niedziela, 26 marca 2017

Notka walentynkowa


Night Tear jako Miyuki Fuyuhime
oraz
Fox jako Mordred Deschain
debiutują wraz ze swoją pierwszą wspólną notką. Mamy nadzieję, że długość nikogo nie zniechęci, a treść nie zanudzi. Życzymy miłej zabawy.
Zapraszamy również na notkę fabularną Burtona.

14 lutego był jednym z tych dni, które niespodziewanie zyskały wielką popularność wśród Baśniowców. W Fabletown święto zakochanych zdawało się być obchodzone wręcz chętniej i huczniej niż wśród wielu Doczesnych. Nawet w samym Woodlands panowała dziwnie cukierkowa atmosfera, a większość personelu bardziej przejmowała się organizowanym z tej okazji bankietem niż wykonywaniem swoich obowiązków. Niektórzy nawet wcześniej kończyli pracę, byle tylko zająć się przygotowaniami do walentynkowego wieczoru.  

Mordred był raczej zmęczony i poirytowany panującą dokoła atmosferą. Patrząc na to wszystko odnosił wrażenie, jakby cały świat zapomniał o fakcie, że życie to nie bajka, że tak naprawdę nie istnieje prawdziwa miłość od pierwszego wejrzenia, ani tym bardziej jakże oklepane długo i szczęśliwie. Kto jak kto, ale Baśniowcy skazani na życie w tym świecie powinni chyba wiedzieć o tym najlepiej.  

W tej chwili miał chęć znaleźć się jak najdalej od tego absurdalnego szaleństwa i zająć czymś konstruktywnym. Od dłuższego czasu bił się z myślami i rozważał potajemną wyprawę do baśniowego świata – do Avalonu. Lub tego co z niego pozostało. Tylko ten jeden raz i na krótką chwilę, by przekonać się czy byłby w stanie rozwiać otaczające go mgły i zrealizować pewien dość nierealny plan. Czy znajdzie się lepsza okazja? Niemal całe Woodlands zdawało się tak zaabsorbowane świętem zakochanych, że nie zwróciliby uwagi nawet gdyby otworzył portal na samym środku głównego holu. To mogła być idealna szansa. Teraz albo nigdy...

O tej porze trzynaste piętro sprawiało wrażenie zupełnie pustego. Najpewniej wszystkie wiedźmy skorzystały z okazji by wcześniej wyjść. Tym lepiej, Mordred nie miał chęci ani nikomu się tłumaczyć, ani udawać, że znalazł się tu w jakimś zwyczajnym celu. Wystarczyło, że do tej pory nie raz wpadał na jedną z wiedźm – Miyuki – czy to w zbiorach magicznych ksiąg, czy też kiedy po prostu potrzebował jakiegoś składnika do swoich czarów. Nie lubił, gdy interesowała się tym, co robił lub patrzyła mu na ręce. Była inna, obca. Mordred wiedział jedynie, że pochodziła z odległego kraju, o którym nie miał zbytniego pojęcia. Na dodatek na swój sposób go irytowała, była zbyt bystra, by zbyć ją jakimś w miarę przekonującym kłamstwem.

Na całe szczęście najwyraźniej nie było ani jej, ani nikogo innego. Zadowolony z sytuacji, skorzystał z klucza Mab do części piętra przeznaczonej jedynie dla wiedźm. Na szczęście wszystkie składniki niezbędne do rytuału otworzenia portalu zdobył już wcześniej, wraz z innymi, z pozoru zwyczajnymi sprawunkami załatwianymi na trzynastym piętrze. Potrzebował jedynie bezpiecznego i przystosowanego do magii pomieszczenia, w którym będzie mógł bezpiecznie otworzyć portal, a żadne inne miejsce nie było do tego tak przystosowane jak sala, w której wiedźmy przeprowadzały większość swoich rytuałów.

 Z mimowolnym pośpiechem przygotował wszystko i oznaczył krąg, w którym chciał otworzyć portal. Jeszcze przez krótką chwilę się wahał. Chociaż od dawna uczył się magii, tego typu zaklęcia znał jedynie z teorii i nie miał pojęcia czy podoła temu wyzwaniu. Zdecydował się jednak zaryzykować. Skupił się na zaklęciu, starannie wypowiadając wyuczoną formułę. Ledwie wymówił ostatnie słowa, poczuł potężną energię. Przed nim znajdował się niewielki portal, który z każdą chwilą stopniowo się powiększał. Mordred zdecydowanym gestem otworzył przejście. Po drugiej stronie portalu pojawiły się zarysy drzew, przypominające odbicie lasu w tafli wody. Teraz wystarczyło już tylko przejść na drugą stronę. 

Wciąż jeszcze nie do końca przekonany czy aby na pewno to zadziała, postawił krok do przodu. Nie nastał żaden rozrywający ból, a poczuł jedynie zabawne mrowienie w ciele. Zachęcony tym, że prawdopodobnie poszło mu lepiej, niż mógł myśleć, postawił kolejny krok – i w fali ekscytacji nie poczuł nawet, jak na jego nadgarstku zaciskają się chłodne, długie palce. Gdy się odwrócił, dostrzegł już tylko zamykający się portal i… kobietę.

Ciemnowłosa dama o azjatyckich rysach wpatrywała się w niego wręcz morderczym wzrokiem. Puściła jego dłoń i zanim postanowiła choćby rozejrzeć się, czy aby na pewno znajdują się teraz w bezpiecznym miejscu, pchnęła lekko mężczyznę.

— To jest to twoje „po prostu interesuję się magią”, tak?! – Nie było sensu owijać w bawełnę. Nie było sensu tłamsić gniewu, wyszłoby wtedy jeszcze gorzej niż gdy pozwalała na ujście emocjom. – Zastanowiłeś się przez moment, człowieku, co by było, gdybyś zrobił coś źle?! Pomyślałeś chociaż przez moment, jak bardzo naraziłeś nie tylko siebie, ale też ludzi przebywających w tym budynku?! Magia to nie jest zabawka, do cholery!

Miyuki Fuyuhime, jak kazała się nazywać w tym zabawnym świecie po drugiej stronie, była pod wrażeniem samej siebie. Ciekawe, od kiedy stała się taka obowiązkowa, odpowiedzialna i troskliwa. Nieprychająca na każdy komentarz, niewywracająca oczami przy każdej możliwej sposobności.

— Po co w ogóle się wtrącałaś? – odpowiedział pytaniem na jej pytanie, z trudem tłumiąc w sobie gniew. Na dodatek pretensje Miyuki, niezależnie od tego czy uzasadnione, działały na Mordreda jak płachta na byka. – Nie udawaj, że obchodzą cię inni ludzie. Gdybyś to ty miała jakiś interes w innym świecie, w najmniejszym stopniu nie przejmowałabyś się tym, czy ktoś by na tym ucierpiał. – mruknął wściekły. Co prawda nie znał dobrze swojej towarzyszki i nie miał pojęcia jaka w rzeczywistości była, jednak w tej chwili go to nie obchodziło.

O wiele bardziej martwił go fakt, gdzie właściwie się znaleźli. Mógł przysiąc, że nim przeszedł przez portal, widział wyraźnie swój cel i fragment lasu. Najwyraźniej interwencja jego nieproszonej towarzyszki musiała doprowadzić do tego, że wylądowali w innym miejscu.

