środa, 10 maja 2017

You’ve been locked in here forever & you just can’t say goodbye

Ocze­kiwa­liśmy światła, a oto ciem­ność; jas­nych pro­mieni, a kroczy­my w mro­kach. Jak niewi­domi ma­camy ścianę i jak­by bez oczu idziemy po omac­ku. Potyka­my się w sa­mo połud­nie jak w no­cy, w pełni sił jes­teśmy jak­by umarli.  —————   A. Sapkowski

Dla lepszych wrażeń, zalecane jest włączenie tej piosenki!

Ból – cóż za ogólnikowe słowo. Jak klamra zamyka w sobie więcej sprecyzowanych określeń, nazw, uczuć. A jednak każdy z nas słysząc te trzy głoski, czuje jak napięcie w jego klatce piersiowej rośnie, jak oddech przyspiesza, kierując ciemny wzrok w podłogę. Strata wydaje się być najgorsza. Bo czym jest umieranie? Chwilą. Chwilą rozmyślań, chwilą krótką, chwilą dzięki której zdajesz sobie sprawę, że odchodzisz. Drzwi się zamykają, zostawiając cię wokół ciemności. Znikają. Nie ma powrotu. Już się nie otworzą. Nie znajdziesz klucza pasującego do tej dziurki, nie znajdziesz klamki w tak ciemnym pomieszczeniu. Odchodzisz. Ale to nie jest najgorsze. Strata, to właśnie ona sprawia, że tak bardzo obawiamy się śmierci. Niektórzy boją się utraty majątku, inni wszystkich swoich życiowych osiągnięć. Ale jeszcze inni boją się utraty kogoś bliskiego. Wtedy kiedy zdają sobie sprawę z tego, że już nigdy nie ujrzą tych uśmiechniętych oczu, słodkich ust – dopiero wtedy śmierć boli. Jak wiatr, który spycha nas z góry, na którą wspinaliśmy się tyle długich lat. Życie nie zna pojęcia odpoczynku. Kiedy dotrzesz na sam szczyt, nie przystajesz. Nie podziwiasz czerni lasów, gór wspinających się ponad wyżyny chmur. Niewidzialne ręce, zimny powiew w jednej chwili spycha cię z brunatnej krawędzi pagórka. Spadasz. Długo. Obijasz się o skały. Boli? Boli. Bolało. Zawsze będzie boleć.
Ciemności nigdy nie były jej obce. Lubiła owijającą ją czerń, gwiazdy które jako jedyne rozświetlały ciemne zaułki świata, księżyc poświatą przenikający przez zielone liście drzew, odbijający się od srebrzystych powierzchni stawów. Wiatr prowadził się wolnym krokiem przez złociste połacie pól i łąk, pukał do drzwi chat, miotał suchą strzechą jakby chciał urwać pobliskim domom dachy, dostać się do środka. Wyjące w oddali wilki kryły się w grubych, długich trawach, Nocnice powoli wkradały się przez drzwi poszukując pożywienia. Wtedy noc naprawdę była sobą. Czysta, w całej swojej okazałości. Królowa tych dwunastu ciemnych godzin, kompletnie przykrytych czarną pierzyną. 
Tutaj noc nie znaczyła nic. Nie była już wielbioną przez wielu boginią, nadziemską istotą niosącą za sobą nowe życie i czas do długiego odpoczynku. W wielkich metropoliach nowego świata była brudna, skażona. Lampy oświetlające ulice ukrywały przyklejone do czarnego firmamentu gwiazdy, neony odbijające się w sklepowych witrynach rozświetlały ciemne uliczki, światła w domach i samochodach dawały ludziom poczucie bezpieczeństwa oraz ciepła. Ale ona wciąż wolała ciemności. To wyobrażenie o cichej, spokojnej nocy – nie zmiażdżonej przez hałas rozmów i mechanizmów. W tym mieście nie mogła znaleźć dla siebie miejsca. Na tyle bezgłośnego, aby chciała spędzić w nim kolejną bezsenną noc, wieczór pełen wspomnień i przemyśleń. Czasem zastanawiała się jak tutaj wyglądała ich święta Pogoda. Czy wciąż majestatyczna unosiła się nad chmurami obserwując i sprawiając pieczę nad rozwijającą się pogodą, czy teraz czarna od dochodzącego do nieba palonego węgla, z suchymi liśćmi wplątanymi we włosy ledwo utrzymywała się w powietrzu, powoli gnijąc i umierając w swoim zniszczonym przez ludzi królestwie. Jeśli w ogóle istniała w tak obcym im świecie. 
