niedziela, 22 marca 2015

Now and then we had a hope

 that if we lived and were good, God would permit us to be pirates



Dawno, dawno temu...
Tak dawno, że już nie jestem w stanie powiedzieć, kiedy dokradnie.Wiem tylko, że minęły wieki. Nie parę, nie paręnaście, nawet nie parędziesiąt, ale paręset lat. Światem rządziły o wiele prostsze zasady, a ja byłem ledwie dzieckiem. Małym oseskiem, który patrzył dookoła z zachwytem. Nie było demonów, morskich czarownic, czarów i nieśmiertelności. Chyba że w opowieściach, których tak chętnie słuchałem. Wtedy właśnie byłem tylko ja i mój starszy brat. Matka zmarła, zanim zdążyłem ją poznać. To było tak dawno temu... Czy zmarła wydając mnie na świat, czy było to może później? Nic już nie pamiętam z samych początków. W każdym razie - nie żyła. Ojca nigdy nie kochałem, z wzajemnością. Potrafił tylko pić i karać swoich synów za wymyślone występki. Unikałem więc domu jak ognia. Godzinami z Davidem bawiłem się na plaży. Planowaliśmy naszą przyszłość. Naiwni chłopcy marzący o podboju siedmiu mórz! Chcieliśmy zaciągnąć się do marynarki, służyć naszemu władcy, ktokolwiek władał wtedy Anglią. To ona właśnie byłą moim domem. Bajkowa Anglia - mroczna, tajemnicza i wypełniona aurą magii. Cudowne miejsce do dorastania w biedzie. Nie narzekałem. Nie dopóki brat był obok...

Potem odszedł, uciekł, zostawił mnie. Jak głupi próbowałem go powstrzymać. Wdawałem się w bójki, by udowodnić mu, że potrzebuje opieki. Tylko tyle byłem w stanie w tedy wymyślić. Byłem taki mały i przerażony. Wizja zostania z ojcem zmroziła mi krew w żyłach. Robiłem wszystko, co mogłem, ale to nic nie dało. David na pożegnanie pocałował mnie w czoło, zmierzwił moje kudły, wcisnął mi w dłonie swój zegarek i z uśmiechem wkroczył na pokład. Pamiętam tylko, że to był piękny statek. Tylko że przecież planowaliśmy wsiąść na niego razem. Mieliśmy uciec razem... Bracia Jones... Tymczasem ja zostałam na brzegu z drewnianym krokodylem jako jedynym przyjacielem i z ojcem pijakiem. To było najgorsze, co mogło spotkać małego chłopca.

Wkrótce też ojciec zmarł. Zanim pogrzebali go w ziemi, zobaczyłem jego trupa. W jednej dłoni wciąż ściskał butelkę rumu. Nie było mi go żal, nie chciałem płakać. Ba! Nawet się ucieszyłem. Powtarzałem sobie, że jak wróci David to wszystko się ułoży, będziemy wolni! Tylko że David nie wrócił, za to przybyły wieści o zatonięciu statku, którym wyruszył. Wtedy płakałem. Długo i rzewnie płakałem. Znalazłem prosty kawałek deski i uczyniłem z niej nagrobek. Wypisałem na nim kawałkiem węgla imię brata i codziennie nosiłem tam świeże kwiaty. Och wyobraźcie sobie małego chłopca pogrążonego w żałobie! Osamotniony sierota, któremu nikt nie chciał pomóc. Wytykali mnie palcami mówiąc, że jestem synem tego pijaka. Próbowałem szukać pracy. Nosiłem gazety, pomagałem piekarzowi, rzeźnikowi, kucharzowi, stajennemu... Zarabiałem marne grosze. Potem... No cóż. Powiedzmy, że taka mała, zbuntowana dziewczynka nauczyła mnie kilku życiowych prawd. Była cyganką, moją pierwszą przyjaciółką. Przecież kradzież dwóch jabłek cię nie zabije, nie Haczyk? No nie zabiła mnie. Przeciwnie, nauczyła mnie żyć.






...Na pokład!








Kolejnym ważnym wydarzeniem w moim życiu było przybicie do brzegów Anglii "Cesarzowej". Ledwie ją ujrzałem, a już wiedziałem, że pora wydostać się z tej dziury, którą niegdyś z uśmiechem na ustach zwałem domem. Tak wiele się zmieniło. Nic już mnie nie trzymało na miejscu, a cały swój dobytek zmieściłem w małym tobołku, który przerzuciłem sobie przez ramię. Najcenniejszą rzeczą jaką posiadałem był stary zegarek... Zegarek brata, za którym tak tęskniłem. Czemu musiał zginąć? Czemu zabrało mi go morze, które tak ukochałem? Wtedy nie umiałem odpowiedzieć sobie na pytania, teraz wiem, że niepotrzebnie je zadawałem.

