niedziela, 22 marca 2015

I want my hapilly ever after and blood of eternal boy



Huckelberry Jones
Kapitan Hak

pianista w Trip Trap // parę setek lat na karku // pustka w sercu // brak celu // majątek ze statku w piwnicy // doskwierająca samotność // hak zamiast dłoni, ale to dobrze // trochę śpiewa, trochę gra // uśmiech to tylko jedna z masek // narcyz jakich mało // magiczny statek na powrót pod ręką // niedoszły samobójca // złamany człowiek // miłość do morza i pewnych błękitnych oczu //

Z listów nigdy nie wysłanych.

Kochana Lucy

Moja błękitnooka. Tęsknie za tobą każdego ranka, każdego wieczoru, gdy zasypiam samotnie. Nienawidzę cię najdroższa, nienawidzę z całego serca. Choć nie bardziej niż samego siebie. Powiedz mi czy bardzo będziesz płakać, gdy któregoś popołudnia usłyszysz o mojej śmierci? Czy twoje łzy będą szczere? Kocham cię moja nimfo. Tak cholernie cię kocham. Szkoda, że ja nie byłem księciem, a ty księżniczką. Wtedy wszystko byłoby łatwiejsze. Z perspektywy czasu to wszystko wydaje się śmieszne. Tak śmieszne, że chcę się powiesić. Może którymś razem przybiegniesz za późno. Przecież nie możesz mnie ciągle pilnować. Spokojnie. Zapłacz cichutko, a potem żyj. Zapomnij wreszcie o starym zabijace i swojej z nim wspólnej przeszłości. Zapomnij o zdradzie i o bólu jaki zadaliście sobie nawzajem. Jego duch będzie cię pilnował. Chcę też żebyś wiedziała, że...
Wybaczyłem ci. Choć nie było to łatwe.
Oboje popełniliśmy błędy. Mam już ich dość. Jestem złym człowiekiem. Teraz jestem tego pewien. Pozdrów Daviego ode mnie. Uściśnij go i powiedz, że mu też wybaczyłem. Choć nigdy nie przyznałbym mu tego w twarz. Tobie zresztą też. Kocham was oboje. Oboje też nienawidzę. Zniszczyliście mnie. Żegnajcie i żyjcie pełnią życia. Może wreszcie uda mi się zabić.

Kapitan Hak, a raczej żałosny Huckelberry Jones















Nibylandio i ty latający durniu
Mój znienawidzony domu. Mój odwieczny wrogu. Do czego to doszło, że piszę listy? Nie tak mnie zapamiętano w Nibylandii, co? Słynąłem raczej ze sprytu, krwiożerczości, nienawiści do dzieci! Zabawne to były czasy, gdy w mym sercu tkwiła tylko chęć zemsty. Nigdy nie wiedziałeś, Piotrusiu. Nie wiedziałeś skąd we mnie tyle nienawiści. Widzisz poczciwy pirat miał za sobą bagaż okropnych doświadczeń, gdy stanąłeś na jego drodze. Rozbudziłeś we mnie co najgorsze, bo przypominałeś mi brata. Brata, który mnie zdradził, który odebrał mi rękę. Ty opowiadałeś wszystkim o krokodylu i o naszym pojedynku! Mały łotr, przeklęty kłamca. Pewnie cię to bawi, tak przypuszczam. Nie widziałem cię tu, nie spotkaliśmy się Fabletown. To by było dopiero. Jeszcze bym ci poderżnął gardło, tu nie da się latać. Dobrze dla ciebie, że do tego nie doszło. Piszę żeby powiedzieć... Żeby się pożegnać. To głupie, ale nikogo nie mam. Odebrałeś mi spory kawał życia. 
Zapiej teraz radośnie i pokrzycz sobie trochę. Kapitan Hak odchodzi na zawsze. Może wymyślisz jakąś historyjkę o tym, jak mnie pokonałeś? Byłoby to ciekawsze dla słuchaczy niż samobójstwo pijaka. Wielki Hak się stoczył. To się nie sprzeda. Wymyśl coś. 
Wygrałeś.
Dopadł mnie tykający zegarek. 
Pozdrów małą Wendy i Zagubionych Chłopców. Powiedz im, że mogą świętować. 
Twój odwieczny wróg


 
 

Kamraci

Historia
  




Nie mam nic do ukrycia...
Chyba...

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------
Wróciłam! Yay! Strzeżcie się, bo piracki kapitan jest na pokładzie!
Karta zmieniona, jak zawsze gdy odżywam.
A tu stare karty w kolejności chronologicznej : 3, 2, 1.
Kartę sponsoruje cudowny Colin O'Donoghue <3
GG:  51314478

202 komentarze:


  1. [cześć ;)
    Może i nie, ale troszkę inaczej ja sobie wyobrażałam. Ehh chyba wena już mi szwankuje. W umyśle to żywy, wartki obraz a jak już się ma go przelać na "papier" to już gorzej. I mogę też powiedzieć, że to drugi "debiut" tej samej postaci. Pierwszy nie wypalił bynajmniej nie z mej niechęci. Mam nadzieje, że tu będzie inaczej. W końcu po wzlotach i upadkach blog funkcjonuje. Na wizerunku Alicia, ale zmylam tez nad Denning. Trudny wybór.
    "Odpukane nad żywotnością bloga", ale ja tu gadu gadu a ty mi się tu oferujesz >_+. Przyjmę z radością. Lubie Haka, nie mniej sama karta przypomina mi trochę sztukę pisana przez Szekspira. Wina aktora? *poważna mina*. Poproszę o dłuższą definicje "dobrego pomysłu". Moje pomysły są cienkie (to mój brak wiary ^_^). Myślałam nad czymś szalonym. Czymś w jego stylu. No chyba, że się już poznali na stopie towarzyskiej. Albo tez nam Jones zachorował a tuz tuz zbliżałby się koncert i nie bylo by zmiennika, to Eliza mogla by zagrać w zastępstwie. Wiem ze to może być nijakie. *zezuje na niego/nią* Albo powiązanie jakieś jeśli nie masz już dosyć ich ;p.]

    Eliza

    OdpowiedzUsuń
  2. [Oh <3 A teraz druga! xD Będzie jakiś bonus? xD
    Ojej, ja tam tak samo :D Zawsze w lato bierze mnie na szanty, bo kojarzą mi się z wakacjami i takimi ciepłymi klimatami :D Poza tym, u mnie w mieście często są szantowe koncerty, Dni Morza i inne podobne wydarzenia, więc kocham to po prostu <3 No i niedługo nowa część „Piratów z Karaibów” <3 To dopiero będziemy miały wenę xD
    Haha, no widzisz, wszystko nam się pięknie układa :D Cały serial tak sobie przerobimy xD]

    Po chwili delikatnie i powoli zgarnął metalowym hakiem jej opuszczoną dłoń i uniósł wyżej, do wysokości ramion. Lucy drgnęła zupełnie zaskoczona, ale ufnie pozwoliła mu na to. Zacisnęła palce wokół metalu zupełnie tak, jakby wciąż była to jego dłoń, choć zimna i bez życia. Przyzwyczają się, zobaczysz. Nieprędko, ale zrobię to, dla ciebie. Zaniepokojenie szybko minęło zastąpione szerokim uśmiechem, gdy zakręcił nią tak kilka razy. To było zabawne móc odpłynąć na chwilę, dać się ponieść pięknej muzyce, zapomnieć o świecie. Z jej pamięci po raz kolejny uleciały wszelkie złe emocje, które miotały nią, gdy spotkali się na pomoście. Zapomniała o wszystkich niepotrzebnych słowach, które padły przez ten czas i o złotym wisiorku, który znalazła w jego szufladzie. Nie obchodziło ją nawet to, że wciąż spoczywa w kieszeni jej spodni. Roześmiała się cicho, robiąc kolejny piruet, który tym razem zakończył się uściskiem. Przymknęła na moment powieki, a po jej plecach przebiegł przyjemny dreszcz. Gdy znów odwrócił ją do siebie, jego twarz promieniała. Musnął hakiem jej policzek i czubek nosa, co wcale jej nie spłoszyło. Zaproponował kolację, akcentując ostatnie słowo, niczym jakiś magiczny urok.
    Lucy tworzyła szeroko oczy.
    - Łabądku… - powtórzyła zupełnie zaskoczona – Wciąż pamiętasz…?
    Owszem, pamiętał. A ona niemal zapomniała. Nazwał ją tak przecież, gdy nie chciała wyjawić mu swojego imienia. Nie miała wówczas pojęcia, jak zareaguje słysząc „Lorelei”, a choć znali się zaledwie chwilkę, myśl o strachu w jego oczach i porzuceniu była dla niej nie do zniesienia. Wolała milczeć, a następnego dnia przedstawić się jako zmyślona Lucy, choć gdyby mogła cofnąć czas, może postąpiłaby inaczej. Może prawda była wówczas najlepszym wyjściem?
    Łabądek - szumiało jej w głowie. Tak dawno nie słyszała tego słowa. Coś ścisnęło jej serce, jakiś głupi sentyment do starego jak świat przezwiska, które wówczas wcale jej się nie podobało. Westchnęła głośno, jakby brała głęboki oddech po długim nurkowaniu.
    - Z tobą zawsze – z jej ust padła w końcu cicha odpowiedź na pytanie o kolację, które zabrzmiało jak obietnica, coś znacznie ważniejszego niż zgoda na wspólny wieczór.
    Tym razem to jej całkowicie odbiło. Znów ujęła jego twarz w dłonie, składając na jego usta dużo bardziej namiętny pocałunek niż poprzednio, stając przy tym na placach, by być nieco wyższą. Wystarczyło jedno słowo, by całkowicie ją rozbroić. Łzy napłynęły jej do oczy, bo znów jej ciężką od emocji głowę wypełniły piękne obrazy znad Renu, łabędzie i smak rumu, który teraz czuła. Nie chciała puścić Hucka, przylgnęła do niego całą sobą, dopóki nie zakończyli swojego pocałunku.
    Przez moment stali tak, czoło w czoło, oboje równie zaskoczeni całym tym zwariowanym dniem.
    - Muszę iść – szepnęła w końcu, choć bardzo tego nie chciała – Szef mnie wyrzuci, jeśli się nie odezwę.
    Przecież nie wzięła ze sobą telefonu, przez dwa dni nie dawała nikomu znaku życia.

    [Jakie piękne zdjęcie Colina <3 I znowu ta mokra grzywka na oczach xD Lucy go do fryzjera zaciągnie w końcu xD]


    Łabądek, któremu dla odmiany odbiło

    OdpowiedzUsuń
  3. [ to nas dwie. Bo tez lubię Szekspira. On jest boski ^_^ Może dlatego, iż sam aktor go grał, skojarzył mi się z karta ;)
    Mówiąc o zastępstwie miałam na myśli właśnie pójść w innym kierunku. A w takim, że ktoś mu takowe granie zaoferował. jakiś nowy, który by go nie znal a nasz Hakus "żartowniś" postanowił się z nim podroczyć. Zgodziłby się czy tez nie - wg gusta, ale w tym przypadku dalby dyla i trzeba by było szukać kogoś za niego. Elize ktoś mógł podsłuchać jak grała i ja wziąć, co nie zbyt by sie jej to podobało, ale byłoby brzemienne w skutkach dla samego Hakusia. Aż mnie korci na awanturę xD
    Powiązanie byłoby też dobre z tego względu, że i tak by o nim nie pamiętała.
    Ale to tak luźno - ja z pomysłami krucho idem, może się jeszcze coś "urodzi"']

    Eliza

    OdpowiedzUsuń
  4. [ej no! nie moja wina, że podobny do aktora, który go grał. >.<
    Jeszcze bliskiego spotkania w tej dziurze z mężusiem nie miała (aż dziwne nie? xD)
    Dlatego o tym pomyślałam ;p No ale mniejsza.
    Czemu nie - możesz ratować damę z opresji - dajmy na to pozna porę. A co do szkód? Wiesz - piec wieków to duży bagaż doświadczeń i ile możliwości.
    No dobra to chyba ja zaczynam w takim bądź razie... no chyba, Ze się palisz do zaczęć, to śmiało pisz.]

    Eliza

    OdpowiedzUsuń
  5. [Oh <3 Pewnie, że oni! Pasuje idealnie :D]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. http://emmaswaen.tumblr.com/post/152618326113/if-i-never-knew-you-if-i-never-felt-this-love-i

      <3

      Usuń
  6. [O tak, uwielbiam to. Nawet jeszcze parę dni przed świętami jak się zaczyna cały ten ruch. Potrafię wtedy codziennie chodzić na cmentarz, bo te światełka są przepiękne. :)
    Po tym co się działo na czacie, to ja już się nie mogę doczekać wątku z moim kochanym małym groźnym piratem. :* Na pewno będzie bardzo uroczo. :)
    To już w sumie mało ważne, bo równie dobrze mogło wystraszyć go coś konkretnego, albo powoli mu się nazbierało różnych drobnych sytuacji i niepokojów, aż w końcu któregoś dnia biedactwo nie wytrzymało nerwowo. :)
    Takie przemiany to w sumie zdarzają się bardzo rzadko i niejako wyjątkowo i w sumie nie wiem jak to jest z konsekwencjami dla kogoś kto by coś takiego zobaczył. No, ale jak mówiłam to w sumie mało ważne, bo rzeczywiście Hak jako dzieciaczek mógł parę rzeczy źle odebrać lub wyolbrzymić, zwłaszcza jeśli się bał. :)
    Ciesze się, że Ci się pomysł podoba. :D
    Adopcyjną mamusię! :) A po dzisiejszej głupawce to kto wie, może i tatuś się znajdzie... ^^
    Lubię zaczynać i wątek wychodzi od mojej postaci, więc zacznę. Powinnam wieczorem już coś sklecić.]

    Etain

    OdpowiedzUsuń
  7. [Hahaha, miałam raczej na myśli pudełko czekoladek, ale dusza też może być xD Pewnie, że wystarczy <3 Byle miał na co nałożyć obrączkę ślubną i oka jej przez sen nie wydziobał xDD Wybacz, o tej porze mój mózg zaczyna głupieć xD
    Najlepszy film na świecie <3 Johnny taki stary, ale trudno xD
    Mokra grzywa jest sexi po prostu xDD
    To co, wysyłamy ich do Bella Notte? Dobrze, że Lucy już tam nie pracuje, chociaż w sumie byłoby zabawnie, gdyby obsługiwała ich jej koleżanka-kelnerka i chichotałaby głupio xD]

    - Źle skończy? – zmarszczyła brwi zmartwiona jego obawami. Szybko jednak obdarowała go pocieszającym śmiechem i dodała szybko:
    - Myślę, że wykorzystaliśmy już limit beznadziejnych decyzji. Może być tylko lepiej. Musi. – powtórzyła jego ostatnie słowo. Co mogłoby ich jeszcze spotkać? Zdrady, niedomówienia, kłótnie, to wszystko już przetrwali. Czy cokolwiek mogło jeszcze zamieszać w ich życiu?
    Uścisnęła jego dłoń widząc, z jakim wyrazem twarzy przygląda się jej - zupełnie jakby miał jej nie zobaczyć przez kolejne setki lat. Nie było to na szczęście pożegnanie, wręcz przeciwnie. Lucy powoli zaczynała zdawać sobie sprawę z tego, że to zaledwie początek tego, co obiecali sobie tak dawno temu. Wspólne życie, którego tak bardzo wówczas pragnęli. Choć zamiast błękitnego morza pełnego spienionych fal ciągnącego się aż po horyzont mieli szare i smutne Fabletown, to mogli znów na siebie liczyć.
    Z trudem puścili swoje dłonie, jednak życie poza ścianami jego mieszkania wzywało. Było jej tu tak dobrze przez te wszystkie wspólne godziny. Mogłaby tu zamieszkać choćby od zaraz, codziennie rano budzić go pocałunkiem i ciepłą herbatą z mlekiem. Sprzątałaby kurz z jego bibelotów, podlewała kwiaty i prasowała koszule. Czego mogłaby chcieć więcej?
    Jednym łykiem dopiła zimną już herbatę z rumem. Po czym sięgnęła po długopis i stos małych karteczek, które przypadkiem dojrzała na półce. Zapisała na nich kilka słów.
    - Mój adres – z uśmiechem wręczyła mu świstek – To nawet niedaleko.
    Niedaleko, a mimo to przez tak długi czas nie mieli pojęcia, że żyją obok siebie, w jednym mieście. Przecież kilka miesięcy spędziła w więzieniu, a gdy Oberon wyciągnął ją stamtąd, większość czasu spędzała z nim i Hagenem, a nocami śpiewała w kasynie. Zazwyczaj tylko przemykała ulicami, więc nawet jeśli mijali się z Hakiem, najpewniej nie zwracali na siebie uwagi.
    Oboje skierowali się w stronę korytarza mieszkania. Lucy naciągnęła spodnie, buty i swój sweter. Z uśmiechem przyjęła też kurtkę, którą Huck jej podarował. Na dworze musiało być naprawdę zimno. Przez moment spoglądali jeszcze na siebie, w oczy pełne szczęścia. Te kilka godzin rozłąki będą prawdziwą udręką.
    Ucałowała go czule w policzek na pożegnanie.
    - Koszulę zwrócę przy innej okazji, przystojniaku – szepnęła mu jeszcze do ucha i z szerokim uśmiechem, wciąż nie odrywając oczu od pirata opuściła mieszkanie.
    Westchnęła. Już zdążyła za nim zatęsknić, coraz bardziej z każdym kolejnym krokiem, kolejnym schodkiem w dół. Mimo to nie zniknął uśmiech z jej twarzy, który trwał nawet wtedy, gdy na półpiętrze została oceniona nieprzyjemnym spojrzeniem przez starszą kobietę, wchodzącą z zakupami na górę. Musiała wyglądać mało ciekawie, w męskiej koszuli, wygniecionym swetrze i nieswojej kurtce, skoro zasłużyła na tak surową ocenę, jednak wcale się tym nie przejęła. Zbiegła na sam dół podśpiewując cicho piękną piosenkę, do której tańczyli.

    [Odpis zaczęłam już wczoraj, ale przez te nasze wygłupy na shout’cie nie mogłam się skupić xD Haha, a ta sąsiadka Hucka już mi się podoba xD Będzie ich prześladowała xD]


    oceniona przez sąsiadkę, Lucy

    OdpowiedzUsuń
  8. [Lucy taka jest! Nigdy jej nie dogodzisz! xD
    Haha, już widzę reakcję gości w kościele xD O nie! W Fabletown nie ma kościoła! Muszę dodać do Zawodów! xD Jej, i jeszcze Etain i Hagen <3 Robi się tak romantycznie :D
    Ja liczę na to, że kiedyś w Piratach zagra Cumberbatch xD Jak tam manga? :D
    Zaprosimy sąsiadkę na ślub :D Może zmieni zdanie xD]

    Tuż po śniadaniu u Hucka wstąpiła do swojego mieszkania, by przebrać się i nieco odetchnąć przy gorzkiej kawie. Wyciągnęła się na kanapie, zawinięta w koc, z ciepłą szklanką w dłoniach. Nie posiadała się ze szczęścia, z zadowoleniem wyobrażając sobie przebieg wieczornej kolacji, radosne rozmowy nad kieliszkiem wina, romantyczny spacer, może nawet noc pełną namiętnych uniesień. Wiedziała, że jej życie w końcu nabierze sensu, bo wrócił ktoś, dla kogo warto było się starać. Miłość jej życia.
    Fabletown było dla niej jak więzienie samo w sobie. Wartości, w jakie do tej pory wierzyła nie miały tu żadnego znaczenia, a swoje umiejętności mogła wykorzystywać tylko w jeden sposób. Całkowicie zatraciła się w tym świecie, zagubiła i przestała myśleć o jakiejkolwiek odpowiedzialności. Cóż innego miała robić? Wiele razy pragnęła to zmienić, nie potrafiła jednak egzystować w tym mieście inaczej niż właśnie tak jak teraz. Nie było nikogo, kto mógłby jej pomóc.
    A teraz marzyła tylko o tym, że kiedyś, gdy poukładają sobie na nowo życie z Hakiem, poprosi Oberona o jedną jedyną i ostatnią przysługę – o przepustkę do portalu w Woodlands. Wiedziała, że król ma tak wiele znajomości, że taki mały prezent nie byłby dla niego żadnym problemem. A wówczas przeniosą się z Huckelberrym do którejś z pięknych baśniowych krain, do której nigdy nie dotarł Adwersarz. Zamieszkają nad morzem, najlepiej przy samej plaży. Oczyma wyobraźni widziała, jak jedzą ryby przy ognisku, a Hak przygotowuje swój piękny okręt do podróży, ich wspólnej podróży pełnej przygód i magii. Westchnęła i zatonęła w miękkim kocu.
    Zadzwonił telefon. Lucy ocknęła się z letargu, niemal oblewając się kawą. Świecący się ekranik ukazał nazwisko szefa kasyna, więc z niezadowoleniem chwyciła telefon i odebrała połączenie. Dostało jej się za nieodbieranie i nieoddzwanianie. Niczego innego się nie spodziewała. Obiecała, że wpadnie jeszcze dzisiaj i ustalą nowy grafik, którego będzie się trzymała. Znów westchnęła.
    Zwlekła się z kanapy, zarzuciła kurtkę i podreptała do pracy. Po godzinie była już z powrotem w domu, zadowolona, że udało jej się uprosić u szefa wolny wieczór. Pokrzątała się po mieszkaniu, by wnętrze choć trochę nabrało ładu. Za kilka godzin zawita po nią ukochany i nie chciała, by pierwsze co zobaczyć to bałagan, bielizna na fotelu i wyschnięte kwiaty od wielbicieli z kasyna. Zaśmiała się nawet wyobrażając sobie jego reakcję na te dziwne widok.
    Zbliżał się wieczór. Stanęła naprzeciw swojej szafy zastanawiając się, w co powinna się ubrać. Kolorowo? Nie, nie pasuje do restauracji. Długą sukienkę? Hmm, zbyt staroświecko. Krótką? Byle nie za bardzo… Po kilku minutach wybrała czarną, elegancką kreację. Uczesała włosy, nakręciła delikatne loki, zrobiła szybki makijaż. Z pewnością wyglądała dużo lepiej niż nad ranem. Z szuflady wyciągnęła swoją najlepszą biżuterię.
    Zadzwonił dzwonek. Serce podeszło jej pod gardło, bo zupełnie straciła rachubę czasu. Była na szczęście niemal gotowa, jeszcze tylko kilka drobiazgów. Wpuściła go do klatko schodowej, a już po chwili usłyszała pukanie do drzwi. Wzięła głęboki oddech i nacisnęła klamkę.
    - Wejdź i daj mi jeszcze chwilkę – rzuciła wesoło zakładając pierwszy kolczyk.


    przystrojona Lucy

    OdpowiedzUsuń
  9. [A u mnie tak lało, że nie dało się wyjść z domu, więc też mnie niestety ominęło. :( Ja też czekam, może w końcu w tym roku się doczekam! :)
    Oh, bardzo groźny pirat <3 Mój mały słodziak po prostu :*
    Właśnie, mamusia by go zabrała ze sobą do Irlandii, pewnie by sobie sami mieszkali w jakiejś chatce w lesie i byłoby tak pięknie. Nie porzuciła i nie porzuci, bo pójdzie za synkiem nawet w zaświaty <3
    Będzie wesoło przynajmniej. :)
    Ok, początek jest jednak dziś bo padłam spać. Mam nadzieję, że Cię nie zanudziłam opisem, starałam się pisać zwięźle... :)]

    Noc w wigilię Samhain była niepodobna do innych nocy w roku. Na krótką chwilę znikała granica dzieląca światy żywych i umarłych, pozwalając swobodnie przekraczać granice między światami. Idąc bez pośpiechu ciemnymi uliczkami miasta, w milczeniu przypatrywała się przechodniom z obydwu światów. Większość mieszkańców dzielnicy mijało krążących po ulicach gości z zaświatów, zupełnie nie dostrzegając ich obecności. Niektórzy od czasu do czasu rozglądali się z niepokojem, czując się nieswojo, inni przyśpieszali jedynie kroku, wmawiając sobie, że ten chłodny podmuch lub lodowaty dreszcz to tylko efekt nieprzyjaznej pogody, nie zaś dotknięcie zmarłej lub jeszcze nienarodzonej duszy. Jedynie nieliczni, tacy jak ona, zdawali się dostrzegać całą niezwykłość dzisiejszej nocy. Tacy jednak nie włóczyli się teraz po ulicy. Zapewne w innych okolicznościach, Etain również by tego nie robiła. Ale w tym dziwnym świecie wszystko było zupełnie inne. Nocny spacer wśród duchów wydał się jej najbliższy temu, do czego tęskniła. Z pewną fascynacją przypatrywała się błądzącym duszom zmarłych, którzy najwyraźniej szukali swych żyjących krewnych, a także tym nienarodzonym, którzy czekali niecierpliwie na swój czas. Nie miała określonego celu, po prostu szła przed siebie, zapominając o całym świecie. Ta noc nie należała do żadnego ze światów, ani nie podlegała jakimkolwiek zasadom.
    W końcu jednak to natura zmusiła Etain, by powróciła myślami do spraw o wiele bardziej przyziemnych. Pierwsze krople lodowatego deszczu, może i zdawały się być ożywcze, ale już następne stawały coraz bardziej uciążliwe. Chociaż na duchach deszcz nie zrobił zbyt wielkiego wrażenia, Etain odczuła dotkliwie, na własnej skórze, tą zmianę pogody. Nieco niechętnie zmuszona była przerwać swój spacer i przeczekać gdzieś nasilającą się ulewę. W ostatniej chwili zauważyła czynny o tej porze bar.
    Wewnątrz powitało ją przyjemne ciepło. O tej porze nie było tu zbyt wielu ludzi, jedynie barman i paru gości siedzących przy barze oraz samotny mężczyzna przy pianinie. Najwyraźniej nikt nie był zainteresowany jej pojawieniem się, co akurat było jej na rękę. Zajęła miejsce gdzieś w kącie sali, zdejmując z siebie przemoczony czarny płaszcz. Minęło trochę czasu nim barman w końcu przyszedł spytać ją o coś do picia. Z przyjemnością zamówiła swój ulubiony irish mist i w spokoju rozkoszowała się zarówno smakiem trunku, jak i panującym w barze ciepłem. Z każdą minutą coraz mniej miała ochotę wracać na lodowaty, mokry ziąb, panujący na zewnątrz. Powoli sączyła likier, przy okazji przyglądając się wnętrzu baru, jak i gościom. Zwłaszcza mężczyźnie siedzącemu przy pianinie. Ze swojego kąta sali, miała dość dobry widok na instrument i muzyka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedy po raz pierwszy dostrzegła stalowy hak, zamiast jednej z dłoni grajka wydało jej się dość dziwne, by ktoś taki zajmował się muzykowaniem. Nie sądziła by mężczyzna był w stanie zagrać poprawnie choćby prostą melodię. A jednak... Jakimś cudem muzyk na tyle zręcznie operował swoją jedną dłonią i nietypową protezą, że grane przez niego melodie były przyjemne dla ucha. Podobała jej się ta smutna i tęskna muzyka, którą grał. Przez chwilę nawet zastanawiała się czy była to jego własna kompozycja. Potem jednak dźwięki nieco się zmieniły, stając się nagle zaskakująco bliskie i znajome. Artysta najwyraźniej improwizował, albo nie pamiętał zbyt dobrze melodii, bo Etain przez dłuższą chwilę wsłuchiwała się w dźwięki pianina, starając się przypomnieć sobie skąd zna tą melodię. Dopiero po chwili muzyka nabrała formę, jaką Etain znała praktycznie od zawsze. To była pieśń. Ta pieśń! Nigdy nie wiedziała skąd pochodziła pieśń, czuła jakby znała ją od zawsze. Często nawet chciała zaśpiewać coś innego, zawsze jednak każda pieśń prędzej czy później przeradzała się w tą jedną jedyną, w pieśń jaką snuły banshee. Zupełnie jakby ta melodia i słowa były wyryte w jej duszy.
      Nie mogła się powstrzymać. Wstała od stolika i dyskretnie podeszła do pianina. Nie chciała by muzyk przerywał swoją grę, chciała jedynie być bliżej swojej melodii. Oparła się delikatnie o instrument przyglądając się dłoni i hakowi, przesuwającymi się po klawiszach instrumentu. Nawet nie zwróciła uwagi kiedy zaczęła cicho nucić swoją pieśń, równo z muzyką. Zorientowała się dopiero, gdy muzyk gwałtownie przerwał swoją grę...

      Twoja kochająca mamusia

      Usuń
  10. [To chyba przez nadchodzące Boże Narodzenie, mówię ci xD Jest w nim więcej romantyzmu niż w oklepanych Walentynkach xD Ciepły kocyk, herbatka z mlekiem, kominek i te sprawy :D
    Haha, śmiałabym się chyba cały film :D Widzę go chyba w roli jakiegoś prawnika gubernatora, albo takiego Norringtona xD
    Ja zachwycałam się rysunkami przez pierwsze kilka dni xD
    Pewnie, że zmieni zdanie! I jeszcze zrobimy z niej naszą prywatna panią Hudson! xDD]

    - Specjalnie dla ciebie, na tą cudowną okazję – odpowiedziała ze śmiechem na uwagę o jej wyglądzie. Choć stanęła właśnie przy lustrze na drugim końcu pokoju, dobrze wiedziała, że przygląda jej się z tym samym spojrzeniem, którym nieraz obdarowywał ją podczas pierwszych dni ich znajomości. Przypomniała sobie moment, gdy po odpłynięciu z jej rodzimej nadreńskiej krainy podarował jej piękną sukienkę. Od razu ją ubrała i nie mogła się z nią rozstać – jej pierwsza, wspaniała suknia, zupełnie inna od tych, które nosiła choćby podczas wizyt w pałacu Oberona. Dobrze pamiętała spojrzenie Haka, gdy ujrzał ją w tej kreacji. Miłe uczucie, którego wówczas nie znała, docenienie i zachwyt nad jej wyglądem. Uśmiechnęła się do siebie.
    Poprawiła jeszcze szybko niesforny loczek przy grzywce i podeszła do pirata. Dopiero teraz dostrzegła piękny bukiet niebieskich kwiatów, które trzymał w dłoni. Dobrze wiedziała, że kolor nie jest przypadkowy, więc uśmiechnęła się jeszcze szerzej.
    - Piękne – westchnęła napawając się ich słodkim zapachem. I westchnęła raz jeszcze widząc szykowny strój Hucka. Jeszcze nigdy nie widziała go w takim ubraniu i nie było się czemu dziwić. W końcu w ich czasach panowały zupełnie inne zasady modowe, a biel i czerń były rzadkością. W Świecie Doczesnych uchodziły za to szczyt wytworności. Mężczyźni w niczym nie prezentowali się tak dobrze jak w eleganckich strojach, więc nawet nie ukrywała swojego zachwytu.
    - No proszę, przystojny jak zawsze! Choć teraz chyba nieco bardziej… – skomentowała, robiąc przy tym zabawnie niezdecydowaną minę. Poprawiła mu lekko przekrzywioną muszę i znów odgarnęła włosy z czoła. Zostawiła go na moment, by nalać do wazoniku wody i włożyć do niego błękitny bukiet. Szybko też spostrzegła, że na samym środku stolika pozostawiła butelkę wina i dwa kieliszki, które przygotowała sobie, gdyby Huck zechciał zajść do niej po kolacji w restauracji. Spłoszyła się nieco i pospiesznie zasłoniła je kwiatową wiązanką.
    Wróciła i zarzuciła na siebie płaszcz.
    - Gotowa – odpowiedziała z zadowoleniem – O ile nie zasłoniły je już chmury – dodała na uwagę o gwiazdach. Wróciły też jego zabawne uwagi, których z początku nie mogła znieść. Notoryczny podrywacz, pomyślała, Cały kapitan z gospody nad Renem! Szybko jednak uznała je za urocze i kręciła tylko z uśmiechem głową za każdym razem, gdy je słyszała. Nawet tego jej brakowało.
    Wyszli z mieszkanie i już po chwili stanęli na chodniku. Hak miał rację, wieczór był przyjemnie chłodny, a niebo było czyste i bezchmurne. Niestety, migotało nad nimi zaledwie kilka najjaśniejszych gwiazd – wada współczesnym miast, których jasne światła oślepiające przechodniów przez całą noc skutecznie uniemożliwiały obserwowanie nocnego nieba. Lucy wzruszyła tylko ramionami. Nie to liczyło się dzisiejszego wieczoru, choć z pewnością widok gwiazd wzbogaciłby ich spacer. Ruszyli wolni w kierunku Bella Notte.

    [Napisałam tak ten fragment o winie, które Lucy przygotowała i naszła mnie myśl: „Biedaczka, jeszcze nie wie, co ich czeka” xDD]


    Lucy in the Sky with Diamonds
    - The Beatles xD

    OdpowiedzUsuń
  11. Strach wkradł się w jego zielone, duże ślepia. Podkulił ogon i zaczął rozglądać się wokół za drogą ucieczki. Złowieszczy uśmiech pirata sprawiał, że jeszcze bardziej się go obawiał. Ludzie, to dziwne istoty, a szczególnie te, które przemierzają nieznane wody. Doskonale rozumiał zachwyt złotem, czy innymi skarbami. Nie było wątpliwości, że statek płynie. Kołysał się w tą i wewte, a choroba morska kota zaczęła przejawiać pierwsze znaki. Wtedy zdał sobie sprawę, że jego jedyną opcją jest ubłaganie tego pirata o zaledwie jednej dłoni, by mógł zostać na pokładzie. Myśl, że mogliby go wrzucić do lodowatej wody paraliżowała go całkowicie. Nie potrafił pływać i z pewnością poszedłby na dno. Kot znał jedną sztuczkę, która już nie raz uratowała mu jego cztery litery. Zdjął swój ukochany kapelusz z czerwonym piórem. Spojrzał się prosto w oczy pirata, rozszerzając źrenice tak szeroko, jak tylko potrafił. Każdemu na ten widok miękło serce, nie ma przebacz. Liczył, że i tym razem uratuje to jego rude futerko.
    - Chyba jakoś się dogadamy - jego głos mógł szokować niektórych. Koty z natury nie potrafią posługiwać się ludzkim głosem, a jak już potrafią, to siedzą cicho i dają się głaskać małym dzieciaczkom. Tacy, jak on widzieli już niejedno, więc gadający kocur nie powinien go szokować. - Tak jak ty, znam się na swoim fachu. Te rączki trzymały już niejedną sztukę złota. Ktoś taki, jak ja na pewno przydałby się w twoich szeregach. Może zostałbym z wami, aż do następnej wyprawy po łup? Wszystko, co uda nam się zdobyć jest twoje, a moje śliczne ciałko pozostanie w jednym kawałku. Moim skromnym zdaniem to propozycja nie do odrzucenia.
    Kot jak zwykle gadał zbyt wiele, a mały pyszczek nigdy się nie zamykał. Mógłby zagadać pirata na śmierć, co po dłuższym zastanowieniu nie było najgorszym pomysłem. Bez wątpienia na statku jest jeszcze przynajmniej dziesięciu takich, którzy chętnie zrobiliby sobie futro z kocura, jego skórzane buty przerobiliby na opaski na oko, a resztki rzuciliby tym wrednym gadającym papugom. Najchętniej powyrywałby im udka i usmażył je w głębokim tłuszczu. Odrzucił ten pomysł i w ciszy czekał na odzew mężczyzny stojącego tuż przed nim.

    [Mrr Colin jak zwykle cieszy oko. <3 Wybacz, że kocurowi tyle się zeszło, ale wynikły pewne komplikacje.]

    el kicia diablo

    OdpowiedzUsuń
  12. Znalazła sie oko w oko dwoma dziwnymi typkami i to sama w jakims zaulku. Było juz pozno, dlatego szła na skróty. Acz może tym razem trzeba było iść dłuższą drogą? Cóż rozsadek jej mówił jedno, ale że dziś była dłużej niż zwykle w pracy to padała po prostu ze zmęczenia. Czasem miała ochotę rzucić te robotę i zostać bezrobotna, no ale pieniądze się same nie zarobią. Nie żeby była biedna, bo w istocie nie była. One sobie leżały grzecznie w banku i czekały na swoja chwile.
    Ziewnęła. Zatrzęsło ja z zimna, gdy chłodny wiatr powiał, więc roztarła dłonie a potem opasała się szczelniej szalem. Marzył jej się gorący prysznic, czekolada i łóżeczko. Na chwile oderwała się od rzeczywistości. Na ulicy nie było dużego ruchu. Co jakiś czas pojawiały się samochody, więc nie bala się aż tak ze nagle wpadnie pod samochód lub obije się pod latarnia. Niby się oderwała, ale pamiętała o światłach czy ulicy. Zatrzymywała się, gdy było to potrzebne, a potem szla dalej.
    Skręcała właśnie w lewo, gdy wnet zagrodzono jej drogę. Zamrugała szybko.
    - proszę, proszę. Kogo my tu mamy... - zauważył ktoś bełkotliwie.
    - panowie mnie z kimś pomylili.
    - oh czyżby? Nie sadze - pochylił się do niej. Cuchnął alkoholem tak bardzo, że aż odskoczyła na bok.
    Chciała się wycofać, ale rąbnęła plecami w kogoś i to nie był mur. Rozejrzała się po zaułku, uświadamiając sobie, że skręciła nie w ta ulice co trzeba i o zgrozo doszła za daleko.
    - proszę mnie przepościć. - zaczęła.
    - a dokąd się to spieszymy...
    - proszę mnie pościć. Chłopak na mnie czeka. Nie będzie zadowolony.
    - oh słyszysz - rzucił kumplowi - damulka tu jakieś bajki nam opowiada. Nie uciekaj, zabawimy się.
    Taa akurat miała na to ochotę. Próbowała wyminąć Nawet zamierzała się do kopnięć, ale poczuła opasujące nadgarstki.
    - zacznę krzyczeć jak mnie nie pościcie. - zagroziła ze złości nadal się szamocząc.
    Skwitowali to śmiechem gadając do siebie coś mało wyraźnie. Jednak przestali, gdy rzeczywiście zaczęła krzyczeć.
    - stul dziób - warknął ten co ja trzymał przed sobą i próbował zagnać głębiej do zaułka. Nawet była im skora oddać pieniądze, które akurat miała w portfelu, ale chyba nie o to im chodziło, gdy rozbierali ja wzrokiem. No to się wpakowała w niezłe bagno.

    Eliza (która wyszła trochę z wprawy ;/ Jeśli będzie beznadziejnie to krzycz)

    OdpowiedzUsuń
  13. [Przepraszam, że z takim opóźnieniem Ci odpisuję! Ja mam jednak swój Matrix... :/
    Dziesiąty nas łączy :D Dwunasty mnie ujął, bo w końcu po nim widać te lata życia i tą pewną odmienność od ludzi. To ja Ci polecam amerykańskiego doktora czyli Ósmego - tego z filmu fabularnego. No ja się w nim zakochałam. :)
    Hahaha, jak Hak w wątku walnie tekst "Spoilers sweetie" to ja serio zejdę... xDD
    Można by było nawet dodać Sinobrodego w roli arcy-wroga do wolnych postaci, może ktoś by się skusił na powiązanie z nami? ;)
    Tak, dokładnie. Wszystko pięknie podsumowane i uporządkowane. Nic dodać nic ująć. :)
    No i w teraźniejszości w ramach chwili oddechu podczas biegania można dać im trochę chwil na przyjacielskie pogawędki i tak dalej. Hak w sumie by Saint Germaina znał dość dobrze, więc nawet początkowo mógłby go zalewać spoilerami i informacjami, by ten "sobie przypomniał" (bo hrabia mógł w sumie przemilczeć ten szczegół o podróżach w czasie).
    Hahaha, ja też musiałam sobie przypomnieć poprzedni komentarz, ale timey-wimey z Doctora jednak nie zawodzi. :)
    To jeszcze jak robimy z początkiem. Bo w sumie możemy zacząć albo od tego, że Hak wpada na Saint Germaina i doznaje małego szoku (wtedy bardziej by pasowało żebyś Ty zaczęła), albo robimy początek z Doctora Who - Hak trochę "wejdzie w drogę" hrabiemu i dla jego własnego dobra byłoby: "Bardzo mi miło, a teraz uciekaj" (i wtedy lepiej jakbym ja zaczęła). Jak wolisz? No i tak czy siak warto domówić szczegóły wspólnej ucieczki. Uciekalibyśmy przed zbirami Sinobrodego, jakąś wynajętą przez niego wiedźmą, czymś innym/dziwnym...?]