Siedziała na czarnym, zimnym betonie z boku pustego już parkingu, powoli popijając gorącą, trzymaną w ręku kawę. Plecy oparła o czerwoną ścianę, wciąż czując jak jej kręgosłup obija się o twarde cegły. Namalowane nad jej głową dzieło Walkera przedstawiające mężczyznę piszącego na ścianie I love NY, kompletnie nie miało się do tego jak teraz się czuła. Nie lubiła tego miejsca, ludzi zatłaczających ulice dwadzieścia cztery godziny na dobę, klaksonów wciąż rozpraszających się po najbliższych ulicach. Chociaż Fabletown okazało się dla niej bardziej łaskawe, niż jej stary dom wciąż nie mogła przyzwyczaić się do panującego tu ruchu i hałasu. Była zagubiona – taki już był jej los i przeznaczenie. Aby w kółko i w kółko, czuć się innym. 
Gorący napój parzył zmarznięte opuszki palców. Wtuliła twarz w czerwony szal, czując jak blady nos powoli zmienia swój kolor na czerwony, jak zęby odbijają się od siebie nie mogąc zatrzymać zimnej szczęki. Mogła przecież wstać. Wrócić do domu, tych pustych i samotnych czterech ścian. Położyć zmęczoną całym dniem głowę na poduszce, białą kołdrę podciągnąć pod łokcie i wtulić się w czarnego kota, który pewnie ułożyłby się zaraz obok niej. Nie dałaby rady spać. Nie z tysiącami myśli, które wieczorami uciekały z własnych szufladek, ścigały się po jej umyśle kłócąc się która pierwsza zakłóci jej spokojny wypoczynek. Czasem jednak potrafiła zamknąć oczy, ale nie na długo. Krwawe obrazy, krzyki roznoszące się po jej uszach budziły ją w środku nocy, nie dając jej już żadnego snu. 
Zawsze chodziło tylko o niego. Wszystkie jej wspomnienia, sny – codziennie go widywała. Chociaż był martwy, leżał kilka metrów pod ziemią cząstka jego duszy wciąż żyła na dnie jej poranionego serca. Czasem ją ranił, w kółko, od samego początku. Czuła ten palący ból w udach, sznur zaciskający się na szyi. Błagała go aby przestał, aby tego nie robił. A on tylko powtarzał jej, że nie ma wyboru. Że tak już musi być. 
Ale kiedy indziej… Kiedy indziej znów siedziała razem z nim na brzegu czystego, niebieskiego stawu. Trzymała chudą, kościstą dłoń, wsłuchiwała się w szybkie bicie serca. Uwielbiała ciepło jego piersi, jak głaskał jej kruczoczarne włosy, szeptał do ucha jak bardzo ją kocha. Wtedy czuła się wyjątkowa. Nie była już dziwakiem, za którego wszyscy ją uważali. W jego oczach też był inna… Inna w ten piękny, lepszy sposób, gdzie inność wydaje się wręcz pozytywną cechą, szukaną przez tak wielu. Nie była tylko kolejnym szarym robakiem, chodzącym za poleceniami sobie starszych, w obawie że któryś z bogów zrzuci na nią karę. Ona była kolorowa, jasna, rozpromieniona. Z każdą kolejną chwilą i jego kolorowała, przekazując mu to ciepło które w sobie nosiła. Wrażliwość i miłość.
