niedziela, 4 czerwca 2017

Before I fall to pieces

Chcę się wydostać z wody. Lecz ona wzbiera nade mną, przesuwa mnie między wielkimi ramionami, obraca mną, okręca mnie, przewraca pośród długich świateł, długich fal, nieskończonych ścieżek, a ludzie ścigają mnie, ścigają...
(Virginia Woolf )
—— ——

Przez gęstą, jesienną mgłę ledwo przebijały się pulsujące błyski świateł radiowozów i karetki pogotowia. Chłód nocy dotykał każdego, kogo nagłe wezwanie zmusiło do przybycia na miejsce. Most brooklyński od kilku minut odcięty był policyjną taśmą, odganiając ciekawskich przechodniów, którzy szukali sensacji nawet o tak później porze. Ktoś krzyknął, jeden z nurków dał znać sygnałem świetlnym, rozbrzmiała aria krótkofalówek w całej okolicy.
Odnaleźli ją.
Tuż przy czarnym Fordzie inspektora policji zatrzymała się limuzyna. Wysiadł z niej wysoki, szczupły mężczyzna w długim płaszczu i bystrym wzrokiem omiótł całą okolicę. Przez mgłę nie dojrzał jednak niczego, co mogłoby go uspokoić.
- Burmistrzu – ukłonił się inspektor i stanął obok nowoprzybyłego na tyle blisko, by kolejne słowa usłyszeli tylko oni obaj – Miał pan rację. Tuż po pana telefonie, zadzwoniły dwie kolejne osoby. Potwierdzili. Spadła z mostu.
- Spadła? – warknął zniecierpliwiony mężczyzna. Nie potrafił długo ukryć zdenerwowania całą sytuacją i niepewnością. Sam nie wiedział jeszcze, co właściwie się stało. Czekał na informacje z własnych pewnych źródeł.
- Zeznania wykluczają się, przynajmniej w tej kwestii – odchrząknął policjant – Jedna z kobiet, która wyprowadzała tutaj psa twierdzi, że postać na moście wpadła do wody przypadkiem. Natomiast mężczyzna, który przejeżdżał samochodem jest przekonany, że to samobójstwo. Jutro będziemy wiedzieć więcej.
Burmistrz zmarszczył brwi i milczał przez kilka kolejnych minut obserwując uważnie, jak grupka ratowników uwija się w pośpiechu. Wynieśli z wody bezwładne ciało, pozostawiając na asfalcie morką smugę pełną krwi. Rozpoczęła się reanimacja, długa i mozolna. W końcu zanieśli je do karetki. Burmistrz przyglądał się wszystkiemu bez emocji wymalowanych na twarzy, choć wewnątrz cały płonął. Nie mógł jednak nic więcej powiedzieć, nie teraz.
Do mężczyzn podszedł jeden z lekarzy.
- Ma sporo obrażeń. Jedziemy do szpitala. – wysapał nerwowo ocierając czoło nadgarstkiem.
- Żyje?
- Żyje. Jeszcze tak.
Poczuła na sobie pierwsze oznaki nadchodzącej wielkimi krokami jesieni. Chłodny powiew przeszył jej cienką kurtkę na wylot, podwinął nieco przykrótką sukienkę i rozwiał jasne, rozpuszczone włosy. Zadrżała mimowolnie. Nad Nowy Jork nadciągała burza, jakie zazwyczaj nawiedzały miasto o tej porze roku. Chmury kłębiły się w oddali, nadpływając od strony New Jersey Bight, niczym czarna płachta zasnuwająca błękitne niebo. Zupełnie jak w powieściach i filmach o piratach, pomyślała i skrzyżowała ręce na piersiach, by choć trochę się rozgrzać. Mimo to, nie spieszyła się do domu. Na skrzyżowaniu czekała na Nadine, przyjaciółkę, z którą codziennie wracały wspólnie przez kilka kolejnych przecznic.
Obie powałęsały się chwilę pomiędzy sklepowymi wystawami, po czym rozstały na przedmieściach. Dziewczyna wkroczyła przez bramę wejściową na teren posesji i ruszyła brukowaną uliczką w głąb ogrodu. Minęła okrągłą fontannę zdobiącą dziedziniec, pokonała kilka marmurowych schodów i nacisnęła klamkę ogromnych wrót, które z łatwością ustąpiły.
- Witaj, maleńka – pozdrowił ją w progu stary Rene, od wielu lat pełniący obowiązki zarządcy willi i głównego ogrodnika. Dziewczyna zignorowała go jednak i ze spuszczoną głową ruszyła dalej, w kierunku schodów na piętra. Na małym stoliku dostrzegła stertę listów, a wśród nich jeden zaadresowany do niej, więc pochwyciła go szybkim ruchem. Zaczęła wspinać się na górę.
- Długo cię nie było, martwiłam się! – usłyszała jeszcze jeden głos z parteru, tym razem kobiecy.
Również nie odpowiedziała. Dobrze wiedziała, że tymi słowami Tytania chciała wyrazić swoją dezaprobatę dotyczącą późnych powrotów z uczelni. Stąd coraz częstsze propozycje wysyłania po nią szofera i telefony tuż po zakończeniu ostatniego wykładu. Zupełnie jakby obawiała się, że któregoś dnia dziewczyna po prostu nie wróci.
Wdrapała się na ostatnie, trzecie piętro willi, gdzie właściwie nie znajdowało się już nic prócz nieużywanego strychu i jej pokoju, do którego właśnie weszła zamykając za sobą drzwi. Wewnątrz panował bałagan godny pobojowiska po trąbie powietrznej. Sterty ubrań, książek i płyt rozrzuconych wokół starego gramofonu. Usiadła na łóżku i zerknęła na białą jak śnieg kopertę. Kolejny list od Lirazel. Westchnęła. Nie potrafiła zrozumieć dlaczego po prostu do niej nie zadzwoni lub nie napisze maila. Była cholerną tradycjonalistką i kochała pisać ręcznie na prawdziwych, pachnących celulozą kartkach. Dziewczyna kilkukrotnie obróciła list w placach. Dostawała taki średnio co miesiąc, od kiedy Lirazel wzięła ślub i wyprowadziła się z domu. Najwyraźniej wciąż miała za punkt honoru zamartwianie się małą, biedną prawie-siostrzyczką. Z pewnością opisywała, jak wspaniale mieszka się na ciepłym południu kraju, jakim kochającym mężem jest Alweryk i jakim cudownym prezentem od losu jest ich niedawno narodzony syn. Może tak właśnie pisała, może nie. Dziewczyna nie mogła tego wiedzieć, nie przeczytała dotąd żadnego z jej listów. Nie chciała, nie była tym zainteresowana. Zamachnęła się więc delikatnie, sprawiając, że koperta prostym lotem wylądowała na niskiej drewnianej szafce stojącej tuż przy wciąż tlącym się kominku. I teraz rozpoczynała się najlepsza zabawa. Podmuchy wiatru wpadające przez okno zawsze przybierały tu na sile, wprawiając wszelkie lekkie, leżące w tym miejscu przedmioty w ruch. Wprost do ognia paleniska. Tak stało się i tym razem. List od Lirazel zatańczył na drewnianym blacie, po czym wraz z wiatrem wpadł wprost do kominka, stając w płonieniach dokładnie tak samo, jak wszystkie poprzednie.
Położyła się na łóżku. Zdjęła buty i rzuciła je w kąt pokoju, jeden za drugim. Była wykończona. Od bardzo dawna nie przespała spokojnie żadnej nocy, od dawna nie spędzała ich w swoim łóżku. Nie potrafiła zasnąć. Jej myśli zajmowało zbyt wiele rzeczy, jej głowę wypełniał chaos i same sprzeczności. Do tego dochodziła uczelnia, zbliżające się wielkimi krokami egzaminy końcowe ostatniego roku i świadomość, że w domu wszyscy oczekują od niej samych sukcesów. Zbyt wiele ciężaru spoczywało na barkach młodej dziewczyny po tylu przejściach. Miała zakończyć rok z najlepszymi ocenami, o czym z pewnością napisałaby przynajmniej jedna z najbardziej poczytnych gazet.
A Oberon wciąż powtarzał, że największym skarbem jest wiedza.
Oberon Alder był burmistrzem Nowego Jorku i jej adopcyjnym ojcem. I w takiej też kolejności o nim myślała. Podobno znali się od dziecka, bo jego rodzina przyjaźniła się z jej, czego dziewczyna niestety nie pamiętała i z pewnością już nigdy sobie nie przypomni. Jego żona, Tytania była piękną brytyjską szekspirowską aktorką teatralną, która przyjechała do Ameryki i została już na stałe. Tutaj też urodziła się dwójka ich dzieci. Hagen był najstarszy i dziewczyna jeszcze nie spotkała go od czasu wypadku, choć podobno nawet się lubili. Był na misji w Afganistanie i wyjechał krótko przed jej pojawieniem się w domu Alderów. Lirazel natomiast mieszkała tu jeszcze jakiś rok temu, aż do ślubu. Cała trójka otoczyła dziewczynę opieką zaraz po tym, gdy już jako sierota, która po wypadku straciła pamięć, opuściła szpital. Otrzymała własny pokój w pięknej willi na przedmieściach, spore kieszonkowe i miejsce na uczelni. W żartach mówili, że widzą w niej przyszłą panią burmistrz, która nauczy się wszystkiego pracując w biurze Oberona. Twierdzili, że z pewnością osiągnie jakiś sukces, przecież dołączyła do tak wspaniałej rodziny, pełnej inteligentnych polityków, pięknych aktorek, bohaterów wojennych, idealnych żon i matek. Dlaczego ona miałaby być inna?
