niedziela, 22 marca 2015

I want my hapilly ever after and blood of eternal boy.



muzyk od siedmiu boleści / pianista w Trip Trap / 34 lata na karku / pustka w sercu / brak celu / majątek ze statku w piwnicy / samotność jedynym towarzyszem / nadal hak zamiast dłoni i dobrze / trochę śpiewa, trochę gra na czym się da / uśmiech to tylko jedna z masek / statek wreszcie na powrót pod ręką / niedoszły samobójca


Zemsta nigdy nie jest dobrym motywatorem działań.
Powtarzam to zdanie codziennie po wyjściu z łóżka, jak jakąś cholerną mantrę. Powinienem wreszcie zacząć jej przestrzegać, choć i tak już dawno zniszczyłem sobie życie. Czasami zastanawiam się czy nie żyję tylko po to, by być przestrogą dla innych. Bajką dla dzieci, które nie wierzą już w bajki na słowo. Taaak... Muszę sobie wmawiać, że to wszystko dlatego. Inaczej moja egzystencja byłaby bez sensu.
Każdy mój dzień wygląda tak samo. Brak tu przygód, rozlewu krwi i słonej bryzy rozpryskującej się na twarzy. Jest tylko stary człowiek bez ręki, choć wcale na starego nie wygląda. Przeżyłem zbyt wiele, co najmniej dziesięć razy tyle, co zwykły człowiek. Dano mi czas, mój kochany, pierdolony brat mi go dał. Zsyłając do piekła. Teraz muszę budzić się z dziurą w sercu, bo on i ta najpiękniejsza z kobiet na świecie mnie zdradzili. Najgorsze jest jednak to, że teraz, gdy zrozumieli, że bez nich nie mam po co żyć, chcą coś zmienić. Jakbym był dla nich tylko zabawką. Nie dbam o to, wciąż ich kocham i wciąż nienawidzę. Nigdy nie przestałem, choćby na sekundę. Oboje powstrzymali mnie przed samobójstwem, oboje znęcają się nade mną, każąc mi dalej żyć. Po co? Przecież ja wszystko niszczę, jestem czynnikiem zapalnym do spadku po równi pochyłej. Jestem wciąż tym bezlitosnym piratem. Choć bez statku, bez morza, bez odwiecznego wroga. Bez sensu istnienia.
Fabletown jest gorszym piekłem niż Nibylandia, ale pod pewnymi względami jest tu lepiej. Przynajmniej mogę od czasu do czasu spojrzeć ukradkiem ku znienawidzonemu bratu, mogę przypadkiem wpaść na ukochaną i na nowo porozdzierać wszystkie rany.
Ból to chyba jedyne co mi pozostało. 
Tik - tak. Tik - tak. Niech ten cholerny zegarek skończy wreszcie odmierzać czas do mojej śmierci.

Niech się zatrzyma. 


Do odważnych świat należy ale odwaga to tylko rodzaj głupoty.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------
Długo mnie nie było i pewnie nadal będę tylko sporadycznie, ale wróciłam!
Karta troszku zmieniona, tak na nowy początek x3
jeszcze bardziej stara karta  
Colin O'Donoghue <3

200 komentarzy:

  1. [Ok. :) Jak tylko skończę z tekstem do etapu drugiego to się biorę za początek, więc może nawet tej nocy się doczekasz. Póki jest wena! :)]

    Annalee

    OdpowiedzUsuń
  2. [Drugi pod nową kartą! xd]

    Alice

    OdpowiedzUsuń
  3. Kolejny dzień w Lucky Pawn. Uwielbiała to miejsce odkąd tylko trafiła tu po ucieczce z Farmy. Czasem co prawda brakowało jej złośliwego i wiecznie wkurzonego Jerseya, ale była to niewielka strata w porównaniu do posiadania tego lokalu na własność. Czuła się tu jak w swoim małym królestwie, pełnym staroci i magicznych przedmiotów wypełniających zaplecze. Mogła pokusić się nawet o stwierdzenie, że lombard funkcjonował lepiej w jej rękach, niż za czasu poprzedniego właściciela. Przynajmniej nadgorliwy szeryf nie miał się do czego przyczepić, choćby nawet bardzo tego chciał. W końcu w przeciwieństwie do Jerseya, nie była tak impulsywna i wolała przemyślane działania. I sukcesy.
    W idealnym nastroju, sączyła powoli tequile, zajmując się porządkowaniem papierów, gdy usłyszała dzwonek, zwiastujący przybycie klienta. Natychmiast wyszła z zaplecza. Od razu uśmiechnęła się zadziornie widząc stałego gościa. Kapitan Hak przychodził tu chyba od samego początku, jeszcze za czasów Jerseya. Kiedy tylko zaczęła tu pracować, nie sądziła, że jednym z pierwszych klientów okaże się „stary znajomy”, o ile w ogóle mogła go tak nazywać. Sama Coco nie była do końca pewna swego stosunku do kapitana. Był połączeniem potwora i ofiary. Nadal w głębi duszy chciała rzucić mu się do gardła i rozszarpać go za to co zrobił w tamtej meksykańskiej wiosce. Jednocześnie znając jego myśli i strachy jakaś jej część pragnęła, wręcz obsesyjnie, go chronić. W praktyce kończyło się to jednoczesnym okazywaniem wylewnej serdeczności i chłodnej bezwzględności. Niemniej lubiła go, nawet jeśli czasem okazywała to w nietypowy sposób.
    Od razu powitała go szerokim uśmiechem.
    – Po to co zwykle, kapitanie? – spytała, puściwszy do niego oczko.
    Uważnie zmierzyła go wzrokiem. Dość dawno nie widziała Haka, który teraz wydawał się jakiś inny. Jeśli to było możliwe, powiedziałaby że postarzał się w ciągu tych kilku tygodni, kiedy nie wpadał do Lucky Pawn. Wyglądał jakby był stary, zmęczony, samotny... Jakby dopadły go jego koszmary, jego duchy przeszłości. Nieomal fizycznie czuła w nim zarazem przywołujący ją krzyk rozpaczy i niemą prośbę o pomoc, jak i potworności dręczące jego umysł, które tylko dzięki działaniu wyjątkowo dobrego glamour, nie odbijały się w niej niczym w lustrze.
    Momentalnie jej wesoły uśmiech zniknął z jej twarzy.
    – Wszystko w porządku? – zapytała wpatrując się w niego uważnie.

    Annalee

    [Ok, skoro Hakuś po próbie samobójczej, to wykorzystajmy ten fakt. :)]

    OdpowiedzUsuń
  4. [Dobra, Alka zaczyna szaleć. xd
    Mam idealny gif dla Alice w Twoich powiązaniach. :P Proszę ---> http://img.pandawhale.com/93043-spiderman-deadpool-fight-bitch-AFnL.gif]

    Alice wstała, poprawiając swoje ubranie.
    Z dziwnym grymasie, zaczęła… grozić Hukowi palcem.
    I nigdy nie pij kimś alkoholu, pomyślała, niech to Alka wreszcie zapamięta. Ten wieczór widocznie nie skończy się za fajnie. Nie to było teraz pisane, aż dziwnie.
    - Tylko jak mnie oszukasz, to zobaczysz, co robię z tobą! Wiesz, jak z tymi menelami z Trip Trap!

    Alice

    OdpowiedzUsuń
  5. [Przepraszam, że tak późno, ale sprzęt mi nawalił i ledwo się dopchałam ;/
    Nowa karta, śliczna <3
    A czas na wątek, tu masz swoje zaczęcie i napisz mi jak mi wyszła pierwsza Ana xD
    Miłego czytania! <3]

    To, że Elsa wciąż była zajęta, nie było niczym nadzwyczajnym. Znaczy było, bo bycie królową jest jak najbardziej nadzwyczajne, ale z góry wiadomo, że rola monarchy nie obejmuje tylko siedzenia na tronie i utrzymywania na głowie korony, która swoją drogą jest bardzo ciężka (nie, wcale jej nie przymierzała ukradkiem...).
    Siostra rudowłosej księżniczki po prostu była zajęta, a to powodowało, że Ana sama musiała sobie zagospodarować czas. Nie, żeby nigdy tego nie robiła, bo przecież świetnie jej się udawało przez parę ostatnich lat. Jednak teraz, kiedy już wszystko wróciło do normy, kiedy w końcu było jak dawniej, chciała, by jak najwięcej czasu spędzały razem. Ale nie. Na drodze stanęły im spotkania, audiencje, korespondencja i inne urzędowe sprawy.
    Może z czasem to się poprawi, pomyślała, wstając w końcu z łóżka. Zegar z kukułką na ścianie obok wskazywał 13. Co też ona takiego robiła wczoraj? Ah, no tak, wyszli na łyżwy z Krisstoffem... Uśmiechnęła się, mając przed oczami twarz blondyna. Chwilę spędziła tak, rozpamiętując wczorajsze wyjście, aż w końcu zarumieniła się, tak daleko wybiegły jej myśli. Mrugając dla oprzytomnienia, odrzuciła kołdrę i wsunęła stopy w pantofle. Nie patrząc na to, jaką sukienkę wkłada, popędziła do kuchni. Nikt nigdy nie zwracał jej uwagi, na to, że biega po korytarzach, nikt, prócz Elsy, której bardziej zależało na głowie Any, niż na posadzce. Lecz, jak to brzmiało jej motto? Pora leczyć się na nogi, bo na głowę już za późno.
    - Księżniczko Anno! - kiedy wpadła do kuchni rozległo się wołanie kilku głosów przy akompaniamencie bulgotania, szatkowania i zderzanych ze sobą półmisków - przygotowania do obiadu.
    - Mogę? - zapytała rudowłosa, wskazując na garnek, z którego wydobywał się niebiański zapach i zerkając na Eve, starszą kucharkę, rownocześnie radośnie kiwając na powitanie reszcie personelu. - Nie jadłam nic na śniadaniu, bo w ogóle nie byłam na śniadaniu. Jak się czuje Elsa? Ah, nie byłam na śniadaniu, wiesz Eve, lubię dużo spać... A jeszcze wczorajszy wieczór... Kirss zabrał mnie na łyżwy! - rozanielona, zaczęła opowiastkę, co jakiś czas robiąc przerwy i połykając kilka łyżek purèe z groszku, które to znajdowało się w owym, wcześniej wspomnianym garnku. Wspięła się przy tym na blat, przyglądając się pracy kucharzy i kiwając nogami w powietrzu. Gdy skończyła opowiadać, dowiedziała się od Starej Ree, że jej córka spodziewa się dziecka (gdzie zanotowała, żeby może co nieco jej pomóc), że stajenny ostatnio oświadczył się jednej z pokojówek (Ana z żalem odkryła, że to jedna z pokojówek Elsy, a nie jej własnych), i że do portu zawitał nowy statek, niewidziany od kilku lat. Plotka, jak utrzymywała Eve i jeszcze jeden, kucharz o imieniu Malcolm, głosiła, że podobno niesławny okręt o imieniu "Jolly Roger" znajduje się w porcie wraz z kapitanem - kapitanem Hakiem.
    Łyżka Any zatrzymała się tuż przed otwartymi ustami i wróciła z powrotem do talerza, przy okazji brudząc go, niestarannym i szybkim ruchem.
    - Kapitan Hak? - rzuciła, niby to udając niewinny ton, choć błękit oczu już zaczął niebezpiecznie się iskrzyć.
    - Dziecko, chyba nie myślisz... - zaczęła Eve. Księżniczka była jej naprawdę wdzięczna, że nie tytułowała jej w ten sposób, w końcu były bardzo blisko, a traktowała ją niemal jak matkę, albo raczej babkę. Tyle, że w prównaniu do królewskiej babki, która zapewne byłaby sztywna, Eve odznaczała się najbardziej serdecznym sercem jakie Ana kiedykolwiek poznała w tym zamku. Mimo tych wszystkich zalet, kobieta nie zdążyła nawet skończyć zdania, a dziewczyna już zniknęła za kołyszącymi się drzwiami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak on śmie? Czyż nie zawarł z Elsą umowy, w której to nigdy więcej miał nie przekraczać granic Arendelle? Co za butny pirat! Nie miała jeszcze szansy mu odpłacić za ostatnie wybryki... Teraz wyrówna rachunki. Nikt nie będzie dręczyć jej siostry, ani jej królestwa. O ile rzeczywiście jest w porcie. Zatrzymała się na chwile, rozważając to, czego wynikiem natychmiast chwyciła pelerynę i wybiegła przez bramę.
      Słońce grzało dostatecznie, tańcząc promieniami po piegowatej twarzy dziewczyny, gdy ta zbliżała się do portu. Niebogate odzienie sprawiło, że bez problemu wtopiła się w tłum, zupełnie inaczej niż "Jolly Roger". Nie, żeby wyróżniał się czymś wśród innych statków. Ana wbiła sobie do głowy, że wszystkie wyglądają względnie tak samo. Ale niestety nie wtapiał się w tłum, nie tylko przez inne drewno, niż to, z którego były tworzone tutejsze statki, ale też przez tłumik gapiów, starających się być dyskretnymi z marnym skutkiem. A może to ona była zbyt dobrym obserwatorem? Nie schlebiajmy sobie...
      Na pokładzie krzątało się kilku... majtków? Marynarzy. Rudowłosa bez problemu, nie rzucając najmiejszej uwagi do szeptów jakie na siebie przywołała, zaczęła wspinać się na statek po kładce.
      - Czyżby to niesławny Jolly Roger? Jeśli tak, a waszym kapitanem nadal jest Hak, jako księżniczka Arendelle, do którego przybyliście, rządam natychmiastowego spotkania z nim. - oznajmienie dość głośne, Ana zastanawiała się czy nie zbyt dumne, ale czyż nie od tego posiada się tytuł królewski? Stała więc tak tylko, sztywno wyprostowana, oczekując innej odpowiedzi niż tylko paru szyderczych śmiechów.

      Ana

      Usuń
  6. [ Przepraszam za to coś pod spodem ;-; ]

    Ostrożnie stawiała stopy na kamieniach, muskanych przez wodę. Leniwy prąd strumyka niósł ze sobą pierwsze wiosenne liście wraz z kwiatami, a przyjemny dla ucha plusk wody, roznosił się po całej polanie, idealnie komponując się ze śpiewem ptaków. Czuła błogi spokój, wyciszenie, jak nigdy dotąd. Rozłożyła ręce, starając się utrzymać równowagę. Zadarła lekko głowę do góry, pozwalając, aby padło na nią światło księżyca. Nie mogła zasnąć. Szła dalej, dość szybko przeskakując z kamienia na kamień, co z daleka mogło przypominać taniec. Jej ruchy były dość sztywne, mechaniczne, niepasujące do księżniczki od najmłodszych lat oswojonej z etykietą, wszelką powstałą muzyką i krokami. Ona po prostu nie miała do tego ręki, a raczej stóp. Ale nikt jej teraz nie oceniał. Nie nazywał wiedźmą, potworem, pedantem. Taka jej mała wolność, za murami zamku, pozornym więzieniem. Wiedziała, że nie dane jej będzie opuszczenie azylu. Rządy miała sprawować z sali tronowej, kontakt z ludźmi miał być ograniczony, a jej obecność na ważnych uroczystościach nieobowiązkowa. Do tego ją przygotowywali. Nie miała zamiaru zawieść ojca.
    Wszystkie rzeki wpadają do morza, tworząc ogromną sieć. Wreszcie mogłaby wyjść z pałacu i zobaczyć port, dziedziniec, tych wszystkich ludzi, dla których wkrótce stanie się królową. Znowu poczuła ten ciężar na sercu, odpowiedzialność, troskę o mieszkańców. Ale i strach. Lepiej byłoby, gdyby została w środku, gdzie było bezpiecznie. Gdzie nie musiała się tak kontrolować. Gdzie nikt jej nie widział. Sama. Samotność była jej ochroną.
    Rozejrzała się wokół siebie, sprawdzając czy nikt się w okolicy nie kręci. Na polanie nie było ani żywej duszy. Ściągnęła jedną ze swoich nierozłącznych rękawiczek, kucając na większym kamieniu i zbliżając rękę ku wodzie. Wzięła głęboki oddech, delikatnie muskając palcem wskazującym ciecz. Rozbiła swoją wewnętrzną blokadę, pozwalając, aby zimno przeszło przez jej rękę, stając na wodzie i zmieniając jej stan. Lód zaczął się rozprzestrzeniać. Szybko. Zbyt szybko. Po chwili cały strumyk został zamrożony.
    - Księżniczko Elso! - usłyszała czyjś głos, który o mały włos nie przyprawił jej zawału. Gdyby ktoś to zobaczył... Teraz wszystko można było zwalić na niedawną zimę. W pośpiechu założyła rękawiczkę, schodząc na soczyście zieloną trawę i wygładzając suknię. Serce biło jej w przyspieszonym tempie. Uniosła brew w niemym pytaniu, patrząc na sługę. Co on tu robił? - Obcy statek przypłynął do portu, a jego załoga zaczęła kraść co popadnie! - wyjaśnił, przejmującym się tonem. Elsa wytrzeszczyła oczy ze zdezorientowania. Dzisiaj. Akurat dzisiaj musieli napaść na port. Podczas, gdy całe lata panował pokój. Zero sprzeczek. Grabieży. Dzisiaj. Gdy rodzice zostawili w jej rękach władzę, wyjeżdżając do sąsiedniego królestwa z Anną, aby zawrzeć sojusz. Arendelle było w potrzebie. Musiała coś zrobić, a na pewno nie będzie siedzieć bezczynnie. Gniew się w niej kotłował, ale jak zwykle nie okazywała tego na zewnątrz. Wykazała się stoickim spokojem, rzucając znaczące spojrzenie poddanemu i idąc do zamku po konkretną rzecz. Szable.
    Szybko znalazła wiszącą broń na ścianie. Pełniła ozdobną funkcję, lecz widziała, gdy niedawno ktoś ją ostrzył. Powinna się nadać. Chwyciła za rękojeść, ważąc w dłoni jej wartość. Nie grzeszyła umiejętnościami bojowymi, jej jedyna wiedza z tego obrębu kończyła się na oglądaniu sekwencji z walk rycerskich. Obróciła szablę w dłoni, uważnie się jej przyglądając. Niewielki łut szczęścia bardzo by jej pomógł, zwłaszcza, że miała do czynienia z zawodowymi złodziejaszkami. Piratami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przechodząc przez bramę, założyła kaptur swojej peleryny na głowę. Mknęła niepostrzeżenie, lawirując między ludźmi, wtapiając się w tłum. Nikt nie zauważył drobnej istotki, trzymającej się z boku. Przystanęła przy jednym ze sklepików, starając się rozeznać w sytuacji. Ludzie krzyczeli, tarmosili się, rzucane były nieprzyzwoite słowa. Broń, którą posiadali piraci, skupiała na sobie wzrok mieszkańców Arendelle. Obrabowywano wszystkie sklepy, ludzi, zwierzęta. Elsa zacisnęła ręce w pięści, rzucając im wrogie spojrzenia. Obok siebie usłyszała męskie głosy. Przylgnęła bardziej do ściany, wytężając słuch. Wyłapała pojedyncze słowa, takie jak kapitan, statek, przynieść zdobycz. Uniosła prawy kącik ust do góry. Już wiedziała, co jest źródłem kłopotu. Wyeliminuje przywódcę, a cała banda piratów zniknie.
      Nietrudno było znaleźć okręt. Potężny Jolly Roger przycumowany przy porcie, wyróżniał się z tłumu. Bez oporów zaczęła wchodzić na pokład, licząc, że zastanie na nim kapitana. Mięśnie miała napięte, przyszykowane do ataku, a zmysły wyczulone. Najgorsze było to, że podłoże dryfowało. Nie przywykła do tego. Kiedy ostatni raz płynęła statkiem? Jakoś nie zapadło jej to w pamięć. Miała nadzieję, że nie dostąpiła tego zaszczytu posiadania choroby morskiej. Ściągnęła kaptur, kierując się na prawą burtę. Kilka kosmyków wysunęło się z jej warkocza, opadając na jej oczy. Zauważyła go. Wyciągnęła szablę spod peleryny, wystawiając ją przed siebie. Nie starała tłumić swoich kroków, zapewne widział, gdy wchodziła na okręt. - Jako władczyni Arendelle, rozkazuję ci zwrócić wszystkie łupy i odpłynąć w swoje strony. - rzuciła mu wrogie spojrzenie, zbliżając się do niego. Jak on śmiał grabić jej królestwo?

      Lysse Snow

      Usuń
  7. Oddech lekko jej drżał, wydobywające się zbyt szybko z nozdrzy powietrze zdradzało tą odrobinę zaniepokojenia w sercu Any. Reszta jej ciała stała jednak dumnie, z piersią wypiętą do przodu, i oczami bystrze rozglądającymi się, tak szybko, że nie zatrzymywały się na niczym na więcej niż parę sekund.
    Ktoś coś krzyknął, ktoś gdzieś pobiegł. Ana nadal stała. Zignorowała komentarze gdzieś ze strony mężczyzn; "co oni by zrobili z taką zarozumiałą dziewuszką". Były na tyle obrzydliwe i na tyle nie przyzwoite, że dopóki nie zamierzali w żaden sposób wdrażać ich w życie, nie musiała się w najmniejszy sposób przejmować. Znaczy, musiała. Normalnie pewnie nie wytrzymałaby i pokazałaby piratom, co myśli o takim wyrażaniu się. Ale miała cel, miała zadanie, którego nie mogła zawieść przez zwykłe obelgi.
    Słysząc zbliżające się kroki uniosła podbródek lekko do góry, wraz z nim zadzierając nosek. Niebieskie oczy pociemniały, spoczęły w końcu na dziobie statku, skąd przed uchylone drzwi wynurzyła się sylwetka. Wysoki, ciemnowłosy, z urodą bardzo nie pasującą do Arendelle. Zarost pokrywał zarysowaną szczękę, a jego oczy wydawały się być tego samego odcieniu, co głębia oceanu. Hak, to po nim go poznała, lecz oczywiście nie tylko. Na pokładzie zaległa cisza, widoczny znak szacunku wobec kapitana, a sam sposób jego bycia sugerował jego rangę.
    - Najlepiej jak najszybciej się stąd wynosząc. - odpowiedziała od razu, oburzonym głosem, nie czekając nawet, aż się zbliży. A gdy już to zrobił, podeszła do niego, wkładając w kroki dużą siłe, i nie mogąc się powstrzymać, dźgnęła go parokrotnie palcem w pierś. - Jak śmiesz powracać do tego portu. Jak śmiesz jeszcze raz się tu pokazywać. Jak śmiałeś dopuścić się napaści moją rodzinę i na moje królestwo. I przede wszystkim jak śmiełeś uprowadzić moją siostrę! - z każdym ruchem staławała się bardziej agresywna, bo jedny powód, dla którego Ana była zdolna do wszystkiego, to właśnie siostra. Policzki zapłonęły jej z gniewu, serce miotało się wściekłe w drobnym ciele, a sama dziewczyna usilnie ignorowała niezadowolone pomruki ze strony załogi, że ktoś śmie tak traktować ich kapitana. Nie obchodziło ją to, tak samo jak nie obchodził jej własny tupet.

    [Dialog ssie, wiem xD
    Ale dzisiaj robiłam za kurę domową, więc proszę o wybaczenie xD]

    Ana

    OdpowiedzUsuń
  8. Alice przekręciła oczami i westchnęła głośno.
    - Nie umiesz wyłapać żartu, hm? – zapytała, siadając z powrotem na kanapie. – No co zrobisz? Nic nie zrobisz. Nic nie poradzę, że jesteś drętwy jak to krzesło w kuchni!
    Rozłożyła ręce.
    Czas na głupie odzywki Ali, które ponad tego lubiła. Może i chciała praktykować? Ale cóż z tego, jeżeli miała tak tylko, gdy była pod wpływem alkoholu?

    Alice

    OdpowiedzUsuń
  9. [Najgorsze jest to, że chyba wpadło mi coś do głowy, ale zapomniałam. Ale poczekaj, gdzieś mignęło, że Hak próbował się zabić i powiedz teraz, czy w jakiś sposób możemy to wykorzystać w wątku? Bo tak na szybko wymyśliłam (po przeczytaniu Twojej karty ;), że dawno dawno temu, kiedy Morgana zjawiła się w Fabletown i zaczynała pracę w redakcji, na początku dostawała jakieś durne i dalekie od prawdziwego dziennikarstwa zadania, czyli nekrologii i wywiady z mieszkańcami. Może z Hakiem właśnie? Oprócz tego mam w zanadrzu: porwanie ich obojga, Hak chciał kogoś znaleźć i mógł poprosić o to Morganę, Hak chciał kogoś zniszczyć i o to też ją prosił albo co tydzień w czwartki siedzą razem w barze i piją, użalając się nad życiem. Trochę mi głupio, bo akurat z tą postacią nietrudno jest mi coś wymyślić, a teraz mam pustkę w głowie. :c]

    Morgan Myers

    OdpowiedzUsuń
  10. [Wybacz tak długą nieobecność :)
    Lucy za dużo w szoku nie powiedziała, by więcej mogła opowiedzieć już w celi :D]

    „Oboje się nie popisaliśmy…”, powtórzyła w myślach jego słowa. To znaczy, że Hak uważa się za współwinnego? Otworzyła usta. Miała zamiar o wszystkim mu opowiedzieć, o każdej sekundzie jej życia z nadzieją, że choć po części ją zrozumie. Nie mogła darować sobie tego, że mężczyzna obwinia się za cokolwiek, choćby częściowo. Musi wiedzieć o wszystkim. Musi!
    Błysnęło. Odbita łuna mignęła jej po oczach i momentalnie określiła, co oślepiło ją na ułamek sekundy. Hak. Zamiast dłoni, na nadgarstku tkwił hak. Lucy wstrzymała oddech, zupełnie zaskoczona i jeszcze bardziej załamana. Jednocześnie usłyszała ciężkie kroki na pomoście, a wszystko działo się zbyt szybko. Kilku funkcjonariuszy okrążyło ich, coś mówili i warczeli, jednak zapłakany wzrok dziewczyny wciąż skupiony był na ostrym haku. Jej towarzysz coś krzyknął, tamci odpowiedzieli nerwowo. Krew z jej poranionej drzazgami dłoni kapała na spróchniały pomost, dopóki jeden z policjantów nie chwycił za nią mówiąc coś o dewastacji. Lucy wrzasnęła z bólu, zaczęła się wyrywać, zupełnie nie wiedząc, co się dzieje. Chcieli usłyszeć ich nazwiska, potem grozili aresztem. Ponownie zakręciło jej się w głowie. Hak znów błysnął, odbijając światło księżyca. Nie widziała już nic poza nim, gdy policjanci prowadzili ich do radiowozu.
    Milczała całą drogę. Poczuła ogromne zmęczenie, a oczy piekły ją niemiłosiernie. Nie obchodziło ją dokąd jadą, czy policja odwozi ich do domów, czy też na komisariat. Toczyła właśnie wewnętrzną wojną z samą sobą, próbując poukładać wszystko w głowie. Wydarzenia z ostatnich minut wydawały jej się tak nierzeczywiste, że sama zaczęła wątpić, gdzie właściwie się znajduje. I gdyby nie fakt, że policyjne auto podskakiwało na każdej nierówności mogłaby przysiąc, że to tylko sen.
    Zatrzymali się na tyłach komisariatu. Jeden z oficerów oświadczył, że zostaną tu do rana, aż wytrzeźwieją, by nazajutrz mogli ich przesłuchać w sprawie zniszczonej motorówki. Lucy parsknęła cicho i pozwoliła wyprowadzić się z wozu. Ukradkiem spoglądała na Haka. Ten zataczał się od nadmiaru alkoholu, jednak jego skupiona i napięta twarz świadczyła o tym, że zastanawia się nad wszystkim równie intensywnie, jak ona. Weszli do środka. Cały komisariat przesiąknięty był zapachem świeżej farby. Funkcjonariusze poprowadzili ich przez korytarz pełen zachlapanych drabin, puszek, pędzli i wałków do malowania. Podobny widok ujrzeli kilka chwil później, przy rzędzie cel. Jeden z mężczyzn przeszedł wzdłuż nich, po czym wzruszył ramionami.
    - Wygląda na to, że tylko jedna jest gotowa… - mruknął, po czym wprowadził Haka i Lucy do celi – I nie chcę słyszeć żadnych kłótni.
    Zamek zazgrzytał, usłyszeli tylko kroki na schodach i całkowitą ciszę. Byli tu zupełnie sami, w jednej celi, w środku letniej nocy. Dziewczyna przełknęła ślinę, tym razem nie spoglądając Hakowi w oczy. Patrzyła na hak. Chwyciła go za rękę.
    - Jak to się stało? – jęknęła przerywając ciszę.

    Lucy

    OdpowiedzUsuń
  11. Błysnęła szerokim uśmiechem, po czym wraz z Huckiem ruszyła w stronę kuchni. Gdy już tam weszli, a mężczyzna usiadł na krześle, Scarlet podeszła do szafki.
    — Dla ciebie sypana, prawda? — zapytała, wyciągając już opakowanie z kawą. — Ja biorę rozpuszczalną, jak zwykle. A, właśnie! Gdzieś tu miałam ciasteczka...
    Spojrzała w górę, gdzie była kolejna szafka. Problem polegał na tym, że Scarlet nie należała do osób wysokich. Mierzyła sobie jedynie metr sześćdziesiąt, więc ciężko było jej sięgać do czegoś, co było położone wysoko. Niestety, to nie ona planowała układ mebli.
    — Huck, pomożesz? — Odwróciła się w jego stronę. — Ja nie sięgnę. A tam są ciasteczka. Wiesz, jakie? C-Z-E-K-O-L-A-D-O-W-E. Z jagodowym nadzieniem. — Ostatnie równoważniki zdań wyszeptała konspiracyjnym szeptem, nachylając się nad stolikiem, przy którym mogły zmieścić się maksymalnie trzy osoby.
    Wszystkiemu towarzyszył jej szeroki uśmiech.

    Scarlet

    OdpowiedzUsuń
  12. Stała tuż przed nim, z wściekłym uporem wwiercając w niego iskrzące spojrzenie niebieskich tęczówek. Najchętniej starałby ten zadziorny uśmieszek z twarzy kapitana i pozostawiła na niej fioletowo-różowe zaczerwienienie w postaci siniaka. A więc wpatrując się tak w niego zaciekle, może nawet prowokacyjnie, z chęcią zdzielenia go jak najmocniej, starała się jak najspokojniej wysłuchać jego słów. Bezwzględu na to, co powie, powinna postać niewzruszona. Tak, a na pewno wszystkie emocje, które teraz się w niej kotłowały idealnie sprzyjały postaci Any jako ostoi spokoju.
    Pomimo wielkiego, samoistnego wyparcia na jego słowa, Hak miał racje co do tego, że znalazła się w tej samej sytuacji co Elsa. Ale... Elsa jeszcze wtedy nie panowała całkowicie nad swoimi mocami, na pewno była też przerażona, wizją piratów najeżdżających Arendelle podczas nieobecność jej i ich rodziców. A Ana? Ana z cała świadomością i premedytacją przyszła tutaj, nie dbają o to co się stanie. Jedno musiała przyznać ludzią dookoła. Jest lekkomyślna.
    - E l s a. Zaatakowała. C i e b i e? - tego już było za wiele. - To Ty wpłynąłeś do naszego portu! Ty zaatakowałeś Arendelle! Elsa tylko broniła swojego państwa, a teraz robię to ja. Nie dopuszczę do jakiegokolwiek następnego rozboju... - urwała, czując na swojej głowie chłodny metal. Różowe usteczka rozchyliły się lekko z zaskoczenia. Gest pirata całkowicie zbił ją z pantałyku, i zanim dotarło do niej co to oznacza, już wyrywała się kilku łapom współtowarzyszy Haka.
    - Puszczaj...! Jak śmiesz...! - jeszcze parę takich wyrwało się z jej gardła, ale szybko dała sobie spokój. Wierzganiem i krzykiem nie okaże królewskiej postawy. Podniosła podbródek, by kontynuować wściekłe spojrzenia w stronę mężczyzny. Zamierza utrzymać honor do końca.
    Zacisnęła wargi dopiero wtedy, gdy zdarł z niej plerynę. To była rzecz którą bardzo ceniła. Nabyta w góra, przypominała jej o tym, żeby nigdy się nie poddawać. I tak będzie też tym razem.
    - Elsa nie przepuści Ci tego płazem, piracie. - ostatnie słowo było przepełnione negatywnością. - Gdy tylko się dowie, nie pozostanie po Tobie najmniejszy ślad. Żadne inne prawo, jak tylko to, nadane przez królową, nie pozwala Ci ponownie wpływać do tego portu. A uwierz mi, nie chcesz widzieć mojej siostry wściekłej.

