niedziela, 27 listopada 2016

Ty... Bogu... a ten tego, Bogu a ty dalej ze sznura dzwonisz? Bogu?

Mario Gomez - FC Bayern Munich:
Lucyfer Boruta
diabeł | książę piekła | upadły cherubin | demon pychy | "syn" Szatana
Wygląda na 28 lat || w NYC dwa lata || wcześniej "podróżnik" || obecnie prezenter wiadomości || ten, który się zbuntował || zbyt pewny siebie || zbyt zaborczy || nadmiernie korzystający z życia || w pewnym sensie chwalipięta || awanturnik || teoretycznie pan poważny i zły || w rzeczywistości pan o dosyć osobliwym poczuciu humoru || z zamiłowania pisarz

Jam Lucyfer. Diabeł wcielony.

Widzisz go jak przemierza pewnym krokiem pomieszczenie. Pomimo uśmiechu jaki ci "serwuje" przechodzą cię ciarki. Patrzysz z bezpiecznej odległości...nie wydaje się być złym. Uśmiecha się, żartuje, śmieje się z czyjegoś nie do końca śmiesznego żartu. Zdaje się, że urodził się by brylować towarzysko.
Inni zdają się nie dostrzegać w nim niczego "innego", "nienormalnego". Ty jednak wyczuwasz w jego aurze coś niepokojącego...wpatrujesz się w niego intensywnie, szukając ogona ukrywanego pod garniturem, albo kopyt...rogów...czegokolwiek.
Nie widzisz...
Chcesz się odwrócić i wycofać się, zanim człowiek się zorientuje, że go obserwujesz. Jest jednak za późno. Zjawia się i zaczyna z tobą rozmawiać. Wydaje się być miły i przyjemny, kiedy proponuje wyjście na balkon nie odmawiasz. Oprócz was nie ma na nim nikogo, wszyscy są w domu i bawią się przy drogim winie i innych alkoholach. Patrzysz przez czystą szybę na tych ludzi. Uciekasz myślami, gdzieś daleko od tego miejsca. Z letargu wyrywa cie jednak jego głos.
- Jam Lucyfer...Książę piekieł...
Spoglądasz na niego z zaskoczeniem. Jednak podświadomie wiesz, że nie kłamie. Wiesz, że mówi prawdę.
- Jam zło wcielone...
Cofasz się w kierunku balkonowej barierki. Niewiele myśląc skaczesz...
...Wtem budzisz się. Wstajesz z łóżka i wychodzisz na balkon. Nieco wychylasz się i obserwujesz ulicę.
Odwracasz się, gdyż czujesz czyjąś obecność.
Widzisz go...to człowiek ze snu! Mówi tą samą kwestię, a ty...ty tylko wpatrujesz się w niego i nie robisz nic.
- A przecież uczono cię jak mnie wypędzać! Uczyłeś się jak pozbywać się mnie z ciał innych!
Po tych słowach znika. A ty? Ty upadasz i próbujesz się otrząsnąć po tym...osobliwym spotkaniu.

Gdyby ktokolwiek się zastanawiał co robił wcześniej w piekle...
- Halo? Dodzwoniłem się?- pyta się zalany w trupa Lucyfer
- Tak...
- To świetnie! Poproszę...yyy...trzy cheseburgery, dwa razy duże frytki...
Rozmówca się rozłączył. Jednak zaraz odebrał ponownie dzwoniący telefon.
- I do tego dużą Colę.
- Lucjan...nie wygłupiaj się.
- Skąd zna pan moje imię?
- Mam cię w sznur wpisany...
- Bogu?! Bogu! Od kiedy ty w McDonaldzie pracujesz?

Notka: Olimpiada w piciu
Karty: [1]
======
Cześć. Wydaje mi się, ze ten mój Lucyfer wyszedł dosyć znośnie. Dialog pomiedzy Bogiem a Lucyferem zaczerpnięty ze skeczu kabaretu Neo-Nówka.
Jeszcze więcej Neo-Nówki! (tytuł)
Fc: Mario Gómez
NIE MAM NIC DO UKRYCIA

204 komentarze:

  1. Nie czuła sie pewnie przechodzac przez dostepne dla turystow korytarze. Sciskała swoja torebke jakby byla kolem ratunkowym. Twarda ostoja, ktora nie miala sie zawalic. Przystanela przy jakims malowidle. Pewnie pozostalosc po ktoryms krewnym. Ani go nie pamietala ani nie widziała.
    Westchnela glosno. W zadumie zastal ja Lucek. Wybral odpowiedni moment, gdy zbieralo jej sie na placz.
    - nie - mruknela tylko przechodzac dalej ze opuszczona glowa, gdzie czesciowo twarz zaslanialy wlosy.
    Przeszla dalej do korytarza, ktory byl zamkniety dla zwiedzajacych. Rozejrzala sie desperacko sprawdzajac czy nikt nie patrzy ani czy kamer tu nie ma a potem przekroczyła linie w pospiechu znikajac w ciemny korytarz prowadzacy w gore na pietro.

    OdpowiedzUsuń
  2. [Dziękuje za miłe powitanie i zaproszenie. Wene zawsze się przyda, im więcej tym lepiej.
    Tak, też ma wrażenie, że ta dwójka może się całkiem nieźle dogadać. On też teoretycznie jest 'poważna i zła', a w rzeczywistości bywa różnie.
    Bardzo podoba mi się Lucyfer, bardzo lubię takie 'ekscentryczne' i mało 'złe' kreacje Lucyfera, oj bardzo ;)
    Chętnie coś pokombinuję, masz jakiś pomysł, czy myślimy?]

    Raven

    OdpowiedzUsuń
  3. - hmmm - mruknela spogladajac na jego duza postac - niezle ulatwienie. - powiedziała wymijajaco probujac go nie sluchac, ale skubany trajkotal i trajkotal az w koncu zrobila to co chciala - pewnie sie bedzie przez to wsciekac - zgarnela go z ramienia, otworzyla torebke i wpakowala go do niej bezceremonialnie mruczac "sorry" pod nosem.
    - od razu ciszej. - podsumowala zasuwajac zamek. Co prawda, pewnie zbyt dlugo tam nie zostanie... Chciala miec swiety spokoj - zwlaszcza teraz gdy byla troche w rozsypce.
    Rzucila jeszcze jedno spojrzenie za siebie i weszla w mrok. Miala przy sobie mala latarke, ktora chociaz troche rozproszyla mrok, wiec gdy szla nie musiala pilnie uwazac na przeszkody.
    Udala sie kretymi schodami w gote, przeszla kilka korytarzy, ktory wygladaly tak jakby nikt tu nigdy nie byl oprocz jej - warstwa kurzu mowila sama za siebie i tlumila jej obcasy (czemuz nie pomyslala by ubrac adasie?! no czemu) i stanela przy jakis drzwiach. Obmacala scianke niedaleko by klucz wyjac (byl na swoim miejscu-hurra!) Wyjela i wlozyla do zamka przekrecajac. Drzwi ciezkie byly jak cholera, gdy je pchala i skrzypialy niemilosiernie az sama sie krzywila, ale musiala tu wejsc. Po prostu musiała. To bylo jej male krolestwo i nie wydawalo jej sie by ktos tu zagladal.

    OdpowiedzUsuń
  4. - Chłopak czy dziewczyna i tak z dziećmi są wieczne problemy. Wiem co mówię, bo sam jakby nie patrzec to do niedawna byłem dzieciakiem. - Zasmialem się cicho pod nosem. Pojechałem do pierwszego lepszego szpitala jaki był tylko po drodze. Byłem tutaj niecałą godzinę temu. - Wiesz co? - Zapytałem się Lucka. - Może tym najpierw wejdziesz i tam podasz? Ja do tego czasu zostanę w samochodzie. Tutejszy lekarz chciał na mnie egzorcyzmy wykonać. Ale skończyło się na tym, że gonił mnie z kropidlem i woda święconą. Nie chce drugi raz mieć traumy. - Wzdrygnalem się nieco na samo wspomnienie. Spojrzałem na mała w lusterku i gwałtownie zahamowalem. - Czy widziałeś kiedyś jak dzieciom rosną coś w rodzaju skryzydelek? - Zapytałem się Boruty. - Na tylnym siedzeniu mamy kurczaka.

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie na jego wyrzuty nie odpowiedziała. Baa nawet nie zauwazyla jego "powrotu" do oryginalnych ksztaltow, gdy wrocila do swoich "czasow".
    - chociaz na chwile - mruknela cicho do siebie - siedz cicho. Tylko mi nie mow, ze boisz sie czegos - zachichotala zlosliwie - czego niby? Duchow? Uroczego wystroju mojej starej komnaty. Tak moj drogi - odpowiem bo cie korci. To moja prywatna sypialnia. Pfuu byla bo trzeba by bylo sporo kasy wydac, by wrocila do swej swietnosci. Grzeczny badz i nie dotykaj niczego. Mimo, ze wyglada jakby nikogo tu nie bylo nie mam pewnosci czy tak w ustocie jest. Pozniej sie powsciekasz i poobrazasz. - po tej przemowie na jednym wydechu zajela sie innymi sprawami. Zmarszczyła na nos gdy wszedobylski kurz oblepial wszystko po poruszeniu go. Zaczela kichac od jego nadmiaru, ale i tak nie przerywala swej pracy. Podeszła do wielgachnej mocno zbytwialej szafy. Mialo ona podwojne dno, ale troche sie natrudzila nim wyjela zawartosc.
    - jest. - zapiszczala zachwycona nie mogac sie powstrzymac. - oby bylo to co mialo w niej byc - wziela skrzynke na lozko i usiadla nie zauwazajac na wszechobecny zapach plesni i rozkladu. Zamek wydawal sie nietkniety, zatem duzo czasu nie potrzebowala by sie dobrac do skrzynki. Wystarczylo mocne pociagniecie by klodka spadla. Zajrzała do srodka oswiecajac zawartosci. Wydawalo jej sie, ze bylo tam wszystko, ale czas bylo sie zmyc. Dopiero teraz zauwazyla sunacego ponurego Lucka.
    - ups... - zrobila dziwna mine. - wybacz. Zaskoczyles mnie troche - opuscila spojrzenie na dol. - wynagrodze ci to.

    OdpowiedzUsuń
  6. - Jesteś Lucyferem. Księciem piekieł... Nie możesz wyglądać źle. - odparł dyplomatycznie. Siedział z nim, dopóki jego pacjent nie odpłynął. Wysunął się z łóżka. Ściszył trochę telewizor. Nie lubił ciszy w domu a jednocześnie nie chciał by diablisko się obudziło. Odgrzał sobie trochę makaronu z sosem.
    Po dwóch godzinach, czuł już irytujący ból zesztywniałych pleców. Wiedział, ze się starzeje. Jego ciało zaczynało się zużywać, mimo że Mefisto regularnie je naprawiał i odmładzał. Tylko co z tego? Czuł się zmięty i rozciągnięty.
    Zgasił palnik, zdjął gumowe rękawiczki i gogle. Umył dokładnie dłonie i twarz. Wszedł do sypialni, sprawdzając co też słychać u Lucka.
    - Miałeś się nie ruszać zbyt gwałtownie. - przypomniał. Odwiesił fartuch na specjalnie do tego celu przygotowany haczyk. Lubił chodzić w fartuchach. Był to w pewnym sensie symbol tego kim był. Przysiadł na skraju łóżka.
    - Chcesz coś na sen? Czy raczej wolisz się usadzić i coś zjeść? Ostrzegam tylko że posiadam jedynie makaron i sos... Jakbym wiedział, że będzie taka okazja to bym coś upiekł.- uśmiechnąl się z pewną kpiną.

    OdpowiedzUsuń
  7. [a co takiego oczekiwal? ^_^ podziwu czy spogladanie na niego jakby tez byl ludzki i mial zalety i wady jak kazdy? a nie byciem tylko tym zlym?!
    ah no i wszystkiego dobrego w nadchodzacym Nowym Roku ;)]

    - to? - usmiechnela sie dotykajac z czuloscia skrzyneczki, ktora zamknela od razu bojac sie zniszczyc jej zawartosc po wiekach zamkniecia. Czynniki zewnetrzne bywaly szkodliwe dla starych rzeczy. - mozna by powiedziec, ze i relikt przeszlosci i pamiatki rodzinne o ktorych nawet Vladowi nie mowilam - przymknela oczy. - nawet jesli zadnego innego przedmiotu z naszych czasow juz nie ma to na szczescie pozostalo. Oby wytrzymalo. Zapomnialam jakie ta skrzynia jest ciezka - westchnela w zadumie.
    Skrzynke ostroznie wlozyla do worka a potem do plecaka. Niechetnie spojrzala na wypluklosci, ale co zrobic oby sie nikt nie przyczepil. Wyjela komorke.
    - ah no tak... zapomnialam, ze mam twoj numer przeciez, gdy wyslales mi tego zabawnego mmsa - spojrzała na niego na chwile a potem na wyswietlacz.
    - beznadziejny tu zasieg. Zbyt grube mury... o rany. Az tak dlugo tu jestesmy? Czas tak szybko zlecial a chyba jest juz pora zamkniecia.
    Chwile potem zaczela ni stad ni owad plakac. A ze zadko jej sie plakalo to az sama sie zdziwila.
    - za duzo emocji. - mruknela - i do tego chcialam sobie tak po prostu wejsc do zamku jak gdyby nigdy nic i ochrona mnie zatrzymala - chlipiala sobie w najlepsze - Weszlismy w mala dyskusje az w koncu zagryzlam wargi przypominajac sobie, ze to przeciez 21 wiek. Odpuscilam, ale... czuje sie teraz jak na jakims cholernym wyganiu.

    OdpowiedzUsuń
  8. Okrylem mała kocem, starając się zasłonić to co nie powinno być widoczne gołym okiem dla zwykłych śmiertelników. Dziewczynka cały czas płakała głośno. Nie wiem dlaczego, ale było mi jej w pewnym sensie żal i szkoda. Aż się odezwała we mnie ta czlowiecza część i serce tak jakoś bólem scisnelo. Weszliśmy do szpitala, gdzie nie przywitano nas zbyt miło. Pielęgniarka, starszą kobieta, była nie dość, że niemieckiej urody to zachowaniem też nie oczarowywala.
    - TY ANTYCHRYSCIE JEDEN TY! - Wrzeszczala na mnie. I bądź tutaj dla takiej miły. - TY W PIEKLE POWINIENEŚ SIĘ SMAZYC. - skrzeczala. Ludzie dziwnie się na mnie patrzyli.
    - Krzyczy głośniej to na Plutonie ciebie usłyszą. A w piekle... Sam ci naszykuje miejsca niewierna ladacznico. Ja wiem gdziescie z Helmutem byli i coscie robili w osiemdziesiątym pierwszym, gdy Hansa nie bylo. - Usmiechnalem się do niej wrednie. Już miała coś krzyczeć, kiedy na jedno spojrzenie moje zrobiła się potulna jak baranek.
    - Do doktora prosto i potem w prawo. - Rzekła blada.

    OdpowiedzUsuń
  9. [a dziękuję za tak miłe słowa względem Jasminki :) serduszko nam się cieszy. przychodzę więc po wątek, jakieś pomysły ? :D]
    Jasmine

    OdpowiedzUsuń
  10. [Kurdebele, romans z samym Lucyferem! Bierzemy to. A w sumie, może nawet i romans się zakończył, ale nadal coś ich do siebie ciągnie, ale Jas się wkurzy, gdy dowie się o tym, że Al chciał zaprzedać duszę Luckowi za bogactwo, albo wisi mu jakąś kasę XD]
    Jasmine

    OdpowiedzUsuń
  11. Wtulila sie w jego piers nadal wstrzasana szlochem.
    - prz-przepraszam - czknela cicho - mocze ci koszule lzami jak male dziecko - wychlipiala stlumionym przez materiał glosem - chyba za duzo dla mnie. - przytulila sie - moze za szybko tu przyjechalam...
    Westchnela dalej placzac acz lzy same ustaly.
    - zrobilam sie chyba sentymentalna na "stare" lata.
    Czuła sie wyczerpana i psychicznie i fizycznie.
    - za moment. Jeszcze zajrze do jednej sali po jeszcze jedna skrzynke. Jak Bozie kocham to nie kradziez - dodała probujac nawet siebie do tego przekonac wycierajac mokre policzke brzegiem niezbyt czystej juz swojej kurtki. A potem ogarnela komnate do stanu przed. Tylko kurzu niestety nie umiala przywrocic, ale watpila ze az tylu chetnych zagladlo do jej komnaty. Niektorzy pewnie zapomnieli do kogo faktycznie nalezalo - Chodzmy. - zakomenderowała - jak chcesz sie zmienić w mala wersje to sie nie krepuj i nie, nie wloze ciebie malego i "bezbronnego" z powrotem do torebki. - rzucila na niego okiem wychodzac ostatnia z komnaty i zamykajac ja na klucz, ktorego odlozyla na miejsce do swej skrytki a potem zaglebila sie w dalej w korytarz, gdzie mineli mniejsza klatke schodowa, przeszli skrotem, gdzie od czasu do czasu nasluchiwała krokow, czy aby sami na pewno byli az doszli do kolejnego rownie upiornego miejsca, ktore kiedys bylo kaplica ale teraz nawet jej nie przypominalo. Weszła tam zamykajac za nimi drzwi i przeszla do sciany - zalatwisz troche swiatla? - zapytała opukujac jedna ze scian, które bylo tajnym wejsciem do ukrytej komnaty a zapomniala w ktorym dokladnie kamieniu byla dzwignia. Gdy w koncu otworzyla troche zaniepokojona wejrzala do srodka.
    - hmm. Chyba wszystko na swoim miejscu i nikt jej nie znalazl - weszla do srodka. A wsrodku az blyszczalo od prywatnego skarbca. Tak, byl to skarbiec w oczywistym miejscu na czarna godzine. Nie zeby potrzebowała funduszy, ale z tym nigdy nie wiadomo. Jednak znalezienie drugiej skrzyneczki okazalo sie trudniejsze, bo zapomniała jak wygladala. Przymknela oczy by sie skoncentrowac i dumala i dumała chodzac raz w jedna raz w druga strone i zastanawiajac sie gdzie to jest.
    Westchnela przygladajac sie. Przy okazji zgarnela troche kiesy do woreczka. Moze na amazonie ktos by kupil?! az chwile potem reka natrafila na obiekt pozadania. - ah mam cie w koncu. A mialam juz zrezygnowac. Sprawdzila zawartosc [bizuteria rodowa sygnowana herbem].
    - stare wiano. Albo raczej bardzo malutki jego procent. Za to moglabym kupic 4 rozlegle wioski a i jeszcze by zostalo - zachichotała - albo tez kupilabym za to panstwo. Ale to wtedy. Moze sie kiedys przyda - zdjela plecak, wlozyla do niego a potem zarzucila na plecy. Wyprowadzila ich z powrotem do kaplicy maskujac na powrot wejscia. Dobra, mozemy juz isc. Moge poprosic o ekspres turbo? Nogi mnie juz bola. Za duzo chyba pracuje. - zasmiala sie - zameldowalam sie w tym malym moteliku niedaleko stad. - dodała.

    OdpowiedzUsuń
  12. [A mogę prosić Ciebie o zaczęcie? Ja mam jedno na głowie i jeszcze kilka odpisów, a jakoś nie potrafię się za to zabrać XD]
    Jasmine

    OdpowiedzUsuń
  13. Widząc jak Lucyfer wypija fiolkę, którą mu podała z wielkim trudem powstrzymała się przed powiedzeniem mu, że właśnie spożył wyciąg ze śluzu żaby, ogona szczura, potu trolla i odrobiny wampirzego pyłu. Z jednej strony domyślała się, że mężczyzna pił w swoim życiu gorsze rzeczy, a z drugiej – wolała chuchać na zimne i nie doprowadzić do sytuacji, kiedy musiałaby sprzątać jego wymiociny. No cóż, może i znali się, ale Lillyan nie zamierzała przenosić ich znajomości na aż tak wysoki poziom.
    - Od kiedy leki są dobre – zaśmiała się pod nosem, nalewając im kolejną kolejkę.
    Z zaciekawieniem słuchała tej historyjki o kibicach Cracovii, zastanawiając się przy okazji nad tym, czy Lucyfer naprawdę uważa ją za tak głupią, by łyknęła tę bajkę. Prawdę mówiąc, Lilith wątpiła w to, by nawet dziecko uwierzyło w tę bujdę, nie mówiąc już o pierwszym lepszym dorosłym.
    Już chciała zacząć się dopytywać o jak najwięcej szczegółów, gdy ktoś zwrócił uwagę Lucyfera. Sama najpewniej w żaden sposób nie zareagowałaby na nowych klientów, ale reakcja demona sprawiła, że kobieta niezwykle się zainteresowała nowoprzybyłymi.
    Nie musiała się nawet wysilać czy używać magii, by połączyć fakty i… aż zaśmiała się.
    - Więc to są ci dwoi kibice Cracovii? Oj Luciu, nie dałeś sobie rady z dwoma marnymi baśniowcami? – spytała, biorąc głęboki wdech – Starzejesz się, naprawdę…

    Lillyan Seymour

    OdpowiedzUsuń
  14. Pracę zaczynała dopiero za godzinę. Jednak pierwszego dnia wolała się nie spóźnić. Nie uśmiechało się jej stanie przed kamerą i wskazywanie kolorowych słoneczek i chmurek na mapie, ale wcześniej robiła to samo. Wyglądało to nieco inaczej, a ona sama musiała zadecydować, czy będzie padać. Teraz wystarczyło ładnie się uśmiechać i czytać z karteczki. Mężczyzna, którego spotkała przed nagrywaniem wyglądał na osobę, która ma podobny stosunek do pracy. Nie zamieniła z nim ani jednego słowa, lecz pomiędzy zerkaniem na kawałek papieru, miała dziwne przeczucie, że nie jest jej aż tak obcy. Była pewna, że nigdy go nie spotkała, lecz przeczucie podpowiadało jej, że mają jakąś niedokończoną sprawę. Gdy ich zwierzchnik, który w studiu miał całkowitą władzę, zawołał mężczyznę, zapaliła się jej czerwona lampka. Boruta. Czyżby miała pracować z samym Diabłem? To niemożliwe. Wtedy przypomniały się jej słowa wojownika, wypowiedziane wiele wieków wcześniej. Wreszcie będzie mogła dokonać zemsty. Potrafi rozróżnić kiedy jest ktoś nią zainteresowany i bez wahania tego użyje. Musiała tylko poczekać, aż oboje skończą pracę.
    Dzień minął niemożliwie szybko. Amara okazała się idealną prezenterką, a po kilku godzinach uśmiechania bolała ja już szczęka. Gdy jednak zobaczyła Borutę, zmusiła się na kolejny.
    — Boruta, tak? Jak Diabeł? — Musiałą zapytać. Może i chciała się zemścić na Lucyferze, ale nie zamierzała karać przy tym niewinnych. Nigdy nie widziała go na własne oczy więc przed jakimkolwiek działaniem musiała być stuprocentowo pewna. — Mam nadzieję, że nie planowałeś nic na dzisiejszy wieczór.
    Podeszła bliżej i złapała go za krawat. Potrafiła uwieść niejednego mężczyznę, a Boruta mógł stanowić niemałe wyzwanie. Tym bardziej chciała już zacząć działać. Potrzebowała zwykłego kiwnięcia głową lub uścisku ręki. Przed te wszystkie lata nie nauczyła się kontrolować swych ludzkich instynktów, a jej umiejętności interpersonalne zwykle mają spore braki.


    Amara

    OdpowiedzUsuń
  15. - mojego aniola owszem, nawet jesli nie zakontraktowanego - puscila mu oko - ale czy stroza? - zaczela sie smiac a potem pokrecila glowa. - chyba nawet taka rola nie przypadla by si do gustu odpowiadajac mu na wczesniejsze pytanie, ktore wczesniej zadal ale pominela je wtedy milczeniem. - ah i moj drogi nawet nie mysl, zeby mnie okradac z mego "wiana", nawet jesli to ulamek czesci zdeponowanej na koncie przez ma "rodzine" i rodzine rodzine w linii zenskiej. Dal tylko przyklad wiosek w przeliczeniu dawnym. Nie pokazalam ci tej krypty, bys jej sobie uzywal kochany do woli. - pogrozila brudnym palcem przed jego oczami. - dziwne, ze o niej nie pamietano. No chyba, ze zamek juz tak jest okrzykniety zla slawa, ze nikt sie w niej nie zglebial - zrobila mine - moze i lepiej.
    Rozejrzała sie na boki czy aby nikt ich nie zauwazył po naglym pojawieniu, ale ulica jakby byla wymarla.
    - hmm czy to jakas propozycja niedoodrzucenia? W sumie wejsc mozesz. Nos mam pelen kurzu i musze sie umyc - otaksowala go calego - za to tys chyba brudny ode mnie gdy tak sie przyciskalam. Jednak jestes zbyt czysty jak na moj gust - pociagnela go za soba gdy wchodzili do srodka. Pomachala recepcjaniscie gdy szli do schodow na pietro i do siodemki. Swoj cenny pakunek zostawiła niedalek malej komodki.
    - to skocze do lazienki. Lucio... - zatrzepotała prowokacyjnie rzesami krecac jednoczesnie bioderkami - umyjesz mi plecy? - zapytała niewinnie.

    OdpowiedzUsuń
  16. A więc w końcu spotkała Lucyfera po tylu latach. Cóż, nie tak go sobie wyobrażała. Nie sądziła, ze ktoś, kto zrobił w życiu tyle zła, będzie tak przystojny. Ona sama też nie próżnowała, ale krew szybko schodzi. Miała okazję odwdzięczyć się za to, co jej zrobił. W jej małej główce już szerzył się plan, a na ten czas zamierza go zwodzić tym, że jest nim wielce zainteresowana.
    — Uwielbiam ją! Doskonały wybór panie Boruta. Jednak na tą chwilę może lepiej będzie zachować anonimowość. Podobno mężczyźni uwielbiają tajemnicze kobiety. — Ostatnie zdanie zdawała się wyszeptać mu do ucha. Jeśli chciała, to potrafiła być godna jego pożądania. Ta Amara, która w domu siedzi w męskich dresach, w kilkadziesiąt minut potrafi się wystroić na każdą okazję. I teraz potrzebowała odrobiny czasu.
    — Przyjedź o mnie o siódmej. — Uśmiechnęła się figlarnie. Doskonale wiedziała, że ten nie zna jej adresu. Jednak skoro już mają się spotkać, to musi go jakoś w to zaangażować. Kobiety, które są trudne do zdobycia, są znakomitym trofeum w życiu mężczyzny. Coś jej podpowiadało, że ta gra spodoba się i jemu. Odróżni ją to od tych, z którymi zwykł się spotykać. — Myślę, że trafisz. Przecież jesteś diabłem, nieprawdaż?
    Na pożegnanie musnęła jego policzek dłonią, zastępując pocałunek, który mógłby zbyt wiele sugerować. Jeśli mężczyzna odkryje jej zamiary, będzie stracona. Nawet nie chce wyobrażać sobie, co by jej zrobił gdyby ją zdemaskował. Wszystko zależało od tego, jak rozegra karty (...).
    Stojąc przed szafą pełną ubrań, po raz pierwszy miała dylemat, co na siebie włożyć. Zastanawiała się pomiędzy klasyczną czarna sukienką, która zakrywała zdecydowanie za mało, a krwistoczerwoną, która podkreślała jej kobiecość. Wygrała jednak, ta która miała o wiele mniej materiału. Dzwonek do drzwi był jej wybawieniem. Odrobina makijażu i wysokie srebrne szpilki tylko dodawały jej wdzięku.
    — Punktualnie — powiedziała, choć nawet nie spojrzała na zegarek. Doskonale mógł zjawić się pół godziny później, a ona powtórzyłaby swą kwestię. Nie mogła go zniechęcić, ale też chciała pokazać odrobinę temperamentu. Lucyfer nawet nie wiedział, na co się pisze.

    Amara

    OdpowiedzUsuń
  17. - powiadasz - zachichotała. Ah te jej chustawki nastroju. Bardzo zmienne. Raz smiech a raz placz. Ciekawe gdzie sie podział jej zwyczajowy spokoj ducha?! Wział urlop?
    Pokrecila glowa zdegustowana.
    - widac, ale troche brudu nie zaszkodzi bys wygladal bardziej ludzko. Jak juz tyle eonow znami egzystujesz to powinnes to wiedziec - zauwazyła dalej swidrujac go wzrokiem - tak,tak moj drogi - podeszła blizej z recznikem w dloni. Swoim wlasnym bo jakos watpila w czystac tego miejsca.
    - lece zatem i bede czekac - poslala mu buziaka po czym zniknela w lazience. Powolnie zdejmujac z siebie warstwy ciuchow. Z niepokojem spojrzała na siebie w lustro a widzac wlosy w nieladzie i smugi 600-letniego kurzu na twarzy usmiechnela sie krzywo. Zostawiła nieopdal recznik i weszła do kabiny nastawiajac odpowiednio glowke by nie lecialo jej bezposrednio na twarz i by widziała po co siega.
    Jednak przez dluzszy czas stała w strugach goracej wody splywajacej po ciele wyzuta z wszelakich emocji. Ten dzisiejszy placz sprawil, ze poczuła sie jak malowartosciowy ludzik zabierajacy tylko powietrze a przyjezdzajac tu nie bardzo wiedziała co chciala osiagnac. No ale byla tu, pewnie niezbyt dlugo i wyjedzie za dzien lub dwa, bo coz innego mozna bylo tu robic?.
    Odwrociła sie w strone wody pod sam strumien by ciepla woda zrobila swoje i zmyla przygnebienie.
    Gdzies po drodze zdolala uslyszec skrzypienie otwierajacych sie drzwi.
    - co tak dlugo - zauwazyła, gdy wszedl do kabiny - tesknilam troche...

    [serio? zakochal sie? ;]

    OdpowiedzUsuń
  18. [ Witam samego diabła, cóż za zaszczyt! :D Również mam nadzieję, że wątków nie braknie.
    A na wspólny wątek zawsze się piszę. :D ]

    Terrence

    OdpowiedzUsuń
  19. - A więc to jest nieslubne dziecko Azazela... Popełnił wielki grzech. - Zaczął ubolewać nad tym anioł.
    - Przynajmniej nie popełnił grzechu antykoncepcji. - Prychnalem cicho pod nosem. Pokazałem mu dzieciaka, który płakał i któremu na plecach wyrosły skrzydła. Anioł wygladal na zaskoczonego.
    - Co to jest? - Zapytał.
    - A żebyśmy my to wiedzieli. - Odparlem. - Trochę człowiek, trochę anioł, trochę demon. - Wytlumaczylem. - Teraz to tak bardziej was przypomina. - Ponadto cholernie goraczkuje.
    - No to macie problem...
    - Wy tak zawsze od wszystkiego się wymigujecie? - Stuknalem pięścią w blat.
    - Uważaj młody bo jestem Rafael. Archaniol.
    - A ja jestem Oliver. Kambion. Generał trzeciej dywizji. Zrobisz cos z tym, czy mamy to w świat puścić na stracenie ziemi?
    Wkurwial mnie już ten anioł. Co on sobie myślał?
    - Dobra, zobaczymy co się da zrobić. Ale póki co zostaje pod twoja opieką.
    Wyciagnalem dłoń do anioła.
    - Hajs na nianke. Nie mam zamiaru tracić wypłaty.

    OdpowiedzUsuń
  20. - a juz myslalam, ze grzecznie poczekasz na mnie w lozku - zagryzla wargi by sie nie rozesmiac - i bedziesz baardzo cierpliwie czekac. Znaczy tak dlugo az sie da - zamrugała prwokacyjnie wyciagajac do niego reke.
    - nie wiedzialam - odparła zgodnie z prawda ustawiajac sie w kabinie tak by sie razem zmiescili.
    Mruczała przy kazdym ruchu dloni i prawie juz odplywała gdy ja o to spytal.
    - raczej niezbyt dlugo. Im krocej tu jestem tym lepiej dla mej i tak kruchej egzystencji - usmiechnela sie odwracajac sie przodem w jego strone z wysunietymi niec bioderkami niemo zapraszajac do siebie a rece, okropne zdrajczynie, same zaczely bladzic po jego torsie.

    [a idz ty xD wole byc uswiadomiona zawczasu xD jakies plany? i nie - nie musimy opisywac, ale lubie wstepne dzialania ^_^]

    OdpowiedzUsuń
  21. [Rozumiem :) ]

    - Jaki się nagle czuły zrobiłeś. Aż węszę w tym podstęp. - zaśmiał się. - Muszę jeszcze podlać drzewko...
    Podszedł do szafy. Okazało się, że są to drzwi do niedużego pomieszczenia. Na środku, an masywnym dębowym stole, stała donica z drzewkiem, które swego czasu zabrał z piekła, dzięki Lucyferowi właściwie.
    Nie wyrosło bardzo. Miało ledwo pół metra, co i tak bylo osągnięciem, zwłaszcza że pięć wieków temu było ledwo kawałkeim patyczka. Na kilku cienkich gałązkach prezętowały się piękne białe kwiaty. Fausy swego czasu z nudów, ułożył w donicy mech a na nim posklejane w coś podobnego do Stonehenge, kamyki. Wybrał z kieszana poporcjowaną krew, zdobytą w szpitalu. Rozciął woreczek i wlał zawartość do donicy. Dawniej zabijał szczury a potem podbierał swoim pacjentom nieco więcej krwi do badań niż powinien, a teraz w tym wieku, zdobycie krwi było jeszcze prostsze.
    - Nie lubi słońca. - wyjaśnił, gdyby diabeł chciał wiedzieć, dlaczego trzyma to w szafie.
    Zamknął drzwi. Wlazł na łóżko i przyjrzał się swojemu najnowszemu kochankowi z góry.
    - Chcesz ze mną zamieszkać? Wiem, że nie lubisz się wiązać. Ja też nie... chociaż byłem kilkukrotnie żonaty. Ciężko jest funkcjonować z tępakami, którzy nie ogarniają wieczności.

    OdpowiedzUsuń
  22. Wsparta o scianke raczej nie myslala o miejscu igraszek, ale po prawdzie raz ze tu nie bylo miejsca a dwa, lazienka chyba nie wytrzymała ich poczynian. Była nawet bardziej niz chetna, gdy uniosła sie na tyle, by opasac go konczynami, by sie nie zsunac z niego, wiec sie przylepila z nosem utkwionym w dolku kolo obojczyka mamroczac pod nosem zgode i jakos nie zauwazajac faktu, ze nadal jest mokra a kropelki wody zaznaczaja ich wyjscie. Było jej zbyt dobrze a jeszcze cala noc przed nimi.
    - Lucio... nie musisz sie hamowac wiesz - mruknela mu do ucha ciezkim od pozadania glosem. Musnela mu platek ucha, gdy sie odsunela by spojrzec mu w oczy a potem pocalowała rownie zaborczo co on wczesniej, gdy juz lezała na lozku zgarniajac go ze soba. Mozna by rzecz, ze po porzednim seksie mozna by bylo miec dosyc, ale byla napalona i to mocno.

    [dobra w prawdzie nie o to pytalam, no ale dobrze i to wiedziec.
    Dobre ^_^ moze jakas zadrosna byla kochanka Lucka? albo komus komu ostatnio podpadl?]

    OdpowiedzUsuń
  23. - Glamour przy tym ile trzeba na nią wyłożyć... Na jej wychowanie, żarcie i nianke... Glamour przy tym to jest kropla w oceanie. - Powiedziałem. - Poza tym z Tytania jakoś się dogadam to może spusci z ceny. Wiesz, mam u niej jakiś szacunek po tym jak powalczylem z Adwersarzem. - Powiedziałem uśmiechając się lekko. Nieco zadziornie. Mała zasmiala się widząc moja minę.
    - Lubi cię. - Stwierdzil Rafael.
    - Psy i koty też mnie lubią. Bo je karnie, myje, chodzę z nimi do weterynarza i laze na spacery. - Baknalem cicho pod nosem.
    - Rozumiem. - Skinal głową archaniol. - Co na to wszystko Azazel?
    - Najpierw spierdolil, delikatnie rzecz ujmując. Później coś tam wymyślił. Chce Vivian tutaj przysłać.
    - Przecież Vivian nie żyje od 20 lat. Ponadto katuje dusze w piekle. I długo jej nie było tu. To nie jest dobry pomysł. - Rafael zbladl.
    - Myśmy z wujkiem to samo mu mówiliśmy. Ale z drugiej strony na nic lepszego nie wpadliśmy.
    - A może zaadoptuj ją z Georgia?
    - Skąd on wie o niej? - Zapytałem Lucka.

    OdpowiedzUsuń
  24. Niecierpliwila sie powolnoscia. Chciała od razu i to mocno. Gdana szalencza potrzeba zaspokojenia sie.
    I chyba to wyczuł jakims sposobem bo przerwal na chwile kazac zamknac oczy. Naburmuszyła sie lekko, ale spelnila prosbe. Wrazenia zmyslowe jakos sie spotegowały, ale i rozluzniały nadal spiete cialo.
    Otworzyła oczy.
    - jesli zaraz we mnie nie wejdziesz to sie zabije - pogrozila ciezkim glosem - powaznie mowie. Przestan sie ze mna droczyc - grozna mina polaczona z niema prosba.

    [to az tak widac ze sama chcice mam? ^__^]

    OdpowiedzUsuń
  25. [ Pomysł jak najbardziej dobry. :D Burtonowi przyda się doborowe męskie towarzystwo, a sam diabeł będzie chyba idealnym kompanem. Może go w końcu trochę rozrusza i wyciągnie do ludzi!
    W sumie swoją znajomość mogliby zacząć już w Fabletown, w nienajlepszy sposób. :D Oboje nawaleni, wdaliby się ze sobą w bójkę, którą ostatecznie oboje by przegrali ze względu na ilość alkoholu we krwi, nie wiem co Ty na to. :D ]

    Terrence

    OdpowiedzUsuń
  26. [Cześć! :) Dziękuję bardzo za miłe słowa. I mam nadzieję, że życzenia się spełnią i weny nie zabraknie. :)]

    Nuada

    OdpowiedzUsuń
  27. Przygladalem się ich wymianie zdań. Z jednej strony chciałbym wiedzieć o co chodzi, ale z drugiej... Ktoś mądry kiedyś powiedział, że nieswiadomosc jest czasami błogosławieństwem. I póki co wolałem pozostać przy tym drugim. Przynajmniej na dziewięć minut i czternaście sekund. Rafael spojrzał to na mnie do na...
    - Jak właściwie ją nazwaliscie? - Zapytał skrzydlaty.
    - Ja ją nazwałem. Nazywa się Meg. Nie pytaj dlaczego takie imię. To było pierwsze jakie mi przyszło do głowy. - Powiedziałem. Archaniol chciał wziąć mała na ręce, ale ta rozplakala się na dobre. - Nie lubi cię. To widać.
    - A może ciebie lubi? - Zapytał Rafael.
    - Mnie uwielbia. - Prychnalem pod nosem, biorąc dziewczynkę na ręce. Powoli przestawala płakać. Tylko jeszcze przez chwilę pociągała nosem.
    - Nie wierze... - Anioł zrobił zalamana minę. - Jak ona może lubić kogoś takiego...
    - Nie kończ. - Powiedziałem wychodząc z gabinetu za Lucyferem. - Nic nowego się nie dowiedzieliśmy. - Powiedziałem do starszego upadłego.

