponującym, ale przeszło mu przez myśl, że chciałby wiedzieć jak działa, jak została wykonana i czy woda, która się w niej znajduje jest taką samą wodą jak każda inna. Fabletown i fascynujący, choć dość często niezgodny z jego przekonaniami, styl życia doczesnych musiał mieć na niego wpływ, choć być może tylko rozbudził ciekawość świata, którą zawsze posiadał. Nie mógłby co prawda spodziewać się racjonalnego wytłumaczenia, ale przez myśl przeszło mu, że być może mógłby poświęcić chwilę najbliższego postoju na rozmowę o tym wszystkim, co do tej pory zobaczył. Nie starał się przeszkadzać w tej bardzo krótkiej rozmowie, która w zasadzie stanowiła bardziej lakoniczne przekazanie informacji. Na szczęście dość pomyślnych. Ucieszyła go wiadomość, że czekają ich tylko dwa dni marszu. Zdążył pokochać podróżowanie, był to jeden z jego ukrytych powodów, dla których nie potrafił od razu osiedlić się z Fabletown, nie poznając bliżej choćby skrawka świata doczesnych, ale ich misja zdecydowanie nie była wycieczką krajoznawczą i im bliżej byli celu, tym lepiej dla dobra całej sprawy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na chwilę stracił czujność i równie szybko ją odzyskał, gdy tylko świst strzały przeciął powietrze. Nie zwracał zbyt wielkiej uwagi na Morganę, ani to co powiedziała. Zamiast tego szybko dobył miecza, który być może nie był najlepszą bronią do walki z póki co ukrytym przeciwnikiem, ale nie miał nic lepszego. O ile istniało coś lepszego poza odziałem zbrojnych, a najlepiej towarzystwem innych rycerzy. Instynktownie przyjął postawę, którą wtłuczono mu do głowy jako młodemu chłopakowi. Równie machinalnie ruszył przeciwko pierwszemu przeciwnikowi, który znalazł się w zasięgu jego wzroku, gdy kolejne strzały poleciały w ich stronę. Przez myśl przeszło mu tylko wspomnienie słów starego nauczyciela: Nie odsłaniaj się!, dudniące jak tysiące bitewnych bębnów, wyryte na tyle mocno i głęboko, że nie potrafiłby zapomnieć. Sparował pierwsze uderzenie, cofnął się dwa kroki i sparował drugie, wymierzając następnie własny cios. Przeciwnik, rosły Sas z twarzą częściowo przesłoniętą przez hełm, miał nad nim dwie przewagi — pancerz i tarczę. Kalkulacja była szybka. Uderzył po raz kolejny, szybko odsuwając się, gdy przeciwnik ruszył na niego. Rosły wojownik był od niego wolniejszy. Wymierzył raz jeszcze, ostrze po raz kolejny przecięło powietrze i trafiło mężczyznę w bok, nie wyrządzając mu jednak zbyt wielkiej krzywdy, ale dając Gaahadowi szansę na wygraną. W międzyczasie okazało się jednak, że to co początkowo było pojedynkiem jeden na jeden stało się zmaganiem z całą hordą.
      [Mam nadzieję, że może być, bo nie wiem, na ile mi idzie opisywanie walki na miecze.]

      Galahad

      Usuń
  141. [No to witam się oficjalnie i oficjalnie dziękuję za przemiłe powitanie. :)
    Mam nadzieję, że powrót w końcu będzie skuteczny, tym bardziej, że już mam wenę. No i wątek wręcz obowiązkowy, bo w końcu mamy taką piękną umowę. ;)]

    Marid

    OdpowiedzUsuń
  142. [Szczerze to nie spodziewałam się, że będzie ich tylu. Nie kojarzę, by wcześniej była taka spora grupa, ale to dobrze. Bardzo dobrze. Można trzaskać pomysłami. Co do interpretacji... Nie mogę zaprzeczyć, że od zawsze miałam słabość do Lancelota, a zasłużone poczucie niesprawiedliwości dawało duże pole do popisu. Bo mimo wszystko każdy z bohaterów był człowiekiem, a co za tym szło - mógł obrać inną drogę niż tę, którą mu narzucono. Kto by nie chciał tego zobaczyć, nieprawdaż? Konflikt z Arturem zostaje tylko między nimi i Ryker nie da sobie odebrać nagrody. Ten jeden jedyny raz woli zrobić to dla własnej satysfakcji. Z Morganą łączą go jednak piętna zdrajców i chociaż kiedyś bardzo tego żałował, tak teraz nie obchodzi go to, co inni mówią pod nosem. Tak sobie myślę, co mogę Ci zaproponować i przechodzi mi jedna propozycja. Otóż Lance mógłby przyjść do Morgany, by ta zapanowała nad pogodą, przez którą nie może wykonać zlecenia. Może mu obiecała wcześniej, że wszystko pójdzie jak po maśle, ale ups? Coś zdecydowanie nie poszło jak powinno. Nie ustalałabym żadnej wcześniejszej relacji z tego względu, że Lancelot unika wszystkich ze swojej przeszłości, a współpraca z czarodziejką jest, niestety, konieczna. Na razie nie mogę zaproponować nic głębszego, bo nie chcę cisnąć na siłę, a przyznam się, że z chęcią rozegrałabym takie spotkanie i zdecydowanie wyprowadzonego z równowagi rycerza.]