    [No! Przepraszam, muszę Ci powiedzieć, że odpis napisałam od razu, jak zobaczyłam Twój, ale zapomniałam go wkleić xDDD Wciąż nie moge się temu nadziwić xD]

    Trochę zakręcona, Ana

    OdpowiedzUsuń
  13. Wzruszyła ramionami, ocierając dłonią czoło.
    - Zdarza się – burknęła i oparła się o miękką powierzchnię kanapy. Chyba nic nowego, swoje poczucie humoru straciła dawno temu.
    - Nie wierzę, że gadam z kimś aż tak długo.

    [I wróciłem z nad morza. :D Czas na zaległe odpisy. ;)]
    Alice

    OdpowiedzUsuń
  14. Scarlet wzięła z pudełka ciasteczko i od razu wsadziła je do ust. Przewróciła oczami, tak dobre było.
    - Maho, akie o ohre - powiedziała z pełną buzią, przez co zdanie było kompletnie niezrozumiałe, no ale cóż.
    Włączyła wodę, by się zagotowała, a z szafki wyjęła dwa kubki. Może powinna podać kawę w filiżankach, ale niezbyt się tym przejmowała. Znała Hucka i wiedziała, że takie rzeczy go nie obchodzą. No i Scarlet nie miała filiżanek. Wsypała do kubków stosowną ilość łyżeczek kawy.
    - Ja... - Zmarszczyła nieco brwi, siadając przy stoliku. - Nie chcę się zadłużać. Nie wiadomo, kiedy znajdę nową pracę, a więc i kiedy będę mogła oddać pożyczone pieniądze. No i nie wiem, co z tym. - Przejechała palcami po wstążce. - Czy będę mogła się zwolnić?
    Usłyszała charakterystyczne pyknięcie, więc wstała i wlała wodę do kubków. Przeniosła je na stolik, z blatu kuchennego wzięła cukierniczkę, a z lodówki - mleko.
    - Swoją drogą... Dawno nie byłam w Trip Trap. Dalej tam grasz? - zapytała, wlewając do kawy mleko. - Jeśli nie, to nie będę miała po co przychodzić! - Ponownie się uśmiechnęła i wzięła ciasteczko.

    Scarlet
    [ Spoko, nic się nie stało. :D ]

    OdpowiedzUsuń
  15. [ Shh, nie tłumacz się. Różnie to z odpisami bywa, moje też nie są najczęstsze, ale są :) I jako, że teraz zaczyna się walka, to je może trochę skróćmy, aby akcja była bardziej dynamiczna, hm? ]

    Czuła na sobie jego wzrok, jakby chciał przedrzeć się przez jej duszę i poznać każdy, nawet najmniejszy, sekret, as w rękawie, umiejętność. Wszystko, co dawało mu nad nią przewagę, doprowadzając do nieuchronnego upadku. Musiała ocalić Arendelle. Jeśli nie teraz nie dawała rady, to co będzie, gdy obejmie władzę? Państwo upadłoby tak szybko, jak śnieg wystawiony na gorące słońce. Skupiła się. Nadzieja jeszcze jej nie opuściła. Miała szanse w starciu, małą, ale zawsze jakąś. Ona też uważnie śledziła go wzrokiem. Od najmłodszych lat jej wpajano, że piraci są tak samo nieobliczalni, jak żądni pieniędzy. Zdawała sobie sprawę z tego, że przeciwnik jest wyższy, bardziej umięśniony, ma większe doświadczenie w walce i znajdują się na jego terenie, gdzie poruszał się jak ryba w wodzie, znając każdy zakamarek własnego okrętu. Nie zraziło ją to. Zejdzie stąd w blasku chwały albo będzie walczyć o swoje.
    Stała na swoim miejscu, w pełni gotowości, nadal wyciągając przed siebie szablę. Czekała czy jej słowa odniosą zamierzony efekt, choć nie sądziła, że migiem wszystko zwrócą i odpłyną w siną dal. W końcu paprali się w najmniej honorowej robocie. Piraci. Jakby nie mogli zająć się czymś uczciwym. Nawet z tych najbardziej pospolitych zawodów dało się wybić i osiągnąć szacunek. Tia, łatwo jej było mówić, bo sama dorastała w pałacu, nosząc piękne suknie, uczęszczając na rozmaite lekcje i trenując dworską etykietę. Jej największym zmartwieniem stanowiła kontrola, podczas gdy kłopotem piratów było samo utrzymanie na życia. A przynajmniej tak o nich myślała, kto widział co trzymają pod pokładem. Zarabiali na bogactwach innych ludzi, czerpiąc z tego satysfakcję. Zapewne myśleli, że starczy sam statek, czapka kapitana i już osiąga się powszechny szacunek.
    Cisza wcale jej nie przeszkadzała, wręcz przeciwnie. Przez tyle lat stała się jej sojusznikiem. Przez ściany mogła usłyszeć radosne trajkotanie Anny, tańczące płomienie ognia w kominku czy odległy śpiew ptaków. Zdążyła się przyzwyczaić tylko do swojego towarzystwa. Teraz starała się wyłapać najmniejszą oznakę w zachowaniu pirata, aby go rozgryźć. Nie słyszała o nim za wiele, choć może nie słuchała. Kierowała się po prostu stereotypem. Zwykle gdy padało słowo "pirat", wyobrażała sobie mężczyznę z kikutem zamiast jednej nogi, z papugą na ramieniu i tak dużym kapeluszem, że po prostu w nim tonął. Musiała przyznać, że kapitan stojący przed nią, był przystojny.
    - Najwidoczniej dostałeś błędne informacje. Tak to jest, gdy jedynym sposobem komunikacji z wami jest list w butelce. - posłała mu drwiący uśmiech, opuszczając nieco szablę, ale nie spuszczając z niego wzroku. - Ty zapewne zrobiłbyś to samo dla swojej załogi, kapitanie. - wycedziła ostatnie słowo, czując się nieco urażona takim postawieniem faktów. Może i takie posunięcie było nierozważne, ale znacznie skuteczniejsze niż budzenie dowódcy wraz z innymi żołnierzami. Na dodatek wątpiła, aby gwardia królewska przeważała siłą na terenie wroga. Coś musiała zrobić, nawet jeśli było to niebezpieczne. Zacisnęła ręce w pięści, posyłając mu lodowate spojrzenie. Na jego teatralny ukłon tylko przewróciła oczami. - Uznasz za stosowne..? - powtórzyła, jedną dłoń kładąc na swoje biodro. Jak on śmiał? - Masz na myśli grożenie z ostrzem na twojej szyi? Da się zrobić. - wysiliła się na pewny siebie uśmieszek, choć doskonale wiedziała, że nie byłaby zdolna do spełnienia tej groźby. Nawet nie wiedziałaby jak zaskoczyć Haka, przyszpilić go do... czegoś na tym przeklętym okręcie i przystawić mu szablę. Poza tym od najmniejszych lat uczono ją rozwiązywać spory pokojowo. Nawet przed piratami. Chociaż widząc ten jego uśmieszek, miała ochotę zetrzeć mu go z twarzy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zmarszczyła brwi, gdy zerknęła na jego hak. Zaczęła sobie przypominać, to, co kiedyś usłyszała od podwładnych, którzy fascynowali się morskimi wyprawami. Gdyby oni teraz tu stali, zapewne błagaliby Haka o autograf. Słynny kapitan zjawił się w jej porcie, myśląc, że może robić co mu się żywnie podoba. Nic bardziej mylnego. Słysząc hałasy, dochodzące z tyłu, spojrzała przez ramię. Pachołki pirata wnosiły na okręt łupy. Rozwarła usta, widząc ile tego wszystkiego było. Zauważyła klejnoty, które pewnie zdarli prosto z szyj kobiet, beczki z Bóg wie czym, a nawet ktoś przytaszczył wieprza. Zamknęła usta, obracając się do Haka. Ponosił za to pełną odpowiedzialność.
      - Mały układ? - uniosła brew. Najwidoczniej od początku się na to zanosiło, a jak sam zauważył okoliczności były sprzyjające. Właściwie czemu nie? Była wystarczająco zdeterminowana, aby wypchnąć go za burtę, a walka bronią białą nie mogła być aż taka trudna. Odepchnęła na bok wątpliwości. Wzięła głęboki wdech, zgarniając pojedyncze kosmyki za ucho. - Zgoda. Masz moje słowo. - oznajmiła. Tylko czy mogła zaufać piratowi, w kwestii dotrzymania obietnicy? Nie miała zbyt dużego wyboru...
      Wokół nich utworzyło się dość spore kółko, które bossman teraz rozszerzał. Czuła na sobie wzrok tych wszystkich ludzi, a wyczekiwanie na pierwsze ciosy wisiało w powietrzu. Usłyszała też parę szeptów, niepochlebnych słów kierowanych pod jej adresem, ktoś też stawiał zakłady. Ściągnęła płaszcz, odrzucając go gdzieś niedbale na bok. Jedynym minusem było, że miała na sobie suknię. Po stokroć bardziej w tym momencie wolałaby spodnie. Przeboleje to. Uniosła trochę szablę, lustrując ciało kapitana wzrokiem i szukając miejsca na pierwszy atak. Zamachnęła się, licząc, że trafi prosto w brzuch.

      (Nie)pewna zwycięstwa Lysse Snow

      Usuń
  16. - Naprawdę? – Zdziwiła się. – Nie sądziłam, że tacy jak ty, są w typie wariata takiego jakim jestem ja…
    Zmarszczyła czoło. Źle ujęła te słowa, chociaż wyraz zdziwienia pozostawał ten sam. Nie mogła uwierzyć, ze taki pirat to samotnik od siedmiu boleści. Niczym Alice? Nie…

    Alice (w skupieniu)

    OdpowiedzUsuń
  17. [Nic się nie stało, u mnie też sporo się dzieje na koniec tych wakacji c;
    Ale po co gadać, czas na pisanie!]

    - Zmarszczki? To mówi facet, który sam wygląda jakby miał 150 lat! - cóż, może faktycznie trochę kłamała... Ale ten wzrok, zachannie przesuwający się po niej, doprowadzał do szału. I dreszczy.
    - Będę się wściekać ile mi się żywnie podoba! - zakrzyknęła z mocą, równie silnie odpierając spojrzenie mężczyzny i nie dając się zawstydzić. W tej chwili gotowała się w niej nienawiść. Czy to jest normalne uczucie? Nie tylko przez to, co zrobił kiedyś, ale przez to jak to traktował i co robił teraz.
    - Ah, tak? A więc uważasz, że kobiety nadają się tylko do żądania za nie okupy lub do uniesienia spódnicy? Jesteś obrzydliwy, piracie... - głos jej się urwał, gdy chłód metalu spoczął, tym razem na policzku. Słowa zamilkły, a Ana odwróciła gwałtownie głowę, próbując uciec przed dotykiem haka. Dobrze, że była jeszcze na tyle ubrana, że nie mógł dostrzec gęsiej skórki, która pokryła jej ramiona. Zaraz po tym zimnym doznaniu zalała rudowłosą fala żaru, tak płomienna jak jej włosy.
    - Nikt nie przyśle innej kobiety, bo przyszłam tu z pobudek osobistych. Odważyłeś się skrzywdzić najważniejszą osobę w moim życiu. Ale co Cię to obchodzi? Przecież Ty na pewno nie wiesz co to miłość. Piracie.

    [Swoją drogą, co do tupania i upominania, myślę, że Ana właśnie na to liczyła, znając ją xDDD]

    Ana

    OdpowiedzUsuń
  18. [Haha, nie ma sprawy ;)
    Proszę bardzo, zasłużyłaś <3 Kurcze, ale ten czas minął :D]

    - Co? – jęknęła, mocniej zaciskając dłoń na jego przedramieniu – Davy to zrobił?
    Znów miała ochotę się rozpłakać, jednak łzy jakoś nie chciały napływać. Bała się pytać dalej. Każde kolejne zdanie wypowiadanie przez Haka bolało jeszcze bardziej, a do Lucy docierało, jak wiele zła wyrządziła jedną decyzją. Miała jednak niepowtarzalną okazję, by wszystko wyjaśnić i niczego innego w tym momencie nie pragnęła. Kiwnęła głową i wolno puściła jego rękę, na moment zaciskając jeszcze dłoń na mankiecie rękawa.
    Utkwiła w nim wzrok spuchniętych błękitnych oczu, który Hak za wszelką cenę pragnął uniknąć. „Aż tak bardzo się nie zmienił”, pomyślała. Wciąż dobrze pamiętała te gesty, sposób mówienia i chodzenia. Nawet włosy zaczesywał w ten sam sposób. Zupełnie, jakby wszystko działo się jeszcze wczoraj, a minęło tyle czasu.
    - Nie jestem człowiekiem – zaczęła starając się, by ton jej głosy nie drżał już tak bardzo – Jestem nimfą i naprawdę nazywam się Lorelei. To miała być tajemnica, która nigdy nie wyjdzie na jaw, bo moje poprzednie życie, zanim się spotkaliśmy, wyglądało zupełnie inaczej. Bałam się, że nie zrozumiesz i…
    Głos załamał jej się na moment i spuściła głowę. Jej delikatny głos odbił się ledwo słyszalnym echem po pustym korytarzu. Było tyle rzeczy, tyle tajemnic, o których nie wiedział. Gdyby powiedziała o wszystkim na samym początku, może wszystko skończyłoby się zupełni inaczej.
    - Zanim się spotkaliśmy, długo cię obserwowałam, wiesz? Bo mimo, że się nie znaliśmy, to wiedziałam, że jestem miłością mojego życia, pierwszą i jedyną, ostatnią. Porzuciłam wszystko, by być z tobą. I nigdy nie byłam tak szczęśliwa jak wtedy, gdy po raz pierwszy na mnie spojrzałeś.
    Znów wpatrywała się w Haka, pragnąć, by choć na moment na nią spojrzał. Tak, jak robił to kiedyś, nawet jeśli nie zobaczy w jego oczach tego samego uczucia. Jego widok przywoływał kolejne piękne wspomnienia, a Lucy dopiero teraz zdała sobie sprawę, jak bardzo jej go brakowało. Był tak blisko, a jednocześnie tak daleko i nie mogła tego znieść.

    Lucy

    OdpowiedzUsuń
  19. [Łał. On jest genialny! Musimy coś sklecić. Koniecznie, wątku z Hakiem nie odpuszczę ;) Wolisz z powiązaniem czy bez?
    Co do karty Dymitra - liczyłam na nieco bardziej artystyczną formę. Miało być jakieś opowiadanie, scenki, coś... poza tym zamierzałam bardziej dopracować jego przeszłość i jeszcze bardziej odnieść się do osi historia bajkowa kontra ta sama historia realnie.]

    Dymitr

    OdpowiedzUsuń
  20. [Hm, pomysł mówisz. W zasadzie mam, ale nie wiem, czy dobry ;)
    Swego czasu, Dymitr desperacko szukał Anastazji. Podobnie jak Hak teraz, tak on wcześniej był niesamowicie samotny. Myślę, że będąc po raz pierwszy w Trip Trap mógłby nie wiedzieć, kim jest Huckelberry. Podszedłby do niego, zagadał, licząc, że Jones może widział w Fabletown taką to a taką dziewczynę. Do końca spotkania, Dymitr nie miałby pojęcia z kim rozmawia. To byłoby ich pierwsze spotkanie.
    Drugi raz zetknęliby się dopiero teraz, po kilku latach, ale w mniej spokojnych okolicznościach - ludzie (?), którzy chcą wykończyć moją postać by go dorwali i chcieli zabić, ale przypadkiem pojawiłby się tam Hak.
    Co ty na to?]

    Dymitr

    OdpowiedzUsuń
  21. [Hah, czuję, że to będzie dobre :D To teraz ostatnia kwestia: kto zaczyna? Skoro mój pomysł to twój początek, czy, jako że zaczyna się od kłopotów Dymitra, ja mam się wysilić?]

    Dymitr

    OdpowiedzUsuń
  22. [No hejka!:) Wątek jakiś trzeba napisać, tym bardziej, że nie udało się nam dokończyć poprzedniego, bo swego czasu źli ludzie zabrali mi internety! A później jeszcze zapomniałam hasła na maila i w ogóle malinowy zawrót głowy i Savannah - Nala zaginęła w niewyjaśnionych okolicznościach;3 Jeśli więc masz chęć na wątek tym razem z Anastazją, będę zaszczycona:)]

    Anastazja

    OdpowiedzUsuń
  23. [W takim razie czekam ;) (Nie)cierpliwie.]

    Dymitr

    OdpowiedzUsuń
  24. [Wiem, też nie znosiłam zmian szkół, choć jakoś specjalnie nigdy do niczego ani do nikogo się aż tak nie przywiązywałam xD Ale nowe miejsce to zawsze nowe problemy, zwłaszcza jeśli chodzi o szukanie konkretnej sali… :D Jak tam pierwsze dni? ;)
    Ja w tym roku skończyłam edukację (jakkolwiek to brzmi xD), magisterka obroniona i właśnie od dwóch miesięcy zabieram się za szukanie pracy xD Słabo mi to na razie wychodzi, bo ciągle jestem na różnych wyjazdach i gdzieś w trasie ;) A teraz siedzę w Karpaczu, ale znalazłam wi-fi, więc mogę ci odpisać :D]

    Przełknęła ślinę, czując zimny metal na twarzy. Wzrok Haka mówił zbyt dużo, zbyt wiele emocji widziała w jego smutnych oczach. I uczuć, których nie mogła określić. Widziała w nich swoje marne odbicie. Przeszedł ją dreszcz lęku, jaki przechodzi człowieka stojącego naprzeciw groźnego psa, którego reakcja jest największą zagadką.
    Krzyknął, a potok łez znów spłynął po jej policzkach. Zupełnie ją zamurowało i stała tak przez chwilę, wpatrzona w niego, nie wiedząc co robić. Coś znów pękło, gdzieś wewnątrz niej. Nigdy nie usłyszała nic gorszego na swój temat, nic bardziej bolesnego i tak nieprawdziwego. Te słowa zabolały, bardzo zabolały.
    - A więc zrób to! – wrzasnęła z rozpaczy – Wbij mi ten hak w gardło! Nie, lepiej w serce! Oboje przestaniemy się męczyć. Codziennie myślę o tym, co zrobiłam, lub czego nie zrobiłam! Codziennie myślę o tobie; o tym, czy żyjesz; o tym, czy jest ci lepiej beze mnie. Męczę się sama ze sobą i mam już tego dość. Więc zrób to, skoro tak będzie lepiej! Skoro mnie kochasz, ale nie możesz na mnie patrzeć, to jak ja mam spojrzeć na samą siebie…
    Zakryła twarz dłońmi, a jej głos ponownie odbił się echem po pustej sali. Zaniosła się głośnych szlochem. Kochał ją i nienawidził, a ona kochała jego i nienawidziła siebie. Nigdy nie sądziła, że tak sprzeczne uczucia mogą żyć w jednej osobie. Widziała, że tak będzie. Czuła, że gdy opowie mu o sobie, on nie zrozumie. Choć kiedyś zabrzmiałoby to inaczej. Teraz prawda pogrążyła ją jeszcze bardziej. Może Hak miał rację? Może jej natura nimfy podświadomie kazała go uwieść i zdradzić. Nie, nawet nie chciała tak myśleć, to nie była prawda!
    Nieznośny zapach farby zaczął mieszać jej w głowie, więc wolno oparła się plecami o ścianę i usiadła na zimnej posadzce.
    - Co mam zrobić, żebyś mi uwierzył? A może nie chcesz mi wierzyć – wyszeptała oddychając ciężko, nie mogąc powstrzymać łez – Po co miałabym kłamać? Teraz, stojąc tu, przed tobą? Po co miałabym to robić? Davy i ja… On od początku wiedział, kim naprawdę jestem: Lorelei. Wyczuł to. A ja wyczułam jego. To było silniejsze od czegokolwiek. Morska, podświadoma więź dwóch morskich stworzeń. Ale nigdy go nie kochałam. Nigdy.
    Westchnęła i zamilkła na moment. Uspokoiła się.
    - Szukałam cię. Nawet nie wiesz, jak długo. Davy nie chciał mi o niczym powiedzieć, a ja chodziłam, pytałam… Zniknąłeś. Co się z tobą działo?
    Oparła ramiona na kolanach i schowała w nich głowę, chlipiąc cicho. Nie, wcale nie było jej lepiej bez niego, mimo tych okropnych słów. Choć to spotkanie było tragiczne, pełne wyrzutów, krzyków i kłótni, to wolałaby pozostać tu na zawsze, niż wrócić na ulice Fabletown, zupełnie sama.
    - Mogłeś to zrobić – mruknęła od niechcenia ocierając oczy rękawem – Mogłeś mnie zabrać, porwać, cokolwiek… bylibyśmy teraz daleko stąd. Razem. Nawet jeśli jeszcze tej samej nocy miałby zatopić nas sztorm.

    Lucy

    OdpowiedzUsuń
  25. (Nie wiem czy dodał się mój komentarz, chyba nie - jak tak to przepraszam za dwa.
    Twoja propozycja jak najbardziej super, jak i cały Hak.
    Eris mogła mu darować życie gdyż i tak było ono nędzne (po co poprawiać jego los) i chciała dać mu szansę na zemstę na bracie, a nawet żonie. Teraz zaś będzie zła że nie wykorzystał tej szansy i uzala się nad sobą jak i ona w NY. Co ty na to? Jeśli Ci pasuje, to możesz zacząć. :) )
    Elizabeth

    OdpowiedzUsuń
  26. [Hejka. Depp jako Hatter… Nie. No nie xD W dodatku już tu jest, ale nigdy go nie brałam pod uwagę. Notkę przeczytam jeszcze dziś ;) Pianista najlepszy! Nie ma to jak stary dobry Hak. A czemu on jest w depresji, hę? No, ej. Za dobrze wyszła mi ta karta, żebym szybko rezygnowała :P mnie zawsze bawi to, gdy gdzieś widzę Colina, bo on grał egzorcystę w Rytuale i to był 1szy film, w którym go widziałam. Takie spaczenie ;D wgl uwielbiam karty w postaci wywiadu. Jej! Super wyszło! Nie chcę być tu wazeliniarzem, ale naprawdę mi się podoba. A i błąd mały w ‘potrząsną’ brakuje ‘ł’ ;) Wgl słucham Moonlight Sonatę i bajerancko pasuje. Anyway co proponujesz czy burza mózgów?]

    Kapelusznik

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [HAHAHA nie. Nie wybieram się na wieczny urlop xd spokojnie. Jeffa mogą gonić ci z farmy i wtedy spotka zapijaczonego Haka, który rozpacza nad swoim losem i będą musieli uciekać kanałami. Potem można do tego dołożyć kolejny odjazd Kapelusznika i jakoś nasz wątek się potoczy :D A co do karty - serio bądź dumna. Rzadko to mówię, więc czuj się haha]

      Usuń
    2. [A, no byłabym wdzięczna ;D Do tego Dance of the Knights jako podkład i samo będzie się pisało xD To czekam w takim razie ;)]

      Usuń
  27. - Przepraszam, nie możemy dziś dostarczyć leków. - Odezwał się głos w słuchawce telefonu, trzymanego przez Izzy.
    - Jak to? Klienci czekają na swoje recepty! - Burknęła do telefonu.
    - Niestety nie ma ich na magazynie, lecz w przedwczorajszym raporcie niczego nie brakowało. - Izzy westchnęła z rezygnacji, i powstrzymując się by nie powiedzieć czegoś niemiłego, rozłączyła się, rzucając słuchawką. "Ostatni raport, kiedy on był? Ile kapsułek zjadłam od tej pory? Nieistotne, istotne jest to, że już ich nie ma - a ich potrzebuje.". Brunetka spojrzała na zegarek, zostało jej jeszcze dwie godziny pracy. Siedzenia tu na trzeźwo i gapienia się w kafelkową ścianę by nie zniosła. Sięgnęła do pierwszej szuflady wyciągając ampułki na ból głowy, w końcu tabletki przeciwbólowe nikomu jeszcze nie zaszkodziły, a może i na coś pomogły, po czym dziewczyna wyłączyła komputer i wyszła z pracy. Wiele razy zastanawiała się, jakim cudem nikt jej jeszcze nie zwolnił, lecz nie poświęcając swego czasu na kolejne rozmyślania udała się w stronę oceanu. Rzadko kto przychodził na plaże w tak pochmurny dzień jak dziś, gdy słońce wychodziło, lecz po kilku chwilach chowało się na godziny. Tym bardziej nikt nie byłby na dzikiej plaży, która była osłonięta przez skały.
    Elizabeth gdy tylko dotarła na miejsce jak najszybciej chciała wejść do wody, zrzuciła zatem swoje ubrania na brzeg i powędrowała do fal.
    Ocean był jedynym miejscem gdzie mogła się poczuć dobrze i bezpiecznie, gdy pod jej nogami następowała głębina a na ustach zostawał słony posmak nie potrzebowała żadnych leków, czy alkoholu. Z chwil beztroski, jednakże wyrwał ją czyjś głos, który jak mniemała był komplementem.
    - Jakże ocean winien być szczęśliwy i wdzięczny za to, że raczyłaś się w nim zanurzyć, pani.
    - Dlaczego zatem wyrzucił mnie na brzeg. - Powiedziała półgłosem. Zobaczyła kątem oka, hak zamiast dłoni mężczyzny stojącego na brzegu i w jej głowie zaświtała myśl, że już go zna. Powoli ruszyła do brzegu, leniwie kołysząc biodrami i zmieniając już ton na lekko zadziorny odparła. - Może tylko po to by rzucić mnie w Twoje ramiona.

    E. Panes

    OdpowiedzUsuń
  28. - Ja... ja... - Cholera jasna, nie chciała go urazić. Zbyt bardzo ceniła sobie Hucka. Czy zawsze muszę coś palnąć?, pomyślała.
    Zgryzła dolną wargę.
    Wstała i usiadła koło pirata. Próbując w pewien sposób złagodzić swój uczynek.
    - Nie chciała cię zrazić do siebie... - mruknęła pod nosem, dotykając dłonią jego ramienia.

    Alice

    OdpowiedzUsuń
  29. [Polecam Theme z Alicji Burtona do czytania ;) Fajny klimacik]

    Księżyc świecił jasno, a jego okrągła niczym ser tarcza pełna dziur wisiała nisko, oświetlając ulice miasta. Mieszkańcy Nowego Jorku już dawno się położyli i tylko nieliczna ich cząstka szwendała się jeszcze po barach i klubach nocnych. Jednak nie w tej starej części miasta, gdzie znajdowały się opuszczone budynki i podrzędne puby ze śmietnikami w mokrych zaułkach. Może gdyby znajdowali się tam ludzie, ktoś zaoferowałby pomoc biegnącemu mężczyźnie. Uciekinier przewrócił się, jednak szybko podniósł, drapiąc brudną ziemię rękoma, zupełnie jakby zaraz miała go dogonić sama śmierć. Znajdował się pod migoczącą latarnią, a po chwili biegł przez wąską alejkę pełną pojemników na śmieci. Gdzieś ze studzienki wydobył się charakterystyczny syk, a zaraz po nim spod okrągłej, metalowej osłony wysnuła się para nieznanego pochodzenia. Postać mknęła dalej, rozchlapując po drodze sporawe kałuże. Długa, poszarpana marynarka szarpała się za nią, czasem zahaczając o wystające gwoździe. W końcu uciekinier lekko wyhamował, a jego szybki i nierówny oddech dało się słyszeć w najbliższej okolicy. Uliczka rozwidlała się, jednak nie było dużo czasu na zastanowienie. Skręcił szybko w prawo, gdy dobiegły go odgłosy pościgu. Nic nie było już normalne. Ostatnie co pamiętał to chwilę przed śmiercią. Kat machnął toporem i… Obudził się w jakimś dziwnym śmierdzącym pomieszczeniu, a z sufitu zwisała goła żarówka. Nad nim stało kilka pochylonych postaci w białych kapturach z dziurami wyciętymi w miejscach oczu. Jednak nie to było najgorsze. Obudził się, ale ból nie do opisania opanował całe jego ciało. Wrzeszczał, próbując się uwolnić z więzów na rękach. Ktoś z zakapturzonych trzymał mu głowę, a reszta bez słowa się nim zajmowała. Nie miał pojęcia, co mu robili, bo ból dosłownie rozrywał go na kawałki, a potem stracił przytomność. Nie wiedział ile czasu spędził w zamknięciu, będąc królikiem doświadczalnym dla tych chorych niemych istot. Ważne, że w końcu się stamtąd wydostał, ale świat, w którym się teraz znajdował był jeszcze dziwniejszy. O mało co nie został przejechany przez karocę bez koni, a jej właściciel, którym zapewne był jakiś potężny czarnoksiężnik, zwyzywał go w dziwnym języku. Następnie plątał się po tym labiryncie dziwacznie wielkich domów. To wszystko było tym, czego nie było w Krainie. To nie mógł być jego świat. Już dawno jednak przestał patrzeć na krajobrazy. Musiał uciekać przed tymi szaleńcami. A może to on był szaleńcem w tym kraju na opak? Albo co gorsza był normalny.

    Kapelusznik wybiegł na dziedziniec dziwnie podobny do małego skweru w jakimś włoskim miasteczku. Pośrodku była fontanna, a dookoła poustawiane śmiesznie niepasujące do wszystkiego domy. Między nimi znajdował się też kościół. Gdy mistrz herbaty ruszył dalej przez plac, nagle z jego wieży dobiegły jednorazowe dźwięki dzwonu. Na jedno uderzenie serca Kapelusznik zamarł, zupełnie jakby bicie dzwonu go spetryfikowało. Północ. Potrząsnął głową i znowu zaczął biec, wpadając przy tym na jakąś kobietę. Ta wrzasnęła coś agresywnie, co wcale nie było w guście niewiasty w jej wieku. Zatrzymałby się i przeprosił. Ale nie dziś. Nie teraz. Wpadł jeszcze na kogoś, co spowodowało, że upadł. Obrócił się i spojrzał prosto w dziwnie zamroczony wzrok zapewne pijanego mężczyzny. Ubrany był w sposób przypominający Kapelusznikowi Krainę, ale nie miał czasu na wypytanie jegomościa, co się tu wyprawia. Zaczął wycofywać się tyłem po bruku, zanim jako tako wstał, złapał pijaka, podniósł i pobiegł w najbliższą ciemną alejkę. W powietrzu zdecydowanie zwiększyła się wilgotność, co powiadomiło go o jakiejś wodzie niedaleko. Szalony Kapelusznik odwrócił się. Mężczyzna podążał jego śladem, chybocząc się na nogach. Tuż nad jego ramieniem dostrzegł paru ludzi. Pościg był zdecydowanie za blisko – już dotarł do skraju placu. Na szczęście niedaleko znajdował się most. Kapelusznik złapał nieszczęśliwego pijaka i ruszył w kierunku rzeki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdy stanęli na środku mostu, spojrzał raz jeszcze na towarzysza i spytał z szeroko otwartymi oczami:
      - Zakład o obrus, że przeżyjesz?
      I nie czekając na odpowiedź, wrzucił mężczyznę do wody. Następnie sam podążył jego śladem, akurat w momencie, w którym ścigający dotarli do mostu.

