czwartek, 19 stycznia 2017

Musiałbym być ciężko chory, żeby pójść na ten numer. A wiesz, że ostatnio coś kiepsko się czuję?

Willard Scarlet
Znany też jako: Will Szkarłatny, samozwańczy książę złodziei, John Smith, Jan Kowalski, Władimir Władimirowicz, Hans Müller, Ricardo Ramirez


Kiedyś, dawno, dawno temu, w Anglii pod władaniem Ryszarda Lwie serce pewien człowiek imieniem Robin z Loxley wraz z kompanami poznanymi przy piciu piwa postanowił zrobić coś o czym od dawna się mówiło. Widząc niegodziwość szeryfa z Nottingham trzej panowie w składzie: Robin z Loxley aka Robin Hood, John Mały i Will Szkarłatny, założyli pierwszy w Europie prężnie działający Caritas. Ich bazą operacyjną został las Sherwood. Wieśniacy i ogólnie ubodzy mieszkańcy z okolicy przyklasnęli na ten pomysł, w końcu szeryf oraz jego zgraja nie dbali o potrzeby obywateli. Pomysł wydawał się być świetny. Zabierać bogatym, dawać biednym. Ubogim się to podobało, tylko nie szeryfowi, który co chwila musiał chodzić do lekarza po środki uspokajające, ponieważ co chwila słyszał o tym, że ci panowie coś zabrali...

Chwila stary co ty bredzisz?
Ja nie bredzę. To fakty są. Legenda o Robin Hoodzie.
Przecież to nie było tak!
A jak?
Inaczej.

Nastały jednak czasy obecne i tak jakoś dziwnie wyszło, że Will trafił do Fabletown wraz z Robinem. Niestety ale John zagubił się po drodze. Will zamieszkał tutaj i ani myślał zmieniać swoich przyzwyczajeń. Kradł i pożyczał bez pozwolenia na wieczne nieoddanie, czym przysporzył sobie wielu nieprzyjemności wśród baśniowców. Przerzucił się więc na doczesnych. W końcu ich było więcej, niejednokrotnie posiadali więcej sprzętów.
Większość jakoś mimo wszystko uchodziła mu na sucho...do czasu, kiedy nie zaryzykował i nie chciał "pożyczyć" sobie ze skarbca nieco pieniędzy na założenie własnej działalności. Został złapany na gorącym uczynku i raczej nie skończyło się to wszystko na pouczeniu ze strony szeryfa Fabletown, strażnika teksasu tej ostoi dla baśniowców. Will został czasowym rezydentem w więzieniu dla baśniowców. Po odbyciu kary nie pojawił się w Fabletown, bo po co? Tułał się przez jakiś czas po Europie i tam zabawiał się w "bankiera", co pozwoliło mu powrócić do miasta ze sporą ilością pieniędzy na koncie.
Mieszka w niewielkim apartamencie na skraju dzielnicy. Większość ciągle patrzy mu na ręce, burmistrz patrzy podejrzliwie, szeryf czeka tylko na to aby znów go zamknąć...chociażby za samą znajomość z niejakim panem Borutą. Takie to już życie pana Willa.



Will Szkarłatny || 27 lat od...od bardzo dawna || szemrane towarzystwo || "bezrobotny" (bo złodziej to nie zawód...złodziej to styl życia) jeżdżący kradzionym samochodem || niespełniony kierowca rajdowy || dziecko latające z wytrychem po ulicy || cudze mieszkania zna lepiej niż swoje własne || łuk zamieniony na pistolet



===
Najprawdopodobniej nie potrafię napisać normalnej KP. Najprawdopodobniej nigdy nie stworzę normalnej postaci. Najprawdopodobniej Will będzie cierpiał na samotność i brak wątków... To tyle dziękuję za uwagę.
fc: Miguel Veloso
Cytat w tytule to Vabank.
Bawmy się albowiem NIE MAM NIC DO UKRYCIA

84 komentarze:

  1. [ W końcu! Karta super, jak już mówiłem, więc nie będę się rozpisywać, wybór postaci trafny, no i genialny wizerunek, jak dla mnie pasujący do całości.
    Za jakiś czas opublikuję małpę, to może uda nam się trzasnąć jakiś porządny wątek, powiązanie, cokolwiek. :) ]

    Terrence

    OdpowiedzUsuń
  2. [Czemu nie Will Scarlet O'Hara? :D
    Legenda o Robin Hoodzie i wspólnie założony Caritas mnie zauroczyły. No kocham, po prostu kocham Twoje pomysły. <3
    Coś pięknego i aż nie wiem czy wolę się upić z Luckiem czy wpaść do Willa. :)
    W każdym razie tradycyjnie życzę zajebistych wątków, dużo weny i pieniążków (rzecz jasna cudzych), no i wbijaj do mnie. Bo wątek z którąś z Twoich postaci to ja mieć muszę. :)]

    - Administracja
    (&Hagen Alder)

    OdpowiedzUsuń
  3. [Powodzenia z drugą postacią Lucyferku :D]

    Amara

    OdpowiedzUsuń
  4. [ Ha!
    Kolejna postać i też ciekawa :D Też piłkarz i się zastanawiam czy to jakaś obsesja XD
    Tak czy inaczej, wiem że zalegam z odpisem dla Lucka, ale zapraszam do drugiego wątku, bo całkiem miło się z tobą pisze :) ]

    Pan Peter

    OdpowiedzUsuń
  5. [ Pssst...
    You wonna buy some... no własnie... kuraczanu?
    Napiszmy coś :D Skoro Faust był złodziejem, pewnie się dogadają :)
    Wiem, ze ci jeszcze zalegam z odpisem, ale sesja i w ogóle... :(
    A z Pendragon nie pisz bo ona wydłubuje oczy!
    Normalnie na zywca wydłubie a potem się wyśmiewa, że pirat... ]

    OdpowiedzUsuń
  6. [Vabank <3 jak ja dawno tego nie oglądałam :D a tak poza tym to chodź do Olivera :D Razem coś odwalimy :D]

    OdpowiedzUsuń
  7. [Witam również i życzę powodzenia w prowadzeniu drugiej postaci. :)
    Dziękuję za wszystkie miłe słowa i cieszę się, że moja pisanina się podobała. Przyznam też, że obie Twoje postacie mnie całkowicie rozwaliły swoją genialnością - Lucyfer z NeoNówki i Will z leśnego Caritasu, cudowni panowie, jak Boga kocham! :D
    Jakby Lucjan miał chęć eksperymentalnie upić ćmę, lub Will reflektował na jakiś przekręt, do którego przyda mu się haker lub spec od łamania zabezpieczeń - to polecam się! :)]

    Acheron

    OdpowiedzUsuń
  8. Impreza była całkiem udana. Tylko szkoda, że nikt mnie nie raczył poinformować, że to była jakas choinka dla anonimowych alkoholików. Cały wieczór przesiedzialem o suchym pysku. Dopiero później to znaczy się jakieś pół godziny temu wyjebali mnie na zbity pysk, jak powiedziałem, że idę po flaszkę do monopolowego. Nie wiem, który z moich wujkow albo cioc wymyślił, aby obok ośrodka dla AA postawić ów sklep monopolowy. No dosłownie po drugiej stronie ulicy.
    Tak więc wracałem teraz do swojego mieszkania. Z buta. Bo nie chciało mi się marnować hajsu na taksówkę. I tak będąc już przed blokiem wyczulem coś dziwnego dochodzacego z mojej chawiry. Na pstrykniecie palcami zjawilem się w moim mieszkaniu.
    - Dzień dobry. - Powiedziałem do przybysza, ukazując się w swej całej okazalosci. Z rogami, ogonem i demonicznymi skrzydłami. Gość chciał zwiac, ale uniemozliwilem mu to. - Siadaj. - Przycisnalem go aż nadto do krzesła. Moje oczy zrobiły się całe czarne. - Ładnie to tak walesac się po nie swoim mieszkaniu?

    OdpowiedzUsuń
  9. Ja mu kurwa dam testera! Złodziej jak nic. Takich to ja nawet wąchać nie muszę, bo wiem, że to złodziejskie ścierwo. Czuć na kilometr. Nawet przy zatkanym nosie.
    - Ty mi tu nie świruj pawiana, bo nie skończysz dobrze. - Powiedziałem, wyszczerzając się do niego potwornie. Chyba powinienem częściej pozwalać sobie na takie uwolnienie. Jakoś tak lekko i przyjemnie się czułem. - Wiesz, że niedaleko złodziej stoi od kłamstwa. - Spojrzałem go na wylot. - Więc jak będzie Will? - Zapytałem się go, stając przed drzwiami i blokując mu wyjście. - Nie ma tak łatwo panie Szkarłatny. - Zrobiłem krok w przód, a on krok w tył. Tak, że aż potknął się i wyrżnął orła. - Poza tym gdybyś był takim solidnym pracownikiem to byś przyszedł w dzień. Czego tutaj szukasz? - Osaczyłem go z każdej możliwej strony. - Gadaj, jak grzecznie pytam. - Zacisnąłem pięść, a facet zgiął się z bólu. - Co by tutaj z tobą zrobić... Już wiem! - Uniosłem palec w geście eureki. - Rozpruwanie czy nabicie na pal? - Zapytałem się go. - A może dwa w jednym. Chociaż w sumie dawno też nikogo nie przypalałem. Co powiesz na odrobinę ognia piekielnego? - Przycisnąłem go nogą do podłogi. - Więc jak będzie ty mój mały, ludzki robaczku? - Uśmiechnąłem się do niego. - Chociaż szkoda twojej ślicznej buźki, robaczku. - Puściłem do niego oczko i oblizałem koniuszkiem języka usta.

    OdpowiedzUsuń
  10. - Słuchaj robaczku, nie mam zamiaru nic od ciebie brać. I nie interesuje mnie do jakich szkolnych kółek należysz. Dla mnie mógłbyś być nawet w kółku przyrodniczym a na mnie to i tak nie zrobi wrażenia. I nie zapominaj się. To ty jesteś u mnie, a nie na odwrót. - Spiorunowałem go wzrokiem po czym za pomocą zaklęcia przyszpiliłem go do ściany. Nie mógł się ruszyć ani milimetr. - Teraz wygodniej? - Zapytałem się go. - Nie potrzebuję nowej wieży stereo. Poza tym nie zamierzam zostawać tutaj dłużej robaczku. - Podszedłem do niego bliżej i powąchałem go. - Padlina. Ciebie to nawet by na Powązkach nie pochowali. - Co by ci tutaj wymyślić... Wiesz jak pierwotnie zakończyła się bajka o Złotowłosej i trzech niedźwiadkach? Miśki złapali dziewuszkę i ją skonsumowali. Co powiesz na to? - Zapytałem się go, chwytając nóż i naciąłem mu dłoń, by po chwili posypać mu ranę solą. Widok krzywiącego się Willa przyprawiał mnie o dreszcze podniecenia. Ten syk z bólu sprawiał mi rozkosz. - Chociaż w letniej rezydencji twoja głowa pięknie by się prezentowała na ścianie. Tuż nad kominkiem. Między jeleniem a wilkiem... - Uśmiechnąłem się złowieszczo do niego.

    OdpowiedzUsuń
  11. - A co to mnie obchodzi? Łazisz po mojej chałupie, wciskasz mi jakiś kit i jesteś z tego zadowolony. Niestety właściciel tego przybytku, czyli ja, nie jestem z tego zadowolony. Popełniłeś malutki zbrodnię i czeka ciebie teraz za to kara. A ja tak łatwo nie odpuszczę. - Uśmiechnąłem się do niego wrednie. - Czy coś sugeruję? Być może. Zastanawiam się, czy ty nie masz na któreś z imion Daniel. - Zaśmiałem się, wyszczerzając zęby. - Dobra. Czas zacząć działać mój drogi. Ale najpierw przejdę do tej swojej bardziej użytecznej formy. - Chwilę potem rogi, ogon i skrzydła zniknęły. - No, teraz jestem piękny. - Przyjrzałem się w lusterku, uśmiechając się sam do siebie. Puściłem muzykę. Z głośników poleciało "Roulette" Bon Jovi. - Co by tutaj z tobą zrobić robaczku? - Zastanowiłem się przez chwilę, zbliżyłem się do niego i przygryzłem mu płatek ucha. - Już wiem. - Kiwnąłem głową. - Co powiesz na lot z dwunastego piętra? - Zapytałem się go. - Ludzie skrzydłów nie mają, fruwać nie umieją. - Celowo popełniłem błąd. - Wpadłem na iście zajebisty pomysł. Do rana zostajesz przytwierdzony do ściany a popołudniem nagi przebiegniesz się po mieście z tabliczką "Próbowałem okraść Olivera Mauera". NIe martw się, dopilnuję tego, abyś żadnej ulicy nie przegapił. - Puściłem do niego oczko. - I to jest potwierdzone. - Szeroki uśmiech nie schodził mi z twarzy.

    OdpowiedzUsuń
  12. - Tak? - Zapytałem się go, przyglądając się mu. - To w takim razie powiedz mi po co tutaj przylazles? I dlaczego smiesz zakłócać mój spokój? Czy nikt ciebie nie nauczył, że nie wchodzi się nigdzie bez pozwolenia? - Zmrozilem go spojrzeniem. - Dzisiaj nie mam ochoty bawić się z tobą robaczku. Jednak jeżeli jeszcze raz coś u mnie przeskrobiesz... To nawet nie pomogą ci twoi kumple ze Stumilowego lasu. - Na pstrykniecie palcami momentalnie spadł z hukiem na ziemię. Przez chwilę obserwowałem go. Jakoś przeszła mi cala ochota na zabawę. Jednak... Zadzwoniła Georgia.
    - Dla ciebie jak zwykle znajdę czas slonko. - Powiedziałem do dziewczyny. - A ty zjeżdżaj już. - Rzekłem do Willa, ale ten chyba nie miał zamiaru tego zrobić. No co jest do cholery? Puszczam go wolno i nie zwiewa?

    OdpowiedzUsuń
  13. Nareszcie mogłem sobie w spokoju odpocząć. Jakąś godzinę później wpadła do mnie zaplakana Georgia. I w tym przypadku zamienilem się w pocieszyciela. Dosłownie i w przenośni. W każdym razie było to dosyć przyjemne i bardzo bliskie spotkanie. Ona sobie ulzyla a ja sobie. Obie strony były zadowolone. I tak lezelismy sobie długo aż nastała godzina dziewiata. Georgia musiała iść do pracy. A ja chciałem się trochę kimnac. I tak obudzilem się około godziny szesnastej. Tylko, że nie u siebie. Chciałem wstać, ale nie dałem rady. Chciałem krzyknąć, ale usta miałem zakneblowane. Co jest do cholery jasnej? Rozejrzalem się na tyle ile dałem radę przy skrępowanym ciele. Niech ja no tylko dorwe tego dowcipnisia to się w piekle będzie smazyl i postaram się dla niego o wyselekcjonowane łoże madejowe. Po jakimś czasie wszedł nie kto inny niż... Will? Co on tutaj robił. Spojrzałem na niego zaskoczony.

    OdpowiedzUsuń
  14. Nareszcie mogłem sobie w spokoju odpocząć. Jakąś godzinę później wpadła do mnie zaplakana Georgia. I w tym przypadku zamienilem się w pocieszyciela. Dosłownie i w przenośni. W każdym razie było to dosyć przyjemne i bardzo bliskie spotkanie. Ona sobie ulzyla a ja sobie. Obie strony były zadowolone. I tak lezelismy sobie długo aż nastała godzina dziewiata. Georgia musiała iść do pracy. A ja chciałem się trochę kimnac. I tak obudzilem się około godziny szesnastej. Tylko, że nie u siebie. Chciałem wstać, ale nie dałem rady. Chciałem krzyknąć, ale usta miałem zakneblowane. Co jest do cholery jasnej? Rozejrzalem się na tyle ile dałem radę przy skrępowanym ciele. Niech ja no tylko dorwe tego dowcipnisia to się w piekle będzie smazyl i postaram się dla niego o wyselekcjonowane łoże madejowe. Po jakimś czasie wszedł nie kto inny niż... Will? Co on tutaj robił. Spojrzałem na niego zaskoczony.