— Gdzieś ty nas w ogóle przeniósł? – spytała jakby czytała w jego myślach, zupełnie ignorując wcześniejszą docinkę. Może dlatego, że poniekąd miał rację, której tak bardzo przyznać mu nie chciała? Ton jej głosu zabrzmiał niespodziewanie spokojnie, gdy zadawała mu pytanie.

Rozejrzeli się uważnie dookoła.

To był… ogród. Bardzo dziwny, taki bardzo… europejski. Tak, z całą pewnością, gdziekolwiek się znaleźli, było to coś na kształt europejskiej posiadłości. Zachodzące powoli nad krainą słońce rzucało ostatnie promienie na szumiącą fontannę. Na tyle, na ile była w stanie ocenić, właściciele tejże posiadłości bardzo cenili sobie białe i czerwone róże, było ich pełno w całym ogrodzie.

Dopiero po pewnej chwili dostrzegła alejkę prowadzącą wprost do środka zamku, który nie prezentował się już tak pięknie jak jego dwór. Był wyraźnie stary i dość surowy, niczym twierdze budowane w czasach, które Mordred doskonale pamiętał ze swego dawnego życia. Jednak zarówno wyraźny upływ czasu, który odcisnął swoje piętno na budowli, jak i rozległy, zadbany ogród sugerowały, że znaleźli się w zupełnie innym miejscu i czasie niż powinni. 

Jak oni stąd, niby, wrócą?

— Gdybyś się nie wtrąciła, wiedziałbym, gdzie jesteśmy. Wygląda jak Anglia, mój świat. Ale nie tu chciałem się przenieść... – odpowiedział po chwili. Wciąż jeszcze był zbyt poirytowany, by przestać obwiniać swoją towarzyszkę i uspokoić na tyle, by zastanowić się nad sytuacją w jakiej się znaleźli. – Powinniśmy stąd iść. – odezwał się po chwili już spokojniej, starając się opanować złość – Nie mam pojęcia kto jest panem tego zamku, ani jak zareaguje, gdy dowie się, że tu jesteśmy.

Oczywiście, że powinni stąd iść – dodała w myślach Miyuki. Tak na dobrą sprawę nawet nie powinno ich tutaj być. Ale komuś bardzo zachciało się wieczornych przygód i łamania ustalonych odgórnie reguł…

Z cichym westchnięciem ruszyła przed siebie. Tak, powinni stąd iść. Czym prędzej. I właśnie dlatego Miyuki ruszyła… w stronę zamku?

Przystanęła na moment dosłownie kilka metrów od zdumionego Mordreda i obejrzała się za siebie, aby posłać mu spojrzenie. Spojrzenie informujące o tym, że czeka na niego. Czeka, aż się łaskawie ruszy z miejsca.

— Co tak stoisz jak ostatnia ofiara losu i się głupio patrzysz? Ten zamek wygląda na opuszczony, prawdopodobnie nikogo nie spotkamy. Ale może znajdziemy składniki potrzebne do otwarcia portalu powrotnego. – Odwróciła głowę w stronę uchylonych, porośniętych bluszczem drzwi. Nie ruszyła jednak, jakby jeszcze nad czymś się zastanawiała. Spojrzała na niego przez ramię raz jeszcze. – Chyba że wolisz iść pieszo i szukać działającego portalu do Fabletown. Ja głosuję za utworzeniem własnego. A że mój głos liczy się podwójnie, postanowione. Więc rusz się.

I dopiero wtedy pchnęła drzwi. Teraz wnętrze zamku stało przed nimi otworem.

— Chyba oszalałaś – stwierdził w końcu, otrząsnąwszy się z zaskoczenia. Ta kobieta doprowadzała go do szału swoim zachowaniem. Dlaczego ze wszystkiego co mogło pójść źle, musiał trafić akurat na nią? –  Naprawdę uważasz, że tak wygląda opuszczony zamek? – spytał patrząc znacząco na znajdujący się przed nimi korytarz, prowadzący w głąb zamku. Przytwierdzone do ścian pochodnie oświetlały ponure wnętrze. Chociaż wszędzie dokoła panowała cisza, zamek z pewnością nie mógł być opuszczony. Światła, zadbany ogród... to wszystko wyraźnie wskazywało, że ktoś zajmował się tym miejscem. Złapał ją za rękę, chcąc powstrzymać ją przed wejściem do środka. 

— Narobiłaś już dość kłopotów i nie pozwolę ci wpędzić nas w kolejne. – oznajmił stanowczo – Zastanawiałaś się, co powiemy właścicielowi zamku? Wiesz w ogóle czego możesz się spodziewać? Nie. I dlatego zrobimy jak mówię, jak najszybciej opuścimy to miejsce. Wiem, gdzie znajdziemy portal powrotny, którym możemy bezpiecznie przedostać się do Fabletown...

Miyuki westchnęła z poirytowaniem, gdy tylko jej dotknął, a ostatnie słowa cudem przedarły się przez kłąb jej krytycznych myśli. Szarpnęła dłonią, aby wyrwać się z uścisku.

Ona niby narobiła kłopotów, tak?

— Świetnie, panie wiem-wszystko-dokładnie, nie masz pojęcia, gdzie się znajdujemy, ale wiesz, jak daleko stąd jest następny portal. Prowadź więc, mistrzu – machnęła ręką z powrotem w stronę ogrodu.

W tym momencie na końcu korytarza pojawił się człowiek. Gdy tylko ich zobaczył, pośpiesznie podszedł i skłonił się uprzejmie na powitanie. 

— Witam serdecznie na zamku Nottingham. Hrabia Huntingdon, jak mniemam? Wiele słyszeliśmy o panu i pańskiej... egzotycznej małżonce – człowiek zerknął z nieukrywanym zainteresowaniem​ na Miyuki, po czym niezrażony kontynuował – Obawialiśmy się już, że nie zechcecie przyjąć zaproszenia i zaszczycić nas swoją obecnością. Król na pewno będzie rad, gdy dowie się o waszym przybyciu. Zapraszam, na pewno chcecie odpocząć po podróży.

Pojawienie się służącego sprawiło, że Miyuki zdębiała – chociaż nie był to częsty widok. Przez moment ze zdumieniem patrzyła się to na sługę, to na Mordreda, który wyglądał dokładnie tak, jakby nic nie wymykało się spod jego kontroli.

Zaraz, chwilę, czekaj…

Egzotycznej… Małżonce…?!

— Tak w zasadzie to my nie… - nie udało jej się dokończyć, bo w słowo wszedł jej Mordred.

— Nie byliśmy pewni czy uda nam się skorzystać z zaproszenia. – powiedział pośpiesznie, nie ukrywając swojego wyraźnego szkockiego akcentu. Nie mógł nie wykorzystać takiej okazji. Miał tylko nadzieję, że Miyuki nie będzie nadgorliwie próbowała wyjaśniać sytuacji.

Lecz ona jedynie spojrzała na niego ze zdumieniem i oburzeniem wymalowanym na twarzy, ale nie odezwała się już ani słowem.

— Owszem, mieliśmy pewne problemy podczas podróży. Zwłaszcza mojej drogiej żonie przydałaby się chwila odpoczynku nim udamy się na spotkanie z gospodarzem. – kontynuował z uprzejmym uśmiechem.

Gdy tylko sługa ruszył przodem, by wskazać im drogę, Mordred podszedł bliżej do wyraźnie zaskoczonej całą sytuacją Miyuki.

