piątek, 31 marca 2017

Notka walentynkowa

- Król i Królowa Katastrofy -
przedstawiają:

Jedyną w swoim rodzaju WALENTYNKOWĄ NOTKĘ.
Pełną zapierających dech w piersiach zwrotów akcji,
humoru i dramatu rodem z największych hollywoodzkich dzieł
...i tyle tęczy, ile zdołałyśmy wcisnąć!
13 lutego, pokład statku, NY
Walentynki zawsze były dla mnie dniem dość abstrakcyjnym i wydumanym. Wręcz przerysowanym. Każdego, spędzonego w Fabletown roku, 14-ego lutego sklepowe witryny przybierały różowe i czerwone barwy, kwiaciarnie pękały w szwach, królowały symbole serca i słodkie buziaki odbite na szybach. Rozgłośnie radiowe przypominały sobie nagle o miłosnych piosenkach z całego świata, a telewizja wygrzebywała z archiwów komedie romantyczne i wyciskające łzy melodramaty. Zupełnie mnie to nie interesowało... Zupełnie.
W mojej krainie, dzień zakochanych obchodzony był w całkowicie inny sposób. Kobiety rzucały do rzeki wianki i bukieciki kwiatów, rozpalano na brzegu ogniska, wokół których tańczono do białego rana. Nikt nie zaprzątał sobie głowy pogonią za pluszowymi serduszkami zalegającymi w supermarketach, bo każdy prezent dla ukochanego wykonywany był własnoręcznie, od serca. Nikt nie wystawał w kolejkach do kwiaciarni, bo łąki pełne były kolorowych kwiatów, których słodkie zapachy przyprawiały o zawrót głowy. Biżuterii nie kupowano od niechcenia w pełnych złotych drobiazgów sklepach jubilerskich – na każdy błyszczący drobiazg zbierało się przez cały rok, by w tak ważnym dniu kupić go i ofiarować ukochanej.
Nic dziwnego, że to, co działo się w Świecie Doczesnych wydawało mi się dość przerażające. Pełne tandety zwyczaje, wariactwo bez zastanowienia, byle odbębnić ten jeden dzień w roku. Właściwie byłam wobec tego zwyczajnie obojętna. Nawet gdybym w głębi serca zazdrościła tym parom, nie interesowało mnie, że znaleźli kilka godzin wolnego od codziennej bieganiny, by przespacerować się brzegiem zatoki, zupełnie niczym piaszczystym brzegiem Renu. Patrzyłam z obojętnością na barwne bukiety niesione przez zakochane dziewczyny, które mijałam na ulicy, choć błękitne wiązanki wyglądałyby dużo lepiej.

Nie przywiązywałam nawet uwagi do tych rozmarzonych spojrzeń, do uśmiechów, pocałunków i złączonych dłoni, w ten jeden głupi, niedorzeczny dzień…

Nie, dopóki w moim życiu znów nie pojawił się pan Szekspir.

