środa, 4 stycznia 2017

Pan Peter Storm



Jestem, kim jestem, i zdradzę wam, mili, iż nikim więcej niż jestem, nie mam woli się stać. I wam, mili, li tylko powiadam, iż wciąż będę, kim jestem, i nie zmienię się ni o milę, ni o cal. I czym byłem, mili, tym i dziś pozostanę, gdyż czymś więcej niż jestem, nie mam woli się stać. A gdybym nawet takim był, mili moi, jakim oni widzieć mnie chcą, mali wciąż będą zadawać pytania, kim jestem i czym kiedykolwiek byłem. 
Ludzie to pokrętne istoty, splecione z uczuć, emocji i małej dozy logicznego myślenia. Człowiek jest istotą niestałą. W każdej sekundzie starzeje się by w końcu zniknąć zupełnie. Co zostaje kiedy pył, w który zmienia się ciało, rozwieje się całkowicie? Odpowiedź jest prosta. Wspomnienie. A kiedy w proch przemieniają się ciała tych, którzy wspominają? Pozostaje obraz. Fotografia jest najwierniejszą Ukazuje dusze i stan umysłu w chwili naciśnięcia migawki. To przerażające... Zupełnie jakby człowiek stojący za obiektywem chciał zabrać ci duszę. Albo twój Cień...

Czasem spotykam ludzi, którzy ukrywają się przed wszystkimi za grubym murem dziwności, która czasem podchodzi pod śmieszność. Każdego dnia tracą fragment swojej duszy, zatopionej głęboko w lodowym jeziorze. Duszę można stłuc jak lustro, w którym odbija się obraz i podobieństwo człowieka.

Co teraz? Teraz podnieś fragmenty samego siebie, porozsypywane na podłodze. Można nienawidzić siebie za to kim się jest, nienawidzić siebie za to kogo przypomina ten w lustrze. Czy zamknąłeś oczy i wyobrażałeś sobie setkę innych twarzy jakie mógłbyś mieć? Setki odsłon samego ciebie. Ale wiesz, gdybyś przybrał inną twarz, nie byłbyś tym kim jesteś teraz. Pewnie już byś nie chciał odkrywać i zbierać kawałków srebrnego szkła.

*klik*

https://68.media.tumblr.com/2ec66b15f0bcb72acdce0e46056c3827/tumblr_ntrhx41ny01ubrdflo1_500.gif

Jest nas dwóch chociaż powinien być jeden...
Powiązania        Historia

Nie mam nic do ukrycia


Dla chętnych... Można prowadzić wątek z Piotrusiem albo z Cieniem. A dla ryzykantów, z nimi dwoma :) Zapraszam w razie chęci pod kartę Cienia

151 komentarzy:

  1. [Witam pana bardzo serdecznie, postać ciekawa, oj ciekawa ;) życzę weny, weny i jeszcze weny, a poza tym ciekawych wątków, powiązań i pomysłów. No i oczywiście zapraszam do siebie jeśli masz ochotę ;)]

    Raven

    OdpowiedzUsuń
  2. [ SYNUŚ! <3 Nareszcie! :D ]

    kochający tatuś

    OdpowiedzUsuń
  3. [Mam wrażenie, że bez kija nie podchodź XD Witam bardzo serdecznie na blogu oraz życzę udanej zabawy. Zostań z nami jak najdłużej! :3]

    Chelsey Lorens

    OdpowiedzUsuń
  4. [ Mnie też zabiło, dlatego je wstawiłam xD
    Ja uwielbiam tworzyć gify po prostu <3
    Od czego zaczynamy? Ja myślę, że najlepiej będzie zacząć od tego jak Piotruś przychodzi do Haka z cudowną wiadomością o tym, że są rodziną XD Będzie ciekawie, bo w moim wątku z Lucy na ten przykład chcemy sobie później Cień wykorzystać jako tego, który zaatakuje Haka, a koniec końców skrzywdzi Lucy ( a ta wyląduje w szpitalu ). Także nasz wątek mógłby być krótko po tych wydarzeniach dla zaostrzenia dramy xD ]

    daddy

    OdpowiedzUsuń
  5. [No w końcu, już myślałam, że nigdy nie opublikujesz xD
    Wizerunku chwalić nie muszę, sama wiesz xD Michael <3
    Zaraz dostaniesz listę zasad, kochany Adopcie, bo nie ma darmowych obiadków!]

    twoja kochana Lucy

    OdpowiedzUsuń
  6. [ To w razie co się odezwiemy <3 My kochamy dramy i utrudnienia, więc na pewno coś pokombinujemy jeszcze XD
    Ja myślę, że lepiej gdyby Piotruś przyszedł do jego domu, bo dzięki temu Hakuś nie miałby gzie uciec od tej rozmowy XD Na ulicy pewnie by gdzieś czmychnął. Choć z drugiej strony w domu nie ma światków, którzy mogliby go powstrzymać od rzucenia się na Piotrusia XD To można wtedy iść na kompromis i umieścić ich spotkanie na Jolly Rogerze, na którego Hak w sumie chce się przeprowadzić ( tam już mogliby się w okolicy cywile, czyli ewentualni świadkowie kręcić XD). Także ani ucieczka, ani bijatyka nie wchodziłyby w tedy w grę i zmuszeni by byli do rozmowy :) ]

    OdpowiedzUsuń
  7. [Toż to Piotruś! <3 Wydaję mi się, że wplątaliśmy go z Hakiem też i w nasz wątek, choć jeszcze oboje o tym nie wiedzą :D Nie mogę dalej ukrywać, że Piotruś Pan był chyba moim pierwszym crushem i bardzo chciałabym z wami coś skrobnąć. W dodatku byłoby idealnie gdyby udało nam się wymyślić im jakieś powiazanko, bo później będzie przepowiednia, w której Adwersarz gra główne skrzypce. daj znać, co o tym myślisz, a ja w tym czasie pozachwycam się Twoją kartą ^^]

    Amara

    OdpowiedzUsuń
  8. [Wiem, że jesteś kujonem <3 Jeszcze trochę, a mózg ci wyparuje, więc zostaw to, co robisz i wracaj na bloga! xD]

    OdpowiedzUsuń
  9. [ Też mi się zdaje, że chwilowo nie ma co ustalać XD Najwyżej w trakcie będziemy kombinować dalej.
    Mogę zacząć, ale nie obiecuje wtedy, że będzie to dzisiaj XD Mało czasu + zaczynanie zawsze takie trudne, więc zobaczymy jak to będzie XD ]

    OdpowiedzUsuń
  10. [Pewnie, że mam :D Masz może ochotę na jakąś konkretną relację? Marzy Ci się jakiś konkretny wątek? Może coś Ci tam kiedyś w głowie przypadkowo zaświtało, więc z chęcią posłucham :D]

    Chelsey

    OdpowiedzUsuń
  11. Przetarł dłonią zmęczona twarz i powoli przemierzył ostatni kawałek drogi dzielący go od Jolly Rogera. Był zmęczony ostatnimi wydarzeniami i coraz bardziej bał się o kolejne dni. Po tak długim czasie Piotruś powróci do jego życia. Wszystko miało się zmienić, Nibylandia miała stać się przeszłością tak jak i jej główny rezydent, którego Jones tak bardzo nie trawił. Zresztą wydawało się, że już nigdy nie będzie się musiał z nim mierzyć, że nie będzie musiał oglądać jego twarzy. Twarzy, która niestety kojarzyła mu się z jego własną. Podobieństwa między nimi tylko pogłębiały obustronną nienawiść.
    Nie mniej nie miało by to znaczenia, gdyby nie ostatnie wydarzenia. Ledwie Huck zaczął wychodzić na prostą, ledwie wydawało się, że znalazł szczęście, a spadła na niego największa z możliwych tragedii. Piotruś Pan. Nie dość, że igrał z nim, bawił się, manipulował, to teraz jeszcze całą ta historia ze strzelaniną. Choć może to zbyt wielkie słowo, gdy padł tylko jeden strzał. Był przeznaczony dla niego, a oberwała Lucy. Jego słońce i gwiazdy, jego ukochana, jedyna osoba na świecie, która się dla niego liczyła. To było dla niego za wiele i obudziło w Jonesie żądze zemsty ogromną jak nigdy dotąd, tym większą, że Pan uciekł i pozostał bezkarny. Natomiast Lucy wylądowała w szpitalu z kulą w bebechach. Trwał uparcie przy niej, przynosił kwiaty, pielęgnował, zabawiał rozmowami, robił wszystko, co mógł. W pewnym momencie lekarze mieli już go dosyć, a sam Huck powoli tracił już siły. Przywdziewanie na twarz uśmiechu, który miałby pokrzepić ukochaną było niezwykle trudne, gdy w środku gotowało się w nim ze złości.
    Wszedł na pokład i rozejrzał się dookoła. Pustka. Odkąd udało mu się wywalczyć przeniesienie Rogera do Fabletown, zawsze czuł się na nim nieswojo. Statek potrzebował załogi, a swoją ostatnią Huck widział w Nibylandii. Jemu udało uciec się portalem wyczarowanym przez potężną Tytanię, ale jego kompani nie mieli tyle szczęścia. Co się z nimi stało potem, tego już nie wiedział. Choć tęsknił. Szczególnie za swoim wiernym Smee. To był jego jedyny przyjaciel, bezkompromisowo oddany, nie bojący się wytknąć mu błędu, mały grubasek noszący kruche okularki na wielkim nosie. Nie było go tu i całkiem możliwe, że do końca życia Jonesowi nie będzie dane go spotkać.
    Westchnął ciężko i poczłapał do kapitańskiej kajuty. Czekało tam na niego ciepłe łóżeczko, kocyk, książki i inne udogodnienia. Nawet takie, które na innych statkach nie miałyby prawa bytu. Jolly Roger nie był zwyczajny. Każdy, oprócz Hucka, mógł zgubić się we wnętrzu okrętu, który zależnie od własnej zachcianki dodawał lub zabierał pomieszczenia, przestawiał korytarze albo pojedyncze sprzęty. Raz nawet, ku przerażeniu Jonesa, w jednej z kajut pojawił się kominek. Chyba tylko dzięki magii statku nic nie spłonęło.
    Jednak tym razem nawet dziwaczne poczucie humoru Jolly Rogera, który wiecznie starał się pocieszyć lub rozbawić swojego kapitana, nic nie dało. Gotowa, gorąca herbatka z rumem, nowa książka na półce, nowa poduszka. To wszystko nie miało znaczenia, bo po głowie pirata chodziła tylko zemsta. Tak niedawno porzucona, teraz musiała powrócić i tym razem, nie zamierzał przegrać. Przecież w Fabletown to on powinien mieć przewagę. Przynajmniej w teorii.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lucy prosiła go by się odprężył i odpoczął. Przed nią nie dało się nic ukryć, zwłaszcza tak mrocznego pragnienia jego duszy. Potrafiła przez szeroki uśmiech dojrzeć smutek kryjący się w oczach, przez głupie żarty, złość. Była bystra, była jego drugą połową. Tylko ona mogła wiedzieć o nim tak wiele i tylko ona miała prawo prosić o to, by sobie odpuścił.
      Rozsiadł się właśnie na swoi łóżku i zagłębił w ponure myśli, gdy zdało mu się, że słyszy głos. Zmarszczył brwi i wsłuchał się w ciszę. Tym razem nie był to głos, ale wyraźne kroki na pokładzie.
      - Co do cholery? – wymamrotał i podniósł się z miejsca – Kto mi wlazł na okręt? – spytał jeszcze samego siebie.

      [ Wybacz to u góry. Nie umiem w początki XD Obiecuje, że kolejne odpisy będą lepszej jakości <3 Po prosu jakoś przy rozpoczęciu nigdy nie wiem, od której strony zabrać się za to wszystko x) ]

      niczego nieświadomy ojczulek

      Usuń
    2. [ To za to, że porzuciłem twoją matkę i nie było mnie przy twoim dorastaniu? Tak? XD
      Jasne, czemu nie powykorzystywać biednego ojca.
      Przynajmniej doceń, jak szybko się ten początek pojawił, synalku <3 :D ]

      Usuń
  12. [Piotruś! To ja już tak oficjalnie mówię dzień dobry i porywam do wątku!
    Skoro Piotruś nie pamięta Wendy, stawia go to w dość nieciekawej sytuacji, bo Wendy już spotkała Cień, a on ją pamiętał. A ponieważ w trakcie zrobiło się groźnie i podejrzanie, Wendy może już nie zareagować entuzjastycznie na jego widok. Ogółem relacja wyjdzie dość skomplikowana, bo on jej nie pamięta, a ona nie wie już, co o nim myśleć przez to, jak Cień namieszał. Także widziałabym ich spotkanie w miejscu pełnym ludzi, może jakimś klubie, Wendy jako pierwsza odezwałaby się do Piotrusia, a ten uznałby za wariatkę najwyraźniej mylącą go z kimś. Co ty na to?]

    Wendy

    OdpowiedzUsuń
  13. [Dzień dobry wieczór! Fajny ten Twój Piotruś C: Jeśli jest ochota, to zapraszam do Jasmine, moze uda nam się coś ciekawego wymyślić c:]
    Jasmine

    OdpowiedzUsuń
  14. |Witam na blogu :). Postać wydaje się naprawdę ciekawa, więc jeśli tylko masz ochotę na wątek - zapraszam do siebie, może uda nam się coś wymyślić. Romans, zabójstwa, piszę się na wszystko :D|

    Lillyan Seymour

    OdpowiedzUsuń
  15. [Ciężko było do wszystkich trafić, ale się udało! :D Może jednorożec przypatoczył się do sławnej wszystkim Nibylandi, lecz gdy dowiedziałby się kim tak naprawdę jest zrobiłoby się nieprzyjemnie? Bo chyba panie nie są tam mile widziane, prawda? Amara mogłaby rozkochać w sobie jednego z chłopców, tylko po to by zostać i zagrozić Piotrusiowi, że zabije go przy innych. Nawet jeśli nie będzie mu na nim zależeć, to presja grupy zadziała. Później jednak będzie chciał się na niej zemścić w pewien sposób i (...) Taki mam pomysł, ale jeśli coś nie pasuje, to z chęcią poprzemy Twój pomysł. Cóż wymyślanie wychodzi mi tak, jak widać xD.]

    Amara

    OdpowiedzUsuń
  16. Odruchowo przytwierdził do paska długi nóż i szablę, które zawsze leżały w pobliżu. Może i żył w dzielnicy Nowego Yorku, w dwudziestym pierwszym wieku, ale pirackie nawyki pozostały i zadawało się, ze nie ma szans, by kiedykolwiek się ich pozbył. Zresztą Huck nie pragnął się tego oduczać. Była to jedna z niewielu rzeczy, które pozostały po dawnym, wspaniałym Kapitanie Haku. Tak wiele przecież się zmieniło, to czemu chociaż rodzaj chwytanej przez niego broni nie mógł pozostać ten sam?
    Spokojniejszy na duchu, bo uzbrojony, opuścił swoją kajutę i stanął na pokładzie. Od razu też dostrzegł intruza, który musiał go usłyszeć. Chłopak nie wyglądał staro, ale lata dziecięce też miał już za sobą. Jones nie mógł wymyślić powodu, dla którego ktoś taki miałby zawitać na Jolly Rogerze. Z drugiej jednak strony mógł odetchnąć spokojniej, bo taki młokos nie był dla niego zagrożeniem. Niedoświadczony niedorostek. Tak właśnie ocenił go Huck.
    - Właśnie go znalazłeś – oznajmił spokojnym, acz chłodnym tonem – I nie nazywaj Rogera krypą, to zdecydowanie mu się nie podoba – dodał jeszcze wyniośle – Czego ode mnie chcesz, dzieciaku?
    Zbliżył się o kilka kroków i zmierzył chłopaka spojrzeniem. Ta twarz… skądś znał tą twarz, a związane z nią wspomnienia nie były dobre. Zdecydowanie nie. Niby dobrze dzieciakowi z oczu patrzyło, a jednak Huck odniósł wrażenie, że za tą przyjemną dla oka maską kryje się diabeł. Choć mogło to być tylko uprzedzenie pochodzące jeszcze czasów Nibylandii.
    To wszystko wyniknęło z nadmiaru wrażeń ostatnim czasem. To dlatego nie skojarzył od razu. Całą ta akcja z postrzałem… Nie poświęcił wiele uwagi na przyglądanie się napastnikowi. Poświęcił mu ledwie jedno, przelotne spojrzenie, które powiedziało mu tylko, że był to Pan. Jednak ten rzut okiem był na tyle za krótki, by w chwili przyglądania się intruzowi na jego okręcie, Jones nie rozpoznał w nim swojego odwiecznego wroga. Zwłaszcza, że w umyśle pirata wciąż uparcie tkwiła wizja młodego chłopaczka, gołowąsa, dzieciaka, podrostka, a przed nim stał dojrzały mężczyzna.
    - Masz znajomą twarz… - wymamrotał jeszcze Huck, marszcząc brwi – Podejdź tu – skinął na intruza hakiem, zachęcając go do zbliżenia się – Musze ci się przyjrzeć.
    Przy okazji chciał dać nieznajomemu do zrozumienia, kim jest. Hak zamiast dłoni był dość jednoznacznym znakiem i doprawdy ciężko było Jonesa pomylić z kimkolwiek innym. Czasami wychodziło mu to na dobre, a czasami nie. W Fabletown zdecydowanie częściej kończyło się to nieprzyjemnością. Prawdopodobnie dlatego, że tu ludzie jego pokroju byli z automatu skreślani. Kiedyś budził w ludziach strach, wszyscy go szanowali, a w tym szarym świecie betonowych budynków był tylko nic nieznaczącym mordercą bez serca i bez nadziei na przyszłość.

    [ To dobrze, ze przeżyjesz XD I tak! Koniecznie musimy odzyskać bosmana XD <3
    Wgl to uważam, że musimy też Piotrusiową mamuśkę do Poszukiwanych dać XD Jedyne czego w jej kwestii pragnę to by była ruda XD Najlepiej z buźką Karen Gillan <3 Hahah XD Wgl tak się zastanawiałam kim mogłaby być… I jaka ma być XD Osobiście dałabym jej zadziorny charakterek :3 Co do jej baśniowego pochodzenia… tu już jest gorzej XD Pierwsze, co mi przyszło do głowy to była syrenka, ale czy ja wiem XD Potem jeszcze się śmiałam do Lucy, że matka Piotrusia powinna być kobietą zaklętą w statek, a dokładnej w Jolly Rogera XD Ale to wszystko były „pomysły”, na które wpadłam po północy i tworząc ci odpis o godzinie drugiej nie potrafię ich racjonalnie ocenić :”)
    Może przynajmniej ciebie jakoś natchnę do pomyślenia o tym XD <3 ]

    ślepy pirat

    OdpowiedzUsuń

  17. [ Tak właśnie Lucy mi zasugerowała, że najłatwiej byłoby, gdyby ta kobitka była zaklęta w figurę dziobową XD I to że ona przez bycie syreną lub wiedźmą dawałaby okrętowi magiczne właściwości jest w sam raz! Musimy ją koniecznie oddać do Poszukiwanych!
    Ja to na ten przykład widzę na dwa sposoby…
    1.Już jako zaczarowana w figurę dziobową na statku zakochałaby się w swoim kapitanie i zakręciła się wokół niego pewnego razu, gdy na tę parę chwil stała się kobietą. Wtedy zakładamy, że co jakiś czas by się przemieniała i mogła go spontanicznie spotykać. Za któryś razem począłby się Piotruś, którego po urodzeniu musiała gdzieś odstawić, tu idealnie pasuje Nibylandia, bo sama zamieniłaby się na powrót w okręt.
    2.Albo zakochała się jako kobieta ( znaczy syrena lub wiedźma XD ) i widząc, że on jej tak nie kocha, że w ogóle nie zwraca na nią uwagi poszła do jakiejś koleżanki po magicznym fachu. Ta załatwiłaby jej kilka namiętnych dni i nocy z Jonesem, a potem zamieniła dziewczynę w rzeźbę na okręcie, który zatonął u wybrzeży Anglii i dopiero potężny Davy Jones wyciągnął go stamtąd i podarował swemu braciszkowi, Hakowi z czego figura bardzo się ucieszyła. No i w tym wypadku tylko raz przemieniłaby się w czasie tego wszystkiego w kobietę, a mianowicie na czas porodu, czytaj dziewięć miesięcy po tym jak została przemieniona. Tu znowu – musiała załatwić Piotrusiowi miejsce do życia, bo klątwa.
    No i przy każdej z tych opcji była by tą duszą statku, oprócz tego że rzeźbą. Bo w sumie Jolly Roger niejako komunikuje się czasem z Haczkiem. Także to byłoby idealnie w punkt.
    A nóż widelec ktoś ją przejmie ^^ ]


    Chłopak twierdził, że go nie zna. To zasiało wątpliwość w umyśle Haka, który jednak nie zrezygnował z uważnego przyglądania się . Cały czas coś mu świtało, choć niestety nic konkretnego. Ograniczył się więc do zmarszczenia brwi i czekał na odpowiedź. Odpowiedź, która o mało nie zbiła go z nóg.
    - Twoim ojcem? – powtórzył osłupiały i szerzej otworzył oczy.
    Zdecydowanie w to nie uwierzył. Przynajmniej w pierwszej chwili. No bo czemu ten dzieciak miałby go okłamywać? Wtedy właśnie Jonesowie zabrakło tchu i mimowolnie postawił chwiejny krok do tyłu. Tyle kobiet przewinęło się przez jego życie, przez jego łóżko. Żadna nigdy nic nie powiedziała o dziecko, a teraz przyszedł do niego dorosły chłopak wyznając, że jest jego synem. Przecież to nie mogło być prawdą, po tylu latach…
    - Co? – spytał jeszcze z przerażeniem – Niestety… Jestem jednym, jedynym Kapitanem Hakiem… - przyznał powoli i dłonią przeczesał włosy, to wszystko było zaskakujące – Która była twoja matką? – rzucił jeszcze, szukając ratunku, pewności w czymkolwiek – Cholera, pewnie któraś, której nie pamiętam. Syn - powtórzył raz jeszcze i oparł się o drzwi kajuty.
    Ta informacja zdecydowanie zwaliła go z nóg. Nigdy nawet przez myśl mu nie przeszło, że może go kiedyś odwiedzić jego dziecko. Nie był na tyle naiwny, by wierzyć, że na świecie nie ma ani jednego jego bękarta, ale nie pomyślał, że któryś zechce go odszukać. Bo i po co? Wyrodnego ojca, który zabawił się jednorazowo z mamuśką. Po co szukać kogoś takiego?
    - Jak masz na imię? – wymamrotał, nie patrząc na chłopaka, tylko porządkując swoje chaotyczne myśli.
    Przez jego głowę przemknęło jedno, niebezpieczne słowo. Piotruś.

    zwalony z nóg tatuś

    OdpowiedzUsuń
  18. [Czyli znaliby się z Nibylandii, a spotkali się dopiero jakoś niedawno. Mnie to pasuje, tylko na jakim gruncie by się spotkali i co mogliby robić? Szykuje się duża burza mózgów!]

    Amara

    OdpowiedzUsuń

  19. [ Haha XD Dokładnie galion.
    Też mi się zdaje, że ta pierwsza opcja lepsza :D I wychodzi na to, że w takim razie mamy wymyśloną dla niej elegancką historię ^^ Bo to z początkiem w stylu Apolla i Dafne jest idealne <3
    I cichaj. Hak dobrze traktował swój statek XD Ciągle do niego mówił, wyznawał miłość, głaskał i prędko naprawiał najmniejsze szkody XD No i jest jeszcze cały jego urok osobisty, który też zapewne pomógł w zakochaniu się XD
    Także mi pasuje idealnie i wszystko zrozumiałam, więc spokojnie XD Pewnie odezwę się jeszcze przez gmaila, żebyśmy ustaliły razem dokładnie opis do poszukiwanych :) W sumie zostało nam głównie choć odrobinkę ustalić jej charakter XD Moim zdaniem to powinna być zadziorna kobitka ( ruda i zadziorna <3 ), ale to tyle z mojego punktu widzenia XDDD ]


    Chłopak nie pamiętał matki, nie planował poznawania Hucka i w dodatku zdawał się być nieświadomy tego, jak potwornym człowiekiem był jego ojciec. Natomiast sam Jones starał się to wszystko powoli przetrawić i dojść do siebie, co wcale nie było takie łatwe. Nie codziennie człowiek dowiadywał się, że jest ojcem dorosłego dzieciaka. W dodatku w świetle tego wszystkiego, co Pete właśnie Huckowi przekazał, to pirat wychodził na okropnego ojca. Nawet na gorszego ojca niż człowieka, a w jego przypadku oznaczało to, że jest bardzo źle. Tym bardziej, że chłopak najwyraźniej dorastał sam, bez matki. Czyli musiała to być jakaś bezlitosna kobieta, któraś z tych bardziej parszywych, któraś z tych złych. W każdym razie wychodziło na to, że Pete przez całe swoje życie był skazany sam na siebie. Bez rodziców, bez rodziny. Sierota przeciw światu.
    Jonesowi zabrzmiało to podobnie i aż zadrżał na tę myśl. Nikomu nie życzył tego, przez co sam musiał przejść w dzieciństwie. Choć on to przez jakiś czas przynajmniej miał brata.
    - Przepraszam – wydukał, patrząc chłopakowi w oczy.
    Były niebieskie, tak jak jego własne oczy.
    - Pewnie dorastanie było dla ciebie piekłem – dodał jeszcze smętnie – Wybacz, młody, ale jestem okropnym człowiekiem i nigdy nie myślałem o tym, że mogę być też ojcem. A wychodzi na to, że i matki nie miałeś zbyt kochającej.
    Jolly Roger zakołysał się na fali i zaskrzypiał cicho, a zdezorientowany Huck prawie stracił równowagę. Prawie zapomniał, ze wciąż otacza go świat. W tamtej chwili docierały do niego tylko słowa… jego syna. Choć w jego głowie brzmiało to dość przerażająco.
    - Jeśli mógłbym ci to jakkolwiek wynagrodzić… Jeśli czegoś oczekujesz, albo choćby chcesz porozmawiać… Trochę głupio się czuje ze świadomością, że mam… No cóż. Dorosłego syna – przyznał i uśmiechnął się zachęcająco.
    Wtedy właśnie przeszedł go dziwny dreszcz. Nagłe przeczucie. Nieprzyjemne przeczucie. W myślach znów ukazała mu się roześmiana, chłopięca twarz należąca do małego demona. Piotruś.
    Musiał zamrugać intensywnie, by otrząsnąć się z nieprzyjemnych myśli. To nie mogła być ta sama osoba. Zresztą Piotruś Pan był ledwie dzieckiem, a już na pewno nie jego synem! Chociaż z drugiej strony Piotruś dorósł… Wtedy… gdy postrzelił Lucy, był dorosłym mężczyzną. Wyglądał… Wyglądał prawie jak Pete…
    - Pete to jakiś skrót? – spytał po chwili zasępienia i zmierzył chłopaka dość agresywnym spojrzeniem – Może od Piotra? – dodał, przekręcając głowę na bok – Wybacz nagłą zmianę tonu i wybacz jeśli się mylę, ale do złudzenia mi kogoś przypominasz… Chłopca z bajki, w której i jak żyłem. Chłopca z Nibylandii…

    kochający tatulek, który zaczął coś podejrzewać

    OdpowiedzUsuń
  20. [Cóż, na wątek jestem chętny, ale jakoś nie mam pomysłu jak można by połączyć naszych panów. Może ty masz już jakiś pomysł? Czy robimy jakąś burzę mózgów?]