Przyjęto mnie na "Cesarzową". Ciągle kapitanowi mało było taniej siły roboczej. Nie przeszkadzało mi to, że musiałem harować od świtu do nocy, pucować deski pokładu, wspinać się na bocianie gniazdo, cerować żagle za marne pieniądze. Wreszcie przynajmniej uciekłem z miejsca pełnego żalu i nieszczęść. Morze było moim przeznaczeniem. Szkoda tylko, że kapitan mnie nienawidził. Znów trafiłem pod skrzydła drania. On w odróżnieniu do mojego ojca nie pił. Za to urządzał niezapomniane chłosty, po których pokład spływał krwią. Wszystko w imię króla! Wszystko dla kraju! Jakże szlachetne zawołania w ustach skończonego drania. Nie miało to jednak większego znaczenia.
 
Przynajmniej z łatwością porzuciłem zakłamanego kapitana, gdy przyszło mi wybierać między śmiercią, a piractwem. Sprośne piosenki,  przyzwolenie na picie rumu, rabunki i krwawe bijatyki. Gdy z "Cesarzowej" przesiadłem się na "Zemstę Królowej Anny", nie czułem żalu. Zmieniły się zasady, ale wciąż co dnia czułem słoną bryzę na twarzy. Nic więcej nie było mi trzeba. Choć szczęśliwy też nie byłem. Zazdrośnie przyglądałem się wyżej postawionym w hierarchii ode mnie i postanowiłem zasłużyć na coś więcej niż szorowanie pokładu. Nieskromnie przyznam, że wyszło mi to nie najgorzej. Kapitan mnie lubił, jego podkomendni już mniej. To też powolutku przeskakiwałem ze szczebelka na szczebelek, pnąc się ku górze i większym przydziałom po abordażu. W dodatku Czarnobrody uznał, że nadam się na jego następce i postanowił wprowadzić mnie w świat jego magii.

To wszystko zaszło bardzo daleko i choć wiedziałem, że brat nie byłby ze mnie dumny, to cieszyłem się pirackim życiem. Wreszcie wszystko dobrze się układało. Morze, magia, władza, krew, kobiety. Niczego nie musiałem sobie odmawiać, a ludzie się mnie bali. Wtedy właśnie na pokładzie "Zemsty Królowe Anny" stanął morski diabeł. Zwali go Davym. Czarnobrody miał z nim porachunki. Przyszła pora na straszliwą rzeź, w której zginęła cała załoga i kapitan, który przez ten czas stał mi się ojcem. Byłem wściekły i zrozpaczony, szykowałem się na śmierć. I wtedy okazało się, że Davy Jonse to mój kochany starszy brat. Nie mogłem w to uwierzyć, a jednak. To był on. Cały, zdrowy, żywy. Radości nie było granic. Oboje byliśmy wysoko postawionymi żeglarzami, choć on... Zmienił się. Nie był już człowiekiem, posiadał niepojętą dla mnie moc, był czymś więcej. Uznałem, że tym lepiej dla niego. Posiadł magię, o której razem marzyliśmy. Cóż to było za spotkanie. Powinienem był go nienawidzić, powinienem wyrzucić mu w twarz porzucenie mnie i zabicie mojej nowej rodziny. Tymczasem oboje wpadliśmy sobie w ramiona. Bracia Jones znów byli razem.



 The Jolly Roger

Nie potrafiłem złościć się na brata za brak słowa przez te wszystkie lata. Wszak sam uciekłem z domu, do którego mógłby ewentualne wieści przysłać. Liczyło się tylko to, że odzyskałem brata. Trochę odmienionego, a jednak tego samego. To wciąż był David, który chciał się mną opiekować. Choć wolał by nazywać go Davy Jones. Trochę wydumane, ale skoro miało rozsławić nasze nazwisko... Nie protestowałem. Tym bardziej, że Davy postanowił podarować mi prezent na wspólną przyszłość. Prezent, o jakim nie mógłbym marzyć. Przecież to była tylko jednak z tych głupich historyjek... Magiczny statek zatopiony u brzegu naszego rodzimego kraju. Dostojny okręt, który mógł podróżować nie tylko po morzach, ale miedzy krainami. Magicznymi krainami... Zaklęte drewno podatne na wszelkie wzmacniające czary, a odporne na ataki, po których zwykły statek rozleciał by się w drzazgi. To była zdecydowanie moja ulubiona bajka.

