wtorek, 2 maja 2017

Love is a lot like a backache, it doesn’t show up on X-rays, but you know it’s there

Co by było, gdyby Baśniowe Krainy nie istniały... Cóż, wtedy Siggy na pewno miałby jeszcze bardziej przesrane. 
Przepraszam za jakość tego czegoś. Pisałem pod wpływem weny (chyba), nie sprawdzałem pod kątem pierdół typu literówki, bo nigdy tego nie robię, więc pewnie wyszło jak wyszło. I ostrzegam, że jeśli ktoś szuka tu jakiejś głębokiej historii o miłości i bolesnym rozstaniu, to jej nie znajdzie. Jest to raczej coś luźnego do przeczytania na szybko, w drodze do pracy, w trakcie przerwy na kawę. Długie notki nie są dla mnie. Z tego miejsca pragnę również przeprosić przedmioty w Waszym najbliższym otoczeniu, bo zapewne nie jeden raz uderzycie w coś głową.
Zapraszam do lektury! 
PS. Pozdrawiam I am the unicorn, która jeszcze nie tak dawno temu prowadziła Gudrun. <3
— Ty cholerny idioto! — w ostatniej chwili zdążył się pochylić, a szybujący talerz przemknął tuż nad jego głową i rozbił się w drobny mak na ścianie. Cholerna baba.
Zaledwie tydzień temu pojawiła się z walizką pod jego drzwiami i już sprawiała problemy. Nie dość, że non stop narzekała na wszystko po kolei, to jeszcze zachowywała się jak u siebie w domu. Z jednej strony tak naprawdę byli małżeństwem tylko na papierku i wcale nie musiał jej przyjmować, ale miękkie serce nie pozwoliło mu tak po prostu zatrzasnąć jej drzwi przed nosem. A mógł jej wtedy dać ten cholerny rozwód... No ale cofnijmy się odrobinę i zobaczmy, jak to wszystko się zaczęło.
On — wygadany i czarujący, a do tego przyciągający wyglądem znaczną część przedstawicielek płci żeńskiej. Ona — córka jakiegoś zamożnego biznesmena, dobrze wychowana, otoczona wianuszkiem adoratorów. Poznali się 7 lat temu na jakimś przyjęciu, ale ich pamięć szwankuje już na tyle, że nie są w stanie dokładnie powiedzieć na jakim. Albo po prostu nie chcą pamiętać. W końcu wtedy zaczęła się ich wspólna droga przez mękę. Przypadli sobie do gustu prawie od razu: Sygurd starał się zaczarować ją słowami, urokiem, który według samego siebie posiadał, używał pięknych słów, znalezionych tuż przed imprezą z pomocą wujka Google. A do tego nawet wypożyczył garnitur! I oczywiście podkolorował nieco rzeczywistość, wmawiając kobiecie, że pracuje nad otwarciem własnej firmy i na pewno już niedługo zacznie zarabiać fortunę. Chciał jakoś jej zaimponować, no i mu się to udało. Parę dni później spotkali się ponownie. Pierwsza baza, druga, trzecia, home plate. Ślub. Na początku oczywiście nie dało się powiedzieć o nich złego słowa. Wspólnie kupili mieszkanie, nawet jeśli w większej części powinno należeć do Gudrun. To ona włożyła w nie więcej pieniędzy, Siggy znalazł wymówkę, a konkretniej odkładanie funduszy na własny biznes. Mieli też papugę, ale pewnego słonecznego dnia Fafnesbane zostawił otwarte okno w kuchni, a ptak z tego skorzystał i tyle go widzieli. Była to też ich pierwsza poważniejsza kłótnia — świeżo upieczona (z czasem Siggy zaczął rozpaczać, że tylko w przenośni, a nie dosłownie) żona była strasznie