czwartek, 29 czerwca 2017

Belfer

Uwaga! Niniejsza notka jest pokręcona bardziej niż Matrix, za co przepraszam... Przepraszam za kolejną notkę mojego autorstwa. Proszę o szybkie przykrycie tego czegoś. Dziękuję. A jeśli ktoś po przeczytaniu przeżyje, to może się pochwalić w komentarzu.
Bociek, który powinien zacząć się leczyć

Lekcje dłużyły się niemiłosiernie. Reszta tego wszystkiego nie ułatwiała. Jones jak zwykle ślinił się do Lucy i namawiał ją na romantyczny rejs statkiem, czyli jego zdezelowaną żaglówką, która chyba lada moment może pójść na dno. Ten palant Heller palcami stukał o blat ławki, zupełnie tak jakby udawał, że jest to pianino, a on jest Chopinem, Bachem albo innym Mozartem. Bella siedziała z tym gościem co to po raz któryś powtarzał kasę przez francuski….jakby języka debil nie mógł zmienić! Skoro mu nie idzie, to chyba najsensowniejszym byłoby to aby zmienił sobie język. Peter, który nawet na głupi wuef nie zdejmuje swojej skórzanej kurtki, spoglądał teraz na swój motocykl zaparkowany przed głównym wejściem. Pewnie obmyśla, którą z jego pięciu dziewczyn zabierze na przejażdżkę…że też one z nim są. Amara jak zawsze rysowała na marginesie jednorożce, a Burton (który chyba nie ma imienia), rysował jej na zeszycie gwiazdy. To się dobrali! Ona rysuje rzygające oraz srające tęczą jednorożce a on otacza je gwiazdkami! Drake, który kradnie ludziom jeansy, siedział na końcu i udawał że słucha…w sumie to przecież nic nowego. Cash i jego brat siedzieli przed Felice, która nie wiedzieć czemu się ich bała, a to przecież całkiem spoko ludzie są. Może mają dziwne fetysze, ale fetysze z reguły są dziwne. Przy ścianie siedział Lucek…jak zwykle rysował pentagramy i loga swoich ulubionych zespołów. Obok niego siedział Ivan, kuzyn Boruty. Ten w porównaniu do Lucka był…bardziej ogarnięty. Nie wiem dlaczego, ale zawsze widząc Ivana wyobrażam go sobie w mundurze Armii Czerwonej…może dlatego, że zawsze gdy się nudzi to pisze cyrylicą jakieś radzieckie narodowosocjalistyczne pieśni? Ach! Jakbym mógł zapomnieć o naszym „kochanym” samorządzie klasowym? Ciapowaty przewodniczący Cole, który chyba z litości został wyprany przewodniczącym. Pani „wszystko wiem najlepiej” oraz „ogarniam wszystko za wszystkich” Snow…w sumie to nie rozumiem dlaczego on jest zastępcą a nie przewodniczącą. No i jest jeszcze nasz klasowy strażnik Teksasu – Wolf.
Banda idiotów. Otacza mnie banda idiotów wyrwanych z rzeczywistości. Chyba najbardziej okrzesaną osobą w tej całej szkole jest pan Smee, nasz woźny, który czasami przychodzi na lekcje i mówi, że dyrektor coś tam, coś tam bla, bla, bla…
Nawet nasz szkolny samorząd tworzą idioci! Robin i jego najlepszy kumpel Will jakimś cudem wygrali. Ale to pewnie tylko dlatego że Anthony, Hagean oraz Duncan liczyli głosy. No i pewnie fakt, że Oberon wreszcie zdał z tego wuefu i wyszedł z tej budy…też to było pomocne. Ale czy obiecanie gruszek na wierzbie było dobrym posunięciem?
Współczuję naszym belfrom. Chcą czegoś nauczyć tych debili a oni mają to wszystko w dupie. Niosą oświaty kaganek a idioci z mojej klasy używają go jako podpałki do grilla.
Banda nieuków.
W sumie to chyba nikt nie słucha…może by tak? Może pospałbym sobie? W końcu mała drzemka jeszcze nikomu nie zaszkodziła, prawda? Końcówka roku przecież jest. Oceny prawie wystawione…
— Dziękuję wszystkim. Możecie się spakować, do widzenia – co? Czyżby już koniec lekcji? Czyżby te 45 minut tak szybko minęło? Najwidoczniej tak. – Tom zostań na chwilę – dlaczego ja panie belfrze? Dlaczego ja? Przecież słuchałem, no! No może nie do końca, ale nie miałem naszego belfra w dupie. Nie zostanę! W życiu! Ja mu powiem, wygarnę wszystko…