Przecież przeszliśmy tak wiele, że żadne z nas nie myślało nawet o drugiej szansie, prawda? I nawet gdyby miało raz jeszcze zaiskrzyć, nie było sensu próbować, tak? Po co tak przypadkiem wpadać na siebie na pomoście, jeśli trafi się na całą noc do aresztu. Po co umawiać się na kolację w drogiej restauracji, skoro wrzaski i kłótnie usłyszy całe osiedle. I po co wydurniać się w śniegu na środku ulicy w wigilijną noc.
Nie było łatwo, ale tacy już jesteśmy – cholernie skomplikowani, niezdecydowani, niepoprawni i nieźle porąbani. Dobrani wręcz idealnie. Razem źle, ale oddzielnie dużo gorzej.
Nie powiem, by Fabletown było idealnym miejscem na wspólne życie dla kogoś takiego jak my. Zawsze marzyliśmy o podróżach w nieznane, o morskich przygodach i poszukiwaniu skarbu, a tkwienie w szarym, ponurym mieście przyprawia jedynie o nieprzyjemne dreszcze. Gdy w końcu zaczęło nam się układać, a magiczny Jolly Roger mógł w każdej chwili wypłynąć z Zatoki Nowojorskiej pomyślałam, że trzeba to wykorzystać. W głowie planowałam całą podróż, nawet kilka, w różne strony świata. Ah, jak cudownie byłoby tak zniknąć choćby na kilka tygodni, uwolnić się od codzienności, na trochę porzucić rodzinę i znajomych. Chyba zasłużyliśmy na to i oboje potrzebowaliśmy takiej ucieczki. Mój Szekspir w szczególności, bo w głębi duszy wciąż czułam, że muszę wynagrodzić mu te wszystkie stracone lata. A skoro zbliżały się kolejne Walentynki – nasze pierwsze wspólne Walentynki – dlaczego nie zrobić by mu tak wspaniałej niespodzianki?
Szybko przekonałam się jednak, że mój ojciec znów jest o krok przede mną. I tu zaskoczył mnie jak nigdy wcześniej. Najwyraźniej chwilowo przemógł swoją niechęć do jednorękich piratów i wykupił nam wycieczkę na Karaiby. Sto procent pierwszej klasy, łącznie z najdroższym hotelem na wyspach i innymi atrakcjami. Może nie do końca o tym marzyliśmy, ale nie mogliśmy przegapić takiej okazji. Przecież wspólna podróż miała być kiedyś naszą największą przygodą.
Lucy
13 lutego, pokład kochanego Jolly Rogerka
Istnieje tak wiele różnorodnych świąt, że dawno się już w nich pogubiłem. W każdym zakątku świata, w każdej magicznej krainie świętowano co innego i w inny sposób. Zdążyłem zasmakować po trochu wszystkiego, ale żadnego z tych uroczystych dni nie uważałem za swój. Na Walentynki zwróciłem uwagę dopiero w Fabletown.
Dziwny zwyczaj pokazywać ukochanej osobie swoją miłość tylko raz do roku. Dla mnie zawsze oczywistym było, ze powinno się to robić jak najczęściej. Mój Łabądek na pewno by to potwierdził, choć czasem moje komplementy obraca w żart. Tak jest nawet lepiej, lubię słuchać jej śmiechu. W każdym razie oboje zapewne nie odczulibyśmy różnicy, gdybym raz jeszcze wyznał jej miłość akurat w Walentynki.
Tymczasem wszyscy inni mieszkańcy świata zaczynali w tym konkretnym dniu wariować. Szarość Fabletown na kilka godzin zmieniała się w róż, a od słodyczy panującej dookoła robiło się niedobrze. Osobiście znienawidziłem to święto, gdyż ogrom par pojawiających się na ulicach przypominał mi o mojej nieszczęśliwej historii miłosnej. Same kłopoty z tym najdoskonalszym z uczuć. Nieporozumienia, rozstania, kłótnie, ból, żal i łzy. Czasem nawet próby samobójcze, jeśli jest się takim idiotą jak ja. Dobrze, że ostatecznie mam mojego Łabądka u boku, w innym wypadku zapewne źle by się to skończyło.
Docierając jednak do celu całej tej mojej paplaniny...
Tegoroczne Walentynki miały być zupełnie inne, bo wspólne. Desperacko pragnąłem uczynić ten dzień wyjątkowym również dla nas, choć po prawdzie była to tylko wymówka dla czczenia na nowo kobiety, która była sensem mojego istnienia. Myślałem nad czymś, co ucieszy nas oboje i pierwszym, co przychodziło mi do głowy była wspólna wyprawa. Wiatr w żaglach, dziób prujący morskie fale i tylko my dwoje na poskrzypującym pokrzepiająco pokładzie.
Właśnie wtedy ojczulek mojej ukochanej postanowił okazać nam swoje dobre serce i wielkoduszność. Wycieczka na Karaiby! Podróż pierwszą klasą, drogi hotel i inne zbędne bogactwa. Aż krew we mnie zawrzała. To nie tak miało wyglądać. Osobiście w takiej wycieczce dostrzegałem wiele minusów, które zdołałyby nam odebrać prawdziwą przyjemność z dalekiej podróży. Nie okazałem jednak niezadowolenia, bo oznaczałoby to ostateczne wstąpienie na ścieżkę wojenną z Oberonem, a i bez tego nasze relacje nie układały się najlepiej. W końcu on chciał tylko wszystkiego dobrego dla córki, choć przy okazji zamierzał ją całkowicie rozpieścić. Mój Łabądek lubi inne rodzaje rozrywek! Prawda?
Nie mniej zaczęliśmy się szykować do wylotu. Już samo opuszczenie Fabletown było dobrym początkiem, a zrobienie to w jej towarzystwie jeszcze lepszym. Wiedziałem, że będę tęsknił za moją łajbą, która będzie samotnie czekać na nasz powrót, a wszelkie udogodnienia będą mnie drażnić, ale szeroko się uśmiechałem. Walentynki pierwsza klasa! Dosłownie.
Huckelberry
14 lutego, port na Dominikanie
Szczerze podejrzewałam, że Oberon miał w tym wszystkim jakiś ukryty plan. Chciał coś udowodnić, może pokazać, na jak wiele go stać. A jeszcze przyklaskiwałby po cichu, gdyby podróż zakończyła się katastrofą… Nie miałam zamiaru grać w takie gierki i znów wysłuchiwać pouczeń z serii piraci nie są odpowiednią partią dla księżniczek, a ten nawet nie pomyślałby o tak zacnej i wyszukanej wyprawie! Kiedy ja nie chcę żadnej zacnej, fabulous czy innej błyszczącej diamentami podróży! Oh, czasem nie mam już na to wszystko siły.
Po krótkim przemyśleniu sprawy wycieczki chciałam nawet ją odwołać i zaproponować Szekspirowi coś zupełni innego, coś w naszym stylu. Odniosłam jednak wrażenie, że ten podszedł do pomysłu króla z dużo większym entuzjazmem niż ja, więc bez słowa zaczęłam udawać, że jestem równie zadowolona. Skoro lecimy tam we dwoje, musi być najwspanialej. Już moja w tym głowa, żebyśmy się dobrze bawili i w końcu odetchnęli. Zbyt wiele czasu zmarnowaliśmy na smutek i ponure rozmyślenia o tym całym padole łez. Skoro pojawiła się szansa na wspólną wycieczkę, musimy wykorzystać ją najlepiej jak umiemy, a ja miałam już kilka pomysłów.