      Szalony Kapelusznik

      [Kapelusznik dopiero uciekł i zagubiony biega po NJ, więc tak sobie myślę, że mogą się po tym wszystkim zaszyć w opuszczonym budynku, który potem Jeff przerobi na sklep ;) Mam nadzieję, że wiesz o co chodzi, bo czasem dziwnie piszę xD A Twój początek jest jak najbardziej w porządku :D]

      Usuń
  30. [O, widzę, że też należysz do kółka teatralnego? :D Ja w technikum już niestety nie miałam takowego, ale całe gimnazjum przechodziłam :D Nawet grałam Julię z „Romea i Julii” xD No i Śnieżkę po niemiecku xDD
    Właśnie wróciłam, kurcze jak tam jest pięknie <3]

    A jednak, zmienił się - nawet nie wiedziała, jak bardzo. Historia o Nibylandii zmroziła jej krew w żyłach i wywołała dreszcze. To był kolejny element układanki, kolejna część opowieści o tej tragicznej przeszłości. O tak wielu rzeczach nie wiedziała, tak wiele ją ominęło. Nie sądziła, że Davy sprawił mu tyle bólu… Z resztą ona nie była lepsza. Przez cały ten czas udręczała się, umartwiała, skazała samą siebie na wygnanie. Dobrze wiedziała, że to będzie dla niej największa nauczka i pokuta - serce nimfy nigdy nie zapomina. I w najgorszych snach nie przypuszczała, że Hak ma się dużo gorzej. Czy zwykłe „przepraszam” mogłoby coś zdziałać? Wątpiła. Czy mogła oczekiwać wybaczenia?
    Właśnie, czy czegokolwiek mogła od niego oczekiwać? Po tym wszystkim? Siedziała przez moment bez słowa, oddychając wolno i cicho, jakby bała się zwrócić na siebie uwagę. Chciała mu jeszcze tak wiele powiedzieć, jednak czy to cokolwiek by zmieniło? Mógłby znów na nią spojrzeć, odrobinę dłużej. Mogliby porozmawiać tak jak kiedyś, śmiać się ze swoich żartów. Mogliby razem oglądać zachody i wschody słońca nad horyzontem. Czy to tak wiele? Mogliby trzymać się za ręce, choć przez krótką chwilę, by znów poczuć jego ciepło. W końcu - mogłaby poprosić go o drugą szansę. Jej uczucia nigdy się nie zmieniły i nie zmienią. Nie potrafiłaby pokochać nikogo innego, ani o nim zapomnieć.
    A jednak nie mogła go o to prosić. Nie mogła go prosić o nic, nie po tym, co się wydarzyło.
    - Czego oczekuję? – zaczęła – Po tym wszystkim, chyba nie mam prawa oczekiwać czegokolwiek. Może jednego… - podniosła się z miejsca i zwróciła w jego stronę – Odpowiedzi, czy chcesz, żebym zniknęła z twojego życia? Tylko tego. Jednego słowa. A jeśli jest choć szansa, że jednak… Że może kiedyś znów…
    Przerwała, nie mogąc tego wypowiedzieć. Nie powinna, choć tak bardzo chciała. Stanęła tuż za nim, nie do końca wiedzieć, co robić. Chciała go dotknąć, przytulić, wykonać jakiś kolejny krok. Ale nie mogła, nie teraz. Jeśli lepiej byłoby mu bez niej i nie cierpiałby tak bardzo – zniknęłaby… Nie! Jak miałaby go opuścić? Teraz, gdy znów się spotkali? Gdy wciąż jest szansa, nawet znikoma? Zacisnęła mocno powieki bijąc się z myślami. Dlaczego to jest takie trudne?

    Lucy

    OdpowiedzUsuń
  31. Izzy powolnie zbliżając się ku brzegu, czuła na sobie baczne spojrzenie mężczyzny. Lecz z każdą kolejną falą obijającą się o jej plecy i nogi, wraz z maszerowaniem do przodu, w jej głowie zaczynała przypominać sobie kim jest - lub był owy człowiek z hakiem.
    W ciągu swojego życia jako morska bogini zabijała wielu. Jeśli można tak łagodnym słowym określić setki statków będących na dnach oceanów i mórz. Na opisanie masy bezkształtnych ludzi, którym zamknęła oczy lub sprawiła, by były otwarte, aż do momentu gdy serca będą bliższe pompowaniu wody, a nie krwi. Gdyby ich pamiętała wówczas potrzebowała by pierwiastków jądrowych zamiast codziennych tymoleptyków. Wśród żeglarzy jest także grupa, która uszła z życiem, mimo rejsów po "nawiedzonych" wodach. Lenistwo bogini, zaniedbywanie roli, która przyszła jej w udziale, dbanie o to by pieśni o Eris doszyły na brzeg - są ku temu powodami, i ci ludzie także nie zajmują jej pamięci. Lecz wśród ludzi, bywali też tacy, którzy wzruszyli morską panią śmierci, i choć byli o krok by dotknąć własnego horyzontu, odkryli jeszcze wiele ukrytych lądów . Takie osoby mają specjalne miejsce w pamięci Elizabeth.
    Kiedy więc przyglądała się twarzy Haka, wróciły do niej wspomnienia jego feralnej podróży . Rejsu, który skrzyżował jego życie z jej egzystencją. Pamiętała jak darowała mu życie z wielką przyjemnością, nie tylko ze względu na miłą aparycję. Dawała mu wówczas nową szansę na zemstę, a a tym samym nadzieję na poprawę swego bytu.
    Teraz spotkali się na nowo, nad oceanem, w cieniu chmur, które zaborczo ukrywały przed nimi słońce. Kobieta widziała jednak, że on jej nie poznaje. Był tak zajęty podziwianiem jej ciała, wody, która ją oplatała, że nie przyszło mu do głowy kim tak naprawdę jest. Zrodziło to w niej pewną radość, lecz trwała ona tylko tchnienie. Jej ciemne oczy dostrzegły butelkę rumu i zdała sobie sprawę, iż on sam jest pijany. W takim stopniu, w jakim mają zwyczaj być wszyscy piraci. "Jakim cudem nie dostrzegłaś tego wcześniej ?!" Pomyślała "Spójrz on jest tak samo nieszczęśliwy jak ty, wcale się nie zemścił, a teraz tkwi bezsilnie w Fabletwon." Izzy po owych przebłyskach uświadomiła sobie, że Huck jest jej misternym odbiciem. Mógł być zmaterializowaniem jej nadziei na to że to co zrobiła, to kim była miało pewien sens. Łudziła się, że była kimś więcej, niż jest teraz. On zaś tego wieczoru mógł zabić jej nadzieję. Ostatecznie nie byłby pierwszym człowiekiem, który potrafił tak zawieść boginię.
    Postanowiła jednak nie rezygnować i nie informować go kim jest "w końcu kto wie, może on o mnie całkowicie zapomniał. A ja się mylę do do niego co do tego czy wykorzystał swoją szansę."
    Gdy zatem była na brzegu, stojąc po kostki w wodzie, i czując chłodny wiatr, który smagał ją po plecach. Odezwała się, z zadziornym uśmiechem - Tak Ci bliski ocean marynarzu, lecz nie wiesz, że słona woda zniszczy doszczętnie twe buty. - Obeszła go lekko muskając rękę, której brakowało dłoni po czym sięgnęła po swe ubranie i założyła je. Miała na sobie zwiewną zielonkawą sukienkę, która teraz przywarła do jej mokrego ciała i tak podkreślając jej wszystkie kształty. Ktoś mógłby pomyśleć, iż zaplanowała to, by go uwieść, jednakże owo spotkanie było ostatnie czego się spodziewała.
    - Ty morski kamracie topisz się w rumie, ja zaś w słonej wodzie, po za tym gdy kochanek jest wystarczająco dobry nie trzeba trójkątów - a ocean zdecydowanie jest najlepszym partnerem. - Powiedziała, nie zmywając z swych ust uśmiechu, i nie przestając obserwować swojego starego "znajomego".


    [ To tylko nieczyste zagrywki piratów, pewnie już z przyzwyczajenia. ;)
    Oczywiście dam znać.
    Przepraszam za wcześniejszy, krótką odpowiedź wątku, ale pisałam na telefonie, i długość wydawała się zupełnie inna. Mam nadzieję, że nie zanudzam Cię. xd ]

    OdpowiedzUsuń
  32. [Narnia jest świetna, ale aktualnie wsłuchuję się w soundtrack z Koraliny. Jest moc!]

    Kapelusznik nie miał planu odnośnie wydostania się z rzeki. Czy wskakując do zimnego nurtu, w ogóle pomyślał o czymś takim jak konsekwencje swojego działania? Wciąż zastanawiał się nad tym czy udało mu się uciec przed tymi dziwnymi postaciami. Czy tak wyglądała śmierć? Wieczne życie w strachu, a właściwie nieżycie w jakimś karykaturalnym świecie pełnym cierpienia, bólu i północy? Obrócił się w wodzie, próbując dostrzec pościg. Nie podążali za nim, więc chyba mu się udało. To było jego celem. Cała reszta to detale, elementy, które można dopracować w trakcie ich trwania. Po co miał sobie zaprzątać głowę czymś tak odrealnionym jak wydostanie się z rzeki? Płynął z prądem i mógł go ponieść nawet pod sam zamek Królowej Kier (lepiej jednak żeby tak się nie stało), byle tylko oddalił się od swych prześladowców. Dlatego zdziwił się i to niemało, gdy pijaczyna się do niego przyczepił i mówił jakimś niezrozumiałym językiem.
    - Brzeg? W zależności z jakiego punktu widzenia patrzysz, to brzeg się przesuwa, a nie my – rzucił na tyle, na ile pozwalała mu chlapiąca i zalewająca mu raz po raz usta woda. Całe ubranie już dawno przesiąkło i przyssało do ciała przez co jego ruchy były spowolnione. – Więc jaki jest sens wydostania się na coś, co się porusza? – spytał ponownie w przerwach między kolejnymi falami.
    Jednak chyba jego towarzysz go nie słuchał, bo wyciągnął ręk… Kapelusznik otworzył szerzej oczy, bo to na dłoń nie wyglądało. Hak. A więc jego towarzysz wbił go w jakieś bogu ducha winne roślinki. Było to niewysłowienie głupie i bezmyślne. Na szczęście oddalili się i to znacznie od pościgu. Kapelusznik obrócił jeszcze głowę na tyle, na ile pozwalał mu chwyt tego pijaka, ale most i zebrane na nim postacie już zniknęły na horyzoncie. Odetchnąłby, gdyby nie woda, która falą uderzyła go prosto w twarz. Poczuł jak pijak chwyta go za kołnierz, a po chwili obaj zatrzymują się, a nurt usilnie i bezskutecznie próbuje ciągnąć ich dalej. Mistrz kapeluszy posłuchał swojego interesującego towarzysza z hakiem zamiast dłoni i po chwili klatką piersiową leżał na małym skrawku ziemi. Z niemałym trudem wyciągnął z wody nogi, a następnie zajął się pomaganiem mężczyźnie. Gdy ten leżał u jego stóp, dysząc ciężko, mieszkaniec Krainy Czarów spojrzał w górę na wysoki kamienny mur, który z obu stron obejmował rzekę. Kapelusznik musiał się na niego jakoś wdrapać. Pierwsza próba skończyła się fiaskiem już na samym początku, gdy mokra dłoń ześlizgnęła mu się z zimnego kamienia. Jednak przypomniał sobie o trybikach zegarków, które nosił w kieszeniach długiej marynarki. Wyciągnął dwie długie wskazówki i nie patrząc na swoje towarzysza, zaczął wbijać je w szczeliny kamieni i wchodzić jako tako po ścianie. Zajęło mu to trochę czasu, ale w końcu stanął na ziemi jakieś trzy metry wyżej. Jego hakowaty przyjaciel zaczął coś wołać z dołu, ale Kapelusznik zignorował te dziwaczne wrzaski. Zamiast tego sięgnął do rękawa swojej marynarki i chwycił ukrytą w niej apaszkę. A tak właściwie sznur z apaszek, który miał z dobre kilka metrów. Gdy skończył, rzucił prowizoryczną linę towarzyszowi, po czym krzyknął w jego stronę:
    - Zapraszam, mój jednoręki przyjacielu!
    Po o wiele krótszym czasie niż się spodziewał, obok nie go stał już przemoknięty do suchej nitki Hak. Kapelusznik nie widział innej opcji jak właśnie tak nazywać swojego kompana.
    - Pomoc inwalidom to pierwsza zasada dobrego wychowania – mówił, wciągając do rękawa z powrotem linę z apaszek. – Kapelusznik – dodał, wyciągając rękę w stronę mężczyzny. Jednak zaraz się wycofał, widząc jego dziwne spojrzenie. Już chciał coś powiedzieć, ale z oddali dobiegły ich krzyki. Kapelusznik wyraźnie zbladł i szybko zaczął się wycofywać. To nie był niestety koniec pościgu. Spojrzał tylko szybko na Haka, po czym obrócił się na pięcie i pobiegł dalej, przeklinając swoich prześladowców. Ta karykaturalna wizja rzeczywistości zaczynała działać mu na nerwy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szalony Kapelusznik

      [Dla mnie nigdy nie jest za długo ;D Powiem Ci, że pisanie z Tobą będzie dla mnie najwidoczniej czystą przyjemnością, bo jesteś dokładnie takim autorem, jakiego szukałam :D Hak nie musi sponsorować mu wnętrza XD Spokojnie. Kapelusznik sobie poradzi, ale nie obrażę się, jeśli Hak przyniesie jakieś materiały na zasłony :P Ale serio.]

      Usuń
    2. [Zanim odpiszę, pozwól, że pokażę Ci sklep Kapelusznika, który ma być niedługo dodany do miejsc ;) KLIK]

      Usuń
  33. Zmarszczył brwi, ale lekko też się przestraszył, gdy poczuł dość niemiłe i natarczywe szturchanie w ramię. Nie wiedział, ile czasu spędził odizolowany od świata, który kochał i za którym tęsknił, więc nie dziwne, że bał się wszystkiego. Szczególnie, że pobyt wśród tych dziwadeł w kapturach nie należał do najprzyjemniejszych. Jednak najgorsza z tego wszystkiego była niewiedza – czy Kapelusznik żył, czy umarł? Jeśli żył jak możliwe było to, że przeżył ścięcie? Przecież każdy widział jak traci i to dosłownie głowę. Jednak nie było czasu na rozmyślania, bo Hak ruszył przodem, wskazując kierunek ucieczki. Cóż. Kapelusznik nie miał za dużego wyboru jak zaufać temu odzianemu w mokry płaszcz gentlemanowi. Który swoją drogą właśnie skoczył na szczupaka prosto w jakieś krzaki. Zawołał jeszcze coś, czego uciekinier nie zrozumiał i zniknął między roślinami. Kapelusznik aż tak głupi nie był, żeby kryć się w czymś takim, ale postanowił zawierzyć temu dziwakowi z wieszakiem zamiast dłoni. Szybko upadł na czworaka i zaczął się przedzierać przez chaszcze. W końcu pogoń była tuż tuż. Raz po raz dostawał jakąś gałązką w twarz, cierń zahaczył i rozdarł mu marynarkę, a to znowu nogawka od spodni zaplątała się w wystających korzeniach. Mamrocząc pod nosem swoje dziwactwa, w końcu pokonał tę drogę jakże wyszukanej ucieczki. Po chwili wstał z klęczek, obejrzał się na szkody wyrządzone przez rośliny i dopiero wtedy przeniósł uwagę na to, gdzie się znajdowali. Rozejrzał się dookoła z szeroko otwartymi ustami i oczami, nie mogąc wyjść ze zdziwienia.
    - Jeśli zaprowadziłeś mnie do mrocznej imitacji zamku Królowej Kier w tym karykaturalnie niemożliwym świecie, cóż… Udało ci się. To miejsce jest mniej bardziej… - mruczał pod nosem, kierując się do najbliżej klatki, w której siedział niedźwiedź. Skulony w rogu, pustym wzrokiem patrzył na Kapelusznika. Ten za to oparł czoło o pręty i oddychał po ciężkim biegu i przedzieraniu się przez ogrodzenie. Naprawdę dziwaczny był ten świat. Pełen absurdów i pozbawiony kolorów. W Krainie Czarów nawet nocą wszystko było barwne, a rośliny świeciły nikłym, fluorescencyjnym blaskiem. W domu potrafiłby się odnaleźć. Tutaj czekało go tylko cierpienie bez powodu. A może to była kara za to, czego się dopuścił? Śmierć nie była wystarczającą karą? – Jeśli umarłem, powinienem spojrzeć na zegarek – wymruczał pod nosem, ignorując swojego towarzysza stojącego i wpatrującego się w niego z niezrozumieniem. Kapelusznik nagle ożył i wyciągnął zbite, stare i ledwo trzymające się na łańcuszku urządzenie. Oczywiście nie działało albo zamarło czysto hipotetycznie. Jednak Kapelusznik uśmiechnął się z politowaniem, zamknął zegarek, po czym spojrzał na Haka z dziwnym, obłąkanym wręcz wzrokiem. - Że też wcześniej na to nie wpadłem! – wykrzyknął. – Ale musimy się spieszyć - dodał już ciszej z większym strachem. Przecież wciąż byli ściganymi. I ruszył przed siebie tym razem wolniej i z większą ostrożnością na każdy ruch. Jak się domyślał, Hak podążył za nim, wyprzedzając go po chwili i prowadząc do jakiegoś budynku. A dokładniej przeprowadzając ich po dachu tego mieszkania dla słoni. Nietrudno było się tam dostać, biorąc pod uwagę fakt, że obaj byli dość sprawni. Kapelusznik zauważył przez szklaną kopułę ogromne słoniska pod nimi i przekręcił głowę. Naprawdę dziwaczne mieli tu zwierzęta. Całe szczęście nie przechodzili koło zajęcy ani myszy, bo Kapelusznik od razu wypuściłby je wszystkie, nie patrząc na hałas, jaki by przy tym wywoływał. Potem musiałby znowu leczyć kolejny syndrom, gdyby zobaczył przedstawicieli swoich współtowarzyszy zamkniętych jak na rzeź. W końcu jednak przemknęli przez ten dziwaczny ogród, kucając po jego drugiej stronie i czekając, aż pościg ich minie i pobiegnie w drugą stronę. – Co to za pozbawione wyobraźni miejsce? – wyszeptał Kapelusznik. Spojrzał wyczekująco na swojego towarzysza, który nawiasem mówiąc, już chyba wytrzeźwiał. Ten jednak złapał go ponownie za kołnierz i pobiegli w stronę jakiegoś wyraźnie opuszczonego budynku.

    Szalony Kapelusznik

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [W końcu Kapelusznik jest the best. Nie ma szans, żeby ta dwójka się nudziła. No z imieniem zapewne będzie ciekawie...]

      Usuń
  34. [Hah. dziękuję ;) Może czas dorobić sobie panią, co Hak? ;)]

    Sweeney Todd

    OdpowiedzUsuń
  35. Biegli na łeb na szyję w stronę jakiegoś budynku. Gdy wpadli do środka, Hak zaryglował drzwi i dał znak, żeby milczeć. Jakby Kapelusznikowi trzeba było to mówić… Nie rozumiał tego człowieka. Przecież gdy komuś uciekasz, nie wychodzisz i nie krzyczysz, że jesteś w danym miejscu. Może w tym irracjonalnym świecie zachowywali się inaczej. Gdy ten dziwny jegomość puścił jego marynarkę, Kapelusznik odetchnął w ciszy i zaczął strząsać z ubrania pył, który zlatywał ze ścian pomieszczenia. Do tego był nieco zirytowany i obruszony takim przedmiotowym traktowaniem przez Haka. Nie był zabaweczką, żeby tak nim rzucać o ściany i traktować jak szaleńca pozbawionego podstawowych informacji o świecie. Cóż… Jednak we wszystkich uniwersach uciekinierzy chyba nie pomagali swoim prześladowcom… Chociaż, kto tam wie. Okazało się, że pyłu wciąż przybywało. Nawet jego włosy były pełne tego białego dziwactwa. Zaciekawiony rozejrzał się dookoła. Jednak nie dane mu było przyglądanie się wnętrzu pomieszczenia, bo towarzysz z tym dziwnym kikutem zamiast dłoni nakazał im przejście głębiej. Kapelusznik przewrócił oczami, ale posłuchał go. Mimo to w miarę gdy się przesuwali, zauważył kryjące się intrygujące piękno budynku. Zwisające ze ścian tapety w prążki w jakiś sposób przypomniały mu o domu. Do tego poskręcane w, zdawać by się mogło, bezmyślne spirale schody, przekrzywione i wiszące na jednym zawiasie drzwi; dalej znajdowały się zakurzone draperie, figurki psów, klaunów, wijących się drzew, strachów na wróble, a nawet znalazła się porcelanowa dynia. Gdyby nie wszechogarniający mrok, Kapelusznik mógłby się tu poczuć jak u siebie. Wszelkie krzywizny, kratki i szachownice – to było coś, co od niemożliwie długie czasu podniosło go na duchu.
    Z lekkim poczuciem bezpieczeństwa usadowił się pod ścianą, opierając o nią głowę, a przedramiona na kolanach. Naprzeciwko przysiadł Hak. Drgnął, gdy przebiegła obok niego mysz, ale Kapelusznik zaraz cicho wykrzyknął, złapał zwierzę i podniósł.
    - Mniamałyga! – wyszeptał swoje zaskoczenie, patrząc na czarne oczy zwierzęcia. Niemal poczuł jak zbiera mu się na płacz, ale powstrzymał łzy i posadził szare ciałko na prawym ramieniu. Wyciągnął jeszcze z kieszeni spodni jakieś uchowane ziarenko, po czym podał myszy. Ta złapała nasionko w swoje delikatne łapki i łapczywie zaczęła je jeść. Dopiero wtedy Kapelusznik spojrzał z nikłym uśmiechem na, jak się okazało, naprawdę Haka. – Niegdyś? – spytał z niezrozumieniem. – Czyli nie jesteś tą samą osobą, co kiedyś, a jednak rościsz sobie prawa do bycia nią? A jeśli jednak nią jesteś, dlaczego mówisz o sobie w czasie przeszłym i zapomnianym? Nie jesteś zatem Hakiem, a panem Jonesem? A może jednym i drugim? Chociaż to naprawdę przeciwne i cudaczne, gdyby można było przekroić się tasakiem i być w dwóch miejscach na raz. A może jesteś mentalnie niedorobiony, hm? Ta szalona dziwaczka, królowa Kier, na pewno by się tobą zainteresowała, chociaż kto wie... - urwał, zamyślając się i patrząc w dal. – Niekoniecznie w dobrym znaczeniu.
    Chciał mówić dalej, ale uciszył go Hak lub Jones lub mentalnie niedorozwinięty. Kapelusznik lekko podskoczył, ale po dłuższej chwili zaczął kontynuować. Jednak nie swój wywód.
    - Co to za surrealistyczne miejsce, gdzie wszystko jest dokładnie na opak? – spytał, pochylając się w stronę swojego towarzysza. Ale nie doczekał się odpowiedzi, bo tuż przy nodze dostrzegł coś, co oderwało go od własnego pytania i chęci poznania wyjaśnienia. – Oh! – wykrzyknął, po czym sięgnął po stłuczoną filiżankę. Właściwie zostało po niej tylko uszko i górna część. Ale dla Kapelusznika było to coś wspaniałego. Podniósł ją w otwartych dłoniach i oglądał z każdej strony w blasku księżyca. To też zostało mu przerwane przez pluszowego misia rzuconego w jego kierunku przez Haka. – A więc mówiłeś, że...? – spytał, przypominając sobie o zadanym pytaniu.

    Szalony Kapelusznik

    [Nieco akcja się spowolniła, ale chyba nie jest nudno, co? ;) Muzyka z Bettlejuice’a dopełnia moją twórczość haha Teraz musisz się uporać z wyjaśnieniami ;) Spraw, by zrozumiał choć nie będzie to łatwe.]

    OdpowiedzUsuń
  36. [A. No i będzie jeszcze ciekawiej, bo Kapelusznik zamknęli w więzieniu Golden Boughs Retirement Village, prowadzone na kształt domu dla starców XD Więc biedak miał przesrane…]

    Starał się go zrozumieć. Naprawdę się starał. Jednak mimo że znane mu słowa padały z ust Haka, to skumulowanie je w jedną sensowną wypowiedź… Cóż. Może nie starczyło mu wyobraźni, żeby to pojąć? Chociaż to akurat było mało prawdopodobne. Był mistrzem w projektowaniu kapeluszy, więc powinien wszystko przyswoić. Jakoś…
    - Krainy… - powtórzył jakby trawił to słowo wraz z wieloma jego znaczeniami. Wydął usta, po czym spojrzał na swojego towarzysza w niedoli lub teraz doli i uniósł brew. – Masz na myśli… Miejsca? Takie jak Pole Grzybów albo… Denne Pustkowia? Suche Morze? – wymieniał krainy, które przyszły mu do głowy i składały się na Krainę Czarów, co chwila urywając i doszukując się jakiejś reakcji na twarzy Haka. Ten jednak patrzył na niego z jakimś podejrzanym grymasem. Kapelusznik zamknął usta i zmrużył oczy. Myślał nad tym, co powiedział mu Hak. Pokiwał parę razy głową, aż w końcu wypalił:
    - Nic nie zrozumiałem. Dla mnie zwykłe jest żółte niebo, herbata z Marcowym Zającem i Mniamałygą – tu z zadowoleniem spojrzał na zwierzątko na swoim ramieniu. – Niekiedy wpada do nas Kot tudzież Biały Królik. To naprawdę były fascynujące dni. Lub dzień. Noc dzień. Wszystko to samo, a my zawsze byliśmy w jednym miejscu. Chociaż jeśli myśląc nad tym w sposób Gąsienicy, to wiecznie się poruszamy. Chociaż on ma raczej smutne podejście do życia… I bajki mówisz… Czyli znasz zakończenie tego koszmaru, mój drogi Haku Jonesie? Co za nudziarstwo. Znać zakończenia wszystkiego… A gdybym postąpił inaczej niż zostało napisane w tym zbiorze czcionek i kartek? Co wtedy? – Wzruszył ramionami, patrząc poważnie na Haka. – Świat by się rozpadł? A może litery zmieniłyby swoje znaczenie? Książki. Zasady. Same ograniczenia. Nuda. I po co miałbym kraść komuś imię i pozbywać się siebie? Mając imię, wiem, że jestem i wiem, że inni też to wiedzą. Nie powiesz ‘Ej, ty tam!’. Nieosobowe i uszczuplone. Nie podoba mi się to. Wszystko musi mieć imię, żeby dało się to dotknąć, użyć, dać osobowość. Bezosobowość jest najgorszym koszmarem. Wtedy ląduje w Zapomnianym Lesie. Nie chciałbyś tam trafić. – Zachichotał pod nosem na chwilę, po czym znowu spoważniał, prostując nogi w kolanach i gapiąc się na czubki butów. Które nawiasem mówiąc, wyglądały potwornie. Tak samo jak całą reszta jego ubioru. Kiedy ostatni raz się kąpał? Zwiesił głowę, zdając sobie sprawę jak bardzo jest zmęczony. Tylko na chwilę się zdrzemnie… Nic wielkiego. Po prostu podda się snom… Nie! – A może zagramy w karty? – Kapelusznik nagle się ożywił. – Nie wolno spać w miejscu, w którym nie chciałoby się obudzić. A więc… Fabletown powiadasz – mruknął bardziej do siebie niż Haka. – Nic z tego nie rozumiem. Imienia oddawać nikomu nie będę! – rzucił, po czym wstał i skierował się do pochylonych, wykrzywionych dziwacznie schodów. Oparł się o poskręcaną balustradę i zaczął wchodzić po stopniach. – Chodź, Mniamałygo – wyszeptał, stając u szczytu. Rozejrzał się po wąskim korytarzu, gdzie porozrzucane były książki, obrazy spadły ze ścian, a deski wystawały z podłogi. Kapelusznik uważnie przeszedł dziurę, po czym wszedł do pierwszego pokoju po lewej. Stała w nim wielka, śmieszna tuba z czymś czarnym i okrągłym obok. Kapelusznik obejrzał się czy aby Hak za nim nie idzie i wziął w dłonie to… Coś.
    - Jefferson Airplane… - przeczytał. Wzruszył ramionami, po czym ułożył kółko na śmiesznej skrzynce z tubą. Nic. Kopnął lekko stolik, na którym stało urządzenie i podskoczył, gdy dobiegła go muzyka. Ale coś było nie tak… Nie chodziło o psychodeliczne rytmy, ale o tekst. Przecież to… Usłyszał, że ktoś za nim stoi. Zobaczył w drzwiach Haka. – Słyszysz? – spytał. – Ona śpiewa o Białym Króliku! Co to za dziwaczne miejsce? Bo to nie może być mój dom, a znają tu Królika! Jak?!
    Na opakowaniu faktycznie widniał napis ‘White Rabbit’.

    Szalony Kapelusznik

    OdpowiedzUsuń
  37. [Melodia Kapelusznika BANG
    ;D]

    - Szalony, nieszalony. Epitety. Urozmaicają nasze życie, nie sądzisz? Ostatnio myślę nad rzeczami na literę S. Sabadyl, safandulstwo, sczechizowawszy, sczerstwiawszy. Orientujesz się, gdzie trzymają smutek? Podobno ktoś go zamknął i czeka na proces. – Zachichotał pod nosem, po czym odchrząknął jakby coś go dławiło i właśnie pozbywał się łaskotania w gardle. – Skoro czytałeś moją historię… - zaczął, krążąc po pokoju. – To wiesz, że umarłem. A ściślej rzecz ujmując, zostałem ścięty. Jak więc wytłumaczysz to dziwaczne zjawisko powrotu z krainy umarłych? I dlaczego akurat tutaj? Dlaczego życie nie mogło toczyć się dalej, tam gdzie mieszkaliśmy?
    Nagle przystanął, tknięty jakimś dziwnym i nieprzyjemnym odczuciem. Może niekoniecznie była to emocja, a raczej… - Wątpliwość – wymruczał pod nosem, wyszukując co lepszych synonimów. - Domniemanie. Wahanie. Powątpiewanie. Sceptycyzm, sceptyczność, niedowierzanie, zastrzeżenie, obiekcja… - Wymieniałby dalej, ale znowu został przywołany do porządku przez Haka. Wyprostował się. – A czy wiadomo, co stało się z naszymi… Krainami?
    Przełknął ślinę. Czy to możliwe, żeby jego ukochana Kraina Czarów została zniszczona, zapomniana wraz z, jak mówił ten dżentelmen, przeniesieniem jej mieszkańców do tego ponurego i wyzbytego radości istnienia Fabletown?
    - Nie uważasz, że to tej czas? Czas, żeby się bać? Jeśli tak, to latające koszmary idą, żeby nas poznać – mruczał pod nosem jakiś niepokojący wierszyk, ale zamilkł, gdy wpadło mu coś do głowy. Chodziło o to nieszczęsne nowe imię. Nie chciał pozbywać się starego, a z tego co rozumiał, trzeba było mieć je dwuczłonowe. Coś jak Królowa Kier, Biały Królik, Marcowy Zając. To akurat było zrozumiałe – oddawało to, kim byli. On za to musiał dobrać coś bez sensu. Odetchnął i zerknął na, jak mu wytłumaczył Hak, płytę. Winylową. Co za interesująco dziwaczna nazwa. Oparł się jedną ręką na oparciu krzesła, a drugą na biodrze. – Skoro nie mogę używać jednego niech będzie… Hatter… Jefferson Hatter. – Spojrzał spod brwi na hakowatego towarzysza, który zajmował się jakimś statkiem w butelce. – Zabawne, ale już moje życie dawno się skończyło.
    Wyszedł z pokoju, tym razem mając w głowie nową melodię. Zapomniał o pościgu. Chciał zwiedzić te wszystkie pokoje, które tak cudownie go do siebie wołały. Słysząc jeszcze wątpliwości pana kapitana Haka Jonesa, rzucił z korytarza zanim zniknął w nowym pomieszczeniu:
    - Ja się nigdzie stąd nie ruszam.
    Nie tylko dlatego, że bał się tych, przed którymi uciekli, ale dlatego że był koszmarnie zmęczony. A właśnie znalazł łóżko! Tak samo pokryte kurzem, powykrzywiane, z rozprutym materacem i tak samo zniszczonym baldachimem. Jednak wciąż było to łóżko z paskowaną kołdrą i narzutą. Kapelusznikowi zmiękły kolana na ten widok. Ile to już nie spał w czymś tak wspaniałym? Zapomniał o Haku, tylko popędził w stronę mebla i padł na nie twarzą w dół. Po chwili obrócił się na plecy i wgapiając się w baldachim nad sobą, założył nogę na nogę. – No, Mniamałygo. Zostaliśmy sami. Teraz zostaje nam znaleźć Marcowego Zająca – wymruczał, biorąc z ramienia myszkę i odkładając ją na komódkę zaraz obok łóżka. Z zaciekawieniem zauważył, że na danej komódce leżało opasłe tomisko, na której grzbiecie złotymi literami w gotyckim stylu napisano ‘Opowieści tajemnicze i szalone’. Zaintrygowany sięgnął po książkę i otworzył ją na pierwszej stronie. Akurat gdy czytał wstęp, do pokoju wszedł Hak z pytaniem czy Kapelusznik zamierza tu spać. – Zamierzam – odparł, nie odrywając wzroku od książki. – I nie tylko. Zamierzam urządzić sobie w tym arcyintreresującym budynku swoją norę. Gniazdo czy jak tam wolisz to zwać. Czuję, że zaaklimatyzuję się tu jak abisofil w abisalu. W dodatku nie mam teraz ochoty ruszać się dokądkolwiek, gdy na zewnątrz wciąż biegają ci szaleńcy. Radzę, więc zrobić ci to samo. A. i Hak – co sądzisz o moim imieniu? Nieważne jak bezsensownie dla mnie brzmi.