— Chciałaś szukać składników do otwarcia portalu, więc proszę bardzo – szepnął – Możemy wykorzystać sytuację, tylko pozwól mi działać i nie zepsuj tego...  

— I chcesz działać, udając jakiegoś paniczyka z europejskiego dworu, w dodatku mnie wrabiając w jego… swoją żonę? Życzę powodzenia, chociaż nie sądzę, że znajdziesz dzięki swojej metodzie coś więcej niż pieczonego prosiaka na stole – syknęła, prostując się szybko, gdy dostrzegła, iż służący zatrzymuje się przed nimi.

— W tej komnacie będziecie mogli odpocząć po wyczerpującej podróży, ochłonąć oraz przebrać się. W razie potrzeby, służba jest na wasze zawołanie – mężczyzna skłonił się nisko, otwierając tym samym drzwi do pomieszczenia.

— Dziękuję? – odparła dość niepewnie, rzuciła raz jeszcze krótkie, ale wciąż mordercze spojrzenie Mordredowi i weszła do środka komnaty.

Nie wiedziała, czego powinna się spodziewać, ale pomieszczenie wyglądało dość… zwyczajnie. Dwie szafy, ogromne łoże z baldachimem i parawan stojący w kącie. Wzrok przykuwała również rzucona na podłogę niedźwiedzia skóra, która z jakiegoś powodu miała chyba czynić to miejsce przyjemniejszym.

Odwróciła się w stronę Mordreda, gdy usłyszała, iż drzwi się zatrzasnęły. Skrzyżowała ramiona pod biustem i westchnęła.

— Mam nadzieję, że masz jakiś dobry i logiczny plan, jak wyciągnąć nas z tej całej maskarady, nie pchając nas na bal pełen europejskich pacynek. Na litość boską, czy ja wyglądam na księżniczkę więzioną w wieży, która ma pojęcie, jak przypadkiem nie wzbudzić wątpliwości tych ludzi i jednocześnie wydobyć z nich informacje, gdzie znajdziemy potrzebne do portalu składniki? – zamknęła oczy i jedną dłonią dotknęła swoich skroni, gdy odchodziła kawałek w bok. – Boże, za jakie grzechy się w to wpakowałam…

— Też się zastanawiam, po co się w to mieszałaś. Sam się tym zajmę, po prostu mi zaufaj i graj swoją rolę. Sama słyszałaś, spodziewają się damy z dalekiego, egzotycznego kraju, a nie typowej „księżniczki”. Postaram się zdobyć wszystkie potrzebne składniki. W końcu tak znamienici goście mają prawo do różnych, dziwnych zachcianek. A jeśli się nie uda, zawsze możemy udać się do portalu, w okolice którego chciałem się przenieść. Na pewno nie odmówią nam koni i prowiantu na drogę. – wyjaśnił. – Zobaczysz, wszystko się uda. – dodał zdecydowanie. – Bywałem już w takich miejscach, na wielkich, bogatych dworach. Wbrew temu, co myślisz, wiem, co robić i jak się zachowywać, żeby uniknąć kłopotów. 

Kobieta w odpowiedzi jedynie westchnęła ze zrezygnowaniem. Jakie inne miała teraz wyjście, jak tylko poddać się temu, co tylko jej powie?

Mordred natomiast rozejrzał się po pomieszczeniu. Powinni się przebrać, by nie wzbudzać niepotrzebnej sensacji swoim ubiorem. On sam przygotował się na tę wyprawę, choć i tak jego strój pasował raczej do nieco starszej epoki niż ta, w której się znaleźli. Miyuki zdecydowanie o wiele bardziej wyróżniała się swoim nowoczesnym ubiorem. 

— Powinniśmy przebrać się w coś bardziej stosownego – powiedział przeglądając zawartość jednej z potężnych szaf. Na całe szczęście stroje niewiele zmieniły się od czasów, które pamiętał. Wybrał jedną z sukni i podał ją Miyuki – To powinno być stosowne na dzisiejszy wieczór.

Uniosła brwi, gdy przejmowała od Mordreda suknię. Zaczęła się zastanawiać, skąd tak w zasadzie będą wiedzieć czy rozmiary ubrań wiszących w szafach są na pewno prawidłowe. Magia magią, ale mimo wszystko…

Błękitna suknia, którą jej podał, z pewnością wyróżniała się na tle tych zielonych i czerwonych, których falę zdążyła zauważyć w szafie. O dziwo – postanowiła bez większego słowa sprzeciwu po prostu mu zaufać. Zresztą, jaki teraz miała wybór? Gdyby została tutaj, podczas gdy Mordred poszedłby na bal… z całą pewnością ktoś ze służby wyszedłby zapytać czy wszystko w porządku, czy nie chce towarzyszyć swojemu pożal się Boże mężowi na wspaniałym balu.

— Mam nadzieję, że twój plan naprawdę wypali – mruknęła jeszcze nim weszła za stojący w rogu komnaty wielki parawan.

Mordred za to ponownie przejrzał garderobę, tym razem w poszukiwaniu czegoś bardziej stosownego dla siebie. Szkocki władca, za którego go wzięli, najwyraźniej był wyjątkowym konserwatystą, gdyż wśród jego strojów dominowały niemal wyłącznie kilty i tradycyjna szkocka krata. O ile nie miał nic przeciwko całej tej maskaradzie, to zdecydowanie nie zamierzał posuwać się aż tak daleko. Wreszcie znalazł coś bardziej zwyczajnego i pasującego raczej do spodni niż kiltu – prostą, ciemną tunikę wyszywaną złotą nicią i płaszcz w odcieniu ciemnej zieleni. Całość wydawała mu się nieco zbyt strojna niż to do czego przywykł, ale mogło być gorzej.  

Chociaż suknia nie mogła równać się z kilkuwarstwowymi kimonami, nie była wcale prosta w założeniu. Falujące fałdy sprawiały, że zdążyła już trzy razy zgubić się w jej środku, nim przełożyła ją przez głowę – i musiała dwa razy suknię przekręcać, aby przód faktycznie przodem był.

Ta nierówna walka zajęła jej dobre kilka, może kilkanaście minut. Gdy wygładzała ostatnie fałdy błękitnej sukni ze srebrnymi zdobieniami, przekonała się, że czuje się w niej okropnie… głupio. Nienaturalnie. Bardziej nienaturalnie niż w pierwszym kontakcie z nowoczesnymi ubraniami.  

Długie rękawy sukni przypominały jej co prawda furisode, które zwykła nosić jeszcze zanim trafiła do Fabletown – jednak gorset usztywniający korpus, materiał, który od bioder tak swobodnie opadał w dół, nie przylegając do jej ciała aż do wysokości kolan…

Z cichym westchnięciem zerknęła na zwinięte i rzucone w róg ubrania, które przed momentem zdjęła ze swojego ciała. Z trudem przykucnęła i zebrała je z podłogi, chociaż… nie miała najmniejszego pojęcia, co powinna z nimi zrobić. Najlepszą myślą w tym momencie było wrzucenie ich w najgłębsze zakamarki szafy. Potem wyjmie je z powrotem, gdy będą już wracać.