    Saint Germaine

    OdpowiedzUsuń
  14. [Haha, dokładnie <3 I bielutki śnieg za oknem, którego już kilka lat nie było w Święta xD
    Ekhem… ->
    http://pm1.narvii.com/5770/df5ecbb3f3bea3680848bb1bd12d85aab88d0e27_hq.jpg
    http://25.media.tumblr.com/8910213a3aeb7955ac395a0a25998908/tumblr_mkuqxi0ACT1sn618go2_r2_500.gif
    xD
    Weźmiemy ją na okręt i będzie nam herbatkę parzyła :D Będzie nianią dla małych Haczków xDD]

    Chwyciła go za ramię i wtuliła nieco czując, jak chłody wiatr zaczyna przewiewać jej płaszcz. Nie przejęła się tym, bo od Hucka aż promieniowało ciepłem, z pewnością ubrał się o wiele bardziej odpowiednio na tą porę roku. Szli przez moment napawając się zaskakującą ciszą. Lucy często przemierzała miasto o tej porze dnia, jednak rzadko kiedy było tu tak spokojnie. Przede wszystkim ze względu na to, że kasyno otwierano od godziny szesnastej, a ona występowała nawet o północy. Gwiazda Zaranna charakteryzowała się tym, że nie wszyscy klienci z chęcią przyznawali się, iż są jej stałymi bywalcami, toteż przybywali do kasyna bardzo późną porą, pod osłoną nocy i przesiadywali w nim niemal do rana. Muzyka na żywo i występy Lucy były właściwie jedyną atrakcją prócz wszelkiego rodzaju gier karcianych i alkoholu, więc goście chętnie wlepiali w nią gały, a krupierzy tylko korzystali na ich rozkojarzeniu.
    Znów parsknęła śmiechem słysząc jego uwagę o gwiazdach. Uwielbiała te jego urocze słówka, nieraz nieźle naciągane, ale takie bardzo w jego stylu.
    - Panie kapitanie, jeszcze pomyślę, że chce mnie pan uwieść – zaśmiała się w odpowiedzi na to. Mogła je słuchać do końca swoich dni i za każdym razem rozbawiałyby ją dokładnie tak samo. Choćby nie wiedziała jak byłaby na niego zła, wystarczało jedno jego słowo i wszystko wracało do normy. Nie potrafiła długo się na niego złościć. Kiedyś nawet próbowała, ale od razu zauważył, że po kryjomu zasłoniła usta dłonią, by ukryć uśmiech.
    Zatrzymali się na moment i zadarli głowy do góry, jakby zobaczyli na nieboskłonie coś naprawdę niezwykłego. Ot kilka słabiutkich, migoczących gwiazdek, oddalonych od nich o miliony lat świetlnych, które przywołały tak wiele wspomnień i skojarzeń na raz. Huckelberry widział tam swój piękny okręt. A ona? Jakie były jej dobre myśli? Jej dobra myśl przybrała kształt pirata, z którym przesiedziała całą noc na ciepłym piasku, przy wolno tlącym się ognisku. Byli wówczas całkiem sami na długim brzegu rzeki i wpatrywali się w te same gwiazdy, co teraz – stojąc na pustej ulicy Fabletown.
    - Chciałabym, by tymi dobrymi myślami był ten wieczór – odpowiedziała cicho – Jako nowy początek, tak piękny, że zdoła zaćmić nasze wspomnienia znad Renu.
    Wówczas, zupełnie niespodziewanie nocne niebo przecięła spadająca gwiazda. Lucy aż otworzyła usta z zaskoczenia, po czym westchnęła robiąc zawiedziona minę.
    - Gdybym nie powiedziała tego na głos, na pewno by się spełniło.

    [Przypomniałam sobie właśnie, że w książce, którą kiedyś czytałam – „Historia prawdziwa Kapitana Haka” P.D. Baccalario'ego (polecam ci! :D) okręt, którym płynął Hak nazywa się „Gwiazda Zaranna” xD]


    Lucy, która zmarnowała życzenie

    OdpowiedzUsuń
  15. [Ja za to kocham koniec lata, jak jest tak przyjemnie ciepło i jesień, gdy jest deszczowo, mgliście i mrocznie :D I gdy moje dynie na działce są już gotowe do zbiorów xD
    Widzisz, Sherlock-pirat już żyje w Internecie swoim życiem xD
    Haha, dokładnie xD Gorzej, jeśli zacznie opowiadać o swojej przeszłości, o mężu który prowadził kartel itd. xDD Musimy ją kiedyś dodać do powiązań, hahaha :D
    Oczywiście, że przeznaczenie! <3 Mnie koniec powalił, genialny pomysł z tym, że Hak spotkał Jamesa Barriego i mu o wszystkim opowiedział :D
    Haha, tak mi to ich patrzenie w niebo jakoś skojarzyło się ze spadającą gwiazdą, więc musiałam ją dodać :D Po prostu myślmy o ich kłótni jak o stanie przejściowym xD I że zaraz znów będzie lepiej <3]

    I znów wystarczyło kilka prostych zdań, by na jej twarzy pojawił się szczery uśmiech. Nie ma dla kobiety nic piękniejszego, niż zapewnienie jej ukochanego o tym, że pragnie spełnić jej marzenia. Zwłaszcza, gdy działało to w obie strony, bo w tej właśnie chwili mogłaby powiedzieć mu dokładnie to samo. Choć szczerze wierzyła z moc spadających gwiazd, to słowa Hucka liczyły się teraz o wiele bardziej.
    Kiedyś, gdy żyła w sąsiedztwie świata elfów wszystko miało swoje znaczenie i ukryte przesłanie. Nadworni magowie wyczytywali przyszłość z wody czy z gwiazd, widzieli w nich ukryte obrazy, a każdy układ liści na tafli pałacowego stawu, każda kombinacja miała swój odpowiedni przekaz. Spadające gwiazdy natomiast były jedną z najpiękniejszych wróżb, bo oznaczały prawdziwe szczęście.
    Lucy mocniej wtuliła się w jego ramię, gdy ruszyli dalej.
    - Wiesz, w mojej krainie, spadające gwiazdy miały wyjątkowe znaczenie –zaczęła cicho – Nie tylko spełniały życzenia, ale były pewnego rodzaju obietnicą. To coś, jak „strzała Amora” w Świecie Doczesnych. Gdy gwiazda opuszczała swój dom-nieboskłon, ruszała na poszukiwania dwóch zagubionych dusz, które mogła scalić. Wystarczyło, że oboje prześledzą tor jej lotu, a z pewnością ich spojrzenia spotkają się, gdy gwiazda zniknie im z oczu. I będą już wszystko wiedzieli.
    Uśmiechnęła się tajemniczo, jakby przypomniała sobie o czymś, o czym nie chciała mu powiedzieć.
    - Najważniejsze, że tu jesteś – dodała po chwili – Chwilowo wystarczy mi tylko to – zabawnie podkreśliła pierwsze słowo.
    Podmuch chłodnego wiatru znów przeszył jej płaszcz, a Lucy zadrżała mimowolnie. Miała nadzieję, że Huck tego nie zauważy i nie spyta o jej zbyt cienki ubiór. Wolała nie przyznawać się, że kasyno przynosi ostatnio więcej strat niż zysków, a szef bez zastanowienia obcina wszystkim pensje. Większość pieniędzy przeznaczała na opłaty związane z mieszkaniem. Już kiedyś groziła jej eksmisja, więc wolała znów przez to nie przechodzić. Cierpiały na tym za to inne wydatki, a więc nie było jej stać na nic cieplejszego w eleganckim stylu. Nie założy przecież starego swetra w paski do czarnej wyjściowej sukienki. Musiała poradzić sobie z tym, co miała i nie narzekać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze kilka miesięcy temu zdobywała pieniądze w zupełnie inny sposób. Wystarczył niewinny uśmiech i błysk jej błękitnych oczu, by każdy mężczyzna nie mógł się jej oprzeć. Przecież to zawsze robiła – uwodziła ze swojej skały pięknym głosem i sprowadzała marynarzy i podróżników na pewną śmierć. Była to jedna z niewielu umiejętności, które nie zostały jej odebrane przez Oberona tuż przed wysłaniem jej do Fabletown. Dostawała drogie prezenty, kwiaty, biżuterię, czasem pieniądze i porzucała zauroczonych w niej biedaków. Teraz niewiele jej z tego zostało. Część skarbów skonfiskował Bigby, część pozostawiła w lombardzie, by móc z czegoś żyć po wyjściu z Golden Boughs. Z niechęcia wspominała swoje początki w Fabletown. Miała tylko szczerą nadzieję, że Huck nigdy o niczym się nie dowie.
      Przeszedł ją dreszcz przerażenia. A jeśli? Przecież każdy ich wspólny spacer ulicami niesie ze sobą ryzyko, że ktoś kiedyś coś jej wytknie. A może uwiodła kiedyś kogoś, kto zna Hucka? Wyobraziła sobie potworną sytuację, w której staje twarzą w twarz z człowiekiem, którego okradła, a który okazuje się choćby przyjacielem pirata. Nie, nie mogła teraz o tym myśleć.
      Jej usta szybko przybrały uśmiech, gdy tak szepnął jej do ucha. No tak, zauważył, że trzęsie się z zimna.
      - To nic, mój piracie. Chyba zapomniałam porządnie się ubrać – udała westchnienie – Rozkojarzyłeś mnie przed wyjściem z mieszkania i proszę.
      Chwilę później wchodzili już przez szklane drzwi restauracji Bella Notte.

      [„cieplutki pirat” też by pasowało :D]


      Zimna, eee, zmarznięta jak lód, Lucy

      Usuń
  16. [Tak <3 I grzejące kaloryfery w domku xD Kot przynamniej mi się pod kołdrę nie wciska, bo w końcu jest ciepło w mieszkaniu xD
    Te wszystkie elementy związane z Piotrusiem Panem są genialnie powciskane :D Sam zegarek, który miał przy sobie od narodzin jako pamiątka po tym, że urodził się w rodzinie królewskiej <3 W sumie dzwoneczki też fajne, miała je ta jego przyjaciółka z Indii. Nie pamiętam tylko, jak to z tym hakiem wyszło? No i uwielbiam książki o takiej tematyce! :D Nie ma nic lepszego niż morze i piraci <3
    O rany, 54 strony naszego wątku w Wordzie… xD]

    Weszli do restauracji, a Lucy niemal otworzyła usta z zachwytu. Ostatni raz była tu jakiś rok temu i naprawdę wiele się zmieniło. Była pod wrażeniem pięknego wystroju, z pewnością przygotowanego już w okazji zbliżających się świąt. Złote ozdoby, bukiety kwiatów, białe jak śnieg obrusy, a wszystko oświetlało ciepłe światło wytwornych lamp. Znów mogła poczuć się jak prawdziwa księżniczka. A raczej jak mała królewna, bo rozglądała się po sali niczym dziewczynka w sklepie z zabawkami.
    Po chwili zajęli miejsca przy stoliku. Lucy szybko usadowiła się na wygodnym krześle i czekając na menu zaczęła z zainteresowaniem przyglądać się poczynaniom Hucka. Teatralnie oparła łokieć na blacie i podparła podbródek, rozbawiona obserwując, jak męczy się z muszką.
    - Zdejmij ją po prostu – nie wytrzymała i parsknęła śmiechem, ale powstrzymała się, gdy kelnerka podała im karty dań. Oboje odprowadzili kobietę wzrokiem i w tym samym czasie otworzyli książeczki. Lucy z początku wpatrywała się w listę bez zrozumienia i całkowicie rozkojarzona. Powoli zaczął udzielać się jej ten uroczysty nastrój, a jednocześnie wciąż rozbawiały ją zadziorne spojrzenia pirata. Lepiej nie mogła wymarzyć sobie tego wieczora. Huck idealnie wypełniał tą pustkę w sercu, którą czuła od bardzo dawna, i której nie mogła zalepić niczym innym. Nagle jej życie na nowo nabrało sensu i miała natchnienie, by znów snuć plany na przyszłość. Chciałaby zmienić pracę, by móc więcej czasu spędzać z ukochanym, lepiej zarabiać, by mogło ją było stać na lepsze ubrania. Może kupiliby wspólne mieszkanie w jakiejś ciekawszej okolicy? Na moment całkowicie odpłynęła, przyglądając się ukradkiem piratowi, który zajmował miejsce naprzeciwko niej. Tak naprawdę nie znali się zbyt długo. Spędzili ze sobą zaledwie kilka tygodni, jednak już pierwszego dnia wiedzieli, że chcą spędzić razem resztę życia, choć wówczas żadne z nich nie powiedziało tego na głos. To była miłość od pierwszego wejrzenia, z której mieszkańcy Świata Doczesnego zazwyczaj drwią i nie wierzą, że takie uczucie może istnieć. Lucy już dawno zauważyła, że ten świat jest pełny smutnych ludzi, z których większość właściwie w nic nie wierzy. Prychają słysząc słowo ‘miłość’, nie mają żadnych marzeń, do spełnianie których mogliby dążyć. W pewnym momencie nawet ona dała się zarazić tą marnością, jednak nigdy nawet nie przeszło jej przez myśl, by wymazać z pamięci jakiekolwiek wspomnienia z tamtych cudownych czasów. Świat Doczesnych był o prostu całkowicie pozbawiony magii i, według niej, to był ich największy problem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W końcu wyrwała się z zamyślenia i skupiła na karcie dań. Jej wzrok przykuły wygórowane ceny, więc odruchowo zaczęła szukać czegoś najtańszego. Wiedziała, że Huck będzie chciał za wszystko zapłacić, więc na pierwszej randce nie chciała wpędzać go z zbyt wielkie koszty. Nie miała pojęcia, czy w Trip Trap dobrze mu płacą, a spytanie o to w tym momencie byłoby nie na miejscu. Znów podniosła wzrok znad menu i znów parsknęła cichym śmiechem. Ciągle denerwowała go ta muszka i Lucy zaczęła się obawiać, że przez całą kolację będzie się nią przejmował. Odłożyła kartę i wyciągnęła rękę, kładąc dłoń na jego dłoni, która przed sekundą spoczęła na białym obrusie.
      - Mam zwariowany pomysł – zaczęła z błyskiem w oczach – Jutro ubierzemy się ciepło i pojedziemy pociągiem nad morze. Może nawet… zostaniemy tam na kilka dni, hm?
      Uśmiechnęła się ściskając jego dłoń. Ta myśl przyszła jej do głowy zupełnie niespodziewanie. Chyba wciąż czuła potrzebę pilnowała go po tym, jak próbował odebrać sobie życie. Poza tym, chyba tak właśnie powinno się wszystko zacząć – morze przypomni im w wszystkich najszczęśliwszych chwilach, uspokoi ich i natchnie do czegoś nowego.
      Zdążyli wymienić zaledwie kilka zdań, a kątem oka dojrzała zbliżającą się w ich kierunku sylwetkę. Lucy pomyślała, że to kelnera wracająca po zamówienie, jednak zanim odwróciła głowę, usłyszała nachalny męski głos:
      - My chyba skądś się znamy? – burknął.


      [Eeh, dobra, zaczęło się... xD Popłaczę się jak nic xD
      Jak kombinujemy teraz? Możemy napisać, że gościu jest wstawiony, żeby wyszło jeszcze dramatyczniej xD Nie wiem, czy Hakuś go pobije? :D No i tak myślę, że całą kłótnie jego i Lucy możemy zrobić na dworze, po wyjściu w restauracji. Jak sądzisz? Wiesz, Hakuś wyjdzie, a Lucy za nim poleci :D]


      Lucy, która za moment się załamie

      Usuń
  17. [Sweterki! <3 Najlepiej w nordyckie wzorki xD
    Haha, zerknę do książki normalnie i znajdę ten fragment xD
    Polecam ci książki Marcina Mortki o tej tematyce :D Szczególnie „Morza Wszeteczne” – płakałam ze śmiechu jak czytałam, a główny bohater jest po prostu przecudowny! I ma macki ośmiornicy na plecach, którymi poddusza załogę xD
    Przez ostatnie dwa tygodnie napisałyśmy chyba więcej niż przez ostatni rok xD
    O tak, tak chyba byłoby najlepiej :D W razie czego coś zaimprowizujemy :D]

    Lucy zmarszczyła brwi i zupełnie zmieszana spojrzała na mężczyznę. Szukała w odmętach pamięci jego twarz, jednak na próżno. Nie miała pojęcia, kim jest, choć on twierdzi, że się znają. Przeszło jej przez myśl, że to zwyczajna zaczepka pijanego człowieka na widok kobiety. Bo był pijany i dobrze to wyczuła. Jednak zanim zdążyła otworzyć usta, Huck stanowczo stanął w jej obronie. Słowa pirata zabrzmiały niezwykle poważnie, jednak groźba jakby nie dotarła do świadomości mężczyzny, który nawet nie raczył spojrzeć na Jonesa. Wciąż wpatrywał się z nią. Lucy przełknęła ślinę. To nie było zwyczajne spojrzenie. Kryła się w nim nienawiść i groza, tak świdrująca, że Lucy mimowolnie spuściła wzrok.
    - Ah! Damulka mnie nie pamięta! – znów burknął ochryple, wciąż ignorując obecność jej towarzysza.
    Lucy znów skupiła myśli, coraz bardziej przerażona. Wodząc wzrokiem po obrusie próbowała sobie cokolwiek przypomnieć, jednak w tym momencie jej myśli wypełniał całkowity chaos. Czego mógłby od niej chcieć?
    - Oczywiście, jak mogłaby pamiętać! W końcu minął już rok od śmierci mojego brata, a dzisiaj jest pierwsza rocznica! – zacharczał już nieco głośniej, ściągając uwagę kilku gości z najbliższych stolików – Naprawdę nie masz mi nic do powiedzenia?
    Lucy zaniemówiła i zamarła w bezruchu. Oskarżał ją o coś, czego w tym momencie nie mogła sobie przypomnieć, miotała się pomiędzy strzępkami wspomnień, wciąż starając się wyszukać twarz mężczyzny. Co miałaby powiedzieć, skoro nie ma pojęcia, o co może chodzić. Podniosła wzrok na kilka sekund, by dostrzec wyraz twarzy Hucka. Była to mieszanina zaskoczenia i gniewu, zupełnie jakby zaraz miał rozszarpać natręta na kawałki. Wówczas mężczyzna o dziwo zwrócił się właśnie do pirata.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - A więc o niczym nie wiesz, kolego – parsknął, potykając się o swoja nogę i oparł się o ich stół, by nie upaść – Nie wiesz, kim ona jest?! Co robi z nami?! Z mężczyznami?!
      Wydarł się niemal na całą salę, zwracając uwagę kolejnych klientów restauracji. Lucy w tym momencie wstrzymała oddech. Nie, nie, nie, to niemożliwe…, przeszło jej przez myśl. Czuła, jak krew odpływa jej z twarzy i na moment zrobiło jej się słabo, by po chwili jej serce zaczęło walić jak oszalałe. Utkwiła przerażony wzrok w białym obrusie. W tej chwili nie potrafiła zrobić nic innego.
      - Uwiodła mojego braciszka, sprawiła, że oddał jej wszystkie oszczędności! Zabawiła się nim jak zabawką i porzuciła, od tak! Załamał się, mówił o samobójstwie, a ja głupi go nie słuchałem! Zabił się, bo ta wiedźma rzuciła na niego urok.
      To zły sen, szepnął jakiś wewnętrzny głos w jej głowie, To na pewno tylko sen i za moment się obudzisz. Zacisnęła dłonie w pięści. Wiedziała, że w tym momencie powinna coś powiedzieć, zaprzeczyć, przysiąc Hakowi, że to nie prawda, że to wymysły chorego pijanego człowieka. Ale nie zrobiła tego. Każde wypowiedziane słowo było prawdziwe. Nie miała jednak pojęcia, że chłopak się zabił…
      - Dobrze wiem, o czym mówię – ciągnął z nienawiścią w głosie, wciąż kierując słowa do pirata – To nimfa znad Renu, morska wiedźma, która uwodziła i sprowadzała na śmierć i tu, w Fabletown robi dokładnie to samo! Nie patrz tak, kolego, jestem jednym z was - podkreślił ostatnie słowo jako dowód na to, że sam jest Baśniowcem – Jeśli masz pokaźny majątek, ona już na niego czyha. A jeśli sądzisz, że ona o nim jeszcze nie wie, jesteś głupcem, jak mój żałosny brat. Ta wiedźma nie potrafi kochać, nie ma serca! Złowiła cię na słodkie słówka, obiecując miłość po grób i wspólną przyszłość?! Sądzisz, że kochasz ją najbardziej na świecie?! Nie! Rzuciła na ciebie czar, bo tym właśnie się żywi – zgubą i śmiercią mężczyzn. Pokochasz ją tak bardzo, że gdy cię w końcu zostawi będziesz myślał tylko o skończeniu ze sobą.
      Lucy zacisnęła powieki. Wciąż nie pamiętała chłopaka, o którym mówił. Tylu ich było…
      Nie wierzyła, że to wszystko dzieje się naprawdę. W jednej minucie całe jej życie, wszystkie te wspólne plany i marzenia runęły w gruzach. Bała się odezwać, zrobić cokolwiek. Nie potrafiła nawet spojrzeć ukochanemu w oczy, bo mógłby wyczytać z nich coś naprawdę przerażającego.
      Dopiero po chwili zaczęła zdawać sobie sprawę z prawdziwych konsekwencji wypowiedzianych słów, co zaparło jej dech w piersiach. Samo słowo „samobójstwo”, tak świeże i bolesne w ich relacji… Czy Hak myśli, że… Że mogłaby i jemu to zrobić?!


      :<

      Usuń
  18. [O, „Grę” też chętnie bym przeczytała, chociaż serialu nie oglądałam :D W miarę ogarniam bohaterów i fabułę, bo siedząc na tumblerze trudno nie natrafić na jakieś gify, ale nie udało mi się jeszcze obejrzeć :D Poza tym, rozważałam kiedyś Emilię Clarke jako wizerunek dla Lucy, ale stwierdziłam, że ona w serialu jak taki dzieciaczek wygląda, więc chyba by nie pasowała xD
    To już pod psychozę podchodzi, uzależniłyśmy się chyba xDD Haha, jeszcze trochę, a zmienię imię na „Lucy” i przefarbuję się na blond xDDD
    W ogóle stwierdziłam, że jak zabraknie nam pomysłów, to sięgniemy po streszczenie „Mody na sukces” xD]

    Zanim zdążyła pomyśleć o czymkolwiek jeszcze, Huck zerwał się z miejsca i rzucił na mężczyznę. Lucy poderwała się do góry i zasłoniła usta dłonią. Wciąż powtarzała sobie, że to nie może być prawda, że może jednak wszystko skończy się zupełnie inaczej, może wcale nie uwierzył w słowa mężczyzny…
    W sali zapanował całkowity chaos. Jakaś kobieta za jej plecami krzyknęła wzywając ochronę, ktoś odskoczył w bok, inni w pospiechu kierowali się do wyjścia. Pirat tymczasem kilkoma ciosami powalił pijanego chłopaka, którego złamany nos zdążył już zakrwawić całą podłogę przy ich stoliku. Wszystko działo się zaledwie kilkanaście sekund. Znów nie potrafiła wykrzesać z siebie słowa, nawet wtedy, gdy Huck odwrócił się do niej plecami i wyszedł z lokalu. Przerażona, obserwowała, jak znika w ciemnościach za szklanymi drzwiami. Gdzieś z tyłu usłyszała kroki, ktoś krzyknął, że jest lekarzem i zaczął opatrywać pobitego. Kobieta ze stolika obok osunęła się na ziemię zemdlona, kilka talerzy runęło na posadzkę. A jej kręciło się w głowie.
    Ruszyła biegiem za Jonesem. Nie myślała o tym, że jest w samej sukience i zaraz znajdzie się na mrozie. Nie dbała o to, że niemal cała sala odprowadziła ją wzrokiem. Wybiegła mijając drzwi i stanęła jak wryta, stając z Huckiem niemal twarzą w twarz. Nie odszedł? Został? Wciąż miała gdzieś w sobie strzępek nadziei, że uda jej się wszystko wytłumaczyć.
    - Huck… - zaczęła ze ściśniętym gardłem – To nie tak… Nie sądzisz chyba, że rzuciłam na ciebie jakiś urok? Nigdy bym…
    Nie potrafiła w tym momencie sklecić żadnego sensownego zdania. Bała się tej chwili, dawno nie bała się tak bardzo, jak teraz. Zaczęła trzęść się z zimna, ściskając w zziębniętej dłoni pasek od torebki. Znów szukała jego spojrzenia, wyczytać z niego cokolwiek. Znów musiała tłumaczyć się ze swojej własnej głupoty, jej błędnych decyzji. Czy to nigdy się nie skończy?
    - Owszem, to co powiedział ten chłopak jest prawdą i żałuję tylko, że musiałeś dowiedzieć się o tym w ten sposób. Ale teraz jest już zupełnie inaczej. Mam pracę, mam ciebie…
    Mam ciebie. Dopiero na te słowa zareagował. Lucy przełknęła ślinę. Od czego powinna zacząć, co ma mu teraz powiedzieć.

    [Napisałam nieco krócej, bo nie chciałam przegadać monologiem całej kłótni xD No i na razie Lucy znów jest biedna, z podkulonym ogonkiem, ale za moment wkurzy się o wisiorek :D
    Haha, tak czytam twój odpis i przez moment zrobiło mi się żal gościa, bo nie to, że stracił brata, to jeszcze w rocznice jego śmierci został pobity xDDD]


    eh…

    OdpowiedzUsuń
  19. Jednego nie można było mu zarzucić. Kot wspaniale władał swoją małą szablą, którą zwał Źdźbło . Każda broń potrzebuje bowiem i odpowiedniej nazwy. Bez wahania wspiął się na schody, a przy każdym stawianym kroku obcasy jego butów stukały o kolejny stopień. Rozejrzał się wokół, by tylko potwierdzić swe przypuszczenia. Ląd zniknął już za horyzontem. Nim się obejrzał stał tuż przed nim mizerny chłopaczyna. Po części obrażało go, ze będzie musiał walczyć z jakimś dzieciakiem, a z drugiej liczył na łatwą wygraną. Był pewien, że już wcześniej słyszał to nazwisko. Pozwolił jednak, by to czyny Eryka zadecydowały o jego opinii wobec niego. Z uśmiechem zdjął kapelusz, ukłonił się nisko i przedstawił się swemu przeciwnikowi. Nie mówił jednak tylko do niego, a kapitana statku i reszty załogi, która zdążyła się już tu zebrać.
    - Jam Puszek Okruszek, kto ze mną zadrze umarł – w butach! - Kapelusz wrócił na jego główkę i choć wokół rozległ się śmiech. Kto bowiem bałby się małego kotka o imieniu Puszek. Przed laty nadał mu je syn młynarza, a on nosił je z dumą. To dzięki niemu stał się tym, kim jest teraz - kotem w butach. Albowiem osoby, które listy gończe ślą za nim, tak też go zwą. gdy staje do walki, nawet z takim robaczkiem jak Martel, będzie swego imienia używać w dumą.
    Spojrzał ostatni raz na kapitana, który bacznie mu się przyglądał ze skrzyżowanymi ramionami. Błysk haku sprawił, ze nagle zaczął się zastanawiać w jaki sposób pirat stracił swą dłoń. Teraz jednak nie był czas przemyśleń. Wyjął źdźbło z pochwy i uniósł je ku górze. W porównaniu z ostrzem chłopaka wyglądało mizernie. Jednak jego ostry koniec potrafił zadać więcej krzywd, niż ogromny topór. Mistrz, który uczył go szermierki powtarzał niejednokrotnie, ze lekceważąc przeciwnika, daje się mu ogromną przewagę. Może właśnie dzięki temu wygrywał swoje potyczki. Dłoń chłopaka zaczęła lekko drżeć, a gdyby nie koci wzrok nawet by tego nie zauważył. Postawił krok i przeciął powietrze tuż koło jego twarzy. Chłopiec uskoczył zaskoczony. Wtedy śmiech załogi ucichły, ale dalej kręciły mu się uszy, które starały się wyłapać słowa, które mruczeli pod nosem niczym koty. Zaatakował ponowie, lecz tym razem chłopiec odparował cios. Zbyt długo zastanawiał się nad następnym ruchem i gdy już wykonał atak, kot przemknął pod jego nogami i podciął mu nogi. Nie włożył w to wystarczającej ilości siły, wiec w efekcie Eryk tylko się zachwiał. Syknął z niezadowolenia, a długi ogon zaczął się wyginać w różne strony. Denerwował się, gdy coś nie wychodziło po jego myśli. Zaczął atakować na oślep z marnym skutkiem. Chciał to zakończyć jak najszybciej. Z łap wyrósł mu rządek ostrych pazurów. Wystarczył jeden ruch, a przecięły one skórę na przedramieniu małego człowieczka. Krzyknął z bólu i w efekcie upuścił szablę. Sekundę później broń kota wskazywała sam środek jego serca. I choć nie była to walka na śmierć i życie, to w oczach chłopca zauważył strach. Mimo to nie zamierzał opuścić swego ostrza, gdyż wydawało mu się to wyjątkowo nierozsądne.
    - Już nie jest wam do śmiechu panowie? - powiedział z sarkazmem, który czuć było na kilometr. - Kapitanie, wydaje mi się, że mieliśmy umowę.

    el kicia diablo

    OdpowiedzUsuń
  20. To nie wyglądała za dobrze. Nie dość, ze ciężki dzień pracy, to jeszcze to. Chyba się urodziła pod zła gwiazdą. Wiedziała tez, ze krzyczy w tej dzielnicy na próżno. Próbowała się wyrwać. Na darmo, było ich za dużo i nawet próby przedarcia szły jej na próżno.
    No a jeśli by mieli ją zgwałcić to niech się to już stanie, byleby szybko... Zamknęła oczy, by się na nich nie gapić i płytko oddychała, bo śmierdziało od nich niemiłosiernie. Czekała a potem nastąpił cud. Ten u góry chyba jej wysłuchał i przysłał "posiłki".
    Zakotłowało się. Logicznie by było wziąć teraz nogi zapas i uciec do domu. Tyle, ze nie umiała tego zrobić. Niepewnie otworzyła oczy i popatrzyła na "wybawce". Rozpoznała go oczywiście, acz sami nie mieli jakoś do tej pory możliwości rozmowy. At dwoje obcych ludzi mijających się czasem na ulicy.
    Gdy było już po wszystkim i tamci jęczeli rozpłaszczeni na ulicy, miała ochotę podziękować, ale odechciało jej się słysząc ton wypowiedzi. Mniejsza o słowa, acz i te nie były mile.
    Uśmiechnęła się krzywo od tej połajanki.
    - nie dziękowałam, acz miałam zamiar to zrobić - odparła sucho czując w oczach zdradziecka wilgoć. Nie zamierzała tu płakać. - to miał być skrót, acz wyszedł zbyt długi - tłumaczyła nieudolnie zżymając się w duchu: ah zamknij się Eli., nie ma potrzeby się tłumaczyć, bo i tak nie zrozumie.
    Podeszła do porzuconej torebki, trochę ubrudzonej. Aż wstyd było się teraz z nią pokazać. Na szczęście zamek wytrzymał upadek, ale i tak musiała go w końcu naprawić. Tyle, że nie miała kiedy. Westchnęła otrzepując ubranie i prostując by wyglądało znośnie.
    Chciała już wrócić, ale źle stąpnęła i poczuła ból w kostce. Pisnęła z bólu.
    - Zajebiście - burknęła podirytowana całkiem zapominając, ze on tu jeszcze jest. Stoi i się patrzy na nią krzywo. - będę musiała chyba prosić was o dodatkowa pomoc. Chyba zwichnęłam sobie kostkę przy okazji... - powiedziała tonem skrzywdzonego dziecka.

    Eliza (sorki, stary chwyt by popsuć im krew]

    OdpowiedzUsuń
  21. [No to muszę przeczytać :D Kocham takie fantastyczne klimaty, więc jeśli chociaż w drobnym stopniu przypomina Władcę Pierścieni, to na pewno po nią sięgnę :D
    O niee, faktycznie masz gorzej niż ja xD Dobrze, że nie zrobiłam Lucy bez oka, albo coś w tym stylu xD]

    Och, nie…, przeraziła się, On naprawdę w to uwierzył…. Co mogłaby zrobić, by to jej słowom teraz uwierzył? Czegokolwiek by nie powiedziała i czegokolwiek by teraz nie zrobiła, znów mógłby jej wytknąć, że tylko udaje. Każdy jej gest może być przecież sztuczny i wymuszony. Nawet jego uczucie do niej mógł uznać za efekt uroku.
    Nie mogła uwierzyć, że to może być koniec wszystkiego. Koniec miłości, w którą na jej oczach przestał wierzyć.
    - Jak możesz tak w ogóle myśleć?! – wydarła się nerwowo unosząc ręce do góry – Po co miałabym rzucać na ciebie jakiekolwiek czary?! Powiedz, po co?! Miałam wszystko, co tylko chciałam, a ty twierdzisz, że celowo uwiodłam jakiegoś… marnego pirata?!
    Przesadziła i dobrze o tym wiedziała. Jednak była na tyle wściekła, że słowa same wychodziły z jej ust. Odwróciła się od niego, by po chwili znów wrócić na linię ognia. Wbiła wzrok z jego przekrwione ze złości oczy.
    - Próbowałam ci o sobie opowiedzieć, ale nie chciałeś słuchać! – wykrzyczała po chwili – „Żadnej przeszłości, liczy się tylko u i teraz ”, to twoje słowa, pamiętasz?! A to właśnie jest moja przeszłość! Niedaleka, ale jednak przeszłość! Odsiedziałam już swoje w cholernym Golden Boughs! Co miałam robić po przybyciu do Fabletown, skoro nie miałam pojęcia o ludzkim życiu?! Nie jestem człowiekiem i nigdy nie będę, zrozum to w końcu! Co mam zrobić, żebyś mi uwierzył?! Pewnie nic, bo już dawno mnie osądziłeś!
    Oczy zaszkliły jej się na moment, ale powstrzymała łzy. Dziś nie miała zamiaru płakać, miała już wszystkiego dość. Zdała sobie nagle sprawę z tego, że jej jedna głupia decyzja z przeszłości już zawsze będzie rzutować cieniem na ich relacji. Wszystko będzie przypominało Huckowi o tym jednym dniu, w którym go zdradziła i porzuciła. Czy mogliby jeszcze kiedykolwiek być szczęśliwi? Zaczynała w to szczerze wątpić.

    [Chyba jestem nienormalna, ale śmiałam się jak to pisałam xD]


    angry Swan

    OdpowiedzUsuń
  22. Posłała mu nieodgadnione spojrzenie.
    - to nas dwóch. - skwitowała - tez mnie lubią w pracy - westchnęła kuśtykając do ściany i zastanawiając się czemu wcześniej nie czuła, że jest coś nie tak? Pewnie za dużo adrenaliny i stad te "oznaki"
    Wahała się przy podawaniu mu adresu, ale cóż mogla poradzić? Poczekać aż pobici mężczyźni się obudza z bitki i dokończą wesołe plany? Nie w tym życiu!
    Westchnęła po raz wtóry.
    - no mnie się to tez nie spodziewało. Chyba nie powinnam tyle pracować. Zwłaszcza też wychodzić o takiej porze.
    Starała się być delikatna, skoro mówił, że czuje się jak się czuje, ale nie zawsze jej to szlo.
    - zostało Wam wybaczone. Milo mi acz okoliczności poznania nie byłyby takimi jakim bym chciała pana spotkać - uśmiechnęła się nieśmiało - Eliza Ryan.
    Nawet jeśli nazwisko było jej znajome czy sama postać to nie dala po sobie poznać. Czasem miała ducha odkrywcy i nie pokazywała co wie otaczając się niewiedza. Technika stosowana przez wieki, która się czasem sprawdzała. Czasem.

    Eliza

    OdpowiedzUsuń
  23. [Dziękuje, dziękuje ^^ Huck także niczego sobie. Przystojny buntownik, nic tylko kochać.
    Nie wiem czy pamiętasz mnie z ostatniego razu - Izma z "Nowych szat króla"? Prowadziłyśmy razem wątek.
    Jeżeli wciąż masz miejsce, to ja z chęcią się na coś piszę.]

    Aurora

    OdpowiedzUsuń
  24. [Nie jestem pewna, jak można by ich połączyć. Huck ma już swoją wybrankę, więc wątpię, żeby chodził do klubu oglądać inne kobiety, choć mogę się mylić (w końcu jest piratem). Nie wiem w jakich innych okolicznościach mogliby się spotkać, ale to pewnie dlatego, że moja głowa już nie działa. Trochę przykre, bo jest dopiero jedenasta :)) Może Ty masz jakiś pomysł? Ogólnie to ja się piszę na wszystko, co jest brzydkie i nieodpowiednie. Jednak odpada ratowanie damy z opresji. To w życiu Aurory zdarzyło się już kilka razy, kiedy jeszcze była królewną/królową, teraz radzi sobie sama.]

    Aurora

    OdpowiedzUsuń
  25. - dziekuje - usmiechnela sie ale przygasl, gdy skwitowala to ponurym smiechem - gdyby to bylo proste. To nie ja jestem upartym wlascicielem i nie tne kosztow wedlug swego widzimisia - pozalila sie - zdazylam zauwazyc. - poslala mu kuse spojrzenie na stwierdzenie, ze jest mloda.
    Nie bylo do czego sie czepiac ani irytowac. Naszczescie do domu blisko miala raptem dwie ulice.
    - to juz blisko. Prosze wybaczyc za klopot. - przystaneli by mogla otworzyc drzwi i wejsc. - za balagan tez. - pokrecila glowa - nie takie rzeczy juz slyszalam. Mozna sie przyzwyczaić. Wejdzcie prosze - zamkne drzwi i zapale swiatlo - przepraszam za bajzel. Nie mam tu sprzataczki.
    Zarumienila sie i zawstydzona zamknela drzwi by ukryc zaklopotanie a po chwili zaprowadzila go kustykajac do salonu i usadzila w fotelu zbywajac jego slowa machnieciem reki. Dziwnie bylo nocowanie faceta, ktorego praktycznie nie znala, no ale miala zobowiazania i chociaz tak mogla pomoc
    - Chyba mam cos, co wam pomoze. Mozecie zdjac koszule? Zobaczymy jak sie sprawy maja. Nie ruszajcie sie. Pojde po apteczke... - poinformowala kulejac przechodzac do lazienki, gdzie trzymała przydatne rzeczy. Wrocila po chwili i az gwizdnela zanim sie opanowala.
    - niezle Was uzadzili. - podeszla blizej podsuwajac krzeslo do fotela - obawiam sie, ze trzeba bedzie szyc. Tylko, ze pigula nie jestem. Moge zrobic opatrunek, ale i tak wizyta u lekarza bedzie wskazana. Trzeba bedzie zalozyc pare szwow. - wyjasnila - koszmarny dzien z koszmarnym finalem. Prosze. To najsilniejsze przeciwbolowe jakie mam - podala tabletki i wode. W miedzy czasie zabierajac sie za zakladanie opatrunku a potem owijanie jego torsu bandazem. Umeczyla sie z tym troche, bo biedak ledwo jeszcze byl wsrod przytomnych i w zasadzie wisial na oparciu. Po chwili uslyszala chrapanie.
    - taa chyba go tu zostawie. Tylko koc sie przyda... - wstala krzywiac sie z bolu.

    Eliza [sorki za brak pl znakow - na tablecie zle mi sie pisze ;/]

    OdpowiedzUsuń
  26. [ Z lekkim opóźnieniem, ale co tam :D
    Jesli masz ochotę na jakiś wątek to zapraszam.
    Może coś dla siebie znajdziemy ]

    Faust

    OdpowiedzUsuń
  27. [Możemy zrobić tak, że Huck odrobinę jej pomógł, kiedy była w dołku i znalazł jej pierwszą pracę (jakąś niewdzięczną, sprzątanie toalet w bardzo obskurnym miejscu), która właściwie uratowała jej życie. Później, w ramach rekompensaty, Aurora odstawiała dla niego osobisty striptiz - oczywiście do momentu, kiedy to na horyzoncie nie pojawiła się Lucy. Od tego czasu w ogóle się nie widzieli, aż tu nagle... Się spotkają :)) Tylko nie wiem, w jakich okolicznościach.]

