poniedziałek, 1 marca 2010

Narzeczona mordercy

Młyn, Niemcy
Żył raz młynarz, który miał piękną córkę
Nie ma niczego piękniejszego niż widok nowonarodzonego dziecka we własnych ramionach. Swojego nowonarodzonego dziecka. Nowej iskierki życia właśnie rozpoczynającej funkcjonowanie.
Nie ma też niczego boleśniejszego jak patrzenie w gasnące oczy swojej miłości. Jak bezradność wobec przemijającego życia osoby, która dotąd była całym światem, którą starało się chronić przed całym złem tego świata.
Nie ma też nic gorszego jak połączenie tych dwóch skrajnych emocji podczas jednej i te samej sytuacji.
Michael i Lydia może nie byli zamożnym małżeństwem, ale byli szczęśliwi. Przynajmniej przez krótkie cztery lata, jakie Bóg raczył im dać – nim na świat nie przyszło ich pierwsze dziecko, jednocześnie młodemu jeszcze młynarzowi zabierając dotychczasową radość życia.
Lydia zawsze chciała nazwać córeczkę Senta – i tak też Michael ją nazwał. Mała Senta była jasnowłosym promyczkiem, owocem ich miłości. Pamiątką. Gdy dorastała, widział w niej radość i wdzięk swojej ukochanej żony. Chciał dać jej wszystko, co tylko mógł.
Nie miał do niej żalu. Przecież nie mógł jej oskarżać o to, że się urodziła. Przecież wiedział, że i ona wolałaby znać i pamiętać swoją matkę, nie zabiła jej – to nie była jej wina. I nigdy nie dał jej odczuć tego, jakoby to ona miała się przyczynić do śmierci Lydii.
Czas załagodził ból młynarza. Pozostawała im tylko pamięć, wspomnienia i opowiadania – tylko z nich Senta znała swoją matkę i widziała ją jako ideał kobiecości. Michael chciał, aby właśnie taka była jego córka, gdy dorośnie. Mądra, piękna, delikatna i dobra. Dlatego starał się chronić ją przed każdym możliwym zranieniem. I bardzo dobrze mu szło. Senta nie znała bólu ani strachu. Do czasu.
Las, Niemcy
Było w nim coś, co sprawiało, że nie czuła do niego zaufania
Ale młynarz się starzał i doskonale o tym wiedział. Jeszcze był w stanie pracować, jeszcze był w stanie utrzymać gospodarstwo i zapewnić córce bezpieczeństwo. Ale na jak długo? Wiedział, że zbliża się moment, w którym nie będzie w stanie już nic zrobić – a za cel najwyższy obrał sobie szczęście Senty. Nawet kosztem własnego. Postanowił więc wydać ją za mąż.
Dość szybko zjawił się mężczyzna, którego oczarowała córka młynarza. A młynarz bardzo szybko zgodził się wydać swoją pociechę za niego. Wydawał mu się przyzwoity. Był przystojny, miły i zdawał się pracowitym, przyzwoitym mężczyzną. Michael był pewien, że Senta pokocha swojego narzeczonego od razu.
Ale tak się nie stało. Senta nie potrafiła zaufać Mariusowi, mimo że on nigdy nie dał jej powodów, aby go o cokolwiek podejrzewać. Zawsze był grzeczny i uprzejmy – wymarzony mąż dla tak młodej i niezbyt zamożnej wiejskiej dziewczyny jak ona. Bardzo chciała, choćby przez wzgląd na swojego ojca, okazać mu sympatię – ale po prostu nie potrafiła. Intuicja podszeptywała jej, aby mu nie ufała.
Jej intuicja miała rację. Gdy skorzystała z jego zaproszenia, zobaczyła, jakim potworem jest. Gdy dotarła do jego domu, a stara gosposia zlitowała się nad nią i ukryła ją przed bandytami, ujrzała coś, co było nieludzkie. Coś, co było niemal gwałtem na jej niewinności.
Ukryta w rogu, patrzyła, jak grupa mężczyzn wlecze ze sobą młodą dziewczynę – mniej więcej w jej wieku – zatruwa winem, zdziera z niej piękne szaty, kładzie na stole, ćwiartuje jak kupę mięsa, nie człowieka, sypie solą i gotuje. A to wszystko przy muzyce, śmiechach i pijackich piosenkach. W najlepszym humorze. Jakby nie stało się nic nienormalnego. Jakby po prostu obdarli ze skóry upolowaną sarnę.