    OdpowiedzUsuń
  15. Od zawsze bawiło go podszywanie się pod inne osoby, no i oczywiście tylko jego. Dla mieszkańców Fabletown był to raczej koszmar, a już szczególnie wtedy, gdy dowiadywali się o wykroczeniach, które rzekomo popełnili. Dziwili się jeszcze bardziej, gdy na nagraniach z monitoringu widzieli siebie, i gdy potwierdzali to świadkowie, a przecież nawet nie wychodzili z domu. Nikt nie wiedział, że za tym wszystkim stoi Małpi Król, i że dla niego to zabawa w najczystszej postaci, szczególnie po kolejnym monotonnym dniu, spędzonym na pracy w tym zapyziałym sklepie.
    Jego kolejną ofiarą stał się mężczyzna, którego Matthew zobaczył w dzielnicy po raz pierwszy, ale o którym wiele słyszał. Will Szkarłatny, słynny złodziej, dawny kompan samego Robin Hooda. Podobno gdzieś w Europie zdobył spory majątek, który teraz przywiózł tu ze sobą, ale nie zrezygnował z dawnego fachu. Przeciętny śmiertelnik mógł przymknąć na to oko, w końcu w Fabletown pełno było takich dziwaków, jednak Collins był zdecydowanie ponad przeciętność. Codziennie przez tydzień podszywał się przez mężczyznę, okradając większe i mniejsze sklepy, aż w końcu sprawą zainteresował się sam szeryf. Ten fakt tylko podkręcił atmosferę, a wszystko szło zgodnie z planem, aż do dnia, w którym sobowtór stanął naprzeciw oryginału.
    Matthew, pod postacią Willa oczywiście, był akurat w trakcie rabowania kolejnego mieszkania, które, jak mu się wtedy wydawało, należało do jakiegoś mało istotnego Baśniowca. Zgarniał co tylko się dało: srebrne sztućce, kosztowności pochowane w szufladach, udało mu się nawet dorwać do koperty z pokaźną sumką w środku. Już dawno nie miał tak porządnego łupu, dlatego też w środku wypełniała go swego rodzaju duma — po raz kolejny spełniał się w tym, w czym był dobry. I po raz kolejny ściągał kłopoty na głowę pana Szkarłatnego. A przynajmniej tak myślał, do czasu, gdy ciszy nie wypełnił szczęk klucza w drzwiach wejściowych.
    Po raz pierwszy od dłuższego czasu spanikował. Teoretycznie nie musiał powracać do swojej oryginalnej ludzkiej formy i mógł dalej udawać, ale z drugiej strony groziło mu złapanie, a pójście do więzienia było ostatnią rzeczą, na którą miał ochotę.
    — Cholera. — rzucił pod nosem, rozglądając się w poszukiwaniu kryjówki. Szafa. Stała w kącie pomieszczenia i aż zapraszała go do środka. Dodatkowo była na tyle duża, że bez problemu powinien się zmieścić w środku. Olał torbę, zostawiając ją na środku podłogi, doskonale widoczną, i pognał w stronę szafy, od razu ładując się do środka i szczelnie zamykając drzwi.
    Zdążył. Schował się w tym samym momencie, w którym do domu wszedł gospodarz. Sposób chodu, odgłosy kroków wskazywały na to, że był to mężczyzna. I rzeczywiście był, mało tego — nie byle jaki mężczyzna! Do mieszkania wszedł sam Will Szkarłatny, którego podróbka chowała się w jego własnej szafie.

    Matthew

    OdpowiedzUsuń
  16. Starał się zachowywać tak cicho, jak tylko mógł. Lata wprawy ułatwiały nieco zadanie, w końcu swego czasu okradł samego Jadeitowego Cesarza. Teraz jednak czaiła się w nim swojego rodzaju niepewność. Do tej pory udało mu się przechytrzyć wszystkie ofiary, a teraz tkwił w potrzasku, niczym zwierzę złapane w pułapkę. Teoretycznie mógł wyjść z kryjówki w każdej chwili, oczywiście, jednakże groziłoby to ujawnieniem się i walką z gospodarzem, a tego starał się unikać. Wtedy oboje wpakowaliby się w kłopoty.
    Kroki niebezpiecznie zbliżały się do szafy. Matthew dla pewności wstrzymał oddech, chociaż na niewiele by mu się to przydało, gdyby mężczyzna zajrzał do szafy. I, ku jego ogólnej rozpaczy, tak też się stało. Drzwi otworzyły się z głośnym trzaskiem, a fałszywy Will spojrzał na tego prawdziwego. To znaczy, spojrzałby, ale widok zasłaniała lufa broni.
    Nienawidził ujawniać swojej naturalnej formy, jednakże teraz nie miał wyboru. Małpi ogon wystrzelił niczym pocisk, owijając się wokół pistoletu i wyciągając go z dłoni właściciela. Chwilowo zyskał przewagę, ale dla pewności chwycił jeszcze pierwszą lepszą koszulę, i rzucił ją wprost na twarz jej właściciela. Oszukiwał, ale tylko tak mógł uzbierać kilka cennych minut, potrzebnych do ucieczki z mieszkania. Ta jednak nie okazała się wcale taka prosta.
    Collins należał do osób wyjątkowo niezdarnych, i to wcale nie jest żart. Potykał się o wszystko, włącznie z własnymi nogami. Kiedyś był mistrzem wszelkiego rodzaju akrobacji, zwinność opanowaną miał do perfekcji, ale lata spędzone w zamknięciu dały się we znaki. Tuż po wyskoczeniu z szafy, zahaczył stopą o róg dywanu i wywinął budzącego podziw orła, lądując przy tym na ziemi i miażdżąc sobie nos. Ból sprawił, że wrócił do swojej ludzkiej postaci.
    — Bogowie. — rzucił przez zaciśnięte zęby, przeklinając ich w duchu. Rękawem bluzy wytarł z twarzy krew, po czym uderzyła go rzeczywistość. Przecież jeszcze nie uciekł, a Will stał teraz tuż nad nim. Cóż, przynajmniej nie miał już broni.

    Matthew

    OdpowiedzUsuń
  17. Szarpałem się, próbując zerwać więzy. Ale im bardziej chciałem i im bardziej się szarpałem tym bardziej liny, które były nasączone wodą święconą, wżynały mi się w skórę. Nie zdziwię się, jeżeli będę miał jakieś blizny. Albo skazy i koleiny na ciele.
    - Już ty kurwa nie żyjesz. - Wycedziłem wściekle przez zęby. - Niech no ja tylko się stąd uwolnię. - Trochę to może potrwać. Nie dość, że mnie ten cholerny robal tak urządził, to byłem jeszcze osłabiony. I to dosyć mocno. A co najgorsze to to, że to miejsce nie miało w sobie ani odrobiny źródła magii. Szlag by to jasny trafił i krew nagła zalała.
    Uśmiecham się wrednie, kiedy okazuje się, że hajs się nie zgadza. On wie, że jak mnie wypuści to nie będę się hamował. Że nie będzie żadnego zmiłuj. Że zapierdzielę każdego, kto tutaj stoi żywy. Już sobie wyobrażam te taczające się głowy. Te tryskające strumienie krwi. Jak ich doszczętnie rozrywam. Kawałek po kawałku. Centymert po centymetrze. Ta myśl działa na mnie kojąco. Skupiam się mocno. Tylko ściany ograniczają mnie do dostania się do miejsca, gdzie będzie można sobie pozwolić na więcej.
    - Nosił wilk razy kilka, ponieśli i ciebie robaczku. - Prychnąłem cicho pod nosem. - Podyndasz sobie trochę.
    Zaraz jednak tamci oblali mnie wiadrami wody święconej. To tylko bardziej mnie rozjuszyło.
    - Oj, nasz mały, biedny Ollie jest taki bezsilny i bezbronny. - Powiedział kpiąco facet, który dawał kopertę robaczkowi. Zbliżył się do mnie. I zaczął torturować mnie. Chyba w życiu takiego bólu nie odczułem. Zauważyłem krew. Moją krew na podłodze. A gdyby tak mi się udało? Tylko, że krwi było jeszcze za mało.
    Po jakichś czterech godzinach uznali, że czas na przerwę. Zauważyłem, że od jakiegoś czasu Szkarłatny nam się przygląda. Ale jego załatwią później. Tak oni mówili. Że najpierw chcą roztrzygnąć kwestię związaną ze mną. Że nawet jeżeli się robaczek ocknie to niech sobie popatrzy na mnie.
    - Ty mały, wredny i podstępny sukinsynu! - Wycedziłem do niego przez zęby. - Zobacz co żeś narobił. - Czułem jak znowu przybieram swoją oryginalną formę. Zaczyna działać krew i znaki. Przybrałem właściwą formę. Większą niż w mieszkaniu. Sznur puścił.
    - Wolność. - Uśmiechnąłem się szeroko. Nadal byłem osłabiony i raczej nie starczy mi sił na walkę. Poza tym jestem tak pocharatany, że nie dam rady się ruszyć. Miejscami jestem sparaliżowany. Goście wrócili i stali przerażeni.
    - Teraz ja się z wami zabawię. - Ściągnąłem Szkarłatnego. Niech chłop normalnie to poogląda. Skupiłem siłę w dłoni. I wyburzyłem ścianę. Wywlokłem ich na podwórze. Momentami musiałem walczyć sam ze sobą, bo ciało odmawiało mi posłuszeństwa. Ale wystarczyło mi jeszcze sił na to, aby wysadzić gości od środka. A przerażonego Szkarłatnego porwałem w górę i odlecieliśmy wysoko. Po czym puściłem go. Niech se spada. Rozbawiło mnie to, ale zaraz też odezwała się ta moja ludzka strona i dosłownie na dwa metry przed roztrzaskaniem o ziemię pochwyciłem go i wzniosłem do góry. Aż w końcu organizm mój się zbuntował i momentalnie zacząłem opadać.
    - Skacz w dogodnym momencie. - Powiedziałem do niego, puszczajac go. Jeszcze widziałem jak bezpiecznie wylądował. A ja sam spadłem z hukiem i trzaskiem w kościach na ziemię.

    OdpowiedzUsuń
  18. Przez jakiś czas lezalem nieruchomo na ziemi. Było mi słabo. Fizycznie i psychicznie. Pewnie leżałbym dłużej, gdyby nie to, że usłyszałem nadjezdzajaca karetkę. Sygnał obijal mi się niemiłosiernie po uszach. Dzwoeczalo w głowie jak echo. Nieznośnie. Nie mogłem im się jednak tak pokazać. Od razu wsadziliby mnie do paki. Albo na farmę, bo jakby nie patrzec byłem w swojej prawdziwej formie. Nie chciałem nigdzie trafić. Zabrałem resztke sił w sobie. I wznioslem się w niebo. Osłabiony organizm i ciało dawało o sobie znać. Na każdym kroku coraz bardziej. "Skup się Oliver i dolec chociaż do mieszkania." - Przemknelo mi przez myśl. - "Jeszcze trochę, dasz radę."
    W dole było słychać krzyki ludzi. Byli przerażeni tym co widzą. Ale mało mnie to teraz interesowało. Dolecialem do mieszkania i zadzwoniłem po Georgie. Przybyła szybko i się mną zajęła. Rano otworzyła drzwi Willowi, który przyszedł po coś do mnie. Pokazał dzisiejsza prasę. Na okładce był nasz lot nad miastem.
    - Bardzo pięknie wyszedłem. - Rzekłem.

    OdpowiedzUsuń
  19. Spojrzałem się to na niego to na dziewczynę. Szczerze powiedziawszy to średnio mnie interesowało to z kim Georgia układała sobie życie.
    - Lajza pieprzona. - Powiedziała rzucając za nim swoim pantoflem.
    - I po co te nerwy? - Zapytałem się jej, próbując schować złamane skrzydło. Już prawie wróciłem do swojego ludzkiego wyglądu. Tylko skrzydło mi zostało.
    - Ja... - Zaczęła niepewnie Georgia. Oho, chyba zaraz zacznie się przedstawienie z tłumaczeniem się. - Kiedyś z nim...
    - Nie tłumacz mi się, bo średnio mnie to interesuje. - Stwierdziłem, wzruszając lekko ramionami.
    - Ale...
    - Czy ja ci się spowiadam ze swoich byłych? Nie. Więc nie ma co drazyc tematu.
    - Przecież jesteśmy razem.
    - Kochanie, zapomnialas chyba jaki był między nami układ. Sama zaproponowalas to. Jak to się nazywa? A, już mam! Friends with benefits. Czy jakoś tak. Więc zluzuj Georgia. - Miałem na to kompletnie wyjebane.
    - Serio ty to tak traktujesz? Jesteś podly wiesz? - Wyszła trzaskając drzwiami.

    OdpowiedzUsuń
  20. [Mój ulubiony Lucek ma drugą postać. Tak bardzo uwielbiam! <3
    Zastanawiam się czemu my jeszcze nie mamy żadnego wątku (pomijając to, że bezczelnie się obijam i piszę ludziom wątki w ślimaczym tempie). Wpadaj coś pokombinujemy, w końcu z dwiema postaciami mamy aż cztery możliwości ;)]

    Duncan & Drake (D&D xD)

    OdpowiedzUsuń
  21. Krótkie zaklęcie wykonane przeze mnie sprawiło, że słyszałem wszystko co mówili. Łatwo mi to przyszło i nie musiałem się wiele wysilać, aby to zrobić. To jest właśnie magia. Prostota najłatwiejszych i podstawowych zaklec. Przez chwilę zastanawiałem się czy byłem jednym z tych, którzy dali jej się owinac wokół palca. Nie, raczej nie sądzę. Chyba nie. Kurwa, sam już tak do końca nie wiedziałem. Ustalilem, że nie. Ona jest tylko opiekunka Meg. Znaczy się była. Przez jakiś czas. Więc dlaczego wciąż tutaj była? Za dużo trudnych pytań jak dla polamanego i chorego kambiona. Aż glowa może rozbolec od samego myślenia. Zadzwoniłem do Shoshany. Niech wyśle Susan i Zuzanne. Niech mi ich pilnują. Bo jeszcze może się okazać, że kiedyś mnie pięknie obrabuja i ja nawet nie będę przez jakiś czas wiedział o tym. A rękopisy te, wbrew pozorom były bardzo cenne. Cenne dla kogoś, kto znał język w jakim zostały napisane i wiedział jak czytać to i owo.

    OdpowiedzUsuń
  22. [No właśnie mam identyczne odczucia co do wątku, że jednak bardziej Will. :)
    Możemy jak najbardziej. W końcu książę złodziei pewnie dałby sobie radę z włamaniem i wszystkimi zabezpieczeniami... aż dotarłby do smoka i zrobiłoby się ciekawie. xD Można też w sumie pociągnąć całą historię dalej i w czasach obecnych Will mógłby znów wpaść na pomysł małej zbiórki pieniędzy na czele dobroczynne (czytaj na siebie) i mógłby się włamać Smokowi do mieszkania, gdzie też pełno skarbów. W końcu smok nie może pilnować dwóch miejsc na raz. Smok mógłby chcieć odzyskać swoje dobra i jakoś by się dogadali, może ubiliby jakiś interes? Albo jeszcze inaczej - spotkanie w skarbcu podsunęło Willowi jeszcze lepszą myśl. Po co kraść złoto skoro istnieje prawdziwy, żywy smok. Lepiej ukraść smokowi smocze kamienie (co jest piekielnie trudne, ale książę złodziei pewnie byłby uparty), potem sprzedać je jakiemuś czarodziejowi za astronomiczną sumkę i być nieźle ustawionym. Żeby było ciekawiej (i by nikt nie ucierpiał) Will może obmyślić jakiś bardzo kreatywny plan kradzieży albo będzie próbował smoka podejść udając przyjaciela. :)
    Pomysły do innych kombinacji, hmm... Przy Duncanie przychodzi mi do głowy pomysł ze świata baśni. Brat Duncana przez krótką chwilę posiadał cudownie zajebisty skarb, który Robin i jego Caritas mogli chcieć zabrać na cele dobroczynne. Will mógł się wybrać na zwiad w sprawie skarbu i trafił na Duncana, który mu ten pomysł jakimś cudem wyperswadował. W czasach obecnych mogliby się spotkać, gdy Will miał chęć okraść kasyno na przykład.]