przywiązana do tego hałaśliwego, kolorowego i niesamowicie irytującego ptaszyska. Po jego ucieczce wygoniła męża na kanapę i nie odzywała się do niego prawie dwa tygodnie, licząc że w jakiś sposób się tym przejmie, poleci do kwiaciarni po wielki bukiet róż i butelkę dobrego wina, a może nawet wróci z nowym latającym zwierzakiem, zacznie na kolanach błagać o wybaczenie. No dobra, może niekoniecznie to ostatnie, ale na pewno oczekiwała chociażby przeprosin, a nie tego, co ostatnie dostała, czyli cieszącego się ciszą Sygurda. Jakkolwiek źle to nie zabrzmi, no bo przecież byli w sobie bezgranicznie zakochani, Gudrun potrafiła gadać tak dużo, że każda chwila, w której jej usta były zamknięte, była na wagę złota. Mógł w spokoju myśleć o sensie życia i innych pierdołach w tym stylu. Chyba wtedy kobieta zauważyła, że Fafnesbane jest tak naprawdę inną osobą niż ta, za którą się podawał. Często nazywała go "cholernym obibokiem" i chyba miała rację. Mijały tygodnie, miesiące, a oni wzajemnie mieli siebie coraz bardziej dość. Liczyli na to, że los się do nich uśmiechnie i pozwoli obojgu iść własną drogą, bez drugiej osoby kurczowo trzymającej się łydki tej pierwszej.  I w końcu tak się stało. W życiu Gudrun pojawił się, ktoś nowy lepszy (a przynajmniej tak jej się początkowo wydawało, bo nie przewidziała, że ktoś z takimi ładnymi oczami i uśmiechem może okazać się bezdusznym tyranem), postanowiła zostawić za sobą stare życie i męża lenia. Zamożny ojciec nie chciał sfinansować ich rozwodu, sami nie mieli na tyle pieniędzy, więc pozostali małżeństwem na papierze. Wyprowadziła się.
To wydarzenie, które dla wielu mężów okazałoby się bolesne, sprawiło, że Sygurd zaczął z nadzieją spoglądać w przyszłość. Już nigdy miał nie usłyszeć pełnego pretensji głosu, mógł na spokojnie sprzedać mieszkanie i przenieść się do czegoś mniejszego, zarobione w ten sposób pieniądze poświęcić na własną szkołę jogi, o której od zawsze marzył. Dobroduszny Boguś pozbawił go ciężaru i przywrócił uśmiech na usta. Życie stało się takie piękne... Dopóki ta cholera znowu nie pojawiła się na progu. Jak w ogóle poznała nowy adres Siggy'ego? Tego nie wiedział, a ona sama nie chciała powiedzieć. Musiał jednak zacisnąć zęby i jakoś to przeboleć, miękkie serce nie pozwalało mu wyrzucić jej walizki przez okno. Może jeśli znowu zacznie ją irytować, to sama dojdzie do wniosku, że to nie miejsce dla niej...
— Kochanie... — zaczął drżącym głosem, z lękiem spoglądając na kolejny talerz, który pojawił się w kobiecych dłoniach. Nie miał pojęcia, ile jeszcze ich jest, w końcu nigdy nie liczył, ale któryś z nich mógł w końcu trafić w jego durny łeb. 
— To nie tak jak myślisz, naprawdę. — dodał pospiesznie, bo Gudrun już brała zamach. — Po prostu pokazywałem jej, jak rozluźnić pewne partie mięśni. W końcu to bardzo ważne! 