    Lucek

    OdpowiedzUsuń
  21. Nie przesadzaj, nie przesadzaj.
    Niełatwo było mu nie przesadzać, gdy od tak wrzucono go na głęboką wodę. Nawet na głębszą niż się z początku spodziewał. Bycie ojcem to jedno, przerażające i przyłączające jedno, a Piotruś Pan to drugie. Tymczasem wątpliwości znikały i Huck był coraz pewniejszy tego, z kim ma do czynienia. Choć zachowanie chłopaka i jego słowa wcale na to nie wskazywały. Był jakiś… inny, nieodpowiedni, a jednak to był on. To właśnie tę twarz Jones widział podczas tej całej tragedii, po której Lucy wylądowała w szpitalu.
    Nasuwało więc się tylko jedno pytanie. Czemu Piotruś tak z nim igrał? Gra, manipulacja, chora zabawa. Huck nie mógł tego z pewnością stwierdzić, a przecież zdążył dobrze poznać swojego wroga przez lata spędzone w Nibylandii. Tymczasem słowa stojącego przed nim dzieciaka zdawały się być prawdziwe.
    - Kpisz? – spytał, a Jolly Roger znów cicho zaskrzypiał.
    Huck może był zdezorientowany i wszystkie mięśnie miał napięte, ale wiedział, że nie ma wiatru ani fal. Jego kochany stateczek odzywał się do niego, próbował coś przekazać, albo tylko wyrażał swoją opinię. Wszystko jedno, liczyło się to, że robił to wprost Jolly Roger, a nie natura.
    - Jesteśmy tu tylko ty, ja i mój okręt. Nikogo więcej – zapewnił złowieszczym głosem i wbił spojrzenie w oczy rozmówcy.
    Naprawdę były to jego oczy. Równie błękitne, o równej głębi, równie błyskotliwe. Czy to możliwe, że był ojcem swojego największego wroga? Nie potrafił pojąć sceny, która właśnie się rozgrywała i z każdą sekundą czuł się bardziej zagubiony.
    - Żaden sierociniec, żadne miasto – zaprzeczył oburzony. – Nibylandia. Jedna i najprawdziwsza. Twoja, Piotrusiu. Och błagam cię, nie udawaj. To wszystko jest poniżej twoich zdolności i twojej godności. Przelewaliśmy wzajemnie swoją krew, a teraz przychodzisz tu i podajesz się za mojego syna. Po tym jak próbowałeś mnie zabić… Całkiem niedawną zresztą. Tak, Piotrze. Teraz pamiętam. Zmieniłeś się od czasów gdy z tą swoja zbieraniną Zagubionych Chłopców latałeś po mrocznym niebie swojej krainy, ale ja cię rozpoznaję.
    Wygłosił to wszystko bez najmniejszego zająknięcia, choć wyraz twarzy chłopaka rozbudził w nim wątpliwości. Po tych wszystkich latach… Zapomniał? Przecież takich rzeczy się nie zapomina. Bo i jak? Całe wieki spędzone we własnym świecie miałyby od tak przepaść? Huck sobie tego nie wyobrażał. Sam przeżył niejedno stulecie, ale nie wyobrażał sobie zapomnienia choćby jednego z nich.
    - Do czorta… - wyszeptał już spokojniej, nie bez przerażenia. – Ty nie pamiętasz. A ten postrzał… Celowałeś prosto we mnie, mówiłeś do mnie… Jak do… Jak do Kapitana Haka, a nie Huckelberrego Jonesa. Jakim cudem? – wymamrotał, przeczesując włosy dłonią. – Teraz to już nie wiem co myśleć. A chociaż te bajkę znasz? Wszystkie dzieciaki znają Piotrusia Pana. Z tą różnicą, że ty nim jesteś.

    Twój zdezorientowany papa <3

    OdpowiedzUsuń
  22. [Piotruś! A my Cię tak niecnie z Hakiem wykorzystujemy do wątku. Znaczy Twój Cień. :)
    W każdym razie witam serdecznie mojego przyszłego wnuka i serdecznie zapraszam na wątek! :D Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu, że w powiązaniu z Hakiem Twój Cień "trochę" oberwał od Tytanii? Może nawet same wymyślimy jeszcze ciekawsze powiązanie?]

    Tytania

    OdpowiedzUsuń
  23. [W zasadzie, to sądzę, że sama takiego cudeńka, by nie nabyła, ale możliwe, że postawiłaby mu ultimatum, mianowicie on da jej trochę tego proszku, gdyż jej znajoma go poszukuje, wtedy ona przymknie oko na jego małe występki w lokalu, w którym ona pracuje :D Przydałoby się coś jeszcze wymyślić bo szkoda, by było, aby po jednym epizodzie urwał się nam wątek i ogólnie musieliby się już znać, gdyż wątki od zera, to nie moja bajka :3]

    Chelsey

    OdpowiedzUsuń
  24. [Byłoby ciekawie, nie powiem :) W końcu obaj panowie należą do ciekawych osób :D
    To tak, zaczniemy może tak jak wyszło do ciebie, kiedy Piotruś był w tym gangu. Lucek mógłby "poprosić" (czyt. zażądać) o trochę wróżkowego pyłu i mógłby się też przedstawić jako "dżin z chipsów", albo "dżin z butelki coli". Spodziewam się, że Piotruś raczej nie byłby skłonny do oddania wróżkowego pyłu po dobroci, tak więc Lucek pewnie nie widząc jakiejś większej opcji opętałby jakiegoś członka gangu. To miałoby miejsce podczas ich pierwszego spotkania, albo kiedy twój pan w sposób dosadny odmówi mu oddania tegoż pyłu po dobroci. W przypadku drugiej opcji, można by zrobić tak, że podczas trasy opęta sobie jakiegoś gościa i jego rekami zabierze (czy też spróbuje zabrać) pył Piotrusiowi.
    I od tego to mamy chyba nawet dwie możliwości pociągnięcia wątku dalej, kiedy spotkają się po raz drugi. Tym razem w Fabletown.
    Jeśli Lucek zdołałby zabrać ten pył to mamy powód, poprzez który twój pan nie przepada za Lucyferem.
    Natomiast jeśli Luckowi nie uda się okraść Piotrusia, to z cała pewnością, twój pan może spodziewać się wizyty diabła u siebie w domu/pracy.
    Takie coś mnie naszło. Wiem, że chaotycznie, ogólnie bez ładu i składu, ale chciałem to zapisać możliwie jak najszybciej, dopóki pomysł był świeży i go pamiętałem :)
    Może być coś takiego? Czy może mam pomyśleć nad czymś innym?]

    Lucek

    OdpowiedzUsuń
  25. [ Jasne, że wybaczam, spokojnie. :D
    A na wątek oczywiście chętnie się skuszę! ]

    Terrence

    OdpowiedzUsuń
  26. [Witam serdecznie, chociaż z pewnym opóźnieniem, adopta mojej córki. :)
    Kartę czytałam już wcześniej. Nawet planowałam wpaść się przywitać, ale nie bardzo miałam jak. Bardzo fajny pomysł na Piotusia i Cień, no i na samą kartę, pełną ukrytych podstron. Świetnie się bawiłam. :D No cóż, życzę dużo weny i dobrej zabawy, no i witaj w rodzinie (i przyjmij wyrazy współczucia :D)! Jeśli znajdzie się chęć - zapraszam do siebie.]

    Oberon

    OdpowiedzUsuń
  27. [Ej, ja Cię jeszcze nie adoptowałem na wnuka! :D
    Cóż... Chciałem mieć wnuczkę i to nie adopcyjną, ale kto wie - może odziedziczyłeś jakieś nieliczne zalety po swoim ojcu i jakimś cudem Cię polubię... xD
    Bo nie siedzisz z nami na gg i nie wiesz co potrafimy odwalić. Koniecznie musisz kiedyś do nas wpaść na rodzinną konferencję. :)
    Pomysły... Hmmm, w przeciwieństwie do Tytanii, Oberon w Nibylandii nigdy nie był i generalnie bardzo go nie obchodziło co się działo poza jego królestwem. Czyli szans na spotkanie z Peterem, ani Cieniem, nie miał. W Fabletown też raczej żyje w swoim świecie, więc chyba by nam zostawało jakieś pierwsze spotkanie. :) A Ty jak uważasz?
    No i zawsze też możemy sobie bezczelnie wykorzystać powiązanie z Hakiem (jak i samego Haka) do fabuły.]

    Oberon

    OdpowiedzUsuń
  28. [Cieszę się niezmiernie, że pomysł przypadł ci do gustu :) Powiedz mi tylko kto ma zacząć?
    Jeśli ja mam to zrobić to napisz mniej więcej od którego momentu ;)]

    Lucek

    OdpowiedzUsuń
  29. [ Cóż, w sumie to pomysł z gangiem jest spoko. :D Mogliby się poznać wtedy. Przykładowo, Terrence również byłby jego członkiem, czy coś w tym stylu. Ale nie zostaje długo w jednym miejscu, stale się przemieszcza, dlatego pewnego cudownego dnia zniknąłby, nie zostawiając żadnej wiadomości. No i potem mogliby spotkać się w Fabletown. :D ]

    Terrence

    OdpowiedzUsuń
  30. Z początku chodziło tylko o zabawę. Miał zabawić się kosztem tego motocyklowego głupka (jak w myślach nazywał Marcusa). Z natury Lucyfer lubił wchodzić w ciała innych. Uwielbiał opętywać dla zabawy, pozostawiać wyniszczony organizm, z papką szpitalną zamiast mózgu. Z zachwytem przyglądał się jak ofiary jego z czasem traciły świadomość, samokontrolę…jak powoli wariowały, a później umierały.
    Chociaż nie do każdego umysłu mógł bezpośrednio wejść. Niektórzy byli posiadaczami dosyć silnej bariery ochronnej, którą wpierw musiał skruszyć. Musiał skruszyć ich opór i dopiero później mógł działać… czy tez bawić się ich kosztem.
    Marcus dosyć długo dawał sobie radę z trzymaniem „na dystans” Lucyfera. Ale i on uległ. A szkoda, bo Lucek z wielką przyjemnością pomęczyłby go jeszcze przez jakiś dłuższy czas. Chociaż z jednej strony, było to na rękę, że złamał jego barierę ochronną. Koledzy z gangu motocyklowego, do którego należał Marcus zauważali jego…niecodzienne zachowanie. To jak nie spał, jak zaczął brać w większych ilościach „pył wróżek”. Właśnie ten pył po części przyczynił się do osłabienia tejże bariery. Zainteresowało go to. Właściwie to on nie przepadał za alchemią, ale wiedział, że pewnie komuś się to kiedy może przydać. Że być może ktoś kiedyś zapuka do jego drzwi i będzie chciał tego cudeńka. Musiał to posiąść. Tylko wpierw wypadałoby aby Marcus „wrócił do normy”…chociaż i tak w momencie, w którym opuści jego ciało to skończy się zabawa i najprawdopodobniej facet zwariuje do reszty. Na razie on kierował jego ciałem. Do momentu w którym Marcus „siedział” cicho, nie protestował, nie próbował odzyskiwać kontroli nad własnym ciałem i umysłem, było dobre. Na razie nic nie zapowiadało tego aby tak się stało.
    - Peter, może dzisiaj mi powiesz, skąd masz ten „pył wróżek” – zapytał Lucek. Oczywiście wychodzenie w tej chwili z ciała Marcusa byłoby czystym samobójstwem. Tak, miał jakieś ciało, ucieknie, kiedy będzie gorąco. Ale najpierw musiał wyciągnąć od chłopaka wystarczająco dużo informacji o tym pyle. W razie czego to ma swoje metody, Marcus może do najpiękniejszych nie należy…ale co najważniejsze do najbrzydszych też nie. I nie był mężczyznom zapuszczonym, wbrew pozorom nie wyglądał aż tak źle. Brak oponki, wąsów, czy brody, z którą pewnie wyglądałby jak jakiś przyjeb działał uspokajająco na Lucyferowe nerwy. Ponieważ w razie czego mógł jakoś poderwać chłopaka... Jeśli natomiast opcja "podryw" nie wypali to pozostaje tylko upicie.

    [Może być takie zaczęcie?]

    Lucek

    OdpowiedzUsuń
  31. Nie potrafił dać wiary słowom chłopaka. To wszystko było takie nierealne, nieprawdziwe. Przecież człowiek nie może od taka zapomnieć. Nie w przeciągu kilku dni, a przecież widział go tak niedawno. Ta sama twarz, ten sam człowiek, a jednak jakby był to ktoś inny. Huck czuł się co najmniej zdezorientowany.
    - Nikt się nie gapi – wtrącił od niechcenia w odpowiedzi na jedno ze stwierdzeń chłopaka, które całkowicie zignorował.
    Była tam tylko ich dwójka. Jakże mogłoby być inaczej? Hak, Piotruś i Jolly Roger. A jednak i on to czuł. Obecność o wiele wyraźniejszą niż zwykle. Był prawie pewien, że to jego ukochany okręt. Jednak, co najbardziej go niepokoiło, statek wydawał się buntować na każde jego złe słowo o chłopaku, zdawał się próbować go zatrzymać, lubić…
    Potrząsnął głową, odtrącając wstrętną myśl. Nie. Jolly Roger nie mógłby lubić Pana. Musiało mu się wydawać.
    - Jak inni? – podchwycił prędko, nie pozwalając zbyć od tak wspomnienia o lataniu. – Czyli widziałeś latających ludzi i nadal się wypierasz? Jeszcze mi powiesz, że wróżkowy pyłek to normalna rzecz w Nowym Yorku.
    Gdyby Pete, jak sam siebie nazywał Piotruś, opuścił w tamtej chwili Jolly Rogera, to Jones by nie oponował. Jeszcze nie dawno chciał udusić go własnymi rękoma, ale nieświadomość chłopaka wydała mu się na tyle prawdziwa, że się zawahał i gotów był odpuścić. Lecz wtem usłyszał donośne skrzypnięcie, poczuł ciepły wiatr na twarzy, w który odnalazł znane mu dobrze zapachy. Nie tylko żywica i drewno, ale też… Tajemnicza nutka, słodka i płomienna, która przywiodła mu na myśl kobiece westchnienie.
    Chłopak też to odczuł, Huck widział to po jego twarzy. I nagle nabrał odrobiny zrozumienia dla tego dzieciaka, który tak długo był mu wrogiem. Przez jedno drgnienie serca nawet zapragnął go przytulić.
    - To wszystko to szczera prawda – stwierdził ze spokojem. – A strzelanina miała miejsce kilka dni temu. Celowałeś do mnie, ale osłoniła mnie ukochana i to ona oberwała. Leży teraz w szpitalu i przekonuje mnie podczas wizyt, bym cię nie szukał z chęcią mordu.
    Westchnął ciężko i mimowolnie przeczesał włosy palcami. To wszystko wydawało się takie skomplikowane. W dodatku Piotruś Pan nie znał bajki o samym sobie! Twierdził ponad to, że nie umie latać! No i nade wszystko miał być synem Kapitana Haka. Cóż za wyśmienity żart losu.

    kochający papa i chyba mama gdzieś tam w tle

    OdpowiedzUsuń
  32. [Witam serdecznie na blogu! :)
    W końcu jestem i mogę oficjalnie przywitać nowego członka rodzinki. I nie wiem czy powinnam być zazdrosna, że mój tatuś bardziej kocha Petera niż mnie... xD
    Jak samego Piotrusia za bardzo nie lubiłam (bo taki wredny bachor z niego był), tak Twoją wersję lubię! Pomysł z Cieniem jest w dechę, a forma karty nieźle zakręcona. Mam nadzieję, że nie będziesz rozbijać rodziny i zostaniesz z nami jak najdłużej. <3 Życzę dużo dobrej zabawy, samych ciekawych wątków, no i zapraszam do siebie.]

    - Administracja
    (& wujek Hagen Alder + nieco zawieszony wujek - krokodyl Davy)

    OdpowiedzUsuń
  33. Lucek zaśmiał się słysząc chłopaka. Był taki zabawny. A myślał, że nikogo takiego tutaj nie spotka. Że sami nudziarze na stanie. Same wąsate i do tego łyse wieprze w skórę odziane. Czarną skórę, która w przypadku niektórych najpewniej „skurczyła się w praniu”, albo „nie było jego rozmiaru”. A myślał, że tutaj na tym kawałku ziemi zwanym Ameryką Północną mają wszystko. A jednak. Mylił się i do tego porządnie się mylił.
    - A kto miałby mnie przesłuchiwać? – zapytał rozbawiony i chwycił stojącą obok jakąś drewnianą skrzynkę, na której rozlokował swoje szanowne cztery litery. – Wiewiórcze komando specjalne? Czy może jakieś zielone, bądź szare stworki, które pojawiają się na ziemi i porywają ludzi aby robić na nich eksperymenty? – zapytał z lekkim szyderczym uśmieszkiem. – Jeśli w to wierzysz, to jesteś prawdopodobnie większym wariatem niż ja, a jeśli miałeś na myśli policję, czy cokolwiek tego pokroju, to uwierz bracie ale nic nikomu nie powiem. Poza tym, kogo jak kogo ale mnie nie jest tak łatwo capnąć. – puścił mu oczko i lekko uśmiechnął się w taki sposób, że odsłoni swoje białe zęby.
    Wydawało mu się, że może jakoś uda mu się wyciągnąć to od chłopaka. A jak nie, to miał jeszcze inny pomysł. Podobny, chociaż ryzykowny…ale miał szansę powodzenia tego wszystkiego.
    - Nie. – odpowiedział krótko. – Dlaczego miałbym się zakochać? Bo PRAWIE zjarałem sprzęgło? Młody ile mam ci jeszcze razy powtarzać, że „prawie” to ciągle dosyć duża różnica – wzruszył ramionami z delikatnym uśmiechem. – Poza tym ta…jak ją określiłeś? „Kurwa” z „Finezji” nie jest w moim typie – pokiwał głową z miną eksperta. Lucyfer czuł, że za chwilę coś się ciekawego stanie. Albo i nie ciekawego, wiedział, że coś się stanie.
    Wstał ze skrzyneczki jakby wiedziony jakimś instynktem. Wyciągnął paczkę papierosów i zapalniczkę. Zapalił jednego papierosa. Podsunął młodszemu paczkę.
    - Chcesz? – spojrzał na niego, a zaraz po tym na paczkę. Chociaż tyle, że z papierosów go nie rozliczano. Właściwie to nawet nie były to jego płuca, mógł palić niczym smok i nic by mu się nie stało...a przynajmniej nie umarłby. Tak więc… Mógł korzystać z życia pod każdym względem. Nie mógł mieć raka, nie mógł umrzeć z przedawkowania…co innego Marcus.
    Spojrzał na zegarek i przygryzł wargę. Za chwilę zajdzie słońce a Susa i reszty jeszcze nie ma. Aby zobaczyć jak długo jeszcze im zejdzie, Lucyfer musiałby opuścić chociażby na chwilę ciało Marcusa. Ale nie mógł tego zrobić. Pozostawało mu teraz tylko siedzenie w ciele człowieka i zupełnie olanie sprawy powrotu Susa.

    Lucek

    OdpowiedzUsuń
  34. [Przede wszystkim cudowna karta, taka klimatyczna i intrygująca! Na wątek zawsze jesteśmy chętni, aczkolwiek nic sensownego nie wpada mi do głowy. Chyba że ty masz jakiś ciekawy pomysł?]
    Bigby

    OdpowiedzUsuń
  35. [O mateńko, moja Chelsey chyba nie byłaby skora do szantażu, nawet w tak dramatycznej sytuacji XD]

    OdpowiedzUsuń
  36. - Jeśli to cię pocieszy to ja też nie znam swoich fantazji – powiedział i uśmiechnął się znacząco.
    Spojrzał na Petera. Należało szybko ogarnąć co siedzi w głowie Marcusa. Pogrzebać w jego wspomnieniach niczym w katalogach i wyciągnąć interesujące go rzeczy. Uśmiechnął się pod nosem, kiedy znalazł interesujące go rzeczy.
    - Po prostu się zawiesiłem – mruknął jakby był to jakiś sekret i mówi bo wie, że z chłopakiem nie wygra. – po prostu zawiesiłem się. Zamyśliłem, coraz częściej mi się to zdarza, nie mogę się na niczym konkretnym skupić. – to też tłumaczyłoby ostatnio dziwne zachowanie Marcusa, więc dlaczego by nie zaryzykować, że to przez takie dziwne samopoczucie?
    Zresztą i tak za łatwo nie zorientują się, ze Lucyfer siedzi w jego głowie. Tego nie szło tak szybko wyczaić. Owszem można było oblać go wodą święcona, ale wątpił w to aby ona tutaj była. Poza tym, sama woda na niego nie działała, czuł się zbyt potężny i polanie go tym tylko go rozdrażni i sprowadzi spustoszenia w prawdziwym Marcusie.
    - Nie – odpowiedział zgodnie z prawdą. Prawdziwy Marcus nie trzymał się z nim za blisko i Lucyfer też nie chciał się do niego zbliżać. Zachowywał się normalnie…przynajmniej kiedy już udało się faceta opętać. – Wiem, że to zabrzmi co najmniej dziwnie, ale…ale chyba jestem chory – powiedział w końcu. – Sam zauważam, że coś się ze mną dziwnego dzieję, nie mogę spać, chodzę poddenerwowany, nie potrafię się na niczym skupić. Sam już nie wiem…. – westchnął. Zastanawiał się czy może nie porzucić tego ciała i po prostu pojawić się jako nowy człowiek, ale byłoby to nierozsądne. Nie pokazywaliby mu zbyt wielu rzeczy. Należało ciągnąć tą farsę. Albo wejść w czyjś umysł…tylko będzie musiał poczekać na chwilę w której ktoś będzie w emocjonalnej rozsypce. A to może potrwać i to długo. Skoro tylko trzy, czy cztery osoby wiedzą coś więcej o tym pyle wróżek, czy jak to się nazywało.

    Lucek

    OdpowiedzUsuń
  37. [ Przyznam szczerze, że miałem prosić o to samo. :D ]

    Terrence

    OdpowiedzUsuń
  38. Wendy czuła się skołowana wydarzeniami z ostatnich dni. Zdawałoby się, że skoro jeszcze w Nibylandii była świadkiem kilku śmierci, ujrzenie ciała kobiety, którą niemal codziennie widywała w pracy, nie powinno wywrzeć na niej takiego wrażenia. A jednak, chociaż powinna szybko wrócić po wszystkim do normalności, to wciąż widywała w snach to blade ciało bezwładnie leżące na chodniku, z rudymi włosami rozrzuconymi na wszystkie strony, zanurzonymi w kałuży zastygłej już krwi. Dziwnym trafem w tych snach pojawiał się też ktoś inny, kogo twarz widywała odkąd tylko po raz pierwszy opuściła sypialnię, dobrowolnie zgadzając się na zostanie matką grupy chłopców, których nawet nie znała.
    Nie miała najmniejszego pojęcia, co powinna myśleć o Piotrusiu Panie. Gdzieś po drodze pogubiła się w tym wszystkim i nie wiedziała, co zrobić, by znowu się odnaleźć. Jej serce podpowiadało, że powinna go jak najszybciej odnaleźć, wyjaśnić sobie wszystko, może nawet wyznać uczucia... W końcu nazwał ją jego słodką Wendy, to na pewno nie było pozbawione znaczenia! Jednak z drugiej strony...
    Z drugiej strony Wendy nie potrafiła przyznać nawet przed samą sobą, że trochę się Piotrusia bała.
    Coś w jego zachowaniu się zmieniło i chociaż na pierwszy rzut oka pozostawał tak samo pewny siebie, to dało się pod tym wyczuć coś mrocznego i wręcz dzikiego; w jego spojrzeniu, niegdyś tak wesołym, dało się dostrzec coś, czego nigdy wcześniej nie widziała, jakąś zapowiedź niebezpieczeństwa. Gdyby choć na chwilę potrafiła przestać myśleć o wszystkim, co przeżyła w Nibylandii, postanowiłaby trzymać się od niego z daleka.
    Tyle że nie potrafiła.
    Och, jak ona tęskniła za Piotrusiem! Ile bezsennych nocy spędziła, wyobrażając sobie ich pierwsze spotkanie po latach, obustronną radość i euforię. Jaka była naiwna, skoro naprawdę wierzyła, że przeżyje swoją własną bajkę!
    Teraz, gdy w końcu miała okazję go spotkać, wszystko potoczyło się nie tak, jak powinno. Zamiast się cieszyć, miała nadzieję, że wszystko okaże się być jedynie kolejnym koszmarem i zaraz się obudzi. Nigdy nie chciała być posądzona o morderstwo niewinnej kobiety. Nigdy też nie chciała myśleć, że to Piotruś ją zabił.
    Dlatego, ni z tego ni z owego, postanowiła pójść do klubu, by choć na chwilę przestać o tym myśleć. Żadko kiedy wybierała się w takie miejsca, bo nigdy nie czuła się w nich na tyle komfortowo, by faktycznie dobrze się bawić. Poza tym czy chodzenie do klubu nie było zbyt dorosłe? A przecież jedyna osoba, na której jej szczerze zależało, nie lubiła niczego związanego z dorosłością.
    Usiadła przy barze i uśmiechnęła się nieco niepewnie do barmana. Nie miała pojęcia, co mogłaby sobie zamówić, bo z alkoholami miała kontakt niemal zerowy i kompletnie się na nich nie znała. Rozejrzała się po pomieszczeniu, w nadziei, że dostrzeże coś, co będzie wyglądało na tyle zachęcająco, by odważyła się spróbować, gdy znów go dostrzegła.
    Siedział zaledwie kilka stołków dalej, pochylając się nad własną szklanką. Jak w transie Wendy podniosła się ze swojego miejsca i ruszyła w jego stronę.
    Gdyby była mądra, już by stąd uciekła. Ale Wendy już dawno straciła rozum.
    - Piotruś? - spytała nieco ciszej, niż planowała, ale wystarczająco głośno, by ją usłyszał. I z głośno bijącym sercem czekała na jego reakcję.