    Lancelot

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Czytałam historię. A co do pomysłu to mniej więcej to samo nakreśliłam wyżej i to od Ciebie już zależy, dlaczego Morgana nie dotrzymała słowa. Wypadałoby mi zacząć, ale nie wiem kiedy to zrobię tak prawdę mówiąc. Zapewne jutro pod wieczór.]

      Usuń
  143. Snow White nie miała magicznych zdolności w typowym rozumieniu tych słów. Nie potrafiła rzucać zaklęć ani zamieniać się w krwiożerczą bestię. Czasami tego żałowała. Bo może wtedy ci wszyscy Baśniowcy nabraliby do niej więcej szacunku? Może gdyby się jej bali, to nie staraliby jej się wejść na głowę? Co prawda niejednokrotnie pokazała, kto tu tak naprawdę rządził. Nie bała się pobrudzić sobie rączek. Ale czy to lubiła?
    Snow jakoś nigdy nie ciągnęło do władzy. Była prostą dziewczyną, która wychowała się w środku lasu. Jedynymi jej znajomymi były leśne zwierzątka, a najlepszą przyjaciółką siostra bliźniaczka. I tak sobie żyły w tym lesie. Z dala od problemów, z dala od kłopotów. Ale sielanka nie trwała długo. Spotkanie wrednego krasnala było pierwszą oznaką nadchodzących kłopotów.
    Krok po kroku, wydarzenie po wydarzeniu, a życie Snow na zmianę sypało się i naprawiało. I tak w kółko. Kiedy sądziła, że wszystko będzie dobrze, to nagle okazywało się, że coś szło nie tak. U siedmiu krasnali wcale nie było tak kolorowo, jak wszyscy sądzili. Nie były to urocze i pełne wdzięku skrzaty. O wydarzeniach z tamtej chatki wolałaby raz na zawsze zapomnieć. Dzięki pewnej zbrodni czuła się nieco lepiej. Nie miała wyrzutów sumienia, ale… to była jej kolejna zbrodnia. W międzyczasie pojawiła się matka, która próbowała pozbawić ją życia. Spotkanie Księcia Uroczego było tym dobrym wydarzeniem. Książę wybudził ją ze śpiączki i zabrał na zamek.
    Początkowo źle się z tym czuła. Znów wylądowała na pozycji księżniczki, chociaż tak naprawdę była prostą dziewczyną. Minęło naprawdę wiele lat od jej ucieczki od Złej Królowej aż do spotkania Księcia. Zapomniała o większości zachowań. Źle się czuła w sukienkach. A przede wszystkim nie wiedziała, jak powinna zachowywać się przy mężu. Owszem, łączyła ich wielka i namiętna miłość. Ale Śnieżka miała w sobie pewną blokadę.
    Blokadę, która zeszła dopiero, kiedy siedmiu oprawców skończyło żywot. I co z tego, że tym mogła doprowadzić do wojny pomiędzy siłami Księcia z silami krasnali? Zachowała się egoistycznie, myśląc tylko o sobie i o własnym komforcie psychicznym. Ale nie przeszkadzało jej to, bo w końcu poczuła się… wolna.
    Ale również i to się posypało. Rose Red skutecznie odebrała jej to, nad czym tak bardzo pracowała. Odebrała jej miłość i męża, jednocześnie niszcząc też ich relację. Wtedy świat White się zawalił. Strąciła ukochanego mężczyznę i ukochaną siostrę. I nie potrafiła zrozumieć dlaczego? Co im takiego zrobiła, że postanowili ją tak bardzo zranić?