Dopiero kiedy miała przed oczami jego obraz, usta wykrzywiające się w uśmiech, toczyła w sobie największą walkę. Kiedyś go kochała, potem nienawidziła. Ale teraz? Teraz nie potrafiła powiedzieć co czuje. Emocje niczym psy spuszczone ze smyczy gryzły się nawzajem, zdrapując jeden z drugiego sierść i skórę. Nienawidziła go za to co jej zrobił. Za to że zgasił w niej ten promyk nadziei, że zniszczył najpiękniejsze chwile w jej życiu. Całe szczęście, które z nim spędziła upadło. Ściana, którą budowała za każdym razem gdy przy nim była runęła w chwili, gdy ciągnął ją za włosy w stronę drewnianej studni. Cieszyła się kiedy wreszcie go znalazła. Zdruzgotanego w kącie własnej chaty, trzęsącego się z rozpaczy, patrzącego na jej chuderlawe ciało. Czuła tę wypełniającą ją przyjemność kiedy gorąca krew trysnęła na jej twarz, kiedy powoli wykrwawiał się na jej oczach. 
Wciąż powtarzała sobie, że na to zasłużył. Jego śmierć dla innych była tylko aktem zemsty, jednak dla niej miała być wybawieniem. Właśnie wtedy miała poczuć, że wypełniła swoją misję. Zrobiła to co od samego początku miała zrobić – znaleźć swojego zabójcę i odwdzięczyć się mu dokładnie tym samym. Na początku czuła jak cały ciężar schodzi z ciała, jak powoli wspomnienie jego twarzy ucieka z jej umysłu. Jednak kiedy parę dni później, znów ujrzała przed swoimi oczami jego postać nie czuła już tego spokoju. Chwilową pustkę zastąpił smutek i tęsknota. 
Dalej go kochała, nawet po tym co jej zrobił; co ona zrobiła mu. Nie potrafiła o nim zapomnieć. Chociaż tak cholernie tego chciała, aby wreszcie jego twarz stała się obca i zamazana. Ale wciąż wyraźnie go widziała. Jego rozpromienione oczy za każdym razem gdy widział jej uśmiech, bladą twarz tak bardzo wyróżniającą się na tle rażącej trawy, kasztanowe włosy w których chowała twarz kiedy tulił się w jej zimną szyję. 
Pamiętała ciepłe i namiętne pocałunki, którymi obdarowywał ją na pożegnanie. Każdego dnia, kiedy musieli wreszcie się rozstać, dojść do własnych domów, rodziny, schować się w małej, drewnianej chacie. Przykładał zimne dłonie do jej równie zmarzniętych policzków, odgarniał grzywkę z czoła patrząc w te zielone, ciemne oczy. Dopiero czując na swojej skórze jego rozpalone usta, zdawała sobie sprawę z tego że to wszystko jest prawdziwe. Że on naprawdę jest przy niej, że nie jest to kolejny wymysł, sen z którego miała się niedługo wybudzić. On tu był, razem z nią dzielił te wszystkie chwile, tworzyli wspólnie wspomnienia, które miały im zapaść w pamięci do końca czasów. 
Nieliczne czarne, zimne noce udawało im się spędzać razem. Kiedy widział w jej pokoju rozpalone świeczki podchodził pod drobne okno w drewnianej ścianie, poczym przeciskając przez otwór giętkie ciało lądował na podłodze. Czasem rozmawiali przez kolejne parę godzin, aby zasnąć na własnych ramionach. Jednak przeważnie przychodził, kiedy chowając się w rogu łóżka łkała sama do siebie, czując znów ogarniającą ją samotność. Jakby wiedział, że coś jej grozi, jest nieszczęśliwa. Zawsze przychodził jej na ratunek. Za każdym razem kiedy smutek powoli odbierał jej panowanie nad ciałem. Siadał zaraz obok jej skulonej sylwetki, a ona pospiesznie łapała dłońmi za jego jasną koszulę, jakby szukała kotwicy, lądu dzięki któremu ucieknie tej przeklętej burzy. Łzy spływały na jego klatkę piersiową, kiedy przez kolejne parę godzin delikatnie głaskał jej policzki, szeptał do ucha słowa pocieszenia. 