    Aurora

    OdpowiedzUsuń
  28. - zupelnie jak dziecko - zachichotala cicho.
    Gdy szla po koc i dodatkowa pufę pod nogi, by chociaż sprawiać prowizoryczna wygodę swemu niespodziewanemu towarzystwu, trochę niepokoiła myślą, że zamiast przeciwbólowych dala nasenne. I to sprawdziła, by się uspokoić. Wróciła do salonu starając się samej nie syczeć, gdy stawiała krok nieuważnie. Dwa razy się tak uwijała, przynosząc jeszcze wodę i kolejne tabletki w razie gdyby się miał obudzić. Potem go owinęła kocem jak miała dostęp, osadzając w miarę wygodnie i nawet przyłożyła pod głowę małego jaska.
    Przygasiła światła i poszła do siebie zając się teraz sobą. Przyglądała się w lustrze krytycznie.
    - miałaś szczęście dziewczyno - zauważyła a potem zadrżała na sama myśli, co by się stało gdyby jednak zdążyć się miało to co się miało a potem weszła pod prysznic i stała pod nim tak długo aż zrobiło się zimno. Niechętnie poszła spać. Równie dobrze mogla nie iść wcale, bo i tak się kręciła w łóżko przekręcając na boki, gdy wciąż czuła pobudzenie wywołane stresem.
    Chcąc nie chcąc bezsennie dziś leżała i czekała na nadejście świtu.
    Calikiem rano, nawet nie fatygując się ubieraniem. Nie miała na to ani ochoty ani siły. Narzuciła na dwuczęściową piżamę szlafrok i obwiązała byle jak. Unieruchomiona bandażem kostka też nie sprawiała dużego problemu. Na śniadanie zjadła miseczkę płatków a potem zaparzyła kawę. Dwie. Jedna niosła teraz na tacy, bo swoja w połowie opróżniona zostawiła na blacie.
    - dobry dzień. - odezwała się widząc, że już nie śpi i nawet się rusza. - albo tak dobry jak tylko się da. - uśmiechnęła się nieznacznie. - po tabletkach szybko zasnęliście, zatem nie dało rady was przenieść na bardziej wygodne miejsce - zamrugała skrepowana - kawę przyniosłam a na stoliku macie tabletki jeszcze. I... - zawahała się - może chcecie coś do jedzenia? Pewnie Wam zimno.. na razie musi wystarczyć, bo włożyłam waszą koszule do prania. Przepraszam, jeśli tak bez pytania. - spojrzała na niego niepewnie - ale nie wyglądała zbyt dobrze a na ulicy się z nią pokazać...

    Eliza

    OdpowiedzUsuń
  29. [O tak, idealny pomysł! Aurorę mogliby porwać, bo na przykład dawniej zadawała się z Huckiem, miała u kogoś jakiś dług, ktoś miał porachunki względem jej kraju (to musiałby być ktoś naprawdę mściwy, skoro napadałby na nią, wiedząc, że nie posiada już żadnej władzy) albo ktoś chciałby ją zwyczajnie jako trofeum. Mam zacząć?]

    Aurora

    OdpowiedzUsuń
  30. [Nie, nie obcinaj! Kupię ci taki sztuczny hak na dziale z zabawkami xD
    http://aziajko.veranet.pl/nowe/foto/zestaw_dla_pirat_stroj_jokomisiada_03.jpg
    Zobacz, nawet przeklęta moneta jest w zestawie xD
    Jaram się, bo 1 stycznie nowy sezon Sherlocka <3]

    - Wiesz co, to nie ma żadnego sensu! – znów się wydarła i złapała za głowę – Jesteś po prostu nie do naprawienia! Żyjesz przeszłością i jednym głupim dniem, za który przepraszałam cię już tysiąc razy, zamiast myśleć o tym, co nasz teraz czeka. Uważasz, że uratowałam cię przed samobójstwem, bo miałam taki kaprys?! Bo chciałam cię jeszcze trochę pomęczyć?!
    Zamilkła na moment, wbijając w pirata żałosne spojrzenie. Serce waliło jej jak oszalałe, a Lucy trzęsła się z zimna, co odbijało się w jej głosie. Miała tego serdecznie dość. Huck nigdy jej nie zaufa i powoli docierała do niej ta przerażająca prawda. Każda kłótnia, nawet o jakąś drobnostkę, będzie kończyła się dokładnie tak samo – wyrzucaniem sobie tych wszystkich niedomówień z przeszłości, tych okropieństw, zdrad i kłamstw.
    - Nie miałam pojęcia, że chłopak się zabił. Nigdy nie chciałam, by to zrobił. Potrzebowałam pieniędzy… - głos zamarł jej w gardle.
    Zacisnęła powieki, a złość znów powróciła. Zacisnęła pięść, a to, co w niej miała niemal przebiło jej skórę.
    - W takim razie, wytłumacz mi, skąd to masz?! – rzuciła wisiorkiem przed siebie. Błyskotka odbiła się od klatki piersiowej pirata i upadła z brzdękiem na zmarznięty chodnik. Nawet nie wiedziała, skąd wziął się w jej dłoni. Po prostu, nagle poczuła jego obecność, jakby nieświadomie schowała go przed wyjściem do torebki, a teraz go z niej wyciągnęła, nawet o tym nie myśląc.
    - Znalazłam go w twoim mieszkaniu i oboje dobrze wiemy, co to takiego! – warknęła ze złością – To część cholernego przeklętego skarbu! Przypłynąłeś po niego nad Ren, tak?! Jak udało ci się go zdobyć?! - zalała go całą stertą pytań. Zachowała wisiorek, choć wcale nie chciała, by o tym wiedział. Była zła, jednak nie miała zamiaru tego wykorzystywać wciąż przekonana o tym, że powinni zapomnieć o przeszłości. Hak zabrał go ze skarbca, a może ktoś mu go podarował. Nie wiedziała przecież, co stało się ze skarbem po jej odejściu. Mimo to, w tej chwili jej umysłem zawładnęła taka wściekłość, że bez wahania wyciągnęła ten argument na światło dzienne.
    - A może od początku wiedziałeś, kim jestem i nasze spotkanie nad Renem nie było przypadkowe?! Głupia nimfa sama do ciebie przyszła, wystarczyło ją uwieść słodkimi słówkami, a skarb sam wpadnie ci do ręki?! Cholerny pirat! – dodała na koniec.


    Lucy, której zaraz wysiądzie głos

    OdpowiedzUsuń
  31. [Założyłam, że są tak dwa tygodnie przed świętami.]

    Puszka fasoli. Dwanaście mandarynek, które pewnie i tak zje w przeciągu trzech dni. Zamrożony indyk i kurczak. Chałwa. Rodzynki. Dwie mleczne czekolady. Zielona herbata. Rum i osiem jajek. Powoli wykładała wszystkie produkty na blat, który przesuwał się równie leniwie jak jej ręka. Wyśmienita uczta czeka mnie w tym roku, pomyślała, nogą popychając pusty wózek przed siebie. Kątem oka zauważyła, z jaką jadowitością przyglądała się jej kasjerka. Zastanawiała się przez moment, czy może jej mąż nie jest bywalcem w Pudding n'Pie i nie wymawiał jej imienia podczas snu: "Auroro, Auroro...". Stapleton uśmiechnęła się niezwykle dziewczęco. Wyglądała w tamtym momencie jak szesnastoletnia królewna, która jeszcze nie wiedziała, że jej los był przesądzony. Miała ogromną ochotę zapytać się kasjerki, jak miewa się jej mąż, ale spasowała, nie widząc na jej palcu złotej obrączki. Może po prostu była wredną suką, która do nikogo się nie uśmiecha? Kiedy kobieta podała cenę zakupów, Aurora wyciągnęła z workowatej torebki portfel i już miała podać jej banknot, kiedy w oddali ujrzała Hucka. Zastygła na moment, z wyciągnięta ręką i szeroko otwartymi oczami. Nie widziała tego pirata już od bardzo dawna. Od czasu, kiedy na horyzoncie pojawiła się jego wielka miłość, Lucy, piękna nimfa. Jak w transie podała kasjerce pieniądze i wymamrotała, że może zatrzymać resztę. Spakowała zakupy do ogromnej torebki i, pchając się między ludźmi, ruszyła śladem Hucka. Słyszała za sobą donośny głos niemiłej kasjerki, jednak w ogóle na niego nie zareagowała. Przyspieszyła kroku i już po chwili stała obok Jonesa, klepiąc go po ramieniu.
    - A niech mnie - rzuciła, uśmiechając się szeroko. - Znów się spotykamy.

    Aurora

    OdpowiedzUsuń
  32. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  33. [Faust w końcu był na tyle szalony by zawrzeć pakt z diabłem i w sumie mógł robić co chciał, więc dlaczego miałby nie chcieć popłynąć w rejs z piratami? Więc możemy zacząć w przeszłości od ich jakiegoś spotkania i wyprawy do skarb Korteza :D albo w teraźniejszoci po latach od tej wyprawy. Chociaż jako fan Piratów z Karaibów, wolę tą pierwsza opcję :D]

    OdpowiedzUsuń
  34. [ Czekam na tę najnowszą część! Podobno ma się Orlando pojawić nawet... Ale to pewnie plotka tylko...
    To tak, Faust wmaszeruje do tawerny na Tortudze i sobie kogoś wzrokiem wybierze, a że to akurat będzie twój pan to jego pech. I zaproponuje wspólną wyprawę po skarb! Albo... może do źródła młodości? Diabeł mu może każe je zniszczyć... Albo może po coś innego... Albo lepiej po skarb. Kurcze, korci mnie wszystko!
    Zdecyduj i daj znać o.o
    I polej rumu... ]

    OdpowiedzUsuń
  35. [Jak byłam mała, to zawsze chciałam taki zestaw, ale nie dostałam xD Teraz to dopiero są wypasione zabawki, kiedyś takich nie było xD
    O, a co ciekawego będzie? :D Pewnie nowy Once Upon? xD
    Oh, Hakuś taki uroczy, jak się złości xD
    https://66.media.tumblr.com/5c94b34dc5d5afda8c559bf0f749d963/tumblr_n1a0dsN07X1qdee5uo3_250.gif
    Wściekła Lucy z niebezpieczną szklanką w ręku xD]

    - Problemy?! – fuknęła – To ty je stwarzasz! Wystarczyło, że przyznałam przed tobą, kim tak naprawdę jestem, a tobie już całkowicie odbiło! Teraz każdy facet, który na mnie spojrzy jest pod moją kontrolą, tak? W takim razie, dlaczego w ogóle się kłócimy, skoro i nad tobą mam władzę?! Zaraz pstryknę palcami i znów będziesz potulny! Tak to widzisz? – zadrwiła - Nie ufasz mi, bo nie chcesz! Nie chcesz dać mi szansy, ciągle wracając do tego, co było. A tamto… – wskazała energicznie na budynek restauracji – Tamto, to też BYŁO! Było i nie wróci!
    Uniosła ramiona w geście poddania. Wiedziała, że nie przemówi mu do rozsądku.
    - Eh, z resztą. Co może wiedzieć o uczuciach taka zdradziecka nimfa jak ja?! - parsknęła gorzkim śmiechem, który szybko zmienił się potok łez, na który w końcu sobie pozwoliła. Na moment ukryła twarz w dłoniach, nie mogła jednak przeciągać tego w nieskończoność. Szumiało jej w głowie od nadmiaru emocji, od głosów, które podpowiadały najgorsze rzeczy. Już sama nie wiedziała, co jest prawdą, co podszeptuje jej sumienie, a co przeklęty skarb Nibelungów. Miał na nią zbyt duży wpływ, nawet teraz, pod postacią tej małej błyskotki. Nie panowała nad tym, a może nie chciała zapanować. Wciąż się miotała.
    - Chroniłam ten skarb przez setki lat, więc chyba nie sądziłeś, że nie wyczuję choćby tak małej błyskotki?! Jasne, jesteś piratem, a piraci tak właśnie robią, tu się z tobą zgadzam – znów zadrwiła, wpatrzona w złotą biżuterię. Tak mała rzecz o tak wielkiej mocy. Znała i potrafiła wyczuć każdą, nawet najmniejszą drobinkę skarbu. Znów jego magia uderzyła jej do głowy.
    - To nie ma sensu, dobrze o tym wiesz! Nigdy się nie dogadamy! Już nie! – dodała z goryczą.
    W tym momencie nie myślała o tych wszystkich pięknych wspólnych chwilach. Z jej pamięci uleciały obietnice, zapewnienia, plany na przyszłość, które sama snuła, a pojawiły się wspomnienia tych najgorszych momentów, samotności, niezrozumienia, nieporadności w tym dziwnym ludzkim świecie. I wszystko przez to, że opuściła swój dom. Jedna decyzja.
    Nigdy więcej.
    - Żałuję tego cholernego dnia, w którym cię poznałam i tego, że byłam na tyle głupia, by zadawać się z człowiekiem! Nie rozumiem twojego świata, nie rozumiem tych waszych przyziemnych uczuć! I nie chcę zrozumieć! Nigdy więcej!
    Odwróciła się i ruszyła przed siebie, nie zwracając uwagi na cokolwiek. Miała dość. Najzwyczajniej w świecie miała dość. Dość tego miasta, dość Hucka, tych wszystkich łez, które musiała wylać.

    [Lucy pojechała po całości, ale dobrze im to zrobi xD
    Wyszło, jak wyszło, dzisiaj jestem kompletnie rozkojarzona :<]


    bloody pirate & tricky nymph <3

    OdpowiedzUsuń
  36. [ No i fajnie :)
    Chcesz zacząć? :D]

    OdpowiedzUsuń
  37. [ Zacznę ja w takim razie :)
    Spodziewaj się zaczątku dzisiaj...
    Hue hue hue... ]

    OdpowiedzUsuń
  38. Tej atmosfery nie można w żaden sposób podrobić. Tylko tu, na tej magicznej wyspie, można było poczuć co to znaczy życie. Faust rozsiadł się na rozchwianym trzeszczącym krzesełku i przesunął spojrzeniem po wnętrzu tawerny. Prawdziwe piekło i co najzupełniej na ziemi. Idealny świat.
    Obserwował z uśmiechem jak dwaj dzielni marynarze rzucają kości na stół a następnie tłuką się po twarzach. To chyba jakiś nowy sposób gry, którego nie znał. Wnętrze pytałniała ciężka mieszanka alkoholi, przetrawionych alkoholi, potu, dymu z cygar i fajek, jakichś pachnideł używanych przez kurtyzany wszelkiej maści i czegoś jeszcze, czego nie potrafił zdefiniować.
    Po cóż ktoś taki jak on, przybył w miejsce takie jak to?
    Otóż, tu zawsze było co pić i z kim pić. Co jakiś czas przysiadał się do niego jakiś chłop, opowiadając mu zmyślone albo prawdziwe historie swojego zycia. Kilku nawet złozyło podpis na kodycylu, oddając mu duszę w zamian za kolejną kolejkę. Głupcy. Ale gdyby nie tacy głupcy, nie miałby skąd zdobywać nowych świeżych dusz dla swoich celów oraz dla swego dobrego... kolegę? Mefisto nie zawsze mówił w prost czego chce. Czasem chciał tylko pare dusz i dawał mu spokój. W zamian Faust mógł również czegoś wymagać. Teraz w wewnętrznej kieszeni płaszcza, który kilka dni wcześniej niszczył i tarmosił by nie wyglądał tak nowo, trzymał zwiniętą mapę tych mórz, z zaznaczonym miejscem ukrycia skarbu.
    Przybył tu w poszukiwaniu odpowiedniego kapitana i załogi do niezwykłej wyprawy, z której pewnie połowa nie wróci. Mefisto był cwany. Zawsze był jakiś haczyk.
    W końcu, kiedy miał już zrezygnować, by wrócić następnego dnia, pojawił on. Wystarczyło jedno spojrzenie by wiedzieć, że to musi być właśnie on. Wskazał go swojemu nowemu towarzyszowi, przerywając mu opowieść o tragicznej śmierci jego najlepszej i ulubionej mewy, którą codziennie karmił. Człowiek wysapał dwa słowa, które wywołały szeroki uśmiech na jego twarzy. Dopił resztkę rumu z butelki. Miał bardzo mocną głowę. Może dlatego że nie był takim zwyczajnym człowiekiem. Podniósł się i lawirując między gośćmi tawerny, zbliżył się do ofiary. Ale najpierw do baru
    Nieco bezczelnie i bez zaproszenia przysiadł się do stolika owego pechowego wybrańca. Postawił na stoliku trzy butelki rumu i uważnie spojrzał w oczy kapitana. Miał na to swoj trik. Zauważył, ze ludzie zwykle patrzą sobie w oczy mniej więcej 3 sekundy. On utrzymywał kontakt wzrokowy przez 6 sekund bez mrugania. Przyciągał tym uwagę i zainteresowanie rozmówców.
    - Kapitam Hak. - uśmiechnał się uprzejmie - Cóż to za zaszczyt... no dobra, bez wazeliniarstw. Szukam kogoś bystrego do morderczej wyprawy po wielki skarb

    OdpowiedzUsuń
  39. [Nie przeszkadzałoby ci, gdybyśmy umieścili akcję na Karaibach? W takim uniwersum PzK?]

    Zmarszczył brwi.
    - Obdartusem? - prychnął. - Jestem najbardziej eleganckim człowiekiem w tym lokalu. Do rzeczy, do rzeczy... - upomniał samego siebie. Poprawił swoją pozycje na krześle, odchrząknął i wrócił do właściwego tematu.
    - Hipotetycznie... uznajmy że jestem w posiadaniu pewnej mapy, na której hipotetycznie zostało zaznaczone miejsce ukrycia skarbu... Wielkiego skarbu, którego największym klejnotem jest duża skrzynia ze złotymi monetami, który ktoś kiedyś nazwał skarbem Corteza. Ja chcę tylko skrzynie. Dla ciebie będzie cała reszta. No... może jeszcze wziałbym jakieś ładne perły... zależy co będzie. - wzruszy ramionami. Miał nadzieję, że był na tyle tajemniczy a jednocześnie rzeczowy, że zainteresował Haka swoją osobą i propozycją.
    Przesunął spojrzenie na hak. Musiał go polerować. Ładnie błyszczał. Kierowany impulsem, zupełnie nieprzemyślanym, dotknął zakrzywionego kawałka metalu, które zastępowało mu dłoń. Był przyjemnie chłodny i gładki. Miał wrażenie, że w chwili, kiedy go dotknął towarzystwo jakby przycichło. Dopiero wtedy uznał, że to był chyba zły pomysł, więc odsunął dłoń i uśmiechnął sie niewinnie.
    - Pokażę ci kawałek mapy a potem drugi i trzeci, bo nie uśmiecha mi się leżenie na dnie i zastanawianie się dlaczego dałem ci całą mapę od razu.

    OdpowiedzUsuń
  40. [Ja tak samo, więc rozumiem xD
    O, i coś ciekawego się dzieje w Once, co możemy zgapić? xD Skip mówiła, że pojawił się kapitan Nemo :D O, no tak, faktycznie sporo tego :D Piękna i Bestia obowiązkowo, w końcu Hermiona <3 xD
    Hahaha, jak to pięknie brzmi, „zdrowa relacja” xD Gorzej, jeśli dojdzie do rękoczynów w końcu xD
    Dobra, teraz mój pomysł ;) Wcześniej napisałam, że Lucy myślała sobie o tym, że kiedyś poprosi Oberona o dwie przepustki do jakiejś magicznej krainy, żeby tam z Hakiem zamieszkać. Teraz, gdy w ich mniemaniu właściwie się rozstali, Lucy w tej całej złości stwierdzi, że nie chce spędzić w Fabletown ani chwili dłużej, więc poprosi Oberona o to, by załatwił przepustkę tylko dla niej. Po prostu chciałaby zniknąć i o wszystkim zapomnieć. Król by się zgodził, ale np. załatwienie tej przepustki trochę potrwa. W tym czasie oczywiście zaczęłaby rozmyślać, bla, bla, bla xD I w Święta dostanie tą przepustkę, ale oczywiście w ostatniej chwili się rozmyśli :D
    Do tego, mogłaby np. spakować swoje rzeczy, oddać mieszkanie i całkowicie olać przygotowania do Gwiazdki, bo i tak miało już jej tu nie być.
    Teraz zostaje kwestia tego, co zrobi Hak przez ten czas ;) Pomyślałam, że gdy Lucy zrezygnuje z przepustki i np. poleci do jego mieszkania, żeby przyznać, jest głupią idiotką xD okaże się, że mieszkanie jest puste. Nasza pani Warren (po mężu – Hudson xD) powie jej, że Huck się wyprowadził, bo tylko tyle by wiedziała. Lucy załamana wróciłaby do domu, ale po drodze na ulicy mogliby na siebie wpaść – w tym samym czasie Hak był u niej i usłyszałby od kogoś dokładnie to samo: że Lucy oddała mieszkanie, spakowała się i wyjechała :D A tu nagle wpadliby na siebie gdzieś na rogu :D
    Pomyślałam też o tym, że Hakuś z tej całej złości będzie np. chciał przenieść się na Rogera. Albo tylko tam sobie pomieszkać przez jakiś czas z dala od tłoku miasta, albo popłynąć gdzieś na dłużej? Jak sądzisz? Stąd pani Hudson myślałaby, że się wyprowadził, bo pozabierał część rzeczy. Oczywiście on też zacząłby o wszystkim myśleć i z tego myślenia wyszłoby mu, że urządzi im tu wspólne Święta :D Poleci zaprosić Lucy, a tam puste mieszkanko.
    Co o tym sądzisz? Może masz jeszcze jakieś pomysły? :D <3]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zaczęło prószyć. Pierwszy śnieg tej zimy powoli okrywał zmarznięty chodnik cienką biała warstwą. Drobinki lodu spadały wprost z nocnego nieba zasłoniętego przez chmury. Lucy nawet nie spostrzegła, kiedy przesłoniły gwiazdy i wcale jej to nie interesowało. Skrzyżowała ręce na piersiach, by choć trochę się ogrzać i przyspieszyła kroku. Nie zabrała płaszcza i nie miała zamiaru wracać, może kiedyś go sobie odbierze. Pragnęła tylko jak najszybciej znaleźć się w mieszkaniu i zapomnieć o tym tragicznym dniu.
      Jak mogła pomyśleć, że kiedykolwiek im się uda? Huck miałby jej wybaczyć? Nigdy tego nie zrobi, choćby uparcie twierdził, że przeszłość się nie liczy i powinni zacząć od początku. Zawsze będzie się liczyła. Obwiniał ją za całe zło, jakie przydarzyło mu się po ich spotkaniu, więc czy kiedykolwiek mógłby na nią spojrzeć nie myśląc o tym, co było? Szczerze w to wątpiła. Co więcej, przekonała się, że zniszczyli sobie życie nawzajem, co bolało ją chyba najbardziej. Jak miłość może być tak okrutnych uczuciem? Przyciągać do siebie i rujnować jednocześnie? Jeśli tak wygląda miłość, wolałaby nigdy nikogo nie pokochać.
      W jej ust buchały gęste kłęby pary. Oddychała niespokojnie, drżąc z zimna. Jej włosy i ramiona pokrywały białe punkciki płatków śniegu, a mrożący wiatr niemal sprawiał jej ból. Nie zważała na spojrzenia zaskoczonych przechodniów; nie spuszczała głowy, by ukryć rozmazany makijaż. Nic ją dziś już nie obchodziło i najchętniej zniknęłaby z tego świata.
      Wparowała do klatki schodowej swojej kamienicy i wspięła się po schodach. Otworzyła drzwi, by po chwili trzasnąć nimi znalazłszy się w mieszkaniu. Rozpłakała się głośno, wściekła na cały świat. W końcu mogła sobie na to pozwolić, w samotności, bez wpatrzonego w nią tłumu. I Hucka. Cholerny pirat, wciąż powtarzała w myślach. Dlaczego po prostu nie odeszła, wtedy na pomoście w Fabletown. Dlaczego nie zostawiła go w porcie nad Renem. Tak wiele straciła, by zyskać kolec w sercu, który będzie tam tkwił po kres jej dni i wiercił coraz głębszą dziurę. Oh, tyle razy próbowała zapomnieć. Tu, w Fabletown miała ku temu wiele okazji, jednak jego twarz zawsze powracała. Czasem w snach, czasem wręcz na jawie widząc go w sylwetkach przechodniów. Wówczas dałaby wszystko, by go spotkać, a gdy już spotkała – pragnęła, by zniknął. Tak ma wyglądać jej szczęśliwe zakończenie?
      Przetarła twarz, zdjęła niewygodne buty, rzuciła torebkę gdzieś na podłogę w drodze do kuchni. W tym momencie miała dość nawet tego mieszkania. Jeszcze godzinę temu wyobrażała sobie, jak siedzą tu na kanapie i piją wino. Była głupia sądząc, że ten wieczór mógłby zakończyć się tak dobrze. Pchnęła mały wazonik z błękitnym bukietem, zalewając wodą cały blat stołu. Nie, wcale jej nie ulżyło! Chwyciła flakon i cisnęła nim o ścianą najmocniej jak tylko mogła. Teraz dużo lepiej. Sięgnęła po butelkę, którą tu pozostawiła przed wyjściem z zamiarem rozbicia jej w ślad za wazonem, jednak powstrzymała się w ostatniej chwili. Otworzyła ją i wzięła łyk słodkiego alkoholu.


      Lucy, niszczycielka wazoników

      Usuń
  41. [ Na Wyspę Żółwi! ]

    - Szkoda. Przyjemny w dotyku. Bez obrazy, ale reszta nie jest tak interesująca. - odchrząknął. - No tak, do rzeczy...
    Odkorkował jedną z przyniesionych butelek i pociągnął spory łyk. Po jakimś czasie wszystko smakowało tak samo.
    - Jestem lekarzem, więc poza byciem balastem na okręcie, przydam się pewnie do czegoś jeszcze. Więc kiedy wypływamy? Jak będziesz miał już załogę to pokażę ci mapę. - znów pociągnął łyk rumu. Lubił alkohol. Lubił pić, chociaż dużo musiał wypić i dużo wysikać, nim mógł się upić.
    - Ja dostarczam mapę i moje skromne usługi medyczne i wiedzę w czasie rejsu oraz gwarantuje ci cały skarb, który znajdziemy poza skrzynią ze złotem Corteza i jednym naszyjnikiem z pereł. A ty organizujesz... rejs na wyspę, a potem odstawisz mnie na inną wyspę razem ze skrzynią. Umowa? - wyciągnął dłoń w jego kierunku. Nie wiedział, jak zawiera się umowy z piratami. Uznał że można to zrobić tak jak z kupcami z Europy. Uściśnięcie dłoni zwykłe załatwiało sprawę. To że Hak ma hak, było akurat czymś mniej istotnym. Poza tym, chciał go jeszcze dotknąć. Odkąd podpisał pakt własna krwią, coś w jego głowie zaczynało się przestawiać. Jego zachowanie i humor miało wiele wspólnego z pogodą. Tutaj, w tej pięknej części świata miał ciągle dobry humor.
    Czul na sobie spojrzenia wielu ludzi, obecnych w tawernie. Chyba czekali na reakcje Haka albo byli bardzo ciekawi tego, jakiż to interes miał zamiar ubić kapitan.

    OdpowiedzUsuń
  42. [Wow, a mnie ujęła i zaskoczyła aż taka reakcja. Moja druga wizyta na blogu grupowym, a tu taki zachwyt Zoltanem. Nie powiem cieszę się z tego powodu bardzo. :)
    Cieszę się, że Ci się podoba. Polecam Ci w takim razie ten zbiór opowiadań, bo sporo tam historii o wilkach, wilkołakach i innych szalonych pomysłów. ;)
    A co do wątku... To dawaj zróbmy im jakieś szalone powiązanie, żeby było ciekawiej i by dużo się działo. Niby już teraz łączy ich miejsce pracy, ale po co się ograniczać, prawda? ;)]

    Zoltan

    OdpowiedzUsuń
  43. [Cieszę się i to bardzo! ;> No i bardzo dobrze, dla mnie to wielki sukces, bo to znak, że Zoltan mi wyszedł taki, jak miał wyjść. ;)
    Też bardzo lubię takie klimaty, więc z czystym sumieniem polecam.

    Jak lubisz pogmatwane to mi w to graj. ;>
    Chyba chodziło Ci jednak o tęczówki, a nie źrenice. :) Ale pomysł fajny i faktycznie można to jakoś wykorzystać. Mogliby nawet się okazać jakoś ze sobą spokrewnieni. Na przykład byliby kuzynami, albo przyrodnimi braćmi, i gdzieś tam wilkołacze geny się w Haku odezwały. I te chwile wściekłości z czerwonymi oczami, to właśnie taki dyskretny znak, że gdzieś tam w rodzinie miał jakiegoś wilka - nie tylko morskiego. ;) Nie wiem czy Zoltana by to specjalnie obeszło i czy tak łatwo uznałby Haka za swojego, ale na pewno w jakimś stopniu by to go zaintrygowało i może nawet zainspirowało do kombinowania.
    Z konkretnych pomysłów chodzi mi po głowie jakieś polowanie na wilkołaka. Powiedzmy w jakimś małym miasteczku mieszkańcy mają problemy z częstymi i dość dziwnymi atakami wilków. Hak i jego załoga, mogli w tym czasie przebywać w porcie niedaleko miasteczka, usłyszeli o polowaniu i atrakcyjnej nagrodzie. No i jak to piraci, pewnie by się skusili na przygodę i złoto, jak myślisz? I tu mamy pole do popisu - Zoltan oczywiście ganiałby po lesie ze strzelbą i robił dobre wrażenie, choć tak naprawdę co i rusz by przeszkadzał, bo chronił wilczych i wilkołaczych braci. I tu można właśnie wpleść motyw z oczami. Hak wpadnie we wściekłość, że Zoltan mu celowo przeszkadza, a Zoltan zauważy czerwone oczy Haka. Może nawet sprowokuje go, samemu również zmieniając kolor oczu, by zobaczyć jak Hak zareaguje. Bo do bycia wilkołakiem się raczej nie przyzna bez zabicia Haka... A jak Hak zareaguje to już twoja w tym głowa. Może pierwszy raz zobaczy u kogoś coś innego podobną "przypadłość" i się zainteresuje? No tutaj już chyba reszta zależy od ciebie, bo to w jakich okolicznościach by się rozstali, by nam mogło zaważyć na obecnej relacji, kiedy spotkają się w Trip Trap.
    Tak myślę, że jeśli chodzi o Zoltana, to on ma bardzo wilczy charakter, więc beznadziejny indywidualista. Niby zwierze stadne, ale tylko wśród swoich. Więc raczej by niezależnie od przeszłości traktował Haka z dystansem i nie byłby zbyt wylewny. Nawet w kwestii tego kim Zoltan jest, Hak prędzej sam by to jakoś rozgryzł, niż usłyszał to od niego. No i przydałby się jeszcze jakiś pomysł na akcje w Fabletown, żeby nudno nie było. Pomysły? :>]

    Zoltan

    OdpowiedzUsuń
  44. [Przejęzyczenie. ;) Po prostu ja zawsze odruchowo poprawiam, co czasem ludzi trochę irytuje. I akurat sympatia do wilczków idealnie się sprawdzi. :>
    O, to cieszę się, że pomysł z polowaniem się spodobał. To ja też jestem za kuzynami. Lubie pokręcone relacje, ale pokręcone powiązania to już tak średnio. W takim razie możemy dać im wspólnego dziadka, który byłby wilkołakiem (normalnie lub tylko 7 lat, obojętnie). I wtedy wujek Haka by był wilkołakiem, a Zoltan, po nim. Czy byliby wtedy kuzynami od strony ojca czy matki - to już jak wolisz. Potem też ciekawie można by to było jakoś wpleść, bo jak Zoltan się dowie, że Hak jest jego krewnym to jednak mu się trochę nastawienie zmieni. ;>
    Ja też myślę, że lepiej by się zorientował jeszcze w świecie baśni. Bo w Fabletown to dałem mu już tą ksywkę "Varg" i wesołe relacje z trollami, więc raczej w małym środowisku Trip Trap by to było jasne. Myślę, że nawet jeszcze w trakcie naszego polowania na wilkołaki, Hak by mógł się zorientować o co chodzi.
    Zaczepianie i prowokowanie wilkołaka - jestem na tak! ;>
    A wiesz, że możemy dać w sumie wszystkiego po trochu. Tu trochę Hak mu robi na złość, tu się poirytują na siebie, a potem dać im jakąś okazję do wspólnej rozmowy i nieco bliższego poznania się. Może nawet jakoś by odkryli pokrewieństwo, żeby Zoltan się trochę zrobił bardziej zainteresowany kimś innym niż sobą. :D A potem właśnie dać historię, w której Hak mógłby Zoltanowi jakoś pomóc. Albo jeszcze z innej beczki - wpakować ich w jakieś kłopoty. Myślę, że żaden z nich nie należy do popularnych i lubianych. A Zoltan pewnie ma niejedną staruszkę (i nie tylko) na sumieniu, więc o kłopoty nie trudno. I potem w trakcie kłopotów niechby się bliżej poznali. W sensie tak poza normalną relację kolegów z pracy, docinanie sobie i drażnienie wilczka. ;>
    Relacja - jestem 100% za, będzie wesoło.
    Luźna burza mózgów po prostu.]

    Zoltan

    OdpowiedzUsuń
  45. - Cóż... jak dorzucę niemartwą małpę to dostane go po twojej śmierci? Jest bardzo... atrakcyjny. - wyszczerzył się. Nie musiał udawać by wszyscy zauważyli, że jest dość wstawiony. Pił już od długiego czasu ale czekanie się opłaciło.
    - Doktor Faust. Johann Faust, dla ścisłości. - z wewnętrzej kieszeni wydobył drewnianą fajkę i z lubością napychał ją tytoniem z małego wypchanego do granic możliwości woreczka. Lubił to robić. Lubił patrzeć jak robił to jego ojciec i dziadek, i wtedy postanowił, że on również będzie tak czynił.
    - Przyślesz później jakichś ze dwóch bardziej bystrych o mnie? Mam taki dość ciężki kufer i musze go ze sobą zabrać. Jak będziesz wiedział kiedy wypływamy to daj znać. Naostrzę piłę.
    Obdarzył swojego jednorękiego romówcę przyjemnym uśmiechem, jakim obdarzał swojego czasu bogate starsza pacjentki, które przyjmował w Anglii. Przyłożył płomień zapałki do tytoniu. Zaciągnał się tytoniowym gęstym dymem cudownie uspokajającym. Spojrzał w stronę baru, przy którym zebrały się trzy kurtyzany, szukające swojej szansy. Co chwilę spoglądali w kierunku ich stolika.
    - Drogi kapitanie... Z tych trzech które stoją przy barze i pewnie zaraz tu przyfruną na miotłach, nie wybieraj tej z jasnymi włosami. Ciągle się drapie w kark a to zły znak. Wolę cie później nie leczyć na TE choroby. Chociaż i na to maści się znajdą.
    Znów zaciągnął sie dymem. Popił wszystko rumem. Miał wrażenie, ze jeśli stąd wyjdzie, conajmniej jeden z gości wyjdzie za nim, by dowiedzieć się jaką to umowę zawarł. Faust był człowiekiem, mimo swojego coraz trudniej ukrywanego szaleństwa, człowiekiem inteligentnym i mądrym. W końcu był lekarzem i to ze sporymi osiągnięciami. Właśnie dlatego wolał się trzymac nowych znajomych. Do walki, tej fizycznej, stawał na prawdę w ostateczności. Mimo ze wraz z nieśmiertelnością otrzymał jeszcze kilka innych przydatnych umiejętności, nie często z nich korzystał. Był z natury bardzo leniwym człowiekiem, a walka wręcz sprawiała przecież że człowiek sie męczył i , o zgrozo, pocił!
    Znów na dłużej spojrzał w oczy Kapitana Haka. Więc stało się... będzie piratem! Pirackim medykiem ale i tak zaliczyć można tę funkcję do ogolno znanego pojęcia pirata. Ojciec zapewne już na niego złorzeczy pluskając się w płynnej smole w piekle. Wykształcił syna na medyka a on teraz zamierza pływać w piratami w poszukiwaniu przeklętego skarbu, na polecenie pana ciemności. Ponoć każdy ma swoje przeznaczenie...

    OdpowiedzUsuń
  46. [Przepraszam, że z takim opóźnieniem odpisuję. Trochę miałam ostatnio mało czasu. :)
    Jeśli nadal masz chęć coś pokombinować to zapraszam. Myślę, że pomysł bez problemu wpadnie. W końcu Hak pracuje w Trp Trapie, gdzie Grendel już praktycznie zapuścił korzenie, więc parę okazji do spotkania na pewno się znajdzie. Jakby co, daj znać. :)]

    Kainan

    OdpowiedzUsuń
  47. [O, hahaha, to ja kompletnie nie ogarniam, co tam się dzieje :D
    Cieszę się, że ci się podoba :D Może nawet Oberon coś Hakowi nagada? xD
    Pewnie, dobry pomysł :D Mogliby przypadkiem natknąć się na siebie w sklepie, może nawet Hak zobaczyłby Lucy w towarzystwie Hagena? Wtedy to by się na pewno wkurzył :D Lucy za to mogłaby go gdzieś zobaczyć z jakąś inną babką, żeby ich jeszcze bardziej dobić xD Biedaki nasze <3 Haha, mandarynki też super pomysł, chociaż jakby tak się natknęli na siebie i w dodatku złapaliby za ten sam worek owoców, to pewnie by nie wytrzymali i pogodzili od razu xD A do tego właśnie, gdzieś tam natykaliby się co chwilę na jakieś bombki w kształcie łabędzi, stateczki różne, zestaw małego pirata itp. xD <3 Pięknie wyjdzie :D]

    Ściskając w dłoni butelkę wina, ruszyła wolnym krokiem w stronę salonu, gasząc za sobą wszystkie światła. Przez okno wpadały słabe promienie ulicznych latarni, rysując na ścianach i suficie poziome jasne pasy. Lucy potrzebowała ciemności. Miała wówczas wrażenie, że znika dla świata i nikt jej nie widzi. Mogła wówczas płakać, krzyczeć, nawet walić pięściami w podłogę wiedząc, że jest tu sama ze sobą.
    Usiadła na kanapie, oparła plecami o miękki zagłówek i wlepiła zmęczone spojrzenie opuchniętych oczu w przeciwległą ścianę. Wzięła łyk wina i westchnęła głęboko. Dlaczego jej życie musi tak wyglądać? Same niepowodzenia, złe decyzje, zawodzenie wszystkich dookoła. Nikt nigdy nie powie jej dobrego słowa, zupełnie jakby uważano, że nic nie czuje. Nie jest człowiekiem i nigdy nim będzie, nie rozumie wiele rzeczy i praw, którymi rządzi się ten świat. Stara się jednak jak może, a i tak wychodzi na tą najgorszą, zdradliwą i nieczułą. Dlaczego ludzie tak ją spostrzegają? Tylko dlatego, że jest nimfą znad Renu? Że wyróżnia się z tłumu? Dlaczego Hak woli uwierzyć obcemu mężczyźnie, niż jej? Dlaczego uważa, że mogłaby zrobić mu cos tak okropnego? Jak mogliby być kiedykolwiek razem, skoro nie wierzy w żadne jej słowo.
    Znów łzy rozpaczy spłynęły po jej policzkach. Nienawidziła tego miejsca, od pierwszego dnia pobytu. Gdy tylko wypadła przez portal na zimną posadzkę w Woodlands, wiedziała, że nie czeka tu ją nic dobrego. Była całkowicie sama i wyobcowana, niepasująca do czegokolwiek. Oceniana tylko za ładną buźkę, lekceważona i pozostawiona samej sobie.
    Przez ten jeden moment, zaledwie kilka godzin temu miała nadzieję, że w końcu coś się zmieni, że w jej życiu powróciła ta jedna jedyna osoba, która spojrzała na nią zupełnie inaczej, niż inni. Która ją pokochała, zaopiekowała się nią. A jednak, znów wszystko wróciło do tej dobrze znanej jej normy, beznadziei i samotności…
    Wytarła policzki nadgarstkiem i wzięła kolejny łyk alkoholu. I jeszcze jeden. I jeszcze. Dopóki nie poczuła lekkiego zawrotu głowy i ciepła w pustym żołądku. Co miałaby teraz zrobić? Wstać rano i znów żyć, tak jak dawniej, każdego dnia? Wypić kawę, zjeść śniadania, iść do pracy, tak po prostu? Nie, już nic nie będzie takie samo. Będzie unikała wzroku przechodniów z obawą, że kiedyś znów na siebie wpadną. Będzie wsłuchiwała się w głosy na ulicy wyszukując jego. Najdą ją obawy, że mają wspólnych znajomych… W końcu Fabletown jest tak małe.
    Dopiła wino i podkuliła nogi. Oparła głowę na poduszce i zamknęła na moment oczy czując, że robi się coraz bardziej senna. Znów nawiedziły ją strzępki wspomnień, tym razem dużo bardziej zamazanych niż zazwyczaj. Miała tyle planów. Mieli przecież razem stąd uciec, osiąść w jakimś pięknym miejscu, zostawić w tyle odrażające Fabletown. Zasnęła.
    Pusta butelka wypadła z jej dłoni i potoczyła się w głąb ciemnego pokoju.