Westchnęła. Problem tkwił gdzieś głębiej i wciąż nie potrafiła nazwać tego, co ją trapiło. Czasem czuła się nierozumiana, czasem zagubiona, innym razem docierało do niej, że może za mało się stara. Myśli wciąż kłębiły się w jej głowie, podsuwając skrajne pomysły. Wówczas zasiadała nad książką z uczelnianej biblioteki z zamiarem nauczenia się wszystkiego i zdania kolejnego egzaminu, by za chwilę sięgnąć po spakowaną już torbę, którą trzymała pod łóżkiem i w ostatniej chwili powstrzymać samą się przed ucieczką z domu. Zakryła twarz dłońmi. Chciała być dobra, posłuszna i wdzięczna, po prostu. Nie mieć tego wszystkiego w głowie, nie myśleć za dużo, odpuścić przeszłość, której i tak nie pamiętała. Była do niczego.
Zwlekła się powoli i podeszła do gramofonu. W pokoju rozbrzmiał jeden z utworów Billie Holiday.
Grupa lekarzy uwijała się wokół ciała leżącego na szpitalnym łóżku. Otaczała ich aparatura pełna kabli i ekraników, pielęgniarki co rusz donosiły niezbędne medykamenty i opatrunki. Przez panujący chaos dało się jednak usłyszeć charakterystyczny sygnał kardiografu, wysyłający wolny przeciągły dźwięk. Wciąż była nadzieja.
Burmistrz przyglądał się wszystkiemu przez szybę sąsiadującego pomieszczenia. Był tu całkiem sam, a mimo to wciąż nie dał się ponieść emocjom. Wyczekiwał na rozwiązanie w całkowitej ciszy i skupieniu, układając w głowie plan na każdą możliwość.
Znów rozpoczęła się reanimacja, już trzecia od czasu wyłowienia dziewczyny z zimnej rzeki. Znów masaż serca, znów defibrylacja. Była słaba, z każdą chwilą gasła coraz bardziej. Ale lekarze walczyli, bo on tak chciał. Miała przeżyć, choćby mieli ratować jej życie przez kolejne, niekończące się godziny.
Już po chwili kardiograf znów zaczął pulsować. Sytuacja wydawała się opanowana.
Lekarz prowadzący opuścił salę, by za moment wkroczyć do pomieszczenia obserwatora. Zdjął z ust maseczkę ochronną i westchnął ciężko. Burmistrz z łatwością odgadł, że nie wróży to nic dobrego.
- Wciąż jest w bardzo ciężkim stanie – zaczął nie czekając na jakiekolwiek pytania – Długo przebywała pod wodą, to cud, że udało się przywrócić jej funkcje życiowe. Ma rozległe obrażenia, przede wszystkim silny uraz głowy i wstrząs mózgu. Do tego rany na plecach.
- Stan stabilny?
- Powiedzmy – odrzekł lekarz, po czym na moment spuścił głowę najwyraźniej szukając odpowiednich słów – To jednak nie wszystko. Dwie sprawy…
- Proszę mówić – ponaglił go ostrym tonem burmistrz. Medyk unikał jego spojrzenia.
- Ze względu na tak długi czas spędzony pod wodą i niedotlenienie mózgu oraz obrażenia głowy, możemy spodziewać się różnych powikłań.
- Jakich?
- To pokaże czas. Mieliśmy pacjentów w podobnym stanie, którzy tracili pamięć, umiejętność mowy, poruszania się, inni nie odzyskiwali przytomności… - urwał na moment i znów westchnął – W tej chwili nie potrafię powiedzieć nic więcej. Musimy czekać.
- A druga sprawa?
- Wykonałem rutynowe badania krwi – zaczął niepewnie, pokazując burmistrzowi wydruk – Ma duże stężenie narkotyków w organizmie i prawie dwa promile alkoholu. Cokolwiek robiła w tym stanie i o tej porze na moście, z pewnością nie było to nic dobrego.
Przeciągnęła się leniwie na łóżku i odwróciła na drugi bok. Nastał upragniony weekend, a dla studenta nie było nic wspanialszego niż sobotni poranek. Nawet po kolejnej imprezie w barze i spędzeniu niemal całej nocy w obcym mieszkaniu, jak w jej przypadku. Wciąż jeszcze szumiało jej w głowie, a powieki okazały się cięższe niż zazwyczaj. Nic dziwnego, wróciła po cichu do pokoju gdzieś około szóstej nad ranem. Przeciągnęła się raz jeszcze i sięgnęła po telefon. Widniał na nim jeden nieprzeczytany sms, do którego uśmiechnęła się szeroko, a po chwili zerknęła na zegar. Była dwunasta w południe.
- Cholera jasna… - jęknęła i przetarła twarz.
Wszystko przez tego chłopaka.
Poznali się kilka dni temu, w jednym z brooklyńskich pubów, w „Pirates&Swans”. Cudowne miejsce, wykreowane całkowicie po irlandzku, w każdym calu. Celtycka muzyka na żywo, pachnące drewno na ścianach, starodawny wystrój portowych tawern i najlepsze piwo, jakiego kiedykolwiek próbowała. W tak dużym stopniu udzieliła jej się ta atmosfera, że zabalowała aż za bardzo. Skończyło się na tym, że zatańczyła na stole z kuflem piwa w jednej ręce, skrzypcami z orkiestry w drugiej, śpiewając dopiero co poznaną irlandzką pieśń. W pewnym momencie zakręciła się tak mocno, że całkowicie straciła równowagę i z pewnością nieźle potłukłaby się o posadzkę, gdyby nie on. Złapał ją w ostatniej chwili. I spojrzał głęboko w oczy. Tyle wystarczyło, by jej znów zakręciło się w głowie.
Wsunęła bose stopy w miękkie kapcie i zwlekła się z łóżka. Wolno ruszyła w dół, po schodach, aż na sam parter i wkroczyła do kuchni. Przy stole w jadalni dostrzegła Tytanię, która z niezwykłym zaangażowaniem przeglądała jeden z ulubionych modowych czasopism. Na chwilę podniosła wzrok, by powitać dziewczynę z szerokim, ciepłym uśmiechem. Oberon natomiast, dopinał właśnie ostatnie guziki wyjściowej, nieskazitelnie białej koszuli. Otaksował Lorę spojrzeniem pełnym dezaprobaty i sięgnął po kubek parującej kawy.
- Nie spieszyłaś się – rzucił i teatralnie zerknął na drogi zegarek na nadgarstku.
- Wiem… nie wyspałam się. Poza tym, jest sobota. – odrzekła zajmując miejsce naprzeciwko kobiety i znów zamyśliła się na moment.
Przedstawił się jako Huckelberry Jones. Spędzili razem kilka kolejnych godzin w pubie, rozmawiając, żartując i wygłupiając się w najlepsze. Wypili chyba cały zapas piwa. Lora dawno nie czuła się tak dobrze w czyimś towarzystwie, dawno jej serce nie biło tak mocno. Był wyjątkowy, zupełnie inny od chłopców, jakich do tej pory poznała. Przez cały czas nie spuszczał z niej oka i wiedziała, że czuje to samo, co ona. Wtedy też naszła ją dziwna myśl i prawdziwie się przeraziła. Bo jeśli mu się przedstawi i rozpozna w niej przybraną córkę burmistrza…? Już to przeżyła, wiele razy. Innym rzedła mina, gdy ją rozpoznawali i nikt nie chciał zadzierać z samym Oberonem Alderem. Bała się, tym razem nie na żarty. A jednak, ku jej zaskoczeniu, Huck nie dopytywał i nadał jej własne imię. Łabądek. Przypadkiem dostrzegł bliznę na jej łopatce i ze śmiechem uznał, że przypomina mu właśnie to stworzenie ze skrzydłami. Potem wyprosił u jednego z muzyków, by sam mógł zasiąść za pianinem i zagrał jej piękną piosenkę.
Ocknęła się dopiero, gdy Tytania postawiła przed nią miskę owsianki. Lora wzdrygnęła się i uśmiechnęła w podziękowaniu. Zamoczyła łyżkę w zupie i podparła głowę obserwując, jak kobieta ponownie zajmuje swoje miejsce. Oh, gdyby ona i Oberon dowiedzieli się o jej nocnych wypadach, miałaby prawdziwe kłopoty. Alder powoli szykował się do kolejnej reelekcji i dbał przy tym o każdy szczegół. Każdy, nawet najmniejszy artykulik w gazecie musiał być mu pochlebny, liczyła się każda opinia. Natomiast informacje o niej w kolorowych, plotkarskich gazetach byłyby największym rozczarowaniem.
- Jak nauka? – spytał nagle, dopijając swoja kawę.
- Dobrze, nawet dobrze… – wzruszyła ramionami.
- Oby – westchnął i dodał pół żartem, pół serio – Chociaż, jeśli masz zamiar wstawać o tak późnych porach i zjawiać się w kuchni w wygniecionej piżamie, słabo to widzę…
- Daj jej spokój – fuknęła Tytania – Jest weekend, niech trochę odpocznie.
- Ja pracuję nawet w weekendy – oznajmił Oberon, po czym zerknął w lustro i poprawił swój krawat – Do tego również trzeba będzie się przyzwyczaić.
Lora westchnęła i wlepiła zmęczony wzrok w mleczną zupę.
Widywali się każdego wieczoru, przez kolejne dni. Sama nie wiedziała, co się z nią dzieje, ciężko było jej skupić się na czymkolwiek innym. Bawili się w barze, spacerowali po ciemnych, pustych uliczkach, przesiadywali na ławce nad rzeką… Czy to możliwe, że się zakochała? Po raz pierwszy w życiu, tak prawdziwie kogoś pokochała? Może Huckelberry był tym jedynym, tym księciem z bajki, o których piszą w baśniach? Ktoś kiedyś czytał jej takie opowieści, ktoś z przeszłości, może matka? Pamiętała jedynie, że bohaterki były najczęściej biednymi, poniewieranymi niewiastami, jedne sprzątały w domu macochy, drugie uciekały przed śmiercią do lasu, jeszcze inne zapadały w wieczny sen, ale łączyło jej jedno. Z każdej opresji ratował je przystojny książę, który całkowicie odmieniał ich życie.
Tylko od kiedy to królewicz ratuje księżniczkę przed bogactwem i pięknym zamczyskiem?

