niedziela, 26 marca 2017

Where do we go when it's all over?

Uwaga, uwaga!
Kolejna notka, za co bardzo przepraszam, ale naprawdę nie wiem jak dać upust nagromadzonej przez ostatnie kilka dni wenie. ;-; Jest jej tyle, że aż mnie roznosi, tak bardzo chcę coś napisać. No i owocem tego są właśnie moje dwa ostatnie twory. Wybaczcie mi. ;-;
Zdaję sobie sprawę, że postać, której dotyczy ta notka, nie istnieje już na blogu, jednak jestem do niej tak bardzo przywiązany, że nie umiałbym tak po prostu zakończyć przygody Terrence'a poprzez usunięcie jego karty. Czyli, tak w skrócie, jest to finał jego historii. Nie tylko wytrzymałem z nim najdłużej ze wszystkich swoich postaci, ale też naprawdę się przywiązałem. ;-;
Życzę miłej lektury, no i w trakcie czytania polecam słuchać piosenki, która towarzyszyła mi podczas pisania. 

Nietzsche twierdził, że jeśli będziesz wpatrywać się w otchłań wystarczająco długo, to otchłań zacznie wpatrywać się w ciebie. I chyba faktycznie trzeba będzie przyznać mu rację. Szczególnie teraz, gdy stał na krawędzi i spoglądał w dół. Mógłby przysiąc, że zamiast ruchliwej ulicy i mrowiska przechodniów widzi pod sobą jakiś żywy twór, ale nie żywy dlatego, że pełen istot ludzkich. Raczej dlatego, że zawsze wyobrażał sobie miasto jako pewien element materii, który funkcjonuje niezależnie od jego mieszkańców. Po prostu jest i tyle, a oni w jakiś sposób jedynie go napędzają, sprawiają, że to istnienie jest widoczne, a nie tylko wyimaginowane, wymyślone przez jakiegoś szaleńca.
Szaleńca, właśnie. Czy Terrence mógłby nazwać się szaleńcem? Nie, chyba nie, ale z drugiej strony jak określić osobę bez duszy, widmowego jeźdźca, który przekupił znajome wiedźmy tylko po to, żeby przywróciły mu tą brakującą, dawno temu zabraną cząstkę i sprawiły, że znowu stanie się pełnoprawnym śmiertelnikiem? Bo trzeba pamiętać, że decyzja, którą świadomie podjął, była szokująca zarówno dla osób zaangażowanych, jak i tych postronnych. Kto oddałby idealne, prawie że nieskończone życie tylko po to, żeby raz na zawsze móc rozprawić się z przeszłością, która była niczym drobne drzazgi, powbijane w każdy skrawek wcześniej martwego, ale teraz już bijącego serca?
Nie wiedział nawet, kiedy wszystko tak bardzo się zmieniło. Pamiętał jednak ostatnie słowa, wypowiedziane pod jej adresem. „Przepraszam, żałuję”, tylko tyle, nic więcej. Marne pożegnanie, w dwóch nic nieznaczących wyrazach streszczające wszystko, przez co razem przeszli, streszczające miłość, która miała być nieskończona, wieczna, a okazała się tak samo krucha, jak ludzkie życie. To, które ostatecznie dla siebie wybrał po wiekach spędzonych w szeregach Dzikiego Gonu, a potem latach z nią u swego boku — jedyną kobietą, która potrafiła obudzić w nim tyle uczuć i emocji jednocześnie. Kochał, nienawidził, pragnął, pożądał. Chciał być z nią, ale jednocześnie chciał być sam. Wzloty, upadki, kontrasty — chyba tak można było najłatwiej streścić ich związek, a on i tak nie zamieniłby go na żaden inny. Chyba właśnie dlatego koniec był tak bolesny. I mimo że to normalne, i że jedna osoba może znieść naprawdę wiele, to wciąż pozostaje pytanie: jak wiele? Ile nieszczęść musi się jednocześnie zwalić na jedną osobę, żeby doprowadzić ją na skraj załamania? Czy wystarczy tylko jedno, ale takie, które naprawdę łamie serce i całkowicie pozbawia wizji przyszłości, nie tylko wspólnej, spędzonej przy boku ukochanej osoby, ale też indywidualnej? Jak bardzo trzeba kogoś kochać, żeby nie wyobrażać sobie bez niego życia?
A