    Lucy i jej przemyślenia

    OdpowiedzUsuń
  48. Uśmiechnęła się, kiedy Huck delikatnie przyciągnął ją do siebie i przytulił. Na krótką chwilę poczuła się tak, jak kiedyś. Na nieszczęście spodobało jej się to uczucie. Lubiła, kiedy się o nią troszczył i subtelnie dotykał od czasu do czasu.
    - Tak - odpowiedziała, poprawiając płaszcz i spoglądając w dół na wypełnioną jedzeniem torbę. - Można tak powiedzieć. Jeżeli do świątecznych zakupów zaliczysz czekoladę i rum - zaśmiała się łagodnie, zakładając jasny kosmyk włosów za ucho.
    Pokiwała przecząco głową, poprawiając sobie przy okazji torbę na ramieniu. Nie chciała wykorzystywać Hucka, czułaby się z tym dziwnie, źle. Nie potrafiła wyrzuć z głowy myśli, że gdzieś tu, między regałami, może chodzić Lucy i przyjść do nich w momencie, który można by uznać za nieodpowiedni.
    - Cóż... - Nie wiedziała, od czego zacząć. Zacięła się na moment, przygryzając lekko dolną wargę. W końcu wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się szerzej. - Jakoś żyję. Jak dobrze wiesz, mam stałą pracę, wciąż tę samą. - Nie chciała wypowiadać na głos nazwy swojego aktualnego zawodu, chociaż większość dzielnicy i tak wiedziała, czym zajmowała się dawna księżniczka. - Nie przedzieram się przez cierniowe mury, ale na nudę nie mogę narzekać. A co u Ciebie, jak Ci życie mija piraciku? - spytała, przekładając torbę na drugie ramię. - Nikt Cię nie próbuje zabić? - zaśmiała się.

    Aurora

    OdpowiedzUsuń
  49. - Się pan jeszcze zdziwisz wiesz? - fuknął. - Po śmierci będziemy się częściej widywać niż sądzisz.
    Mógł mu dużo powiedzieć. Na prawdę dużo. Problem polegał na tym, że większosć ludzi, uznałaby to za bełkot szaleńca. Jakiś czas temu sam uznałby to za objawy choroby umysłowej. Dopiero kiedy sam poznał diabła, uznał że wiele ludzi, zamykanych w zakładach dla obłąkanych czy palonych na stosach za obcowanie z demonami, było tak na prawdę niewinnymi ofiarami zabaw istot piekielnych.
    - Nikomu nie odbieram inteligencji. - usprawiedliwił się. - Po prostu niektórzy nie do końca wiedzą co to znaczy, by nie trząść za bardzo i nie upuścić kufra pełnego dość delikatnych ustrojstw i substancji o możliwościach wybuchowych.
    Zawsze z zaciekawieniem obserował ludzi. Zanim wdarło się do jego głowy szaleństwo, był szanowanym młodym lekarzem, pełnym chęci aby zmieniać świat. Pracował nad nowymi lekami, wchodził w alchemię i nauki zakazane. Aż w końcu nastał dzień, kiedy odkrył że to wszystko nie ma sensu.
    Parsknął śmiechem, znów podpalając tytoń w fajce.
    - Kto musi ten musi. Wielki świat zna rozwiązania również na takie problemy. Ale cóż... Nie kazdy jest na tyle odważny by próbować.
    Trochę go prowokował. Chociaż nie powinien, powstrzymanie się od tego było syzyfową pracą.
    Machnął ręką, jakby odganiał natrętną muchę.
    - Dobrej nocy, piękny haku i cała reszto doczepiona do niego...
    Obmacał się po kieszeniach. Miał ich na prawdę dużo. Każda skrywała inny przedmiot i każdy, jak głosiła legenda, był mu niezbędny do życia. Położył na stole woreczek z brzęczącymi w środku monetami.
    - Nie orientuje sie w tej waszej walucie. - przyznał. Miał wrażenie, że ceny które mu podają za nocleg i picie, od kilku dni właściwie, są dziwnie małe. - Za to co tam w środku jest kup mi trochę rumu... i sobie jak starczy. Trochę czyli tak z dziesięć skrzynek... muszę ograniczyć picie.
    Podniósł się. Spojrzał na mężczyzne oddelegowanego mu do wsparcia. Klepnął go obiema dłońmi w policzki.
    - Jaki miły. - zachichotał i wyszedł z tawerny w towarzystwie Smee.
    Wrzucił kilka rzeczy z powrotem do kufra, po czym przypilnował by w odpowiedni sposób wniesiono go na pokład. Ledwo stanął na pokładzie okrętu, mimo ze był wstawiony całkiem dobrze, uznał że okręt zdecydowanie za bardzo się kołysze i że umrze tu na pewno, mimo że okręt stal zacumowany w porcie. Jednak nie wyznał tego głośno, by nie zniszczyć sobie reputacji. Resztę nocy spędził na lądzie, jednak nie uganiał się za panienkami, tylko na leżeniu na plaży i obserwowaniu gwiazd.
    O świcie, wykąpany, świeży i bez śladów najmniejszych kaca, stał sobie na pomoście i czekał na swojego kapitana. Swój długi płaszcza zamienił na czarną koszule i krótki surdut z szerokim pasem, za który zatknięty miał dwa sztylety, które jak mawiał, służyły mu do natychmiastowych operacji. Czuł pod koszulą zimny dotyk szklanej ampułki z krwią Mefisto. Podarował mu ją i zastrzegł, że wykorzystać ją może tylko w naprawdę wyjątkowych chwilach, kiedy ani jego spryt, ani mądrość, ani inteligencja, ani nawet szczęście nie pomogą.
    Odwrócił się i uśmiechnął do nadchodzącego mężczyzny z hakiem.
    - Zapowiada się ładny dzień.
    Trudno było go poznać, gdy miało się wspomnienia z poprzedniej nocy.

    OdpowiedzUsuń
  50. [Przepraszam, że czekałaś na odpis prawie miesiąc, ale zawsze mnie urlop „trochę” wybija z rytmu do pisania. Ale już jestem i mam nadzieję, że jest ok. :)
    Bardzo oryginalnie, zwłaszcza, że niektóre legendy bardziej odjechane niż bajki Grimmów bez cenzury. ;) Ha, i z hakami zamiast dłoni! Od razu mi się przypomina taki kawał o piracie z drewnianą nogą, hakiem i przepaską na oku. ^^
    Pięknie! Aż mam chęć niektóre fragmenty wkleić jako perfekcyjną charakterystykę Oberona w jednym zdaniu. <3 Wiem, czytam sobie trochę wątki mojej rodzinki. I teraz aż żałuję, że nie pojechałam jeszcze z tekstem, że Hak ma zły wpływ na Hagena. xD
    To teraz dla odmiany Oberon powinien się zrobić miły, żeby Hak już totalnie zgłupiał i nie wiedział o co chodzi. :D
    O fajnie, może to też kiedyś jakoś wykorzystamy?]

    Czas zawsze był najskuteczniejszym rozwiązaniem. Oberon wiedział, że prędzej czy później cierpliwość przyniesie efekty. Tak było i tym razem. Po spotkaniu z Jonesem, dotychczasowa drobna sprzeczka z Titanią urosła do wielkiej awantury i długich tygodni wypełnionych milczeniem lub ciągłym wytykaniem sobie każdego, nawet najmniejszego potknięcia. To była ich pierwsza poważna kłótnia, sprowokowana przez jakiegoś śmiertelnika, od czasu pamiętnego wesela Tezeusza i Hippolity. Wtedy również jego małżonka musiała przesadnie interesować się człowiekiem i przedkładając go, ponad ich małżeństwo. Jedyną różnicą był fakt, że w tamtym czasie Oberon nie miał powodów by darzyć niechęcią owego ludzkiego chłopca, co najwyżej złościł się jedynie na swoją żonę i jej postawę. Z Huckelberrym było inaczej. Nie tylko łączyły go jakieś zażyłości i układy z Titanią, o których Oberon nie miał najmniejszego pojęcia, ale na dodatek Jones przekroczył granicę, której nikt nie miał prawa przekraczać – skarb.
    Oberon w duchu przeklinał skarb, pierścień i całą tą klątwę. Coraz częściej miał dość ciągłej walki z samym sobą. Najchętniej przestałby w ogóle walczyć i znów powrócił do swego dawnego „ja”, do czasów, gdy był Królem Nibelungów, potężnym, niepokonanym i bez najmniejszej nawet słabości. Szybko jednak odrzucał te myśli, przypominając sobie o tym jak wiele by wówczas stracił – miłość swego życia, rodzinę i przyjaciół, którzy w pewnym sensie byli prawie jak rodzina. Byli jeszcze wszyscy jego poddani, którzy potrzebowali swojego dobrego i opiekuńczego króla, a nie kolejnego opętanego władzą tyrana.
    Na szczęście czas działał na jego korzyść. Stopniowo wszystko wracało do normy. Gniew, wszystkie wyrzuty i gorzkie słowa, powoli odchodziły w niepamięć. W końcu, jak zawsze, pogodził się z żoną. Ona jak zwykle przekonała go, by przestał być tak małostkowy, by zapomniał na chwilę o swojej dumie i urazach. Przypomniała mu też o tym kim powinien być. I miała rację. Oberon niechętnie przyznawał się do pomyłek, ale tym razem musiał to zrobić. Rzeczywiście nie potrafił zachować zdrowego dystansu, jeśli chodziło o jego żonę, córkę czy skarb.
    Z równą niechęcią, obiecał również żonie, że – jeśli tylko będzie miał okazję – następnym razem łagodniej potraktuje Jonesa. W duchu postanowił jednak, że może i będzie bardziej wyrozumiały, ale i tak dowie się od niego wszystkiego na temat jego układów z Titanią oraz okoliczności w jakich pirat wszedł w posiadanie wisiorka.
    –*–

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tego dnia nie spodziewał się gości. Po ostatnich, burzliwych, tygodniach wolał nacieszyć się raczej spokojem oraz faktem, że wreszcie pogodził się z małżonką. Tym bardziej nie był zachwycony, gdy służący oznajmił mu, że przyszedł akurat Jones. Oberon przez chwilę miał chęć kazać służącemu, by jakoś pozbył się pirata lub chociaż przekazał mu, by przyszedł w innym, bardziej dogodnym momencie. Ostatecznie jednak dał sobie z tym spokój i sam postanowił rozmówić się z Huckelberrym i to jak najszybciej. Nie mógł pozwolić, by cokolwiek, a zwłaszcza ten pirat, popsuło mu dobry nastrój. Wystarczająco martwił się już o Lorelei, która ostatnio znów cierpiała z powodu swoich uczuć do tego śmiertelnika. Gdyby nie to, że nie chciał zranić nimfy, pewnie powiedziałby jej „a nie mówiłem”. Od początku wiedział, że to uczucie nie miało najmniejszych szans. W tej chwili żałował nawet, że losy Lucy i Hagena potoczyły się akurat w ten sposób. Na pewno oboje pasowaliby do siebie o wiele bardziej i nie raniliby się na każdym kroku.
      Pośpiesznie przemierzył korytarze swego, wiernie odtworzonego, pałacu i otworzył drzwi intruzowi. Mimo usilnych starań, by zachować bardziej zdystansowane podejście, powitał Jonesa wzrokiem pełnym niechęci. Najwyraźniej sam widok pirata, działał na Oberona jak płachta na byka. Tak samo jak wybuch wściekłości i potok słów, którymi powitał go Jones. Niezależnie od wcześniejszych obietnic względem Titanii, nie mógł pozostawać obojętny na to co działo się z Lorelei...
      – Nie sądziłem, że tu wrócisz. – odparł chłodno, z trudem powstrzymując się od uszczypliwości czy kolejnej raniącej uwagi. Zwłaszcza na temat Lorelei.
      Zamiast tego, skinął jedynie na służącego.
      – Zanieś to do reszty skarbu. – powiedział wskazując na wisiorek, po czym znów spojrzał na Jonesa.
      Niespecjalnie przejmował się wściekłością Jonesa. Bardziej irytował go fakt, że pirat myślał, że w ten sposób wszystko naprawi. Zwróci skarb, odpokutuje winy i popędzi do Lorelei udowadniać, że jednak jest jej godzien? Oberon miał chęć wtrącić się w to wszystko i zakończyć tą chorą relację raz na zawsze. Pewnie gdyby Lorelei nie była mu tak bliska, pewnie bez zastanowienia sprawiłby, by zapomniała o piracie i mogła żyć po swojemu. Nie wybaczyłby sobie jednak, gdyby w ten sposób miał ingerować w życie swoich bliskich. Już kiedyś to zrobił i obiecał sobie, że nigdy nie pozwoli sobie na coś takiego ponownie. Nigdy...
      – Wejdź. Chyba powinniśmy porozmawiać – odezwał się w końcu niechętnie.
      Nawet jeśli nie miał ochoty rozmawiać z Jonesem wiedział, że raczej jest to nieuniknione. Zbyt wiele spraw wymagało wyjaśnienia. Znajomość pirata z Titanią, sprawa kradzieży błyskotki, której ten tak się wypierał, no i całe zajście związane z Lorelei.
      Oberon otworzył szerzej drzwi, wpuszczając nieproszonego gościa do środka.
      Jak wszystkie magiczne przestrzenie na czwartym piętrze, apartament był znacznie większy w środku. Najbogatsi z mieszkańców Woodlands płacili olbrzymie sumy wiedźmom z trzynastego piętra, za odtworzenie wewnątrz apartamentów swoich całych baśniowych posiadłości lub nawet zamków. Oberon sam odtworzył swój pałac, dbając o najdrobniejsze detale, tak by czuć się tu zupełnie, jak we własnym królestwie. Nawet proste drzwi do apartamentu, po drugiej stronie zaczarowane były tak, by przypominały wrota leśnego pałacu.
      W milczeniu przemierzył potężny hol i skierował się jednym z krętych korytarzy do komnaty, w której będą mogli spokojnie porozmawiać z dala od przepychu sali tronowej i bardziej prywatnej części pałacu.

      [Tak się zastanawiam jak Oberon wytrzymuje z tymi wszystkimi babami – żona, córka, Lorelei... i Hagen, który jak się okazało na czacie jest też prawie jak córka. Zaczynam mu współczuć :D]

      Oberon

      Usuń
  51. [Właśnie tak myślę, jakby w tą lukę pomiędzy kłótnią a Świętami upchnąć wątki z innymi autorami i co może się wydarzyć :D Chyba już ci pisałam, ale ja mam ze Skipper tak, że Lucy i Hagen dostają od Oberona misję i ruszają do innej krainy, a przed samą wyprawą król zwraca jej zabrane wcześniej moce :D To może się wydarzyć właśnie przed świętami, a więc, gdy znów spotkają się z Hakiem, Lucy miałaby już swoje wodne umiejętności – może to nam się potem do czegoś przyda, choć w sumie w naszym wątku nic na razie nie zmienia :D No i Huck mógłby zobaczyć ją i Hagena, może w nocy na ulicy (to już obojętnie).
    Zerknęłam w wasz wątek z Aurorą i też wszystko pięknie pasuje :D Lucy nawet może ich w tym sklepie zobaczyć, żeby się dobić, że Hakuś robi zakupy z jakąś inną blondyną xD
    Muszą się na siebie mega wkurzyć xD <3
    Haha, ah ten gif pod „narcyz jakich mało” xD <3]

    Było jej przyjemnie ciepło. Leżała wtulona w miękką poduszkę, czuła przyjemny zapach, którego jeszcze nie potrafiła zidentyfikować. Może aromat świeżej kawy? Otaczała ją błoga cisza i spokój, którego tak potrzebowała. Gdzieś uleciał smutek z całego wieczoru i niemal zapomniała o kłótni. Kłótnia? Była jakaś kłótnia?. Uśmiechnęła się czując delikatny pocałunek na ramieniu.
    Obudź się, Łabądku.
    Zerwała się na równe nogi, zrzucając na podłogę koc i poduszkę. Serce waliło jej jak oszalałe, do oczu znów cisnęły się łzy. Głupi sen, przepełniony głupią nadzieją. I głupia Lucy. Schowała twarz w dłoniach i na moment oparła się łokciami o blat stolika, by jak najszybciej wrócić do siebie. W obecnej sytuacji, taki sen jest chyba gorszy od najstraszliwszego koszmaru…
    Znów wszystko wróciło do normy. Siedziała sama w pustym mieszkaniu, na które właściwie nie było ją stać. Po pokoju unosił się zapach tanich perfum, jeszcze z poprzedniego dnia. Miała na sobie starą, wygniecioną sukienkę. Właściwie, nie miała nawet pojęcia, która jest godzina, może przespała całą noc, może zaledwie godzinę – niezależnie od pory dnia, tutaj zawsze było ciemno i ponuro.
    Przetarła twarz z myślą, że nie może przesiedzieć tu całego dnia, choć wcale nie miała ochoty wstawać. Wolno poczłapała do kuchni, po drodze zerkając na zegar. Jedenasta czterdzieści, już prawie południe. Westchnęła ciężko i bez zastanowienia skręciła do łazienki.
    Po kilku minutach wróciła do pokoju, wycierając umyte włosy, zostawiając za sobą mokry ślad na podłodze. Znów zajęła to samo miejsce na kanapie, pozbawiona jakichkolwiek sił. Miała nadzieję, że chociaż prysznic pobudzi ją do logicznego myślenia, podsumowania wszystkiego, wyciągnięcia wniosków... Nie, było tylko gorzej. Znów naszedł ją strach przed wyjściem z domu, zmierzeniem się z rzeczywistością. Nie mogła tu dłużej zostać.
    Telefon zawibrował gdzieś wciśnięty pomiędzy poduszki kanapy, więc sięgnęła po niego z niechęcią. Kolejne nieodebrane połączenia, ktoś wydzwaniał od rana. Oberon. Cudownie, tylko brakowało jej kolejnej kłótni, wytykania błędów, próby naprowadzenia jej na drogę prawości. Mimo to postanowiła się z nim spotkać. Pomimo wielu niedomówień ich relacja było coraz lepsza, niemal taka jak kiedyś. Był dla niej odskocznią od rzeczywistości, a chyba właśnie tego teraz potrzebowała. Musiała zająć czymś umysł, wyrwać się z tego świata.
    Wyrwać się z tego świata, pomyślała. Tak zrobi. Poprosi go o przepustkę do portalu, do jakiejkolwiek krainy, byle z dala od Fabletown, byle zapomnieć o Haka. Miał tak wiele znajomości, więc zezwolenie na przejście dla jednej osoby nie zrobiłoby większej różnicy.

    [Ah! Kanapa! A jednak! xD
    Wybacz za to wyżej, ale znowu nie mogłam się skupić xDD Jak tu po takiej głupawce pisać takie smutne rzeczy? xD]


    Lucy po głupawce na shout’cie

    OdpowiedzUsuń
  52. [Haha, właśnie wczytałam się w wasz wątek z Oberonem i po prostu wszystko się pięknie układa xD W sumie to w tej sytuacji Oberon by mu pewnie powiedział, że Lucy chce odejść z Fabletown, ale uznajmy, że jeszcze o tym nie wiedział xD Jej, nie mogę doczekać się Tytanii <3
    Postaram się nadrobić i napisać trochę więcej i ciekawiej xD Niestety, w środku tygodnia mój mózg nie ogarnia :<]

    Jak się spodziewała, Oberon zbeształ ją za brak znaku życia przez ostatnie kilka dni. Przez moment uważnie słuchała, co ma jej do powiedzenia przez telefon, szybko jednak wyłączyła umysł potakując bez zrozumienia. Mówił coś o Hagenie i Tytanii, jednak dopiero usłyszawszy imię królowej powróciła myślami do rozmowy. Przecież zawsze ją wspierała, bez wątpienia była tą bardziej wyrozumiałą i łagodniejszą połówką królewskiej pary. Była dla niej jak matka. Wiedziała o Hucku już od dawna i nigdy nie powiedziała złego słowa na to, co się wydarzyło. Gdy Oberon wyciągnął Lucy z więzienia, Tytania od razu zaproponowała, by z nimi zamieszkała. Może powinna się wówczas zgodzić? Żyłaby pod ich opieką, nie musiałaby martwić się o pieniądze i dach nad głową. A jednak odmówiła. Nie była już tą samą Lorelei i bała się ich oceny, bo nie pasowała już do tego pięknego świata czystych jak łza elfów. Wówczas ostatnia rzeczą, jaką by potrzebowała, to kontrola nad jej życiem, a to w jej mniemaniu czekałoby ją pod ich skrzydłami w Woodlands. Wybrała samotność i noce w kasynie, a teraz tego żałowała.
    Oberon poprosił, by przyszła jeszcze dziś do ich apartamentu. Miał dla niej ważną informację, w swoim stylu kładąc nacisk na słowo ważne. Zgodziła się. Cokolwiek, byle nie myśleć o Haku. Odruchowo sięgnęła do kieszeni spodni, które właśnie ubrała. Z początku przeraziła ją myśl, że nie znalazła w niej złotego wisiorka, szybko jednak otrząsnęła się i przypomniała sobie, że przecież cisnęła nim w pirata podczas kłótni pod restauracją. I tak go pozostawiła, o ile Huck go nie zabrał. Powinna oddać go królowi, Jones nie powinien go przy sobie nosić. Pokręciła głową. Po co się tym przejmowała? Niech robi z nim co chce, nie powinno ją to interesować.
    Weszła do łazienki, pospiesznie sięgnęła po grzebień i zamarła w bezruchu widząc biały zwitek leżący na obrzeżu wanny. Jego koszula. Tego był za wiele, na każdym kroku był ON, widziała i czuła go we śnie, potem wisiorek… nawet rozmowa z Oberonem przypomniała o NIM. Trzasnęła drzwiami od łazienki, a po kilku minutach również tymi wyjściowymi. Ruszyła w stronę Woodlands.
    Szczelnie owinięta płaszczem, zakryta kapturem kroczyła główną ulicą. Śnieg sypał chyba przez całą noc i wciąż nie przestawał, bo na poboczach zdążyło powstać białe zaspy. Mijali ją przechodnie, samochody, kątem oka widziała sklepowe wystawy… Czy było w tym mieście coś, co mogło ją tu zatrzymać?


    coś tam od Lucy

    OdpowiedzUsuń
  53. [Omatku, dziękuję za ciepłe słowa. <3
    On po prostu nie umie w bycie człowiekiem, a co tu mówić o nowym świecie. A jego konfrontacja z komputerem dokładnie tak by właśnie wyglądała. Plus oczywiście palcowanie monitora, bo przecież skoro tam ktoś coś wsadził, to można to też na bank jakoś wyciągnąć. x'D
    A co do wątku, cóż, jedyne co mi przychodzi do głowy to jakiś motyw z tykającym gadem, ale to chyba nie przejdzie, bo to musiałby być bardziej disneyowski Hakuś. Ten twój jest zbyt uroczy. Uwielbiam go od pierwszego przeczytania (i chyba dość mocno paruję z Lucy xD) <3]

    Bazil Valesky

    OdpowiedzUsuń
  54. [Cieszę się że ci się podoba. <3 Zwłaszcza ten nieogar, bo biednemu Bazilowi trochę zajmie pozbycie się go, o ile w ogóle da radę. XD
    Hakuś ma we mnie oficjalnie swojego fangerla. <3
    Rozumiem. I cieszy mnie to, burzliwe relacje są zawsze w cenie. I zdecydowanie znacznie lepsze od braku jakiejkolwiek relacji. XD
    Hmmm, ale ciekawe czemu ten dyskomfort... Na pewno nie przez bazyliszka chętnego na zajęcie i piwnicy, i skarbu. XD
    W sumie właśnie zorientowałam się, że nie doszłam do tego, gdzie mieszka (brawo ja! XD), ale to może lepiej, bo pomysł z kamienicą jest genialny. Widzę już Bazila jak kiedyś przyjdzie w środku nocy obudzić sąsiada, bo chciał sobie zagrzać wodę na herbatę, ale ten metalowy piec z pokrętłami najpierw nie chciał się porządnie nagrzać, a potem stanął w płomieniach. No bo przecież słowo elektryczny w nazwie nic nie znaczy. XD]

    Bazil Valesky

    OdpowiedzUsuń
  55. [Dobrze więc, dalej będzie stanowił zagrożenie dla swojego otoczenia. XD
    No to wzbudzę w niej zazdrość i jej przejdzie, o! XD
    To pewno po prostu ta pogoda. Kiepskie ciśnienie i tak dalej. XD
    Awwww, czemu widzę go takiego rozczochranego i w piżamie w zielone groszki? <3 xD
    Mam nadzieję że Hakuś ogarnie się jednak na tyle szybko, żeby kamienica nie spłonęła. I mógłby przy okazji wyjaśnić Bazilowi, że rozpalanie ognia wewnątrz piekarnika na prąd to słaby plan. XD]

    Bazil Valesky

    OdpowiedzUsuń
  56. [KAPITAN HAK❤ jak mogłabym nie mieć chęci na wątek? Może walniemy im też jakieś powiązanko, co?
    I dziękuję, dziękuję za te słowa, miód na me serce <3 :D + Widzę, że Ty też lubisz ukrywać gify w karcie, prawidłowo!
    Masz może jakiś pomysł na tą dwójkę?]

    Margaery

    OdpowiedzUsuń
  57. [Wiadomo, zawsze to jakieś urozmaicenie. XD
    I klimat, nie zapominaj o klimacie!
    Każdy prawdziwy pirat musi mieć mejkap! A przecież Hakuś nie może być gorszy od jakiegoś podrzędnego Jacka Wróbla! :D
    Chyba boję się reakcji Haka na takie zainteresowanie gada jego skarbem. XD
    Ojj i to bardzo. ^^]

    Bazil Valesky

    OdpowiedzUsuń
  58. - A i owszem. Chyab wszystko jest mniej więcej przygotowane.
    Wszedł na pokład za kapitanem. Załoga patrzyła na niego z czymś jakby niepewnością i zdziwieniem w oczach. Doktor napchał tytoniu do swojej fajki, jednak jej nie podpalił, tylko trzymał w ustach. Jego nawyk, którego już prawie sie pozbył. Chodził z taką niezapaloną fajką po uniwersytecie, pownieważ nie można było tam palić ani dymić ani nawet chuchać na cenne eksponaty. A tutej było wszystko to, czego prawdziwy lekarz potrzebował. Czyli ludzie, prawdopodobnie chorzy na najróżniejsze choroby, nawet takie które nie dawały bezpośrednich objawów, którzy znajdowali się na odosobnionej niedużej przestrzeni na środku morza, czyli nie będą mogli daleko uciec ani się schować tak by ich w końcu nie znalazł.
    Miał wrażenie, że niektórzy się go nieco obawiają. Za pasem, poza dwoma sztyletami, wetknięte miał czarne, skórzane rękawice, długie aż do łokcia. Te zawsze miał przy sobie. Posiadał jeszcze rękawiczki z cienkiej bydlęcej skóry, w kolorze jasnego beżu. Te służyły do tych ważniejszych operacji, jak wyciąganie kawałków metali z bebechów.
    Wstąpił do kajuty kapitańskiej. Wiedział, ze będzie ładnie urządzona, ale jednak nie był przygotowany na takie piękno. Lubił ładne wnętrza. Zapach drewna, starego papieru i czegoś jeszcze. Specyficznego zapachu właściciela. Tego nie dało się podrobic w żaden sposób.
    - Potrzebuję pozwolenia na przymusowe badanie jednego czy dwóch chłopaków. Coś tak mi się zdawało, że przyda im się moja pomoc.
    Wydobył spod koszuli złożoną mapę, umieszczoną w skórzanym pokrowcu. Bez pozwolenia rozłożył ją na stole.
    - Mapa jest dość skomplikowana. Poza wyspami, które widać na powierzchni, zaznaczono też te pod wodą. Nie chodzi tu o mielizny a raczej o rafy, siedliska syren czy innego zabawnego zwierza. Mapa jest dość.. stara więc liczę się z tym, że może... węże morskie już dawno zdechły albo sie wyniosły.
    Przyglądał się swojej mapie z uwagą. Oglądał ją wiele razy, używając różnego światła, szkła powiększającego a nawet kilku odczynników chemicznych. Mimo tych zabiegłow, nie znalazł niczego co mógłby uznać za "podejrzane". domyślał się, że był jakiś haczyk w tym całym planie. Diablęta nie dałyby mu tej mapy, gdyby nie wiązałoby się z tym jakieś ryzyko. Bezwiednie dotknął ampułki z krwią, wiszącej na szyi. Na środku wielkiej wody w drewnianej łupince, był niemal bezbronny. Jego sztuczki, przekręty ani fortele niewiele pomogą jeśli okręt zostanie na przykład ostrzelany przez inny okręt. Albo zaatakowany przez te cosie, ukryte pod powierzchnią zimnej, czarnej wody. Dreszcze przeszedł przez całe jego ciało, kiedy wyobraził sobie wstrętne oślizgłe macki, które w każdej chwili mogły się wyłonić z wody.
    "Boże... zginę tu" - pomyślał. Jednak zanim zdązył wpaść w jaką kolwiek panikę, pojawił sie kapitan. Odchrząknął i zepchnął swoje strachy w głąb, wracając do swojej profesjonalnej roli doktora i mędrca.
    Jednak, przypomniał sobie coś bardzo istotnego o czym na jakiś czas zapomniał. Teraz stało się to wyrokiem, który miał zdecydować o życiu lub śmierci.
    - Kupiłeś rum? - spojrzał na niego z lekkim przestrachem.

    OdpowiedzUsuń
  59. [Powiązania świetna rzecz, muszę stworzyć z nimi zakładkę w mojej karcie :D
    Podoba mi się pierwszy pomysł i trzeci, ale chyba bardziej skłaniam się ku temu ostatniego, bo wydaje mi się, że będzie się dużo działo, a to przecież lubimy? <3 I myślę, że to co napisałaś nam póki co wystarczy a dalej polecimy na spontanie?
    I pewnie jesteś za handlem wymiennym, Ty wymyślasz, ja zaczynam? Myślałam, że Cię do tego wykorzystam, no ale XD]

    Śnieżka

    OdpowiedzUsuń
  60. [On jest zbyt fejbiulos żeby być od kogokolwiek gorszy! XD
    Omatku, jaki on jest hojny. Niech się nie martwi, Bazil to ten typ, co gromadzi, a nie wydaje, więc coś mu może nawet przybyć. XD
    Matko, tak, legendy o bazyliszkach to pozycja obowiązkowa! Biedny Bazil się taki zdradzony poczuje. XD
    A co do zaczęcia... no myślę że nocna wizyta będzie najlepsza. A potem strach się bać co będzie, chociaż osobiście to ja akurat się nie mogę doczekać. To będzie takie piękne, ta ich znajomość. XD
    A kto zaczyna? ;D]

    Bazil Valesky

    OdpowiedzUsuń
  61. [<3<3
    Plus ma dodatkowe zabezpieczenie. Po co komu alarm albo pies, skoro można mieć bazyliszka. XD
    Czuję się wykorzystywana, już mnie trzecia osoba na zaczęcie naciąga... Ale spoczi, dla Hakusia się poświęcę! No i mam już plan od ponad godziny, bo knułam na spacerze z piesem. XD]

    Bazil Valesky

    OdpowiedzUsuń
  62. [Wkrótce powstanie, obiecuje :D
    Ooo, jeszcze bardziej skomplikowane! Podoba mi się :3

    NO DOBRZE, JUŻ ZACZNĘ, skoro tak ładnie Haczek mnie prosi <3 Ale to jutro bo dziś moje szare komórki już nie pracują zbyt rewelacyjnie. Oczekuj :D]

    Śnieżka

    OdpowiedzUsuń
  63. [Haha, Tytania od razu im ślub wyprawi i jeszcze zmusi Oberona, żeby im go udzielił xD A Lucy w końcu będzie miała dobrą mamusię, której się wypłacze :D
    W ogóle na początku naszego wątku miałam tak, że te smęty mi się dobrze pisało, a potem jak już się pogodzili, to nie mogłam się przestawić na radosne opisy xD A teraz znowu odwrotnie, bo jak tu po tym wszystkim pisać, że Lucy nie chce go znać? xD
    W ogóle przeczytałam właśnie, że gdzieś w Danii odnaleźli miejsca pochówku sprzed setek lat, i okazało się, że ludzie chowani byli tam wraz ze skrzydłem łabędzia xD]

    Zimny wiatr znów przewiewał jej płaszcz na wylot, przyprawiając o dreszcze. Przyspieszyła jeszcze bardziej uważając, by nie pośliznąć się na zmarzniętym chodniku. Skarciła sama sobie za to, że jest całkowicie rozkojarzona. Wychodząc z mieszkania, nie zastanawiała się nawet, w co się ubrała, choć dobrze wiedziała o tym, że Oberon oceni swoim przenikliwym wzrokiem nawet jej ubiór i z pewnością domyśli się w końcu, że była strażniczka jego skarbu nie potrafi poradzić sobie z własnym życiem. Obiecała mu, że po wyjściu z więzienia weźmie się za siebie, choć nie określiła konkretnie, co ma na myśli. Powinna bez wątpienia wybrać się w końcu do fryzjera, może kupić w końcu coś ładnego. Zatrzymała się na moment przy witrynie jednego ze sklepów, zauważając za szybą kilka manekinów ubranych w piękne ciepłe stroje, w sam raz na tą porę roku i temperaturę. Westchnęła tylko. Właściwie po co jej takie rzeczy? Nie było sensu stroić się dla siebie samej. Stała tak przez moment, pogrążona w myślach, po czym ruszyła wolno w dalszą drogę do Woodlands. Przecież ma zamiar opuścić Fabletown, a w innych krainach nie będzie potrzebowała takich ubrań. Nic już nie będzie potrzebowała.
    Może tak właśnie miało być? Może jej historia ma skończyć się zupełnie inaczej, w zupełnie innym miejscu? A jeśli ktoś tam na nią czeka i po przekroczeniu portalu odnajdzie swoje powołanie, swoją prawdziwą drugą połówkę? Hak był tylko kroplą w morzu jej długiego życia, przecież znali się tak krótko, a właściwie to się nie znali. Bo czy można powiedzieć, że poznało się dobrze kogoś, z kim spędziło się zaledwie kilka dni w porcie i kolejne kilka tygodni po głupiej decyzji o podróży? Nie miała nawet siły, by o tym myśleć. Śnieg sypał coraz intensywniej, a świat tak bardzo zmienił się przez tą jedną noc. Nie miała na myśli tylko białego puchu, który okrył miasto. Wizja kłótni wciąż powracała, a Lucy nie potrafiła zająć głowy czymś innym. Przyspieszyła, by dotrzeć na miejsce jak najszybciej.
    ***
    Król od razu wyczuł, że wydarzyło się coś złego. Nie pomagały fałszywe tłumaczenia, że ma problemy w pracy, a hałasujący sąsiedzi nie dają jej spać. Oberon nie uwierzył w ani jedno jej słowo, mimo to nie nalegał, by mu się zwierzyła. Na szczęście a mieszkaniu nie było Tytanii, która z pewnością nie odpuściłaby jej szczerej rozmowy, na którą Lucy i tak nie miała ochoty. Wolała, by nikt o tym nie wiedział, unikając w tej sposób tych wszystkich a nie mówiłem i wszelkich rad i podpowiedzi, co powinna teraz zrobić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Usiadła na kilka minut w jednym z pałacowych salonów apartamentu, grzejąc się przy dużym kubku naparu z liści – elfiego odpowiednika herbaty. Król ogłosił, że ma dla niej misję w Leśnym Królestwie, na którą miałaby udać się wraz z Hagenem. Lucy aż wstrzymała oddech, słysząc tyle dobrych słów na swój temat, ponieważ zupełnie niespodziewanie, Oberon oznajmił, że w jego mniemaniu zasługuje na szansę całkowitego powrotu do jego łask, a co ważniejsze, miałaby odzyskać również swoje wcześniejsze moce. Mogłaby znów stać się tą samą Lorelei, potężna nimfą, która niczego się nie bała. Może to był kolejny znak, że coś ją jeszcze czeka? Odzyska magiczne zdolności, otrzyma kolejną szansę i nowe życie. W tym momencie pomyślała tylko o przepustce i pośpiesznie o nią spytała. Oberon wydał się zaskoczony, jednak zgodził się po krótkiej chwili namysłu. Uznał, że zasłużyła na taką bez względu na to, do jakiej krainy chce się udać i w jaki sposób chce ja wykorzystać. Miał się do niej odezwać za kilka dni.
      ***
      Lucy wyszła z Woodlands wprost na ulicę i ruszyła w drogę powrotną. Dziś miała jeszcze na głowie występ w Gwieździe Zarannej, więc postanowiła się do niego przygotować. Zaraz wypije coś ciepłego, zje nieduży obiad i wpadnie do kasyna, by choć trochę poćwiczyć. Miała więc zajęcie do końca dnia.
      Jednak entuzjazm, którym przed momentem tryskała, zaczął powoli ginąć, a na jej twarzy znów pojawiło się rozkojarzenie. Wizyta u króla przypomniała jej o przeklętym wisiorku i o tym wszystkim, co wykrzyczała Hakowi. Przecież wcale nie uważała, że uwiódł ja, by zdobyć skarb. To była najbardziej absurdalna rzecz, na jaką mogłaby wpaść. Co ją wtedy skłoniło, by powiedzieć tak wiele okropnych słów? Znów westchnęła. Mimo to, wciąż nie mogła wybaczyć Hakowi tych wszystkich oskarżeń pod jej adresem. Jeszcze nikt inny jej tak surowo nie ocenił. A przecież mieli zacząć wszystko od nowa, sam tego chciał. Przeszłość miała zostać daleko w tyle, a mimo to on wciąż widział Lucy z Anglii, zamiast Lucy z Fabletown. Od tamtego czasu tak wiele się zmieniło i wolałaby umrzeć niż znów go z kimś zdradzić. Obecnie nie miało to już jednak żadnego znaczenia. Szła dalej walcząc z śnieżycą, powtarzając sobie, że osobno będzie im o wiele lepiej.


      Lucy i śnieżne zaspy

      Usuń
  64. Matka zmarła zaraz po urodzeniu Śnieżki, zaś ojciec kilka lat później, gdy była małą dziewczynką i niewiele jeszcze pojmowała z tego świata. Wielki pałac, pełen straży, strzelców i wszelkiej maści służby był tak naprawdę... Opustoszały. Gdyby nie obecność Królowej, która uważała się za władczynie każdego skrawka królestwa, każdego stworzenia, które na nim żyło i bezlitośnie nim rządziła. A każdy drżał na sam dźwięk jej imienia. Każdy, oprócz Śnieżki. Dziewczynka bowiem starała się, aby uwaga macochy skupiła się na niej i kiedy, każde jej staranie szło na marne, bladolica się nie poddawała. Dopiero z wiekiem, uświadomiła sobie ile zła jest w tej kobiecie i że chyba nigdy nie zaakceptuje jej jako własnej córki. Dziewczynka przywykła do tej myśli i coraz więcej czasu spędzała poza murami wielkiego pałacu. Rozrywkę znajdowała w pałacowym ogrodzie, a także w miasteczku. I mimo zakazu wychodzenia z zamku, Śnieżkę wielokrotnie można było tam spotkać. Szczególnie w jednym miejscu. Dziewczę bowiem uwielbiało wpatrywać się w bezkresny ocean, obserwować fale i pływające statki. Wzrok młodej Śnieżynki zwrócił się ku młodym marynarzom, przypływający z daleka. Szczególnie jeden, który sprawiał, że serce Królewny biło znacznie szybciej niż powinno. Pierwsza, dziecięca miłość, która zawróciła jej w głowie.

    Królewna jednak nie miała w sobie tyle odwagi, aby zacząć znajomość z owym chłopcem. Nie umiała zebrać się w sobie, a gdy była już na tyle blisko niego spomiędzy jej warg nie było w stanie wydobyć się ani jedno słowo. Odpłynęli, a Śnieżka mogła jedynie pomachać na odchodne białą chusteczką. Myśli o tajemniczym cudzoziemcu pogrążyły ją na tyle mocno, że nawet nie zauważyła, że Królowa zaczęła całymi dniami stać przed tajemniczym zwierciadłem, które doprowadziło ją do obsesji. Niczego nieświadoma Śnieżka, zaczęła spędzać coraz więcej czasu w nadmorskiej części królestwa. Nikt nigdy jej nie poznał, nikt nie stanowił dla niej zagrożenia a to miejsce było pewnego rodzaju azylem. Zamykała oczy, pogrążając się we własnych myślach i przenosiła się do innego świata, szum rozbijających się o klif fal był cudownym dźwiękiem, który koił jej zmysły i sprawiał, że potrafiła się zrelaksować.
    Ten dzień był jednak wyjątkowy, gdyż nie była skazana na samotnie. Za swoimi plecami usłyszała chłopięcy, spokojny głos. Nie poznała go od razu wszakże minęło kilka miesięcy od czasu, gdy ujrzała go pierwszy raz. Może to był rok? Powoli wstała i zmrużonymi, brązowymi oczyma, które miały aktualnie miały złoto miodową barwę wpatrywała się w młodego marynarza. Co on tutaj robił? Jak on tu trafił? Czy to był sen?
    - To marzenie senne czy koszmar?
    Do jego uszu dobiegł dźwięk jej słabego, lecz melodyjnego, pięknego głosu. Cofnęła się kilka kroków, wpatrując się w niego z widocznym niedowierzaniem w tych swoich wielkich oczach. I tutaj, niespodzianka, mała Mary napotkała grząski grunt... Tak, spadła z klifu wprost do wody. Szczęście w nieszczęściu, że potrafiła pływać niczym syrena i wysokość nie była zbyt duża.
    Huckelberry Jones usłyszał głośny pisk dziewczęcia i plusk wody.