    [Przepraszam, że tyle to trwało, ale pochłonęły mnie przygotowania do studniówki i próbne matury. :c]

    Wendy

    OdpowiedzUsuń
  39. [To jest bardzo dobry pomysł! Można by uznać, że był swego rodzaju świadek jednego z zabójstw i poniekąd opisał mordercę na tyle, na ile potrafił. I tu całkowicie przypadkiem Bigby mógłby robić patrol, a że wszystkich nowych należy poznać mógłby dopasować ten rysopis do osoby i z lekką podejrzliwością zacząć do niego podchodzić, więc w końcu musiałby przejść do nieco bardziej bezpośrednich pytań? :D]
    Bigby

    OdpowiedzUsuń
  40. [I bardzo dobrze! :) W ogóle czemu Cię jeszcze nie ma na rodzinnej konferencji na gg? Dziś nam drzewo genealogiczne robiłam nawet! :D
    No to piąteczka! Mam identycznie - Twój Piotruś mi idealnie pasuje.
    Byłam i było ze mną dość kiepsko, bo dwa razy mnie kroili zamiast raz, ale na szczęście już dobrze i czuję się coraz lepiej. I w sumie formalnie wczoraj ogłosiłam powrót, więc chyba już na dobre jestem. Czekają mnie teraz 3 miesiące siedzenia w domu, więc wątek będzie jak znalazł. :) Pomysły?
    Drugi wujaszek czeka na remont i może się jakoś w końcu doczeka jak już ogarnę pierwszego. ;)]

    - Hagen Alder

    OdpowiedzUsuń
  41. Spojrzał na nich. To dla niego było dziwne, martwili się o kogoś, kto nie był nimi. O kogoś zupełnie obcego. Po co? Nie ma o kogo, a poza tym, kolejna dusza w piekle i życie staje się piękniejsze. Przynajmniej w mniemaniu Lucyfera, ktoś mógł mieć inne zdanie. Mógł pod warunkiem, że nie różniło się od zdania Lucjana.
    Nie odzywał się. Ale w miarę jak coraz częściej przebywał w tym dosyć…osobliwym towarzystwie zaczął zastanawiać się, kim ci ludzie tak właściwie są, czego chcą. Przecież każdy człowiek czegoś chciał. Bogactwa! Sławy! Nieśmiertelności! Kiedy się to odkryło, można było zdziałać wszystko.
    - Gotowy – mruknął urażony uwagą. Podszedł do swojego motocykla.
    Spojrzał na Petera z ukosa. Sprawdził jeszcze czy aby na pewno ma ze sobą broń. Rewolwer, który kiedyś Marcus komus ukradł, jakiemuś policjantowi. Nie potrafił dokładnie odczytać tego wspomnienia. Było strasznie zamazane, jakby wypierał się tego wszystkiego i próbował zapomnieć. Sprawdził czy wszystko jest cacy, jak to miał w zwyczaju prawdziwy Marcus. Miał na punkcie tej pukawki jakiegoś hopla. Chyba takiego samego jak na punkcie tej maszyny na dwóch kółkach.
    Pozory należy zachować.
    - To gdzie? – zapytał w końcu.- Jaki obstawiasz scenariusz? Leżą pijani w rowie, czy może jakaś inna sytuacja, pokroju policja, albo inny gang? – grunt to wstępniak jakiś. Jakieś pierwsze ustalenia. Właściwie, gdyby to zależało od diabła to olałby sprawę w zupełności, niech giną. Dodatkowe dusze, w piekle z którymi można coś zrobić. A tak? Tak to się zobaczy, najwyżej w piekle skończy tylko jedna dusza…ta należąca do Marcusa. To ciało powoli zaczyna irytować. A teraz zna trochę przyzwyczajenia tej bandy, więc może się wybrać już jako on sam do nich w „odwiedziny”.

    Lucek

    OdpowiedzUsuń
  42. [No to jest idealnie. Chyba nie mamy, ale zakładając, że pomysł wyszedł głównie od Ciebie - mi przysługuje zaczęcie. No, chyba że masz jakieś konkretne obiekcje co do tego początku i koniecznie początek powinien wyjść od Ciebie. Jeśli nie - biorę się do roboty :D.]
    Bigby

    OdpowiedzUsuń
  43. Wendy przez chwilę stała nieruchomo, nie do końca wiedząc, co powinna powiedzieć. Przesłyszała się? Bo przecież niemożliwym było, by Piotruś pytał się, czy się znali, skoro zaledwie kilka dni temu stali w tym zaułku nad ciałem kobiety i rozmawiali. Dlatego niemal od razu wykluczyła opcję, że Piotruś mógłby jej nie pamiętać i potraktowała jego pytanie jak jakiś niezbyt udany żart.
    - To wcale nie jest zabwne - powiedziała, tym razem nieco głośniej i pewniej. Przecież Piotruś by jej nie skrzywdził, jak mogła kiedykolwiek w to wątpić! To ona opowiadała mu historie i opiekowała się Zagubionymi Chłopcami - nie mógł zapomnieć jak ważną rolę pełniła, nigdy nie zrobiłby jej krzywdy choćby ze względu na tamte stare, dobre czasy.
    Ale tamta kobieta była ruda i rak bardzo podobna do mnie... Wendy szybko odrzuciła te niechciane myśli i zerknęła niepewnie na Piotrusia. Nawet nie zorientowała się, kiedy z nerwów zaczęła bawić się suwakiem od torebki.
    - Musimy porozmawiać. Ja... Po tym co się stało... Chyba powinniśmy wszystko wyjaśnić. - Nie potrafiła spojrzeć mu w twarz i wprost zapytać, czy to on był mordercą. Choćby chciała, nie dałaby rady się na to zdobyć. Zbyt się bała, że by go straciła i to tuż po tym jak go odnalazła. Nie mogła na to pozwolić. Po prostu czuła, że nie potrafiłaby po raz kolejny patrzeć, jak odchodzi.

    [Niby ważna, ale chcę, żeby było już po wszystkim. ;)]

    Wendy

    OdpowiedzUsuń
  44. [Wykminie coś, by nie rezygnować z tej ciekawej wycieczki :D Odezwę się jak najszybciej, gdy tylko mi coś do głowy wpadnie ;3]

    Chelsey

    OdpowiedzUsuń
  45. [Witam również :)
    Motocykle i wspaniali nowi zagubieni chłopcy - oj już lubię Twojego Petera! O ile rzecz jasna nie wyrywasz skrzydełek ćmom (bo tego Ci nie wybaczymy) to wyczuwam bratnią duszę dla Acheron. No i jetem! :)
    Jakieś pomysły czy kombinujemy coś wspólnie? Przyznam się, że ja bym ich najchętniej wkręciła w jakąś trochę mroczną, a trochę sensacyjną historię... ;)]

    Acheron

    OdpowiedzUsuń
  46. [Nie, piłkarze to nie obsesja ;) Piłkarze to styl życia xD
    Ja też wiem, że zalegasz, ale nie upominam się, bo wiem, że wena to kapryśna istota podobnie jak czas. Jeśli chodzi o kolejny wątek, to spoko. Jakieś pomysły? Czy burza mózgów?]

    Will

    OdpowiedzUsuń
  47. [No i super, wątek z wnuczkiem być musi. :)
    To by jak najbardziej było w jego stylu xD Ja w wątku z Twoim tatusiem jestem na etapie jednego wielkiego hejtu Oberona na Haka, więc że tak powiem - każdy hak na Haka jest dobry. :)
    Przydałoby się tylko jeszcze coś pokombinować z rozwinięciem akcji, żeby nam za szybko pomysły się nie wyczerpały...]

    Oberon

    OdpowiedzUsuń
  48. Starał się zachować spokój, wysłuchując słów chłopaka. Swojego syna… Piotrusia… To wszystko było tak zagmatwane, coś w tym wszystkim stanowczo nie grało. No i jeszcze Jolly Roger zdawał się nalegać na to, by panowie się nie pokłócili i poważnie porozmawiali. Świat stanął na głowie, a Jonesowi nie pozostało nic, jak tylko się poddać i popłynąć z prądem. Czasami wszak nic innego nie dało się zrobić, niektóre sztormy były nie do pokonania i już, trzeba się było z tym pogodzić.
    - Tatku? – powtórzył najciszej jak umiał, unosząc przy tym jedną brew.
    Może i był w stanie uwierzyć, że był ojcem stojącego przed nim dzieciaka, ale i tak to słowo wydawało się nienaturalne w zestawieniu z jego osobą. Chociaż to może dlatego, że sam nigdy nie zwrócił by się w ten sposób do swojego rodziciela. Postacie rodziców jakoś nie równały się w jego poczuciu z mamusią i tatusiem. On pił, ona zmarła. Tyle Hak umiał o nich powiedzieć. Dla niego liczył się tylko starszy brat.
    - Chyba masz rację młody – oznajmił wreszcie, gdy Piotruś zakończył swoją tajemniczą rozmowę telefoniczną. – Troch tego wszystkiego jest, więc przydałoby nam się usiąść. Nie ma sensu stać tu w ciemną noc. Robię to z ciężkim sercem, bo wszystko wskazuje na to, że nie powinienem ci ufać, ale zapraszam do środka. Na pokładzie Jollego i tak nic złego mi się nie przytrafi, wiec czemu nie.
    Po tych słowach podszedł do drzwi wiodących do wnętrza okrętu. Tam jak zwykle czekała już plątanina tajemniczych korytarzy wytworzona z zachcianki okrętu. Jolly Roger był zdecydowanie… no cóż, większy w środku.
    - Choć – skinął hakiem na chłopaka i uśmiechnął się pokrzepiająco. – Latający ludzie mnie nie dziwią, bo sam kiedyś chciałem latać. Najwyraźniej tego nie pamiętasz. Co więcej ten statek kiedyś poleciał… Przez Dzwoneczka… Mówi ci coś to imię? – ciągnął, zerkając na syna i wzrokiem badając jego reakcje.
    Wpatrywanie się w tego dzieciaka sprawiało mu podświadomy ból. Jak przez mgłę dostrzegał podobieństwa do swojej osoby. Ruchy, mimika, sposób bycia. Dlaczego nie zauważył tego wszystkiego w Nibylandii?
    - Co do tego ataku… Jak to możliwe, że nic nie wiesz? To naprawdę byłeś ty… Nie pomyliłbym się. Zresztą pytaniem nie jest, dlaczego miałbyś zrobić, bo powodów miałbyś aż nadto, gdybyś pamiętał. Pytaniem więc jest dlaczego nie pamiętasz. Co mogło się stać…
    Po ostatnim pytaniu zapadł w chwilową zadumę i zagłębił się w sieć korytarzy. Nawet nie sprawdził, czy Pan idzie za nim. Było to dość nierozsądne, przecież tak dobrze znał osobowość tego potwora. Mały demon. Tak go nazywał. A jednak teraz coś mu mówiło, że nie ma powodu do obaw. I nie był to tylko fakt, że Jolly Roger nigdy nie pozwoliłby go skrzywdzić. Chodziło o coś więcej. Zaufał mu, a przecież nieczęsto to robił. Dlaczego więc tym razem?
    Kim była jego matka? Ta myśl, tak nieproszona, przemknęła mu przez głowę.

    okropny tatulek i statek, który uparcie okazuje swoją matczyną naturę

    OdpowiedzUsuń
  49. [Dziękuję Ci bardzo, cieszę się niesamowicie. :)
    Oczywiście, że mam ochotę i z wielką chęcią wpadam. Burza mózgów?]

    Nuada

    OdpowiedzUsuń
  50. [Całkiem nieźle się bawiłam, chociaż stopy mi odpadają od tańczenia. ;)]

    — Nie pamiętasz mnie? — powtórzyła z niedowierzaniem, nagle tracąc resztki pewności siebie. Nie potrafiła zrozumieć, co się właśnie działo ani jak było to możliwe. Piotruś patrzył na nią jakby naprawdę po raz pierwszy widział ją na oczy, chociaż jeszcze niedawno nazywał ją swoją Wendy. A teraz... teraz wydawał się bardziej zainteresowany wdzięczącymi się do niego dziewczynami niż przyjaciółką z dawnych czasów.
    — Przecież zaledwie kilka dni temu rozmawialiśmy! Ty, ja i Hak. Jak możesz tego nie pamiętać?
    Głos nieco jej drżał, gdy mówiła. Od dawna nie czuła się tak niepewnie, jak teraz: stojąc przed Piotrusiem Panem pijącym piwo i nawet nie kojarzącym jej twarzy. Ale przecież jeszcze niedawno ją pamiętał! Rozmawiali, to się działo naprawdę! Musiało się dziać naprawdę, bo inaczej kobieta z Open Arms wciąż by żyła i przychodziła do pracy.
    Chciała, żeby ta rozmowa okazała się jedynie snem, głupim koszmarem, z którego zaraz się wybudzi i świat znów będzie normalny.

    Wendy

    OdpowiedzUsuń
  51. Spojrzał na Petera. No cóż, chyba musi to wziąć i zażyć. Chyba innej opcji nie ma…ale może jakoś weźmie i coś innego zrobi? A walić to. Czy nie pierwszy raz bierze jakieś dragi? Nie! Da radę. Ogarnie to wszystko. Na wszelki wypadek nic nie mówił, tylko pokiwał głową.
    Wszystko robił wedle instrukcji, w końcu kiedyś trzeba zacząć działać wedle instrukcji i tej całej biurokracyjnej reszty. Kiedyś musi być ten pierwszy raz. Spojrzał ukradkiem na dzieci. Pewnie, gdyby był w swoim ciele to olałby to. Przecież nawet takie istotki bałyby się Lucyfera i on dobrze o tym wiedział. Bałyby się diabła. Dorośli się też boją, to co dopiero takie istoty? Inne rzeczy pokroju niższych demonów, czy czegoś podobnego, też czuły respekt przed nim.
    - Aha. A jak? Sam Lucyfer im pomaga? – zaśmiał się nieco szyderczo. On nie pomagał nikomu. Chyba, ze miał w tym jakiś interes. A tak, to raczej tego nie czynił. Przynajmniej nie robił nic z „dobroci serca”. Chociaż nie…robił. Zabijał ludzi, których opętywał przez dosyć długi czas. W końcu wtedy ich ciała były wyniszczone i tak dalej. Oszczędzał im cierpień. No chyba, że ktoś pozwalał się opętać to wtedy po prostu pozostawiał to ciało samemu sobie. I tak później większość popadała w obłęd.
    - Szczerze, to powiem, że chyba mi się tu podoba - Tyle duszyczek! - Ale chyba nie chciałbym przebywać tutaj dłużej niż jest to wymagane – dokończył aby zabrzmieć „naturalnie”, jak większość normalnych ludzi. Przecież chyba tylko on i jemu podobni czuliby się tutaj „jak w domu”. Chociaz według niego w piekle było przyjemniej.
    - A tak właściwie to wiesz, dlaczego te dzieciaki tutaj są? – zapytał z czystej ciekawości. On do piekła raczej z zasady nie bierze dzieci, czy też jak on to mówi „bachorów”. Z prostego względu. Zazwyczaj nie zrobią podczas swojego krótkiego życia tyle złego a i Bogu bierze te małe istoty do siebie. U Lucka najczęściej to młodych…może „najmłodszy” ma jakieś szesnaście lat. Ale mnie pamiętał co dokładnie zrobił, ale był podpalaczem, czy mordercą. Poza tym Bogu go nie chciał, to on z miłą chęcią go przygarnął.

    [Chyba wolałbym zacząć w Fabletown. Bo wcześniej to byłoby ciężko, ponieważ Will przez kilka lat siedział w pierdlu, później rozbijał się po Europie (a raczej po Europejskich bankach). Tak więc wątek przed Fabletown musiałby się dziać z jakieś....conajmniej dziesięć lat temu. Więc nie wiem, czy wtedy Sus wysłałby Petera, który miałby ile? 12 lat? Chociaż, możemy zrobić tak, że kiedyś Will robił interesa z Susem i Peter zna go z opowiadań. Teraz Will może odwiedzić Petera w pracy. Albo Peter może chcieć znaleźć Willa (będzie wiedział, że jest z Nowego Yorku, ale może nie wiedzieć, że jest baśniowcem). Aha i mam takie pytanie, czy Sus wiedział o baśniowcach, czy nie? (może jestem ślepy, ale chyba nie widziałem jakiejś takiej wzmianki).]

    OdpowiedzUsuń
  52. [O tak, Luba zdecydowanie z Peterem będzie umiała się dogadać :D]

    Luba Romanowa

    OdpowiedzUsuń
  53. [Prawie-wuju! Bo Lucy to moja prawie-siostra. ;)
    Czyli witaj mój prawie-siostrzeńcu! :D
    Rodzinka wspaniała i cieszę się razem z Tobą.
    Dziękuję i wpadaj na wątek. Czy do nowego prawie-wujka czy do smoka.]

    Duncan & Drake (D&D :D)

    OdpowiedzUsuń
  54. Ostatnimi czasy Fabletown (a właściwie głównie władze, bo dramatyczne wieści zawsze starano się zachować w tajemnicy) wstrząsnęła seria nagłych, niespodziewanych zabójstw, których miejsce i czas nigdy nie łączyły się ze sobą.
    Szeryf Bigby Wolf z rozłożonymi rękami wysłuchiwał relacji z miejsca zbrodni od Baśni, które znajdowały ciała. Z mrożącymi krew w żyłach szczegółami przeprowadzał sekcje zwłok i paprał się w pokrojonych wnętrznościach, szukając jakiekolwiek śladu. Gdyby tylko morderca się zranił. Gdyby tylko zostawił próbkę krwi... mógłby wtedy bez problemu go znaleźć. Użyć swojego nadludzkiego węchu i znaleźć tego kutasa po jego własnej krwi. Ale niestety nie mógł. Morderca był ostrożny i nie działał pod wpływem impulsu. Szeryfowi pozostało więc tylko bezradne wyczekiwanie kolejnych ofiar, powtarzalna sekcja i orzeczenie — żadnych śladów, żadnych oznak. Nic. Kompletnie nic.
    Lecz przy którymś zabójstwie pojawiło się światełko w tunelu. Świadek! Kotka Maddy o ponadprzeciętnej umiejętności ukrywania swojej obecności — nikt nie był w stanie jej wyczuć, jeśli tego nie chciała. Nawet Bigby.
    Dlatego zdziwił się, widząc ją, siedzącą na swoim biurku. Zdziwił się jeszcze bardziej, gdy Maddy co do joty przytoczyła mu rysopis zabójcy. Krok naprzód!
    Nie musiał już czekać. Ten mały przełom w śledztwie dał mu nadzieję; spowodował, że mógł ruszyć naprzód i szukać zabójcy. Opis był bardzo dokładny, lecz w głowie nie zamajaczył Bigby'emu żaden obraz. Żaden Baśniowiec, którego znał nie wydawał mu się znajomy. Zdecydował, że przez kolejne dni jego obchody będą jeszcze bardziej wnikliwe i skupione na analizie twarzy.
    O dziwo, dopisało mu szczęście i podczas jednego z takich obchodów jego uwaga dopadła tę kanalię. A przynajmniej tak pomyślał w pierwszym momencie; zabójca był zbyt sprytny i nie zostawiał śladów. Nie mógł się zdemaskować. Chłopak był wyraźnie nowy w społeczności, więc nie byłoby nic dziwnego w fakcie, że Wolf postara się z nim porozmawiać. W końcu, musiał znać swoich podopiecznych, by piastować urząd pasterza swoich owieczek. Jakkolwiek komicznie to brzmiało w odniesieniu do morderczej bestii, jaką był w istocie. Postanowił porozmawiać. Normalnie, nie zdradzając śladów zamiarów. A maskować umiał się bardzo dobrze, bo lata praktyki robiły swoje.
    Przybrał profesjonalną maskę Szeryfa Baśniogrodu.
    — Witaj, młodzieńcze — rzucił, nawet wysilając się na cień uśmiechu, co przy jego oziębłej aparycji było wielką rzeczą. — Jesteś chyba nowy w Fabletown, prawda? A przynajmniej jeszcze nie widniejesz w aktach... — zlustrował go spojrzeniem bystrych oczu o odcieniu zgaszonego złota. — Czy mogę poznać Twoje imię i przy okazji dowiedzieć się trochę o Twoim baśniowym pochodzeniu?
    Nie miał złych zamiarów. Przynajmniej na razie. Chciał tylko dowiedzieć się trochę o nowo przybyłym. Nawet jeśli nie był tym, którego szukał — znajomość nieludzi, z którymi spędzi kolejne stulecia nie mogła wyjść mu na złe.
    Bigby

    OdpowiedzUsuń
  55. [Wróżki z syndromem sztokholmskim - uroczo. <3
    To może w ogóle Acheron by ściągnęła Petera do Fabletown? Powiedzmy Peter jest w jakiś sposób ważny dla przyszłych wydarzeń to raz, a dwa - groziłoby mu jakieś niebezpieczeństwo, więc zdecydowałaby się zainterweniować. I takie dwa w jednym trochę. :)
    No i tu zależy czy wolimy by akcja działa się w gangu czy już po nim - Acheron mogłaby albo się przyłączyć do nich albo trafić na samotnego już Petera. W pierwszym przypadku mogłaby wykorzystywać wiedze o przyszłości by ochronić Petera, no i cały gang. Tylko tutaj komplikacja, bo czemu by nie ostrzegła przed policją? W drugim wypadku mogła trafić na Petera w jakiejś kryzysowej sytuacji i mu pomóc (albo nawet pomogła mu uciec). Wtedy myślę, że nawet można by iść w tym kierunku, że Peter został sam i chętnie skorzystałby z okazji by przyłączyć się do Acheron, zwłaszcza jeśli ta mu jakoś pomogła. No i tutaj, żeby nie było za prosto można się zabawić w oszukać przeznaczenie. Jestem ryzykantką, więc możemy w to wszystko dorzucić Cienia, który mógłby nie chcieć by Peter trafił do Fabletown, bo... bo coś tam. xD Co myślisz?]

    Acheron

    OdpowiedzUsuń
  56. [Wróżki to musimy obowiązkowo gdzieś jakoś wpleść, normalnie coraz poważniej się zastanawiam czy Peter nie jest prawdziwym wnukiem Oberona, bo ma takie idealnie oberonowe zapędy. xD
    O, a to jest świetna myśl. Całe polowanie na Cienia, pewnie spory konflikt, a jakby się udało to też problem z tym jak Peter poradziłby sobie ze swoją mroczną stroną. To jest świetne i można to nieźle wykorzystać. Przy okazji można jeszcze skomplikować wszystko tym, że jakby Oberon pod wpływem Piotrusia zdecydował się jednak zaangażować w sprawę z Cieniem, to nie wiadomo czy by nie zmienił trochę podejścia i sam nie zrobił się znów nieco bardziej czarnym charakterem. :) Dla mnie bomba.]

    Dziadek

    OdpowiedzUsuń
  57. [Jakaś wyprawa motocyklowa poza miasto + mała zamieszka w jakimś przydrożnym pubie? :D]

    Luba

    OdpowiedzUsuń
  58. [Mógłby regularnie sprawdzać jej autko, za małą opłatą, albo za darmo :D A pasowałoby Ci, aby nasza dwójka była takimi dobrymi kompanami? :D]

    Luba

    OdpowiedzUsuń
  59. [Myślę, że lepiej będzie, aby już się znali :D]

    Luba

    OdpowiedzUsuń
  60. [Wiszę innym odpisy, wena ma mnie gdzieś, wiec chyba marnie wyszłoby mi to nasze zaczęcie ;c]

    Chelsey

    OdpowiedzUsuń
  61. Ciągłe siedzenie w mieście, zaczynało powoli męczyć Lubę. Miejscowe kluby, bary i inne tego typu miejsca, przestały robić na niej wrażenie. Chciała się wyrwać, czuła potrzebę wyjazdu poza miasto, choćby na parę dni. Nic jej tutaj nie trzymało, a każdy potrzebuje kiedyś przerwy, prawda? Dlatego też zaraz po skończonej zmianie w pracy, wskoczyła w swoje ukochane auto z zamiarem udania się w małą podróż. Praca w sklepie z bronią, nie była szczytem marzeń, jednak prawdziwe życie wymagało pieniędzy, a człowiek chcąc przeżyć, musiał je mieć, dlatego też żadna robota nie była nieopłacalna. Nie była zbyt rozmowna w stosunku do klientów. W końcu przyszli tu coś kupić lub obejrzeć, a nie ucinać sobie nudne pogawędki ze sprzedawczynią. Luba nigdy się nie cackała, nawet w pracy. Dawała ludziom do zrozumienia, że zupełnie jej ich osoby nie obchodzą, a wesołe i uprzejme dzień dobry, mogą sobie wsadzić, grunt, by zostawili satysfakcjonujący utarg i może jakiś napiwek.
    Na jej twarzy pojawił się uśmiech, gdy tylko zaliczając jeden z punktów swojej wycieczki, dotarła do dobrze znanej sobie osoby. Wysiadła z auta, śmiejąc się cicho.
    — Wszystko jest w porządku, ale Ciebie zabieram na małą przejażdżkę poza miasto. Co ty na to? — zapytała podchodząc do niego. — Zbieraj manatki i wsiadaj. — dodała dochodząc do wniosku, że nie było sensu nawet się pytać. Nie było mowy o ograniczeniach, czysta zabawa, a wiedziała, że w towarzystwie Petera, będzie mogła robić to na co będzie miała ochotę bez słuchania jakiegokolwiek marudzenia.
    — Poszerzymy horyzonty — zaśmiała się i zabierając mu ściereczkę z ramienia, pacnęła nią w jego tyłek. — No już, już! Komu w drogę temu czas! Czy jakoś tak…

    Luba Romanowa

    OdpowiedzUsuń
  62. Luba z zadowoleniem wymalowanym na twarzy zajęła miejsce za kierownicą w swoim samochodzie w oczekiwaniu na towarzysza. Włączywszy radio, oparła głowę o zagłówek i przymknąwszy powieki, wsłuchiwała się w rytmy wydobywające się ze starego pudła, póki nie usłyszała głosu mężczyzny. Spojrzała na niego i od razu ruszyła w drogę. Zapowiadała się całkiem ciekawa wycieczka.
    — Znam znacznie ciekawsze miejsce, w którym będziemy mogli coś zjeść — odpowiedziała, znacznie dodając gazu na wolnej od innych pojazdów drodze, nie martwiąc się możliwym oberwaniem mandatu. Nigdy nie oszczędzała tego samochodu, jednak to nie oznaczało, że wcale o niego nie dbała bo dbała i wydawała na niego większość swojej dość marnej pensji, ale jednak.
    Nuciła pod nosem słowa ulubionej piosenki, która akurat leciała w radiu, a gdy tylko wyjechali z miasteczka, ta cała wyprawa spodobała jej się coraz bardziej. Niestety nie obeszło się bez ponownego tankowania samochodu, jednak jeśli nie chcieli rozkraczyć się na środku drogi to uszczuplenie portfela, było konieczne.
    — I jesteśmy. Mają tu najlepsze steki na świecie — rzuciła, gdy wreszcie podjechali pod dość obszerny pub.
    Gdy tylko przekroczyli próg lokalu, od razu można było wyczuć w powietrzu zapach alkoholu, smażonego mięsa, a przede wszystkim zapach papierosów.
    Luba usiadła w miejscu oddalonym najbardziej od wszystkich. Chwyciła kartę, uważnie wertując ją wzrokiem. Miała ochotę na whiskey, a gdy miała ochotę nigdy się nie powstrzymywała.
    — Prowadzisz dalej — oznajmiła rzucając w jego stronę kluczyki z cwaniackim uśmiechem na twarzy.