    Szalony Kapelusznik

    OdpowiedzUsuń
  38. [To tak jak ja :D Ja to jestem taką artystyczną duszyczką, więc prócz malowania i śpiewu, jest i granie xD To była taka nowoczesna wersja Romka i Julki, bo fabuła działa się w szkole :D Nasza polonistka miała talent do przekładania powieści na inne realia :D O, no to nieźle! xD Mamy dobre przygotowanie do Fabletown xD
    No i intensywnie myślę nad drugą postacią :D]

    Lucy zaczęła powoli układać sobie w głowie wszystko to, czego się dowiedziała, próbując jednocześnie wyobrazić sobie uczucia, jakie targały nim po jej odejściu i po całym tym zamieszaniu, który wprowadził Davy. Wszystko na raz, tyle okropnych przeżyć. Zamyśliła się i dopiero po chwili dotarło do niej, że nie powiedział „nie”. A przynajmniej nie tak stanowczo, jak mogła przypuszczać. Było to dla niego wciąż zbyt trudne i zbyt bolesne.
    Mimo wszystko, na jej twarzy pojawił się lekki, prawie niewidoczny uśmiech – pierwszy i prawdziwy od niemal dwóch dni. Czuła, że coś złego właśnie się zakończyło. Jakiś okropny koszmar, który prześladował ją od wielu, wielu lat w końcu ustał, by mogła odetchnął. Może podświadomie poczuła szansę na nowe życie, w którym mogła odkupić winy? Nie potrafiła tego dobrze nazwać, jeszcze nie.
    Była pewna jednego. Oboje dziś przeżyli zbyt wiele, jak na jedną noc. Oboje byli wykończeni, fizycznie i mentalnie. I, jak się okazało, obojga czekała praca.
    - Ja chyba też wezmę wolne. Pracujesz w Fabletown? – westchnęła, jednak w jej głosie nie było już tego smutku – Cieszę się, że w ogóle się spotkaliśmy. Mimo wszystko. – dodała już nie tak pewnie i powtórzyła – Mimo wszystko.
    Wtedy poczuła na dłoni jego dotyk. Delikatny i przypadkowy, zupełnie jakby robił to po raz pierwszy w życiu, jak podczas ich pierwszego spotkania. Było tak samo cicho i chłodno, jak wtedy. I jak wtedy siedzieli obok siebie. Lucy uśmiechnęła się jeszcze szerzej. Na moment opuściły ją te złe wspomnienia, a myśli wypełniły tylko te dobre. Wolno poruszyła palcami i chwyciła go za rękę. Mocno ścisnęła.
    Gdzieś ponad nimi, w salach komisariatu rozległy się kroki i stłumione głosy. Przez małe okienko tuż przy suficie celi, wpadły do środka pierwsze promienie słońca, rysując na podłodze magiczne jasne kształty. Lucy oparła ciężką głowę o ścianę i zamknęła oczy. „Niech myśli, co chce”, rozpromieniała w duchu. Jednym, niewinnym uściskiem dała mu znak, że nie jest już zupełnie sam, choć teraz już tylko od niego zależy, czy tą pomoc przyjmie. Ona może czekać kolejne wieki. Ma na kogo.

    Lucy

    OdpowiedzUsuń
  39. [Dobra. I jak pasuje! Wgl cały repertuar tego zespołu jest taki kapelusznikowy ;D Polecam. Nawet teraz słucham;)]

    - Imię jest bezapelacyjnie głupie, ale skoro takowych mieszkańców Fabletown ma uspokoić, gotów jestem ponieść to upokorzenie. A co do urządzenia tego miejsca… - przerwał mu dość potężny atak ziewania. – Wybacz. Spokojnie. Nie za wiele tu zmienię, prócz malutkiego remanentu.
    Zamilkł, wpatrując się w baldachim. Wiedział, że kapitan Hak również leży na plecach ze wzrokiem wbitym w sufit. Zabawne i naprawdę dziwaczne zdawało mu się to całe zamieszanie. Przecież niecałą godzinę temu (tu wyciągnął szybko swój zepsuty zegarek, by skontrolować czas) jeszcze nie znał tego człowieka, a teraz ten dawał mu życiowe rady i proponował pomoc w odnalezieniu się w odwróconej rzeczywistości wyzbytej przy tym wyobraźni.
    - O, nie! – zaoponował, gdy zsyłasz propozycję kapitana. Wiedział, że to z uprzejmości, ale nie był na to gotowy. Jeszcze nie. – Dopiero co uciekłem z więzienia, ścigają mnie jakieś nieznane istoty w białych kapturach, w ogóle nie powinienem żyć, więc wolę pozostać przez jakiś bliżej nieokreślony czas w tym miejscu. Dziękuję – zakończył, krzyżując ręce na piersiach. – Pozytywnych – prychnął ciszej z niesmakiem do tego słowa i jego domniemanego znaczenia w Fabletown. Jones oznajmił, że jest zmęczony, więc Kapelusznik, a teraz również i Jefferson Hatter ku jego nieszczęściu, zamilkł, badając spojrzeniem górę swojego łóżka. Nie słyszał nic prócz dreptania małych stópek myszy i nikłego tykania zegara w rogu pokoju obok. Nie wiedział, ile czasu nic nie mówił, gdy nagle przypomniał sobie o powodzie, dla którego tutaj trafili.
    - Hak? – rzucił w ciemność. – Może powinniśmy się podzielić wartami czy coś w tym guście?
    Kraina Czarów nauczyła go również i tego. W końcu nie siedział tylko z Marcowym Zającem i Mniamałygą, popijając herbatkę. – Wezmę pierwszą zmianę – dodał, i nie zmieniając pozycji, sięgnął z powrotem po książkę. Było ciemno, jednak Kapelusznik miał na to swoje sposoby. Włożył dłoń do kieszeni marynarki i wyciągnął kolejne nasionko. Położył je na dnie podstawki do filiżanki, gdzie zgromadziło się nieco wody kapiącej z sufitu i odczekał chwilę. Po kilkunastu minutach na komódce obok łóżka Jeffersona znajdował się słonecznik emanujący wewnętrznym światłem. Szalony Kapelusznik uśmiechnął się pod nosem, czując się prawie jak w domu.

    **

    Jeffersona obudziły drgania łóżka. A konkretnie kopnięcia, które zadawał mosiężnej nodze jego posłania kapitan Hak. Stał nad Kapelusznikiem i wyraźnie czekał, aż ten się obudzi. Jefferson przetarł oczy, po czym poprawił rękę pod głową. Okazało się, że zasnął, czytając książkę. Obejrzał się jeszcze na wyrośnięty słonecznik, który za dnia nie różnił się niczym od zwykłego kwiatu. Zmęczony pozwolił by głowa znów opadła na poduszki.
    - Nie miałem tak spokojnej nocy, odkąd… - rzucił nieco poirytowany w stronę Jonesa za to brutalne budzenie. – Odkąd umarłem! – zakończył, zdając sobie sprawę z sensu tych słów i zaczął się śmiać. – O, psia kostka – dodał, siadając nagle prosto na łóżku. – Naprawdę uciekłem!
    Spojrzał szerokimi oczami na Haka, po czym się roześmiał, ale tym razem szczerze i głośno. W końcu jednak wstał, minął swojego towarzysza i zbiegł po krzywych schodach na dół. Zaczął przerzucać wszystkie poprzewracane meble, postawił stolik i dwa śmiesznie przypominające korki od szampana taborety. Na okrągłym blacie postawił dwie filiżanki, a w końcu krzyknął z satysfakcją, stawiając obok również i lekko zbity imbryk. Napełnił go wodą z gołego kranu, po czym usiadł dumnie na jednym z taborecików. Zawołał Haka i gdy ten przyszedł, nalał mu do pozbawionej ucha filiżanki wody. Jones spojrzał na niego pytająco. Stwierdził, że to tylko brudna woda. Jefferson zaśmiał się i powiedział:
    - Spójrz jeszcze raz.
    Obaj mieli zamiast wody herbatę. Ciepłą i słodko pachnącą.
    - Jednak parę umiejętności się zachowało – dorzucił, chichocząc Kapelusznik. – A ty coś umiesz? – dodał po dłuższej chwili celebrowania wyśmienitego napoju. Jak mu tego brakowało!

    Szalony Kapelusznik

    OdpowiedzUsuń
  40. [Uprzedzałam - piszę dziwnie ;) Poniżej część pierwsza:]

    Moja strategia na przeżycie w ostatnich dniach była bardzo prosta – iść do szkoły, poprowadzić tyle lekcji historii, ile aktualnie było w planie, wyjść póki jasno i jak najdłużej przebywać w miejscach, gdzie jest dużo ludzi, a unikać tych pustawych, które ktoś mógłby uznać za odpowiednie do załatwiania spraw bez świadków.
    Miałem nadzieję, że to wystarczy.
    Musiało wystarczyć.
    Wczoraj, kiedy znalazłem kamień owinięty w kartkę z wiele mówiącym hasłem, natychmiast poszedłem na policję. Prosiłem o ochronę, ale nie chciałem podać swojej tożsamości. Bałem się, że tamci się o tym dowiedzą. Że coś, co może było tylko ostrzeżeniem, przeobrazi się w rzeczywisty zamiar. Byłem gotowy powiedzieć wszystko, co wiem, ale nalegałem, by najpierw otrzymać jakiś dowód, że będą mnie chronić. Tymczasem jedynym, co uzyskałem na komisariacie, było zapewnienie, że rozpatrzą mój wniosek w przeciągu tygodnia. Oczywiście pod warunkiem, że złożę zeznania. Miałem wyjątkowo silne przeczucie, że tydzień po złożeniu zeznań nie mieliby już kogo chronić.
    Nie przewidziałem jednego, mianowicie złośliwości przedmiotów martwych.
    Kiedy po zakończeniu ósmej godziny lekcyjnej wsiadałem do mojej podstarzałej łady, nie przeczuwałem niczego złego. I wtedy… stało się. Silnik zarzęził, zacharczał, zamulił… i zdechł. Spróbowałem raz jeszcze. Nic. Akumulator. Jak nic znowu padł akumulator!
    Korzystając z pomocy przechodniów próbowałem zapalić „na pych”. Nic z tego. Chyba jednak nie chodziło o akumulator. A przynajmniej – nie tylko o niego.
    Niech to wszystko cholera!
    Musiałem iść pieszo. Mimo dość jeszcze wczesnej pory, ludzi na ulicach było zdecydowanie mniej, niż bym sobie życzył.
    Szedłem dobre kilkanaście minut. Od pewnego momentu wydawało mi się, że ktoś mnie śledzi. Byłem niemal pewien, że widziałem, jak ten ciemnowiśniowy samochód z przyciemnianymi szybami wyjeżdżał z uliczki za szkołą, kiedy zdecydowałem się iść na piechotę. Skręciłem w bok, udając, że od początku miałem taki zamiar. Przebiegłem przez zapuszczone osiedle i szedłem dalej ulicą równoległą do tej, którą jechał podejrzany samochód. Nie minęło dziesięć minut, a auto znów jechało jakieś trzydzieści-czterdzieści metrów za mną. Po karku spłynęło mi kilka zimnych kropel. Naprawdę mnie śledzili.
    Znów skręciłem, wchodząc pomiędzy jakieś obdrapane kamienice. Zamierzałem jak najbardziej klucząc, wrócić do szkoły. Liczyłem, że uda mi się tym zmylić pościg.
    Przez jakieś dwadzieścia minut byłem sam. Zdążyłem już nabrać przekonania, że mi się udało i odetchnąć z ulgą, gdy usłyszałem dobiegające zza moich pleców kroki i gardłowy, tubalny głos:
    - Dymitrze Władimirowiczu! Ładnie to tak przede mną uciekać?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    2. [PS. W razie wątpliwości - tu Dymitr ;).]

      Usuń
    3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    4. [...i cześć druga:]

      Nie musiałem się odwracać, by wiedzieć, kto to. Moja pamięć bez problemu przywołała obraz potężnego mężczyzny z ciemną, ostrą szczeciną na głowie i tatuażem na lewym ramieniu. Ricky, osiłek od brudnej roboty.
      Przyśpieszyłem kroku. Prawie biegłem.
      Drogę zagrodziło mi dwóch mężczyzn, zwalistej postury blondyn zwany Carty’m i żylasty trzydziestolatek o dziobatej twarzy i orlim nosie, którego widziałem po raz pierwszy. Ten drugi miał przy sobie broń – jakiś nieznany mi typ pistoletu.
      Zatrzymałem się. Nie miałem wyboru, mierzył we mnie.
      - Czego ode mnie chcecie? Nie mam z wami nic wspólnego.
      Odpowiedział mi szyderczy śmiech Carty’ego.
      - Oj, nieładnie, Dymitrze Władimirowiczu. – Ricky przeciągle wymawiał moje imię odojcowskie, parodiując mój akcent. - Jak pieniążki pożyczałeś, to inaczej mówiłeś.
      - Nie wiedziałem, że te pieniądze będą z…
      - Zamknij się – przerwał mi Carty. Trzeci bandzior milczał, ograniczając się do trzymania mnie na muszce. – Próbowałeś przeszkadzać w robocie. Węszysz, gdzie cię nie chcą.
      Lufa pistoletu zawisła na wysokości mojej głowy. Przełknąłem ślinę. Kątem oka rozglądałem się, czy istnieje choćby cień szansy, że uda mi się schować za czymś, zanim mężczyzna zdąży strzelić.
      I wtedy w przestrzeni pomiędzy kamienicami poniósł się czyjś głos. Ten ktoś chyba jeszcze nie wiedział, że sytuacja jest poważniejsza, niż przeciętna uliczna rozróba. Z miejsca, z którego dobiegał głos, nie było widać, że jeden z mężczyzn ma broń.
      - Jak miło, że mówisz za niego. Zapraszamy do nas… - Ricky zawiesił głos. Ten trzeci skierował lufę na przybysza. Upatrując w tym szansy dla siebie, rzuciłem się w bok, za róg kamienicy. Rozległ się huk, pocisk, który utkwił w ziemi pod moimi stopami wzbił w powietrze niewielką chmurę pyłu. Stanąłem, unosząc ręce do góry.
      - Już, już, nigdzie nie idę.
      Bardzo powoli odwróciłem się w ich stronę. Przy okazji mogłem przyjrzeć się temu, który zamierzał mi pomóc. Huckelberry Jones, ten z Trip Trap. Pięknie.

      [Jakby co nie wymagam takiej samej długości. Może być krócej, dłużej, jak chcesz. I przepraszam za naspamienie pod kartą.]

      Usuń
  41. [I moja bardzo spóźniona odpowiedź... ;)
    W każdym razie cześć i dziękuję bardzo. Na wątek zawsze chętnie. W sumie obaj nasi panowie mają pokomplikowane relacje z braćmi, więc można coś ciekawego wymyślić.]

    Michael

    OdpowiedzUsuń
  42. [Wiesz co, dzisiaj kupiłam większość niezbędnych na razie rzeczy do mieszkania, wreszcie rozpakowałam walizki i zapełniłam szafy, więc powoli spodziewaj się tego odpisu :) Albo dostaniesz na dniach, albo jakoś za tydzień, jak ogarnę dni adaptacyjne i cholernego usosweba, który uwielbia mnie wkurwiać. Ciesz się, że jeszcze nie musisz tego przeżywać :D]

    Gretel/Bloody Mary

    OdpowiedzUsuń
  43. [W ogóle tak dla ułatwienia najpierw piszę zawsze wątki na Wordzie, kopiując sobie wszystkie fragmenty, żeby o niczym nie zapomnieć i łatwiej wrócić do danego fragmentu. I wiesz, ile nasz wątek zajmuje już stron? 10! xD
    Moja postać na pewno będzie uciekinierką z farmy, więc będziemy miały jakiś punkt zaczepienia :D O, a ja tej bajki w ogóle nie znam :( Muszę to nadrobić xD]

    - Trip Trap? – zdziwiła się – No tak, nigdy tam nie zaglądam…
    Zasmuciła się. Gdyby przez te pięć lat udręki, zaszła tam chociaż raz na dłużej… Może by go rozpoznała i wszystko wyglądałoby nieco inaczej. Teraz śmialiby się z okrutnej przeszłości i od dawna byli znów razem. Pomyślała, że to wręcz niemożliwe, by żyć tak długo w jednej małej dzielnicy i nigdy na siebie nie wpaść. Może los nie zakończył jeszcze swoich figli i miał wobec nich wciąż inne pokrętne plany.
    - Ja jestem kelnerką w Bella Notte – przyznała po chwili. Hak prawdopodobnie nigdy tam nie był, a jeśli nawet, to nie na jej zmianie. Znów ten pech. Oboje biedni i zapracowani, nadużywający alkohol, robiący Bóg wie jeszcze jakie rzeczy. Tak podobni, a tak różni.
    - Tak blisko, a tak daleko… - zaśmiała się po chwili czując, że towarzysz dobrze wie, co Lucy ma na myśli. Zawsze porozumiewali się bez słów i ufała, że ta umiejętność nie zaniknęła.
    - Mam w takim razie nadzieję, że ta maleńka cząstka ciebie wszystko jeszcze przemyśli – pozwoliła sobie na żartobliwą uwagę i ma moment utkwiła w nim wzrok. Tej nocy odzyskała wszystko, choć nie padła tu żadna obietnica, a najczulszym gestem okazał się uścisk dłoni. Jednak była spokojna jak nigdy, bo coś zaczęło się układać i nabierać kształtu: nadzieja.
    Po chwili wszedł policjant, a Lucy i Hak wzdrygnęli się niczym dzieci przyłapane na czymś niestosownym. Oficer wyprowadził ich z aresztu, wręczył papierek do podpisania i gestem wskazał wyjście.
    Co teraz?, pomyślała zakłopotana, gdy oboje pokonali schodki i stanęli na chodniku tuż przed posterunkiem.
    Słońce ledwo wyjrzało zza horyzontu, a ulice Fabletown już oblegał tłum przechodniów i rzędy samochodów. Ludzie spieszyli się do pracy, spóźnieni truchtali po chodniku, a pozostali stali w korku przeklinając pod nosem. Pobliskie sklepy i kawiarnie budziły się ze snu, ze zgrzytem wciągając ciężkie rolety. Oboje stanęli przez moment oglądając w ciszy cały ten poranny spektakl. Lucy zwróciła się pewnie w stronę ukochanego, jednak jej zapał szybko osłab. Nie wiedziała co powiedzieć, choć mała tak wiele na myśl.
    Powiedz coś, kretynko, skarciła samą siebie, Zwykłe ‘cześć’ nie wchodzi w grę, dobrze o tym wiesz.
    Przełknęła ślinę. Nie chciała się z nim rozstawać. Po tak długim czasie, gdy znów miała go w zasięgu ręki, chciała z nim zostać, nawet na środku ulicy.
    - Cieszę się, że tu jesteś i, że znów się spotkaliśmy – wyrzuciła z siebie i posłała mu niepewny uśmiech. Promienie słońca oświetlały twarz Haka, jego zadarty lekko nos i te piękne oczy. Był taki jak kiedyś. Taki jej. Wyobraźnia odsunęła jej obraz, jak trzymając się za ręce, wspólnie robią krok do przodu i stają na pokładzie pięknego żaglowca. Wiał ciepły, pachnący solą wiatr, zaskrzeczały pokładowe papugi, zwiastując rozpoczęcie kolejnej podróży. Łza zakręciła jej się w oku. Znów byli w Fabletown, po środku zaludnionego chodnika, zmęczeni i niewyspani.

    [Dziś więcej z siebie nie wykrzesam :)]

    Lucy

    OdpowiedzUsuń
  44. [Dziękuję ślicznie za powitanie. Bella to moja ulubiona bajkowa postać i również mam nadzieję, że zostanę na blogu jak najdłużej. Jeszcze nie zaczęłam wątkować, a już się zżyłam z postacią. Twoja obie postacie są bardzo interesujące, aczkolwiek Kapitan zainteresował mnie bardziej. Wizerunek wspaniały, będę chwalić bez końca. *.* Chęć na wątek u mnie jest zawsze. Może skoro oboje są samotni w tym dziwnym dla nich świecie, spotkaliby się w Trip Trap, wypiją kilka drinków, wyrzucą z siebie żale.
    A! Zanim zapomnę - Twoja druga postać pochodzi z jakiej bajki? Jeszcze się z taką nie spotkałam, a gif na dole nic mi niestety nie mówi... ;) ]

    Bella

    OdpowiedzUsuń
  45. [A kto by jej zabronił trochę nabroić? Pomysł jestem chętna zrealizować, a nawet bardzo. Bella jest chętna trochę narozrabiać. Jutro możesz wyczekiwać zaczęcia wieczorkiem lub jakoś w nocy. W zależności do tego, kiedy wrócę ze szkoły i czy po dniu z najgorszym nauczycielem ever będę w stanie cokolwiek z siebie wydusić. Bella

    OdpowiedzUsuń
  46. [Jestem w tak dobrym humorze, że muszę odpisać Hakowi xD + to dopiero początek sprzątania + posłuchaj Magic Moments w odpowiednim momencie]

    - Magicznego? – powtórzył za Jonesem pan Jefferson z wyraźnym zaskoczeniem w głosie. – Przecież każdy to potrafi – odparł, wzruszając ramionami jak gdyby nigdy nic. Poranna herbatka w rozpadającym się budynku – coś pięknego. – Pirat, powiadasz… - powtórzył z zamyśleniem. Mieliśmy kilku takich w Krainie Czarów. Niezbyt sympatyczni, ale ty wydajesz się być inny. – Popił pyszną imbirową herbatę, wspominając tych dzikusów, którzy o mało co nie sprzedali Marcowego Zająca, Mniamałygi i jego samego do królestwa za Suchym Morzem. Wzdrygnął się na te wspomnienia, ale równocześnie zaśmiał. Chyba tylko on mógł widzieć we wspomnieniach dobre i złe rzeczy. Czuć dwa uczucia na raz. Do tego trzeba było być teraźniejszym Jeffersonem. Na wspomnienie o bracie kapitana, Kapelusznik zmarszczył lekko brwi. – Coś z nim nie tak? – zapytał. Jako wieczny rozmówca Hatter był wyczulony na takie typu rzeczy. W końcu spędził praktycznie całe swoje życie, siedząc i rozmawiając. – A, tak w ogóle, kompanie. Nie spytałem ciebie czy przypadkiem nie natknąłeś się na Marcowego Zająca? W końcu jesteś tu dłużej ode mnie. Widok starego przyjaciela na pewno pomógłby mi się dostosować do tego dziwacznego świata.
    Patrzył na kapitana z nadzieją, ale ten tylko pokręcił głową. Kapelusznik westchnął.
    - No, cóż… - mruknął, po czym zagwizdał, a zaraz ze szpary wyszła ta sama mysz, co wcześniej. Jefferson uśmiechnął się i wyciągnął dłoń z ziarnem. Gdy tylko zwierzątko usiadło mu na ręce, podniósł je i włożył do przedniej kieszeni marynarki. – Czego potrzebuję… - powtórzył bardziej dla siebie niż do Jonesa. – Przyniósłbyś mi zwoje materiałów, a ja już sobie poradzę. Gwoździe i młotek to przydadzą się tobie – zaczął, rozglądając się po wnętrzu. – Ja noszę wszystko ze sobą – dodał, uśmiechając się i klepią lewą stronę piersi. Po wewnętrznej stronie długaśnej marynarki nosił wszystkie niezbędne narzędzia do robienia kapeluszy i reperowania zegarów. Których w sumie nie naprawiał. Tylko niszczył. Hak uniósł z zainteresowaniem brwi, a Kapelusznik zaczął wyciągać swoje oporządzenie. Nawet była tam piła. – W takich kieszeniach schowasz i wannę z kaczką – powiedział Jefferson, tłumacząc swoje bezdenne kieszenie. – Gdzie pójdziesz? Do sklepu? Co to za dziwaczny zamek? – zaśmiał się. – Zdecydowanie powinieneś się leczyć, mój drogi przyjacielu kaleko.
    Wstał i położył dłoń na ramieniu kapitana Haka. Byli tego samego wzrostu, ale Kapelusznik stał na podwyższeniu przez co Jones wyglądał jak zagubiony nastolatek.
    - Pomoc od przyjaciela jest najlepszą rzeczą pod słońcem – dodał już poważnie i zrównał z bezręcznym towarzyszem. – Bo tylko oni są coś warci.
    Po tych słowach herbata została zakończona, imbryk opróżniony, a Kapelusznik zaczął biegać po całym domu w poszukiwaniach miotły. Hak wybył gdzieś, zostawiając go samego… No, niezupełnie. Mniamałyga siedziała cały czas w kieszonce Jeffersona, zajadając się kolejnymi ziarnami, które jej przyjaciel nie wiadomo skąd brał. W szaleńczym pędzie pan Jefferson ściągał pajęczyny, przenosząc z niemałą czułością pająki na parapet, gdzie patrzył jak te uciekają jak najdalej od niego. Do tego jednak znalazł kolejną płytę winylową (ciągle brzmiało to dla niego dziwacznie i za każdym razem wybuchał śmiechem) z napisem Perry Como, a pod spodem było dopisane Magic Moments. Ustawił więc to coś na śmiesznej skrzyneczce i kontynuował sprzątanie. Naprawdę było to zabawna czynność. Sprzątanie. Nigdy w życiu niczego nie sprzątał, a tutaj musiał wysłuchać nawet wykładu Haka o tym. Jefferson mógł być nawet w tym mistrzem. Podczas nieobecności swojego jedynego uczłowieczonego towarzysza, zdążył mniej więcej ogarnąć górne piętro – powyrzucał nieprzydatne jego zdaniem śmieci, wymiótł tony kurzu i pyłu, wytrzepał materace, poduszki i wszelakie materiały. Nawet poodciskał odstające deski do podłogi. Tak dobrze się przy tym bawił, że nie zauważył kapitana Haka Jonesa stojącego w drzwiach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten odchrząknął, a Kapelusznik od razu poderwał się z klęczek i stanął z szerokim uśmiechem naprzeciwko pirata.
      - Co na to powiesz?! – zawołał cały w pajęczynie, kurzu i jakiś niezidentyfikowanych substancjach i patrzył wyczekująco na zdanie swojego przewodnika na świecie Fabletown.

      Szalony Kapelusznik

      Usuń
  47. Jefferson uniósł brew w górę. Naprawdę miał już w głowie setki pytań do Haka, ale zaraz ten wepchnął mu w ręce zwoje materiału, które odciągnęły jego uwagę od poprzednich zamiarów. I w ogóle od tego dziwacznego pojazdu czy tam karety, która nie potrzebowała koni do jazdy. Spotkał się z nimi nocą i to nie raz, ale jak to u Kapelusznika bywało dobre wspomnienia wypierały te złe. Widząc kilometry materiałów do pracy, z szerokim uśmiechem wrócił do środka swojej kamienicy, by zostawić zwój i wrócić po następny. Kapitan Jones nie zdążył wyciągnąć drugiej serii, gdy Jefferson stał w gotowości do jej przyjęcia. Kapelusznik nie przejął się dziwnym spojrzeniem pirata. Oczy wychodziły mu praktycznie na wierzch, gdy myślał już jak wykorzysta te wspaniałe rzeczy do tworzenia… No, cóż. Kolejnych rzeczy. Musiał latać tak dobre kilkanaście razy, ale nie przeszkadzało mu ani trochę. W końcu mógł się zająć, czym po tylu… Hm… Właśnie. Nie miał pojęcia, ile czasu spędził w tym dziwacznym miejscu z białymi kapturami, ale praca na pewno znaczyła dla niego więcej niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Znowu był wolny. W pewnym sensie. Mimo że nie był to jego świat, mógł robić, co chciał. W tym budynku, ale i tak była to większa powierzchnia niż miał jeszcze dobę temu. Zaśmiał się. Od kiedy to zwracał uwagę na czas? Pokręcił głową i kopnął nogą grającą skrzynkę, która się zacięła. Płyta winylowa jednak podskoczyła, a melodia popłynęła dalej.
    - Włączyłem kolejną dziwaczną obracającą się płaską kulę. Pisało Big Bad Voodoo Daddy i Big Time Boppin'
    - rzucił przez ramię do Haka, tłumacząc się. Zadomowił się. Było to więcej niż widoczne. Nawet zapach porannej i herbaty do drugiego śniadania bez samego śniadania roznosił się po całej kamienicy. Ta już parzyła się i czekała na ich dwójkę z naprawdę wspaniałym aromatem imbirowych ciasteczek. Widząc wymowne spojrzenie swojego towarzysza, Jefferson wzruszył ramionami. – Nie obędzie się przedpopołudniowa herbatka bez przyjaciela i ciasteczek! – zawyrokował, po czym odebrał ostatnią partię materiałów od Jonesa i wskazał poprzednie miejsce przy stoliczku. – Nie robiłem tych ciastek. Marcowy Zając specjalizował się w gotowaniu, a to ostatnia partia jaka mi została – dodał, siadając naprzeciwko kapitana Haka, tym razem na żeliwnym krześle z podparciem. Oparł prawą nogę na lewym kolanie i odchylił się, wpadając nagle w zadumę. Nie wiedział, ile tak tkwił, dopóki nie wyrwał go z niej Jones. – Wybacz! – zawołał Jefferson, przytomniejąc. – Miałem przypominajkę. Nie są zbyt sympatyczne. Jak to przypominajki przypominają o złych i dobrych rzeczach, które nigdy już nie wrócą… – wytłumaczył, uśmiechając się blado i biorąc filiżankę w dłonie. W milczeniu siorbnął pierwszy łyk, po czym poprosił o cukier. – Jak ciasteczka? – zagaił, ale nawet nie doczekał się odpowiedzi, gdy Hak zadał mu dziwne pytanie, które wytrąciło Kapelusznika z równowagi. Momentalnie znieruchomiał. Musiał je przetrawić. Cały spochmurniał i spojrzał na Jonesa spod brwi z dość nieprzyjaznym spojrzeniem. – Co masz na myśli, pytając o to jak udało mi się uciec?!
    Chyba nikt nigdy go takim nie widział, ale na szczęście nie musiał drążyć tego tematu, więc momentalnie zapomniał o pytaniu i zaczął mieszać łyżeczką bez główki w swojej filiżance. – No, więc… - zaczął już o wiele pogodniejszym tonem. – Muszą tu też być pozostali z Krainy Czarów i jak mniemam również z innych krain. Ale to nie jest świat żadnego z mieszkańców tamtych uniwersów. Cóż za szaleństwo… Wspominałeś, że jesteś piratem. Gdzie twój statek, kapitanie? W ogóle powinienem odszukać Marcowego Zająca lub Kota, ale nie mam zamiaru się stąd ruszać. Nie spotkałeś może na zewnątrz tych dziwaków? Mówię o białych kapturach.
    Instynktownie zdjął apaszkę z szyi i przejechał dłonią po zabliźnionej kresce, która została tam po ścięciu i przytwierdzeniu jego głowy z powrotem.
    - Szalony świat… - wymruczał pod nosem. – Kareta bez koni…

    Szalony Kapelusznik

    OdpowiedzUsuń
  48. [Ja tak mam z „Anastazją”, „Balto” i „Wszystkie psy idą do Nieba” :D Bajki mojego dzieciństwa, które mogę oglądać i oglądać i nigdy mi się nie znudzą :D I są takie piękne <3
    Świetny pomysł! :D Lucy może mieć jakieś złe przeczucia – coś wyczuje, jak to nimfa :) Skojarzy, że to „Nigdy cię nie zapomnę… Lucy” brzmiało jak pożegnanie na zawsze. Nawet tego samego dnia, wieczorem przejdzie się do Trip Trap i dowie się, że Hak nie pojawił się i nawet nie dał znaku życia. Weźmie adres i poleci do niego, oczywiście drzwi byłyby otwarte, a potem się rozegra cały dramat :D Będzie go niańczyć i nie da się wyrzucić z mieszkania <3 O tak, mogliby pojechać gdzieś nad wodę <3 <3 Ah! :DD]

    Odprowadzając go wzrokiem, poczuła dziwne ukłucie w żołądku, bynajmniej nie z głodu. Znów pozwoliła mu zniknąć, choć tylko za rogiem. W jej zmęczonej głowie pojawiła się dziwna myśl, że już go nie odnajdzie, tak jak wtedy. Długo nie mogła się pogodzić z własną głupotą, z nieprzemyślaną decyzją z tamtej okropnej chwili. Zdawała sobie sprawę z tego, że podjęła ją pod wpływem magicznej więzi z Davym, jednak równie szybko jak Hak odpłynął – ona uwolniła się spod jej wpływu, jak z hipnozy. Wiedziała, że starszy Jones nie zrobił tego specjalnie i wierzyła, że nie miał o niczym pojęcia. Mimo to, nie pomógł jej, gdy ta dzień w dzień wypytywała o Haka każdego napotkanego wędrowca czy marynarza. Gdy wypatrywała jego okrętu i pisała listy, na które nigdy nie odpowiedziano. Nie powiedział jej także, że ukochany przepadł z jego winy, wysłany do innej krainy. Jego postępowanie przypominało misternie ułożony plan, a mimo to nie chciała w to uwierzyć. Wówczas nie wiedziała nic i dopiero dziś przejrzała na oczy.
    Otuliła się swetrem i skrzyżowała ręce na piersiach, próbując się nieco rozgrzać i nie wypuścić ciepła. Poranek był wyjątkowo chłodny, słońce nie rozgrzało jeszcze miejskiego bruku. To nie był dobry czas na przemyślenia, nie w takim stanie. Była zmęczona, wciąż roztrzęsiona i nie do końca mogła w to wszystko uwierzyć. Wolno ruszyła w przeciwnym kierunku, w dół ulicy. Przez sekundę widziała swoje przerażające odbicie w sklepowej witrynie, więc spuściła tylko głowę. Czuła się, jakby wracała z jakiejś okropnej imprezy – jakby ktoś ją upił, pobił i znów upił – i tak też wyglądała. I nie czuła się wcale lepiej. Gdyby nie to ciepło w sercu. Choć może to tylko zasługa swetra.
    Ledwo i ostatkiem sił wdrapała się na drugie piętro swojej kamienicy i weszła do mieszkania. Zatrzasnęła drzwi, rzuciła torbę na ziemię. Niczego teraz nie pragnęła tak mocno, jak snu, a reszta przestała ją obchodzić. Upadła na łóżko, w ubraniach, z rozmazanym makijażem. Leżąc półprzytomna na brzuchu, zdołała jeszcze wydobyć z kieszeni swetra telefon komórkowy. Sms do szefa: „Dziś nie przyjdę, jestem…”. Nie dokończyła, nie wysłała. Zasnęła głębokim snem, wtulona w miękki koc, w pokoju zaciemnionym przez zasłonięte żaluzje. Najróżniejsze myśli z całego dnia zaczęły powoli układać się w sen.