    Opuszczali ją wszyscy po kolei. Najpierw książę Brandish, który obiecywał złote góry i przez którego musiała uciekać, aby jej nie zamordowali. W tym czasie matka, która odesłała ją do swojej wrednej siostry. Następna była Zła Królowa, która wysłała Łowcę, aby ją zabił i przyniósł jej serce jako dowód. Do tej pory miała ciarki, jak o tym pomyślała. A potem był jej mąż i siostra.
    Po tych wydarzeniach nauczyła się, że jedynie na kim może polegać, to na samej sobie.
    W Fable miała kilka zaufanych osób. Jedną z nich był Szeryf, z którym połączyło ją coś dziwnego. I chociaż wrzeszczała na niego, bo on w odróżnieniu od niej potrafił zamienić się w bestię i reagował zbyt emocjonalnie, to martwiła się i nie chciałaby go stracić. Była pewna, że gdyby kiedykolwiek zrezygnował z funkcji Szeryfa, to i ona rzuciłaby swoje zajęcie w cholerę. Na dziwny i niezrozumiały sposób dopełniali się. Ponadto jako duet wzbudzali o wiele większy respekt. A niektórzy Baśniowcy trzęśli się ze strachu na samą myśl o Bigby`m Wolfe. Nic dziwnego, że ten nie miał wstępu na Farmę, gdzie przebywała zwierzęca część ich społeczeństwa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Snow White zgrywała twardą i pewną siebie kobietę. Może i wyglądała jak zagłodzona sierota i czasami tak się zachowywała, ale to była jedynie gra. Nie wszyscy musieli znać prawdę o tym, jaka jest naprawdę. Ale nawet ona miała swoje słabe punkty. I dalej panikowała na widok jabłek. Szczególnie jeśli dostawała je od czarownicy! I wiedziała, że Zła Królowa również krąży po Fabletown. Może i kobieta musiała być grzeczna. Ale przecież to nie stało na przeszkodzie, aby jakoś zaszkodzić Snow, prawda? To Snow dalej była tą najpiękniejszą. A na pewno piękniejszą od niej.
      Słuchała uważnie słów Morgany, zastanawiając się, czy przypadkiem nie zareagowała zbyt gwałtownie i zbyt impulsywnie. Strach na chwilę zaćmił jej zdrowe myślenie. I tym sposobem wyszło właśnie to, co wyszło.
      — Nie znasz mojej matki. Wątpię, aby to stanowiło dla niej przeszkodę — powiedziała może nieco za bardzo koloryzując tę historię. Zła Królowa była zła, ale czy na pewno aż tak? W duchu Snow machnęła na to ręką, ponieważ teraz nie to stanowiło źródło problemu i podstawy ich rozmowy. Zresztą, im mniej rozmów o Reginie, tym lepiej.
      — Rozumiem, że Avalon to wyspa, która słynie z jabłek i to byłoby ujmą na honorze. I przepraszam, jeśli uraziłam cię swoim niecodziennym zachowaniem, jednak… — zacięła się i posłała nieznaczny uśmiech jednej z dawnych wróżek, która stanęła niedaleko nich. Niby to szukała czegoś na stole, ale Snow zbyt dużo w swoim życiu widziała, aby się nie domyślić, że kobieta ich zwyczajnie podsłuchuje. — Więc uważasz, Morgano, że złośliwym wróżkom rzeczywiście należy wyrywać skrzydełka? — zapytała, kątem oka zerkając na wróżkę. Ta zrobiła się czerwona i pośpiesznie zwiała. Dziwne, że nie zostawiła kolorowego pyłku za sobą. — Więc wracając do tematu, uważasz, że mogłabyś mi pomóc z moim lękiem przed jabłkami? Niby jak?