A kim była "ona"? Cóż, to bardzo proste — jedną z "uczennic" Sygurda. Odkąd szkoła jogi zbankrutowała i upadła, dorabiał sobie udzielając lekcji w salonie. Nie poinformował o tym jednak teraźniejszej-eks-małżonki, która pewnego pięknego dnia, tuż po wejściu do domu, przyłapała Siggy'ego w bardzo dwuznacznej pozycji z nieznajomą kobietą. Co z tego, że lata temu sama go zdradziła? On na pewno robił teraz to samo, więc miała pełne prawo do złości i roztrzaskania wszystkiego, co tylko mogło się roztrzaskać. 
— Zamknij się, durniu! — wrzasnęła histerycznie, a talerz wypadł z drżących dłoni i rozbił się na podłodze, ku uldze Sygurda. — Nie pozwolę, żebyś zdradzał mnie na prawo i lewo z pierwszą lepszą lafiryndą! Myślisz, że jest lepsza ode mnie, bo co? Bo ma większy tyłek, lepszą figurę?! O nie, nie zamierzam tolerować takiego czegoś pod własnym dachem!
— Teoretycznie rzecz biorąc... — już miał powiedzieć, że mieszkanie należy przecież do niego, ale posłane przez nią spojrzenie było na tyle mordercze, że postanowił odpuścić. Czasami z kobietami lepiej było się nie kłócić. 
Gudrun dyszała ciężko, jakby właśnie przebiegła maraton lub zakończyła wykonywanie innych czynności, wymagających wzmożonej aktywności fizycznej. Jej policzki były czerwone, a włosy potargane. Aż dziwne, że nie zaczęła ich wyrywać. Przypominała trochę upiora. Takiego jak te, którymi straszy się małe dzieci. Tak naprawdę to dorosłych też mogliby nimi straszyć, bo Sygurd był przerażony (gdyby Gudrun przefarbowała włosy na czarno i przerzuciła do przodu, na twarz, to przypominałaby trochę Samarę). I nie wiedział już w jaki sposób się wytłumaczyć. Owszem, tamta kobieta miała całkiem przyjemne dla oka walory, wszystko na swoim miejscu i obserwował jej wyginające się ciało z wielką przyjemnością, no ale w głębi wciąż kochał Gudrun, nawet jeśli czasami (lub też często) marzył o tym, żeby Lucyfer/Diabeł porwał ją w odmęty piekieł i zatrzymał tam na zawsze. 
— Nie mów już do mnie! — kolejny wrzask. Teraz nie tylko wyglądała jak upiór, ale też brzmiała. Włosy na karku Sygurda stanęły dęba.
— A najlepiej się wynoś! — tymi słowami podsumowała całą ich kłótnię.
Siggy wiedział, że powinien zamilknąć i tak też uczynił. Gudrun stanowczym krokiem ruszyła w stronę sypialni. Chciał ją zatrzymać, ale bał się, że jej prawy sierpowy zwali go z nóg, więc po prostu potulnie podreptał za nią. Jak piesek. Rozwścieczona kobieta chwyciła walizkę, z którą przybyła do jego mieszkania, jednakże teraz zaczęły w niej lądować rzeczy Sygurda.
— Nie stój tak, ośle. — warknęła, odwracając się do niego szanownymi czterema literami. 
Sygurd wzruszył ramionami. Jakakolwiek dalsza dyskusja nie miała nawet sensu. Trzeba było przejść od słów do czynów, może one coś zdziałają. Wycofał się z pokoju, po czym pognał w stronę drzwi. Pośpiesznie założył buty i chwycił z wąskiej półeczki klucze. Tak na wszelki wypadek. W końcu do jego powrotu nie zdąży wymienić zamów w drzwiach. Chyba.
A dokąd szedł? Cóż, podobno bestię najlepiej ugłaskać poprzez złożenie krwawej ofiary. W tym przypadku zamiast zwierzyny powinny jednak wystarczyć kwiatki i pudełko czekoladek. Czego to człowiek nie robi z miłości, żeby nie wylecieć z własnego mieszkania?
Podsumuję te wypociny słowami Gombrowicza: "Koniec i bomba. A kto czytał, ten trąba!"