Jeden głęboki wdech, żeby przeczyścić płuca, pozbyć się powoli narastającego lęku. Mógł ponownie spojrzeć w dół. Z tej wysokości ciężko było rozpoznać jakąkolwiek twarz, lecz mimo to dalej obserwował. Myślał o tym, dokąd ci ludzie zmierzają, czego w życiu szukają, jak, według nich, ma się skończyć historia ich życia. Są optymistami czy pesymistami? A może po prostu realistami? Czy obchodzi ich cokolwiek oprócz nieustającej pogoni za pieniędzmi i statusem społecznych? Czy w ich życiu jest miejsce na miłość? Bo w jego było, nawet bardzo dużo. Swego rodzaju pustka, która musiała zostać zapełniona, żeby pokazać mu, że życie tak naprawdę nie jest złe, że można czerpać z niego jakąś przyjemność. Ale często to, co nas uszczęśliwia, po jakimś czasie przynosi też ból. Zjada od środka i powoli wyniszcza, jak choroba. Taka nieuleczalna, od której nie da się uciec. Czy tym okazała się dla niego miłość? Zarazą, na którą nie ma lekarstwa?
M
Oczami wyobraźni wrócił do małej, opustoszałej wioski, w której byli tylko oni, a dookoła las i nic więcej. Kompletna cisza, przerywana jedynie ich śmiechami i rozmowami, ćwierkaniem ptaków. Nie zapuszczały się tam nawet dzikie zwierzęta. Istny synonim raju, a jednocześnie też miejsce, z którym związane były jego najszczęśliwsze wspomnienia. To tam po raz pierwszy ją pocałował. Tam potknęła się o wiadro, gdy zmierzali do wspólnej kąpieli. Tam zdradziła mu istnienie magicznej polany, na którą potem się wybrali. Ukryte przed ludzkimi oczami miejsce, skryte pośród drzew, naprawdę emanowało dziwną, uspokajającą energią. Oglądali gwiazdy, a on po raz pierwszy dostrzegł w niej kogoś więcej niż tylko kobietę, która ugotowała mu zupę i dach nad głową. Właśnie wtedy dotarło do niego, jak na nią reaguje. Trzęsące się dłonie, niepewne spojrzenie, zdenerwowanie i chęć zaimponowania jej, a gdyby jego serce wtedy biło, to na pewno przyspieszałoby na jej widok — wszystko to uświadomiło mu, że ją kocha.
A
Dźwięki przejeżdżających samochodów niemiłosiernie drażniły uszy. Przez te kilka poprzednich tygodni, które spędził z dala od miasta, zdążył się już odzwyczaić. Sam już jednak nie wiedział, czy uciekał od zgiełku, żeby odpocząć, czy raczej uciekał przed prześladującymi go na każdym kroku wspomnieniami. Jej widmo dopadało go na każdym kroku, nawet teraz, gdy spoglądał na budynek Fables TV. To przed nim spotkali się po latach, gdy w końcu udało mu się ją odnaleźć, ponownie zobaczyć. Była zima, ale nawet to nie powstrzymało go przed długim czekaniem, a wręcz koczowaniem pod drzwiami. A wszystko po to, żeby ją ujrzeć, chociaż jeden raz, nawet jeśli miałby być ostatni. Wszystko dla niej, dla tej nieszczęsnej miłości, która złączyła ich losy. Tak wiele był w stanie poświęcić.
R
Krok w przód. Czubek buta zrównał się z betonową krawędzią. W głowie lekko zawirowało. Zamknął oczy. Gdzie teraz była? Z kim? Co robiła? Jak potoczyło się jej życie po jego odejściu? Czy wiedziała, że musiał odejść, bo nie mógł ze sobą żyć po tym, co jej zrobił? A czy była świadoma tego, jak tęsknota za nią rozrywała mu serce każdego dnia i jak ciężko było wstawać z łóżka, starać się żyć? Czy gdyby podjął w życiu inne wybory, to nadal byliby razem? Nie wiedział i nie był pewien, czy chce wiedzieć. Wyszło jak wyszło, sam był sobie winien. Własnoręcznie skazał się na cierpienie, samotność. Teraz trzeba było się z tym pogodzić, zaakceptować, dalej podążać tą ścieżką, nawet jeśli nie była właściwa. Tylko jak, skoro wszystko tak bardzo bolało, przytłaczało, miażdżyło? Chyba się nie dało.
A
— Przepraszam, żałuję. — tak, dokładnie to powiedział jej w chwili rozstania, a teraz po prostu powtarzał tą formułkę, mimo że ONA nie mogła go już usłyszeć. Nie było jej tu. Nie będzie jej już nigdy.
Kolejny krok. Koniec gruntu pod stopami. 
Bezbolesny lot w dół.
No, to rest in peace, Ter.