Dopiero teraz poczuła palącą policzki słoną substancję. Zasłoniła dłonią usta, nie chcąc aby jej szloch przypadkiem wydostał się na zewnątrz. Chciała go tutaj. W tej chwili i każdej kolejnej. Chciała aby siedział zaraz obok niej, objął silnym ramieniem dając to ciepło, poczucie bezpieczeństwa. Luba którego znała nie chciałby aby płakała. Widziała jego zmartwiony wzrok, za każdym razem kiedy kolejne łzy tworzyły na jej policzkach wilgotne ścieżki. Teraz znów ułożyłby dłonie na jej szyi, głaszcząc kciukami podbródek. Spojrzałby w te tak dobrze mu znane, smutne oczy. Ucałował czoło, przytulił do piersi tworząc wokół niej barierę odgradzającą ją od wszystkich nieszczęść świata. 
Co by mu powiedziała gdyby miała szansę jeszcze raz go ujrzeć? Chciałaby wyjaśnień. Dlaczego to zrobił, dlaczego zniszczył to wszystko co tak długo wspólnie budowali. Chciałaby się dowiedzieć czy naprawdę ją kochał. Czy czuł do niej to samo co ona czuła do niego, czy może była to tylko część jego planu, udawane i nieprawdziwe emocje. Byłaby wściekła, za to wszystko co jej uczynił, że zmienił ją w to coś, prawdziwego demona za którego wszyscy ją uważali. Na początku nie potrafiłaby mu wybaczyć. Chciałaby aby pozostał martwy, wrócił do własnej trumny i już nigdy z niej nie wychodził. Potem by go jednak przeprosiła. Za zemstę do której doprowadziła, jego krew którą nosiła na rękach. I wreszcie by mu podziękowała, za te wszystkie cudowne chwile dzięki którym jej życie chociaż odrobinę zyskało na wartości. 
Ale nie sądziła, że miałaby jeszcze kiedykolwiek szansę go ujrzeć. Dotknąć gładkiej skóry, poczuć pod opuszkami palców zimną, cienką warstwę jego naczynia. Już nigdy nie miała spojrzeć w jego duże, głębokie oczy, poczuć na twarzy jego rozpalone pocałunki, na swoich ustach jego własne. Już nigdy nie złapie jego szczupłej dłoni, nie schowa twarzy w miękkich włosach, nie usłyszy przy jego piersi szybkie bicie serca. Zabiła go. Jedyną osobę, która wprowadziła do jej życia odrobinę światła. Która coś dla niej znaczyła, była przy niej w najgorszych momentach, broniła przed okropnościami rzucanymi w jej stronę. 
On zawsze dla niej był. Za każdym razem kiedy potrzebowała pomocy, jego obecności. Ale ona nigdy nie zwróciła w jego stronę pomocnej dłoni, zbyt przejęta myślą o swoich własnych nieszczęściach, okropnym losie. Nie potrafiła z nim rozmawiać, kiedy widziała jak podczas ich małego wesela siedział nieobecny w miejscu, wpatrując się w ten jeden punkt na drewnianym stole. Właśnie wtedy się do niej nie uśmiechał, jakby chciał przekazać jej jakąś informację, że jest coś nie tak, że teraz on potrzebuje jej. Nie podała mu dłoni, sznura po którym mógł się wspiąć. I tak znów zniszczyła sama siebie, gdy ciągnął jej ciało do studni, kiedy leciała na samo dno odbijając się od wystających kamieni. 
Los dał jej szansę, drugie życie. Czy chciał zobaczyć jak im wybacza? Czy naprawdę sądził, że przemieniając ją w bezdusznego demona, dziewczyna będzie wstanie wszystko naprawić? Zrobiła to, na swój własny, okrutny sposób. Odbierając życie wszystkim, którzy chociaż raz krzywo na nią spojrzeli. I potem przyszła pora na niego. Jedyną osobę, której ufała. Którą kochała i dalej kocha. 