    Luba

    OdpowiedzUsuń
  63. — Czy ty sugerujesz, że jestem tak brzydki, że jestem podobny do Lucyfera? – zapytał na wszelki wypadek. Oczywiście był to taki dosyć oczywisty pseudo żart ze strony diabła.
    Spojrzał na tą całą sekwencję zdarzeń zobojętniony. Przyzwyczaił się do widoku gorszych rzeczy. Sam też do wrażliwców nie należał. Może Marcus byłby zdziwiony i pewnie przejawiłby się w nim delikatny altruizm, ale nie kiedy był pod silną władzą Lucyfera. Tutaj wszystkie odczucia ludzkie zostały odepchnięte na bok i Marcus doskonale o tym wiedział, że stracił kontrolę nad własnym ciałem i nic nie zapowiadało się aby ten stan szybko się zmienił.
    Może nie miał jakiegoś wielkiego problemu ze znalezieniem szczęśliwego wspomnienia. Chociaż pewnie większość polemizowałaby nad „szczęśliwością” owego wydarzenia. Ale to był Lucyfer i posiadał inną percepcję świata. Paradoksalnie czym rzecz była gorsza tym milsze wspomnienie dla niego…oczywiście jeśli nie dotyczyło to w jakiś sposób bezpośrednio niego.
    Udało się. Wrócił do normalnego świata. Do tego nędznego padołu zamieszkanego przez śmiertelników. Zatrzymał się tuż obok Petera. Taka wycieczka to mu się podobała, w końcu może uda mu się zapierniczyć trochę tego gówna i na tym całym „Skrócie” spędzi sobie kilka dni urlopu? To takie przyjemne i miłe miejsce.
    — Nie powiem…sceneria ciekawa, scenarzyści od horrorów mogą się uczyć – mruknął cicho. – To teraz którędy? I ile mniej więcej nam zostało drogi? – Lucyfer/Marcus człowiek/istota konkretów. Przecież o to chyba w tej całej „zabawie chodziło”. Może…może nawet w końcu opuści po tej akcji ciało Marcusa? Chyba chciałby zobaczyć jak jego obecne ciało kończy ze sobą. Jak popełnia samobójstwo. Zastanawiał się, czy Marcus, wie że on grzebie mu w myślach. Zresztą… I tak wcześniej czy też później tak to by się musiało skończyć.

    Lucek

    [Dobrze. To możemy tak zrobić, że Will zjawi sie u chłopaka z propozycją "nie do odrzucenia", czy czymś podobnym. Aha i mam takie pytanko. Kto zaczyna?]

    OdpowiedzUsuń
  64. [Można zacząć od tego jak sobie Oberon Petera np. zgarnie z ulicy do swojej limuzyny na poważną rozmowę. Ewentualnie może sobie Petera zaprosić do siebie do domu. No chyba że masz jakiś inny pomysł (przypadkowe spotkanie na 13 piętrze?).
    W sumie to chyba wątek bardziej wychodzi ode mnie, więc lepiej by pasowało jeśli ja bym zaczęła. Lenia co prawda mam, ale trza ruszyć dupę, więc jak trochę mnie zainspirujesz czy doradzisz co i jak, to chętnie zacznę. :)]

    Dziadek

    OdpowiedzUsuń
  65. [Racja prawie-prawie-siostrzeńcu. W tej rodzinie wszystko możliwe, więc jakoś mnie to nie dziwi. :)
    A to zależy czy wolisz z powiązaniem z przeszłości - np. jeszcze ze świata baśni - czy lecimy od podstaw i Fabletown. Bo dzięki powiązaniu wpadło mi, że Duncan spędził trochę czasu jako jeździec Dzikiego Gonu, więc ograniczeń w miejscu akcji raczej nie mamy, bo w razie czego Gon mógł zjawić się nawet w Nibylandii (może sprowokowany przez Cienia, który wkurzył kogoś z Gonu?). Można też pomyśleć nad czymś z naszego świata, nawet sprzed przybycia Piotrusia do Fabletown, bo Duncan też na samym początku cały czas nie siedział w Fabletown. Albo pierwsze spotkanie w Fabletown - może przy okazji jakiegoś niebezpieczeństwa lub dziwnego wydarzenia?]

    Duncan

    OdpowiedzUsuń
  66. Uśmiechnęła się nieco i przeczesała palcami swoje jasne kosmyki włosów.
    - Wiem i dlatego to ty prowadzisz – odpowiedziała wyraźnie zadowolona, gdy tylko do stolika przyniesiono im zamówione alkohole, prosząc o jeszcze chwilę cierpliwości z powodu większego ruchu niż zwykle. Upiła spory łyk, a ulubiona goryczka od razu zagościła w jej ustach, sprawiając, że Romanowa od razu lepiej się poczuła. Coś czuła, że na jednej szklaneczce się nie skończy. Prychnęła słysząc słowa swojego towarzysza.
    - Fable jest do kitu, chęć wyrwania się z tego zadupia, to taka dziwna rzecz? – wydukała unosząc przy tym brew ku górze, gdy jej uwagę zwrócił na oko trzyletni chłopczyk siedzący tuż naprzeciwko nich. Luba zawiesiła na nim dłuższe spojrzenie, przypominając sobie, że dawno się nie bawiła w ten mroczny i na swój niepoprawny sposób, jednak na razie musiało to poczekać, znacznie poczekać.
    Nie kwapiła się, by życzyć mężczyźnie smacznego, gdy tylko wreszcie przyniesiono im ich zamówienia, od razu zabrała się za jedzenie, ponownie utwierdzając się w przekonaniu, że naprawdę mają tutaj świetne, świeże steki, aż grzech tutaj nie wracać, zwłaszcza, że na tak sporą porcję cena była dość niska i zadowalająca. Chwyciła serwetkę, by otrzeć kącik ust z resztek sosu, gdy przez szklaną szybę lokalu dostrzegła grupę młodzieniaszków, kręcącą się wokół jej samochodu. Normalnie już poszłaby zrobić im awanturę, jednak ty razem mieli szczęście, gdyż znudzeni oglądaniem weszli do lokalu, zajmując wolne miejsca tuż przy barze na wysokich stołkach.

    Luba

    OdpowiedzUsuń
  67. — No chyba, że tak – pokiwał głową. Już miał powiedzieć, że rzyga to po iluśtam wódkach, ogórkach kiszonych i śmietanie, oczywiście to wszystko należałoby popić whisky, zagryźć ostrą papryczką i zjeść trochę kebaba.
    Zapalił, a bo co się będzie? Chociaż nie podszedł mu za bardzo ten papieros. Tytoń chyba był importowany z okolic Fukuszimy albo jakiegoś innego Czarnobyla. Szit jakich mało, ale należało to dzielnie wypalić i nie dyskutować. Przecież dostał za darmo papierosa. Należało skorzystać z tego.
    Dopalił papierosa, wsiadł na motocykl i pojechał za Peterem. Chociaż tyle, że nie można było go zabić, gdyby się wywrócił. Pewnie jako Marcus otrzepałby się i wstał, dopiero po opuszczeniu ciała facet by umarł.
    Średnio mu się to wszystko podobało. Te poszukiwania, nie ma ich to nie ma, po kiego się tym przejmować? Przejąłby władzę w grupie, powiedziałby, że Sus umarł, że zabił się czy cokolwiek i miałby własny gang. Przynajmniej on zrobiłby w taki sposób to wszystko. Ale nie żeby Lucyfer był pazerny na władzę…był pazerny na wszystko i to mu nie przeszkadzało.
    — Niewiele. Znaczy się może z jakąś jedną czwartą pojemności baku – powiedział i przygryzł wargę. Wątpił aby tyle było wystarczające. – A ty? – spojrzał na Petera. Nie podobało mu się to wszystko. — Średnio mi się to wszystko podoba, wiesz? Poza tym… - w głowie odtworzył potencjalne trasy Susa. Było zbyt wiele opcji do wyboru. To prawie że jak szukanie igły w stogu siana. – Mamy wiele potencjalnych dróg którymi mogli się udać. To jak szukanie igły w stogu siana.
    Pomijając fakt, że Luckowi nie chciało się już wsiadać na motor i jeździć po Skrócie, w którym nie mógł złamać zasady…to było nudne i nie fajne. Po co wybierać się w miejsce, gdzie nie można łamać zasad?
    —Poza tym powiedz mi tak szczerze…nie chciałbyś przejąć władzy absolutnej w gangu? – zapytał i spojrzał na niego. Właściwie to pytanie takie jak każde inne.

    Lucek

    OdpowiedzUsuń
  68. Zbyt pewny siebie. Zbyt pewny słuszności swoich działań. Pozbawiony jakichkolwiek wyrzutów sumienia. Pozbawiony kręgosłupa moralnego, Willard Scarlet przemierzał nieco zaśnieżone chodniki Fabletown. Miał pewien…interes do jednego z baśniowców. Pomimo całkiem niedawnego powrotu do miasta wiedział co w trawie piszczy i jak kto mieszka. W końcu musiał wiedzieć co dzieje się na rewirze, prawda?
    Może nie był strażnikiem Teksasu, ale też wykonywał swoją robotę z dokładnością. Chociaż o ile nie okradał baśniowców tak często jak doczesnych, tak wiedział kto ma jakieś cenniejsze przedmioty. Taka praca. Jeden pilnował porządku publicznego, drugi go burzył.
    Wszedł do mechanika…czy też raczej zakładu gdzie pracował Peter Storm. Akurat dłubał w jakimś samochodzie, był więc odwrócony tyłem do drzwi wejściowych…ale pewnie i tak słyszał, że ktoś tutaj wszedł. Nie zachowywał się cicho. Nie zależało mu na dyskrecji.
    — Dzień dobry panu – powiedział z szyderczym uśmiechem do mechanika. Taki już był… Nie cofał się przed niczym co mogło go w jakiś sposób szybko wzbogacić. Oraz kochał ryzyko.
    — Potrzebna mi twoja pomoc w jednym interesie, Peter – oparł się o stojący obok samochód. Włożył ręce do kieszeni i uśmiechnął się pod nosem. Po chwili jednak prawą dłonią przeczesał włosy, które jeszcze bardziej rozburzył. Teraz to miał na tej swojej głowie prawdziwy nieład artystyczny. – Ale może najpierw powiedz mi co tam słychać u tego łamagi Susa? – ironia i sarkazm aż pobrzmiewały echem w tym pomieszczeniu. Trochę średnio go to interesowało, ale jakoś wypadało się zapytać o tego człowieczka. Zrobił z nim kilka interesów, ale nie przepadał za nim…co i tak ukrywał pod maską fałszywego kolesiostwa.

    Will, który napisał bardzo marne zaczęcie

    OdpowiedzUsuń

  69. [ Spokojnie – nie wiedzieć czemu wszystkich bawi każdy gest Haka hakiem xD ]

    Żadne ze słów chłopaka nie potrafiło go uspokoić, ani sprawić by w to wszystko uwierzył. Choć Peter mówił tak wiarygodnie i z przekonaniem, że w innych warunkach Jones samego siebie uznałby za wariata. Tym bardziej, że z czasów Nibylandii pozostał tylko on i jego rozmówca. Jego syn. No, istniała jeszcze jedna osoba, która mogłaby potwierdzić jego wersję, która walczyła u jego boku przeciw Panu, ale nachodzenie jej o tej porze nie było rozsądne. Zresztą wątpił by Tytania okazała się równie wyrozumiała jak on, no i zapewne żądała by wielu wyjaśnień. W każdym razie skończyło by się to katastrofą.
    Po wejściu do jednej z kajut pozwolił sobie na ciche westchniecie i dłonią rozmasował skronie. Zaczynał czuć się przytłoczony zaistniałą sytuacją, która tylko mieszała mu w głowie. I właśnie wtedy spojrzał na Piotrusia. Chłopak z jakąś dziwna melancholią wypisana na twarzy przyglądał się cieniom błądzącym po ścianie.
    Błąd. Jednemu cieniowi.
    Oczy Hucka otworzyły się szerzej, a i w jego głowie zapaliła się lampka. To byłoby dość rozsądne wytłumaczenie. Tak… Wszystko trzymało się kupy. Teoretycznie… Z drugiej jednak strony Cień Piotrusia widywał zawsze tylko jako… cień właśnie. Czy to możliwe by ten umiał przybierać ludzką postać? I jeśli tak… To jak często Hak miał do czynienia z Cieniem, a jak często z prawdziwym chłopcem.
    - To wszystko rysuje się mi bardzo nie ciekawie… Bardzo – powtórzył z naciskiem na ostatnie słowo. – Jeśli myślimy o tym samym, to możemy mieć spory problem. Cholera… Zdradź mi proszę, od jak dawna on potrafi wyglądać jak prawdziwy człowiek? Jakoś nie pamiętam by to umiał za czasów Nibylandii – dodał pół szeptem i podrapał się po brodzie. – No tak, ale przecież ty akurat to nie pamiętasz nawet Nibylandii – dodał po chwili z nutką rezygnacji w głosie.

    kochający tatulek

    OdpowiedzUsuń
  70. Spojrzał na niego. Właściwie, to miał pewien pomysł…chyba jednak najlepiej byłoby nie wracać do bazy. Podszedł bez słowa do swojego motocykla i odpalił to cholerstwo, zastukał palcami w licznik paliwa a strzałka nieco podskoczyła do góry. Wmówi mu, że chyba licznik jest zepsuty, albo coś się innego stało i ma nieco poniżej połowy baku.
    — Dziwne… - mruknął i udał największe zdziwienie. Chcąc jakby sprawdzić, czy przypadkiem oczy go nie mylą, wyłączył i włączył maszynę jeszcze raz. – Chyba coś musiało się spieprzyć… - dodał cicho. – Licznik teraz wskazuje, że mam nieco poniżej połowy baku.
    „Na wszelki wypadek” sprawdził, czy aby licznik się nie myli i po prostu sprawdził zaglądając do środka. Przecież on potrafił robić różne rzeczy. Jezus zamieniał wodę w wino a on rozmnażał paliwo. Co zrobi jak nic nie zrobi?
    — Lepiej zadzwoń do Artemisa, żeby bardziej ogarnięci wstali i zwijali się. My w takim razie zawitamy na skrócie i wybieramy się na ten romantyczny spacerek po plaży – cmoknął w jego kierunku z głupim uśmiechem. – Nie no, żartuję. Ciebie to bym nawet patykiem umaczanym w gównie nie tyknął… kobiety wolę i nic się w tej kwestii nie zmieni – powiedział. Chociaż tak właściwie to może Marcus by tego nie zrobił, ale Lucyfer owszem. – Dobra, dawaj lepiej ten proszek, wciągamy ze dwie kreski, żeby było weselej i ciśniemy przez skrót.
    Lucyfer istota pełna kontrastów przeróżnych.

    Lucyfer

    OdpowiedzUsuń
  71. Prychnął i spojrzał na niego z jakąś taką pogardą. Gnojek dobrze wiedział, że nie przepadał za tym imieniem i większość mówiła na niego Will… Ale, że Will Scarlet natychmiast kojarzyło się z tym od legendy to coś musiał zmienić. Tak więc padło na imię. Nie przepadał za Willardem…chociaż to też zależało kto do niego mówił.
    W przypadku takich różnych interesów to zdecydowanie bardziej pasowało mu Will.
    — Ło… A chociaż dowiem się jak zginął czy coś? Nie będę ukrywać, że interesuje mnie to w jakimś sensie. Poza tym chłopie, nie było mnie tutaj przeszło dziesięć lat…ponad dziesięć lat i nie wiem wszystkiego – powiedział. Ale cóż, chyba niestety będzie potrzebował pomocy tego gnojka. Mówi się trudno i żyje się dalej.
    — I nie „znów”…bo nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek czegoś od ciebie potrzebował – prychnął. – No ale dobra. Potrzebuję do szczęścia nieco tego magicznego gówna, które pomoże mi latać, albo coś w tym stylu – powiedział. Miał nadzieję, że to dostanie. – Aha i potrzebowałbym wymienić silnik w moim samochodzie, na mocniejszy… i jakiś kontakt do dobrego blachara, pewnie orientujesz się w branży, co nie?
    Skrzyżował ręce na piersi i spojrzał na niego z lekkim uśmiechem. Może nieco szyderczym, ale nie aż takim do przesady. Ot po prostu takie rzeczy mu były potrzebne. Więcej nie musi nic wiedzieć, b jak to mówią im mniej się wie, tym lepiej się śpi. Poza tym Will nie ufał ludziom. Kiedyś na takim zaufaniu się przejechał i do tej pory o się na nim mści.

    Will

    OdpowiedzUsuń
  72. [Przepraszam, że z takim opóźnieniem, ale trochę czasu nie miałam. :)
    Cieszę się, że Ci nasze wykorzystywanie Cienia nie przeszkadza. Pomysł mi się bardzo podoba i jestem jak najbardziej za. :) Jak chcesz to możemy to rozwinąć w jeszcze głębsze powiązanie z przeszłości. Można założyć, że Tytania nie jeden raz była w Nibylandii. Mały Piotruś mógł ją już kiedyś wcześniej spotkać (może nawet parę razy). A sama Tytania mogłaby niejako od początku wiedzieć i o Piotrusiu i o Cieniu. Teraz w Fabletown mogłaby nie tylko udzielić mu informacji, ale też pomóc Piotrusiowi w walce z Cieniem.
    Nie wiem co tam z Zuzajs wymyśliłyście odnośnie przeszłości Piotrusia, więc jakby co daj znać co i jak, żeby dało się ładnie wpasować. O ile rzecz jasna Ci to pasuje. :)]

    Tytania

    OdpowiedzUsuń
  73. [Epidemia się szerzy xD
    Hahaha, boże jakie to by było piękne :D
    No to fakt można tak zrobić. Nawet w sumie mógłby przychodząc do Tytanii, zamiast niej zastać w gabinecie Oberona.]

    Oberon

    OdpowiedzUsuń
  74. Lubie nie podobała się postawa Petera. Czuła, że coś jest nie tak, jednak nie chciała ingerować w to niepotrzebnymi pytaniami. Jeśli chciałby od razu, by jej podziewał co jest grane, chyba, że sam jeszcze próbował rozgryźć to co go lekko zaniepokoiło. Wycieczka nad wybrzeże brzmiała całkiem obiecująco, więc Romanowa nie widziała żadnych przeciwwskazań, aby jechać akurat w to miejsce.
    Szybkim krokiem opuściła lokal udając się za przyjacielem. Dopiero wtedy zrozumiała o co tak naprawdę chodzi. Uniosła brew i czym prędzej zajęła swoje miejsce w samochodzie.
    - Jedź gdziekolwiek, byleby ten przydupas się do nas nie przyczepił – odpowiedziała i zasunęła swoją kurtkę, by było jej nieco cieplej. Nie potrzebowali żadnych problemów. Ta wyprawa miała być po części szalona oraz przyjemna dla obu stron.
    Rozsiadła się wygodnie i nieco podgłosiła radio. Zdecydowanie powinna urządzać sobie takie wyprawy znacznie częściej. Nie musiała się przejmować pracą, czy innymi rzeczami, obserwowała mijające widoki, co jakiś czas odpisując na wiadomości w telefonie.
    - Nie podoba mi się to czarne audi za nami – stwierdziła przerywając narastająca ciszę.

    Luba

    OdpowiedzUsuń
  75. Wybacz ewentualne błędy, ale pisze z tele bo jestem odcięta on normalnego neta. Router padł :c


    Nie podobało jej się to. Cholernie jej się to kurwa nie podobało, jednak tak jak powiedział Peter, nie mogli zawrócić. Zbierało ją na wymioty, ale jedyne co jej pozostało do roboty, to trzymanie się zasad wyjaśnionych przez mężczyznę. Mimowolnie objęła go w pasie nie chcąc go zgubić i delikatnie schowała twarz w jego ramieniu, by czuć zapach płynu do płukania jaki pozostał na jego koszulce niż czuć ten ogromy odór.
    - Zaczne wreszcie uważać na to co mówie - mruknęła i zgromiła go wzrokiem. - Zajebiście się kurwa bawie. A co nie widać?
    Zasłoniła usta, gdy brzydkie łapska próbujące jej dotknąć, wyglądały niczym zgniłe resztki zwierzęcych odpadów. Trzymała się twardo. jednak łatwo nie było. Westchnęła cicho, żałując, że nie wypiła więcej. Na trzeźwo niełatwo było znieść to co się działo wokół niej. Miała wrażenie, że Peter jest niewzruszony, widocznie był tu poraz pierwszy.
    - Wisisz mi moją ulubioną whiskey - zaśmiała się, by odrobinę się rozluźnić. - Dużo whiskey - dodała starając się niczemu na dłuższą mete nie przyglądać. Nie rozumiała jak ktoś mógł wybierać to miejsce, by skrócić sobie czas drogi. Już wolałaby jechać cały dzień bez przerwy niż wracać tutaj drugi raz.
    - Skoro już tu jesteśmy to opowiedz mi coś więcej na temat tego miejsca. Interesują mnie też nazwane przez Ciebie owe skurwiele. Niezłe ziółka. Bardzo szkodliwe w naszym świecie?


    Luba

    OdpowiedzUsuń
  76. [A to już jak wolisz, bo mi naprawdę pasują obie opcje. :)
    W razie czego możemy też trochę to połączyć i np. zacząć obecnie od wizyty i w trakcie wrzucić retrospekcje ze wspomnieniami z przeszłości - tak dla urozmaicenia.
    Ach, te wredne mieszające cienie. xD]

    Tytania

    OdpowiedzUsuń
  77. — Powiedzmy – mruknął. Będzie musiał zostawić ciało Marcusa przy pierwszej nadarzającej się okazji. Nie może przebywać w nim dłużej niż jest to konieczne. Wystarczy, że ten młokos coś podejrzewa. Chociaż to opętanie nie przypomina „normalnego” opętania takiego jak w tych różnych filmach typu „Rytuał”, czy „Egzorczyzmy Emily Rose”. Po prostu korzystał z tego ciała, bo jakoś musiał poznać ten sekret, a wydawało mu się, że to będzie najlepsza opcja niż zjawiać się w swoim własnym ciele. Przecież pewnie wszyscy spoglądaliby na niego podejrzliwie. A tak to członek gangu…
    Wydawało mu się, że będzie to dobra opcja.
    — Spokojnie, nie braknie – powiedział z lekkim uśmiechem, który jednak bardzo szybko zniknął. Tego był akurat więcej niż pewny.
    Wciągnął ścieżkę i zaraz po tym wskoczył z skrót. Nie zwracał większej uwagi na wlokące się za nimi istoty, które zamieszkiwały ten jakże przyjemny przybytek. Marcus pewnie by nieco spanikował widząc to wszystko, a po pierwszej wizycie to pewnie by rzygał. Ale Lucyfer był uodporniony na takie sytuacje. Miał wytrzymalszy żołądek niż większość istot.
    — Dobra. Na szczęście więcej tutaj jakiś KFC, czy innych gówien niż stacji benzynowych – stwierdził z lekką ironią w głosie. Ale faktycznie, sporo tutaj było różnych knajpek. Zjawili się w jakiejś pierwszej lepszej knajpie. Zamówili coś do jedzenia. Lucyfer niby nie był głodny, ale jednak coś tam zjadł, żeby nie wzbudzić jakiś podejrzeń. Chociaż było mu w sumie wszystko jedno, przecież pozostanie w tym ciele może ze dwa dni, nie więcej.
    — Jak umawiałeś się z Artemisem? – zapytał po chwili. Ciekawiło go to wszystko. Może dzisiaj jakoś coś się stanie i będzie mógł zostawić ciało Marcusa, zjawić się w opuszczonym lunaparku i przetrząśnie kawałek po kawałku w poszukiwaniu tego co go interesuje.