- Masz jakieś plany na dzisiaj? – zapytała z ciekawości Tytania, odkładając na bok czasopismo. Lora podniosła wzrok i zamrugała, nie usłyszała jej słów. Dopiero dotarło do niej, że Oberon już wyszedł i zostały w kuchni zupełnie same.
- Możemy wybrać się na zakupy, co ty na to? – dodała.
- Tak, pewnie – odrzekła szybko – Odpocznę trochę od nauki…
- … i od pana burmistrza – Tytania puściła jej oko i roześmiała się. Ona jedyna zdawała się rozumieć jej rozterki i wykazywała odrobinę empatii, widząc, że mąż czasem za mocno naciska na dziewczynę. Ley uśmiechnęła się i przytaknęła. Wspólny wypad na miasto to dobry pomysł. Kupi jakąś ładną sukienkę i pokaże się w niej swojemu księciu.
Odsunęła od siebie miskę i wstała od stołu informując, że idzie się przebrać i za moment będzie gotowa. Opuściła kuchnię i ruszyła na górę, a jej myśli znów sięgnęły po wspomnienia.
Tą noc spędziła z nim, w jego mieszkaniu, w jego łóżku. Wszystko przez to, że wychodząc z baru oznajmił ze smutkiem, że wyjeżdża za kilka dni. Na zawsze. Serce jej pękło i z trudem powstrzymała łzy, nie mogąc uwierzyć, że ta bajka ma skończyć się równie szybko, jak się zaczęła. Poszła do niego, przecież ich pożegnanie musiało wypaść równie wspaniale, co te wszystkie wspólne dni… Przytuleni do siebie, rozmawiali niemal do rana. Huck znów opowiadał jej o tych wszystkich miejscach, które zwiedził i o tych, do których chce jeszcze pojechać. Mówił o rodzinnej Anglii i o tym, że chciałby ją gdzieś zabrać. Zupełnie niespodziewanie zaproponował, by z nim uciekła. Jej serce znów zabiło mocniej, ta propozycja była zbyt kusząca i zbyt nieprawdopodobna jednocześnie. Jednak utkwiła w jej głowie na tyle mocno, że milczała przez kolejne minuty. Ucieczka od tego życia była przecież jej marzeniem, więc czy to możliwe, że ich bajka dopiero miała się rozpocząć?
Straciła poczucie czasu, a o nadchodzącym poranku uświadomił ją dopiero wschód słońca. Lora po cichu wyślizgnęła się z łóżka, nie chcąc budzić Jonesa. Ubrała się i w pośpiechu wróciła do domu, docierając do swojego pokoju dopiero o szóstej rano.
Pokonała schody, wkroczyła do pokoju i westchnęła ciężko. Na szczęście, dziś wieczorem znów mieli się spotkać i nie potrafiła myśleć o czymkolwiek innym.
Włożyła do adaptera starą płytę Louisa Armstronga.
Na szpitalny korytarz wpadła kobieta. Rytmiczny odgłos jej kroków odbijał się echem po całym skrzydle, ściągając uwagę pracowników z nocnej zmiany. Od razu dostrzegła wysokiego mężczyznę stojącego na końcu przejścia, więc bez zastanowienia ruszyła w jego kierunku. Ten dojrzał ją równie szybko, mimo to nawet nie drgnął. Znów czekał.
- Gdzie ona jest?! – wrzasnęła roztrzęsiona. Stanęła tuż przy nim, drżąc z zimna i strachu. Nigdy jej takiej nie widział.
- Uspokój się – zganił ją, choć od początku dobrze wiedział, że to spotkanie bynajmniej nie będzie należało do spokojnych.
- Gdzie jest moja córka?! – zupełnie go zignorowała. Burmistrz zmarszczył brwi i przez moment przyglądał się jej z uwagą. Miała na sobie krótką, wściekle czerwoną sukienkę, na którą narzucona była czarna skórzana kurtka. Długie nogi okrywały podarte gdzie nie gdzie kabaretki i wysokie szpilki. Jego wzrok ostatecznie spoczął na burzy rozczochranych jasnych włosów, okrywających twarz kobiety. Piękną twarz, jedną z najpiękniejszych, jakie kiedykolwiek widział. Błękitne oczy wściekle świdrowały go na wylot. Prawie się nie zmieniła mimo upływu lat, wciąż równie zjawiskowa i charakterna. Taka sama, odkąd widział ją po raz ostatni.
- Witaj, Woglindo – westchnął w końcu, po czym wskazał gestem drzwi pomieszczenia. Kobieta minęła go bez słowa i wparowała do środka zatrzymując się dopiero tuż przy dużej szybie. Oboje obserwowali teraz nieprzytomną dziewczynę leżącą na łóżku w sali obok.
- Boże… - głos jej się załamał, a w oczach pojawiły łzy. Mimo tej emocjonalnej reakcji, mężczyzna wcale jej nie współczuł. Był wściekły, choć wciąż jeszcze tego nie ukazywał.
- Proszę, błagam, powiedz, że z tego wyjdzie… - szepnęła opierając czoło o szybę i przymykając na moment zamęczone powieki.
- Wyjdzie – odrzekł krótko.
Przez kolejne minuty krążył po salce przyglądając się ukradkiem zachowaniu kobiety. Otworzył usta, by w końcu rozpocząć tą trudną rozmowę; jego towarzyszka ubiegła go jednak o kilka sekund.
- Przyniosłam ten list – zaczęła i pociągnęła nosem. Z kieszeni kurtki wyjęła zgnieciony świstek papieru i wyciągnęła dłoń w kierunku mężczyzny. Ten przechwycił go, rozwinął i wczytał się dokładnie w tekst, mimo że Woglinda opowiedziała mu o wszystkim przez telefon. Zdania były nierówne, litery i słowa nie trzymały się linijek. To był list pożegnalny, list samobójcy, którego z pewnością nie pisała trzeźwa osoba.
- Chciała ze sobą skończyć, bo zakochała się w chłopaku, który ją porzucił. – zaczęła – Reszty nie jestem w stanie rozczytać. Znalazłam go w jej pokoju i od razu zadzwoniłam do ciebie. Z listu wynika, że chłopak ma na imię…
- ...Hagen – dokończył wściekle burmistrz – I jest moim synem.
Kobieta przeniosła na niego przerażone spojrzenie.
- Twoim synem?!
- "...Hagen, który jest synem burmistrza..." – zacytował jedno z najmniej wyraźnych zdań, po czym zmiął kartkę jedną dłonią. Był wściekły i w tym momencie puściły wszelkie hamulce – Nie wiedziałaś nawet, że twoja córka spotyka się z moim synem?! I co gorsza, przez 16 lat nie raczyłaś poinformować mnie o tym, że mamy córkę?!