      Śnieżka, która spełniła obietnicę odpisu poza kolejką :D

      Usuń
  144. Sparował kolejny atak, usiłując odepchnąć od siebie przeciwnika. Nie był tak silny jak kiedyś; brakowało mu dawnej wprawy w ruchach, ale wciąż potrafił swoje. Odskoczył, przybrał podstawę i uderzył raz jeszcze, tym razem powalając Sasa i dając sobie czas na odwrót. Przynajmniej na tę chwilę, którą zabrało kolejnemu wojownikowi rzucenie się na rycerza z jakimś barbarzyńskim okrzykiem na ustach. Znał kiedyś Angla, który znał łacinę i urzucone księgi lepiej od niego. Czasem trudno mu było wierzyć, że wywodził się z takiego ludu, a jednak każdy miał wybór i mógł podążyć swoją drogą. Aktualna ścieżka Galahada wiodła natomiast dalej przez las i nie miał zamiaru z niej rezygnować. Ciął po raz kolejny nisko, potem z góry. Adrenalina zaczynała działać, co wcale nie poprawiło ogólnej sytuacji. Potrzebował jak kiedyś móc walczyć z przeciwnikiem cały dzień, by ich pokonać. Wiedział jednak, że wówczas to nie własna a Jego siła pomogła mu w odniesieniu zwycięstwa. Spojrzał na Morganę, która najwyraźniej miała jakiś plan. Kolejny raz musiał jej zaufać, choć wcale nie był przekonany, czy skończy się to dobrze.
    Biegł, nie zatrzymując się i licząc tylko, że i tym razem czarownica nie ma złych intencji. Z tyłu głowy wciąż miał myśl, że Sasi byli jej sojusznikami. Być może wiele zdążyło się zmienić, a nawet na pewno się zmieniło, jednak wszędzie istniały rzeczy niezmienne i obawiał się, czy nie dotyczy to też niektórych ludzi, jakkolwiek pesymistyczna myśl by to nie była. Chciał wierzyć, że każdy może zrobić krok wstecz i dokonać wyboru raz jeszcze, dając samemu sobie drugą szansę. I odkąd obserwował mieszkańców Fabletown utwierdzał się w przekonaniu, że jest ot możliwe, gdy się tego pragnie. Chciałby wierzyć, że gdzieś w głębi każdego, kto popełnił błąd, było takie pragnienie. Nie był jednak aż tak naiwny, jak wielu zdawało się sądzić.
    Chwycił się za bok, z którego po opadnięciu adrenaliny zaczął płynąć rozrywający ból. Mijali kolejne zarośla, które zaczepiały się o ubranie i smagały twarz, a on nadal milczał nie wiedząc, co powinien powiedzieć, jeśli w ogóle powinien się odzywać. Jego paplanina raczej by im nie pomogła, a jednak miał wrażenie, że być może dobrze byłoby podziękować. Koniec końców mogła go tam zostawić i poradziłaby sobie doskonale w dalszej drodze. Jak dotąd nie przydał się im prawie do niczego, choć próbował. Nie musiał jednak mieć większego pojęcia o magii, by wiedzieć, że nie był w stanie pewnych umiejętności nadrobić mieczem i płonącą wciąż mocno determinacją. Co wcale nie oznaczało, że chciałby zostać czarodziejem. Jeden Merlin, który zapadł się najwyraźniej pod ziemię, zupełnie wystarczał przez poprzednie lata.
    Kiedy dotarli na miejsce odpowiednie na odpoczynek, usiadł bez słowa. Przez chwilę zamiast Morganą i jej pytaniami, zajmując się grzebaniem w plecaku w poszukiwaniu bandaża, który przecież wrzucił tam przed podróżą. Gdy wreszcie znalazł zgubę, podciągnął koszulę na tyle, by móc przyjrzeć się ranie, a nie pokazywać jej czarownicy. Być może mogłaby mu pomóc, ale mógł z nią podróżować, a nawet dać się jej prowadzić, ale nie pozwoliłby użyć na sobie żadnych sztuczek, dopóki nie udowodni, że nie a złych zamiarów. Tego natomiast wciąż nie był pewien.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Chyba tak. To nic takiego, bywało gorzej — odparł, zgodnie z prawdą zresztą. Rana może i nie była nic nie znaczącym obtłuczeniem, ale mógł sobie z nią poradzić po swojemu, przy pomocy bandaża. Podciągnął ubranie jeszcze trochę, po czym doszedł do wniosku, że będzie musiał wyciągnąć całą podręczną apteczkę. — To zajmie tylko chwilę, potem musimy ruszać dalej.
      Dał sobie chwilę na podjęcie niezbyt zręcznej próby zajęcia się problemem. Prawda była taka, że chociaż uczył się opatrywać rany i przeszedł jakiś tam kurs pierwszej pomocy, wciąż nie wychodziło mu to tak jak powinno. Tak jak wiele innych nie do końca rozwiązanych rzeczy musiało jednak wystarczyć. Naczelne prawo podróży, tak by to nazwał. Brzmiało dostatecznie głupio, choć wyglądało mądrze.
      — Nie wiem o co miałbym pytać — powiedział, odwracając się w stronę Morgany — o ile prosiłabyś o sprecyzowanie sprawy niż stwierdzenie, chcę zrozumieć to wszystko. Skoro jednak mamy chwilę, możesz przynajmniej powiedzieć, czy Avalon, ktokolwiek tym wszystkim teraz kieruje, zawsze wywyła ludzi bez bardziej jasnych wskazówek albo chociaż informacji, dlaczego ich to obchodzi?