    Lucek

    OdpowiedzUsuń
  78. — To taka sytuacja – mruknął i podrapał się po głowie. Cóż bywa różnie, prawda? Nie należy za nikim płakać. Przynajmniej Will nie zamierzał rozpaczać nad losem Susa, za którym nie przepadał, chociaż znali się dosyć dobrze. Will tylko udawał przyjaźń, bo tak było lepiej i niekiedy ta w pewnym sensie pozytywna relacja z Susem była przydatna. Przeszedł za Peterem do innego pomieszczenia. Chociaż jemu to szczerze powiedziawszy było wszystko jedno, gdzie to załatwi.
    — Nie obchodzi mnie kto załatwiał. Ważne, że było i to mi wystarczy – powiedział. W jego zawodzie naprawdę nie było ważne to kto, czy skąd załatwił coś. Ważne było to czy będzie na czas. Albo ile można na czymś zarobić.
    Zaśmiał się cicho. Nie z nim takie numery.
    — Tacy jak ty, czy ja się nie zmieniają tak szybko – powiedział z lekkim rozbawieniem. – A model samochodu… Subaru Legancy V generacji. Obecny silnik to…kurwa nie pamiętam ile ma koni. Ale coś mi się kojarzy że około 170 KM. Chciałbym żeby było tych kucyków jak najwięcej – wyjaśnił. – Blacharz będzie potrzebny najprawdopodobniej później.
    O ile będzie co klepać i szpachlować.
    — To da radę? I ile to mnie wyniesie? – musiał wiedzieć, czy po pierwsze mu się opłaca. Czy może w zupełności olać Petera i kombinować na własną rękę.

    Will

    OdpowiedzUsuń
  79. [Przepraszam, że z takim opóźnieniem odpisuję.
    Cieszę się, że się podoba i w ogóle, że wszystko pasuje.
    To może zacznijmy od spotkania jeszcze przed Fabletown, żeby było ciekawiej. Peter został sam, wpada w jakieś tarapaty i akurat trafia na Acheron. Chyba tak by było najfajniej, bo najwięcej akcji by było przed nami. :)
    Co do samego początku to wolałabym się o niego uśmiechnąć do Ciebie, bo wciąż jeszcze nie złapałam na nowo rytmu z pisaniem po przerwie od blogowania.]

    Acheron

    OdpowiedzUsuń

  80. [ Tak to już bywa z hakami XD ]

    - Cienie nie należą do nas – powtórzył trochę rozdrażniony i wywrócił oczyma.
    To wszystko składało się w bardzo niepokojącą całość. Cień… Dlaczego nigdy nie pomyślał o cieniu? Doskonale wiedział, że Piotruś go niema, ale zbywał to machnięciem ręki. Nie powinien był tego robić w krainie, gdzie rządziły cienie. Przemykały się między drzewami, obserwowały i przyprawiały o gęsią skórkę. Cały czas pamiętał to wszechogarniające uczucie, które pojawiało się gdy spacerował po wyspie. Wszystkie koszmary kryjące się w ciemności, śmiejące się mu w twarz. I ten mrok… Dziwnie gęsty i dziwnie inteligentny. Dlaczego nigdy nie pomyślał o cieniu?
    Potrząsnął głową, wyrywając się w ten sposób z zamyślenia. To było nie do pojęcia, nie do wytłumaczenia. Zwłaszcza, że istniało zbyt wiele nie dających się wykluczyć opcji. To mógł być cień, albo Piotruś z nim igrał, albo teraz miał do czynienia z cieniem. Nie było żadnej pewności. No i na dodatek ta całą historia z pokrewieństwem… Kim była matka Piotrusia?
    Statek zaskrzypiał cichutko a Hak odetchnął głębiej i uspokoił się.
    Moi chłopcy.
    Dwa słowa, które Jones usłyszał w głowie całkowicie go zmroziły. I jeszcze ten głos. Znajomy, ale nie do rozpoznania. Nie mniej niesłychanie go uspokoił i zaniepokoił jednocześnie. Po prostu musiał odetchnąć, poukładać to sobie. Było późno, a jego wyobraźnia była rozbudzona. To tylko skrzypienie Jolly Rogera. Senne mary na jawie.
    - I tu się mylisz, młody – zaczął, przymykając oczy i zastanawiając się nad słowami. – Nie wiedział o niej – powiedziawszy to wbił spojrzenie prosto w oczy chłopaka.
    Tak. Teraz to poczuł, zobaczył. To był jego syn, jego krew. Chyba… Może… Nie…
    - Planował mnie zabić, był… Trochę rozjuszony i niekoniecznie w pełni sił mentalnych? Odniosłem wrażenie, że jesteś… że on jest.. naćpany. Celował do mnie, a ona mnie uratowała. W ostatniej chwili. Jeśli to co mówisz jest prawdą… To on dopiero zrozumiał, że mam królową wśród pionków – oznajmił lodowatym tonem. – Która leży bezbronna w szpitalu.

    ojczulek

    OdpowiedzUsuń
  81. [ Dziękuję za powitanie!
    Szkoda, że nie widzisz potencjału na wątek, bo Piotruś to drugi ulubiony bohater z trzyiksowego dzieciństwa. A potem jeszcze Kuba Ćwiek napisał "Chłopców"...
    Ale cóż, nawet takie Trzyiks rozumie, że nie ma co pisać wątku na siłę.]
    Matthew Stanford

    OdpowiedzUsuń
  82. [Chciałam dopisać "osobiście" jako specyfikację mojej znajomości Ćwieka, ale sądzę, że on dalej kojarzy Trzyiks jako dziewczynę towarzyszącą jego znajomym.
    Wiem, że za oknem luty i szaro, ale wpadłam na pomysł na nieco bardziej tropikalny wątek. Bestia ostatnie cztery lata siedział na Bahamach czy innych Karaibach, byle odpowiednio daleko od Belli. Co nie znaczy, że nie dało się go znaleźć. W końcu to zawsze gość, który może zmieniać się w potwora, kiedy trzeba. Jeden z dwóch w baśniowym świecie i akurat ten, który nie jest szeryfem.
    Nie mam jeszcze dokładnego obrazu intrygi w głowie, ale widzi mi się, że ktoś uwięził syreny i zbiera ich łzy. Wystarczająco dużo łez, żeby ludzie zaczęli zapominać o baśniach. A wszyscy wiemy, co się dzieje, kiedy ludzie zapominają o baśniach...
    Co Ty na to?]

    Matthew Stanford

    OdpowiedzUsuń
  83. [ Nieźle się urządził z tymi wróżkami! Bije Śpiącą Królewnę o dwie.
    Myślę, że spokojnie możemy założyć, że ich drogi parę razy się skrzyżowały w tym świecie. Zaś na samo zawiązanie akcji jest kilka możliwości:
    1) Bestia właściwie przypadkiem natyka się na coś związanego z syrenami i wysyła do Petera pytanie "czy to tak ma być", po czym dostaje odpowiedź "hell no".
    2) Peter w Nowym Jorku trafia na ślad tej intrygi i zawczasu postanawia sobie załatwić wsparcie fizyczne.
    3) Któraś z wróżek jest pierwszym klockiem domina. Mogłaby nawet podsunąć Peterowi pomysł zwrócenia się do Matta. To byłaby jedyna wróżka, która uważa, że Frau Totenkinder skrzywdziła Bestię w Ojczyźnie i stara się naprawić PR wróżek w tym świecie. ]

    Matthew Stanford

    OdpowiedzUsuń
  84. [Mam szczerą nadzieję, że w tej piątce nie ma pirackich wróżek. Oglądałam kiedyś bajkę o pirackich wróżkach i były bardzo w porządku.
    Cień jako wyjaśnienie całego zła jest w porządku. Nie wiem, na ile pasuje tam Frau Totenkinder, bo ona jednak bardzo dbała o Fabletown. Może zamiast tego Ozma? To byłoby w jej stylu.
    Sądzę, że tę relacje z przeszłości się dopracuje w toku wydarzeń. Nie jest najważniejsza, a dobroduszny Bestia z reguły każdemu pomaga.]

    Matthew Stanford

    OdpowiedzUsuń
  85. [O boże zabiłaś mnie totalnie tą wizją. xD
    Ty mi takich genialnych pomysłów nie podsuwaj, bo potem jeszcze postanowię to wykorzystać i co to będzie? :D
    Pewnie, można. To co? Jako tako początek mamy to chyba nam zacznę. Ale to dopiero po liście obecności jak się wezmę za odpisy. Może być? :)]

    Dziadek

    OdpowiedzUsuń
  86. [ Prawdę mówiąc, ja strasznie nie lubię zaczynać i cierpię przy tym katusze, ale mogę to zrobić, jeśli druga strona ma cierpieć bardziej.
    Bestia mógłby się pojawić w Fabletown. Tak na chwilę i raczej niepublicznie, żeby jak najmniej osób wiedziało, że wpadł z wizytą. ]

    Matthew

    OdpowiedzUsuń
  87. [Tak, a potem będzie faza jak z epicką sceną, w której Hak się zachwyca pięknymi oczami Oberona. xD
    Boże już Cię kocham! Coś czuję, że z takimi epickimi momentami to nam wyjdzie zabójczy wątek. :)
    Ok, to cieszę się, że nie ma problemu.]

    Oberon

    OdpowiedzUsuń
  88. Matthew zgniótł w ręku foliowe opakowanie po Twinkies. W skupieniu wymierzył i wrzucił do kosza.
    – Nie mają ich na Bahamach – powiedział, jakby to miało wszystko tłumaczyć. - Dobrze cię widzieć, Peter.
    Na kilometr dało się wyczuć, jak nieswojo Bestia czuje się w takiej sytuacji. Tożsamość architekta Stanforda do niego pasowała. Pasowały do niego starannie uczesane włosy, krawat, koszula i skórzana torba na ramię. Nie był typem człowieka, który włazi komuś do warsztatu i zachowuje się, jakby to było nic. Bajki czasem kłamią. Nie da się przebrać księcia za żebraka. Nie da się go nawet przebrać w bojówki, białą koszulkę i bluzę. Cały czas wyziera z niego arystokratyczne pochodzenie. Nawet jeśli o jego nogę opiera się turystyczny plecak noszący ślady częstego używania.
    - Wybacz – podjął po dwóch sekundach przerwy. Już nie silił się na nonszalancję. – Zaczekałbym na zewnątrz, ale nie chciałem, żeby ktokolwiek mnie tu zobaczył.
    Chociaż Fabletown nie oglądało na własne oczy burzliwego rozstania Pięknej i Bestii, wieści szybko się rozeszły. Słowo „rozstanie” tak naprawdę nigdy nie padło, ale Matthew nie pojawił się w Nowym Jorku od trzech lat. A w każdym razie od trzech lat nie widział go nikt, kto by to rozgłosił.
    Pięć tygodni temu dostał od Petera wiadomość, do której na początku podszedł z dużą dozą sceptycyzmu. Brzmiała kompletnie nieprawdopodobnie, a jednak nie potrafił wypchnąć jej z umysłu. Początkowa podejrzliwość zanikała w miarę, jak zaczął dostrzegać rzeczy potwierdzające podejrzenia Piotrusia.
    Zabawne, że dalej nazywał go tym dziecięcym imieniem. Nawet, kiedy stał przed nim zupełnie dorosły mężczyzna z nożem motylkowym. Wiesz, że jesteś stary, kiedy na twoich oczach dorasta wieczny chłopiec.
    Z zadumą wypisaną na twarzy wpatrywał się w drobinki kurzu, widoczne w szerokim paśmie światła wpadającego przez okno. Miały swój urok, choć jak na gust Matthew w całym tym miejscu było o wiele za dużo pyłu i smaru.
    – Trafiłem na ślady syren. Aż dziwne, że tak długo o nich nie wiedzieliśmy – zawiesił głos. Jego spojrzenie zdawało się dopowiadać „albo Trzynaste Piętro to przed nami ukryło”. - Docześni są na nie zupełnie ślepi. Mimo, że jeden z nich miał to. - Bestia sięgnął do kieszeni spodni i wyjął małą strunową torebkę, która położył na mikroskopijnym stole w pokoju socjalnym.
    W torebce leżał pojedynczy, owalny przedmiot wyciągnięty z jednej strony. Światło dobijało się od niego jak od lustra. Po bliższych oględzinach okazywało się, że to pojedyncza łuska, bardzo podobna do rybiej. O lekko różowym zabarwieniu, ale nie przeszkadzało to temu, by można było się w niej przejrzeć. Jak w lusterku. Bestia nigdy nie widział syreny, ale według opisów, tak właśnie wyglądały łuski syren z Nibylandii.
    – Tylko nie ciesz się przedwcześnie. Wygląda na to, że wszystkie syreny jakiś czas temu zniknęły z miejsc, gdzie zwykle je widywano. Albo słyszano ich śpiew. Nie pytaj, ile kosztowało mnie zrozumienie, o czym mówią do mnie Docześni. Śladów twojego bliźniaka nie ma, ale trop syren prowadzi... Cóż, nie przylatywałbym tutaj z pustymi rękoma.
    Szelmowski uśmiech Bestii był trochę śmieszny. Jak uśmiech nastolatka, który pierwszy raz idzie na wagary.
    - To co robimy z tym dalej? Mam prosić Lucy, żeby zabookowała nam dwa bilety lotnicze do Nassau?

    [Kiedy to pisałam, naszła mnie smutna refleksja, że mogłam pójść za pierwszą myślą i stworzyć Kędziora...]

    Matthew Stanford

    OdpowiedzUsuń
  89. [Widziałam, na dodatek jakie nam się trafiło fenomenalne zadanie! :) Nie wiem jak Ty, ale ja jestem zachwycona tym pomysłem. Jakby co odezwij się do mnie na gmailu: hal9tysiecy musimy wykombinować coś fajnego! <3]

    OdpowiedzUsuń
  90. — N o i fajnie – powiedział. Jedno jest pewne. Podczas tej akcji zostawia ciało Marcusa w spokoju i zabiera nieco tego pyłu. A później to już się zobaczy. Może Hawaje, może Bahamy, gdzie go poniesie. Nie ważne, wszędzie czuł się jak u siebie…no może prawie wszędzie.
    — Dobra, rozumiem… - mruknął. – A jeśli przyjmiemy już teraz opcję że wypierdzieliło ich gdzieś, chuj wie gdzie i są w jakimś pipidówku małym…to co? Dajemy sobie spokój i wracamy, czy będziesz bawił się w lojalnego i będziesz ich dalej szukał do skutku? – zapytał z czystej ciekawości. Ludzie byli dziwnymi istotami i nie do końca pojmował ich zachowanie. On na przykład w ogóle olałby poszukiwania i pozostawił ich samemu sobie. Przecież to tylko nędzne kruche istoty, które zaśmiecają ten cały padół.
    Ludzie nic nie znaczą… Są słabi, krusi, chorowici…nie są idealni. No i oczywiście Bóg kocha ich bardziej, co nie podobało się Lucyferowi.
    — Nie patrz się tak na mnie, tylko pytam się. To nic takiego – wzruszył ramionami i napił się nieco coli. Naprawdę czas zostawić to ciało.

    Lucek

    OdpowiedzUsuń
  91. — Czasami lepiej jest przez pośredników – mruknął. Pokiwał przecząco głową. Nie zamierzał siadać, na fotelu. Wolał postać, tak było mu lepiej. Większy komfort psychiczny związany z tym, że może szybciej uciec, czy coś w tym stylu. – to zależy w którym stanie ta kara śmierci…ale ja się na tym nie znam – wzruszył ramionami. Naprawdę, złapano go raz i to przez przypadek. Nie musiał znać całego kodeksu karnego i kar grożących mu.
    — Dobra… to weźmy to 440 z turbo – powiedział i spojrzał na niego. Szybko przeliczył czy mu to wszystko się opłaca. Tak….będzie najprawdopodobniej na dosyć dobrym plusie jeśli mu się uda to wszystko zrobić. Nie będzie to najprawdopodobniej zbyt wysoki zysk, ale przecież samochód może wziąć na jeszcze dwie akcje i później pozbędzie się tego złomu.
    — Ja? A co ja jestem jakiś Bóg, czy inny cudotwórca, który może zaoferować coś dobrego? – zapytał retorycznie. – Mogę zaoferować pieniądze, nic więcej. A nie musisz wiedzieć, w co takiego konkretnie. Im mniej wiesz tym mniej musisz kłamać i tym lepiej śpisz – wzruszył ramionami. – To jutro przywiozę samochód do zrobienia. Płatne z góry, czy po robocie? – zapytał. W końcu to dosyć istotny aspekt. Miał niby nieco forsy, która pokrywała wszystkie koszta, pewnie w trakcie sobie jeszcze nieco dorobi, więc nie miał się o co marrtwić.

    Will

    OdpowiedzUsuń
  92. [Niech próbuje, najwyżej biedaczek znów od niej oberwie. W sumie można dać podwójną motywację - za to, że się wtrąciła w sprawę Petera i za przeszłość, w której pokrzyżowała mu kiedyś plany (i taka mała zemsta). Co myślisz? :)
    Jeśli możesz to wolałabym, żebyś Ty zaczął, bo mi to bardzo opornie idzie.]

    Tytania

    OdpowiedzUsuń
  93. Wykrzesanie pozytywnej myśli było dla Romanowej dość sporym wyzwaniem, jednak jakoś się udało. Od razu poczuła się lepiej, gdy opuścili Skrót, znajdując się u celu swojej wyprawy. Przeciągnęła się lekko, a na jej twarzy pojawił się zadowolony uśmiech.
    - O niebo lepiej – stwierdziła mogąc wziąć wreszcie wdech pełną piersią nie obawiając się, że smród wręcz ją udusi. Uważnie się rozejrzała i chwyciła towarzysza za nadgarstek i pociągnęła za sobą.
    - Chodź, muszę się napić – oznajmiła, a gdy tylko przekroczyli próg tutejszego baru, w którym przeważała liczba mężczyzn, Luba od razu zajęła miejsce przy barze i zamówiła trzy kolejny czystej.
    - Klin zawsze na miejscu – zaśmiała się chwytając dość obszerny kieliszek w palce, by chwilę później wychylić jego zawartość. Spojrzała uważnie na Petera. – Nie zaprosisz mnie do tańca? – zapytała poważnym tonem głosu, jednak po chwili wybuchła śmiechem unosząc ku górze dłonie w obronnym geście.
    - Spokojnie, żartowałam – rzuciła przewracając oczami. Jakoś nie wyobrażała sobie siebie samej, szalejącej na parkiecie w objęciach mężczyzny. Podsunęła mu pod nos jeden z kieliszków zaś kolejny z nich sama wypiła. Przyjemna goryczka rozgrzała ją od środka, a na twarzy pojawił się błogi uśmiech.
    - Do oporu i nocka w motelu? – zapytała patrząc na niego całkiem poważnie. Tak się składało, że parę pokoi znajdowało się na górze, a oboje powinni trochę się zabawić. Należało im się.

    Luba

    OdpowiedzUsuń
  94. [ekhmm patrze na tego gifa i mam wrazenie, że on jest chomikiem ;>
    no ale wracajac do mego (nie wiem czy udanego) pomyslu... mialam nie dokobczona mysl z zakonczonym watkiem u Lucka. A mianowicie zostal nasz diabelek oskarzony o kradziez pewnych rzeczy, ktore mial "odniesc" do jej domu, gdy byla Eliza w podrozy, ale jak wrocila z urlopu zostala dom "posprzatany" inaczej - mam na mysli zlodziei. Problem bylby tym iz zadnych sladow wlamania nie bylo.. a tym bardziej odciskow palcy oprocz wlasnych... i tu bym wykorzystala Cienia, który robilby psikusy, zrobil demolke, "pomieszkal" sobie w pustym domu kilka dni a potem by sie wyniosl z zawartoscia skrzynki... ]

    Eliza

    OdpowiedzUsuń
  95. [hehe.. dlatego idealna to fucha... potem znalezli by sie w barze lub cos w tym guscie i Eli by sie upila gdzie by sie spotkali a nasz Piotrus by nawet zajarzyl fakty i dodal dziwne zachowanie Cienia z zawiniatkiem ^_^ a ze Eliza jest w bojowym nastawieniu wiec klotnia sama by sie wywiazala...

    *patrzy spod oka i trzepocze rzesami* oj ludzie... czemu wszyscy na mnie skladaja te watpliwa przyjemnosc ;p coz... nie mialam nic przeciwko zwalic tego na cb no ale znaj moja dobroc.. acz sie na ten poczatek naczekasz bo i tak juz wisze paru osobka zaczevia i odpisy... ;p no chyba ze czekac nie chcesz to smialo pisz i sie nie krepuj]

    Eliza

    OdpowiedzUsuń
  96. [Cześć :3 Dziękuję za powitanie! Może stworzymy coś razem, jakieś pomysły? :D]

    Millie Salome

    OdpowiedzUsuń
  97. Podczas przemowy Petera, która dotyczyć miała jego kontaktów z przedstawicielami władzy w innych miastach i prawdopodobnie jego przeszłości kryminalnej, Jones nie mógł się powstrzymać od pokręcenia głową. Dzieciak bez dwóch zdań pchał się w tarapaty, ale nie do starego pirata należało wytykanie mu tego. Choć skoro był jego ojcem, to może właśnie do niego? Choć zabrzmiałoby to niedorzecznie. On, który jako podrostek kradł i oszukiwał, a potem zaciągnął się wśród piratów, miałby poklepać tego dzieciaka po główce i ostrzec go przed tym, jak to życie każe zbrodniarzy. Nie rób tego. Jones już widział jak Peter go słucha w tej kwestii.
    - Mam imię – prychnął rozbawiony. – Hak to właśnie imię, młody. Ale jeśli wydaje ci się nieodpowiednie to możesz mówić Huck, to skrót od Huckelberry, albo i po nazwisku Jones. To całe tato brzmi w naszym wypadku dość niedorzecznie.
    Westchnął cicho i mimowolnie pogładził hak dłonią, wpatrując się w dym papierosowy. Nowojorski odpowiednik starych fajek i cygar jakoś nie przypadł mu do gustu, choć może w ten sposób odzywał się jego sentymentalizm. Po tylu wiekach życia, Huck wciąż pozostawał staroświecki. Święcie wierzył w dawne prawa i obyczaje, choć inni patrzyli przez to na niego z przekąsem. Zwłaszcza kobiety potrafiły być zszokowane, gdy facet z hakiem zamiast dłoni otwierał im drzwi lub przepuszczał w kolejce. Może i był potworem i robił potworności, ale to nie przeszkadzało być mu dżentelmenem.
    - Jak chcesz dorwać swój cień, to zadbaj o to żeby wcześniej nie zejść na raka płuc – rzucił z przekąsem i wyciągnął Peterowi papierosa z ust. Rzucił go na podłogę i przydepnął z odrazą – Jak na raka płuc to przynajmniej z klasą – dodał i wskazał chłopakowi szafkę, na której leżała fajka i cygara. – Przy mnie nie będziesz palił świństw – oznajmił.
    Zawahał się na chwilę, a potem stwierdził, że nie ma nic do stracenia. Jeśli ta cała gadka z rodzicielstwem była podstępem, to wyjątkowo głupim.
    - Spóźniona ojcowska edukacja – rzucił więc z uśmiechem.

    papcio, który wie lepiej

    OdpowiedzUsuń
  98. [Właśnie problem polega na tym, że nie wiem jak ich połączyć. Może poznałby ją wtedy, kiedy jeszcze tańczyła w Pudding n'Pie?]

    Millie S.

    OdpowiedzUsuń
  99. Uśmiechnął się, choć jego uśmiech z natury był zimny. Wilcze oczy w odcieniu przygaszonego złota zalśniły, nie świecąc jednak typowym, bestialskim blaskiem.
    Chłopak był nowy, to już wiedział. Teraz znał też jego imię, choć nie mówiło mu ono wiele. Miał też swego rodzaju spryt, czego Bigby nie mógł mu, cholera, odmówić. Aczkolwiek wyglądał dość podejrzanie, mimo że od razu zaprzeczył winom, które nawet nie zostały mu zarzucone. Czy tak robili ludzie niewinni?.. Szeryf nie wyczuwał kłamstwa, a tym bardziej aury fałszu. Czuł tylko smród ludzkiego potu, wymieszanego z dymem papierosowym i alkoholem. Typowa woń spelun.
    — Nie oskarżam Cię, chłopcze — rzucił ochrypłym głosem, przyglądając się uważnie jego twarzy. Zmierzył go wzrokiem pozbawionym wyrazu, uniemożliwiając mu czytanie z jego mimiki. Cholera, wyglądał naprawdę podobnie do opisu tego mordercy... ale zwierzęcy nos Wolfa nie wyczuwał niebezpieczeństwa, a jego nos rzadko się mylił. Chociaż... zawsze musiał być ten pierwszy raz.
    — Po prostu Fabletown to nie kontynent — kontynuował, sięgając do kieszeni. Wyjął papierosa i zapalił go, zaciągając się cygarem. Wytłumienie zmysłów pomoże mu się skupić i zniweluje smród ludzkich ciał, który docierał do niego o wiele mocniej niż do ludzi. — Nie ma nas tutaj wielu, a każda nowa Baśń jest częścią całości, równie mocną wygnaną co i my... dlatego warto znać swoich podopiecznych — zawiesił głos, znowu chłonąć dym w płuca. — Aby można było ich namierzyć, gdy coś spierdolą... lub gdy im coś zostanie spierdolone...
    Bigby

    OdpowiedzUsuń
  100. [Bardzo, bardzo zmyślny Peter i zmyślny cień jego. Dziękujemy serdecznie za miłe słowo, a jeśli Marzanna się z Jagą kojarzy to i dobrze być może, bo i w Baśni nad baśniami Jaga jest. Jeśli Cieniowi spodobało się, że Marzenka na światło wyszła i ją teraz bardzo dobrze widać, to zapraszamy, wymyślimy coś. A jeśli Piotruś nie raz i nie dwa wróżkowym pyłkiem starał się bywalców Pudding n'Pie obdzielić to i z Marzenką pewnie się znają. Jeśli masz czas, chętnie nad czymś pomyślę :)]

    Thorne

    OdpowiedzUsuń
  101. [Luba przestała mi leżeć, ale jeśli byś chciała, to w sumie miałabym pomysł na wątek z Chelsey ;3 Może lepiej na gg to obgadać lub na poczcie?]

    Lorens

    OdpowiedzUsuń
  102. Pokiwał głową na znak że rozumie. Jutro zjawi się z samochodem. Pewnie przyjedzie rano, albo coś.
    — Nie. Nie potrzebuje żeby przy samej akcji koś mi pomagał, nie potrzebuję nikogo plączącego mi się pod nogami – wypalił niemalże natychmiast. – Chcesz księżycowe kamienie, to fajnie. Dostaniesz je. Plan ustalam sam i ogólnie działam sam od paru ładnych lat. Nie potrzebuję nikogo do szczęścia – spojrzał na Petera, schował ręce do kieszeni i uśmiechnął się nieco cynicznie.
    — Zjawię się jutro z samochodem. Najprawdopodobniej około dziewiątej – powiedział zanim wyszedł z pomieszczenia.