Te słowa zawisły w powietrzu i niemal rozniosły się echem po pustym szpitalu. Pomiędzy nimi zapanowała nieznośna cisza, której żadne z nich nie śmiało przerwać przez kolejną minutę.
- Jesteś dziwką – zakpił - Nie obchodzi mnie, dlaczego się tak stoczyłaś. Nie dbam o to, czy twoje życie legło w gruzach, czy… - przerwał, by uspokoić ton głosu biorąc głęboki oddech – Gdybyś tylko dała mi jakiś znak. Przez cholerne 16 lat milczałaś, samotnie wychowując nasze dziecko w burdelu, prawda? Wiem dokładnie, gdzie mieszkacie, wiem już wszystko. Po twoim telefonie wysłałem ludzi na poszukiwania informacji – westchnął – Dlaczego nic nie mówiłaś? Przecież bym ci pomógł...
- Nie chciałam twojej pomocy – odezwała się w końcu – Nie chcę twoich pieniędzy. Nie chciałam ich wtedy i nie chcę teraz. Zadzwoniłam do ciebie tylko dlatego, bo byłeś w stanie postawić na nogi wszystkie służby i ocalić jej życie. Gdy znalazłam ten list… Byłeś moim jedynym ratunkiem. Jej jedynym ratunkiem.
Rozpłakała się. Burmistrz widział szczere łzy, choć zdawał sobie sprawę z tego, że to rozpacz z powodu własnej bezsilności. Nie radziła sobie z własnym życiem, więc jak mogłaby wychować ich dziecko na porządnego człowieka?
- Wiesz, dlaczego w taki sposób napisała ten list? – zaczął po chwili - Dlaczego słowa, które napisała są tak niewyraźne? Bo była naćpana. Naćpana i pijana, i wciąż jest, bo takiej dawki nie łatwo jest pozbyć się z organizmu. I nie napisała tu tylko o Hagenie, w którym widziała szansę na nowy początek. Druga część listu dotyczy tego, że jej życie to pasmo nieszczęść i nie chce już dłużej się męczyć. To jeszcze dziecko, a ty nie dostrzegłaś jej problemów. Popatrz na siebie. Nie jesteś w stanie się nią zająć – skwitował krótko – Ale ja rozwiążę ten problem.
- Co chcesz zrobić? – spytała nerwowo, puszczając mimo uszu wszystkie inne zarzuty, które padły pod jej adresem – Oberonie, co chcesz zrobić?!
Nie odpowiedział i wyszedł z pomieszczenia, pozostawiając ją samą.
Zamknęła książkę i odsunęła ją od siebie. Była na tyle rozkojarzona, że ślęczenia nad nauką nie miało najmniejszego sensu. Przesuwała ją o kolejne dni, tygodnie, miesiące, udając jedynie, że przejmuje się uczelnią i egzaminami. Musiała czymś się zająć, nawet pozornie, by nie musieć wysłuchiwać pouczeń i pretensji. Na szczęście w ukrywaniu niektórych rzeczy była ostatnimi czasy mistrzynią.
Czasem miała wrażenie, że jest wariatką. W snach widziała zbyt realistyczne obrazy, by po przebudzeniu uznać je tylko za zwykłą wyobraźnię. Czasem budziła się na podłodze, czasem z nogami na poduszce. Czasem nie mogła zasnąć przez całą noc przerażona wrażeniem, że ktoś lub coś tkwi w ciemnym kącie jej pokoju. W dzień natomiast czuła się obserwowana przez dziesiątki spojrzeń, w domu, na ulicy, na uczelni. Anonimowa czuła się dopiero w głośnym klubie, w środku nocy, gdzie nikt nie wie, że pije i tańczy z przybraną córką burmistrza. Była wyobcowana, jakaś inna niż pozostali i z czasem ta myśl zaczynała przerażać ją coraz bardziej.
Bo czy ktoś, kto choćby podejrzewa, że jest wariatem, może być normalny?
Wstała od stolika, biorąc głęboki wdech i wtedy przypadkiem dojrzała swoje odbicie w lustrze. Spojrzenie dziewczyny, której właściwie nie znała. Wszystko, co działo się wcześniej niż dwa lata temu było dla niej całkowitą zagadką. Nie pamiętała nic ze swojej przeszłości, nie pamiętała prawdziwej rodziny, domu, przyjaciół. Ta świadomość niemiłosiernie jej ciążyła. Widziała osobę, która była dla niej największą tajemnicą. Której wzroku nie potrafiła znieść, a która wlepiała w nią właśnie swoje wielkie, błękitne oczy. Zacisnęła pięści. Naszła ją nieprzemożna chęć rozbicia tafli, z której ta druga tak często patrzyła na nią z pogardą. Miała ochotę rzucić w nią nożem, roznieść w drobny mak, spalić wszystko, co ją otaczało. Pozbyć się samej siebie. Drżącymi dłońmi zerwała z siebie ubrania zupełnie jakby paliły ją żywym ogniem. Łzy ciekły ciurkiem po jej twarzy, nie wiedziała, co robi. Stała teraz po środku pokoju w samej bieliźnie, widząc marnego chuderlaka w odbiciu przeklętego lustra. Widziała dziewczynę, której nie znała. Podobno nazywa się Lora Ley, podobno jest sierotą. Podobno też miała niebywałe szczęście, bo przeżyła wypadek. Ostatnio chudła na potęgę, nie mogła nic przełknąć, nie chciała. Ubrania zaczynały zwisać z niej jak z wieszaka, zupełnie jakby chciała zrobić sobie krzywdę. Unicestwić samą siebie za jakieś wyimaginowane grzechy. Obróciła się bokiem na tyle, by zobaczyć blizny na plecach. Wstydziła się ich, tak bardzo pragnęła je ukryć przed światem. Dla młodej dziewczyny to prawdziwa udręka. Kilka długich szram i duża, głęboka skaza na łopatce, kształtem przypominające ptaka. To ją przypadkiem dojrzał Huckelberry i okrzyknął łabędziem. Jego Łabądkiem. Mogła być jego po kres dni, gdyby tylko zechciał. Bała się czasem, że może być kolejnym, który trochę się nią pobawi i zostawi, choć święcie wierzyła, po raz pierwszy odkąd pamięta pragnęła z całego serca, by tak nie było. Gdyby pokochał ją taką, jaka jest, jakimś cudem zaakceptował, byłaby najszczęśliwszą dziewczyną na świecie.
Dziś przyszedł czas na Sidneya Becheta.