      [Jest super i nie ma problemu. Co do wyglądu, wciąż nad nim pracuję, ale dziękuję.]
      Galahad

      Usuń
  145. [Bardzo ładnie wygląda ten dopisek "Administracja" w Twoim podpisie, nadal bardzo się cieszę z Twoje awansu, Morganciu moja. <3

    Wolisz jakiś wątek bardziej śmiechowy, czy raczej poważny z dramą? ;)]

    JOHN LOCKWOOD

    OdpowiedzUsuń
  146. Oczyścił ranę najlepiej jak potrafił i po pokonaniu początkowych trudności opatrzył, cały czas mając nadzieję, że wytrzyma tyle, ile będzie musiało. Zerkał przy tym na Morganę. Wiedział, że się mu przygląda i cały proce nie przebiegał przez to szybciej ani tym bardziej łatwiej. Czuł się natomiast jakoś dziwnie i nie potrafił powiedzieć, czy było to wynikiem bólu, czy też czegoś innego
    — Nie wydaje się szczególnie przyjemną w obyciu osobą — odparł, choć wszystko to niewiele wyjaśniało i wciąż miał wrażenie, że sprawy Avalonu i świat, który znajdował się za mgłami są tak obce jak zawsze. Co nie oznaczało wcale, że nie miał zamiaru próbować dalej i przybliżyć się do nich chociaż o te kilka centymetrów, które mogło mu się udać wyrwać w trakcie rozmowy. — Nie rozumiem jednak, dlaczego Avalon i obecna pani Jeziora, o ile nadal rządzi tam Pani Jeziora, mieliby prosić o pomoc mnie — zaczął, przecinając bandaż znalezionymi gdzieś na dnie plecaka nożyczkami. Do tej pory nie przeszło mu nawet przez myśl, że tak wiele przedmiotów, do których zdążył się przyzwyczaić w trakcie pobytu w świecie doczesnych, tak bardzo nie pasuje, czy wręcz gryzie się z ich własnych. Pomyślał wtedy, że jeśli był rycerzem bez miecza i tarczy, to dlatego, że sam je odrzucił. I chociaż było w tej myśli coś smutnego, przywołującego wspomnienia dawnych czynów, nie bronił się przed nią szczególnie, uznając, że tak już musi być. Był jak podróżnik do świata magii z tych wszystkich książek i filmów, które czytał i widział. Morgana zdawała się pozostawać sobą i zdecydowanie lepiej pasowała do tych czasów, a przynajmniej takie on sam odnosił wrażenie. Nie znał jej w końcu przed Camlann i nie był pewny, czy chciałby znać. — Nie wierzę w boginię, prawdę mówiąc nie sądzę, by cokolwiek mogło przekonać mnie o jej istnieniu i nie pochodzę z Avalonu, jakkolwiek by na pochodzenie nie spojrzeć. W zasadzie niewiele mam z nim wspólnego. Ktokolwiek zdecydował się podrzucić mi ten list, musiał wiedzieć, że jestem chrześcijaninem i sam ten ruch wydaje mi się dziwny, przy całej waszej niechęci do naszej religii. Koniec końców ktokolwiek był za to odpowiedzialny znalazł raczej kiepskiego kandydata na posłusznego rycerza w służbie twojej wyspy, a jeśli chodziło tylko o ciebie, mogli przynajmniej znaleźć kogoś kogo znasz. Tyle tyko, że prawdopodobnie niczego więcej się nie dowiemy, a szkoda.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mówił to bez poczucia żalu, jakaś jego część cieszyła się w końcu na nową przygodę, i bez wyrzutu. Zastanawiał go zwyczajnie, czy nie było innych, do których kapłanki mogłyby się zwrócić w potrzebie. Liczył co prawda, ze trafiłoby a kogoś wiernego Arturowi — w końcu i w służbie króla byli wyznawcy starej religii, wielu nawróconych, ale mimo wszystko. Nawet jego ojciec, choć powątpiewał, czy Lancelot przyjąłby takie zadanie, był blisko związany z Avalonem. Chociaż znalazł Graala, to nadal nie uważał, by był to jedyny powód. W końcu sprawa pochwy nie przypominała wielkiej wyprawy, którą ukończyć może tylko najlepszy spośród rycerzy. Być może powinien oderwać się od takich myśli i po prostu przyjąć, że musi to zrobić, taki zresztą miał zamiar, ale chciał wiedzieć, o co w tej sprawie chodziło. Przeczucie podpowiadało mu, że istniało jakieś drugie dno, którego jeszcze nie potrafił dostrzec, ale które powinien odkryć zanim postanowi zrobić to ktoś inny, zaskakując go i uniemożliwiając odpowiednią reakcję. Byli jednak skazani na działanie zgodnie z ich obecną wiedzą.
      — Rzeczywiście powinniśmy. — Wstał i otrzepał spodnie, a następnie pochylił się po plecak, sprawdzając tylko, czy na pewno niczego po sobie nie zostawił. W ich obecnym położeniu lepiej było wystrzegać się wszelkich śladów, które mogłyby posłużyć za trop dla pościgu. Nie wierzył, że po tak nagłym zniknięciu, które udało się przy pomocy umiejętności morgany, Sasi od tak darzą im spokój. Nie było zresztą sensu rozważać toku myślenia barbarzyńców, którego prawdopodobnie i tak nie pojąłby w pełni, a ubezpieczenie się wydawało się dobrym posunięciem. — Prowadź, przed zmrokiem musimy dotrzeć w miejsce nadające się na dłuższy postój.
      [Mam nadzieję, że jest znośnie.]