Była śmiertelnie wystraszona. Nigdy nie widziała tak bestialskiego aktu. Nie przypuszczała, że coś takiego w ogóle można zrobić, śmiejąc się i zalewając przy muzyce alkoholem. Była śmiertelnie wystraszona, bo z nią prawdopodobnie chcieli zrobić to samo. A jeśli nie, to z pewnością to zaproszenie skończyłoby się na propozycji „dołącz do nas”, a gdyby odmówiła, również skończyłaby na stole, bo za dużo widziała. Była śmiertelnie wystraszona, bo teraz była podglądaczem, którego tam nie powinno być i którego, jeśli zobaczą, zabiją i zjedzą. Była śmiertelnie wystraszona, bo jeśli uda jej się stąd uciec, za kilka dni będzie musiała wziąć z tym mężczyzną ślub. Bo nie miała jawnych powodów do zerwania zaręczyn i była zależna od woli ojca, a ojciec chciał, żeby wyszła za mąż. Więc jeśli nie zginie teraz – zginie za parę dni.
Mogłaby uciec, ale to byli bandyci. Być może złapaliby ją na szlaku, a gdyby spytał, dlaczego mu uciekła i sytuacja zaczyna się od nowa. Albo obyłoby się bez pytań i zabiliby ją z podwójnym okrucieństwem od razu. Czuła się osaczona przez chmarę potworów i każdy krok w jakąkolwiek stronę oznaczał dla niej śmierć.
Potem, gdy udało jej się zdobyć dowód i świadka, a bandytów udało się cudem wysłać do więzienia… nic się nie zmieniło. Nadal czuła się osaczona. Bo z więzienia można uciec. Kolega uwolni kolegę. Pozabijają strażników, pozjadają – i wrócą po nią. Po tą, która ugryzła całą szajkę dorosłych mężczyzn. Wiedziała, że jeśli uda im się uciec, dopadną ją i zabiją bez żadnej litości.
Dlatego zabarykadowała się w jedynym miejscu, które mogło chronić ją przed nim. Nie wychodziła ze swojego domu przez długie dwa lata. Nie rozmawiała z obcymi ludźmi. Bała się spojrzeć nawet na mężczyzn.
Czuła, że mimo iż koszmar się skończył, ona nadal w nim tkwiła. Czuła, że mimo iż nie widziała go od miesięcy, wciąż należała do niego.
Dworek, Niemcy
Młynarz porozmawiał z nim (...) i przyrzekł mu rękę dziewczyny
To trwało dwa lata. Przez dwa lata każdego dnia robiła uważny obchód. Sprawdzała dobrze okna i drzwi – ich szczelność, czy są zamknięte, czy nie ma śladów włamania. Czy nie uciekł, aby zemścić się za to, że go ugryzła. A sprawdzenie to nie przynosiło satysfakcjonującej ulgi. Zasypiała przy zapalonej świecy. A gdy zamykała oczy, widziała jego twarz. Tak mijały noce bezsenności – w strachu, że może stać już za jej plecami i wymierzać cios, którego ona nie zauważyła. Tak mijały noce na jedynie tymczasowym zapadaniu w stan czuwania. Nigdy tak naprawdę nie zasnęła już głęboko. Bo sposób na poradzenie sobie z tym był jeden.
Musiała panować nad sytuacją.
Tak długo, jak gosposia żyła i odwiedzała ojca, tak długo nie musiała wychodzić na targ i narażać się na widok nieznajomych twarzy. Nie musiała narażać się na kolejny atak paranoi, że w tłumie może czaić się kolejny bandyta, którego żołnierze akurat nie złapali.
Ale wszystko przemija. A życie jest kruche. Życie gosposi również.
Wtedy musiała się przemóc. Wtedy zmuszona była do wychodzenia światło, na targ. Do funkcjonowania jak normalny człowiek. I mimo że za wszelką cenę starała się zachować pozory, jej oczy wciąż pozostawały czujne, a ciało w każdej chwili gotowe było do ucieczki. Przez dwa lata nie uwolniła się od presji prześladowania. Nie poznała żadnego nowego człowieka. Jej cały świat zamykał się w tym momencie na schorowanym, umierającym powoli ojcu.
Zmieniło się to w momencie, w którym było naprawdę źle. W którym cały jej świat zaczął wymykać jej się z rąk – a ona była zdeterminowana, aby go zatrzymać. Wskoczyła na konia i czym prędzej pognała do najbliższego lekarza.