* * *

Usiedli w rogu małego ogródka kawiarenki, wybierając stolik najbardziej oddalony od pozostałych. Dziś niebo było cudownie przejrzyste, słońce grzało ich przyjemnie ostatnimi letnimi promieniami. Czuli na twarzach powiew świeżego wiatru znad oceanu, a dziewczyna miała wrażenie, jakby znaleźli się w jakimś innym mieście, nie spodziewając się, że w Nowym Jorku istnieją tak urokliwie miejsca.
Huck zabawnie zmarszczył brwi przyglądając się Lorze z uwagą.
- Więc? – zaczął – Jak ono brzmi?
- Co takiego? – spytała od niechcenia.
- Twoje imię – odrzekł rozbawiony – Chyba nie chcesz, żebym przez cały czas nazywał cię Łabądkiem…
- Nazywaj, jak chcesz – uśmiechnęła się tajemniczo. Jones cmoknął kilka razy wciąż świdrując ją najbardziej dwuznacznym spojrzeniem, na jakie z pewnością było go stać. Lora nie spuściła jednak wzroku jak zawstydzona dziewczynka. Nigdy nie była zawstydzoną dziewczynką, w żadnej sytuacji. Parsknęła krótkim śmiechem i sięgnęła po małą książeczkę z menu, którą właśnie przyniosła kelnerka.
- Może tobie również nadam przezwisko, tak dla równowagi, hm? – mruknęła po chwili.
- Jakie, na przykład? – zainteresował się.
- Może Szekspir…
- Szekspir? – roześmiał się – Dlaczego Szekspir?
- Oh, dobrze wiesz, poeto. – wyszczerzyła się – I masz brytyjski akcent, zupełnie jak… ktoś, kogo znam.
Zawahała się. Miała na myśli Tytanię i jej imię na końcu języka, jednak zamilkła. Panicznie bała się przyznać do czegokolwiek związanego z jej życiem. Wciąż jeszcze tkwiła w przekonaniu, że ta prawda może go odstraszyć. Huck z pewnością dostrzegł jej nagłe zakłopotanie, więc szybko zmienił temat.
- To jedyne miejsce w całym Nowym Jorku, w którym podają prawdziwą angielską herbatę – wyrecytował uśmiechając się szeroko. Najpiękniejszy uśmiech, jaki kiedykolwiek widziała, i który od razu odwzajemniła. Tym razem jej wzrok szybko przeniósł się na kartki z wypisanymi napojami. Miał rację, podawali tu tylko i wyłącznie herbatę, i wcale jej to nie przeszkadzało. Cudownie miła odmiana od tego, w jaki sposób spędzała większość wieczorów. Z zaskakującym zaciekawieniem zaczęła przeglądać wszystkie nazwy i opisy naparów, jakie tu proponowali. Lukrecja, tymianek, cynamon, anyżek, imbir…
- Wybieraj, Łabądku. Dziś masz szczęścia, bo stawiam wszystko, na co masz ochotę.
Lukrecja, cynamon…
- Lucy.
- Słucham?
- Mam na imię Lucy.
- No proszę! Robimy postępy! – znów roześmiał się głośno.