Wieczór przed porannym wylotem poświęciłam na pakowanie rzeczy. To zaledwie kilka dni, a mimo to szybko dotarło do mnie, że właściwie nie mam co na siebie włożyć. Oh, najwyraźniej wszystkie kobiety ze wszystkich krain i światów mają dokładnie ten sam problem. Nimfy również. Upchnęłam w niedużą torbę jakieś szorty i koszulkę, a letnią sukienkę w kwiaty odłożyłam na bok z zamiarem założenie jej na podróż. To wtedy właśnie na ziemię sprowadził mnie widok za oknem, deszcz ze śniegiem padający od dwóch dni i temperatura ledwo przekraczająca zero stopni. A więc bez kurtki i warstw ubrań się nie obejdzie, bo czekała nas niezła amplituda temperatur. Co tu w takim razie spakować…? Torba z rozmachem wylądowała w rogu kajuty i jedynie pan Szekspir oznajmił wszem i wobec, że wcale się nie obrazi, jeśli wystąpię nago. Mistrz pocieszenia i wsparcia.
Pozostawienie Rogera samiutkiego w Nowym Jorkiem okazało się kolejnym problemem i było dla Szekspira prawdziwym wyzwaniem. Niemal widziałam łzy w jego oczach, gdy klepał na pożegnanie te spróchniałe deski i po raz kolejny szczerze żałowałam, że nie odbijamy teraz od pomostu na jego pokładzie.
Nad ranem stanęliśmy na płycie lotniska, a mnie zakręciło się w głowie. Przed sobą ujrzałam stalową machinę doczesnej produkcji, w której mieliśmy spędzić najbliższe godziny. Nie, nie, nie, nie! I nie było już odwrotu. Zatęskniłam nagle za ciepłym i bezpiecznym okrętem.
Niemal przez cały lot ściskałam kurczowo jedyny ocalały nadgarstek mojego kapitana, dopóki nie roześmiał się żartując, że wolałby nie stracić drugiej dłoni. Rozbawiona jego opowieściami, dopiero gdzieś nad Florydą przemogłam się, by wyjrzeć przez okienko i powzdychać oglądając tak piękne widoki. Rozległe plaże, czubki palm, woda po horyzont. Już zaczęło mi się tu podobać, a to był zaledwie początek.
Gdy wysiedliśmy z samolotu nie posiadałam się z radości. Wylądowaliśmy na Dominikanie i mieliśmy całą godzinę, by trochę odetchnąć, a potem czekała nas jeszcze wyprawa promem na wyspę, na której tkwił ów hotel dla bogaczy. Oboje byliśmy zachwyceni okolicą, bo choć spodziewaliśmy się wszechobecnej nowoczesności i tłumów turystów z aparatami fotograficznymi, wszystko wokół wyglądało tak, jakby czas stanął w miejscu. Wzdłuż portu ciągnęły się rzędy małych drewnianych domków i tawern o zabawnych nazwach. Mieszkańcy przechadzali się po targu, kupowali owoce i ręcznie robione pamiątki. Powietrze cudownie pachniało kwiatami, cytrusami i smacznym jedzeniem ze straganów. A co najważniejsze, z twarzy mojego Szekspira nie schodził szeroki uśmiech, gdy rozglądał się po okolicy jak mały dzieciak w sklepie z zabawkami.
Cały ten czas spędziliśmy w porcie. Było przyjemnie ciepło, a nam chyba w końcu zaczynało się tu naprawdę podobać. Może pomysł Oberona nie był jednak aż tak chybiony?
Wówczas czar prysnął, bo do pomostu przycumował nasz prom. Musieliśmy opuścić miasteczko na rzecz małej wyspy. Pamiętam tylko, że dopiero na pokładzie pomyślałam o tym, że wspaniale byłoby tak zostać tu na trochę dłużej.
I równie nagle przyszedł mi do głowy niecny plan...
Lucy
14 lutego, gdzieś pod tawerną na Dominikanie
Łabądek wydawała się zachwycona pomysłem całej tej wyprawy. Piękny, szeroki uśmiech, całe to jej zamyślenie podchodzące wręcz pod rozmarzenie... Oberon był w końcu jej ojcem i najwyraźniej wiedział, jak uszczęśliwić swoją córkę. Nie mógłbym sprawić mojemu Łabądkowi przykrości, nie po raz kolejny. Już wystarczająco wiele razy ją zawiodłem i nie zamierzałem powtórzyć tego błędu. Dlatego prędko odepchnąłem od siebie wszelkie pomysły odwołania wyprawy i tylko się uśmiechałem. Jeśli ona będzie szczęśliwa, to ja też. Wypadałoby, żebym chociaż raz, chociaż w takiej sprawie poświęcił się i przełknął tę swoją durną dumę. Trudno, że to pomysł elfiego Króla, trudno, że niepotrzebne luksusy. Najwyżej się coś wykombinuje na miejscu, żeby sytuację poprawić...
Zresztą ogarnął mnie nieoczekiwany entuzjazm, gdy wieczorem w przeddzień naszego wylotu zobaczyłem Łabądka zachodzącą w głowę, co ze sobą zabrać, a co zostawić. Sytuacja ta rozbawiła mnie zwłaszcza dlatego, ze sam już dawno byłem spakowany. Choć nic w tym dziwnego, bo jak spojrzeć do mojej szafy to ciężko tam o różnorodność. Wszak jako pirat przywykłem nie przywiązywać wagi do stroju... Przynajmniej nie tak jak inni. Kapitan musiał się prezentować, to rzecz jasna, ale nie potrzebował do tego piętnastu różnych par butów, które ciężko od siebie odróżnić. Nie potrafiłem pojąć w czym tkwi problem Łabądka, więc zaproponowałem, by porzuciła myśl o jakichkolwiek ubraniach, bo ja najbardziej lubię ją bez nich. Oczywiście nie posłuchała, czego można się było spodziewać.
Jeśli chodzi o kolejny poranek, najciężej było mi zostawić Rogerka. Mój najwierniejszy towarzysz podróży, którego utraciłem na bardzo długi czas, a odzyskałem wcale nie tak dawno, znów miał zostać sam. Nic nie dało powtarzanie sobie, że to tylko krótki wyjazd i nic się nie stanie. Zresztą co miałoby się stać magicznemu statkowi, który potrafi sam się bronić? Nie mniej serce mi się krajało, choć głupio przyznawać to na głos. Skończyło się na tym, że moja droga nimfa udała oburzenie, jakobym bardziej przejmował się statkiem niż ją. Buńczuczny uśmiech zaprzeczał jej ostrym słowom, więc jedyne co mogłem zrobić to uśmiechnąć się, pocałować ją i ruszyć z damą mego serca na lotnisko. Lotnisko pełne wielkich, ciężkich stalowych ptaków, potocznie nazywanych samolotami. Ciężko mi było uwierzyć, że taka kupa żelastwa bez trudu wzbije się w powietrze, ale swoich obaw nie wypowiadałem na głos. Musiałem zgrywać tego pozytywnie nastawionego, bo mój Łabądek wyglądała na przerażoną. Wygłosiłem więc jakże mądrą sentencję, że większość ludzi dziwi się jakim cudem statki będące kupą drewna i żelastwa unoszą się na wodzie i że zapewne tak samo jak w ich przypadku, obawy są bezpodstawne także teraz. Choć w środku aż się we mnie kotłowało na myśl, że będę zamknięty setki metrów nad stałym lądem w metalowej klatce.