    D&D

    OdpowiedzUsuń
  23. [ No to cześć ( ͡° ͜ʖ ͡°) ( jezu, zdecydowanie się od tego uzależniłamXD). Może Will przez zupełny przypadek włamałby się do mieszkania Blair i zostałby zaatakowany patelnią? XD]
    blejr łoldorf z głupimi pomysłami

    OdpowiedzUsuń
  24. [Bardzo! Mój typ poczucia humoru, więc pokochałam ich od razu. :) Też jestem za wątkiem z Willem, bo więcej możliwości na początek.
    Pomysł mi w 100% pasuje, nawet sama chciałam zaproponować coś podobnego ze wspólnym skokiem i podziałem zysków, więc - nic dodać nic ująć. Nie wiem czy wydębię od Ciebie początek, ale bardzo by mi było miło. Miałam naprawdę długą przerwę w blogach grupowych i nie chcę czegoś skopać na dzień dobry. :)]

    Acheron

    OdpowiedzUsuń
  25. [Od dzisiaj Twoja wersja legendy o Robin Hoodzie będzie to dla mnie ta jedyna słuszna. I pomyśleć, że jeszcze niedawno żartowałam sobie, że chciałabym zobaczyć Robin Hooda jako pomoc socjalną. A tu proszę - jest Will i Caritas, jeszcze lepiej. :)
    Postać cudowna, więc życzę dużo wątków i weny przy prowadzeniu dwóch postaci. A jeśli znajdzie się chęć to zapraszam do siebie.]

    Oberon

    OdpowiedzUsuń
  26. [Ach, dziękuję Ci bardzo! :)
    Fakt Oberona lepiej nie okradać, bo jak ostatnio ktoś wpadł na taki genialny pomysł, to się to skończyło Władcą Pierścieni w wersji gore. xD Aczkolwiek zawsze Oberon mógłby chętnie obdarować jednoosobowy Caritas Willa jakąś zacną sumką, np. w zamian za to by Will ukradł coś ciekawego. Albo mogli się właśnie poznać przy okazji właśnie takiego zlecenia, a teraz gdy Will mógłby np. wpaść do Oberona, bo z tourne po Europie mógł przywieźć kilka ciekawych magicznych przedmiotów, które jemu są niepotrzebne, ale Oberon może by reflektował lub doradził komu i za ile je sprzedać? A dalej można iść znów w kierunku jakiegoś ewentualnego zlecenia albo, żeby nie było monotematycznie, można dla odmiany wplątać ich w jakąś dziwną sprawę. No nie wiem, daj znać co myślisz. :)
    A z Luckiem... Lucek jest fabulous, ale jedyne co mi przychodzi do głowy to jakaś wspólna imprezka...]

    Oberon

    OdpowiedzUsuń
  27. [W sumie mieszkanie Drake'a to bardziej smocze leże wielkie i nieprzypominające mieszkania, ze stertą różnych skarbów na środku, więc też myślę, że chyba zrobiłby wyjątek. Nawet można iść tym tropem, że trochę z zemsty, bo np. przez smoka został złapany i wsadzony do pudła. :)
    Pewnie, możemy tak zacząć - mnie idealnie pasuje.

    Też jestem za opcją ze smokiem. Lepiej pasuje. :)
    No to co? Zacząć czy Ty chcesz?]

    Smok

    OdpowiedzUsuń
  28. Korzystał z każdej wolnej chwili by pogmerać w swojej maszynie. Szef był zadowolony z jego pracy. Zwykle bardzo szybko lokalizował usterki w pojazdach klientów i naprawiał większość od ręki. Z jednej strony chciał zrobić dobre wrażenie, by zachować tę posadą jak najdłużej, a z drugiej chciał mieć dostęp do, często bardzo drogich maszyn, których potrzebował go ożywienia swojego motocykla. Długa jazda, z krótkimi przerwami, odbijła się na silniku i ogólnej koncycji maszyny. Ostatnio zaciął się wskaźnik paliwa, przez co pompa zaciągnęła do silnika osad z dna zbiornika a to z kolei zatarło tłok. Rzecz do naprawienia ale wymagała dużego nakładu pracy.
    Wytarł dłonie w szmatkę, która zwykle dyndała przewieszona przez jego ramię. Wyszedł przez zakład by w spokoju zapalić. Zaciągnął się dymem, korzystając z przerwy. Przeczeka w tym miejscu najtrudniejszy czas. Potem zapewne poszuka kolejnego miejsca, w którym będzie mógł spędzić kolejne dni, będąc w miarę bezpieczny. Prędzej czy później, go wytropią i będzie musiał znów zniknąć. Droga znów go wezwie.
    Z zamyślenia wyrwała go nowa klientka. Starał się być uprzejmy ale babsko przypominało mu krewtkę. Blada skóra, widoczna spod grubej warstwy porkładu, intensywnie różowe usta i zbyt czarne oczy.
    Zostawiła mu swój samochód, chociaż bardzo chciała poczekać aż skończy. Prblem polegał tylko na tym, że on nie miał ochoty spędzać z nią czasu w warsztacie. Zwłąszcza, że ciągle go zagadywała. Kiedy wreszcie sobie poszła, mógł spokojnie otworzyć maskę i pogrzebać w złączkach.
    usłyszał że ktoś wszedł. Chociaż właściwie wiedział, że ktoś się pojawi zanim jeszcze skrzypnęły zawiasy. Instynkt zawodził go bardzo rzadko.
    Odwrócił się do swojego gościa. Znów wytarł dłonie w szmatkę.
    - Moja pomoc, powiadasz? Wielki Willard Szkarłatny nie może sobie sam dobrze zrobić? - prychnął. Westchnął głęboko. Ten człowiek zdecydowanie żył w innej epoce.
    - Sus nie żyje. Gangu już nie ma. Jestem tylko ja i moja maszyna. Z więc... czego ci znów potrzeba chlopie?

    OdpowiedzUsuń
  29. [Dziękuję za powitanie. Jeśli masz chęć na wątek, to oddaję do dyspozycji Meerę. Chyba łatwiej będzie coś wymyślić z Willem, niż Luckiem. Choćby reklamację jakiegoś magicznego przedmiotu. Oczywiście, jeśli chcesz tudzież masz czas.]

    Meera

    OdpowiedzUsuń
  30. - Zastrzelony w obławie. Jeszcze kilku chłopaków zginęło. Reszta albo ubarwiła kilka pierdli albo się włóczy jak ja.
    Z głośnym trzaskiem zamknął maskę samochodwu, w którym gmerał. Kiwnął na swojego gościa głową i ruszył do pomieszczenia dla pracowników. O tej porze był tu na szczęście tylko on. Czasem wpadała żona właściciela, by się trochę mu przypodobać. Dlatego wolał pozostać w zamkniętej przestrzeni, w której było mniejsze prawdopodobieństwo podsłuchania.
    Zamknął drzwi. Wziął z lodówki piwo i zaległ na kanapie. Nie proponował, bo facet był dorosły i jak zechce się napić to sam powie.
    - Myślisz, że to Sus załatwiał ci osobiście te wszystkie rzeczy, które chciałeś? No proszę cię... To ja byłem ten przedsiębiorczy. Silnik i blacharkę mogę ci zrobić sam. Podaj model i moc to się skombinuje. A co do proszku... Skąd w ogóle pomysł, że wciąż go robię? Że w ogóle mam jak? Latka lecą... świat się zmienia.
    Był ciekaw czy wie o wróżkach. Sus chyba nie dopuszczał go tak blisko, chociaż z drugiej strony, obaj znali się dość dobrze.

    OdpowiedzUsuń
  31. [Jest ok. Przepraszam, że z takim poślizgiem odpisuję i mam nadzieję, że trzyma się to wszystko jakoś kupy. :)]

    Był późny wieczór. Większość normalnych ludzi, doczesnych czy też niektórych baśniowców, o tej porze szykowała się już raczej do snu. Tymczasem Acheron dopiero teraz zaczynała powoli budzić się do życia. Odkąd pamiętała zawsze była nocnym markiem. Nawet teraz, kiedy dzięki glamour nie musiała być już tylko mrocznym, nocnym stworem i tak wolała funkcjonować w ten sposób. Nigdy nie zastanawiała się czy żyła tak z powodu przyzwyczajenia czy też po prostu tak czuła się lepiej. Zresztą i tak miasto stawało się o wiele ciekawsze po zmroku niż za dnia. Było spokojniej i barwniej.
    Kiedy usłyszała pukanie do drzwi, nie zdziwiło jej to zbytnio. To musiał być ktoś znajomy, skoro przychodził o tak późnej godzinie. Bez zbytniego pośpiechu otworzyła drzwi. Widok znajomej twarzy nieco ją zaskoczył, choć mimo to uśmiechnęła się na powitanie. Lubiła Willa, nawet jeśli znała go słabo i ostatnio widziała dobrych kilka lat temu. Po prostu Will był na tyle specyficzną personą, że nie dało się go nie lubić. Na swój sposób.
    - Wchodź. - powiedziała z uśmiechem, pośpiesznie wpuszczając go do środka. Ledwie zamknęła drzwi, odwróciła się w stronę Willa.
    - Dawno cię nie widziałam. - przyznała zapraszając go do kuchni - Napijesz się czegoś? Kawy? - zapytała nie zwracając uwagi na fakt, że raczej mało kto miałby chęć na kawę o tej godzinie.
    Przez chwilę zastanawiała się czy nie powinna zapytać Willa o odsiadkę i jego małą wyprawę do Europy. Z drugiej strony przez te wszystkie lata w Faletown nauczyła się, że lepiej nie zachowywać się jak szalony stalker, który wie wszystko o wszystkim. Zdecydowała, że chyba lepiej będzie jeśli od razu przejdzie do interesów.
    - Mówiłeś, że masz jakąś sprawę... - zaczęła przyglądając mu się wyczekująco - Planujesz coś ciekawego?

    Acheron

    OdpowiedzUsuń
  32. - Szkoda, że cie nie obchodzi. Nie musiałbyś przyłazić do pośredników tylko do konkretnych speców.
    Zaszczycił go jednym ze swoich ładniejszych uśmiechów. Zasiadł na jednym z wysłużonych foteli. Drugi wskazał swojemu gościowi.
    - Coś w tym jest. Tylko widzisz... ja nie mogę się wychylać. Wciąż mnie szukają i to jak się okazało, nie tylko zwykli gliniarze. Ktoś bardzo podobny do mnie nabija mi kartotekę i dodatkowe lata odsiatki. Chociaż właściwie to już chyba kara śmierci mi już wyszła.
    Sięgnął po laptopa, leżącego między nimi. Był firmowy, więc stary i powolny. Sam niezbyt często korzystał z podobnych urządzeń. Nie miał czasu ani ochoty. Mimo to, posiadał nowiutki błyszczący laptop.
    Uruchomił sprzęt. Laptop wył, chłodząc swoje wnątrza nim w ogóle się na dobrze uruchomił. Wpisał we właściwy program model samochodu i klikał coś kilka chwil.
    - Mogę ci zaoferować maksymalnie 440 koni z turbo. Albo bez turbo i wtedy wyjdzie coś koło 360 koni. Więcej nie mogę ci wcisnąć pod maskę bo ma szkielet z kiepskiego metalu i co go rozsadzi.
    Wycenił silnik i samą pracę. Wyszło dość sporo, bo wymiana silnika to trudna sprawa, ponieważ wymaga dodatkowych zmian i wymiany kilku dodatkowych elementów.
    - Jak się zdecydujesz to ściągnę silnik na jutro a sama robota zajmie mi jakieś trzy dni.
    Zamknął laptop i odłożył na miejsce.
    - a tak na poważnie. W co się znów pakujesz i dlaczego miałbym ci pomóc? Cóż takie mógłbyś mi zaoferować?

    OdpowiedzUsuń
  33. Kocham Cię! Totalnie i na zabój. A Twoja legenda o Robinie, Willu i Caritasie jest totalnie boska. Dlatego muszę pociągnąć ten temat. :) No i mam nadzieję, że Will się da namówić na spółkę i reaktywację Caritasu w Fabletown.

    Robin

    OdpowiedzUsuń
  34. - Za materiały musiasz z gór, a resztę potem. Będę czekał jutro na twój wóz.
    Zamówił towar u dostawcy. Akurat z tym gościem lubił pracować, bo zawsze miał wszystko i to na czas. Prowadził złomowisko po drugiej stronie miasta.
    - Chcesz bym ci pomógł zrobić skok. Nie chce kasy. Chce pięć księżycowych kamieni. Wiesz, tych mlecznych kryształów. Zrobimy dwa skoki, w tym jednym mi zapłacisz.
    Zamknął kompyter i podniósł się. Zaczął krązyć po pokoju. Oficjalnie już nie handlował i nie produkował pyłku. jednak była to tylko oficjalna wersja. Willard mógłby mu się przydać w zdobyciu kamieni. Jego wóżki bardzo pragną je mieć. A sam miał marne szanse by je zdobyć.
    - Masz jakiś plan? Czy chcesz coś ustalić wspólnie?

    OdpowiedzUsuń
  35. - Masz mnie za idotę? - spytał, unosząc brew. - Dam ci pyłek, chociaż wcale nie potwierdziłem że go mam, a ty mnie wychujasz bo masz szczurzą mordę? Nie ma szans. Chce być jak najbliżej...
    Podniósł się z miejsca i przeciągnął mocno. Od ciągłego pochylania nad silnikiem, zaczynał boleśnie odczuwać zmęczenie organizmu. Przez ponad 10 lat całe jego życie kręciło się wokół garstki ludzi na mototorach, których uważał za swoją rodzinę. Praca była ciężka ale widać było jej efekty. A teraz? Teraz w jakimś obskurnym zakładzie mechanicznym, grzebał w autach zdecydowanie zbyt uprzejmych ludzi. Nie tak miało to wszystko wyglądać. Jednak Sus nie raz mówił mu, że życia nie da się przewidzieć. Trzeba być gotowym na różne wydarzenia i różnych ludzi. Często zastanawiał się kim tak na prawdę był mężczyzna, którego uznał za swojego ojca. Był wykształcony, chociaż nie zwykł sie tym chwalić. Nauczył go więcej niż wszyscy ci psychopaci z sierocińców do których trafiał.
    Przeniósł spojrzenie na Willarda.
    - Idę z tobą. Coś mi się wydaje, że będziemy się dobrze bawić... A samochód możesz pryprowadzić o której chcesz. Nie mam żadnej innej przewidzanej pracy.

    OdpowiedzUsuń
  36. Odprowadził go do wyjścia, głównie po to by się upewnić że na pewno opuści warsztat. Był niemal pewien,ze będzie chciał go okpić. A Pete musiał uważać. Każdy, nawet mały błąd, mógł wiązać się ze zwróceniem na siebie uwagi wymiaru sprawiedliwości i znów godoni go przeszłośc. Chciał odpocząć, przezimować w tym mieście a potem ruszyć gdzieś dalej, może na stary kontynent, poszukać szczęścia w Anglii.Wiedzial, ze wciąż jest na liście poszukiwanych. Federalni pewnie tylko czekając, aż gdzieś wypłynie narkotyk, którym handlował jego gang. Tylko jego małe wróżki potrafiły go wytwarzać. Mimo, ze najlepsi naukowcy zdobyli kilka próbek, nie potrafili odtworzyć tego dzieła natury i magii.
    Mógł mieć przez tego człowieczka problemu.

    Następnego dnia był jak zwykle w pracy. Otworzył bramę by móc wprowadzić samochód Willa do wnętrza zakładu. Złapał kluczyki i zasiadł za kierownicą. Wyciągnął pieniądze ze schowak upychając je w dużej kieszeni spodni ogrodniczek, w które obecnie był ubrany.
    Postawił samochód przy swojej części, zaraz przy umieszczonym na podnośniku nowym silniku, który przywieźli ledwie kilka minut wcześniej.
    - Będzie. - mruknął, wysiadając. - Zajmę się teraz tylko tym. O ile córeczka szefa znów nie będzie chciała pieprzonka na zapleczu. A teraz na powaznie. - podszedł do niego. - Chce znać twój plan. Wiem, ze jesteś miękkim kutasinom i nie bedziesz chciał mnie ze sobą zabrać. więc chce mieć gwarancje, że będę coś z tego miał i że zaraz pod moim domem nie pojawi sie stado glin.