Choć była mu nieopisanie wdzięczna za uratowanie jej ojca, nie potrafiła mu zaufać. Choć stawał się częścią jej otoczenia i odwiedzał jej dom regularnie, aby widywać Michaela i sprawdzać stan jego zdrowia, nie potrafiła z nim rozmawiać. Czuła się niekomfortowo, czując na sobie odrobinę krytyczne spojrzenie. Wiedziała, że jej zachowanie może wyglądać źle. Jakby nie była obyta z ludźmi. Ale nie mogła, nie potrafiła zrobić nic, aby zachowywać się bardziej przystępnie. I nie mogła też zdobyć się na szczerość, dlaczego tak się zachowuje. Nie ufała mu. A spojrzenia pełnego politowania nie zniosłaby jeszcze bardziej.
Aż tak nagle to wszystko ustało. Z dnia na dzień przestał na nią patrzeć jak na dziewczynkę wychowaną przez wilki. I nagle cała presja, cały stres spowodowany towarzystwem lekarza, odszedł. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Z czasem zaczęła czuć się nawet w miarę swobodnie. Z czasem była w stanie porozmawiać z nim. Z czasem była w stanie wyjść z nim na targ – i z jakiegoś nieopisanego powodu jego towarzystwo odbierało jej paranoję, z którą zmagała się przez długie dwa lata. Czuła się bezpieczna. Choć przez chwilę. Nareszcie – choć przez chwilę była wolna. Nie powinna zaskoczyć jej propozycja ojca – ale zaskoczyła ją. Proponował jej, aby wyszła za mąż za Hermana, młodego lekarza, który mógłby zapewnić jej w przyszłości byt i bezpieczeństwo. Wiedziała, że tak będzie. Wiedziała, że ojciec chce tylko dla niej dobrze.
Nie kochała Hermana w dniu, w którym za niego wychodziła. Miłość przychodziła powoli, drobnymi kroczkami, gdy przekonywała się na własnej skórze, że nie chce jej skrzywdzić, a niektóre aspekty pozwala jej zrealizować na własnych zasadach. Dawał jej przestrzeń działania.
Przełom nastąpił w momencie, w którym Michael odszedł z tego świata, a Senta ujawniła wszystkie najczarniejsze sekrety swojego przeżycia. I wtedy spotkała się ze zrozumieniem. Wtedy poczuła, że w pełni może mu zaufać.
Zaczęła stawać na nogi. Jej życie wracało do normalności. Na ustach znów gościł uśmiech, w ciało nastoletniej wciąż dziewczyny wstąpiła nowa energia. Zaczęła zmieniać się nie do poznania – i na lepsze. Można by rzec – miała swoje upragnione długo i szczęśliwie. Ale to długo i szczęśliwie trwało bardzo krótko. Zbyt krótko.
Odkryła mroczny sekret swojego męża – i nie potrafiła go zaakceptować. Nagle przestały się liczyć dla niej wspólnie spędzone chwile, a instynkt podpowiadał tylko jedno. Uciekaj od przestępcy. I uciekła. Herman skończył w więzieniu, skazany za wielokrotne kradzieże, a Senta została sama w pustym domu.
Nie była szczęśliwa. Ale nie potrafiła inaczej.
Boston, Stany Zjednoczone
Strzeż się! Uciekaj! Uważaj na siebie!
Samotność jest dobijająca – tym bardziej, jeśli cierpisz z jej powodu na własne, głupie życzenie. Na szczęście – i nieszczęście – los postanowił z jakiegoś powodu ukrócić męki Senty. Rozpoczęła się wojna. Mieszkańcy okolicznych wiosek wpadli w panikę. Mówiło się o ucieczce przez magiczne portale do całkiem innego świata. Senta, nie mając tu nic do stracenia, wzięła z gospodarstwa tyle, ile mogła i bez wahania dołączyła do uciekinierów.
Po raz pierwszy stanęła w Fabletown w 2004 roku. Na dosłownie chwilę. Chwilę po tym, jak dostała dokumenty z fałszywą tożsamością, odeszła z baśniowej dzielnicy. Zatrzymała się w miejscu na pozór normalnym – i takim, w którym nikt nie będzie mógł jej znaleźć, nikt jej nie pozna. Zatrzymała się w Bostonie.
Nie można nazwać życiem tego, co się wtedy z nią działo. To raczej była wegetacja – życie z dnia na dzień. Łapanie się zajęć jakichkolwiek, byleby znaleźć swoje miejsce na świecie.
Swoje miejsce na świecie odnalazła dopiero wtedy, kiedy w 2005 roku, po dość długich treningach, podjęła się kursu policyjnego. Kurs nie trwał długo – ale te kilka miesięcy wystarczyło, aby utwierdziła się we własnych przekonaniach i wierze, z którą każdego dnia była coraz bliżej.