Sam lot okazał się jednak całkiem przyjemny. Pomijając fakt, że prawie straciłem drugą dłoń. W każdym razie widoki były nieziemskie, choć sam lot niesłychanie mi się dłużył i gdyby nie ciągła rozmowa z moim przerażonym skarbem, która miała ją uspokoić, to zapewne przespałbym większość tego czasu. Najgorsze w tym wszystkim jest jednak to, że na pokład nie wolno było wnieść własnego alkoholu! Co to za chore przepisy. Kazali mi opróżnić moją manierkę i cały lot musiałem przetrwać bez choćby odrobiny mego ukochanego trunku. To też podczas naszej rozmowy Łabądek nasłuchał się moich wywodów o karaibskich alkoholach i ich wszelkich zaletach.
Wylądowaliśmy na Dominikanie. Całą godzinę, która dzieliła nas od podroży promem mającym nas zawieźć na zapomnianą przez bogów wysepkę, spędziliśmy na spacerowaniu po uroczym miasteczku, które jakimś cudem oparło się technologii. Zdecydowanie nie tego się spodziewałem, a zaskoczenie było naprawdę miłe. Odniosłem wrażenie jakbym cofnął się w czasie. Tylko stroje mieszkańców, ich słownictwo i ich sklepiki przypominały mi, że nadal jesteśmy w XXI wieku. Cała reszta jednak przywoływała wspomnienia starych, dobrych czasów i jakoś nie mogłem powstrzymać uśmiechu. Najzabawniejsze były jednak nazwy kramów, tawern, hotelików. Urządziliśmy sobie z Łabądkiem mały konkurs na to, kto wynajdzie najdziwniejszą z tych nazw. Ona wygrała, wymawiając z dumą rozpierającą jej pierś nazwę "Pod wesołym prosiakiem", a potem zrobiła mi zdjęcie pod tablicą z pirackimi zasadami. Napis głosił, że nikomu nie wolno tknąć mojej dziewki i mojego rumu. Nigdy nie miałem zdjęcia tak doskonale oddającego moje życiowe motto.
Potem musieliśmy pędzić na złamanie karku do portu, gdzie czekał już na nas prom. Ledwie zdążyliśmy w ostatniej chwili, co przy naszym szczęściu do kłopotów wydawało się aż cudem. Wtedy właśnie wpadł mi do głowy jeden z tych głupio-mądrych pomysłów, który można by spokojnie zrzucić na nasze nieszczęście. Nie pisnąwszy ani słówka przytuliłem wtedy mojego Łabądka do siebie i wraz z nią zapatrzyłem się w oddalający się ląd. Jedynym sposobem na ukrycie niecnego uśmiechu było ucałowanie czubka jej głowy i utonięcie w zapachu jej cudnych włosów. Jej wydawało się to normalne, a dla mnie było idealnym pretekstem by ukryć radość z tego, co jak miałem nadzieję, miało nastąpić z moją pomocą.
Huckelberry
14 lutego, prom na Morzu Karaibskim
Prom płynął powoli, a my mogliśmy po raz kolejny odetchnąć i zapomnieć o całym świecie. Szybko wdrapaliśmy się na najwyższy podkład i dorwaliśmy duży leżak, na którym mogliśmy się wygodnie ułożyć. Stąd był najlepszy widok na cały prom, a co najważniejsze – na cudownie błękitnie morze i ledwo majaczące na horyzoncie nieduże zielone wysepki. Właśnie tak wyobrażałam sobie naszą podróż jeszcze w tamtym świecie i z początku myślałam tylko o tym, że do końca życia będę żałować tego, iż nie odbyła się z mojej winy. Szekspir z pewnością zauważył mój wyraz twarzy, bo objął mnie mocno i ucałował. Nie musieliśmy nic mówić, oboje mamy tą umiejętność porozumiewania się bez słów.
Leżąc tak przytuleni, rozmawialiśmy o najróżniejszych głupotach, wspominaliśmy najzabawniejsze sytuacje, rzucaliśmy papierkami od cukierków w turystów z pokładu poniżej. Zupełnie jak dzieciaki, bo chyba tak właśnie wówczas się czuliśmy i muszę przyznać, że dawno nie bawiłam się tak dobrze. Słońce grzało nas przyjemnie w twarz i rozpraszały mnie jedyne dziwaczne spojrzenia współpodróżnych, którzy mijali nasz leżak. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że ich wzrok przykuwał metalowy hak w miejscu dłoni Szekspira, więc roześmiałam się głośno. Chyba nasze marzenia zaczynały się powoli spełniać i właśnie zaczęliśmy siać postrach na Karaibach, co ze łzami rozbawienia w oczach oznajmiłam mojemu piratowi.
Jeszcze chwilę poleżeliśmy tak w ciszy, a ja miałam okazję porozmyślać nad moim nikczemnym planem. Owszem, wycieczka okazała się naprawdę cudowna, i owszem, Szekspir był nią zachwycony… Ale gdyby tak zboczyć z trasy? Zgubić się gdzieś po drodze do hotelu? Oczywiście wszystko musiałoby wyglądać na całkowity przypadek, żeby można było zrzucić winę na ten prześladujący nas pech. I by mój pan kapitan niczego nie podejrzewał. Postanowiłam zaczekać na dogodną sytuację.
Potem, ku ogromnej uciesze mojego ukochanego, znaleźliśmy pokładowy bar. Co więcej, półki tuż za barmanem uginały się od przeróżnych rodzajów rumu i coś czułam, że nie wyjdziemy stąd przez kolejną godzinę, nawet dwie. Nie pomyliłam się. Przecież trzeba było wypróbować każdy specjał z tej części świata i ogłosić wszystkim zgromadzonym, że jest się nieustraszonym, groźnym piratem z Nibylandii. Korzystając z chwili nieuwagi, zawinęłam jedną z butelek w sweterek, który miałam przy sobie. Coś mi zaświtało, że jeszcze mi się przyda…
Podróż promem zakończyła się i cała wycieczkowa grupa zaczęła powoli schodzić na ląd. Nasza wyspa, a więc cel podróży, zachwyciła mnie jeszcze bardziej niż miasteczko na Dominikanie. Z pomostu, na którym stanęliśmy dostrzegłam przepiękną plażę i zatoczkę obrośniętą pochylonymi palmami. I wtedy właśnie dotarło do mnie, że w tym miejscu chcę spędzić choćby jeden dzień mojego życia. Naszego życia, bo już w głowie układałam sobie plan, jak zaciągnąć tam mojego Szekspira, rezygnując przy tym z wygód pięcio-gwiazdkowego hotelu, który czekał na nas w głębi wyspy.