    [Trochę dramatycznie, ale chciałam, żeby coś się działo. <3
    Mi początki także średnio idą, mam nadzieje że mi to wybaczysz :D + zaczęłam od pierwszej części, którą ustaliliśmy bo w sumie nie wiedziałam jak to połączyć. Później przeniesiemy się do dalszych wydarzeń. Mam nadzieje, że to Ci pasuje :]

    zatopiona Śnieżka

    OdpowiedzUsuń
  65. [Najtrudniej się wbić w rytm, bo potem to już jest z górki. ;)
    W sumie to ja całe życie mam dość ciekawe. xD O jak fajnie! Też latałam z kuzynami z kijami i bawiliśmy się w różne rzeczy. O dziwo najczęściej chyba w Króla Artura, a ja byłam Morganą :D
    Kocham normalnie tą naszą rodzinkę, bo tyle mam frajdy z tego bloga, że wow. ;)
    Niebawem to będzie: „Nie podoba mi się, że patrzysz na moją żonę – przestań!” :D
    Strasznie. Muszę Robina dodać do wolnych, by Oberon miał jakieś męskie towarzystwo xD
    Skapnęłam się, że za mało opisałam otoczenie, ale jakby co to podpierając się „Władcą” możemy się inspirować pałacem Thrandiego zmiksowanym z Rivendell. xD]

    Ani razu nawet nie obejrzał się, by upewnić się czy Jones nie został w tyle. W tej chwili chciał jak najszybciej zostać z nim sam na sam, by w spokoju porozmawiać i wreszcie mieć to za sobą. Miał nadzieję, że przy odrobinie starań załatwi dzisiaj wszystko od początku do końca i nie będzie musiał więcej oglądać pirata, ani wysłuchiwać jego tłumaczeń, żalów i kłamstw, jakich nasłuchał się ostatnio.
    Minął ostatni zakręt i wszedł do niedużej, choć mim to dość przestronnej komnaty. Gestem wskazał Hakowi, by zajął miejsce, na jednym z wielkich foteli, wyglądających jak splecione z żywych korzeni drzew. Wbrew pozorom Oberon nie przepadał za pełnym klejnotów przepychem i złotem, wszechobecnymi w większości zamków czy pałaców. Sam nie wiedział dlaczego tak było. Być może zbyt wiele lat spędził w podziemnych pałacach Nibleungów, gdzie jednym źródłem światła było nie słońce czy pochodnie, lecz blask klejnotów i złota. A być może to szalona i chorobliwa chciwość królująca w Nibelheimie wzbudziła w nim taką odrazę do złota. Niezależnie od przyczyny jedynymi szlachetnymi kamieniami w jego pałacu, były białe klejnoty, tak umiłowane przez większość elfów. Choć i ich nie było zbyt wiele. Zamiast tego królowała tu natura. W jego królestwie pałac sprawiał wrażenie żywego. Zmieniał się wraz z porami roku lub też dostosowywał się do swego właściciela i jego nastroju. Tutaj, w tej namiastce dawnego życia, Oberon sam musiał magicznie zmieniać swoją perfekcyjną kopię, tak by choć po części przypominała mu jego dom.
    Nieśpiesznie zajął miejsce naprzeciw pirata. Panujący w komnacie przyjemny półmrok działał na Oberona uspokajająco. Czuł się niemal jakby naprawdę był w swoim podziemnym pałacu, a promienie światła nieśmiało przedzierały się przez spleciony z korzeni sufit, by oświetlić pomieszczenie. Co prawda odtworzenie światła było trudne, ale i tak był zadowolony z efektów i wysiłku jaki włożył by oddać nastrój swej ukochanej późnej jesieni. W tej chwili czuł, że o wiele prościej będzie mu zachować spokój i nie dać się ponieść emocjom. Zwłaszcza rozdrażnieniu, w jakie wpędzała go już sama obecność pirata.
    Przez chwilę przyglądał się czerwonym oczom Jonesa. Najwyraźniej on również walczył w tej chwili z gniewem i tym by jakoś zmusić się do normalnej rozmowy. Lub chociaż jej namiastki. Przez chwilę zastanawiał się od czego powinien zacząć. Oberon próbował jakoś poukładać sobie to wszystko, co w tej chwili było dla niego najważniejsze i o czym powinien pomówić w pierwszej kolejności. Słowa pirata i jego pytanie, tylko go zirytowały. Nie lubił pośpiechu. Rzecz jasna śmiertelnicy nigdy nie potrafili tego zrozumieć i zawsze wymagali wszystkiego natychmiast. Mówili wszystko bez chwili zastanowienia i dawali się ponieść emocjom. Nie chciał ponownie dać się sprowokować Jonesowi i zniżać się tym samym do jego poziomu. Chciał być ponad...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – O wszystkim po kolei. O Tytanii, Lorelei, skarbie, klątwie i całej reszcie... No i rzecz jasna o tobie. – odpowiedział w końcu, przykładając wielką wagę do kolejności w jakiej wyliczył tematy. Przez chwilę wahał się czy nie powinien był w pierwszej kolejności wspomnieć o skarbie. Zażyłość z Lorelei i nadmierne zaangażowanie Oberona we wszystkie jej problemy, mogła wydawać się dziwna i niezrozumiała. Niezależnie jednak co pirat myślał na ten temat, Lorelei była powiązana ze skarbem, więc poniekąd można było uznać, że to co dotyczyło jej, dotyczyło w równym stopniu skarbu...
      Na początek jednak i tak najważniejsza była sprawa Tytanii. Wszystko czego dowiedział się od niej, było dość lakoniczne i nie wyjaśniało praktycznie niczego istotnego. Temat Nibylandii zawsze był drażliwy, głównie przez wyrzuty Tytanii. Jej krótkie i chłodne wyjaśnienie pod tytułem „wróg mojego wroga jest moim przyjacielem” nie wydawało się Oberonowi ani przekonywujące, ani tym bardziej satysfakcjonujące. Sojuszników w sprawie nie nazywa się dobrymi znajomymi, nie nadwyręża się również małżeńskiego zaufania w imię pomocy komuś, będącemu jedynie po tej samej stronie barykady. W tym musiało się kryć coś więcej, zawsze chodziło o coś więcej. Tytania nigdy nie działała pochopnie i bez głębszych motywacji. Nigdy też nie była skłonna obdarzać zaufaniem pierwszą lepszą osobę. Tym bardziej zwykłego człowieka.
      Oberon nie chciał się do tego przyznać, ale niezależnie od wszystkiego był zazdrosny. Mógł się tego wypierać i ignorować słowa małżonki, która wyrzucała mu obsesyjną zazdrość, ale nie mógł zmienić rzeczywistości. Faktycznie często potrafił irracjonalnie reagować na każdą jej znajomość, nawet jeśli nie powinien mieć powodów do zazdrości. Zresztą często nawet zachwyt jaki wzbudzała wśród mieszkańców Fabletown, potrafił doprowadzać go do szału i chęci zemsty na każdym kto choćby zbyt natarczywie się jej przyglądał. Tym bardziej świadomość niewiedzy tego, co wydarzyło się w Nibylandii była dla niego nie do zniesienia.
      – Zacznij od wyjaśnienia mi jak właściwie poznałeś swoją dobrą znajomą, Królową Mab – powiedział siląc się na obojętność i spokój, choć i tak nie potrafił powstrzymać pewnego jadu, zdradzającego jak bardzo emocjonalnie podchodził do całej sprawy.
      Czuł się zirytowany faktem, że nie potrafi w pełni ukryć swojego słabego punktu, jakim była Tytania. Wiedział, że nie powinien był uważać swojej miłości za słabość. W końcu sama Tytania twierdziła, że nie ma potężniejszej magii od prawdziwej miłości, która połączyła ich wieki temu i dała siłę by wytrwać wspólnie tyle lat. A jednak... Wciąż nie mógł oprzeć się wrażeniu, że było inaczej. W końcu gdyby cokolwiek złego przytrafiło się Tytani, albo gdyby pewnego dnia go porzuciła, najpewniej nie potrafiłby tego znieść. Najpewniej oszalałby z bólu i nienawiści, pogrążając się w jeszcze większym mroku niż kiedykolwiek dotąd.
      – Chcę wiedzieć wszystko o twojej relacji z moją żoną. – powiedział, choć przypominało to raczej rozkaz nie podlegający dyskusji.
      Wpatrywał się w pirata, chłodnym, przenikliwym spojrzeniem, jakby chciał wyczytać z niego całą prawdę na ten, jakże drażliwy temat. Nie mógł uwierzyć, że jeden niewygodny śmiertelnik mógł aż tak namieszać mu w życiu przez swój wpływ na dwie kobiety, które kochał całym sercem.
      Przeklętego pirata nie tylko łączyło coś z Tytanią, ale jeszcze musiał złamać serce Lorelei. Oberon nie był pewien za co bardziej nienawidzi Jonesa. Pewnie gdyby chodziło tylko o Tytanię, ograniczyłby się jedynie do zazdrości. Jednak z powodu Lorelei nie potrafił powstrzymać nienawiści. Najchętniej zgotowałby Jonosowi piekło za każdą jej wylaną łzę. Miał chęć powiedzieć piratowi, że nie ma pojęcia o miłości. Gdyby to była prawdziwa miłość nie ranili by się w taki sposób. Oberon zdawał sobie sprawę, że przez kilka stuleci swego małżeństwa z Tytanią, wiele razy przeżywali mniejsze lub większe kryzysy. Jednak nawet wtedy nie niszczyli się nawzajem aż tak, jak ten przeklęty pirat niszczył jego małą Lorelei...

      Oberon

      Usuń
  66. [Och myyy, Hakuś zmienił fotkę! <3333
    Oczywiście, jakoś trzeba mu wynagrodzić te nocne pobudki. :3 XD
    W sumie nic jakoś bardzo nowego tu w końcu nie ma, no ale mam nadzieję że mi wybaczysz. ^^']

    Pomysł pobierania opłaty za pozwalanie obcym na mieszkanie w swoim budynku wydawał się Bazilowi zwyczajnie genialny. Na tak śmiesznie proste źródło dochodów, które, jak podejrzewał, jednak mimo wszystko małe nie były, mógł wpaść tylko ktoś wyjątkowo sprytny.
    I gdyby Valesky wciąż miał jakieś pióra, dałby je sobie powyrywać, że ten ktoś był bardzo blisko spokrewniony z bazyliszkami.
    Właściwie przy okazji żałował trochę, że sam na to nigdy nie wpadł. Każdy przecież chciałby mieszkać w takim urokliwym zamku, jak ten jego, był tego więcej niż pewien. Może jeżeli pewnego dnia baśniowcy naprawdę dadzą radę odzyskać stary dom, powinien pomyśleć o rozkręceniu podobnego biznesu na poważnie?
    Tymczasem jednak to on był tym wynajmującym. Zajmował małe, dwupokojowe mieszkanko z niewielką kuchnią i mikroskopijnym wykafelkowanym pokoikiem z wanną, którą tak swoją drogą zaczynał coraz bardziej doceniać, znajdujące się na trzecim piętrze zadbanej kamienicy. Nie był do końca pewien, czy warte było pieniędzy, które za nie płacił - no cóż, nie znał się, taka prawda - ale było zbyt wygodne, by się nad tym jakoś głębiej zastanawiać. No i sąsiedzi byli całkiem w porządku. Ich obecność przeszkadzała mu mniej, niż się spodziewał - a jako że byli jego pierwszymi tak bliskimi sąsiadami w życiu, to naprawdę był sukces. Poza tym życzyli mu dobrego dnia, gdy mijał się z nimi na schodach.
    Było już grubo po północy, gdy Bazil stwierdził, że wypadałoby może jednak zwlec się z kanapy, na której od powrotu z pracy zalegał z grubym tomiszczem encyklopedii powszechnej, próbując podszkolić się trochę w czytaniu, i jednak coś ze sobą zrobić.
    Na przykład coś zjeść.
    Odłożył książkę i okulary w grubej oprawie na stolik do kawy i przeciągnął się z cichym pomrukiem, po czym ruszył do kuchni.
    W lodówce czekała na niego pozostałość po wczorajszym obiedzie w postaci kawałka lazanii. Valesky nie miał nic przeciwko zimnym posiłkom, więc normalnie zająłby się nią od razu, zamiast bawić się w zbędne ceregiele. Ale uznał, że skoro już zainwestował przedwczoraj w kuchenkę mikrofalową, to powinien przynajmniej ją wypróbować.
    Za pomocą widelca zsunął więc ostrożnie lazanię na mniejszy talerz i umieścił ją na obrotowym podstawku wewnątrz urządzenia. Ustawienie odpowiednich opcji zajęło mu dłuższą chwilę, ale w końcu nacisnął "START" i zajął się robieniem herbaty.
    Po chwili w maszynie zawrzało. Wydała z siebie kilka dziwnych, skwierczących dźwięków, które Bazil uznał za całkiem do niej pasujące. A potem po kuchni rozszedł się swąd spalenizny, który odrobinę go zaniepokoił - ale nie aż tak bardzo, jak ta chmura ciemnego dymu, która mu towarzyszyła
    Przez moment stał zakłopotany na środku kuchni, nie bardzo wiedząc, co robić. Może się nie znał, ale mikrofalówki chyba nie powinny jednak tak robić. Koniec końców zadecydował, że pójdzie po pomoc.
    Najbliższą, która przyszła mu do głowy, był sąsiad z naprzeciwka.
    Bazyliszek niepewnie wyszedł z mieszkania, zostawiając drzwi otwarte na oścież, i przeszedł te kilka kroków, które dzieliły go od drzwi drugiego mieszkania. Zapukał. Pierwszy raz dosyć ostrożnie, potem coraz głośniej.
    - Dobry wieczór, sąsiedzie - powiedział, uśmiechając się niepewnie do rozczochranego mężczyzny, który po dłuższej chwili wyjrzał zza uchylonych drzwi z dziwnym wyrazem twarzy. - Wybacz, że przeszkadzam, ale mam pewien problem. Otóż chciałem wypróbować nową mikrofalówkę. Nie orientujesz się może, czy to dla nich naturalne, że zaczynają dymić i płonąć podczas pracy?

    Bazil Valesky

    OdpowiedzUsuń
  67. Woda była tak potwornie zimna i Śnieżka zaczęła myśleć, że zamarznie. Mimo słonecznych promieni słońca, które rozgrzewały ich ciała tak nagła temperatura wywołała delikatny szok. Nawet nie odważyła się pomyśleć, że ten młody marynarz wskoczy za nią. Kiedy się wynurzyła, złapała głębszy wdech. Musiała jak najszybciej dopłynąć do brzegu. Jednak po chwili Hak Jones był tuż niej, tak blisko... że gdyby nie fakt, że Królewna krztusiła się słoną wodą to zapewne zabrakłoby jej oddechu. Mimowolnie, niewiele myśląc objęła go wokół szyi, zimne palce splatając na jego karku. Próbowała złapać oddech jednak jej spojrzenie w tym momencie skupiło się na jego oczach. Nigdy nie była tak blisko niego, zazwyczaj obserwowała jego poczynania z pewnej odległości. Teraz uczyła się barwy jego tęczówek, a pod opuszkami palców mogłaby poczuć jego skórę. Delikatne, mlecznobiałe dłonie dziewczyny przesunęły się wzdłuż jego szyi, żuchwy, sunęła nimi po fasadzie jego policzka a spomiędzy jej czerwonokrwistych warg mimowolnie wydobyło się westchnięcie pełne zachwytu. Korzystając z tej chwili zignorowała nawet fakt, że jest cała przemoczona a jej ciało jest zmarznięte. Zapomniała o chłodzie, który przepływał przez jej drobne ciało i o tym fakcie przypomniało jej dopiero jego pytanie.
    - Wszystko... W porządku. Tylko.. strasznie zimno.
    Jej głos drżał i sama nie wiedziała czy to było spowodowane jego bliskością czy może tym, że było tak zimno?
    Poczuła jak chłopak złapał ją za dłoń i razem popłynęli w kierunku brzegu. Usiadła na piaszczystej plaży, drżąc na całym ciele. Błękitna sukienka przykleiła się do jej ciała; do ud, bioder, piersi i ramion zaś włosy Śnieżki były równie mokre. Zastanawiała się jak się wysuszą i jak wróci do zamku? Gdyby ktoś zobaczył ją w takim stanie... Ta myśl napełniała ją strachem, zaś gdyby Królowa ją przyłapała na wycieczkach poza pałac, wtedy byłoby jeszcze gorzej. Ciemnowłosa natychmiast odrzuciła od siebie tą ponurą myśl.
    - Kim jesteś...?
    Zadała najgłupsze pytanie z możliwych, zupełnie tak jakby tego nie wiedziała. A przecież tyle razy go obserwowała, tyle razy jej wzrok się na nim skupiał. Wiedziała nawet jak się nazywa i wyryła sobie jego imię w pamięci. Nie wiedziała jednak o co powinna była go zapytać, co więcej co teraz zrobią. Głos Śnieżki wciąż drżał, lecz teraz nabrał jej naturalnej barwy, był miękki niczym aksamit i melodyjny a każdy dźwięk wydobywający się z ust bladolicej był przyjemnością dla jej towarzysza. Jej miodowe, błyszczące oczy nie potrafiły się od niego oderwać, była całkowicie zapatrzona w niego i co więcej nie świadoma, że jej spojrzenie może być nachalne. Ona nigdy nie odebrałaby tego w ten sposób.
    Powolnym ruchem wysunęła ku niemu swoją delikatną, gładką rączkę.
    - Śnieżka.
    Szepnęła dość nieśmiało, a jej cieniutki głosik był niepewny.

    zauroczona Śnieżka

    OdpowiedzUsuń
  68. [Haha, w ogóle musimy im jakoś dobrze rozplanować całą rozmowę na Święta, bo nie to, że się pożrą o Hagena i Aurorę, to jeszcze przecież cała sprawa z Oberonem xD Hakuś pozna jej rodzinkę xD Śmiesznie wyjdzie, bo przecież oni nawet jeszcze nie zdążyli ze sobą normalnie pogadać i wiedzą tylko to, gdzie mieszkają i pracują xD
    A w ogóle to już napisałam w skrócie o spotkaniu z Oberonem w naszym wątku, ale jeszcze nie wiedziałam wtedy, że powie jej o tym, że jest jego córką xD Najwyżej napiszę o jakimś drugim spotkaniu xD]

    Weszła do klatki schodowej i otrzepała się ze śniegu. Najchętniej nie wychodziłaby już dzisiaj na zewnątrz i zaszyła się gdzieś póki pogoda się nie poprawi. Z ponurym wyrazem twarzy wdrapała się po schodach i zniknęła za drzwiami swojego mieszkania. Odetchnęła ciężko. Ciemny korytarz, mały salon, sypialnia, kuchnia… Wszystko jakoś bardziej puste niż zazwyczaj, mimo że od dawna nie miała tu żadnych gości. A jednak, zazwyczaj grała w tle muzyka, wieczorami wolnymi od pracy oglądała telewizor, śmiała się z głupich komedii. Podśpiewywała pod nosem niezależnie od nastroju. Po wyjściu z Golden Boughs naprawdę sądziła, że coś powoli się zmienia, a spotkanie Haka wydało jej się spełnieniem marzeń. A jednak, znów wróciła do pustego domu, nie zmieniło się zupełnie nic.
    Opadła bezsilnie na kanapę. Miała wrażenie, że nawet jej już tu nie ma.
    Znów wróciła myślami do spotkania z Oberonem. Coś zmieniło się w tonie jego głosu i w samym zachowaniu, więc miała wrażenie, że chce powiedzieć jej o czymś ważnym. Owszem, deklaracja zwrócenia jej wszystkich mocy była wspaniałomyślnym gestem z jego strony, do tego wyznaczenie misji w Leśnej Krainie świadczyło o tym, że znów darzył ją pełnym zaufaniem. To nawet dobrze. Mogłaby znów należeć do tej rodziny i może faktycznie zamieszkała z nimi? Chociaż do czasu jej przeprowadzki do innej krainy… Rozejrzała się po mieszkaniu z myślą, że najchętniej już dziś spakowałaby wszystko do kartonów, a może nawet wyniosła się bez słowa? Niech właściciel kamienicy sam się martwi, to już nie jej sprawa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ruszyła do kuchni z postanowieniem, że zje porządne śniadanie. Właściwie było już po południu, z czego zdała sobie sprawę dopiero po włączeniu radia – spiker ogłosił godzinę czternastą. Lucy nie miała nawet pojęcia, kiedy ten czas minął, jednak dotarło do niej, że podniosła się z łóżka zaledwie trzy godziny temu. Oparła się na moment o kuchenny stół i westchnęła ciężko przecierając twarz.
      Naszła ją dziwna myśl, że znów traci panowanie nad swoim życiem, choć to tylko utrata kilku godzin, nic wielkiego. Była przewrażliwiona na tym punkcie, za żadne skarby świata nie chcąc powrócić do stanu sprzed odsiadki. Wolała umrzeć z głodu, niż uwieść kogokolwiek zdobywając pieniądze.
      W głośniku radia zabrzmiała jedna ze znanych zimowych piosenek, ciepły kobiecy głos, piękna spokojna melodia. Lucy uspokoiła się na moment, sięgnęła do lodówki wyciągając resztki z poprzednich dni. Zrobiła kanapki nie mając pomysłu na cokolwiek innego i zasiadła na moment przy stole. Momentalnie przypomniała sobie o śniadaniu u Hucka i tej wspaniałej atmosferze, która wówczas zapanowała. Czy nie mogłoby tak być zawsze? Wystarczyłoby, że w spokoju wysłuchają siebie nawzajem, bez wpadania w histeryczne kłótnie, bez oskarżeń i krzyków. Nie, to nie miało sensu, bo zbyt wiele przeszli, by ich relację kiedykolwiek mogła nazwać spokojną. Musiała zacząć próbować zapomnieć i żyć po swojemu, nie myśląc, że może kiedyś znów im się uda. Był i już go nie ma, po prostu. Będą kolejni, może ktoś, kto nigdy nie pozna jej przeszłości i pokocha ją taką, jaka jest teraz? Z resztą, po co jej miłość - uczucie, które rujnuje całe życie przynajmniej dwóm osobom. Z radia zabrzmiała kolejna świąteczna piosenka.
      Kolejne Boże Narodzenie spędzone w kasynie. Tak będzie najlepiej, prawda?

      Przebrała się i wieczorem podreptała wprost do Gwiazdy Zarannej. Może spędzenie kilku godzin w tłumie i hałasie pozwoli jej oderwać się od tej okrutnej rzeczywistości i da skupić myśli na czymś innym. Kasyno było jeszcze puste, do otwarcia zostało jakieś półtorej godziny, więc mogła chociaż poudawać, że przypomina sobie tekst piosenek. Przy barze powitała się z barmanem, który tradycyjnie nalał jej kieliszek swojego kolorowego specjału. Od razu wyczuł, że Lucy nie tryska humorem, jednak zbyła go jakąś zabawna uwagą i wychyliła podany alkohol. Dziwna miętowo-owocowa mieszanka, od której skrzywiła się mimowolnie.
      Zostawiła swoje rzeczy na zapleczu, jak zawsze w tym samym miejscu. Za kulisami sceny siedział pianista, jak co dzień przegrzebując te same nuty. Ich jedyny dźwiękowiec męczył się z mikrofonem, tradycyjnie zaplątując się z kable. Lucy uśmiechnęła się do siebie. Potrzebowała trochę dawnej rutyny, czegokolwiek co było poukładane i stałe.


      Lucy i Last Christmas w radiu

      Usuń
  69. [Jeśli chodzi o Trip Trap, ja tu widzę możliwości. Jak napisałam Elis czasem zdarzy się "napić". Czemu miałaby się tam nie pokręcić wieczorowa porą. Co ma do stracenia? Tylko nie polecam z nią przekąsek do piwa.. xD świetny pan.]

    Elisabeth

    OdpowiedzUsuń
  70. - Nie chce badać wszystkich. Nie przesadzajmy... aż tak wspaniałomyślny nie jestem. Chyba że się szanowny kapitan uprze to się jakoś zmuszę. Taki jeden rzucił mi się w oczy... Chyba go sobie teraz nawet złapie, bo zawsze jest szansa że jak wyskoczy to żywy dopłynie do brzegu. - wzruszył ramionami. Zastanawiał się chylę, czy na prawdę życie ludzkie ma dla niego tak małe znaczenie? Możliwe... Dostał pewnego znaieczulenia na cierpienia innych już dawno temu. Oczywiście zawsze przejmował sie stanem tych, na których mu zależało, ale do tego grona zaliczyć można tylko kilka osób, do tego większość z nich już nie żyła.
    - Problem polega na tym, że ja piję niemal cały czas. Ale ręce mam wciąż pewne, jakby się zdarzyło jakieś odłamki wyciągać...
    Niedawno naostrzył porządnie piłę do cięcia kości, więc i z amputacją nie będzie problemu. Nie powiedział tego głośno, by nie drażnić człowieka z hakiem zamiast dłoni.
    - W takim razie... - naciągnął czarne rękawice do łokci. - ... idę zapolować. Mam nadzieję, ze jednak nie będzie zbyt ruchliwy. Dziś jeszcze nic nie piłem...
    Wyszedł na pokład. Zaczął wodzić wzrokiem po twarzach marynarzy, szukając tego jednego konkretnego. Zlokalizował go w końcu. Zwijał właśnie linę. Faust splótł dłonie za plecami i ruszył w jego kierunku. Pirat podniósł na niego spojrzenie, kiedy stał już przed nim.
    - Czego? - rzucił, marszczać brwi. Doktor zaczął się zastanawiać, czy aby się go nie boją. Może jakieś zasady w pirackim kodeksie zabraniały się leczyć u medyków? Albo w ogóle wpuszczać ich na pokład? Może jak kobiety, przynosili pecha?
    - Nie będzie bolało. Muszę cie zoperować, bo zarazisz całą załogę a ja na razie jestem jej częścią więc... nie będzie bardzo bolało. - obiecał. Szybkim ruchem wydobył jeden ze sztyletów zza pasa. Mimo jego szybkości, pirat miał wrodzony albo wyuczony latami na morzu, refleks. Przeciął tylko materiał jego koszuli. Faust zmarszczył brwi i prychnął. Więc jednak się dziś trochę zmęczy...

    Załoga miała niezłą zabawę. Z tego co słyszał pojawiły się nawet zakłady. Było mu bardzo miło, że część marynarzy postawiło na niego. Ganiał za piratem po pokładzie przez dobre pięć minut. Nie potrafił do końca poruszać sie po wciąż chyboczącym się podłożu. Dlatego pirat miał nad nim sporą przewagę. Mimo to, nie poddał się. nie męczył się tak jak normalni ludzie. Był bardziej sprawny i wytrzymały niż można się było spodziewać. W końcu dopadł go nim ten zdążył wdrapać się po wancie na górę. Tam by już za nim nie poszedł. Czekałby aż podanie albo zachce mu się jeść.
    - Kapitan mi pozwolił!- warknął. - Więc zamknij mordę! Bądź mężczyzną a nie babą!
    Pchnął go na brzuch i usiadł mu na plecach by go unieruchomić. Zapanowała cisza. Miał wrażenie, że obecni się wahają, czy pomóc kamratowi czy nie. Chyba byli ciekawi, dlaczego tak za nim ganiał.
    Odetchnął głęboko. Jedną rękę pirata wygiął mu na plecy i przytrzymał kolanem. Znów wydobył sztylet. Odsłonił skórę pod rozciętą koszulą i obmacał dokładnie zwisający pod ramieniem tłuszcz. Chociaż u pirata było go niewiele, jaja i tak sie rozwijały. Nie czekając na rozwój sytuacji, naciął skórę. Mężczyzna szarpnął się mocno. Ale dźwięk wydał z siebie dopiero kiedy Faust zaczał wyciskać z rany jaja pasożyta. Wyglądały trochę jak żabia ikra, tyle ze jaja były nieco większe.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wycisnął już chyba wszystke. Piraci patrzyli na to z obrzydzeniem. Doktor wstał, poklepał marynarza po plecach.
      - Dzielnyś. Zaraz to zszyje i nie będzie śladu.
      Kucnął i chwilę gmerał w jajach końcem sztyletu. Dobrze rozwinięte... pewnie za dwa moze trzy dni wyklułyby się.
      - To są jaja. - wskazał na galaretowatą papkę, wciąż leżącą na pokładzie. - Wstrętny pasożyt się z tego wykluwa. Każdy ma się jeszcze obmacać i sprawdzić czy nie wyczuwa grudek pod skórą. Wstrętna to smierć paść od jakiegoś robala...
      Zabrzęczały monety i inne fanty, postawione w zakładach. Faust w tym czasie zebrał jaja na szmatę i wyrzucił ją do wody. Marynarze zmyli pokład a doktor w tym czasie zszył ranę i przy okazji koszulę nosiciela. Zdjął rękawice i wypłukał je w wiadrze z wodą. Potem znów wsunął je za pas.
      Wtedy pojawił się kapitan. Może dobrze, że nie widział tego przedstawienia. Ledwo się powstrzymał przed komentarzem tego pióra. Aż musiał zapalić fajkę by zająć czymś usta.
      - Chyba mnie lubią. - powiedział tylko, kiedy Hak się zbliżył. - Za ratunek przed epidemią nie doliczę do rachunku...
      Wciąż patrzył na to pióro. Zabawnie podskakiwało kiedy mężczyzna obracał głowę.Prawdziwie majestatyczny puszek.

      Usuń
  71. [Witam serdecznie. :D Zapraszam do Jima, jeżeli chcesz.
    Panowie nie pewno się dogadają. :P]
    Jim

    OdpowiedzUsuń
  72. [Co powiesz na powrót egzystencjalnych bólów Haka i skierowaniem go do pana Robaczka? ;)]

    Jim

    OdpowiedzUsuń
  73. [Widzisz, szybko poszło z pomysłem. :D
    Jim nie z takimi miał do czynienia (nawet ze sobą ma trudno, ale ciii :P).
    To co, jak sprowadzimy do spotkania? Kto kogo na siebie powysyła? xd]

    Jim

    OdpowiedzUsuń
  74. [Zgadzam się. :D Może jeszcze coś dodam.
    Przypadkowo zaczną rozmawiać w Trip Trap, "zaprzyjaźnią się" i dobrze się będą w swoim towarzystwie bawić (rozmawianie o swoich problemach duchowych to bardzo... ciekawa praktyka, w szczególności wywodów Jima, jak to pewnego gówniarza nienawidzi xd).
    Potem Hak na drugi dzień postanowi, że uda się do psychoterapeuty. A tak kto? Oczywiście Jim.
    ...i bardzo wielki szok...]

    Jim

    OdpowiedzUsuń
  75. [ Zapomniałam. :D Pinokio i Piotruś... nawet zaczynają się na te same literki. xd Przeznaczenie!
    Haha, dokładnie! Brzmi to bardzo źle w kontekście tego, że to już dorośli... XD Zmierzamy do nieodpowiednich tematów, haha. :-]

    Zainspiruj mnie. :3 Mam problemy pisarskie i dużo do zrobienia... :/
    Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu. ;)]

    Jim

    OdpowiedzUsuń
  76. [Dzieci to jednak potworne istoty. Jednego zniszczą, a drugiego tylko zdeptać. ;_;]

    Jim teoretycznie był w pracy. Był, ale jak to zawsze bywa, musiał odreagować wyznania zakompleksionych ludzi sporą ilością alkoholu.
    - Idioci – pomyślał, wzdychając nad unoszącym się dymem z papierosów.
    Czasem doprawdy nie rozumiał, dlaczego przejmuje się problemami innych. Dochodząc do przeważnie do sytuacji, gdy nie potrafi przestać topić się w swoim hermetycznym pesymizmie.
    Wciąż głupi, naiwny mały robaczek, z nadzieją na lepszy byt drugiego człowieka.
    Śmiał się. Śmiał się do samego siebie, jakie to mu głupoty przychodzą do głowy. Dawny on, ten mały świerszcz, przesiąknięty świeżością drewna.
    Mijało kilka godzin, jak gapił się tak bezmyślnie w ścianę, popijając tylko i wyłącznie kolejne kieliszki wódki. Raz po razem, krzyki i wrzaski zaczęły maleć... a i z czasem przestały już Jimowi przeszkadzać.
    I nagle ktoś coś powiedział. Do niego? Do starego robaczka? Czy to tylko omamy słuchowe?
    Wzdrygnął się na głoś nieznajomego. Nie patrząc się w jego stronę, odpowiedział spokojnym tonem:
    - Ludzie po kilku nalewkach przestają wybrzydzać.

    OdpowiedzUsuń
  77. [No właśnie ja mam tak samo. ;)
    No to mamy ustalone. Ha ha, tak jeszcze tego samego dnia rano będzie Haka nie lubił, a potem już "jesteś spoko gość mój kuzynie!" :D
    Zgadzam się w 100%. Tak, zjadł mu babcie na przykład. :D Ewentualnie kogoś innego z rodziny. W każdym razie będzie fajnie. Dawaj od samego początku kłopoty. Hak będzie chciał pomóc Zoltanowi i przez to sam oberwie. Nawet można przyjąć, że wrogowie będą na tyle dobrze przygotowani, że jakimś cudem poradzą sobie z wilkołakiem i walecznym piratem. W ostateczności mogą nas nawet gdzieś uwięzić (tylko wtedy w sumie by była powtórka z Trip Trapu, więc może by ich napadli po normalnym wyjściu z pracy?) z zamiarem małej zemsty i tak dalej. Potem można zorganizować ucieczkę i małe śledztwo w sprawie napastników, a koniec końców nasi dogadani już panowie postanowiliby się odegrać. Co myślisz?
    Wybacz, że tak bez ładu i składu, ale jest późno i trochę mi się ciężko o tej porze myśli. :P]

    Zoltan

    OdpowiedzUsuń
  78. [No właśnie co chwile jakieś nowe informacje przybywają, coś się zmienia i kurcze potem nam w wątkach co innego wychodzi lub nic nie pasuje xD Boję się, na co jeszcze wpadniemy w międzyczasie xD]

    Jeśli miałaby przyznać, że w jakimś miejscu w Fabletown czuje się naprawdę dobrze, to bez wątpienia byłaby to Gwiazda Zaranna. Kasyno stwarzało pozory elegancji i profesjonalizmu, jednak w głębi kryło wiele mroku i tajemnic, o których zwyczajni klienci nie mieli pojęcia. Przekręty, kradzieże, oszustwa, pakty z diabłem na zapleczu. Mefisto w końcu nie zatrudniał przypadkowych ludzi – każdy z nich miał swoje własne zadanie, związane z umiejętnościami i wszelkimi mocami, jakie posiadał. Każdy przeżył w swoim życiu tak wiele, że właściwie nic nie było w stanie go zaskoczyć.
    Lucy sięgnęła po tekst z nutami, które wręczył jej pianista. Dobrze pamiętała ich pierwsze spotkanie, jakieś kilka tygodni przed aresztowaniem przez Wolfa. Ukrywający się teraz pod wytwornym garniturem muzyk krył w ten sposób pokryte magicznymi tatuażami ciało. Potrafił materializować każdy z rysunków i miał niezły ubaw powodując dziesiątki wypadków lub wykorzystując swoje stwory w innych niecnych celach. W kasynie najbardziej znany był jego szczurek – tatuaż na łydce – który podczas koncertu wyślizgiwał się ze sceny i opróżniał portfele gości.
    Barman, który właśnie przyniósł Lucy na spróbowanie swój kolejny alkoholowy wynalazek miał dryg do trucizn. Potrafił zrobić wszystko z niczego, niemal tak sprawnie jak pewnemu mesjaszowi szło przemienianie wody w wino. Każdy klient, któremu wyjątkowo przypisywało szczęście w wygrywaniu kolejnych partii gier, mógł być niemal pewny, że przy barze otrzyma drink, który zaraz skłoni go do szybkiego powrotu do domu.
    Gitarzysta natomiast był wampirem, czego nikt na pierwszy rzut oka by nie odgadł. Lubił zasadzać się na młode panienki w łazience, jednak otrzymał stanowczy zakaz od szefa i poradę, by robił to tylko i wyłącznie w Puddin’n’Pie – tam nikt nie będzie przejmował się kolejną nastolatką pozostawioną na posadzce bez kropli krwi.
    Saksofonista – krokodyl, ledwo trzymający się na tanich glamour, skrzypek - piroman z wieloletnia odsiadką na karku, ochroniarz potrafiący w palcach jednej dłoni połamać ludzkie kości…
    I w końcu ona, nimfa z syrenim głosem, którym niemal hipnotyzowała klientów, odrywając ich od gry i całkowicie rozpraszając nawet na kilka godzin. Każdy chciał ją zobaczyć i posłuchać pięknych piosenek, więc w wieczory jej występów kasyno było niemal oblegane.
    Przywitała się ze wszystkimi, rzucając nawet kilka zabawnych uwag, na które pozostali odpowiedzieli szczerym śmiechem. Niemal jak rodzina. Wszystko, byle ukryć swój dzisiejszy stan ducha, smutek i roztargnienie. Tylko zachowanie pozorów mogło pomóc jej przeżyć ten dzień do końca, bez płaczu i zgrzytania zębami. Nie mogła zrobić niczego więcej. Zasiadła na skraju niewielkiej sceny i przejrzała dzisiejszy repertuar. Nie zmieniał się zbyt często, zazwyczaj były to utwory jazzowe, jak to nazywali Docześni – z najpiękniejszych lat 30. Czasem coś weselszego, czasem więcej smutku i melancholii, ale Lucy szybko polubiła ten klimat. Miał w sobie coś, co chwytało za serce, a piosenki same płynęły. Próbowała powtórzyć tekst, jednak znów nie potrafiła zebrać myśli. Tak wiele razy śpiewała w tym miejscu z myślą o Haku, choć nie sądziła, że kiedykolwiek go jeszcze ujrzy. Jednak to myśl o nim sprawiała, że jej interpretacja była tak szczególna. Czy dzisiaj mogłoby być inaczej? Wątpiła. Znów zaśpiewa o nich, o ich pierwszy spotkaniu i o rozstaniu. Znów wyda jej się, że zobaczy go w tłumie gości tak, jak ujrzała go w nadreńskiej gospodzie, gdy przypadkiem na siebie wpadli. Nie zdoła wyrzucić go z głowy chyba już do końca świata. Odłożyła tekst na blat pianina, i tak nie zdoła się na nim skupić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kolejne dwie godziny spędziła przy barze, rozmawiając o zupełnych głupotach z trucicielem, popijając jego dziwaczne drinki. Zawsze śmiała się z jego różowych włosów, ale dziś wydały jej się nawet urocze. Poczuła się nieco lepiej, była rozluźniona i pełna energii. W końcu ruszyła do swojej garderoby i przysiadła na moment na pufcę przed toaletką. Plakaty zakrywające ściany małego pokoiku, długi wieszak z sukienkami… Spojrzała w swoje odbicie, otoczone przeróżnymi ozdobami przypiętymi do ramy lustra, pamiątkami po występach, zdjęciami i różowym boa z piór zwisającym gdzieś z góry. Ujrzała dziewczynę, o której właściwie nie potrafiła niczego szczególnego powiedzieć. Uważana w tym świecie za piękność, nigdy w ten sposób o sobie nie myślała. Po prostu była, robiła co miała robić, nic więcej. W słabym świetle małej lampki jej oczy przybrały ciemny, niemal granatowy odcień, co w dziwny sposób skojarzyło jej się z nocnym niebem – czystym jak łza, a jednak przeciwnym do dnia, w którym wszystko jest tak jasne i proste, widoczne od razu.
      A gdybym go przeprosiła?, przeszło jej nagle przez myśl, Zacisnęła zęby i po prostu przeprosiła?
      Przez cały czas uważała ich kłótnię za koniec wszystkiego, jednak jeśli jako pierwsza wyciągnęłaby do niego rękę, przeprosiła, uznała, że to on ma rację. Nawet jeśli jej nie miał, co jej szkodziło. Przecież ludzie poświęcają się dla miłości, prawda? Robią różne głupoty, a potem za nie przepraszają i oczekują wybaczenia. Tak?
      Nie myśl o tym teraz, obrzuciła swoje odbicie stanowczym spojrzeniem, Zaraz masz występ. Przedstawienie musi trwać.
      Przebrała się w czerwoną prostą sukienkę, uczesała i upięła włosy, umalowała usta. Była gotowa, jak zawsze, co występ. Ruszyła za kulisy, czekając na odpowiedni moment, by wyjść. Od razu wiedziała, że sala jest pełna gości, słysząc głośne rozmowy, które ucichły nagle jak na skinienie ręki, gdy tylko zabrzmiała melodia saksofonu. Lucy wkroczyła na scenę, wśród owacji tych kilkudziesięciu wiernych klientów małego kasyna. Podeszła do mikrofonu wodząc wzrokiem po sali, choć nawet nie spodziewała się ujrzeć kogokolwiek znajomego. Instrumenty zgodnie rozpoczęły przygrywać do pierwszej ustalonej piosenki, jednak Lucy zaniemówiła. Zbity z tropu pianista kiwnął głową do pozostałych, by zaczęli raz jeszcze i intro zabrzmiało od nowa. Dziewczyna jednak nawet nie otworzyła ust. Po głowie chodziła jej mała, drewniana gospoda, pełna pijanych przybyszów z najdalszych zakątków magicznych krain. Miejsce niegodne nimfy zamieszkującej skałę, a jednak odwiedzała ją ukryta pod kapturem niemal każdego wieczoru. Pracowała tam młoda, rudowłosa dziewczyna – córka właściciela, która całymi dniami roznosiła piwo, cierpliwie znosząc podszczypywania i wulgarne uwagi gości. Dopiero wieczorami wchodziła na małą scenkę i zaczynała śpiewać tak pięknie, że niejeden zapominał o swoim kuflu i wlepiał w nią przekrwione ślepia. Lucy przystawała wówczas w rogu sali i wsłuchiwała się w cudowna pieść, którą rudowłosa śpiewała w ich nadreńskim dialekcie. Marzyła, że kiedyś odważy się ukazać gościom gospody i zaśpiewać obok dziewczyny.
      Zdenerwowani muzycy mieli już zacząć po raz trzeci, gdy nimfa nagle zaczęła śpiewać. Nie była to żadna z piosenek zawartych w spisie, ani nawet nie po angielsku. Zaśpiewała piosenkę córki gospodarza, ku całkowitemu zaskoczeniu wszystkich obecnych w kasynie. Zapadła całkowita cisza, a delikatna melodia i słowa zrozumiałe tylko dla Lucy wydobywały się z jej ust.
      Skończyła i spuściła głowę, zakrywając dłonią uśmiech, którego nie potrafiła stłumić. Po chwili wróciła do siebie i zaczęła śpiewać Moonriver, tym razem zgodnie z repertuarem, ku zadowoleniu muzyków i wyraźnie słyszalnym odetchnięciu z ulgą samego pianisty.