    OdpowiedzUsuń
  28. [ Czyli wszystko super dogadane. :D Tak przy okazji zdradzę, że planuję dodatkową postać, więc Lucek będzie miał więcej kompanów do bójki!
    Mogę prosić o zaczęcie? :) ]

    Terrence

    OdpowiedzUsuń
  29. Zrobila minke zaniedbanego dziecka dalej sie ocierajac i laszac niczym kot spragniony mleka.
    - gdziezbym smiala. - jeknela zarzucajac rece na ramiona i przyciagajac do siebie blizej. W chwilach uniesien i nastepnych tej nocy szeptała i czasem i blagala o wiecej. Gdzies tam przez mysl jej przeszlo, ze zachowuje sie jak dziwka w podrzednym burdelu z sekcja S-M, ale wyparla ja gdy zblizala sie do szczytu drzac na calym ciele w probie odzyskania oddechu, gdy skonczyli swoj maraton jakas godzine przed switem.
    - Luciu - mruknela sennie przylegajac do jego boku i zakladajac noge miedzy nimi polswiadomie, ze to robi - tak mi dobrze - dodała jeszcze wsluchujac sie w bicie jego serca jakby byl kolysanka otulajaca do snu. Zasnela po niekrotkim czasie budzac sie pierwsza. Ziewnela leniwie otwierajac oczy i spogladala na spiacego. Spal czy nie - wygladal slodko.
    Zarumienila sie przywolujac wspomnienia nocy a potem wpadl jej do glowy nowy sposob "budzenia". Wziela go w rece i zaczela masowac i bawic sie tak dlugo az byl gotowy i on sam i sama bedzac wystarczajaco wilgotna.
    - jeszcze nie skonczylam aniele - mruknela usmiechajac sie szeroko.

    [o rany.. ;) *burak* ja tak juz mam, ze jak mi sie zbiera to mi sie pisze opisy - w innych przypadkach koncze na ogolnikach *smiech*]

    OdpowiedzUsuń
  30. Przytknela mu palec do ust i powiedziala ciche: "ciiii..."
    - zrelaksuj sie - mruknela jeszcze nie pozwalajac mu dojsc, nawet jesli bylo widac, ze byl juz blisko nawet jesli byl niedobudzony. Usmiechala sie dalej nadal sie z nim droczac. Czas przejac paleczke i inicjatywe. Wczesniej pozwalała na dominacje, ale nie teraz.
    - zadnego dotykania - pogrozila palcem a potem rozpoczela masaz od srodka do zewnatrz i na odwrot zataczajac coraz mniejsze kregi od czasu do czasu tracajac go, ale i pilnujac zeby nie doszlo do finalu.
    - zadnych rak - upomniala surowo znizajac glowe by jezykiem pozostawic chlodne sciezki na dosyc rozpalonej skorze jakby dopiero co przybyl z piekla. Smiala sie w duchu, ze spali jej jezyk, gdy zbyt dlugo bedzie sie z nim droczyc, ale efekt byl dobry i dosyc widoczny. Zachichotala w duchu posuwajac ponownie przylozone dloniedo jego ciala w gore do klatki, torsu i szyi, obtaczajac kregi, od czasu do czasu skubiac wrazliwe strefy az powrocila do przyrodzenia dosiadajac go posuwistym ruchem.
    - grzeczny chlopiec - nagrodzila ochryplym glosem - dostanie swoja nagrode - dodała zaczynajac sie na nim ruszac az po krotszej chwili oboje doszli prawie jednoczesnie.

    OdpowiedzUsuń
  31. Wróciłem do domu, gdzie czekała na mnie niezbyt miła niespodzianka. W kuchni siedziała sobie moja matka i najzwyczajniej w świecie piła sobie moją kawę. Z mojego kubka, z mojego ekspresu. W mojej kawalerce. Na dodatek zrobiła mi przemeblowanie.
    - Co ty tutaj robisz? - Zapytałem niezbyt uprzejmie.
    - Ładnie się z matka witasz. - Powiedziała Vivian. - Może tak trochę milej do matki, co?
    Prychnalem cicho pod nosem, kładąc mała do kolyski i ściągając kurtkę.
    - A więc to to jest tym całym kłopotem, które postawiło na nogi całe piekło. - Burknela zazdrosna.
    - Zazdrość tyłek ci ściska? - Zapytałem się jej.
    - W końcu po tylu latach mam okazję, aby wyjść z piekła i odwdzięczyć się tobie za to co mnie tam spotkało.
    Niespodobalo mi się to. Razony przez nią piorunem padlem.

    OdpowiedzUsuń
  32. - zostan we mnie - wymruczała bardzo powoli wyrownujac oddech. Dziwne, ze serce jej jeszcze nie wyskoczyło z piersi. Zasmiała sie.
    - no wiesz... - zaczeła przekornie wodzac palcem po linii jego szczeki - jakas technike sobie wyrobiłam - zlozyła malego buziaka na jego nosie - a widze, ze pobudka ci sie spodobala. - uniosła sie troche by lepiej go widziec laskoczac swoimi wlosami jego twarz, wiec je zebrała razem w jedna strone. - nastepnym razem uzyje lodu - zakomunikowała - duzo. A co do jedzenia... - zaburczalo jej w brzuchu. Zarumieniła sie. - taa chyba trzeba cos przegryzc. Ktora to w ogole godzina juz jest? - zmarszczyła brwi w zadumie. Noc to byla noc ale nastal juz dzien i nie robili tu niczego innego oprocz seksu. Jemu to pewnie bylo bez roznice, ale ona czuła glod i to duzy.
    - moze 3 w 1? - zauwazyła - moglabym teraz zjesc calego barana - pokazała mu jezyk. - nie podbierales mi czasem energi? - zapytała w zartach. - jakos nie mam juz sily by sie podniesc...
    W koncu sie wysunela z niego czujac wyplywajacac wilgoc pomiedzy udami. Troche pobolewało tu i tam, ale przezyje. W koncu seks byl nieziemski zatem nie miała zamiaru narzekać.

    OdpowiedzUsuń
  33. Długo się wiercił na łóżku, szukając odpowiedniego dla siebie miejsca. W końcu położył się przy boku Lucyfera, z głową ułożoną w zagłębieniu jego szyi.
    - Nie przesadzaj. To nie oświadczyny - prychnął. - Poza tym pewnie za parę dni uznasz, że ci to nie odpowiada.
    Klepnął go w biodro.
    - A teraz śpij. Za każdy zerwany szew dostaniesz odpowiednią kare.

    Długo nie mógł spać. Leżał z zamkniętymi oczami, aż w końcu się poddał. Skoro sen jeszcze nie przyszedł to znaczyło, że już się nie pojawi.
    Wstał z łożka, okrywając lepiej swojego niecodzinnego pacjenta. Włożył bluzę, tę dużo za dużą, którą dwano temu uprowadził gdy wymykał się od swej, jednej z wielu, jednonocnej przygodny.
    Przymknął drzwi sypialni. Zapalił światło w kuchni i siedząc na blacie, zastanawiał się czym mógłby się zająć do rana. Nie miał tu wiele do roboty.
    Włączył laptop i zabrał się za przeglądanie swoich notatek dotyczących voodoo. Spędził w Nowym Orlewnie ledwo kilka dni. Jednak ta wiara i to czego potrafili dokonać jej wyznawcy, wciąż go fascynowała. Starał się odkryć z czego stworzona została mikstura przywracająca życie. Kiedy się na tym skupił, czas przestał byc istotny.

    OdpowiedzUsuń
  34. [Pst, pst! Podobno ktoś plotkuje na twój temat! ;)]

    OdpowiedzUsuń
  35. - Ja pierdole. - Mruknalem cicho, wstając obolaly. - Wzięła mnie znienacka. - Wykrzywilem się, kiedy po moim ciele przeszedł prąd. - No, mieliśmy powitanie jak matka z synem po dwudziestu latach niewidzenia się. - Usiadlem na krześle. - Chyba chciała mnie zabić. Nie, nie chyba. Na pewno chciała mnie zabić. - Pokrecilem głową z niezadowoleniem. - Ma mi za zle, że przeze mnie spędziła dwadzieścia lat w piekle. I że chyba nadszedł czas, aby mi za to zapłacić. - Podrapalem się w tył głowy. Iskra przeskoczyła mi po palcach. - Auc. - Wstrzasnalem dłonią. - To ona sobie taka zrobiła kawę. Ja tam wolę mocna. Taka, po której mam niezłego kopa. - Podszedłem do Vivian i pomachalem jej dłonią przed oczyma. Wykonałem zaklęcie przeniesienia umysłu. Kilka sekund, minut... I miałem chyba wszystko co chciałem mieć. - A to suka. Użyła podstepu, aby tutaj przybyć. Była tak przekonujaca, że przekonała nawet samaela. - Powiedziałem, kiedy wróciłem do swojego ciała.

    OdpowiedzUsuń
  36. - ciesze sie. - przynajac mu aprobate i do jednego i do drugiego.
    Poglaskala go, gdy wstawal leniwie patrzac jak sie ubiera do slipek.
    - boisz sie, ze mi stani na zoladku? - zapytała przekrecajac sie na bok i eksponujac w calej krasie. - moze i byc drugie sniadanie - zauwazyła - albo podwieczorek. - machnela reka - a zreszta co za roznica. - moze chinczyzne zamowimy? Bedzie szybciej.
    Siegnela po przescieradlo, by sie ogrzac. Bez niego było chlodno. Musiała sie rozgrzac. Wtulila sie w poduszke na ktorej przed chwila byl i tak jakos znowu zasnela.
    - jeszcze chwile - wymarotała sennie czujac jak ja wybudza. Nie chcialo jej sie ruszac, nawet jak jej juz gralo symfonie w brzuchu i chyba caly hotelik to slyszal. - minutke. Zostaw mi cos - przekrecila sie na drugi bok. W sumie bylo na ciele widac nowe zasinienia, ktore sie zrobily pewnie w nocy i teraz pokazaly w calej krasie. Jakby teraz kto wpadł pomyslalaby, ze jest jakos ofiara.

    OdpowiedzUsuń
  37. Popatrzyła na niego krytycznie. On i szef kuchni. Akurat.
    Prychnela pod nosem.
    Jednak nie mozna zaprzezyc, ze byl gotow "zamowic" jedzenie. Jakis plus był z tych jego umieketnosci byl.
    Chciała go zignorowac, jednak zoladek marsza gral i zaczelo ja ssac wrecz z glodu, wiec chcac nie chcac wyluskala sie z lozka.
    - jestes okropny teraz - rzucila mu zle spojrzenie w stylu: powiedz cos jeszcze a zrobie ci krzywde - to byl cios ponizej pasa. - pozalila sie prawie, ze placzliwie spogladajac to na niego to na jedzenie
    - nie zrobilbys mi tego, prawda?? - podeszla blizej ciagnac za soba przescieradlo owiniete na piersiach. Prawie, ze sie o nie zaplatała i wywinela szczupaka gdyby nie oparcie komody.
    - ah bylo blisko. - zauwazyla rozcierajac ramie, bo dosyc mocno sie wsparla - nie smiej sie. Ja widze ten usmieszek - dodała samej sie szczerzac.
    W koncu gdy pokonala wszystkie "przeszkody" usiadła i wziela do reki swoj talerz palaszujac go tak szybko jakby sie bala ze jej zabierze.
    - dobre. Moge dokladke? - wlepila w niego oczka i podsunela mu talerz prawie pod sam nos.

    OdpowiedzUsuń
  38. Przekrecila oczami
    - wcale sie nie wzbranialam - zaperzyla lekko - chcalo mi sie spac po tak "ciezkiej pracy". Bywasz wymagajacy kolego.
    Wziela sie za druga porcje dosyc sprawnie, ale juz nie dokonczyła.
    - dobra.. bede musiała to osobiscie zobaczyc a nie tylko czary-mary. Coz, chyba bedzie sie trzeba powoli zbierac. Watpie by nas tu chciano widziec nastepnej nocy - pucila mu oko. Moze budynek nie wytrzymac. - wstala - ale sie teraz objadlam - poklepala brzuch. - to twoja wina [xD] - chochlik w oczach przeczyl powaznej minie. Podeszła do niego i usiadla na kolanie. - Lucio, myslalam by sobie pozwiedzac piramidy wiesz? Chcesz sie ze mna wybrac? Ale wybrac a nie pstryk - pokazała palcami - i juz jestesmy. To troche nudne a tak jestes w ruchu i dobrze sie bawisz. Co myslisz? No chyba, ze jestes "praca" zajety... - zrobila smutna buzke.

    OdpowiedzUsuń
  39. Burton nie uznawał czegoś takiego jak „dzień wolny od alkoholu”. Pił w małych ilościach, ale za to codziennie. Uzbierany przez lata ogrom pieniędzy sprawiał, że nie musiał pracować, a i tak nigdy nie brakowało mu na przyjemności. A konkretnie na jedną, tą główną, najważniejszą – picie. Obowiązywała jednak jedna zasada mówiąca o tym, że nie wolno upijać się do nieprzytomności. Zazwyczaj jej przestrzegał. Aż do tego dnia. Dnia, w którym nawiedziło go wspomnienie jego pierwszej miłości. Jak każdy „przyzwoity” mężczyzna, pierwsze ukłucie w sercu spowodowało, że udał się do lokalnego baru.
    W środku było głośno i tłoczno, co jak na tą godzinę było dość nadzwyczajne. Okoliczne towarzystwo gromadziło się raczej później. W każdym razie, szczęście dopisało Burtonowi, i znalazł wolny stołek przy ladzie, tuż obok miejsca, w którym krzątał się barman. Okoliczności nie mogły mu bardziej sprzyjać.
    – Wódkę, czystą. – rzucił w stronę młodego chłopaka za barem, po chwili korygując odrobinę swoje zamówienie. – W szklance.
    Siedzący obok niego, mocno już wstawiony mężczyzna spojrzał na Burtona z lekko drwiącym uśmiechem na twarzy, jednak ten postanowił to zignorować i zacząć delektować się smakiem palącego gardło drinka. Potem kolejnego, kolejnego, i jeszcze kilku następnych.
    Wstał dopiero po około godzinie. Nie był jeszcze nawalony na maksa, ale w głowie wirowało już raczej mocno.
    – Dość. – mruknął do siebie. Rzucił barmanowi banknot, odmawiając przyjęcia reszty, po czym wstał i chwiejnym krokiem ruszył w stronę wyjścia, starając się ominąć pojawiających się nagle na drodze ludzi. Jedno z takich spotkań skończyło się niestety zderzeniem. Terrence zachwiał się i przechylił na bok, pomiędzy krzesłami upadając na ladę i strącając w połowie pełną szklankę na śpiącego mężczyznę. Ten natychmiast zerwał się na nogi, co w wykonaniu kogoś wyraźnie pijanego budziło podziw.
    – Przepraszam. – mruknął Burton, prostując się. Było jednak za późno. Nieznajomy chwycił go za kołnierz koszuli, co tylko go rozwścieczyło. Jednym celnym ciosem pięści w szczękę pozbył się dłoni natręta.

    [ Jest super. :D Ja również mam nadzieję, że nie zawiodłem. ]

    Terrence

    OdpowiedzUsuń
  40. - no co! Wiem, ze dziwna jestem - zauwazyła przykladajac dlon do karku i bawiac sie wlosami, ktore przeczesywala.
    - oj "staruszku" ty moj - cmoknela w polik - to moze laseczke ci kupimy na dokladke? By wszyscy widzieli twe "lata" - przelozyła mu nogi siedzac teraz bokiem.
    - mam sie zaczac bac tego noza teraz? Zrobilbys to? Podczas zwyklego krojenia? - uniosła brew. Potoczyła oczami. - to moze ja sie odsune juz zawczasu? - wykonala szopke teatralnie zdjkemujac wpierw nogi i nawet zaczela sie unosic, gdy poczuła ramiona opasujace talie.
    - nigdzie nie ide, ale chyba czas pomyslec nad ubraniem. I.. wiesz jak nie chcesz to nie zmuszam. Ja tam lubie sie troche pomeczyc, ale jak cos... troche bedzie mi nie wygodnie z moja paczuszka - zmyslila sie. Ufac mu czy tez nie? Wprawdzie mowil, ze raczej nie kradnie, ale...? Zawsze jakies, ale bylo.
    - Lucio, moglbys zabrac paczke i podrzucic do mego domu? [chyba czas wdrazyc twoj zamysl w ruch] i tak. To zaproszenie, jakby to mialo jakies znaczenie. Tylko przepakuje skrzynki. Puscisz mnie? W przeciwienstwie do ciebie, troche mi zimno a to przescieradlo zbyt duzo ciepla nie daje.

    OdpowiedzUsuń
  41. Westchnalem cicho pod nosem. Moja matka nie należała do brzydkich kobiet. Była nawet całkiem ladna.
    - Gdyby nie była moja matka to pewnie bym ją przeleciał. - Stwierdziłem, uśmiechając się delikatnie pod nosem. - Ale póki co to aż tak pojebany to nie jestem. Aby z własną matka... - Zachichotalem cicho, nieco trochę złośliwie. - Myślisz, że sam nie umiem odesłać jej do piekła? - Zapytałem się Lucyfera. - Wódka mrozi się już trzeci tydzień w zamrazalce. Patrz w środkowej półce. - Powiedziałem do niego. Już miałem wysłać ta kobietę do piekła, kiedy pojawił się przede mną Azazel i nie pozwolił mi dokończyć zaklęcia.
    - Jesteś niesprawiedliwy. - Powiedziałem do niego.
    - Przykro mi synu. Umowa to umowa.
    - A od kiedy ty tak wywiazujesz się z umów?
    - Oliver... Nie przesadzaj. Trochę ją podreperuje i będzie cacy.
    - W takim razie weź swoją córkę i będzie cacy. Poza tym wisisz mi trochę hajsu.
    - Zrobię przelew. - zabrał Vivian i zniknął. Wziąłem szklankę, wlalem wódki i wypilem na raz.

    OdpowiedzUsuń
  42. Rzuciła mu powloczyste spojrzenie.
    - podobam ci sie? Uwazasz mnie za piekna? - usmiechnela sie szeroko - nie chce bys sie postarzał. Szkoda na to energii, ktora mozna spozytkowac do czegos innego - zauwazyla rumieniac sie przy tym.
    Przylozyła czolo do jego.
    - i wazniejsze. Nie znudzilam ci sie jeszcze? - przytaknela na jego slowa - moze - zadrgala jej brew - to byl jakis przejaw zalotow?! I sie na tym nie poznales. To prawda ogolnie znana, zes z piekla pochodzisz, ale jak dla mnie jestes tak normalny jak tylko sie da. I nie mam tu na mysli tylko dobrego seksu. - spojrzała mu w oczy. Dlugi czas - Nie wymagam zbyt wiele - westchnela ciezko. Poprawila przescieradlo uparcie zsuwajace sie z ciala. Wcale nie byla pewna decyzji powierzenia mu, ale trzeba czasem udzielic kredytu zaufania.
    - posiadam sejf, ale mozesz mi je zostawić pod lozkiem w sypialni na gorze. Albo nawet i w szafie. - puscila mu oko - a ja tymczasem tu troche ogarne.

    OdpowiedzUsuń
  43. - Cacy to będzie jak to wszystko pierdolnie. A może rzeczywiście by tak pieprznąć to wszystko i wyjechać w Bieszczady? - Zapytałem sam siebie. - Lucek szykuj się. Jedziemy na imprezę w Bieszczady. - Powiedziałem do Boruty. - Nie patrz się tak na mnie. Jedziemy i już. - W sumie to nie wiedziałem czy jest jakaś tam impreza czy nie, ale zawsze można jakąś zrobić. - Georgia? Georgia wyjechała... - Było mi z tego powodu smutno. - Zostawiła list pożegnalny i że wróci dopiero za dwa tygodnie. Pojechała do kuzyna razem z Dziadkiem do orzechów. Chyba miała spotkanie z moją matką. - Bąknąłem cicho pod nosem. - No, poczekaj ty... Ty... Ty szatanie no, poczekaj! - Krzyknąłem za nim. - Jak nie Bieszczady to może jakaś inna Syberia? - Zapytałem się go. Zniknął. Szlag by to jasny trafił i krew nagła zalała.
    Na wieczór znalazłem jakąś opiekunkę. Starsza pani wróżka, miła i uprzejma. Trochę pomarszczona. Nie do łóżka. Może to nawet i lepiej? Tak, za dużo seksu jak na te kilka dni. Poszedłem do baru, gdzie to ostatnio z Luckiem byliśmy. Przy barze zauważyłem wujka. Był nieco przybity. I wkurwiony. Bardziej niż "nieco". Zorientuję się później co jest grane. Poszedłem do toalety. A tam niespotykany widok! Ten baśniowiec co to ostatnio na schadzkę umawiał się Lucek gździł się z jakimś innym. Tego to jeszcze nie grali. Wyszedłem szybciej niż to ustawa przewidywała.
    - Ten twój baśniowy przydupas robi niezłą orgię w kiblu. - Powiedziałem Lucjanowi, a ten wydał mi się bardziej wkurwiony. - Podwójna wódka. - Powiedziałem do barmana. Postawił przed nami kieliszki. Chluśnąłem od razu. - Chcesz się na nim odegrać? - Zapytałem się go. - Możemy zrobić jakąś scenę czy coś.

    OdpowiedzUsuń
  44. - Czyli innymi słowy masz przejebane. Jesteś pod kreską, nie masz hajsu, chlejesz wódę, twój facet ciągnie druta jakiemuś innemu... Przegrywasz w kasynie jak jakiś życiowy przegryw. Stary co z tobą? - Zapytałem się go, pijąc kolejny kieliszek wódki. Po kilku następnych trochę mnie wzięło. - Ojciec mi kiedyś pokazał takiego jednego co go opętał. Nic nadzwyczajnego. - Wzruszyłem mimowolnie ramionami. - Idziemy stąd. - Powiedziałem, wstając. - Kasyno na nas czeka. - Pociągnąłem Lucyfera. Przed kasynem powiedzieli, że nas nie wpuszczą. Nie pomogło nawet to, że chciałem dać dorobić trochę ochroniarzowi. Uniosłem go do góry niewidzialną ręką, która chwytała go za gardło. Poczułem lekkie szarpnięcie z boku.
    - Przepraszam... - Powiedział jakiś chłopaczek.
    - Nie widzisz cepie, że właśnie z kimś rozmawiam? - Zapytałem się go.
    - Dobra, Oliver, wpuszczam was już tylko mnie puść. - Powiedział ochroniarz.
    - No widzisz Steve, jak my się pięknie dogadujemy. - Usmiechnąłem się.
    - Dlaczego ty każdego tutaj zawsze nazywasz Steve?
    - Słuchaj Steve, zejdź mnie z kadru. - Rzuciłem do faceta. - Cześć Steve. - Powiedziałem do drugiego, wchodząc z Lucyferem do środka.

    OdpowiedzUsuń
  45. - to nie odpowiedz.
    Dala mu pstryczka w nos.
    - no nie wiem czy kazdej w noc w noc. My ludzie pracujacy. Wiesz klasa robotnicza - wyszczerzyła sie. - taa potwora. A jakbym ci powiedziała, ze Jezusa tam przetrzymuje? - zapytala rozbawiona. - zmykaj szkarbie - dodała klepiac go w tylek, gdy ja mijal.
    Została sama. Klepnela ciezko na skoltunione lozko wzdychajac po drodze.
    - czas to troche ogarnac. - skomentowała krzywiac sie balaganem. Jednak wpierw wskoczyła w jakies czyste ciuchy, weszła do lazienki krytycznym okiem spogladajac na since. Niech to... bylo widac niektore, ale na szczescie byla zima i nie trzeba bylo sie az tak eksponowac. Przeplukala zeby i szczotkowala wlosy, gdy sie zjawil.
    - ciesze sie. - odkrzyknela z lazienki.

    OdpowiedzUsuń
  46. Zasmiala sie dalej szczotkujac wlosy.
    - no nie mow. Bylo czysto na samym poczatku. Po wybudowaniu - zauwazyła rezolutnie konczac czesanie i zabierajac sie za chowanie przyborow do kosmetyczki, gdy poczuła jego dlonie na ramionach. Usmiechnela sie pod nosem.
    - czemu? - zapytała lekko zdziwiona unoszac glowe akurat wtedy, gdy podchwycila jego spojrzenie w lustrze lustrujace jej cialo albo tez te czesci, ktore bylo tez widac. Przetoczyła oczami. - Lucio to nic takiego, naprawde. Nie masz sie czym przejmowac - wrocila do pakowania - mozemy i na narty, ale nie umiem jezdzic i nie mam odpowiednich ciuchow. - siegnela do jego dloni i scisnela lekko - albo tez wybiore sie na "podboj" piekla. - puscila mu oko - zbyt duzo nie widzialam.

    OdpowiedzUsuń
  47. - Geez... Ty na serio krucho stoisz skoro już musisz pożyczać. - Stwierdziłem, kręcąc przy tym głową z politowaniem. - Wujek ja tutaj bez czarów potrafię efektywnie wygrywać. - Uśmiechnąłem się szeroko do niego. - Siła sugestii i takie tam psychologiczne sztuczki. I trochę matematyki. - Stwierdziłem, wchodząc dalej. - Aha, niech cię nie zdziwi, ale ja tutaj każdego nazywam Steve. Za pierwszym razem jak tutaj byłem to dali mi coś takiego fajnego, że wszędzie widziałem Stevenów Tylerów. Wiesz, tego z Aerosmith. - Zaśmiałem się cicho pod nosem. - Ale oni nie muszą tego wiedzieć. - Rozejrzałem się dookoła. - Myślę, że na rozgrzewkę pójdę na kości. Później zaszaleję z resztą. - Uśmiechnąłem się przebiegle.

    OdpowiedzUsuń
  48. Uniósł wzrok i uniósł kąciki ust w lekkim uśmiechu.
    - Nie mogłem spać. Zwykle jak sen nie przychodzi.. to już nawet niestaram się go przywołać. Mam dość tych mikstur na sen, więc... wykorzystuje dobrze ten czas i pracuje.
    Przymknął laptop i przesunął go nieco w bok by spojrzeć na kilka sterczących żyłek.
    - Mięsień i skóra się zrosły. Właściwie mógłbym ci już je zdjąć. Ale tak... kara musi być. Jednak z jej wymierzeniem, poczekam aż nabierzesz sił.
    Delikatny uśmieszek, stał się szerszy i wredniejszy.
    - Badam voodoo. Może zrobię z ciebie mojego niewolnika? No nie wiem...
    Podniósł się i przeciągnął, rozciągając zastałe mięśnie. Zamknął laptop. Zajrzał do lodówki. Wybrał melko, które przyniósł Lucek i płatki, które jemu przypominały to co zostaje po temperowaniu ołówka.
    - W poprzednim wieku... - zamyślił się, wsypując płatki do miski. - Łamałem zakaz i byłem medykiem polowym na froncie. Do pierwszej wojny światowej się jeszcze nie mieszałem. Przesiedziałem ten czas na Bahamach. Dopiero w drugiej wdziałem mundur, za co Mefisto na pięć lat pozbawił mnie oka i części sprawności fizycznej. Dobrze wiedział, że będę łamał te zasady... Zawsze to robiłem. A jednak mnie nie powstrzymał. Pojawił się dopiero kiedy wojna się skończyła.
    Postawił miskę przed Lucyferem a potem wsypał płatki do swojej miski. Usiadł znów przy stoliku. Podał swojemu obecnemu mężczyźnie łyżkę.
    - A wcześniej... cóż, wcześniej byłem medykiem. Brałem udział w wyprawach do źródeł Nilu i w kilku innych eskapadach. Finansowałem je, bo miałem dużo, dużo złota. Przez krótki czas byłem też szpiegiem... i złodziejem. Lubiłem być złodziejem. Wciąż mam taki ładny rubin, ukradziony jednemu bogaczowi...

    OdpowiedzUsuń
  49. [ Cześć :) Może wątek? ]

    Pan Peter

    OdpowiedzUsuń
  50. [Dziękuję i za miłe powitanie i za życzenia. Mam nadzieję, że święta i nowy rok u Ciebie również były udane ;)
    Lucyfer jest w dechę i jak nic musimy naszych panów kiedyś wysłać razem do baru. :) Znać to by się na pewno znali, bo kto nie znałby Śmierci? ;)
    No i na olimpiadę w piciu chętnie wpadnę, bo coś czuję, że ze swoją wybitnie mocną głową Śmierć miałby wygraną w kieszeni. ;)]

    Joe Black

    OdpowiedzUsuń
  51. - istnienia rzeczy. - zauwazyła rozbawiona zamykajac zasowke i odwracajac sie z nia.
    Przyciagnela do siebie za poly koszuli i cmoknela w usta.
    - pamietaj czyja zona bylam. Delikatnosc nie stala po stronie Vlada nawet, gdy sie staral. Nie mowie, ze mnie bił, ale czasem zostawały siniaki a ja sie nie przyzwyczailam do ciebie. Jeszcze. A i sam mnie nie wybadal. Takze jeszcze. Co nie zmniejsza obupolnych doznan - zauwazyla figlarnie - rozchmurz sie. Gdybys chciał mnie skrzywdzic to by sie juz dawno stalo. - kolejny buziak. Tym razem troche glebszy, ktory by sie skonczył ponownie w lozku, gdyby nie przerwala. - pozniej.. bo obawiam sie ze stad nie wyjdziemy przez miesiac - wyszczerzyła sie lagodnie wyplatajac z jego objec - ja tylko ostrzegam, zem okropna uczennica i nosze 12-tke. Pozbieram reszte rzeczy. - dodała jeszcze muskajac ramienie gdy go mijala.

    OdpowiedzUsuń
  52. Przez jakiś czas grałem w kości. I było całkiem miło. A już w szczególności, kiedy nieliche pieniądze zasilily mój budżet. Później poszedłem do Lucjana, popatrzeć jak my idzie. Minę miał nietega.
    - Ile przejebales tym razem? - Zapytałem się go, siadając obok.
    - Dużo młody, oj dużo. - Zasmial się jakiś facet, przeliczajac to co miał. Miał sporo w przeciwieństwie do gości przy stoliku.
    - Proponuje zagrać że mną va banque. - Powiedziałem, uśmiechając się przebiegle. - Wyzywam pana na ten pojedynek panie Bliss. - Rzuciłem do tego, który czuł się tutaj zwycięzca. - Zwycięzca weźmie wszystko. Stawiam dwadzieścia tysięcy na to, że wypadnie trzydziestka czwórka.
    Coraz więcej osób zebrało się wokół naszego stolika.
    - No to jak będzie? - Zapytałem się go, prowokujac gestami.
    - Jak wygram to wezmę też i ciebie. - Facet oblizal ochydnie wargi i obstawil swoje. Krupier rozpoczął grę. Bliss był nerwowy, a ja brałem to na spokojnie. Wypadła moja liczba.
    - Tak się zostaje legenda dziwko. - Rzuciłem do Blissa.

    OdpowiedzUsuń
  53. - kto wie. Niezbadane sa wyroki boskie - zauwazyła uzywaja parafazy, ktora nawet pasowała do obecnej chwili. - wampiryzm a demonizm za duzo sie w sobie nie rozni, wiesz? Jedno zabiera krew drugie ducha a zabic mozna jednakowo. A czy sie spotkacie... Mozliwe. Wszystko jest mozliwe. Sama nie wiem co ja zrobie, gdy w koncu go spotkam - uciekla wzrokiem w bok - w koncu po to sie odradzam, pfuu odradzalam. Czasem mysle, ze to glupie i marnuje tylko tlen - wzruszyla ramionami a potem spojrzała na niego spogladajac na niego bacznie w milczeniu.
    - wiem to ale jak tak to wpierw sama sie usmierce i to moze szybciej niz bys sam to zrobil. Rozkochac - prychnela - dobre sobie. Od kiedys to przemienil sie w inkuba co? - uniosła brew - oby z tego nic wiecej nie wyniklo moj drogi. Biore prawdzie tabletki, ale to dziala na ludzi. Nie wiem jak to z wami, wiec sie lepiej modl. [ acz chcialabym zobaczyc mine jakby jednak sie stalo XDD ]

    OdpowiedzUsuń
  54. Facet był wściekły. No tak... Postawił wszystko co miał i teraz został z niczym. To się nazywa mieć pecha. Albo szczęście. Zależy po której jest się stronie barykady. No, ja mogłem uznać, że ta noc należy dziś do mnie. Wygrałem i to nie mała sumke. W sumie to wygrałem kasę wszystkich uczestników. Warto było zaryzykować aż tyle. Przynajmniej przez najbliższe dwa miesiące nie będę musiał martwić się o gotówkę. Później jeszcze trochę pogralem, pomnozylem swój majątek o kilka lub kilkanaście kolejnych tysięcy. W końcu po jakimś czasie zauważyłem, że Lucyfer gdzieś po prostu zniknął. Szkoda. Ale mówi się trudno i żyje się dalej.
    Nad ranem wróciłem do swojego mieszkania. Pani babcia od pilnowania dzieci dzielnie czuwala nad Meg. Usmiechnalem się lekko do kobiety. Wyplacilem jej należne pieniądze i tyle ją widziałem.
    Późnym popołudniem obudził mnie Lucyfer z wściekła miną.
    - Co jest stary? Zgas mnie te światło. Rano jest... - Mruknął zaspanym głosem.

    OdpowiedzUsuń
  55. [ Mamy właściwe dwie możliwości. Możemy ich ze sobą poznać kiedy jeszcze Piotruś był w gangu i handlował wróżkowym pyłem albo już w Fabletown. Chociaż wydaje mi się, że jakaś akcja z gangiem mogłaby być ciekawa :) ]

    Pan Peter

    OdpowiedzUsuń
  56. - W starożytnym Egipcie byłem tylko raz. miałem zabrać szmaragdowego skarabeusza. Tylko nie wiedziałem którego, wiec zabrałem wszystkie które były. Czyli całe cztery.
    Wsuwał płatki, chociaż bez większej przyjemności. Na śniadanie najlepsza była wczorajsza pizza, ostatecznie jakaś wczorajsza zapiekanka. W końcu należało wyczyścić lodówkę z resztek, zanim zamówi się nowe jedzenie. Problem polegał na tym, że był w pracy cały dzień i jadł w szpitalnej stołówce.
    - Zawsze miałem ciągoty do rzeczy nadprzyrodzonych. Pewnie dlatego zainteresowali się wszyscy właśnie mną. Bez tego życie byłoby strasznie nudne. Czasem dorabiam jako egzorcysta. To też jest ciekawe. Ludzie pokazują mi różne nawiedzone miejsca albo opętanych bliskich a ja sobie z tymi duchami rozmawiam i często dowiaduje się różnych ciekawych rzeczy. Chociaż nie raz zostałem obrzygany przez małolaty opętane przez twoich piekielknych kumpli.
    Kiedy skończyli jeść, Faust wstawił miski do zlewu i kazał Lucyfeorwi się położyć na kanapie. Wyposażył się lateksowe rękawiczki, wziął skalpel, szczypce i pęsetę. Przysunął sobie taboret i zaczął powoli wyciągać kawałki żyłek i rozcinać szwy w miejscach, w których nie były już potrzebne.
    - Szybko się zagoiłeś. Ale na razie i tak musisz uważać. Jeśli się coś rozejdzie, to dłużej będziesz... niedysponowany. - zerknął na niego z pewnym wyzwaniem w oczach.

    OdpowiedzUsuń
  57. - wywiesze transparent z napisem: Tutaj jestem, ktos na krwawy deser chetny? - zasmiala. - No i - poslala mu powloczyste spojrzenie. - Wiem, ze mnie lubisz tak samo tez wiem, ze za niedlugo odejdziesz. Wy raczej dlugo nie bawicie jedna tylko zabawka - zauwazyła pol zartem i w pol serio.
    Można by rzecz, ze była przyzwyczajona do roli pionka. Wpierw był ojciec i jego politczny machinacje a potem to juz szlo lawinowo. Dopiero przelon nastapil w XVIII w.
    Odsunela sie, by powrocic do pokoju i zebrac reszte rzeczy do walizki.
    - nieladne. Ktos tu pracy domowej nie odrobił - pomachala palcem gdy sie na chwile oderwała ale nie przerwała pakowania - nigdy go nie spotkalam - odpowiedziała w koncu - na swej drodze a umieranie.... umierałam juz na wszelkie mozliwe sposoby. A to od trucizny, a to od kuli, naturalnie, podczas zarazy, podczas choroby czy porodu - poslala mu spojrzenie - Mowić mam dalej? - na twarz wyplynal jej usmieszek - o ja cie. Bozie czy ty to slyszysz? - zaczela chichotać - powiedzial by kto, ze obawiasz sie o swoja niezachwiana pozycje. - dalej chichotała - a co ciekawsze - zrobila pauze - boisz sie mojej smierci? Biedny bylby rzeczywiscie ten maly kambionek. Oj biedny. - rozbawiona spogladala jeszcze na niego - a przed chwila wrecz groziles mi smiercia - pokrecila glowa. Schylila sie by ubrac buty, potem plaszcz a potem odrzekla ze jest gotowa, ale musi zejsc do recepcji - Odpowiedz sobie w duchu: czego ty tak naprawde chcesz?

    OdpowiedzUsuń
  58. - Zauważyłem. Normalnie to trzymałbym cie w łóżku przez kilka dni. A teraz to mogę spokojnie uznać, że jutro będziesz już ostatecznie w całości.
    Wyciągane niebieskie niteczki odkładał do popielniczki. Robił to sprawnie i szybko. Kiedy już oczyścił jedną z blizn, przyklejał do niej kilka plasterków ściągających by się przypadkiem nie rozeszło.
    - Wiesz, trudno powiedzieć bym je egzorcyzmował. Moje modlitwy raczej niewiele by dały bo... niby kto miałby ich wysłuchać? Jestem bardziej diabłem niż człowiekiem więc Bóg ma mnie zapewne w głębokim poważaniu... Ja się dogadywałem. Z Baarem miałem ciekawą umowę. Zabawa była przednia. On opętywał jakąś dziewuszkę. Preferował dziewczęta. A ja jako egzorcysta wymagalem od rodziców albo innych obecnych, różnych dziwnych rzeczy. Było to nawet zabawne. Zwykle chadzałem do opętanych albo w nawiedzone miejsca by załatwić swoje sprawy. Mefisto regularnie się obrażał... A nie się nudziło.
    Wyciągnął ostatnią żyłkę i przykleił plaster, naciągając skórę. Obejrzał krytycznie swoje dzieło.
    - Gotowe. Możesz wziąć prysznic, byle krótki. Ale tylko możesz umyć włosy i nieco się opryskać wodą. Żadnego tarcia skóry. Przynajmniej nie tam gdzie są plastry.
    Wyprostował się. Cmoknął krótko Lucyfera w usta.

    OdpowiedzUsuń
  59. - oto pytanie prawda? - rzucila pogodnie - moze po prostu chce być. Ogladac to wszystko jako widz i obserwator. Ja od ciebie niczego nie oczekuje a ranic mozna na rozne sposoby. Było rozterki, byly tez rozczarowania. Takie jest ziemskie zycie, ktorego ty nigdy w pelni nie zrozumiesz bo sie nie urodziles jednym z nas. Mozesz probowac sie wpasowac, mamic, krasc, zabijac, ale ludzkie ulomnosci sa ci obce. To tylko iluzoryczna powloka a wbrew pozorom swiat jest maly. Ide przez zycie takim jakim go wpisano w moj pokrecony los. W gruncie rzeczy jestem niczym duch posiadajacy cialo. Nie powinnam w ogole istniec wiec powiedz, czemu mam sie lekac smierci - zapytała z pewna doza smutku - jestem juz tym troche zmeczona. - odwrocila sie do niego i podeszla do okna - wracajac tu w pewien sposob sie zegnam z tamtym swiatem. A ty... jaka smierc mi ofiarujesz? - zapytała cicho przymykajac oczy - w kazdej chwili mozesz odejsc a tu nikogo na sile nie trzymam - wrocila do swego bagazu - udam, ze wierze w to co mowisz. W sumie to twoja sprawa, ale twoje pragnienie skonczy sie na tym. Co z tego ci przyszlo? Wyganie. Ambicja kiedys wbije ci sztylet w sercu i na tym sie skonczy chec pokazania wlasnej wyzszosci - westchnela - zejde pierwsza. Musze rachunek uregulowac - zmienila temat nadal na niego nie patrzac, gdy w duchu kielkowala juz mysl by wyjsc po prostu i odjechac. Sama.

