niedziela, 7 maja 2017

Say you won't let go

Było już dramatycznie (śmierć Burtona), trochę śmiesznie (Siggy i Gudrun), więc teraz czas na coś jeszcze innego. Z tego miejsca pozdrawiam moją ukochaną personę, której dedykuję tę notkę, no i dziabągomamę Skipper, bo to specjalnie dla niej będą gwiazdy. :D
W tytule James Arthur, a ja zapraszam do lektury. Jak zawsze jest krótko.
Just say you won't let go...




Światła wielkiego miasta jarzyły się w dole, dźwięki ulicy zakłócały nieco ciszę. Drobne sylwetki ludzi przemykały chodnikami, samochody tłoczyły się w korkach, a ci bardziej niecierpliwi kierowcy poganiali innych klaksonami. Życie ludzi toczyło się w najlepsze, każdy gdzieś zmierzał, musiał lub chciał znaleźć się w konkretnym miejscu: bogaci biznesmeni wracali z pracy do domu, pijani nastolatkowie pędzili do kolejnego klubu, bezdomny mężczyzna szukał schronienia, żeby tylko móc przetrwać kolejną noc, w tanich kawiarniach siedziały singielki, chcąc zagłuszyć pragnienie miłości kolejną nocą z pierwszym lepszym facetem. Wszyscy czegoś poszukiwali. Wszyscy oprócz dwójki ludzi, siedzących na płaskim dachu wieżowca z nogami przewieszonymi przez krawędź i obserwujących z góry gonitwę reszty. 
Terrence spojrzał na siedzącą obok kobietę. Blada cera i srebrzyste włosy idealnie ze sobą współgrały. Była jakby nieobecna, zamyślony wzrok utkwiony był gdzieś w dole. Nie wiedział o czym myślała, ale był w stanie bez problemu określić, co siedziało w jego głowie. Miliony myśli, wspomnień, wizji z przeszłości.
Wyobraźnia cofnęła go do dnia, w którym się poznali. Do tamtej małej wioski, która już zapewne nie istnieje, została zmazana z map i zapomniana przez ludzi. Zapewne tylko oni pamiętali o miejscu, w którym ich losy zostały złączone na zawsze: kilka drewnianych domków wokół okrągłego, piaszczystego placu ze studnią, a dookoła gęsty las. Ona mieszkała tam przez jakiś czas, on pojawił się przypadkiem i został dla niej. Mimo dziwnych początków, naprawdę szybko złapali kontakt i stopniowo zaczęli się poznawać, zbliżać. Byli w wiosce sami, jako że pozostali zostali porwani przez Dziki Gon, przepadli na zawsze. Los oszczędził tylko ją — tajemniczą kobietę, która powinna go znienawidzić i przepędzić, a zamiast tego otoczyła troskliwą opieką i pozwoliła zostać tak długo, jak tylko chciał. Początkowo planował odejść, wrócić do swoich, jednakże coś sprawiło, że po prostu nie mógł, nie był w stanie zostawić tej drobnej istoty samej sobie. Z każdym dniem budziło się w nim coś, czego nigdy w życiu nie czuł. Pragnął spędzać z nią każdą wolną chwilę, otoczyć opieką i trzymać blisko siebie aż do samego końca, a biorąc pod uwagę fakt, że się nie starzał, koniec był naprawdę bardzo odległy. O ile w ogóle istniał. Ludzkie uczucia były mu całkowicie obce, zupełnie tak jak przyspieszone bicie serca na dźwięk jej głosu i obawa, że już nie wróci, gdy tylko się oddalała lub ginęła na parę chwil w gęstwinie drzew. 
Z zamyślenia wyrwało go delikatne muśnięcie ciepłej dłoni. Spojrzał w tamtym kierunku. Amara przesuwała palcami po jego bladych knykciach, zmierzając powoli w stronę nadgarstka. Z niewiadomych przyczyn unikała jego wzroku, nawiązując kontakt tylko przez ten ledwo wyczuwalny dotyk.
— Kocham cię. — rzucił cicho, wpatrując się w nią. 
Nie odpowiedziała. W innych okolicznościach zapewne zmusiłby ją chociażby do spojrzenia na siebie, do jakichkolwiek wyjaśnień dziwnego zachowania, ale głos w głowie podpowiadał mu, że to nie była najlepsza pora, że powinien po prostu poczekać. Ostatecznie zawsze mówiła o co chodzi. 