6 komentarzy:

  1. Boguś się cieszy, Lucek płacze a ja na to cudo z uśmeichem pacze! Notka piękna, zacna, zgrabna i powabna :D Wczułem się w sytuację biednego Sygurda, takie kobiety to by nawet Diabeł nie chciał! Chociaż... Lucek to inny stworek jest i może zrobiłby wyjątek :D
    Ty cytowałeś Gombrowicza na koniec, to pozwól że i ja sobie kogoś zacytuję:
    "Przeczytałem i bomba, ale ze mnie trąba!" -nieznany z imienia diabeł Lucyfer.
    Pozdrawiam serdecznie, czekam na kolejną notkę ze smokiem :D Mogę liczyć na jakieś inne ciekawe "ister egi"?

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja nie wiem, taki mrau gif na końcu, a żadnego wściekłego seksu na zgodę nie było? Chociaż to może i lepiej, jeszcze by mu coś odgryzła...
    Przechodząc do nieco bardziej merytorycznej części mojej wypowiedzi (choć nie za bardzo), chcę zauważyć, że Gudrun miała pełne prawo się wściec, bo to Siggy ją pierwszy zdradzał (to nic, że jeszcze wtedy nawet nie wiedział o jej istnieniu), a i tak nie pokazała pełni swojej temperamentu, zdążyła stłuc ledwie kilka talerzy! I uwierz, zdążyłaby wymienić te zamki w drzwiach, bo sprytna z niej bestia, ale mimo wszystko kocha tego swojego lekkoducha oraz nieudacznika w jednym (choć ich aury nie są kompatybilne) i musiała pozwolić mu wrócić <3
    Kocham, lubię, wielbię i w ogóle Gudrun miała niezłą uciechę!

    ta cholerna baba a.k.a najlepsza żona pod słońcem a.k.a twoja ulubiona osoba na świecie ♥♥♥

    OdpowiedzUsuń
  3. Sygurd jest strasznie skomplikowanym mężczyzną - najpierw nie przeprasza i cieszy się ciszą, a później wszystko byleby Gudrun go nie pobiła, nawet ba "wyprowadza się" ON żeby nie zeźlić jej jeszcze bardziej :D Ale prawda notkę czyta się ekstra szybko przy kawie i ciastku, ubawiłam się tą kłótnią. Gudrun jest niezłą furią jeśli przychodzi co do czego :) No i nie wiem czemu rozśmieszył mnie też patent, że Gudrun wparowuje do nowego mieszkania Sygurda po czym przejmuje je jakby nigdy nic - normalnie przejęcie nieruchomości przez zasiedzenie hahaha.
    I z tego co przeczytałam... Nie znam postaci Gudrun, ale nie byłabym taka pewna, że nie zdąży wymienić zamka hahaha :D
    Miła notka, bardzo mi się podobała i gratuluje lekkości pisania :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Hahaha. Urocza ta notka. Taka... Ludzka. Tu zdrada, tam miłość, tu cieszenie się ciszą, tam przepraszanie. Aż sama zgłupiałam i nie wiem, co powiedzieć o uczuciu te dwójeczki. Na pewno nie jest ono proste XD No ale za to nudzić się nie mają prawa!
    W każdym razie świetnie się to czytało. Nie bez uśmiechu ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Siggy i Gudrun - para idealna. <3 Kocham Twojego Siggiego, jego cudowne podejście do życia i w ogóle. A relacja z Gudrun wyszła Ci piękna! Trzymam kciuki by kochana żoneczka wróciła do nas po maturach. W końcu co ten biedny Siggy by bez niej zrobił. Ile można siedzieć i cieszyć się ciszą? :)
    Notka cudowna <3

    OdpowiedzUsuń
  6. Boże jakie to jest genialne. Aż szkoda, że zniknęliście z bloga, bo po tej note bylibyście moją ulubioną parą. Cudo! Gdzieś Ty taką babę znalazł Burtonku?

    OdpowiedzUsuń

Szablon wykonała Night Tear. Źródło: WallPaper. Obsługiwane przez usługę Blogger.