      Galahad

      Usuń
  147. [Dziękuję za bardzo miłe powitanie ;)
    Jak najbardziej jestem chętna na wątek, wydaje mi się, że nasze panie, jako te z wyższych sfer, powinny się znać i może nawet czasem widywać w jakichś sprawach zawodowych ;) W końcu Morgana zajmuje się wytwarzaniem Glamour, a Maria pomocą na Farmie, więc można by coś w tym kierunku działać ;)]

    Maria

    OdpowiedzUsuń
  148. Nie wydawało mu się, by to był przypadek, choć mógł się mylić, a sprawy Avalonu i decyzje Pani Jeziora były dla niego jeszcze bardziej zawiłe niż dla osób powiązanych ze Starą Religią, takich jak Morgana. Być może po powrocie do Fabletwon będzie miał możliwość przeprowadzić swego rodzaju małe śledztwo w tej sprawie, bo wiadomość musiała zostać podrzucona przez kogoś z nowego świata, co z kolei oznaczało, że był ktoś, inny niż Morgana, kto wciąż miał kontakt z Panią Jeziora. Nie była to jednak sprawa szczególnie nagląca i wiedział, że w ich obecnym położeniu i tak nie dowie się niczego nowego. Nie miał jednak zamiaru zadawać więcej pytań, przynajmniej na razie nie było żadnych, które przychodziłyby mu do głowy, a zamiast starać się je wymyślać, wolał skupić się na dalszej drodze. Wciąż trapił go koniec tej podróży, o ile w ogóle uda im się odnaleźć pochwę Excalibura. Postanowił jednak, że zrobi to co sam uzna za słuszne, choćby Avalon i Morgana mieli wobec niej inne plany. I swoim zwyczajem wcale nie przejął się tym, że może nie skończyć się to po jego myśli.
    — A jakie stanowisko przyjął w tym wszystkim Avalon? — Wychował się w zakonie, nie znał zbyt wielu wyznawców Starej Religii i dość często patrzył na nich przez pryzmat tych najbardziej przeciwnych chrześcijaństwu na Wyspach Brytyjskich. Z całą pewnością nie był więc osobą, która powinna się na temat tego konfliktu, w którym na dobrą sprawę nie miał żadnego udziału, wypowiadać, ale chciał posłuchać, jak wyglądał on z perspektywy Morgany, która stała po tej przeciwnej stronie. W zasadzie nie wiedział, czy interesowało go to, bo próbował ją zrozumieć, czy też z czystej ciekawości tego, w jakim środowisku wychowywał się jego ojciec. I być może dla samego Galahada nie miało to większego znaczenia, bo też ich relacja nigdy, a już szczególnie w Fabletown, nie przypominała tej ojcowsko-synowskiej, i na dobrą sprawę nawet niemalże równie nieobecna rodzina matki miała na niego większy wpływ, ale traktował to jako swego rodzaju ciekawostką. Nie musiał wiedzieć, ale mógł. — Szczerze mówiąc, kiedyś nie bardzo miałem czas i okazję, by zwracać na te sprawy większą uwagę, a teraz mam wrażenie, że łatwiej byłoby zapomnieć i żyć jak Doczesny, niż próbować zrozumieć wszystko co robiliście ty, król Artur, inni rycerze. Czasem myślę, że to nie moja historia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie był stworzony do polityki. Zdecydowanie bardziej podobało mu się to, co mógł robić teraz. Podróż, spanie pod gołym niebem albo w gościnie u dobrych ludzi, nawet bolące stopy i wszystkie rany, które wyniósł z tej i poprzedniej wędrówki. Nawet pracę w archiwum w jakimś stopniu lubił, pomimo tej całej powtarzalności, która mogła wydawać się nurzącą. Miał jednak trochę czasu dla siebie i trudno było mu znaleźć jakieś większe minusy. Nie oznaczało to, że wcale nie tęsknił. Chciałby znów jak kiedyś biegać po lesie i polach wokół klasztoru, z zafascynowaniem słuchać, jak Beda opowiada o starożytnych pismach, które udało mu się przeczytać, nawet pracować tka jak kiedyś na roli i brudzić rękawy atramentem w skryptorium. Z każdym krokiem uświadamiał sobie jednak, że to niemożliwe, nie w obcym, nieprzyjaznym świecie, do którego trafili, a który być może i był jego domem, ale porzuconym bez opieki i znajdującym się obecnie w zupełnej ruinie.
      — Nie wiem — odpowiedział zgodnie z prawdą i chociaż czuł, że powinien coś dodać, jakoś uzasadnić swoje stanowisko, nie wiedział też, co jeszcze miałby powiedzieć. Bywały sytuacje, w których tak po prostu było.
      Tak jak wcześniej pozwolił się prowadzić, nie zważając na fakt, że dalej jej nie ufał. Szedł najszybciej jak mógł, nie ustępując jej kroku, zupełnie jakby za wszelką cenę chciał pokazać, że da sobie radę. Bok nadal bolał i zaczynał się zastanawiać, czy przez bandaż nie przebiła krew, ale widział też, że nie może nic zrobić. Każdy krok, szurnięcie stopą po poprzetykanej pojedynczymi źdźbłami trawy ziemi wydawał mu się jakiś wydłużony i trudniejszy, ale tylko przez chwilę. Później wrócił do normalnego tempa i stwierdził, że to tylko złudzenie.
      Mapę podał jej bez słowa, a sam odetchnął, choć nie chciał myśleć o odpoczynku.