    OdpowiedzUsuń
  60. - Jest moją zmorą i opiekunem w jednej osobie. Z resztą, nie chce o nim gadać. Chyba mam jakąś naiwną nadzieję na to, że już mnie nie odwiedzi. Rozwala mi każdy związek i się przy tym nieźle bawi.
    Posprzątał ścinki. Odkaził narzędzia i wywietrzył pokój. Ostry zapach płynów antybakteryjnych wręcz wbijał się nos.
    Wlał sobie wina do kieliszka. Co z tego, że nie było jeszcze południa? Opróżnił kieliszek. Pociącnął kilka dużych łyków i odstawił butelkę. Bez sensu tylko brudził szkło. Zupełnie tak jakby liczył na to, że skończy się tylko na jednej małej porcji.
    - A dlaczego miałbym ci nie pozwolić? Jak chcesz to idź, tylko uważaj na siebie. Mmm... chyba że chcesz isć gdzieś ze mną to też mozemy. A jak nie, to można coś obejrzeć. Albo możemy się naćpać i podróżować do krain niezwykłej niezwykłości... W ostateczności możemy porobić dowcipy moim sąsiadom. To świetna rozrywka. Albo też... możemy zostać na kanapie i postarać się o dziecko. Co wolisz?

    OdpowiedzUsuń
  61. [ Pomysły mi się podobają :) Może wykorzystamy ten pierwszy... Opętałby jednego z członków gangu i siedziałby w nim przez jakiś czas. Wtedy moglibyśmy jakiś czas popisać o tym co by się działo, może nawet aż do zasadzki policji i rozbicia ostatecznego gangu. Co ty na to?
    A akcję w mieście ustalimy pewnie później, w zależności od tego jak nam się ten początek potoczy. Ale wstępnie możemy ustalić, że może Pan nie wiedziałby wcześniej że jego kumpel został opentany. I dlatego nie znałby Lucyfera, którzy przyszedłby do niego nie tylko by pogadać ale też by odzyskać dostęp do pyłku.
    Co na to powiesz?
    Później Pan mógłby się dowiedzieć, że Lucek na prawdę opentał jego kolegę i oskarżyć go o to, że gdyby ten kumpel myślał trzeźwo i był sobą to by przeżył. ]

    Pan Peter

    OdpowiedzUsuń
  62. - Tudzież aczkolwiek, ponieważ cokolwiek. - Zamajaczyłem sennie, próbując sobie jeszcze pospać. - Dlaczego budzisz mnie o świcie duchu zły? - Zapytałem. - A kysz, a kysz koszmaro. - Dłońmi zacząłem opędzać się od niego. - Spierdalaj. Jestem jeszcze dzieckiem. - Próbowałem naciągnąć na siebie kołdrę. - No nie bądź cham. - Powiedziałem, kiedy próbował ściągnąć ze mnie kołdrę. - Albo mam pomysł. Kładź się obok i leniuchujmy! Weeeee! - Pociągnąłem Lucka tak, że aż padł tuż obok mnie. Twarzą ryjąc w poduszkę - Widzisz? - Zapytałem się go. - Wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią, aby nie wychodzić z łóżka. - Wytarłem ślinę, bo przez sen trochę się zaśliniłem. - A co z dzieckiem? - Podniosłem się leniwie i zacząłem ziewać. - Serio stary mówię ci. Lepiej, abym dzisiaj nie wyłaził z łóżka. To nie jest nasz dzień. - O zobacz, dziecko śpi. - Wskazałem na kołyskę. - Nawet spokojnie i nie narobiło w galoty. A niańka przyjdzie. Jak będę szedł do roboty. - Powiedziałęm, uśmiechając się do niego. - Poza tym połóż się tak jakoś normalnie, a nie cały czas ryjesz twarzą w poduszcze.

    OdpowiedzUsuń
  63. Ktos zasmiał sie w jego mieszkaniu kilka dni pozniej widzac gospodarza.
    - Calkiem niezle. Klopoty w raju? Wygladasz jak zbity pies - zauwazył Ba`al raczac sie drinkiem - coz patrzac na to co sie tam teraz dzieje, zabawa przednia i niezly cyrk. Bylem po drodze. Sie działo. - dokonczyl swego drinka a potem wstal - ah i mam ci przekazac wiadomosci: zlikwiduj swoj balagan. - usmiechnal sie szeroko - bo ktos inny sie tym zajmie. Milo bylo spotkac. - pomachal wesolo i znikl.
    ***
    Kontynlowała swoj urlop tak jak do tej pory.
    Czy bylo jej smutno? Nie.
    Czuła sie wykorzystana? Poniekad, ale raz ze sie przyzwyczaila a dwa sama posrednio wykorzystala sytuacje i nawet wyszlo z korzysciami.
    Czy sie spotkaja? Zacisnela dlonie w piesci i je potem rozluznila. No raczej. Fable nie jest takie duze a i pracuja tam przeciez. Moze rzuci te robote? Nie potrzebowała pracy. Byla w niej po to by czass zabic.
    Faceci? Po co jej? Zawsze sie jakis znajdzie na chwile.
    Westchnela ciezko a potem wrocila do spraw biezacych i cieszyła sie po prostu urlopem objerzajac Francje. Do domu wrocila kilka dni przed planowanym powrotem do pracy, ale to co tam została...
    Patrzac na rozgadiasz myslala tylko o jednym miejscu. Pozostawiła torbe na ziemi i pognala do sypialni. Tam tez ktos grzebał i nie bylo tego co niby mialo byc. Upadla na kolana a lzy same wyplywaly. Nie bylo jednej z kasetek a druga zostala wywrocona do gory nogami. Nie bylo papierow.
    - Nie... Cholera nie. - prawie ze warknela siegajac po telefon by zadzwonic do sluzb porzadkowych. Po niedlugim czasie pod domem zrobilo sie halasliwie. Wyszła opatulona w sweter do nich i jeszcze raz wytluscila sprawe. Nakazano jej czekac przed wejsciem.
    I teraz czekała rozmyslajac nad tym co sie tu zdazylo.

    OdpowiedzUsuń
  64. - Lucjan czy to ty? - Zapytałem go, siadając i machajac mu przed oczami ręką. - Od kiedy ty się niby taki odpowiedzialny zrobiłeś? - Zapytałem się go zaskoczony. To nie było do niego podobne. - To dobrze, że Vivian już nie będzie. Byśmy chyba się pozabijali. - Stwierdziłem. - A cóż to za diablica co mnie tak pozdrawia?

    OdpowiedzUsuń
  65. - czyzby? Zobaczymy - uniosl brew rozbawiony - inni obstawiaja juz zaklady i sa bardziej skorzy niz ty.
    Machnal mu reka i juz go nie bylo.
    ***
    Robilo sie pozno, bylo zimno i czuła zmeczenie i z radoscia by odpoczela, ale nadal nie pozwalali jej wejsc do srodka.
    Podeszła do funkcjonariuszki.
    - ile to potrwa? W swetrze mi zimno a i ten tlum gapiow mi nie potrzebny.
    - tyle ile potrzeba, ale kaze koledze przyniesc cos cieplego i do ogrzania. Bedziemy musieli tez spisac protokol.
    Westchnela.
    - dopiero co wrocilam do domu. - zauwazyła zmeczonym glosem. - zostalam taki bajzel. Nie wiem ile szkoduczyniono i az dziwne, ze dom jeszcze nie splonal. Prosze sie pospieszyc.
    - zrobimy co sie da - odparła kiwajac glowa po czym ja opuscila wolajac na swego kolege by przyniosł rzeczy dla niej. Podeszła do sciany i oparła sie o nia mimochodem spogladajac po tlumie. Spojrzenie jej stwardnialo, gdy go przyuwazyla.

    OdpowiedzUsuń
  66. Przez chwilę próbował zorientować się kogo tak opisuje Lucyfer. I aż go olsnilo. Dosłownie.
    - A już wiem kto to taki! - Usmiechnal się szeroko do Lucyfera. - To Shoshana. Czarownica z bagien. - Pokiwalem lekko głową. - Dawna moja znajoma. Można byłoby rzec, że moja sojuszniczka w walce z Adwersarzem. Wiesz, zawierało się przymierza i pakty. I jakoś to u nas funkcjonowało. Powiem ci, że nawet całkiem sprawnie. - Zasmialem się cicho pod nosem. - A więc tak jak chciała... Trafiła do piekła... A raczej to i tak ją to czekało, bo zawarła umowę z demonem z rozdroza. I tak całkiem długo mu umykala. Aż dwa lata temu wpadliscie na jej trop. Za moja przyczyną. - Nie, żebym zdradził. Po prostu Sho kiedyś go odwiedziła. Niestety była istotą która pojawiła się w złym miejscu i w jeszcze gorszym czasie. W czasie wizyty Azazela. A ten poinformował już kogo trzeba było. - Ale z tego co słyszałem mieli z nią kłopot w piekle. Całkiem dobrze się ukrywała. - Nawet jej w tym trochę pomoglem, ale nikt nie musiał wiedzieć.

    OdpowiedzUsuń
  67. Skrzywiła sie i bezglosnie powiedziala: "Dupek", po czym odwrocila wzrok, gdy ktos do niej podszedł i w koncu pozwolil wejsc do domu. Tam wysłuchała relacji a raczej zargonu, z ktorego nic nie zrozumiala za duzo, edynie ma sie rozejrzec czy nic wiecej nie zginelo i stawić z rana do biura. Przytakiwała na wszystko i na stwierdzenie, ze czasu potrzebuja, by wszystko dokladnie zbadac.
    - bardzo dziekuje za pomoc. - odzwała sie, gdy czesc juzwyszła a druga dopiero co sie zbierała do wyjscia. - bede czekac na wasze ustalenia. - dodała acz watpila czy tego kogos albo ich znajda. Ledwo co weszła do domu czuła zapach siarki obecny tylko w jednym miejscu. Musiano to niedawno zrobic bo "zapach" byl swiezy.
    Odprowadziła do wyjscia, pozegnala sie a potem ponuro spojrzała na wszechobecny bajzel. Jakby tu tornado przeszlo.

    OdpowiedzUsuń
  68. - To taka przenośnia Lucek. - zachichotał. - Seks jest na drugi miejscu moich największych życiowych zamiłowań. Co prawda dostałem już znieczulicy ale chemicznie można wszystko stymulować no ale bez właściwiego towarzystwa to się nie da. - wzruszył ramionami. - Jestem seryjnym wdowcem. Moje żony poroniły, umierały przy porodzie razem z dzieckiem, popełniały samobójstwa albo ginęły w wypadkach, ale tylko wtedy kiedy były brzemienne. Kiedy dbałem o to by nie zaciążyły, dożywały zwykle starości albo chociaż wieku podeszłego. Nie mam na to wpływu. Nigdy nie mogłem mieć, więc już się nawet z tym pogodziłem.
    Zastanowił się poważnie, rozważając każdą z opcji.
    - No to skombinuj mundury a ja się zajmę odpowiednimi tabletkami. Zastnawiam się tylko skąd wieźmiemy radiowóz. Tu krązy tylko jeden albo dwa więc od razu załapią, że coś jest nie tak. Mmm... Masz może siłę kopnąć nas gdzieś do Nowego Yorku na przykład? Albo do Detroit? Zawsze lubiłem Detroit.
    Wszedł do swojego laboratirum. Sterylność aż biła po oczach. Zbliżył się do szklanej szafki i przejrzał uważnie napisy na etykietach. Wymyślał własne nazwy. Większość tych specyfików była znana tylko jemu. Odkąd pokazał jakiemuś durniowi co robić z pleśnią i jak z niej tworzyć penicilinę, uznał że przyczynił się do wyleczenia ludzkości z wielu chorób.

    OdpowiedzUsuń
  69. [ Możesz zacząć jeśli masz taką ochotę XD Proponuje od tego, kiedy Lucyfer z ciekawości opętałby jednego z członków gangu a przez to odkrył słynny pyłek wróżek. Pojeździli by trochę razem na motorach i kto wie, może Lucek zechciałby trochę młodziaka pouwodzić XD Ale to pozostawiam w twojej gestii ;) ]

    Pan Peter

    OdpowiedzUsuń
  70. [Leniwy szeryf to nie szeryf, tylko dupa. Kto by gonił za tymi małymi gównami, kradnącymi torebki staruszkom? Tak to tylko kłapnie zębami i osikane maluczki od razu na kolanach.
    Wątek chcę zawsze. Można wykorzystać to, że Książę Piekieł to awanturnik (jakby to nie było oczywiste?) i trzeba będzie go spacyfikować. Może być bójka w klubie, może być spotkanie na komendzie... możliwości jest aż zbyt wiele :D]

    Bigby

    OdpowiedzUsuń
  71. - Jakby ci to tak prosto i ładnie wytłumaczyć... - Powiedziałem ni to do siebie, ni to do niego. Zastanowilem się przez krótką chwilę. - U nich wszystkie kobiety mają na imię odpowiednik imienia Zuzanna. Wszystko zależy od kraju w którym się dana kobieta z ich rodu urodziła. - Wytlumaczylem mu. - I wszystkie są identyczne. Coś jak siostra Joy i policjantka Jenny z "Pokemonow". - Powiedziałem uśmiechając się lekko. - Ale ja odkryłem fajny sposób, aby je od siebie odróżniać. To tajemnica. - Powiedziałem, kiedy Lucek chciał o coś zapytać. - Mam do ciebie też jedną malutka prośbę. - Powiedziałem do niego zanim zniknął. - Mógłbyś mi zlokalizować, gdzie teraz jest Georgia? - Zapytałem się go. - Jest mi bardzo pilnie potrzebna. A w sumie to bardziej jej krew. Do rytuału... Nieważne do czego. Dasz radę? - Zapytałem się go. Wstalem i podszedłem do Meg. - Mała napierdolilas w tego pampersa lepiej niż niejeden stary. - Szybkie zaklęcie i pampers zmieniony.

    OdpowiedzUsuń
  72. Zabolała go dłoń. Mężczyzna miał wyjątkowo twardą szczękę. Było to na tyle szokujące, że Terrence był o wiele silniejszy od przeciętnego człowieka i jeszcze nigdy nie czuł bólu, spowodowanego wymierzeniem komuś celnego prawego sierpowego.
    Cios w twarz wytrącił go z równowagi, a z nosa buchnęła fontanna krwi. Próbując zatamować krwotok rękawem kurtki, zauważył coś, co wzbudziło w nim swego rodzaju lęk, który jednak szybko został skutecznie zablokowany przez promile we krwi. Mianowicie, oczy mężczyzny zmieniły kolor. Nawet białka stały się czarne. Terrence zamachnął się. Twarda pięść wylądowała prosto na nosie przeciwnika, a pod dłonią coś chrupnęło. Chyba chrząstka.
    Prawie od razu okazało się, w jakim stopniu rozwścieczyło to oponenta. Mężczyzna rzucił się na niego, zwalając z nóg, i cały czas wyprowadzał ciosy, skupiając się głównie na twarzy Burtona. Lata bójek zaowocowały jednak doświadczeniem – był w stanie bezbłędnie odgadnąć, gdzie padnie cios, i w porę go uniknąć.
    Nie odpowiadał na uderzenia. Czekał, aż nieznajomy zmęczy się swoją własną furią. Po paru minutach dał jednak za wygraną. Był już zmęczony. Złapał przeciwnika za koszulę i z całą siłą rzucił go w stronę lady tak, że ten z hukiem uderzył o nią plecami.

    Terrence

    OdpowiedzUsuń
  73. Czasami wydawało mi się, że go rozumiałem. Ale jakze to było złudne. Teraz okazało się, że wcale go nie rozumiem. Może to nawet i lepiej? Spojrzałem na mała, która coś tam do mnie gaworzyla po swojemu. Ta to ma wygodne życie. Karmią ją, pieszcza, kapia, bawią się. A ona tylko śpi albo je. Czasami się czymś bawi. Ciekaw byłem czy ze mną też tak było. Chyba nie. Z tego co pamiętam to mój mistrz mówił, że dosyć szybko roslem. Nie tylko wzrostem, ale też i wiekiem. No, ale tak to się działo w basniach i legendach. Czymś co dla ludzkiego umysłu jest niepojete. Westchnalem głośno i sam na własną rękę postanowiłem namierzyć dokładniej Georgie. Jako iż dawno temu używanej typowo zaawansowanej magii to zajęło mi to sporo czasu. Ale w końcu mi się udało. Wizja, która miałem napedzila mi strachu. Czym predzej udałem się do Georgii. W sama porę, bo akurat miala kłopoty, z których ją wybawilem. Wróciliśmy do Fabletown. Powiedziałem jej co chce i po co jest mi potrzebna jej krew. Przestraszyła się, ale zgodziła.

    OdpowiedzUsuń
  74. Mimo postanowien by do niego nie dzwonić, gdyz miala juz go powyzej uszu i tak to zrobiła. Zwazywszy, ze dostała a raczej znalazla list z pogrozkami, ktorego nie pokazała funkcjonariusza, chciała uzyskac kilka odpowiedzi na swe pytania. Nie obchodzilo ja czy jest wczesnie czy pozno i tak dorwala sie do odpowiedzi. W zasadzie to nawet dzwonic nie musiala skoro sam to zrobil
    - przytrocz swoj zalosny tylek do mego domu to sam zobaczysz - warknela tylko rozlaczajac sie od razu. I tyle.
    Przeszła do salonu nadal nie ogarnietego jak reszta domu i usiadła w fotelu trzymajac w dloni kubek z kawa. Nie spała dzis ani chwili bojac sie, ze ten ktos moglby powrocic.

    OdpowiedzUsuń
  75. Z tego szoku miala tez ochote sie rozesmiac i pewnie by to wyszlo, gdyby nie inny fakt. Po chwili jej spojrzenie stwardnialo.
    - moze ty mi masz cos do powiedzenia? - zapytała ponuro odstawiajac kubek na stol. - a moze cie bawi to co sie stalo pod moja nieobecnosc? Po to sie wczoraj zjawiles wsrod innych? - zmruzyla oczy wsciekla. - tylko ty do cholery wiedziales o skrzynkach, bo ci je przekazalam. - zaczela swoj atak - jedna rozbita a zawrtosc sie turla na podlodze a druga zniknela. Nie mowiac o fakcie, ze dom mi ktos przeczasnal - zaczela lazic po salonie robiac slalom wokol porozrzucanych rzeczy - smierdzialo pieklem i jeszcze dostalam list z pogrozkami. Powiedz cos? - stanela przed nim wsciekla i gapila sie z gory. Brakowalo tylko ziania ogniem na dokladke.

    OdpowiedzUsuń
  76. Zanim jednak przystapilem do rytuału najpierw poszedłem i porozmawialem z ojcem. Najpierw po dobroci chciałem ściągnąć tutaj Shoshane z piekła. Wisiała mi coś, a opiekujący się mała mogła spłacić swój dług. Piekło się nie zgodziło na wypuszczenie czarownicy. Trochę szkoda, ale mówi się trudno i żyje się dalej. Czas teraz przystąpić do planu B.
    Przygotowałem wszystko co trzeba było. Czegoś jeszcze mi tylko brakowało. Odczytalem w księdze, że potrzeba włosa prawdziwego diabła. Dobra. Da się to zrobić. Przypomniało mi się, że rano Lucyfer ryl twarzą w mojej poduszce. I tak, znalazłem to co chciałem. Wziąłem i polaczylem wszystkie składniki. Wraz z krwią swoją i małej oraz Georgii na czele. Zabrzmiało, huknelo piorunami, zawial silny wiatr. Zgasło światło, tylko świeczki się paliły. Szybko wypowiedziane zaklęcie zadzialo. Przed nami stała Shoshana wraz z trzema kuzynkami.

    OdpowiedzUsuń
  77. - bo do cholery co?! - krzyknela o oktawe wyzej. - ten dom mial byc chroniony do cholery a tylko tobie pozwolilam tu wejsc. Masz innych kandydatow? - warknela podirytowana i nic sobie nie robila z jego skolowanej miny oraz faktu, ze wyglada jak sie prezentuje i to z rozowymi kapciami na stopach - Nie urodzilam sie wczoraj Lucjan. Masz mnie za idiotke? Zaraz mi powiesz, ze wpadły tu do mego domu krasnoludki i urzadzily balange. - machnela na reszte salonu - Cud jakis, ze dom w posadach jeszcze stoi. Takie tlumaczenia to sobie dla malych dzieci zostaw. A ty mi gadasz, ze zjawiles sie przypadkiem - podniosla palcem jego podbrodek - jestes jednym z pierwszych, ktorzy sie zjawili. Oczy jeszcze mam dobre. Wy tylko czekacie na takie akcje - dalej go tak trzymala - nie chrzan mi tu prosze. Juz tak sie zasiedziales, ze nie panujesz u siebie? - siegnela do kieszeni bluzy i wyjela pomieta kartke - czytaj sobie - wetknela biedny kawalek papieru pod jego nos a sama podeszła do okna by dac im troche przestrzeni i przy okazji nie patrzec na niego. Przylozyła dlonie do parapetu. - chcialbym chociaz jedno stulecie przezyc spokojnie. Czy ja wymagam za duzo?

    OdpowiedzUsuń
  78. [No jakby nie patrzeć - nie dziwię się, po coś Bigby ma "niesamowitą wytrzymałość, by móc biec bez przerwy przez 30 dni i 30 nocy" (Pozdrawiam autora tych komiksów, naprawdę chciałabym poznać jego dillera XD).
    Co do napieprzania się w barze - jest to całkiem niezły pomysł, aczkolwiek myślę, że zamiast się w nią "wdawać" (bo jak już zostało zaznaczone - trudno cokolwiek zrobić) można by po prostu spróbować krótkiego fragmentu łagodnej perswazji - tzn. ostrej wymiany zdań, a potem rozjeścia z "będę miał Cię na oku". I wtedy można właśnie przejść do tego wątku kryminalnego (który bardzo mi się widzi, bo kocham <3), a że stosunki wcześniejsze były nie w-mordę-i-po-sprawie, a raczej właśnie nieprowadząca do kompromisu wymiana zdań - pojawi się na pewno zakorzenione wewnętrzne uprzedzenie, które wręcz nakaże podejrzewanie Lucka, byleby tylko móc mu skopać dupę, mając do tego prawo (Bo szeryfowi mimo wszystko nie wypada wdawać się w bójki... jak go zwolnią to co on biedny zrobi, skoro mikrofalówki obsłużyć nawet nie potrafi?)
    Btw, Lucyfer mi się strasznie kojarzy z Lucyferem z takiej jednej książki, gdzie był moją ulubioną postacią xD.
    Więc od razu +1000 do zajebistości :D]

    Bigby

    OdpowiedzUsuń
  79. - Oliver skurczybyku, jak dobrze jest ciebie widzieć całego i zdrowego. Normalnie myslalysmy, że nigdy już się w przyjemniejszych warunkach się nie spotkamy. Żebyś ty wiedział co tam na dole się dzieje. Już wolę być tu u góry. - Trajkotala Shoshana jak najeta. Nie bez powodu nadano jej przydomek Gadatliwa.
    - Gdzie ja jestem? Jak tutaj jasno! Zbawienie! - Krzyknęła Susanne zwana Wstydliwą.
    - Do zbawienia jeszcze wam daleko. Na razie ściągnąłem was w pewnej sprawie. - Powiedziałem.
    - Pokonać wielkiego Adwersarza? Z tobą zawsze i wszędzie kochany. - Rzekła Zuzanna Walcząca.
    - Czyż to nie ten mały Ollie co go Azazel na chlube sobie wyrobił? - Zapytała ostatnia.
    - Susette? - Zapytałem się jej.
    - Widzicie? Zna moje imię. Wyciągnął nas z piekła! - Krzyknęła radośnie. - Gdzie jest wino i śpiew? - nie darmo mówili na nią Radosna.
    - ściągnąłem was w pewnej sprawie. Ja nie wiem jak tym się zajmowac. - pokazałem Meg. - A 3 z was były matkami. Więc...
    - Nic nie mów. Wiemy co robić. - Powiedziała Shoshana.

    OdpowiedzUsuń
  80. [Lucek przyparty do muru... eee to chyba na odwrot powinno byc. I w rozowych kapciach - musze chyba napisac do gazety ^^ Seksik na zgode? *szczerzy sie*]

    - A co to ma za znaczenie, - uniosła brew - jak sie do ciebie zwracam co? - a potem spojrzała sie w sufit proszac o swieta cierpliwosc, ktorej nie miała, jak bylo widac na zalaczonym obrazku - kimze jestem by kogos osadzac co? Co nie mniej nie oznacza, ze ktores z waszych wlamalo sie do mego domu, pozostawiac tu chas i kradnac. Nie mowie zes akurat ty, acz niektore poszlaki na to wskazuja. Moze na zbyt dlugiej smyczy trzymasz swe slugi co? - zadrgala jej brew - nie wkurzaj mnie, bo nie mam nastroju do twych kiepskich zartow - warczala dalej - ty tylkos wiedział gdzie zostawil, oprocz mnie, moja wlasnosc chyba zes sie wybral do baru i upil tak zes wygadal co? To by bylo wielce prawdopodobne. - zmierzyła go zlym wzrokiem - moze i musialby wyjsc za pozwoleniem albo tez mial w nosie pozwolenia. Nie osadzam jednostki tylko ogol a po Was to sie mozna wszystkiego spodziewac. Chce wiedziec gdzie sie podziała druga skrzynka - wysyczała podirytowana odwracajac sie od okna.

    OdpowiedzUsuń
  81. Dni mijały spokojnie. Nie działo się nic nadzwyczajnego, poza kilkoma bitkami i drobnymi awariami maszyn. Rozdzielili się na dwie grupy już kilka dni temu. Sus zabrał większość chłopaków a Pete, miał przeciągnąć młodzików po terenie i do nich dołączyć.
    Kiedy pojawił się w gangu, a właściwie kiedy gang go znalazł, miał jakies 14 lat. Już wtedy czuło się jgo charyzmę. Mężczyźni, wcale nie młodzi i bardzo doświadczeni w swoim zamiłowaniu i fachu, słuchali go chociaż nie do końca rozumieli dlaczego. Przywódca go przygarnął i tak stał się drugim głosem, w którego się wsłuchiwali. Od tamtej pory minęło ponad 10 lat i teraz Peta zawsze dowodził jedną z grup, kiedy się rozdzielali. Było to niezbędne ponieważ, gang się rozrósł do tego stopnia, że za bardzo zwracał uwagę osób niepożądanych.
    Dotarli do bazy wcześniej niż Sus. Peter pozwolił chłopakom nieco się rozluźnić ale sam ciągle był czujny. Miał dziwne wrażenie, że coś jest inaczej. Jakiś drobny szczegół, który zaciera cały obraz i zmienia kolory.
    Baza klubu mieściła się w starym, opuszczonym parku rozrywki. Niektóre maszyny wciąż działały, zapewniając dodatkową rozrywkę. Ostatnio najpopularniejsza stała się karuzela i zawody kto wytrzyma dłużej kręcąc się na niej, po pijaku.
    Roger, ich najlepszy mechanik, opisał mu pokrótce co trzeba naprawić w maszynach i kto spalił sprzęgło. Pete rozsiadł się na swoim bujanym fotelu, który dostał jako eden z fantów za niespłacone długi. Z sukiem otworzył puszkę piwa i bujając się zwolna, patrzył jak jego chłopcy po wciągnięciu jednego z pięciu rodzajów pyłku wróżek, jakie posiadał, odnaleźli dziecięcą radość. To szczęście było swoistą nagrodą, za którą motocykliści szaleli. Ten pyłek zwany był "Wesołkiem".
    Marcus był dziwnie pobudzony, co również nie umknęło jego uwadze. Był dziwnie... zadowolony z siebie. I prawie spalił sprzęgło, co nigdy wcześniej mu się nie zdarzało.
    Stwierdzenie motocyklisty, wywołało u niego rozbawienie. Wielu chciało znać ten sekret. Poza Petem, wiedział o wszystkim jeszcze Sus, Vincent i Tiana, dziewczyna Susa, która była niewiele starsza od Peta.
    - Im mniej wiesz tym krócej będą cie przesłuchiwali. - odparł z rozbawieniem. Napił się zimnego piwa z puszki. Tuż nad ich głowami przeleciało dwóch mężczyzn. Zatoczyli krąg a potem bardzo nieudanie wylądowali, padając w kupę zardzewiałych kawałków blachy. Wywołało to ogromną salwę śmiechu, nawet u Peta.
    Latanie było główną właściwością drugiego rodzaju pyłku, tak zwanego "lotnika". Ten był uzywany najrzadziej i tylko w wyjątkowych sytuacjach. Dwaj latający faceci właśnie uszyli się go wykorzystywać. Ale Peter podejrzewał, że jednak się do tego nie nadają.
    - Zakochałeś się Marcus? Zjarałeś prawie sprzęgło. To znak... Oby to nie była ta kurwa z "Finezji". Wszyscy ją pukają...

    OdpowiedzUsuń
  82. - Mamy pewnych gości. - Odpowiedziałem Lucyferowi. - Znaczy się ja mam. - Dodałem po krótkiej chwili zastanowienia. - Oj tam od razu nie zaproszony. - Machnąłem na to ręką. - Po prostu dopiero trwają przygotowania. - Zaśmiałem się cicho pod nosem.
    - Wybaczamy. - Odpowiedziały wszystkie razem, jednym chórem cztery Zuzanny.
    - Ja tam nie wiem po co to całe zamieszanie. - Odpowiedziałem, parskając raźnie śmiechem. - A no widzisz... Sprawa idzie o to, że Shoshana ma wobec mnie pewien dług. I to spory. - Shoshana pomachała ręką do Lucyfera, biorąc Meg na ręce. - Nie zdążyła go spłacić, bo trafiła do piekła. No, ale teraz ma okazję. A że razem z nią wyszły jeszcze trzy z jej rodu to już inna bajka. W każdym razie są zachwycone, bo podobno u was to tam luksusów nie miały. No, ale wracając do głównego tematu. Cztery Zuzanny będą opiekowały się małą. Skoro Azazel nie chce, a ja nie umiem to potrzeba nam kogoś doświadczonego. - Stwierdziłem.
    - Zrobiłyśmy podział, która z nas kiedy zajmuje się Meg. - Powiedziała Suzette.

    OdpowiedzUsuń
  83. Tak w ramach formalności - proszę o dostosowanie etykiet do punktu 4.3 regulaminu. Ze względu na to by nie powstawał bałagan, ani żadna podstrona nie została komuś przypadkowo usunięta - używamy tylko tych etykiet, które są opisane w regulaminie.
    Pozdrawiam i z góry dziękuję.

    - Administracja

    OdpowiedzUsuń
  84. - pogrozki to sobie wsadz w dupe. I nie mysl, ze masz jakies do mnie prawa bo nie masz.
    Spojrzała na niego krytycznie siegajac po cokolwiek miala pod reka z zamiarem rzucenia tego w niego.
    - jak zwykle to samo. Uciekasz. Tylko to jedno umiesz robic - rzucila do prozni - niech cie cholere Lucyferze. - warczała wsiekle do prozni gdy sama została.
    Siegnela do kieszenie gdzie trzymała telefon.
    Pozalujesz tego...Wyslalabym cie do piekla gdyby cos to dalo - napisala wielkimi literami i wyslala.

    [po tym przeskok zrobie o pare tygodni]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [ah i moze zrobmy cos z adwokatem? dostanie pismo od niego lub cos xD]

      Usuń
  85. - To ciekawe co mówisz. - Stwierdziłem, uśmiechając się przebiegle. - Ale jest pewien mały szczegół. - Ja nie tylko sciagnalem je z piekła. Ja także nałożyłem na nie zaklęcie wiążące. I nie umrą tak szybko. Umrą wtedy kiedy umrę ja, Georgia albo mała. No i ty. - Usmiechnalem się do niego nieco wrednie. - Oj, nie rób takiej smutnej miny. - Powiedziałem do Lucyfera. - Zaprogramwoalem je tak, że mają opiekować i zajmować się mała. Żadne z nas nie chciało dzieciaka się pozbyć. A tak to zobacz... Wyśle kochane ciotki i malenstwo w jakieś ładne miejsce. One się nią zajmą jak należy. I wybacz Lucek, ale wszystko było tak w większości zaplanowane. Twoje wyrzniecie się w moja poduszkę, kasyno, ruletka też. Poza tym pretensje wszyscy możecie mieć do Azazela. On nie zrobił nic. A to podzialalo jak efekt domina. Jeden tracony klocek sprawił, że poszła cala lawina. - Rzekłem z goryczą w głosie. - Aha, Bogus się zgodził na to. Oni w niebie też nie mieli pomysłu na Meg. Tylko że nikt się nie spodziewał 4 Zuziek.

    OdpowiedzUsuń
  86. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  87. [Collin to świnia, raz jest, a raz go ni ma :v
    Ale jeśli chciałbyś go opętać i wskoczyć na patelnię jako skwierczący boczek to podzielę się jedzonkiem.
    No i zacząć zacznę - mam nadzieję, że nie poprzekręcam faktów i wszystko będzie cacy]

    Księżyc wpadał przez odsłonięte okna, oświetlając drzwi. Szeryf Bigby Wolf siedział przy drewnianym biurku, wypalając tysięcznego z kolegi papierosa. Gdyby był człowiekiem, już dawno gniłby pod ziemią, zmarłszy na zapalenie płuc. Na szczęście postacie z bajek cechowały się nieśmiertelnością... przynajmniej poniekąd.
    Ale czy wieczór kogoś takiego jak on mógł być normalny? Ależ oczywiście, że nie. Było późno, a co to oznaczało?
    Oczywiście jacyś baśniowcy musieli zacząć się napierdalać! Co to za dzień bez baśni, dających sobie po mordach?!
    Często, zbliżając się do bójek odzywał się w nim cichy głos. Cichy, cichutki szept, gdzieś na końcu umysłu podpowiadający:
    "Co chcesz zrobić? Jednemu ujeb rękę, drugiemu język! Już nigdy nie odważą się na awanturę!"
    Ale wtedy do głosu dochodził ten drugi, ludzki głos. Tłumiąc wilczą naturę brał górę i trzymał Wolfa w ryzach.
    Ostatecznie (prawie) zawsze kończyło się to pacyfikacją i godzinami na komendzie, gdzie musiał kłaść do głowy, jak dzieciom w przedszkolu, że NAPIERDALANIE SIĘ PO MORDACH NIE ROZWIĄZUJE PROBLEMÓW.
    Czuł się wtedy źle. Naprawdę źle. W swojej przeszłości pożarł tylu wadzących mu osobników, okaleczył tyle niewinnych i bezbronnych, a teraz...
    Teraz pouczał jakichś rzezimieszków, żeby tego nie robili. Żeby nie popełniali błędów, których on w przeszłości popełnił od groma. Zabawne. Niczym nawrócenie na wskutek jakiegoś przejmującego wydarzenia.
    Mimo wszystko lubił swoją pracę.
    Nie trzeba mu było powtarzać dwa razy. Nie minęło dziesięć minut od zgłoszenia, gdy ujrzał majaczący w oddali neonowy banner klubu. Nie zdobywając się na uprzejmości, otworzył drzwi z donośnym hukiem, uderzając nimi o ścianę.
    Przed nim rozpościerał się mały tłum kibicujących gapiów. Jak zawsze. Nikt nie pomoże, każdy się patrzy i szuka rozrywki.
    Przepchał się przez zbitych baśniowców, nie zwracając uwagi na to, z jakim brakiem delikatności to robi. Nawet jeśli ktoś oberwał po mordzie - jego problem. Mógł nie podsycać emocji wśród walczących.
    Spojrzał na walących się po mordach idiotów i westchnął ciężko. No cóż. Taka rola szeryfa..
    Nie zwlekając rzucił się do przodu, wchodząc między walczących i obu złapał za prawe pięści, które właśnie unosili do uderzenia.
    To będzie cięęęężka noc.

    Bigby

    OdpowiedzUsuń
  88. - Nie wiem. Nie znam twoich fantazji i nie chce poznać.Jak lubisz sobie fantazjować o zielonych ludzikach to powodzenia.
    Sączył dalej swojego browarka. Czuł jak bąbelki przyjemnie łaskoczą go w gardło, gromadzą się w żołądku a potem wydostają znów przez gardło, wraz z beknięciem.
    - Bo ty byś sobie rękę upitolił prędzej niż dał uszkodzić swoją pupilkę. Więc skoro się nie zakochałeś to mnie oświeć. I nie zgrywaj głupka. Mnie nie da się nabrać tak łatwo jak Susa.
    Przeniósł na niego spojrzenie i przesunął je od góry do dołu.
    - Od kiedy to obchodzi cie typ kobiety? Zwykle bierzesz co dają, byle by miała odpowiedni otwór z odpowiedniej strony. To jakaś przemiana duchowa? Zagadałeś się z Artemisem?
    Wskazał głową na jedynego członka gangu, który nie bawił się wraz z innymi. Siedział na ławce i czytał. Nazywali go Artemisem, na część jednego z muszkieterów, który poza tym że był niezłym wojownikiem i zabójcą, był także człowiekiem bardzo uduchowionym. Pete cenił go sobie, głównie ze względu na niezwykłe zdolności akrobacji, dokonywanych na motocyklu. Był na prawdę dobry w tym co robił. A to że gadał jakieś pierdoły pod nosem i czytał zamiast pić, było dużo mniej istotne.
    Wziął paczkę i wybrał papierosa. Zapalił go i zaciągnął się dymem. Coś długo nie było chłopaków i Susa. Co prawda nie było uzgodnionego dokładnego terminu ich przyjazdu, jednak zwykle przybywali w podobnych godzinach. Mógłby przecież zadzwonić. Ale wtedy okazałoby się, że się o niego martwi. A z drugiej strony, gdyby coś się stało to Sus by zadzwonił. Więc, na logikę, wszystko było w porządku.

    OdpowiedzUsuń
  89. Przyszedł w eleganckim, drogim garniturze. Miała duże oczekiwania, ale i tak udało mu się ją zaskoczyć. Wyglądał bardzo przystojnie i gdyby nie wzgląd na dawne czasy na pewno oczekiwałaby czegoś znacznie więcej. Takich facetów nie spotyka sie przecież na co dzień.
    — Już bardziej nie będę. —Posłała jeden ze swych zalotnych uśmiechów w stronę mężczyzny. Zamknęła drzwi na klucz i poprawiła jeszcze sukienkę, która niebezpiecznie co chwilę podjeżdżała do góry. Amara była przyzwyczajona do wyzywających strojów, a nagość nie była jej obca. Jednak nerwowo ściskała koniec materiału. Może nie do końca przemyślała swojego planu, ale było już zdecydowanie za późno by zrezygnować. Mężczyzna wziął ją pod ramię, a mimo jej wysokich szpilek nadal był wyższy, pomijając fakt, że dziewczyna nie należy do najwyższych. Jednak za dawnych lat jej wysokość w kłębie zdecydowanie wystawała poza normę przyjętą dla innych parzystokopytnych. Podczas gdy szli przed siebie, ona sama zdawała się na Borutę, co do celu ich spaceru, rzucała komplementy w stronę swego towarzysza, a także co chwila obdarowywała go uroczymi uśmiechami.
    — Miło jest w końcu z kimś wyjść na kolację. Mężczyźni w barze są o wiele bardziej bezpośredni. — Zaśmiała się na małą chwilę, ale przestała, gdy zatrzymał ją opór Lucyfera. Byli już na miejscu. — Ktoś tu nie próżnował.
    Chwilę później byli już w środku.