    OdpowiedzUsuń
  37. - Sus to akurat marny przykład. Korzystał z różnych usług... własnie dlatego miał tak bogate życie weneryczne. Chociaż akurat ta sfera twoich usług, które miałeś z Susem, niewiele mnie interesuje.
    Skrzyżował ramiona na piersi. Z jednej strony, wolał zostać i czekać, aż Will przyniesie mu tę zapłatę. Nie miał w sobie tej gracji co kiedyś. Poza tym, jego rola raczej nie polegała na dyskretnym wejściu do bogatych domów i sekretnym pieszczeniu sejfu, by wydobyć z niego wszystko co się da. On raczej wykopywał drzwi...
    Ale z drugiej strony, człowiek z którym miał obecnie styczność, był złodziejem i oszustem zawodowym. Powinien patrzyć mu na ręce, bo to że jest taki miły i słodziutki nie znaczy, ze nie dosypie mu jakijś pigułki gwałtu do drinka, nie obrobi i zwieje.
    Obie opcje były kiepskie...
    Pokręcił lekko głową.
    - No dobra. Zrobimy tak. Dam ci trochę pyłku na początek. Za to zawiniesz dla mnie kamienie a kiedy mi je przyniesiesz, dam ci nieco więcej pyłku. Może być?
    Właśnie się przyznał, ze wciąż ma dostęp do produkcji. chociaż w gagu wszyscy wiedzieli, że tylko trzy osoby znają recepturę produkcji i tylko te trzy osoby mogą pyłek zdobyć. Całe szczęśćie, ze nikt nie znał tej tajemnicy.
    - Pasuje?

    OdpowiedzUsuń
  38. [Hej!
    Mam dylemat, do kogo się zgłosić, bo obaj panowie są tacy niegrzeczni, że aż korci, aby strzelić im po łapskach. :D Zgłaszam się więc tutaj, a najwyżej z czasem się przerzucimy na inną kartę. ;)
    Jeśli chcesz przyjemną pogadankę z panią szeryf, to ja bardzo chętnie. Felice o każdej porze dnia i nocy chętnie złapie złodziejaszka i pstryknie mu w nosek. :D]

    Felice Fletcher

    OdpowiedzUsuń
  39. [Cześć :) Dzięki za powitanie. Obaj panowie fajni (a karty i humor - bomba!), ale aktualnie wpadam tutaj, bo z tego co widzę Will siedział w więzieniu i miał zapewne nie jedną okazję spotkać Ciana służbowo, co można jakoś wykorzystać. Chociaż jakby co chętnie wpadnę również na wątek do Lucka, więc w razie czego zobaczymy co wykombinujemy.]

    Cian

    OdpowiedzUsuń
  40. [Powiem Ci, że... to jest świetny, kurde, pomysł.
    Dodałabym do tej historii tylko jeszcze dwa aspekty:
    1) złodziej-włamywacz korzystałby z nielegalnego glamour. Być może znałby Willa i próbowałby zasłonić się jego przeszłością, a że nie ogarnął, że Will jest już wsadzony za kraty, to... no, nie wyszło mu z jego genialnym pomysłem.
    2) Felice, gdy tylko by zaczęła się zastanawiać, co tu się właściwie dzieje i jak jedna osoba może być w dwóch miejscach na raz (o ile nie jest Krwawą Mary i nie korzysta z lustra), poprosiłaby (w wielkim cudzysłowie) Willa o pomoc w sprawie - innymi słowy, dostałby angaż w szeryfowaniu i wyjaśnieniu własnej sprawy. A w zamian Fela wypuści go warunkowo, o ile będzie grzeczny, będzie słuchał i nie będzie uciekał.
    To nam chyba daje więcej możliwości do kreacji artystycznej. Jak myślisz? ;)]

    Felice Fletcher

    OdpowiedzUsuń
  41. - Po cholerę mi wszy z tyfusem? Wyglądam na wariata? - prychnął. Chociaż może, skoro Will już tu jest to może uda mu się go wykorzystać...
    - Najlepiej jak najszybciej. Pięć sztuk. Najlepiej podobnej wielkości i podobnie szlifowane. Albo w surowej formie.
    Wyciągnął z kieszeni pomiętą paczkę papierosów. Wyciągnął jednego i postukał kilkukronie czubkiem w paczkę.
    - Słuchaj... Miałbym dla ciebie jeszcze jedno zlecenie. Tylko że ono jest... niebezpieczne. Skomplikowane i możliwe, że jeśli coś nie wyjdzie to będzie śmiertelnie niebezpieczne. Ale ci się opłaci. Tylko zależy co będziesz chciał jako zapłatę. Hajs czy towar... Obie te rzeczy da sie załatwić.
    Był ciekaw czy Sus opowiedział temu człowiekowi o jego bracie, jego Cieniu, za którym podążał krok w krok. Obaj mieli tę samą twarz ale ich charaktery i cele znacznie się różniły. Cień miał problem z uczuciami i emocjami. Właściwie to ich nie posiadał w takim rozumieniu o jakim mieli pojęcie ludzie.
    - Zastanów się czy chcesz usłyszeć tę propozycję.

    OdpowiedzUsuń
  42. [Tak, tylko musisz trochę poczekać na zaczęcie, bo mam do poprawienia rozdział pracy i bardzo mi się nie chce za to wziąć. ;)]

    Felice

    OdpowiedzUsuń
  43. [Przychodzę tutaj, bo miałem kiedyś postać Williama Scarlet, więc.. xDD
    Boćku, jasne, że musimy pomyśleć nad czymś. Mów na co masz ochotę.]

    Anthony Miller

    OdpowiedzUsuń
  44. [A co powiesz na to, żeby uczeń przerósł mistrza? W sensie obaj zaczailiby się na jakiś naszyjnik czy cokolwiek i Twój pan miałby już opracowany niemal cały plan, a na miejscu okazałoby się że Anthony sprzątnął mu go sprzed nosa. Odrobina rywalizacji nam nie zaszkodzi, a może wyjdzie z tego coś ciekawego, zwłaszcza jeśli Twój pan postanowi odebrać cenną rzecz. Co myślisz?]

    Miller

    OdpowiedzUsuń
  45. [Zrobimy tak. Anthony ukradnie jakiś cenny naszyjnik, bo on lubi błyskotki. Twój pan oczywiście domyśli się, kto go uprzedził i złoży mojemu wizytę. Willard włamie się do apartamentu Millera chcąc skraść to co sprzątnięto mu sprzed nosa. Dojdzie do wymiany zdań, a co się stanie potem, to już ogarniemy na podstawie tego, jaką relację mają nasi panowie, bo to trzeba doprecyzować.]

    Anthony Miller

    OdpowiedzUsuń
  46. [Jasne, że mi pasuje. To masz ochotę zacząć? Mnie to nie idzie xD]

    Austin Monroe

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Anthony Miller. Za dużo postaci chyba mam xD

      Usuń
  47. Pieprzeni złodzieje. Pieprzeni mordercy. Pieprzeni zbrodniarze.
    Odkąd Felice, czy też raczej – Senta – zobaczyła na własne oczy pierwszy mord, nie potrafiła zrozumieć, co kieruje człowiekiem w takiej chwili. Podniecenie, że za moment odbierze się drugiej istocie coś bardzo cennego? Chęć posiadania czegoś, co nigdy nie powinno być jego? Nałóg, choroba, niepoczytalność? Te trzy były najsensowniejszymi argumentami – ale dla takich osób społeczeństwo stworzyło specjalne placówki.
    Odkąd Senta zobaczyła na własne oczy bogactwa, które nie należały do jej rodziny, nie potrafiła pojąć, dlaczego. Dlaczego życie sprowadza na niej kolejne nieszczęście. Dlaczego mężczyzna, któremu nareszcie postanowiła zaufać i powierzyć własne życie, okazał się jednym z nich. Dlaczego mężczyzna, którego kochała, nie potrafił spełnić jednej, jedynej prośby, którą przed nim postawiła.
    Jej serce zostało rozdarte na strzępy, gdy wyprowadzali go z domu. Nienawidziła siebie za to, co mu zrobiła – jednocześnie czując, że była to jedyna słuszna droga.

    Ukryła twarz w dłoniach, jednocześnie odchylając się na fotelu. Fotelu Bigby’ego, którego nie było, z którym nie potrafiła się dogadać, nawet jako jego zastępca. Dlaczego ona w życiu musi mieć takiego potwornego pecha do mężczyzn? No naprawdę, jeśli gdzieś nad nimi jest jakikolwiek Bóg, musi mieć naprawdę niezłe poczucie humoru. Albo upodobał sobie gnębienie jej.
    Od czasu jej awansu wszystko zaczęło się pieprzyć. Miało być idealnie, miała w końcu poukładać swoje życie i spełnić się w zawodzie, skoro tak świetnie wychodziło jej wyczuwanie i wydawanie przestępców, szczególnie własnych mężów. Ale nic nie było tak, jak chciała, aby było – utrzymywane z jakiegoś powodu kontakty z Harleyem przybrały bardzo dziwny obrót i prawie były mąż drażnił ją po stokroć bardziej niż nie tak dawno temu, gdy ograniczał się jedynie do sporadycznego zszywania jej. Bigby z jakiegoś powodu zaczął chadzać własnymi ścieżkami, nie próbując nawet ukryć swojego niezadowolenia w związku z tym, że wybrano mu zastępcę.
    A miało być tak cudownie, w Fabletown nareszcie miał zapanować spokój… W jej życiu miał nareszcie zapanować spokój…
    — Słucham? – burknęła, patrząc przez palce na policjantkę, która właśnie weszła do gabinetu szeryfa.
    — Mamy zgłoszenie.
    Westchnęła i podniosła się z miejsca. No, Felice. Koniec użalania się nad sobą. Włóż swój strój Wonder Woman i do przodu.
    *
    — Oczywiście, pani Walker – zapewniała, gdy wychodziła z mieszkania. – Zajmiemy się tą sprawą niezwłocznie. Gdyby pani sobie coś jeszcze przypomniała, proszę dzwonić.
    — Jesteś taką dobrą dziewczyną – staruszka z pokrzepiającym uśmiechem poklepała Felice po ramieniu. – Uważaj na siebie, złociutka. To nie jest świat dla takich młodziutkich, delikatnych dziewczynek jak ty.
    Młodziutkich, delikatnych dziewczynek, huh? Taka była w dniu, w którym wychodziła za mąż i w dniu, w dniu, w którym zmarł jej ojciec i w dniu, w którym po raz pierwszy pozwoliła dotknąć się swojemu mężowi. Gdyby naprawdę była delikatna, nie przeżyłaby tutaj ani jednego dnia.
    — Naturalnie, pani Walker – odparła z delikatnym uśmiechem i skinęła jej głową. – Dobrej nocy.
    Pani Walker była naprawdę uroczą staruszką mieszkającą pod jednym dachem z utrapieniem o wspaniałym imieniu Alzheimer. Alzheimer był Niemcem i bardzo lubił zabierać i chować różne rzeczy pani Walker. Wybrał sobie naprawdę nietypową rozrywkę, nękać tak pogodną, starszą panią, ale… cóż. Policja nie mogła też przecież zignorować informacji o kolejnej kradzieży – nie w sytuacji, w której zmagają się z serią włamań i rabunków.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nigdy nie wiedzą, kiedy zgłoszenie okaże się naprawdę pomocne w sprawie. Nigdy nie wiedzą, kiedy znajdą naprawdę wartościowy trop.
      A jak dotąd, nie znaleźli dosłownie nic. Jeśli pójdzie tak dalej, będzie musiała wręcz poprosić o pomoc Harleya. Krzywiła się na samą myśl prośby o pomoc i odsłonięcia przed nim swojej słabości. Nie, żeby miał ją wyśmiać – Harley był najlepszym mężczyzną, jakiego życie mogło jej dać. To ona za wszelką cenę chciała mu udowodnić, że jest już dużą dziewczynką, nie tą słodką, nieporadną panienką podającą kolację zmęczonemu po całodniowej pracy lekarzowi. Że sama potrafi zadbać o swój interes, że…
      — I jak, pani szeryf? – Ta sama policjantka, która powiedziała jej o zgłoszeniu, stała przed drzwiami bloku, z którego Felice właśnie wychodziła.
      — Wracamy – poinstruowała ją tylko Fletcher i westchnęła cicho, podchodząc do samochodu. – Znowu pani Walker zapomniała, gdzie odłożyła emeryturę. Ale pilnujcie okolicy, mieszka tutaj sporo starszych ludzi. Są łatwym celem.
      — Tak jest – odezwała jedynie kobieta i wsiadła do samochodu.
      Felice już otwierała drzwi, już miała dołączyć do swojej towarzyszki, kiedy dostrzegła…
      Nie. To byłoby zbyt łatwe.
      Do jedynego w okolicy domku jednorodzinnego właśnie ktoś bardzo usilnie próbował się dostać. Szkoda, że wyglądało to tak, jakby nie miał ze sobą klucza – jakby w ogóle nie należał do grona domowników, którzy powinni zjawić się u drzwi niewielkiej posiadłości…
      — Hej! – krzyknęła, chociaż już po chwili zorientowała się, jak głupie było to zagranie. Złodziej obejrzał się przez ramię, przeklął szpetnie i ruszył czym prędzej alejką.
      Nie mogła mu tego darować.
      — Pani szeryf! – krzyknęła za nią jedynie policjantka, lecz Felice już zaczęła pościg, zrzucając po drodze skórzaną kurtkę, która jedynie zaczęła jej przeszkadzać.
      Złodziej był diabelnie szybki, niczym demon przemierzał kolejne alejki, przecznice, skręcał nagle, usiłując zgubić w ciemnościach i na nierównościach Fletcher.
      Udało mu się to w momencie, w którym zgrabnie przeskoczył przez czarny płot, którego Felice do końca nie widziała. Zahaczyła dosłownie czubkiem buta o drewno i przecudownie upadła twarzą na obeschnięty trawnik. Syknęła przez moment z bólu i jedynie rozejrzała się za złodziejem.
      Nie było już go.
      Za to dobiegła do niej policjantka, która najwidoczniej była bardziej rezolutna, podała jej kurtkę i pomogła pozbierać się z ziemi.
      — Skurwiel – syknęła jedynie Felice, zarzucając wierzchnią odzież na plecy. – Bigby mnie zabije jak się dowie, że zgubiłam podejrzanego.
      — Nie do końca, pani szeryf. W tej okolicy mieszka człowiek, którego mamy w aktach. Był oskarżony o kradzieże i włamania. Właśnie wrócił do miasta…
      — … i być może wrócił też do dawnego hobby. – Felice pokiwała głową z aprobatą, a potem klepnęła kobietę w ramię. – Prowadź.

      Usuń
    2. *
      Felice załomotała w drzwi po raz kolejny, chociaż wątpiła czy ma to jakikolwiek sens. Jeśli to był faktycznie on, nie było go w domu. Być może nawet jeszcze nie zorientował się, że ją zgubił – albo nie ma zamiaru wrócić do mieszkania. Pewnie zaszył się w swojej wygodnej norce, aby przeczekać, aż burza minie i będzie mógł z powrotem rozrabiać jak zając w kapuście.
      — Panie Scarlet, proszę nam otworzyć! Mamy do pana kilka pytań! – krzyknęła Felice, zerkając już na policjantkę dzierżącą w dłoni broń. Fletcher miała zamiar załomotać w drzwi jeszcze tylko raz. Jeśli do tego czasu nikt jej nie otworzy… - Niech pan nas nie zmusza do wyważenia drzwi!

      [Nie musisz się prześcigiwać z długością, nie obrażam się też za krótsze odpisy, jeśli tak Ci wygodniej. :D]
      Felice Fletcher

      Usuń
  48. - Znam lepsze sposoby na zemstę niż spuszczenie na ludzi wszy z tyfusem. Jeszcze sam bym się zaraził. Właściwie to nawet niezła myśl by się zemścić... Wcześniej nie miałem na to czasu ani pomysłu. A wiesz jaki jest największy problem? - spytał, zapalając papierosa. - Że Adwersarza już nie ma w swojej bajce. On jest tutaj. I nieźle sobie radzi.
    Zaciągnął się papierosowym dymem. Zerknął w dół, na chodnik na którym stali. Słońce wyraźnie rysowało cień Willarda, ale jego Cienia nie było. Zupełnie jakby złodziej był tu sam.
    Jego Cień opuścił go już dawno. Wciąż mu się wymykał, nie pozwalając się złapać. Często obserwował go z ciemności, ukrywając się między drzewami gdy Peter pędził motorem po drodze. Krązyli wokół siebie, nie mogąc się dotknąć ani zbliżyć na tyle, by móc sobie spojrzeć w oczy. Cienie nie należą do nikogo. Same wybierają sobie nosiciela i zwykle trwają przy nim do końca życia nosiciela. A jego Cień skradł mu twarz i tożsamość i postanowił żyć jak człowiek.
    Dlatego był taki niebezpieczny.