    Lucy

    OdpowiedzUsuń
  49. [Easy peasy, inwalido ;) easy peasy]

    OdpowiedzUsuń
  50. [O, wow. Wreszcie jest zaczęcie z mojej strony. Mam nadzieję, że jest okej. Treść jak i długość. :)
    Miłej lektury. ;D ]

    I chociaż minęło długich pięć lat nadal nie mogła przyzwyczaić się do tego nowego świata, który z każdym dniem zaskakiwał ją coraz bardziej. Żyła z dnia na dzień, a kiedy już myślała, że całkiem udało się jej przywyknąć do nowojorskiej codzienności spotykało ją dobrze już znane rozczarowanie. Nie miała tu nikogo bliskiego komu mogłaby się zwierzyć ze swoich problemów, opowiedzieć jak bardzo tęskni za najbliższymi czy po prostu posiedzieć w milczeniu. Miała w prawdzie Puszka, który w przeciągu sekundy zmieniał swoje humory i już po chwili od niej odchodził dumnym krokiem z ogonem uniesionym w górze. Nawet na swojego futrzaka liczyć nie mogła. Za dnia chodziła uśmiechnięta, wybierała dla dzieciaków ciekawe książki w bibliotece, a nawet pomagała im odrabiać lekcje jeśli ją ładnie o to poprosiły. Tylko będąc sama zmieniała się w smętną, pełną żalu młodą kobietę, którą postępkiem wyrwano z jej własnej cudownej bajki.
    Ten wieczór także nie wydawał się być inny niż poprzednie. Szła przed siebie uważając, aby na kogoś przypadkiem nie wpaść. Nawet nie zorientowała się, kiedy nogi zabrały ją pod drzwi baru, była zdziwiona tym, że jest otwarty. Zwykle, kiedy chciała tu wpaść bar okazywał się zamknięty, a ona musiała szukać innego miejsca, gdzie znalazłaby jakąś „rozrywkę”. Weszła do środka długo się nawet nie zastanawiając, potrzebowała drobnej odskoczni od życia codziennego, nikomu jeszcze nie zaszkodziła drobna ilość dobrego alkoholu. Dopchała się do baru od razu zajmując miejsce na wysokim stołku. Zamówiła dla siebie pierwszego lepszego drinka, który wpadł jej do głowy, rozejrzała się dookoła licząc na to, że może w tłumie ludzi dojrzy jakąś znajomą osobę z którą mogłaby spędzić ten wieczór.

    Bella

    OdpowiedzUsuń
  51. [Ja tu spoza tego bloga, ale no... Mam do Ciebie sentyment, droga autorko i chciałam Cię prosić o jakikolwiek kontakt... no bo tak xd
    Zniknęłaś mi z Jackiem z Hogwartu podczas mojego urlopu i mi tęskno... xd
    Jak coś gg: 40111584 lub mail: ladychocolatecupcake@gmail.com]

    OdpowiedzUsuń
  52. [Nie musisz przepraszać, przecież wiem o wszystkim xD
    Fajnie, że dajesz radę odpisywać <3]

    Lucy skuliła się i mocniej owinęła swetrem. Ciepły koc, na którym leżała oddawał przyjemne ciepło, o którym marzyła przez całą drogę powrotną do domu. Oddychała głęboko i bardzo powoli. Wciąż tkwiła pomiędzy snem a jawą, mimo to czuła, że odpoczywa. Błoga cisza wypełniała zaciemniony pokój, wszelkie hałasy z ulicy odpływały coraz dalej i dalej. Na krótką chwilę wróciło do niej wspomnienie skały, na której żyła. Nigdy nie zastanawiała się nad tym, skąd właściwie się tam wzięła. Od kiedy tylko pamiętała, tkwiła na skalnej półce, dniami i nocami obserwując całą okolicę. Czy było coś wcześniej? Jeśli nawet, jakie miało to znaczenie? W zasięgu jej wzroku było pobliskie miasteczko, które w głębi serca darzyła dziwnym uczuciem – było jej niezwykle bliskie, choć nie miała pojęcia dlaczego. Może jego widok uspokajał ją? Przyzwyczajona do widoku mieszkańców, poczuła że jest członkiem tej małej niemieckiej społeczności? Nie potrafiła tego określić. Jej domem były jednak wody Renu, z którymi rozmawiała, i które chroniły ją przed niebezpieczeństwem.
    Westchnęła przez sen przeczuwając, dokąd zmierzają owe wspomnienia. Nieubłagalnie nabrały kształt chłopaka w pięknym kapeluszu i długim płaszczu, przechadzającego się po nadreńskim porcie. Nieznajomego, przybysza z północnego kraju, którego tak umiłowała. Był tak piękny, tak inny od rybaków i rzemieślników, których dotąd obserwowała. Jemu oddała swoje serce.
    Łza spłynęła po jej bladym policzku. To, co wydarzyło się niedługo później na zawsze przekreśliło ją i wszystko, co kiedykolwiek ją otaczało. Została wyklęta, na własną prośbę. Nic nie miało już znaczenia, a ją zepchnięto w przepaść bez dna.
    Znów westchnęła. Teraz w jej głowie pojawiły się dwie, dobrze jej znane twarze braci Jonesów i ta straszna chwila, w której dostała wybór. Wybór pomiędzy prawdziwą i jedyną miłością, a kuszącą i przyciągającą morską więzią dwóch wodnych stworzeń.
    Przebudziła się gwałtownie i otarła łzę z nosa. Każdy sen, który dotyczył tych wydarzeń kończył się właśnie w tym momencie. Czasem miała wrażenie, że to nie przypadek i decyzję o pozostaniu z Davy’m podjęła niezależnie od siebie. Wciąż zbyt zmęczona, by wstać, wczołgała się pod koc i nakryła głowę. Miała ochotę zniknąć dla świata, choć na kilka godzin. Już po chwili, nawiedził ją kolejny sen na tle błogiej ciszy. I znów pojawił się Hak i jego ciemne oczy, w które mogła wpatrywać się godzinami. Jej jedyna miłość, którą porzuciła. Znów tu był, cały jej i na zawsze. Stali tuż przed sobą, wpatrzeni w siebie nawzajem tak, jak wtedy nad Renem. Nigdy cię nie zapomnę… Lucy, szepnął. To brzmiało jak…
    Przebudziła się gwałtownie. Lekko oszołomiona, jednak ta jedna myśl nie uleciała wraz z resztą snu.
    - To brzmiało jak pożegnanie – wypowiedziała do samej siebie, czując straszliwe ukłucie w sercu. Pożegnanie na zawsze, dodała w myślach, Pożegnał się ze mną, wtedy, przed komisariatem…
    Zerwała się na równe nogi.

    Lucy

    OdpowiedzUsuń
  53. [Witam, odwiecznego przeciwnika! :D Wiem, że masz dużo wątków, drugą postać, mało czasu, ale wątek chyba musi być. MUSI! Ale jeny! Jaki ten Hak jest depresyjny. Mój Piotruś na pewno nie chciałby go takim widzieć. Chyba moja wersja jest jeszcze większym roztrzepańcem i zagubionym chłopcem niż w oryginale xD Życie na spontanie hah Napisz, jeśli jest chęć, bo u mnie jest wręcz potrzeba pisania z Tobą ;D]

    Piotruś Pan

    OdpowiedzUsuń
  54. Siedziała przy barze z drinkiem w ręku rozglądając się po pomieszczeniu. Już całkiem straciła nadzieję na to, że znajdzie jakiegoś kompana do picia. Perspektywa spędzenia kolejnego wieczoru w towarzystwie samej siebie również jej nie odpowiadał. Nawet będąc wśród ludzi czuła się samotna. Cóż równie dobrze mogła siedzieć na swojej nieco obskurnej kanapie w kieliszkiem wina w ręku. Byłoby prawie tak samo. Z tą różnicą, że ciszej.
    Odwróciła głowę tylko na moment, a ta jedna sekunda wystarczyła, żeby zatrzymała swój wzrok na nieznajomym jej mężczyźnie na dłużej. Kąciki jej ust lekko uniosły się do góry. Postanowiła odrzucić od siebie wszystkie niechciane myśli, które tylko sprawiały, że była bardziej nieszczęśliwa. Na jeden wieczór wystarczyło jej litowania się nad sobą. Miała na to całkiem dużo czasu.
    Z gracją podniosła się ze swojego miejsca, mając zamiar usiąść bliżej mężczyzny. Rozpocząć jakąś rozmowę, a na to przynajmniej liczyła. Chyba nie była tak straszna, aby ludzi z miejsca od siebie odrzucać? Miała wrażenie, że w jakiś sposób są do siebie podobni. Chociaż równie dobrze mogło się jej tylko to zdawać. Usiadła na wolnym miejscu obok tymczasowo przyglądając się mężczyźnie w milczeniu.
    - Jestem Bella – uśmiechnęła się w typowy już dla siebie smutny sposób nie spuszczając wzroku z mężczyzny.

    Bella

    OdpowiedzUsuń
  55. [Uwielbiam tego aktora jako kapitana Haka. Bardzo podoba mi się także twoja karta i to w jaki sposób kreujesz tą postać. Jeżeli masz czas czy chęci, to zapraszam na wątek, bo ostatnio cierpię na ich małą ilość.]

    Elsbeth Alvarez/ Jack Lahey

    OdpowiedzUsuń
  56. [Z moją cierpliwością jest różnie, aczkolwiek zawsze cierpliwie czekam na odpowiedzi (a mam inne wyjście? :D).
    Dziękuję bardzo, cieszę się, że Elsbeth i Jack przypadli Ci do gustu. Szczerze powiedziawszy długo zastanawiałam się, kim poprowadzić z tobą wątek i myślę, że wybiorę Jacka, ze względu na fakt, że on jest nowy i nikt jeszcze nie ma z nim wątku. :-) ]

    Jack Lahey
    Czyli cudowny, ponętny i niezniszczalny Mushu!

    OdpowiedzUsuń
  57. [Haha, dzięki <3 Mnie też tak coś naszło. Piotruś jest, może jakaś Wendy się jeszcze znajdzie, więc czemu nie? :D :*]

    OdpowiedzUsuń
  58. [Na Piotrusiu chyba skupię większą część mojej uwagi. Biedny Lew niestety musi poczekać xD Preferujesz retrospekcje czy może nowe życie w Fable? Osobiście jestem za obiema opcjami, ale chyba nowa o ile będzie nowa relacja w NY jest dla mnie większym wyzwaniem i większą tajemnicą, co bardzo mi odpowiada ;D Myślę, że nie byliby sobą gdyby byli przyjaciólmi albo dobrymi znajomkami, więc jestem za dawnymi wrogami, którzy soie odpuścili tylko dlatego że siedzą w jednym bagnie xD zresztą Piotruś nie traktowałby Haka jako wroga. Jest za dużym hipisem więc pewnie pokazałby peace i grał na gitarce dalej.]

    Piotruś Pan

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Wgl zaśpiewałabym Ci congratulations za dyplom xD Jeśli oba warianty pasują, to może zrobiłybyśmy coś w stylu pisania na zmianę? Część wpisu np kursywą z Nibylandii a jakaś z Fable? Ale nie wiem czy się nie pogubimy xd
      Haha no ja sobie wyobraziłam jak Hak podchodzi i coś mówi, że grać na ulicy to on sobie może gdziekolwiek indziej, ale nie tutaj. Taki oburzony xD PEACE]


      Usuń
    2. [To kto ciska rozpoczęciem? Nie powiem, że jestem trochę z tym w plecy (tak bez pierdolenia xD]

      Usuń
  59. [Nie mam pomysłu - musimy razem pokombinować.
    Ogólnie rzecz biorąc dla mnie przy wymyślaniu ważny jest charakter postaci i jej sposób bycia, bo przecież jeżeli twoja nie chodzi np. do baru ze striptizerkami, to nagle mu się chyba coś nie odwidzi, co nie? Mam nadzieję, że wiesz o co mi chodzi. :-D
    Myślę, jakby połączyć gadatliwego Mushu z twoim raczej przepełnionym rozpaczą Hakiem.... Hmmm. ]

    Jack Lahey
    Czyli mocarny, ponętny i niezniszczalny Mushu

    OdpowiedzUsuń
  60. [To może jeśli mam zacząć ustalmy w jakich momentach? ;)]

    Piotruś

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Nie, nie! Jest świetnie! Juz widzę tego Haka na plaży w dramatycznej pozie i krzyczącego 'AH JA BIEDNY NIESZCZĘŚLIWY!' XD Pasuje! Super pasuje! ;D]

      Usuń
  61. [Ja już ten pomysł widzę oczyma wyobraźni. Bardzo mi się ten pomysł podoba! Masz czas by zacząć czy ja mam się tym zająć? ;-) ]

    Jack Lahey
    czyli smok, nie jaszczurka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Nie ma problemu - zacznę, tylko już na pewno nie dzisiaj - szkoła. :-D]

      Mushu

      Usuń
  62. Piotruś siedział pod ścianą przed barem ‘U babuni’ i grał. Jak zwykle zresztą. Lubił to. Nie. Wręcz uwielbiał. Babunia jeszcze go nie wygoniła, co oznaczało, że zostało mu kilkadziesiąt minut spokojnego grania, zanim to nastąpi. Jednak gdzie zawsze wtedy szedł? Na ławkę po drugiej stronie ulicy, gdzie czekał na otwarcie sklepu muzycznego. Gdy wszystko już przejrzał, wracał do swojego starego miejsca, a w porze obiad Babunia kazała mu odłożyć to wiosło i przyjść na obiad. Przewieszał gitarę przez plecy i siadał przy blacie, czekając na coś dobrego. Nieodłączne uwagi Babuni dotyczyły jego włosów i znalezienia sobie pracy. Ta… Tylko po co? Takie rzeczy były dla dorosłych, a Piotruś nigdy nie chciał nim być. Był wolnym człowiekiem. I nikt nie mógł mu zabronić siedzenia na chodniku. Nawet nie było tam ławki, ale to nieważne.
    Dzisiejszego ranka też tam był. Grał i śpiewał, aż na chodniku rozległy się znajome kroki.

    Piotruś chodził po plaży bez celu. Po prostu uznał, że dzisiejszy poranek jest wspaniałą okazją do przechadzki i zebrania myśli. Zagubieni Chłopcy jeszcze odsypiali wczorajszą całonocną zabawę wśród Indian. Nieźle się tam rozkręcili. Tańczyli do utraty sił, a czerwonoskórzy jak zwykle obdarowali ich stosem pysznego jedzenia. Piotruś spędził całą zabawę z córką wodza Tygrysią Lilią na rysowaniu mapy Nibylandii, którą chciał trzymać w domu. Indianka świetnie się na tym znała i teraz już Pan miał przytroczoną do paska kolbę z rysunkiem wewnątrz.
    Piotruś poprawił swoją luźną koszulkę w paski, którą sam sobie zrobił z materiałów zabranych ze statku kapitana Haka. Pirat miał tyle tego, że zapewne nie zauważył zniknięcia jednej rolki. Nawet kompas, który tkwił w kieszeni podartych krótkich spodenek chłopaka należał kiedyś do właściciela Jolly Rogera. Ale Hak był piratem jak się patrzy, więc musiał trzymać zapas kompasów pod łóżkiem. Pan nie miał nic do tego gościa. Po prostu mieli ze sobą na pieńku, bo Piotruś lubił mu dokuczać, a Hak dawał się sprowokować.
    Brunet zeskoczył z suchego konara na piasek i dopiero wtedy rozejrzał się po plaży, która powoli zaczynała jaśnieć wraz ze wschodem słońca. Piotruś zdziwił się, widząc jakiś ciemny kształt niedaleko przed sobą. Dopiero po jakimś czasie rozpoznał w tym czymś leżącego na piasku pirata, a chwilę później doszły też odgłosy obijania się o siebie szklanych butelek po rumie. Chłopak machnął brwiami i podleciał kawałek w stronę pijanego osobnika.


    Piotruś Pan
    [Mam nadzieję, że nie jest koszmarnie-

    OdpowiedzUsuń
  63. [Oj tak, wątku zdecydowanie nie odmówię! Spotkanie z Hakiem po latach na pewno byłoby dla Wendy ciekawym doświadczeniem. Może nawet by mu wybaczyła wszystkie wcześniejsze winy, o ile znów użyłby swoich dobrych manier. ;)]

    WENDY

    OdpowiedzUsuń
  64. [Zawsze coś, haha :D Ja też rzadko odpisuję, choć teraz, gdy zostałam tylko z Lucy, mam więcej luzu xD Jednak chyba lepiej skupić się na jednej postaci :)
    Nic się nie przejmuj <3 Ja za to dziś nieco krócej.]

    Wzięła błyskawiczny prysznic i przebrała się w coś cieplejszego. Wciąż nie była do końca przekonana do swoich podejrzeń. Rozmyślała nad tym intensywnie, zamykając drzwi i szybkim krokiem wychodząc z kamienicy. Wspomnienia ich rozmowy w celi powoli wracały, a Lucy starała się przeanalizować każde słowo Haka, które tak starannie wyłapywała. Był tak bardzo przygnębiony, mówił tyle o życiu i o śmierci. O własnej śmierci, o próbach samobójczych. Wstrząsnęły ją jego słowa, nie sądziła, że może być w aż tak złym stanie. Była jednak przekonana, że teraz wszystko się zmieni. Wiedziała, że nie może go od tak pozostawić samego. Tak, jak kiedyś.
    Przyspieszyła za rogiem i puściła się niemal biegiem w dół ulicy, w stronę Trip Trap. Nie znała jego adresu, nie miała pojęcia, gdzie Hak może się teraz znajdować. Mówił, że nie wybiera się do pracy, jednak tylko tam może dowiedzieć się czegokolwiek. Miała szczęście, że bar był już otwarty.
    Wymyślenie fikcyjnego powodu, dla którego musi zdobyć adres Haka, nie było trudne. Właściciel najwyraźniej już nieraz miał do czynienia z osobami poszukującymi jego pracowników, więc bez dłuższego dopytywania zapisał adres na karteczce. Na pożegnanie dorzucił tylko, że potem mogłaby wpaść do niego, jeśli u Hucka będzie się nudziła. Lucy przewróciła tylko oczyma.
    Po wyjściu z baru, wzięła głęboki oddech. Naszły ją najgorsze myśli, których nie mogła wyrzucić z głowy. Co, jeśli może być za późno? Jeśli Hak zrobić jakieś głupstwo? A może ona jest zbyt przewrażliwiona? Mimo wszystko, rzuciła się biegiem pod podany adres. Nie wybaczyłaby sobie, gdyby teraz, po tym wszystkim miałby znów zniknąć z jej życia, i tym razem bez możliwości powrotu.

    Lucy

    OdpowiedzUsuń
  65. [Dziękuję za pochwałę :) Szczerze mówiąc, nie spodziewałam się tak pozytywnych opinii... ale ciesze się, że ci się podobało. Jeszcze jak jak cieszę:D Zwłaszcza, że ja z kolei lubię twój styl - i te długie opisy uczuć. Miałam przeczytać jedną z twoich notek, a skończyło się na tym, że pochłonęłam wszystkie.
    A tak z innej beczki - zaczynamy nowy wątek? Bo tak sobie myślę... oprócz notki, widziałam w jakimś twoim wątku wzmiankę, że Hak ma za sobą parę prób samobójczych. Przyszło mi do głowy, że Dymitr mógłby udaremnić jedną z nich - ale nie chcę nic narzucać, bo nie wiem, ile podobnych wątków miałaś wcześniej.]

    OdpowiedzUsuń
  66. [Jeszcze raz dziękuję :) A notki czytałam, bo raz, że spodobała mi się twoja kreacja Haka, a dwa, że jako "nowa" chciałam was wszystkich trochę poznać. Więc poczytałam karty, notki, zerknęłam na komentarze.
    Haha, zawsze to sposób, z tymi opisami. Ja jak nie mam na coś weny, albo nie mogę się zmusić, żeby sobie coś wystarczająco plastycznie wyobrazić (wystarczająco tj. jakieś dwa razy "bardziej", niż potem opisuję), to zaczynam odwlekać i dodawać inne sceny. A potem wychodzi tak jak z tą notką, że zamiast ok. 4 stron wyszło mi 6 ;P
    Cieszę się, że pomysł jest okej. Ja uciekać z bloga nie zamierzam, co będzie naprawdę, to zobaczymy, ale przynajmniej nie mam takich planów :) To w takim razie muszę ci zadać ogólnie znienawidzone acz sakramentalne pytanie: zaczniesz?
    Nie chodzi o to, że mi się nie chce, po prostu wątek niejako zaczyna się od tego, że Hak będzie chciał b ze sobą skończyć, więc muszę wiedzieć np. w jaki sposób i co było tą kroplą, która (znowu) przepełniła czarę.]

    OdpowiedzUsuń
  67. [Okej, w takim razie czekam :)]

    OdpowiedzUsuń
  68. [Hej, dobrze, że się odezwałaś, akurat się zastanawiałam co się dzieje ;) Ale spokojnie, poczekam, aż będziesz miała czas.]

    OdpowiedzUsuń
  69. Mushu zawsze miał problemy ze sobą, swoim charakterem i urojeniami, które w dawnym świecie udawało mu się w jakiś sposób powstrzymywać. Był przecież zbyt zajęty dbaniem o to, by Mulan miała szczęśliwe życie (i by przypadkiem on w żaden sposób nie stracił swojej posady). Wszystko zmieniło się odkąd przybył do Fabletown. Tutaj nie było jego przyjaciółki czy przodków. Odkąd po raz pierwszy dostał tak paniki zaraz po pojawieniu się w nowym miejscu, zaczął miewać problemy psychiczne. Sam, oczywiście, nie widział żadnego problemu w swoim zachowaniu - dla niego wszystko było na właściwym miejscu. W rzeczywistości jednak często mówił do samego siebie, potrafił bez powodu wybuchać historycznym śmiechem, nie potrafił powstrzymać ataków paniki. To wszystko po połączeniu z ogromną nadpobudliwością skłoniło go to przymusowych wizyt u psychologa, który starał się walczyć jego problemami. Czy skutecznie? Według lekarza tak, chociaż on sam nie dostrzegał zbyt większych różnic.
    Na szczęście gdy udało mu się uzyskać pracę, wtedy jego psychika nie co się unormowała - miał przecież zajęte myśli krytykowaniem głupoty klientów, a przy tym też zastanawianiem się nad ewentualną pomocą z korzyścią dla niego.
    Tego dnia jednak nie miał pracy, a więc od samego rana nie potrafił znaleźć sobie miejsca. Na początku starał się czymś zając w domu, jednakże samotne przebywanie pośród czterech ścian wywoływało u niego mieszane uczucia. Musiał wyjść do ludzi, gdzie desperacko zaczął szukać sobie towarzystwa. Na początku przyczepił się do jakiejś kobiety, która szybko okazała się być zamężna z zazdrosnym mięśniakiem. Kolejną ofiarą miał być mały chłopiec, jednakże po oberwaniu piłką w głowę, Jack postanowił zrezygnować z jego towarzystwa.
    - Ludzi pełno, a jakoby nikogo nie było - powiedział do siebie, rozglądając się dookoła.
    Nie mógł wybrać byle jakiej osoby. Ona musiała mieć w sobie to coś, co przyciągnęłoby jego uwagę...
    Mushu stanął na środku chodnika, ignorując przeklinających go ludzi. Rozglądał się w poszukiwaniu tego jednego, specjalnego człowieka, który byłby dobrym kandydatem do rozmowy.
    Nagle jego wzrok zatrzymał się na kierującym się w stronę przejścia dla pieszych mężczyźnie.
    - Szału nie ma, dupy nie urywa - powiedział, szybko kierując się w jego stronę.
    Szybko dostał się do nowego słuchacza, potem stanął obok niego, niby to czekając na to, aż zapalą się światła.
    - Ładna kurtka - powiedział nagle patrząc się na nowego towarzysza. Wydawałoby się, że to prosty sposób na zagadanie, by potem nadeszła kulturalna wymiana zdań. Jednakże Mushu nigdy tego nie robił. On wyrzucał z siebie słowa z zawrotną prędkością, poruszając najróżniejsze tematy. - Ze skóry? Pasuje do ciebie. Szkoda tylko, że nie ma jakiejś apaszki...
    Uśmiechnął się szeroko do mężczyzny, który chyba starał się go ignorować. Sam Jack jednak tego nie zauważył, ponownie kontynuując rozmowę.
    - Mamy dzisiaj bardzo ładną pogodę. Słoneczko świeci, ptaszki śpiewają... Lubisz tak? Ja uwielbiam. Zawsze można sobie usiąść w parku pod drzewem, by móc oddać się rozmyślaniom czy lepszy jest gołąb z rożna czy w rosole...
    [ W końcu udało mi się skleić początek. W sumie nie wiem co o nim myśleć, jednakże taki też jest Jack. To wariat. :D]

    Jack, czyli genialny, ponętny i niezniszczalny Mushu!

    OdpowiedzUsuń
  70. Nienawidziła go. Od samego początku, odkąd Lorelei mu go przedstawiła i oznajmiła, że ją opuszcza. Dla niego. Nic dziwnego więc, że nie pojawiła się w umówionym miejscu, gdzie miała pożegnać się z siostrą, i nie widziała się z nią aż do przybycia w to dziwne miejsce. Za to Huckelberry... Z nim niestety miała przyjemność spotkać się ponownie na swoim terytorium. Miała jednak nadzieję, że to ich ostatnie spotkanie. Niestety, też musiał znaleźć się w Fabletown, a zaczynała się już czuć tutaj jak u siebie, zwłaszcza że pogodziła się z siostrą.
    Ale mimo wszystko, kochała Lorelei całym swoim sercem, którego jako morski stwór nie powinna mieć. Tak samo jak nimfa była kiedyś człowiekiem, i to przekleństwo miłości wciąż się jej trzymało. Dla siostry zrobiłaby wszystko, dlatego gdy dowiedziała się co ten pirat spróbował zrobić... Ktoś musiał ustawić go do pionu, a Lorelei tego nie zrobi, bo wciąż mu na nim zależało.
    Teraz oprócz nienawiści czuła również wściekłość, i wszystko to skierowane w jego osobę. Powinien czuć się wyróżniony, bowiem nikt jeszcze nie wzbudzał w niej tak silnie skrajnych emocji jednocześnie. Wściekła Nixe to niebezpieczne zjawisko, i gdyby nie to jaka była głupia ratując mu kiedyś życie, spotkałby się z tą złością już dawno temu. Ale jak widać nic straconego, mogła wszystko nadrobić teraz, dlatego właśnie stała przed jego drzwiami i dobijała się do środka. Nie obchodziło ją, że jest środek nocy i sąsiedzi na pewno śpią, tak samo jak młodszy Jones. Idiota skrzywdził Lorelei, i była pewna, że gdyby mu się udało doprowadzić swój głupi plan do końca, cierpiałby również Davy. Ale oczywiście, Huck był na tyle niedołężny, że nie potrafił tego dostrzec i nic go nie obchodziło, że swoim zachowaniem krzywdzi dwie ważne dla niej osoby.
    Panie Jones, zadarł pan z niewłaściwą osobą. Nixe nie wybacza i nie daruje, z życia potrafi zrobić piekło. Zaklęła głośno, walnęła ponownie pięścią w drzwi, a gdy to nie pomogło dołożyła nogą.
    - Jones wiem że tam jesteś, bądź mężczyzną i otwórz te cholerne drzwi! - zawołała, naciskając kilka razy dzwonek.

    Nadine

    OdpowiedzUsuń
  71. [Witam kapitana. :) No właśnie taką tu macie morską kolekcję, że chyba już tylko Krakena wam brakowało, prawda? ;)
    Nie martw się - ja tak samo, dlatego czasem mnie trzeba nawet pogonić z odpisami. Wątku również sobie nie odmówię, bo jest wręcz obowiązkowy patrząc na nasze postacie. :)
    Jakieś pomysły? Nasi panowie pracują razem, wcześniej też zapewne musieli się chociaż raz spotkać. Mogliby nawet z początku za sobą nie przepadać (może kiedyś doszło między nimi do jakiejś walki?), ale skoro obaj spędzają masę czasu w Trip Trapie to prędzej czy później trochę lepiej by się poznali i zmienili początkowe negatywne nastawienie.]