    Will

    OdpowiedzUsuń
  103. Uśmiechnął się była to dosyć kusząca propozycja. Żal byłoby tego nie wykorzystać. Przecież taka okazja może się już nie powtórzyć!
    — To w takim razie ja wracam – powiedział bez zawahania. Przyśle tutaj Artemisa, i jeszcze kilku innych, odpowiednio wielu aby mu nie przeszkadzali, a tych pijaków, którzy leżą zalani i nie będą w stanie się ruszać, to zabije i zabierze ich dusze. To bardzo dobry plan na życie.
    Wyszedł i wsiadł na motocykl i po dosyć długiej jeździe wrócił do bazy operacyjnej. Wmówił Artemisowi, że Peter kazał jemu i chłopakom jechać oraz zabrać nieco pyłku, który umożliwi podróżowanie przez Skrót. Artemis miał podejrzenia odnośnie tego wszystkiego, nawet próbował dzwonić do Petera, ale nagle brakło zasięgu, więc z konsultacji nici.
    — No jedź. Weź chłopaków i jedź, ja tutaj przypilnuję tego wszystkiego. Tak więc spokojnie, ze mną nic się im nie stanie – powiedział uspakajającym tonem. W środku już się cieszył kiedy kilkunastu motocyklistów zniknęło mu z pola widzenia. Teoretycznie mógł już wyjść z ciała Marcusa i rozpętać prawdziwą imprezę, ale jeszcze potrzebował tej nędznej ludzkiej skorupy.
    Przecież w razie czegoś, to oskarżą Marcusa i jego będą szukać…a to że znajdą jakieś sto kilometrów dalej jego zwłoki to już nie jego wina.

    Lucek

    OdpowiedzUsuń
  104. [Dziękuję za powitanie i zgłaszam chęci do wątku! :)]

    ~Mr. Charming~

    OdpowiedzUsuń
  105. [Podoba mi się! Zaczniesz nam?]

    ~Charming~

    OdpowiedzUsuń
  106. [Cóż, przyznam, że nie jest to nic błyskotliwego, ale co powiesz, by Chelsey i Peter się już tak delikatnie znali? Choćby zza lady. Ona podaje mu drinka, parę słów od deski do deski, potem ona może przymknąć oko na jego szemrane interesiki, nawet, gdy ktoś będzie go śledził, tak jak w wątku z Lubą ona pozwoli mu wyjść wyjściem dla pracowników, choć nie powinna i tak jakoś zaświeci nutka porozumienia. Coś w stylu spoko dziołchy w oczach Petera, a Lorens tym bardziej nie ma zamiaru go oceniać, ani wpychać się w jego prywatne życie, wścibskimi pytaniami.
    Po jakiejś zmianie, wychodząc z baru tyłami, mogłaby być zaczepiona właśnie przez gang motocyklowy, do którego należy Paeter, tyle że jego, by tam nie było, dopiero był w drodze. Może to być coś w rodzaju kpiny, nieudolnego podrywu, ogólnie rzeczbiorąc osaczenie drobnej istotki przez stano rechoczących facetów. Wszystko obierze zupełnie inny kierunek, gdy na miejscu pojawi się Peter, a w tym samym momencie na jego oczach Chels rozkwasi najbardziej nachalnemu nos i potraktuje jego cztery litery w mało delikatny sposób XD Może i Lorens na taką nie wygląda, ale lepiej jej nie denerwować.]

    OdpowiedzUsuń
  107. Lucyfer w ciele Marcusa nie próżnował. Przetrząsnął cała bazę, przy okazji zabijając trzeźwiejących członków gangu, jednak wróżek jak nie było tak nie ma. Chyba nie doceniał tego młodego gnojka, pewnie zabrał je gdzieś ze sobą. Pyłku też nie znalazł. Ale za to piekło wzbogaci się o kilkanaście duszyczek, chociaż tyle dobrego z tego wszystkiego.
    No Marcus! Dzisiaj jest twój szczęśliwy dzień! Zostawiam cię w spokoju!
    Po chwili w opuszczonym lunaparku naprzeciwko Marcusa stał on. Ten, który go opętał, istota którą nazywają Lucyferem. Lucjan uśmiechnął się szyderczo do Marcusa, który psychicznie jak i fizycznie był słaby. Był wrakiem człowieka, cieniem samego siebie.
    — No Marcus, a teraz zabij się – powiedział dosyć cicho, jednak człowiek go usłyszał, niczym zahipnotyzowany wyciągnął swój rewolwer i przystawił go sobie do skroni, kiedy Marcus poczuł zimną lufę pociągnął za spust. Jego ciało upadło na ziemię i krew wypływająca z jego głowy znaczyła podłoże na czerwony kolor. Po tym wszystkim zniknął z tego miejsca. Nic go tutaj już nie trzymało. Wszyscy martwi, ewentualne ślady zniszczone rękami Marcusa…no i sam Marcus został zniszczony.
    ***
    Nie pamiętał ile dokładnie czasu minęło od tego wszystkiego, wiedział jednak, że nie zamierza się poddać i nie odejdzie z pustymi rękami. Może ich nawet zabić, wytłuc wszystkich ludzi, a co! Nikt mu nie będzie robił z tego powodu wyrzutów…no może Bóg się trochę zdenerwuje i wyśle na ziemię Michała, Gabriela, czy jakiegoś jeszcze innego anioła. Miał to gdzieś, dokładniej tam gdzie słońce nie dociera.
    Siedział w jakimś obskurnym barze/pseudomotelu i pił kolejną szklankę jakiegoś taniego sikacza, który podobno ma zwalać z nóg. Cóż… chyba złoży reklamację czy coś. A jeszcze nie mógł się skupić na niczym, bo jakaś pijana dziewczyna jednego z motocyklistów łasiła się do niego. „Spadaj” nie powie, „wypierdalaj” też… a przelecieć niby nie wypada….chociaż właściwie skoro ona ma taką ochotę, to dlaczego by nie? Szybko wziął klucz i poszedł z kobietą na górę. Skoro sama chciała i się podstawiała to dlaczego by tego nie wykorzystać?
    Wątpił w to żeby pamiętała coś po nocy spędzonej z nim, ale jego to tam średnio obchodzi. Po trzech godzinach zszedł sam na dół, zamierzał zapłacić za drinki i pokój, który wynajął. No niestety będzie musiał płacić za całą noc, bo kobietka zasnęła po ostatnim razie. Ale to nawet i lepiej dla niego.
    Chciał już nawet wyjść, ale zobaczył kogoś, kogo zdążył poznać. I miał nad tym kimś niejaką przewagę, bo Peter „znał” go tylko jako Marcusa. Gdzieś tam dalej zobaczył jeszcze kilku innych z gangu Petera. Będzie ciekawie.
    Podszedł do siedzącego Petera i przysiadł się.
    — Szukam niejakiego Susa, albo Artemisa – powiedział do chłopaka. – Mam pewien interes do któregoś z nich – uśmiechnął się nieco.


    Lucek

    OdpowiedzUsuń
  108. Lucyfer nieco uniósł brwi ku górze.
    Nie znasz? A to szkoda….bo ja ich znam - pomyślał. Nie zamierzał jednak tak łatwo odpuścić. Chciał chociaż dowiedzieć się, co stało się z ludźmi, których „szukał” razem z Peterem. Skoro miał tutaj pierwszorzędnego informatora, to dlaczego nie skorzystać z jego informacji. Owszem mógłby skontaktować się z kimś „z góry” i dowiedzieć się co to się stało, ale i tak kolejka oczekiwania była długa a też zanim znajdą odpowiednie dokumenty odnośnie ludzi to minie też trochę czasu.
    — Naprawdę? – zapytał jakby zawiedziony. Przecież może pograć i poudawać zawiedzionego kolesia. – A ja myślę inaczej. Sądzę, że po prostu nie chcesz podać mi kilku informacji, a szkoda… Wielka szkoda – wzruszył ramionami i uśmiechnął się szyderczo.
    Nie zamierzał tak łatwo odpuścić, choćby miał stanąć na rzęsach, czy też zabić Petera, osiągnie swój cel. A może by tak jedno słowo rozwiązało język chłopakowi? Nawet nie tyle słowo co czyjeś imię.
    — A może Marcus? Widziałeś się gdzieś, kiedyś z nim? – zapytał w mając nadzieję, że to coś da. W sumie to mógł opętać którąś z pracujących tutaj panienek na godziny i drogą łóżkową wyciągnąłby od niego kilka informacji. Jednak szczerze powiedziawszy Lucyfer powątpiewał w to aby Peter był rozmowny. Mógłby też go upić, ale szkoda było na to czasu i pieniędzy, poza tym efekt mógłby być niezadowalający, bo klient by się upił do nieprzytomności, albo wydarzyłoby się coś jeszcze pokroju pijackiej bójki w jakimś zawszonym przydrożnym motelu.
    — Dobra, Peter. Koniec żartów. Obaj dobrze wiemy, że ich znasz – wycedził przez zęby wściekły Lucyfer. Teoretycznie mógł zacząć bawić się w coś takiego jak zmianę oczu na całkowicie czarne, jakie posiadał w swojej prawdziwej postaci, albo też mógł poeksperymentować z barwą swojego głosu i brzmieć tak jak w piekle. Jednak nie chciał ujawniać swojej prawdziwej tożsamości. – Sus, Artemis, Marcus…nie wciskaj mi kitu, że ich nie znasz, nie miałeś z nimi styczności. Nie zamierzam bawić się z tobą w podchody Peter, szkoda mi czasu – nieco się odsunął, skrzyżował ręce na piersi i spojrzał wyczekująco na chłopaka.

    Lucek

    OdpowiedzUsuń
  109. — Nie, skąd – powiedział ironicznie. – Twierdzisz tak na podstawie tego, że zapisałem cię w kontaktach jako „Palant”?
    Nie zapisał go tak, tak właściwie to nawet nie posiadał jego numeru telefonu. A może i posiadał, tylko, że teraz ciężko mu jest go sobie przypomnieć. Nawet nie było to w tej chwili ważne, czy posiadał jego numer, czy nie posiadał. Najważniejsze było to, żeby zrobił ten pieprzony samochód, a także żeby został na tyłku w tym pieprzonym warsztacie i dał działać profesjonaliście! Bo naprawdę nie miał zamiaru brać Petera ze sobą, nie widziało mu się siedzieć znowu w więzieniu, czy gdzieś indziej. Był raz i nie ma zamiaru więcej razy tam trafić.
    ***
    Tak jak powiedział przyjechał niczym nie wyróżniającym się samochodem pod warsztat. Wysiadł po chwili i rozejrzał się po okolicy. Jak na dziewiątą rano to prawie wcale ludzi nie było. Niby owszem większość była w pracy, ale pewnie też zdarzały się takie jednostki, które nie pracowały tylko spieszyły się na jakieś wykłady, czy coś w tym stylu.
    — Jest twój – powiedział do Petera i rzucił chłopakowi kluczyki od samochodu. – Liczę że będzie zrobiony na czas, w schowku masz forsę – dodał.

    Will

    OdpowiedzUsuń
  110. Zastanawiał się, czy to aby najlepsze wyjście. W każdej swej bajce był bowiem dobrym bohaterem, którego nigdy nie posądzono by o jakąkolwiek zbrodnię. Jego codziennością było opiekowanie się królewnami. Z początku wspaniały interes, dostarczył mu wiele przykrości. Bogactwa, które zgromadził od początku swego życia i które zdobywane było już wcześniej przez jego potomków, stracił w zaskakująco szybkim tempie. Może i kobiety go kochały, lecz gdy łamał im serca, okazywało się, że równie mocno kochały jego pieniądze. W Fable pozostał bez grosza. Postanowił zająć się tym, co wychodziło mu od zawsze najlepiej. Szybko jednak dowiedział się, że klientami byli głównie mężczyźni, którzy liczyli na młodą dziewkę. Daniel zdecydowanie nie należał do ich grona, choć był taki okres załamania, gdzie postanowił znaleźć sobie normalną pracę ze stałym wymiarem godzin. Jednak praca dla księcia, od zawsze była obcym pojęciem. Nie dziw, że wyszedł z taką propozycją do dawnego znajomego. Choć niezbyt mu ufał, to wiedział, że on jako jedyny się do tego nadaje.
    Do baru przyszedł elegancko spóźniony, w jednym ze swoich najlepszych garniturów. Może był to zbytek, ale Daniel miał fetysz na ich punkcie i nigdzie bez nich nie wychodził. Nie musiał się trudzić ze znalezieniem go przy barmanie. Wyglądał dokładnie tak samo, jak w dniu kiedy się poznali. Zamówił dla siebie whisky i usiadł tuż koło niego. Upił odrobinę alkoholu i przywitał się z uśmiechem.
    - Nic się nie zmieniłeś. A ja nigdy nie tchórzę. Ze świecą szukać tak odważnego, jakim jestem! - Jego egoistyczne i narcystyczne ego właśnie się włączyło. Lecz czy pychę i samouwielbienie można uważać za grzech? To tylko zwiększona pewność siebie, która na pewno przyda im się tego wieczoru.

    ~Prince Charming~

    OdpowiedzUsuń
  111. [Mechanicy brzmią równie ciekawie, więc jak najbardziej jestem :D Kto nam ładnie zacznie? :D]

    Chelsey

    OdpowiedzUsuń
  112. — Naprawdę chcesz wiedzieć? – zapytał i uniósł prawą brew. – Pierdol się szczylku – warknął po szwedzku. Miał tyle lat na naukę różnych języków. Poza tym to było bardzo przydatne. Przynajmniej nie potrzebował przewodnika, ani tłumacza. Poza tym…może kiedyś w innych okolicznościach to nawet i przespałby się z Peterem…ale nie teraz.
    — No dobra…skoro tak – wzruszył ramionami. Wyciągnął z kieszeni kurtki paczkę papierosów oraz zapalniczkę. Zamierzał nieco pobawić się z Peterem , chociaż z tego co mu się wydawało to chłopak nie jest typem takiego, który będzie chciał zwrócić na siebie zbyt dużą uwagę. – Jestem przyrodnim bratem Marcusa. Nie widzieliśmy się kilka latek, chciałem się z nim spotkać. Do tego też kiedyś miałem przyjemność poznać Susa i Artemisa, krótki epizod…kiedyś mi pomogli. Dawno, temu, kiedy byłem małym szczylem. – powiedział. Miał nadzieję, że łyknie haczyk. Poza tym Marcus naprawdę miał brata i do tego przyrodniego. Tylko że nie wspominał o nim za często, kiedyś tam przebąknął kilka razy o nim.
    Zaciągnął się papierosem i po chwili wypuścił szary dym z ust. Spojrzał na Petera…powinien łyknąć to. Sus i Artemis z całą pewnością wiedzieli o młodszym, przyrodnim bracie Marcusa. Może powiedzieli Peterowi o niejakim Johnie, może nie wspominali.

    Lucek

    OdpowiedzUsuń

  113. Wbrew pozorom Will nie zamierzał okradać zakładu w którym obecnie pracował Peter. Nie bawił się w takie małe kąski, które chyba nic dla niego nie znaczyły. Zdecydowanie bardziej wolał raz na jakiś czas okraść galerię sztuki, albo zrobić napad na bank. Ewentualnie okraść kogoś z zamożniejszych.
    ***
    — No i świetnie – powiedział z lekkim uśmiechem. – Gwarancja? Prawie wcale nie daję gwarancji…ale cóż… skoro nalegasz, to niech ci będzie – wzruszył ramionami. – Po pierwsze nie robię tego po raz pierwszy, po drugie nie widzi mi się wracanie do pudła na kolejne kilka lat. Poza tym jaki interes miałbym w tym, żeby nasyłać na ciebie gliny? – zapytał retorycznie. – No i oczywiście jeszcze chyba nikt nie skarżył się na moją „firmę”. Przyniosę ci to co będziesz chcieć.
    Może był zbyt pewny siebie, ale należy stwarzać takie pozory. Poza tym nikt nie zaufałby jąkającemu się złodziejaszkowi, prawda? Chociaż tyle, że Will się nie jąkał i nauczył się trzymać nerwy na wodzy. Przynajmniej nie wszyscy od razu wiedzieli, kiedy kłamie. Oczywiście zdarzały się i takie osoby, które od razu poznawały kiedy kłamie…taki szeryf na pewno wiedział kiedy kłamał.
    — Raczej „moje słowo” nie jest odpowiednim zabezpieczeniem, czy też i gwarancją…ale z całą pewnością moje umiejętności, i to że kiedyś Sus korzystał z moich usług…to powinno ci wystarczyć.

    Will

    OdpowiedzUsuń
  114. [ Wybacz wyrodnemu ojcu! Tak długo kazałam ci czekać, przepraszam. Jakoś nie miałam serca do pisania Hakusiem. Taki tam kryzys. Ale już staram się ogarnąć, choć niczego nie gwarantuję xD
    W każdym razie wybacz <3333 ]

    Uśmiechnął się półgębkiem i spojrzał na chłopaka przychylniejszym okiem. Był pewnie, ze on też wolałby uciec w takiej sytuacji. Ojciec, o którym nigdy nie myślał nagle pojawił się pod ręką. Ojciec, którego nigdy nie było. Jeśli Huck na miejscu Petera zdecydowałby się na spotkanie po latach, to prawdopodobnie tylko po to, by ojcu wygarnąć i przywalić w twarz. Na szczęście chłopak powziął inne kroki. Biorąc pod uwagę to, że był Piotrusiem Panem, to stało się bardzo dobrze. Jones wiedział, że nie darowałby dzieciakowi życia, gdyby ten okazał choć odrobinę agresji. Wszystko przez Nibylandię. Te cholerną Nibylandię, której jego syn nie pamiętał. Fakt tej amnezji najbardziej pirata intrygował i zapisało sobie gdzieś w podświadomości, że powinien się jakoś tym zająć. W końcu chodziło o jego syna.
    Tak. Podświadomie już to zaakceptował. Choć jego umysł krzyczał nie, to serce w jakiś dziwny sposób go zagłuszyło. To też Huck dłużej już nie roztrząsał tego i w myślach zaczął chłopaka nazywać synem. Było tylko kwestią czasu kiedy zacznie to robić także na głos.
    Potem rozległ się dźwięk dzwonka w telefonie. Huck bez słowa przysłuchiwał się rozmowie syna, cały czas lustrując go wzrokiem. Choć sam dialog, a raczej ta połowa, którą słyszał Jones, wydawał się bez sensu, to on bardziej skupił się na postaci Petera. Wyglądał młodo, choć był już dorosłym mężczyzną, a nie małym chłopcem. W jego oczach co prawda wciąż kryły się te same buńczuczne iskierki, uśmiech mu się nie zmienił, ale ta dziecięca radość gdzieś zniknęła. Na twarzy młodego wyraźnie odrysował się ból i przejścia, które najwyraźniej miał na koncie. Było to widać też w całej postawie chłopaka. Młode, dobrze zbudowane ciało, ale jakby uginało się pod jakimś niewidocznym ciężarem.
    Wtedy właśnie Huck zrozumiał, że to pod żadnym pozorem nie był jego wróg. To nie ten dzieciak, z którym walczył, który chętnie by go zabił. Tamten zdawał się być głupcem bez uczuć, zbyt niedojrzałym by w ogóle o emocjach myśleć. Ten stojący przed Jonesem, jego syn, zdecydowanie uczucia posiadał.
    Z zamyślenia wyrwało go dopiero pytanie syna skierowane prosto do niego. Zamrugał kilkakrotnie oczyma i wbił spojrzenie błękitnych oczu w Petera. Chwile zajęło zanim zrozumiał, o co został spytany. Chodziło o Lucy. O jego ukochaną nimfę, choć dopiero od niedawna wiedział, ze nimfą była.
    - T… T… Tak – wydukał wreszcie i otrząsnął się całkowicie ze swoich myśli.
    Jeszcze kilka strasznie długich sekund gapił się głupio na syna, a potem zerwał się na nogi. Chodziło o Lucy!
    - Myślisz, że coś jej grozi? – prawie wykrzyknął z przejęciem, chwytając Petera za ramiona.
    Huck rzadko dbał o innych ludzi. W Fabletown nie było żadnego z nich, do czasu, gdy odnalazł się z Lucy. Była jedyną istotą na całym świecie, o którą dbał, o którą się martwił i troszczył. No… Choć z drugiej strony był teraz jeszcze ten chłopak… Jego syn. Dzieciak, którego zdecydowanie zaniedbał. Z tego względu był na siebie zły. Żadne dziecko nie zasługiwało na los sieroty, wiedział to aż za dobrze, bo sam tego losu doświadczył.
    - Czy coś grozi mojej Lucy… - powtórzył, mocniej ściskając ramiona Petera i wpatrując się w niego przerażonymi oczyma – synu?
    Nie chciał dodawać tego słowa. Nie pomyślał o dodawaniu go. Jakoś tak samo mu się wyrwało. No i potem jeszcze chłopaka przytulił! Co się do cholery z nim działo?
    - Przepraszam – wyszeptał – Nie powinieneś był dorastać samotnie – oznajmił – Ja powinienem być przy tobie. Nawet jeśli zamierzasz twierdzić, że nic nie szkodzi i nic się nie stało. Przepraszam.
    To musiała być wina tej dziwnej atmosfery, tego tajemniczego skrzypienia, które przypominało szept, tego zapachu, który kojarzył mu się z kobiecym ciałem i rudymi włosami. Jakieś dziwne siły igrały z jego sercem i duszą, a Huck nie mógł się im oprzeć.

    tatusiek, który poddał się emocjom

    OdpowiedzUsuń
  115. [Okej, jestem teraz w fazie uwielbia dla Dana Stevensa, więc już kocham Petera. :D Poza tym, zawsze kochałam Piotrusia. Więc tak, tak, tak, tak, chcę wątek. :D
    Fanny może być jego prywatną pielęgniarką! Co Ty na to, by zrobić z nich sąsiadów? Peter jak ognia unika ludzi w kitlach, Fanny mogła to kiedyś zauważyć. Na początku zajmowała się nim pewnie trochę na siłę, ale z czasem chyba Peter przestałby próbować ją wyrzucać? ;D]

    Fanny

    OdpowiedzUsuń
  116. [Ale ja też jestem w niej od dawna! Zakochałam się w Danie w Downton Abbey i w Gościu, wypraszam sobie, żadna ze mnie sezonówa! :D

    Zacznę, coś wymyślę. :D]

    Fanny

    OdpowiedzUsuń
  117. — Powiedzmy. Chociaż wydaje mi się, że raczej załapałem się na początki kamienia gładzonego – uśmiechnął się lekko. Lucyfer zastukał palcami o blat stolika, który chyba ścierki dawno nie widział.
    Ludzie - prychnął w myślach. Żywił do śmiertelników pogardę…ale o dziwo nie do wszystkich. Lubił tych, którzy zrobili wiele złego, którzy mu ulegli. Ich trochę lubił.
    — Mówiłem, że jestem jego PRZYRODNIM bratem. Wdałem się w ojca raczej – wzruszył ramionami. Przecież przyrodnie rodzeństwo raczej rzadko kiedy było do siebie podobne.
    Udał zdziwienie na wieść o śmierci Marcusa. Dobrze wiedział jak ten nędzny karaluch skończył swój żywot. Był przy tym i miał naprawdę niezły ubaw. Jeszcze większy ubaw miał chyba wtedy, kiedy Marcus wzbraniał się przed zabijaniem swoich ziomków z gangu.
    — Ale…jak? Co się stało? – zapytał – Policja? Inny gang? – spojrzał na niego. W sumie to mógłby wyskoczyć z pytaniem, gdzie jest ciało Marcusa, bo jednak wypadałoby „braciszka” pochować „po bożemu”. To byłby chyba jeden z lepszych żartów Lucyfera.

    Lucek

    OdpowiedzUsuń
  118. — Chłopie, jak chcesz to mogę ci nawet wszy zarażone Tyfusem przynieść – wzruszył ramionami. – Mnie to rybka jest.
    Uśmiechnął się; właśnie udało mu się ugrać całkiem dobrą opcję. Przecież mogło być gorzej. Mogli siedzieć tutaj i kłócić się o to, czy Will zabierze Petera ze sobą, czy pojedzie sam. Osobiście wolał pracować sam. Mniejsze ryzyko wtopy, a jeśli już zostałby złapany na gorącym uczynku to poszedłby siedzieć za swoje, a nie że ktoś zwaliłby na niego całą winę byleby nie pójść siedzieć na kilka lat. No bo w końcu jak przekona się sąd, to można sobie odciąć kilka ładnych latek z wyroku.
    Chociaż dla Willa to było obojętne. Dla niego czas się zatrzymał. Niby się starzał, ale nie było po nim tego widać. Co oczywiście wzbudzałoby (w przypadku długiego wyroku) dosyć spore podejrzenia.
    — Na kiedy konkretnie chcesz mieć ten kamyczek? I ile sztuk? – zapytał. Na całe szczęście wiedział jak to ustrojstwo wyglądało. Przy dobrych wiatrach może nawet uda mu się zabrać trochę towaru dla siebie? Mógłby podreperować swój budżet. Poza tym pewnie ktoś z wielką przyjemnością kupiłby taki kamyk za dosyć pokaźną sumkę.

    Will

    OdpowiedzUsuń
  119. [Również myślę, że powinni się dogadać. Z chęcią napiszę jakiś wątek, tylko powiedz na co masz ochotę c:]

    Anthony Miller

    OdpowiedzUsuń
  120. [Czyli chcesz z Petera zrobić owego pana z mojej karty? Pasuje mi to. Anthony potrzebuje ochrony, nawet desperacko. To określ jeszcze na jakiej zasadzie to towarzystwo miałoby wyglądać, bo mój pan mógłby ten romans traktować poważnie lub tylko jako pracę.]