Mój brat zamienił bajkę w jawę. Za pomocą swoich potężnych mocy wyciągnął z dna najpiękniejszy okręt, jaki w życiu widziałem. To była moja pierwsza prawdziwa miłość, której nigdy nie zdradziłem. Mój pokład, moje żagle, moje maszty, moje ożaglowania, moje, moje, moje. Mój "Jolly Roger", bo tak go ochrzciłem. Jak ja go pokochałem. No i mogłem zostać jego kapitanem! Ha! Bez namysłu zostawiłem wszystko za sobą na rzecz cieplutkiej posady kapitana "Jolly Rogera". Magiczny okręt wierny mi równie mocno jak ja jemu. Statek, który przywiązał się do człowieka. Z początku, gdy ludzie mnie nie znali i mi nie ufali, bardzo mi się to przydało. To "Jolly Roger", nie ja, stłumił pierwszy bunt. Pomagał dobrać odpowiedni kurs i zabierał mnie tam, gdzie chciałem. Zawsze też wiedział, jak wrócić do Davyego. Cały mój.

Wbrew pozorom nie poświęciłem się od razu piractwu. Znaczy... Nie służyłem żadnemu królowi, ale też nie rabowałem. Wyobraźcie sobie był ze mnie dżentelmen. Aż śmiać mi się chce na samo wspomnienie tamtych czasów! Praworządność, honor i uczciwe zarabianie. Lub poszukiwanie skarbów. Przeklęte poszukiwanie skarbów. Skąd miałem wiedzieć, że to właśnie ono przywiedzie mnie do zguby?


Wody Renu


Może i jako kapitan chciałem uchodzić za cnotliwego, ale prawda jest taka, że wieczory spędzałem na upijaniu się i na zapoznawaniu coraz to nowszych dam. Choć może damy to zbyt wielkie słowo. Nie to, że nie wierzyłem w miłość. Po prostu nigdy wcześniej moje serce nie zabiło szybciej na widok kobiety. Delikatnie rzecz ujmując moje ciało reagowało w inny sposób na takie widoki. Mniejsza jednak o to. Rzecz w tym, że razu pewnego, po pijaku, usłyszałem piękną opowieść o skarbie. O wielkim skarbie Króla Olch ukrytym w wodach Renu. Nic też dziwnego w tym, że kolejnego dnia wyruszyłem w tamte strony. 

Niemcy wydały mi się krajem... Innym. Niewiele pamiętam jeśli chodzi o tamtejsze okolice. Za to ze szczegółami pamiętam Ren i wielką skałę, o której krążyły rozmaite opowieści. Coś mi się nawet obiło o uszy o syrenie, nimfie czy czymś tam jeszcze innym, co miało uwodzić i zabijać mężczyzn. Zignorowałem plotki, bo z doświadczenia wiedziałem, że Wilki Morskie lubują się w bajeczkach. Zresztą historie o roztrzaskanych pod skałą okrętach też mnie nie martwiły. Mój "Jolly Roger" miałby się rozbić o skałkę? Do czorta nie! I też nic mu się nie stało. Dostałem się bardzo blisko skarbu. Znalazłem nawet trochę błyskotek na brzegu, które tylko powiększyły mój apetyty... Planowałem wszystko godzinami, chciałem odnaleźć skarb, zdobyć wielkie bogactwo, zasłynąć na siedmiu morzach! Potem pojawiła się ona...


Lucy. Nazywała się Lucy. Przedstawiła się jako córka rybaka. Bezpowrotnie zatonąłem w jej błękitnych oczach. Były jak ocean. A ona cała... Ach... Przepadłem dla niej. Jej uroda, jej śmiech, jej uwodzicielskie ruchy. Nigdy nie widziałem piękniejszej kobiety i nigdy żadnej tak nie pragnąłem. Była moim słońcem, moimi gwiazdami, moim światem. Prędko zapomniałem o rzekomo przeklętym skarbie i poprosiłem, by uciekła ze mną. Jakież było moje szczęście, gdy się zgodziła. Jej dłonie na mojej twarzy, jej blond włosy. Była moja. Cała moja. Wszystko się zmieniło. Wystarczyło, że ją poznałem. Byłem gotów spełnić każde jej życzenie. Chciałem być dla niej wszystkim, uszczęśliwić ją, założyć z nią rodzinę. Dla Lucy mógłbym nawet porzucić morze, ale ona tego nie chciała. Ona też kochała szerokie wody. Nigdy nie było dwóch duszy lepiej do siebie dopasowanych niż my.

Słodkie pocałunki, niewinne rumieńce, godziny wpatrywania się w soje oczy. Miałbym to wszystko i więcej, gdybym wtedy nie zapragnął pokazać jej Anglii.




 
 





Hak











No i tak to przez sploty losu, przeznaczenia i innych dziwadeł dotarłem do kulminacyjnego punktu mojego życia. Wszystkie opowieści jakie o mnie słyszeliście miały nabrać sensu. No bo gdzie we mnie ten zły, krwiożerczy piracki kapitan bez ręki? Co z latającym chłopcem, krokodylem, zagubionymi chłopcami i innymi bzdetami? Gdzie do cholery ten czarny charakter?!