    Amara

    OdpowiedzUsuń
  90. [Przepraszam, że dopiero teraz Ci odpisuję, ale przez tą przerwę świąteczną sam już nie wiem komu co pisałem. ;P
    Co do naszych pomysłów z upijaniem się, dzwonieniem do Boga i tak dalej...

    To może tak. Późna godzina, w Trip Trapie już praktycznie pustki. Lucjan miał kiepski dzień wpada do baru na coś mocniejszego. Zoltan trochę się nudzi, więc zaczną sobie narzekać, potem wspólnie popijać, a Lucjan zechce upić wilka, bo jak to tak barman nie będący amatorem mocnych trunków... a potem można już zaszaleć dzwonić do Boga, prowadzić rozważania czy wilkołaki posiadają duszę, a jeśli tak to jedną czy dwie... a wreszcie powrót z atrakcjami. Najlepiej jak najdziwniejszymi. :)]

    Zoltan

    OdpowiedzUsuń
  91. Odpisała:*mruzy oczy* Tylko na jak długo co? - odesłała odkladajac na bok telefon. Przeczesala palcami opadajace wlosy wzdychajac glosno. Jedna skrzynka, która zostala miała wartosc bardziej sentymentalna niz druga. W drugiej byly papiery i akty, o ile papier przetrzymał probe czasu i sie nie rozpadł, byl wartosciowy. Nie miała na mysli bizuterii, bo ta kupic mogla zawsze.
    Ponuro spojrzała na pobojowisko i zaczela ogarnaic az jej przerwał dzwonek do drzwi. Otworzyła widzac, ze to mundurowa. Zaprosiła do srodka proponujac cos do picia, ale kobieta podziekowała.
    - mialam sie dzis do was wybrac. - zaczeła.
    - W sumie nie trzeba. Oficjalne zeznania mozemy tutaj napisac.
    Pokiwała glowa.
    - Jesli mam być szczera to nikle sa szanse odkrycia sprawcy. Wykluczylismy wlamanie...
    Jakbym sama nie zauwazyła, sluchala dalej. - nadal bedziemy kontynlowac dochodzenie - usmiechnela sie pogodnie. Potem zadala pare dodatkowych pytan i wyszla. Eliza nie poczuła sie przez to lepiej.
    Jednak zycie toczyło sie dalej we wzglednym spokoju. Wzglednym bo nadal dostawała pogrozki o coraz barwniejszej tresci, potem przyszlo do niej pismo od adwokata, co spowodowało zacisnienie warg w jedna linie i wypuszczenie wiazanki przeklenstw jakich by sie wstydzila wczesniej wypowiadac. Sytuacji nie poprawił fakt, iz odkryła ze jest w ciazy. Poczatkowo myslala, ze to tylko stresy, ze sie spoznila ale potem zaczely sie mdlosci i ogolne zle sampoczucie. Cudownie wrecz. Nie miała ochoty nikomu o tym mowić, nawet gdyby sie pytał, ale tego pozwu nie mogla darowac. Ktoregos dnia a raczej popoludnia, gdy dolegliwosci staly sie znosne, wziela ze soba pismo i pojechala z nim do niego. Taa w koncu wiedziala gdzie mieszka i teraz dzwonila do drzwi.
    - otwieraj Lucjan. Wiem, ze tam jestes! - burczała.

    OdpowiedzUsuń
  92. - Ale to zdecydowanie wystarczy, aby nikt ich nie tknął przez jakieś co najmniej dwadzieścia pięć lat. - Stwierdziłem, uśmiechając się delikatnie. - Nie moja wina, że Azazel wpycha palec wszędzie tam gdzie widzi otwór. I to bez zabezpieczenia. - Stwierdziłem.- Poza tym chcę wrócić do swojej krainy. A do tego potrzebuję silnych sojuszników i wojowników, bo moi gdzieś rozpierzchli się po świecie. - Wszystko co robiłem miało na celu powrót do starych, dobrych czasów. Ale niestety, aby to się stało to musiałem najpierw pokonać Adwersarza, który od naszego ostatniego spotkania urósł sporo w siłę i pewnie też znalazł sobie jakichś sprzymierzeńców i podwładnych. Bo nie wierzę, że nagle wszystkim udało się przecisnąć tutaj. - Plan jest mniej więcej taki. Laski zajmują się Meg. Ja wykupuję im jakąś chawirę na przedmieściach Fabletown. Przy okazji też już postarałem się o tańszy glamour. One wychowują ją tak, aby wyrosło to na jakiś pożytek. I co jest w tym złego? Wziąłem tylko sobie cztery czarownice. Macie tam tyle dusz, że niedługo wam miejsca zabraknie i robicie z tego wielkie halo. Poza tym skargi do Azazela należy zgłaszać.

    OdpowiedzUsuń
  93. [Collin w komiksach niestety nie jest aż tak rozwinięty :(. Ogólnie między grą, a komiksami jest wielki kanion i to dosłownie. Przykładowo Śnieżka i Bigby to swoje odbicia lustrzane. Bigby w grze to taki "skurwiel", w komiksach trzeźwo myślący, wiecznie opanowany. Śnieżka z kolei w komiksach to gorąca głowa i można wręcz rzec suka :D. Ale w razie chęci -> [KLIK]]

    Wręcz spodziewał się takiego obrotu spraw. Wiedział, że któryś z nich odepchnie go na tłum, nie chcąc przerywać walki. Nie miał tylko pojęcia który. Ale oczekiwał tego. Dało mu to swego rodzaju pewność; ten, który nie chciał, by walka dobiegła końca - prawdopodobnie ją rozpoczął. Wprawdzie, mogło też chodzić o to, że postać ta po prostu wygrywała... co nie zmieniało faktu, iż to ona w pewnym sensie podniosła rękę na szeryfa, co mógłby wykorzystać w przyszłości; oczywiście w dogodnej sytuacji. Zdziwił się, ale bójka nie wzbudziła w nim żadnych emocji. Z chłodną obojętnością utrzymał równowagę, by nie skrzywdzić nikogo z tłumu i obserwował. Obserwował te kilka sekund, które były wiecznością.
    Kundel. W gruncie rzeczy był kundlem. Ogromnym, (nie)zapchlonym kundlem, który ponadto miał stuprocentowe prawo zakuć ich oboje. Ale zamiast tego czekał. Obserwował, by w odpowiednim momencie interweniować. Baśnie były nieśmiertelne, a żaden z oponentów póki co nie zmierzał do nieodwracalnych uszkodzeń. Więc po prostu czekał, mając nadzieję, że może nawet puści to mimo uszu? W końcu każdy facet kiedyś miał ochotę się zdrowo ponapierdalać. A patrząc na pasję i wściekłość, jaka ogarniała Lucyfera - ten drugi prawdopodobnie musiał zrobić coś podłego.
    Gdyby Śnieżka lub ktokolwiek zobaczył z jakim chłodem odnosi się do takiej walki, prawdopodobnie zostałby porządnie zlany, oczywiście przy założeniu, że ktokolwiek nie bałby się go dotknąć.
    Widząc atak psychiczny uznał to za odpowiedni moment i zbliżył się obserwując jak mężczyzna zsuwa się po ścianie. Miał nadzieję na koniec i już szczęśliwy liczył tylko na reprymendę, gdy...
    ...Och, musiał. Po prostu musiał rzucić tym drugim zjebem na bar. A już liczył na fajrant.
    — Właśnie widzę. — westchnął ciężko, obrzucając ponurym wzrokiem mężczyznę na barze. — Niestety, obawiam się, że będę musiał ją zakończyć, zwłaszcza, że już, się kurwa, ponapierdalaliście. — podniósł głos do krzyku, a jego miedziane oczy zabłyszczały groźnie.
    — A wy co? — obejrzał się i spojrzał na tłum, zaciskając pięści. — Wynoście mi się stąd, bo pociągnę Was do odpowiedzialności za brak reakcji w przypadku czynu karalnego. Wypierdalać. TERAZ.
    Odwrócił się do Lucyfera i rozluźniając pięści skrzywił nieznacznie.
    — Nie widzi mi się ciągnąć Cię na komendę, zwłaszcza, że wiem kim jesteś i żaden wykład nic tu nie zdziała. — mruknął, krzyżując ręce na piersi. — Więc spróbuję inaczej: podaj mi sensowny powód faktu, że ten drugi zasłużył na wpierdol. — wskazał na leżącego. — A wszyscy rozejdziemy się w pokoju, jedynie z kolejnym, dłuuuugim jebanym wykroczeniem, który wpiszę do Twojej jebanej kartoteki. — Mężczyźni są żylaści i wolałbym profilaktycznie nie odgryzać nikomu rąk, bo nie grzeszą one smacznością, więc chociaż ten jeden raz współpracuj.
    Może i nie powinien tak postępować. Ale znał jego naturę i wiedział, że nie każdy potrafi z nią walczyć. A baśnie tak czy siak były nieśmiertelne, więc... dobra bójka dodaje coś do ich nudnego wiecznego życia.
    Zwłaszcza, że on sam nie był lepszy i rozumiał taką, męską potrzebę.
    Równie dobrze, co inne męskie potrzeby, mimo że był kundlem.
    Bigby

    OdpowiedzUsuń
  94. Nie robił nic. Przez cały jego wywód obserwował go uważnie, nawet nie zmieniając wyrazu twarzy. Obserwował go uważnie z maską chłodnej obojętności, a wewnątrz pękał w szwach. Pękał, ale nie z gniewu. Nie z rozgoryczenia. Nie był rozgoryczony, nie był zły. Furia nie przejęła nad nim kontroli. Wilcza natura nie nakazywała wpierdolić Lucyferowi tak, że gwiazdki zobaczy. Pięści nie świerzbiły i nie zarastały futrem, pazury wciąż pozostawały ludzkie i niegroźne. Oczy wciąż mieniły się przytłumionym złotem, nie mieniąc się jeszcze czystym, żółtym światłem, przebijającym ciemności. Jego śmiech był przesycony ironią, egoizmem, pogardą. Śmiech diabła był zdecydowanie śmiechem diabła; tylko i wyłącznie słysząc go nie miałby co do tego wątpliwości. Ale to na niego nie działało. Nerwy wciąż drgały rytmicznie, nie nadrywając się ani o milimetr. Struny osobowości pozostały nietknięte, a umysł wciąż kołysał się na falach spokoju. Bigby natomiast nie zmienił pozycji; nie zgarbił się i wciąż, wyprostowany, w pełni spokojny i pełen obojętności wpatrywał się na zmieniające się oblicze Lucyfera; jego ruchy, mimikę, intonację. To, jak starał się go zdenerwować, wyprowadzić z równowagi, sprowokować. Przyglądał się jak włącza emocje, chcąc nadać wypowiedzi syczący, zgorszony ton. Wysłuchiwał zarzutów, zgorszonych porównań, prób zrobienia z niego kogoś słabego. Prób udowodnienia mu jakim jest gównem; prób trafienia wprost w jego ego, byleby tylko osiągnąć swoje podłe cele.
    Szczerze? Spodziewał się po nim więcej. Więcej niż tylko prostą prowokację, mającą na celu sprowokowanie go do bójki. Mógł go obrażać. Bigby wiedział kim jest. Wiedział kim był i się stał. Opinie osób trzecich miały dla niego wartość równą przeżutemu mięsu. Nie liczyły się. Nie kochał nikogo tak mocno, by uderzenie w czyjąś godność mogło go zranić. Nie nienawidził nikogo tak mocno, by próba porównania go mogła go zranić. Nie kochał. Nie nienawidził. Nie czuł. Był jak wypruta z emocji marionetka; zwykły, chłodny człowiek, którego wilcza natura tkwiła gdzieś głęboko na końcu podświadomości. Panował nad nią. Nauczył się tego. Nauczył się i przyjął opanowanie, wiedząc, że daje mu to przewagę. Zbyt wiele. Zbyt wiele czasu spędził w tym świecie. Zyt wiele czasu spędził w tej skórze. Ta skóra odbierała mu wszystko; dreszczyk emocji podczas pogoni za łanią, szczęki, mogące odgryźć czyjąś rękę jednym kłapnięciem, wolność i nieprzenikniony wiatr w futrze; upiorne wycie, które co noc mógł uwalniać do księżyca. Ale co z tego? Sam wybrał takie życie. Sam stał się tym, kim się stał. Lubił to. Lubił, mimo że odbierało mu tyle. Taka była jego praca. A próby sprowokowania go zawsze napełniały go rozbawieniem. Niestety, z reguły zawsze brzmiały one tak samo; zarzucały słabość, bycie bajką dla dzieci, brak strachu przed nim w obecnej postaci.. typowe, nudne, przereklamowane. Gdyby się go nie bali (co by mu nie przeszkadzało), miałby wstęp na farmę (co byłoby mu na rękę). Niestety, fakty przedstawiały się inaczej.
    W końcu musiał poskromić własną naturę; inaczej ona poskromiłaby jego. Zgubiłby go jego własny egoizm, własna chciwość i duma. A to była najgorsza możliwa śmierć. Siła musi iść z rozumem, inaczej zgubi Cię własna głupota... Lucyfer na pewno kiedyś się tego nauczy. Gdy skończył swój wywód standardową formułą i zniknął Bigby uśmiechnął się mimo woli. Dzieciak... kiedyś się nauczy.
    Zrobił krok w lewo, wyczuwając jego aurę i odsunął się przed próbującym go zaskoczyć diabłem, który wyskoczył na pusty blat.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Doprawdy interesujący wywód, Panie Boruta – rzucił obojętnym tonem, a jego ślepia wciąż pozostawały puste; jeśli oczy były zwierciadłem duszy, to on nie miał duszy. Jak to zwierzę...
      — Osiągnąłbyś naprawdę wielkie sukcesy w prowokacjach internetowych, ale jeśli chcesz się ze mną ponapierdalać potrzebujesz nieco bardziej wyszukanych sposobów — uśmiechnął lekko, lecz ten uśmiech był zimny, pozbawiony emocji. — Więc może zamiast drzeć ze sobą koty, upadły aniele, napijemy się czegoś i po prostu porozmawiamy? Rozumiem, że przechodzisz przejście w dorosłość i hormony buzują w Tobie jak w doczesnym nastolatku, ale... — westchnął, nadal zachowując chłód i obojętność. W jego słowach nie było iskry pogardy, rozgoryczenia, czy wyśmiania. — Myślę, że będzie taniej, jeśli nie będę musiał zlecać Wiedźmom z 13 piętra masowej produkcji wody święconej.

      Bigby

      (#teamsnigby)

      Usuń
  95. - A ty myślisz, że mi się chce zajmować obcym dzieciakiem? - Zapytałem się go. - I nie krzycz tak. Dziecko wystraszysz. - Burknalem do Lucyfera. Nie powiedziałem nic, kiedy wyszedł. Niech se idzie w diabły. Skontaktowalem się z Azazelem. Był wkurwiony.
    - coś się stało? - Zapytałem się go, kiedy odebrał.
    - Perun nam zwial. To się stało.
    Ono. Grubsza sprawa. Naszla mi nawet ciekawa myśl. Skoro Perun nabiał z piekła to może bym go jakoś przekonał do siebie... Trzeba go tylko znaleźć. Albo żeby to on znalazł mnie.
    - Zuzanna, chodź że tu do mnie na chwilę. - Miałem już w głowie pewien plan. Duże i silne zaklęcie, dzięki któremu Perun zawita u mych drzwi. Dwie godziny zajęło nam to. Zmęczeni byliśmy, ale powiódł się mój plan.
    - Oliver, skurczysynu. Kope lat. - Powiedział Perun. - Jak ci się to udało?
    - Wieści szybko się rozchodzą Perunie. - Usmiechnalem się szeroko do niego.

    OdpowiedzUsuń
  96. [Nie odstraszyłeś wręcz zachęciłeś. Przypominam Ci, że podpisaliśmy cyrograf, może w tę stronę? Kitsune jest łasa i uwielbia mieć kontakt, wszelaki, szczególnie bezpośredni, z intrygującymi istotami. Chyba że masz inne pomysły?]

    Kitsune Haru

    OdpowiedzUsuń
  97. Niecierpliwie lopotala stopa o podloze. Irytowalo ja to czekanie. Ze zlosliwosci chyba tak czynil.
    - w koncu - mruczała pod nosem slyszac jego zblizajace sie kroki po drugiej stronie - dluzej sie nie dalo? - zapytała zlosliwie wtarabaniac sie do srodka jakby byla we wlasnym domu. Sam podobnie czynil, wiec przykro jej nie bylo. - i to moja wina, ze cie boli? - zapytała pogardliwie - ja sie nie szlajam w nocy po pubach. Niewazne. Nie po to tu przyszlam - odwrocila sie - spasuje za fatyge. Podaruj sobie ten uroczy usmieszek. Masz mnie za idiotke? - spojrzała na niego kuso - pismo twego adwokata jest zalosnym przedstawieniem i ponizej twych mozliwosci. - zauwazyła cierpko - bawi cie to? Mnie nie.. z mila checia pozwalabym cale pieklo, gdyby sie dalo to zrobić za te malo subtelne pogrozki, ktore dostaje ostatnio. Postanowiliscie utrzec mi nosa?? A moze to kolejna zalosna forma gry? - oparła sie o jakas komode podczas tej tyrady.

    OdpowiedzUsuń
  98. [ A to ciekawe. Z miłą chęcią pójdę na taki układ :D Kitsune spodoba się fakt, że może trochę porobić z złych (a może dobrych) interesach. Masz może ochotę zacząć? Chyba, że ja mam zaczynać. Mogę się postarać]

    Kitsune Haru

    OdpowiedzUsuń
  99. [ Na początek muszę wspomnieć, że mam wielką słabość do postaci Lucyfera. Naprawdę, ogromną. Co prawda, mam tutaj na myśli upadłego archanioła, ale władca piekieł, to władca piekieł, prawda? Tobie udało się przedstawić go w nieco innym wydaniu, ale niemniej ciekawym, więc uśmiecham się mimowolnie, kiedy tylko przewinie się gdzieś jego imię. ;)
    Nie wątpię, że uda im się z Kidą dogadać, i że razem na pewno wpadniemy na coś ciekawego. Życzę dużo weny i wielu wątków! ]

    Kida

    OdpowiedzUsuń
  100. Odczeklaem trochę zanim odebrałem telefon od Lucyfera. A niech się cmoknie. W końcu jednak odebrałem, bo był po prostu natrętny. Gestem dłoni pokazałem reszcie, że mają być cicho.
    - Że, kto, że jak, że co? - Udałem głupiego. Poza tym Lucek był pijany w cztery dupy. - Lucjan do cholery jasnej, bo jak cię kopne w dupe to w Krakowie nawet się nie zatrzymasz. - Powiedziałem. - Wasz Perun, wasza sprawa. Ja w to nie wnikam. Nie wiem gdzie jest. - Powiedziałem. - Wytrzezwiej. A Rokicie przekaz, że do końca tygodnia ma mnie oddać cały hajs. Inaczej sprawa zainteresuje się Buba. Zegnam. - Odlozylem telefon. Coś czułem, że będą kłopoty.

    OdpowiedzUsuń
  101. Prychnela pod nosem.
    - moze ciebie bawia pogrozki dotyczace smierci, ale nie mnie. To jest wkurzajaco-meczace. Nudzi mnie tez fakt, ze nie mozecie sie zdecydowac. - zauwazyła podirytowana potrzac na niego spod oka. Czuła zmeczenie i kolejna porcje mdlosci, ale nie miala ochoty robic tu przedstawienia tego rodzaju. W koncu co go to obchodzilo, prawda?
    - jestes beznadziejny w niektorych sprawach. To nie tobie je wysylaja tylko mnie i tracisz tylko czas z tym pozwem. Niech wejdzie do twej glowy informacja, ze ciebie wprost nie oskarzalam Lucjanie tylko twoich towarzyszy, którzy sie swietnie bawia teraz.
    Zamrugała przyciskajac dlon do brzucha. Spokojniej tam... -mruknela. Odsunela sie od mebla.
    - lepiej uwazaj co robisz bo sie na tobie to zemsci predzej czy pozniej. - orzekla ponuro - nie bede juz zawracac ci glowy i odprowadzac mnie tez nie musisz. - oznajmila na koniec - lecz sobie dalej wiecznego kaca.

    OdpowiedzUsuń
  102. - Zawieszony, chory i niekochany... Masz straszne życie chłopie. - westchnął, popijając piwo. - Zwykle nie intereuje się życiwymi problemami moich chłopców, ale nie chce mieć tu epidemii dżumy, świńskiej grypy czy innej cholery. Więc idź do lekarza
    Przeniósł spojrzenie na Erniego, który krokiem bardzo tnecznym zblliżał się od strony karuzeli. Pete podejrzeał, ze właśnie odbył podróż swojego zycia na drewnianym koniku.
    - Pete... Bo Susa nie ma długo... A jak szefa nie ma długo to znak że coś się dzieje. Trzeba ruszać na odsiecz!
    - Erni... potrzebuje twojego zdania jak choroby wenerycznej. - fuknął, pipijając piwo. - Idź weź takie małe pudełko z guziczkami i zadzwoń do Fritza. I staraj się zygać w drugą stronę.
    Powiedział to w indealnym momencie, bo mężczyzna, zatoczył się, odwóricił i zwymiotował. Bulgotał jeszcze coś, zgięty w pół ale Pete już go ignorował.
    Znów spojrzał na Mercusa.
    - Więcej nie pij, może będziesz mi potrzebny.
    Wyciągnął telefon. Sus nie odbebrał trzy razy, z czego Pete wywnioskował że już pewnie nie żyje. Inni członkowie też nie odbierali. Czyli albo nie żyją wszyscy ale się zchlali w chuj i leżą gdzieś w trawie.
    Peter podniósł się. Przywołał Artemisa i kazał pilnować grajdołka. Mieli się nie pozabijać, nie zniszczyć zbyt wiele i w miarę możliwość wcześne iść spać. Zadanie wydawało się łatwe, ale takie w rzeczywistości nie było. Właśiwie tylko on i Sus potrafili zapanować nad tą hołotą.
    - Gotowy? - rzucił do Marcusa. - Po drodze nie będziemy stawać na siusiu

    OdpowiedzUsuń
  103. Nie zliczę ile już mężczyzn zaczepiło mnie, bym udała się z Nimi w jakieś odosobnione miejsce, gdzie nikt nie będzie w stanie NAM przeszkodzić.
    A egoistycznie chodziło IM tylko o siebie.
    Lubiłam egoistów. Ale tylko dopóki nie próbowali wciągnąć mnie do ich egoistycznego świata. Miałam własny, który zresztą uwielbiałam.
    Garderoba striptizerek była tym miejscem, gdzie lubiłam przebywać. Malować się, zakładać co wieczór Inną Twarz.
    Kończyła się moja służba. Musiałam jedynie zmyć makijaż, zastąpić go nowym i mogłam iść rozkoszować się moją ciepłą kołderką.
    Ale nie dane mi tego było skosztować zbyt szybko.
    Wyczuwam Go. Jego mroczną aurę, która pojawiła się nagle, nieoczekiwanie.
    ZBYT SZYBKO.
    Jego głos wtapia się w moje uszy, cały umysł wypiera się decyzji, którą podjęła lata temu. Dostrzega Jego, nienagannego, jak to w pracy. Szyderczy uśmiech idealnie mu pasuje. Innego nie wyobraża sobie na jego diabelnej twarzy.
    Ja również się uśmiecham, tak jakbym znalazła odpowiedź na każde pytanie, argument na każdy zarzut.
    - Dostatnie życie? - wstaje i podchodzi do Niego, jak gdyby znali się od wieków - Nie dałeś mi Miłości, Lucyferze - robię tę minę, a po chwili rezygnuje. Do diabła przyciągnęło Mnie zupełnie coś innego, czego słowami nie da się określić - Ale tego chyba nie uwzględniliśmy w naszym cyrografie - okrążam go i zatrzymuję się w przy jego uchu. Dzięki szpilkom mogę bez trudu do niego dosięgnąć - Chcę więcej czasu Lucyferze. Czasu by dowiedzieć się co to Miłość. Co mogę zrobić, byś dał mi ten czas?

    OdpowiedzUsuń
  104. - Tylko tyle masz mi do powiedzenia? - zapytała sucho - nie dziwie sie, ze zadna dlugo z toba nie wytrzymuje - prychnela na odchodne - kommu by sie chcialo trwac z pijakiem - usmiechnela sie zlosliwie. Wychodzac trzasnela drzwiami nie przejmujac sie halasem. Idac chodnikiem wyciagnela telefon i zaczela z kims krótka rozmowe.
    - moze pani wyslac to pismo. Rozmowy skonczyły sie niepowodzeniem.
    Dodała jeszcze cos po czym schowała telefon do torebki. Jeszcze tylko pozostała jej jedna rozmowa. Duzo bardziej przyjemniejsza niz to. Westchnela glucho wchodzac do restauracji, gdzie mialo sie spotkac z bardzo dalekim znajomym. Miała nadzieje, ze jej pomoze mimo niecheci do ludzi [oczywiscie Oberka mam na mysli].

    OdpowiedzUsuń
  105. [ No cóż... W takiej sytuacji, gdyby Lucyfer faktycznie się przebrał, a Kida by go przyłapała - najpewniej skopałaby mu dupsko i raczej wolałaby go na przyszłość unikać. xD
    Ale mimo wszystko, mógłby do niej po prostu przyjść, by się przywitać i poznać nową postać, dowiedzieć się kim jest, co potrafi, czy cokolwiek. Tylko raczej z takiego poznania nic ciekawego by nie wynikło. ;) Możemy też założyć, że poznali się, kiedy Kida błąkała się po świecie ludzi, a więc zanim trafiła do Fabletown. Co o tym myślisz? ]

    Kida

    OdpowiedzUsuń
  106. Oczekuję. Wsłuchuję się w każde jego słowo, czekając na odpowiedź na dręczące Mnie pytanie. Ciekawiło Mnie piekło, jednak czymże była zabawa w tym świecie, gdzie legalnie kusiłam mężczyzn, niektórych nawet (nie)świadomie doprowadzając do szaleństwa, samobójstw czy wydawania kroci, by tylko Mnie zobaczyć, bym uraczyła go jednym spojrzeniem, chodź wydaje mu się, że dedykuję mu całe przedstawienie.
    Nareszcie. Słyszę te słodkie słowa, i uśmiecham się w duchu, wręcz wyję ze śmiechu. Podniecenie wygrywa, moje uszy jak i ogon wydobywają się na zewnątrz ludzkiej postaci.
    - Oj Lucyferze. Mogę ci jedynie podziękować, dasz memu nudnemu - akcentuje sarkastycznie ostatnio słowo - Jeszcze więcej kolorów. To będzie przyjemność.
    Dawno nie robiłam niczego takiego. Lekkie targi z tutejszymi sprzedawcami, których uwodziłam trzepotaniem rzęs. Ale do zdobywania czegoś innego poza moją własną satysfakcją....Stara Ja miała ochotę już biec, by wykonać to intrygujące zadanie. Do Woodlands jeszcze nie startowałam.
    - Na kiedy to chcesz? - pytam z uśmiechem na ustach - A może, Lucyferze, będziesz chciał mnie pilnować?

    OdpowiedzUsuń
  107. Jego wyniosły głos śmieszył go. Może i brzmiał poważnie, może i miał upiorne oczy, może i był przecież diabłem we własnej osobie, ale... właściwie co z tego? Wciąż był Baśnią, nieśmiertelną jak każdy, może i potężną, ale nadal tylko Baśnią. A każda baśń miała jakąś słabość; każdą, bez wyjątku, dało się pokonać. Nikt nie był niezniszczalny, niepokonany i niezwyciężony. Nawet on. Nawet on każdego dnia musiał się liczyć z tym, że jego długowieczne życie może dobiec końca. A Lucyfer czarował, straszył, grał w słowa. Próbował go sprowokować, doprowadzić do wrzenia, obudzić drzemiącego cicho wilka; potężną, prastarą bestię, byleby tylko móc się z nią napierdalać. Na pewno stanowiłby równego przeciwnika...
    Niestety, Bigby nie był na tyle głupi, by ulec Lucyferowi. Posiadał na tyle opanowania i wewnętrznego spokoju, że przez cały jego wywód nie zmienił nawet wyrazu twarzy. Oczy nawet nie zajarzyły świecącą żółcią, wciąż pozostając pustymi, melancholijnymi ostojami przygaszonego złota. Nawet się nie uśmiechnął, gdy poczuł lekkie uspokojenie jego aury. Wiedział, że to nie koniec, raptem początek, ale samo zelżenie było zaskakujące. To znaczy... wiedział, że diabeł nie jest głupi; wręcz przeciwnie, był świadomy jego sprytu, siły i charakteru. Nie podlegało to w końcu wątpliwościom.
    Dlatego nie zdziwił się, gdy dwie szklanki zamajaczyły na blacie, a jeszcze mniejszym zaskoczeniem napełniło go pojawienie się dobrego trunku. Oczywiście, nie stanowiło to dla niego problemu. W gruncie rzeczy nie dało się go upić — nieważne jak bardzo by tego chciał, ucieczka w alkohol była dla niego niemożliwa. Stanowiło to zarówno plusy, jak i minusy. Więcej było plusów, ale minusy też można było znaleźć. Oparł się o blat i spojrzał na napełniające się szklaneczki. Na wspomnienie o Śnieżce nie drgnął, choć poczuł delikatne ukłucie gdzieś na dnie serca. Ukłucie, które jednak pozostawało stłumione i niewyczuwalne i nie rozeszło się bólem po jego członkach. Zapomniał o niej. Pogodził się z brakiem uwagi; nie miał zamiaru walczyć z wiatrakami i zdobywać czegoś, co było poza jego zasięgiem. Miłość nie była dla niego. Wyłącznie samotny żywot wielkiego złego wilka.
    — Śnieżka? No nie wiem, pewnie pęta się gdzieś pod nogami typa w stylu Księcia Uroczego — rzucił od niechcenia, obojętnym tonem, sięgając po szklankę. — Jakieś góra dwa tygodnie i znowu będzie płakać nad złamanym sercem, bo życie to nie bajka. — wzruszył ramionami od niechcenia. — Widzę, że żyjesz przeszłością, bo już dawno dałem sobie spokój, przyjacielu — dopowiedział, uśmiechając się lekko, lecz wciąż nie nadając uśmiechowi konkretnych emocji. — ale widzę osiedlowy monitoring... radziłbym jednak nieco zmienić sprzęt, bo informacje niezbyt świeże i wiarygodne. — zawiesił głos. — Mogę Ci nawet załatwić dofinansowanie, jeśli tego Ci trzeba... wiesz, w piekle też czasami kończą się fundusze. A co do wody święconej... — podniósł wzrok znad szklanki — Chyba wyposażę kilka prostytutek w krucyfiksy na szyję, perfumy z wody święconej i różańce na udach. — upił trochę. — ...będziesz miał piekielnie wybuchową zabawę.
    Bigby

    OdpowiedzUsuń
  108. - Bardzo miłe powitanie. - Burknąłem cicho pod nosem. - Ani cześć, ani dzień dobry, ani pocałuj w dupę. - Spojrzałem uważnie na gościa. W mieszkaniu byłem teraz zupełnie sam. Nikogo oprócz nas dwóch. Wszyscy wybyli stąd. Cztery Zuzanny z Meg i Perun. - I przybyłeś tutaj z piekła, aby mi to zakomunikować? - Zapytałem się go, unosząc brew. - Przykro mi, ale spóźniłeś się. Z jakąś dobrą godzinę. - Nalałem sobie whisky w szklankę. - Coś do picia? - Zaproponowałem Samaelowi. Odmówił. Nie to nie. Więcej dla mnie zostanie. - Perun tutaj rzeczywiście był. - Stwierdziłem. - Ale sobie poszedł. Gdzieś. Nie wiem gdzie. Powinniście go lepiej pilnować. Wasz błąd.
    - Licz się ze słowami Oliver. - Powiedział Samael. - Ostatnio się w piekle bardzo naraziłeś. Twój ojciec jest zaniepokojony tobą. Z resztą my także.
    Oho, wezmą mnie pod obserwację!
    - To teraz nagle Azazel zrobił się święty? A cóż to za okazja? Pragnę ci przypomnieć, że to nie ja przeleciałem jakąs nephilim.
    Samael zamilkł.

    OdpowiedzUsuń
  109. Rozmowa wyszla poprawnie politycznie. Zadowolona juz pakowała dobytek w myslach, gdy prawniczka zajmowala sie sprawa. Powierzyła jej pelnomocnictwo, gdyz sama ledwo sie czuła. Maluch kopal i przekrecal sie dosyc czesto. Cos czuła, ze bedzie bardzo zywotne i ruchliwe.
    - a twoj ojczulek to idiota - stwierdziła zlosliwie.
    Szla do lazienki wymijajac zapakowane juz pudla aby ustawic sobie rozgrzewajaca kapiel, majac jednoczesnie nadzieje, ze to pomoze. Troszke pomoglo. Wyszla z kepszym samppoczuciem niz weszla i udala sie do snu ubierajac swoja ulubiona pizamke w misie. Poczytala jeszcze troche i poszla spac.
    A rankiem zaczela sesje od kibelka. Bo jakze by inaczej.
    - nie wierc sie tam... - pomasowala brzuch. Nie zaprzatala sobie glowy ubieraniem, narzucila tylko szlafrok i poszla cos zjesc aby zajac sie pakowaniem reszty rzeczy. Mial niedlugo przyjechac samochod by zgarnac reszte pudel. Zdazyla sie juz niezle zmeczyc i troche plecy ja bolaly. Troche jej bylo smutno opuszczac ten dom, ale i tak byl za duzy no i miala juz dosyc tego balaganu. Z Luckiem nie rozmawiała, bo nie widziała powodu. Adwokat miala za to co robic. Wciaz wysylala jej maile z odpowiednia trescia, ktora czasem potwierdzala. Do czasu pierwszej rozprawy bylo juz niedaleko. Nie miala ochoty na niej byc. Chyba jej zostalo to oszczedzone, gdyz zdazyl sie wypadek z jej udzialem. Opuszczała tego poznego popoludnia dom zamykajac go na glucho, by wsiasc do samochodu i pojechac do sklepu. Teoretycznie. Dzien byl pogodny i nawet nie sliski, ale na drodze musiala wyprzedzic powolne auto. Przyspieszyła. Wszystko bylo dobrze. Miala czas by wyprzedzić kierowce z naprzeciwka, ale.... hamulce nie zdzialaly. Dzien wczesniej byly jeszcze sprawne. Zamrugała parokrotnie robiac w bok ale walnela w drzewo po drugiej stronie. Rozlegl sie huk gniecionej karoserii, pasy na szczescie trzymaly ale zgniotlo ja troche. Odplynela.
    Ocknela sie na moment, gdy wokol zaczal sie ruch porzadkowych. Polprzytomna malo kajarzyla co sie dzialo. Ktos jej podal tlen i zastrzyk z czyms przezroczystym az znowu odplynela. Karetka przewiozla ja do szpitala i od razu na sale, bo mocno krwawila. Po tym wpadla w spiaczke.
    Gdzie w miedzy czasie odbywala sie wokanda, a prawnik informowala sedzine, ze oskarzycielka nie mogla tu przybyc bo w stanie ciezkim lezy na oiomie, ale w jej imieniu mogla przeprowadzic sprawe. Czekali teraz na decyzje sedziego a potem ten sie spytal Lucka o jego zdanie odnosnie sprawy.

    OdpowiedzUsuń
  110. Perun jak nagle się pojawił to tak samo nagle zniknął. Trochę szkoda, ale co zrobisz? Nic nie zrobisz. Dobrze, że nie zdążyłem mu zaproponować żadnego sojuszu, bo teraz pewnie plulbym sobie w brodę. Ciekawilo mnie teraz tylko jedno. Gdzie w tym czasie były zuzanniowe siostry. Przecież wychodzili razem. Ale skoro mowa była tylko o Perunie to musiało znaczyć, że Shoshana zadbała już o to, aby jej siostry i Meg były bezpieczne. W tym momencie Samael odebrał telefon, że z piekła znowu ktoś uciekł.
    - Coś nieszczelne te wasze piekło. - Stwierdziłem z rozbawieniem.
    - Jesteś za to częściowo odpowiedzialny Oliver. - Powiedział ze złością mężczyzna. Spojrzałem na niego zaskoczony. - Po uwolnieniu czterech Zuzann inni tez zechcieli wolności i teraz masz babo placek. Ale zemsci się to na tobie. Zobaczysz. - Powiedział. - Teraz to ci damy specjalną opiekę, abyś już więcej nic nie wywinal. Lucjan, odbierz telefon. - Ono, czyli Lucka mi podesle. Będzie zabawa, będzie się działo.

    OdpowiedzUsuń
  111. - zatem rozpoczniemy sprawe. Pani adwokat - spojrzała na kobiete siedzaca sama w drugiej lawce.
    Ta tez wstala i wyszla za stolu i rozpoczeli. Po 20 minutach wyszli a sedzia zdecydowal zawiesic wokande i poczekac na inny termin.
    Pozostawili ja w spiaczce farmakologicznej by zalagodzić skutki wypadku i szoku pourazowego. Troche latania bylo. Zlamane ramie, pekniete kilka zeber, przebite pluco, nadwyrezony bark, stluczenia i dosyć maly wstrzas mozgu. Niby nie duzo, ale krwi troche z niej zeszlo. Narazie to wszyscy czekali az odtaja nim mozna by bylo zmniejszyc ilosc lekow i powoli wybudzac. Potem przeniesli na inna sale
    Miała przy tym paru gosci. Dziwnym sposobem czuła obecnosc i Hagena i Oberona, ten ostatni troche pomogl przy zlamaniach. Gdy nikt nie patrzył a potem wracal do siebie.
    Po paru dni w koncu wyjeli jej rurke, zostawiajac maseczke na twarzy. Pare godzin pozniej zaczela sie wiercic na lozku malo kontaktujac z wydarzen. Byla sama, ale zauwazyła w polu widzenia bukiet kwiatow. Nadal chcialo jej sie spac, wiec znowu zasnela. Obudzila ja typowa krzatanina pielegniarek.
    Spojrzała na kobiete i wychrypiala cos w stulu ze jest glodna.
    Zasmiała sie na to.
    - no to w takim razie wraca pani do zdrowia. Jeszcze jesc pani nie moze, ale zawolalam lekarza.
    Zamrugała oczami, bo nadal bolal ja kark od ruszania. Czekajac gapila sie w sufit acz ladnego widoku nie miala.