    OdpowiedzUsuń
  49. Uwielbiał wolne chwile w swoim apartamencie. Pomimo młodego wieku, który utrzymywał już niezliczoną ilość lat mógł określić się mianem jednego z najbogatszych mieszkańców Fable. Nie każdego było bowiem stać na kupno mieszkania w takiej lokacji. Ze swojego mieszkania miał cudowny widok, który rozciągał się niemal na cały Nowy Jork. Nie mógł ukryć, że lubił ten widok. Siedział twarzą do okna, rozkoszując si widokiem gwiazd i księżyca, który obecnie był jedynym źródłem jakiegokolwiek światła w mieszkaniu. W tle leciała cicha klasyczna muzyka, a w ręce miał kubek gorącej herbaty, która tylko czekała, by ją wypić. Było mu tak przyjemnie. I pomyśleć, że kiedyś nie miał prawa nawet śnić o takich luksusach. Myślał, że szczęśliwe zakończenie nigdy nie będzie mu pisane. Cieszy się, że w tej jednaj rzeczy się mylił.
    Ze spokojnej kontemplacji wyrwał do odgłos pukania do drzwi. Raczej nikt go tutaj nie odwiedzał, chociaż i tak było kilka osób, które wiedziało, gdzie chłopak mieszka. Bliskich mu osób, więc w pierwszej chwili nie wyczuł żadnego zagrożenia, jakie mogłoby ze sobą nieść, gdyby otworzył drzwi. Jasne, przecież w każdej chwili mógłby do niego przyjść ktoś, kogo pozbawił jakiejś cennej rzeczy czy całego majątku. Dostałby tedy nuż w brzuch lub kulkę w łeb i nawet by nie zdążył kwęknąć przy tym.
    Ostrożnie i cicho podszedł do drzwi, starając się nie zagłuszyć przyjemnych dźwięków, które wydobywały się z radia. Obecnie grano Flower Duet z Lakme, a była to chyba jedna z najbardziej ulubionych arii Anthony'ego. Każdy człowiek kiedyś w swoim życiu ją słyszał i polubił, a nawet nie wie, że ma do czynienia z kawałkiem pięknej melodii. Przekręcił zamek i rozchylił drzwi, by przekonać się, kto stoi po drugiej stronie. Do pomieszczenia wpadł niewielki snop światła z korytarza.
    – To ty – powiedział na powitanie, rozpoznając sylwetkę mężczyzny. Rozchylił drzwi szerzej, by móc wpuścić do środka swojego przyjaciela i uśmiechnął się lekko, jednak uśmiech ten szybko znikł mu z ust. – Oczywiście że nie zapomniałem – odparł szybko, zamykając za przybyszem drzwi. Pilotem wyłączył radio i włączył światło, mrużąc oczy, dla których nagłe oświetlenie po dłuższym przebywaniu w ciemności, było dużym szokiem.
    – Czegoś chcesz? – zapytał od razu, nie siląc się na większe uprzejmości, niemniej jednak cieszył się, że widzi Willa.

    Anthony Miller

    OdpowiedzUsuń
  50. Widok jego starych znajomych zawsze go cieszył, nawet wtedy, gdy znajomi ci byli widziani rzadko, a relacja nieco się ochłodziła. Will zawsze był kimś specjalnym w życiu Anthony'ego. To właśnie on dał chłopakowi podwaliny do tego, kim się stał i po części umożliwił mu stanie się tym, kim jest. Miller swoje obecne życie zawdzięczał właśnie Szkarłatnemu. Śmieszne, że jakoś nigdy nie miał okazji do tego, by móc mu się odwdzięczyć, chociaż sam mężczyzna nawet nie prosił się o to.
    – Nie odwiedziłbyś mnie tutaj w nocy bez konkretnego powodu – zauważył, krzyżując ręce na piersi po tym, jak już zamknął na zasuwkę drzwi i przekręcił klucz. Nie miał pojęcia, czy ktoś nie śledził Willa. Anthony zrobił w swoim życiu wiele, wiele ukradł i zniszczył życie kilku ludzi. Mógł mieć wrogów, którzy nie tylko pochodzili z Fable. Swoje ofiary wybierał wśród najbogatszych mieszkańców Nowego Jorku. Nic więc dziwnego, że ktoś chciałby się zemścić. – Dobrze wiesz, że na pogaduszki można mnie zaprosić do kawiarni – odpowiedział z nutą humoru w głosie.
    Interesy oczywiście zawsze go interesowały. Interesy były jego życiem, bo gdyby nie one, to nie miałby teraz tego wszystkiego. Chłopak rozejrzał się po swoim apartamencie. Jakim był szczęściarzem, że to miał. Nie chciałby oddać tego nikomu, ewentualnie mógłby się podzielić, ale niestety nie widział na horyzoncie odpowiedniego kandydata, z którym mógłby to zrobić.
    – Dziękuję, starałem się. Znasz mnie i moje poczucie estetyki, mój apartament nie mógł być brzydki – powiedział, ponownie sunąć wzrokiem po wnętrzu. Ne dało się ukryć, że chłopak miał tam wiele ciekawych i cennych rzeczy, na których łapska chciałby położyć każdy złodziej. Dlatego uważnie obserwował zachowanie przyjaciela. Ufał mu, ale i znał. Anthony z wielką chęcią sprzątnąłby mu sprzed nosa jakąś cenną rzecz, więc był pewny, że i on by mógł tego dokonać, bez mrugnięcia okiem. Za to go lubił.
    – Nie próżnowałem, owszem. Musiałem coś zrobić, a szczęście się do mnie uśmiechnęło. Nie wiem, czy pochwalałbyś moje metody, ale raczej nie mam powodów do wstydu, zważywszy na fakt, co udało mi się osiągnąć i to w tak krótkim czasie – powiedział, z lekką pychą i dumą w głosie. Kiedyś był na dnie, a obecnie to on patrzy z góry na innych. Nie każdy mógł się pochwalić czymś takim – Powiedz, co u ciebie, a najlepiej, jakie interesy masz na myśli – zaproponował, siadając na łóżku, by mieć na mężczyznę dobry widok.

    Anthony Miller

    OdpowiedzUsuń
  51. Obie funkcjonariuszki skrzywiły się lekko, gdy usłyszały nagły huk za drzwiami. Felice spojrzała na policjantkę, która najwidoczniej zastanawiała się nad tym samym, co i ona sama. Próba ucieczki czy po prostu ludzki odruch.
    — Myślisz, że się zabił? – spytała Felice, siląc się na uśmiech.
    Za moment jednak dało się słyszeć krzyk mężczyzny oznajmiający, iż zamierza jednak pojawić się przed obliczem dwóch pań apelujących o spotkanie.
    — Chyba jednak nie – odparła policjantka stojąca obok.
    Tak więc stały. I czekały. Felice skrzyżowała ramiona pod biustem, uśmiechając się pod nosem, gdy do jej uszu docierały kolejny odgłosy potknięć i ciężkich kroków. Wraz z przewracającymi się przedmiotami dało się słyszeć kilka nieprzyjemnych słów, które najwidoczniej były przekleństwami – a przynajmniej tyle zdołała wywnioskować po brzmieniu głosu.
    Już za moment miały zaszczyt podziwiać zaspanego mężczyznę w całej okazałości. A w zasadzie prawie całej – jednak nie wyszedł do nich tak, jak go Pan Bóg stworzył, coś jednak miał na sobie.
    Gdyby przed drzwiami stała Felice sprzed setek lat, jeszcze mieszkająca w baśniowych, rodzinnych stronach, najpewniej uciekłaby wzrokiem, zarumieniona, zawstydzona i zażenowana widokiem prawie nagiego mężczyzny. Teraz jedynie obrzuciła go spojrzeniem, które mieściło się gdzieś między kategoriami „zdziwione” a „zażenowane”, po czym skorzystała z zaproszenia i faktycznie weszła do środka.
    Zaraz za nią weszła funkcjonariuszka, która rozejrzała się po mieszkaniu. Wyglądało prawie jakby przeszło przez nie tornado. Albo to wyczulony perfekcjonizm i dawny zmysł idealnej pani domu wciąż odzywały się w jej podświadomości.
    Tak czy siak, nie to teraz było ważne.
    Felice skupiła swój wzrok na zaspanej twarzy mężczyzny.
    — Zastępca szeryfa, Felice Fletcher, funkcjonariusz policji, Amy Morgan. Mamy do pana kilka pytań. I, oszczędźmy sobie uprzejmości, nie będzie miał pan nic przeciwko, jeśli rozejrzymy się po pana mieszkaniu?
    Po tym pytaniu zerknęła na policjantkę, która najwidoczniej zrozumiała niemą komendę, bo weszła dalej.
    — Gdzie pan był dziś wieczorem, panie Scarlet? – spytała, krzyżując ramiona pod biustem i unosząc lekko brew.

    Felice Fletcher

    OdpowiedzUsuń
  52. Dla Anthony'ego noc była między wschodem i zachodem słońca. Wyznawał jedynie dwie pory dnia: dzień i noc. Nigdy się nie rozdrabniał. W końcu jego praca opierała się w głównej mierze na nocnych aktywnościach i nie mówił tutaj tylko i wyłącznie o zadowalaniu mężczyzn swoim towarzystwem. Chłopak niczym nietoperz był nocnym stworzeniem. W dzień przeważnie tylko egzystował. Noc była dla niego przyjaciółką.
    – Okradam wyłącznie bogatych, co mi po biednych? – zapytał nieco retorycznie. Jasnym było, że nie chciał tracić czasu na zabawy z ludźmi, którzy nie mogli w znaczący sposób go wzbogacić. Cenił siebie i swój własny czas, więc uganianie się za mniejszymi i mniej znaczącymi rybkami nie było dla niego ani przyjemne, ani też pożyteczne.
    Spojrzał na mężczyznę nieco zniecierpliwiony. To on przyszedł do niego, nie Miller do Willa, więc nie wiedział, czemu nie przejdzie od razu to rzeczy, tylko zajmuje się pogaduszkami, które dla Antony'ego nie miały obecnie znaczenia. Nie chciał tracić czasu, który był dla niego niesamowicie ważny, chociaż miał go w bród.
    – U mnie wszystko dobrze, żyję jak widzisz – mruknął, zakładając ręce na piersi. Uważnie, nieco bezczelnie, zaczął przyglądać się swojemu rozmówcy, zastanawiając się, co też mogło go tutaj przywiać o tak późnej porze. – Mów, o co chodzi. Na ploteczki możesz mnie zaprosić rano na kawę – powiedział w końcu, tracąc cierpliwość. Zastanowił się, czy czasem nie wyszedł na wielkiego chama, w końcu Szkarłatny był człowiekiem, który wszystkiego go nauczył i powinien mu być wdzięczny i okazywać szacunek. Westchnął i oparł dłonie na kolanach. Oddychał głęboko.
    – Kilka dni temu wzbogaciłem się o kilkaset tysięcy – odezwał się w końcu. Z nikim nie chwalił się swoimi złodziejskimi podbojami. Wiedział, że w tym mrocznym światku jest to bardzo niebezpieczne, jednak ufał mężczyźnie do tego stopnia, że mógł mu powierzyć tę tajemnicę. W końcu Szkarłatny i tak go nie okradnie. – Obecnie odpoczywam, dopóki nie znajdę kolejnej ofiary – dodał już nieco ciszej, jakby nie chciał by Will go usłyszał. – A co u Ciebie?

    Anthony Miller

    OdpowiedzUsuń
  53. - Cień nie należy do nikogo. Sam sobie wybiera nosiciela, jak różdżki w Harrym Potterze. Czasem sobie taki Cień postanawia, ze opuści nosiciela... I wtedy się zaczyna rozpierducha.
    Usniechął się dość wrednie.
    - Chce go do siebie przyszyć na stałe. A ten mały skurwysyn ciągle ucieka, zrobić zadymę wszędzie gdzie się da. Wiem, zę jest teraz tu. Zatem jak spoktasz kogoś podobnego do mnie, kto nie będzie mną... to wiej. On najpierw strzela potem zadaje pytania... mnie praktyka nauczyła, ze lepiej robić odwrotnie. Można się więcej dowiedzieć...
    Wzruszył ramionami. Nie pożegnali się. Nie było takiej potrzeby. Ptere po prostu wrócił do pracy.Przekazał pieniądze szefowi, podbierając sobie tylko nieduzą premię. I tak dostanie wynagrodzenie za tę prace.

    Cień siedział już druga godzinę w tej samej restauracji. Kelner, który przynosił mu zamówione potrawy, zaczął się zastanawiać już na poważnie, jak to możliwe że tak szczupły człowiek może zjeść tak wiele. Po za tym nieznajomy żarłok wciąż nie uegulował rachunku, co w równym stopniu do wielkość żołądka, niepokoiło obsługę. W końcu Cień uznał, że czas wyjść i się zabawić. Załacił za jedzenie z czym nie miał problemu. Ledwie wczoraj obrobił jakiegoś bogacza, wychodzącego właśnie z kasyna. Jak zwykł mawiać "pieniądze zdobyć najłatwiej".
    Podniósł się i wyszedł, zabierając ze sobą niedopite wino. Jego nie do końca fizyczne ciało mogło przyjąć każdą ilośc pokarmu i płynu. Nie można go było zranić zwykłą bronią białą ani kulami z broni palnej. Dlatego tu, na tym padole uchodził za nieśmiertelnego.
    Wyrzucił pustą butelkę, a właściwie wrzucił ją przez uchylone okno na niższym piętrze jakiegoś budynku.
    Wtem przed nim pojawił się jakiś mężczyzna. Nie znał go. Ale ten najwyraźniej go rozpoznał... A moze raczej nie jego, tylko tego drugiego... Krnąbrnego Pana.
    - Co się gapisz? - mruknął do nieznajomego. - Dopiero się widzieliśmy, już mnie nie poznajesz? - strzelił w ciemno, chichocząc.

    OdpowiedzUsuń
  54. Felice uniosła nieco brew, patrząc nadal jakby z wyższością na jego szyderczy uśmiech. Nie był on potrzebny. Samo pytanie o nakaz by wystarczyło. Zaczęła się zastanawiać czy ten delikwent ma pojęcie, że naprawdę może mieć kłopoty. A swoim zachowaniem sobie nie polepsza.
    Ale miał rację. Nakazu nie miały, a o tej porze nawet nikt by go im nie wydał, bo i cały zarząd Fabletown już smacznie spał. Musiałyby czekać co najmniej do rana. To wystarczająco dużo czasu, aby zatrzeć ewentualne ślady.
    Wymieniła znaczące spojrzenie z policjantką. Ta stanęła już w miejscu, przynajmniej na dłuższą chwilę, podczas której Willard tłumaczył Felice, gdzie mógł być i co mógł robić.
    I również dobrze mógł powiedzieć jej w tym momencie, że przyleciał właśnie z Antarktydy, a w lodówce trzyma pingwina. Albo że wrócił z poszukiwań Atlantydy. Kątem oka dostrzegła, jak Amy rozglądała się dyskretnie po otoczeniu, chociaż nie ruszała się z miejsca.
    — Ah-hah – mruknęła Felice, krzyżując ramiona pod biustem. – Za to moja znajoma widziała pana przed dwudziestoma minuty przy domu jakichś ludzi, gdy próbował się pan włamać. Co pan na to? Zdecyduje się pan na wersję numer jeden, numer dwa, numer trzy czy na moją?
    Bez wątpienia zapytają wymienione wcześniej staruszki o zdanie. Pewnie nie zrobi tego Felice osobiście, pewnie zrobi to inny funkcjonariusz policji. Ona będzie zajęta czymś innym.
    Uśmiechnęła się lekko pod nosem, słysząc jego kolejne słowa.
    — Pożartujemy sobie po drodze. Zapraszam z nami. Przy okazji ustalimy, która wersja wydarzeń jest tą prawdziwą – odparła, sięgając już po kajdanki zaczepione o pas i podchodząc bliżej podejrzanego.