    Anthony Miller

    OdpowiedzUsuń
  121. [Pasuje mi to. Mogę poprosić Cię o zaczęcie, czy zgrzeszę tym bardzo? Zaczynanie nie jest moją ulubioną rzeczą i idzie mi to dość opornie. Szybko jednak odpisuję ;p]

    Anthony Miller

    OdpowiedzUsuń
  122. Podróż była długa. Zdecydowanie za długa jak dla niego, ale czego się nie robi dla pieniędzy i zarobku? Chłopak musiał przyznać, że jego życie odpowiadało mu w stu procentach. Nie mógł powiedzieć, jak bardzo cieszył się, że jego życie potoczyło się właśnie w taki sposób. Dla innych określenie chłopiec do towarzystwa było obrazą i wypowiadano je z odrazą, nie wiedząc jak bardzo może być to przyjemna fucha. Oczywiście większość ludzi kojarzyła ten zawód z seksem i umilaniem życia starym ludziom, na których inni nie chcą zwracać uwagi. W większości przypadków właśnie tak było, ale dzięki temu Miller mógł opływać w bogactwie i drogich rzeczach. Miał wszystko, czego tylko chciał. Drogie obrazy wisiały w jego apartamencie, a on patrzył na nie codziennie. Wiele dzieł miał które należały do niego znajdowały się w galeriach, które dodatkowo płaciły mu, by móc je wystawiać. Chłopak miał drogie biżuterie, meble i markowe ubrania. Był niczym książę, nie muszący kiwnąć nawet palcem, bo to wszystko trafiało do niego jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Głupi ludzie oddawali mu to wszystko z własnej woli. Pieniądze również wpływały na konto, chociaż nie zawsze w uczciwy sposób.
    Wycieczka do Las Vegas miała upłynąć spokojnie, a on miał zarobić zostawiając swoją kolejną ofiarę z niczym. Miał już ułożony cały plan, ale ten nie wypalił, gdyż chłopak nie przewidział, że jego kolejny klient jest zapalonym hazardzistą i że straci wszystko podczas gr w pokera. Tak nie lubił się bawić, więc gdy tylko się o wszystkim dowiedział, to zabrał wszystkie swoje rzeczy i ruszył w drogę powrotną, a ta nie była miła.
    Przed wyjazdem zatrzymał się w jakimś obskurnym hoteliku. Nie zależało mu już na wygodach, gdyż jedyne o czym zdołał myśleć, to chęć powrotu to domu i zmycie z siebie porażki. Nie lubił jednak wracać z niczym, więc zabrał ze sobą rzeczy, które zdążył kupić mu ten pieprzony hazardzista, zanim stał się bankrutem.
    Nie pasował do tego miejsca, to fakt. Bił od niego luksus, w którym lubił przebywać. Pieniądze działały cuda, o czym Anthony zdążył się przekonać już dawno. Obietnica zapłacenia kilka nocy z rzędu w zamian za spokój i możliwość korzystania z baru bez okazywania dowodu załatwiła sprawę szybko. Recepcjonistka nie protestowała i dodatkowo obiecała, że jeśli ktoś miałby zamiar go szukać, to kobieta miała powiedzieć, że nigdy go nie widziała. Czy to nie było piękne? Mógł mieć innych w garści mając zaledwie dwadzieścia jeden lat wpisanych w metrykę, a wystarczyło tylko pomachać odpowiednim nominałem.
    Jego pokój był duży. Zapewne jeden z większych w hotelu. Zasługiwał na to. Chciał odpocząć. Postanowił, że spędzi tam nieco więcej czasu niż z początku zakładał, bo w końcu czemu by nie? Gdy się odświeżył i przebrał, to zszedł do baru. Rozejrzał się po gościach, z których żaden nie wyglądał na wybitnie majętnego. Szkoda.
    Dumnie wszedł do środka, ściągając na siebie uwagę innych. Wyróżniał się i podobało mu się to, że wzbudza zainteresowanie. Zamówił pierwszego lepszego drinka z wódką, którego szybko zaczął pić. Miał zamiar spić się do nieprzytomności i obudzić w łóżku, nie wiedząc jak w ogóle tam trafił. Nie interesowało go przy tym, czy będzie to jego łóżko, czy też nie. Upił kolejnego łyka i wtedy właśnie zauważył pewnego mężczyznę, który wpatrywał się w niego.
    – Czegoś chcesz, że się tak wgapiasz? Znamy się? – zapytał, podchodząc do mężczyzny.

    Anthony

    OdpowiedzUsuń
  123. – Ależ skąd – zaprzeczył od razu. Oczywiście, że się nie zgubił. Z początku nie zdawał sobie sprawy z tego, że wzbudzi zainteresowanie, które może okazać się niebezpieczne. Problemów oczywiście nie chciał, bo nie miał ochoty na przepychanki. Nie były mu one w smak i nigdy się w nie nie wdawał. Ludzie w Fabletown wiedzieli, że chłopak był nietykalny, tutaj było z tym gorzej.
    – Lubię adrenalinę, ale nie przepadam za brawurą – mruknął, gdy tylko przebiegł wzrokiem po ubiorze jak i całej aparycji swojego rozmówcy. Od razu zrozumiał, że nie ma do czynienia z byle kim. Chociaż mężczyzna wtapiał się w tłum i zdawał się nie wyróżniać, to jednak miał coś w sobie, co sprawiało, że był inny na tle obecnych tu ludzi, którzy niebezpiecznie zaczęli się im przyglądać. Oczywiście chłopak znegował to, bo wciąż był zbyt pewny swojej nieśmiertelności i temu, że nic mu nie zagraża.
    Po chwili odwrócił się w stronę mężczyzny, który wcześniej grał w bilard a teraz bacznie mu się przyglądał. Uśmiechnął się nieco na samą myśl tego, że ktoś planował zrobić mu coś. Może ukraść garnitur i pieniądze, które chował w portfelu w kieszeni. Ludzie dla pieniędzy mogli zrobić wszystko, nawet zabić. Anthony dopił drinka do końca, pozwalając, by alkohol przyjemnie palił jego gardło. Nie wiedział ile miał czasu zanim zacznie działać na jego organizm, ale wciąż myślał jasno.
    – Nie, jestem tutaj tylko przejazdem. Odpoczywam po długiej podróży – powiedział. – Moi przyjaciele wiedzą, że tutaj jestem i wkrótce do mnie dołączą – skłamał, mając nadzieję, że w ten właśnie sposób odwiedzie innych od pomysłu robienia mu krzywdy. Myślał, że jego słowa wystraszą ewentualnych napastników, bo w końcu nikt nie krzywdzi kogoś, kto ma przyjaciół mogących nakopać innym.

    Anthony

    OdpowiedzUsuń
  124. On sam nie wiedział, czego tutaj szukał. Na pewno nie oczekiwał, że znajdzie tutaj szczęście. Oczekiwał jedynie spokoju, o którym chyba mógł zapomnieć. Może zwracanie na siebie uwagi nie było wcale takie fajne, jak mu się wydawało. Westchnął i przełknął ślinę. Odwrócił się do mężczyzny przy stole bilardowym i posłał mu nic nieznaczący uśmiech.
    – Księżniczki czy nie, nikt nie chciałby się z nimi spotkać – odpowiedział, zmyślając wszystko. Wiedział, że niektórzy nie odpuszczą łatwo, ale co mogli mu zrobić? Nie mogli go zabić, gdyż wszelkie urazy i tak odbijały się na obrazie, a ten był ukryty w miejscu, o którym wiedział tylko Miller. Był pewny, że nic poważnego mu się nie stanie, ale nie znaczyło to, że nie będzie cierpieć, jeśli zaczną go bić.
    – Podziękuję za wspólną rozgrywkę. Osobiście zajmuję się innymi kijami – odparł szczerząc zęby. Oj wiedział, że nie powinien, ale nie mógł się powstrzymać. Może jednak nie skończy się to tak źle, jak się zapowiada. Mężczyzna z bilardowym kijem wyraźnie spoważniał, wyglądał tak jakby w tym momencie jego złączki przegrzewały się, a mózg pracował na najwyższych obrotach, by móc wymyślić jakąś ripostę. Odwrócił się ponownie do swojego towarzysza, który go zaintrygował.
    – Ty również w jakiś sposób nie wydajesz się tutejszy, popraw mnie jeśli się mylę – zwrócił się do niego – Zanim miły jegomość zdecyduje się co zrobić i rozpocznie się burda, może powiesz, co tutaj robisz? – zapytał z niekrytą ciekawością.

    Miller

    OdpowiedzUsuń
  125. Pokiwał głową ze zrozumieniem. Wiec to tak to wszystko wyszło…dosyć…ciekawie. Oczywiście nie wspomniał o najważniejszym, że Marcus walnął samobója ale przed tym wybił kilkunastu z gangu. Chyba, że o tym nie wiedział…ale nie przecież mówił o śmierci jego „brata”. Czy też bardziej tymczasowego ciała…żywiciela swoistego.
    — John. Możesz mi mówić John, Teo brzmi pedalsko – odpowiedział z lekkim szyderczym uśmieszkiem. – Może widziałem…może nie widziałem – oparł się wygodniej na krześle i spojrzał na Petera. – Powiedz mi…dlaczego miałbym ci to powiedzieć? Czy to takie ważne jest? Wątpię. Każdy ma na świecie swojego sobowtóra, więc nie przesadzaj… - wzruszył ramionami.
    Już miał wstawać i pożegnać się z motocyklistą, ale coś tknęło Lucyfera aby zostać i powiedzieć coś zupełnie odwrotnego od zamierzonego.
    — Jeśli chcesz to mogę ci pomóc ze znalezieniem gościa, który jest do ciebie podobny – powiedział. – Wiesz…z naszej dwójki to ja nie jestem ani razu notowany, policja mnie nie zna. Mogę w jakiś sposób pomóc – prawy kącik ust lekko uniósł w uśmiechu. – To jak? Skorzystasz z takiej pomocy? Czy mam może sobie iść?

    Lucyfer

    OdpowiedzUsuń
  126. — A czy wariat albo psychopata wygląda jak ktoś niezrównoważony psychicznie? – zapytał. – Bo ja wiem? Może chciałbyś zrobić jakąś broń biologiczną i byłyby ci potrzebne wszy z tyfusem. A broń biologiczną chciałbyś stworzyć aby odegrać się na ludziach z jakiegoś gangu, albo coś.. Chociażby po to, żeby wypierdzielić Adwersarza ze swojej bajki.
    Pokiwał głową z miną „da się załatwić”. Bo jak on tego nie załatwi to kto to zrobi? Ano nikt. Uniósł pytająco brew. Już miał wejść w to wszystko, ale chyba nie widzi mu się zdychanie w męczarniach czy coś. Właściwie to znał kogoś, kto mógłby się podjąć tego wszystkiego.
    — Życie mi jeszcze miłe – odpowiedział. – Ale chyba znam kogoś, kto powiedzmy jest takim… „świętym” chodzącym po ziemi. Facet lubi ryzyko i wydaje mi się, że może pójść na taka robotę – podpowiedział. W końcu może nie mieć kogoś kto byłby gotów znaleźć danego gościa. A Willowi wydawało się że pewien diabeł zechce pobawić się w tropiciela.
    — Jest tylko jeden mały problem. Obecnie go nie ma tutaj w Fabletown. Wyjechał – oznajmił – I nie wiem niestety kiedy wróci. Może pojawić się za dwa dni, dwa tygodnie, dwa miesiące…albo i pół roku – wzruszył ramionami. – Jeśli chciałbyś to dam ci namiary na niego.

    Will

    OdpowiedzUsuń
  127. [Wybacz tę zwłokę, normalnie odpisuję szybciej, ale życie mnie pochłonęło i nawet nie wiedziałam, ile czasu minęło. :D Spodziewaj się rozpoczęcia niedługo!]

    Fanny

    OdpowiedzUsuń
  128. Zapowiadało się na niezłą burdę, a do awantur to Anthony się nie nadawał. Owszem, często był ich świadkiem, ale nigdy bezpośrednim uczestnikiem. Może przychodzenie tutaj nie było wcale takim dobrym pomysłem i powinien siedzieć w swoim pokoju i faktycznie odpoczywać? Jego śmiałość i beztroska kiedyś faktycznie sprowadzi na niego poważne kłopoty. Postanowił się ulotnić. Tak, była to dobra decyzja. Ulotnić się, zanim w ogóle miał na to czas. Został jeszcze powstrzymany przez swojego rozmówcę, a raczej przez widok jaki zobaczył.
    Reszta wydarzyła się już szybko. Po tym gdy agresywny mężczyzna, szukający zaczepki został powalony na ziemię, zebrali się inni chętni do bójki. Anthony skupił jednak całą swoją uwagę na mężczyźnie, z którym rozmawiał chwilę temu. Teraz wydawał mu się jeszcze bardziej interesujący niż przedtem. Nie mógł zostawić tego od tak, więc postanowił, że pozna tajemniczego jegomościa, choćby miało to sprowadzić na niego poważne kłopoty. Kto wie, może wyjdzie z tego coś interesującego i odpoczynek w tym hotelu nie skończy się źle, a Miller zabawi się i rozerwie.
    Gdy w grę wszedł dziwny proszek Tony miał niemal stuprocentową pewność, że substancja w woreczku nie jest legalna. On sam z narkotykami miał do czynienia tylko kilka razy w swoim życiu i chociaż nie robiły mu one większej krzywdy, to nie chciał powtarzać tego okresu. Swoje już spróbował, zabawił się i później żałował. Ten etap miał w swoim życiu. Jak się jednak okazało, proszek ten narkotykiem wcale nie był. Tak, tajemniczy jegomość wcale nie był zwykłym motocyklistą, za jakiego uważał go blondyn.
    – Co to jest za proszek? – zapytał, gdy tylko wyszli z baru. Jego ciekawość zagrała w tym momencie pierwsze skrzypce, a on łapczywie patrzył na miejsce, w którym obcy mężczyzna schował niewielki woreczek. Gdyby oczy mogły się ślinić, to podłoga w tym momencie zrobiłaby się mokra. Anthony chciał się dowiedzieć o tym wszystkiego i to za wszelką cenę. – Zrobiłbym wszystko, żeby dostać odrobinę – wypalił w końcu, nie czekając na odpowiedź.

    [Wybacz, że tak długo nie odpisywałem, ale nauka zmusza mnie do odpisywania jedynie w weekendy :c]

    Anthony Miller

    OdpowiedzUsuń
  129. Wzruszył ramionami. Wypił na raz alkohol, który był w szklaneczce…zupełnie jakby pił wodę z kranu. Lucek nie był alkoholikiem, on po prostu lubił wypić więcej i częściej niż inni ludzie, zważywszy na to, że mimo wszystko ciężko jest doprowadzić diabła do stanu nietrzeźwości (jednak Polak i Rusek potrafi). Ciężko jest więc zobaczyć pijanego Lucyfera…ale tak naprawdę pijanego.
    — Co chcę w zamian? – zapytał – Powiedzmy, że jestem dobrym duszkiem z paczki chipsów i akurat w moim kalendarzu widnieje przy dzisiejszej dacie czerwony oczojebny napis „DZIEŃ DOBROCI DLA ZWIERZĄT” – powiedział z szyderczym uśmieszkiem. – Dlaczego? Powiedzmy, że mam swoje powody, które w tej chwili nie są ważne. Wystarczy, że będziesz wiedział tylko tyle, że nic od ciebie nie chcę w zamian.
    Spojrzał na Petera i niemrawo się uśmiechnął. „Rozmowy na osobności” różnie się kończyły w Lucyferowym wydaniu. Raz ktoś lądował z obitą mordą, raz podpisywał cyrograf, jeszcze innym razem ktoś lądował na ziemi bez życia.
    — Masz może jakieś takie miejsce? – zapytał wyciągając z kieszeni paczkę papierosów i zapalił jednego z nich. Podsunął paczkę Peterowi…gdyby tamten miał ochotę na fajkę.

    Lucek

    OdpowiedzUsuń
  130. — Czy ja wiem… to tylko przykład – wzruszył ramionami. Spojrzał z niejakim zdziwieniem na Petera. Ne wiedział co mógłby odpowiedzieć, z jednej strony średnio go interesowało to gdzie jest Adwersarz, z drugiej odczuwał swoisty niepokój. – Mam to gdzieś…średnio mnie obchodzi gdzie aktualnie jest Adwersarz i dlaczego jest tam a nie tu – odpowiedział.
    Nie zauważył z początku że na chodniku rysuje się tylko jego cień, a cień należący do Petera jakoś…zniknął…poszedł sobie na takie piwo, albo do sklepu na zakupy. Dostrzegł to przez przypadek, kiedy słońce mocniej zaświeciło i musiał na chwile odwrócić wzrok. Wtedy zobaczył tylko jeden cień
    — Czyżby pan Peter Storm zgubił swój cień? – zapytał i nieco szyderczo się uśmiechnął. Chyba nie do końca zdawał sobie sprawy z tego, że cień należący do Petera grasuje sobie i korzysta z życia.
    Jednak w przypadku Willa brak cienia byłby chyba jakimś atutem…nie wytropiono by go, byłby w pewnym sensie niewidoczny. A to w złodziejskim fachu się przydaje.
    — Nie ważne – machnął ręką. – Będziesz miał swoje kamyczki, jak dostanę samochód – powiedział w końcu. – To ja ci nie przeszkadzam, a sam idę na randkę z pewną miłą panią z banku – dodał i odszedł pozostawiając Petera samemu sobie.

    Will

    OdpowiedzUsuń
  131. W gruncie rzeczy nie oceniał ludzi z góry, choć w jego przypadku było to raczej niemożliwe; wyczuwał ludzką psychikę, potrafił zwęszyć kłamstwo i orientował się, gdy ktoś próbował go oszukać.
    Dlatego od razu zwęszył zawirowania wokół stojącej przed nim osoby. Na pewno nie mówił prawdy; nie był jednak pewien, czy karmi szeryfa półprawdami, czy raczej totalnym fałszem.
    — Z pozoru nieszkodliwi mogą być największymi wrogami — uśmiechnął się kącikami ust, a jego wilcze złote oczy niebezpiecznie zabłyszczały. — Nie wątpię, że łatwo Cię wywęszę. Ale nie wiem, czy można to powiedzieć o innych — Wilczy węch zawsze sprawiał, że mu się udawało. Wystarczyła kropla krwi, drobna próbka, aby namierzył szukanego osobnika.

    Bigby

    OdpowiedzUsuń
  132. Czuł się z tą całą sytuacją bardzo dziwnie. Miotały nim ambiwalentne odczucia. Z jedne strony ze wszystkich sił nie chciał wierzyć w to, co mówił mu Peter, a z drugiej jakiś cichy głosik, który zdawał się nie należeć do niego, szeptał mu, że ma wobec dzieciaka wielki dług, że to wszystko jest prawdą i że powinien się nim zaopiekować. Nie podobały mu się te nagłe ojcowskie zapędy i najchętniej by się ich pozbył. Najchętniej cofnąłby te zbytnie spoufalanie się z dzieciakiem. Odniósł wrażenie, że się zbłaźnił. Zwłaszcza, gdy Peter się zaśmiał. Ten śmiech nie powinien go dotknąć, powinien po nim spłynąć. Przecież Jones nigdy nie przejmował się tym, co myśleli o nim inni. Miał to w głębokim poszanowaniu i zachowywał się dokładnie tak, jak miał na to ochotę. Ale śmiech Petera zakuł go prosto w serce. Tak jakby Huck chciał żeby to wszystko wyglądało inaczej. Jakby chciał, żeby naprawdę byli rodziną. Normalną. No i ten śmiech. Tak... Podobny do śmiechu, który już kiedyś słyszał. Słodkiego i przyjemnego, a jednak porzuconego.
    Nie. Te myśli zdecydowanie mu się nie podobały. Powinien skupić się na Lucy skoro może coś jej grozić. I to ze strony Cienia, czyli Piotrusia Pana, którego znał z Nibylandii. Przynajmniej na to by wychodziło. A wiec ze strony najgorszego potwora, jakiego poznał.
    - Och naprawdę mnie irytujesz, młody - przyznał przez zaciśnięte zęby. - Naprawdę uważasz się za zwykłego dzieciaka? Mimo ze twój Cień pląsa sobie w pojedynkę, a ty posiadasz wróżki i widziałeś jak ludzie latają? Nie. Gdybym o tobie wiedział wcale bym cię nie trzymał jako małpki pokładowej. Zdajesz się naprawdę nie pamiętać, co robiłem, wiec nie ma sensu ci tego tłumaczyć. Po prostu gdybym był ci ojcem to i mi, i tobie życie zapewne ułożyłoby się przyjemnej. Uniknęlibyśmy wielu katastrof. Ale o tym pogadamy innym razem, gdy już zrozumie co się stało z twoją pamięcią. Po drodze dostaniesz swoją whisky i złote dukaty - wyrecytował spod zmarszczonych brwi.
    Był na siebie zły. Och jak bardzo był na siebie zły za tę chwilę wzruszenia. Czy on właśnie przytulił dzieciaka, który nosił twarz jego największego wroga? Czy pozwolił sobie na ludzki gest szczerego serca tylko po to, żeby zostać wyśmianym? Brawo Huckelberry. Zostałeś papciem roku.
    - A butów bym ci nie wiązał nawet, jakbyś o to poprosił - dodał jeszcze, wywracając oczyma.
    Zdecydowanie powinien rozstrzygnąć kwestię amnezji chłopaka. Przynajmniej ją zrozumieć. Bo może przywrócenie Peterowi pamięci wcale na dobre by nie wyszło... Ale to potem. Pogada z Tytanią, spróbuje się czegoś dowiedzieć. Teraz na pierwszym miejscu byłą Lucy.
    - To jedźmy - podsumował i skinął głową na drzwi.

    tatusiek, któremu przeszła chwila wzruszenia XD

    OdpowiedzUsuń
  133. Zaśmiał się ze słów Petera. Nie był to śmiech diabła, ale był równie…przerażający. Spojrzał na swojego rozmówcę, zacisnął swoją prawą dłoń w pięść i po chwili rozprostował swoje palce.
    — Nie wierzę w sens Caritasów, i innych akcji charytatywnych – powiedział. Miał nawet dopowiedzieć, że w kościół też nie wierzy, a w Boga to wcale…ale jednak, on jako jeden z niewielu wiedział, że Bóg jest. Tylko, że no cóż… Nie utrzymywali ze sobą najlepszych kontaktów.
    Wszedł do pokoju Petera… zdziwiło go trochę to, że najpierw jakby coś sprawdzał. Zauważył też, że zamknął pewien kuferek, który później położył w inne miejsce. Nie zamierzał siadać na krześle, nie zamierzał też pić z brudnej szklanki. Nie był żadnym francuskim pieskiem, po prostu…wolał nie ryzykować.
    — Co mogę? - wszystko mogę - Co tylko zechcesz. Chcesz przejechać przez miasto, z dala od różnych jednostek policyjnych, które patrolują ulice? Do tego wolałbyś aby kamery nie zarejestrowały ciebie jak pędzisz przez miasto? – zapytał retorycznie. – Da się załatwić. Jeśli chciałbyś, to mogę specjalnie dla ciebie zrobić tak, że policja z jakiegokolwiek komisariatu…zapadnie się pod ziemię. Wyparuje… - wzruszył ramionami. – Powiedz po prostu czego oczekujesz, czego chcesz, bądź pragniesz. Nie jestem co prawda wszechmogący, więc nagle miliona dolarów nie dostaniesz, willi z basenem też nie – uśmiechnął się do Petera. – Pytaj, mów, wystukaj morsem…rób co chcesz.

    Lucek

    OdpowiedzUsuń

  134. Wracał do swojego mieszkania, kiedy zobaczył kogoś, kto był łudząco podobny do Petera…ale coś mu podpowiadało, że to nie jest Peter. Może nie należał do ścisłego grona osób ciekawskich, ani takich, które obchodzi coś więcej niż jego własne widzimisię. Ale jeśli Peter mówił prawdę i cień zechce zrobić jakąś rozpierduchę, to należało się go w jakiś sposób pozbyć.
    Uśmiechnął się lekko, tak jak miał w zwyczaju. Nie wiedział ile cień wie, ile może się dowiedzieć, czy potrafi czytać w myślach, albo coś? Na całe szczęście Will był typem osoby, która nie myślała, starała się nie myśleć i nie tak łatwo było dostać się do jego głowy.
    — Poznaję, poznaję – odpowiedział i zaśmiał się. – Tylko, że umawialiśmy się na robotę. Pamiętasz? – zapytał, po chwili westchnął zupełnie tak jakby spodziewał się tego po nim. Jakby naprawdę myślał, że to Peter. – Oj, chłopie, chłopie – pokiwał głową z niejakim smutkiem. – Za trzy godziny w starych magazynach, co to są za miastem. Magazyn 7C, nie spóźnij się – powiedział z niejakim naciskiem po czym poszedł w dalszą drogę. Musiał możliwie najszybciej zniknąć z tego miejsca.
    Kilkaset metrów dalej wybrał numer do Petera. NA całe szczęście miał go zapisanego inaczej niż „Peter”.
    — No cześć. Przypominam ci o spotkaniu na starych magazynach za miastem. Magazyn 7C, nie spóźnij się – po tym szybko się rozłączył. Miał nadzieję, że to jakoś się powiedzie. Może Peter się zjawi? Może uda mu się pochwycić swój cień?

    Will

    OdpowiedzUsuń
  135. Nie był dzieckiem, więc uwaga mężczyzny nieco go rozzłościła. Co on sobie w ogóle myślał? Pewnie nic. Niemniej jednak opanował się przed wygłoszeniem jakiejkolwiek uwagi, chociaż te cisnęły mu się same na usta. Wiedział, że nie przysporzy mu to żadnego pożytku. Musiał wierzyć swojej własnej intuicji, zwłaszcza w tym zawodzie, który tak namiętnie uprawiał, przez wiele lat. Musiał powiedzieć, że strasznie mu to odpowiadało. Nie narzekał na swoje obecne życie, a to co robił i do czego się zmuszał, to czynił to z czystej przyjemności. W końcu każdy lubi seks, a ci którzy twierdzą inaczej, to kłamią samych siebie.
    Przyglądał się, jak ten mężczyzna zamawiał pokój. Nie mógł tak po prostu przepuścić okazji do dowiedzenia się czegoś więcej. Nie był głupi i swoje w życiu już widział. Nie działał przecież w byle jakiej dzielnicy. Pałętało się po niej zbyt wiele ciekawych indywiduów, by chłopak nie skojarzył kilku faktów i nie dowiedział się, że mężczyzna wcale nie musiał być zwykłym przyziemnym. Uśmiechnął się pod nosem. Zapowiadało się na znacznie lepszą zabawę niż myślał na początku.
    – Skąd masz ten proszek. Kogo załatwiłeś, by to dostać? – zapytał bez ogródek. Był bezpośredni i nie mógł z tego zrezygnować. Dzięki bezpośredniości mógł zaoszczędzić mnóstwo czasu, który był dla niego niesamowicie cenny.