Panowała wspaniała atmosfera. Znów śmiali się i żartowali, jak za każdym razem, gdy się widzieli. Jones miał niezwykły dar poprawiania jej nastroju i sprawiał, że zapominała w swoich kłopotach.
- Kiedyś zabiorę cię do Anglii – obiecał i niespodziewanie chwycił jej dłoń spoczywającą na blacie stolika. Zapatrzyli się na siebie przez dłuższą chwilę i tkwili tak w całkowitej ciszy. W tym momencie zdała sobie nagle sprawę z tego, że chyba o tym właśnie marzyła od kiedy tylko pamięta. O jakiejś szalonej ucieczce i przygodzie życia, z dala od tego ponurego miasta i ludzi, którzy otaczali ją na co dzień. Pragnęła znaleźć się gdzieś, gdzie nikt jej nie zna. Z Huckelberrym Jonesem u boku.
Uśmiechnęła się i wstała. Robiło się późno, a obiecała, że wróci do domu na kolację.
- Muszę już iść – westchnęła w końcu – Dziękuję za miły wieczór.
- Zostań jeszcze – zaoponował – Rano odprowadzę cię do domu, słowo skauta.
- Rano, tak? – posłała mu znaczące spojrzenie i uśmiechnęła się – Nie mogę, muszę wracać.
- Nie możesz, czy nie chcesz?
- Chcę, ale nie mogę. Przecież wiesz. – zapewniła go.
Chłopak podniósł się z krzesła, zrobił krok do przodu i pocałował ją na pożegnanie. Przez krótką chwilę stali tak w uścisku, wpatrując się w siebie.
- Moja propozycja ucieczki wciąż jest aktualna – szepnął.
- Wiem – westchnęła smutno – Daj mi jeszcze chwilę, hm? Muszę… muszę z kimś porozmawiać.
Po tych słowach minęła go i wyszła z kawiarnianego ogródka.
- Zaczekaj, odprowadzę cię!
- Spieszę się i sama dojdę o wiele szybciej! – rzuciła odwracając się do niego jeszcze na chwilę i roześmiała głośno, po czym szybkim krokiem ruszyła przed siebie.
Huckelberry westchnął tylko i oparł się ramieniem o latarnie obserwując dziewczynę, dopóki nie zniknęła za rogiem.
- Zadzwonię jutro. Lucy.
- Nie podoba mi się to – skwitował lekarz prowadzący, krzyżując ręce na piersiach.
- Rozprawa zakończy się jutro, oczywiście po mojej myśli – odrzekł burmistrz – Jest tajna, jak zażądałem, więc nic nie przedostanie się do mediów. Prawda, Paul?
Przeniósł znaczący wzrok na doktora, wyraźnie sugerując, by milczał w tej sprawie. Mężczyzna tylko westchnął głęboko.
- Woglinda nie jest w stanie się nią zająć, podpisała wszystko, co jej podsunąłem – ciągnął dalej - Dostała mieszkanie na drugim krańcu Stanów Zjednoczonych i sowite wynagrodzenie.
- A co jej powiesz? – Paul wskazał gestem głowy na dziewczynę leżącą w sali szpitalnej.
- To, co wczoraj ustaliłem na prywatnym spotkaniu z prokuratorem i sędzią. Wszystko już załatwione i udokumentowane.
Burmistrz zastanawiał się nad czymś intensywnie prze chwilę, po czym opuścił pomieszczenie. Kilka kroków dalej zatrzymał się przed drzwiami do sali, zapukał i ostrożnie wśliznął do środka. Na łóżku leżała młoda dziewczyna. Od razu przeniosła przerażone spojrzenie na mężczyznę, którego widziała po raz pierwszy w życiu. Ten posłał jej łagodny, delikatny uśmiech i wolnym krokiem podszedł bliżej, zajmując miejsce na krześle tuż przy posłaniu.
Obejrzał ją dokładnie. Nastoletnia dziewczyna z przeraźliwie bladą cerą. Jej głowa wciąż owinięta była bandażem i chwiała się na boki, jakby szyja nie mogła znieść takiego ciężaru. Widział fragmenty opatrunków, które zakrywały gojące się rany pleców i łopatki. Widział kroplówkę, której przewód podłączony był do zgięcia jej łokcia, pełnego małych ranek i siniaków po igłach. Puste spojrzenie i drżące, blade wargi – ciężko było mu znieść tak okropny widok. Miała jej oczy. Piękne, błękitne oczy swojej matki, które sprawiły, że jego serce znów drgnęło tak jak kiedyś, kilkanaście lat temu. Westchnął ciężko, a ona tylko spoglądała na niego pytająco.
Nic nie pamiętała, tak twierdził lekarz.
- Nazywam się Oberon Alder – zaczął powoli upewniając się, że docierało do niej każde słowo – Możesz… możesz mnie nie pamiętać. Jestem burmistrzem Nowego Jorku.
Chyba zrozumiała, bo kiwnęła delikatnie głową, jakby na powitanie.
- Wiesz, gdzie jesteś?
- W szpitalu – szepnęła.
- Z pewnością wiesz też, że ostatnio coś się wydarzyło. Czy ktoś już z tobą o tym rozmawiał?
Odpowiedziała przecząco kręcąc głową. Mężczyzna znów się uśmiechnął starając się, by rozmowa wypadła jak najlepiej, najcieplej.
- Czy pamiętasz cokolwiek z ostatnich wydarzeń?
Znów zaprzeczyła.
- Czy pamiętasz… cokolwiek?
Tym razem nie zareagowała na pytanie. Jej puste spojrzenie spoczęło gdzieś na kocu, które okrywało jej nogi.
- Posłuchaj. Wiem, że to będzie dla ciebie bardzo trudne, ale musisz znać prawdę.
Prawdę. To słowo przeszło przez jego gardło bez żadnego problemu.
- Kilka tygodni temu, jechałaś z rodzicami na wycieczkę i wydarzył się wpadek. Ciężarówka zepchnęła wasz samochód do rzeki. Tylko tobie udało się przeżyć. Dość długo przebywałaś pod wodą, doznałaś urazu głowy i możesz nic nie pamiętać.
Dziewczyna powoli analizowała każdą informację, widział to w jej oczach. Próbowała sobie cokolwiek przypomnieć, ale to było niemożliwe. Widział przerażenie i rozpacz. Widział też coś, czego nie potrafił w tej chwili nazwać. Widział to już w oczach jej matki. Bezsilność?
- Posłuchaj. Przyjaźniłem się z twoimi rodzicami, znam cię od dziecka. Poprosili mnie kiedyś, bym zaopiekował się tobą, gdyby im stało się coś złego. Zamieszkasz w moim domu, z moja rodziną i powoli dojdziesz do siebie. Mam cudowną żonę, Tytanię; mam córkę i syna, tylko trochę starszych od ciebie…
Domyślił się, że to było zbyt wiele informacji, jak na pierwsze spotkanie. Dojrzał łzy w jej podkrążonych oczach, więc zamilkł na moment i ostrożnie ścisnął jej zimną dłoń.
Nowe dokumenty tożsamości, fałszywa wspomnienia. To wszystko jest dla jej dobra, wciąż powtarzał w myślach. Jakie życie czekałoby ją z matką prostytutką w najgorszej dzielnicy miasta? Jak wiele musiałaby wycierpieć biorąc udział w długiej, męczącej, ciągnącej się miesiącami rozprawie o odebranie Woglindzie praw rodzicielskich? Czy chciałaby po dobroci zamieszkać z nim i jego rodziną, gdyby wiedziała o wszystkim? Nie musi wiedzieć, że jest jej biologicznym ojcem, a opinia publiczna niech sądzi, że adoptował sierotę z dobroci serca. To wszystko.
Tak było najlepiej. Dla wszystkich.
- Jak się nazywam? – spytała cicho po chwili całkowitej ciszy.
- Lora. Lora Ley.
Egzaminy rozpoczęły się równo o dziewiątej rano. Wszyscy studenci z drżącymi ze strachu dłońmi zajmowali miejsca w wyznaczonych salach, poświęcając ostatnie chwile na opanowanie nerwów i wesołe szepty, życząc sobie wzajemnie powodzenia. Na uczelni panowała niesamowita cisza i atmosfera godna tak wielkiego wydarzenia. Wykładowcy przemykali korytarzami, zaglądając przez okienka do pomieszczeń i upewniając się, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Lora powinna właśnie stawiać pierwsze słowa na kartach egzaminu.
Ale nie było jej tam. Założyła odświętny strój, uczesała włosy, ukryła pod makijażem podkrążone oczy i wyszła z domu. Nie dotarła na uczelnię. Spędziła cały ranek w Central Parku, wałęsając się bez celu po uliczkach. Z pewnością zaprzepaściła tym samym szansę na dostatnie życie i stanowisko w Ratuszu, które szykował jej Oberon. Głupia dziewucha, która nie potrafiła docenić tego skarbu, którym podobno jest wiedza. Nie zdobędzie tych wszystkich tytułów, które oferowała jej jedna z najlepszych uczelni w kraju i znów narazi się na piorunujące spojrzenie i reprymendę Aldera, który będzie musiał wszystko odkręcić, zażądać dodatkowego terminu egzaminu specjalnie dla niej. Nie chciała takiego życia. Właściwie nie wiedziała, czego chciała. Wszyscy wokół powtarzali, że całe życie przed nią, że przeszłość nie może wpływać na przyszłość, nie w jej przypadku. Tymczasem wciąż tkwiła w jakimś międzyświecie, nie potrafiąc zdecydować się na krok w jakąkolwiek stronę i ta myśl przerażała ją coraz bardziej, z każdym kolejnym dniem.
Spacer zaczął ją męczyć. Przemierzanie tych samych alejek, mijanie tych samych staruszek na ławkach. Sama nie wiedziała, ile czasu spędziła w parku, nie przywykła do noszenia zegarka. W końcu postanowiła wrócić do domu i stanąć twarzą w twarz z Oberonem i Tytanią. Przyzna się, wysłucha jego pretensji i jej pocieszenia. Pewnie nic nie odpowie, pójdzie do pokoju i znów usiądzie nad książkami. Znów nie przeczyta ani słowa. Spędzi kilka dni w swojej wieży z kamienia, pewnie wymknie się w nocy do któregoś z klubów, może odważy się wypłakać Huckowi. Tak, znów się z nim spotka, był teraz jedynym jasnym punktem, jej jedyną dobrą myślą. Tylko on potrafił przywołać uśmiech na jej twarzy, przy nim zapominała o całej reszcie. A skoro wyjeżdżał, ona pojedzie z nim - teraz była już tego pewna. Rozmówi się z Oberonem, przeprosi, podziękuje za wszystko, pożegna, spakuje i odejdzie. Zacznie od nowa.