— Tak panie psorze? – no i moją asertywność diabli wzięli. – Coś się stało? – może historia nigdy nie była moją pasją, ale uczyłem się jej zadziwiająco łatwo i szybko. – Jeśli chodzi o te przebite opony w samochodzie dyrektora, to nie ja! Nie wiem kto to zrobił! – znaczy się wiedziałem. Ale nie chciałem dostać w ryj od Mortema i jego kumpli. Za bardzo lubiłem swoją twarz.
Zaśmiał się. Miał całkiem przyjemny śmiech i głos…może gdyby nie ten okropny niemiecki akcent, który przebijał się w każdym zdaniu. Zawsze zastanawiało mnie to co on tutaj robi, dlaczego uczy nas historii. Dlaczego herr König? Dlaczego? Przecież mógłbyś człowieku być wykładowcą akademickim. Ale nie jesteś nieudacznikiem jak pewnie większość myśli. A już na pewno nie dla mnie jesteś nieudacznikiem. Może jesteś nudny aż do bólu, ale z całą pewnością nie nazwałbym cię nieudacznikiem.
— Masz może jakieś plany na dzisiaj? Następnych kilka dni? Może tygodni? – n nie! W życiu! Aż tak to mi na ocenie nie zależy! – Myślałem że mógłbyś pójść na zbliżający się konkurs z historii – przeżyłem mini zawał. Naprawdę…
— Mogę się zastanowić? Bo wie pan…nie wiem czy będę miał wystarczająco czasu żeby się przygotować.
Skinął głową, nie musiał nic mówić. W sumie to pewnie miałbym czasu wystarczająco żeby się przygotować do tego konkursu. Ale czasem udaję, że spędzam czas z ojcem… zawsze mi coś obieca, a to wyjście na mecz, albo na ryby. On jest zawsze zajęty. Teraz to tłumaczy się tymi morderstwami…tym tajemniczym snajperem. Matka tylko interesuje się plotkami. Od biedy o oceny zapyta.
To już nawet mój historyk prędzej zapyta o oceny. Nawet pożyczył mi kiedyś książki do nauki niemieckiego. Niby byłem z mieszanego małżeństwa, ale matka w domu nie mówiła ani słowa w tym języku. Nawet nigdy nie opowiadała jak poznała ojca. Coraz częściej zdaję sobie sprawę, że ich nie znam. Moi rodzice są dla mnie obcy.

Wyszedłem ze szkoły. No to teraz na piechtaka do domu. W końcu to tylko kilka ulic, nic takiego. Może chociaż minę się z ojcem w drzwiach? W sumie to wypadałoby żeby albo on albo matka…ktoś musi iść na wywiadówkę. Ciekawe czy pamiętali o moich urodzinach.