Pirat oznajmił akurat, że wraca na pokład zająć się naszymi bagażami, więc nie mogłam zmarnować ani chwili i gorączkowo kombinowałam, co zrobić. Bilety! Dokumenty! Schować wszystko, dzięki czemu mogliśmy kontynuować tą wyprawę. Przecież bez żadnego papierka, który dowodzi kim jesteśmy, nikt o zdrowych zmysłach nie wpuści nas do takiego pensjonatu, prawda? Pilot wycieczki ogłosił właśnie, że ruszamy pieszo w dalszą drogę, ale po okazaniu biletów. Wprost idealnie! Nie myśląc długo podarłam oba świstki papieru i rzuciłam za siebie, gdzieś do wody. W tym samym czasie wrócił Szekspir oznajmiając, że zaginęły nasze rzeczy. Zakręciło mi się w głowie. Moje ubrania?! Do tego, przewodnik uznał, że zapamiętał nas na tyle dobrze, że zabierze nas nawet bez biletów, które podobno zgubiliśmy. Dodał również, że osobiście poleci pracownikom odnaleźć nasze rzeczy, więc bez problemów możemy ruszyć dalej. Eh, pierwsza nieudana próba.
Zaczęliśmy wędrówkę szeroką, wyłożoną brukiem ścieżką pomiędzy tropikalnymi drzewami, a ja już rozmyślałam, co robić. W końcu z każdym krokiem oddalaliśmy się od wspaniałej zatoczki.
Lucy
14 lutego, prom prujący fale
Podróż promem była kolejnym etapem. Cóż. Może nie był to statek o białych żaglach, z pięknym galionem, ale był to jednak pojazd poruszający się drogą morską. Hah... Jakaż mnie wtedy naszła ochota, gdy tylko ruszyliśmy, stanąć ponad wszystkim pasażerami za sterem i wykrzyczeć kilka poleceń. Opanowanie się wymagało sporo wysiłku. Nie ma co ukrywać, że kocham być kapitanem i kocham pruć fale. Kocham, kocham, kocham. I tylko ją kocham bardziej niż to. Tylko dla niej mógłbym z tego zrezygnować, choć wiązałoby się to z podarciem części mojego serca na kawałeczki. Gdybym był pobożnym, wierzącym człowiekiem, to każdego dnia modliłbym się w podzięce za to, że Łabądek też kocha morze. To wiele ułatwiało. Wracając jednak do naszej podróży promem... Swoją przemożną ochotę przejęcia kontroli na pokładzie przełamałem tylko dzięki ukochanej. Złapała mnie za rękę i powiodła tam, gdzie nogi ją poniosły. Tak właśnie wylądowaliśmy na leżaku. Ramię przy ramieniu, ciało przy ciele. Wolałbym tutaj urwać, bo na jakiś czas straciłem zainteresowanie całym światem i wszystkim dookoła. Wydaje mi się to dość normalne, zwłaszcza po tylu latach rozłąki. Zawsze działała na mnie magnetyzująco, a wtedy miałem ja całą w ramionach.
O ile przy takiej jej bliskości czułem się dojrzałym mężczyzną ( choć wciąż w kwiecie wieku i w pełni sił mimo stuleci na karku! ), to wraz z nią zachowywałem się jak jakiś niedorostek. Rzucaliśmy w ludzi papierkami, opychaliśmy się słodkościami. Śmialiśmy się z tego, jak ludzie reagowali na widok mojego haka, którego specjalnie wystawiałem na widok ich spojrzeń. Pomyśleć, że przez te wszystkie lata w Fabletown właśnie to irytowało mnie najbardziej. Te wszystkie zmarszczone brwi, gdy spojrzenia obcych ślizgały się po mojej metalowej protezie. Przy niej nagle to przestało się liczyć, stało się nawet zabawą. W tamtej chwili właśnie uświadomiłem sobie jak mało obchodzi mnie opinia innych. Liczyło się tylko jej zdanie. Na całym świecie, we wszystkich istniejących kiedykolwiek krainach. Oj tak. Leżałem więc z nią w ramionach jako najszczęśliwszy człowiek na świecie. Do spełnienia brakowało mi tylko odrobiny prywatności i jej zadziornego uśmiechu. Do głowy przychodziło mi tyle zaczepnych tekstów, że kilka z nich musiałem wyszeptać jej do ucha. Śmiała się, rumieniła i nazywała mnie głupcem. Mogę tylko się zastanawiać jakby zareagowała na te same słowa, gdybyśmy byli tylko we dwoje.
Znów odchodzę od tematu. To samo jest najlepszym dowodem na fakt, jak bliskość tej kobiety na mnie działa. Samo wspomnienie tej bliskości! Chyba zwariuję. Wtedy też byłem bliski odejścia od zmysłów i ona chyba to wyczuła, bo zażądała spaceru po pokładzie. No i właśnie wtedy odkryliśmy najlepsze pomieszczenie znajdujące się na promie. Bar. Tego mi było w tamtej chwili trzeba, żeby się prawdziwie rozluźnić. Czas, który tam spędziliśmy był bardzo przyjemny, czego podkreślać chyba nie trzeba. Ten ogrom różnorodnych odmian rumu, ci zaciekawieni słuchacze, gdy zacząłem swoje naciągane przechwałki w odpowiedzi na ich pytania o hak. W końcu na Karaibach mogłem sobie na to pozwolić bez strachu o to, że któryś z tych durnych Doczesnych zainteresuje się bardziej moim bajkowym pochodzeniem. I dobrze stawiałem, bo oni tylko się śmiali. Docinki Łabądka też zrobiły swoje, bo wykorzystała każdą okazję na to, by obrócić wszystko w żart i robiąc ze mnie powód rozbawienia wszystkich naokoło. Zaskakująco przyjemne uczucie.
No i tak to się skończyło. Prom się zatrzymał, a my mieliśmy okazję przyjrzeć się wysepce, na której mieliśmy spędzić najbliższy czas. Och, cóż to było za miejsce! Co za przyroda! I my mielibyśmy spędzić cały czas tutaj w hotelu? Cóż za niedorzeczność. To też postanowiłem wprowadzić w życie mój plan. Łabądek została z większością pasażerów na lądzie, a ja ucałowałem ją w policzek i wróciłem na prom pod pretekstem zajęcia się naszymi bagażami. No i się nimi zająłem. Znalazłem chłopaka z obsługi i zapłaciłem mu sporo za to, by dopilnował naszych bagaży. Miały wrócić wraz z promem na Dominikanę, gdzie on przetrzymałby je u siebie. Wziąłem od niego numer, bym mógł się z nim skontaktować po powrocie i z udawanym przygnębieniem zszedłem ostatecznie na ląd, by poinformować ukochaną o zaginięciu naszych bagaży. No cóż, nie była zachwycona. To wszystko przez te cholerne sukienki. Powtórzyłem jej więc to, co mówiłem jej jeszcze w Fabletown. Że najładniej jej bez tych sukienek. Skwitowała to wściekłym spojrzeniem, ale zapewnienie przewodnika naszej wycieczki, że zajmie się tą sprawą trochę ja uspokoiły. Ja natomiast wyraziłem moją wiarę w to, jakoby bagaże miały znaleźć się przed naszym wylotem do Nowego Yorku.