— Myślisz, że naprawdę jesteśmy przeklęci? — jego uszu dobiegł cichy szept ukochanej. 
To krótkie pytanie sprawiło, że ciemne brwi Burtona na krótką chwilę zbiegły się u nasady nosa. Nie znał odpowiedzi na to pytanie. Owszem, pamiętał opowieść Amary o czarownicy, która przepowiedziała im tragiczne zakończenie, kazała się rozstać. a nawet zagroziła, że zamorduje ukochanego kobiety, jeśli ta go nie porzuci. Pozostawało tylko pytanie, ile było w tym bajaniu prawdy? Przecież gdyby faktycznie ciążyło na nich jakieś złe zaklęcie, to po tylu latach coś by się w końcu wydarzyło. A oni dalej byli razem, zakochani w sobie tak bezgranicznie jak na samym początku, niezagrożeni niczym. 
Pokręcił głową.
— Nie... — dopiero teraz delikatnie ujął smukłymi palcami jej brodę, podniósł nieco do góry, żeby mogła na niego spojrzeć. — Nie jesteśmy.
Po kobiecym policzku spłynęła łza. Terrence zareagował na to natychmiastowo. Chłodne wargi scałowały słoną kroplę. Minęło tyle lat, a Amara wciąż wierzyła w tą bzdurną klątwę, w przepowiednię brzydkiej staruchy, która zniknęła z ich życia równie szybko, co się w nim pojawiła. Gdyby nie ta rozmowa, to on sam już dawno by o niej zapomniał.
— Nie mogę cię stracić. — jej głos drżał, a w trakcie wypowiadania tego jednego, prostego zdania, załamał się dwukrotnie. 
Oglądanie jej w takim stanie łamało mu serce, ale wiedział, że musi być dla niej podporą, no i udowodnić, że wszystko z nimi w porządku, a rozłąka nie grozi, że mają przed sobą całą wieczność i spędzą ją jak tylko będą chcieli, bez żadnych przeszkód.
Delikatne palce Amary owinęły się wokół jego dłoni, którą w uspokajającym i pełnym czułości geście położył na jej mokrym policzku.
— Nie stracisz. — przysunął się nieco bliżej, nie spuszczając wzroku z jej twarzy nawet na sekundę. 
Zadrżała, ale nie odezwała się ani słowem. Po twarzy popłynęły kolejne łzy, zupełnie jakby nie była w stanie kontrolować przepełniającego ją strachu zmieszanego z rozpaczą. Jedną ręką mocno objął ją w pasie, przysunął tak blisko siebie, jak tylko się dało, druga powędrowała w kierunku srebrzystych włosów. Usta Burtona zbliżyły się do jej ucha. Dookoła nich nie było nikogo, kto mógłby usłyszeć ich rozmowę, ale on chciał, żeby mimo wszystko wyraźnie słyszała jego słowa.
— Kocham cię. Kochałem od momentu, w którym po raz pierwszy ujrzałem twoją twarz w tamtej wiejskiej chacie i nie przestałem nawet na sekundę. Gdyby jakakolwiek klątwa istniała, to na pewno nie siedzielibyśmy tu teraz razem, może nawet nigdy nie pojawiłbym się w Fabletown, a ty kontynuowałabyś swoje życie beze mnie. — placami delikatnie zaczął głaskać jej włosy. — Jesteśmy razem i będziemy. Mogę ci obiecać, że nic nas nie rozdzieli, a jeśli nie mam racji, to niech mnie piorun trzaśnie.
Czuł, jak jej dłonie zaciskają się kurczowo na kołnierzu jego skórzanej kurtki, a ona sama wtula się w niego tak bardzo, jak tylko może. Drobne ciało wciąż drżało, ale już o wiele mniej niż jeszcze przed paroma minutami. Ciche szlochy stopniowo ustawały, a po chwili Amara oderwała się od Burtona i tylko popatrzyła na niego zaczerwienionymi od płaczu oczami.
— Z resztą... — wzruszył lekko ramionami, wykrzywiając usta w małym uśmiechu. — Kochałbym cię nawet gdybyśmy byli przeklęci.
Otworzyła usta, chciała coś powiedzieć, ale nie pozwolił jej na to. Po tym krótkim wyznaniu ich usta złączyły się w pocałunku, a oni sami zatracili się w sobie. Dwoje kochanków pod gwiazdami, zupełnie jak wieki temu.