    Anthony

    OdpowiedzUsuń
  136. Słowa Petera go dotknęły, choć nie zamierzał tego po sobie pokazać. Już i tak całkowicie się zbłaźnił przed chłopakiem, wiec nie zamierzał całkowicie się przed nim obnażać. Choć z dziwnych powodów miał na to wielką ochotę . Ten raz w życiu zwierzyć się komuś z wszystkiego, zrzucić ciężar z serca i wyznać winy. Tylko czemu właśnie Peterowi? Czemu jego zdanie zdawało się tak wiele dla Hucka znaczyć? Przecież gdyby powiedział to ktokolwiek inny, to Jones zwyczajnie zignorował by te słowa. Bo były to tylko słowa. Tymczasem naprawdę go dotknęły.
    Bo to była prawda, że niepotrzebnie rozpamiętywał przeszłość. Marnował godziny na gdybanie i rozpatrywanie minionych dni na nowo. Tyle było opcji na to żeby historia potoczyła się inaczej. Lubił wyobrażać sobie jej szczęśliwe zakończenie. Tylko po co? Przecież Peter miał racje i takie zachowanie nie miało najmniejszego sensu. Zatracanie się i zapominanie o teraźniejszości. To właśnie robił Huckelberry i do tej pory nikt nie wytknął mu tego prosto w twarz, jak zrobił to przed chwilą Peter.
    No a potem przyszedł ten uśmiech. Taki pogodny i szczery, że aż serce Jonesa drgnęło. Nikły błysk w chłopięcych oczach, a on poczuł jak ogarnia go na nowo potrzeba przygarnięcia dzieciaka do serca i wynagrodzenia mu wszystkich krzywd. Krzywd, których by nie doznał, gdyby nie był synem cholernego pirata. Ale nim był i oboje musieli żyć z tą świadomością, która wcale nie była łatwa do przyjęcia.
    Jones nie zwrócił większe uwagi na zegarek wyciągnięty przez Petera. Nienawidził zegarków, tykania, nieuchronnego upływu czasu. Nie lubił wspomnień, które z zegarkami się wiązały. Dlatego usilnie ignorował te małe przedmioty, które uparcie otaczały go ze wszystkich stron, pojawiając się w najmniej dogodnych sytuacjach.
    Chwilę potem zeszli z pokładu Jolly Rogera, a Hucka ogarnęło niezrozumiałe poczucie straty. Jakby opuszczał ciepłe, bezpieczne miejsce i w pewnym sensie tak było. Jedyne co nie pasowało do tego wrażenia, to niewyraźne wspomnienie kobiety o słodkim głosie i zadziornym uśmiechu. Kim była? Czemu przypominała mu się właśnie teraz? I czemu wciąż nie mógł zobaczyć jej twarzy?
    Otrząsnął sie ze swoich myśli i spojrzał szeroko otwartymi oczyma na motor. Prawda byłą tka, że nigdy nie dosiadał podobnej bestii. Jazda na rowerze też była mu obca. On miał statek i siedem mórz. Jak schodził na ląd to zwykle poruszał się konno, a w Fabletown... No cóż. Transport miejski nie był złą sprawą, a wizja siebie za kółkiem zwyczajnie go odrzucała. Ale nie powiedział nawet słowa. Przecież nie przyzna się do swojego... strachu.
    - Brzmi banalnie - oznajmił tylko i odwzajemnił uśmiech Petera, a potem zajął wskazane mu miejsce.


    tatuś, który zrobi wszystko, by te alimenty dostarczyć :"D

    OdpowiedzUsuń
  137. [Z dużym opóźnieniem wpadam podziękować za miłe powitanie i jeśli zaproszenie nadal aktualne to z wielką chęcią wpadnę na wątek. :)]

    Cian

    OdpowiedzUsuń
  138. [W sumie to możemy tak zrobić :D Możemy zrobić nawet na takiej zasadzie, że tego spotkania w barze nie było....ale to wszystko przed barem, czyli opętanie Marcusa itp. miało miejsce (bo w sumie możemy przyjąć, że Marcus chciał przywołać Lucyfera żeby tamten diabeł w zamian za jego dusze mu w czymś pomógł...ale Lucek miał zupełnie inne zapatrywania na to wszystko).
    To co? Peter wywołuje Lucyfera? xD]

    Lucek

    OdpowiedzUsuń
  139. [O jeżu... Jestem za tym. Już nawet widzę jak Lucek robi jazdy Peterowi, że zepsuł...czy też raczej zaświnił jego święte pentagramy. I ogólnie to Lucek pojawiłby się...że no w sumie nie wiadomo, czy to diabeł czy zwykły człowiek. A jak już dojdą do tego, ze diabeł, to Peter może pomyśleć, że to jakiś taki z niższego rzędu demon jest a nie sam Lucyfer xD Myślę, ze tak byłoby ciekawiej :D]

    Lucek

    OdpowiedzUsuń
  140. [Byłbym wdzięczny :D]

    Lucek

    OdpowiedzUsuń
  141. Wsiąść na motor było łatwo, trudniej było się na nim utrzymać. Jones nigdy wcześniej nie przeżył czegoś podobnego. Nie żeby się bał, to zupełnie nie tak. Było to raczej fascynujące, ekscytujące uczucie, gdy Peter przyśpieszał lub skręcał maszyną. Po prawdzie nie dało się tego porównać z pruciem fal morskich na statku, ale ukrywanie, że poziom adrenaliny niezwykle Huckowi skoczył, było by okłamywaniem samego siebie. Podobało mu się, oj bardzo mu się to podobało. Warkot silnika, szum wiatru, ta dzikość i nieuchwytność. Zdecydowanie lepsza opcja od jeżdżenia w metalowej puszcze zwanej samochodem.
    Tym sposobem prędko dotarli do szpitala, a Hucka przeszył nieprzyjemny dreszcz. Zawładnął nim wewnętrzny niepokój, którego nie dało sie nijak wytłumaczyć. Peter też musiał coś poczuć, bo bez wahania oznajmił, iż Cień jest w pobliżu. Jones mu uwierzył. Nie wiedział w sumie czemu chłopakowi wierzy, ufa, czemu w ogóle go słucha, ale coś mu podpowiadało, że robi dobrze.
    Potem miała miejsce przecudaczna scenka, w której Peter pytał pielęgniarkę o samego siebie. Kobieta wyglądała na zdziwioną, ale odpowiedziała mimo to. Huck był w stanie tylko szerzej otworzyć oczy w zdumieniu. Ten chłopaczyna musiał w swoim życiu doświadczyć wielu zabawnych sytuacji przez całą tę historię z Cieniem. Choć w Nibylandii Jones nigdy nie miał do czynienia z dwoma Piotrusiami... Nie mniej było ich dwóch. Jeden stał u jego boku, uważał się za jego syna i gotów był pomóc mu obronić Lucy. Drugi siedział na jednym z krzesełek i czekał. W dłoni miał nie wyglądający zbyt ciekawie kwiat róży. A potem przemówił.
    W Jonesie wezbrała nienawiść. Chciał rzucić się na Cień, zadać mu ból, rozszarpać własnym hakiem, ukarać za wszystko, co złego zrobił. Tylko że... To był Cień. I czy tym samym nie skrzywdził by Petera? Nie chciał krzywdy chłopaka. Tym bardziej zdumiała go krótka wymiana zdań pomiędzy jego synem i Cieniem.
    Ale po co? Byś mógł się zabić? Znów będziesz się wieszał? Te kilka zdań skutecznie sparaliżowało Hucka, który mógł jedynie wbić pytające spojrzenie w Petera. To przecież był dzieciak. Niezwykły, z amnezją, potrafiący latać, posiadający wróżki, ale nadal dzieciak. I próbował się zabić. Powiesić. Dokładnie tak jak sam Huckelberry całkiem niedawno temu.
    Wtedy Cień zniknął przy wtórze buczenia i mrugania żarówek. Ale Jones nie potrafił skupić myśli na przeciwniku. Pierwszy raz od bardzo dawna, bo przecież to zemsta kierowała jego poczynaniami przez większość życia. Teraz było inaczej. Jedyne o czym myślał, to sprawdzić czy Lucy jest bezpieczna i... Miał przemożną ochotę dopytać Petera o jego zamach na własne życie. Ale to chyba nie był odpowiedni moment.
    - Widzisz? - odezwał się wreszcie. - Nazwał mnie wrogiem. Mówiłem ci, że to nie nasze pierwsze spotkanie. Znaczy się.. że ja "cię" widziałem, znałem, chciałem zabić - podsumował z uśmiechem. - Lepiej sprawdźmy czy z Lucy wszystko w porządku i złapmy tego upiora. Zawsze wiedziałem, że w moim przeciwniku jest więcej z demona niż z dzieciaka.

    niezadowolony z próby samobójczej synka, tatuś

    OdpowiedzUsuń
  142. Pojawił się w jakimś hangarze w całej swej okazałości. No cóż, chyba nikt nie spodziewał się zastać Lucyfera…albo jakiegokolwiek diabła w różowym szlafroku, kapciach w króliczki, oraz maseczce na twarzy zrobionej z jakiś wodorostów, albo innej zielonej gliny. No i do tego wszystkiego był jeszcze ręcznik, który imitował turban na jego głowie oraz kubek, który trzymał w ręce.
    — Czego kurwa? – zapytał i spojrzał na zdziwionych mężczyzn. Nie wiedział, który z nich był bardziej zdziwiony, czy ten który klęczał, czy może gościu, który trzymał księgę. – Ej…ziomuś, ja rozumiem, że chcesz się pochwalić tym i owym, ale weź to schowaj bo się jeszcze przeziębisz, al kolejki do lekarza są długie – uśmiechnął się pod nosem. Upił trochę herbaty z kubka i przeszedł się po pentagramie.
    — Ło panie… Dlaczego zepsuliście taki ładny pentagram? – zapytał „zasmucony”. – Kupiłem go w Hujwigdziewie, gdzie ja teraz drugiego takiego dostanę? – brakowało tylko żeby uronił łzę nad tym dziełem. Lucyfer miał to do siebie, że uwielbiał pojawiać się…dziwnie ubrany, głównie dlatego aby osoby widzące go w takim stanie odwoływały go do piekła. Poza tym…niektórzy ludzie to głupi byli i… no cóż nie lubił ich. Ostatnio był taki jeden. Marcus się nazywał…słaby psychicznie, chciał wywołać Lucyfera i wywołał go, tylko biedaczysko nie przewidziało, że Lucek zechce sobie pochodzić w jego ciele i ogólnie zniszczyć jego psychikę.
    Ten jednak nie wyglądał na takiego, który jest słaby psychicznie. Tylko był jeden mmały, możliwe że nawet niewiele znaczący…hmmm…defekt? Tak, Boruta z całą pewnością mógł to nazwać swoistym „defektem”. Albo jakimś innym tym co to ładnie francuzi nazwali. Nie potrafił sobie przypomnieć co to konkretnie było.
    — Dobra Ryśki, Krzyśki albo inne Zdziśki. Czego chcecie ode mnie? – zapytał po polsku. Widząc jednak, że tym językiem raczej za wiele nie zadziała westchnął. – Parlez vous français? Sprichst du Deutsch? Espanol? English? – zapytał i rozejrzał się po tym hangarze. – Ale chujowe miejsce… No ale cóż… mów dzieciaku czego chcesz i zacznijmy się targować. Nie mam czasu, na mecz się spieszę – powiedział jak gdyby nigdy nic Lucyfer.

    Lucek w swym seksownym wdzianku

    OdpowiedzUsuń
  143. Widok spokojnie śpiącej Lucy odrobinę go uspokoił. Wyglądała przepięknie. Najpiękniej na świecie. Nawet uśmiechnął się do siebie, dalej się w nią wpatrując. Taka piękna i cała jego. Więcej nie pozwoli jej skrzywdzić, choćby nie wiadomo jak wiele miał poświęcić. Z tą myślą dotknął jej policzka i delikatnie pogładził go opuszkami palców jedynej dłoni. Na chwilę zapomniał, że przecież przyszedł tu z chłopakiem, który miał być jego synem, że ściga niebezpieczny Cień, że wcale nie ma czasu na wzruszenie i zachwyt. Gdy sobie o tym przypomniał, oderwał dłoń od twarzy ukochanej i zacisnął ją w pięść. Dotarło do niego, że nie jest z nią sam, dotarło też, że będzie jej musiał się do czegoś przyznać. Do posiadania syna. Syna jego i innej kobiety.
    Spojrzał na Petera, który właśnie się do niego odwrócił. I to spojrzenie przeciągnęło się o chwilę za długo, a wszystko przez pytanie, które padło z ust chłopaka. Reszta słów nie miała znaczenia, tylko to jedno. Nibylandia. Normalnym było, że chłopak chciał wiedzieć coś o miejscu, z którego miał w mniemaniu Hucka pochodzić, w którym się widzieli, w którym walczyli, w którym prawie się pozabijali. Szykowała się więc bardzo trudna i nieprzyjemna rozmowa, bo Jones nie lubił o tym miejscu mówić. Mimo to tylko skinął głową.
    - Aye. Niech będzie pub - dodał dość cicho i raz jeszcze spojrzał na Lucy.
    Koniecznie potrzebował się czegoś napić. Tego wszystkiego było zdecydowanie za dużo. Podsumował całą sprawę westchnieniem i jeszcze złożył szybki pocałunek na czole panienki Crale. Jego nimfy. Powinien pomyśleć o ochronie dla niej. Przecież Cień mógł wrócić w każdej chwili. Oberona nie miał zamiaru prosić o pomoc, tym bardziej, że pewnie musiałby wysłuchać całej litanii o tym, jak to naraża jego córkę. Padło wiec na Hagena. Jeden, krótki sms i mógł być spokojniejszy.
    - To wracajmy na tę twoją maszynę... młody - rzucił wreszcie i opuścił szpitalny pokoik.
    W głowie szumiało mu wciąż to jedno, przeklęte słowo. Bo jak opowiedzieć dzieciakowi, który jest przekonany, że pochodzi ze świata Doczesnych o tym, że jest postacią z bajki? Jak opowiedzieć o Zagubionych Chłopcach, koszmarach czających się w lesie, krwiożerczych syrenach, brutalnych Indianach i okropnych piratach, które miał zamiast dzieciństwa? I to przez wiele długich lat. Dziesiątek, a może i setek.

    skołowany ojczulek

    OdpowiedzUsuń
  144. Dla Anthony;'ego wszystko było proste i łatwe. Co prawda z początku miał trudności, jednakże z czasem wszystko zmieniło się o sto osiemdziesiąt stopni. Traktował to jako wspinaczkę pod górkę, a jego życie obecnie przypominało schodzenie z niej.
    – Niebezpieczeństwa sprawiają, że życie jest ciekawsze – powiedział, wzruszając ramionami, a ręce włożył do kieszeni. Zakładał, że mężczyzna nie wiedział o jego prawdziwej naturze ani też o tym, że wszelakie urazy, których mógł doświadczyć odbijały się na jego portrecie a nie na jego ciele. W sumie dopóki istniał obraz, chłopak był niemal zatrzymany w czasie. Nie starzał się, nie zmieniał, ale żył i to się dla niego liczyło najbardziej. Portret naturalnych rozmiarów był schowany w miejscu, o którym wiedział tylko Miller, więc był on pewny, że nic mu się nie stanie.
    – W życiu nic nie dostaje się za darmo, zwłaszcza tutaj, więc musiałeś zrobić coś – powiedział. Doskonale zdołał już poznać wszelkie tajemnice i reguły, które panowały w tym dziwnym świecie. Gdy tylko tutaj trafił, to przekonał się, jak bardzo wszystko krąży wokół pieniądza i bogactwa. – Chcę tylko wiedzieć, co takiego – dodał. Od zawsze wiedział czego chce i za wszelką cenę musiał to dostać i zazwyczaj dostawał, nieważne za jaką cenę.

    Anthony Miller

    OdpowiedzUsuń
  145. Pokiwał głową. No cóż, wiedział doskonale o tym. Ale był „po godzinach”…nie no tak naprawdę to uwielbiał ten numer z pojawianiem się w różowym szlafroczku. Te miny zawsze były świetne i wyrażały zawsze takie jedno wielkie „WTF?”. Zaraz jednak upuścił na pentagram kubek, jednak ten nie roztrzaskał się, tylko po prostu zniknął. Sam pstryknął palcami i zamiast różowego szlafroczka pojawiły się najzwyklejsze trampki, jeansy oraz różowy T-shirt, który chyba nieco za bardzo opinał się na Lucyferowym ciele. Mruknął z niezadowoleniem widząc róż, pstryknął raz jeszcze palcami i T-shirt stał się czarny. Taka najzwyklejsza garderoba. Normalnie to chyba nikt nigdy nie wziąłby go za diabła.
    — No ale nie wiem czy doczytałeś. Tak jest taki aneks…że coś od ciebie też muszę dostać – powiedział wyciągając telefon, który posłużył mu za lusterko i poprawił włosy, czyli bardziej je zmierzwił. – najczęściej targuję się na dusze, także ten… Dajesz duszę, czy mam sobie sam ją zabrać?
    — Zjeść? – podszedł do męskiej prostytutki i dźgnął go palcem, skrzywił się nieznacznie. – Nie, ale wiesz…z chęcią bym z nim życia poużywał – uśmiechnął się pod nosem.
    Podrapał się po głowie, spojrzał na Petera i lekko uśmiechnął się do niego. A nie był to uśmiech najprzyjemniejszy…i nie było to spowodowane jakimś ubytkiem w zębach, czy ogólnie okropnym stanem uzębienia diabła. Po prostu…był to uśmiech taki dziwny….przerażający i na swój sposób tajemniczy.
    — Hahaha – zaśmiał się. – Ziomek, czy ty wiesz, że mnie się nie chce w sumie? Nie chciałbyś może bo ja wiem? Różowego kucyka pony? Labo niewidzialnego różowego jednorożca? – zapytał. – A może kurde chciałbyś być bogaty? Albo być przywódcą państwa? To da się załatwić, wiesz o tym – spojrzał na niego. – Poza tym Peter… czy ty myślisz, że ja cudotwórca jestem? Z takimi cudami jak uciekający cień to piętro wyżej – wskazał wymownie na niebo. – Jak chcesz to ci załatwię audiencję u brodatego…tylko wiesz, że to ma swoją cenę, co nie? W ogóle to głodny jestem. Masz może jakiegoś batona, albo jakiś kebab jest może blisko? Albo…pizzeria? – w sumie to mógł się jeszcze z nim podroczyć, prawda?

    Lucek

    OdpowiedzUsuń
  146. Pokiwał głową, średnio go obchodziło. Właściwie to nie chciało mu się nic robić z tym cieniem, a w szczególności uganiać się za nim. Chociaż mogła to być dobra zabawa. Ale w sumie….do wybory chlanie z potępionymi Polakami i Ruskimi w piekle…i uganianie się za jakimś cieniem…najprawdopodobniej na trzeźwo.
    — O to fajnie. Akurat w moim mieszkaniu chciałem sobie zrobić takie akwarium, no i chciałem mieć glonojada….ale może on się też nada na takiego glonojada? – zapytał ni to siebie ni to jego.
    — A to co? Według was to nie każdy diabeł, tudzież demon powinien mieć rogi, ogon i kopytka? – zapytał szczerze zdziwiony. – Chcecie to mogę wam pokazać jak NAPRAWDĘ wyglądam – powiedział cicho, jednak na tyle żeby usłyszały. Co to dla niego? Tylko nie zamierzał uprzedzać o jednej rzeczy. Bo w sumie po co?
    — Naprawdę? – zapytał niby zasmucony Lucek. – A mnie tak, różowe kucyki są fajne! – kłamał. Jedyne co tolerował z koniowatych to te „kucyki” czterech jeźdźców apokalipsy, albo te sześć piekielnych koni, które należały do Ivana.
    Spojrzał na niego. Owszem pojechał mu po ambicji, ale zdecydowanie ważniejszy był mecz oraz chlanie z Polakami. To było priorytetem.
    — Ty Peter…. A ty w ogóle wiesz kogo przywołałeś? – zapytał i spojrzał wyczekująco. – I co ty w ogóle masz takie…upośledzone wróżki zębuszki? Skrzydełek nie mają – stwierdził. Pstryknął palcami i w dłoni Lucjana pojawiła się jedna z najlepszych wódek. Otworzył ją i pociągnął dwa spore łyki, akurat tyle wystarczyło żeby opróżnić 0,7. No co? Suszyło go. No i też był mistrzem piekła wśród demonów i diabłów w piciu na czas….no i ogólnie w piciu. – To wiesz, czy nie wiesz? Bo nie ukrywam, że mi się kurwa spieszy.

    Lucek

    OdpowiedzUsuń
  147. Huck był gotów zrozumieć zdziwienie Petera wobec jego podejścia do Lucy. Sam nigdy by się po sobie takiego zachowania nie spodziewał. Nie zanim ją poznał. Nie bywał wcześniej delikatny, czuły i opiekuńczy. Wcześniej nie wierzył w miłość. Zadziwiające, że to wszystko zdołała zmienić jedna osoba.
    Nie czekając dłużej opuścili szpital i znów zajęli miejsca na motorze chłopaka. Tym razem Jones już tak nie zachwycał się jazdą. Jego myśli zasnuły czarne chmury, których nie potrafił odgonić. Jakimże on był głupcem skoro myślał, że wszystko, co złe pozostawił już za sobą. Przeszłość zdawała się go ścigać i zagrażać wszystkim tym, na których mu zależało. Aż głupio było pomyśleć, że bez niego oni byliby bezpieczniejsi. Wszystko byłoby inaczej… Szybko jednak zganił się za te myśli. Przecież ledwie parę chwil temu Peter nieświadomie zganił go za takie podejście do życia. Nie było sensu rozważać wszystkiego, co mogłoby być, gdyby los potoczył się inaczej.
    Jones nie zwrócił większej uwagi na to, w którym konkretnie lokalu się zatrzymali. Zresztą mało się to liczyło, bo Huck bardziej zajęty był mentalnym szykowaniem się na rozmowę z chłopakiem. Jak miał mu to wszystko powiedzieć? Nibylandia, wszystkie jej koszmary, te dziecięce łzy przelane po zmroku i ich odwieczny konflikt, który zapisał się na kartach historii dzięki niejakiemu Barrie.
    Usiedli przy wolnym stoliku. Peter zamówił sobie piwo i Huck nie zdołał powstrzymać swojego pół uśmiechu. Dziwne to było uczucie widzieć… swojego syna i wiecznego chłopca pijącego alkohol. Sam jednak postawił na co innego i poprosił o rum. Potrzebował czegoś sprawdzonego na tę rozmowę. Niełatwą rozmowę, którą rozpoczął ciężkim westchnieniem.
    - To… nie będzie proste – przyznał na samym początku. – Tym bardziej zważając na naszą relację tam… w Nibylandii. Widzisz… To było straszne miejsce, którego ty byłeś panem. Ty i twój Cień. Choć ja nigdy nie byłem świadom, ze jest was dwóch. Władaliście krainą koszmarów i nieszczęść, które przybierały realne wymiary i przechadzały się miedzy drzewami.
    Przerwał na chwilę i sięgnął po podaną mu wreszcie szklankę z rumem. Nie za bardzo wiedział, jak ubrać wszystkie swoje myśli w słowa. Od tak dawna unikał tych wspomnień, próbował się ich pozbyć. Zaś gdy już wspominał… Pragnę szczęśliwego zakończenia i krwi wiecznego chłopca. Takie było od zawsze jego podejście do tamtych dni. Radość miała mu przynieść śmierć Piotrusia. Ileż razy marzył o jego ciepłej krwi na własne dłoni, na własnym haku? Wiele. Niezliczenie wiele.
    - To była kraina, w której czas nie płynął. Byłeś wiecznie młody – rzucił i uśmiechnął się nawet. – Wiem, ze brzmi to jak bajka, ale w końcu to ty masz wróżki. Które i tam były ci posłuszne. Tylko że w Nibylandii więcej było wrednych, małych stworzeń, którym radość sprawiał ból innych. Dogadywałeś się też z dzikusami, Indianami. Ja najchętniej nazwałbym ich po prostu kanibalami. Były też syreny. Równie krwiożercze, co wszystko inne w Nibylandii. No i był… Byłem tam też a z moją załogą. Twoi odwieczni wrogowie – podsumował i wziął potężny łyk złotego płynu. – Nie wiem, co chciałbyś jeszcze wiedzieć…

    pragnący się upić jak nigdy w życiu, tatuś

    OdpowiedzUsuń
  148. [Wybacz późny odpis, ale nie miałem czasu bo uczelnia i tak dalej. Po sesji będzie lepiej.]

    Strach. Nie pamiętał kiedy ostatnio bał się tak szczerze. Jego życie, było dotychczas całkiem znośne. Nie mógł powiedzieć, że należało do najspokojniejszych, ale nigdy nie musiał bać się, że stanie mu się jakaś krzywda. Najważniejszym był bowiem fakt, że jego obraz, na którym najbardziej mu zależało, był bezpieczny. Portret był najcenniejszą z rzeczy, które posiadał. Na szczęście bezpiecznie tkwił w miejscu, o istnieniu którego wiedział tylko i wyłącznie on. Nie bał się więc o siebie, a o pierdolony kawałek płótna.
    Wydawało mu się, że tajemniczy mężczyzna traktuje go jak idiotę. Dobrze, jeśli chciał się bawić w ten sposób, to Anthony chętnie przejmie narzuconą mu rolę, chociaż nie za bardzo była mu ona w smak.
    Miller nie należał do odważnych, ale ciekawość dodawała mu powodów, by jednak zignorować wszelkie głosy sprzeciwu i pójść za mężczyzną. Trzymał się nieco na uboczu, zastanawiając się, jakie to nauka znalazła możliwości, by uzewnętrzniać ludzkie lęki i obawy w tak szybki i gwałtowny sposób. Czyżby był to jakiś narkotyk najnowszej generacji, a może coś co nie miało żadnego wyjaśnienia w nauce?
    – Skąd to masz. Proszę powiedz, a nie baw się w podchody – powiedział, opierając się o framugę drzwi. Celowo nie wszedł do środka, bo w końcu nie wiedział, czy może ufać mężczyźnie i nie wiedział do czego może on być zdolny.

    Anthony Miller

    OdpowiedzUsuń

Szablon wykonany przez drama queen. Obsługiwane przez usługę Blogger.