Z tą myślą wyszła zza parawanu, nie zaszczycając nawet Mordreda spojrzeniem, który zdążył w spokoju się przebrać, schować ubrania i rozejrzeć się dokładniej po komnacie. Gdy w końcu wyszła zza parawanu, w pierwszej chwili poczuł się nieco dziwnie. Ubrana w błękitną suknię, ze swoimi długimi, kruczoczarnymi włosami dziwnie przypominała mu Morganę Le Fay. Chłodną i piękną, dokładnie taką, jaką pamiętał z nielicznych i krótkich spotkań. Przez chwilę wpatrywał się w nią z niezbyt miłym odczuciem deja vu. Dopiero jej słowa sprowadziły go na ziemię.

— Mam nadzieję, że chociaż wyglądam lepiej niż się czuję. Na włosach też mam zastosować jakieś super-tajne upięcie czy chociaż moja głowa zostanie oszczędzona przed tą idiotyczną przebieranką?

Dopiero gdy wrzuciła swoje ubrania z powrotem do szafy, zerknęła na Mordreda.

— Upnij je jak chcesz – wzruszył ramionami, odwracając od niej wzrok. – Moim zdaniem wyglądasz jak prawdziwa dama i niczego więcej już nie trzeba – przyznał z udawaną obojętnością, powstrzymując się, by nie dodać, że wygląda po prostu olśniewająco. – Zatem, jeśli jesteś gotowa, możemy dołączyć do reszty gości, moja pani. – Ostatnie słowa wypowiedział z lekkim przekąsem. Uśmiechnął się do niej uprzejmie i lekko skłonił, a następnie podał jej ramię. Dama natomiast prychnęła cicho i w iście szlachecki sposób wywróciła oczami, nim przyjęła jego ramię.

Chociaż nie był zachwycony całą sytuacją, ani tym bardziej jej towarzystwem, postanowił po prostu odegrać swoją rolę. Tak samo, jak robił to praktycznie zawsze.

Zeszli wspólnie na dół do sali wypełnionej barwnym tłumem gości. Miał nadzieję, że tak samo jak gospodarz i jego sługa, nikt z zaproszonych, nie znał ludzi, za których ich wzięto. A może działała tu jakaś magia? Kolejni goście witali ich uprzejmie, najwyraźniej bez jakichkolwiek podejrzeń. Wszystko wskazywało na to, iż naprawdę nigdy nie widzieli na oczy prawdziwego Hrabi i jego małżonki.

Kolejni goście witali ich uprzejmie, najwyraźniej bez jakichkolwiek podejrzeń. Mordred wymieniał uprzejmości z kolejnymi szlachcicami, rycerzami, damami i całą śmietanką towarzyską. Przedstawiał również swoją towarzyszkę, która najwyraźniej dla większości gości była atrakcją wieczoru, którą koniecznie chcieli poznać. Niektórzy zadawali dość niedyskretne pytania o jej pochodzenie, które starał się ucinać, nieraz nazbyt ostro. 

Miyuki natomiast czuła na sobie zaciekawione spojrzenia mężczyzn i zawistny wzrok dam towarzyszący jej niemal na każdym kroku. Czuła się jak ciekawy okaz jakiegoś nadzwyczajnego zwierzątka, które wypuszczono na smyczy, żeby każdy mógł sobie popatrzeć i nacieszyć oczy. Coś okropnego – czy naprawdę stara, średniowieczna Europa aż tak bardzo zamknięta była na różnorodność?

Nowy Jork był zupełnie inny. Tam różnic kulturowych było tyle, że nikt już praktycznie nie zwracał uwagi na to, czy jesteś biały czy czarny, czy masz skośne oczy czy też nie, czy jesteś wysoki i szczupły czy też nie, czy jesteś pięknością o włosach blond czy zachwycającą szatynką. I chociaż nic nigdy nie zastąpi jej domu – śniegów i gór cudownej Japonii, wciąż lepiej odnajdywałaby się w Nowym Jorku niż właśnie… tutaj. Gdziekolwiek teraz się znaleźli.

Usłyszała przypadkiem rozmowę dwóch mężczyzn, którzy z nieskrywaną ekscytacją powtarzali sobie, iż na bankiecie będzie sam król Ryszard – wrócił w końcu do rodzinnych stron po podbojach, chociaż ciekawe na jak długo.

Gdy zbliżyli się do stołu, w ich nozdrza uderzył zapach pieczonego mięsiwa przyozdobionego różnymi warzywami, czasami również owocami, a z kielichów wylewało się czerwone wino, gdy szlachcice upijali się z radością trunkiem. Miyuki zmarszczyła zabawnie nos, gdy szmaragdowy płyn spłynął po twarzy wąsatego jegomościa, brudząc mu przy okazji nie tylko zarost, ale także i śmieszny kaftanik, jaki dzisiaj ubrał.

Zasiedli za stołem, Miyuki, o dziwo, tym razem posłusznie i bez zbędnych komentarzy, na miejscach, do których przyprowadził ich Mordred. Zerknęła nieufnie na pieczone prosię tuż przed swoim nosem i zastanawiała się przez chwilę czy wielkim nietaktem będzie, jeśli jednak nie spróbuje serwowanych potraw.

Jej konsternacja jednak nie miała trwać zbyt długo, bo zaraz dotarł do nich głos służby oznajmiający, iż czas zacząć już tańce. Kilka panien z szerokim uśmiechem na twarzy poderwało się z miejsc i ruszyło w stronę szerokiego parkietu, na co Fuyuhime jedynie uniosła brwi. Miała nadzieję, że jej towarzysz jednak nie zdecyduje się na tak radykalny krok szybkiego stracenia swoich stóp.

Zresztą, nawet jej nie lubił. Nie było się więc o co martwić.

Tak przynajmniej myślała do momentu, w którym usłyszała głos Mordreda, który zmusił ją do przeniesienia wzroku z piszczących szlachcianek na niego.

— Zaszczycisz mnie tańcem? – zapytał, wyciągając do niej dłoń. Widząc jej zaskoczenie, uśmiechnął się, chcąc dodać jej nieco otuchy.

Kiedy podała mu dłoń, chociaż wciąż bez większego przekonania, udali się wprost na środek sali. Mordred wręcz czuł na sobie wzrok gości zasiadających przy rozstawionych dokoła stołach, a także innych par, które właśnie zakończyły poprzedni taniec. Fakt, że znajdowali się w centrum uwagi, sprawiał mu dziwną satysfakcję, jakiej od dawna mu brakowało. Na chwilę znów był w swoim żywiole, nawet jeśli wszyscy patrzyli na nich z powodu zainteresowania jakie wzbudzała Miyuki. 

— Nie przejmuj się nimi. Wszystko, co nowe, wzbudza ich przesadne zainteresowanie. Patrzyliby na ciebie podobnie, gdybyś była ze Szkocji czy choćby innej części Anglii. – powiedział, widząc, że przesadne zainteresowanie gości najwyraźniej było dla Miyuki sporym wyzwaniem. – Postarajmy się dobrze bawić, a oni niech patrzą, jeśli chcą. Będą mieli o czym plotkować, kiedy wrócą do swojej nudnej i monotonnej codzienności.

— Lepiej byłoby, gdybyśmy my do niej wrócili – odparła, chociaż już bez wyczuwalnej złośliwości w głosie. Jakby chciała mu po prostu przypomnieć, że nie należą do tego świata, przynajmniej nie ona, i zadeklarowali się czym prędzej stąd uciec.