Wśliznęła się do willi. Wiedziała, że Oberon i Tytania będą czekać na jej powrót, choć z pewnością nie spodziewają się jej aż tak wcześnie. Lora zerknęła na zegar stający w rogu korytarza i wzięła głęboki wdech. Nie było na co czekać, już postanowiła. Rozplanowała całą rozmowę, ułożyła ją w głowie co do słowa w drodze do domu. Tak, to była jedyna decyzja, której była pewna.
Kuchnia okazała się pusta, podobnie jak mały salonik tuż obok niej. Rozejrzała się po hallu i ruszyła w stronę schodów na piętro; zaczeka na nich w swoim pokoju. Minęła przymknięte drzwi do kolejnego salonu i pokonała kilka stopni, gdy dobiegły ją odgłosy cichej rozmowy. Przystanęła. Była pewna, że słyszała Oberona, po chwili również Tytanię i kogoś jeszcze, nie potrafiła jednak rozpoznać wypowiadanych słów. Cofnęła się o jeden stopień w dół i przystanęła przy niedomkniętych drzwiach.
- Jak to o niczym nie wie? – warknął męski głos, którego nie znała. Z pewnością należał do kogoś młodego, jednak z tej perspektywy nie dostrzegała postaci stojących w pokoju.
- Wie to, co powinna…
- Czyli nic! – uniósł się – Coś ty zrobił, tato?!
Tato. Lora otworzyła szerzej oczy. Czy to mógł być Hagen? Wrócił do Nowego Jorku? Podeszła jeszcze bliżej drzwi i oparła się o ścianę.
- Nie miałem pojęcia, że zrobi sobie krzywdę po tym, jak powiedziałem jej o moim wyjeździe do Afganistanu – ciągnął chłopak – Gdy do mnie zadzwoniłeś i opowiedziałeś o tym… Przecież wiesz, że nie miałem o tym pojęcia, nie wiedziałem, że jest moją siostrą. Gdybym wiedział… Ale do jasnej cholery, dlaczego ona o niczym nie wie?!
- Kochanie, uspokój się – Lora usłyszała kojący głos Tytanii.
- Mamo, jak mogłaś przystać na tak obrzydliwy pomysł? Przecież pisałem do niej listy, co się z nimi stało?
- Przechwyciłem wszystkie – odparł beznamiętnie Oberon – Hagen, zrozum, to dla waszego dobra. Zakochałeś się we własnej siostrze, nie mając o tym pojęcia. Rozstałeś się z nią, bo wysłali cię na misję. Ona chciała się zabić… Skoczyła z mostu brooklyńskiego. Gdy ją odratowali, niczego nie pamiętała. To była nasza szansa, rozumiesz? Nasza i jej. Sadzisz, że gdyby wszystko potoczyło się inaczej, sprawa nie dotarłaby do mediów? Całe miasto huczałoby od plotek na temat nieślubnej córki burmistrza i prostytutki, która w dodatku chciała popełnić samobójstwo, bo zostawił ją jej własny brat…
- A więc o to chodziło! – parsknął gorzko chłopak – O twoją reputację!
- Przestań, nie o to. Gdy już o wszystkim wiedziałem od jej matki, nie mogłem jej tak zostawić, nie mogłem jej narazić na te wszystkie nieprzyjemności.
– Ale przysięgałeś, że ona też o wszystkim się dowie, że wytłumaczysz jej, co zaszło. Miała tu zamieszkać i żyć spokojnie jako twoja córka. A ty wmówiłeś jej jakąś bajeczkę o wypadku rodziców? Ojcze, jak mogłeś?!
- Jak mogłem? Sądzisz, że lepiej żyłoby jej się z matką, prostytutką? Że lepiej, gdyby żyła z tym całym piętnem? – Oberon zamilkł na moment, po czym kontynuował już dużo spokojniej – Dostała nowe dokumenty tożsamości na nazwisko „Lora Ley”. Wspólnie ustaliliśmy, co jej powiedzieć i tak ma zostać. Nawet nie waż się wspominać jej o czymkolwiek.
- Nie… Nie wierzę, że to mówisz…
- Jej matkę znaleziono wczoraj martwą – dodał szybko burmistrz – Alkohol w końcu ją zabił. Jak sądzisz, co działoby się z moją córką, gdyby wciąż mieszała z nią? Gdyby wiedziała o jej istnieniu? Tutaj, żyjąc w tej słodkiej niewiedzy jest szczęśliwa. Dzisiaj z pewnością zda egzaminy, otrzyma dyplom, a potem pracę w moim biurze. Jej życie będzie idealne…
Lora wolno osunęła się po ścianie siadając na stopniu. Nie słyszała już dalszych słów, które padały z ust rozmówców. W jej głowie zapanował całkowity chaos, a wszystko to, w co do tej pory wierzyła, legło w gruzach. Świat przez moment tańczył jej przed oczyma. Kim więc była? Córką burmistrza i dziwki. Gówniarą, która zakochała się we własnym bracie. Samobójczynią. Wariatką. Kimś, kogo pozbawiono przeszłości, kimś, kto żył cudzymi wspomnieniami. Całe jej życie było kłamstwem...
Podniosła się i biegiem ruszyła w górę, po schodach. Może trochę za głośno, może ją usłyszeli. Nie dbała o to. Nienawidziła ich w tym momencie i wolała już nigdy nie zobaczyć. Odejść, zapomnieć, zrobić cokolwiek, by zagłuszyć to, co teraz chodziło jej po głowie. Wpadła do swojego pokoju, trzasnęła drzwiami, przekręciła kluczyk. I dopiero teraz pozwoliła sobie na łzy. Ogarnęła ją rozpacz, całkowita, obezwładniająca rozpacz. I bezsilność, tak dobrze jej znana. Wyciągnęła spod łóżka płócienną torbę i pchnęła ją pod szafę. Wsadziła do środka jeszcze kilka rzeczy i drżącymi dłońmi zapięła zamek.
Zostały dwie rzeczy.
Pierwsza, sms. Do Huckelberry’ego. Krótki, mówiący wszystko.
Druga, list. Chwyciła kartkę papieru i długopis - zrobi to tak, jak Lirazel. Nakreśliła szybko kilka zdań, bardzo nierównych, wychodzących poza linijki, ale trudno. Napisała, że odchodzi, że zakochała się w chłopaku, z którym ucieknie i nie chce, by jej szukali, bo teraz już będzie szczęśliwa. Że dziękuje im za wszystko i nienawidzi za kłamstwa.
Zostawiła go na szafce tuż przy kominku, chwyciła torbę i wskoczyła na parapet okna. W pośpiechu zsunęła się po dachówkach.

Hagen wybiegł z salonu, za nim Oberon i Tytania. Wyraźnie słyszeli kroki, a właściwie bieg. Czyżby Lora wróciła wcześniej? Czyżby słyszała ich rozmowę?
- Lora! – krzyknął chłopak, a jego głos odbił się echem po wszystkich, pustych piętrach willi. Odpowiedziała całkowita cisza. Ruszyli na górę, wprost do jej pokoju. Jak mogli być tak nieodpowiedzialni i rozmawiać o całej sprawie zbyt głośnio, nierozsądnie. Przecież mogła wrócić w każdej chwili, mogła wszystko usłyszeć. Musiała to słyszeć!
- Lora! – krzyknął raz jeszcze i jako pierwszy dopadł drzwi jej pokoju. Pchnął je, napotykając na opór.
- Otwórz drzwi dziewczyno! – rozkazał Oberon – Proszę, musimy porozmawiać!
Cisza. Przerażająca cisza, która prawdziwie ich zaniepokoiła. Hagen jeszcze raz nacisnął na klamkę, drugi, trzeci. W końcu naparł na drzwi ramieniem, aż zamek ustąpił.
Powitała ich pustka i pokój, w którym panował bałagan. Zobaczyli ubrania piętrzące się na rozścielonym łóżku. Zobaczyli rozrzucone, stare winylowe płyty wykonawców, o których nigdy nie słyszeli. Zobaczyli plakaty filmów, o których nigdy nie opowiadała. Zobaczyli dziesiątki zdjęć z klubów, barów i nocnych imprez powieszone na ścianie przy łóżku. Zobaczyli rozbite lustro, którego kawałki spoczywały na drewnianej podłodze. Chaos. Mały świat dziewczyny, której w ogóle nie znali.
I ledwo tlący się kominek. Nie dostrzegli nawet, że wraz z ich wtargnięciem, nieduży świstek papieru zawirował na wietrze i wpadł wprost do ognia.