    Walter

    OdpowiedzUsuń
  72. [Na nasz wątek warto czekać xD
    Jak kombinujemy dalej? Może trochę u niego posiedzą i pogadają, jak wcześniej pisałaś: nigdzie nie idę, bo znów sobie coś zrobisz! xD Tylko co potem? Możemy np. przeskoczyć kilka dni/tygodni dalej. Ich relacja nadal byłaby dość napięta, ale w całość możemy wpleść pojawienie się Nadine i Davy’ego. Nawet coś w rodzaju przyjęcia , na które Huck i Lucy zostaną zaproszeni. No nie wiem :D Najwyżej na GG coś ustalimy ;)]

    Nie mogła przezwyciężyć w sobie poczucia strachu, może zbyt irracjonalnego i przedwczesnego, ale jednak strachu. Posiadała intuicję dużo bardziej rozbudowaną niż inni mieszkańcy Fabletown i wiedziała, że dzieje się coś złego. Biegła tak szybko, jak tylko mogła, mijając kolejne ulice, wesołych i pogodnych przechodniów. Od tego zależało obecnie wszystko.
    Kilkanaście minut później ujrzała kamienicę, którą wskazywał adres otrzymany w Trip Trap. Nie zastanawiając się długo, wpadła do środka mierząc się z kolejnymi partiami schodów. Piętro po piętrze. Ledwo dawała radę, siły opuszczały ją z każdą kolejną sekundą. Po dniu spędzonym w pracy, wieczorze w barze, nieprzespanej nocy w celi i poranku w pełnym biegu była zupełnie wykończona, fizycznie i mentalnie. Nie miała siły nawet płakać, choć wciąż miała na to ochotę. Myślała tylko o tym, co może zastać w mieszkaniu Haka.
    Zatrzymała się jak wryta przed drzwiami jego mieszkania i przełknęła ślinę. Zapukać? Wpaść do środka, od tak? Nie mogła uwierzyć w to, że w takiej chwili zastanawia się nad taką drobnostką. Dostrzegła wówczas, że są uchylone. Pchnęła je lekko i wziąwszy głęboki wdech, weszła do mieszkania.
    - Hak? – rzuciła półgłosem, gdy znalazła się w hallu. W środku panował półmrok i dziwna atmosfera, którą od razu wyczuła. Dojrzała swoje odbicie w dużym lustrze i wzrokiem dodała sobie samej otuchy. Serce waliło jej jak oszalałe, a oddech stał się szybki i płytki. Nasłuchiwała.
    Nie czekając długo, ruszyła w głąb domu, wprost do jednego z pokoi. Ponownie pchnęła dłonią kolejne drzwi i stanęła jak wryta.
    - Hak! – wrzasnęła roztrzęsiona tym, co ujrzała. Ciemna sylwetka na tle zasłoniętego okna, stojąca na stole, z pętlą na szyi. Jeszcze nie wisiał, stał, chyba stał. Błagam, oby stał! Siły wróciły jej w mgnieniu oka. Kilkoma susami pokonała drogę dzieląca ją do dużego stołu, po czym wdrapał się na niego. Sekundę później zaczęła rozwiązywać supeł na żyrandolu – ten przy szyi Haka był zbyt mocny. Sznur puścił, a drewniany blat zachwiał się pod ich ciężarem i oboje runęli na podłogę.
    - Ty cholerny idioto! – wrzasnęła drżąc z emocji, nie czując nawet bólu po upadku z wysoka. Wsparła się na łokciach i uklęknęła przy nim.
    - Oszalałeś?! Teraz, po tym wszystkim…?! – trzęsącymi się dłońmi zdjęła rozluźnioną pętlę z jego szyi i odrzuciła ją w kąt pokoju. Znów ryczała jak dziecko, przerażona jak nigdy, wściekła na niego i cały świat. Zamachnęła się i z całej siły wymierzyła mu dłonią w policzek.
    - Skończony kretyn! – jęknęła łamiącym się głosem, po czym oplotła jego szyję ramionami i przytuliła go tak mocno, jak tylko mogła.
    - Nienawidzę cię – szepnęła.

    Lucy

    OdpowiedzUsuń
  73. [ Scarlet powróciła. :) Jesteś dalej chętna na wątek z Kapturkiem? :3 ]

    Scarlet

    OdpowiedzUsuń
  74. Gdy tylko otworzył drzwi, wparowała do mieszkania, nie czekając na zaproszenie, bo być może jeszcze zatrzasnąłby je jej przed nosem? Nigdy nic nie wiadomo z tymi piratami, naprawdę wielu ich w życiu poznała i żaden na dłuższą metę nie okazał się przyzwoitym facetem. Wywróciła oczami, wydała bliżej nieokreślony dźwięk, mocno zacisnęła dłonie w pięści. Cholerny pirat, skończony idiota. Powinna pozwolić mu utonąć i wszyscy byliby szczęśliwi, a Lorelai nigdy nie dowiedziałaby się, że mogła go uratować. A teraz miał śmiałość niszczyć życie jej siostrze! Nie wytrzymała, podeszła do niego i z całej siły uderzyła go w, jakby nie patrzeć w całkiem przystojną, twarz. Aż się skrzywiła, odczuwając piekący ból w dłoni, ale nie to się teraz liczyło.
    - Pilnować się?! - prychnęła, i mocno dźgnęła go palcem w klatkę piersiową. - Ile ty masz lat, Huck?! Pilnować można trzylatka, bo nie wie, że sznurek z pętelką może zrobić mu krzywdę! A ty, stary chłop, oszalałeś chyba!
    Odetchnęła głęboko kilka razy, silnie wzburzona. Może i nie miała serca, może i była zwyczajnym morskim potworem, który nie potrafił kochać, ale o swoich bliskich była gotowa walczyć do upadłego, choćby od początku była na straconej pozycji. Próbowała się uspokoić, pewna że nic dobrego z tego nie wyniknie, ale po coś tu przyszła, a on musiał zapamiętać, że z nią się nie pogrywa. Ręka ją świerzbiła, oczy płonęły niebezpiecznym blaskiem, a ten nic, leżał rozwalony na tej kanapie!
    - Ostrzegam cię, Jones, jeśli jeszcze raz ją skrzywdzisz, chociaż trochę, własnoręcznie zaciągnę cię do najbliższej kałuży i utopię, bezlitośnie. Nawet zignoruję fakt, że raz już lekkomyślnie pozwoliłam ci ujść z życiem. Zmarnuję to, ale trudno. Przynajmniej będę pewna, że już nie zniszczysz jej życia... Patrz na mnie piracie jak do ciebie mówię! - Wciąż zdenerwowana i roztrzęsiona, złapała jego brodę w dwa palce i mocno przytrzymała, kierując tak, żeby mógł spojrzeć jej w oczy. - Nie obchodzi mnie co zrobiła, postąpiła źle, ale nie mogę jej potępić, chociaż bardzo bym chciała. Nie myślała, Huck, przy nim nawet ja nie mogę być całkowicie pewna, że to nie właśnie on siedzi mi w głowie... A ty najlepiej powinieneś to wiedzieć. Jeśli nie możesz wybaczyć to chociaż postaraj się zrozumieć, i nie krzywdź jej więcej, bo wtedy ja skrzywdzę ciebie, a tego nie chciałbyś przeżyć, zapytaj... Wybacz, nie masz kogo zapytać, nikt nie przeżył. Czy to nie wystarczający powód, żeby wreszcie ogarnąć dupę i zacząć żyć?!

    Nadine

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, źle napisałam Lorelei, wiem. Nigdy się nie nauczę.

      Usuń
  75. [Ojej Colin <3 właśnie nadrobiłam dziś once, a potem się zawiodłam bo liczyła, że będzie też odc z tego tygodnia, ale cóż... Meg biedna, skrzywdzona, ale sobie radzi ;) kombinujemy jakieś powiązanie między 2 skrzywdzonych przez los?]

    Meghan

    OdpowiedzUsuń
  76. [Oj tam, przestań. Dobrze jest. Ja nawet lubię rozmyślania postaci, to pogłębia wątek. Także nie masz za co przepraszać.
    Swoją drogą… czy Huck wie, że moja postać jest z bajki? Bo Dymitr domyśla się, że Huckelberry nie jest zwykłym człowiekiem, ale całej historii nie zna. No i nie wie, jaką postacią jest Huck, bo nie zna tej bajki :)]

    Od śmierci Kruza minęły dwa dni. Dimitrij jak gdyby nigdy nic chodził do pracy i prowadził lekcje historii. Dyrektor szkoły kilkakrotnie pytał go wprawdzie, dlaczego oświadczył, że chce odejść, ale sprawę udało się rozwiązać polubownie i zrzucić winę za tak nieoczekiwaną decyzję na karb jakiegoś osobistego nieszczęścia. Było to o tyle proste, że nikt z grona pedagogicznego nie znał dobrze „magistra z Rosji”. Uchodził za kompetentnego, o nieposzlakowanej reputacji, jak swego czasu określił to jego zwierzchnik. Wydawał się życzliwy, choć raczej skryty. O szczersze rozmowy było o tyle trudno, że inni nauczyciele nie byli nawet pewni, czy on też „jest z bajki”, przecież nie mieszkał w Fabletown… Zmianę w jego zachowaniu zauważyli głównie uczniowie, choć nie było to nic wielkiego. Po prostu znikł jego uśmiech, ten, który znali, a którego zaczepność budziła niekiedy ich wesołość.
    Nikt nie interesował się tym, jak wygląda życie Dimitrija po pracy. Nikt nie wiedział o morderstwie, o cichych, pełnych strachu rozmowach z Lucy, o marzeniu, by te kilka dni, nim go złapią, nie było ucieczką; marzeniu o wolności. To miały być najszczęśliwsze dni w jego życiu. No, prawie.
    Dziś wracał ze szkoły pieszo. Nie musiał. Mógł, i to wydawało mu się piękne. Nikt nie będzie go śledził. Nie dostanie żadnych pogróżek. Nie będzie się bał otworzyć poczty… w ogóle nie będzie się bał…
    … zerknął przez ramię. Nikt nie zwracał na niego uwagi. Skręcił w przecznicę, potem w jeszcze jedną uliczkę… w którymś momencie przeszedł przed frontem budynku komisariatu. Zauważył, że spacerowanie tędy, kiedy policja musiała już wszcząć śledztwo w sprawie morderstwa, sprawia mu dziwną satysfakcję. Omal się nie uśmiechnął.
    Szedł jeszcze kilkanaście minut, aż trafił na most. Nie spodziewał się, że kogokolwiek tam zobaczy. Zwykle o tej porze ludzie szli najkrótszą drogą, każdy w swoją stronę…
    Z zamyślenia wyrwał go plusk kamyka, wpadającego w rzeczną toń. Drgnął. Spojrzał w stronę, z której doszedł go odgłos. To wystarczyło. Człowiekowi, na którego oczach ktoś targnął się na własne życie, nie trzeba więcej. Dimitrij wiedział, co nastąpi. W tym momencie, jego myślenie – ta logiczna część, która opisuje wydarzenia zgodnie z chronologią, która analizuje za i przeciw, po prostu się wyłączyła. Chwilę później – może minutę, może sekundę – trzymał niedoszłego samobójcę za nadgarstek, mówiąc przyduszonym od emocji głosem:
    - Huck, ty zwariowałeś. Do reszty zwariowałeś.
    Teraz, kiedy czas wrócił w swoje ramy, domyślał się, że musiał podbiec do Huckelberry’ego, że ten, pochłonięty czarnymi myślami, nie usłyszał, albo jeszcze nie był do końca gotów, by skoczyć. Dymitr prawdopodobnie wahał się, czy go zawołać, możliwe, że bał się, iż wtedy mężczyzna skoczy, może dlatego biegł... Może, prawdopodobnie… to wszystko była tylko rekonstrukcja. Wtedy nad tym nie myślał. Po prostu to zrobił. Powstrzymał go. Przynajmniej na chwilę.
    - Huck, nie rób tego. Serio, to nie jest rozwiązanie. Przejdź z powrotem przez tę barierkę, po prostu przejdź. I powiedz, co się stało. Ja… ja ci pomogę. Tylko nie skacz. – Wciąż trzymałem go za nadgarstek, na tyle mocno, by nie mógł mi się wyrwać.

    OdpowiedzUsuń
  77. [Ale właśnie czytałam, że ma być dopiero 29.11... Co jest smutne ;p Czy mam jakiś pomysł... kombinuję, bo nie odpuszczę wątku z Hakiem ;p może kiedyś Meghan go oszukała? nic wielkiego, chwila nieuwagi/alkoholu z jego strony, ale jak zobaczył ją w Trip Trap to szczęśliwy nie był?]

    Meghan

    OdpowiedzUsuń
  78. [To jest jakiś plan ;) Tylko teraz myślę, czy sprzedała ten zegarek, czy zginął w inny sposób, bo jakby go miała, to raczej by go oddała... szkoda by jej było problemów. A oprócz tego było to coś w stylu oszustwa w bilarda. Albo lepiej zwaliła na niego bałagan po swojej akcji. I przy okazji ukradła zegarek, bo był 'pod ręką' ;p]

    Meghan

    OdpowiedzUsuń
  79. [Haha, to jest jakieś wyjście :D Ale Cthulhu się nauczyłam, więc jest nadzieja!]

    Wytrzymała jego spojrzenie, nie cofnęła się ani kroku, chociaż zaskoczył ją swoim nagłym ruchem. Na szczęście nigdy nie należała do niskich kobiet, ze swoim metrem siedemdziesiąt z kawałkiem, mogła spokojnie na niego spoglądać i nie patrzeć przy tym aż tak w górę, chociaż oczywiście kilkoma centymetrami ją przewyższał. Mimo to wysłuchała go zachowując względny spokój, i tylko w środku rwała się, żeby wybuchnąć do końca. Gdy w końcu przestał, bowiem postanowiła mu nie przerywać, zdumiał ją smutek w jego głosie. Westchnęła, pokręciła zrezygnowana głową, rozejrzała się po pomieszczeniu. Po czym usiadła na kanapie, wskazując mu miejsce obok siebie.
    - Siadaj piracie, tylko najpierw przynieś coś mocnego, bo będziesz tego potrzebował... I ja zresztą też.
    Poczekała aż, nieco zdziwiony zwrotem akcji, przyniesie butelkę i szklanki, które od razu napełniła po odebraniu mu alkoholu. Wcisnęła mu jedną w rękę i sama upiła ze swojej kilka łyków, czując jak napój piecze jej gardło. Nieistotne. Odchrząknęła, przez chwilę zastanawiała się czy dobrze robi, ale jak widać było to jedyne wyjście.
    - Widzę że krzyki na ciebie nie działają, niestety. A ja nie jestem zbytnio ugodową osobą, przynajmniej dla ciebie. Masz rację, nie rozstałam się z siostrą w zgodzie. Jednak to nie twoja wina... No dobra, twoja też, ale nie tylko. Widzisz Huck, nikt po prostu nie rodzi się syreną. Albo nie staje się nią ot tak. To jest pakt, umowa po porozumieniu obu stron, i z nimfami jest tak samo.
    Jeszcze kilka lat temu nie mogłaby mu opowiedzieć tej historii tak jak powinna, bowiem pamięcią sięgała jedynie do momentu przemiany. Wcześniej, jak założyła, nie było nic. Jednak teraz, w Fabletown, z daleka od Renu, wspomnienia powoli zaczęły wracać, okropna tajemnica zaczęła jej ciążyć, a Lorelei... Nigdy nie mogła jej poznać. I to najbardziej musiał zrozumieć, ponieważ wbrew pozorom, naprawdę kochała siostrę tą częścią swojego jestestwa, która dawno, przed wiekami, miała nieśmiertelną duszę i bijące serce. I która, teoretycznie, powinna całkowicie zniknąć. Ona jednak nie była Lucy, jej stworzenie przebiegło na innej zasadzie, i być może przez to w tym momencie mogła mu tyle powiedzieć.
    - Wiem, że oni też cię kochają... Nie przerywaj mi! Napij się i słuchaj. Twój brat to idiota, temu nie zaprzeczę, i tylko ja mogę tak go nazywać, ale mu na tobie zależy. Za to moja siostra... - westchnęła, opróżniła szklankę, a widząc że i jego jest pusta, ponownie napełniła obie. - O mojej siostrze mogę powiedzieć ci dużo, ale to nigdy nie może opuścić tego pokoju, rozumiesz?

    Nadine

    OdpowiedzUsuń
  80. [Czy choć przez chwilę były wątpliwości co do uroku Meghan? ;p Tak! Bo nawet Meghan ma chyba resztki sumienia i pomoże. Albo Hak ją zaszantażuje, bo ta opcja też jest.]

    Meghan

    OdpowiedzUsuń
  81. [No właśnie wszyscy mi tu za bardzo krakena kochają, więc bardzo przyda mi się wątek z mniejszą ilością miłości. :D
    Biedny Hak, skoro widzi konkurencję nawet w dzieciaku, to naprawdę ma niezłe problemy. Ale mnie się podoba taka opcja. W ogóle cały pomysł mi się podoba. Tylko musieliby ich dobrze podejść, bo dla Waltera strzelanina i kilku zbirów to coś czego nawet nie zauważy. Ponieważ krakena ubić lub obezwładnić można na jeden sposób, można przyjąć że zbirami są np. jacyś inni baśniowi piraci (Może mający jakieś niedokończone sprawy z Hakiem? Albo nie z Hakiem tylko z Walterem, który im kiedyś rozniósł w drzazgi statek, a Hak się napatoczył przypadkowo). No i żeby później podczas np. ucieczki Walter nie zechciał zostawić Haka możemy ich jakoś zmusić do współpracy. Co Ty na to? :)]

    Walter

    OdpowiedzUsuń
  82. [Colin to jednak mega ciacho jest – taka drobna dygresja po obejrzeniu wszystkich zalinkowanych gifów. Cześć! Bardzo dziękuję za powitanie i miłe słowa – zawsze się cieplej robi na serduchu, jak się czyta pochwały i ma się świadomość, że ktoś czyta jednak moją TFUrczość. : D Hah, prawda: imię jest super, ale to dzięki Sapkowskiemy, jemu trzeba bić pokłony. Nie wiem, czy wiesz, ale już raz chwaliłam kartę Haka i nie będę tego robić po raz kolejny, bo jeszcze obrośniesz w piórka i odlecisz. : D Może znowu uda nam się coś wspólnymi siłami napisać, hm? ;]

    LYTTA NAPIER & JOHN EVEREC

    OdpowiedzUsuń
  83. [ Możemy jakoś pójść w relację taką przyjacielską, jak poprzednio... Hm, wiesz co? Masz tutaj moje GG (49755137) i coś sobie obcykamy tam, żeby bloga nie zaśmiecać. :3 ]

    Scarlet

    OdpowiedzUsuń
  84. [Tak naprawdę to wszystko wina złego wpływu Cthulhu i Skipper. ;)
    Aż przydałby się jakiś rodzinny wątek grupowy. Hydra by pewnie z wielką przyjemnością Hakusia (skoro już oficjalnie jesteś Hakusiem) przykładnie zamordowała. ;)]

    Ava

    OdpowiedzUsuń
  85. [Wyszło jakoś... Słabo. Wypadłam z formy xD Ale wciąż kocham mojego pana i nie mogę się z nim rozstać!]

    - A co? – spytał wyraźnie zaskoczony. – Wy nie pijecie przedpopołudniowej herbatki? To co wy robicie całe dnie? – dodał, jednak nie oczekiwał odpowiedzi. A jak oczekiwał, to już zapomniał o co pytał i dlaczego. Taka przypadłość. Jednak każdy kto choć trochę znał się na bajkach, wiedział, że nie warto pytać o coś lub przypominać Szalonemu Kapelusznikowi pytania sprzed kilku chwil. Zwyczajnie nie będzie wiedział, o co konkretnie chodzi. – Jednak powiem ci, kapitanie – kontynuował, po dystyngowanym odrzuceniu połów swojego niegdyś fioletowego płaszcza i posadzeniu czterech liter na cudacznym taborecie. – Że dawno nie piłem imbirowej herbaty przed południem i zarówno przed drugim śniadaniem w tak dobrym towarzystwie.
    Później umilkł i zupełnie zapomniał o tym, że ktoś jeszcze tkwił z nim w rozpadającym się mini salonie. Pogrążyły go jego własne myśli, których nawet Marcowy Zając czy Mniamałyga nie mogli czasem pojąć. Wzrok Jeffersona wędrował po odpadającej tapecie, zburzonej ścianie, roślinach, które zdążyły wyrosnąć na zapleczu, a także zdziczałym malutkim ogrodzie, który okrążony był ze wszystkich stron przez kamienne i ceglane mury innych opuszczonych kamienic. Podobało mu się tutaj. Brakowało tylko paru kolorów i znowu powinien czuć chociażby namiastkę Krainy Czarów. Czy ona jeszcze istniała? I jeszcze lepsze pytanie – czy on kiedykolwiek do niej wróci? Kiedy jego oczy zostaną zbombardowane masą kolorów, za którymi tak tęsknił? Czy znowu rozbije zestaw porcelany, próbując zerwać obrus ze stołu? Czy kiedykolwiek jeszcze usłyszy pytanie o cukier Marcowego Zająca? Westchnął.
    - Słucham? Mówiłeś coś? – ocknął się po dobrej chwili, szukając zdezorientowanym wzrokiem intruza, który przerwał mu przypominajki. – Mój szanowny gość pytał, czy zamierzam tu zamieszkać na stałe? – powtórzył jakby nie rozumiał sensu pytania. – Ha! – wykrzyknął, odchylając głowę w tył ze szczerym uśmiechem, by w sekundę później wrócić do poważnego wyrazu twarzy i spokojnie sączyć herbatę. – Nie, mój drogi przyjacielu. Absolutnie nie mam takiego zamiaru. To tylko okres… Jak to się mówi? – spytał, patrząc na sufit jakby czekała tam na niego odpowiedź. – Przejściowy. Chwila. Czas. Period. Epoka. Era. Nazw jest bardzo wiele, ale wszystkie mają jedno wspólne. – Spojrzał na kapitana Haka, czekając na odpowiedź. Ten uniósł brwi, nie wiedząc co powiedzieć. – Kiedyś się kończą! – wykrztusił Jefferson, patrząc z otwartymi oczami na Jonesa. Przecież to było oczywiste! – Każda niewola ma swój kres, mon capitaine – zakończył swoją wypowiedź Hatter, odkładając nonszalancko filiżankę, z której ciekła herbata. – A będę robił to, do czego zostałem stworzony. Zostałem więziony wbrew mojej woli przez te dziwaczne istoty. Okropnych katów, nie mogąc się spełniać. Dlatego od teraz, dzień i noc będę robił kapelusze. Nie będzie to żadna magia, Jonesie. Będzie to absolutny ideał.
    Przez chwilę słuchał tęsknych słów Kapitana o swoim statku. Jednak potem padło pytanie, które wiedział, że kiedyś paść musiało. Ponownie instynktownie przejechał palcami po bliźnie. Słysząc pytanie, uśmiechnął się blado pod nosem.
    - Znasz Białą Królową, prawda kapitanie? – spytał wyzbytym emocji głosem, a słońce zdało się przygasnąć. Jakby pogoda zależała od humoru Szalonego Kapelusznika. Nawet dźwięki z ulicy przestały dochodzić do środka kamienicy, w której się znajdowali, a muzyka ucichła jakby ktoś wyłączył adapter. – Nie wiem, kiedy to było, jednak wiem, że to ona wydała wyrok. Pamiętam jej twarz, gdy patrzyła na mnie ze swojego balkonu nad moją głową. A ja klęczałem przed pniakiem sosnowego drzewa, czekając na to, co miało nastąpić. I nastąpiło. Chyba… - Zmarszczył brwi i podciągnął nosem, wpatrując się w jakiś punkt na podłodze. – Umarłem. A potem obudziłem się wśród tych dziwacznych kapturów, a niesamowity ból rozrywał mi mięśnie. To było prawdziwe, kapitanie. Jednak powiedz mi – Podniósł wzrok na przyjaciela. – Czy nie lepiej było zostać martwym?

    Szalony Kapelusznik

    OdpowiedzUsuń
  86. [To świetnie. :) Nie ma problemu, nawet lubię zaczynać - tylko jak nie zrobię tego w miarę szybko to mnie w razie czego pogoń, ok? ;)
    Co do komentarza u drugiej postaci to dopiero wątki z wami zaczynam, a już normalnie uwielbiam tą waszą patologiczną rodzinkę, więc jak będziecie coś planować to ja też chcę! ;) A jeśli o Hakusia chodzi to jak widzę - prawdziwy seryjny samobójca z niego. Aż mi się z tym filmikiem skojarzył: https://www.youtube.com/watch?v=50F5Lhea8Lw
    Ps. Przepraszam, musiałam xD]

    Ava || Walter

    OdpowiedzUsuń
  87. [Wspaniałości! <3 Dobrze więc, idziemy w tę samą historię, co z Odettą, tyle że w „Pajęczynie”? W sumie pomyślałabym nad czymś innym, ale w grę raczej musiałyby wejść bohaterskie wyczyny Haka ratującego niewiastę przed złodziejami i zaproszenie na jego koncert w Trip Trap. : DD]

    LYTTA

    OdpowiedzUsuń
  88. Scarlet trzymała w rękach opakowanie z czekoladowymi ciastkami. Przez chwilę wpatrywała się w nie uważnie, a potem wzruszyła ramionami i schowała do torebki. Huckowi bardziej się przydadzą, prawda? Po kilku minutach zastanowienia dodała jeszcze malinową herbatę i mleczną czekoladę z jagodowym nadzieniem. Wiedziała, że Hak je uwielbiał.
    Zamierzała się do niego wybrać. Co prawda nie była to zapowiedziana wizyta, aczkolwiek Scarlet martwiła się o przyjaciela. Kiedy ostatnio go widziała, był przygaszony. Prawie w ogóle się nie uśmiechał. Stąd też wypchana słodkościami torebka, bo takie rzeczy zwykle pomagały. Miała nadzieję, że zadziała to również na Hucka.
    Założyła szybko czarne buty, opatuliła się szarym płaszczem i szalikiem, a potem wyszła. Szybkim krokiem opuściła swoje osiedle, ponieważ nie było ono szczególnie przyjazne... A za niedługo miało się ściemniać. Wolała pozostać poza obszarem mocnego rażenia. Utrzymała tempo i już po kwadransie znalazła się przed mieszkaniem Hucka. Uśmiechnęła się delikatnie, po czym zapukała w drzwi trzy razy. Jak zawsze.
    Czekała, aż mężczyzna podejdzie, żeby jej otworzyć.

    Scarlet

    OdpowiedzUsuń
  89. [Wybacz opóźnienie ;)
    Dokładnie! :D Nawet żartowałyśmy ze Skipper, że jak tak dalej pójdzie, to będziemy musieli założyć oddzielny blog, tylko dla morskich! xD
    A no przecież, kompletnie wyleciał mi z głowy pomysł z wyjazdem, a przecież to sobie nawet zapisałam wytłuszczonym drukiem przy naszym wątku w Wordzie xD Ok, a więc teraz trochę razem posiedzą, może nawet połączymy to ze Świętami? Są już za kilka tygodni, więc idealnie nam to przypasuje :D Już widzę, jak ubierają razem choinkę, masakra xDD Jak sądzisz? A potem pomyślimy nad tym wjazdem :D
    Haha, Haczkowe smęty są najlepsze <3]

    Była w szoku, z którego jeszcze długo nie mogła się otrząsnąć. Dopóki nie weszła do mieszkania i nie zobaczyła Haka niemal powieszonego na żyrandolu, sądziła, że umysł płata jej figle. Instynkt i intuicja podsuwały dziwaczne myśli, ostrzegały o czymś, co może sama sobie ubzdurała. Może była przewrażliwiona, niewyspana. A jednak, cały czas miała rację. Gdyby zignorowała przeczucia, byłoby już za późno.
    Zanim poznała Haka, robiła okropne rzeczy. Doprowadzanie do zagłady ludzkich żyć było jej chlebem powszednim. Karmiła się ich krzykami, bawił ją widok nieszczęśników zanikających pod wodą. Nie znała innego życia, nie sądziła nawet, że może kiedykolwiek zechcieć uratować kogoś przed śmiercią. Przecież to nie leżało w jej naturze – doprowadzała do zagłady i nigdy odwrotnie. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, jak bardzo się zmieniła. Jak ON ją zmienił, mężczyzna, którego właśnie ocaliła. To dzięki niemu stała się człowiekiem, w moralnym i mentalnym tego słowa znaczeniu. Dzięki niemu poznała smak prawdziwego życia, przeżyła przygodę, jaką mogła jedynie oglądać z daleka ze swojej skały nad Renem. Nigdy nie żałowała, że z nim popłynęła. Choć dla ich obojga nie skończyło się to najlepiej, wolałaby przeżyć kilka szczęśliwych godzin u jego boku w zgniłym i upadłym Fabletown, niż tkwić po kres swoich dni w swoim kamiennym zamku, samotnie.
    Wzięła kilka głębszych oddechów, po czym puściła Haka i przetarła dłonią twarz. Słone łzy zdążyły już wyschnąć. Spojrzała zmęczonym wzrokiem na ukochanego, równie zmęczonego i przytłaczająco smutnego.
    - Przestań – przerwała mu w końcu. Znów mówił tak okropne, kłujące w serce rzeczy. – Nienawidzę tego, co właśnie próbowałeś zrobić. Nienawidzę tego, co ciągle powtarzasz. Ale nie ciebie! Przecież wiesz o tym. Musisz wiedzieć.
    Jej dłoń zacisnęła się na jego przedramieniu. Materiał koszuli, który tak dobrze znała – wciąż je nosił. Czuła, jak szybko pulsuje krew w jego żyłach.
    - Jeśli powiem, obiecam, że zostanę z tobą… Czy to coś zmieni? Przysięgnę, że nie zostawię cię jak kiedyś, jak Davy? – próbowała utrzymać kontakt wzrokowy, jednak sama szybko się poddała i utkwiła wzrok we wzorzystym dywanie, na którym siedzieli. Miała wrażenie, że jej słowa nie trafiają do Haka. Nie uwierzy już nigdy w żadne jej zapewnienia, obiecanki, choćby były najprawdziwsze. Nie miała jednak innego wyboru, innej drogi, by do niego dotrzeć i przemówić mu do rozsądku. Skoro po ich ponownym spotkaniu próbował się zabić, czy jej obecność i jakiekolwiek słowa mogą coś zmienić? Musiała próbować. Co innego jej jeszcze zostało w tym okropnym mieście.
    Lucy podniosła się z podłogi, przeczesała włosy i energicznie zapięła sweter. Rozejrzała się po zaciemnionym pomieszczeniu w poszukiwaniu liny, którą kilka minut temu odrzuciła na bok. Chwyciła ją z odrazą i determinacją jednocześnie, niczym symbol czegoś, o czym jak najprędzej chciała zapomnieć. Podeszła do okna i nerwowym ruchem odciągnęła obie zakurzone zasłony. Tuman drobinek zamigotał na tle błękitnego, zimowego nieba i promieni słońca, które omiotły cały pokój. Bez słowa otworzyła okno, biorąc przy tym głęboki wdech świeżego powietrza i przez moment spoglądając na barwną ulicę Fabletown. Zamachnęła się i rzuciła kłębkiem okrętowej liny najmocniej i najdalej jak tylko zdołała. Odwróciła się do Haka, czemu towarzyszył pisk opon i klakson, gdzieś za oknem – najwyraźniej zwitek trafił wprost na jezdnię.
    - Jadłeś już śniadanie? – spytała odważnie.

    Lucy

    OdpowiedzUsuń
  90. [Cudownie! <3 Och, wiem coś o braku czasu – sama mam go za mało, mimo że rozciągam dobę do czterdziestu ośmiu godzin. ;c]

    L.N.