Pary dokoła nich podjęły przerwaną zabawę. Muzycy rozpoczęli właśnie dość żwawy rigaudon. Był dość trudny jak dla osoby, która pierwszy raz w ogóle ma styczność z taką kulturą, ale… dało radę powtarzać po prostu kroki innych. A Mordred prowadził ją łagodnie, starając się jak najbardziej uważać, by nie wymagać od niej niczego, co mogłoby ją w jakiś sposób zaskoczyć. Nie chciał wymagać od niej zbyt wiele i narażać na jakiekolwiek nieprzyjemności.

Chociaż na samym początku czuła się niepewnie, szczególnie podskakując od czasu do czasu w tak długiej sukni, cudem udało jej się nie nadepnąć kogoś przez pierwszą część tańca, która… okazała się nie być aż taka trudna. Jednak. Gdy zrozumiała ruchy i nauczyła się już w porę reagować na zmiany – wszystko szło zadziwiająco gładko.

Nie mogła też odmówić Mordredowi talentu w prowadzeniu tak niewykształconej tancerki, jaką była. Nie zdołała nawet spostrzec, kiedy na jej wargach zagościł delikatny uśmiech, gdy błądziła wzrokiem za swoim partnerem, byleby nie odejść zbyt daleko od niego, byleby nie zgubić rytmu i karygodnie nie pomylić kroków. To dziwne uczucie, ale zaczęło jej to nawet sprawiać… przyjemność?

Mordred za to starał się ani na chwilę nie spuszczać z niej wzroku, gotów w każdej chwili służyć jej swoją pomocą. Śledząc jej ruchy, na chwilę nawet zapomniał o otaczającym ich ciekawskim. Obserwowanie jej sprawiało mu nieukrywaną przyjemność. Była tak inna i niepasująca do tego świata i wszystkiego co dotąd znał. Po raz pierwszy tego dnia uśmiechnął się naprawdę szczerze, kiedy po raz kolejny odnaleźli się wzrokiem. 

Jej wargi lekko drgnęły, gdy dotknęła ponownie jego dłoni i gdy zajrzała ponownie w jego oczy. Za moment jednak odwróciła wzrok, łapiąc się na zbyt długim gapieniu się – a wzrok wbity w ziemię został zatuszowany przez subtelny ukłon kończący taniec.

— Myślę, że czas poszukać składników, bo nigdy stąd nie wyjdziemy. Ale gdy znikniemy oboje i niczego nie znajdziemy… - przygryzła dolną wargę, chociaż najchętniej prychnęłaby sama na siebie za to, jak idiotycznie unika tego, by spojrzeć mu po raz kolejny w oczy. – Zostanę tutaj. Wiesz, czego nam potrzeba. Ufam, że tym razem nie postanowisz zrobić tego sam i nie zostawisz mnie tutaj.
I tak bym wróciła i cię znalazła – dodała w myślach.

— Prawdę mówiąc wolałbym w ogóle nie zostawiać cię tu samej – odparł, a jego słowa wprawiły Miyuki w lekkie zakłopotanie. Odwróciła głowę w bok, nie potrafiąc ukryć lekkiego uśmiechu.

Wiedział, że powinien zająć się realizacją planu, jednak obawiał się czy poradzi sobie sama w nieznanym jej świecie. Bądź co bądź, to on namówił ją na całą tę maskaradę. Czuł się za nią odpowiedzialny. W końcu obiecał jej, że wszystko się ułoży, gdy prosił, by mu zaufała. Chociaż z reguły nie przejmował się tym, co inni o nim myśleli, za wszelką cenę nie chciał jej zawieźć. 

— Postaram się wrócić jak najszybciej – starał się ukryć swoje złe przeczucia, ale nie był pewien czy dobrze mu to wychodziło. Spojrzał na nią, ale ta odwróciła wzrok. Może to i lepiej. Wiedział, że oczy zdradzały go zbyt łatwo. Odszedł więc od niej i udał w stronę jednego z wyjść. Zerknął jeszcze raz na salę i Miyuki, coraz bardziej nie mógł oprzeć się wrażeniu, że zostawianie jej samej było złym pomysłem. 

Pośpiesznie przemierzył kolejne korytarze, aż wreszcie trafił do wskazanego mu przez jednego ze sług pomieszczenia należącego do zamkowego znachora. Na całe szczęście wszyscy byli zbyt zajęci balem i nie musiał nawet nikomu tłumaczyć, po co właściwie zapuścił się w tę część zamku i czego tu szuka. 

Tak, jak się spodziewał, znalazł tu spory zbiór składników leczniczych, a nawet magicznych mikstur. Dopiero gdy odnalazł ostatni z potrzebnych składników zawahał się. Mieli tak po prostu wrócić? Po to od tak dawna planował wizytę w tym świecie, by teraz, będąc tak blisko swego celu, zwyczajnie wrócić? Nie... Nie mógł, nie chciał wycofać się w takiej chwili. Pośpiesznie zebrał wszystkie składniki i zaniósł je do ich tymczasowej komnaty. Przejrzał je jeszcze raz i wybrał jeden z nich, najtrudniejszy do zdobycia, a następnie schował go do kieszeni. Nie wiedział, czemu nie czuł się najlepiej z myślą o tym, że będzie musiał okłamać Miyuki, że nie udało mu się znaleźć wszystkich składników. Nie powinien mieć wątpliwości, przecież to wszystko jej wina, to ona pokrzyżowała mu plany niepotrzebnie wtrącając się w nie swoje sprawy. Tylko tak mógł jeszcze zrealizować swój cel i dotrzeć do Avalonu. 

Pośpiesznie opuścił komnatę, udając się z powrotem do głównej sali. Miał nadzieję, że uwinął się ze wszystkim dostatecznie szybko. Niestety już od progu dostrzegł panujące wśród gości zamieszanie. Mordred poczuł nagły niepokój, najwyraźniej powinien był posłuchać swoich przeczuć i nie zostawiać Miyuki samej.

— Nie jestem zainteresowana – powtórzyła po raz kolejny.

Najwidoczniej egzotyczna dama zaczęła cieszyć się uwagą zgromadzonych… aż za bardzo. Mordred przeciskał się przez tłum z uczuciem niepokoju kołaczącym się gdzieś z tyłu głowy.

— Dlaczego nie, moja pani? Czyż tytuł markizy nie będzie znacznie lepiej wyglądał przed twoim imieniem, moja pani, niż… hrabina? – skrzywił się lekko na samo brzmienie tego słowa. – Czyż znacznie piękniejsza kraina nie będzie dopełniała twojego obrazu, pani…? A ty… och… ty… byłabyś perłą w koronie całego królestwa, najmilsza.

— Powtórzę po raz kolejny, nie.

Do czego to doszło – żeby zjawiała się w obcym świecie, a już jakiś podlotek miał zamiar pojąć ją za żonę. No naprawdę…

Markizowi najwidoczniej nie spodobała się jej kolejna odmowa, bo syknął wściekle:

— Wierna suka swojego pana.

— Coś ty powiedział?!

Powinna nad sobą zapanować, ale pchnęła go, nim zdołała powstrzymać swoje ręce od tak gwałtownych gestów. Markiz zachwiał się, zatoczył, po czym wpadł na stół prosto w pieczonego prosiaka, któremu wcześniej tak bacznie przyglądała się Miyuki.