      Łamiąca zasady, szalona Lucy

      Usuń
  79. W końcu sie zamknęła i dała mu dojsc do slowa.
    - nie wiem czy to az tak wypada - zauwazyła speszona - znamy sie zbyt krótko, by tak przejsc na "ty". No ale jak Tobie to nie przeszkadza... - zawiesiła glos.
    Trwali zastyglej ciszy przez pare chwil. Zrobilo jej sie nagle zimno, pod jego bacznym spojrzeniem. Chyba czas sie w koncu ubrac pomyslała czujac sie dziwnie we wlasnym domu pod jednym dachem z obcym facetem. Ratował go fakt, iz byl poszkodowany i raczej nie było mu w glowie jakies uciechy cielesne. Usmiechnela sie nieznacznie.
    - No tylko tyle moglam zrobic za pomoc. - zauwazyła - moze w innych okolicznosciac lepszy by wyszlo nasze poznanie. No ale ja tu gadam i gadam i do kuchni nie dojde. - pokrecila glowa na znak, ze wie ze temperatura w salonie nie jest zbyt "pustynna". Nie przepadała za upalami. - Podkrecilam grzejnik, wiec niebawem bedzie cieplej. Dodatkowy koc jest w nogach kanapy... jakbys chciał to sie nie krepuj a ja pojde w koncu do kuchni... bo jeszcze i mnie zjesz niczym glodny wilk. - puscila mu oko po czym go zostawila i po narzuceniu na siebie jakis wysluzonych dresow, ktore uzywała do biegania zabrała sie w koncu za jedzenie.
    Po dluzszej chwili po domu rozeszla sie przyjemna won. W czasie gdy tam pichciała - przygotowała stolik.
    - jakbys chciał skorzystac z lazienki, to te drzwi na korytarzu. Dasz rade czy pomoc ci dojsc?

    [w koncu] Eliza

    OdpowiedzUsuń
  80. Jim odstawił szklankę na blat baru i odwzajemnił uścisk nieznajomego.
    - Jim. Jim Collodi. – Lekko pochylił się do przodu. – Miło mi.
    Czy to jest jakieś przekleństwo?, pomyślał Jim z niesmakiem. Czy zawsze gdy pojawi się w pobliżu, każdy z nich przylega do biednego Świerszcza niczym ćma do ognia, zaczynając swoje własne wywody na temat najmniejszej cząstki życia? Co do cholery jasnej, Robaczku. Paranoja już ciebie dopadła, albo i ewentualnie chociaż raz, rację trzeba ci przyznać…
    Ostatni raz spojrzał kątem oka na nowo poznanego jegomościa, po czym z powrotem odwrócił się w stronę wpół niedopitego trunku.
    Jimmi nie widział co się stało, ale Huck zaimponował mu w pewien sposób. Swoją aparycją i wyglądem. Nie za często (w ogóle!) widywał w swoim gabinecie osoby tak charakterystyczne, a tym bardziej z defektem w postaci haka zamiast dłoni.
    Interesujący przypadek trafił się temu Robaczkowi… doprawdy. Jednakże postanowił, że dotrzyma sobie samemu jednej rzeczy – niech nawet nie próbuje skończyć po razy setny z obitą mordą, za swoje niepochlebne uwagi i dedukcje na temat drugiego osobnika. Kto mógłby zbierać świerszcza, wyrzuconego w głąb śmierdzących i gnijących śmieci?
    - Sens jest w tym, abyś zapomniał o codziennych… - przyznał, wzdrygając się lekko jednocześnie – gównach otaczających ciebie.

    Jim

    OdpowiedzUsuń
  81. [Witam mojego kapitana :D
    Oczywiście, że tak ;* Dziękuję za mile powitanie.
    Tak, wąćmy! Trochę ustaliłyśmy już wcześniej to może pomyślimy teraz razem nad spotkaniem w Fabletown? :)

    Wnerwianie mojego mężusia - zawsze. :D]

    Tytania

    OdpowiedzUsuń
  82. [Wybacz to opóźnienie, ale ostatnio miałam tyle roboty... i zupełny brak weny. Kajam się, panie kapitanie! :<
    Jedni lubią rum, drudzy zmienianie fotek... a ci trzeci wolą palić kuchnie. :D]

    Bazil uniósł ze zdziwieniem brwi, słysząc pytanie pirata. Co niby miało do rzeczy, która jest godzina? Czy funkcjonowanie kuchenki mikrofalowej naprawdę mogło zależeć od pory dnia?
    Cóż, może jednak powinien był przeczytać instrukcję obsługi. Albo przynajmniej nie zalać jej kawą tak dokładnie, żeby chociaż nadal była zdatna do użytku.
    - Jest chyba jakoś tak po pierwszej. Czy to ma coś do rzeczy? - zapytał z wahaniem, zerkając na tarczę małego srebrnego zegarka o pasku z ciemnej cielęcej skóry, który miał na ręce. Kupił go stosunkowo niedawno - po spędzeniu kilku długich godzin w sklepie na wybieraniu - i wciąż pozostawał pod wielkim wrażeniem tego, jak genialny to mechanizm. Poza tym przemawiał do jego duszy kolekcjonera, której mogłaby mu w sumie pozazdrościć niejedna sroka.
    Właściwie to Valesky w ostatniej chwili powstrzymał się przed stwierdzeniem, że jest po prostu mniej więcej środek nocy, chociaż jeszcze niedawno właśnie to uznałby za wyczerpującą odpowiedź. Jednak w tym samym niedawno nie musiałby też prosić nikogo o pomoc, bo jego posiłek nie zmieściłby się nawet do wnętrza mikrofalówki, której i tak nie byłby w stanie uruchomić szponami, a tuż przed nim stałby właśnie posąg wyobrażający rozczochranego, zaspanego człowieka szczelnie owiniętego kocem, więc w sumie to chyba takie gdybanie nie miało za wiele sensu. Chcąc nie chcąc - a raczej zdecydowanie nie chcąc - był teraz przecież istotą ludzką, musiał więc jakoś dopasować swoje obyczaje do nowych współplemieńców.
    Sąsiad miał chyba właśnie zamiar udzielić mu odpowiedzi na to ostatnie pytanie - sądząc po irytacji, która powoli pojawiała się na jego twarzy, dosyć nieprzyjemnej odpowiedzi - gdy nagle gdzież w pobliżu rozległ się głośny huk.
    Valesky syknął i odwrócił się na pięcie, instynktownie gotowy stawić czoła ewentualnemu zagrożeniu. A potem uświadomił sobie nagle, że dobrze wie, co to mogło być.
    Zaklął i rzucił się z powrotem do swojego mieszkania, ciągnąc za sobą protestującego Hucka, który zapierał się na tyle, na ile pozwalały mu na to czerwone wełniane skarpety.
    Gdy wkroczyli do przedpokoju bazyliszka, powitały ich kłęby ciemnego, duszącego dymu powoli wlewające się przez uchylone drzwi kuchni, która okazała być w opłakanym stanie. I, no cóż, w niektórych miejscach trochę płonęła.
    Bazil stanął w progu pomieszczenia i omiótł je zrezygnowanym spojrzeniem. Puścił ramię sąsiada i spojrzał na niego, potem na kuchnię i jeszcze raz na pirata.
    - Kuchnia - oznajmił bezradnie, jakby nie było widać tego na oko. - Moja kuchnia płonie. Mógłbyś coś z tym zrobić?

    Bazil Valesky

    OdpowiedzUsuń
  83. [No dobra, coś tam napisałam xD Malutko, ale jest! :D Katar mi nie odpuszcza, więc wybacz ewentualne błędy, ale ja już nic na oczy nie widzę xD A jeszcze głos tracę, więc robi się ciekawie :D]

    Wywlekła się nad ranem z kasyna, byle jak owinięta szalikiem, z krzywo zapiętą kurtką. Rozpuszczone, nieuczesane włosy schowała pod czapką. Wciąż szumiało jej w głowie od nadmiaru hałasu i głośnej muzyki, czuła posmak słodkiego alkoholu, z którym po raz kolejny przesadziła. Każda jej wizyta w tym miejscu kończyła się niemal tak samo, więc zdążyła przywyknąć. Teraz myślała już tylko o kilku godzinach dobrego, niczym nieprzerwanego snu we własnym łóżku.
    Na zewnątrz było jeszcze całkowicie ciemno i cicho. Gdzieniegdzie dostrzegła pojedyncze światła w oknach mieszkań tych, którzy wstawali do pracy dużo wcześniej lub po prostu cierpieli na bezsenność. Chodnik był niemiłosiernie oblodzony i pokryty cienką warstewką śniegu, a Lucy miała wrażenie, że jest pierwszym przechodniem tego dnia. Szła wolnym krokiem spoglądając ukradkiem w jedno z rozświetlonych okien. Dostrzegła kobietę krzątającą się po kuchni, najwyraźniej czymś zmartwioną. Lucy mimowolnie wyobraziła sobie, że tamta próbuje zdążyć ze śniadaniem, nim mąż wstanie z łóżka. Tak, to na pewno ma być niespodzianka. Uśmiechnęła się do siebie. W innym oknie dojrzała parę młodych ludzi, jednak ich widok sprawił, że znów posmutniała. Choć wyglądali na szczęśliwych, nimfa zobaczyła w nich siebie i Hucka, i znów naszły ją dziwne myśli. Rozmawiali, śmiali się, jedli tosty, byli tacy idealni. Zupełnie jakby zobaczyła siebie sprzed kilku dni. Mogło być tak cudownie, mogli teraz siedzieć i żartować dokładnie tak, jak tamci za oknem. Ah, dałaby tak wiele za możliwość cofnięcia czasu. Powiedziałaby mu o wszystkim, zanim usłyszałby to od człowieka w restauracji. Przyznała, jak wiele głupot popełniła, zanim znów się spotkali. A wszystko dlatego, że bez niego jej życie nie miało sensu, nie było dla kogo się starać, dla kogo wstawać codziennie rano z uśmiechem na twarzy...
    A jeszcze kilka minut wcześniej cieszyła się, że jakimś cudem zdołała wyrzucić Hucka z głowy choć na kilka godzin, tuż po koncercie, po trzecim drinku przy barze kasyna. Przez ten moment nawet dobrze się bawiła, jak za dawnych czasów, gdy jeszcze tu na siebie nie wpadli. Wówczas nie musiała się niczym martwić, a pirat wracał tylko w snach, gdy przed nikim nie musiała udawać, że jej serce jest wolne niczym ptak, bo od dawna nie było. Teraz znów szła ulicą ze łzami w oczach, które zdawały się zamarzać na mroźnym powietrzu.
    Jakoś dotarła do domu, znów pokonała te kilkadziesiąt schodów i dostała się do mieszkania. Rzuciła torebkę, kurtkę, zawiesiła resztę ubrań na krześle i wzięła ciepły prysznic. Wskoczyła do łóżka, próbując zaplanować sobie cały dzień, udając przed sobą samą, że da radę przeżyć go w całkowitym spokoju. Kilka godzin snu, potem zakupy w pobliskim supermarkecie i wizyta u Oberona. Zamknęła oczy.
    Zegar wybił siódmą rano.


    Lucy i jej zakatarzona, nieogarniająca autorka…

    OdpowiedzUsuń
  84. - Podejrzewam, że najzwyczajniej w świecie znudziło im się własne towarzystwo i są ciekawi tego do czego mogę się na tej wyprawie przydać.
    Obserwował scenę w milczeniu. Przykładał zapałkę do tytoniu w fajce i zaciągał się z lubością wonnym dymem. Wątpił by starczyło mu tytoniu na cały rejs, dlatego zdecydował się na wydzielanie sobie niedużych partii. Słuchał jak okręt zaczyna trzeszczeć i kołysać się coraz bardziej. Zupełnie jakby był żywy i tylko czekał aż liny przestaną go trzymać w stagnacji.
    Posłuchał i powędrował na dziób. Dziób powoli ciął wodę, przyspieszając z każdą chwilą, kiedy żagle łapały kolejne podmuchy wiatru. Woda pieniła się, wzburzając coraz bardziej. Kołysało się, zdecydowanie kołysało. Wolał by nikt z załogi nie widział jak przewiesza się przez burtę i zwraca. Na szczęście odpowiednia porcja alkoholu znacznie złagodzi objawy.
    - Długa podróż... - powtórzył w zamyśleniu. - Uwielbiam podróżować... - przyznał zgodnie z prawdą. Nie mógł wytrzymać zbyt długo w jednym miejscu. Głównie dlatego wszystkie związku, które próbował stworzyć nie przetrwały próby czasu. Trudno było znaleźć kogoś, kto chciał podróżować wraz z nim. Szukać, badać, sprawdzać a czasem nawet wykopywać zwłoki na cmentarzach. Skrzywił się, na wspomnienie pewnego cmentarzyska w Londynie. Nie dość, że kopał pół nocy to jeszcze później pies stróża prawie odgryzł mu tyłek.
    Spojrzenie medyka znów powędrowało w stronę piórka. Nie mógł się powstrzymać. Jednak kiedy Hak odwrócił głowę w jego kierunku, Faust natychmiast udał że patrzy zupełnie w innym kierunku. Gdy uznał, że już nie jest obserwowany, znów skierował swe oczy na tę niezwykłą ozdobę w kapeluszu.
    Zmusił się do odwrócenia spojrzenia. Odnalazł bosmana i zadał mu kilka pytań, na które odpowiedzi bardzo go interesowały. Dotyczyły głownie wielkości okrętu i tego czy nie będzie większego problemu, kiedy rozpali palnik w swojej kajucie.
    Kątem oka dostrzegł czającego się przy maszcie pirata. Wyglądał na niezdecydowanego. Faust ledwo na niego spojrzał, a już wiedział w czym rzecz. Wskazał palcem na swoją kajutę. Włożył rękawiczki i udał się za marynarzem.
    Po paru minutach pirat oglądał już z zainteresowaniem zgrabny szew na brzuchu a Faust wyrzucał za burtę kolejne zawiniątko. Postukał rytmicznie palami w drewnianą poręcz. Podejrzewał, że ten pasożyt, który nagle się pojawił, jest dopiero przedsmakiem niespodzianek, które spotkają ich po drodze. Uznał jednak, że na razie nie ma sensu denerwować kapitana. Zwłaszcza, że dostał nadmiernego skurczu twarzy, który ponoć nazwany był uśmiechem

    OdpowiedzUsuń
  85. Gdy znikl a drzwiami lazienki zajela sie dokanczaniem sniadania.
    - Huck - krzyknela w strone drzwi. - na klamce zostawiłam dla ciebie bluze na zmiane tej ktora schnie.
    Oznajmila przygotowujac teraz talerze i sztucce, ktore przeniosła na stol w salonie a potem wziela duzy gar jajecznicy z boczkiem. Dodała jeszcze bekon.
    - no wygladasz lepiej niz w nocy - zauwazyła - alez skad - zaprzeczyła ruchem glowy - to duzy dom a ja sie tu troche nudze. Wiecej mnie z nim zreszta nie ma niz jestem - zapewnila - a teraz siadajmy juz poki cieple. Nie krepuj sie zatem. - nalozyła sobie troche a reszte zostawila jemu wiedzac ile faceci czasem potrafia zjesc.

    Eliza

    OdpowiedzUsuń
  86. [Cześć! Żyję, żyję (ale co to za życie ;)). Co do opisu Piotrusia w poszukiwanych, to jeśli chcesz, mogę go zmodyfikować, by osoba zainteresowana miała świadomość, że to brat Haka odciął mu rękę. Chociaż rzucenie go na pastwę krokodylowi jest dość ogólną informacją i nawet do Davy'ego dałoby się to jakoś odnieść. :)
    Och, jeśli masz pomysły, to ja chętnie posłucham! Nie wiem, jak widzisz ich relację, ale moim zdaniem Wendy wciąż mogłaby być w pewien sposób zauroczona i zafascynowana Hakiem. Na pewno zdziwiłby ją jego widok w Fable, ale po minięciu pierwszego szoku raczej by się ucieszyła, że spotkała kogoś z Nibylandii. Nawet jeśli to zły pirat, z którym wcześniej walczyła. :)]

    Wendy

    OdpowiedzUsuń
  87. [Jeju, wszyscy tak słodzą, umrę niebawem <3
    Zgłosiłabym się, bo niejednokrotnie tu wpadałam i wątek z legendarnym Hakiem był moim skrytym marzeniem, a teraz jeszcze wyczytałam to powiązanie ze Śnieżką i coś mogłoby z tego wyniknąć... ale też nie chcę dorzucać kolejnego wątku, bo pan Jones bardzo oblegany, a ja nie mam nic bardziej konkretnego do zaoferowania ^^' Co nie zmienia faktu, że senpai noticed me i dziękuję ślicznie za powitanie!]

    #wolf

    OdpowiedzUsuń
  88. [Mroczna wersja Nibylandii zdecydowanie wygrywa, także cieszę się, że coś takiego wprowadziłaś, bo pasuje mi do mojej wizji Piotrusia. Od czasu OUAT nie potrafię patrzeć na niego jak na pozytywną postać. :D
    No to się porobiło: oboje uważają się za tych złych. Wątek na pewno wyjdzie ciekawy. :) Co do tych kłopotów to nawet mam jakiś pomysł: Wendy pracuje w Open Arms, a wiadomo, w jakim celu używane jest to miejce. Ogółem środek nocy, ona kończy pracę, bo akurat musiała zostać do późna, i wychodzi sobie spokojnie. I teraz są dwie opcje: albo natrafia na ulicy na Haka, który pochylałby się nad ciałem którejś z prostytutek, albo to ona natrafiłaby na ciało i Hak by ją tak zobaczył (osobiście jestem za wersją drugą, bo mam ciekawy pomysł, jak to rozegrać). W obu opcjach zakładam, że od razu wina spadłaby na osobę, która znalazła się przy ciele jako pierwsza. A dokładniej to widzę to w ten sposób, że tajemniczy morderca gdzieś by się kręcił i może nawet ich zaatakował (ach, tutaj przydałby się Piotruś, gdyby to on był mordercą, sprawa mogłaby przybrać całkiem ciekawy obrót). Nie mam pojęcia, czy coś takiego by ci pasowało, jak nie, to pomyślę nad czymś lepszym. :)]

    Wendy

    OdpowiedzUsuń
  89. [Wybaczam, choć czekałam zniecierpliwiona xD <3 Haha, i tak przez ostatni miesiąc tyle nadrobiłyśmy, jak nigdy xD Właśnie zaczęłam 83 stronę naszego wątku xD
    Trochę przyspieszyłam tą część Lucy, bo kurcze, jeszcze to całe spotkanie z Oberonem, zakupy, odzyskanie mocy, misja z Hagenem… Byśmy pisały to do marca chyba xDD Święta nam uciekną :D]

    Przyśnił jej się Oberon. Niczym sędzia znów oskarżał ją o zdrady, o kłamstwa, o porzucenie obowiązków. Obarczał ją winą za zniszczenie Krainy przez Adwersarza i wszelkie inne nieszczęścia, jakie go spotkały. Za miłość do człowieka miałaby znów stracić wszystko co kiedykolwiek miała i już nigdy nie powrócić do łask wielkiego króla elfów. Miała wybrać. Odliczał, a ona w panice rozważała wszelkie „za” i „przeciw”, miotała się, walczyła…
    Otworzyła znienacka oczy biorąc przy tym tak głęboki wdech, jakby właśnie wypłynęła z morskich głębin ścigana przez podwodną bestię. Czuła się dokładnie tak, jakby przez kimś uciekała, może przed samą sobą? Przed Oberonem? Przed Hakiem… Podniosła się z łóżka do siadu i spuściła nogi na podłogę. Na moment ukryła zaspaną twarz w dłoniach i przetarła oczy. Zmierzwione włosy opadły jej niemal do kolan.
    - Czy ucieczka to na pewno najlepsze wyjście? - spytała samą siebie drżącym głosem. Westchnęła tracąc pewność z każdą kolejną minutą, mimo to nie zamierzała zrezygnować ze swojego planu. Odzyska moce, wróci z misji i wyniesie się z miasta na zawsze. Nie ma w tej chwili innej opcji, a wszelkie wątpliwości tylko zadziałają na jej niekorzyść. Musi zacząć myśleć o sobie, o swoim szczęściu i przyszłości, choć raz być samolubną egoistką i zapomnieć o otoczeniu. Tu, w Fabletown nic się nigdy nie zmieni. Nigdy nie znajdzie lepszej pracy, pewnie nigdy nie zdecyduje się, by zamieszkać z Oberonem i Tytanią, jej samopoczucie nigdy się nie poprawi, będąc ocenianą za to wszystko, co tu nawyrabiała. Pragnęła być anonimowa i znaleźć się gdzieś, gdzie nikt jej nie zna. Odbierze przepustkę i zostawi wszystko za sobą, choć raz odejmie słuszną decyzję.
    Wstała i sięgnęła po duży tekturowy karton – jeden z wielu, które niedawno przygotowała. Poprawiła koszulkę, w której spała, odgarnęła włosy przeczesując je palcami i zaczęła pakować zawartość swojej jedynej szafy. Po kilkunastu minutach rozłożyła drugie pudło, w które wrzuciła to, co trzymała w szufladach. Do trzeciego zepchnęła dłonią wszystko to, co stało na półce, tłukąc przy okazji jakąś figurkę, która runęła na podłogę. Kolejny karton, i kolejny. Przecież tak właśnie miało być, tak miał rozpocząć się kolejny etap jej życia. Koniec i nowy początek. Powinna teraz tryskać energią i optymizmem, z radością pobiec do Oberona, przejść przez portal, zapomnieć.
    - Chcesz zapomnieć? – spytała swoje odbicie w małym pękniętym lusterku, które właśnie roztrzaskało się w ślad za szklaną figurką – Sądzisz, że zdołasz…?
    Wytarła łzy z policzków. Przecież zdążyła już nawet przyzwyczaić się do metalowego haka z miejscu jego dłoni, z resztą to nie miało dla niej większego znaczenia. Tak bardzo cieszyła się, że go odnalazła. Wiedziała, że nie będzie łatwo po tym wszystkim co zrobiła, a mimo to uwierzyła, że im się uda. Dlaczego teraz miało być inaczej? To tylko zwykła kłótnia i choć padło tak wiele okropnych słów, dlaczego nie miałoby być lepiej?
    - Bo wcale nie jesteś tym najlepszym, co go w życiu spotkało… - szepnęła – Jesteś tym najgorszym. Zniszczyłaś mu życie, nimfo. Bez ciebie będzie mu lepiej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przeraziły ją jej własne słowa, jednak tak w tej chwili postanowiła. Zakryła usta dłonią i pozwoliła sobie na kolejny potok łez, tłumiąc krzyk rozpaczy. Hak zasługiwał na kochającą, wierną żonę, której będzie mógł całkowicie zaufać, która nigdy go nie zostawi, zestarzeje się u jego boku. Na gromadkę cudownych dzieciaków, biegających z psem po ogrodzie. Zasługiwał na spokojne, poukładane życie, którego ona nigdy mu nie da, choćby bardzo chciała. Kilka chwil złudnego szczęścia to nie szczęście, to iluzja, magiczna sztuczka. To mały papierowy okręcik składany z ogromnych zaangażowaniem, który puszczony na wodę zniknie pod jej taflą za chwilę lub dwie, czasem trzy. Ale zniknie na pewno.

      Spakowała niemal wszystko, zostawiając kilka rzeczy w kuchni, które będą jej potrzebne przez kolejne dni. Myśl o odzyskaniu mocy wciąż uciekała jej z głowy i przestała się tym ekscytować. W Fabletown do niczego jej się nie przydadzą, co innego w cudownej krainie, do której trafi już za kilka dni. Znów będzie taka, jak dawniej, wspaniała i potężna. Wspaniała wiadomość, która chwilowo wywoływała u niej jedynie wzruszenie ramionami.
      Powoli zbliżał się wieczór, a więc wizyta w Woodlands. Miała nadzieję, że podadzą jej coś do zjedzenia, bo lodówka w mieszkaniu wciąż świeciła pustkami – nie jadła nic od poprzedniego wieczoru w kasynie. Przebrała się, uczesała, zarzuciła coś ciepłego. Po drodze spotkała Hagena, który powitał ją dość wylewnie, ciesząc się, że ruszą wspólnie na misję, a Lucy znów odzyska dawną siebie i pełne zaufanie Oberona. Próbowała udawać, że jest w podobnym nastroju, jednak nie wychodziło jej to najlepiej, co elf prędko zauważył i starał się skłonić przyjaciółkę choćby do krótkiego wyznania. Dziewczyna tylko napomniała o Haku, nie mając większej ochoty na szczere rozmowy.

      Nad ranem znów była w swoim mieszkaniu, całkowicie rozbita. Znów wydarzyło się zbyt wiele i znów miała mętlik w głowie. Oberon wyznał, że jest jej ojcem, opowiadając o jednej z trzech nimf – córek Ducha Renu, którą uwiódł, i która w tajemnicy przed wszystkimi wychowywała ją w miasteczku nad rzeczą. Mówił o tym, że z pewnych względów Lucy nie pamięta tej części swojego życia. Po krótkiej misji w Leśnej Krainie, odkryła z jakiego powodu – zakochała się w Hagenie, we własnym bracie...
      Położyła się na kanapie. Jej oczy zalśniły lodowym blaskiem. Znów miała władzę nad wodą, mogła tak wiele, a mimo to pragnęła zapaść się pod ziemię. Czuła się coraz gorzej i pragnęła odejść stąd jak najszybciej, zostawić cały ten bałagan.
      Potrzebowała kilku godzin snu. Jutro wybierze się na swoje ostatnie zakupy w tym mieście, zje ostatni porządny obiad w swojej własnej kuchni. Odda klucze do mieszkanie i zniknie na zawsze. W jej torebce spoczywała nieduża przepustka do portalu.


      Lucy, przygnieciona rzeczywistością

      Usuń
  90. [Bardzo się cieszę, że Ci się podoba! W takim razie Piotruś zostaje zabójcą, będzie ciekawie! I na pewno z czasem pojawią się kolejne pomysły, początek zawsze jest najtrudniejszy. xD
    Jutro zacznę nam wątek. :)]

    Wendy

    OdpowiedzUsuń
  91. Wendy nie lubiła swojej pracy. Sprzątanie w hotelu nigdy nie było jej marzeniem, ba!, za swoich dziecięcych lat nawet nie sądziła, że kiedykolwiek przyjdzie jej pracować, a co dopiero na takim stanowisku. I choć samo sprzątanie, choć żmudne, nie należało do najgorszych zajęć, tak miejsce, w którym pracowała, ani trochę jej się nie podobało. Obskurne i wiecznie pełne podejrzanych typów Open Arms cieszyło się sporą sławą wśród prostytutek, które nie raz zabierały tam swoich klientów. Wendy mogła śmiało powiedzieć, że to praca w motelu obdarła ją z wszelkiej niewinności i pozbawiła złudzeń. Jak mogła wciąż wierzyć w piękno świata, kiedy nawet księżniczka musiała sprzedawać swoje ciało, by zarobić na życie?
    Tego dnia musiała zostać w pracy do późna. Nienawidziła takich dni, bo w nocy Open Arms pełne było podejrzanych ludzi, którzy zdawali się tylko czekać na odpowiedni moment, by ją napaść. I chociaż Wendy ani trochę nie podobało się, jak spoglądali na nią niektórzy mężczyźni, zawsze przeszukiwała wzrokiem korytarze, w nadziei, że dostrzeże znajomą twarz: braci, Zagubionych Chłopców, Piotrusia, nawet kapitana Haka, ale za każdym razem przeżywała rozczarowanie, bo oni nigdy się nie pojawiali.
    Szybko zdjęła z siebie roboczy strój i przebrała w wygodny sweter. Dni robiły się coraz zimniejsze i Wendy już zdążyła zaliczyć kilka bolesnych spotkań z ziemią, gdy ślizgała się na oblodzonych chodnikach. Miała nadzieję, że tym razem uda jej się wrócić do domu bez żadnych wypadków po drodze, ponieważ kość ogonowa wciąż ją bolała i dawała o sobie znać przy każdym kroku. Nieraz Wendy marzyła, jak wyglądałoby jej życie, gdyby pamiętała, jak się lata. O ileż przyjemniejsza stałaby się droga do domu, gdyby mogła oglądać ją z powietrza, tak jak kiedyś, w Nibylandii, kiedy jeszcze miała Piotrusia!
    Przystanęła na chwilę na dworze, poprawiając opadającą na oczy czapkę, i rozejrzała wokół. Jak zwykle się zamyśliła i skręciła nie w tę uliczkę, co powinna! Westchnęła, w myślach przeklinając późne godziny pracy, i już miała zawrócić, gdy dostrzegła w oddali zarys sylwetki. Nieco zaniepokojona faktem, że ktoś leżał na chodniku w takim mrozie, ruszyła w stronę postaci z zamiarem pomocy.
    Blade światło latarni oświetliło twarz kobiety i Wendy zamarła, przyglądając się jej z szeroko otwartymi oczami. Znała tę dziewczynę z Open Arms: pracowała jako prostytutka i miała kilku stałych klientów, z którymi widywała ją Wendy. Piękna dziewczyna, z rudymi włosami i zielonymi, dużymi oczami, teraz leżała bez życia na chodniku, z przerażeniem wypisanym na twarzy.
    Wendy powinna się przerazić. Powinna odskoczyć od ciała, krzyknąć, zrobić cokolwiek, co zrobiłby każdy normalny człowiek w takiej sytuacji, ale ona tylko stała i patrzyła. Z pięknej dziewczyny zostało jedynie wspomnienie: jej twarz i gardło zdobiło długie rozcięcie, ubrania były brudne i poszarpane, a wokół łydki, tego kawałka poszarpanego mięsa, zebrała się kałuża krwi. Jak w transie Wendy podeszła bliżej i przykucnęła przy dziewczynie. Z niepokojącą fascynacją przyglądała się każdemu fragmentowi ciała, każdej uszkodzonej tkance i niewielkim fragmentom kości wyłaniającym się spod mięśni i ścięgien.
    Nigdy wcześniej nie widziała martwego człowieka.
    Gdyby nie fakt, że czuła na sobie czyjś uważny wzrok, nie była pewna, czy dałaby radę przestać przyglądać się martwej dziewczynie. Odwróciła głowę, w poszukiwaniu intruza, ale nikogo nie dostrzegła. Znów spojrzała na ciało, palcami musnęła rękę bezwładnie leżącą na chodniku i niemal podskoczyła ze strachu, gdy usłyszała za sobą kroki i poczuła czyjś oddech na karku.

    [Napiszesz mi na maila (boromir.is.my.boyfriend@gmail.com)? Bo pomyślałam, że mogłybyśmy wspólnie zmodyfikować opis Piotrusia do poszukiwanych, o ile chcesz, oczywiście. :)]

    Wendy

    OdpowiedzUsuń
  92. [Mi się to niestety ostatnio ciągle zdarza i aż mi głupio, że odpisuję ludziom po miesiącu. Przepraszam! :(
    Pomysłów w sumie można wykombinować dość sporo. To zależy czy idziemy w coś na zasadzie - pirat i stróż prawa czy pirat i pogromca potworów. ;) Bo moglibyśmy albo pomyśleć nad czymś kryminalnym z Hakiem w roli podejrzanego, świadka czy gościa który znalazł się w złym miejscu o złej porze i Beowulfem, który prowadzi śledztwo. Albo coś z powiązaniem z przeszłości. Nawet wspólna wyprawa w celu ubicia jakiegoś potwora - wtedy by się znali od trochę innej strony. Albo w ogóle jeszcze inaczej. Skoro do dyspozycji mamy Trip Trap, gdzie Grendel praktycznie siedzi non stop, to Hak pewnie znałby Beowulfa z opowiadań (w wersji rzecz jasna straszliwie przejaskrawionej, ale byłoby zabawnie). Potem jakby się któregoś razu spotkali przy okazji jakiś kłopotów, w które twój pirat się wpakował czy choćby zwykłego śledztwa w Trip Trapie - to mogłoby być naprawdę wesoło, bo byłoby zderzenie plotek z rzeczywistością. I... chyba więcej mi już pomysłów w tej chwili do głowy nie wpadnie, wybacz. :D]

    Kainan

    OdpowiedzUsuń
  93. Przyciągał nieszczęścia jak magnez metal. Chyba czuł się trochę winny, wchodząc na pokład tego okrętu. W pewnym sensie skazał tych ludzi na ciężką wyprawę, utratę zdrowia a nawet życia. Właśnie dlatego zabrał ze sobą kilka rzeczy, które w jakiś posób mogłyby umilić marynarzom rejs.
    Nie chciał zwracać na siebie większej uwagi, co jednak nie wyszło tak jak planował. Domyślał się z jakimi ludźmi ma do czynienia. Mozna było spotkać takich wszędzie. Problem polegał na tym, że tutaj nie miał jak przed nimi uciec. Przecież nie będzie siedział w kajucie kapitana do końca rejsu. Chociaż? Całkiem ciekawa perspektywa...
    Prychnął pod nosem. Pewnie przez większość czasu przymierzałby jego ubrania a przez resztę niewykorzystanych minut, uciekał przed ostrzem haka. Chociaż... czy kapitan podarłby swoje ubrania tylko po to by dobrać się do wnętrzności człowieka który akurat ma je na sobie? Duże poświęcenie...
    Portu jak i wyspy, nie było już widać na horyzoncie. Okręt pruł do przodu, pchany wiatrem, zupełnie tak jakby nic nie warzył. Ciekawa jednostka.
    Przeszedł na dziób, zastanawiając się czy dojrzy galion. Wcześniej nie miał okazji mu się przyjrzeć. Minął kilku piratów zwijających liny. Wydawali się go ignorować, ale czuł na sobie kilka ciekawych spojrzeń. Wtedy usłyszał to pierwszy raz...
    - Półmózg...
    Zarzymał się i rozejrzał. Uznał, że się przesłyszał, zwłaszcza że głos nie wydawął się należeć do mężczyzny.
    - Diabelski pomiot...
    Znów się zatrzymał. Teraz był pewien, że się nie przesłyszał. Odwrócił się znów. Nikt z zajętych pracą piratów nawet nie niego nie patrzył.
    - Baran...
    Zmarszczył brwi. Głos był zdecydowanie kobiecy. Podszedł do burty i wyjrzał. W spienionej wodzie, tuż przy okręcie płynęła syrena. Ogon z szaroniebieskich łusek błyszczał w słońcu. Nagie plecy i klatka pierosiawa wyglądały niezwykle kusząco. Przynajmniej dopóki nie dostrzegło się szponiastych pazurów i ostrych drapieżnych zębów pomiędzy sinymi wargami.
    Syrena zniknęła na chwilę pod powierzchnią by potem wyskoczyć nieco i powiedzieć:
    - Niedorozwój...
    Faust zmarszczył brwi. Więc się zaczęło. Ledwie wypłynęli na pełne morze a już jego seria niefortunnych zdarzeń przybierała na sile.
    - Do mnie mówisz? - spytał dla pewności.
    - Tak, diable.
    Mężczyzna, czując jak narasta w nim potrzeba zemsty, walki i wykazania się swym męstwem, oparł dłonie o balustradę i fuknął.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - A więc... zamilcz głupia suko albo mów czego chcesz.
      - Płyniecie w złą stronę, kretynie.
      - To ty odróżniasz kierunki, tępa dziwko?
      W odpowiedzi syrena zamiast znów go obrazić, rzuciła w niego ośmiornicą. Uchylił się w ostatniej chwili. Wolał nie dostać czymś takim w twarz. Mięczak wylądował za to zgrabnie na świeżo umytym pokładzie.
      - Pudło ty półrybi kurwiszonie!
      Kobieta coś wrzasnęła ale nie zrozumiał jaką znów obelgą go potraktowała, ponieważ skupił się na tym by uniknąć lecącej w jego stronę meduzy.
      - Daruj sobie. Jakby dało się cie trochę pochędożyć to pewnie straciłabyś tego temperamentu.
      Kolejna meduza wyladowała na pokładzie z głośnym plaśnięciem. Medyk zaryzykował i znów wychylił się by spojrzeć na tę zabawną syrenkę.
      - Uspokój się kobieto. Sama zaczęłaś...
      - Będę potem szukać twojego ciała w wodzie. Jestem przyzwyczajona do krwi...
      - Zwykle to znaczy, ze kobieta nie jest w ciąży. Ale akurat tego jak takie jak ty, funkcjonują rozrodczo to nie wiem...
      Piraci chyba zauważyli, że coś idzie niezgodnie z planem. Trzy mięczaki na pokładzie to jednak widok dość niecodzienny. Miał nadzieję, że nikt nie poszedł po kapitana, bo Faustowi było to bardzo nie na rekę, ponieważ zamierzał udawać, że on nie wie o co chodzi.
      - Idź sobie. Okręt i załoga są pod moją ochroną a mnie to nawet łyską nie możesz dotknąć. - machnął ręką jakby odganiał natarczywe gołębie. - Sio...
      syrena zniknęła pod powierzchnią. Medyk wolał jednak nie ryzykować, że ktoś w niezdrowy sposób się zainteresuje tym co zaszło więc, dość szybkim krokiem, siląc się na spokój, udał się do swojej kajuty. Odetchnął z ulgą, kiedy znalazł się w środku i nikt go nie zatrzymał. Ktoś krzyczał by przynieśli wiosło z szalupy by wyrzucić parzące wszystkich meduzy z powrotem do wody.
      Medyk usiadł przy stole o który poprosił i zaczął ustawiać w drewnianych przybitych do niego skrzynkach pojemniki. Wydobył ze skrzyni duży słoik z suszonymi kwiatami datury. Przyda się na ostudzenie lęków i spokojny sen.