Przepraszam, Luba…


Sama nie wiem co nagle mnie tak wzięło na napisanie tego badziewia, ale to pewnie przez tę cudowną notkę Burtona, na której się poryczałam. Valerie nieźle kręci ale taka już ta dziewczynka jest, że sama nie wie co myśleć o sobie i innych. Wesołych pisać nie umiem, dlatego takie coś z tego wyszło. W tytule i linku cudowna piosenka Cigarettes After Sex, która towarzyszyła mi przy pisaniu tego... Tego czegoś. Mam nadzieję, że nikomu oczu nie wypaliło i nikt udaru nie dostał. Za wszelkie uszczerbki na zdrowiu serdecznie przepraszamy, ale autorka tego tekstu już taka jakaś toksyczna jest, że zraża wszystkich do siebie. Jeśli ktoś ucierpiał chętnie mu polejemy. Pozdrowienia moi mili!

6 komentarzy:

  1. Całkiem miłe dla oka to błazeństwo ;) Przyjemnie się to czytało, choć może słowo przyjemnie jest tu nieodpowiednie XD W każdym razie szybko i płynnie. początek bardzo poetycki, choć w pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać się o czym ta notka jest, bo ból, bo cierpienie, bo umiłowanie nocy. I co dalej? Dostałam też przepięknie smutną odpowiedź. Ja sama tworzę racze smutne notki, bo tak jakoś... łatwiej. No i poza tym lubię męczyć postacie, ale to już inna bajka. Ty swoją postać niesamowicie umęczyłaś. Zabić kogoś, kogo się kocha... Mocne. Czuję się usatysfakcjonowana tym, co przeczytałam. Bo choć nic się nie dzieje, to dzieje się bardzo wiele. I to jest piękne, ta emocjonalność. Awhhhh! Mam ochotę zakrzyknąć: "dobre". Bo było to dobre. <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Jest pięknie, smutno i emocjonalnie. Wspaniała notka! Czytało się świetnie, zwłaszcza przy zaproponowanej muzyczce. Po lekturze tej notki (i połączeniu tego z jego kreacją wolnej postaci) dochodzę do wniosku, że to wszystkie przez dwie dusze strzygonia - jedna dusza szczerze kochała Val, druga wręcz przeciwnie... Trzymam kciuki by Luba pojawił się na blogu, bo mogłoby być ciekawie.
    Noteczka jest piękna i mam nadzieję, że jeszcze niejedno Twoje dzieło się tu pojawi. :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Przede wszystkim dziękuję za przykrycie moich wypocin. Medal Ci się za to należy. Zwłaszcza za przykrycie TYM. Bo brakło mi słów. Nie mogłam się oderwać, i nawet gdy w połowie skończyła się piosenka (przy której czytało się jeszcze lepiej, idealnie ją dobrałaś) nie przerwałam czytania, żeby odpalić ją od nowa. Cichutko liczę, że Luba jednak kochał Val, bo szkoda by było gdyby był zimnym draniem i tylko udawał. Mam nadzieję, że pojawi się na blogu i jeszcze wszystko się im ułoży.
    No i liczę na kolejne notki, co z tego że wesołych pisać nie umiesz. Smutne od czasu do czasu też są dobre ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo ładne opowiadanie. Smutne i melancholijne, ale nie nudzi brak akcji - wprost przeciwnie. Można poznać historię twojej postaci dokładniej, a także to co ona czuła. Wiem, że zabrzmi to źle ale wierzę że Luba nie do końca miał wybór zabicia Val. Szkoda też, że nie udało im się porozumieć przed tym wszystkim.
    Bardzo ładna notka, mam nadzieję ujrzeć kiedyś taką w weselszym wydaniu Val :)

    OdpowiedzUsuń
  5. To jest piękne! Nie wiem czemu miałoby oczy wypalić, ja się raczej zachwycam. Bardzo romantyczne i z klimatem. :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Oh, nawet nie wiesz, jak żałuję, że dopiero teraz znalazłam chwilę na przeczytanie twojej notki. Jest cudowna! Już kocham twój styl pisania, każde zdanie jest pięknie skonstruowane, tyle tu emocji i smutku.
    Historia Val i Luby jest chyba jedną z najsmutniejszych, jakie widziałam na Fabletown, więc tym bardziej trzymam kciuki za to, by sytuacja choć trochę się poprawiła - aby wpadli na siebie i zaczęli od nowa ;) Byłoby cudownie, prawda?
    Czekam na twoje kolejne notki! Mogą być smutne, byle żeby się pojawiły <3 xD

    OdpowiedzUsuń

Szablon wykonała Night Tear. Źródło: WallPaper. Obsługiwane przez usługę Blogger.