W 2006 roku dołączyła do bostońskiej policji – a następnie przeniosła się do wydziału zabójstw. Była policjantką z własną misją moralną. Nie pozwoli już zranić siebie – ani nie pozwoli zranić nikogo innego. Wsadzi wszystkich psychopatów tam, gdzie jest ich miejsce. Będzie silniejsza niż ktokolwiek, będzie walczyła za tych, którzy są zastraszeni i nie mają sił bronić się sami.
Przez cztery długie lata torowała sobie twardo drogę w męskim szowinistycznym półświatku. Przez cztery długie lata Felice Miller znosiła upokorzenia i głupie żarciki niektórych partnerów – bo cel widziała przed oczami aż zbyt wyraźnie. Wchodząc do najbardziej wciągającego, najbrudniejszego bagna ludzkiej mentalności dostrzegła tak wiele krzywd, że każdego dnia budziła się z coraz silniejszym przekonaniem, że musi to zrobić. To musi być ona. Ona, która doświadczyła na własnej skórze bestialstwa, która skalana została traumą i przeżyciami, która sama barykadowała się we własnym domu ze strachu.
Niepewna każdego dnia Senta umierała przez cztery lata, podczas gdy Felice Miller stawała się coraz twardsza. Nie miała innego wyjścia, jeśli chciała przeżyć w świecie pełnym twardych mężczyzn. Jeśli chciała być zauważona i szanowana – musiała być od nich lepsza. Innej opcji nie było.
Nowy Jork, Stany Zjednoczone
Nie martw się, najdroższy, to tylko sen...
Zapewne nawet nie pomyślałaby o powrocie do Fabletown. W Bostonie może nie było dobrze, ale czuła się jak w domu. Była panią sytuacji. Tu było dla niej bezpiecznie – i uwolniła się od demonów przeszłości. Nie przeszłoby jej więc przez myśl, żeby powrócić do baśniowej dzielnicy, gdyby nie pewna sprawa serii morderstw z 2010 roku, którą się zajmowała.
Korzenie sprawy sięgały aż w Nowym Jorku – i tam też się znalazła, aby zbadać dowody i dowiedzieć się szczegółów od lokalnej policji. Z czasem docieranie do prawdy odkrywało przed nią coraz bardziej przerażającą tajemnicę – morderstwo powiązane było ściśle z Baśniowcem, który postanowił poszerzyć swój teren łowiecki – i Nowy Jork mu już nie wystarczał. Teraz polował również w Bostonie.
Wtedy sprawa stała się dla Felice Miller osobista. Robiła wszystko, co mogła, aby wyprzedzić pozostałych partnerów w sprawie i zatuszować jak najwięcej prawdy o Baśniowcu. Sama nie wiedziała, czemu jej tak zależało – może czuła się jednak, mimo wszystko, mentalnie z nimi związana? Może czuła się za nich odpowiedzialna tu, na zewnątrz, poza Fabletown? Jakakolwiek była odpowiedź, sprawca został schwytany i ukarany, a prawda o jego pochodzeniu utajniona.
I to właśnie wtedy też podjęła decyzję o powrocie do Fabletown. Poprosiła o przeniesienie jej do Nowego Jorku – i już kilka miesięcy później była śledczą w biurze szeryfa Wolfa. Od nowa, przez siedem długich lat, pracowała sobie na szacunek i autorytet – aż w marcu 2017 roku została awansowana na zastępcę szeryfa. To był najprawdopodobniej jeden z jej największych sukcesów.
Ale nie mogło być idealnie. Wtedy jej życie zaczęło się komplikować. Wtedy przeszłość ją dopadła, przypominając jej o strachu, w jakim niegdyś żyła. Przypominając jej, że nigdy tak naprawdę nie wyszła z pokoju pełnego morderców pożerających dziewczynę.
To, co się zmieniło, to fakt, że nie siedzi już wciśnięta w kąt, bojąca się choćby pisnąć. Teraz nie była już bezbronna i mogła zachować dystans. Tylko czy to dawało jej wystarczające poczucie bezpieczeństwa?
Na szczęście, oprócz zagrożenia, powróciło też i bezpieczeństwo. A Felice Miller od września 2017 roku legitymuje się jako zastępca szeryfa – Felice Fletcher. A to jeszcze nie koniec zmian, jakie mają nastąpić w jej życiu.
Szablon wykonany przez drama queen. Obsługiwane przez usługę Blogger.