      Usuń
  94. [Niedługo będziemy świętować 100 stronę xD
    Haha, dokładnie tak xD „Jeszcze im te Święta w listopadzie zrobimy!”, jasne… xDD Ale damy radę! :D W razie czego mamy jeszcze imprezkę sylwestrową xD]

    Kolejny dzień z rzędu podniosła się niewyspana z łóżka, i po raz kolejny zegar wybił godzinę czternastą. Lucy wolno zwlekła się materaca i ociężale stanęła na zimnej podłodze. Od razu wyczuła przeszywający chłód, który poczuła na całym ciele gdy tylko wyszła spod kołdry. Dotknęła dłonią kaloryfera, by potwierdzić, że znów wyłączyli ogrzewanie.
    - Cudowny początek dnia… - westchnęła i półprzytomna ruszyła do łazienki.
    Po chwili zasiadła w kuchni, owinięta najcieplejszym swetrem jaki zdołała wydobyć z kartonowych pudeł. Ogrzewając dłonie na kubku z gorącą kawą rozmyślała o wczorajszym dniu, pełna obaw o to, co teraz może się wydarzyć. Jest córką Oberona. To właściwie nic nie zmienia, zawsze był dla niej jak ojciec, mimo to czuła się dziwnie nieswojo. Przez całe życie była oszukiwana, ktoś ciągle chciał ją przed czymś uchronić… Wszyscy wokół wiedzieli, tylko ona nie i to bolało ją najbardziej. Z przemyśleń wyrwał ją cichy dźwięk telefonu – kolejny smsem, kolejna nieodebrana wiadomość. Z niechęcią zerknęła w ekranik. Hagen. Wczoraj pokłócili się o wszystko, szczególnie o to, że przez te wszystkie lata nie powiedział jej o ich wcześniejszej, wspólnej historii. Nie mogła mu tego wybaczyć, choć to Oberon zakazał mu o czymkolwiek mówić.
    Dopiła kawę z myślą, że w tej sytuacji jej ucieczka jest już właściwie pewna. Teraz, gdy okazało się, że naprawdę należy do tej rodziny nie chciała mieć z nią już nic wspólnego. Musiała tylko zniknąć po cichu, bez zbędnych pożegnań, by uniknąć prób zatrzymania jej. Hagen nigdy by jej nie puścił, przez ten cały czas byli jak rodzeństwo, rozumieli się bez słów. Musiała jednak odpocząć. Wyłączyła telefon i odłożyła do szuflady. I tak rzadko go używała, zapominając nieraz, że w ogóle go posiada. A jeśli Huck zadzwoni?!, pomyślała nagle i wzdrygnęła się nerwowo. No tak, przecież nie miał nawet jej numeru. I po co właściwie miałby dzwonić? Lepiej, gdyby nie wpadli na siebie do czasu jej wyprowadzki z Fabletown.
    Chwilę pokrzątała się po mieszkaniu, pakując resztę rzeczy. Uznała, że poprosi kogoś z kasyna, by po jej wyjeździe zabrał stąd co się da. Może komuś jeszcze coś się przyda? Jest wielu bezdomnych, którzy potrzebowali ubrań – choć tyle może zrobić. Jutro rano odda klucze właścicielowi kamienicy, przy okazji wytykając mu to, co chciała powiedzieć już od dawna, wpychając mu zaległy czynsz wprost do gardła.
    Ubrała się i wyszła na ulicę. Śnieg znów sypał od rana, pokrywając chodniki jeszcze grubszą warstwą, z którą bezskutecznie walczyło kilku robotników z łopatami. Lucy naciągnęła czapkę na uszy i wolno ruszyła w kierunku supermarketu. Chciała kupić coś na obiad i może kilka drobiazgów które mogłyby przydać się po przekroczeniu baśniowej krainy. Idąc główną ulicą zastanawiała się, którą właściwie powinna wpisać w wolne miejsce na przepustce. Leśna Kraina Oberona nie wchodziła w grę, już dawno nie przypomina tej, która tak dobrze znała. Może Kraina Oz? Jest tam piękne jezioro, przy którym mogła zamieszkać na początek. Jeśli tam jej się nie spodoba, ruszy do kolejnej. Może zostanie podróżniczką?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Minęła miejski plac, na środku którego ustawiono już ogromną przystrojoną choinkę. Lucy zatrzymała się na moment, przy przyjrzeć się kolorowemu drzewku i znów posmutniała. Te Święta mogły być naprawdę wyjątkowe, jedyne w swoim rodzaju. Ich pierwsze wspólne. Zacisnęła powieki wystawiając twarz na pastwę zimnych śnieżynek prószących z nieba. Przed choinką ustawiła się grupa kolędników nucąc jedną z pięknych zimowych piosenek.
      - Nic z tego, Lucy – szepnęła do siebie – To życie nie jest dla ciebie.
      Pech chciał, że melodia utkwiła jej w głowie tak mocno, że nie mogła jej się pozbyć aż do samego sklepu. Weszła przez duże, szklane drzwi od razu wyczuwając podmuch przyjemnego ciepła ogrzewanych pomieszczeń. Chwyciwszy zakupowy koszyk ruszyła przed siebie znikając pomiędzy rzędami sklepowych półek. Jak na złość, niemal każdy produkt jaki wzięła do ręki przypominał jej o Świętach. Kolorowe etykiety życzyły jej „Wesołych Świąt”, pokazywały zdjęcia szczęśliwych rodzin zasiadających przy stołach i przy kominkach. Dwulitrowe butelki Coca-Coli z buźką Mikołaja przyglądały jej się z każdego narożnika mijanych półek, a gdyby tego było mało sklepowe głośniki wykrzykiwały, że All I want for Christmas is you!. Miała ochotę się rozpłakać i gdyby nie tłumy ludzi wokół niej, z pewnością by to zrobiła.


      Lucy i Świąteczne Piekło

      Usuń
  95. [Ahoy kapitanie!
    Trochę ze spóźnionym zapłonem wpadam do starej morskiej ekipy, o ile rzecz jasna mnie jeszcze pamiętasz. ;) Ponieważ kombinowaliśmy wtedy pomysł na bardzo fajny wątek, to może i tym razem coś ciekawego wykminimy. O ile tym razem wreszcie nie skończy się tylko na pomysłach. ;)
    W każdym razie jak masz chęci znów popisać to wbijaj koniecznie.]

    Drake

    OdpowiedzUsuń
  96. [Noo dla mnie samo długoterminowe prowadzenie postaci zasługuje na podziw, a co dopiero tak umiejętnie jej prowadzenie i rozwijanie, zasługujesz na ołtarzyk :D
    Ja z przerwami nie jestem lepsza, ale skoro tak, to będę zaszczycona!
    Nie jestem pewna co do skłonności Haka, ale dobrym początkiem byłoby może aresztowanie go przez jakiś wybryk, w sumie Bigby mógłby zrobić to nawet bez większego powodu, jeżeli nie chcemy zaczynać z dramą. Ewentualnie możemy umieścić ich w barze, a tam rozpocząć czyjś spór, który szeryf będzie chciał zniwelować przed przejściem do rękoczynów, ale prawdopodobnie sam się w to wciągnie pod wpływem jakiejś trafnej (albo nie) obelgi i możemy w roli jednego ze spierających umieścić Haksa albo i nie, jezu, jestem tak wyzuta z choćby dobrych idei, że kiedyś byłoby to nie do pomyślenia. ;; Chyba że preferujesz coś głębszego, bo mi to naprawdę w całości rypka!]

    #wolf

    OdpowiedzUsuń
  97. [Dziękuję. Nieskromnie przyznam, że się zgadzam w stu procentach, że bardzo obłędny rycerz. :D
    Narzekam, bo Percy to taka postać, że ciężko oddać jego urok osobisty w karcie. Wiesz w końcu to ten rycerz Króla Artura, który by się bez parodiowania nadawał do Monty Pythona. xD
    Dziękuję bardzo! :) Chęci u mnie zawsze się znajdą, pomysły pewnie też, więc z przyjemnością wpadnę, bo może być ciekawie. Pytanie tylko czy myślimy nad powiązaniem czy poznamy ich dopiero w Fabletown?]

    Percy

    OdpowiedzUsuń
  98. [loo - swiatecznie u cb ^^]

    - Moge pozyczyc bluze, gdyby pranie nie zdazylo wyschnac - zauwazyła rozbawiona slyszac koncert brzusia Haka no i jego slowa, w trakcie nalewania im kawy - nawzajem. Tylko mnie przypadkiem nie zjedz - puscila mu oko - chce tu byc jeszcze cala. - zazartowala podsuwajac mu kubek - jesli bedziesz jeszcze glodny to powiedz. Wrzuce cos jeszcze na patelnie. No ale ja tu gadam i gadam a ty glodny niczym wilk.
    Zamilkla, ale bylo to dosyc przyjazne milczenie.
    - az oczy ci sie swieca. - podsumowala widzac z jaka szybkoscia znika jedzenie.

    Eliza

    OdpowiedzUsuń
  99. Ruszył za kapitanem do kajuty, by zobaczyć, gdzie będzie spał przez najbliższy czas. Nie uśmiechało mu się spędzić tylu nocy na płynącym statku, ale nie miał wyboru. W rogu zobaczył zwitek koców, które tworzyły niemałą górkę. Co prawda nie oczekiwał zbyt wiele od kapitana, ale jego legowisko wyglądało na dosyć wygodne. Był nieproszonym gościem, wiec brak było dla niego miejsca pośród innych marynarzy. Niedługo jednak miał wykonywać tą samą robotę, co inni. Nie cieszyła go wizja szorowania pokładu, ale póki będzie miał, co jeść i gdzie spać, nie będzie marudził. Gdy tylko kapitan Hak, ten o którym tyle słyszał, ale na ten moment wolał się z tym kryć, go opuścił, przyszedł jego bosman Smee. Wcześniej nie zastanawiał się, kto mógłby dzierżyć tą posadę, lecz widok niskiego grubaska z okularami na odrobinę za dużym, czerwonym nosie, wydał mu się przekomiczny. Zdjął kapelusz, co mogło wydać się mężczyźnie, jak akt szacunku, ale tak naprawdę zrobił to, by ukryć chichot, a przy tym lekko drżący brzuch. Zaczęło, go zastanawiać, co sprawiło, że kapitan postawił właśnie na niego.
    — Witamy na pokładzie! Chodź za mną, to pokażę ci, co masz robić. — Czy wybrał go dlatego, że łatwo nim sterować i odwala za niego brudną robotę? I czy to właśnie nie z tego powodu Humpty został jego przyjacielem? Nie chciał tym sobie teraz zaprzątać głowy. Zaczął sobie tłumaczyć, ze właśnie tak to tu wygląda. Wchodząc na pokład, stajesz się niewolnikiem kapitana owego statku. Z powrotem wrócili na miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą walczył z tym młodzieńcem. Smee wręczył mu szczoteczkę do zębów, uśmiechając się szeroko i ukazując kilka złotych sztuk w uzębieniu.
    — I co ja mam z tym zrobić? W tym przypadku to nie pomoże, nic nie ukryje tego starego odoru ryb. — Zatoczył koło wokół pyszczka i przestąpił z nogi na nogę. Był lekko podenerwowany, bo kompletnie nie wiedział, co mógłby tu robić z ową szczoteczką.
    — Nie bądź głupi kocurze. Pomyślałem, że się nada bacząc na twoje rozmiary. Takie coś nie podniosłoby przecież najzwyklejszego w świecie mopa, nie mówiąc już o tym, że byłby dwa razy, jak nie trzy większy od ciebie. — A więc trafił na żartownisia. Fakt, że wcześniej miał racje wcale go nie cieszył. Ruszył w kierunku wiadra, które już było oblepione brudem i zamoczył w nim szczoteczkę. Chciał szybko się ze wszystkim uwinąć, gdyż miał nadzieje dowiedzieć się czegoś więcej o tym, gdzie płyną. Jednak rozmiar narzędzia, trzymanego w dłoni wcale nie napełniał go optymizmem, a tylko oddalał go od celu i pozbawiał nadziei. Zaczął szorować i nie skończył póki spojrzenie bosmana skierowało się na kogoś innego, a on sam stracił już czucie w swoich małych łapkach. Ciężko było mu cokolwiek trzymać bez przeciwstawnego kciuka. Usiadł na chwilę, by spojrzeć na chwilę i poszukać, choć skrawka ziemi. Nic jednak nie było, a on sam zwymiotował do bezkresnego oceanu. "Jak ja nie cierpię wody" - mruczał pod nosem, przeklinając znanych mu bogów. Sam jednak wierzył tylko w to, co mógł zobaczyć gołym okiem, a nie jakieś siły nadprzyrodzone. Jeśli przybiłby piątkę z Posejdonem, albo poszedłby z nim na ryby, śmiało mógłby powiedzieć, że istnieje. Ba, nawet że jest prawdziwy! I wtedy usłyszał otwieraną butelkę rumu. Cóż, kot nie odmówiłby łyczka trunku. To prawda, co mówią, o kotach, że te lgną do mleka. Nikt jednak nie wspominał, że lubią także te procenty, które nie wskazują ilość tłuszczu.

    [Obstawiam, że mieli szczoteczki do zębów, w jakiej to formie by one nie były. :D Ach, te zdjęcia zmieniasz jak rękawiczki, a raczej rękawiczkę i prototyp na hak! Ale dłużej nas nie było, a i święta przychodzą wielkimi krokami! Wesołych Świąt tak przy okazji :D Cóż i z Waszym ślubem? Kot chętnie zrobi jakiś wieczór kawalerski jeśli zajdzie potrzeba xD Chyba podzielisz się rumem na statku ze zmęczonym kociskiem :3 Zapracował sobie!]

    kot w butach

    OdpowiedzUsuń
  100. [Zrobimy sobie piękna laurkę z tej okazji xD
    Haha, no bo tak to się wydawało, że kilka odpisów i już będą Święta w wątku, a tu tak się przeciągnęło xD Damy radę, będzie turbo-przyspieszenie :D
    Z naszego wątku wyszedłby piękny scenariusz jakiejś świątecznej komedii romantycznej xD
    Dobra, 90 stron… xD <3]

    Nie potrafiła zebrać myśli i przez kilka kolejnych minut nie mogła nawet określić, co właściwie chciałaby kupić. Otaczały ją świąteczne promocje na całą gammę towarów, kolorowe owoce i cała masa słodyczy, na które nie miała jednak ochoty. Na moment zatrzymała się przy wieszakach z ciepłymi szalikami i czapkami, potem podeszła do działu ze świątecznymi ozdobami. Zawsze lubiła wlepiać w nie wzrok, zaciekawiona co też w tym roku można powiesić na choince lub postawić na stole czy na parapecie. Rzadko kiedy wydawała pieniądze na takie rzeczy, jednak ich widok wprawiał ją w dobry nastrój. Obejrzała małe sztuczne choinki, całe zestawy pachnących świeczek, bombki i drewniane ludziki oprószone sztucznym śniegiem. Na końcu regału z ozdobami stał rządek przeróżnych śnieżnych kul, które od razu przykuły jej uwagę. Uwielbiała te małe szklane pojemniczki kryjące figurki i wirujący śnieg. Dla Lucy były niemal magiczne, tak niepasujące do szarego doczesnego świata. Wzięła kilka z nich do rąk, przyglądając im się z zainteresowaniem. Były pięknie wykonane, niektóre z pozytywkami, inne z podświetleniem. Jednak dopiero na samym końcu dojrzała coś, co naprawdę rzuciło jej się w oczy i od razu przyprawiło o szeroki uśmiech. Wzięła w dłonie dużą, szklaną kulę, we wnętrzu której tkwił brązowy okręcik z białymi żaglami. Westchnęła i zatrzęsła ozdobą, a śnieg zawirował zgrabnie wokół stateczku. Lucy uniosła ją wyżej, do światła, a kula roziskrzyła się obijając lampy sklepu. Jak byłoby cudownie, gdyby to nie był tylko miniaturowy okręt. Wyobraziła sobie Haka pokrzykującego na swoją załogę, jak za dawnych czasów stojącego dumne za sterem. Śnieg okrywający drewniany pokład, dziób rozdzierający krę na rzece… Nawet siebie, gdzieś w okienku jego kapitańskiej kajuty. Jak wiele dałaby za to, by choć na moment znaleźć się w tym miejscu, znów go zobaczyć. Przez krótki moment zdawało jej się nawet, że ujrzała Haka gdzieś w odbiciu szklanej kuli, jednak wydało jej się to tak nierealne… Jej wzrok momentalnie powędrował gdzieś w głąb sklepu. Serce stanęło na moment, by już po chwili zacząć walić jak opętane. Pirat stał tuż przy kasach, rozmawiając z jakąś kobietą. Lucy cofnęła się zlękniona, nie chcąc, by ją zobaczył. Niczego nie bała się tak bardzo, jak takiego spotkania, i niczego innego po cichu tak bardzo nie pragnęła. Huck roześmiał się nagle i wziął dziewczynę w ramiona, przytulając do siebie czule.
    Szklana kula wypadła Lucy z rąk i pokulała się po posadzce sklepu.
    Wyszła z marketu bez żadnych zakupów. Obiad nagle przestał się liczyć, głód nie miał już znaczenia. Głupia zazdrość i przeszywający smutek całkowicie ją wypełniły, łzy spływały strumieniami po zmarzniętych policzkach, nogi plątały jej się w śnieżnych zaspach. Przecież to nie miało sensu, dlaczego tak się tym przejęła. Jakaś dawna znajoma, koleżanka z pracy, może sąsiadka…
    Wróciła do mieszkania i trzasnęła drzwiami. Od razu opadła na krzesło, spuszczając głowę, a łzy kapały po jej nosie na drżące dłonie. Zawsze pragnęła jego szczęścia jak niczego innego. Nic nie mogło równać się z jego szerokim uśmiechem, głośnym śmiechem, pocałunkami, iskierkami w oczach. Może, gdy ona już odejdzie, Hak zapomni, znajdzie miłość – tamtą kobietę. Tylko dlaczego ta myśl bolała aż tak bardzo i kuła w serce jak sztylet. To ona, to Lucy miała być tą miłością, jedyną i prawdziwą, jego Łabądkiem, do końca życia. Jednak jeśli z nią nigdy nie zazna szczęścia, zawsze będą podejrzenia, kłótnie, niedopowiedzenia i sekrety? Lepiej, jeśli oboje zapomną i to jak najszybciej. Wyjęła z torebki przepustkę i po raz kolejny utkwiła w niej zmęczone spojrzenie, pełne wątpliwości i wahania. Powinna zniknąć bez pożegnania?

    Lucy, której coś w końcu świta w durnej głowie

    OdpowiedzUsuń
  101. Na chwilę Wendy zapomniała, jak się oddycha. Stała całkowicie sparaliżowana, nie dowierzając własnym zmysłom, które nie raz zdołały ją już oszukać. Czy to kolejny sen? W końcu ileż razy wypatrywała tej twarzy w tłumie, ileż razy przysłuchiwała się mijanym ludziom, by się upewnić, że nie zna ich głosów! A teraz... teraz nie potrafiła nawet zareagować, zbyt zszokowana faktem, że kapitan Hak żył i stał tuż przed nią, tak samo prawdziwy jak wtedy, za czasów z Nibylandii, kiedy walczyli przeciwko sobie, każde dla tego, co uważało za dobre i słuszne. I ze wszystkich ludzi to właśnie on — ten potwór w ludzkiej skórze! — oskarżał ją o zamordowanie niewinnej dziewczyny. Ją, całe życie walczącą w imieniu dobra, by zmienić świat na lepsze, i zwalczającą takich podłych typów, dla których krzywdzenie było rozrywką, a ludzie zabawkami.
    Nigdy, nawet w najśmielszych snach nie przypuszczała, że zostanie posądzona o morderstwo, a już na pewno nie przez takiego człowieka jak Hak.
    — Nie zabiłam jej — powiedziała Wendy głośno i pewnie, po raz pierwszy od siedmiu lat spoglądając w oczy kapitana Haka. — Kiedy ją znalazłam, już nie żyła.
    Nie wiedziała, dlaczego mu się tłumaczyła z czegokolwiek. Przecież była niewinna i nigdy nie życzyła tej kobiecie śmierci! Dlaczego więc tak bardzo przejmowała się opinią podłego pirata, który nie miał najmniejszego pojęcia o dobroci? Mimo upływu czasu to, że wykorzystał ją, by dojść do Piotrusia, wciąż bolało; świadomość, że wszystkie pochlebne słowa, które od niego usłyszała, mogły być jedynie pięknymi kłamstwami mającymi na celu przeciągnąć ją na jego stronę. Nie potrafiła patrzeć na niego bez pewnej dozy wstrętu, gdy myślała, jak ją potraktował. Była wtedy jeszcze dzieckiem i nie do końca rozumiała konflikt między Hakiem a Piotrusiem. Zresztą, do dziś go nie rozumiała, bo czuła, że kryło się za nim o wiele więcej niż zwykła różnica poglądów.
    A i tak, mimo całej absurdalności tego spotkania i oskarżeń Haka, jakaś cząstka Wendy cieszyła się, że w końcu na niego wpadła. Kapitan Hak był żywym wspomnieniem starych, lepszych czasów, kiedy nie musiała przejmować się dorastaniem i mogła cieszyć się życiem. Ta radość ze spotkania starego wroga zaskakiwała ją samą, chociaż nie powinna, bo Wendy doskonale pamiętała ten krótki okres, kiedy czuła się doceniana przez pirata i lubiła jego towarzystwo. Ten okres, kiedy się w nim zakochała wbrew wszelkiemu rozsądkowi.
    Hak najwidoczniej nie żywił do niej żadnych pozytywnych emocji, bo patrzył na jej upadek nie bez satysfakcji. Tyle że ona była niewinna i nawet jeśli faktycznie miała stanąć przed sądem, dowiedzie tego.
    Otworzyła usta, by odpowiedzieć, gdy cichy szelest za jej plecami odwrócił jej uwagę. Obróciła się gwałtownie, z mocno bijącym sercem wpatrując w ciemność w nadziei, że dostrzeże przeciwnika, zanim ten się do niej zbliży. Alejka jednak ziała pustką i poza nią, Hakiem oraz ciałem dziewczyny nie dało się tam dostrzec nikogo.
    Gdy po raz kolejny spojrzała na kapitana, była pewna, że w jej oczach wciąż widać strach, ale głos miała spokojny. Przemawiała stanowczo, w pełni wierząc w prawdziwość swoich słów.
    — Piotruś nigdy nie krzywdziłby niewinnych ludzi. W przeciwieństwie do ciebie pragnął, by Nibylandia stała się rajem dla każdego, kto w niej mieszkał, nawet najmniej ważnej istoty. Nie był mordercą i ja też nim nie jestem.
    Spoglądała kapitanowi Hakowi prosto w oczy. Nie była już małą dziewczynką, która bała się takiego kontaktu, zdążyła wydorośleć od tamtego czasu. Rozumiała też, jak działa ten świat i nauczyła się przestrzegać jego zasad.
    — Jeśli chcesz mnie postawić przed sądem, zrób to. Nie boję się wyroku, ponieważ nie zabiłam tej dziewczyny. Mnóstwo osób z Open Arms będzie mogło o tym zaświadczyć, może im uwierzysz, skoro mi nie ufasz. Ale nie boję się twoich oskarżeń, bo dobro zawsze zwycięża nad złem, tak samo jak prawda nad kłamstwem.

    biedna, naiwna Wendy

    OdpowiedzUsuń
  102. [Cicho, ja w sumie planowałam do was wszystkich napisać, a też mi trochę wypadło z głowy. xD
    Jak to mówią - do trzech razy sztuka, więc tym razem musi wyjść. ;) Słodki gif to już u mnie tradycja!
    Ok, w kwestii pomysłów...
    Wolisz pomyśleć nad powiązaniem z przeszłości czy czymś od podstaw?
    Tak się zastanawiam co mogliby mieć ze sobą wspólnego pirat i smok i raczej przychodzą mi do głowy takie pomysły, które się kończą nieciekawie, dla któregoś z naszych panów. Bo Hak jako pirat mógłby w sumie dybać na skarb smoka albo mieć jakąś oszałamiającą ofertę wynagrodzenia za zdobycie smoczych kamieni czy smoczej krwi, co jednak wiązałoby się z ubiciem smoka. Chyba że byśmy trochę poszaleli i Hak spotkałby Drake'a w jego ludzkiej postacie i nie miałby pojęcia, że to smok. Tutaj do głowy przychodzi mi tylko jakaś sytuacja, w której Hak jakoś by smokowi pomógł - wtedy mielibyśmy furtkę dla wątku w postaci długu wdzięczności. (Hahaha "Jak wytresować smoka" normalnie). A potem spotkaliby się jakoś w Fabletown, choć nie mam pomysłu jak. W każdym razie można by było, tak jak z krakenem w sumie, wpakować ich w jakieś problemy i smok w ramach spłaty długu wdzięczności uratował by nie tylko siebie, ale i Haka. Albo coś w tym stylu.
    Za to jakby kombinować ich pierwsze w życiu spotkanie, to przychodzi mi do głowy tylko coś w stylu wspólnego wyjazdu na Farmę. Powiedzmy Drake wybiera się na Farmę, bo usłyszał, że przebywa tam jakiś smok, a Hak jedzie tam, bo przykładowo coś przeskrobał i dostał karę w postaci prac społecznych. Na miejscu coś idzie nie tak (niczym w komiksie) i obaj są niejako uwięzieni na Farmie i odcięci od świata.
    Mam nadzieję, że coś wyłapiesz z tego chaosu. xD]

    Drake

    OdpowiedzUsuń
  103. [Dziękuję bardzo! :) Strasznie miło mi słyszeć tyle komplementów. Zgadzam się, bajka przepiękna, sama ją po prostu kocham. :)

    W takim razie chętnie się skuszę. Potęsknimy za morzem wspólnie. W razie czego skoro Twój pan taki biedny i smutny - może się wypłakać w ocean, chętnie go z Saoirse pocieszymy jakimś miłym słowem. ;)]


    Saoirse MacCodrum

    OdpowiedzUsuń
  104. Jim zaśmiał się z przyjemnością. Pokręcił z niedowierzaniem głową. Ileż ten człowiek ma racji, pomyślał, uśmiechając się do siebie. Obcy. Zupełnie obcy mężczyzna.
    - Proszę szanownego pana... - ciągnął, dopijając przy tym resztki paskudnego alkoholu - ludzie zbyt ochoczo uważają mnie za swojego psychologa.
    Te słowa wyznał niechętnie. Były niczym coś, co uznawał za coś zakazanego. Nigdy nie potrafił tego zrobić, aż do tej nocy, gdy zaczął rozmawiać z niejakim Huckelberry'm Jonesem.
    - To dar, ale i przekleństwo. Wie pan co to za uczucie?
    Przeniósł wzrok na swojego kompana w oczekiwaniu na odpowiedź.

    Jim

    OdpowiedzUsuń
  105. |Jako że łączy nas bar, co powiesz na wąteczek? :)|

    Lillyan Seymour

    OdpowiedzUsuń
  106. [Po tej przerwie aż musiałam sobie przypomnieć czy coś konkretnego ustalałyśmy, ale widzę, że nadal mamy pełne pole do popisu. Zatem lećmy! :)
    Z chęcią się wpasuję pod wasz wątek, więc jak najbardziej mogli się spotkać w Fabletown nawet i zaraz po tym jak Tytania się tu pojawiła.
    Tytania w przeciwieństwie do Oberona nie jest aż tak zamknięta na świat poza Woodlands, więc tutaj nie musimy się ograniczać. I w sumie nawet do Trip Trapu mogła przyjść. Skoro Trip Trap to teren trolli, a jej jedyny wnuk lepiej się dogaduje z trollami niż ludźmi, to zawsze jakiś pretekst by był. Bal też pasuje. Albo nawet i jakiś gościnny występ Haka gdzieś. Nawet Tytania sama mogła organizować jakieś przyjęcie lub coś podobnego i szukać muzyka, a wnuczek przesiadujący w Trip Trapie poleciłby jej Haka. A co z tym odzyskaniem stateczku? W końcu Hak korzystał z usług wiedźm czy zrezygnował w ogóle ze starań?
    W biegu podczas dziwnego zdarzenia... Też by w sumie pasowało. W Fabletown pojawiłby się Cień Piotrusia? Albo może jakieś dziwne zjawisko lub wydarzenie, które przyciągnęłoby uwagę mieszkańców i wiedźm?
    Tytania jako podpora w depresji brzmi uroczo. Będę Twoją Wróżką Chrzestną, hahaha! xD Haczek z myślami samobójczymi dzwoni do Tytanii, a ta przyjedzie, posiedzi z nim, przytuli i pocieszy... A potem Oberon będzie się wściekał, gdzie ona siedziała cały dzień lub co gorsza całą noc! xD
    Wenę ostatnio mam, jak zwykle kiedy czasu mi brakuje, więc też mam taką nadzieję. :)]

    Twoja dobra wróżka

    OdpowiedzUsuń
  107. Nie usłyszął nawet pukania. Zareagował dopiero kiedy usłyszał głos kapitana, niebezpiecznie blisko niego. Zsunął gogle, pozwalając im spokojnie opaść na szyję. Zdjął rękawiczki i przetarł dłońmi oczy by odzyskać ostrość widzenia. Zamrugał jeszcze kilkukrotnie, by zebrane pod powiekami łzy spłynęły swobodnie po policzkach. Przez kilka chwil wahał się czy skłamać czy nie. A jeśli powie prawdę to ile rzeczy zataić. A może nie zatajać nic? Tyle decyzji...
    - nie wiedziałem, ze rozmowy z syrenami są... zakazane. - usprawiedliwił się. - Z tego co pamiętam... to nazwała mnie kretynem a ja ją półrybim kurwiszonem. A potem rzuciła we mnie meduzą. Mnie to się zdarza bez przerwy. Panu nie?
    Sięgnął po bawełnianą chustkę by zetrzeć łzy z policzków. Potem zgasił wciąż palący się zamoczony w oliwie knot. Odsunął menzurkę, której zawartość podgrzewał i znów przeniósł spojrzenie na kapitana.
    - Dodała jeszcze, że płyniemy w złym kierunku. Ale ja się na tym nie znam... Potrafię nawigować tylko z gwiazd.
    Ujął szklaną menzurkę i zamieszał jej zawartością. Płyn z brunatnego zmienił się w intensywny turkus. Doktor skrzywił się i przeklął.
    - Dlaczego zawsze turkus... chce kobalt, do cholery.
    Odstawił ją do ostygnięcia, wsuwając szyjkę w metalowy stojak. Jednak kołysanie okrętu mogło wpłynąć na stabilność stołu a co za tym idzie na rozlanie wszystkiego co na nim postawił. Większość płynów schował do kufra. Zdjął gogle i odłożył na stół, razem z rękawiczkami.
    - Barwnik. - wyjaśnił. - Chce kapitan turkusową koszulę? W ostateczności nada się na bejce do drewna. Nie jaśnieje od słońca bo nie jest naturalny. Ciekawe prawda?
    Sięgnął po butelkę z alkoholem i pociągnął spory łyk. Uznał, że zaczyna być głodny.
    - ale wracając do sprawy syreny... następnym razem, o ile takowy będzie, mam kogoś zawołać czy... no właśnie czy co? Mogę ją ignorować, ale ze względu na to, ze to jednak w połowie kobieta... może się tak łatwo nie poddać i powaznie obrazić. Jednak te meduzy to było najlepsze czym mogła rzucać. Mogła wybrać coś gorszego...

    OdpowiedzUsuń
  108. [ Przybywam się przywitać i poinformować, ze pragnę stworzyć Piotrusia Pana z zakładki o poszukiwanych. Bardzo odpowiada mi taka mroczna wizja Nibylandii. Przybywam w sumie by się dowiedzieć, czy tworzymy jakieś powiązania czy będziemy o tym myslec dopiero kiedy stworzę kartę? ]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [ Pozwoliłam sobie odpowiedzieć Ci na maila, bo tak będzie nam zdecydowanie łatwiej ;) ]

      Usuń
  109. [92 strony <3 Wielkie odliczanie xD
    Awww, wszystko wyszło idealnie, zdążyłyśmy na Święta, więc jesteśmy mega fabulous! <3]

    Nie mogła znaleźć sobie miejsca aż do wieczora. Przeklinała dzień, w którym zeszła ze skały i opuściła Ren, przeklinała te wszystkie niedorzeczne pomysły o wspólnym życiu z piratem na jego starej przeklętej łajbie, by za chwilę włączyć radio i na dźwięk kolejnej ciepłej zimowej piosenki rozpłakać się i pożałować każdej złej myśli o Haku, każdego słowa, które go uraziło i swojej własnej głupoty i nieodpowiedzialności. Nie mogła się na niczym skupić, już sama nie wiedziała, czy ma się pakować, czy rozpakować… Zostać, może jeszcze raz wszystko przemyśleć… Świąteczny nastrój za oknem tylko jej wszystko utrudniał. Słyszała śmiech przechodniów, ktoś rzucał się śnieżkami, kolorowe światełka błyskały w oknach naprzeciwko. Lucy całkowicie zaniedbała Święta, zupełnie jej nie obchodziły, aż do dziś, gdy właściwie miało jej już tu nie być. A jednak wciąż była, kręciła się po niemal pustej kuchni, zerkając na zaklejone pudła. Kiedyś nie miała problemów z podejmowaniem decyzji. Była pewna siebie, i jeśli czegoś chciała, robiła to bez zastanowienia. Nigdy się nie wahała, zwłaszcza jeśli chodzi o uczucia. Najwyraźniej nawet to się w niej zmieniło i stawała się bardziej ludzka, niż do tej pory sądziła i nawet magiczne moce, które znów krążyły w jej krwi tego nie odkręcą.
    Miała dość kręcenia się po pokojach i nerwowego zaciskania pięści – musiała coś zdecydować. A jeśli jej ponowne pojawienie się w życiu Hucka, w Fabletown pokrzyżowało mu plany? Może przez nią zerwał z kobietą, z którą się spotykał, o niczym jej nie mówiąc? Może miał szansę na normalne życie, a ona znów wszystko zepsuła. Jednak, czy mimo to powinna tak po prostu zniknąć, bez słowa pożegnania… Po raz kolejny wyrwał ją z zamyślenia cichy dźwięk telefonu, który wciąż tkwił gdzieś w kuchennej szufladzie. Wyjęła go niechętnie dobrze wiedząc, że to kolejne nieodebrane wiadomości od Hagena. Od rana próbował się z nią skontaktować, więc może chociaż z nim powinna się zobaczyć tuż przed odejściem? Brat na pewno ją zrozumie, pomoże w ucieczce po raz kolejny.
    Schowała telefon do kieszeni i ruszyła do hallu, gdzie wisiała jedyna niespakowana kurtka i torebka, w której umieściła wszystkie niezbędnie rzeczy, które chciałaby mieć przy sobie. Reszta nie miała już znaczenia, była tylko zbiorowiskiem przedmiotów z miasta, które ma pozostawić gdzieś za sobą. Jednak zanim wyszła na korytarz, spojrzała w głąb ciemnego już mieszkania, w którym spędziła ostatnie lata. Czasem potwornie samotne, czasem pełne znajomych z kasyna.
    - Żegnaj Fabletown.
    Zgasiła światło.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zeszła na sam dół i kilkukrotnie walnęła pięścią w drzwi mieszkania na parterze. Przed swoim ostatnim wyjściem z budynku miała do załatwienia jeszcze jedną ważną sprawę, której za żadne skarby nie mogła pominąć.
      - Zaraz, do jasnej cholery! – odezwał się zapijaczony męski głos gdzieś wewnątrz mieszkania – Jest Wigilia, czego tam?!
      Po dłuższej chwili ktoś doczłapał się do drzwi i otworzył je z rozmachem. Lucy ujrzała właściciela kamienicy, ubranego w znoszony brudny szlafrok, z nieodłącznym lekceważącym uśmieszkiem na wąskich ustach. Zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, dziewczyna rzuciła mu pod nogi pęczek banknotów i klucze do swojego mieszkania.
      - Klucze i ostatni czynsz, nie dziękuj! – warknęła, po czym zamachnęła się celnie trafiając pięścią w sam środek nosa mężczyzny - A to za nietrzymanie łap przy sobie! Wesołych Świąt!
      Wyszła z kamienicy zadowolona z siebie, choć dłoń która przed momentem złamała czyjś nos bolała ją niemiłosiernie. Cóż, niewielka cena za tak cudowny gwiazdkowy „prezent”. Śnieg prószył coraz bardziej, ograniczając widoczność, jednak wcale jej to nie przeszkadzało. W wieczornym świetle latarni biały puch wydawał się błyszczeć niczym małe kryształki. Świat był taki piękny o tej porze roku, o tej porze dnia. Było niesamowicie ciepło, choć w rzeczywistości szalał prawdziwy mróz. Lucy pewnie ruszyła w kierunku mieszkania Hagena, choć właściwie sama nie wiedziała, czy chce się z nim zobaczyć. Czy właściwie jest sens iść w tamtą stronę miasta – zupełnie przeciwną niż mieszkanie Hucka. Zatrzymała się na środku chodnika i odwróciła. Znów stała w tym samym miejscu, co jeszcze kilka godzin temu w drodze do marketu i spoglądała na tą samą miejską choinkę, która w tej właśnie chwili zdawała się sięgać nocnego nieba. Gdyby miała taką w domu, gdyby przygotowała cudowne Święta, gdyby zaprosiła na nie Haka, przeprosiła, zapomniała o kłótni. Naszła ją myśl, że jest najgłupszą dziewczyną na całym świecie, która właśnie przegapiła kolejną szansę na życie u boku mężczyzny, którego kochała, kocha i kochać nigdy nie przestanie. I znów ma pozwolić mu zniknąć za horyzontem, mimo że tym razem nikt nie rzucił na nią żadnego uroku? Znów samotne życie na własne życzenie…?
      Ruszyła biegiem przez zaspy, pozostawiając na chodniku zmiętą przepustkę, którą szybko pokrył biały puch. Miała wrażenie, że za moment wypluje płuca, a przez zimne powietrze bolała są cała klatka piersiowa. Mimo wszystko biegła najszybciej jak tylko zdołała po zmarzniętym chodniku, mijając kolejne przecznice i lawirując pomiędzy przechodniami przyglądającymi jej się z zainteresowaniem. Może Hak wcale nie był sam na Święta, może był z tą dziewczyną ze sklepu – nie obchodziło jej to ani trochę. Miała zamiar powiedzieć mu wszystko, co leżało jej teraz na sercu, wyznać, że jest skończoną idiotką i paść na kolana, jeśli będzie trzeba. Ot, wymarzony początek Świąt!
      W końcu dopadła do drzwi kamienicy i wbiegła po nich na odpowiednie piętro. Zdyszana, bez chwili zawahania zapukała głośno i niecierpliwością czekając na odzew. Entuzjazm opadał z każdą kolejną sekundą przerażającej ciszy. Zapukała znowu, i jeszcze raz. Nacisnęła nawet klamkę, jednak w mieszkaniu nie było nikogo. Może był w Trip Trap? Może jeszcze nie wrócił do domu? Może…
      - Nie ma go, kochaniutka – odezwał się głos tuż za jej plecami. Lucy odwróciła się zupełnie zaskoczona dopiero teraz zauważając kobietę, które przystanęła tuż obok niej. Zorientowała się, że już ją tu kiedyś spotkała.

      Usuń
    2. - Nie ma? - zamrugała – To znaczy, wyszedł?
      Staruszka posmutniała i pokręciła głową.
      - Wyprowadził się. Dzisiaj rano zabrał resztę swoich rzeczy…
      - Wyprowadził się?! – przerwała jej przerażona – Dokąd?!
      - Nie mam pojęcia, ale raczej nie wróci… - westchnęła sąsiadka, najwyraźniej szczerze zmartwiona smutkiem w oczach dziewczyny. Nogi niemal ugięły się pod nią, nie mogła uwierzyć, że to może być koniec. Wyprowadził się? Przez nią? Przez ich kłótnię? A więc wpadł dokładnie na ten sam pomysł, co ona – postanowił odejść i zapomnieć. Łzy znów napłynęły jej do oczu, czego nie ominęła nawet sąsiadka.
      - Oh, kochaniutka, nie płacz. – pocieszyła ją – Jesteś zmarznięta, zapraszam na herbatę i…
      - Nie… Nie, dziękuję – odpowiedziała automatycznie – Jest pani bardzo miło, pani…
      - Warren, a właściwie Hudson, wracam do nazwiska zmarłego męża.
      - … ale muszę już iść.
      Mówiąc to wolnym krokiem ruszyła w dół schodów zostawiając staruszkę pod drzwiami mieszkanie Haka.