Oto ja. Najszczęśliwszy człowiek na świecie, który wybrał złe miejsce. Pragnąłem pokazać ukochanej mój dom, przedstawić ja bratu. Nigdzie indziej przecież nie byłoby nam tak dobrze, jak mogło być w Anglii. Przynajmniej z takiego założenia wychodziłem. To też przepełniony marzeniami zacumowałem "Jolly Rogera" w domu. Jakbym jeszcze się nie nauczył, że to tam stało się najgorsze. Wolałem jednak pamiętać, że to tam po latach odnalazłem brata.  

Nie ma co się rozwodzić. Stało się. Po prostu. Długo zastanawiałem się dlaczego. Może miał lepszą rękę do kobiet, może jednak był tym przystojniejszym, może użył sowich czarów... Może, może, może... Mniejsza o to. Oboje mnie zdradzili. Brat i Lucy. Zanim ich sobie przedstawiłem moja ukochana wylądowała w ramionach Davyego Jonesa. Teraz już wiem, ze to przez ich morskie więzi. To ona była nimfą, która miała strzec skarbu nad Renem, a ja ocaliłem życie, bo się we mnie zakochała. Ten nadmiar szczęścia przypłaciłem ogromnym nieszczęściem. Wolała Davyego, wolała wilka morskiego z wielką mocą. Byłem gotów wybaczyć zdradę, znów uciec. Daleko, jak najdalej od przeklętej Anglii. Odmówiła. 

Jak mężczyzna reaguje na coś takiego? Upija się i idzie pobić się z tym, który odbił mu kobietę. Stanąłem więc przeciw bratu i rzuciłem mu wyzwanie. Chciałem walki i walkę dostałem. To Davy uczył mnie podstaw szermierki za dziecka. Prawda, przez lata ćwiczyłem nad kunsztem, ale wtedy byłem pijany. Nie wiem czy zrobił to celowo, ale odciął mi lewą dłoń. W akompaniamencie mojego wrzasku potoczyła się po pokładzie. Brat się zmył, a ja zostałem z kikutem. Co było dalej pewnie się domyślacie. Potem był hak. Metalowa proteza. Natomiast brata okrzyknąłem Krokodylem. Bo tych zwierząt najbardziej się bałem, bo miałem taki kaprys, bo tak. 

Moje imię nabrało sensu. Hak Jones miał teraz hak zamiast dłoni. Jak uroczo.


 Nibylandia


Tak też docieramy do końca tej smętnej historii. Zostało kilka ostatnich kwestii. Tu znowu na scenę wchodzi mój brat, a jakże by inaczej. Miał tak wielki wpływ na moje życie. Choć ponoć te pasmo nieszczęść to wina przeklętej odrobiny skarbu znad Renu. Głupota...

Davy dał mi kiedyś "Jolly Rogera", a potem wraz z tym statkiem zesłał mnie do Piekła. Nibylandia była moim koszmarem, z którego nie mogłem uciec. To ponoć po to, bym żył wiecznie, bym nigdy nie umarł. Nie chciałem tego. Kiedyś nie bałem się śmierci. Walczyłem bez strachu. chciałem tylko przeżyć swoje i odejść szczęśliwy. Tylko, że w Nibylandii zegarek się zatrzymał, a ja przestałem się starzeć. Za to musiałem gnić w jednym miejscu. No, przez większość czasu. Wszak "Jolly Roger" był magiczny i mógł podróżować między krainami. Jednak na koniec i tak wracał do Nibylandii. Nie mogłem uciec, nie miałem jak. 

No a tam był on - Piotruś Pan. Wielki bohater, dziecko szczęścia. Cóż za kłamstwa! Najchętniej wypatroszyłbym tego latającego demona. Po ziemi nigdy nie stąpał potwór gorszy od niego. Nie będę jednak opowiadał o tym, co robił. To jego historia, nie moja. Musicie wiedzieć tylko tyle, że go nienawidziłem. Życzyłem mu śmierci, polowałem na niego. Cóż innego mi pozostało? Załoga myślała, że straciłem rozum. Biedni ludzie uwięzieni ze mną w Piekle. 

Druga gwiazd na prawo i prosto aż do poranka...  Cholera. Zawsze tam. Te gwiazdy były wszędzie, nie dało się uciec, nie... Dopóki nie pojawił się portal... Próbowałem  przedostać się przez niego na okręcie. Przeklęty idiota. Straciłem załogę, nie przeżyli podróży, a statek i tak został w Nibylandii. Przeniosłem się tylko ja. Przeniosłem się do Fabletown...

Sam. Stary. Skończony.
Z krwawiącym sercem. 
Wciąż kochając wspomnienia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Szablon wykonała Night Tear. Źródło: WallPaper. Obsługiwane przez usługę Blogger.