    OdpowiedzUsuń
  112. Przebrałam się. W czerwoną sukienkę, która idealnie podkreślała moje oczy.
    Podziemia Woodlands, bardzo trudno się tam dostać, a mały błąd będzie mnie dużo kosztował.
    Na szczęście od czego ma się rozum i lata doświadczenia. Baśniowcy różnili się od ludzi, a już szczególnie obywatele Fabletown, którzy mieszkali, bądź pełnili jakąś rolę w Woodlands. Moja magia na pewno Mi tutaj nie pomoże. niwelujące czary i bariery ochronne wypłoszą moją iluzję.
    Na szczęście jako striptizerka miałam dość pokaźne sfery informacyjne. Sama do podziemi Woodlands nigdy wejść nie chciała, ale wiedziała idealnie co zrobić by to pozwolenie zdobyć.
    A raczej do kogo mogłam się po nie zgłosić. I ta osoba również znajdowała się w Woodlands.
    Wychylam się przez okno mojego mieszkania. Mieści się na ostatnim piętrze, więc doskonale widzę Apartamentowiec, który znajduje się w świetlistym blasku. Pokazuje, jaki jest nie do przejęcia, potężna budowla wypełniona magią, którą nie sposób oszukać.
    Ale zakazany owoc smakuje najlepiej.
    Odpalam papierosa i uśmiecham się, To będzie ciekawa noc.

    OdpowiedzUsuń

  113. Spiela sie przez co na monitorze sie ukazaly wyzsze parametry. Uslyszała go zanim wyszedl zza zaslonki.
    Przymknela na chwile oczy jakby sie miala zaraz wspomoc modlami. Jednak potem i je otworzyła nie pokazujac po sobie, ze jego obecnosc jej sie tu podoba.
    - czuje sie jak wygladam. Co za durne pytanie - wyjeczała - jak myslisz co? - zmarszczyła brwi - wypadek mialam i tyle. Chce bys wyszedl. Po co sie tu zjawiles co? Moze zajmij sie soba - zirytowała sie - nie mam ci nic do powiedzenia. Wyjdz. - steknela przesuwajac sie troche, bu zmienic pozycje o odwrocila glowe na bok przymykajac oczy. Zakaszlała zalegla wydzieline. Nadal czasem trudno sie jej oddychalo a potem przyszla pielegniarka oznajmujac ze musi zmienic wklad. Nie konktaktowala na chwile a potem ja olsnilo.
    - siostro? - pisnela w panice
    - spokojnie... - spojrzała na monitor
    - nie bede spokojna. Co sie stalo z...?
    Pielegniarka sie speszyła.
    - dokto nic nie powiedział?
    - prosze mi powiedziec!
    Zaklopotana spogladala na wszystko i na nic jednoczesnie.
    - przykro mi, ale miednica sie przesunela podczas wypadku i peknieta kosc przebila worek plodowy i...
    Przestała sluchac. Zrobilo jej sie niedobrze.
    - pani Ryan? doktorze!! - spojrzała na nia, ponownie na monitor i potem wybiegla z sali by poszukac anestezjologa i dyzurnego w taki sposob jakby Lucka nie bylo w sali. Moze i byl ale sie zmniejszyl albo zdematerializowal.

    OdpowiedzUsuń
  114. Przez moment byłem sam. To nawet całkiem miłe, kiedy od kilku dni miało się tyle osób na głowie. Cisza, spokój... I Lucyfer, który przybył, aby wręczyć mi jakąś kartkę i zniknąć. Mógłby przedtem buty chociaż wytrzec, bo naniosl mi błota do kawalerki. Pstryknalem palcami i już brudu nie było. Cóż ja bym zrobił bez tych czarodziejskich sztuczek? 8ym musiał najzwyczajniej w świecie sprzątać. Czasami zastanawiałem się nad tym jak ci zwykli ludzie radzili sobie z tym. Spojrzałem na kartkę od Lucyfera. Ten numer akurat znałem na pamięć. Próbowałem dodzwonić się do ojca, ale nie odbierał. A to skurwiel jeden. Na diabła narobił i nie chce ponieść za to konsekwencji. Szlag by to jasny trafił i krew nagla zalała. Zadzwoniłem do Lucyfera powiedziałem mu o tym. W końcu to on miał mi niby za nianke robić.

    OdpowiedzUsuń
  115. Pokręciłem głową z politowaniem. W sumie to nawet i dobrze się złożyło, że Lucyfer był sobie tam gdzie był i nie chciał się do mojego życia wtrącać. To dawało mi szersze pole do manewru. Po rozmowie z wujem zadzwonił do mnie ojciec. Był, krótko i delikatnie by to rzec, wkurwiony. Na tyle, że coś właśnie rozpierdolił, a w tle było słychać przerażone głosy ludzi. Włączyłem telewizję i pierwszy lepszy kanał z wiadomościami.
    - Przypuszczam, że jesteś w Japonii. - Stwierdziłem, widząc nagłówki o tym, że nastąpiło niespodziewane tsunami. Czy co to tam było.
    - Wybacz, trochę się zdenerwowałem i mnie poniosło. - Powiedział Azazel. Pewnie miał teraz na twarzy ten swój durnowaty uśmieszek.
    - Zamiast siać zamęt w świecie mógłbyś zająć się własną córką, bo na mnie jest już trochę za późno. - Warknąłem do niego wściekle.
    - Dobrze wiesz, że nie mogę jej nawet wziąć na ręce.
    - I dlatego my wszyscy mamy odpierdalać za ciebie całą czarną robotę? Ja, Samael, Lucyfer nawet na coś powpadał. A ty co? Byłeś skłonny przyprowadzić z piekła tą wywłokę, która w pierwszym rzędzie ustanowiła za cel to, aby mnie się pozbyć. I dalej cisza. - Teraz to się wkurwiłem. Walnąłem z całej pięści w stół. W tym czasie prezenterka nadała wiadomość o tym, że gdzieś pierdzielnął jakiś meteor. Dzięki tato!
    - Daj mi chwilę, a jakoś to ogarnę. - Powiedział wystraszony Azazel. - Tylko nie wal już tak w stół, bo nie chcę, aby znowu jakiś meteor walnął. Teraz pocelowałeś nieźle w Bahamy.
    - Chwilę? I jakoś to ogarniesz? Chłopie, ogarniasz temat od kilku zasranych tygodni i nic nie potrafisz wymyślić. - Wyrzucałem z siebie słowa niczym z karabinu. Stukałem przy tym w blat stołu mocno palcami. Na zewnątrz rozpoczęła się burza z piorunami. Azazel rozłączył się. Teraz to nie wytrzymałem. I jak przypierdzieliłem dłonią w stół to ten aż się złamał. A w Polsce na kibiców Wisły i Cracovii zawaliło się coś tam.
    Chciałem iść do kuchni, kiedy usłyszałem głośne klaskanie w dłonie. W progu stał Lucyfer. A za nim Samael.
    - Co powiedział? - Zapytał dziadek.
    - Że potrzebuje "chwili" i że jakoś to "ogarnie". W jego przypadku będzie wyglądało to tak, że spierdzieli nam na jakiegoś Marsa i poczeka aż sprawa ucichnie i wtedy wróci. - Stwierdziłem, zapalając papierosa.
    - Jakiś plan panowie? - Zapytał Samael ponownie.
    - Uciąć temu skurwielowi jaja, zanim kolejne coś nam tutaj spłodzi. - Odrzekłem.

    OdpowiedzUsuń
  116. Ocknela sie poznym wieczorem nadal otumaniona lekami. Samotna lza splynela po policzku i zaginela gdzies w poscieli. Smutno jej bylo, bo zdazyla sie juz przyzwyczaic do tej malej iskierki a tak czuła tylko pustke. Westchnela ciezko.
    Chcialo jej sie pic, wiec siegnela po wlacznik przyzywajacy personel i poczekała chwile zanim przyszla.
    - o obudzila sie pani. Lepiej juz? Czy czegos potrzeba?
    - o ile moze byc lepiej - zauwazyła ponuro - chyba sie kroplowka skonczyła i jesli bym mogla poprosic o wode? Czu je sie jakbym piasek jadla.
    Mloda dziewczyna usmiechnela sie.
    - to zrozumiale. Zaraz sie wszystkiem zajme - poklepala zrdowe ramie by wyjsc i potem przyjsc z powrotem z mala tacke, by sie pokrzatac i podac nowe leki oraz woda. A potem ja opuscila gdzie znowu zostala sama. Tyle, ze nie chcialo jej sie juz spac. Musiała sie nagimnastykowac troche, by zdrowa reka siegnac do pilota. Wlaczyla telewizor. Po dobrej godzinie zaczela przysypiac az na dobre zasnela. Znowu zaczely ja dreczyc koszmary. Myslala, ze sie ich pozbyla, ale tym razem widziała w nich dziecko. Trudno powiedziec czy bylo swoje - sceneria byla krwista i troche masakryczna. Wybudzila sie gwaltownie przed obchodem i walczyła o wyrownanie oddechu by sie tu znowu nie zlecieli i zaczeli dochodzic czymze byl spowodowany skok cisnienia. Potem wpadl lekarz dyzurny z asysta, sprawdzili wyniki, wypisali zalecenia, aby przejsc do innego lozka. Potem bylo sniadanko (jakas kaszka-mniam), kolejna porcja lekow, pare wizyt, ktore nawet ja ucieszyly, obiadzik, kolejne leki, kolacja, obchod i tak przez pare dni. Po dobrym tygodniu od wybudzenia miala juz dosyć szpitala. Wydebila telefon od pielegniarki (bo swoj zostal w torebce i w samochodzie). Ah wlasnie... do salonu tez musiala zadzwonić, ale zlomowanie moglo jeszcze poczekac, wiec zadzwonila do Hagena by wpadl w odwiedziny. Ucinala sobie drzemki naprzemian z proba czytania ksiazki co srednio jej wychodzilo, gdy jedna miala w gipsie do ogladania telewizji. Czas sie czasm wlokl, ale zmniejszono leki do podstawy, wiec juz bardziej przytomniej myslala. A potem wpadł ponownie Lucek. Cholera jedna-mial szczescie, ze nic pod reka nie miala bo by dostal z czegos.
    - no nie wiem, czy ty aby gluchy nie jestes. Mowilam juz, ze nie mam ochoty z toba gadac, wiec moze wroc sie zajac czyms malo istotnym... moze piciem?! - zauwazyla zgryzliwie.

    OdpowiedzUsuń
  117. [ Lubię z tobą pisać, mówiłem ci już to? ]

    Machnął ręką na przedstawione szczegóły.
    - Ta dziura jest jak bezludna wyspa na środku Pacyfiku. A niby tak w centrum.
    W końcu wybrał to co uważał za specyfik najbardziej odpowiedni do sytuacji. Z tego co pamiętał to poprzednio zamiast samochodem jechał na różowym jednorożcu i było całkiem przyejmnie. Dopóki nie rozwalił auta na pobliskim drzewie.
    - Wiesz ile ja tego tu mam? Jestem geniuszem, zapomniałeś? Potrafię stworzyć specyfik na wszystko. A narkotyki to moje hobby.
    Zarknął na zegarek.
    - Cztery godziny, plus minus 20 minut. W razie potrzeby wzmocni się czymś ciekawym
    Do pudełeczka z dwiema przegródkami wrzucił po cztery tabletki. Więcej wolał nie brać, w razie gdyby ktoś ich jednak złapał.
    Zamknął swoje labodatorium.
    - Wiedziałem, że nie będę się nudził.
    Rozberał się, nie przejmując zbytnio towarzystwem. Lucek widział go nago a tym bardziej w gaciach. Wciągał na siebie mundur, uważając by nie urwać żadnego guzika co ciągle mu ię zdarzało. był zyt szałaputny a przez to nieuwazny. Spojrzał na swoje odbicie w lustrze.
    - Wyglądam jak chippendale. - parsknął. - No ale trudno. Wymachiwać pałką też umiem.
    Otworzył pudełko i wydobył dwie tabletki. Jedną wsunął sobie jedną do ust a drugą podał diabłowi.
    - Działa szybko... Mamy jakieś 5 minut, więc przydałoby się skombinować furę. Albo po prostu będziemy podziwiać nasz piękny świat.

    OdpowiedzUsuń
  118. - Ja bym go nie gwałcił. - Ba, ja bym go nawet kijem nie tknął. - Nie wiadomo jakiego syfilisu mógł się nabawić. - Skrzywiłem się niemiłosiernie. - Fu. - Powiedziałem krótko, ale za to dosadnie. - I nie przeklinaj mnie tutaj. - Bo co "Bóg" ma z tym wspólnego, że z Azazela jest taki pacan? - Jeżeli tak bardzo chcesz się napawać widokiem zła to udaj się do Polski, Japonii albo na Bahamy. Podczas rozmowy z Azazelem podobno wywołałem tsunami, na Bahamy zleciał meteor czy coś tam, a w Polsce... W Polsce też coś pierdzielnęło w napierdzielających się kibiców Wisły i Cracovii. - Powiedziałem do niego.
    - Nie "podobno", ale na pewno. - Wtrącił mi się w zdanie Samael. - Nie będę cię za to karał, bo robotę zrobiłeś pierwszorzędnie. - Uśmiechnął się dziadziuś szeroko. - Ale powiedz mi tylko, jak to zrobiłeś?
    - Wkurwił mnie Azazel. I to wystarczyło mi w zupełności. - Wzruszyłem mimowolnie ramionami.- A bo ja wiem... I tak wszyscy wiemy, że cokolwiek byśmy na niego nie wymyślili to on i tak to oleje ciepłym moczem. Czasami myślę, że on siurem myśli zamiast głową. - Westchnąłem głośno, siadając na krześle. Pstryknąłem palcem i stół się naprawił.
    - Właśnie, a co z wiedźmami? - Samael nie wyglądał na zadowolonego. - Podpierdzieliłeś nam aż cztery sztuki. Ja rozumiem jedną, ale żeby aż cztery? I co ja teraz zrobię? Nic nie zrobię.
    - Nie martw się o to. Wiedźmy i tak czy siak wrócą do piekła. Jakaś cząstka została tam u was. To takie zabezpieczenie, gdyby zechciały mi jakiś numer odwalić. Na razie są wzruszone faktem dobroci z mojej strony i zajmują się Meg.
    - Meg?
    - No, tym co spłodził mój ojciec. Aż wstyd się do niego przyznawać. W każdym razie trzeba było ją jakoś nazwać. - Wzruszyłem ramionami. - Ja na razie myślę, aby zesłać go do jakiegoś pieklnego karceru i tam niech się zastanowi nad sobą, bo ja nie zamierzam go za rączkę prowadzić i usprawiedliwiać. Poza tym dorosły jest i powinien wiedzieć co robi. A jak jest to wszyscy widzimy. Poza tym, jak jeszcze raz Vivian wyjdzie z piekła i zobaczę ją to ją nadzieję publicznie na pal i wypatroszę jak prosiaka.

    OdpowiedzUsuń
  119. Wybuchnela smiechem slyszac go.
    - ja pierdole... Tobie tam juz na serio mozg padl jesli do tej pory tego nie zrozumials. - wzruszyła lekko ramieniem - twoja troska bylaby wzruszajaca... gdyby tylko byla prawdziwa. Daruj sobie. Widzialam wielu podobnych do ciebie o to bardziej blyskotliwych znajacych tez swoje miejsce. Ty soba nic nie przedstawiasz.
    Siegnela po kubek z woda starajac sie nie nie stekac i upila troche.
    - jak? Nie twoj interes ani nie twoja zasluga. Nie interesuj sie cudzym zyciem. - odparla suchu - jednak musze przybic piatke za pozbycie sie twego syna zawczasu. Przynajmniej jeden problem z glowy a reszte przedstawi ci moj adwokat. Zegnam pana.

    OdpowiedzUsuń
  120. - Do tego pakietu nie zapomnij dodać ucięcie jaj. - Powiedziałem dosyć dosadnie. - Jak jesteś głodny to idź i coś zjedz. W lodówce jest pełno żarcia. Wiesz, gdzie stoi i gdzie co leży. - Stwierdziłem. - Smoła brzmi całkiem dobrze. O ile nie jest odporny na to. Albo wrzućmy go na madejowe łoże. - Zaproponowałem. - Albo może chór anielski. Odkąd pamiętam Azazel miał kompleksy na punkcie tego, że nie umiał śpiewać.
    W tym momencie zadzwonił do mnie telefon.
    - Jak tam chłopaki? - Zapytał Azazel.
    - Chłopaki to są w agencjach towarzyskich, a my jesteśmy młode wilki. - Zacytowałem mu klasyka. Telefon podałem Samaelowi, bo ja nie miałem siły na tego pacana. Ten się tylko zdenerwował. I jak nie pierdzielnął w mojego argentyńskiego kaktusa... Kaktus wyleciał przez okno.
    - I wyleciał przez okno... Jak jego dziadek w "Chłopaki nie płaczą". - Zaszlochałem cicho.
    - Czekaj, bo nie rozumiem. Nie płaczesz po ludziach, ale po kaktusie już tak? - Zapytał Samael.
    - Ludzie to są chamy, a on był z tych kulturalnych... - Wydukałem. Naprawdę było mi szkoda tego kaktusa. - I nazywał się Wiaczesław... - Chlipałem. W sumie to ostatnio w ogóle zrobiłem się jakiś taki uczuciowy chłopak.

    [Will może zechciałby okraść Olivera, ale chłopak w porę się skapnie? I może zechcieć mu odrąbać rękę :3 Takie milusie stworzonko :D]

    OdpowiedzUsuń
  121. - zlociutki, jesli myslisz ze mnie znasz tos w bledzie jest. Poznales to co chcialam byś poznal.
    Prychnela.
    - wiem a tys jednak pilnuj swego nieskalanego stolka bo inni maja juz chrapke na niego - odwarknela sucho - jestes zbyt zalosny by mowic w innym "jezyku". Mozesz sobie mamic do woli ludzi. Zaden z ciebie ideal i nigdy nim nie bedziesz. Jesli myslisz, ze wszystko co mowilam lub robilam szlo z dobroci serca to o tobie wiele mowi. Ciesz sie z duszy jakiej otrzymales bo wiecej juz jej nie dostaniesz - odstawila szklanke na bok i siegnela po gazete. - spadaj juz. W sadzie sie zobaczymy. - odwarknela obojetnie - Debil - mruknela. Jakis czas pozniej wpadł Oberon zobaczyc co u niej. Pogadal z lekarzem a potem przyszedl do niej. Po drodze sie dowiedziała, ze w koncu bedzie mogla wyjsc ... jak wyniki sie unormuja, czyli za pare dni. W koncu bedzie mogla sie wykapac i cos zjesc normalnego.
    ***
    Nawet jesli poruszała sie na wozku jak teraz. Jednak nie miala wyboru, bo nadal bolala ja miednica, ale w koncu mieszkała w nowym mieszkaniu i to sie liczyło.

    [szczerze mowiac to nie mam pomyslu co dalej z nimi]

    OdpowiedzUsuń
  122. [Może być :D Zaczniesz? Ja w tym czasie zrobię odpis ;)]

    OdpowiedzUsuń
  123. [moze acz srednio to widze ;/
    Szczerze mowiac to mi przypomina Lucka niestety, wiec chyba spasuje - sorki.
    Dzieki za pisanie]

    OdpowiedzUsuń
  124. - Ani ten, ani ten. On był tak po prostu Wiaczesław. I gdzie ja teraz takiego znajdę? - Zapytałem się wściekły. - Dlaczego nie mogłeś wyrzucić czegoś innego? Tylko akurat jego? - Podszedłem do otwartego okna. Wychyliłem się, ale niestety po kaktusie ani śladu. W sumie to trudno byłoby go zobaczyć tak z dwunastego piętra. Ale miałem nadzieję, że może jednak miał awaryjne lądowanie i jest cały. Niestety. Nic takiego nie było.
    - Pokój jego kaktusowej duszy. - Powiedziałem. - To był bezcenny argentyński kaktus. Wnuk tego kaktusa co grał w "Chłopakach nie płaczą". Skończył jak jego dziadek... - Załamałem się. - Ajajajaj... Taki okaz... Taki piękny okaz. I do kogo ja teraz wieczorami będę gadał? - Zalewałem się łzami.
    Samael się nie odezwał. W tym samym mmomencie telewizor samoczynnie się włączył.
    - ... w Niemczech doszło do powodzi. Tysiące ludzi zostało ewakuowanych. To co dzisiaj się dzieje proszę państwa to jest niemożliwe. Czy już możemy zacząć mówić o apokalipsie? - Trajkotała prezenterka. Samael spojrzał to na mnie, to na telewizor.
    - Dobra, młody, dostaniesz Wiaczesława. Będzie jak nowonarodzony, tylko już nie płacz. Bo nam miejsc zabraknie jak tak na raz wszystkich zaczniemy przyjmować. - Powiedział. Wziąłem od Lucyfera chili, które miał na talerzu. Zjadłem to. I się nie skrzywiłem.
    - Tylko pamiętaj, aby umyć ręce po papryczce, bo jak dotkniesz jajek to to gorzej niż kastracja. - Powiedziałem, a oni obaj spojrzeli się na mnie. - No co? Kolega mi tak mówił.

    OdpowiedzUsuń
  125. - Nie tylko Anonimowe Wyzwania. Ale to akurat zdarzyło się w mojej obecności. - Powiedziałem. - Akurat trafił mi się taki piękny mężczyzna... Tylko wcześniej jadł ostre papryki i później dłoni nie umył. Chciał postawić sobie swój sprzęt i... No i z seksu wyszły nici. - Powiedziałem szczerze zawiedziony tym faktem. - Całe szczęście, że mojego nie dałem na potrzymanie, bo bym piszczal głosem kastrata.
    - Dobra, ja już nie chce tego słuchać. - Powiedział Samael.
    - ale dlaczego? - Zapytałem się go. - Mógłbym mu zrobić małe bdsm czy jak to tam się zwie, ale nie miałem serca. Ale później sobie to odbilismy. Całą nooooc. - Pokrecilem głową z blogim uśmiechem na twarzy. - Dawaj gryza wujku. - Ugryzlem kanapke. - Dodalbym do tego trochę chrzanu, ketchupu i sos barbecue. Ale ogólnie to takie 7/10. Ej, a pamiętacie Elke z zakonu ta dziewice co to żadnemu diabłu cnoty oddać nie chciała i każdy z niej już zrezygnował?
    - Ta młoda?
    - Owszem. Przestała być już dziewica. Sam osobiście się do tego przycyznilem.

    OdpowiedzUsuń
  126. [Ja chcę wątek z Luckiem, nie skrzywdzę go obiecuję! :D
    Ale może zostaną bff i założą duet, w końcu oboje martwi, c'nie?
    Można by polecieć po banale z tą pielęgniarką i załatać Lucka na ostrym dyżurze, skoro ziomek i tak napierdala się raz dziennie.
    W sumie możliwości jest sporo, a że Leslie jest nowa na pewno zwróciłaby jego uwagę, skoro jeszcze nie zaszedł jej za skórę. No chyba że myślisz lepiej niż ja i zaskoczysz mnie jakimś zajebistym pomysłem xD]
    Leslie

    OdpowiedzUsuń
  127. [Uczyń mi tę przyjemność! :D]
    Leslie

    OdpowiedzUsuń
  128. - Ja z panami także ten tego. Tylko ze zwierzętami nie. To takie niehumanitarne. Poza tym można byłoby się czymś zarazić. Albo pcheł albo wesz dostać. Nie, ja podziękuję za takie rozrywki. Jakbym mało miał na głowie. - Uśmiechnąłem się delikatnie w stronę Lucka. - No zobacz... Ta Chodakowska to jakiś nędzny kłamczuch jest. Ja tak sobie wpierdzielam i zobacz... Nie tyję nic a nic. Nadal jestem szczupły. Ale muszę się wam pochwalić... Ostatnio jakieś laski na basenie powiedziały, że za takie ciało jak ja mam to oddałyby swoich facetów w pizdu.
    - Przeleciałeś je chociaż? - Zapytał się Samael.
    - Zrobiliśmy małą orgię. Ale nic wielkiego. Później poszedłem na gay party. Też fajnie było. - Zaśmiałem się. - Ale Lucek... Dziadka to ty szanuj. - Pogroziłem mu srodze palcem. - Nie martw się. Mam zapasy żarcia na cały rok. Ostatnio wygrałem w jakimś tam konkursie. Mam w piwnicy dwie lodówki z czego jedna jest wypchana po brzegi Coca- Colą, a druga jedzonkiem. - Uśmiechnąłem się szeroko do niego.

    OdpowiedzUsuń
  129. Przysłuchiwałem się ich jakże interesującej wymianie zdań.
    - Dobra, zostawcie sobie te czułości na później. Tutaj są dzieci. - Wskazałem na siebie po czym wszyscy wybuchnęliśmy gromkim śmiechem. Wziąłem szklankę z wódką. Lub kieliszek. Jak kto woli to tak to sobie nazywa. - Ale tak pić przed samą robotą? - Zapytałem się ich. - Chociaż w sumie... Kto będzie karawanę zatrzymywał? - Chluśnąłem prosto w gardło.
    - Karawanę? - Zapytał Samael.
    - No, karawanę z prawdziwego zdarzenia. - Odpowiedziałem mu. - Ostatnio sobie kupiłem na komisie. Całkiem dobra cena była i grzechem byłoby takiej sobie nie kupić. - Spojrzałem na Lucyfera. - Luciu kochany polejże mnie jeszcze. A ja zaraz jakiegoś boczku znajdę i ogórasów na zagryzkę. - Podałem mu szklankę czy tam kieliszek. - Samael jakąś zapojkę chcesz? - Zapytałem się go. - Ciebie nie pytam, bo ty nigdy nie zapijasz. - Powiedziałem do Lucka. I tak wypiłem jeszcze ze trzy szklanko- kieliszki. I chyba trochę mnie wzięło. - Cho... Chopaki... Żebyście wiedzieli. Ja wa-as bardzo szanuje i lubie. Ale ojcu nie po.. popuszze. No skurwiel jeden tak mnie z tym dziciokiem urządził, że hic!, że normalnie to się w pale nie mieści, hic! - Dostałem czkawki. Potem wyskoczyłem na balkon i zacząłem śpiewać o Żośce co trzepała dywan i z niego leciał kurz. A później wróciłem... Wróć. Potknąłem się o futrynę balkonu i padłem jak długi na ziemię.

    OdpowiedzUsuń
  130. — Teoretycznie to ja cię zaprosiłam — przypomniała mu, siadając na krześle, które jej wysunął. — Ale tak. Inaczej uznałabym cie z pijaczynę, któremu nudzi się samemu w barze.
    Znów spytał ją na imię. Wszystko wskazywało, ze nie należał do cierpliwych osób. Ona uwielbiała się z nim drażnić, poza tym gdyby zdradziła swe imię, mógłby połączyć je ze zdarzeniami z przeszłości. Amara straciłaby swoją przewagę, którą jest jego niewiedza. Nie byłoby elementu zasadzki.
    — Jeśli wytrwasz ten jeden wieczór ze mną, w nagrodę zdradzę ci moje imię. Na razie delektuj się tą chwilą. — Uśmiechnęła się zadziornie i włożyła kosmyk włosów za ucho. Bo kimś takim, wszyscy raczej spodziewają się potakiwania główką i rozmów o kosmetykach, czy uroczych kotkach. Amara jednak miała cięty język i nie lubiła dawać za wygraną.
    — Czemu pogodynka? Może dlatego, by między ujęciami podglądać przystojnych prezenterów. — Już miała coś powiedzieć, gdy wtrącił się uroczy kelner. — Poproszę sałatkę z granatem.
    Odpowiedziała na jego pytanie i czekała, aż Lucyfer pójdzie jej śladami. Zamówili również butelkę wina na umilenie dzisiejszego wieczoru. Dziewczyna przeprosiła na chwilę Borutę i udała się do łazienki. Przed lustrem poprawiła swój wyzywający makijaż.
    "Cholera, co ja wyprawiam — pytała samą siebie." Chodzenie na randki nie było jej zwyczajem. Tak naprawdę to była jej pierwsza. Odtrącała bowiem wszystkich mężczyzn po incydencie z Burtonem. Wzięła kilka głębokich wdechów i wróciła do Lucyfera. To tylko niewinna kolacja. Przedstawienie ma się dopiero zacząć.
    — A co ktoś robi w telewizji? Myślę, ze masz o wiele większe ambicje. — Ujęła kieliszek z czerwonym winem i upiła z niego jeden łyk. Było znakomite. Miała nadzieje, ze zemsta smakuje równie dobrze.

    [Ty się skarżysz na ruch pod kartą? Ponad 130 komentarzy xD]

    Amara

    OdpowiedzUsuń
  131. - Ty Lucek, ją... Ja już więcej nie... Nie pije. - Jeknalem głośno, ale Lucjan miał to głęboko gdzieś, bo właśnie postawił przede mną szklankę z wódka. Jego miną zaś mówiła jedno: "Młody pij i nie pierdol". No cóż... Skoro tak się przedstawiała sytuacja... Wypilem po raz kolejny. Samael też z nami pił. Ale jego i Lucyfera tak szybko nie wzięło. No, ale cóż się dziwić? - Wiecie so? - Zapytałem kompletnie pijany. - Ja się chyba zako... Zakochalem! - Stwierdziłem z pełną powagą. - I ja chyba się chyba oswiadcze. I wezmę z ta osoba ślub. I pojedziemy na miesiąc miodowy... I będziemy mieć małe pieseczki. Takie malutkie Cerberki. - Rozmarzylem się, by zaraz paść na kolana. - Lucjan czy ty wyjdziesz za mnie? - Lucyfer zachlysnal się właśnie wódka. Samael za to połknął dwie szklanice na raz. To się nazywa wejście smoka.
    - Jemu już jest za dużo Lucjan. Jutro i tak nie będzie niczego pamiętał.

    OdpowiedzUsuń
  132. [ Dante się czepia... Nie wydłubuje oczu notorycznie! Tylko raz mi się zdarzyło xD
    Dobrze jest mieć pasję :D
    Wolałabyś zacząć wątek, kiedy Peter był jeszcze w gangu czy w Fabletown? Will mógłby wykonywać jakieś zlecenia Susa i do któregoś z nich mógłby dodać mu ochronę w postaci Petera, który by go pilnował dodatkowo :)
    sesja zjada w całości, jak to mówi Dante XD]

    - Sus nie jest głupi. Nie dalby im się pochlać na zmianie bez żadnej informacji.
    Wydobył małą plastikową torebeczkę z białym, połyskującym proszkiem. Wysypał trochę na wierzch dłoni i wciągnął. Odmierzył podobną ilość na wierzchu dłoni Marcusa i odczekał chwilę aż wciągnie wszystko.
    - ten proszek wciągnięty nosem, ma inne własciwości niż zwykle. Ułatwie skakanie na Skrót. Jeszcze nim nie jechałeś, więc kiedyś musi być ten pierwszy raz. Szybka lekcja co i jak... Kiedy długo się jedzie, zwłaszcza po ciemku, prostą monotonną drogą, czasem zdarza się tak, że okazuj się że do celu dojechało się dużo szybciej niż zwykle. Otóż to nie jest złudzenie. Po prostu przeskakuje się na Skrót. Czasem można skrócić drogę nawet o 1/3, na każdym kilometrze. Jest to obrzydliwe miejsce, pełne smrodu, trupów, szczurów i innych takich. Proponuje się nie rozglądać na boki. Po pierwszym razie, zwykle ma się koszmary przez pare tygodni i na prawdę nie ma się ochoty tam wracać.
    Wrócił do swojej maszyny. Przerzucił nogę i usiadł wygodnie.
    - A teraz zasady... Na Skrót można wejść i z niego wyjść, kiedy przywoła się szczęśliwe myśli. Najtrudniej jest wyjść... bo kiedy się tam jest wszystko przytłacza i trudno wykrzesać z siebie szczęśliwy obraz. To nie tylko droga jak z koszmaru, to coś jakby myśląca istota. Do tego obrażalska w chuj. Na Skrócie obowiązują trzy prawa, których trzeba przestrzegać żeby nie zginąć. Pierwsza, nie można się zatrzymać. Druga, nie można zawrócić. Trzeba, nie można zboczyć z drogi. Jeśli będziesz się tego trzymał, przeżyjesz.
    Odpalił silnik. Obaj wyjechali z garażu i z terenu lunaparku. Zwolnili przy prostej pustej drodze. Peter odwrócił się i przyknął do Marcusa.
    - Szczęśliwa myśl! Potem zamknij oczy i wyrywaj do przodu. Poczujesz opór. Musisz przebić barierę jakbyś rozdziewiczał małolatę.

    Przeszedł na Skrót pierwszy. Od razu uderzyła ta paskudna mdląca woń. Słodka zgnilizna, smród tłustego gazu, krwi, rozkładu i ropy. Jednak najbardziej przerażająca była cisza. Wszechobecna, otulająca wszystko cisza. Ktoś, jeden lub wielu w milczeniu patrzy. Jego spojrzenie świdruje, wierci dziurę w umyśle, wtłaczając przez nią obłęd i strach.
    Z pomiędzy drzew, które wyglądały jak rząd pochylonych postaci, sięgającym długimi palcami po tych odważnych, którzy śmieli wejść na ich drogę. Kora lekko błyszczała, jakby była zrobiona ze skóry węża. Wtedy z pomiędzy drzew, zaczęły wychodzić ludzie, a raczej to co kiedyś było ludźmi i inne, dziwadła, z kilkoma rzędami zębów, małymi czarnymi oczkami, które nigdy nie mrugały.
    - Witam ja Skrócie! - zaśmiał się Peter. Ominęli rozbity samochód. Stało koło nich dziecko.
    - Nie patrz na nie, bo cie jeszcze kurwa zapamięta. Te małe skurwiele lubią skakać do naszego świata. A pamięć mają świetną i ani się obejrzysz, jak ci będą w nocy w szyby od drugiej strony wgapiał.
    Z cienia z pomiędzy drzew, wyłaniają się kolejni malcy. Do drogi podchodzą tylko ci najbardziej spragnieni zabawy i oczekiwania. Tym którym patrzenie wystarczy, pozostają w cieniu.
    - Nie dotkną nas, dopóki nie złamiemy prawa Skrótu. Mogą się wić, obrzydzać, czołgać i kusić, ale dopóki będziemy grać fair nic nam się nie stanie. I jak ci się podoba?

    OdpowiedzUsuń
  133. [jedynie co mi jeszcze przychodzilo do glowy to spotkanie w pubie po jakims czasie, ale nie wiem jaka bylaby ich komunikacja oprocz darcia kotow ze soba xD]

    OdpowiedzUsuń
  134. - No to w takim razie słucham. Co to ma być za zadanie? - Zapytałem się go, wygodniej rozsiadajac się na lucyferowych kolanach. - Tylko nie każ mi nikogo zabijać, bo na dzień dzisiejszy to nazabijalem już całkiem sporo. - Polozylem mu swoją głowę na jego ramieniu. Było mi tak wygodnie. - Lucus no powiedz mi. - Cmoknalem go w policzek. Samael tylko nam się przyglądał. Położył przed nami biała kopertę.
    - Co to jest? - Zapytałem się go.
    - A to dla was na nowa drogę życia. - Usłyszałem w odpowiedzi.
    - Bon na tyranozaura? - Zapytałem się go ponownie.
    - Nie. Coś innego równie interesującego. Otwórz. - Powiedział a ja otworzyłem kopertę.
    - Lucek mamy wycieczkę tylko dla dwojga do ciepłych źródeł w Japonii! - Gdybym mógł to bym pewnie podskoczył z radości. Ale teraz raczej nie. Zmiazdzylbym lucjanowe kolana. - Trzeba powiedzieć ojcu, że będzie tesciem.

    OdpowiedzUsuń
  135. Dziwnie czuła się w tej pracy, otoczona przez innych lekarzy i pielęgniarki, które uwijały się sprawnie, podchodząc od jednego pacjenta do drugiego. Była tu nowa i nie znała nikogo; od przybycia do swojej nowej pracy nikt nie odezwał się do niej ani słowem poza, rzecz jasna, prostymi komendami, stanowiącymi jedynie element pracy.
    Współpracownicy wydawali jej się nienaturalni. Wiecznie zimni, zamknięci, pozbawieni uśmiechu. Przybywając tu, długo wędrując do Fabletown widziała wiele — a ludzie, wszyscy ludzie, których minęła mieli w sobie więcej życia i — jak myślała — człowieczeństwa. Ale z drugiej strony oni nie byli... Baśniogród był miejscem dla takich jak ona. Innych, będących... nadludźmi? Nie wiedziała jak to określić, była pewna tylko tego, że każdy tutaj był poza marginesem i posiadał odchyły — mniejsze lub większe — od przyjętej społecznie normy.
    Wieczór, z tego co zaobserwowała, nie był zbyt ciekawy. Kilka osób do zszycia, drobne urazy, jedno złamanie. Pacjentów było mało, a personelu nadmiar, więc głównie pomagała, starając się zanadto nie wyróżniać z tłumu. W każdej istocie czuła gorącą krew, szybko płynącą po ciele, ale powstrzymywała się, potrafiąc już zapanować nad własnym pragnieniem. Nie piła krwi. Nie była bruxą. Nie była potworem. Już nie...
    W pewnym momencie usłyszała zdyszaną recepcjonistkę, zanim ta pojawiła się na horyzoncie. Leslie przyzwyczaiła się do tego, że słyszy i widzi lepiej niż pozostali. Jej instynkty były bardzo wyczulone, a życie w ukryciu uczyniło z niej trochę wycofaną i przede wszystkim ostrożną osobę.
    Recepcjonistka wyrzuciła jednym tchem potok słów, z którego Leslie wyłapała główne rewelacje; jakiś nachlany Baśniowiec zemdlał w holu, wróciwszy z jakiejś burdy. Ciekawe... Leslie nie kwapiła się do zajęcia awanturniczym przybyszem, ale zwierzchnik złapał ją za ramię i pociągnął ponaglająco. Nie miała wyboru.
    Dwaj silni mężczyźni zajęli się nieprzytomnym... człowiekiem?
    Leslie nie wyczuwała krwi, co naprawdę mocno ją zdziwiło. Przecież każdy miał krew. Chyba że...
    Chyba że był tak martwy jak ona.
    Zbliżyła się powoli i obserwowała jak starsza rangą koleżanka obmywa cięte rany na jego klatce piersiowej. Jego krew była...
    przeźroczysta. Dziwne.
    Pozostali lekarze nie zwrócili na to uwagi; najwidoczniej młodzieniec nie pierwszy raz gościł w szpitalnych murach.
    Leslie przyglądała się jak go łatają. Nie czuła się tu potrzebna, ale starszy lekarz nakazał jej pozostać. Podawała ręczniki i bandaże, gdy medycy łatali dziwnego awanturnika.
    A potem, doprowadziwszy pacjenta do stanu użyteczności zostawili ją samą, każąc czuwać aż się obudzi.
    Czuła się dziwnie. Wydawał się groźny, a gorąca krew nie dudniła w jego żyłach. Nie wydawał się smaczny. Był... no dziwny.
    Leslie słyszała jego oddech i nie potrzebowała być blisko. Rozsiadła się na parapecie, obserwując rozgwieżdżone niebo. Zamknęła oczy i czuwała. Słuchem i intuicją.
    Odwróciła głowę w jego kierunku, słysząc że się budzi, charcząc przy gwałtownym pobraniu powietrza.
    — Leż. — rzuciła, gdy podniósł się do pozycji siedzącej. Jej głos był silny, ale jednocześnie piskliwy i nadmiernie uroczy. Nienawidziła tego; nikt nie traktował jej poważnie.
    (Co przydawało jej się w poprzednim życiu, gdy nikt nie spodziewał się ataku z jej strony, ale teraz...)
    Zeskoczyła miękko i powoli podeszła do łóżka,oparła kciuk o jego czoło i pchnęła wprzód, zmuszając, by się położył.
    Siły bruxy nikt nie powinien podważać.
    — Nie wstawaj, buntowniku. — dodała. — Nie wstawaj, bo po śmierci nawet Twoja śmieszna, pozbawiona krwi krew nie zaspokoi apetytów.
    I uśmiechnęła się ciepło, lecz był to uśmiech niepokojący.
    I odwróciła tyłem, znowu podchodząc do okna.