    OdpowiedzUsuń
  91. [Hakusiu mój kochany, co my tam z wątkiem robimy? Bo chyba ja Ci jakiś zamierzchły odpis wiszę. Kontynuujemy czy przerzucamy akcję do przodu?
    A w ogóle to czemu my się jeszcze nie mamy na gg? Wbijaj do mnie na gadulca obgadać szczegóły. ;*]

    - kochający braciszek, Davy

    OdpowiedzUsuń
  92. [Nic się nie stało :) Po prostu trochę się obawiałam, że wątek nam się urwie, bo sporo razy zdarzyła mi się taka sytuacja. Więc cieszę się, że odpisałaś ;)]

    Bał się, że mężczyzna jednak skoczy. Że nie będzie mógł nic, zupełnie nic zrobić. Jak wtedy. Jak poprzednim razem, w Petersburgu. Obraz z przeszłości na nowo stanął mu przed oczami, tak żywy, jakby od tamtego czasu nie minęły cztery lata. Apartament spowity mrokiem… na podłodze szkło z rozbitej gabloty. Muślinowe, półprzeźroczyste zasłony, rozchełstane przez lodowaty wiatr. Nie zdążył. Wyskoczyła. Miał ją uratować, bo wiedział, że po nią przyjdą. Miał ją wyprowadzić. Nie zdążył. Myślała, że to on jest zabójcą i wyskoczyła z dziesiątego piętra. Umarła naprawdę. Żadna przybudówka nie złagodziła jej upadku, nikt nie próbował jej złapać. Zginęła paskudną, nieestetyczną śmiercią, jaka nie przytrafia się w baśniach. Nie była ani ładna, ani szczególnie mądra. Nie kochał jej. Nie lubił nawet. W zasadzie prawie jej nie znał. Wiedział, że to on ją zabił, choć nawet nie miał broni. Nie pchnął. Nie dotknął nawet. Pospolita, niebaśniowa kobieta, która nie ożyje w żadnym nieznanym sobie świecie, która istnieje dziś już tylko jako widmo w jego pamięci.
    Odetchnął z ulgą, kiedy Huckelberry przeszedł przez barierkę. Nie miał pojęcia, jak się zachować. Na pewno nie powinien mówić Huckowi, że zwariował, ale co się stało, to się nie odstanie. Nie myślał wtedy. A może… może to i lepiej. Przynajmniej nie skoczył… co nie znaczy, że niż spróbuje znowu. Lepiej nie zostawiać go teraz samego.
    Zauważył zmianę na twarzy Huckelberry’ego, ale nie spodziewał się aż tak emocjonalnej reakcji.
    - „Nic mi nie jest. Wszystko gra” - żałosny, błagalny jęk wytrącił Dymitra z równowagi. Nie myślał o tym, co robi, po prostu ukląkł obok niego i mocno go objął. Pozwolił mu mówić. Niech to z siebie wyrzuci. Uspokoi się. Czasami tylko marszczył brwi. Starał się zrozumieć. Wcześniej uważał, że hak na jego ręce to po prostu dziwactwo, jeden z takich wymysłów, na jakie wpadali czasem jego uczniowie. Może stracił dłoń w jakimś wypadku, może pracował przy maszynach i mu odcięło? Może nie chciał być postrzegany jako niepełnosprawny, więc doczepił sobie ten hak, żeby wzbudzać respekt? Teraz nie był już tego taki pewien. Kiełkujące wcześniej przypuszczenie, że Huck to baśniowiec, odżyło na nowo.

    OdpowiedzUsuń
  93. [I cześć druga:]

    - Zapewne uznasz, że wszystko co mówię to bzdury… – zaczął. Miał gdzieś to, kto może go teraz widzieć i co na ten temat pomyśleć. I tak był nikim. Wbrew pozorom, to też posiada pewne zalety. - …Ale to ty kierujesz swoim życiem. To znaczy, dopóki żyjesz, Huck. Nie zamierzam ci chrzanić, że wszystko zależy od ciebie, bo nie. Nie wszystko. Ale coś zawsze. Wiesz… Parę miesięcy temu, wracając do Stanów usłyszałem od Polaków taki tekst: co się polepszy to się popieprzy, co się zbuduje to się zrujnuje, co się ustali to się obali, Polak musi mieć łeb i dupę ze stali. Coś w tym jest, w sensie, trzeba być ze stali. Miłość to nie wszystko, Huck. Nic na nią nie poradzisz, ale możesz znaleźć sobie jeszcze coś. Cel, dla którego warto cokolwiek robić. – Podał mu paczkę chusteczek, wyciągniętą naprędce z plecaka.
    Niebo poszarzało, przyobleczone w grubą warstwę chmur.
    - Wstawaj, Huck. Za chwilę będzie lało. Wstawaj, idziemy do domu.
    Obawiał się zostawić Huckelberry’ego samego. Szwendanie się po mieście z człowiekiem w tym stanie też nie było raczej wskazane. Brakuje tylko, żeby ktoś się do niego przychrzanił albo obśmiał… teraz byle głupota mogła wpędzić go w nowy amok. Dom Hucka? Nie ma mowy. Nie upilnuje go tam. W przeciwieństwie do Jonesa nie wie, gdzie co leży. Poza tym, nie wiedział nawet, gdzie on mieszka.
    Poprowadził go biegnącą od mostu ulicą, potem jeszcze inną, mniejszą. Okolica stawała się stopniowo coraz bardziej syfiasta. Cudowne miejsce na leczenie depresji, pomyślał kwaśno Rosjanin, kiedy po kilku minutach marszu stanęli przed drzwiami rudery, w której mieszkał.
    Klatka schodowa była pusta i mroczna. Z żółtawych ścian obłaziła farba. Schody miały co najmniej pół wieku. Rachityczna barierka chwiała się, przytwierdzona do podłoża resztką wsporników, które oparły się upływowi czasu. Gdzieś wysoko w górze hulał przeciąg.
    - Na pierwsze piętro i w lewo – poinstruował. – Tylko uważaj na barierkę, stąd jeszcze za nisko, żeby skręcić kark. Chcesz się czegoś napić?

    OdpowiedzUsuń
  94. Uniosła brwi i parsknęła cichym śmiechem. Ciągnący się po podłodze koc, którego część znajdowała się jeszcze na Haku, bardzo pasował do ogólnego widoku, jaki przed Scarlet się roztaczał.
    - Spełniłam swoje największe marzenie, Huck - powiedziała z przekonaniem. - Zawsze chciałam nakryć cię w samych gaciach. - Uśmiechnęła się do przyjaciela szeroko.
    Przekroczyła próg mieszkania, ponieważ faktycznie zdążyła zmarznąć - i to dość porządnie. Zdjęła szybko buty, a płaszcz i szalik powiesiła na wiszącym na ścianie haczyku. Wiedziała, że mężczyzna nie obrazi się o taką samowolkę.
    - Przyszłam dlatego, że się o ciebie martwię. - Odgarnęła rude włosy na bok, ponieważ wpadały jej do oczu. - Nie musisz mi się z niczego spowiadsć... chyba, że chcesz. Ale pomyślałam sobie, że może trochę słodkich rzeczy może cię pocieszyć. A nawet jeśli nie, to przynajmniej sobie podjesz.
    Wyciągnęła w jego stronę torbę z ciastkami, czekoladą i herbatą. Scarlet naprawdę martwiła się o Haka. A z doświadczenia wiedziała, że komuś smutnemu potrzebne jest wsparcie - chociaż takie zwykłe jedzenie z kimś. Nie chciała zmuszać Hucka do zwierzeń, chciała tylko zaoferować mu trochę własnego towarzystwa.

    Scarlet
    [Nic się nie stało. :3]

    OdpowiedzUsuń
  95. [W porządku, rozumiem. Ja też mam bardzo mało czasu, więc na pewno gniewać się nie będę :) Także odpisuj, jak będziesz mogła, poczekam.]

    OdpowiedzUsuń
  96. [Hej. :) Wracam na bloga po dość dłuższej przerwie. Ponieważ mieliśmy w planach bardzo fajny wątek to wpadam spytać czy nadal masz na niego chęć. :)]

    Walter

    OdpowiedzUsuń
  97. [Hej, dzień dobry. Przepraszam z góry jeśli zawracam ci głowę, ale widziałam, że umieszczasz komentarze, a chciałabym pozapraszać jak najwięcej aktywnych ludzi do wątków :) Czy miałabyś ochotę na wątek z Marianne, w sumie najważniejsze - czy masz czas? Hak strasznie mi się spodobał, gdy przeczytałam kartę - jest ciekawy i bardzo skomplikowany, to nie typowy prosty pirat, ale charakternik :)
    Życzę powodzenia!]

    Marianne

    OdpowiedzUsuń
  98. [Jaka fajna nowa karta. :) Cóż ja powoli też wracam do życia i biorę się za zaległości, więc koniecznie trzeba będzie reaktywować nasz cudny wątek. ;*]

    Kochający braciszek
    - Davy

    OdpowiedzUsuń
  99. [Ja też ostatnio nie bywam jakoś szczególnie często, przez co mnie ominęła ostatnia lista obecności, więc ja to rozumiem - mam podobnie. :)
    Wątek mieliśmy mieć mniej więcej o tym, że Kraken i Kapitan niezbyt się lubią, ale razem się w pakują w kłopoty (Jakieś porwanie chyba miało być) i wspólnie będą się musieli z nich wyplątać i wrócić do Fabletown. Czy jakoś tak... Jakby co możemy sobie pozmieniać to i owo. :)]

    Walter & Wartki Potok

    OdpowiedzUsuń
  100. [Hej, czekanie dla mnie nie stanowi problemu, więc pewnie - kombinujmy coś. Hmm... Tylko na jakie ty wątki jesteś nastawiona? Na akcje czy spokojniejsze? :)
    Tu napisałaś, że Hak to niedoszły samobójca. Czyli chciał to zrobić w Fabletown? Jeśli tak, to może mogłabym wplątać w to Marianne? Ona dopiero przybyłaby do miasta, nie miała dachu nad głową i spotkałaby Haka, który akurat miał załamanie charakteru? Ot krótka rozmowa dwójki nieznajomych - nie mówię, że musi go od razu od tego odwodzić, ale jakoś zawiązalibyśmy relacje, a później spotkaliby się w Trip Trap? Co ty na to? :)]

    Marianne

    OdpowiedzUsuń
  101. [Draka brzmi bardzo dobrze, choć z całą pewnością Marianne jako "dama" bardzo się w nią nie włączy, ale jeśli trzeba będzie to why not! :D
    To co, zacząć jakimś początkiem? :)]

    Marianne

    OdpowiedzUsuń
  102. [Piękne zdjęcie ;)
    Dziękuję ślicznie za powitanie (co z tego, że wymuszone, cii) <3]

    Nadine&Sherrezade

    OdpowiedzUsuń
  103. [Mam nadzieję, że nie jest głupie :D]

    Marianne odetchnęła spokojniej, gdy jej czarne obcasy dotknęły chodnika parku w Fabletown. Znajdował się on niedaleko apartamentów Woodlands, co mogło wpływać na to, że było tu w miarę spokojnie. Oczywiście dobijały się tutaj dźwięki zatłoczonych ulic czy urywane rozmowy na wietrze, ale nic niepokojącego.
    Wiedziała, że nie powinna wychodzić o tej porze. Zwłaszcza na coś tak trywialnego jak spacer. Dzielnica przeżywała serię dziwnych zdarzeń, niczym jakiś coroczny potop, a biedny Bigby robił wszystko, by pewne sprawy doprowadzić do końca. Czasem zastanawiała się, czy ten Baśniowiec kiedykolwiek odpoczywał, wydawał się zawsze taki skupiony na pracy i, pomimo swojego dość skomplikowanego charakteru, znajdował się tam, gdzie powinien i ktoś go potrzebował.
    Panna Lorenz, a właściwie pani Lorenz gdyż wciąż była mężatką, potrząsnęła lekko głową, rozsypując spod kapelusza jeszcze więcej jasnych, niemalże złocistych pukli. Ubrana w prostą, długą do ziemi, kobaltową sukienkę wyszywaną złotą nicią przypominała prędzej zjawę, która czekała na jakiegoś nieszczęśliwego kochanka niż zwykłą kobietę. Właściwie należało sobie odpowiedzieć, czy naprawdę była taką zwykłą kobietą skoro należała do Baśniowców.
    Od pół roku szukała swojego miejsca w tym dziwnym, tajemniczym, ale też niezwykle pociągającym świecie. Choć była przyzwyczajona do tego co zostawiła za sobą, nie narzekała na los. Jedyne co chciałaby zmienić w swoim obecnym położeniu to... To by mogła cieszyć się wraz ze swoim mężem i dziećmi. Tęskniła za nimi, oh jak tęskniła. Śniła nocami o roześmianych buziach swoich pociech. O tym jak ganiali bosi po zamkowych ogrodach. O mężu, który nigdy w nią nie zwątpił i kochał nad życie. Chciała ponownie ich zobaczyć, nawet jeśli po spotkaniu miałaby gorzko zapłakać. Po prostu wiedzieć, że są bezpieczni i nic się im nie dzieje. Nie wybaczyłaby sobie, gdyby ujrzała swoją córkę jako pracownicę Pudding 'N' Pie czy męża staczającego się z prędkością lawiny jak wielu królów w tym mieście.
    Marianne starła miękkim gestem łzy zbierające jej się do oczu. Nie mogła płakać, nie teraz. Musiała być dzielna. Za kilka dni miała rozpocząć nowe życie - wynająć mieszkanie, a na parterze zrobić wymarzoną kwiaciarnie. Jej baśniowa mama sprzedawała kwiaty, a Matka Boska miała najcudowniejszy, niebiański ogród o jakim mogła tylko śnić. Wszystko tam cudowne, a kwiaty promieniały pięknem: gerbery, stokrotki, nagietki, lipowe kwiaty, polne rumianki, floksy, astry, gladiole, frezje czy lilie, które ukochała najmocniej.
    Wszystko miało się ułożyć, ale Lorenz bała się. Bała, że nie podoła i coś na pewno się zepsuje. Lubiła to miasto, ale miała dziwne obawy, że nie zagrzeje tutaj miejsca, ciągle za czymś tęskniąc.
    Marianne usiadła na ławce i złączyła białe dłonie, patrząc na nie. Znowu w jej oczach zbierały się łzy. Dlaczego płakała? Może z czystego zmęczenia i obaw.
    Zakryła twarz dłońmi. Wiedziała, że rozmaże sobie makijaż, choć czy to było w tym momencie tak istotne!? Ocknij się Marianne.
    Nadal cicho szlochała, siedząc na ławce skrytej w czeluściach parku, okrytej ciężkim cieniem drzew zatrzymujących dla siebie blask księżyca.

    Marianne

    OdpowiedzUsuń
  104. [Myślę, że to kraken mógł być celem, bo jednak jego jako nie-człowieka byłoby technicznie trudniej złapać. Może właśnie porywacze wykorzystaliby jakieś środki by usypiające czy coś takiego. Poza tym porywacz mógłby mieć jakieś stare porachunki z Hakiem i powiedzmy skoro ten akurat jest pod ręką, to czemu by nie skorzystać z okazji. Brakuje mi tylko pomysłu na to kim mogliby być porywacze i czego mogliby chcieć. Logicznie jakby byli w jakiś sposób związani z morzem, piratami albo z różnymi dość rzadkimi potworami... Pomysły?
    Co do Haka i Waltera. Myślę, że mogliby się nie lubić. Może Walter kiedyś zaatakował Jolly Rogera i nieźle oberwał od kapitana itp. Razem pracują, ale w sumie mogą nadal mieć do siebie jakieś urazy i tak dalej. Mogliby się nawet po pracy trochę posprzeczać i akurat wtedy by ich porywacze zaskoczyli. A potem chcąc nie chcąc trzeba by współpracować.
    Wybacz chaos, ale no... po prostu ja tak już mam. ;)]

    Walter

    OdpowiedzUsuń
  105. [Nie mogłam wytrzymać! Bez Kapelusznika, bez Ciebie i Haka! No, kurde. Nie darowałabym sobie, gdyby ktoś mi go jeszcze ukradł. O nienienie! Haha ja też strasznie się stęskniłam, bo chyba byłaś moim pierwszym i najlepszym wątkiem ever! Dlatego popiszczmy trochę! AAAAAAAIIIIIAAAAA! Dobra :D
    Co do wątku to czytam nasz i jestem tak w połowie. Na razie ciągle siedzą u Kapelutka, więc może przydałoby się przenieść akcję np. jakiś tydzień w przód. Hak nie mógł przyjść wcześniej i wpadł zobaczyć, co się wyprawia u Kapelusznika. I tutaj mam pomysł, ale nie wiem czy się zgodzisz. Miałam go mieć z Esmeraldą, ale nie wypaliło. Co Ty na to, żeby Hak przypadkowo otworzył jakiś woreczek z proszkiem w sklepie Jeffersona? Powodowałby on sen i przeniesienie się do świata swoich marzeń i obaj wylądowaliby np. w zmyślonej Nibylandii i musieliby powrócić do Fable?
    Btw - pamiętam Twój rysunek! <3]

    stęskniony Jefferson

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Jestem w momencie gdy Hak zasypia w kamienicy xD No, mówię Ci. Najlepszy. Później nie miałam takiego wątku ani Autora, który idealnie podpasowałby pod moje standardy pisania. + To mój jedyny wątek męsko-męski i najlepszy ze wszystkich.
      Może jeszcze podkradnie woreczek z pyłkiem Dzwoneczka? Ale to na później xD I Kapelusznik będzie musiał zachowywać zimną krew, bo Hak pewnie się rozklei jak będzie myślał, że znowu jest w domu.
      Oczywiście, że pamiętam! Gdzieś to jest u mnie na GG.]

      Usuń
    2. [Teraz czytam jak nasze panienki sprzątają i muszę tutaj przerwać czytanie i sama posprzątać xD Więc widzisz - ja to mam szczęście do pierwszych postaci i pierwszych wątków :D Ile my w takim razie już piszemy, co?
      Haha taka trochę zamiana ról, ale już widzę tego rozklejonego Haka xD Ogólnie jak skończę sprzątanie i czytanie <3 to odpiszę Ci, bo Ty ostatnio podsyłałaś odpis.
      Tam był Pierce, nie? xD]

      Usuń
    3. [Już ogarnęłam, więc czytam do końca w tak Koraliny i niedługo te powinno polecieć rozpoczęcie :D]

      Usuń
  106. Kapelusznik był dziś w podłym humorze. Już nie pamiętał, kiedy był zły. Nie przestraszony czy niepewny. Nie. Te emocje idealnie pamiętał. Zdążyły mu się wyryć w głowie podczas tego dziwnego pobytu w zamknięciu. Ile tam tkwił? Hak wspomniał coś o pięciu latach istnienia czegoś dziwnego o nazwie Baśniogród.
    Poprawił skórzaną kurtkę jakby rękawy były za krótkie, ale nie były. Po prostu dotarło do niego, że nigdy nie wróci do Krainy Czarów. N i g d y. Opadł z westchnieniem na zakurzony materiałowy fotel, a lekka mgiełka kurzu uniosła się dookoła. Jefferson rozmasował twarz dłonią, wciąż myśląc o domu. Kapitan Jones spytał go na ostatniej wizycie jak uciekł. Ten nie chciał o tym rozmawiać. Nie dlatego, że nie ufał piratowi. Zwyczajnie chciał zapomnieć o tym wszystkim. Zupełnie jakby dało się odciąć sznur łączący z przeszłością i zacząć od nowa. Uciekł, o mało nie będąc złapanym ponownie. I właśnie wtedy spotkał Haka. Pijanego i kalekiego pirata, który pomógł mu stworzyć coś, co choć w małym stopniu przypominało Kapelusznikowi dom.
    Rozejrzał się po sklepie. Dziś zrobił ponad dziesięć idealnych cylindrów, jednak następne były ohydne. Nastrój tęsknoty oddziaływał na wykonawcę. W rezultacie Hatter zniszczył całą resztę swojej pracy. Dopiero wtedy zauważył, że za oknem zapadł już zmierzch. Westchnął. I tak nie był śpiący, więc zaparzył herbatę, wlał do pękniętej filiżanki i zaczął wolno pić. Właśnie w tej chwili, gdy pan Jefferson Hatter, właściciel sklepu z kapeluszami, porcelaną i zegarami Fabrique de Chapeaux potrzebował samotności, ktoś wszedł do środka. Szalony Kapelusznik zmarszczył brwi, przypominając sobie, że Hak wspominał coś o zamykaniu drzwi na klucz. Ktoś może cię okraść, odpowiedział na pytanie dlaczego miałby to robić. Przecież normalni ludzie nie kradną! Moje zegary i kapelusze i tak im uciekną. Tak, to była prawda. Rzeczy Kapelusznika nie mogły być ot tak zabrane. Gdy nie chciały, wracały do swojego pana. I tylko Jefferson mógł im powiedzieć, żeby tego nie robiły. Nikt inny. Ot, kolejna umiejętność pana Hattera. Słysząc więc ruch, wstał powoli i zaczął krążyć po sklepie, obserwując natręta. Kobieta. Zmarszczył nos. Ostatnio sporo ich spotkał, podczas szukania na mieście Haka i nie mógł się ich pozbyć. Jednak zaszedł tylko przecznicę, zanim zawrócił i dysząc ze strachu, nie zatrzasnął drzwi, by osunąć się za nimi na ziemię. Okropny świat. W końcu stanął za nią, czując, że powinien zamknąć sklep jak radził Jones.
    - Nie ma pan jakichś rzeczy do wróżbiarstwa? – spytała, patrząc na niego szeroko otwartymi oczyma. – Kula być może?
    - Proszę mi powiedzieć co pani widzi? – spytał z przekąsem. Gdy ta nie odpowiedziała, dodał:
    - Porcelanę, kapelusze i zegary. To wszystko, co mam. Nic nie wiem o żadnym wróżbiarstwie, ale brzmi złowrogo, a ja nie znoszę czarodziejów, wróżek i wszystkich innych leśnych elfów. Miałem przez nich wiele kłopotów i nigdy nie powtórzę tego błędu. Kula… Brzmi jak więzienie dla przestrzeni. Niestety, ale muszę prosić, by opuściła pani mój przybytek jak najszybciej.
    Mówiąc to, nie dał jej dojść do słowa i machnął rękoma, chcąc pozbyć się kobiety. Odwrócił się od niej i poszedł napić się herbaty. Miał nadzieję, że w końcu zapomni o tym, że nie był już w Krainie Czarów. Po chwili usłyszał odgłos zamykania drzwi i odetchnął. Poszedł do salonu, gdzie stał rozpadający się jak wszystko dookoła fortepian. Usiadł i przejechał palcem po klawiszach, a kurz wzbił się w górę. W tej samej chwili ktoś ponownie wszedł do sklepu.
    - Co za natrętna kobieta… - mruknął zirytowany Kapelusznik i wstał, mając nadzieję, że tym razem pozbędzie się jej na dobre.

    Kapelusznik w podłym nastroju

    OdpowiedzUsuń
  107. Jefferson uderzył kilka razy w klawisze, zanim wstał i podszedł do jednej z półek. Chwilę poszperał w przyniesionych od Haka notatkach, które opisywały jak powinien się zachować w poszczególnych przypadkach. Kiedy przyjedzie policja i takie tam inne sprawy. Nie szukał niczego specjalnego, ale gdzieś pod nimi powinna być jego apaszka. Miał z niej zrobić między innymi przytulny domek dla Mniamałygi. Kapitan Jones wspominał, że to zwykła mysz, ale Hatter nie chciał tego słuchać! Nie! W życiu! To jego towarzyszka, a nie jakaś zwykła mysz polna! Z racji tego że Hak dał mu skórzaną kurtkę, którą Kapelusznik miał ubierać zamiast swojej przydługiej marynarki, nie był w stanie nosić wszędzie Mniamałygi. Dlatego ta siedziała teraz w filiżance i obserwowała Jeffersona swoimi czarnymi, wyłupiastymi oczkami.
    - Tak, tak. Wiem – mamrotał pod nosem, przerzucając stosy kartek. – Nie patrz tak na mnie. Skończyły mi się ciasteczka imbirowe.
    Zamiast nich podrzucił trochę sera, ale mysz nie była usatysfakcjonowana. Skuliła się na dnie fikuśnej i potłuczonej filiżanki.
    - Powinna gdzieś tu być!
    Z tego co pamiętał ostatni raz widział ją… Ah! Na półce z proszkami Wiecznego Snu! Hak nie wiedział, co to jest, ale wspomniał coś o dilerce narkotykami. Szalony Kapelusznik nie rozumiał ni w ząb o czym mówi jego drogi przyjaciel, więc znowu się roześmiał. Dziwaczne mieli tu słowa. Doprawy interesujące! Wszystkie zabawne wyrazy Kapelusznik zapisywał gdzie popadnie. Jednak i potem o nich zapominał. Po co je bazgrasz jak i tak nie wiesz co znaczą?, mówił Jones, ale Hatter zbywał go machnięciem reki.
    - Zaraz przyjdę – rzucił do Mniamałygi i wyszedł powrotem do sklepu. Skierował się do wspomnianej półki, ale nagle stanął jak wryty. Przed nim stał nie kto inny, a sam Kapitan Hak. Zmarszczone wcześniej brwi Kapelusznika rozluźniły się i powoli na jego twarzy pojawił się uśmiech. – Jeśli tylko znajdziesz odpowiednie słowa, to zaproszę cię na wieczorną herbatkę i… Uwaga! – zawołał w wyraźnie lepszym już humorze Jefferson. – Znalazłem książkę z różnymi przepisami. Przygotowałem ciastka! Nie są co prawda tak dobre jak te od Marcowego Zająca, ale…
    Nie skończył, bo obrócił się i zaczął iść do prowizorycznej kuchni, która nie zmieniła się od dnia, w której siedzieli tam razem z Hakiem po ucieczce. Za bardzo mu się tam podobało. Kapelusznik z dumą zaprezentował gościowi potłuczony talerz i byle jak położone na nim ciastka. Lub coś co miało je przypominać. Muffinki w kolorach tęczy wydawały się wręcz świecić własnym blaskiem.
    - Spytasz jak tego dokonałem – zauważył, opierając się o oparcie żeliwnego krzesła. – Otóż… - Urwał ponownie i jak strzała poleciał do innego pokoju. – Zostawiłem dzbanek! Gość w domu, a ja nie mogę znaleźć… O! jest! – wykrzyknął, widząc dzbanuszek i siedzącą na nim Mniamałygę. Kapelusznik uśmiechnął się i wziął obie rzeczy w dłonie. – Teraz już możemy odpowiednio zaczynać herb… Hak?
    Jefferson stanął ponownie w kuchni, jednak nie zastał tam swego przyjaciela. Zaczął się rozglądać, a po chwili postanowił zacząć go szukać. Upadł na czworaka i rozejrzał się po podłodze. W końcu Jones mógł zjeść ciastko, które sprawiało, że się kurczysz. Po pięciu minutach Hatter wstał i przeszedł dalej do sklepu, przypominając sobie, że nie pichcił takich słodkości. Proszki, płyny i inne substancje, które były do tego potrzebne trzymał na zapleczu i właśnie tam wchodził, gdy…

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeden z woreczków właśnie znajdował się dłoni Haka! I co on tam robił? Kapelusznik z szeroko otwartymi oczami obserwował jak ten rozwiązuje delikatny sznureczek i podnosi zawartość pod nos. – Nie! – krzyknął Jefferson i rzucił się biegiem w stronę pirata. Jednak było już za późno… Kapelusznikowi zaczęło się kręcić w głowie, a świat nabrał o wiele bardziej intensywnych kolorów.
      Otwierał i zamykał oczy, rozumiejąc doskonale co się z nim działo. Nawet nie wiedział, kiedy padł na ziemię, wpatrując się w sufit. Rzeczy zaczęły wirować nagle jak w pralce. Coś jakby wielkie oko w kremowej pustce się otworzyło, a Jefferson czuł jak odłączył się od swojego ciała. Wiedział, że świat, który widział, przestał postrzegać za pomocą zmysłów. Wszystko dookoła było wyraźniejsze i jaśniejsze. Bardziej interesujące, piękniejsze, magiczne. Widział dźwięki i słyszał kolory. Był niemal pewny, że wyczuwał energię otaczających go przedmiotów. Coś wciągnęło właściciela sklepu do animowanego, pełnego dziwnych i zarazem wspaniałych prehistorycznych przedmiotów świata. Czwórka postaci z Krainy Czarów leciała właśnie gdzieś nad jego głową rowerem z przyczepionym do ramy parasolem. Wylądowali dokładnie przed nim, machając w stronę mężczyzny. Po chwili jednak zniknęli, a Kapelusznik upadł mocno na ziemię, czując pod palcami piasek. Gdy otworzył oczy, dostrzegł jasne, gwieździste niebo.
      - Coś ty narobił?! – wysyczał, próbując się podnieść i ignorować ból w potylicy.

      Kapelusznik
      [Mam nadzieję, że nie wprowadziłam za szybko akcji ;)]

      Usuń
  108. - Jak mogłeś to zrobić, szaleńcze?! – zawołał Jefferson, starając się podnieść z mokrego piasku, jednak każda próba kończyła się porażką. Czuł się jak pijak, niezdolny do powstania. Kręciło mu się potwornie w głowie jakby co najmniej cały dzień jeździł na karuzeli w niedoborowym towarzystwie w dodatku. Mając przyjaciół u boku można było znieść wszystko. Ale to, co się z nim działo teraz, było nie do opisania. Zerknął w stronę kapitana Haka, który z dziwną błogością i niedowierzanie na twarzy powoli zaczynał wstawać i rozglądać się na boki. Słysząc słowa o domu, pokręcił energicznie głową. Zebrał się w sobie i zmusił do niesamowitego wysiłku jakim było podniesienie się do postawy siedzącej. W końcu Szalony Kapelusznik siedział na pięknej plaży tajemniczej laguny, a morskie fale oblewały mu kolorowe buty. Z niesmakiem na twarzy zaczął otrzepywać rękawy marynarki z nieznośnego piasku, chwilowo zapominając o jego złości na Jonesa. Ten jednak był zbyt pochłonięty oglądaniem dawnego domu, żeby zwrócić uwagę na słowa Kapelusznika. Jefferson obejrzał się przez ramię i otworzył szeroko oczy, widząc jak daleko zaszedł już jego towarzysz. Szybko poderwał się z ziemi, nie patrząc na to, że całe jego plecy były brudne od piachu. Pobiegł za Hakiem i złapał go za ramię, nim ten wszedł do tropikalnego lasu. Kapelusznik nie zauważył tylko śliskiego kamienia w strumieniu i gdy położył dłoń na ramieniu Jonesa, poślizgnął się, ciągnąc towarzysza za sobą. Obaj upadli ciężko na ziemię, przeturlają się znowu na plażę. Kapitan pirackiego okrętu szybko wstał na nogi i chciał znowu wrócić do lasu, gdy w jednej chwili Jefferson błyskawicznym ruchem przywiązał się liną z apaszek do jego buta, nie pozwalając mu odchodzić.
    - Zatrzymaj się, głupcze! – krzyknął ponownie właściciel sklepu z kapeluszami. – To nie jest prawdziwe!
    Chciał jakoś uzmysłowić swojego przyjaciela, że właśnie dali się pochłonąć śmiertelnej pułapce. Proszek, który otworzył Hak był niczym innym jak wyciągiem z suszonych ziół z domku Gąsienicy. Palący osobnik lubił wiele dziwnych podróży duchowych do miejsc, o których nigdy nikomu się nie śniło, a te, do których ludzie chcieliby dostać się najbardziej były najniebezpieczniejsze. Jefferson chciał to wszystko wykrzyczeć swemu towarzyszowi prosto w twarz, jednak nie zdążył się obejrzeć, a już otaczała ich gromada Indian z łukami. Strzały skierowane były prosto w ich twarze, a miny nie wyglądały na zachwycone. Kapelusznik również podróżował po innych wymiarach. Kiedyś również został poddany działaniu tego właśnie środka i wiedział, że wszystko było jak w rzeczywistości. Dobre rzeczy stawały się lepsze w wyobrażeniach, złe… No, cóż. Zaraz mieli się przekonać. Spojrzenia skierowane w stronę Haka były aż nazbyt oczywiste.

    Kapelusznik
    [Wybacz za tę żałosną długość.]