8 komentarzy:

  1. Ależ to słodziutkie. Aż dopatrzeć się w Amarze nie mogę tej wredne kobyły, co chce mnie w królika zmienić. Zaś w Burtonie nie widać wrednego podkradacza smoków, o którego można być zazdrosnym XD
    W każdym razie notka wyszła cudnie. Bardzo miło i przyjemnie się ją czytało. I bardzo szybko, za szybko. Naprawdę lubię twoje twory Burtuś <3
    Ach i te wasze słynne gwiazdy! No idealnie. Słodko-gorzko. Musimy kiedyś wybrać się na podwójną randkę, mówię wam! XD Choć możecie oberwać naszymi katastrofami rykoszetem. Ale mniejsza o to.
    Poza tym wątek klątwy bardzo mnie zaintrygował. Co to za wredna starucha? Co to za zapowiedź rozłąki? Co to w ogóle ma znaczyć?! Czekam na więcej <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pchło, tu pewnie powinno pojawić się coś konstruktywnego, ale wiesz, że ja kompletnie wymiękam w takich sprawach. Za dobre serduchu mam dla Ciebie, bo nawet nie potrafię się złościć, że mi z Amary zrobiłeś taką zrozpaczoną niewiastę. Te gify takie piękne, że napatrzeć się nie mogę, a notkę czytam już chyba setny raz. Paskudna klątwa poszła w zapomnienie i nie musimy się już nią dłużej przejmować. Ewentualnie moze przejąć ją ktoś inny, bo my nie zamierzamy kolejny raz się rozstawać! Na początku napędziłeś mi stracha, jak zacząłeś o tym szycie budynku. Już myślałam, że skoczysz drugi raz! Lepiej ucisz mnie jeszcze raz, bo ten komentarz z pewnością wraz z długością, traci na wartości.
      No co ja mam Ci powiedzieć? Pisz więcej i dłużej, bo to za szybko wszystko się kończy, a podobno ich historia jest never ending.
      Wszystko z wyrazami miłości <3

      Usuń
  3. Burton ja się pytam. Co to ma być? Że co, że ja oddałem ci duszę i płacę z internety (no dobra, nie płacę tobie ta internety), żeby czytać takie coś? No panie, chyba coś się komuś pomyliło. Powiedz mi gdzie są Amara i Burton jakich znam i co z nimi zrobiłeś?! Już pędzę z misją ratunkową!
    No dobrze a tak na poważnie to notka mega mi się podoba. Bardzo przyjemnie się czyta. Tylko powiedz mi co tak krótko? Ale może to i dobrze, bo pozostaje jakiś taki niedosyt. A teraz uwaga bo pozwolę sobie zacytować pewnego klasyka. Uwaga cytuję: "Wincyj notek wincyj", koniec cytatu. Dziękuję za uwagę.

    OdpowiedzUsuń
  4. Płaczę bo to tak cholernie dobre i piękne. Chyba nic więcej dodawać nie muszę.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ach, dziękuję za przesłodką dedykację i za gwiazdy <3
    Jest przeuroczo i pięknie. Jak zwykle uwielbiam to jak piszesz. Zdecydowanie talent odziedziczyłeś po swoim tatusiu. Nie mogę się doczekać kolejnych notek Twojego autorstwa, jak i ciągu dalszego historii z klątwą. ;*
    - Kochająca mamusia

    OdpowiedzUsuń
  6. [Oh, wybacz zwłokę, bo choć przeczytałam twoje notki dawno temu, to kompletnie nie mam głowy, by sklecić sensowny komentarz ;D
    Znów za krótko, ale to nic. Za to naprawdę przepięknie i uroczo. Fabletown staje się coraz bardziej romantyczne <3
    Pisz więcej notek! I napiszcie coś razem z Amarką :D
    Buziaki :*]

    OdpowiedzUsuń
  7. Kocham Burtona i jego spodnie!

    Twój smok, w twoich spodniach...

    OdpowiedzUsuń

Szablon wykonany przez drama queen. Obsługiwane przez usługę Blogger.