8 komentarzy:

  1. *płakła i z serca to już nic jej nie zostało* Wypchaj się.

    OdpowiedzUsuń
  2. Strasznie szybko się to wszystko czytało. Smutne to...
    To tak właściwie... Skoro Terrence umarł, czyli miał duszę, bo mu wiedźmy oddały/zrobiły nową/cokolwiek innego zrobiły. Popełnił samobójstwo a to nam daje +∞ do grzechu... Tak więc...
    Witam w piekle Terrence, ciebie i twoją duszę :D

    Dobra, to teraz odłóżmy żarty na bok. Jak wspominałem notkę przeczytałem szybko, na jednym wdechu. Zrobiło mi się smutno bo to jednak Terrence z którym Lucek poobijał się w barze i ten sam który dawał tosty czy inne batony podczas imprezy w piekle (wtedy, kiedy graliśmy w butelkę na chatzy)... No trochę smuto mi...trochę bardzo nawet.

    Już nic więcej nie powiem, bo nie mam zamiaru się pogrążać. Dziękuję za uwagę. Koniec kazania.

    OdpowiedzUsuń
  3. Podobno nieodpowiedni ludzie zjawiają się w odpowiedni dla nich czas. A moze jest na odwrót? Może to odpowiedni ludzie zjawiają się w nieodpowiednim czasie.
    Terrence był naprawdę świetną postacią i chcę już na wstępie podziękować za nasz wspólny wątek. Nie wiem, jak określić czas, czy pisaliśmy długo, czy krótko, ale taki spędzony w miłym towarzystwie nie powinien być określany. Uważam, że gdyby Temida potrafiła zważyć nasz wątek, to zdecydowanie wygrałyby w nim pozytywy. Niezapomniane oglądanie gwiazd, także tych w obserwatorium, których nigdy nie było im dane ujrzeć. Amara była przeszczęśliwa u jego boku i na chwilę obecną, nie wiem jak poradziłaby sobie z jego śmiercią. Z pewnością by się obwiniała i przeklinała prastarych bogów. Zapamięta starą chatę, polanę, nieszczęsne wiaderko, wannę, gorącą zupę i herbatkę, przewróconą lampę i smak jego ust. Jej plany na przyszłość, które wiązała wraz z nim, teraz musiałaby wypełnić kimś innym, choć nie sądzę by znalazła drugiego takiego Burtona. Był dla niej niezwykle dobry i darzył ją zaufaniem, choć ta nigdy nie zdradziła mu swej prawdziwej postaci.
    Od siebie jako autorki, której nie ma już na blogu więc teoretycznie nie powinnam komentować notek, chciałabym podziękować. Przyznam, że moim zdaniem Ter zasługiwał na znacznie lepszy los, to cieszę się, że pozwoliłeś się nam z nim pożegnać. Niezapomniane rozmowy na Chatzy i domysły, co tak naprawdę oznaczało oglądanie gwiazd były warte tych wszystkich przelanych liter i utrudniania życia naszym bohaterom. Dziękuję za te herbatki, kocyki i słynne tosty.
    Odeszło mi się trochę od tematu, ale ta notka mnie jakoś wzięła na refleksje. Proszę mi wybaczyć. Doskonale wiesz, że uwielbiam wszystko, co piszesz. Tym razem jest podobnie. Wzruszyłam się czytając kolejne słowa. Żałuję, ze nie było nikogo, kto mógłby go zatrzymać przed skokiem.
    Jeszcze raz podziękuję za wszystko i pogratuluję bardzo udanej notki. Pozostaje mi tylko jeszcze życzyć powodzenia z kolejnymi postaciami.
    Ps. Ja zostawię ten komentarz z innym linkiem do piosenki, która skojarzyła mi się po przeczytaniu tej notki. Taki extra from Amara

    OdpowiedzUsuń
  4. Będę bardzo podła jeśli w ramach komplementu powiem, że podobają mi się te "Cierpienia Młodego Burtona"?

    Tak czy siak. Nie spodziewałam się, że akurat tak go uśmiercisz! Biedny Burtonek. Wszystkim nam będzie go brakowało i coś czuję, że uczcimy jego pamięć w kolejnym newsie w Fabletown News. Chociaż tyle możemy zrobić dla naszego kochanego biedactwa. ;*

    Notka przecudowna <3

    OdpowiedzUsuń
  5. Chciałam skomentować, nie wiem nawet jak. Zakończmy więc może na tym, że nie znałam Terrance'a, a i tak jest mi go okropnie żal.
    Zniewalający post.

    OdpowiedzUsuń
  6. Plakala i nadal placze. Psytulila by ale nie ma jak ta moja zablakana dusza. Zapale mu swieczke na, poloze ciasteczka na oslode wedrowki i zostawie monety, by spokojnie przeszedl dalej. ;)

    *halasliwie nos wyciera*

    OdpowiedzUsuń
  7. Widzę, że faza na notki trwa. Aż zazdroszczę tak wspaniałej weny.
    Kolejna notka równie genialna i smutna, co pierwsza. Szkoda, że się nie załapałem na wątek z biednym Terrym. Za to naprawdę jestem pod wrażeniem świetnego pomysłu na pożegnanie z postacią. :)

    OdpowiedzUsuń
  8. ;-; Och... Tak smutno, tak przykro. Taki dobry człek odszedł na zawsze. Będę tęsknić za tym Burtoniiem, choć wcale nie zdążyliśmy dobrze rozwinąć naszego wątku <3
    W każdym razie notka bardzo mi się podoba. Uwielbiam smutno-miłosne klimaty, więc jestem kupiona twoim tworem. Dobrze napisane zakończenie dla dobrze napisane postaci. Cieszę się, że nie wystarczyło ci usuniecie Terrego z bloga i dzięki temu mogliśmy poznać ego kres. est to smutne, przykre i okropne, ale potrzebne. Więc ja biję pokłony i z całego serduszka dziękuje. Hakuś też dziękuje. Dziękujemy Terremu i Tobie za tę niebywałą historię <3

    OdpowiedzUsuń

Szablon wykonała Night Tear. Źródło: WallPaper. Obsługiwane przez usługę Blogger.