Wtedy właśnie doścignął nas ten pech, który nigdy nie dawał nam wytchnienia. Ja tu specjalnie szykuję katastrofę, która ma się nam tylko przysłużyć, a tymczasem dościga nas inna katastrofa. Zgubiły się gdzieś wszystkie dokumenty i same bilety. Trochę się wystraszyłem, że to ja "zgubiłem" je wraz z bagażami. I tu znowu z pomocą przyszedł przewodnik. Oznajmił, że jesteśmy na tyle charakterystyczni i zdążyliśmy się na tyle zapisać w jego pamięci, że dokumenty nie będą potrzebne. Czyli jednak istnieją na świecie dobrzy ludzie, którzy nie poddali się całkowicie biurokracji. Dobrze to wiedzieć. Chociaż... Z drugiej strony... Przyszło mi do głowy kilka nowych idei, a wszystko to przez cudowną faunę wyspy. Była jeszcze ta piękna plaża, którą zauważyłem kątem oka. Trochę strapiony i zamyślony, splotłem moją jedyną dłoń z dłonią ukochanej i pozwoliłem jej się prowadzić. Ona zapewne pomyślała, że martwię się naszymi nowymi kłopotami, tymczasem ja zachodziłem w głowę jak zboczyć z kursu do durnego hotelu i zagubić się na tej wyspie tylko po to, by odnaleźć piękną plażę. Przed oczami miałem już nas dwoje leżących na rozgrzanym piasku i patrzących w gwiazdy, wsłuchanych w szum morza. Tego właśnie zapragnąłem w tamtej chwili bardziej niż czegokolwiek innego. Dzikiej odrobiny prywatności.
Huckelberry
15 lutego, moja plaza <3
Szliśmy jako ostatni z grupy. Starałam się ociągać, udawać, że podziwiam jakże interesujące pnie drzew, które mijaliśmy. W rzeczywistości byłam coraz bardziej poirytowana. Pomysł z biletami nie wypalił, do tego w zapomnienie poszły moje dwie ulubione letnie sukienki i czort wie, czy kiedykolwiek je odzyskam. Nerwowo rozmyślałam, co teraz począć i jak skłonić Szekspira do ruszenia w drogę powrotną lub choćby skręcenia w jakąś boczną trasę.
I wtedy upadłam. Całkowicie przypadkowo potknęłam się o jakiś konar, puściłam dłoń pirata i wyłożyłam się na kamiennym bruku. Cudownie, do szczęścia brakowało mi rozwalonego kolana, skręconej kostki lub jeszcze czegoś gorszego… I wówczas mnie olśniło! W duchu śmiejąc się z własnego geniuszu, wymusiłam łzy i złapałam się za stopę. Mój kapitan nie czekał długo i prawdziwie wystraszony wziął mnie na ręce. Szybko zaproponowałam, żebyśmy chociaż na chwilę zeszli z trasy, bo za moment zadepcze nas kolejna grupa turystów, więc ruszył jakąś boczną drogą i po kilku krokach posadził mnie na zwalonym pniu. W wielkim skupieniu, z pięknie zagraną boleścią na twarzy udawałam, że próbuję rozchodzić skręconą kostkę i już po kilku minutach cudownie ozdrowiałam. Na chwilę zasiadłam jeszcze na pieńku głośno podziwiając okolicę – w końcu każda minuta była na wagę złota. Może zamkną hotel na noc i nas nie wpuszczą? Tragicznie piękna wizja.
Wówczas mój pan Szekspir stwierdził, że chyba się zgubiliśmy. Zmarszczyłam brwi i rozejrzałam się, bo faktycznie tuż przed nami rozciągało się kilka ścieżek zupełnie podobnych do siebie. Wyraziłam moje niezadowolenie, że spóźnimy się do hotelu i ledwo powstrzymałam szczery śmiech widząc zakłopotany wyraz twarzy pirata. Już po chwili wybrał jedną z tras, która miała nas poprowadzić z powrotem na główny trakt i ku mojej uciesze uznałam, że wybrał najgorzej, jak tylko mógł. Znaczy – najlepiej, gdyż mój zmysł orientacji podpowiedział mi, że owa ścieżka zaprowadzi nas mniej więcej w kierunku mojej wymarzonej plaży.
Potulnie zgodziłam się i już na własnych nogach ruszyłam za moim rycerzem. Szliśmy dobrą godzinę, przedzierając się pomiędzy tropikalnymi drzewami i krzewami, przeskakując nad wąskimi leśnymi strumykami, aż zaczęło się ściemniać. Przyznam, że w pierwszej chwili naszła mnie myśl, by powiedzieć Szekspirowi prawdę i jak najszybciej wrócić na trasę wycieczki. Nie znosiłam ciemności, a już na pewno nie w samym środku zarośniętej dzikiej puszczy, pełnej jadowitych paskudztw i drapieżników. Ogarnęło mnie przerażenie i tylko zapewnienie mojego pirata, że ochroni mnie przed każdym, nawet najobrzydliwszym pajączkiem zdołało wywołam u mnie cień uśmiechu i uspokoić choć na chwilę.
Aż nastąpił przełom. Gdzieś pomiędzy drzewami zamajaczyło światło, jak się później okazało, ostatnie promienie słońca odbijające się od tafli karaibskiego morza. Widok ten zaparł mi dech w piersiach. Ujrzeliśmy cudowny zachód mieniący się najpiękniejszymi barwami, światła domostw mrugające gdzieś na wysepce na horyzoncie. I plażę. Dokładnie plażę, otoczoną kamienistą zatoczką i obrośniętą wysokimi pochylonymi palmami. W tym momencie, jego oczy błyszczały równie mocno jak moje. Oh, wiedziałam, że będzie zachwycony! Powstrzymałam jednak nadmierny wybuch radości i zaproponowałam, byśmy jednak zostali tu do rana – moja jakże skręcona kostka znów zaczynała boleć, a tu było przecież nawet przyjemnie. Mój pirat postanowił rozpalić ognisko, a ja wydobyłam z zawiniątka butelkę, którą wyniosłam z baru na promie. Rzuciłam ją od niechcenia w piasek i zaskoczona oznajmiłam, że mimo wszystko coś dobrego nas dzisiaj spotkało – ot taka flaszka pełna rumu leżała bezpańsko tuż obok! Byłam z siebie dumna jak nigdy. Wszystko poszło po mojej myśli. Miałam swoją wypatrzoną plażę, miałam zachód słońca i całą noc tylko z moim ukochanym Szekspirem na całkowitym odludziu zapomnianym przez świat. Wystarczyło go nieco upić, by nie przypomniał sobie w najmniej dogodnym momencie o powrocie do hotelu! Poczekałam, aż rozpali ognisko i podetknęłam mu pod nos słodko pachnący trunek. Bez zastanowienia wziął kilka łyków i humor zaczął mu dopisywać.
Rozłożyliśmy się na ciepłym piasku. Ognisko przyjemnie grzało, a tuż nad naszymi głowami rozciągało się niebo pełne mrugających gwiazd - najwspanialszy na świecie widok, którego nie uraczyliśmy dotąd w Fabletown. A które niegdyś towarzyszyło nam każdej nocy nad renem i w podróży do Anglii. Wzięło nas na wspominanie, a potem znów na głupie żarty. Najpierw rozbrzmiały wszystkie sprośne szanty, jakie mój pirat tylko znał, a ja śmiałam się z nich jak kompletna wariatka, krążąc wokół paleniska. Może dlatego, że upijając go sama wzięłam kilka łyków rumu i świat zaczął wirować przed oczyma. Potem po raz kolejny przypomniał sobie o tym, że bez ubrań wyglądam jednak dużo ciekawiej, więc kolejną godzinę zajęło nam coś zupełnie innego…