    Felice Fletcher

    OdpowiedzUsuń
  55. Felice powstrzymała się od wywrócenia oczami, jedynie patrząc na niego twardo. W tym momencie żałowała, że nie nosi ze sobą żadnego kodeksu z uregulowaniami prawnymi, bo chętnie cisnęłaby mu teraz nimi w twarz.
    — Oczywiście, że są to jedynie podejrzenia - poprawiła go, krzyżując ramiona pod biustem. Z kajdankami wciąż trzymanymi w jednej ręce. Najwidoczniej miała zamiar dać mu tą chwilę na ubranie… czegokolwiek.
    Chociaż nie powinien jej obchodzić komfort przesłuchiwanego.
    Uzasadnione podejrzenia. Wymienił pan trzy wersje zdarzeń i podtrzymuje pan, że nie umie pan być w dwóch miejscach na raz, a co dopiero trzech. – Zaczęła zastanawiać się, po co ona w ogóle wdaje się z nim w dyskusję. – Ale ma pan rację. Nie mam prawa pana aresztować.
    Podeszła kilka kroków bliżej niego, aby spojrzeć mu w oczy.
    — Mam prawo pana zatrzymać. Więc, panie Scarlet, jest pan zatrzymany pod zarzutem próby włamania i kradzieży. Mam panu sama przynieść te spodnie czy wystarczy samo moje wsparcie fizyczne w drodze?

    Felice Fletcher

    OdpowiedzUsuń
  56. Wywrócił oczyma. Powinien mówić czy nie. Ufał willowi i wierzył, że ten nie byłby nawet w stanie go okraść. Co jak co, ale Anthony był pewny swoich zabezpieczeń i doświadczeniu które posiadł. Nie był żółtodziobem i wypracował metody, których inni mogli pozazdrościć. W tak młodym wieku mógł pochwalić się osiągnięciami i zdobyczami, których pozazdrościliby mu mistrzowie złodziejstwa. Wszystko to dzięki swojemu urokowi, sprzedawaniu się i żerowaniu na próżności i głupocie innych ludzi. Nie mogłoby być lepszego i łatwiejszego sposobu na zarobek.
    Przypatrzył się zdjęciu. To co widział było tak piękne, że już sama fotografia mu się spodobała. Anthony uwielbiał błyskotki. Był niczym sroka, która widząc coś świecącego od razu podlatuje i zgarnia. Miał już piękną kolekcję naszyjników i biżuterii, której sam nie nosił, ale uwielbiał na to patrzeć.
    – Ja bym to chciał dla siebie – powiedział, niemal śliniąc się na widok fotografii. Wziął ją w swoje dłonie, by przyjrzeć jej się z bliska. Miał nadzieję, że Szkarłatny pogodził się już z myślą, że nie dostanie zdjęcia z powrotem. W jego głowie zakwitł piekielny plan.
    – Dobrze misiu zrobimy tak, że wyjdziemy i z kasą i z naszyjnikiem – powiedział zadowolony. Chowając fotografię do książki, którą aktualnie czytał i trzymał przy łóżku. Usiadł na nim. Czuł się pewnie i nieskrępowanie przy swoim towarzyszu. Nie obchodziło go, jak się czuł Szkarłatny w jego towarzystwie. Mężczyzna na pewno wiedział, że Anthony preferuje panów.
    – Kto ma ten naszyjnik i kto chce go kupić za jaką cenę? – zapytał z ciekawością. Chciał się dowiedzieć, czy interes był w ogóle dla niego opłacalny. Nie miał bowiem zamiaru pakować się w coś, co przyniesie mu zbyt małe zyski, przy ogromnym wysiłku.
    – Tak się składa, że mam zaproszenie na jakieś przyjecie – powiedział, wysuwając szafkę, z której wyciągnął prostokątną kopertę. Wręczył ją Willowi – To ten adres? Potrzebuję tylko znaleźć osobę towarzyszącą, żebym nie był tam sam – odpowiedział, wpatrując się przez okno. Ze względu na swoją pozycję i znajomości wśród bogatych mieszkańców, często był zapraszany na wystawne przyjęcia.

    Anthony

    OdpowiedzUsuń
  57. [Bardzo dziękuję za powitanie i z chęcią będę dalej szokować :D
    Chociaż muszę przyznać, ze to ja byłam w szoku widząc tą znajomą buźkę i autora. Fajny ten (P̶a̶w̶e̶ł̶) Willard Ci wyszedł i nawet trochę żałuję, że tym razem również nie będzie miał okazji zachwalać fioletowych włosów. Aczkolwiek mam ochotę na jakiś wątek, tylko jeszcze nie wiem, jak Ty byś to widział, bo w mojej spiżarni póki co nie potrafię znaleźć żadnego pomysłu :/ Kurde, może przydałoby się wezwać jakiegoś deratyzatora...]

    Nessie z refleksem żółwia i przemyśleniami autorki w pakiecie

    OdpowiedzUsuń
  58. [Przepraszam, że dopiero teraz odpisuję. :)
    Pomysł mi się podoba. Jak chcesz by było jeszcze dziwniej to można zrobić by Will widział jak pan strażnik z domu wychodzi, więc można zakraść się bezpiecznie... a tu niespodzianka, bo w domu została sobie głowa. xD]

    Cian

    OdpowiedzUsuń
  59. Akurat miała wątpliwości co do tego, że nie zgubi się an nie zabije się po drodze. Widziała już w swojej trwającej ponad siedem lat karierze bardzo wiele i stwierdzić mogła śmiało, że ludzie są zdolni do wszystkiego. A Baśniowcy – nawet do więcej niż wszystkiego, przez wzgląd na swoją wytrzymałość w świecie Doczesnych. I tak już widziała próbę zeskoczenia z któregoś tam piętra, bo policja weszła do domu podejrzanego. Próbę ucieczki przez balkon, próbę przejścia do sąsiada zewnętrzną stroną budynku. Gdy świat za moment ma się zawalić, ludzie są w stanie poświęcić wszystko, aby zademonstrować swój sprzeciw.
    Ale dała mu odejść, jedynie spoglądając na policjantkę. Ta jakby wyczytała z twarzy wice szeryf niemy komunikat i przesunęła się powoli w stronę drzwi, za którymi zniknął ich podejrzany. Na wszelki wypadek.
    — Myśli pani, że to był on? – zapytała po chwili, gdy z pokoju dobiegły odgłosy szamotania się z ubraniami.
    Felice westchnęła cicho.
    — Nie, nie wydaje mi się. Ściągnęłyśmy go właśnie z łóżka – dodała półszeptem, aby nie usłyszał tego Willard. Nie musiał znać myśli Felice. – Ale wszystko, co na razie mamy, do niego prowadzi.
    Felice miała swoisty dar. Intuicję, która podpowiadała jej, który człowiek może mieć coś na sumieniu. Ta właśnie intuicja wrzeszczała wręcz jak opętana, gdy ojciec oddawał jej rękę Mariusowi. Który później okazał się seryjnym mordercą i kanibalem w dodatku. Ta właśnie intuicja szturchała ją lekko, gdy poznawała Hermana, za którego potem wyszła za mąż. Dopiero z czasem okazało się, iż ma swoiste skłonności do… przywłaszczania rzeczy, które do niego nie należą. I nie miał ochoty się już z nimi rozstawać.
    Ale w sprawach nie mogła się przecież na nią powoływać. Nie mogła zaciągnąć kogoś przed sąd, bo tak jej się wydawało. To nie były żadne dowody. Dlatego bardziej ceniła zmysły Bigby’ego. Na nie przynajmniej można było się powoływać. Dało się je logicznie wytłumaczyć.
    — Ale jeśli to faktycznie nie był on, pobyt na posterunku na pewno mu nie zaszkodzi. Tym bardziej, jeśli nasz złodziejaszek nie będzie miał pojęcia o tym, że policja złożyła już mu wizytę.
    Zapewne ciągnęłaby dalej swoją wypowiedź, ale w tym momencie właśnie z pokoju wyszedł Willard. Uśmiechnęła się lekko pod nosem, gdy wyciągnął w jej stronę ręce. Zakuła go, owszem, na wszelki wypadek – gdyby wątpliwie świeże powietrze ulicy dodało mu na tyle odwagi – czy raczej głupoty – że postanowiłby uciec. Ze spętanymi rękoma będzie mu zdecydowanie ciężej biec.
    — Nie daje mi satysfakcji zamykanie niewinnych ludzi – odparła jedynie i puściła go przodem, gdy postanowili już wynieść się z mieszkania. – Jeśli faktycznie jest pan niewinny, własnoręcznie przytrzymam panu drzwi, gdy będzie już pan wychodził.
    I tak, w zabawnej procesji, zeszli kilka pięter w dół, by za moment opuścić blok przesiąść się do radiowozu. Policjantka Amy zasiadła za kierownicą, za to Felice usiadła na tylnym siedzeniu. Aby dotrzymać towarzystwa ich podejrzanemu. Gdyby coś kombinował – choć nie powinien. Wóz był przecież zabezpieczony na niektóre wypadki. Lecz kto wie, co komu może przyjść przez myśl.

    Felice Fletcher

    OdpowiedzUsuń
  60. Błyskotki na niego działały i właśnie tym najłatwiej było go przekupić. Oczywiście nie rzucał się na pierwszą lepszą rzecz, tylko musiało to być warte zarówno ryzyka jak i poświęconego czasu. Dla innych mogłoby to się wydawać głupie, ale dla niego była to świetna inwestycja na przyszłość. Nie wiedział, co zgotuje dla niego niedobry los, więc warto byłoby mieć jakieś zabezpieczenie.
    – Nic ci nie proponuję, jeśli chcesz iść, to przyjdziesz, jeśli nie, to nie – odpowiedział, dając mężczyźnie jedno z zaproszeń, które było również wejściówką na przyjęcie. Nie każdy dostawał coś takiego, trzeba było obracać się w odpowiednim towarzystwie i znać wielu wpływowych ludzi. Anthony miał to szczęście, że spełniał oba te warunki. Uśmiechnął się.
    – Mam plan, dzięki któremu wyjdziemy z tej akcji nie tylko z forsą za naszyjnik, ale i z samą błyskotką – dodał, wygodnie opierając się o poduszkę, gdy ponownie usiadł na łóżku. W głowie już nawet układał możliwości na ułożenie swojego nowego nabytku, bo oczywistym miał być fakt, że cacko dostanie właśnie on. Willowi na pewno coś takiego by się nie przydało i tylko kurzyło wrzucone gdzieś w kąt. Tak być przecież nie mogło. On wiedział jak si takim czymś zająć. Cały plan miał już ułożony, ale nie czuł jednak potrzeby, by dzielić się z nim już teraz. Wszystko w końcu mogłoby się zmienić i nic z planu nie wyjdzie. Nie chciał później świecić oczyma, że coś się nie udało.
    – To przyjdziesz wcześniej, musisz załatwić sobie ładny i drogi garnitur. Ludzie na tym przyjęciu będą wiedzieć, gdy przyjdziesz w czymś tanim – powiedział. Wiedział, jak głupio to brzmiało. Szkarłatny zapewne nie zwracał wielkiej uwagi do tego by modnie się ubierać. Zapewne było dla niego zupełnie obojętnym, czy chodził w czymś ładnym czy nie. Dla Anthony'ego liczyła się przede wszystkim wygoda, ale ze względu na swoją pracę musiał się stroić w coś ładnego. Nie przeszkadzało mu to w ogóle, ale od czasu do czasu chciałby zrzucić z siebie sztywne i ciasne garnitury by ubrać przyjemne jeansy.
    – Dasz radę zrobić chociaż tyle? – zapytał unosząc brew. Nie chciałoby mu się specjalnie z nim chodzić po sklepach i szukać odpowiednio skrojonego garnituru, ale jeśli będzie musiał, to lepiej by wiedział wcześniej a nie na ostatnią chwilę.

    Anthony Miller

    OdpowiedzUsuń
  61. [Dobre! Mógłbyś zacząć i napisać gdzieś tak do prośby o przechowanie? (Ledwo rozpoczynamy wątek, a ja już staram się przejmować kontrolę… Pogarsza mi się xD)
    PS. Przepraszam, że tak długo czekałeś, ale geografia mnie w końcu dopadła :/ Mam nadzieję, że wątek wciąż aktualny :D]

    Vanessa

    OdpowiedzUsuń
  62. [Wybacz tak długą zwłokę, ale nie mam dużo na głowie obecnie.]

    Westchnął i przetarł dłonią swoją skroń. Częste siedzenie do późna i intensywny wysiłek zarówno fizyczny jak i medyczny dawały się we znaki. Powoli stawał się coraz bardziej zmęczony. Skrzyżował dłonie na piersi i spojrzał na swojego przyjaciela. Uśmiechnął się głupio. Widok Szkarłatnego zawsze go cieszył. Nie mógł się do tego przyznać, bo co by sobie o nim pomyślał? Niemniej jednak Will był rozbrajający, temu nie mógł zaprzeczyć.
    – Mamy niewiele czasu, żeby to obgadać – zauważył. Dobre skoki trzeba było planować z dużym wyprzedzeniem. Nie można było sobie pozwolić na niedopracowanie i wszystko musiało być perfekcyjne. Nie znał sposobów działania Willa, ale Miller był perfekcjonistą, czyli najgorszym z możliwych złodziei. Nie każdy nadawał się do współpracy z kimś takim, a i tak Anthony wolał pracować samodzielnie.
    Uśmiechnął się. Lubił luksus, ale nie przepadał za zbytnim chwaleniem się. Wydawało mu się to zbyt powierzchownym działaniem i nieco kiczowatym. Potrząsnął głową na myśl o limuzynie. Nie wiedział, czy był to dobry pomysł.
    – Myślę, że lepiej gdy się przejdziemy, do parku nie jest stąd daleko – powiedział. – Wierzę w twoje umiejętności i wiem, że dasz sobie radę ze wszystkim samodzielnie, ale nie znasz tego środowiska tak dobrze, jak ja i lepiej będzie, jak kupię z tobą ten garnitur. Do fryzjera też będziesz musiał iść ze mną – powiedział głosem, w którym dało się wyczuć, że nie ma mowy na żaden sprzeciw.
    Nalał sobie wody do szklanki, która stała na stoliku nocnym i szybko ją opróżnił. Kącik jego ust powędrował niebezpiecznie w górę, jakby Anthony myślał o czymś niezwykle zabawnym i rzeczywiście tak też było.
    – To chcesz poudawać mojego chłopaka? – zaśmiał się praktycznie sam do siebie. Nie wiedział, jak zareaguje na to Szkarłatny, ale jemu strasznie poprawiło to humor. Nigdy bowiem nie myślał, że kiedykolwiek do tego dojdzie. – Jeśli chcesz to możesz na jakiś czas wprowadzić się tutaj, mam wolny pokój, który możesz sobie zająć. Nie mam nic przeciwko, a dzięki temu będziemy mogli na bieżąco ustalać każdy szczegół, a mamy mało czasu do stracenia – zaproponował. Co jak co, ale Will był jedną z osób, które wszystkiego go nauczyły i pomogły mu, gdy Anthony nic nie miał, więc był mu coś winny i miał do niego większe zaufanie niż do innych ludzi, którzy kręcili się w jego życiu.

    Anthony Miller

    OdpowiedzUsuń
  63. // O, jeśli chodzi o Willarda to nawet zastanawiałam się nad przejęciem poszukiwanego Robin Hooda. Ostatecznie jednak wygrał Prince, bo miałam znaleziony wizerunek. Na ten moment nie przychodzi mi do głowy pomysł jak możnaby połączyć naszych panów w wątku, ale jak coś mnie najdzie to na pewno dam znać.