— Ty wredna, cholerna, mała…! – warczał, gdy zaczynał podnosić się już ze stołu i strząsnął sałatę ze swojego czoła. – Śmiesz podnosić rękę na jednego ze swoich panów?! Odrąbanie ich nauczy cię, gdzie twoje miejsce! – wrzasnął, a Miyuki cofnęła się aż, gdy mężczyzna przed nią wyciągał właśnie prawdziwy miecz, a cała reszta szlachcianek i szlachciców odsunęła się od nich w popłochu.

Mordred miał wrażenie, że czas na chwilę zamarł. Sam nie wiedział, jakim cudem w ciągu ułamku sekundy zdążył racjonalnie ocenić całą scenę i zareagować. Zaklął w duchu, wściekły na samego siebie, że nie zabrał miecza. Nie czekał ani chwili. Ruszył na napastnika. Ten wstrętny, obrzydliwy tchórz bez honoru miał czelność podnieść rękę na kobietę! Mordred najchętniej zabiłby go na miejscu. Ograniczał go jedynie brak broni...

Mordred wykorzystał moment, w którym napastnik wykonał zamach mieczem. Złapał go za rękę i korzystając z chwilowego braku równowagi, powalił na ziemię.

— Masz czelność podnosić rękę na kobietę?! - syknął wściekle. Jedną ręką wciąż trzymał w żelaznym uścisku rękę napastnika, uniemożliwiając mu obronę, drugą sięgnął po przypasany do boku sztylet, który następnie przyłożył mężczyźnie do gardła – Powinienem cię za to zabić jak najgorszego śmiecia. – cedził słowa z nienawiścią w głosie. Z trudem powstrzymał się, by nie poderżnąć szlachcicowi gardła na miejscu, na oczach wszystkich gości. Zamiast tego, zacisnął zęby i ostrożnie puścił mężczyznę. — Nie będę zniżał się do twojego poziomu. Pokaż, że jesteś mężczyzną i masz odwagę by walczyć ze mną. - rzucił mu otwarte wyzwanie.

Szlachcic uśmiechnął się z wyższością. 

— Dajcie temu paniczykowi broń, nauczę go gdzie jego miejsce.

Zaślepiony wściekłością Mordred przyjął miecz podany mu przez jednego ze sług. Nie czekał nawet na ruch swego przeciwnika, tylko natarł pierwszy. Z trudem hamował złość na tyle, by skupić się na walce – na jak największej płynności i zwinności, zamiast bezmyślnego działania. Silnymi, celnymi ciosami szybko zmusił wroga, by ten całkowicie zrezygnował z ataku i skupił się niemal wyłącznie na obronie. Nie trzeba było długo czekać na pierwszą krew. Mordred celnie ugodził przeciwnika w bok. Wiedział, że mógłby bez większego trudu zabić go już teraz. Tego jednak nie chciał. Wolał najpierw go osłabić, pokonać i upokorzyć przed wszystkimi...

Z tym, że krew, która splamiła posadzkę zamku, była wystarczającym argumentem przemawiającym za tym, aby Miyuki otrząsnęła się z amoku i biernego obserwowania zdarzeń. Dość szybko – a nawet, zbyt szybko – przeanalizowała całą sytuację, próbując znaleźć gdzieś sensowne wyjaśnienie, dlaczego Mordred miałby stanąć w jej obronie. Na dobrą sprawę… mógł ją po prostu stamtąd zabrać i wyjść.

Zamknęła na moment oczy, a gdy je otworzyła, zdecydowała się wystąpić z tłumu gapiów, który otoczył dwóch walczących mężczyzn, w tym jednego, który właśnie próbował dłonią zatamować krwawienie.

Podeszła bliżej i położyła dłoń na ramieniu Mordreda – tak delikatnie, tak czule, że można by pomyśleć, iż naprawdę… naprawdę jest jego żoną, jego hrabiną. Nie jedynie natrętną wiedźmą.

— Dość już nadużyliśmy gościnności króla. Czas już na nas… ukochany – powiedziała tak cicho, że zdawałoby się, iż tylko on słyszy jej słowa.

Odwrócił się w jej stronę, jednak nie zdążył nic powiedzieć. W pierwszej chwili zaskoczyły go jej słowa, jej czuły gest. Dopiero, gdy zobaczył jak odchodzi, muskając uprzednio delikatnie opuszkiem palca wierzch jego dłoni, otrząsnął się z tego dziwnego stanu. Uśmiechnął się sam do siebie. Najwyraźniej jej nie docenił, była o wiele lepszą aktorką niż mógł przypuszczać. Mimo całego swego uznania dla Miyuki, przez moment poczuł dziwny żal, że to wszystko było jedynie grą. Dlaczego ten jedyny raz, kiedy ktoś postanowił potraktować go inaczej, musiał być jedynie iluzją?

Rzucił trzymany w ręku miecz na ziemię, tuż obok złorzeczącego markiza, i bez słowa opuścił salę w ślad za Miyuki. Najwidoczniej zebrali się z sali balowej w samą porę, bo zaraz słychać było kolejny męski głos:

— Co to ma znaczyć?

Po nerwowej odpowiedzi oraz zwrocie zastosowanym wobec tej osoby, mogła wywnioskować, że oto król Ryszard Lwie Serce postanowił zaszczycić gości swoją obecnością. Szkoda tylko, że nie będą mieli okazji go poznać.

Zerknęła przez ramię czy aby na pewno Mordred za nią podąża. Odetchnęła z ulgą, gdy okazało się, że nie musi po niego wracać.

— Mam nadzieję, że mamy wszystkie potrzebne składniki do otworzenia portalu. Im szybciej stąd znikniemy, tym mniej zakłóceń spowodujemy w tej niekończącej się opowieści.

Nie odezwał się ani słowem, dopóki nie znaleźli się na powrót w komnacie. Zaryglował drzwi, wiedząc że lada chwila zjawią się tu ludzie króla Ryszarda, który zapewne będzie żądał wyjaśnień. Powinni zniknąć stąd jak najszybciej.

— Co się tam właściwie stało, gdy mnie nie było? – odpowiedział pytaniem na jej pytanie. Po części dlatego, by odsunąć nieco w czasie sprawę powrotu, a po części dlatego, że wciąż jeszcze nie mógł wyzbyć się wzburzenia całą sytuacją.

Miyuki westchnęła, ale zaraz na jej twarzy pojawił się… uśmiech. Ten wieczór był wyjątkowo nietypowy, skoro sprawił, iż ona, królowa lodu, zaczęła ciepło i szczerze się uśmiechać.
Wieczór był wyjątkowy albo…

— Markiz jakiś tam stwierdził, że tak piękna, egzotyczna dama będzie idealnym dopełnieniem jego obrazu królestwa, perłą w jego koronie. Ja, jako wierna i kochająca małżonka mojego hrabiego, odmówiłam. A teraz daj mi te składniki, musimy wracać czym prędzej do domu.

— Wybacz, że cię na to naraziłem. Nie powinienem był zostawiać cię tam samej – nie czuł się najlepiej z myślą, że pozwolił, by sytuacja wymknęła się spod kontroli. Tym bardziej nie mógł jej teraz okłamać, nawet jeśli podróż do Avalonu znaczyła tak wiele, była ważniejsza niż wszystko inne...