Aż wpadłam na mój najgorszy do tej pory pomysł. Wspomnę tylko, że byłam pod dużym wpływem alkoholu i nie myślałam logicznie, nie zastanawiałam się nad konsekwencjami mojego durnego zachowania. Wystarczyło, że mój Szekspir przysnął na moment, a ja odczepiłam jego metalowy hak, zakopałam w piasku i zakryłam kamieniem. Przecież bez niego nigdzie się nie ruszy i zostaniemy na tej plaży tak długu, jak tylko zechcę!

Wówczas sądziłam, że to był najwspanialszy pomysł na świecie.
Byłam pijana.
Bardzo.

Wtedy błysnęło, zagrzmiało i lunęła ściana zimnego jak lód deszczu. Zerwaliśmy się jak oparzeni w pośpiechu szukając jakiegokolwiek schronienia. Padło na płytką jaskinię, którą dojrzeliśmy tuż przy samej plaży, i która ledwo zakryła nas przed ulewą. Byliśmy jednak na tyle wykończeni, że niemal od razu zasnęliśmy.
Rano obudziła mnie jakaś szamotanina. Ledwo zdołałam otworzyć ciężkie powieki, a już poczułam piekielny ból głowy. Zamazany widok, jaki z początku ujrzałam przedstawiał mojego pirata nerwowo przegrzebującego pobliskie sterty liści. Nawet nie chciałam wiedzieć, co kombinuje, jednak sam po chwili mnie o wszystkim poinformował. Zgubił hak. Westchnęłam głośno przecierając zmęczoną twarz. I dopiero po dłuższym namyśle dotarło do mnie, co zrobiłam. Postanowiłam jeszcze chwilę udawać, że o niczym nie wiem, jednak wyraz jego twarzy zaczął mnie martwić. Był przerażony, jakby zgubił dziecko w tłumie. I nagle z jego ust poleciał potok słów. Oznajmił, że to wszystko jego sprawka, że celowo odesłał bagaże i zgubił drogę tylko po to, byśmy mogli spędzić czas wycieczki na tej cudownej plaży, a nie w nudnym hotelu dla bogaczy. Parsknęłam głośnym śmiechem informując go dokładnie o tym samym, choć z mojego punktu widzenia. Na moment zaprzestał poszukiwań i spojrzał na mnie całkowicie zaskoczony. Roześmiał się razem ze mną.
Ucałowałam go i oznajmiłam, że nie musi martwić się hakiem. Przecież schowałam go pod kamieniem, tuż przy ognisku… które rozmyła całonocna ulewa, a nieduży sztorm naniósł na piasek stertę identycznych kamyków… Oh, dawno nie słyszałam tylu wrzasków i przekleństw. Zaczęliśmy w pośpiechu przegrzebywać piasek, a mnie głupi uśmieszek zszedł z twarzy, gdy tylko dostrzegliśmy ostatni tego dnia prom, który za moment miał opuścić wyspę.
I prom odpłynął. Klęczałam na piasku wściekła na siebie, na własną głupotę i na cholerny kawałek krzywego metalu. Dlaczego to zawsze ja muszę wszystko popsuć. Zawsze tak było, nie potrafiłam usiedzieć w miejscu, nie słuchałam nikogo kto wiedział lepiej niż ja, nie potrafiłam trzymać łap przy sobie. Czasem myślę, że jestem nienormalna i to najwyraźniej połączyło nas z tym tu obecnym kapitanem...
Wtedy Szekspir spojrzał na mnie z góry i roześmiał się głośno niemal do łez. Myślałam, że całkowicie mu odbiło, ale gdy wyciągnął w moją stronę dłoń z hakiem, aż w środku mnie zawrzało. Ledwo powstrzymując śmiech oznajmił, że miał go przez cały czas przy sobie - od chwili, gdy ja zakopałam go w piasku, on od razu go z niego wydobył. Żeby się zemścić za tak durny pomysł grał tak długo, aż odpłynie kolejny prom.
A więc zostaniemy tu jeszcze jeden dzień. Właściwie... To wprost idealny pomysł! Mieliśmy najcudowniejsze Walentynki na świecie, na własnej bezludnej plaży, którą ochrzciliśmy naszymi małymi Karaibami. Chociaż mój Szekspir wpada na takie wspaniałe pomysły, w odróżnieniu do mnie. I jak go nie kochać? To nie oznacza oczywiście, że mu się nie oberwało! Eh, i właśnie na tym to wszystko polega - dogadujemy się nie dogadując. Choć z drugiej strony nigdy nam się nie nudzi, a to chyba dobrze wróży na przyszłość. Wspólną przyszłość - taką, jaką sobie wymarzyliśmy kilka wieków temu.
Lucy
15 lutego, moja plaża!
Szliśmy na końcu grupy. Łabądek z jakimś dziwnym przygnębieniem oglądała okolicę. Domyśliłem się, że ma to związek z utratą bagażu i zrobiło mi się trochę głupio. Zamiast pomyśleć o jej szczęściu zachowałem się samolubnie i to tylko dlatego, że nie spodobała mi się wizja wypoczynku w luksusie. Skończony idiota. W tamtej chwili naprawdę żałowałem, choć z drugiej strony coś podpowiadało mi, że gdybyśmy się dostali na tę plażę to na twarzy mojej ukochanej zawitałby uśmiech. Przecież tak kochała wodę, przecież oboje tak kochaliśmy wodę. Złoty piasek, szum fal, gołe niebo... Jak można to porzucić dla hotelu z ciepłym łóżkiem i klimatyzacją? Niedorzeczność. Nie mniej ona była przytłoczona, a to przytłaczało i mnie.
Wtedy właśnie się potknęła, a jej drobna, delikatna dłoń wymsknęła się z mojej. Strach zawitał w moim sercu, a oczy szerzej się otworzyły. Mój skarb, moje życie, moja miłość, mój Łabądek! Przecież ona była taka delikatna. Bez zastanowienia wziąłem ją na ręce i przytuliłem mocno do piersi. Nie pozwoliłbym jej skrzywdzić. Nikomu i niczemu. Nigdy więcej. Wszak była dla mnie wszystkim. Dlatego właśnie na jej prośbę zeszliśmy z trasy, by nie dać się zadeptać nadpływającej fali kolejnych turystów. I to okazało się moją szansą. Jakbym nie dość miał jej rozczarowań i smutków i kolejnych małych katastrof. Jakiś cichy głos w głowie, być może bardzo samolubny głos, uparcie twierdził, że musimy dostać się na plażę, że plaża rozwiąże wszystkie problemy.
To też gdy Łabądek odetchnęła dostatecznie, a noga przestała jej doskwierać, ja oświadczyłem niby to ze zmartwieniem, że właśnie się zgubiliśmy. Nie musiałem bardzo tego zmartwienia udawać, bo naprawdę wciąż obawiałem się o jej nogę i o to, że postępuje paskudnie samolubnie. Ale zdałem się na instynkt. Jak zawsze.
Z moją orientacją było o wiele lepiej niż jej wyznałem, więc droga, którą wybrałem powiodła nas w stronę wymarzonej plaży. Choć uparcie powtarzałem ukochanej, że dotrzemy nią do hotelu. Zgodziła się bez kręcenia nosem. Tak zaczęła się dla nas godzina wśród drzew i chaszczy. Torowałem drogę jak tylko mogłem, odpędzałem wszelakie gadziny i przepuszczałem moją nimfę bezpieczną drogą, nie przyznając na głos, że kręci się tu sporo nieprzyjemnych stworzeń. Nie trzeba było jej martwić, zwłaszcza, że czułem jak z każdym krokiem zbliżamy się do celu. Najpierw niewyraźny zapach soli w powietrzu, potem ledwie słyszalny szum, aż w końcu drzewa się przerzedziły, a naszym oczom ukazał się istny raj. Iskry, jakie zapaliły się w oczach Łabądka były dla mnie dostatecznym dowodem na to, że warto było. Wszystkie te posunięcia, które przedtem wydały mi się samolubne, w tamtej chwili wydawały się jak najsłuszniejsze. Była oczarowana. A ja mogłem tylko wpatrywać się w jej przepiękne, błękitne oczy i wzdychać cicho.
Potem, jakimś cudem, ona znalazła w piasku butelkę rumu. Szczelnie zamkniętą, nowiusieńką, jakby prosto wyciągniętą z barku. A jednak leżała tam samotnie na plaży, jakby czekając. Nie pytałem, nie podejrzewałem, po prostu zaakceptowałem. Ciepły piasek, zachód słońca, ledwie rozpalone ognisko, najpiękniejsza kobieta na świecie i rum. Jakże mógłbym oponować? Tym bardziej, że zawsze dawało to szansę na... Heh. Zgrywanie pijanego i przeciągniecie cudownej chwili jak najdłużej. Przecież moje słońce i gwiazdy nie będzie mnie ciągać w nocy po cholernej dżungli, jeśli udam, że się upiłem... Co prawda jedna butelka, a raczej jej pół po podziale na dwoje, to dla mnie zdecydowanie za mało, by chociażby dobrze się rozsmakować, ale ona nie musiała tego wiedzieć. Tak przeszliśmy do szant. Moich ulubionych, bo tych sprośnych. Ona się śmiała, a mi świeciły oczy. Jestem pewien, że z każdą chwilą coraz bardziej. Szanty, żarty, zaczepne słowa, aż w końcu nie mogłem się powstrzymać. Przecież cały czas jej powtarzałem, że najpiękniejszą kreację skrywa pod tymi zbędnymi ubraniami...
Doskonale pamiętam chwilę, gdy leżałem z błogim uśmiechem na twarzy na ciepłym piasku z zamkniętymi oczyma. Czułem się najszczęśliwszym człowiekiem na świecie z Łabądkiem w moich ramionach. Łabądkiem, która myśląc, że śpię zaczęła bawić się moim hakiem. Nawet nie otworzyłem oczu, nie zmarszczyłem brwi. Moja przebiegła żmijka zabrała mi więc moją ukochaną protezę i zakopała w piasku. Potem wstała, odwróciła się do mnie tyłem i zapatrzyła w niebo. Widziałem to wszystko z na wpół uchylonych powiek i od razu wykorzystałem chwilę, by odzyskać mój drogocenny hak. Mój cenny skarb. Nie tak cenny jak ona, czy Jolly Roger, ale wciąż bardzo cenny i ważny.
Rozpętała się burza. Pamiętam, że podsumowałem to wszystko jednym, krótkim przekleństwem. Schowaliśmy się w jakiejś jaskini i zasnęliśmy, przytuleni do siebie. Cali mokrzy i niesłychanie zmęczeni, ale szczęśliwi.
O świcie obudziłem się jako pierwszy. Powolutku wyczołgałem się z jaskini i wtedy sparaliżował mnie strach, gdy spojrzałem na mój kikut bez haka. Zapomniałem, że go zabrałem, na chwilę zapomniałem o całym udaremnionym przeze mnie podstępie ukochanej i zacząłem rzucać się dookoła w poszukiwaniu. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że przecież moja proteza jest bezpieczna i o mało się nie roześmiałem, ale nie przestałem przeszukiwać okolicy. Mojemu Łabądkowi należała się nauczka. To w końcu był mój hak, więc gdy się obudziła zaserwowałem jej wściekłą minę i dogłębne przerażenie. Na chwile nawet sam w nie uwierzyłem. Tak bardzo wczułem się w to... karanie. Karanie które miało polegać na przeciągnięciu naszego pobytu na wyspie, na przegapieniu powrotnego promu. Więc wreszcie zaniechałem poszukiwań i niby to zrezygnowany, niby podirytowany stratą powiedziałem jej wszystko. Nie mogłem taić prawdy, bo z doświadczenia już wiedziałem, że między nami kłamstwo do niczego dobrego nie prowadzi. I tak bym jej powiedział, a to akurat była dobra chwila.
Wtedy się roześmiała. Tak szczerze, tak głośno, tak cudownie. I oznajmiła, że to przecież ona cały czas sabotowała naszą wycieczkę. Sam nie mogłem powstrzymać śmiechu, tak niedorzeczne to było. Czy naprawdę znaliśmy siebie tak słabo i za razem tak dobrze, że zamiast wprost wyjawić sobie swoje nadzieje, musieliśmy uciec się do podstępów? W każdym razie wyszło przezabawnie. Do chwili. Moja kochana nimfa wyjawiła mi łaskawie, że zabrała mi hak i zakopała na plaży... Na którą burza naniosła zapewne tony nowego piasku i kamieni. Przez chwilę moja wściekłość i wszystkie wyrzucone z siebie po drodze przekleństwa były prawdziwe. Tylko dlatego, że kobieta, którą kocham naprawdę była gotowa zabrać mi ulubiony przedmiot i stracić go w tak głupi sposób. Ale widziałem, jak przykro jej się zrobiło. Te piękne, błękitne oczy się zaszkliły. Padła na kolana zła na samą siebie, gdy ujrzała odpływający prom. Prom, którym mieliśmy opuścić wyspę.
Najpierw uśmiechnąłem się łagodnie, widząc jej szczere przejęcie, widząc jak bardzo jej na mnie zależało. Chciałem ją przytulić, objąć, wycałować, ale zamiast tego się roześmiałem. Te całe Walentynki okazały się naprawdę niesamowite i chyba do końca życia będę już chętnie celebrować ten dzień jako święto miłości. Jej mina była bezcenna, mina, gdy pokazałem jej mój hak, bezpiecznie schowany przy mnie przez cały ten czas. Przyznałem się do tego, że chciałem ją ukarać i widziałem, jak w niej zawrzało. Pozwoliłem żeby uderzyła kilkakrotnie swoimi delikatnymi piąstkami w moją pierś, a potem porwałem ją w objęcia. Żadne z nas nie było tak naprawdę wściekłe. Śmialiśmy się przez łzy na ciepłym piasku pod karaibskim słońcem. Mieliśmy kolejny cały dzień na naszej plaży, cały dzień do kolejnego promu, na który mieliśmy wrócić, choć nie było to wcale takie proste, bo przecież pech tak łatwo nie opuszcza Króla i Królowej katastrofy...
Ale to już zupełnie inna historia, wcale nie walentynkowa. Kolejna NASZA historia. Pełna łez, śmiechu, miłości i nienawiści. A przede wszystkim pecha.
Huckelberry