    [Zjebałam ten odpis.]
    Leslie

    OdpowiedzUsuń
  136. [To co? Wieczorna alkoholizacja w mieszkaniu Luby? :D]

    OdpowiedzUsuń
  137. - To dobrz... Że ty zadzwonisz. Ja już nie mam siły na niego. - Bąknąłem cicho, wzdychając ciężko. Samael skomentował to tylko tak: "Załamał się mój wnusio. Nie dziwię się mu. Mieć takiego ojca patałacha." A ja mu tylko na to przytaknąłem.
    - Ale dlaczego bez mówienia kilka godzin? - Zapytałem się go, spoglądając na niego uważnie. - Czyżbyś śmiał twierdzić, że jestem za bardzo gadatliwy? To domena kobiet. Ich nikt nie przegada. Znam to z własnej aut... aum... Z własnego doświadczenia. - W końcu się jakoś wyraziłem. Spojrzałem na ciasto i mnie trochę zemdliło. - Nie. Kochanie, ja nje dam rady. Porzygam się jak to zjem. - Odwróciłem wzrok od ciasta. - Ogólnie to lubię czekoladowe ciasto, ale nie dzisiaj. - Szepnąłem mu do ucha. Sięgnąłem po szklankę z napojem ze stołu, by wypić go duszkiem. Poczułem się bardzo senny po jakimś czasie. Zasnąłem siedząc na Lucyferze.
    - No, tak to się załatwia. - Stwierdził dziadek. - No co? - Zapytał się. - Dosypałem mu czegoś fajnego do szklanki. - Wzruszył mimowolnie ramionami.
    Obudziłem się dopiero rano. Z potężnym kacem i pulsującym bólem głowy. We własnym łóżku, pięknie przykryty kołdrą. I przebrany w swoją piżamę w czerwone kabriolety. Tuż obok na fotelu siedział i wpatrywał się we mnie Lucyfer.
    - Kurwa, do końca tego tygodnia już więcej nie chleję. - Stwierdziłem podnosząc się, ale niezbyt dobrze to na mnie podziałało. Zwymiotowałem do miski, która stała podstawiona tuż przy łóżku. - Co tu się wczoraj odjaniepawliło? - Zapytałem się go. - Mam niejakie prześwity, ale nie jestem pewien. - Stwierdziłem. - Poza tym śniło mi się, że tobie się oświadczyłem. Chociaż... Kolana mnie cholernie bolą, więc się nie zdziwię jak to naprawdę zrobiłem.

    OdpowiedzUsuń
  138. Nic dziwnego, że w ogóle nie wyczułam jego obecności, dopóki się nie odezwał.
    Przeciągnęłam moment, w którym miałam odwrócić w jego stronę wzrok. Wolno wypuszczałam kolejne kłębki dymu patrząc na oddalony Apartamentowiec.
    - A co, zamierzasz robić mi pod górkę? - krzyżuję z nim spojrzenie, pełne pewności siebie i chęci zwycięstwa - Plany rodzą się w głowie i lepiej żeby w nich zostały.
    Przekładam nogę na nogę, niweluję swoje zwierzęce instynkty już teraz, nim na dobre opuszczą mnie w Woodlands. Kolor oczu przypomina teraz zastygłą krew.
    Zgniatam kiepa w ręce i wyrzucam go przez okno.
    Wstaję, patrząc przeciągle na szafkę z butami.
    Zdecydowanie czarne, lekko brokatowe szpilki.
    Zakładam je i już nikt nie śmie nazwać mnie kurduplem.
    Szykuję Maskę. Tą delikatną, podchodzącą pod stereotypową blondynkę. Takich nikt nie podejrzewa o tajemnice, w końcu są głupie i nie za bardzo łapią co dookoła się Nich dzieje.
    Mijam Lucyfera.
    - Aby poznać mój plan, musiałbyś sprzedać mi duszę - zatrzymuję się na wysokości jego ucha i mówię, spokojnie - Lubię wyzwania Lucyferze, ale jeżeli chciałbyś rzucać mi kłody pod nogi to wykonanie tej misji graniczyłoby z cudem - uśmiecham się lekko - A mimo wszystko, cudotwórcą nie jestem.
    I wychodzę, pewnie, nie oglądając się za Siebie.
    W końcu Apartamentowiec Woodlands wręcz wyczekuje, aż wpadnę w jego sidła.

    OdpowiedzUsuń
  139. (Wydaje mi się, że Śnieżka w mojej odsłonie, zasługuje na wątek z samym diabłem. Problem w tym, że nic konkretnego odnośnie wątku nie przychodzi mi do głowy. Masz coś dla nas, czy lecimy z burzą mózgów, Boćku?)

    Margo

    OdpowiedzUsuń
  140. Patrzyła za okno, choć odwrócona tyłem nie miała problemu z dosłyszeniem każdego jego słowa. Nie kwapiła się też do odpowiedzi; pozwoliła mu mówić, chłonęła emocje, jakimi przesycał odpowiedzi i czekała. Jego przechwałki były takie typowe dla mężczyzn... zanim dotarła do Fabletown miała okazję obserwować zwykłych, doczesnych ludzi i przedstawiciele płci brzydkiej zawsze cechowali się czymś takim. Egoizm, próba udowodnienia Twojej siły, pozycji w stadzie... było to na swój sposób słodkie, gdy mężczyźni starali się pokazać swoją wartość. Ale też chwilami żałosne, gdy zaczynali się gubić w swoich kłamstwach.
    W pierwszej chwili zignorowała jego pytanie, nawet nie odwracając twarzy od szyby. Ulice za oknem wydawały się znacznie ciekawsze niż jego poharatana gęba. Jego głos miał w sobie siłę, ale na odległość pachniał szyderstwem i obłudą. Uświadczyło to ją tylko w przekonaniu, że ma do czynienia z naprawdę ciekawą personą. Nareszcie.
    Gdy znów zaczął gadać wywróciła oczami, czego oczywiście nie mógł dostrzec. Paplał gorzej niż tłumy kobiet, które często tarasowały jej drogę, rozmawiając o butach (Leslie nienawidziła butów!), kosmetykach (Leslie nie rozumiała po co to komu. Wystarczyło się natrzeć krwią ofiary!) i facetach (to była jeszcze w stanie zrozumieć, ale piski zachwyty jakie towarzyszyły kontemplacji na ten temat zawsze wprawiały ją w zażenowanie).
    Z gracją zeskoczyła z okna, lądując na nogach. Dziwnie się czuła lądując na miękkich pantoflach. Jako bruxa zdecydowanie preferowała przemieszczanie się boso. Było to znacznie wygodniejsze i przypominało jej dom. Ale szpital rządził się swoimi prawami...
    — Strasznie dużo gadasz jak na faceta. — rzuciła półszeptem, a słodycz jej głosu zdecydowanie nie pasowała do sarkazmu, jakim był przesycony. No ale cóż zrobić. Była bruxą i niewinna aparycja niestety stanowiła część jej natury. Podeszła i spojrzała mu twarz różnokolorowymi oczyma, po czym odwróciła wzrok, obróciła się zwinnie i podeszła do stołu znajdującego się naprzeciwko łóżka. Ruchem dłoni zgarnęła znajdujące się na nim przedmioty i z gracją wskoczyła, siadając na pustym miejscu.
    — Tak, jestem tu nowa. Może Ci się to wydać dziwne, ale nowi ludzie mają to do siebie, że widzisz ich na oczy pierwszy raz. — mruknęła, odgarniając niesforny kosmyk włosów, który zasłonił jej twarzy. — Wampirzy alkoholicy to z reguły katakany albo garkainy, a ja jestem bruxą, a to dość ważna różnica... — zaśmiała się, ale jej chichot zawsze wydawał się niepokojący. — Wiem, że mężczyźni to ignoranci, ale wampiry, o których wspomniałam to faceci. — zeskoczyła z blatu i okręciła się wokół własnej osi. — A ja, jak widzisz jestem trochę innej płci.
    Wzruszyła ramionami, uśmiechnęła się lekko i zaparła dłońmi o blat.
    — A z piciem krwi skończyłam dawno temu... teraz mam ważniejsze sprawy na głowie. Np. niańczenie poharatanego księcia piekieł, który grzecznie leży w szpitalnym łóżku, licząc, że dam mu spokój.
    Leslie

    OdpowiedzUsuń
  141. (Pomysł jest bekowy, tylko Śnieżka nie do końca się do niego nadaje. To znaczy... Przed powrotem na pewno wybadałaby sprawę, a na pewno nie wróciłaby, gdyby Cole jej o to nie prosił, więc wiedziałaby, że Lucek ściemnia. Nie upiłby jej, bo nie chciałaby z nim pić, bo w końcu jak to tak, w pracy? Ewentualnie można zrobić tak, że zgodzi się usączyć z nim jeden kieliszek, ale coś z nim będzie nie teges. No i wtedy Lucek ją zamknie. :D)

    Margo

    OdpowiedzUsuń
  142. Gadał, i gadał, i gadał. A ona chodziła, chodziła i chodziła. Leslie nie była osobą bierną. Nienawidziła bezczynności, a siedzenie w miejscu przyprawiało ją o zawrót głowy. Lubiła hasać, podziwiać i biegać. Nienawidziła czekać. Dlatego jej wzrok rzadko zatrzymywał się na Lucyferze. W gruncie rzeczy nie dziwiła się mu; jak sama miała okazję zauważyć nie miał krwi. Nie miał więc też prawa się jej bać, bo nie lubiła smaku wódki. Krew miała znacznie lepszy, słodszy smak. Ale krwi już nie pila. Podeszła do apteczki, wiszącej na ścianie, wyciągnęła jakieś strzykawki i obracając je w dłoni przeciągle spojrzała na Borutę, po czym schowała przedmioty na swoje miejsce. Docześni na pewno uznaliby ją za chorą psychicznie i w kaftanie zesłali na odwyk. W sumie, nie dziwiła im się. Na ich miejscu zrobiłaby z osobą swojego pokroju to samo. Zachowywała się jak wieczne energii dziecko, które chciałoby wszystko obadać.
    Ale ten świat był dla niej nowy i w gruncie rzeczy nie mijało się to z prawdą.
    Nadal nie odpowiadała, gdy mówił. Gdy mruczał sarkazmem, odpowiadając na jej ironię. Tylko przechadzała się po pokoju, unosiła różne fiolki, ważyła w dłoni pigułki i bawiła się narzędziami. Wzięła szczypce lekarskie, ale szybko jej się znudziły. Chwyciła za plastry, ale były nudne i pozbawione ciekawych wzorów.
    A on wciąż mówił, mówił i mówił. Chyba naprawdę brakowało mu towarzystwa.
    W końcu podeszła do niego i z brakiem jakiegokolwiek wahania po turecku usiadła w nogach jego łóżka, lustrując go nieco szaleńczym, pełnym obłędu spojrzeniem.
    — Znudziło mi się. — rzuciła tym słodkim, przepełnionym niewinnością tonem. — Zero zabawy... próbowałam nawet bawić się z ofiarami, śpiewając potępieńcze pieśni, sprawiając, że siekiery spadały z nieba milimetry od ich głów... ale gdy tylko się pojawiałam srali w gacie. Wiesz jak nie przyjemnie spożywa się posiłek w towarzystwie zapachu gówna? Zero odwagi, tylko strach, błagania... nuuuuudaaaa... — przeciągnęła jak mała dziewczynka, krzywiąc się lekko i przechyliła głowę, spoglądając na niego z uroczym uśmiechem. — Twoja robota jest ciekawsza. Boją się, ale mają szansę. Zatańczą jak im zagrasz, bylebyś darował im duszę... —lekko zsunęła się w bok i spuściła nogi z jego łóżka, siedząc na samym skraju. Odwróciła się w jego kierunku i wydęła dolną wargę z dziecięcym rozkapryszeniem. — Co to za zabawa, gdy Twój obiad nawet nie próbuje uciekać? Nie martw się, nie zjem Cię. Nie lubię wódki. Zresztą, śmierdzisz — Leslie była szczera i nie znała ludzkich zwyczajów zbyt dobrze. Zawsze mówiła to, co akurat miała na myśli i nigdy nie owijała w bawełnę. — Capisz okropnie i w dodatku wyglądasz jak siedem nieszczęść, chociaż w sumie to chyba pasuje, w końcu jesteś nieszczęściem... — zastanowiła się, mrucząc uroczo. — A nie dam Ci wypisu, bo mi się nudzi. A rzadko mam okazję do rozmowy. A jeszcze rzadziej z kimś, kto nie jęczy z bólu, nie próbuje mnie wyruchać lub nie jest niemową. Zresztą i tak nie mam duszy, więc... — zza jej palców na dłoń wysunął się nagle skalpel, który zwinęła ze stołu. Lubiła ostre rzeczy, a jeszcze bardziej lubiła się nimi bawić. — Leż spokojnie, to może Cię nie pokroję. Chociaż w sumie niepokrojony jesteś ciekawszy, a papranie się w Twoich wnętrznościach będzie śmierdzieć jeszcze bardziej...
    Leslie

    OdpowiedzUsuń
  143. [Od razu całodobową alkoholizację XD
    Pomysł jak najbardziej mi pasuje, jednak jeśli to od Lucka ma wyjść pierwsza czynność, to bardzo ładnie proszę o zaczęcie <3]

    Luba

    OdpowiedzUsuń
  144. Nie miała ochoty go jeść. W ogóle nie lubiła jeść. Wydawało jej się nudne, gdy obiad nie skakał na talerzu i nie wymagał gwałtownego przebicia widelcem, by uleciało z niego życie. Ludzie jedli oporządzone jedzenie, doprawione różnymi przyprawami i pozbawione dreszczyku emocji, czy strachu, bijącego z wiotczejącego ciałka pożywienia. Leslie tego nie lubiła. Konsumpcja wiała nudą i nie dostarczała żadnej rozrywki, a jedzenie mogło się poszczycić wyłącznie zaspokojeniem smaku. Bo musiała przyznać, było smaczne i jej kubki smakowe całkiem doceniały tego typu przyjemność. Nie zmieniało to jednak faktu, że Soulbrux kochała rozrywkę, dreszczyk adrenaliny i słodki zapach przygody.
    Pielęgniarką została tylko dlatego, że jakaś jej mała część chciała odkupić grzechy, które popełniła i wyleczyć ludzi, odpłacając za śmierci, jakich się dopuściło.
    A ta druga, większa część po prostu chciała pobabrać się w ludzkich flakach. Jelita, na przykład, były śmieszne i poskręcane i zabawa nimi na pewno stanowiłaby rarytas. Leslie kochała zabawę.
    Zeskoczyła z jego łóżka zgrabnym ruchem i zaczęła obracać skalpel w dłoniach. Był ostry i kilka razy przecięła skórę na dłoni lub zatopiła ostre w miękkim ciele, ale nawet nie pisnęła. Nie czuła zbyt wiele (lub po prostu miała masochistyczne zapędy, co było bliższe prawdy) , a jej ciało nie było niczym innym jak kośćmi i tkanką tłuszczową, pozbawioną krwi. Od wewnątrz na pewno wyglądało to zastanawiająco i niezbyt zachęcająco, ale zapewniało jej swego rodzaju nieśmiertelność. Znów odeszła od Lucyfera i pochyliła się nad blatem, grzebiąc w szerokiej szufladzie. Nadal trzymając narzędzie, porwała garść plasterków i schowała w kieszeni długiego fartuszka, który była zmuszona narzucać na ramiona. Zatrzasnęła szufladę i weszła na stół, dotknęła sufitu, usiadła na stole, zwiesiła nogi, po czym zeskoczyła, sama nie wiedząc, dlaczego to zrobiła.
    Jego tłumaczenie zapachu zbyła słodkim prychnięciem. Nie obchodziły jej powody i w gruncie rzeczy, nie musiał ich podawać. Dla niej śmierdział i już. Nie było usprawiedliwienia, bo po prostu capił. Wódką. Nie lubiła wódki, była dziwna, ale szanowny jegomość najwyraźniej uznawał ją za swoją drugą połówkę. W gruncie rzeczy, przyzwyczaiła się już, że ludzie (i nieludzie, próbujący być ludźmi) byli kompletnie obłąkani i nienormalni.
    Leslie była inna. Normalna (przynajmniej w swoim mniemaniu) i lubiła ptaki. Jakby fakt, że lubiła ptaki był czymś ważnym. Mężczyźni czasami śmiali się, gdy mówiła, że lubi ptaki, a ona nie rozumiała o co im chodzi. Dopóki jakiś brzydki jegomość nie uświadomił jej, że mężczyźni też mają ptaki. Gdy niewinnie pytała jak śpiewają i czy są ładne, została uraczona przyjemnością obserwacji. Niestety, doszła do wniosku, że ptaki, które mieli faceci były brzydkie i nie miały dziobów. Nie omieszkała się więc powiadomić tłumaczącego jegomościa, że jego ćwierkacz jest obleśny i wcale nie śpiewa. Chciała go nawet zachęcić do kwilenia i lekko dźgnąć pazurami, ale gość, nie wiedzieć czemu, odbiegł jak oparzony. A chciała się tylko pobawić i usłyszeć melodię!
    Leslie nie rozumiała do końca kontaktów międzyludzkich, ale to co powiedział wydało jej się miłe. Nie do końca rozumiała, co było miłe, a co niemiłe, ale to chyba było miłe, biorąc pod uwagę, że zrobiło jej się miło. W sumie nie ogarnęła.
    Podeszła do niego, lekko hasając, nie walcząc nawet z nadmiarem własnej energii i znów usiadła w nogach łóżka, kiwając się na boku w tureckiej pozie. Uśmiechnęła się do niego uroczo i wydęła dolną wargę, gdy nie dokończył miłego czegoś, które chyba było miłe, a przynajmniej w jej mniemaniu było miłe, więc nie wiedziała, czy w rzeczywistości wpisywało się w kanon miłych rzeczy, czy jednak było niemiłe. Znowu nie ogarnęła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Jak myślisz, skoro pozwolili mi tu pracować, zrobiłabym Ci krzywdę? — spytała słodko, gwałtownie przechylając się na bok, wyciągnęła ręce i przetoczywszy się lekko wylądowała na ziemi, zgrabnie na nogach. Uśmiechnęła się i znów usiadła na skraju łóżka, tym razem wyżej na wysokości jego klaty. Z kieszeni na piersi wyciągnęła kolorowe plasterki, szybkim ruchem oderwała je od zabezpieczającej folii i nakleiła mu na czole różowy plaster z jednorożcem. Kolejny przylepiła mu na policzku, a jeszcze inny na szyi. — Teraz wyglądasz o wiele lepiej. Nie zrobię Ci krzywdy. Lubię Cię, mój słodki przyjacielu — wymruczała uroczo. Tego słowa też nie rozumiała, ale przyszło jej do głowy, że tak mówi się miłym ludziom, którzy mówią Ci miłe rzeczy, oczywiście przy założeniu, że to co powiedział było miłe, a nie tylko wydawało jej się miłe, bo nie ogarniała, co jest miłe.
      Objęła go drobnymi rączkami i przytuliła czule, myśląc o tym, że tak robi się miłym przyjaciołom, którzy mówią Ci miłe rzeczy.
      Leslie

      Usuń
  145. - Ja pierdziele... - Przetarlem dłonią blada twarz. I w tej chwili gdzieś w głębi ucieszylem się, że balowalismy w mojej kawalerce a nie gdzieś na mieście. Wtedy to byłby dopiero przypal. - Ej, ale psa to moglibyśmy jednak wziąć. - Usmiechnalem się do niego, ale w moim stanie to pewnie wyglądało to makabrycznie. Zaraz ponownie zwymiotowalem do miski. - Wczoraj to jednak nie był mój dzień do picia wódki. - Wystekalem znad miski. - A poza tym ja śpiewam ładnie. A nie tak jak ty to okresliles. Po prostu nie znasz się na sztuce. - Powiedziałem pół żartem, pół serio. - Do Japonii? Jezu Chryste... To znaczy się o kurwa mac! - Teraz to się przejalem. - Toż jak ja wczoraj wkurwilem się na mojego ojca to wywolalem tam tsunami! - Pokrecilem głową z niezadowoleniem. - Z Georgia? My nic ten tego... No wiesz. My tak tylko na stopie kolezenskiej i no ten. - Zacząłem się nieudolnie tłumaczyć. Mam nadzieję, że nie mamrotalem o niej przez sen.

    [I tak mamrotal tylko, że ciężko mu będzie się przyznać xD]

    OdpowiedzUsuń
  146. Leslie nie miała ADHD ani żadnej innej doczesnej choroby... chociaż z drugiej strony była bruxą, pozbawioną krwi i martwą, więc zidentyfikowanie u niej jakieś ludzkiej choroby było wręcz niemożliwe. Bo gdyby iść tym tropem i całkowicie "medycznie" traktować Baśniowców, grzałaby już ładną trumienkę, pogrzebaną głęboko pod ziemią.
    Chciałaby, by ta trumienka była wesoła, najlepiej pudrowa i ozdobiona milionami wzorów, które czyniłyby ją niepowtarzalną. Niestety, jednak, nie mogła umrzeć i piękna trumienka nigdy nie stanie się jej spełnionym marzeniem. Wielka szkoda. Chciałaby ładne kwiatki na grobowcu. Lubiła kwiatki. Były takie kolorowe i pełne życia, różnorodne i wyjątkowe. I ładnie pachniały, nie tak jak pacjent, którego właśnie niańczyła.
    Gdy znów był dla niej miły i miło odwzajemnił jej miłe słowa uśmiechnęła się uroczo, wydęła dolną wargę i zamachała rękoma, w geście ekscytacji. Gdy odsunął się i położył popatrzyła na niego, mrugając różnokolorowymi oczami i po chwili szybko wstała, jak spłoszony kociak. Obciągnęła wiązanie fartucha, trochę bardziej je ściskając i wolnym, tanecznym krokiem podeszła do okna, wspięła się na parapet i wyjrzała przez okno. Otworzyła i zanuciła cicho pod nosem popularną, dość niepokojącą piosnkę.
    Wilk już zasnął pośród drzew,
    Wiatr nietoperze kołysze...
    I tylko ty jedna nie śpisz, bo
    w śnie męczą Cię stwory, siejące zło...

    Uśmiechnęła się i wyciągnęła dłoń, a kolorowa wilga przysiadła na jej przedramieniu. Uśmiechnęła się, a ptak otarł się o jej policzek, wzleciał i przysiadł jej na ramieniu. Zamruczała pod nosem melodię i spojrzała na przyjaciela siląc się na uśmiech, obnażający jej białe, zaostrzone zęby. Wilga wzniosła się w powietrze i zaćwierkała, po czym przysiadła na karniszu lampy, wpatrując się w Lucyfera. Bruxa natomiast okręciła się wokół własnej osi i znów porwała skalpel, obracając nim w dłoniach. Usiadła na blacie, naprzeciwko jego łóżka i spojrzała z daleka, bawiąc się ostrym narzędziem. Chwyciła za ostrze i wyciągnęła przed siebie, jakby celując w niego tępą częścią. Wilga podleciała i usiadła na niej, ćwierkając wesoło. Solbrux upuściła skalpel, a ptaszek chwytając go w locie wzniósł się ponad nią i oddał jej zgubę, kładąc tuż obok jej uda. Znów zaczęła nucić, a melodia, wydobywająca się z jej ust była kojąca, słodka, ale też niepokojąca. Zawsze, gdy Leslie śpiewała jej śpiew miał w sobie ziarenko niepewności, strachu; coś siejącego zamęt i kiełkujące przerażenie. Opowieść o lekarzach Leslie zbyła milczeniem. Nie uważała, by jej motywy były na tyle ciekawe, by o nich rozmawiać.
    Gdy zadał ostatnie pytanie spojrzała mu prosto w oczy na odległość.
    — Tak, ja jestem tutaj... — zastanowiła się, kalkulując w myślach. — 45 600 minut i 30 sekund! — wymruczała uroczo. — 31... 32... 33... 34...
    Zeskoczyła, podchodząc do niego skocznym krokiem, znów przysiadła w nogach jego łóżka i uśmiechnęła się, wiercąc się trochę.
    — Masz twarde nogi! — zarzuciła słodkim prychnięciem, trafiając na jego łydkę, przykrytą kołdrą. — Jesteś niewygodny! — zeskoczyła z łóżka sprawnym krokiem, podsunęła się bliżej i usiadła na rogu, na wysokości jego klatki piersiowej. Rozdziawiła usta i zapiszczała jak mała dziewczynka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Jeeeejuuu! — zakwiliła uroczo, łapiąc go za nadgarstki. Ułożyła z nich skrzydła i uniosła, rzucając nimi cień na ścianę; cień tworzący ptaka. —Ale super! Ja tak nie potrafię! To niesprawiedliwe! Też chcę robić ptaszki! To nie fair! Nie fair! Też chcę! Dlaczego nie mogę! Czemu ty umiesz! Nie bawię się tak! Też tak chcę! Chcę! — wyrzuciła słodkim głosem, jednym tchem, nawet nie łapiąc powietrza. Puściła jego dłonie i spuściła głowę, ze smutkiem wydymając dolną wargę. Wilga podleciała i otarła się o jej policzek.
      — Nic mi nie jest, ptaszku. — szepnęła do ptaka, a ten zaćwierkał w odpowiedzi. — On po prostu umie fajne rzeczy, których ja nie umiem, bo nie rzucam cienia... i ma fajnie, a ja nie! — załkała i spojrzała na Lucyfera, a w jej głowie zaświtała nagła niezgodność.
      —... aaa! — zachichotała niepokojąco. —Ty masz na imię Lucyfer, bo czytałam Twoje akta. Ale ty nie wiesz jak się nazywam! — zaśmiała się ponownie. — Zgaduj, no zgaduj! Nie zgadniesz! — nawet nie dała mu dojść do głosu. — Jestem Leslie, mój słodki przyjacielu!
      Leslie

      Usuń
  147. Słuchał Lucyfera z uwagą, ani na chwilę nie zmieniając wyrazy twarzy. Z obojętnością, którą mogły się poszczycić co najwyżej kamienne anioły na cmentarzach chłonął każde jego słowo, nie posuwając się do komentowania. Pozwolił mu się wygadać, dać upust emocjom i potokowi słów. Próby zirytowania go nigdy nie kończyły się oczekiwanym rezultatem; zbyt często borykał się z awanturnikami tego typu, by ulegać tak łatwo i w tak szybki sposób pozwalać się sprowokować. Z chłodnym spokojem przyjął fakt, że Lucyfer rozmył się w powietrzu. Spodziewał się tego, więc nawet nie pisnął. Czytał akta Boruty dostatecznie często, by liczyć się z taką ewentualnością. Zwłaszcza, że był irytującym, małym wrzodem na tyłku, którego nawet nie mógł wyleczyć.
    Wstał, biorąc szkło, wypełnione jakimś alkoholem. Sam nie miał zamiaru go pić; lubił od czasu do czasu uraczyć swoje kubki smakowe dobrym whiskey, ale alkohol i tak nie wywierał żadnego wpływu na jego organizm, więc zdecydował, że odda go Collinowi, spłacając choć trochę dług za zniszczony domek.
    Zasunął krzesło, rzucił barmanowi napiwek i czym prędzej opuścił bar, mając nadzieję na kilka dni, tygodni, a najlepiej lat spokoju od pana diabła.
    Szkoda, że to jego małe marzenie nie mogło się spełnić...
    Kilka dni później
    Miało zdarzenie pewne odkrycie. Losowe Baśnie zgłaszały zaginięcia przyjaciół; zniknięcia były nagłe i niespodziewane, żadna z ofiar nie planowała wyjazdu, nie miała z nikim porachunku. Nie łączyło ich nic. Szeryf zyskał więc ciężki orzech do zgryzienia...
    Szperał w aktach, formularzach, nawet wyciągach z kont, szukając jakichkolwiek powiązań między ofiarami. Zajęło mu dużo czasu. I równie dużo musiał poświęcić na potwierdzaniu swoich przypuszczeń, ale w końcu okazały się słuszne.
    Lucyfer, kurwa, Lucyfer. Ten przeklęty wrzód na tyłku. Jakby jego dzień nie mógł się zjebać bardziej. Cudownie, po prostu kurwa cudownie. Nie pozostawił mu wyboru. Nie mógł go z góry zaaresztować, bo jedyny dowód, jakim dysponował była tylko informacja o zatargach, jakie z nim posiadali. Nie było bezpośrednich dowodów, że to jego sprawka, a wyłącznie majaki, drobne wskazówki, mogące świadczyć o takiej prawidłowości. Miał więc związane ręce.
    Po rozwiązaniu wszystkich pomniejszych spraw i dopełnieniu obowiązków mógł wreszcie wyruszyć na relaksujący spacerek. Relaksującą podróż wprost do szanownego Lucyfera. Nie mógł sobie wyobrazić lepszego odprężenia.
    Jebany, kurwa, gówniak.
    Popalając papierosa udał się chodnikiem w kierunku jego miejscówki. Nie miał zamiaru wyważać drzwi, zamykać go w kajdankach i zgarniać z chaty prosto do więzienia.
    Na początek chciał pogadać. Choć pewnie i ta przyjemność pójdzie dość opornie.
    Nie śpieszył się do pławienia się w tej dzikiej rozkoszy...
    Ale gdy w końcu dotarł pod właściwy adres... westchnął w duchu, przybierając maskę obojętności.
    I zadzwonił do drzwi. Przynajmniej on z nich dwóch miał w sobie kulturę...
    Witamy w piekle... dosłownie.
    Bigby

    OdpowiedzUsuń
  148. - My nic ze sobą ten tego. Tylko tak od czasu do czasu. - Podrapalem się lekko w tył głowy. - Poza tym to i tak nie miałoby sensu. No bo zobacz. Ja jestem kambionem. Czymś co nigdy może nie umrzeć. Przynajmniej tak jest w legendzie. Nie wiem jak jest tutaj. Nie chcę próbować, ale utrzymuję, że mogę nie umrzeć. - Chyba za dużo tłumaczenia, ale miałem nadzieję, że Lucyfer mnie trochę zrozumiał. - A ona jakby nie patrzeć jest człowiekiem. I może umrzeć. Nie chcę się przyzwyczajać do niej. Bo jak ktoś później odchodzi to... to to boli cholernie. - Powiedziałem do niego. Spojrzale na wujka. Wyglądał tak jakby się nad czymś zastanawiał. - Nawet gdyby coś to czy da się coś czuć do kogoś takiego jak ja?

    OdpowiedzUsuń
  149. - Czego miałbym się bać? - Zapytałem się go. - Samotności? Bólu? Czasami otaczając się ogromem osób można czuć się bardziej samotnym niż byś był sam. A wiesz dlaczego? Bo kiedy jesteś sam, to wiesz, że jesteś sam i nie oczekujesz nikogo. Wiesz, że nikt ci nie wtargnie do życia i nie żywisz nadziei, że może ktoś się do ciebie odezwie. I tak żyjesz sobie sam. Rok, dwa, może nawet całe życie. A w tym drugim przypadku... Mijasz ludzi codziennie. Tysiące, jak nie miliony. I pojawia się ta mała, głupia zdzira zwana nadzieją. Nadzieja na to, że może ktoś się odezwie, uśmiechnie, pójdzie z tobą na randkę. A później okazuje się to błędne. Bo nastawisz się na coś czego nigdy nie będzie. - Powiedziałem, opierając się plecami o ścianę. - Kiedy jesteś sam nie boisz się ciszy. Bo idzie się do tego przyzwyczaić. - Uśmiechnąłem się lekko. - Masz rację. Nie jestem ani tym, ani tym. Nie da się mnie przypisać do jednego gatunku. To jest tak trochę jak z kundlami. Ale i kundel potrafi sporo namieszać i ugryźć też dość solidnie. Co prawda nigdy nie będzie traktowany tak samo jak rasowy pies, ale może też coś osiągnąć. Wybierając swoją drogę. - Zastanowiłem się przez chwilę. - Myślę, że robi to dlatego, że jest po prostu samotna. Nie umie pokonać samotności i dlatego wybierze towarzystwo nawet najgorszego człowieka.

    OdpowiedzUsuń
  150. - Czego miałbym się bać? - Zapytałem się go. - Samotności? Bólu? Czasami otaczając się ogromem osób można czuć się bardziej samotnym niż byś był sam. A wiesz dlaczego? Bo kiedy jesteś sam, to wiesz, że jesteś sam i nie oczekujesz nikogo. Wiesz, że nikt ci nie wtargnie do życia i nie żywisz nadziei, że może ktoś się do ciebie odezwie. I tak żyjesz sobie sam. Rok, dwa, może nawet całe życie. A w tym drugim przypadku... Mijasz ludzi codziennie. Tysiące, jak nie miliony. I pojawia się ta mała, głupia zdzira zwana nadzieją. Nadzieja na to, że może ktoś się odezwie, uśmiechnie, pójdzie z tobą na randkę. A później okazuje się to błędne. Bo nastawisz się na coś czego nigdy nie będzie. - Powiedziałem, opierając się plecami o ścianę. - Kiedy jesteś sam nie boisz się ciszy. Bo idzie się do tego przyzwyczaić. - Uśmiechnąłem się lekko. - Masz rację. Nie jestem ani tym, ani tym. Nie da się mnie przypisać do jednego gatunku. To jest tak trochę jak z kundlami. Ale i kundel potrafi sporo namieszać i ugryźć też dość solidnie. Co prawda nigdy nie będzie traktowany tak samo jak rasowy pies, ale może też coś osiągnąć. Wybierając swoją drogę. - Zastanowiłem się przez chwilę. - Myślę, że robi to dlatego, że jest po prostu samotna. Nie umie pokonać samotności i dlatego wybierze towarzystwo nawet najgorszego człowieka.

    OdpowiedzUsuń
  151. Trudno było odmówić Leslie osobliwości. Nie znała pojęcia logiki. A właściwie znała, ale uważała ją za nudną i niszczącą cała magię, więc w życiu kierowała się raczej własnymi pokręconymi kryteriami i niezrozumiałymi dla innych zasadami, które czyniły ją małym, obłąkanym psychopatą.
    Tak, zdecydowanie była jak duże dziecko, któremu wszystko trzeba było tłumaczyć. Jako bruxa przeżyła stulecia, żywiąc się posoką i strachem; było to przyczyną jej nagłej zmiany zachowania po przybyciu do Baśniogrodu.
    Jako człowiek, a raczej ktoś próbujący być człowiekiem nie musiała siać strachu. Nie musiała polować, krzywdzić i pożerać. Mogła się śmiać, biegać, zbierać kwiatki i uśmiechać, a nikt nie uciekał w popłochu na widok jej uśmiechu. To było piękne. Nie mogła się nadziwić w jakie cudowności obfitował świat i jak wiele ciekawych rzeczy miał jej do zaoferowania. Pozostała w niej jednak ta cząstka dzikości; czasami nagle się płoszyła i nikt nie potrafił przewidzieć kiedy. Nie stanowiła jednak zagrożenia; znudziło jej się bycie potworem. O wiele bardziej kochała być dzieckiem!
    Miękkie nogi. To by było coś! Byłaby jak wielka przytulanka, którą każdy mógłby tulić. Leslie lubiła się tulić, mimo że była to dość niespodziewana cecha, jeśli mówiło się o bruxie. Ale jako człowiek Leslie to lubiła i już. Ludzie byli ciepli, a Leslie lubiła ciepło. Zwłaszcza, gdy czuła tętniącą w tulących krew i uśmiechała się do siebie, rozkoszując się bulgotaniem w ich żyła. Nie czuła pragnienia. Nie chciała ich jeść. Po prostu sama nie miała krwi i nie mogła wsłuchiwać się we własne migotania. Bo ich nie było. Och, ludzie mieli tyle fajnych rzeczy! Nie rozumiała idei portali społecznościowych i internetu, ale było jej smutno, gdy ktoś o tym wspominał. Leslie przecież nawet nie mogła zrobić sobie selfie w lustrze! W końcu nie miała odbicia. Tfu! Leslie nawet nie mogła zrobić sobie zdjęcia. Przecież była wtedy niewidzialna! Nie mówiąc już o jakichkolwiek makijażowych korektach twarzy. Nie widziała własnego odbicia, więc nawet nie mogła nic poprawić! Zazdrościła ludziom tego, że posiadali odbicia. Odbicia i cienie. Jej obie te rzeczy odebrano bez pytania o zdanie!
    Leslie była takim obłąkanym dzikusem, którego nie dało się ogarnąć umysłem. W jednej chwili stała nad Tobą z nożem, a w następnej śmiała się uroczo, leżąc na podłodze.
    Nie wytrzymywała też w jednym miejscu. Dlaczego znowu zaczęła wiercić się po pokoju, a wilga leciała za nią. Uśmiechnęła się do niej i wyciągnęła rękę, ale wilga poczęła wić się obok jej włosów. Leslie prychnęła uroczo, gdy ptaszek zwinnymi łapkami zaplótł jej warkoczyki. Leslie nie lubiła warkoczyków, dlatego potrząsnęła głową. Spojrzała na ptaszka z dziecięcym rozkapryszeniem, ale nie rozplotła włosów i podeszła do biurka...
    W sumie, Leslie od dawna marzyła, żeby zobaczyć tęczę. Tęcza była taka ładna i pełna kolorów i podobno na jej końcu ktoś schował skarb! Leslie nie lubiła skarbów, ale lubiła przygodę. Chciała zobaczyć tęczę i znaleźć to, co było na jej końcu. Niestety, gdy mówiła ludziom o swoim marzeniu Ci śmiali się i wyzywali ją od lesbijek. Leslie nie wiedziała, czym była lesbijka. Innym razem spotkała się z określeniem "homoseksualistka", a gdy spytała, czy to jakaś ulepszona wersja homo sapiens Ci zbyli ją machnięciem ręki. W końcu jakiś miły pan uświadomił jej, że te określenia oznaczają osobę, którą ciągnie do tej samej płci. Z początku Leslie nie rozumiała, czym jest płeć, ale potem przypomniała sobie, że to podział na chłopca i dziewczynkę. Gdy powiedziała dziwnemu panu, że nie lubi innych dziewczynek i spytała jak będzie się nazywać, gdy lubi chłopców pan odpowiedział jej, że może się nazywać normalną. Leslie więc była w stuprocentowo normalną osobą, co mile powiedział jej miły pan, mówiący miłe rzeczy i miło tłumaczący świat.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bruxa rozsiadła się na biurku, po czym zeskoczyła, usiadła na ziemi i położyła się na niej, ale na suficie nie było ładnych gwiazd, które mogłaby oglądać. Westchnęła ze smutkiem i wstała. Spojrzała na Lucyfera, gdy mile skomentował jej imię. Był miłym przyjacielem, który mówił jej miłe rzeczy i miło traktował, prowadząc miłą rozmowę. Gdy zadał pytanie wstała i tanecznym krokiem podeszła do niego. Usiadła obok na łóżku i znowu czule go przytuliła, po czym pocałowała w czółko.
      — Koty z reguły na mnie prychają... ale je lubię i czasami mnie słuchają. — powiedziała półszeptem, spuszczając główkę. Jej twarz nagle rozpromienił szeroki uśmiech. — Ptaszki to co innego! — podeszła do okna, wybiła się na rękach i zanuciła wysoką melodię, która wciąż brzmiała uroczo; ale zaraz przez szerokie okiennice do środka wleciał dumny orzeł. — Ptaszki mnie słuchają i lubią. Patrz. To jest orzeł. — zwierzę otarło się o jej policzek i rozłożyło masywne skrzydła, przysiadając na jej ramionach. — Lubią robić to, co mówię. Np... patrz! — uśmiechnęła się do niego łobuzersko. — Orzełku, zdejmij mu spodnie! Ha! — ptak podleciał do niego, a Leslie zasłoniła oczka jak małe dziecko, które nie chce widzieć za dużo. Gdy wyczuła, że ptak zrobił to, o co poprosiła nakazała mu przykryć go kołdrą. Gdy stwierdziła, że jest dostatecznie bezpieczna otworzyła oczka i spojrzała na niego, przykrytego po pas. — Bez spodni nigdzie nie pójdziesz, ha! — orzeł odwiesił jego spodnie na wieszak. Leslie podeszła i znowu go przytuliła, po czym odsunęła się spłoszona i wyciągnęła rękę, a orzeł podleciał do niej i przysiadł na ramieniu. — To co... może podpiszemy cy...cy... cyrograf i zrobisz dla mnie kilka rzeczy w zamian za spodnie? — zaśmiała się słodko z dziecięcą niewinnością, podeszła bez strachu i usiadła w nogach jego łóżka.
      Leslie, która chce zobaczyć tęczę

      Usuń
  152. -Lucek, czy ty kiedykolwiek kogoś miałeś? Wiesz, takiego kogoś na kim ci zależało? - Zapytałem się go, przypatrując się mu uważnie. Chociaż nie zdziwiłbym się, gdyby tutaj padła odpowiedź przecząca. - Na chwilę obecną jest sama. Jak palec. Przejrzałem ją. Przeniesienie umysłu i takie tam. Tylko nic jej nie mów, że szperałem jej w głowie. - Uśmiechnąłem się delikatnie w jego kierunku. - A właśnie... Dzwoniła któraś z Zuziek? - Umawialiśmy się, że w razie czego to mają do mnie dzwonić. A telefonu nigdzie nie mogłem znaleźć.