Zapomnieli. Dlaczego mnie to nie dziwi? Nie powinno przecież. Przywykłem, że zapominają, że nawet życzeń nie składają. Ech… Przynajmniej napiję się tutaj, w „Trip Trap” gdzie o dowód się nie pyta, a ludzie tutaj są mili i co chwilę ktoś się pyta, czy nie mam może jakiegoś problemu. To było właściwie nawet miłe. Chociaż pytanie samo w sobie już niekoniecznie.
— Siadaj młody – ktoś zwrócił się do mnie. No kogo jak kogo ale belfra to się nie spodziewałem.
— Dobry wieczór panu – mruknąłem siadając obok. Może chociaż z kimś pogadam? W końcu wypadałoby do kogoś się odezwać, prawda?
— Co taka smutna mina? – zapytał podsuwając szklankę z whisky. Ciekawie się bawi, nie powiem. – Rozchmurz się. Masz przecież urodziny. Wszystkiego najlepszego z tej okazji – nawet on wiedział. Mam beznadziejne życie…
— Dzieki – burknąłem odbierając szklankę. Wypiłem trochę tego specyfiku. Skrzywiłem się. Mocne to cholerstwo. – Nie przypuszczałem, że pan…
— Że tu będę? Dlaczego? Bo jestem nudnym nauczycielem historii? – przytaknąłem. On się tylko zaśmiał. Wesoły facet. Nie ma co. – Nauczyciel też człowiek mój drogi – wspominałem już o jego drażniącym niemieckim akcencie?
— Nie rozumiem czegoś prze pana… - nie dane mi było skończyć, gdyż do baru wpadło kilku z pistoletami. Czyli koniec zabawy, co nie? Należałoby…. WIAĆ!
Na całe szczęście zanim zaczęli strzelać ktoś odciągnął mnie od baru i wepchnął do toalety.
Pan historyk. Robi się ciekawie.
— Dobra Tom, szybko – powiedział otwierając okno przy suficie – przełazisz i biegniesz do domu, albo gdziekolwiek gdzie jest bezpiecznie.
Nie musiał mi tego powtarzać. Bardzo chętnie się z tego miejsca wyrwę. Te strzały za ścianą mnie przerażały. Musiałem szybko wyjść z tego miejsca, jeśli chciałem ujść z życiem. Będąc już na zewnątrz spojrzałem jak i belfer wychodzi. Nie czekając na niego puściłem się biegiem przed siebie. Skręciłem w jakąś uliczkę, ko ktoś krzyknął „Tam jest!”. Chyba chodziło im o mnie.
Wbiegłem do jakiegoś pustostanu, a za mną też chyba dwie albo i trzy osoby. Pobiegłem schodami w górę, na dach. Bałem się. Kim byli?! Czego chcieli?
No świetnie…ślepy zaułek….ucieczki nie ma…no chyba, że kilka metrów w dół. To im uciekłem! Brawo ja!
— No Tom daleko nie uciekniesz. Jak myślisz ojczulek zatęskni za tobą? – goniący odezwał się w końcu. Znałem go…ale to przecież niemożliwe. „Wampir z Nowego Jorku” siedzi za kratkami! Chyba jednak nie…stał przede mną. Strach mnie paraliżował.
— Przecież ty… - wyjąkałem.
— Jesteś w pierdlu? – zaśmiał się szyderczo. – Byłem. Uciekłem…spadłeś mi z nieba wychodząc z domu, wiesz? – wyciągnął pistolet i wycelował we mnie. Robiąc kilka kroków w tył wywróciłem się. – Pożegnaj się… - zamknąłem oczy i usłyszałem strzał. Nie chciałem tego widzieć. Po chwili jeszcze jeden strzał… i kolejny.
— Nic ci nie jest Tom? – podbiegł do mnie. Aż na usta cisnęło się tylko „Tato zabierz mnie do domu”. Ale to nie był tata. Ten niemiecki akcent poznałbym wszędzie. Mimowolnie przytuliłem się do niego. – Już spokojnie…
— Dlaczego mi pomogłeś? Dlaczego on chciał mnie zabić? Kim ty do diabła jesteś?! – kolejny strzał. Tym razem upadł nauczyciel. Niewiele myśląc chwyciłem go. Spojrzałem w jego oczy. Nie był przerażony tym wszystkim. Był spokojny…jak zawsze.
— Bo jesteś moim synem – powiedział cicho. – Jesteś moim dzieckiem. Urodziłeś się 14 maja siedemnaście lat temu w Monachium. Nazywasz się Thomas König a nie Thomas Smith…
— Tom! Odejdź od niego!
Kto był moim ojcem? Nauczyciel, czy policjant? Dlaczego to spotkało właśnie mnie?

— Dlaczego mi nie powiedzieliście? – zpaytałem. – Dlaczego? Mamo? Czy musiało do tego wszystkiego dojść?
— Tom uspokój się – widziałem jak patrzy przez szybę na leżącego Erwina Königa. Minęło od tej strzelaniny kilkanaście godzin. – Myślałam że nie żyje. John zaopiekował się nami. Był kiedy go najbardziej potrzebowaliśmy. To John a nie Erwin jest twoim ojcem.
— Nawet nie dałaś mu szansy – przygryzłem wargę. – On nie jest zły. Nie jest zbrodniarzem, nie jest mordercom – odsunąłem się od szyby. Przeszedłem do drzwi, które otworzyłem i przeszedłem do sali, na której leżał belfer. Usiadłem przy jego łóżku i chwyciłem go za dłoń.
Może miałbym inne zdanie o nim. Ale to mimo wszystko on mi pomógł wtedy kiedy go potrzebowałem. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że tak naprawdę nie wiem o nim nic. Tylko tyle, że jest nauczycielem historii, moim ojcem. Nazywa się Erwin König i był oficerem. Lubi Whisky, świetnie strzela…zabił „Wampira” oraz prawdopodobnie on był tym snajperem.
Mówią, że jest złym człowiekiem. Zbrodniarzem, mordercom bez serca.
Ale ja im nie wierzę….ja już nikomu nie wierzę.
Chciałbym, żeby to był tylko sen… A ja mógłbym się z niego obudzić.
W sumie to chyba nic się nie stanie jeśli teraz na chwilę zamknę oczy, prawda?