* * *

- Nie przyjdzie – po raz kolejny powtórzył Smee i westchnął ciężko widząc, z jakim zaangażowaniem Jones wpatruje się bramę wejściową na stację. Huck wiedział jednak, że ona przyjdzie. Był pewien, obiecała mu to. Błękitnooka dziewczyna skrywająca tajemnice, które pragnął odkryć. Nieważne, kim była i z jakiego powodu wciąż milczała, gdy dopytywał o jej życie. Jeśli miała kłopoty, on pragnął je rozwiązać. Jeśli ktoś ją dręczył, on się z nim rozprawi. I będą razem, gdzieś daleko stąd. Może to brzmiało zbyt pięknie, zbyt baśniowo. Może taka miłość wcale nie istnieje. Miłość? Czy mógł to w ogóle tak nazwać? Znali się tak krótko, a Nowy Jork był dla niego zaledwie przystankiem, jakich miał na swojej drodze już dziesiątki. I równie wiele dziewcząt, na które trafiał w każdym z tych portów. Dlaczego Lucy miała być szczególna, czym się od nich różniła? Nie potrafił odpowiedzieć sobie na to pytanie i może w tym właśnie tkwiła cała magia? Spotykasz kogoś i już wiesz wszystko, nie wiedząc nic. Dokładnie tak, jak w bajkach.
Wtedy ją zobaczyli. Szła wolnym krokiem, targając na ramieniu widocznie ciężką torbę. Miała na sobie czarną spódniczkę i białą, odświętną bluzkę, co wydało się Huckowi dość zaskakujące. Uśmiechnął się szeroko i ruszył pędem w jej kierunku. Lora dopiero wtedy podniosła wzrok. Na jego widok upuściła swój bagaż, który zsunął się z jej ramienia wprost na ziemię. Chłopak chwycił ją i przytulił do siebie, najmocniej jak tylko zdołał. Puścił po chwili tylko po to, by przyjrzeć jej się dokładnie. A wiec tak miało wyglądać jego szczęście: rozczochrane jasne włosy, podkrążone zapłakane oczy, drżący ze smutku podbródek. Wystraszył się nagle, że stało się coś złego, jednak jej uśmiech uspokoił go i mógł ucałować ją czule w usta.
- Chłopcy skombinowali fałszywe dokumenty – szepnął i podał jej nieduży plik papierków. Dziewczyna zmarszczyła brwi i przyjrzała się im z zaciekawieniem.
- „Lucy Crale”. Może być? – dodał z uśmiechem. Lora kiwnęła głową i znów się rozpłakała. Tym razem chyba ze szczęścia, choć sama nie była tego jeszcze pewna. Zbyt wiele się wydarzyło i zbyt wiele emocji rozpierało jej głowę. To było jakieś chore życie, jakiś dziwaczny sen, w którym tkwiła przez całe dwa lata. W domu pełnym obcych jej osób, które wykreowały sobie idealną córkę, stworzyły własnego potwora, w którego tchnęły życie. Życie, które właśnie się zakończyło. Bo w tym momencie umarła Lora Ley, ustępując miejsca Lucy Crale.
Tak. To były łzy szczęścia.
Huck sięgnął po jej torbę, a drugą dłoń zacisną na jej dłoni.
- Dokąd najpierw, królewno?
- Gdziekolwiek – odpowiedziała, wycierając ciepłe łzy z nosa.
Byle daleko stąd. Zanim rozpadnę się na kawałki.

Cholera, zdaje mi się, że właśnie zrobiłam z Lucy kompletną wariatkę. Zdarza się xD
Chyba lubimy samobójców. Ba! Samobójcy lubią samobójców, więc obowiązkowa dedykacja dla Zuzajs, bo Hakuś zdecydowanie uratował sytuację <3 Love you so much! :*
Dziękuję również Annabel za sporo zaufania i pozwolenie na wykorzystanie postaci Oberona, który odegrał tu bardzo ważną rolę. Pozdrowienia dla Skipper, bo Hagen też nieco namącił oraz dla xoxo., bo zdołałam znaleźć jeszcze kawałeczek miejsca dla Nadine :D I mała niespodzianka dla Leśnego Licha, dla której zrobiłam z Woglindy zdzirę xD
Btw. mamusia do przejęcia!
Historia Lucy (i innych postaci) nieco zmieniona na potrzeby notki. W razie chęci porównania z oryginałem, zapraszam do karty i historii Lucy ;)
U góry cudowne „Never let me go” i cytat Virginii Woolf – pisarki, która popełniła samobójstwo rzucając się do rzeki z kieszeniami wypchanymi kamieniami.

4 komentarze:

  1. [ Popłakałam się <3 Naprawdę. A jak mnie wystraszyłaś wstępem! Jakie to było okropne i straszne >,< Samobójcy kochają samobójców <3 Dziękuje za dedykację. Jak dobrze, że Huck uratował sytuację. Chwała mu za to! Chłopie, jednak dobrze, że jesteś XD
    Kocham tę historię. Naprawdę po mistrzowsku honey. Studentka Lucy taka genialna. Znaczy Lora, ale o tym my piraci nie wiemy XD Oberon jak zawsze oberonowaty. Ale rzeczywiscie sporo go było. Głupek, tak zaniedbać naszego Łabądka. No i właśnie! "Pirates&Swans"! Yay! Jak nie to ucieszyło.
    Kurczę nie potrafię powiedzieć nic sensownego, bo się zachwycam i wzruszam na nowo. Kocham cię kundelku <3 Naprawdę :*
    Nawet Smee się w tym wszystkim znalazł :> Tylko się cieszyć. W każdym razie wszyscy dookoła mojej kochanej Lucy są mega be! Źli ludzie. Choć uciekajmy od nich na koniec świata, bo tylko gorzej będzie ;)
    Mam ogromną ochotę wyściskać cię za to dzieło <3333333 Także big hug dla ciebie! <3333
    No i zwyczajowo tony miłości. Ja chcę więcej! ]

    na zawsze twój, Szekspir

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jej, dziękuję ci bardzo, my love, nawet nie wiesz, jak się cieszę, że ci się podoba <3
      Nie będę się rozpisywać, bo już wszystko skomentowałyśmy sobie na GG, ale jestem mega szczęśliwa :D Starałam się upchnąć jak najwięcej nawiązań, więc oczywiście "Pirates&Swans", Lora Ley jako Lorelei, łabędź (tym razem jako blizna), wymyślenie imienia 'Lucy' (jako skład herbaty, sama zadziwiłam się własnym geniuszem xD) i wiedza jako skarb Oberona :) Smee obowiązkowo! Zabrakło mi tylko Jolly Rogera, ale już nie wiedziałam, gdzie go wcisnąć xD W sumie mogłam dodać jako nazwę auta/pociągu! Eh.
      Hahaha, wszyscy bardzo źli, ale działali (podobno) w dobrej wierze, więc niech już im tam będzie. Najważniejsze, że pojawił się taki Hakuś <3
      Buziaki :*

      twój Łabądek

      Usuń
  2. [Przeczytałam ;)
    Zanim zacznę się zachwycać - wkradło Ci się kilka literówek, ale że minęło trochę czasu od przeczytania do pisania tego komentarza, nie wskażę Ci jakie. Ale kilka jest. Na pewno gdzieś było zły zamiast łzy ;)
    A teraz zachwyty :3
    Jeeej, notka! Jej, Naduśka, jej tęcza i wszystko! Super! Biedna, biedna skrzywdzona Lusia, ale na szczęście ma swoje szczęśliwe zakończenie, jak dobrze! Oberon taki zaborczy, jej matka taka... puszczalska?, ale wyjątkowo mi to pasuje. I Hagen taki kazirodczy :D Wiesz czego mi brakowało? Dramy na koniec. I czytając, zwłaszcza po wstępie z Nadine przyjaciółką, czekałam na jedną konkretną dramę. Na Lusię, która zdradza swego Haka z chłopakiem (bratem Haka of kors) Nadine. Dlaczego tej dramy nie było, dlaczego? To byłoby EPICKIE!
    Ale jest ślicznie, pomimo braku dramy, i może lepiej. Niech przynajmniej w alternatywnej rzeczywistości Lucy ma swoje szczęśliwe Happily Ever After <3]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha, za każdym razem, jak czytałam na nowo jakiś fragment, znajdowałam kolejne literówki, więc pewnie zostało tak ich jeszcze kilka :D Dodatkowo, mój Word ma manię automatycznej zmiany słów, gdy tylko napiszę coś z błędem, więc i takie gafy z pewnością są :D
      Nadine zdołałam dorzucić przed samą publikacją, bo większość notki powstało już dawno, gdy jeszcze nie było planów jej powrotu na bloga :D Ale ważne, że się pojawiła <3 Oberon jak zawsze, cudowny tatuś xD A Woglinda to prezencik dla Tytanii <3
      Cała notka to jedna wielka depresyjna drama, więc zakończenie koniecznie musiało być szczęśliwe :D A to, co działo się potem to już temat na kolejną :)
      Dzięki wielkie za wszystkie miłe słowa :*

      Usuń

Szablon wykonany przez drama queen. Obsługiwane przez usługę Blogger.