      Załamana Lucy

      Usuń
  110. |Szefowa zawsze na posterunku XD. Chociaż Lillyan jest zołzą, materialistką, demonem itd - XD - dba o swoich pracowników, więc co myślisz o tym, by korzystając ze swoich tysiącletnich znajomości załatwiła Huckowi nagranie demo czy coś :). Oczywiście jestem też otwarta na inne pomysły :).|

    Lillyan Seymour

    OdpowiedzUsuń
  111. |Tak, tak tak! Zdecydowanie jestem na tak! Już nawet mam wizję co do ceny za to demo <3. Jutro postaram się napisać początek :D|

    Lillyan Seymour

    OdpowiedzUsuń
  112. [No i w końcu się wzięłam. :D Wybacz straszliwy chaos.
    Ja w piratów też, zwłaszcza jak kiedyś nam wujek pozwolił się bawić na jego łódce. Wtedy to dopiero była zabawa piękna. *.* jeszcze się w wikingów często bawiliśmy xD
    Ja też. W ogóle przez te głupawki na gg ja nie mogę normalnie i bez skojarzeń się skupić. xD
    I w sumie to już nie jestem pewna. Hak się o Lucy dowie teraz, zaraz, od Oberona? Jeśli tak, to najwyżej w następnym odpisie już zmienimy temat na Lucy i zwalimy Haczka z nóg nowiną. :D
    Haha, masz na koniec małą zmianę frontu, żeby było wesoło.]

    Z trudem powstrzymał złość słysząc banalne i nic nie wnoszące „wyjaśnienia” pirata. Równie suche i nijakie, co Tytanii. Na dodatek Jones plótł takie oczywistości, że Oberon nie miał nawet chęci ich słuchać. Nie wiedział czy pirat mówi to wszystko poważnie, czy po prostu drwi sobie, opowiadając o najbardziej podstawowych faktach.
    – Dość tego – przerwał lakoniczny wywód Haka. – Masz mnie za głupca? – spytał ze złością.
    Znów zmierzył pirata wzrokiem, ale nie zauważył w jego postawie nic, co mogłoby wskazywać na celowe działanie i prowokowanie. Wręcz przeciwnie. Jones sprawiał wrażenie jakby z całych sił starał się zachować spokój i kontrolę nad sobą i swoimi emocjami. Oberon zmusił się do opanowania i kontynuował już nieco spokojniej.
    – Naprawdę myślisz, że nie wiem o Nibylandii? O tym po co Tytania tam wyruszyła czy z kim walczyła? Gdyby naprawdę była twoją sojuszniczką wiedziałbyś, że chciała bym udał się tam razem z nią... Nie opowiadaj mi takich bzdur. – w tej samej chwili uświadomił sobie coś, o czym nie pomyślał do tej pory. Czy Tytania w czasie całego swego pobytu w Nibylandii, ani razy nie wspomniała o nim? Skoro niby tak dobrze się znali, to czemu Jones zachowywał się w ten sposób i mówił o tak oczywistych sprawach.
    – Ani razu nie wspomniała ci o mnie? – zapytał nagle, czując że nie da rady tłamsić tego w sobie i musi wiedzieć. Musi wiedzieć wszystko o tym co się wydarzyło. Nie obchodziło go czy pirat i jego żona mieli jakieś wspólne interesy, liczyło się tylko to czy nagła wątpliwość i obawa miała jakiś sens. Czy naprawdę Tytania, nawet w chwili największej złości, byłaby zdolna aż tak go zranić?
    Nawet jeśli były to niczym nie poparte podejrzenia i wnioski, które nie miały realnych podstaw, Oberon czuł się w tej chwili zraniony samą tą myślą.
    – Nie obchodzi mnie Nibylandia, Piotruś Pan, ani to czy Tytania pomogła tobie, albo czy ty pomogłeś jej. Gdybyś miał jakiekolwiek pojęcia o miłości, wiedziałbyś co powinieneś powiedzieć. Przede wszystkim rozumiałbyś o co właściwie cię pytałem – dodał chłodno. Z trudem zachowywał teraz zimną krew i powstrzymywał złość na Jonesa, Tytanię i swoje własne wątpliwości. Był zły również na samego siebie, że pozwolił by ten pirat namieszał mu w głowie do tego stopnia, by zaczął wątpić w uczucia Tytanii. Dotąd wiele razy kłócili się ze sobą, zarzucając sobie wyimaginowane zdrady. Nigdy jednak nie wątpili w siebie, a wszystkie oskarżenia były jedynie przejawem wzajemnych, dość zaborczych uczuć. Teraz jednak przez krótką chwilę naprawdę zwątpił. Nawet jeśli w głębi serca był pewien, że pirata i Tytanii nie łączyło nic głębszego, nie mógł oprzeć się obawie, że jego żona znów wyklucza go z jakiejś części swojego życia. Tak jak wiele lat temu, gdy chodziło o indyjskiego chłopca.
    Znów spojrzał na Jonesa ze złością. Miał chęcią obarczyć go winą za wszystko, dać mu nauczkę by już nigdy w życiu pirat nie ośmielił się stanąć mu na drodze. By już nigdy nie zadawał się z Tytanią oraz by nigdy więcej nie zobaczył już Lorelei. Mściwie pomyślał, że nie ważne czy Hak oddał przeklęty wisiorek i tak pozwoli klątwie działać do końca. Nie oszczędzi mu nawet odrobiny cierpienia za to wszystko. Za Tytanię, za Lorelei, za skarb i za to, że teraz nawet musi bredzić te wszystkie bzdury, zamiast powiedzieć o wszystkim wprost.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zaraz jednak przypomniał sobie o obietnicy jaką złożył Tytanii, oraz o tym jak ostatnio coraz częściej zdarzało mu się myśleć w ten przesiąknięty złością sposób. A przecież potrafił zachować się inaczej... Wybaczył Alwerykowi to, jak bezmyślnie zranił jego ukochaną Lirazel, przyznał się do błędu, gdy ostatnio dał się ponieść złości na Tytanię. Teraz też powinien okazać choć odrobinę dobrej woli. Mściwość i nienawiść nie przyniosły mu nic dobrego. Stracił Hagena, omal nie stracił Lorelei. Może powinien chociaż spróbować zwalczyć tą bezmyślną nienawiść i wysłuchać Jonesa?
      Westchnął tylko.
      – Cenię sobie szczerość. – odezwał się w końcu już spokojniej, wkładając jak najwięcej wysiłku, by stłumić niedawną wściekłość i te wszystkie szalejące w nim wątpliwości – Jeśli powiesz mi prawdę, niezależnie od tego jaka ona jest, zrobisz lepiej niż ukrywając ją przede mną. Uwierz mi, że wcale nie mam chęci z tobą dyskutować. Robię to wszystko dla Tytanii... I dla Lorelei. - dodał po chwili łagodniej – Chcę dać ci możliwość wyjaśnienia mi wszystkiego. Nie marnuj tego opowiadając mi jakieś nic nie znaczące banały.

      Oberon

      Usuń
  113. [95 <3
    Znowu się zaraz popłaczę xD Oh, jeszcze sobie RMF Classic słucham, a tam same piękne piosenki…]

    Wolno zeszła ze schodów i zatrzymała się w progu wyjścia z kamienicy. Była przerażona myślą, że mogła przyjść za późno. Jak mogła tak długo zwlekać, jak mogła w ogóle pomyśleć o ucieczce. Przetarła twarz dłońmi strącając ciepłe łzy. Nie wybaczy sobie, jeśli znów przez swoją głupotę straci go na zawsze. A jeśli już straciła…? Jeśli jest daleko, a ona nie zdoła go odszukać? Jeśli to koniec?
    Oparła się plecami o ceglaną ścianę, całkowicie rozbita. Po raz drugi poczuła, że przegrała własne życie. Że znów wydarzyło się coś, czego nie będzie potrafiła znieść. Coś ominęło ją po raz kolejny, czego nigdy nie odżałuje, a jej życie znowu przestanie mieć znaczenie. Nie, tym razem tego nie przeżyje, nie da sobie rady…
    Lucy, weź się w garść!, zganiła samą siebie i podniosła zmęczoną głowę biorąc głęboki oddech. Jeśli Hak wpadł dokładnie na ten sam pomysł co ona, mogło go już dawno nie być w Fabletown. Ale jeśli powiedział komuś o swoich planach, jeśli choćby coś komuś napomknął? Może dziewczyna ze sklepu wiedziała o czymkolwiek, tylko jak ją odnaleźć. Może Trip Trap, przecież pożegnałby się ze znajomymi. Rozejrzała się z przerażeniem po ciemnej ulicy Fabletown. Rozpacz mieszała się z postanowieniem działania, chęć zaciśnięcia ust z chęcią wrzasku na całe gardło. Odbiła się od ściany i znów popędziła biegiem w dół ulicy tak szybko, na ile pozwalało jej zmęczone ciało, osłabione brakiem śniadania i obiadu, o których przestała myśleć.
    Po chwili wpadła przez stare drewniane drzwi do Trip Trap, ku własnej uciesze zastając za pustym barem myjącego kufle właściciela. Ten znów zmierzył ją badawczym wzrokiem, szybko rozpoznając z kim ma do czynienia. Widzieli się zaledwie po raz drugi i po raz drugi roztrzęsiona i zapłakana wypytywała o Jonesa. O niczym jednak nie wiedział, więc Lucy wróciła na zaśnieżoną ulicę.
    Ruszyła dalej, sama nie wiedząc dokąd iść. Nie zdoła odnaleźć blondynki z marketu, nawet by jej nie rozpoznała… Rozpacz znów brała górę nad jej emocjami, nie mając już żadnych pomysłów. Docierało do niej, że to już właściwie koniec. A jeśli Hak znowu zrobi sobie coś złego? Stanęła jak wryta. Nie mogła złapać oddechu widząc oczyma wyobraźni scenę z jego mieszkania, gdzie brakowało sekund, by powiesił się i straciła go na zawsze. Złapała się za głowę nie wiedząc, co ma teraz począć. Okręciła się wokół własnej osi zbierając chaotycznie myśli, które układały się w całą masę strzępków niedorzecznych pomysłów, dokąd jeszcze powinna iść, kogo pytać, co robić… Może Oberon, może Tytania, może… Nic już nie wiedziała i nic nie widziała. Spadający śnieg tworzył wokół niej białą ścianę, było coraz zimnej i straciła nadzieję. Właściwie nie wiedziała nawet, gdzie jest – wszystko wyglądało dokładnie tak samo, każda przecznica zasypana była białym puchem zakrywając wszelkie znaki, napisy, nawet neony sklepów wyglądały jak kolorowe bezkształtne światełka. Była tu całkowicie sama, jakby świat przestał istnieć, a ludzie zniknęła z powierzchni ziemi.
    Wigilia, przypomniała sobie i wszystko stało się jasne. O tej porze każdy normalny mieszkaniec Fabletown siedział w ciepłym domu, z rodziną. Ona była cholernie nienormalna, nawet jak na tą pokręconą dzielnicę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie miała dokąd iść. Nie miała mieszkania, a do tego wciąż była zbyt wściekła na rodzinę, by iść teraz do Woodlands. Może kasyno? Miała przy sobie klucze, mogła tam przenocować i ukryć się przed świątecznym światem choćby na te kilka dni. Potem może wpadnie na jakiś pomysł, może ktoś pomoże odnaleźć jej ukochanego pirata. Tym razem nie pozwoli, by ktoś ją powstrzymał, będzie walczyć do końca. Nie mogła tylko znieść myśli, że serce pęka mu gdzieś w samotności, że może przeklina ją po raz kolejny myśląc, że Lucy wykorzystała go i rzuciła jakiś urok. Jej serce też pękało na samą myśl. Szła przed siebie na ślepo, nie dbając o to, czy trafi do kasyna, do Woodlands, czy zostanie na mrozie do rana. Nogi powoli odmawiały jej posłuszeństwa, więc kroczyła coraz wolniej nie mając siły przeskakiwać przez zaspy. Już dawno nie czuła się tak potwornie osamotniona i beznadziejna. Wzrok i słuch zaczęły płatać jej figle, bo przez krótki moment zdawało się, że ktoś wykrzykuje jej imię.
      Gdzieś w oddali zamajaczyła niewyraźna sylwetka, którą całkowicie zignorowała, a która z każdą sekundą stawała się coraz większa i wyraźniejsza. Lucy zatrzymała się na moment, a serce z niewyjaśnionych powodów zaczęło bić jak oszalałe. Przez zaszklone oczy zdołała tylko dostrzec, jak nieznajomy pada przed nią na kolana i chwyta jej dłoń…
      To nie dzieje się naprawdę, to zwyczajne przewidzenia z głody i z rozpaczy. Takie rzeczy nie mogą się wydarzyć, to niemożliwe. Niemożliwe.
      - Cholera jasna, gdzieś ty był?! – rozpłakała się wściekła, głos jej się załamał, a nogi ugięły pod nią ze zmęczenia. Była wykończona fizycznie i mentalnie, płuca bolały ją od biegu w taki mróz, więc ledwo łapała oddech. Opadła na śnieg tuż przed nim zalewając się łzami i jedyne co była w stanie zrobić to objąć go i przytulić do siebie najmocniej jak tylko zdołała.
      Kocha mnie, szumiało jej w głowie, On mnie kocha.
      - Nie… Huck, miałeś rację. Od początku miałeś rację – łkała – Jestem okropna i robiłam okropne rzeczy, to wszystko moja wina. Ten człowiek w restauracji miał rację, ale ja nigdy… Nigdy bym ci tego nie zrobiła, przysięgam. Przepraszam, za wszystko. Za wszystko. Kocham cię, mój cholerny piracie.
      Mówiła jak nakręcona, ale głos znów załamał jej się po chwili i znów zmienił w głośny szloch. Nigdy nawet nie przeszło jej przez myśl, że mogłaby przestać go kochać. Choć czasem próbowała zapomnieć, skupić uwagę na kimś zupełnie innym, jednak jej serce należało do Haka i nikt nie był w stanie tego zmienić. Mieli rozpocząć nowe, spokojne życie. Przejść przez każdy etap po kolei, nie patrząc na to, co wydarzyło się pomiędzy nimi. Miało nie być żadnych wyznań miłości, nie dopóki nie poznają siebie na nowo… Oboje byli jednak niepoprawnymi łamaczami zasad, nawet tych własnych, oboje nie znali słowa „spokój”. Byli jak burza i tornado, które spotykając się na środku oceanu rujnowały wszystko w zasięgu wzroku.
      - Chcę się zmienić, ale sama nie dam sobie z tym rady… - dodała cicho i wtuliła twarz w kołnierz jego płaszcza, nie mogąc powstrzymać łez. Nie miała już na nic siły, nawet na to by wstać z chodnika. Śnieg wirował wokół nich, a ona czuła niesamowite ciepło i dziwny wewnętrzny spokój. Nie wyjechał, nie zostawił jej samej, wciąż ją kochał.


      Cholernie zmęczona i cholernie szczęśliwa, Lucy

      Usuń
  114. [Bardzo dziękuję za pochwały <3 Cóż nie miałyśmy okazji ujrzeć twego jednorożca, ale cieszę się że i moja jego kreacja podpadła do gustu. Cóż Clarke nie da się nie kochać tak samo jak Colina <33 Oczywiście, że Ostatni jednorożec został obejrzany, choć w dzieciństwie wywoływał we mnie przerażenie :') Cóż Daenerys została stworzona odrobinę pod główną bohaterkę. (raczej z wyglądu, niżeli charakteru) Wątek z kapitanem zawsze! :D Proponuję by poznać ich w tamtym świecie i może skusisz się na jakieś dodatkowe powiązanko? :D]

    twój jednorożec

    OdpowiedzUsuń
  115. [ Co powiesz na to, by Hak ją przyuważył w miasteczku, gdzie zacumował jego statek. Jednorożka (to brzmi bardzo źle xD) kusi mężczyzn, ale nigdy z nimi nie sypia. Widać, że oboje lubią grać na uczuciach, więc będzie zabawnie. Z serii, kto obudzi się pierwszy i ucieknie z sypialni xD. Ale przejdę do wątku z nadzieją, że się nie przestraszysz (pamiętaj nadal mnie kochasz xD). Kapitan dowie się o krwiożerczym jednorożcu, który spalił ostatnią wioskę, w której był a teraz zabija urodziwe kobiety. Obstawiam, że on do ratunku nie jest pierwszy, ale mógłby się również podpytać o drogocenny róg, o którym już gdzieś wcześniej słyszał, albo o łzy, które podobno uleczają wszelkie rany. No wiec ruszyłby do lasu na poszukiwania. Pierwsza: Udaje się mu schwytać jednorożca, zabiera go na statek i wsadza do klatki. Przez noc zmieni swą postać, na cudną niewiastę i zaczną się podrywy. Jedyną rzeczą, która będzie ich dzieliła, będą kraty, a by się wydostać Amara będzie odwzajemniać zaloty i jeszcze bardziej go zachęcać. W końcu by ją wypuścił, pocałunki bla bla bla aż w końcu suprise dziura w statku. Duszenie, uśmieszki, i ... W sumie to jak zniszczy statek, to też zatonie, ale ona jest nieśmiertelna, ale przecież nie mogą zginąć więc końcówka jest jeszcze do dopracowania xD To nie brzmi tak źle, prawda? róg sztuk jedna

    OdpowiedzUsuń
  116. Chociaż na początku przemawiała pewnie i stanowczo, tak z każdym kolejnym słowem Haka jej pewność malała. Nie miała pojęcia, co miał na myśli, gdy wspomniał o otwarciu oczu i coś podpowiadało jej, że lepiej, gdyby nigdy się tego nie dowiedziała.
    — Nienawidzisz go tylko dlatego, że starał się cię powstrzymać przed krzywdzeniem innych! — oskarżyła pirata. Nie potrafiła stać spokojnie i słuchać wszystkich kłamstw, które opowiadał. Musiała bronić Piotrusia. — To ty jesteś potworem! Nie masz żadnych zasad moralnych i nijak nie obchodzi cię dobro innych. Może gdybyś przestał kierować się nienawiścią i chęcią zemsty, dostrzegłbyś piękno Nibylandii.
    Nie mogła nic poradzić, że słowa mężczyzny wywołały jej niepokój. Nie miała świadków. Została znaleziona nad ciałem martwej kobiety i nie miała żadnych świadków, by udowodnić swoją niewinność. Och, dlaczego, dlaczego kapitan Hak tak bardzo jej nienawidził i chciał się zemścić, nawet po upływie tych wszystkich lat?
    — Nigdy nie mógłbyś zostać moim przyjacielem — powiedziała cicho, zaskakując samą siebie, ile smutku i zawodu dało się słyszeć w jej głosie. Nie próbowała wyrywać ręki z jego uścisku, doskonale zdając sobie sprawę, że nie miała na tyle siły, by to zrobić. — Zawsze byłam dla ciebie jedynie naiwną dziewczynką, którą można było zmanipulować, by dotrzeć do Piotrusia. Nawet na początku, kiedy myślałam, że... ja...
    Nie dokończyła. Nie wiedziała, czemu w ogóle poruszyła ten temat, czemu jej uczucia nagle stały się tak ważne, że przestała bronić Piotrusia i skupiła się na sobie. Jak małe dziecko wyrzucała z siebie to, co od dawna jej ciążyło i głupio odsłaniała swoje słabe strony przed wrogiem. Dlaczego choć raz nie mogła przestać gadać i zacząć zachowywać się rozsądnie? Dlaczego nie potrafiła udawać niewzruszonej i pięknymi słowami przeciągnąć kapitana Haka na swoją stronę?
    Bo nie była nim i nie chciała potraktować go tak, jak ją niegdyś potraktował.
    Jak przedmiot.
    Wzdrygnęła się nieznacznie, gdy zimny metal dotknął jej policzka. Nagle twarz pirata znalazła się tak blisko jej własnej, że Wendy była pewna, że mogłaby policzyć wszystkie jaśniejsze plamki jego niebieskich oczu, które — wypełnione nienawiścią i radością jednocześnie — przypominały jej w tym momencie wzburzone morze. A ona powoli tonęła, niezdolna odwrócić wzroku ani uciec.
    Chciała odpowiedzieć. Chciała się bronić, wytłumaczyć, że Zagubieni Chłopcy płakali tylko i wyłącznie z powodu krzywd, których doznali z rąk piratów, ale nie zdążyła powiedzieć nawet słowa, gdy usłyszała ten głos. I poczuła się tak, jakby ktoś kopnął ją z całej siły w brzuch i siła uderzenia wycisnęła cały tlen z płuc.
    Była pewna, że jej serce przestało bić. Kolejne słowa kapitana Haka nawet do niej nie dotarły, bo całą swoją uwagę skupiła na jednej osobie, która nagle wynurzyła się z cienia.
    Wyglądał niemal tak, jak go zapamiętała i chociaż twarz mu wydoroślała, wciąż dało się w nim rozpoznać tego chłopca, który niegdyś zabrał ją ze sobą do Nibylandii. Teraz jednak ubrany był według tutejszej mody i stał pewnie na ziemi, z rękami założonymi na piersi i głową uniesioną wysoko.
    — Piotruś... — Jej głos był ledwo słyszalny nawet w ciszy, która zapadła w zaułku. Wendy czuła, że gardło całkowicie jej wyschło, a serce biło jak oszalałe. Miała ochotę płakać i śmiać się jednocześnie. Piotruś! Przybył po nią! Pamiętał o niej! A jednak, kiedy już chciała postąpić w jego stronę, coś ją przed tym powstrzymało; w oczach Piotrusia dało się dostrzec niebezpieczny błysk, którego nigdy wcześniej tam nie było.
    Poczuła nieprzyjemny dreszcz na widok tych oczu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Moja słodka Wendy. — Piotruś zbliżył się do nich lekkim krokiem, z szerokim uśmiechem na ustach. Widok starego wroga najwidoczniej nie zrobił na nim najmniejszego wrażenia, bo ani razu nie spojrzał na kapitana Haka. Wpatrywał się w Wendy z ciekawością, a ona nie wiedziała, co zrobić, co powiedzieć i potrafiła myśleć tylko o tym, że w końcu go odnalazła, że on tu był, że jeszcze parę kroków i będzie mogła go dotknąć...
      Piotruś omiótł spojrzeniem zaułek, jedynie przelatując wzrokiem po ciele leżącym w kałuży krwi i znów spojrzał na Wendy.
      — W co się wpakowałaś tym razem?

      [Wszystko wiem i doskonale zrozumiałam, co miałaś na myśli. I dziękuję za życzenia, mam nadzieję, że Twoje święta też były wesołe i na zapas życzę Ci szczęśliwego nowego roku. :)]

      Wendy

      Usuń
  117. [Tak! Pomęczmy ich! <33 Amara już tyle przeżyła, że chętnie wybiera się na przygody bo skarb. Klątwa wydaje się być genialnym pomysłem i będzie chciała ją rzucić, gdy już wie, że to jedyny sposób by nie być nic winna kapitanowi. Trochę mi zajęło by wymyślić coś kreatywnego. Nie wiem czemu, ale pierwsza rzuciła mi się bezpłodność (Lucy nie byłaby zachwycona xD) , a potem coś o zwierzęta lasu, które nie będą mile nastawione. Chciałam dać też coś z statkiem, że jego dusza będzie na zawsze z nim powiązana, ale ten statek to już chyba niejedno przeszedł i nie wiem, czy nie byłoby to przesada. Ale na przykład po śmierci, mógłby należeć do niej jako jej 'służący'. W sensie, że nie pójdzie to piekła tylko będzie jej wiecznie służyć xDD (jako słodziutki króliczek, a przynajmniej tak może go straszyć). I za każdym razem będzie go wystawiała na niebezpieczeństwo przy ich spotkaniach, bo jeśli zabije go sama, to klątwa będzie nie ważna. Zapowiada się ciekawie <3 :D]

    unicornus pospolitus

    OdpowiedzUsuń
  118. [Możemy już zacząć w Fabletown, no chyba że wolisz od początku(mi to obojętne, bo opcje są równie kuszące):) Tylko ostrzegam, że nie podejmuję się wymyślania przepowiedni xDD Już nie mogę się doczekać tej wspaniałej wymiany zdań między nimi <3 :D Chyba jesteśmy złe. Buahaha, a raczej Ihaha :3]

    OdpowiedzUsuń
  119. [98 <3
    Btw. mamy kanapę przy kominku? xD
    Eh, wybacz ten chaos poniżej! Poprawię się przy kolejnym odpisie <3]

    Chcę cię taką, jaka jesteś. Taką cię kocham.
    To były najpiękniejsze słowa, jakie mogła teraz usłyszeć i szczerze zastanawiała się, czy to jej wyobraźnia, czy Huck wypowiedział je naprawdę. Bo wciąż nie mogła uwierzyć, że był tu razem z nią, tulił do siebie i wybaczył. I dopiero ten cudowny pocałunek, który złożył na jej usta utwierdził ją w przekonaniu, że już nigdy nie będzie samotna w tym okropnym mieście. Ułożyła zmarznięte dłonie na jego twarzy poddając się tej przyjemnej chwili, nie myśląc o otaczającym ich świecie, o śniegu i zimnie. Bo w tym momencie wcale nie było im zimno.
    Łzy przez cały czas spływały po jej policzkach, wciąż jeszcze nękana wyrzutami sumienia. Jak mogła choć przez chwilę zwątpić w to, co połączyło ich tak wiele lat temu? Jak mogło przejść jej przez myśl, by go zostawić i uciec do innego świata. Tak wiele razem przeszli, tyle się wydarzyło, a ona zwątpiła w tak piękne i szalone uczucie, jakim jest miłość. Wtedy przypomniała sobie ich pierwszy pocałunek, a jej twarz od razu rozpromieniała. Wówczas, nad Renem niemal odskoczyła jak poparzona, nie spodziewając się, że zwariowany pirat zrobi coś tak niespodziewanego. A Hak żartował z jej reakcji przez cały dzień sugerując, że wcale nie chciał jej zjeść. Oboje roześmiali się tak samo teraz, jak i wtedy.
    - Szukałeś mnie? – westchnęła, gdy powiedział tyle pięknych słów, które ścisnęły jej serce. Musiał być w jej mieszkaniu i zobaczyć, że się wyprowadziła. A więc nie myliła się i wpadli na ten sam głupi pomysł. Jakże żałowała teraz, że odwróciła się i odeszła od niego po kłótni w restauracji. Dlaczego od razu nie przeprosiła.
    - Zniosę wszystko, mój piracie, tylko nie zostawiaj mnie samej, proszę. Zawsze mów, co leży ci na sercu, a ja obiecuję, że nigdy się od ciebie nie odwrócę. Choćby nie wiem, jakie uroki na mnie rzucali i co mówili by nas skłócić. A pewnie niejedno jeszcze usłyszysz na mój temat… - zamilkła na moment i dodała z zapewnieniem - Zawszę byłam i będę twoja, pamiętaj o tym.
    Podniosła się lekko, chcąc wstać i pociągnąć go za sobą do góry, jednak tracąc równowagę oboje runęli ponownie w śnieg śmiejąc się głośno. Po chwili krzyknęła tylko radośnie, gdy tak ją podniósł, wstał z ziemi, a na dodatek lekko podrzucił. Złapała się kurczowo jego karku z obawą, że za chwilę znowu wylądują na śniegu. Pewnie i tak zbudzili już całą okolicę.
    - Święta?! Do ciebie?! – dodała głośno wciąż zanosząc się śmiechem. A więc sąsiadka się myliła? Nigdzie się nie wyprowadził? Nie miała zamiaru teraz o tym rozmyślać, ważna była tylko ta wspaniała chwila. Wspólne Święta, nie mogła marzyć o czymś równie cudownym w wigilijny wieczór. Po chwili uspokoiła się i wtuliła w Hucka, pozwalając się zanieść gdzie tylko nogi go poniosą, a cała reszta przestała mieć znaczenie.
    - Zimno? – zaśmiała się słysząc jego pytanie – Absolutnie nie, już nie…
    Niósł ją dalej, a ona wpatrywała się w jego twarz starając się dobrze ją zapamiętać. Bystre, niebieskie oczy, które spoglądały na nią co chwilę, radosny uśmiech i czerwony od zimna nos, który sprawiał, że nie mogła przestać się śmiać w duchu. Ten sam kapitan, który jeszcze niedawno wyniósł ją na rękach z pogrążonej w bijatyce gospody nad Renem. Przymknęła na moment oczy i schowała twarz pod jego brodą. Poczuła się niesamowicie senna, zmęczenie z całego dnia brało górę nad podekscytowaniem. Było jej ciepło, a w jego ramionach czuła się bezpieczna jak nigdzie indziej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma pojęcia, ile czasu minęło, gdy zbudził ją szept. Ocknęła się widząc przed sobą całą masę kolorowych światełek, które po chwili nabrały znajomego kształtu.
      Otworzyła szeroko oczy nie wierząc w to, co widzi.
      - Jolly Roger! – wykrzyczała całkowicie zaskoczona. Ten sam maszt, olinowanie, zwinięte żagle w tym samym odcieniu płótna, który tak dobrze zapamiętała. Cały przystrojony kolorowymi świątecznymi lampkami.
      Gdy Huck postawił ją na pokładzie, deski zatrzeszczały radośnie, a ona znów się rozpłakała. Łzy same płynęły i wcale nie chciała ich powstrzymywać. Tyle wspomnień wiązało się z tym statkiem, tyle cudownie ciepłych i radosnych dni, tyle wspólnych nocy w jego objęciach. I tyle ponurych słów padło tu, gdy wyszła na jaw jej zdrada, o czym nie chciała teraz rozmyślać. Ta chwila należała tylko do nich i do tych pięknych wspomnieć. Czegoś jej jednak brakowało, nigdy nie było tu tak cicho.
      - A załoga? – roześmiała się nagle – Smee i reszta? Są w Fabletown?


      Lucy, piratka z Jolly Rogera

      Usuń
  120. Nawet ona czasami potrzebowała chwili dla siebie. Tym razem po pracy postanowiła udać się do baru i oddać się dobrej zabawie przy odrobinie alkoholu. Zabawnie było zamawiać kolejne kolejki, podczas gdy inni już dawno leżeli nieprzytomni. Szybka regeneracja, która zwykła chronić ją przed niespodziankami świata, tutaj odbierała całą frajdę. Usiadła na zbyt twardym stołku barowym i zamówiła pierwszego drinka. Z uśmiechem odpowiedziała na zaloty mężczyzny, który właśnie podszedł. Tego wieczoru nie miała jednak chęci na spoufalanie się z osobą tego pokroju, czy kimkolwiek innym. Dała mu jasny znak, że nie jest zainteresowana i udała się do żeńskiej łazienki w ramach, gdyby to nie wystarczyło. Odświeżyła twarz zimną wodą. Nabierając jej odrobinę w dłonie, usłyszała głos dziewczyny, który wydobył się z kabiny. Zaciekawiona podeszła bliżej, przykładając ucho do drzwi. Słowa brzmiały niezrozumiale, a w dodatku przeszkadzało jej łkanie. Na szczęście udało się jej wyłapać kilka z nich. Zastanawiało ją czemu rozmawia sama ze sobą, ale gdy głos na chwilę zamilkł, drzwi obok otworzyły się z wielkim hukiem.
    — Z tego co wiem, jest zajęta. — Rudowłosa odezwała się niezwykle piskliwym głosem, nie podobnym do tego, który słyszała. Amara darowała sobie zbędne przeprosiny, bo nie uważała, że zrobiła coś złego. By stworzyć pozory normalności, weszła do kabiny, ale szybko tego pożałowała. Śmierdziało tu gorzej niż za czasów średniowiecza w chłopskich wsiach lub w Wersalu.
    — To załatwi twoje wszystkie problemy. — Czyżby się pomyliła i chodziło o jakieś damskie pogaduszki? Straciła tak wiele czasu, słuchając narzekania jakiś kobiet, które z pewnością rozmawiają o mężach, którzy je zdradzają. Spuściła wodę i otworzyła drzwi. Już miała wracać z powrotem do baru, gdy wtedy usłyszała coś, czego nie mogła puścić mimo uszu. — Doskonale wiesz, że musi zginąć.
    Amara nigdy nie odmówi ludzkiemu cierpieniu. Kiedyś nie sprawiało jej radości, patrzenie, jak kruche jest ludzkie życie. Wiele się jednak zmieniło. Ona stała się głupią pogodynką, która stoi przed kamerą i pokazuje chmurki na nieistniejącej mapie. Jej życie zostało pozbawione wszelkich rozrywek i przyjemności. W dodatku teraz musiała zważać na rzeczy, które wcześniej nie miały żadnego znaczenia. Można było ją zranić, co wydawało się być ekscytujące, a zarazem niebezpieczne. Teraz dopiero zrozumiała powiedzenie bez ryzyka nie ma zabawy i całkowicie się z nim zgadzała. Zaczekała, aż kobiety wyjdą z łazienki. Jedna z nich, która wcześniej łkała, miała widoczne ślady od czarnej maskary. Starała się je zmyć, lecz Amara od zawsze miała dobre oko i zwracała uwagę na najmniejszy szczegół. Dyskretnie ruszyła za płaczką. Przez brak dalszych zdolności, nie dziw, ze coś podejrzewała. Odwróciła się, lecz Celeste zdążyła się zorientować w ostatnim momencie. Pociągnęła za krawat jednego z tańczących mężczyzn i zatopiła swe lekko różowe usta w pocałunku. Był to codzienny widok w takich barach, więc dziewczyna nie zwróciła na nią uwagi. Gdy tylko ta ruszyła, Amara zrobiła to samo. Mężczyzna był zbyt pijany, by zrozumieć jakiekolwiek tłumaczenia. Niech choć przez chwilę cieszy się, że udało mu się kogoś pocałować tej nocy. Kobiety, z którymi tańczył, nie wyglądały na zainteresowane jego osobą i kleiły się do jego bardziej przystojnego kolegi.
    Nieznajoma poruszała się bardzo szybko, co tylko potwierdzało, że bardzo się gdzieś śpieszy. Amara aż podskakiwała z radości. Nareszcie coś godnego jej uwagi! Ktoś zginie! Nagle kobieta zatrzymała się by wykonać telefon. Celeste schowała się za rogiem budynku, bo nawet w ciemności należała do dosyć rozpoznawalnych osób.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Czekaj na mnie przy tam gdzie zwykle za dziesięć minut. Przyjdź sam. — Amara nie potrzebowała większej zachęty, by dalej śledzić blondynkę. Zdziwiło ją miejsce, które ta dwójka wybrała na spotkanie. Apartamentowiec Woodlands nie wydawał się zbyt dyskretnym miejscem na spotkanie. I wtedy dostrzegła jego. Tego pijackiego pirata, który już dawno powinien zdechnąć na tym swoim stateczku. Nie ważne, jak bardzo by się starała, zawsze na siebie trafiają. Ciekawa była, czy kobieta odważy się zabić tego jednorękiego pirata. Szczerze na to liczyła z powodu klątwy, którą wiele lat temu na niego rzuciła. Wystarczyło spotkanie ze Żniwiarzem, a był cały jej. Myśl, że mogłaby go kontrolować wywoływała u niej nienasycone pragnienie. Pozwoliła na rozwój zdarzeń, błagając by blondynka okazała się więcej warta, niż wcześniej przypuszczała.

      [Pirat 007 zgłoś się! Co wy tam kombinujecie gołąbeczki xDD Kto pożegna się z tym światem i co Hak ma z tym wspólnego? Jak już pogadacie, to śmiało się dołączę <3 Ps. Jutro już Sylwester więc życzę szampańskiej zabawy i niech ten 2017 będzie znacznie lepszy!]

      Detektyw różowy jednorożec

      Usuń
  121. [ Przeżyję to. Nie myśl, że co noc w poduszkę płaczę XD]

    Odprowadził go spojrzeniem, z niego głupkowatym uśmiechem przyklejonym do twarzy. Przetarł dłońmi twarz, kiedy drzwisię zamknęły. Oparł łokcie na kolanach, patrząc na jeden z sęków, widoczny na desce. Już wcześniej stwierdził, ze przypomina trochę kota.
    Pokręcił głową. Musiał w końcu przestać zgrywać głupka. Kapitan, mimo jego wielkich nadziei, nie był naiwnym głupcem. Był zbyt inteligentny by można było go zbyt łatwo nabrać. Pociągnął łyk alkoholu z butelki. Niedługo zacznie coś podejrzewać. Rozpracuje jego udawaną niezdarność i te żałosne popisy przed załogą, która zaczęła uważać go za zwykłego nieszkodliwego dziwaka.
    Teraz miał jeszcze możliwość podjęcia decyzji. Jeśli wybierze drogę zbyt późno, Kapitan albo go rozpłata sam albo każe komuś to zrobić. Właściwie wolałby by zrobił to osobiście. Mefisto wtedy mściłby się tylko na nim, a nie na tych wszystkich marynarzach. chociaż dla tego diabliska to i tak wszystko jedno. Poczuł nieprzyjemny ucisk we wnętrzach, który powoli starał się ciężkim kawałkiem ołowiu.
    Podniósł się z rozklekotanego krzesła. Zaczesał palcami włosy do tyłu, by nie sterczały na każdą stronę w dziwnym artystycznym nieładzie. Poprawił koszulę. Wsunął za pas parę czarnych rękawiczek rękawiczek i wyszedł ze swojej kajuty.
    - Doktorku a co... - zaczął jeden z piratów, ale zamilkł widząc spojrzenie Fausta. Doktor przesunął spojrzeniem po sylwetce mężczyzny bezczelnym spojrzeniem, pełnym pewnego gniewu, który gotował się w nim od lat.
    Minął pirata, który patrzył na niego w lekkim osłupieniu, marszcząc brwi. Faust za to, z czystej grzeczności, zapukał do drzwi kajuty kapitana i wszedł, nie czekając na pozwolenie.
    Zamknął za sobą drzwi. Podniósł wzrok, łapiąc jego spojrzenie.
    - Mam dość tej gry. - wyznał. - Możemy zagrać uczciwie albo pozostać w grze, bez większej wiedzy o jej regułach. Co wolisz?

    OdpowiedzUsuń
  122. Zdecydowanie Lillyan nie powinna sięgać po wódkę prosto z bimbrowni Asmodeusza – za każdym razem cierpiała na kaca przez dwa dni, nie mówiąc już o tym, że zaczynała bredzić, katując ludzi wokół swoimi wspomnieniami z Piekła.
    O dziwo tym razem zamiast wypicia butelki, grzecznie wypiła dwa drinki, których efektem był przyjemny szum w głowie. Możliwe, że wypiłaby więcej, ale akurat swój występ zaczynał Huck. Oczywiście nie byłaby sobą, gdyby nie zajęłaby miejsca jak najbliżej mężczyzny. Przez cały występ rozkoszowała się głosem Hucka, a gdzieś tam z tyłu głowy pojawiła się jej myśl, że ten marnuje się w jej barze. Na pewno nie chciała stracić jednego z tych osób, które przyciągały klientelę w jej skromne progi, ale też żałowała, że tak małe grono może zachwycać się jego głosem.
    Lillyan doskonale wiedziała, że Huck będzie chciał ją zabić za to, co zrobiła, ale przecież z całego serca pragnęła pomóc swojemu przyjacielowi – nawet jeśli on tego nie chciał. No ale cóż, nie od dawna wiadomym było, że dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane.
    Gdy Huck skończył występ, podeszła w stronę pianina i oparła się o nie, co wielu zgromadzonych zapewne potraktowało za perfidną kokieterię z jej strony. Możliwe, że gdyby była inna przejęłaby się tym, ale od dawna nie zwracała uwagi na to, co ludzie – zwłaszcza ludzie - myślą i mówią na jej temat.
    - Mam dla ciebie niespodziankę i zanim mi odmówisz, wiedz, że bardzo dużo czasu i nerwów na to poświęciłam – uśmiechnęła się szeroko, przesuwając w stronę pirata wizytówkę, na której wydrukowany był tylko numer – Jutro cię porywam i nagrywasz swoje demo.

    Lillyan Seymour

    OdpowiedzUsuń
  123. Podbiegł na czterech łapkach do kapitana. Właśnie szorował pokład szczoteczką, nie mógł się już bardziej upokorzyć. Czeka tylko, aż zabiorą mu jego ukochane kowbojki i kapelusz z czerwonym piórkiem. Mężczyzna niesamowicie mocno pachniał alkoholem. Może bycie piratem nie jest aż takie złe? Gdyby tylko nie ich miłość do bezkresnego oceanu, mógłby być jednym z nich. Póki co musiał siedzieć cicho. Jednak, gdy tylko znajdzie się na stałym lądzie, już go tu nie ma. Obietnica złodzieja zawarta z kimś pokroju pirata, nie jest zbyt wiele warta. Dlatego kot nie ma żadnych wątpliwości.
    Złapał za butelkę nieśmiało, zaskoczony propozycją i upił z niej tak duży łyk, jak tylko potrafił, a na jego pyszczku pojawił się bliżej nieodgadnięty uśmieszek. Jego rozmiary nie pozwalały mu spożywania dużych ilości alkoholu. Kocur nie miał mocnej głowy i zwykle to on odpadał pierwszy.
    — Cóż mogę rzec kapitanie. Dobrze zgadłeś, że nie znalazłem się tu z własnej woli. Staram się unikać tych miejsc jak to tutaj. — W tym samym momencie statek się mocno zachwiał, ale na szczęście kot zdążył przytrzymać się Jonesam możliwie zostawiając na nim kilka śladów zatopionych pazurów. Czymże jednak jest małe zadrapanie, podczas gdy zagr