      Galahad

      Usuń
  149. Cześć, jestem John i spełnię każde twoje życzenie. Gdyby należał do jakiejś grupy wsparcia, zapewne właśnie tak by się na niej przedstawił. W końcu w jego naturze leżało leżało służenie ludziom, wysłuchiwanie ich zachcianek (niektóre były tak absurdalne, że sprawiały, iż czuł się jak wariat) i dbanie o to, żeby dostali właśnie to, czego pragną. Była to swego rodzaju praca, z którą przyszedł na świat. To trochę tak, jakby szkolić małe dziecko na lekarza, prawnika albo jakiegoś innego szarlatana. Szczerze mówiąc, nie miał jednak pewności, czy kiedykolwiek był noworodkiem i jego późniejszymi stadiami rozwojowymi, ani jak w ogóle przyszedł na świat. Jego pierwsze wspomnienie jest już związane z wnętrzem ciasnej, mało przyjemnej lampy, gdzie spędził parę stuleci lub nawet tysiącleci. Niestety nie posiadał takiego przywileju jak kalendarz, żeby wykreślać z niego upływające dni, dlatego całkowicie stracił rachubę. Świat oglądał tylko wtedy, kiedy jakiś dobry człowiek postanowił potrzeć naczynie i uwolnić go na parę chwil, żeby John, zwany też dżinnem, mógł spełnić jego trzy życzenia. Miał nadzieję, że jeśli kiedykolwiek uda mu się permanentnie wydostać, będzie mógł zająć się swoimi sprawami, odpocząć od spełniania życzeń. Z opowieści śmiertelników słyszał mnóstwo dobrych rzeczy o świecie. Było tyle rzeczy do zobaczenia, spróbowania. Z każdym rokiem siedzenie w pozłacanym wnętrzu naczynia stawało się coraz bardziej męczące, dlatego jego sercem zawładnęła radość, kiedy Aladyn postanowił mu pomóc i skrócić jego męki. W końcu był wolny, nie musiał już nikomu służyć! A przynajmniej tak myślał…
    Szybko okazało się, że z własną naturą nie można tak łatwo wygrać. Przez lata starał się nauczyć asertywności, odmawiania innym, jednakże nie był w stanie. Głos w głowie cały czas wmawiał mu, że każda prośba jest równoznaczna z życzeniem i trzeba ją spełnić, a im bardziej starał się przetłumaczyć sobie, że jest inaczej, tym większe miał wyrzuty sumienia. Ostatecznie stanęło na tym, że znowu był dobrym dżinnem, ale tym razem z ludzkiej postaci. Cóż, przynajmniej nie musiał się już cisnąć we wnętrzu lampy i nosić tych głupich ubrań, które miał w środku, a ludzie nie pocierali niczego, żeby móc wypowiedzieć życzenie. A przynajmniej niektórzy… Ale o tym innym razem, nie jest to istotna część jego historii.