    Prince

    OdpowiedzUsuń
  64. [Dzień dobry! I serdecznie dziękuję za kolejne powitanie. Zapoznałam się ze wszystkimi postaciami (i muszę powiedzieć, że podziwiam Was wszystkich, którzy posiadają trzy i więcej! Ja bym nie ogarnęła, z dwiema ciężko, a co dopiero dodać jeszcze dwie!). I bardzo dziękuję za miłe słowa. Starałam się jak najbardziej mogłam. ^^
    W każdym razie jakoś mnie to zainteresowało i stwierdziłam, że mam pomysł na wątek na Willa z Morganą. Złodziej i wiedźma to, moim zdaniem byłoby fajne połączenie. A, że moja Morgasia jest bardziej złym charakterem, to dałaby ciekawe zlecenie na coś, w zamian za jakąś przysługę/cokolwiek. W razie czego dałoby się dopracować, bo doszły mnie słuchy, że bardzo fajnie się z Tobą tworzy. ;)]

    Asherah Connor & Morgana Le Fay

    OdpowiedzUsuń
  65. [Dziękuję za przywitanie!
    Odzywam się pod kartą Willa, zadecydowała słabość do całej zgrai z Sherwood. Nabawiłam się tego w dzieciństwie i już zostało.
    Nie mam konkretnego pomysłu na wątek, ale tak myślę, że będzie późny wieczór, prawie noc, Sindbad udający, że jest własnym niewolnikiem i szukający wrażeń.]

    Shandar Bhandari

    OdpowiedzUsuń
  66. [Kupuję wersję z "okazja czyni złodzieja". Niebawem zacznę!]

    Shandar Bhandari

    OdpowiedzUsuń
  67. Nadworni magowie Sułtana potrafią stworzyć kule światła, które przypominają lampiony zawieszone nad głowami ludzi bez żadnych nitek i sznurków. Nijak miało się to jednak do jaskrawych neonów, zalewających światłem Nowy Jork. Gdyby Sindbad wyraził oficjalne życzenie obejrzenia miasta nocą, przez kilka godzin musiałby słuchać oddelegowanego do tej funkcji przewodnika i pewnie nie udałoby się im wyjść za róg. Burmistrz Fabletown chyba nie widział różnicy między nim a jajkiem. Chyba chciał pokazać się od jak najlepszej strony, co sprawiło, że od kilku dni Sindbad oglądał cyrk wystawiony na jego cześć. Może nie do końca rozumiał ten świat, ale umiał rozpoznać, gdy coś jest na pokaz.
    Upewnił się, że stary Yusuf już śpi, zabrał ze sobą tylko jednego niewolnika i wymknął się na zewnątrz. Nie było to szczególnie ekscytujące, Yusuf miał twardy sen, wystarczyło nie hałasować na korytarzu. Żadnego schodzenia z zamkowej wieży po bluszczu. Co za czasy...
    - Lew – idziemy w prawo, brama – idziemy w lewo – oznajmił niewolnikowi, wyjmując z kieszeni złoty bagdadzki dukat, który nosił właśnie na takie okazje. Wypadła brama. W podobny sposób podejmował decyzję wyboru drogi jeszcze kilka razy aż z ukontentowaniem stwierdził, że nie ma pojęcia, jak wrócić. To wystarczyło. Odwrócił się do niewolnika i uśmiechnął szeroko.
    – To co, Hakim, gdzie będziemy się dziś bawić?
    – A na co nas stać? - odburknął Hakim, wiedząc, że jego zdanie i tak będzie nieistotne.
    – Mam... – Sindbad sięgnął do tylnej kieszeni spodni po portfel. Nie zdążył go otworzyć, kiedy ktoś przebiegł obok, popchnął mężczyznę na ścianę i zabrał mu portfel.
    – Jak zwykle nic – dokończył po dłuższej chwili, otrzepując spodnie. - No tru... - zająknął się.
    Hakim przełknął ślinę. Wiedział, że gdy jego pan się zająknie, nie wydarzy się nic dobrego.
    – Zabrał mój szczęśliwy dukat! - warknął Sindbad, zrywając się do biegu. – Czekaj! – ryknął na całe gardło. – I tak cię złapię! - dodał z dziwną wesołością, bez trudu przeskakując przez nieczynny wózek z pieczonymi kasztanami.

    Shandar Bhandari

    OdpowiedzUsuń
  68. Jeszcze przez chwilę biegł pewnie za złodziejem. Wyglądało na to, że w wyścigach mógłby tego gościa wyprzedzić, gdyby nie fakt, że miał nad nim dobre pół minuty przewagi. I znał miasto.
    Sindbad w dwóch ruchach wspiął się po drabince pożarowej i przebiegł po gzymsie budynku. Musiał jednak zatrzymać się na szczycie wysokiego muru. Chwilę temu widział, jak złodziej go przeskakuje, ale zaraz za murem droga rozwidlała się. Musieli też znaleźć się bliżej ruchliwej ulicy, bo nie sposób było wyłapać rytm biegu jednej osoby.
    Złodziej zniknął. Wtopił się w miasto. Gdyby Sindbad znał lepiej Nowy Jork, mógłby ocenić, czy rzeczywiście była to trudna sztuka. Nie sądził, żeby dorównywał temu, co Alladyn robił w Agrabah zanim zgarnęli go z ulicy, ale i tak zasługiwał na szacunek. A nawet swego rodzaju sympatię.
    Sindbad nie umiałby policzyć, ile razy uciekał przed strażą, potworami, kobietą.
    Usiadł na szczycie muru z nogami przerzuconymi na jedną stronę i czekał tak długo aż znalazł go Hakim. Nie mogło upłynąć wiele czasu, ale duszna noc w Nowym Jorku miała w sobie coś z pierwszego spotkania z syrenami albo wizytą w ogrodach księżniczki Piruzyny. Samo doświadczenie działało wręcz otępiająco.
    – Przynieś mi srebrną fiolkę – powiedział stanowczym tonem.
    – Jest w sakwach mistrza Jusufa – zaoponował niewolnik.
    – Ukradłem mu. Jest zawinięta w odświętną koszulę. I skończ dyskutować, to moja decyzja. Przynieś ją, ja poczekam.
    Niewolnik odszedł, a Sindbad oparł się o ścianę i obserwował. Widział klub, przed którym nieustannie kręcili się ludzie. Młode dziewczęta ubrane tak, jak nie pozwolono by ubrać się nawet niewolnicy. Młodzi mężczyźni poruszający się w zbitych grupkach. Dużo krzyczeli, lecz nie robiło to wrażenia na strażniku stojącym u wejścia. To zdecydowanie miejsce, które trzeba odwiedzić w przyszłości.
    Gdy Hakim przyniósł fiolkę, Sindbad ostrożnie wylał kroplę płynu na tarczę swojego zegarka. Kropla szybko rozpłynęła się na boki, pokrywając szkiełko równą taflą, która wpierw zmatowiała do czerni, a gdy przyłożył ją do ust i owiał oddechem, pojaśniała ukazując srebrzystą tarczę kompasu.
    – Złożymy mu wizytę w domu. Naprawdę lubię ten dukat.
    Przeskoczył na drugą stronę muru, krzyknął na Hakima, który zwlekał ze zrobieniem tego samego i szybkim krokiem ruszyli w kierunku wskazywanym przez strzałkę.

    Shandar Bhandari

    OdpowiedzUsuń
  69. [No ba, jakby nie patrzeć to się zgadza. Ten sam kraj, ale inne czasy. :D
    Nie wydam mojego Pałsztajna, także to pozostanie tajemnicą. Bo by się Q wściekła... xD

    Wierz mi, kiedy ja coś przedstawiam to brzmi tak samo, więc nic mi nie straszne! Za to pomysł zacny i mi się podoba. Nawet mam pomysł z kryształem. W serialu był kryształ Neahtid - patrząc w niego, można było poznać przyszłość. A kto by nie chciał jej znać?
    A pomysł z udawaniem prawnika byłby genialny, więc po złapaniu i telefonie, Morgana faktycznie by przyjechała i w sumie nie wiem co lepsze, bo prawnik będzie poważnie; psychiatra byłoby zabawnie na pewno, bo jakby się dowiedzieli, że ktoś ukradł taki kryształ to jeszcze by kazali go zanieść do podziemi, a stamtąd to już by się go łatwo nie wydobyło. Więc warto byłoby skołować biednych stróży prawa. ;)

    Genialne jest, co zresztą widać, bo nawet mi się włączyła wena twórcza. A składnia i cała reszta to idzie na bok. Burza mózgów jest burzą, nawet polszczyzny! ;D]

    Morgana Le Fay

    OdpowiedzUsuń
  70. – Milcz, a jak już musisz się odezwać, potwierdź wszystko, co powiem – rzucił szeptem przez zaciśnięte zęby Sindbad zanim energicznie zastukał do drzwi. Nim się otworzyły, zdążył jeszcze zdjąć zegarek z nadgarstka. Wcisnął go do kieszeni.
    Drzwi otworzyły się akurat na tyle, by zobaczył kawałek zagraconego wnętrza. I fotele. Fotele były dziwacznym wynalazkiem tego świata. Podobnie jak herbata w torebkach. Choć, w przeciwieństwie do herbaty w torebkach, całkiem udanym wynalazkiem.
    Ważniejszy jednak był człowiek, który otworzył drzwi. Z twarzy tak samo jednakowy, jak większość tutejszych, ale za to w bluzie, której Sindbad zdążył przyjrzeć się podczas pościgu. Nie miał więc wątpliwości, że trafił pod właściwy adres.
    Ukradkiem zerknął jeszcze na Hakima. Niewolnik miał na sobie tradycyjny indyjski ubiór, nie dawał się przekonać do tutejszych standardów. W tym wypadku działało to na korzyść ich sprawy.
    - Dobry wieczór, efendi – odezwał się Sindbad ze silnym akcentem brzmiącym tak, jakby angielskiego nauczył się wczoraj. – My nie chcemy zakłócać spokoju twój domostwa. Lecz sądzimy, że masz rzecz, co należy do mój pana. - Dyskretnym gestem wskazał na Hakima.
    Jednym z powodów, dla których Sindbad zabierał ze sobą właśnie tego niewolnika, był fakt, że Hakim wyglądał nieprzyzwoicie dostojnie. Jemu było łatwiej uchodzić za ważną osobę niż Sindbadowi nawet, gdy ten drugi trzymał w ręku list z podpisem Sułtana.
    - Mój pan będzie bardzo wdzięczny, gdy oddasz ta rzecz. Nie doniesiemy na waszą straż.
    Rozłożył ręce w odwiecznym geście świadczącym o dobrej woli i uśmiechnął się szeroko, odsłaniając równe zęby. Tymczasem Hakim stał obok, z wyrazem twarzy trudnym do rozszyfrowania, choć splecione za plecami dłonie mogły delikatnie sugerować zniecierpliwienie.

    Shandar Bhandari

    OdpowiedzUsuń
  71. To, że złodziej poprawnie odgadł jedną rzecz, nie czyniło go bystrym. Owszem, Hakim nie znał ani słowa po angielsku. Jednak bystry złodziej powinien zauważyć więcej rzeczy. Na przykład, że może mu się nie kalkulować kłótnia z politycznymi gośćmi jego kraju. Szczególnie, jeśli jeden z nich nie jest miłym człowiekiem. A Sindbad nigdy nie miał opinii miłego. W końcu był tym człowiekiem, który prawie pozwolił zginąć swojemu najlepszemu (i jedynemu) przyjacielowi.
    - Ambasadorze, może powinniśmy pójść i zawiadomić ich komendanta straży? - zapytał po arabsku Hakim, nie patrząc nawet na Sindbada. Gdyby był w pobliżu ktoś wiedzący, co się dzieje, mógłby zauważyć z jaką wprawą niewolnik odgrywa swoją rolę.
    - Po pierwsze, nikt nie lubi donosicieli, a ja chcę, żeby mnie lubili. Po drugie, ten człowiek mnie irytuje. Ucieszyłbym się, gdybyśmy poszli na noże – odpowiedział ściszonym głosem Sindbad, żywo przy tym gestykulując.
    Hakim wyglądał na lekko zasmuconego, choć mówić o uczuciach w przypadku jego mimiki to jak roztrząsać kwestię tego, która biel jest bielsza.
    – Wielki Sułtan Bagdadu jeszcze nie wie, że skradłeś magiczny dukata, efendi. Złota moneta, taka. - Palcami bezbłędnie pokazał jej wielkość. Bardzo ważna, bardzo magiczny. Ambasador się gniewa. – Tylko ostatnie stwierdzenie było prawdą. Sindbad nienawidził, gdy ktoś brał go za idiotę, a to właśnie miało miejsce. – Bardzo niebezpieczna dla bezmaga – dodał, zadbawszy o to, by w jego głosie pojawiła się drżąca nuta.
    W rzeczywistości był to zwykły złoty dukat. Okoliczności, w których został tym szczęśliwym już dawno zatarły się w pamięci żeglarza. Nie sądził też, żeby brak monety spowodował, że szczęście go opuści. A jednak czuł, że nie może ot tak stracić dukata. Nie takie jest prawo baśni.
    – Oddaj monetę, efendi, a będziemy przyjaciele.

    Shandar Bhandari

    OdpowiedzUsuń
  72. [Okej, coś tam naskrobałam. Mam nadzieję, że może być. A w razie czego czekam na skargi, zażalenia i całą masę innych rzeczy. Problemem nie było i wybacz, że nie odpowiedziałam, ale nie chcąc robić spamu postanowiłam podesłać odpowiedź wraz z początkiem. :D
    A co do późniejszej sprawy z komisariatem - popieram, że prawnik będzie lepszy. Tym bardziej, że Morgana będzie mogła nawet jakiegoś zaklęcia użyć, by namówić do współpracy policjantów. Na pewno będzie się działo. ;)]

    Postać ubrana w ciemny długi płaszcz i obszernym kapturem na głowie, cicho i dosyć szybko zbiegała po schodach apartamentowca Woodlands. Mogłaby użyć windy, bo czemu nie; wygoda po to była. Aczkolwiek czy wśród ciszy nocnej nikt nie zainteresowałby się znamiennym “ding” bądź działaniem samego mechanizmu? O tej porze dźwięk roznosił się bardzo dobrze, a Morgana nie była pewna tego czy wszyscy spali. Kusić losu nie chciała. Gra szła o zbyt ważną rzecz i nie mogła pozwolić aby coś zakłóciło przebieg sprawy.
    Wyszedłszy nareszcie na zewnątrz, wzięła spory wdech świeżego powietrza i poprawiwszy kaptur, udała się ku jednemu z otwartych lokali w dzielnicy Fable. To tam miał czekać zleceniobiorca, Willard Scarlet. Usłyszała o nim przypadkiem, przechodząc obok kilku mieszkańców rozmawiających na jego temat. Chwalili go, ale wówczas nie przykuło to uwagi wiedźmy. Dopiero później, kiedy uświadomiła sobie, iż istnieje rzecz, na której bardzo jej zależy. I teraz właśnie szła przekazać informację o tym, czego dokładnie oczekiwała.
    Otworzyła drzwi baru, w którym świeciło przyjemne dla oczu, niezbyt jasne światło. Baczny wzrok wiedźmy omiótł wszystkie stoliki i siedzących przy nich baśniowców, na całe szczęście szybko odnalazła wzrokiem mężczyznę, z którym była umówiona. Zdjęła kaptur i wolnym krokiem podeszła do zajmowanego przez niego stolik.
    - Jak mniemam, wspólnik w interesach? - zagadnęła i usiadła przy stoliku. Gestem dłoni odprawiła podchodzącą kelnerkę, dając tym samym znak, że nie będzie niczego zamawiała. - Słyszałam same dobre opinie. Liczę więc, że jak na najlepszego złodzieja w Fable nie zawiedziesz. A zatem… potrzebuję kryształ. Konkretniej kryształ Neahtid. Doszły mnie słuchy, że znajduje się w Skarbcu, ale nie mam pewności. - przyznała szczerze. Tym niemniej miała nadzieję, że lokalizacja jest prawdziwa i kryształ szybko trafi w jej ręce. - Łatwo go rozpoznać, jest bardziej mętny od zwyczajnych i nieco lżejszy. Ma też magiczną moc. - opowiedziała co nieco o przedmiocie, który Will miał wykraść dla niej, po czym dodała. - Jedyne o co proszę, nikomu ani słowa. Wynagrodzę fatygę.