    OdpowiedzUsuń
  153. Leslie nie do końca rozumiała diabelski sens podpisywania cyrografów. Traktowała tę czynność raczej jako zabawę. No bo co strasznego było w wykonywaniu zadań w zamian za zachowanie duszy? Sama przyjemność! Masz motywację do robienia dziwnych rzeczy, które sprawiają, że Twoje życie nie wieje nudów i w dodatku jeśli Ci się uda — nie umrzesz! Leslie akurat i tak nie mogła umrzeć, więc śmierć była dla niej pojęciem całkiem obcym. Lucyfer, zdaję się, jako książę piekieł też nie był już martwy, więc zabawa między nimi nie miała się o co toczyć.
    No chyba że o jego spodnie! Przecież każdy normalny człowiek chciałby odzyskać swoje utracone spodnie! Dlaczego Boruta nie chciał się z nią pobawić? Ludzie często mieli to do siebie, że nie chcieli grać z nią w dziwne gry. A kochała gry. Miała wtedy co robić.
    Jej orzeł był wyjątkowo delikatny, bo nie chciała skrzywdzić słodkiego przyjaciela. Dopiero co go połatała i nie miała zamiaru robić tego drugi raz. Zwłaszcza, że ostatnio pewien dziwny pan wyjaśnił jej pewne kwestie...
    A chodziło tylko o to, że Leslie przytuliła przypadkowego chłopca. Po prostu, wydało jej się, że ma śliczne oczy i potrzebuje odrobiny czułości. Więc bruxa jako dobra duszyczka, niosąca pomoc objęła go i uśmiechnęła się. Chłopak odskoczył jak poparzony, ale najpierw chyba się podniecił...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Akurat erekcja nie była dla Leslie niczym nowym. Często, jako wampirzyca spotykała się z tą reakcją, gdy kusiła przed skoczeniem na ofiarę. A potem tak śmiesznie chichotała, gdy wypijała z ofiar krew... a ich małe kuśki wiotczały gwałtownie i wysychały. Leslie czasami, przed obiadem, lubiła gwałtownie je ucinać, trzymając ofiary za szyje. Przyglądała się wtedy strumieniom krwi, tryskającym na podbrzusze ofiary. Był to zabawny widok. A umierający tak krzyczeli, och, krzyczeli. Ich agonalne wrzaski rozbawiały Leslie i wprawiały w zastanowienie. Ciekawe, czy Lucyfer też by tak krzyczał... i czy przeźroczysta fontanna wódki też wyglądałaby tak zachęcająco...
      Spojrzała na niego z obłędem w oczach, a jej twarz rozpromieniły psychiczny uśmiech. Zaraz jednak zastąpiła go tym dziecięcym, słodkim. Nie chciała krzywdzić swojego słodkiego przyjaciela, zwłaszcza, że ta część ponoć przydawała się mężczyznom. Chociaż ni cholery nie przypominała jej ptaków!
      Bruxa zbliżyła się do niego, widząc, że się podniósł. Uśmiechnęła z dziecięcym rozbawieniem i przysiadła na skraju łóżka, odgarniając kosmyk włosów z jego czoła.
      — Bo co?! — warknęła ze słodkim, dziecinnym wyrzutem. — Bo co? Bo nie mam duszy to nie będziesz się ze mną bawił?! Nie mam duszy to jestem niewarta Twojej gry i nie chcesz ze mną zagrać? Bo jestem gorsza? Bo nie żyję? Bo nie mam duszy? Niemiły słodki przyjaciel! — załkała, podniosła się jak spłoszony kociak i podeszła do ściany. Zgarnęła swoją słomianą lalkę, o oczach z guzików i postrzępionej, białej sukience. Lubiła tę lalkę, bo jej spojrzenie było równie psychiczne co i Leslie.
      Przytuliła zabawkę i ze smutkiem odwróciła się tyłem do Lucyfera. Nie chciał się z nią bawić! Leslie chciała się pobawić. Chciała spełnić marzenia. Pobawić się w zadania! Leslie lubiła zabawę i zadania! Leslie chciała zrobić coś fajnego ze swoim nowym słodkim przyjacielem! A on jej nie chciał. Nie chciał się bawić. Uważał ją za gorszą, bo nie miała głupiej duszy w głupim nieśmiertelnym ciele. Nie miała głupiej krwi i nie była głupio żywa. Był głupi. Głupio zranił jej głupie uczucia i doprowadził do tego, że poczuła się głupim głupkiem. Chyba jej nie lubił i kłamał! Uważał ją za głupiego głupka! Leslie zrobiło się przykro. Czuła się jak mała dziewczynka, której ktoś odmówił zabawy. Bo była małą dziewczynką, której ktoś odmówił zabawy! Orzeł wzleciał, rozpościerając skrzydła, a Leslie prychnęła na niego ze smutkiem, każąc mu spadać. Orzeł nie chciał denerwować już bardzo zdenerwowanej bruxy. Zdenerwowana bruxa to zła bruxa. Zdenerwowana bruxa jest zdolna do wielu rzeczy.
      Wampirzycza spojrzała na niego, a jej różnokolorowe oczy na chwilę zakryła mgła. Przeźroczysta obwódka, która wytłumiała kolory źrenic. Zaraz jednak zniknęła, bo Leslie nie szykowała się do skoku. I tak nie miał niż pożywnego. Poza tym nie miał spodni, a Leslie nie miała ochoty wysysać z niego wódki. Nie lubiła wódki. A on śmierdział. Nie lubiła brzydkich zapachów. Orzeł wyleciał oknem, pozostawiając ich sam na sam. Leslie kurczowo ścisnęła lalkę, podeszła do wolnego łóżka, które jeszcze znajdowało się w pokoju. Zgarnęła z niego kołdrę i pociągnęła po ziemi. Usiadła w kącie, po turecku, siedząc do niego tyłem. Skrzyżowała ręce i narzuciła na siebie kołdrę, opatulając się nią i tuląc lalkę. Nie chciał z nią rozmawiać, więc ona też nie będzie. Nie chciał się z nią bawić, pf! Zrobił jej kuku, a ona chciała tylko zabawy.
      Więc strzeliła focha!
      I obraziła się na swojego niemiłego słodkiego przyjaciela, który nie chciał się z nią bawić i nie odwzajemnił przytulenia!
      Obrażona Leslie

      Usuń
  154. Bigby zdecydowanie nie mógł stwierdzić, że ten dzień będzie dobry. Gdy tylko zadzwonił do drzwi już pożałował tego, co przed sekundą zrobił. Użeranie się z Lucyferem nie należało do najprzyjemniejszych. Zwłaszcza, że próbował go sprowokować zagrywkami, które co najwyżej doprowadzały go do znudzenia. Nie lubił tego, cholera. Nie lubił tego diabelskiego sukinsyna, kradnącego dusze jego pierdolonym poddanym. Chociaż Bigby ogólnie stronił od (nie)ludzi. Nie lubił ich, przynosili tylko kłopoty i dokładali mu zmartwień. Szeryf miał już dostateczną ilość gówna na głowie, zwłaszcza, że musiał się tu zjawić. Rzadko składał podopiecznym wizyty domowe; starał się, by wszystkie potrzebne sprawy załatwiane były na neutralnym gruncie. Czasami jednak trzeba było zrobić coś innego, jak np. odwiedzić samego księcia piekieł, grzejącego dupę we własnym mieszkaniu.
    Na szczęście zaczęło się w miarę normalnie. Boruta po prostu zapytał, siląc się na domową gościnność. No tak. Kulturalny diabeł. Czego to ten świat nie wymyśli. Wnętrze było przestronne i cholernie ciemne. Na pierwszy rzut oka dało się stwierdzić, kto był rezydentem. Choć musiał przyznać, że Lucyfer urządził się całkiem ładnie i nigdzie nie walały się porozrzucane flaki.
    Ale tak cholernie capiło!
    Bigby miał nadludzko wyczulony węch, więc smród, wyczuwalny dla normalnego człowieka delikatnie, w jego nozdrzach rozbrzmiewał jak organy w kościele, podczas uroczystej mszy.
    — Nie boję się, że mnie zjesz — rzucił zimno, zajmując fotel naprzeciwko diabła. Odpalił papierosa i zaciągnął się dymem, chcąc wytłumić nieprzyjemny zapach. — Prędzej ja zjadłbym Ciebie, ale nie byłby z Ciebie zbyt krwisty befsztyk. — rzucił, pochylając się do przodu. Złapał kontakt wzrokowy z Lucyferem, jak gdyby miało to jakiś sens. A nie miało, w końcu jego oczy i tak były zimne i niczego nie zdradzały.
    Tak samo jak i Boruty.
    — Przykro mi, że zakłócam Ci wspaniały czas kiszenia się w tym smrodzie — powiedział przeciągle, wypuszczając dym z płuc. Nie ruszył kawy. Może i obawiał się, że Boruta coś dosypał... choć nie. Tak naprawdę po prostu nie lubił kawy, ale trzymajmy się pierwszej wersji. Zasada ograniczonego zaufania.
    — Niestety byłem zmuszony Cię odwiedzić, jakkolwiek smutne jest to dla obu stron — westchnął lodowatym tonem i spojrzał na niego. — W normalnej sytuacji, nawet przy tak nikłych dowodach bym Cię zgarnął, ale pojawiła się na mojej drodze pewna istota, która utrzymuje, że jesteś dobrym człowiekiem. — parsknął krótkim śmiechem, który musiał wymusić. — Wprawdzie Baśń ta jest całkowicie obłąkana i pewnie naćpałeś ją w jakiś sposób, bo nikt normalny nie gadałby takich bzdur, ale... — urwał, oczywiście mając na myśli Leslie i jej "słodką listę przyjaźni". — tym razem wstrzymam się z wyrokiem i spróbuję rozwiązać tę sprawę. Chociaż pewnie i tak bym to zrobił. — rzucił na stolik kawowy plik kartek, będących aktami zaginionych osób. Uśmiechnął się, błyszcząc zębami w chytrym uśmiechu.
    — Co szanowny książę piekieł, smakosz dobrego alkoholu może mi powiedzieć o tych osobach?
    Bigby

    OdpowiedzUsuń
  155. Poznajdowałem swoje rzeczy dosyć szybko jak na mój stan i bolącą głowę. Kac morderca nie ma serca.
    - Dlaczego o to ciebie pytam? - Zapytałem się ni to siebie, ni to jego. - W sumie to nie wiem tak dokładnie, ale sądzę, że to tak po prostu z ciekawości. Ojca o to nigdy zapytać nie mogłem, to pytam się ciebie. W ciągu tych paru, jak nie parunastu dni spędziłem z tobą więcej czasu niż z własnymi rodzicami. - Wrzuciłem brudne rzeczy do prania. - I jak na dorosłego to jesteś całkiem znośny. - Zachichotałem cicho pod nosem. - Dlaczego miałbyś jej to powiedzieć? Nie wiem. Gdybyś był kanalią to pewnie byś to jakoś wykorzystał dla swoich celów. Ale jesteś spoko. A ja jestem zajebisty. - Wyszczerzyłem się szeroko. - Nie martw się niczego i tak bym nie wykorzystał przeciwko tobie. Nie dlatego, że jestem zajebisty, ale dlatego, że jestem na to zbyt leniwy. - Kiwnąłem lekko głową. - To co? Jakieś śniadanie czy coś? - Zapytałem się go po czym zamówiłem pizzę. Najzwyklejszą. Z pieczarkami, serem i szynką.

    OdpowiedzUsuń
  156. Łypnął na niego niedowierzającym wspomnieniem, gdy wspomniał o jedzeniu wilka. Nie zdążyłby mrugnąć, a co dopiero upolować jego zwierzęcego cielska w starciu sam na sam. Ale mógł sobie myśleć, że rzeczywistość była inna... przynajmniej jego poczucie własnej wartości nie cierpiało, a ego było rozbuchane o wiele bardziej.
    Befsztyk w wódce zabrzmiał smacznie. Ale ludzkie mięso było słodkie. Zdecydowanie wolał wieprzowinę (nie licząc biednego Collina), choć kurczak też stanowił ciekawy rarytas. Zjadłby kurczaka.
    W sumie, zwłoki w zamrażarce brzmiałyby prawdopodobnie, gdy Bigby nie znał zapachu zwłok; rozkładające się ciała i gnijąca posoka były mu przyjacielem i towarzyszem przez znaczną część życia, więc ich smrodu nie był w stanie pomylić z niczym innym. Ten zapach był raczej... mieszaniną zepsutej pizzy i chińskiego żarcia. Choć nie kwapił się, by badać to dłużej. Zdecydowanie wolał wytłumiać ten zapach, paląc kolejne papierosy jak lokomotywa.
    Mówiąc o konkretnej Baśni blefował. W gruncie rzeczy miał związane ręce, ale poczuł potrzebę zgryźliwej uwagi, choć dla własnej satysfakcji. Choć fakt, Leslie była... specyficzna i równie specyficznie dobierała przyjaciół. Figurowała jednak na jego liście jako niegroźna, trochę obłąkana osoba.
    Lucyfer na pewno naćpa jeszcze niejedną osobę, niejednej skradnie duszę i niejeden raz wpadnie w konflikt z prawem. Tym razem jednak... tym razem nie miał dostatecznie twardych dowodów.
    Dał mu czas, by przeczytał aktach, przeanalizował i wymyślił jakieś kłamstwo. Z jednej strony jakaś część jego duszy szeptała złowrogo, że to na pewno on. Że to na pewno wina tego jebanego sukinsyna. Ale jakaś inna, trzeźwa i obiektywna strona dobijała się do głosu, mówiąc; nie. To nie Lucyfer, Lucyfer załatwia sprawy inaczej. Uprzedzenia na bok szeryfie! Nie drgnął, gdy kartki ułożyły się w równym stosie tuż przed nim. Zaciągnął się dymem i zostawił wypalonego papierosa w popielniczce.
    Westchnął.
    — Nie, nie jesteś oficjalny oskarżony — rzucił pojednawczym tonem, podnosząc na niego wzrok. Był diabłem... ale każda baśń była w jakimś stopniu zła. Nawet on sam. Nie mógł więc traktować go z góry; w przeszłości dopuszczał się gorszych zbrodni, robił gorsze rzeczy i gorzej traktował ludzi.
    —Nie przychodzę do Ciebie, by wyciągnąć konsekwencje za rzeczy, które robiłeś latami — mruknął od niechcenia, chowając wilczą dumę do kieszeni. — Jednak wszystkie te osoby zniknęły. Rozpłynęły się w powietrzu. Żadnych śladów. Totalnie. — zapalił kolejnego papierosa, wyciągając się na fotelu. — Żadnego zapachu, śladów, nic. Nie jestem w stanie nic wyczuć, totalnie nic. —rozłożył ręce. — A jedynym, co łączy te Baśnie... są zatargi z Tobą...
    Bigby

    OdpowiedzUsuń
  157. Fakt. Leslie była jak mała dziewczynka i często zachowywała się jak pełnoprawne dziecko. Mogłoby się wydawać, że była wręcz cofnięta w rozwoju i zatrzymała się na etapie pieluszek. Nie było tak jednak w istocie. Leslie była na swój sposób inteligentna... na swój sposób. Chociaż jej zachowanie zawsze mówiło co innego. Bruxa taka już po prostu była. Mała, naburmuszona dziewczynka, budząca w innych potrzebę schowania w ramionach i obrony przed całym złem tego świata. Zdziwiła się jednak, gdy zburzył jej azyl z kołdry i miło potraktował, czyniąc jej miłe rzeczy i miło zajmując się nią jak miły przyjaciel, który robi mile rzeczy dla swojej miłej przyjaciółki. Ale Leslie nie tylko była jak dziecko... była jak cholernie uparte dziecko, które trudno było znów przekonać do siebie. Zwłaszcza gdy ktoś nie chciał się z nią bawić! A on nie chciał podpisać z nią cyrografu, bo nie miała duszy! I była gorsza! Bo nie miała głupiej duszy i on nie mógł walczyć o jej głupią duszę, bo jej nie miała! Nie fair. Czemu ludzie mieli fajniejsze rzeczy niż ona, a ona nie miała? Chciała mieć. Leslie chciała mieć odbicie, rzucać cień, mieć krew i duszę! Nie fair!
    Nie była wredna i odwzajemniła uścisk jak mała dziewczynka, przytulająca się do starszego brata. Schowała twarz w jego klacie, żeby na niego nie patrzeć, wysłuchała co miał do powiedzenia. Obiecał jej grę! Lubiła gry. Chciała zagrać i się pobawić. Ale nie wierzyła, że mogła być fajniejsza gra niż cyrograf!
    W pewnym momencie, niespodziewanie, nie wiedzieć czemu spłoszyła się jak wystraszony kociak, odrywając od niego i ciągnąć lalkę za sobą poderwała z miejsca i odeszła kilka kroków. Nie obejrzała się na niego. Okręciła wokół własnej osi, tuląc zabawkę i zanuciła cicho jakąś tylko sobie znaną piosnkę. Nie chciał się z nią bawić! Każdy, kto nie chciał się z nią bawić był be. Bo ona lubiła się bawić, a ludzie którzy odmawiali jej zabawy nie lubili jej tak, jak ona ich. Nie lubili! Leslie nie rozumiała, czemu nie lubili. Jakiś mądry pan powiedział jej kiedyś, że ludzie lubią innych po tym, jakie cechy mają.
    Ale przecież Leslie miała cechy, więc w czym problem?!
    Pff. Lucyfer był jakiś nienormalny i obłąkany! Jak mógł jej nie lubić?! Wydęła dolną wargę i spojrzała na niego smutnymi, pełnymi dziecięcej niewinności oczami. Odłożyła lalkę i objęła się ramionami, zakręciła w piruecie i porwała skalpel wraz z papierem, który leżały na blacie.
    Usiadła na ziemi, wycinając wzorki w papierze. Zrobiła sobie koronę i nałożyła na włosy. Rozplątała warkocze, bo były niewygodne, a Leslie nie lubiła niewygody. Leslie lubiła wygodne ubranka, bieganie na boso i zabawę. Dużooo zabawyyy!
    — Leslie się nie gniewa — prychnęła uroczo, huśtając się na boki. — Leslie nie lubi gniewu. Gdy Leslie się gniewa jest brzydka i groźna. Gdy Leslie się gniewa robi ludziom krzywdę! — wydęła dolną wargę i uśmiechnęła się niepokojąco. — Dlatego Leslie teraz nie jest pogniewana. Pogniewana Leslie zrobiłaby Lucyferowi kuku. A Leslie nie chce. — pociągnęła nosem i zasłoniła oczka. — Akuku! Gdzie jest Lucyfer? No gdzie? Akuku! — zaśmiała się uroczo i odsłoniła oczy. — Leslie jest smutna, bo Lucyfer nie chce się z nią bawić. Ale Leslie da Lucyferowi szansę! —uśmiechnęła się i rozpostarła ramiona. Wstała, podskoczyła, dotykając sufitu i podeszła do niego, siadając tuż przed nim, po turecku. Spojrzała mu prosto w oczy i uśmiechnęła się uroczo, wtuliła się w niego ponownie i po chwili znowu odbiegła jak wystraszony kotek, fukając.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — W co zagramy? Jaką zabawę mi wymyślisz? Chciałam podpisać cyrograf i się pobawić. A czy w piekle mają ptaszki? — rozdziawiła usta jak mała, zaskoczona dziewczynka. — Czy ta zabawa może być lepsza niż cyrograf? Cyrograf jest fajny, ale zaskocz mnie. — błysnęła ostrymi ząbkami w uśmiechu. Usiadła na ziemi, spoglądając jak wstaje.
      —Czy w piekle są kwiatki? Piekielne kwiatki jedzą ludzi? Czy ładnie pachną? Czy są zwierzątka? Czy można kąpać się w lawie? Czy lawa jest gorąca? Czy można podpalać ludzi i patrzeć jak ich truchła płoną? Czy przypalasz im palce? Wydłubujesz oczka? Czy ludzie w piekle są szczęśliwi? Czy lubią ogień? Czy... czy... co to za zabawa??
      Leslie w koronie

      Usuń
  158. Ogarnąłem się nieco, a po jakimś czasie przyjechał dostawca z pizzą. Śniadanie miałem wręcz wyborowe. Uśmiechnąłem się szeroko, rozkoszując zapachem dania. Kiedy tak sobie jadłem zastanawiałem się co by tutaj porobić. Imprezę dzisiaj odpuszczę, bo nadal mimo wszystko po wczorajszym chlaniu miałem dosyć. Przynajmniej przez tydzień nie tknę wódki. Uprzątnąłem po sobie bałagan i położyłem się. Gapiłem się w sufit przez dobre dwie godziny, nie myśląc o niczym konkretnym. Czasami i tak trzeba było zrobić.
    Wieczorem udałem się do Shoshany, aby zobaczyć jak się mają sprawy z Meg. Było całkiem dobrze. Oprócz tego, że skrzydła znowu jej urosły o kilka centymetrów. Próbowałem dodzwonić się i poinformować o tym Azazela. Ale ten jak zwykle miał wyłączony telefon. I miał wszystko w dupie. Samael też był czymś zajęty, ale przynajmniej odebrał i powiedział, że przyśle kogoś. I tak pojawił się Lucyfer.
    - Nie działa na nią nawet glamour. - Powiedziałem mu.

    OdpowiedzUsuń
  159. - No i ten... Samael miał przysłać kogoś bardziej kompetentnego. Bez urazy Lucjan. - Powiedziałem do niego, wpuszczając go do środka. - Skrzydła jej znowu urosły. Wpieprzyłem w nią podwójną, a nawet potrójną dawkę glamouru i nic. Jak krew w piach. Tylko hajsu zmarnowanego szkoda. - Westchnąłem głośno. - No i zaczyna latać. Tak trochę. - Jak to jest z nią? Jeszcze chodzić nie umie, a już lata... Nie, to nie dzieje się naprawdę. To nie może być prawda. Niestety, jednak jest. Meg podleciała wprost do Lucyfera. A raczej była nad jego głową i pociagnęła go za włosy, uroczyście nazywając go "BA!".
    - Ja według niej nazywam się "O!". - Zabrałem ją znad głowy Lucyfera, zanim mu wszystkie włosy wyrwie. Meg rozpłakała się. - Ej, mała. Nie wolno ciągać nikogo za włosy, bo to boli. - Chyba nie rozumiała tego co do niej mówię. - Shoshana błagam, przetłumacz jej, aby nie ciągała Lucjana za włosy. - Powiedziałem do czarownicy. - Bo ja nie umiem z kobietami rozmawiać.
    - Ale z Georgią to już i owszem? - Zabrała małą.
    - Z Georgią to jest mowa ciała... A z resztą co to są za jakieś pojebane komentarze i podjazdy? - Spojrzałem się na nią, piorunując ją wzorkiem.- I błagam, ucisz ją jakoś. Łeb mnie napierdala od samego rana...
    - Nie trzeba było tyle chlać wczoraj.
    - Shoshana, wiesz, że piekiełko czeka aż tam wrócisz?
    - Dobra, już nic więcej nie mówię. - Chyba się wystraszyła mnie.

    OdpowiedzUsuń
  160. Nie podlegało wątpliwościom, że Leslie była ciężką osobą. Jej dziecięca aparycja i optymistyczny styl bycia na pewno nie jedno serduszko rozgrzały do czerwoności. Zdarzały się jednak persony, które nie potrafiły docenić wartości Leslie. Próbowały ją wykorzystać, nagiąć do swojej woli. Zrobić z niej głupiego robota, będącego na każde zawołanie.
    Nie potrafili zrozumieć, że Leslie wybrała takie życie. Życie małej dziewczynki, która każdemu niosła pomoc, każdego przytulała. Każdemu ufała.
    Leslie po prostu tego chciała. Mogła włożyć dziwne okrągłe okulary, nauczyć się sterty niepotrzebnych regułek (co i tak musiała zrobić, żeby móc pracować w szpitalu), ale nie o to chodziło. Leslie chciała żyć. Żyć, a nie egzystować. (Pomijając fakt, że była martwa). Chciała mieć przyjaciół, osoby, na które mogła nagle wskakiwać, obejmować, śmiać się słodko i cieszyć ich towarzystwem. Leslie bardzo to lubiła. Tę wolność, brak ograniczających ją barier; tę radość, która zawsze rozgrzewała jej wnętrze. Nie każdy jednak potrafił to doceniać, dlatego bruxa często pozostawała w cieniu. Ukryta, samotna, pozbawiona towarzystwa. Bo nie każdy chciał się z nią mierzyć. Nie każdy miał odwagę, by pokazać tę radosną, pełną życia część swojej osobowości. Leslie próbowała wydobywać z ludzi to życie, ten optymizm. Każdy miał w sobie nawet iskierkę. Nikt, naprawdę nikt nie był zły do szpiku kości. Każdy był głęboko w środku dobry, choć trochę dobry. Nawet diabły. Nawet diabły miały
    Lucyfer był trudnym przeciwnikiem. Nie chciał się z nią bawić! A tak bardzo chciała! Tak bardzo pokochała swojego słodkiego przyjaciela!
    Wysłuchała jego odpowiedzi, kwitując je głośnym dziecięcym "Ooo", zadowolona z odpowiedzi. Piekło musiało być wystrzałowym wnętrzem!
    Bruxa uśmiechnęła się, gdy zamajaczył przed nią płonący papier. Przyjrzała mu się uważnie, przechylając głowę. Łacińskie literki ślicznie zakręcały na starym pergaminie. Na pewno nie można było się spodziewać po Leslie umiejętności czytania. Ale ją posiadała. Umiała czytać, a łacińskie zwroty opanowała do perfekcji. W końcu łacina była tak stara jak ona, a więc nie stanowiła problemu.
    Przyjrzała się, ułożonym literom i zachichotała uroczo, podnosząc na niego wzrok. Kliknęła długopisem.
    — Będziemy piec ciasteczka czekoladowe? — spytała, studiując przepis. Powiodła wzrokiem w dół, rozczytując dziwną listę zakupów. — Aaaa...
    Zmarszczyła brwi i zasłoniła usteczka dłonią. Spojrzała na niego.
    —Po co Ci prezerwatywy i viagra? — wydęła dolną wargę i zrobiła śmieszny dzióbek. — To rzeczy do waszych brzydkich męskich ptaszków, prawda? Viagra to takie sterydy, żeby były silne i nie opadały, prawda? — zaśmiała się. — Może pan dziwny pan doktor z drugiego piętra pomoże Ci na problemy z erekcją.
    Wzięła długopis i narysowała serduszko. Narysowała też smutnego Lucyfera, rozmawiającego z panem doktorem, a po drugiej stronie wesołego Lucyfera z tabletkami.
    Wstała i uśmiechnęła się do niego. Postanowiła popisać się, pokazując mu, że łacina nie jest jej obca.
    —Amicus verus rara avis est— szepnęła melodyjnym głosem, podeszła do niego i przytuliła czule, obejmując go małymi ramionami. Stanęła na palcach i cmoknęła go w policzek.
    Leslie, którą wywalili z autorów na blogu

    OdpowiedzUsuń
  161. Znowu to samo! Nie mogło się obejść bez tego. Oczywiście. Lucyfer musiał spróbować go sprowokować tępymi zagrywkami, które nie wywierały na wilku żadnego wrażenia. Kiedy wreszcie ten durny diabeł zrozumie, że tylko marnuje czas? Bigby słuchał go z uwagą, a wyraz jego twarzy pozostawał nietknięty. Wciąż ta obojętność, lodowate spojrzenie, zimny uśmiech i wzrok, pozbawiony jakichkolwiek emocji.
    A on nadal próbował. Blefował, myśląc, że Bigby tego nie wyczuje. Szeryf miał w głębokim poważaniu, co robił Lucyfer. Tu chodziło o jedno — ludzi, którzy zniknęli. Jeśli Boruta nie chciał mu pomóc; trudno. Znajdzie inny sposób, nawet jeśli skurwysyn twierdził inaczej. Mowa Lucyfera tylko bardziej utwierdziła go w przekonaniu, że ten pojeb jest niewinny. Ta zbrodnia była zbyt doskonała, by udało się ją popełnić takiemu idiocie.
    Ignorował jego zaczepki, obraźliwe słowa; wszystko, co tylko ten skurwiel wypowiadał, przesycone fałszem, pogardą i ironią. Bigby był zimny. Zimny jak lodowiec, który rozjebał Titanica. Nic nie mogło się z nim równać. Nic nie było w stanie naruszyć jego pewności siebie i nerwów, które od tylu lat zdążył umieścić w ryzach najstabilniej jak się dało.
    — Róża dobrze sobie radzi — skwitował z przyjaznym uśmiechem, który musiał przybrać na usta; nie był zły, zirytowany, czy chętny do wpierdolenia mu w ryj. To był po prostu Lucyfer. Taka persona, która w gruncie rzeczy figurowała prawie na liście niegroźnych rzezimieszków.
    — Farma dawno nie rozwijała się tak wspaniale — zaciągnął się papierosem, wypuścił dym i rozejrzał po pomieszczeniu. — Gdybyś maczał w tym palce, wyczułbym to. A jedyne co czuję to stara pizza i chińskie żarcie. — pochylił się do przodu, znowu zaciągając się dymem.
    — Ale dobrze. Rozumiem aluzję. Zamiast blefować, próbować mnie sprowokować, pieprzyć jakieś idiotyczne farmazony, mając nadzieję na sprowokowanie mnie do rozkwaszenia Ci mordy... mogłeś od razu powiedzieć, że jesteś bezużyteczny i nawet jeśli byś chciał, nie pomożesz mi, bo twoje wpływy nie sięgają tak daleko... ale skoro już zmarnowałeś mój czas.
    Wstał, pozostawił niedopałek w popielniczce i zmierzwił czuprynę Lucyfera.
    — Baw się dobrze, mały — uścisnął z nim dłoń, nie czekając na odwzajemnienie Lucyfera i wyniósł się w pizdu, ciesząc się, że nie będzie musiał z tym debilem pracować.
    Bigby

    OdpowiedzUsuń

  162. Leslie spojrzała na niego, lekko przechylając głowę. Dobre sobie! Bruxa była obłąkana, ale nie głupia. Dobrze wiedziała z czym wiąże się wypis, który ponadto był naprawdę łatwy do zdobycia i nudny. Znudziła jej się ta zabawa. Chciała się naprawdę pobawić ze swoim słodkim przyjacielem! A on miał ją za idiotkę. Nikt nie będzie miał Leslie za idiotkę!
    — Nie — rzuciła tylko krótko, a jej głos oprócz nutki słodyczy miał w sobie siłę i jakiś niepokojący gniew. Nie była zła. Po prostu twarda i zdeterminowana w tym, co czyniła. W jednym miał rację; było późno. A późna noc oznaczała, że pacjenci szli spać. Między innymi on!
    Podeszła do niego i chwyciła go za nadgarstek. Pociągnęła do łózka, używając tej wampirzej siły, która pozwalała jej szarpnąć nim jak szmacianą lalką. Zmusiła go, by się położył i przykryła kołdrą.
    — Chciałam się bawić. —powiedziała, siadając na skraju jego łózka. Pogłaskała go po włosach. — Ale ty masz mnie za głupka... — błysnęła ostrymi zębami w uśmiechu. Jej głos był spokojny, pełen napięcia i zdecydowany. Zachichotała, ponownie roztaczając aurę słodyczy. — Nie zastanawiałeś się jak to jest być po drugiej stronie? — spytała uroczym głosem, delikatnie głaszcząc go po policzku.
    — Może to ty podpiszesz cyrograf ze mną, co? Na pewno chciałbyś zobaczyć jak to jest być... ofiarą. — pocałowała go w czoło, z napięciem przygryzła dolną wargę i wstała.
    — Możemy się tak pobawić... pobawmy się! — zanuciła uroczo, spoglądając na niego. Leslie lubiła swojego słodkiego przyjaciela. Nie chciała zrobić mu krzywdy. Leslie chciała tylko... zabawy. Chciała zobaczyć, czy mu się uda.
    Spojrzała na niego, uśmiechając się niewinnie. Znów usiadła w nogach jego łóżka, spoglądając mu głęboko w oczy. Leslie nie bała się krzyżowania spojrzeń.
    Leslie... brakowało przeszłości. Tych popadających w ruinę zamczysk, pełnych ukrytych zakamarków. Baronów i lordów, lasów, przez które przejeżdżały wozy.
    Czasem tęskniła za tymi podróżami, przemykaniem jak cień między wioskami. Tęskniła za tą wolnością, wiatrem, ptakami...
    Nie tęskniła tylko za smakiem krwi.
    Była dobrym człowiekiem i chciała nim być. Ale Lucyfer nim nie był... Leslie robiło się smutno, gdy o tym myślała. Naprawdę chciała, by był jej dobrym przyjacielem. Słodkim przyjacielem. A on... miał ją za idiotkę, skretyniałego psychola, obłąkaną debilkę.
    A Leslie miała uczucia. Uczucia i inteligencję. Po prostu wybrała inną drogą. Inne życie.
    —Bonum somnia, wiseacre. — wyciągnęła ręce w jego kierunku.
    smutna Leslie

    OdpowiedzUsuń
  163. Zaśmiał się. Ten chichot mógłby idealnie pasować do szaleńca z obecnie najmodniejszych filmów. Nigdy nie ukrywał tego, ze nie jest normalny.
    - No to skoro sam Lucyfer to chyba nic ci nie będzie.
    Smród nasilał się. Cuchnęło świeżą stęchlizną, zgniłym mięsem i czymś jeszcze, czego nie dało się opisać.
    - To nie tylko dzieciaki... są tu dorosli, zwierzaki i inne cuda. To ludzie, którzy będąc tu na Skrócie, złamali zasady i stali się jego częścią. Kiedy przełażą na naszą stroną a to się zdarza, staramy się ich wybijać. To będzie też twoje zadanie, skoro już ci Skrót pokazałem. - zamilkł na chwilę, wbijając spojrzenie w drogę przed siebie. - Ale o tym opowiem ci później. - dodał.
    Przed nimi zamajaczyła jakaś postać. Młoda kobieta, z kręconymi jasnymi włosami, szła po asfaltowej drodze utykając. Objęła się ramionami by się trochę ogrzać. Kiedy usłyszała ryk silników, odwróciła się i uśmiechnęła z nadzieją.
    - Halo! Proszę mi pomóc... Miałam wypadek...
    Peter zerknął tylko przelotnie na auto leżące w rowie przy drodze. Ma masce już biegały szczury. Widocznie dziewczyna wydostała się z samochodu i chciała wrócić tą drogą którą tu przyszła.
    Peter sięgnął pod kurtkę po broń. Wyciągnął ją przed siebie, mierząc. Kobieta widząc pistolet zlękła się i przestała rozpaczlinie wymachiwać rękami. Jednak zanim zdążyła zareagować, padła na ziemię z rozsadzoną połową czaszki. Pete schował broń. Kiedy ją mijali, widać było już jak stadko szczurów wciska się w jej ciało, by chciaż na chwilę ja ożywić.
    - Teraz zła szczęśliwą myśl. Wybywamy z tego grajdołka. Szczęśliwa myśl i gaz. Poczujesz opór. Musisz go przemóc. Jeśli zbyt słabo sie postarasz, bariera cie odbije i złamiesz zasadę. No dawaj!
    Sam złapał szczęśliwe wspomnienie, jedno z nielicznych które posiadał i dodał gazu.
    Bariera napięła się, zapiszczała, zawyła i pękła, wypuszczając go na drogę. Dopiero kiedy upewnił się, że na pewno znajduje się już w realnym śmiecie, zatrzymał się i poczekał na Marcusa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Wiedział raczej, ponieważ, Peter ma ze sobą 5 wróżek. Chociaż on jest jeszcze dość nieokreślony więc właściwie możemy wszystko z ni m zrobić.
      Tak, wątek w Fableton chyba będzie najlepszym wyjściem :)
      Możemy tak zrobić że Sus i Will się znali, wtedy będzie jakiś punkt zaczepienia. 10 lat temu Pete miał jakieś 15 lat, więc też na pewno będzie go pamiętał. Może Will zaproponowałby Peterowi wspólną robotę? ]

      Usuń
  164. [ Może wątek w przeszłości, kiedy Faust również trudnił się złodziejstwem? Mogliby albo współpracować albo wręcz przeciwnie ;) ]

    Wsiadł do samochodu. Uśmiechnął się do kompana. nie dało się ukryć, ze pierwsza tabletka zaczęła już działać. Zerknał za zegarek. Musiał mniej więcej ogarniać czas. Pierwsza tabletka była na rozluźnienie i trzeba było ją porządnie wzmocnić. Zapiął pas, by przypadkiem nie wpaść na pomysł by wyleźć przez okno na dach.
    - Dawaj przed siebie...
    Minęło jakieś dziesięć minut nim narkotyk zaczął porządnie działać. Faust wsunął sobie do ust kolejną tabletkę, popijając ją wodą z butelki. Miał dziwnie suche gardło. Potem wsunął Luckowi drugą do ust.
    Ledwo po paru minutach, świat stał się na prawdę piękny. Lucyfer zatrzymał się przy przystanku autobusu. Faust otworzył okno, by wpuścić do środka trochę zapachu roztopionej czekolady i świergot ptaków. Gwizdnął do młodej kobiety, stojącej nieopodal.
    - Dziewczyno ty się ubierz!
    Jakoś nie widział czarjen kurtki, tylko poprostu nagą dziewczynę, zkoszem pełnym jabłek. Mógłby wyciągnąć rękę i zabrać, chociaż jedną ale nie zdązył, bo drogę "zajechał" im rydwan ciągnięty przez latającego hipopotama.
    - Za hipopotamem! - nakazał. Z piskiem opon ruszyli za rydwanem. Mimo, że narkotyk działał w ten sposób, że przedstawiał w wizjach niezwykłe rzeczy to jeszcze często pokazywał to czego sie pragnęło. Spojrzał na Lucka, ale on wciąż wyglądał jak on. Nie licząc rogów. Odpiął pas. Już znudziło mu się bezpieczeństwo. Przeciągnął się. Czuł się wspaniale. miał rozluźnione ciało i umysł pełen niezwykłości i radości. Przysunął się i ugryzł go w ucho.
    - Jesteś mój. Zaklepałem cie!