    MIESIĄC WCZEŚNIEJ.
    Pod nosem nucił Don’t Stop Me Now, krzątając się po kuchni. Między wargami trzymał papierosa, zupełnie ignorując fakt, że popiół spadał na sałatkę, którą właśnie przyrządzał. Nie tak dawno temu postanowił, że zwalczy potrzebę żywienia się fast foodami i przejdzie na zdrowy tryb życia. Mniej tłuszczu i chemii, więcej warzyw i te sprawy. Trzymał się tego, mimo że nie szło mu najlepiej i potrzebował czasu na przyzwyczajenie się do nowego porządku rzeczy. Ale cóż, nikt nie powiedział, że zmiany są łatwe. Nakrył sam dla siebie do stołu i już miał zabierać się za jedzenie, kiedy rozległo się donośne pukanie do drzwi. Było to o tyle dziwne, że nie spodziewał się żadnych gości, a poza tym raczej nikt go nie odwiedzał.

    — Masz spełnić moje życzenie. — rzucił niski człowieczek stojący w progu, kiedy tylko John otworzył.
    Praca w porze obiadowej. Tylko tego mu brakowało. Nie był jednak osobą asertywną, co wiedziało całe Fabletown, dlatego wpuścił nieznajomego do środka i zgodził się wysłuchać jego historii. Chciał nawet poczęstować go sałatką, ale tamten tylko się skrzywił i podziękował. Po krótkim monologu wygłoszonym przez mężczyznę okazało się, że sprawa jest „odrobinę” skomplikowana. Chodziło bowiem o wykradnięcie pewnego eliksiru o nieznanych mu efektach. I to właśnie on musiał to zrobić. Mimo, że nie od razu mógł się zgodzić, to ostatecznie to zrobił, a nieznajomy opuścił jego mieszkanie zadowolony, bo znalazł idiotę gotowego podjąć się tego absurdalnego zadania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przez kilka następnych dni pojawiał się na trzynastym piętrze, podając się za ucznia wiedźm, aż w końcu poznał to miejsce na tyle, że był w stanie zlokalizować buteleczkę, wykraść ją i dostarczyć zleceniodawcy. Nie pomyślał jednak, że może tak naprawdę nie był to najlepszy pomysł. Jak się okazało, rzekomy eliksir był silną trucizną, która niedługo miała wylądować w czyimś obiedzie. Przez jakiś czas próbował usprawiedliwić się tym, że nie miał wyjścia, a błędy przecież każdy popełnia. Ostatecznie jednak zdecydował, że nie chce mieć czyjejś krwi na rękach i postanowił udać się po pomoc.

      TERAŹNIEJSZOŚĆ.
      Poprawił okulary na nosie. Miał wrażenie, że nerwy zaraz go zjedzą. Od zdemaskowania się dzieliły go zaledwie minuty. Przeczesał dłonią włosy i podszedł do wiedźmy, która przerażała go bardziej niż wszystkie inne razem wzięte.
      Morgana… — zaczął powoli, na twarz przybierając swój najbardziej rozbrajający uśmiech, żeby chociaż w ten sposób ją ugłaskać i ignorując fakt, że może się to okazać niemożliwe.— Tak jakby skłamałem i wcale nie jestem waszym uczniem, i tak jakby jedna z trucizn skończyła w rękach nieodpowiedniej osoby.
      Wyrzucił z siebie te słowa prawie na jednym wydechu. Spojrzał na kobietę przepraszająco, gotowy na zmieszanie z błotem.

      [Zardzewiałem i nie jest fajnie, ale się poprawię. <3]

      TWÓJ JEŻ ❤️

      Usuń