— Daj spokój… - wtrąciła, ale nie dane jej było powiedzieć nic więcej, bo zaraz Mordred dodał:

— Są tutaj – wskazał naszykowane wcześniej składniki, ułożone na ławie pod ścianą. – I jeszcze to... – wyjął z kieszeni ostatni składnik i podał go Miyuki. Był zły, że właśnie ostatnia szansa na dostanie się do Avalonu wymyka mu się z rąk, ale nie chciał realizować celu w ten sposób, nie chciał jej okłamywać.

Odetchnęła cicho z ulgą. Nie zwróciła kompletnie uwagi na to, że to, iż ostatni składnik wyjął z kieszeni, a nie naszykował go razem z resztą, mogło być podejrzane.

— Zabierz nasze rzeczy. Jeśli postanowią przeszukać szafę, mogą się trochę zdziwić – odparła, zabierając się do odpowiedniego przygotowania się do czarów. Niegdyś portale otwierała niemal codziennie, więc całą formułę znała dokładnie na pamięć. I wystarczyło jej dosłownie kilka chwil, aby przed nią pojawiła się błękitna powłoka. Widziała w niej już korytarz apartamentowca Woodlands.

Uda im się.

Odwróciła się do Mordreda i wyciągnęła w jego kierunku dłoń. Tak… na wszelki wypadek.

— Gotowy?

Spojrzał na portal, później na nią. To nie był dobry moment na dyskusję, ale mimo to nie chciał tak po prostu wracać. Najchętniej wyjaśniłby jej wszystko, poprosił, by wróciła do Fabletown sama. Nie był jedynie pewien czy nie zrujnowałby tym porozumienia, do którego dzisiaj doszli.

Chwilę ciszy przerwało gwałtowne pukanie do drzwi i głosy sług króla Ryszarda. Mordred westchnął i podszedł do Miyuki.

— Tak, wracajmy... – wziął ją za rękę. Uśmiechnął się do niej, ale nie do swojej hrabiny, tylko do Miyuki, do wiedźmy, która jeszcze tego popołudnia wydawała mu się najgorszym utrapieniem. Miał nadzieję, że tym razem wspólna podróż przez portal zakończy się lepiej.

Zrobili krok w błękitną, falującą powłokę. Zamek pozostał za nimi i po chwili całkowicie zniknął. Wszystko poszło zgodnie z planem, znajdowali się na jednym z korytarzy w Woodlands. Na szczęście prócz nich, nie było tu żywej duszy.

Pośpiesznie puścił jej dłoń.

— Twoje rzeczy – powiedział oddając jej ubrania – Miyuki, posłuchaj. Muszę ci coś powiedzieć... – zaczął. Chociaż było już po wszystkim, miał wrażenie, że i tak jest jej winien pewne wyjaśnienia. Zasługiwała na to. 

Nie zdążył jednak nic powiedzieć, gdyż z windy wysiadł właśnie woźny. Zatrzymał się i obrzucił ich nieco zaskoczonym spojrzeniem, mruknął uprzejme „dobry wieczór” i ruszył w swoją stronę, mrucząc coś pod nosem.  

Miyuki uśmiechnęła się tylko, kiedy Muchołap znikał za zakrętem, a oni sami weszli do windy, którą woźny właśnie opuścił. Wybrała odpowiednie piętro i oparła się o ściankę, zamykając oczy.

— Chciałeś mi o czymś powiedzieć. O czym? – otworzyła leniwie jedno oko i zerknęła na niego pytająco.

— Nieważne, to nic takiego – odparł. Miał nadzieję, że znajdzie się lepsza okazja, by w spokoju porozmawiać. Kiedyś, na pewno nie dzisiaj. Pewnie jeszcze nieraz się spotkają, czy to na trzynastym piętrze czy po prostu gdzieś w Woodlands.  

Winda zatrzymała się na wybranym piętrze. Mordred wysiadł razem z Miyuki i odprowadził ją aż do drzwi jej apartamentu. Dość niechętnie musiał przyznać, że, mimo wszystko, trudno było mu się z nią pożegnać, rzucić jakimś banałem i tak po prostu odejść. 

— Mam nadzieję, że następnym razem trafimy na siebie w bardziej dogodnych okolicznościach – powiedział, mając wrażenie, że jego słowa brzmią dziwnie obco i zdecydowanie zbyt banalnie. Uśmiechnął się chcąc ukryć swoje irracjonalne podenerwowanie.  

Odwróciła się tuż przed drzwiami swojego apartamentu. Z jednej strony nie mogła się już doczekać, kiedy znajdzie się w mieszkaniu i będzie mogła zrzucić tę dziwną sukienkę z długimi rękawami. Z drugiej natomiast… przygoda przeżyta dzisiaj z Mordredem jakoś dziwnie na nią podziałała. Dawno nie czuła czegoś takiego jak teraz, jak…

— Cóż… mieszkamy w końcu naprzeciwko siebie, rycerzu – odezwała się, a w jej głosie po raz kolejny nie zabrzmiała żadna złośliwość, żadna uszczypliwość. Była tylko szczerość. Tylko Miyuki, czysta, szczera. Szczęśliwa…?

— A mimo to wcześniej nawet nie rozmawialiśmy – przyznał łagodnie. Po dzisiejszym dniu żałował, że wcześniej zawsze ją ignorował lub traktował jak zło konieczne. Najwyraźniej nie wiedział, co tracił. 

Westchnęła cicho i zbliżyła się do niego odrobinę. Zapomniała już o tym, że przysięgła sobie w duchu nie spoglądać już w jego oczy – zapomniała o tym, jak łatwo ostatnim razem w nich utonęła. Przygryzła dolną wargę.

— Zawsze możesz wpaść i porozmawiać ze mną o tym czymś… nieważnym – ściszyła głos, chociaż nie do końca jasne było, dlaczego. Postąpiła jeszcze o drobny kroczek do przodu. – Tylko może po pracy, bo inaczej może być dość ciężko.

Co ona w ogóle wygaduje? Dlaczego wymawiane słowa brzmią w jej ustach tak głupio, prosto, idiotycznie?

— Kiedy tylko zechcesz – odparł niemal natychmiast, jakby w obawie, że jeszcze zmieni zdanie. Czuł się nieco dziwnie, nie mogąc oderwać od niej wzroku. Nie pamiętał czy kiedykolwiek wcześniej czuł się tak, jak teraz, jak w jej towarzystwie. Choć zazwyczaj wolał trzymać się na dystans, tym razem wcale nie przeszkadzał mu fakt, że Miyuki stała tak blisko. Wręcz przeciwnie, z przyjemnością wpatrywał się w jej piękną, bladą niczym śnieg twarz, w jej cudowne, głębokie oczy, w których widział odbicie równie doświadczonej przez życie duszy. Delikatnie wziął ją za rękę, a następnie, wciąż patrząc jej w oczy, ucałował jej dłoń na pożegnanie. – Do zobaczenia Miyuki.

— Do zobaczenia… – wyszeptała, wpatrując się jak zahipnotyzowana w Mordreda, który właśnie puszczał jej dłoń. Czuła wręcz, jak serce kołatało w jej piersi tak mocno, iż za moment najchętniej by wyskoczyło. Czuła, jak jej blade policzki zaczynają barwą przypominać dojrzałą różę w pełnym rozkwicie… Patrzyła, jak powoli odwraca się do niej i odchodzi. Nie… Nie chciała, żeby odszedł. Chciała, by z nią jeszcze został, jeszcze przez moment. Nie może pozwolić mu pójść, nie teraz!