    [Wybacz marny odpis... :( ]

    OdpowiedzUsuń
  165. - Jesteś bez serca Luciu. - Powiedziała Shoshana z sąsiedniego pokoju. - Trochę współczucia dla niego. Wziął na siebie takie wielkie brzemię.
    - Nie rób ze mnie Chrystusa Shoshano. - Powiedziałem z lekka ironią w głosie. Nie wiem co mną kierowało, że w jakiś sposób zająłem się mała. Przecież dawniej bym na to machnął ręką i nic bym nie zrobił. A może bym i zrobił. Być może nawet i zabił. A teraz nagle czułem jakieś dziwne przywiązanie do tego dzieciaka. I nie wiem dlaczego tak było. Ten świat źle na mnie działał. Poczułem się jakoś tak słabo.
    - Wszystko w porządku? - Zapytała mnie Zuzanna, widząc, jak chwytam się za głowę i opadam na fotel. Jakby mi coś w jednej chwili odebrało wszystkie siły i moc moja. Poczułem, że po moim czole spływają krople potu.
    - Nie wiem. - Odparlem słabym głosem. - Nie wiem co się ze mną dzieje. Na pewno to nie był kac. - Coś się dzieje... - Wirowalo mi w głowie i zwymiotowalem krwią. Co jest do groma jasnego? Spojrzałem na Lucka, który był zdziwiony.

    OdpowiedzUsuń
  166. Praca w sklepie z bronią, nie była szczytem marzeń, jednak prawdziwe życie wymagało pieniędzy, a człowiek chcąc przeżyć, musiał je mieć, dlatego też żadna robota nie była nieopłacalna. Romanowa, chwytała się dosłownie wszystkiego, aż wylądowała za ladą, sklepu, gdzie ilość broni była naprawdę zatrważająca. Nie była zbyt rozmowna w stosunku do klientów. W końcu przyszli tu coś kupić lub obejrzeć, a nie ucinać sobie nudne pogawędki ze sprzedawczynią? Luba nigdy się nie cackała, nawet w pracy. Dawała ludziom do zrozumienia, że zupełnie jej ich osoby nie obchodzą, a wesołe i uprzejme dzień dobry, mogą sobie wsadzić, grunt, by zostawili satysfakcjonujący utarg i może jakiś napiwek.
    Wycierała właśnie blat z jakiś paprochów, gdy próg sklepu przekroczyła, bardzo dobrze znana jej osoba. Uśmiechnęła się krzywo, prychając pod nosem, słysząc jego słowa, po czym zdecydowanie złapała go za krawat i przyciągnęła do siebie, tak że ich twarze dzieliło zaledwie parę centymetrów, mając gdzieś jego wyglancowaną elegancję.
    — Chyba śnisz, chłopaczku — syknęła patrząc mu w oczy, a gdy tylko go puściła, pochwyciła z zadowoleniem butelkę z alkoholem. Cóż, Lucek zawsze przechodził do konkretów, co jej się niezmiernie podobało. Uważnie zmierzyła butelkę dobrobytu wzrokiem i zacmokała wesoło.
    — I to mi się podoba — zaśmiała się, po czym spojrzała na zegarek. — Masz szczęście, kończę za dziesięć minut — dodała rzucając ściereczkę pod ladę z nadzieją, że nie nadejdzie już żaden z klientów. Policzyła kasę, pozamykała gabloty i w zasadzie była gotowa.
    — Jedziemy do mnie czy masz inne plany?

    Luba Romanowa

    OdpowiedzUsuń
  167. [hej! to jak myslimy jeszcze nad czymś czy calkiem konczymy znajomosc? ;)]

    Eli.

    OdpowiedzUsuń
  168. - Twardy żołądek. - zaśmiał się. - Większość rzyga po pierwszym razie. Ale dobrze.
    Wyciągnął paczkę papierosów. POczęstował jednym z nich swego towarzysza. Zapalili, a Peter ustalał ich dokładne położenie w telefonie. Miał juz wprawę w podróżowaniu skrótem. Wiedział jak długo trzeba podróżowac po Skrócie by przemierzyć dany odcinek drogi.
    - Jesteśmy za nimi. Przynajmniej powinniśmy. Teraz stąd, ruszamy do bazy. Po drodze okaże się pewnie co poszło nie tak.
    Dopalili i znów wsiedli na maszyny. Peter przeciągnął się. Ostatnimi czasy coś łupało go w plecach.
    Jechali pełnym gazem. Mimo że Peter zerkał na pobocza, nigdzie nie było widać ani śladów nagłego hamowania, kawałków blach ani innych śladów, które mogłyby im podpowiedzieć rozwiązanie tej zagadki.
    Pete nawet zajrzał do baru, stojącego po drodze. Jednak nikt nie był w stanie powiedzieć czy widział w pobliżu większą grupę motocyklistów.
    Byli już prawie z powrotem w opuszczonym lunaparku. Zaczęło kropić. Pete zatrzymał się na leśnym parkingu. Pan wiedział, że Artemis zajmie się chłopakami jak należy. Niepokoiło go tylko to co się stało z Susem i resztą. Spróbował zadzwonic raz jeszcze. Tym razem nawet nie mógł uzyskac połączenia. Jedynym wyjściem jakie widział było to, ze byli zmuszeni zmienić trasę.
    stawili maszyny pod wiatę, a sami usiedli na ławie przy stole obok. Peter znów zapalił papierosa i zaczął raz jeszcze analizować całą sytuację. Zapewne w końcu wpadnie na właściwy pomysł.
    - Ile masz paliwa w baku? Odwiedzimy jeszcze raz Skrót.

    [ Wolałabym by zaczęcie było po twojej stronie. Przedstawić można by wtedy było mniej więcej sprawę dla której Will się pofatygował taki kawał :) ]

    OdpowiedzUsuń
  169. — Zdecydowanie bardziej wolę jak siedzisz cicho i polewasz — mruknęła Luba na odchodne posyłając mu znudzone spojrzenie, po czym raz jeszcze sprawdziła, czy aby na pewno wszystko jest na swoim miejscu, a ona może w spokoju zamknąć sklep i wrócić do domu.
    — Cóż…szału w tej robocie nie ma, ale z czegoś żyć trzeba — westchnęła, gdy tylko schowała klucze do torebki i kierując się na parking, wrzuciła ją ostatecznie na siedzenie i zasiadła za kierownicą, czekając aż Lucyfer zajmie miejsce obok niej. Droga do domu nie zajęła im wiele czasu, gdyż Luba mieszkała dość blisko swojego sklepu, że spokojnie mogła by chodzić na pieszo, jednak po co, skoro posiadała samochód.
    Na wejściu do jej mieszkania, powitał ją jej pupil, który może i gości za bardzo nie lubił, ale jak się człowiek postarał, to i psa umiał ugłaskać. Luba nie kwapiła się, by zapraszać Lucka na kanapę do salonu, by zapytać się, czy napije się herbaty albo kawy, ewentualnie nawet nie bawiła się w żadne słodkości dla gości. Wódka, to wódka, lepiej przejść do konkretów. Odgrzała jedynie w piekarniku poranną pizzę, której nawet nie zdążyła zjeść i niosąc ją ze sobą wraz z dwoma kieliszkami, postawiła wszystko na stoliku. Z cichym westchnieniem opadła na kanapę i włączyła telewizor.
    — No i na co się patrzysz? Chwytaj za dobrobyt i rozlewaj — pogoniła go, po czym sama poczęstowała się kawałkiem pizzy, nie chcąc pić na pusty żołądek, który intensywnie domagał się jedzenia.

    Luba

    OdpowiedzUsuń
  170. [Witam ;)
    Jeśli ktoś chciałby brata przejąć byłoby smutno, bo tak jakby troszku go zabiłam (będzie notka, jak tylko ją odtworzę, bo lama ja ją zgubiłam!), ale jeśli ktoś chciałby, a to w końcu postać kanoniczna, musiałabym go jakoś ożywić. I byłby przypał. Także no, tego... Bratu mówimy nie :D
    Przyszłam do Lucka, bo go pokochałam po notce, Lucek mój mistrz, i coś chcę jak najbardziej, ale. Zawsze jest jakieś ale. W tym przypadku mało czasu, leń, mało czasu. I muszę ograniczyć wszelakie wątki do tych naprawdę zacnych. Więc jeśli jakiś pomysł się nam uda - super, piszę od razu. Jeśli jednak ani ty ani ja na nic zwalającego z nóg nie wpadniemy, na razie będę musiała sobie odpuścić :(]

    Gretel

    OdpowiedzUsuń
  171. - No to chuj. - skomentował. Patrzył jak krople deszczu burzą powierzchnie wody kałuży na żwirowej ścieżce.
    - Trzeba zatankować. Jak utkniesz na Skrócie to będę cie musiał zastrzelić. Jak zawsze, jestem litościwy.
    Sam miał prawie połowę baku. Tankował po powrocie do bazy. Robił to z przyzwyczajenia. Nie raz Sus nagle wzywał go do miejsc oddaloych o parę kilometrów.
    - Wkurza mnie to, że każe siebie szukać. Mógłby zwyczajenie zostawić coś przy drodze jak zwykle to robi.
    Odwrócił powoli głowę w jego kierunku. Przesunął spojrzeniem po sylwetce mężczyzny od góry do dołu. Znów wrócił do jego oczu. Wydawały się jakieś obce, zimne. Nie było w nich zwyczajnych dla Marcusa zabawnych kurwików. Możliwe że jedna intuicja go nie myliła i coś było nie w porządku.
    - Po cholerę mi całkowita władza? Myślisz, że chce się użerać z tą hołotom? Mam tyle władzy ile zechce bo tylko dzięki mnie gang zarabia i robi to co robi. Poza tym, Sus to mój prawie ojciec. A ojcu się chuja w plecy nie wsadza. A teraz się skup, bo coś ci ostatnio odpierdoliło poważnie. Wracamy do bazy. Ocucimy to co się ocucić da i wysyłami chopaków w górę. A my skoczymy znów na Skrót i przelecimy się na wybrzeże. Na romantyczny spacerem brzegiem morza.

    OdpowiedzUsuń
  172. [Ojej, ale dawno nie odpisywałam! D: Przepraszam za zwłokę, ale sesja się zakończyła (no prawie, jeszcze jeden egzamin]

    Jack otworzył usta ze zdziwienia widząc Alpy, a gdy znaleźli się znów w barze, dalej miał rozdziawioną paszczę.
    - Co się? - wypalił głupio, przenosząc wzrok na Lucjana. - Jak ty to? - chłopak zamrugał wielokrotnie, po czym z szerokim uśmiechem nachylił się nad stołem. - Ale czad! Jak ty to zrobiłeś?! Serio jesteś jakimś dżinem! Kurde, stary, szacun! - zawołał energicznie. Sam panował nad śniegiem, zimą i wiatrem, i bla, bla, bla, ale to co zrobił ten mężczyzna wprawiło Frosta w osłupienie, takie mocne! Woah!
    - Jak to spełnisz moje dwa życzenia? - lekko przekręcił głowę na bok. - Nic nie ma za darmo, gdzie jest haczyk? - zaśmiał się lekko podejrzliwie patrząc na niego.


    Jack

    OdpowiedzUsuń
  173. [Będę myśleć w takim razie jutro, coś trzeba w robocie robić :D Odezwę się na dniach, cierpliwie czekaj ;)]

    Gretel

    OdpowiedzUsuń
  174. - Ja zawsze służę pomocą. Znaczy.. śnieżną - odparł z lekkim uśmiechem Jack. Miał dwa życzenia, ale takie za free. Coś mu dzwoniło w głowie, by nie do końca ufał tej osobie, ale wtedy uświadomił sobie, że nie wiedział czego mógłby chcieć. Znowu być zwykłym człowiekiem? Nie, lubił to kim był. Może by mógł ponownie odnaleźć swoją siostrę? Nie, ona już nie żyła. To też nie miało sensu. Mogłaby nie chcieć się z nim widzieć po śmierci, albo być kimś innym, albo go w ogóle nie poznawać. Zdecydowanie odpadało. Właśnie wtedy Frost uświadomił sobie, że nie miał jakiegoś szczególnego życzenia, które nikomu by nie zaszkodziło, bo na przykład taka wieczna zima nie byłaby dobra dla ludzi. Czego mógłby-
    - O! Wiem! Zakumplujmy się! - strzelił głupkowato z uśmiechem. Właściwie to nigdy nie przyjaźnił się z kimś... starszym od siebie. Znaczy przyjaźnił się głównie z kobietami, co w sumie było dość dziwne, aczkolwiek nie narzekał, bo każdą z nich szczerze uwielbiał, miał też dobrego znajomego, ale jakoś tak... Jakoś tak nie miał żadnego męskiego kolegi, który by go wprowadził w ten świat "dorosłych", a przydałoby się po tylu latach poznać to i owo. Co prawda Jack nie wiedział, czy to dobry pomysł, ale raz się żyje.

    OdpowiedzUsuń
  175. Peter zmarszczył lekko brwi. Bardzo starał się by nie wypisać żadnej emocji na twarzy ani w oczach. Przez wiele lat to trenował i opanował tę sztukę niemal do perfekcji. Był przesłuchiwany tylko dwa razy. Za pierwszym razem, niewiele brakowało a by się złamał i pozwolił by złość w nim wybuchła. Później, nauczył się kumulować emocje inaczej, więzić je i upychać gdzieś wewnątrz siebie.
    - Coś się taki nagle wojowniczo inteligentny zrobił? Zwykle siedziałeś cicho i mruczałeś coś pod nosem. A teraz nagle co? Tryb inteligencik się włączył?
    Parsknął i pokręcił głową. Facet nie musiał wiedzieć wszystkiego. Chociaż Peter robił różne rzeczy, które możnaby uznać za zboczone, dziwne albo szalone. Był wolny. Mógł robić co chciał, kiedy chciał i z kim chciał.
    - Prędzej wydłubałbym sobie oczy, niż zechciał obejrzeć twoją gołą dupę.. - prychnął. Mimo to, że towarzysz wypowiedział na głos jego powoli kształtujący się plan, miał wrażenie, że w nim coś jest niedopracowane.
    - Jak jednak ci zabraknie paliwa to nie myśl, że będę po ciebie wracał. - mruknął. Zadzwonił do Artemisa. Kazał zebrac brygadę i trzeźwieć. Potem zadzwonił do jeszcze dwóch osób, mówiąc to samo. Kazał też wysłąć tych latających wypierdków by sobie paptrzyli z góry na okolicę.
    Wydobył z kieszeni woreczek. Ocenił jego zawartość. Powinno wystarczyć. Najwyżej wyśle potem kogoć po Marcusa.
    Wciągnęli i wskoczyli na Skrót. Tym razem jechali dużo dłużej niż poprzednio. Istoty, potwory i inne paskudztwa Skrótu, interesowały się nimi coraz bardziej. Szli za nimi w długim pochodzie, czekając aż się zatrzymają albo złamią inną z zasad. Byli głodni.
    Wyskoczyli na autostradzie, biegnącej przy nabrzeżu. Pete powitał z ulgą świeży zapach morza i unoszacą się w powietrzu sól. Zatankowali do pełna na pobliskiej stacji benzynowej. Pete sprawdził adres, zapisany w notesie. Uzywał tylko sobie znanego szyfru. Czasem musiał coś zapisać, bo zapamiętywanie wszystkiego było właściwie niemożliwe.
    - Skoczymy na żarcie. - mruknął, kiedy znów wsiadali na swoje maszyny.

    OdpowiedzUsuń
  176. [Jestem. Długo mi zajęło, wybacz, ale jestem. I nie mam nic ambitnego w głowie, no chyba że Lucuś chciałby zostać odwiedzony przez moją pannę. Myślę że mogłaby chcieć się dowiedzieć na ile on jest w stanie sprawdzić jej, czy ktoś faktycznie nie żyje, czy jakimś cudem się wskrzesił czy coś. Bo jeśli kaput, to na pewno w piekiełku sobie siedzi. Ale to dosyć banalne, przepraszam że nie mam nic lepszego -.-]

    Gretel

    OdpowiedzUsuń
  177. Peter uwielbiał jeść. Była to jedna z największych miłości jego życia. Zwłaszcza, że nie tył. Od razu zamówił dwa obiady. Po co się rozdrabniać. Wrzucił w siebie dwa steki, dwie porcje frytek, jakieś sałatki i popił to wszystko kawą, która oczywiście była darmowa.
    - Ma ogarnąć chłopaków, zakazać chlania. Mają być czujni bo chuj wie co się pojawi. Jeśli coś pójdzie nie tak mają dzwonić.
    Dopił kawę, którą dolała mu kelnerka. Przy okazji przyniosła serwetkę, którą wytarła kilka kropli rozlanej kawy. To że napisała na niej swój numer, raczej również było celowe.
    - Przejedziemy się w dwa miejsca. A potem się zobaczy. Jak Lucka nie będzie wiedziała to mamy przesrane. Będę musiał ich szukać gdzieś indziej... Jeśli pędzili przez Skrót i coś poszło nie tak, mogli wyskoczyć właściwie wszędzie. Jest tyle światów, że bez dokładnej lokalizacji możemy ich już nigdy nie znaleźć.

    OdpowiedzUsuń
  178. - Nie jesteś cudotwórcą? Stary, właśnie przeniosłeś nas w góry! - zawołał lekko ironicznie. - Sam nie jestem jakiś święty! He he - białogłowy potarł nos z uśmiechem. - Hm... Może byśmy zjechali na nartach z jakiejś góry? Coś takiego? Chociaż skok ze spadochronu brzmi ciekawie! Nigdy tego nie próbowałem, może być fajnie. Hmmmm...



    Jack

    OdpowiedzUsuń
  179. Z przyjemnością wychyliła zawartość swojego kieliszka od razu nie patyczkując się z drugą kolejką. Uśmiechnęła się, gdy poczuła jak przyjemna goryczka rozgrzewa ją od środka. Pozwoliła sobie uraczyć się tym uczuciem, nim zaburzyła ten smak kolejnymi kęsami pizzy.
    — Życie jak życie, Lucek. Bez zbędnych rewelacji — odpowiedziała wzruszając przy tym ramionami. W jej życiu nigdy nie działo się zbyt wiele, poza powiększającą się liczbą wrogów i coraz bardziej ciętym językiem.
    — Czasem tak, jednak teraz przerzuciłam się na celowe kuszenie kierowców. Całkiem fajna zabawa, gdy zbaczają z drogi zupełnie nieświadomie. Najlepsze jest to, że gdy ogarnia ich paraliżujący strach, widzą wiele niepokojących rzeczy, tłumacząc sobie, że to tylko wyobraźnia, a tak naprawdę to ja. Ludzie to jednak idioci. Dwa tygodnie temu zemściłam się na dzieciaku pewnego kolesia. Podobno do dziś nie ma z nim kontaktu. Smarkacz tak samo głupi jak jego ojciec.
    Machnęła dłonią, by Lucek polewał dalej, w końcu po coś tutaj przyszli. Otarła usta serwetką, gdy wreszcie była najedzona, a alkohol wchodził jeszcze lepiej.
    — Wiesz, że nie lubię mówić o sobie, wiec lepiej Ty mi powiedź co u Ciebie słychać, albo i nie słychać.

    Luba

    OdpowiedzUsuń
  180. Bigby z przyjemnością opuścił wtedy mieszkanie Lucyfera. Nie lubił tego niedorośniętego gówniarza, o ile gówniarzem można było nazwać żyjącą stulecia istotę. W każdym razie irytowała go jego obecność, przeświadczenie o byciu najlepszym i czarne interesy, jakimi się parał, wciągając w to jego owieczki. Ale cóż mógł zrobić? Rola szeryfa pełna była tego typu ewenementów, spraw, które trudno było rozwikłać i cholernych idiotów, z którymi musiał się mierzyć; nawet jeśli nie było mu to na rękę i najchętniej wszystkim im przegryzłby gardła swoimi wilczymi szczękami.
    Mówiło się jednak trudno i Wolf o tym wiedział. Życie było nie lada gratką, a zważywszy na jego długość musiał nauczyć się cierpliwości i radzenia sobie z problemami na spokojnie. Trzeźwość umysłu była zaskakująco przydatna w jego pracy, nawet jeśli tak sprzeczna z wewnętrzną bestią, jaką w istocie był.
    Myślał, że ten epizod z szanownym diabłem dobiegnie końca i wyraził się dostatecznie jasno, coby kochany Boruta dał spokój na kilka długich miesięcy, uwalniając Bigby'ego od swojego wkurwiającego wpływu.
    Mylił się jednak, bowiem już kilka, naprawdę raptem kilka, godzin później dostał zgłoszenie o morderstwie. Cholera jasna. Morderstwo w Fabletown nigdy nie zwiastowało nic dobrego... jakby w innych miejscach było jakimś przyjaznym omenem...
    Jakiś człowiek znalazł martwego baśniowca nożem, wbitym w rozprute wnętrzności.
    Szeryf pojawił się tam natychmiast, badając miejsce zbrodni z wilczą dokładnością. Rana na brzuchu wskazywała na fakt, że oprawca bawił się z ofiarą; jeszcze za życia powoli wodził ostrzem w jej trzewiach, zadając niewytłumaczalny ból. Biedaczek... ale wyczuł coś jeszcze.
    Woń Lucyfera, cholera. Ten mały chujek już musiał się mu narazić... co za gówniarz, kurwa mać...
    Bigby zastanowił się. Czy była w tym jego wina? Czy rozjuszył Lucyfera do tego stopnia, że posunął się do morderstwa? Nie... pokręcił głową. Zrobił co musiał i co było słuszne. Boruta był osobą odpowiedzialną za siebie i nie mógł usprawiedliwiać swoich czynów działaniami innych.
    Musiał znaleźć tego skurwiela.
    Ale najpierw zlecił zastępcy zabranie zwłok do biura. Pewnie będzie trzeba poddać je sekcji, nawet jeśli podjął już trop.
    Szkoda tylko, że po dotarciu na miejsce... nie zastał Lucyfera w jego mieszkaniu.
    Ale z drugiej strony... czego on się, kurwa, spodziewał? Diabeł może i był idiotą... ale nie był głupi.
    Jakkolwiek kuriozalnie to brzmiało.

    Bigby

    OdpowiedzUsuń
  181. Leslie lubiła swojego słodkiego przyjaciela, czyniącego jej miłe rzeczy, toteż nie chciała pozwolić mu odejść. Była wesołą istotą, pełną energii i miłości do świata, więc nie miała ochoty rozstawać się z osobą, która wytrzymywała jej towarzystwo. Zwłaszcza, że mały rudzielec miał problemy ze znalezieniem ludzi, którzy nie odesłaliby jej do wariatkowa. Fakt, faktem, chyba tylko tam się nadawała, ale... była cholerną wampirzycą, więc nie można było się spodziewać po niej niczego innego.
    Dlatego ze słodkim uśmiechem gładziła jego włosy, nucąc pod nosem niepokojącą piosnkę. Nawyki z dawnego życia wciąż się jej trzymały; nadal sprawiała wrażenie tej krwiożerczej bestii, która zaraz rozszarpie Ci gardło. W założeniu, że dobrze jej się przyglądałeś.
    — Lubię deszcz. Deszcz jest mokry i zmywa całe zło — szepnęła naiwnie, rozszerzając usta w uśmiechu. Nie wierzyła w to i nie ogarniała działania deszczu, chociaż jedna rzecz bardzo ją ciekawiła. — Dlaczego deszcz pada w dół, a nie do góry? — spytała niedorzecznie i znowu stanęła, okręciła się wokół własnej osi, podeszła do stołu, przejechała po nim dłonią i wróciła, siadając po turecku w nogach łóżka. — Jak on działa? Czy może padać w górę jeśli... będzie się dla niego miłym? Dlaczego Ty nie chcesz podpisać ze mną cyrografu? A mogę być Tobą i zadawać ludziom zadania? A pobaw się ze mną, co? Co?! A może... dlaczego nie chcesz być moim dżinem? Zawsze chciałam być dżina. Czemu nie spełnisz trzech moich życzeń? Ja chcę! Chcę! Przecież Cię nie zjem, przecież ja... dlaczego mnie nie lubisz? — załkała, pociągając nosem.
    Leslie

    OdpowiedzUsuń
  182. - Jak chcesz możesz wracać. Sam sobie umiem poradzić. Jestem dużym chłopcem. Ja wróce jutro. Prześpię się tu, przerucham jakieś dziunie a potem będę wiedział co i jak. Zwykle po zabalowaniu wpadają mi do głowy najlepsze pomysły. W badzie dalej rządzi Arthemis. Więc nie przeginaj jak chcesz wracać.
    Przeciągnął się aż trzasnęło mu coś w kręgosłupie. Cała sprawa coraz mniej mu się podobała. Chyba zaczynał się denerwować.
    - Idę do wieszczki. Sucz zawsze wie co i jak. Jak ich znajdzie od razu to dobrze. Jak nie, będzie szukała do skutku. A ja ją przypilnuje. swoją drogą, niezła z niej laska. Ale do skoków i tak przyda mi się więcej pyłku.

    OdpowiedzUsuń
  183. [Jeśli zadzwoni, to pewnie przyjdzie bo dla niego nieistotne, komu ma towarzyszyć, a raczej za ile. Mój Pan nie zna pojęcia wstydu więc pewnie szybko porzuci swe bokserki, a potem będzie niezręczna cisza. Jak wszystko ładnie zgramy, to moze wyjdzie z tego nawet przyjaźń :)]

    ~Książę Charming~

    OdpowiedzUsuń
  184. [Cześć, diabełku! Coby Aurora mi za bardzo nie przysnęła, liczę, że Lucyfer wkręci ją w swoje diabelskie sidła. Co Ty na to, kombinujemy coś razem? :)]

    Śpiąca Królewna

    OdpowiedzUsuń
  185. [Kompletnie nie ogarniam o co Ci chodzi xD Rozumiem, ze miałby mu pomóc, ale w jaki sposób? Uprzedzam tylko, ze Czaruś woli kobietki, ale z mężczyznami jest tylko dla pieniędzy. Twój Pan jest bogaty więc pewnie zrobiłby dla niego dosłownie wszystko :D]

    ~Charming~

    OdpowiedzUsuń
  186. [Podoba mi się ten pomysł. :3 Mogę wykorzystać Cię do zaczęcia? <3]

    Aurora L.

    OdpowiedzUsuń
  187. Poczuł lekką ulgę gdy został sam. Nie był pewien dlaczego, jego ciało instynktownie było spięte, mimo że znał przecież Marcusa od lat i nigdy nie widział w nim zagrożenia.
    Odczepił od swojej maszyny mały kuferek. Odgiął masywne zapięcia, które należało odpowiednio ścisnąć by móc je w ogóle unieść i zajrzał do środka. Wróżki spały spokojnie. Nawet nie zauważyły, że opuścili dom.
    Sięgnął ręką w głąb domu wróżek. Znalazł małe drzwiczki magazynu i wyciągnął z niego małą plastikową torebeczkę z proszkiem. Zamknął drzwiczki i zamknął cały kuferek, starając się zrobić to jak najciszej.
    Przymocował kuferek z powrotem. Musiał dbać o swoje małe skarby. Czasem zastanawiał się, sąd właściwie ja ma. Były z nim od zawsze. Dawniej jeszcze próbowały uciekać a teraz, wpadały w panikę kiedy nie było do zbyt długo przy nich. Właśnie dlatego wszędzie je ze sobą woził. Czasem zabierał na spacer, umieszczając każdą w przygotowanych specjalnie kieszeniach kurtki.
    Wieszczka już na niego czekała. Do tego też się przyzwyczaił. Chociaż, gdy po raz pierwszy przybył tu z Susem, był zirytowany faktem, że kobieta wszystko wie.
    Jednak to co mu powiedziała nie dotyczyło Susa, tylko grupy motocyklistów która została zwiedzona i pojawi się niedługo właśnie tu. Parsknął zirytowany. Przecież mówił im, że mają zostać... Marcus tam pojechał, miał ich przypilnować.
    Coś zdecydowanie było nie tak.
    - Później się tym zajmę... Nie ma na to czasu. Mów gdzie Sus. - mruknął, zapalając papierosa.
    Kobieta westchnęła, kręcąc głową. Wyciągnęła mu z dłoni peta i sama się zaciągnęła. Lubił jej nonszalancje. Mieli podobny charakter. Możliwe, ze dlatego włąsnie kazda jego wizyta u niej, kończyła się w jej łóżku... albo na innym meblu.
    - Twój papa miał problemu na Skrócie. Jeden z tych waszych neandertalczyków przypadkiem, czy całkiem zamierzenie... podpalił Skrót...
    - Ah... sucho tam jak niemoczony chuj... - mruknął bardziej do siebie niż do niej.
    - Właśnie. Skrót się wkurzył i wypluł ich zupełnie gdzieś indziej.
    - Może im nie wystarczyć paliwa na powrót. Może to dobrze, że przyjechali. Sam nie wezmę kilku baków. Gdzie są?

    Ostatnim miejscem w kórym by szukał byłyby rozległe lasy Schwarzwaldu. Ale właśnie tam trafili jego ludzie. Wyszedł od wieszczki, trochę zawiedzony ze musiał tak wsześnie wyjść. Na stacji beznynowej już czekali Artemis z kilkoma chłopakami, którzy byli najbardziej trzeźwi.
    - Mieliście czekać. - mruknął.
    - Jak czekać? Marcus kazał nam przyjechać do ciebie. - odparł Artemis, wycierając szmarkną kierownicę swojej maszyny. Peter zmrużył oczy. A więc to ta łajza... możliwe że przeczucie go nie myliło i coś rzeczywiście było nie tak. Powinien bardziej ufać sobie...
    - Ramus! Weź sześciu chłopaków i wracaj do bazy. - warknął do młodziaka stojącego najbliżej. - Złapcie tego całego Marcusa, oklepcie trochę i przywiążcie gdzieś, byle mocno. Ma żyć. Chce znim porozmawiać. A reszta... tankujcie do pełna. Brać po kanistrze i napełnić wszystkie. Jedziemy po Susa... i resztę naszej watahy...

    [Proponuje trochę przeskoczyć w czasie :) Mogą się spotkać przypadkiem w jakimś przydrożnym motelu. Lucek oczywiście byłby już w sowjej własnej postaci :) ]

    OdpowiedzUsuń
  188. Wpatrywał się w drogę przed sobą. Przesuwające się rytmicznie białe pasy, oddzielające strony jezdni były wręcz hipnotyzujące. Zaczął napadać zmrok. Miał już zdrętwiałe nogi a prostowanie ich już przestawało pomagać. Musiał się zatrzymać, chwilę pochodzić a potem położyć się spać. Był w trasie, przerywanej na tankowanie, jakiś posiłek i toaletę, już prawie dziewięć godzin. Warkot silnika zaczynał mu się wwiercać w czaszkę.
    Reklama motelu wyłoniła się zza zakrętu jakby za sprawą magii. To właśnie był cel jego podróży. Tani motel z barem i kto wie, może z jakimiś dziewczynkami na godziny. Przyda mu się relaks, połączony z interesami.
    Zatrzymał się na parkingu dla gości, wybierając najmniej widoczne z drogi miejsce. Wątpił by szukali go na drugim krańcu kraju. Żaden normalny człowiek nie przebyłby takiej odległości, poruszając się po ziemi, w kilka godzin. Całe szczęście, że on nie był taki jak każdy. Mógłby wybrać inną część kraj, albo nawet inny kraj, nawet taki za oceanem. Jednak lubił Stany i ten specyficzny, panujący tu klimat.
    Przerzucił przez ramię wojskową torbę. Odczepił od maszyny nieduży kuferek i wkroczył do motelu. Dzwonek zaweszony nad drzwiami, obowiązkowy w takich miejscach, oznajmił przybycie gościa.
    Recepcjonistka, pomarszczona ciemnoskóra kobieta, oderwała wzrok od robionej na drutach skarpetki i wbiła je w mężczyznę.
    Peter zbliżył się do biurka, z dużym napisem recepcja, wymalowanym czarną farbę na desce. Uśmiechnął się w sposób, jaki tylko on potrafił. Ludzie chyba podświadomie wczuwali w nim niebezpieczeństwo i dopiero ten przyjemny uśmiech ich nieco uspokajał. Kobieta przestała kurczowo ściskać drut i zmrużyła oczy.
    - Dobry wieczór. - przywitał się. - Chciałem pokój na jedną albo dwie noce.
    - Wieczór dobry, ciepły. - odparła zachrypniętym głosem. - No to na jedną czy dwie? Mamy tu spory ruch...
    Pete rozejrzał się po korytarzu. Poza nim i recepcjonistką nie było widać nikogo. A na parkingu stało ledwie kilka aut i motocykli, przy czym prawie wszystkie w bliskości wejścia do baru.
    - Dobrze, więc na dwie.
    - Jednoosobowy?
    Mężczyzna poszerzył nieco swój uśmiech. Wyglądało na to, że przyprowadzenie poderwanych panienek na numerek do hotelu było dodatkowo płatne.
    - Niech będzie dwuosobowy.
    Przesunęła po nim podejrzliwym spojrzeniem. Otworzyła kalendarz, leżący przed nią i przejrzała listę.
    - Płatne z góry. Jakiś dokument poproszę...
    - A jak zapłacę za trzy noce i powiem, że nazywam się Derek Dallas, to to wystarczy?
    W podejrzliwych oczach starej recepcjonistki, która widziała i słyszała już wiele, rozbłysła chciwa zgoda. Za to właśnie lubił takie małe motele przy drodze. Można było pozostać anonimowym.

    Rozgościł się w swoim pokoiku. Łóżko było nawet wygodne a pościel dziwnie świeża. Pewnie ktoś tu zmarł i byli zmuszeni zmienić na nową. Otworzył kuferek i zajrzał do środka. Kuferek sam w sobie był większy w śordku niż na zewnątrz. Wyglądało na to, że dziewczynki śpią. Postawił więc uchylony na parapecie okna. Wziął prysznic, przebrał się, powalczył chwilę z hotelową pralką na monety, postawioną w korytarzu. Poczekał aż pranie i suszenie się skończy. Jeszcze rozwiesił ubrania na skrzydłach drzwi szafy. Pochował to co trzeba było pochować, wziął kilka banknotów i udał się do baru.
    - Fireball. - zamówił, siadając przy barze. Barmanka spojrzał na niego unosząc brew.
    - Poważnie?
    - Jasne. Mój ulubiony. - obdarzył kobietę swoim magicznym umiechem. nie dziwił się jej. Nawet w jego gangu krzywili się gdy pił tego drinka. Nie każdy odważyłby się wypić drinka z tabasco, cynamonu i wódki.
    Po sekundzie przysiadł się do niego mężczyzna. Zerknął w bok. Poczuł jak po kręgosłupie przesuwa się chłodny dreszcz. Ciało spięło się, mimo że mężczyzny nie znał, instynktownie czuł że coś jest nie w porządku.
    Potem nieznajomy sie odezwał. Albo tajniak... albo dawny kolega Susa, którego najwidoczniej nie pamięta. Ale po co ryzykować?
    - Nie znam. - odparł. Podejrzewał, że gdyby byłby z branży wiedziałby, że wszyscy z jego gangu albo nie żyją albo siedzą w pierdu.

    OdpowiedzUsuń
  189. Meżczyzna znał zbyt wiele ksyw, by być kimś przypadkowym. Nie mógł być klientem, więc wciąż pozostawały dwie możliwości. Glina albo jakiś współpracownik Susa, którego nie znał. Jednak ta druga opcja była mało prawdopodobna. Znał raczej wszystkich. W końcu miał przejąć interes gdy Sus zdecyduje się na emeryturkę.
    - Właściwie coś ty za jeden, że się tak wypytujesz, co? Jakoś mi się nie podobasz... Obciągnij mi druta to się zastanowię czy chce cie znać.
    Wypił swojego drinka. Czuł jak ostro przyprawiony alkohol, przepływa mu po języku, przez przełyk aż do żołądka. Przeniósł znów spojrzenie na mężczyznę. Był chyba nawet ciekaw z kim ma do czynienia. Jak jest gliną to najwyżej dostanie nożem między żebra. Ale jak jest kumplem Susa, to może mu pomóc.
    Milczał kilka chwil, przeciągając tę chwilę jak najdłużej się dało. Jemu się nie spieszyło. Nie chciał tylko robić zamieszania. Wolał by nikt nie zwrócił na niego większej uwagi. Może poza dziewczynkami, które od chwili jego pojawienia się w barze, rzucały mu powłóczyste spojrzenia.
    - No dobra przystojniaczku... Nie znam cie i nie wiem czy chce poznać. Jakiś dziwny jesteś. Więc... albo mi powiesz kim jesteś i czego tak na prawdę chcesz albo idź pomarnuje tlen gdzieś indziej.

    OdpowiedzUsuń
  190. Wchodząc do swojej sypialni, nie była zaskoczona gdy ujrzała tam Lucyfera. Mężczyzna pojawiał się w najbardziej niespodziewanych miejscach do czego zdążyła już przywyknąć podczas trwania ich znajomości. Właściwie wcześniej był jej klientem, a teraz wykonywała dla niego... drobne kradzieże.
    Pełnym gracji i zgrabnym krokiem powoli się do niego zbliżyła, a kiedy wstał złożyła gorący pocałunek na jego ustach w formie przywitania.
    — Och, Lucyfer! Witaj w... mojej sypialni. — rzuciła żartobliwie. Miała dzisiaj wyśmienity humor co Lucek od razu mógł zauważyć. — Mogłabym nie tęsknisz? Swojego czasu byłeś moim ulubieńcem.
    Uśmiechnęła się do mężczyzny nieco zawadiacko i podała mu metalową walizkę, którą trzymała w dłoni.
    — Oto pieniądze. — mruknęła, po chwili wyciągając paczkę papierosów. Odpaliła jednego, a także nie zapomniała o tym by poczęstować mężczyznę. — Moja pensja nie jest licha, ale jestem otwarta na wszelkie propozycje. Mów. — zaciągnęła się mocno papierosem i wypuściła dym prosto na jego twarz.
    Posłała mu kolejny, nieco figlarny uśmiech. Nie zrażała go jego niemiła natura, bo dla niej zazwyczaj był inny, nie pokazując swojej podłości. Zresztą, nawet gdyby było inaczej Aurora z pewnością znalazłaby sposób by mu się odpłacić. Była wręcz mistrzynią zemsty. Nie widziała jednak powodu by utrzymywać złe relacje z Lucyferem. Można było powiedzieć, że go lubiła. Poza tym był przystojny, namiętny i bogaty, a to zdecydowanie działało na jego plus. Przesunęła delikatnym ruchem dłońmi wzdłuż swojej krótkiej, bo sięgającej do zaledwie połowy ud sukienki, która była bardzo obcisła i wyraźnie podkreślała jej kobiece krągłości.
    — Zapomniałam zapytać, czy Ty tęskniłeś za mną? — mruknęła tym swoim słodkim, uwodzicielskim głosem.
    Jeśli mogli połączyć przyjemne z pożytecznym to Aurora miała zamiar to właśnie zrobić.

    Aurora

    OdpowiedzUsuń
  191. [Khy, khy, cześć, to znowu ja, po raz kolejny goszczę na Fable, ale już pewnie zauważyłeś. :D Napiszmy coś.
    No i dziękuję za miłe słowa pod notką. :)]

    Gareth Burton

    OdpowiedzUsuń

Szablon wykonała Night Tear. Źródło: WallPaper. Obsługiwane przez usługę Blogger.