Buziaki dla was :*

6 komentarzy:

  1. Ech, kocham Was, kluski cudowne. :( Notka jest naprawdę super, świetna, wspaniała, wciągająca, no i nie wiem jak jeszcze ją określić. Kocham Lucy, kocham Hakusia, kocham Dominikanę (przy okazji dziękuję za przypomnienie mi super czasu tam), piszcie razem więcej, bo super się czyta! Buziaki. <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Notka bardzo miła do czytania w samotne wieczory :D
    Aż kipi miłością i wielkimi uniesieniami XD Chciałabym by kiedyś fakiś facet patrzył na mnie jak Hak na flaszkę pełną rumu leżałą bezpańsko tuż obok XD
    Pełna tęcza :D Ze wszystkimi kolorami i odcieniami :D
    Jednak muszę przyznać, że moim zdaniem całość została zdominowana przez Lucy, która myśląc, że Hak śpi zaczęła bawić się jego hakiem oraz ta niezwykła czułość którą został obdarzony ten już przysłowiowy hak XD
    Mimo to, gratuluje dobrej notki :D
    Czekam teraz na notkę ślubną XD

    OdpowiedzUsuń
  3. Tyle miłości w tym naszym Fabletown, że aż ciężko w to uwierzyć! A jednak!
    Nie znałam Lucy i Hucka do tej pory, ale są naprawdę przeuroczą parą, że nic, tylko życzyć im szczęścia na dalszej wspólnej drodze! :D
    Notka aż cała kipi miłością. Nie da się mieć wątpliwości czy ta miłość aby na pewno jest szczera i prawdziwa - jest.
    Dodałabym też, że jeszcze bardzo młoda i prawdziwe problemy się dopiero zaczną... ale to już zupełnie inna historia. ;)
    Dołączam się do czekających na kolejne części. :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Hahahaha, jesteście niepoprawni xD
    Lucy prawdziwa drama queen - zupełnie jak nasz tatuś. A Hakuś... oj witaj w rodzinie, bo naprawdę idealnie się wpasowujesz. Jesteście jak zwykle uroczy, więc posumuję to cytując wybitne dzieło:

    To chyba mój koniec. Nie jem, nie śpię, rzygam tęczą. W dniu dzisiejszym pojawił się czerwony kolor wieńczący tęczę. Modliłem się żeby to był każdy kolor byle nie czerwony. Najgorszy z możliwych… wijące się pierdolone czerwone wstążeczki z nawleczonymi stadami czerwonych serduszek. Najgorzej się rzyga tymi serduszkami, każde z nich na chwilę zatrzymuje się w gardle, dusząc zawsze tak samo...

    W każdym razie. Popieram pomysł Hakusia odnośnie stroju Lucy! I uśmiałam się niesamowicie na zdolnościach aktorskich mojej siostrzyczki i cudownym planie schowania Hakusiowi jego haka. Normalnie jesteście słodcy - jak dzieciaczki na pierwszej poważnej randce. Wręcz cukierkowo. <3
    Cóż, ja tylko czekam na ślub i wesele, bo na pewno będzie bardzo fabulous i w stylu króla i królowej katastrofy.

    Buziaczki dla mojej siostrzyczki i przyszłego szwagra. ;**

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo sympatyczna i niesamowicie pozytywna notka. :)
    Czytało się naprawdę przyjemnie, a Hak i Lucy momentami byli wręcz rozbrajający. Z wielką chęcią przeczytam wasze kolejne wspólne notki. :)

    OdpowiedzUsuń
  6. no siostra - wiecej teczy w teczy juz byc tu nie moglo.
    Oburzona jest bom nie dostala od cb kartki zadnej - protesuje i tacie powiem, zobaczysz - kazanie murowane xD No ale ogolnie notka wyszla bosko az zaluje, ze sie skonczyła. Buziaczki dla Lulu i Haczka nieboraczka xD

    OdpowiedzUsuń

Szablon wykonany przez drama queen. Obsługiwane przez usługę Blogger.