    Morgana Le Fay

    OdpowiedzUsuń
  73. [W takim razie cieszę się, że pasowało. Mam nadzieję, że po odpowiedzi nic się nie zmieni, bo naprawdę ciekawa jestem jak to się potoczy. :D]

    Baczne spojrzenie zielonych tęczówek Morgany zlustrowało siedzącą na przeciwko postać. Skromność - pomyślała - cecha, która z pewnością przyda się do realizacji planu. Jak niewielu się nią mogło pochwalić. Już w tej chwili wiedźma doszła do wniosku, że zrobiła dobrze stawiając akurat na tego złodzieja.
    A nawet jeśli było coś ponadto, wada jaką ukrywał lub duma, którą maskował pod nadmierną skromnością to albo Morganie umknęło, albo zwyczajnie nie chciała zwracać na to uwagę. Wszak Will był pierwszą i, prawdopodobnie ostatnią osobą w Fabletown, którą mogła poprosić o taką pomoc.
    - Mam nadzieję, że w tym wypadku nie są. - odpowiedziała pewnie i oparła się wygodniej na krześle kładąc jedną dłoń na drugą i splatając palce.
    Przechyliła lekko głowę na jedną stronę, kiedy Willard powtórzył pytanie. Owszem, bał się. Wśród różnych informacji ktoś wspomniał o pobycie w więzieniu. Ani trochę się nie dziwiła, gdyż w swoim "poprzednim" życiu zdarzyło jej się raz coś podobnego. Tym niemniej nie zamierzała rezygnować. Była gotowa zrobić bardzo wiele, by otrzymać kryształ.
    - Owszem, Skarbiec Woodlands. - potwierdziła, dodatkowo skinęła głową. A widząc, że Will szykował się do wyjścia, dodała. - Dostaniesz sowitą zapłatę. Dodatkowo mogę Ci przyrzec, że nawet jeśli Cię złapią, w celi posiedzisz w najgorszym razie dwanaście godzin. Nie zostawiłabym bez pomocy kogoś, kto pomógł mnie. - to powiedziawszy, uniosła głowę i ponownie skierowała swoje spojrzenie na Willa.
    Nie oczekiwała odpowiedzi natychmiastowej, Morgana skłonna była dać mu trochę czasu do namysłu. Przyjęłaby także odmowę, lecz... nie tak szybko. W pierwszej kolejności postawiła na osiągnięcie celu.

    Morgana Le Fay

    OdpowiedzUsuń
  74. Zaśmiała się jedynie na jego komentarz. Nie ironicznie, nie nerwowo, ale jakby naprawdę szczerze ją rozbawił.
    Bo na dobrą sprawę – tak było. Felice nauczyła się ważyć własne słowa. Po powrocie jej narzeczonego i rozpoczętej między nimi zimnej wojnie nie miała innego wyboru, jak tylko uważać na to, co robi, co mówi, czego się dotyka, nawet co je czy na co patrzy.
    Dlatego nie rzucałaby mu takim tekstem, gdyby wcześniej nie miała świadomości, że faktycznie mogą znaleźć dowody świadczące o jego niewinności. Co lepsze – sama przecież miała przeczucie. To samo przeczucie, które kazało jej uciekać, gdy znajdowała się w pobliżu swojego Narzeczonego i to samo przeczucie, które mówiło jej, że aktualny Narzeczony, który postanowił nazwać się Cashem Knowlesem, nadal bawi się w ciemne interesy.
    Tym razem było to dobre przeczucie.
    — Nie zapomnij poprosić o podpis Bigby’ego przy tej skardze – rzuciła jedynie, gryząc się w język, żeby zamiast „podpis” nie powiedzieć „odcisk łapy”. Jakkolwiek wredna by nie była, jakkolwiek nie miałaby dziwnego poczucia humoru, nie powinna publicznie rzucać takimi stwierdzeniami.
    Organ policyjny miał być całością. Nie do ruszenia. Musieli bronić siebie nawzajem – i szanować się nawzajem.
    — Widzę, że jesteś stałym bywalcem – odparła na jego zaczepkę, zerkając na niego kątem oka, gdy kajdanki zabrzęczały. – Mam nadzieję, że poprosiłeś burmistrza o założenie karty stałego klienta. Jak zbierzesz pięć stempelków, to szarpniemy się na luksus i nawet dorzucimy poduszkę.
    Ostatnie pytanie powinno ją zirytować, ale sama się czasem zastanawiała jak długo pociągnie. Zaczęła się zastanawiać, odkąd tylko Cash zjawił się w Fabletown. I zastanawiała się coraz częściej. To niepokojące.
    — Spytaj swoich kolegów jak długo mają zamiar kraść, napadać, gwałcić i mordować, to będziesz miał odpowiedź – odparła spokojnie zamiast tego.
    Nie powinna dawać się wyprowadzać z równowagi. A tym bardziej wpadać w jakąś chorą melancholię, jak przed momentem na kilka sekund.

    Felice Fletcher

    OdpowiedzUsuń
  75. Poczuła się przez moment bardzo dziwnie, gdy usłyszała z ust Willarda to, co przed momentem pomyślała. Spojrzała tylko na niego i uniosła brwi, ale nie odezwała się ani słowem. Najwyżej doliczy się to do listy przewinień.
    Natomiast postęp kompletnie nie zależał od niej. Chociaż, z drugiej strony, Baśniogród nie ma się zbyt dobrze pod względem finansowym, z tego, co się orientowała. Chociaż Burmistrz wraz ze Śnieżką stawali na głowie, żeby znaleźć jakie pieniądze, mieszkańcy i tak nie byli zadowoleni. Typowo.
    Dlatego w sumie dbanie o komfort więźniów było ostatnim na liście priorytetów i było to całkiem zrozumiałe. Areszt to nie pięciogwiazdkowy hotel ze sprzątaczką i kucharzem na zawołanie. Z aresztu każdy miał chcieć wyjść. Nie siedzieć w nim jak najdłużej.
    Nie spojrzała na niego, gdy zaczął mówić o swoich rzekomych kontaktach. Mógł mówić prawdę. Ale mógł też łgać, żeby tylko zagrać na nerwach albo naiwności Felice.
    — Cóż, tego wszystkiego dowiemy się za moment – odparła i chwyciła za klamkę, bo samochód właśnie się zatrzymał. Wysiadła pierwsza i przytrzymała drzwi od samochodu skutemu mężczyźnie. – Zapraszam.

    [Biję rekordy z tempem odpisów... :D]
    Felice Fletcher

    OdpowiedzUsuń
  76. [Witaj!
    Wracam do życia na blogu po dłuższej przerwie. Sporo się działo, dużo opowiadać i wcale ciekawe rzeczy nie ma. W każdym bądź razie... wracam i niebawem odpiszę na wątek. Przepraszam także za zwłokę.
    Pozdrawiam!

    PS. nowe konto dlatego, że zapomniałam hasła do starego.]

    OdpowiedzUsuń
  77. [Dobra, na początek idę do tego pana, bo mi się zdjęcie spodobało! <3 A potem wstąpię do Lucjana, bo jest pocieszną postacią :3
    Może kiedyś zły Will włamał się do mieszkania Wendy, ta zdzieliła do patelnią w łeb, związała, a potem próbowała dowiedzieć się kim jest, a koniec końców to może nawet się polubili ? I mógł ją namawiać do złego, ale ona taka nieugięta i bla, bla, bla. Co Ty na to ? Mogła go też onieśmielić swoim urokiem xd]
    Wednesday Dark/Wendy Darling

    OdpowiedzUsuń
  78. [Cześć Lucku! Dziękuję za ciepłe powitanie mojej Mary i stwierdziłam, iż fajnie byłoby zrobić wątek z Willem, bo tak smutno na końcu napisałeś, że będzie cierpiał na samotność! Nie możemy na to pozwolić! Mary aż tak bardzo nie gardzi tchórzami, po prostu ich nie lubi. xD No to może zaczucę jakimś wątkiem... Tylko pytanie - jakim? Hm... Zacznijmy od tego: Czy Will chodzi do barów? xD]


    Mary

    OdpowiedzUsuń
  79. [Wybacz mój brak odpowiedzi, chociaż już dosyć dawno obiecywałam, że odpowiedź się pojawi. Mam nadzieję, że po takim czasie nie zepsułam naszego wątku, który nie umarł, bo wciąż mam plik z treścią od samego początku. No nic... ze swojej strony raz jeszcze przepraszam za zwłokę i mam nadzieję, że nie jest źle. ;>]

    Morgana przeczuwała, iż wspomnienie o zapłacie mogło zachęcić Willarda do współpracy. Przecież już w dawnych czasach pieniądz, ówcześnie złoto, potrafiły zdziałać cuda. Dobra i sowita zapłata nie tylko dawała dostęp do usług czy produktów, niekiedy też do tych nie zawsze legalnych - jak trucizny chociażby - ale kilka sztuk złota więcej było dobrą motywacją do milczenia usługodawcy. Wiedźma wiedziała o tym bardzo dobrze. Wszak nieraz, próbując osiągnąć własne cele, korzystała z takich właśnie środków. Nie mogąc sobie pozwolić na wydanie, musiała się dobrze zabezpieczać. Czy to u kupców na targach, czy objazdowych sprzedawcach, których kramy stawiane były gdzieś pośrodku lasów. Najwidoczniej współcześnie działało to niemalże na tych samych zasadach.
    Oczywiście - mając na myśli sowitą zapłatę, byłaby ona naprawdę adekwatna do ryzyka, jakim niewątpliwie było włamanie się do Woodlands. I nie było mowy o tym, by zostawiła mężczyznę bez pomocy w razie złapania.
    Na twarzy Morgany pojawił się lekki, niemalże niezauważalny uśmieszek. Osiągnęła cel, a przynajmniej udało jej się to wstępnie. Reszta potoczyć się powinna już łatwiej. I zdecydowanie bardziej po myśli ciemnowłosej.
    – Nie mogłabym nie wynagrodzić takiego ryzyka. – odparła, unosząc lekko brew. Utkwiła swoje zielone tęczówki w twarzy rozmówcy i wzięła głębszy oddech.
    Czego się spodziewała? Zgody w ciemno bez podawania najważniejszych faktów? Tylko głupiec poszedłby na taki układ, a Willard zdecydowanie do takowych się nie zaliczał. Bo gdyby tak było, przecież nie prosiłaby go nawet o pomoc, bo to było zadania dla najlepszych.
    – Coraz bardziej cieszy mnie ta współpraca. – przyznała i usiadła, opierając się wygodnie na krześle. Obrzuciwszy uważnym spojrzeniem całe wnętrze kawiarni, w której na całe szczęście nikt nie interesował się tym, czym zajmują się inni obecni w środku, zaczęła. – Kryształ jest bardzo ważny, dla mnie bezcenny, więc daję całą wartość, za jaką można byłoby go sprzedać. Są to kwoty kilku, może nawet kilkunastu tysięcy sztuk złota. Część z tego dostaniesz przed akcją. Reszta, gdy kryształ znajdzie się w moich rękach. – przechyliła lekko głowę w bok i uśmiechnęła się, powoli podnosząc się z krzesła i z gracją dostawiając je do stolika.. – Liczę też, że w przeciągu tygodnia uda się wszystko załatwić. Jutro o tej samej porze bądź w tym miejscu. Dostaniesz zaliczkę na zapieczętowanie współpracy. – dodała, wymijając powoli mężczyznę i opuszczając kawiarnię.
    [...]
    Nazajutrz, tak jak zapowiedziała, zamierzała udać się w umówione miejsce. Wypakowaną złotem sakwę, bezpiecznie ukryła pod swoim długim płaszczem. Obszerny kaptur ponownie przysłaniał połowę twarzy wiedźmy, która bez problemu opuściła apartamentowiec. Stukot obcasów roznosił się echem po ciemnych, nieuczęszczanych o tej porze już uliczkach, którymi dotarła pod kawiarnię. Weszła do środka, zdejmując uprzednio kaptur z głowy i zajęła najbardziej miejsce przy najbardziej ustronnym stoliku, tym samym oczekując na swojego, jak pozwoliła sobie sama określić, wspólnika.


    Morgana Le Fay

    OdpowiedzUsuń
  80. ["WILL Z LASU I CARITASU". DAJ MI CHWILĘ, MUSZĘ SIĘ POZBIERAĆ Z PODŁOGI. XDDDDDDDDDDDDD O nie, powietrza xDDDDD +1000 punktów dla Ciebie XD
    Anyway - propozycja mi jak najbardziej pasuje, tylko pytanko co dalej? Bo Will już przyjdzie z tym dzieciakiem, wparuje jego prawdziwy ojciec, zacznie robić aferę i co? Mary z Willem oraz dzieckiem uciekną przed nim w stronę zachodzącego słońca i stworzą rodzinkę? (przepraszam, musiałam, ale tym Caitasem mnie rozwaliłeś na łopatki XD) No i tak to się kończy, jak ktoś za bardzo mnie rozbawi, przestaję myśleć racjonalnie. XDDD
    Bo trzeba wykminić jak to dalej pociągnąć, by nie urwało się na zasadzie - wykład zrobiony na temat złego zachowania dziecka, że trzeba poprawić to, to i to, a potem to sayonara i tyle ich widzieli.]


    Mary

    OdpowiedzUsuń
  81. – Naturalną rzeczą jest, że się obawiasz. Zapewniam jednak, że nie tylko my ryzykujemy. Ten kryształ nie powinien trafić w niepowołane ręce. Jest zbyt cenny, a przy tym i niebezpieczny… tylko w rękach osób, które nie powinny go oglądać, bądź mają złe zamiary. – powiedziała jeszcze, słysząc słowa Willarda. Naturalnie… ryzyko było jednak podejmowane na dwie strony. Także i Morgana sporo ryzykowała, szukając odpowiedniej osoby. Dlatego też nie wybierała w ciemno. Słyszała tu i ówdzie o każdym, kto w Fabletown mógłby jej pomóc. Wybór padł na tego, kto wydawał jej się najbardziej zaufany.
    Skinęła głową i posłała mu lekki uśmiech. Opuszczała kawiarnię z nastawieniem na udaną misję. A nawet gdyby coś nie poszło po jej myśli, zamierzała się wtrącić. Więcej, musiała to uczynić.
    [...]
    Co prawda przyszło Morganie trochę poczekać, lecz nie było to uciążliwe. Wszak co miała do roboty wiedźma w czasie, gdy niczego nie brakowało, gdy wszystkim się wiodło i nie miała nic poza swoimi obowiązkami do zrobienia? Cierpliwie poczekała, zamawiając sobie wtenczas kawę. Przybywszy do współczesnego świata poznała ciemny napój, którego w swoich czasach nie miała okazji pijać. I musiała przyznać - spełniaj swoje zadanie. A do tego, było dobre. Oczywiście, że były zamienniki, które posiadały podobne działanie i nawet były dobre, lecz ówcześnie rzadko serwowane tam, gdzie przebywała Morgana.
    Dostrzegłszy Willa w przejściu pomiędzy stolikami, popatrzyła na mężczyznę znad krawędzi filiżanki. Następnie wskazała wzrokiem na wolne miejsce przy stoliku, odstawiając opróżnione do połowy naczynie.
    – Nie szkodzi. Od bardzo dawna cierpliwość i ja jesteśmy dobrymi przyjaciółmi. – powiedziała z lekkim uśmiechem i skinęła głową. – Naturalnie, chyba że chcesz coś zamówić. Płacę. – wtrąciła. – Ale na początek miejmy to za sobą. – spuściła wzrok na dłuższą ławkę, która ustawiona stała pod oknem przy zajętym przez nich stoliku, a na której leżała wypukła, w całości wypełniona szara koperta. Morgana wykonała delikatny ruch głową, zielone tęczówki na moment zabłysły na złoto, a koperta samoistnie znalazła się po drugiej stronie, tuż obok siedzącego Willa. – Tu jest, tak jak się umawialiśmy, zaliczka. Wyszło 150 tysięcy. Pozostałe 250 dostaniesz wraz z wymianą na kryształ. Wolałabym zdecydowanie Ci zapłacić, niż zmieniać na przykład w żabę. – pozwoliła sobie na koniec na mały żart.

    Morgana Le Fay

    OdpowiedzUsuń

Szablon wykonany przez drama queen. Obsługiwane przez usługę Blogger.