— Te! Tom! Wstawaj! Koniec lekcji! – ktoś mnie szturchnął. Co? To przecież niemożliwe! Przecież byłem w szpitalu!
Chyba to jednak był sen. To potwierdza klasa, która się pakowała, oraz cały i zdrowy nauczyciel. No może nie licząc tego lekkiego rozcięcia wargi.
— Tom, zostań na chwilę – powiedział. Czyżby powtórka z rozrywki?

_______
Obiecuję iż jest to ostatnia notka konkursowa z mojej strony! Przepraszam ale miałem wenę i coś takiego głupiego wyszło. wiem, ze jest to pokręcone bardziej niż Matrix, ale no cóz...mówi się trudno.

10 komentarzy:

  1. [Bociu, kocham Cię. Śmieję się na głos. Mój dzień od razu stał się jakiś taki barwny i w ogóle. Po prostu pisz więcej!]

    Valerie & Petyr

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo za miłe słowa ;) Może się jeszcze pojawi coś ciekawego i śmiesznego :D Ale niczego nie obiecuję ;)

      Usuń
  2. Hahaha XD Urocze, doprawdy. Oczywiście dziękuje za gościnny wystąpienie i to na samym początku! Oł yeah! I nawet pan Smee był. Jako woźny, cudownie XD Pasowałby do te roli aż nazbyt dobrze :>
    Pomysł na notkę bardzo mi się podoba. Szkoła, że też mi nawet raz przez myśl nie przeszło. Cała akcja, która okazała się snem to fajne zagranie. Zwłaszcza, że po pobudce Tom jest wezwany przez nauczyciela tak jak i w śnie. Mraw.
    No i wypraszam sobie! Moja łajba miałaby zatonąć? XD Nigdy w życiu ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Hakusiu za miłe słowa ;) Jak to szkoła nie przeszła przez myśl? Ja się zastanawiałem, czy aby Lucjana nie umieścić w szkole, ale jednak rodzinne spotkanie wygrało xD Jednak jak to mówią "w przyrodzie nic nie ginie" :D
      No nie. Twoja łajba nie miałaby zatonąć....no chyba że pozwolisz Lucjanowi urządzić taką fajną libację oraz pozwolisz się załodze alkoholizować xD To wtedy może...

      Usuń
  3. Aw! Jak ja uwielbiam gościnne wystąpienia w notkach! <3 Dzięki wielkie, od razu ciepło na serduszku się robi :D Hahaha, śliniący się Hak - epickie xD Eh, Jolly Roger zdezelowaną żaglówką ;") Nie wiem, czy będzie ci to wybaczone xDD
    Bardzo fajny pomysł na notkę. Już samo porównanie Fabletown do szkoły jest równie ciekawe co Fabletown-psychiatryk xD Oczyma wyobrazi widzę wszystkie nasze postacie siedzące w klasie, na szkolnych korytarzach i na boisku - coś a la serial dla młodzieży ze wszystkimi możliwymi dramami xD Piękne <3
    Sam pomysł ze snem równie ciekawy! Zacne dzieło, Bociu! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, dziękuję raz jeszcze za miłe słowa :D Cóż...tak mnie jakoś naszło z tą szkołą...ciekawe czy produkcja "tego szatańskiego" "tevuenu" miała z tym coś wspólnego?
      Dzięki raz jeszcze za miłe słowa ;)

      Usuń
  4. Oficjalnie otrzymujesz od nas order epickich notek. Za każdym razem bawią równie mocno i czyta się je po kilka razy :D Aż zatęskniłam za naszym wspólnym wątkiem po prostu. Dziękujemy za wspomnienie, a Ty Boćku pisz dalej i rozbawiaj nasze kochane Fable <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O jejku dziękuję! Gdzie mogę otrzymać ten order? Od kogo odebrać? A może ktoś do piekła mi przyniesie? xD
      Proszę bardzo :D Jak to mówią "wspomnienie za wspomnienie" :D
      Dzięki wielkie za miłe słowa, to dla mnie naprawdę wiele znaczy :)

      Usuń
    2. Order wręcza sam Putin, aby wszystko było oficjalnie, ale to odbędzie się na skraju tęczy. Może jakaś znajdzie się w Twoim piekiełku :D

      Usuń
    3. Putin! <3 Wujaszek Putin!
      O Jezu...będę musiał w piekle odkurzyć, bo na skraj tęczy się nie wybieram xD Poza tym...Putin nie Putin niech pofatyguje się do mnie :D

      Usuń

Szablon wykonany przez drama queen. Obsługiwane przez usługę Blogger.