— Mordred! – zawołała za nim niemal natychmiast.

Gdy zatrzymał się, podeszła do niego tak zdecydowana, tak pewna siebie, że… poczuła się tym bardziej głupio, gdy cała ta pewność zniknęła, gdy tylko spojrzała w jego oczy ponownie. Jej dłoń zastygła w połowie drogi do jego twarzy, a następnie opadła na jego ramię, poklepując go w przyjacielskim geście.

— Nie rób więcej niczego głupiego – odparła i wycofała się o kilka kroków. – Dobrej nocy. – Za moment wchodziła już do swojego apartamentu.

Zatrzasnęła za sobą pospiesznie drzwi i oparła się o nie. Gdy zamknęła oczy, po raz kolejny widziała jego, uśmiechającego się do niej podczas tańca. I jego, stającego w jej obronie, z mieczem w dłoni. Westchnęła cicho i z uśmiechem na ustach osunęła się o kilka centymetrów po drzwiach.

Ten wieczór był… wyjątkowy. Magiczny. Czarujący. A Mordred, na którego do tej pory patrzyła jak na powód do wszelkiej irytacji, był… niezwykły. Onieśmielający. Prawie jak… prawie jak…

Minokichi.

Otworzyła oczy. Przez kilka sekund wpatrywała się w ciemny punkt.

— Co za bzdury – mruknęła, jakby chciała się skarcić za tak idiotyczne myśli krążące po jej głowie.

Odeszła od drzwi i zapaliła światło w pokoju. Spojrzała na stojący w rogu shamisen, na którym niegdyś grała Minokichiemu. Była wtedy taka szczęśliwa… Dlaczego miałaby nie być ponownie…?

Prychnęła cicho. Zgasiła światło, przechodząc do łazienki.

Bzdury. Co za bzdury!

5 komentarzy:

  1. Oh, przeczytałam wszystko z ogromną przyjemnością! :D Tak cudownie uroczo wam to wszystko wyszło, że aż uśmiecham się sama do siebie :D Choć słowo uroczy zupełnie do nich nie pasuje, to w tej notce wyjątkowo bardzo :D Pięknie opisana relacja - takie chyba są najlepsze i najzabawniejsze. I to przesłodkie zakończenie <3 Wybaczcie, chyba nastrój mi się udzielił xD Ale to tylko dowód na to, że potrafiliście stworzyć w swoim opowiadaniu prawdziwie bajkowy klimat!
    Gratulacje ode mnie, również za to, że opublikowaliście notke jako pierwsi! :D
    Lucy już czeka na ślub kochanego wujaszka, więc, em... xD

    Walentynkowa tęcza i serduszka dla was!
    <3333333333333333333333333333333333333

    OdpowiedzUsuń
  2. Ubolewam nad tak małą ilością komentarzy, gdyż notka jest naprawdę godna uwagi i pozostawienia po sobie komentarza ;c Zakochałam się w zakończeniu, które było więcej niż mistrzowskie. Klimat jaki towarzyszył mi przy czytaniu całej notki był bardzo interesujący i dość słodki :D Mam nadzieję, że jeszcze będę miała okazję przeczytać coś co wyjdzie spod waszego autorstwa :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Wyszło wam świetne opowiadanie :D
    W sumie szkoda, że takie krótkie bo na prawdę przyjemnie się to czyta :) Uchwyciliście prawdziwą magię taką bajkową atmosferę i bajkowy nastrój :)
    Zakończenie też wyszło świetne.
    Liczę, że jeszcze kiedyś coś dodacie dla nas, skromnych czytelników :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Noteczkę przeczytałam już pierwszego dnia, ale mój internet mnie nie lubi i nie mogłam skomentować. Dlatego nadrabiam teraz moi kochani ;*
    Jest pięknie, cudownie i w ogóle jestem z was dumna - nie dość, że nasza pierwsza walentynkowa notka, to jeszcze tak wspaniale zrobiona, genialnie napisana i dopracowana w każdym szczególiku.
    Nie wiem, które pomysły były czyje, ale kilka fragmentów mnie całkowicie rozbroiło. To wspomnienie odnośnie kiltów mnie zabiło (Fox, przyznaj się - zrobiłeś to specjalnie!) - mój mózg nadal nie potrafi sobie wyobrazić Mordreda w kilcie, chociaż bardzo bym tego chciała... xD Scenka w tańcu z głębokim spojrzeniem w oczy jest absolutnie PIĘKNA! I tak bardzo fabulous <3 kłótnie i dogryzanie sobie, a przy tym takie słodkie przejmowanie się sobą nawzajem... przeurocze. :) No i to zakończenie! O nim aż napiszę potem, bo zasługuje na oddzielne wyróżnienie.
    Tak bardzo ujęliście mnie tą notką. Zwłaszcza tym, że mimo założeń walentynkowej zabawy z przymrużeniem oka, wasz tekst jest jednocześnie lekki i zabawny, ale też ma w sobie tą głębię, widać, że wasze postacie są skomplikowane, mają trudne charaktery i nie poszliście w kierunku wielkiej miłości "deux ex machina" xD Jak dla mnie nie tylko cudowna noteczka do zabawy, ale i kawał świetnego opowiadania. Zdecydowanie powinniście tworzyć więcej.
    No i zakończenie... Jak napisałam nawet kundelkowi w smsie - zabiliście mnie końcówką. Jest genialna! Mistrzostwo wszechświata! Uwielbiam takie niedopowiedzenia, niejednoznaczności i to uczucie niedosytu, kiedy zakończenie najpierw sugeruje mi jedno, potem robi drugie, a potem otwiera jeszcze furtkę do trzeciego. Jesteście genialni i ja was kocham! <3

    Mam nadzieję, że będę mieć okazję w przyszłości mówić do Miyuki "ciociu". I że jak tylko wrócę do wątkowania, to będę miała okazję coś z wami napisać, bo piszecie cudownie. <3
    Oficjalnie też awansujecie na blogowe otp, bo Mordred i Miyuki prezentują się razem cudowniej niż nasi słodziutcy Hak i Lucy oraz fabulous Oberon i Tytania. ;*

    Nasłodziłam wam, więc mam nadzieję, że nie dostaniecie cukrzycy. ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Kocham podobne relacje <3 Te w których na pozór obce obie osoby, albo wręcz specjalnie ignorujące się na co dzień osoby uświadamiają sobie, że niepotrzebnie oceniły książkę po okładce. To jest ta słodycz i wspaniałość pierwszego zauroczenia, do którego żadne z nich nie chce się przyznać przed samym sobą. No uwielbiam, uwielbiam po prostu. To lepsze po tysiąckroć od big true love od pierwszego wejrzenia XD
    No i ta lekkość wasze notki, ten humor i uroczość tak bardzo mi się spodobały. Choć kojarzy mi się to wszystko z komedią romantyczną w stylu fantasy XD Zwłaszcza to wzięcie wasze kochanej dwójeczki za małżeństwo XD <3 Perfecto!
    No i ta słodycz, gdy się już skończyło czytać. To uczucie... może będą, a może nie będą próbować być razem XD Kurcze cudeńko, nie mogę przestać się zachwycać.

    Także ukłony w waszą stronę <3

    OdpowiedzUsuń

Szablon wykonany przez drama queen. Obsługiwane przez usługę Blogger.