    OdpowiedzUsuń
  109. [Teraz ja przepraszam za takie opóźnienie, ale dopadła mnie dorosłość, praca do wieczora i brak chęci na cokolwiek xD
    Myślę, że Święta chyba odpuścimy ;) Niech trochę posiedzą u niego, pogadają, może opowiedzą coś więcej o sobie: Lucy o tym, kim była wcześniej, a Huck może coś więcej o przeszłości i o Davym ;) Mogą się trochę chwilowo pogodzić, a Lucy będzie starała się na siłę wprowadzić więcej normalności w ich relację (zrobi pranie itd. xD). No a potem możemy znowu namieszać, żeby nie było nudno :D Może coś o Gretel? No i ten ich wyjazd, który może skończyć się katastrofą! Jakiś wypadek! xD]

    Oparła się ramieniem o futrynę kuchennych drzwi, przecierając palcami zmęczone oczy. Nie mogła uwierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę i była wykończona jak nigdy. Powieki były ciężkie, ręce same odpadały, a sweter był miękki i ciepły niczym koc. Przeniosła wzrok na otwarte na oścież okno, przez które wciąż wpadały promienie słońca wędrujące na podłodze. Robiło się coraz cieplej.
    Hak nie wstawał z dywanu. Wpatrzony w coś w oddali, sprawiał wrażenie nieobecnego. Coś odburknął jej w odpowiedzi, ale nie zrozumiała ani słowa. Mocniejszy podmuch wiatru rozwiał jej grzywkę, przewiał na wylot sweter i nieco otrzeźwił. Westchnęła.
    - Proszę cię, wstań z tej podłogi –mruknęła od niechcenia, nie mogąc już znieść tego widoku. Kolejny głęboki oddech dodał jej nieco sił. Musiała działać, by przerwać ten tragiczny moment i choć trochę poprawić atmosferę. Może w tym tkwiło sedno? Skoro do tej pory przypominała mu o najgorszych wspomnieniach z ich przeszłości, musi zrobić wszystko, by przypomnieć mu o tych najlepszych. Niech wrócą chwile z czasów, gdy się poznali – te same emocje i uczucia.
    - Ja też umieram z głodu! – dodała szybko starając się, by jej głos brzmiał naturalnie i wesoło. Hak jednak nie odpowiedział, co wprawiło ją w zakłopotanie. Odgarnęła włosy za ucho myśląc nad kolejnym ruchem.
    - Pamiętasz nasz pierwszy wspólny wieczór nad Renem? – rzuciła szybko z entuzjazmem – Upiekłam rybę. Powiedziałeś wtedy, że jeszcze nigdy nie jadłeś tak dobrej…
    Odwróciła się w stronę kuchni i rozejrzała dokładnie po pomieszczeniu. Naczynia, choć czyste, stały w różnych dziwnych miejscach, głównie na blacie i parapecie okna. Na wąskiej półce pod drewnianymi wiszącymi szafkami stał cały rządek drewnianych i szklanych kufli do piwa oraz kilka pojemniczków z przyprawami. W kącie znajdowała się nieduża, nieco odrapana lodówka, a w samym środku pomieszczenia okrągły stolik z trzema stołkami. Miejsce w stylu Haka, pomyślała, Brakuje drewnianych ścian i kołysania.
    Szybko podeszła do lodówki i otworzyła ją. Była pewna, że znajdzie choć jedną rybę – zawsze je uwielbiał i musiał zjeść choć jedną dziennie. Nie pomyliła się. Wyciągnęła świeżego dorsza spoglądającego na nią błyszczącymi wciąż oczkami. Pachniał morzem i wspomnieniami z tych najpiękniejszych czasów. Zaczęła szperać w szufladach w poszukiwaniu noża i deski. Wśród stojących na wierzchu przypraw nie było soli, więc nieporadnie otwierała każdą szafkę.

    Lucy

    OdpowiedzUsuń
  110. [Wczoraj skończyłam czytać kolejną książkę Lee Childa, tym razem był to Wróg bez twarzy. Tyrałam ze śmiechu za każdym razem kiedy używał swojego haka :D Tak, jestem nienormalna, ale no... Miał hak. Zamiast dłoni. Był chujem, ale miał hak. Był genialnym złoczyńcą, bo miał hak :D]

    Przytaknęła, wypijając kolejny łyk trunku. Dobry, mocny, w stylu Hucka. Po chwili zastanowienia, wzruszając ramionami, opróżniła drugą już szklankę i odstawiła pustą na stół. Jak na razie tyle wystarczy, chociaż była pewna, że i w trakcie tej dziwnej rozmowy będzie musiała się napić.
    - Szczerze mówiąc, nie obchodzi mnie twoje nędzne życie. Nie dopóki nie zaczniesz go szanować... nie przerywaj mi - syknęła, wpatrując się w hak. - Nie będę ci mówić co powinieneś zrobić z bratem, to wasza sprawa i mnie nic do tego. Dobrze by jednak było jakbyś wpadł od czasu do czasu do nas, Davy na pewno nie miałby nic przeciwko. Za to Lorelei... ona mnie obchodzi. Straciłam za wiele lat, żeby teraz też to spieprzyć. I ty też nie powinieneś.
    Ta rozmowa była trudna, a Huck, w porównaniu do ich całej trójki, był zwykłym człowiekiem. Nie musiał rozumieć w jaki sposób na siebie działali, co oczywiście nie tłumaczyło zachowania jej siostry, ale w jakiś sposób ją usprawiedliwiało. Sama Nadine musiała przyznać, że Davy niesamowicie na nią działał na początku znajomości. Morskie stwory przyciągały się wzajemnie, co do tego nie było żadnych wątpliwości.
    - Powinieneś to rozumieć chociaż w jakiś sposób, w końcu twój brat też był kiedyś zwykłym człowiekiem. Tak jak ja. I Lorelei. Nie wiem do końca dlaczego ona o tym nie pamięta a ja tak. Myślę, że w jakiś sposób jej przemiana, bo chyba tak mogę to nazwać, przebiegła nieco inaczej. Za to teraz, odkąd jestem w tym miejscu, pamiętam wszystko doskonale. Całe swoje życie przed, przemianę, wszystko po. Chociaż czasami wolałabym nic nie wiedzieć, uwierz. Tak jak teraz. Nie musiałabym z tobą tu siedzieć bo po prostu by mi nie zależało... Nie potrafimy kochać, piracie. Nie tak jak ty czy inni ludzie. A mimo to kocham moją siostrę, i teraz rozumiem dlaczego. Bo byłam taka jak ty, zwykłą śmiertelniczką, i coś z tego musiało we mnie zostać. W niej też. Dlatego ona też coś do ciebie czuje, pomimo wszystkiego co się stało. Po prostu nie umiesz tego dostrzec. I docenić. Oraz przebaczyć. A powinieneś, byłoby ci o wiele lepiej gdybyś miał kogoś.

    [Sentymentalne brednie, ale kurde. Długo nie pisałam. Może nie jest najgorzej ;)]

    Nadine

    OdpowiedzUsuń
  111. [Ahoj, Kapitanie! Dzięki za powitanie i wyrazy współczucia dotyczące niedoszłego wybranka mojej Długowłosej. Jeśli będziesz miała ochotę i czas to możemy się umówić na małe jam session, choć umiejętności muzycznych Roszpunki nie nazwałabym do końca miłymi dla uszu xD Poza tym, co do twojego komentarza - aż taka biedna nie jest, bo kilku ważnych informacji z premedytacją nie zawarłam w karcie :D Jak chociażby tego, że aż taka antyspołeczna nie jest, lubiąc sobie pobalować na mieście. Tak długo, jak nie psuje to jej nienagannego (ekhm ekhm, odpukać w niemalowane) wizerunku nauczycielki małych baśni.]

    Lambley Holly

    OdpowiedzUsuń
  112. [O jezu, moim marzeniem jest chyba nauczenie jej kilku szant xD No i biorąc pod uwagę jej talent do zachęcania podejrzanych typów do śpiewu, mogłaby wkręcić kilku pijanych gości w Trip Trapie w śpiewanie piosenki godnej disneyowskiej księżniczki :D
    PS. Czy tylko ja widzę zbieg okoliczności w tym, że pierwszy pan w piosence z Tangled ma hak zamiast ręki i chciałby zostać pianistą?]

    Lambley Holly

    OdpowiedzUsuń
  113. [W żadnym wypadku nie odmawiam mu uroku xD Właściwie to jest całkiem niezły pomysł - Roszpunka mogłaby pomylić Haka ze swoim kolegą z własnej baśni :D To co, precyzujemy coś jeszcze czy lecim na żywioł? Lubię tak pisać, bo wtedy wychodzą najśmieszniejsze głupoty.]

    Lambley Holly

    OdpowiedzUsuń
  114. [Dziękuję za miłe słowa! Ja za to same miłe słowa słyszałam (czytałam?) o Haku, więc przylatuję po wątek. Tym bardziej, że Hak to przyjaciel Kapelusznika, a pracuje z Alicją w jednym miejscu, więc... Coś tutaj trzeba wykombinować. :D]

    Alice

    OdpowiedzUsuń
  115. Roszpunka była dziś nie w humorze. A skoro u byłych księżniczek w baśniach zdarza się to nadzwyczaj rzadko (by nie burzyć ich nieskazitelnego obrazu u dzieci), to powód musiał być naprawdę poważny. I tak było w tym przypadku - a chcąc nie chcąc, jedynym wyjściem w przypadku panny Lambley było rozładowanie zgromadzonego napięcia przez alkohol. Ale... Właściwie jak do tego doszło?
    Po pierwsze - Pascal znowu truł jej głowę swoimi pomysłami na nielegalny biznes. I nie byłoby w tym zupełnie nic dziwnego, sytuacja ta przecież powtarzała się praktycznie każdego dnia - kameleon chwytał się ostatnich desek ratunku, by tylko uzbierać na kolejny urok i nie zostać zesłanym z powrotem na farmę. Tym razem jednak typowa rozmowa między złotowłosą a jej wyłupiastookim przyjacielem zaszła nieco za daleko. Pazerny gad oskarżył ją o głupotę i egoizm, krytykując brak entuzjazmu dotyczący jego planów zawodowych - obelgi te były nie na miejscu nie tylko ze względu na bardzo przyjazne usposobienie Roszpunki, ale również na fakt, że zazwyczaj to ona wydawała swoje ciężko zarobione pieniądze na uroki dla swojego przyjaciela, by mógł on jako-tako egzystować w społeczeństwie Fabletown. Więc tym razem miarka się przebrała, a Holly zaczerwieniła się aż na twarzy, z hukiem otwierając drzwi swojego mieszkania, który odbiły się na ścianie zostawiając na niej spore wgniecenie. Pokazała na wyjście ruchem dłoni i bardzo niekulturalnie (przynajmniej jak na siebie) wyprosiła Pascala, by nie stracić nad sobą panowania w sposób, którego za skarby świata nie chciała pokazać.
    Drugim czynnikiem, który zrujnował dziś humor panny Lambley była praca. Choć długowłosa bardzo ją lubiła, mając dobre podejście do dzieci (szczególnie baśniowych), to z rodzicami miała większy problem. Kto by pomyślał, że do jej gabinetu wpadnie matka jednego z uczniów i zacznie się na nią wydzierać za to, że śmiała uleczyć zadrapanie jej syna przez swój magiczny śpiew i włosy. Uraziło to dumę Roszpunki, bowiem poczuła się jakby jej magiczny wpływ robił z niej wyrzutka - a tak nie powinno się stać szczególnie w Fabletown - dlatego w kilku dosadnych słowach dała do zrozumienia zrzędliwej kobiecie o jej głupocie. No i właśnie przez to wylądowała na dywaniku dyrekcji, otrzymując niesłuszne pouczenie. Kara za własną godność przechyliła szalę jej humoru tak bardzo, że w jej głowie kolorowa lampka przy napisie "SZKOCKA!" rozbłysnęła w kolorach tęczy, a wkoło zagrał wesoły marsz dyktowany przez dźwięki trąbek.
    Po powrocie do domu, kiedy Holly szykowała się już do wyjścia, zakładając nieco swobodniejszą, kwiecistą sukienkę (w odróżnieniu od tej, którą przeznaczoną miała do pracy), zauważyła jeden istotny fakt. Stojąc przed lustrem jej odbicie poinformowało ją, że jej "magiczne hormony" (jeśli można to tak nazwać) znowu wariują, prowokując porost włosów do takiej długości, jaką szczyciła się jej słynna baśń. Westchnęła głośno, podcinając kilkanaście centymetrów kosmyków i czując, jak złoty pył pozostały po odciętych włosach opada na wykafelkowaną podłogę. Zmiana ta, mimo, że drastyczna była całkowicie przemyślana - złotowłosa podejrzewała, że po godzinie jej kudły i tak będą sięgać już ziemi. Nie miała jednak zamiaru bawić się teraz w kolejną wizytę u wiedźmy, która i tak nie dałaby rezultatu - ostatni razem bowiem usłyszała, że typ magii, której zawdzięcza porost włosów odporny jest na uroki. Do torebki po prostu wrzuciła nożyczki, tak na wszelki wypadek, i wyszła z kamiennicy, prawie zjeżdżając na tyłku po schodach. A powinna była wyjść oknem...
    Po przejściu ledwo dziesięciu minut już czuła, jak jasne kosmyki muskają jej odkryte łydki. Mruknęła coś pod nosem, w chodzie chwytając pukle i wiążąc z nich niedbałego warkocza, który jakkolwiek miał pomóc ujarzmić jej to, co działo się na jej biednej głowie. Nie miała zamiaru ucinać kudłów na środku ulicy - a niech ludzie (tfu, baśnie) wiedzą, że jest Roszpunką! Może przynajmniej z racji tego dumnego tytułu już nikt jej dzisiaj nie wkurzy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lambley z niemrawą miną przekroczyła próg Trip Trap, kiedy jej włosy już ciągnęły się po ziemi. Podchodząc do baru rzuciła na wolny stołek zarówno torebkę, jak i warkocz, i zamówiła szkocką. Nie, chwila - dwie szkockie, bo pierwszą szklankę opróżniła jednym haustem od razu po tym, jak szkło zostało postawione na blacie naprzeciwko niej. Z głośnym, dramatycznym westchnięciem usiadła na skórzanym siedzeniu i oparła łokcie na drewnianym barze, pozwalając głowie spocząć i oprzeć się na rozłożonych dłoniach. Przez dłuższą chwilę po prostu wpatrywała się w przestrzeń przed sobą zapełnioną najróżniejszymi butelkami, by poczekać aż pierwsza fala ciepła wywołanego procentami rozleje się po jej gardle. W końcu jednak wyprostowała się i obróciła głowę przez ramię, obserwując sytuację w lokalu. Było jeszcze dość wcześnie, dlatego nie miała okazji do obserwacji jakiegokolwiek zamieszania. Na to jednak po cichu w duchu liczyła biorąc pod uwagę to, że miała zamiar zabalować tu przez większą część nocy. Na tyle długo, by jej humor się poprawił.

      Lambley Holly

      Usuń
  116. Aura tego miejsca jakoś ją... uspokoiła? Roszpunka nie była pewna, czy to określenie było na miejscu, a tym bardziej czy było słuszne - wszak czy miała prawo stwierdzić, że wycisza się w najbardziej podejrzanym lokalu w całej dzielnicy? Tak, miała prawo - szybko zreflektowała swoje ograniczające myśli wyniesione jeszcze z czasu spędzonego w wieży. Choć od tamtej historii minęło sporo lat, które tak czy siak przestała już dawno liczyć, to wciąż niektóre elementy jej osobowości wracały do starych nawyków. Wyplewić ten chwast i schować tak głęboko, by już nigdy nie zapuścił korzeni - zanotowała sobie w głowie, przełykając kolejny łyk złocistego trunku. Alkohol w miły sposób rozgrzał jej gardło sprawiając, że ciepło rozlało się po klatce piersiowej. Holly uśmiechnęła się, sama do siebie, co jednak źle odebrał jeden z gości (który najwyraźniej zdążył się już wstawić nawet o tak wczesnej godzinie), zaczynając z nią rozmowę. Na początku długowłosa nie miała najmniejszej ochoty na tego typu, spontaniczną konwersację - po chwili jednak, zdając sobie sprawę z tego, że jej rozmówcą jest nieszkodliwy, stary pijaczek o złamanym sercu, zdecydowała się spędzić następne pół godziny na nieszkodliwej wymianie spostrzeżeń z nieznajomym.
    By nie wyjść na niemiłą, Lambley uśmiechnęła się życzliwie i z anielską cierpliwością wysłuchiwała historii podchmielonego mężczyzny. Jak przystało na wzór sympatyczności, pocieszyła go po zawodzie miłosnym i widząc, w jakim jest stanie, poradziła bezpieczny powrót do domu. Pijany dziadzio, przekonany głównie przez życzliwy ton złotowłosej i jej szczery uśmiech, kiwnął głową i zataczając się udał w stronę wyjścia.
    I wtedy dopiero Roszpunka otrzymała szansę na rozglądnięcie się i - co najważniejsze - wsłuchanie w to, co działo się dziś w Trip Trap. A choć działo się niewiele - co było dość dziwne, jeśli mieć na uwadze specyfikę tego miejsca - to przez pojedyncze rozmowy Holly mogła usłyszeć dźwięki pianina. I chociaż bywała tu dość często, to chyba zazwyczaj była zbyt pijana by zwrócić na kwestię muzyczną uwagę. Teraz jednak jej umysł był dostatecznie trzeźwy, by zauważyć dwa ważne czynniki - sam fakt grania na tym konkretnym instrumencie, jak i znak rozpoznawczy jegomościa raczącego wszystkich zebranych muzyką. Hak, od którego odbiło się przygaszone światło, skłonił Roszpunkę do refleksji. Pamiętała doskonale swoją pierwszą wizytę na świecie poza wieżą, gdy poznała podejrzanych najemników urzędujących w przydrożnej knajpie. Jednak po krótkiej rozmowie i zachęceniu ich do piosenki, nowi przyjaciele okazali się bardzo mili, a najbardziej charakterystycznym z nich był właśnie pan z hakiem zamiast dłoni. Zapamiętała go jednak jako dwumetrowego, barczystego mężczyznę o wybuchowej osobowości. A postać grająca w Trip Trap... Choć wyglądał miło, to wcale nie przypominał dawnego przyjaciela Holly. I wtedy właśnie biedna zdała sobie sprawę z faktu, że bezczelnie na niego się gapi i rozmyśla. Ta myśl ją nieco zawiodła, ale również zmotywowała do swoistego działania. Pan z hakiem wyglądał co najmniej niemrawo, a skoro Lambley poprawiła już jednej osobie humor tego wieczoru... Może powinna spróbować raz jeszcze, naprawiając w ten sposób i własny nastrój?
    Z tym zadaniem podniosła się z miejsca, pozwalając, by długi warkocz upadł miękko na ziemię. Korzystając z krótkiej przerwy, jaką zrobił sobie muzykant, ruszyła w jego stronę nie dbając wcale o fakt, że złote kudły ciągną się za nią jak ogon po ziemi. Ktoś się chyba o nie potknął, ale Holly w swoim roztargnieniu nawet nie zdążyła tego zauważyć i przeprosić, docierając w międzyczasie do swojego celu. Nieśmiało, jakby z zażenowaniem, spojrzała na ciemnowłosego mężczyznę zastanawiając się, czy będzie miał w ogóle ochotę porozmawiać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Przepraszam - zaczęła z promiennym uśmiechem. Wyciągnięcie informacji traktowała jako swoją misję - Mogę się zapytać o Pana imię? - zdając sobie sprawę z tego, jak to brzmi w połączeniu z jej gapieniem się, szybko wytłumaczyła swoją ciekawość. Nie chciała wyjść na niegrzeczną - Miałam znajomego, który chciał zostać pianistą. No i miał hak - umilkła na moment, lustrując "protezę" dłoni spojrzeniem jasnych oczu o ciekawskim błysku - Ale mój kolega był... trochę większy. Więc to raczej nie Pan.
      Jasnowłosa chciała coś jeszcze dodać, ale poczuła... dotyk na końcu swojego warkocza. Nie miała czucia we włosach, w tej kwestii była jak normalny człowiek - jednak magiczne kudły dawały jej podświadome znaki kiedy działo się z nimi coś złego. Sprawcą zamieszania był jakiś jegomość, który rozpoznając charakterystyczne pukle zapragnął uciąć jeden kosmyk i zaskarbić w ten sposób nieco złotego pyłu, w który zmieniłyby się obcięte włosy. W normalnej sytuacji Holly nie miałaby nic przeciwko, ale kiedy czynność ta traktowana była jako kradzież i spisek, który miał zostać niewykryty, oburzyła się i chwytając za nasadę warkocza pociągnęła nim mocno. Niepozorny "złodziejaszek" z wrażenia aż przewrócił się z krzesła na ziemię, wywołując tym salwę śmiechu przyjaciół siedzących wraz z nim przy stoliku.

      Roszpunka

      Usuń
  117. Słowa Haka wcale nie uspokoiły Kapelusznika, a tylko bardziej utwierdziły w fakcie, że kapitan Huckelberry Jones nie miał już kontaktu z rzeczywistością. Tak szaleńczo pragnął znaleźć się w swojej Krainie, że odrzucił wartościowe rady Jeffersona, które mogły ocalić mu życie. Jego szaleńcza tęsknota była idealnie wyraźna w tej chwili w oczach pirata. Szalony Kapelusznik chciał krzyknąć tak głośno, by wybrudzić ich z tego koszmaru sennego. Wiedział, że pozornie normalna ułuda wciągnie ich głęboko w swoje odmęty, by potem stłamsić jednym ruchem zamykając w swoich bebechach. A stamtąd nie było już powrotu. Zabawną ironią był fakt, że teraz to właśnie on trzeźwo myślał. Chociaż pewnie gdyby od niego zależało, zostałby w tej ułudnej krainie na zawsze. Ale wiedział, co może się stać i był odpowiedzialny za kolejne następstwa związane z ich pobytem w fałszywej Nibylandii. Gdy zaatakowali ich ci śmiesznie ubrani ludzie, Jefferson wytrzeszczył oczy i schował się za Hakiem, trzymając kurczowo się jego płaszcza. Nigdy nie spotkał się z takim komitetem powitalnym, a wygląd leśnych stworów wcale go nie uspokajał. Poprzebierani za zwierzęta wyglądali anprawdę przerażająco. I mimo że byli tylko ułudą, mogli być niebezpieczni. Kazda rana zadana w tym sennym kraju, była równie bolesna i realna jak w rzeczywistości. Słysząc naigrywające się słowa swojego towarzysza, Kapelusznik schował twarz w dłoniach, po czym zaczął szarpać ramię Haka.
    - To nie jest prawdziwe. Oni są tylko cieniami! Iluzjami!
    Ten jednak nie zwracał na niego zupełnie uwagi tylko zaczął mówić coś do kobiety na przedzie. Nie wróżyło to nic dobrego, szczególnie że zwrócił się do niej po imieniu. Niezwykle cudacznym, ale zawsze imieniu. Spotkanie znanych sobie postaci mogło być tragiczne w skutkach. Ta spojrzała po piracie, ale zaraz przeniosła uwagę na stojącego obok Kapelusznika. Podeszła do niego i z należytą uwagą zaczęła go objeżdżać spojrzeniem. Zupełnie nie zwracając uwagi na właściciela, oglądała jego marynarkę, dotykając materiał i przyglądając się apaszce. Jefferson stał tylko, jednak w pewnym momencie nie spodobało mu się to oglądanie i drgnął, mając nadzieję, że dziewczyna się odsunie. I poskutkowało to. Ze zmarszczonymi brwiami cofnęła się o krok, ale zawołała po innym języku i zaraz dwóch jej ludzi stanęło po dwóch stronach Kapelusznika, łapiąc go pod pachy. Wydała im jeszcze parę rozkazów po ichniemu, a kolejna dwójka zajęła się kapitanem Hakiem. Wcześniej uśmiechnięty towarzysz zniknął mu na chwilę z oczu, gdy obstawa Kapelusznika odwróciła się i skierowała w głąb lasu, ciągnąc go w drugą stronę.
    - HAAAAK! – wykrzyknął spanikowany Jefferson, nie mając pojęcia, co się dzieje. Wydawało mu się, że słyszy skądś swoje imię, jednak nie był tego stuprocentowo pewny. I mimo że starał się jakoś wyrwać, jedyne co zobaczył za sobą to uważne spojrzenie oczu leśnej dziewczyny, która dalej lustrowała go wzrokiem. Zawołała, a cudaczny orszak przyspieszył, ciągnąc więźnia w głąb wyspy. Szalony Kapelusznik gdyby potrafił przekląłby pod nosem swoje niedopatrzenie i ciekawość kapitana Haka.

    Kapelusznik
    [Wstyd, że tak późno! A fe!]

    OdpowiedzUsuń
  118. [Ty się nie martw i spokojnie nie spiesz, sama mam w ostatnim czasie dość zabiegany okres i cierpię na brak czasu. Nie ma żadnego problemu :D]

    Roszpunka

    OdpowiedzUsuń
  119. [I znów wybacz za opóźnienie ;) Kurcze, najgorzej to zabrać się za odpisy, bo gdy już zacznie się coś pisać, to jakoś idzie :D]

    Nie spostrzegła nawet, kiedy podszedł do niej i podał sól. Sądziła, że jeszcze długo będzie trzymał się od niej na dystans, a jedynie wspólne śniadanie przy jednym stole skłoni go do jakiejkolwiek interakcji – innej niż te do tej pory. A jednak, podał jej solniczkę, jakby nigdy nic. Przez moment widziała nawet znajomy błysk w tym pirackim oku. Szybko jednak zniknął, podobnie jak cień uśmiechu na jego ustach. Znów odsunął się nieco, zapewne powróciwszy do tych samych smutnych wspomnień, które w nim wywoływała. Westchnął ciężko, podobnie jak ona.
    Obejrzała rybę, odkroiła co niepotrzebne i zaczęła przyprawiać. Wciąż robiła to bardzo sprawnie, niczym wprawiony kucharz, więc szło dość szybko. Przekroiła danie na dwie równe porcje i wrzuciła na patelnię. Grobową ciszę przerwał skwierczący olej. Zapach ziół roztaczał się po całej kuchni, uderzając w nozdrza i zwiększając apetyty.
    Hak w końcu odezwał się, jednak znów nie było to nic przyjemnego. Lucy stała do niego tyłem, przez moment wpatrując się tępo w parujące śniadanie. Trudno, niech mówi co chce. Ona tak łatwo się nie podda, nie teraz. Jest mu coś winna.
    - Miałam nadzieję, że wróci ci apetyt – rzuciła, jednak bez przekonania. Posłała mu ledwo zauważalny uśmiech i postawiła na drewnianym kuchennym stoliku dwa talerze z porcjami ryby. Zajęła jedno z krzeseł, spoglądając na pirata i czekając na jego reakcję. Przysiadł się. Zupełnie, jak kiedyś, za tych starych dobrych czasów. Lucy przyglądała się, jak Hak przygląda się rybie i nie mogła powstrzymać uśmiechu. Ten ciekawski wzrok i lekko uniesiona brew – często tak robił, gdy coś go zainteresowało. Brakowało jej tego i za niczym tak bardzo nie tęskniła, jak za jego obecnością. Nie mogła uwierzyć, że po tak długim czasie znów siedzą razem, przy jednym stole. Hak znów tu jest, przy niej, choć ich relacja wciąż jest niezwykle skomplikowana. Łzy cisnęły jej się do oczu, jednak po raz pierwszy od ich spotkania w Fabletown nie były to łzy smutku. Kochała go najbardziej na świecie i nie bez powodu los znów skrzyżował ich drogi, tym razem w tak odległym świecie. Oboje byli zagubieni, jednak odnaleźli siebie, a to już naprawdę wiele.
    Zagryzła wargi. Cisza, która panowała, wcale jej nie przeszkadzała, jednak poczuła, że to odpowiedni moment na wyznanie prawdy o sobie. Hak wciąż nie miał pojęcia, kim była naprawdę, zanim się poznali. W gniewie rzuciła jedynie, że jest nimfą, jednak Hak z pewnością nie zdawał sobie sprawy z tego, co to właściwie oznacza.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Hak, posłuchaj – zaczęła cicho wodząc wzrokiem po starym drewnianym blacie. Nawet nie tknęła swojej ryby. – Chcę, żebyś poznał prawdę i to jest chyba najlepszy moment. Żałuję, że dowiesz się o tym dopiero teraz…
      Podniosła wzrok wypatrując jakichkolwiek znaków z jego strony. Wciąż nie była pewna, czy dobrze robi. Może swoją przeszłość powinna zachować tylko dla siebie?
      - W nocy, na posterunku powiedziałam ci, kim jestem naprawdę. Mam na imię Lorelei, jestem nimfą. Imię „Lucy” wymyśliłam, gdy cię poznałam. Wówczas zrobiłabym wszystko byś myślał, że jestem zwykłym człowiekiem, więc zmyśliłam również historyjkę o rodzicach rybakach, którzy zmarli i zostawili mnie samą na świecie. Zmyśliłam wszystko, co ci wówczas o sobie mówiłam.
      Przełknęła ślinę nie mając już odwagi, by spojrzeć mu w oczy.
      - Nigdy nie miałam rodziny. Miałam tylko ojca, który mnie stworzył, ukrytego głęboko w wodach Renu. Tkwiłam na wysokiej skale nad rzeką, nawet nie wiem jak długo… Byłam potworem, Hak. Wabiłam mężczyzn, zatapiałam ich, zabijałam. Żyłam tylko po to, by oglądać ich śmierć u stóp mojej skały. Nie znałam uczucia litości, miłości, nie czułam niczego. Dopóki nie zobaczyłam ciebie, tam na dole. Byłeś jednym z milionów ludzkich istnień, które przewijały się przez miasteczko, a jednak przykułeś moją uwagę. Nie wiedziałam wówczas, co się ze mną dzieję, bo nigdy wcześniej nie znałam tego uczucia. Długo walczyłam sama ze sobą, aż w końcu postanowiłam, że zejdę na dół, do ciebie.
      Głos na moment ugrzązł jej w gardle. Nerwowym ruchem przeczesała włosy.
      - To dzięki tobie stałam się człowiekiem. Wiem, że brzmi to dość ironicznie, bo ty twierdzisz, że przeze mnie stałeś się potworem… Jednak taka jest prawda. Poznałam smak miłości i porzuciłam dawne życie, pełne okrucieństwa i bezsensownej śmierci. Chciałam się zmienić tylko i wyłącznie dla ciebie, i dla nikogo innego, nawet dla Davy’ego. Poświęciłam dla ciebie wszystko, co miałam i kim byłam. Zostałam przeklęta przez ojca, odebrano mi moce i skazano na to paskudne Fabletown. Wiem, zrobiłam wiele głupot, których nie mogę sobie wybaczyć. W moim życiu byłeś i jesteś tylko ty, choć pewnie wciąż nie chcesz w to uwierzyć.


      Lucy

      Usuń
  120. [Hej. Z powodu braku czasu muszę odejść z bloga. Gdybyś mimo to chciała kontynuować nasz wątek prywatnie, odezwij się na maila morrigan@onet.pl.
    Jeśli nie - w takim razie chciałam podziękować za kapitalne, trzymające w napięciu odpisy, za emocje, jakie niósł nasz wątek i za najwiarygodniejszą kreację samobójcy, z jaką (jak dotąd) spotkałam się na blogach grupowych.]

    OdpowiedzUsuń
  121. Nic mu się tu nie podobało. Począwszy od otoczenia chaotycznej dżungli, przez dziwnych mieszkańców lasu, po zupełne stracenie poczytalności przez Haka. Nie słyszał już jego głosu, pozwalając się ciągnąć dwóm osiłkom, którzy trzymali go za ramiona. Początkowo stawiał opór, ale teraz zostało mu jedynie patrzenie na swoje buty, które sunęły skierowane ku górze po dziwnym podłożu. Oddałby naprawdę wiele, by ten koszmar się skończył. Wiedział, że nic nie może zrobić dopóki jego przyjaciel nie odzyska świeżego umysłu. Jedynym ratunkiem wydostania się z tego koszmaru było poczucie w głębi siebie chęci powrotu do rzeczywistego świata. A Jefferson bardzo tego pragnął. Całym sobą i to szczerze. Gdyby magia była taka prosta, obaj z Hakiem staliby w jego sklepie i szli na herbatę. Kruczek tkwił w tym, że postać, w której wyimaginowanym świecie tkwili, musiała chcieć wrócić do szarej rzeczywistości. W ich przypadku do Fabletown w Nowym Jorku. A z tego co widział kapitan Huckelberry Jones ani myślał wracać. Zdaje się, że już zapomniał o tym, gdzie znajdowali się przed chwilą. Teoretycznie ich ciała wciąż znajdowały się w sklepie z kapeluszami, tlyko umysły przeniosły się do dawnego domu pirata. Ale on o tym nie wiedział. Na domiar złego Szalony Kapelusznik pozwolił, by rozdzielili go z jego towarzyszem. Miał nadzieję, że jeszcze się spotkają i uda mu się wybić mu z głowy ten szalony pomysł pozostanie w tej pułapce. Im dłużej tam tkwili, tym wspomnienie prawdziwej rzeczywistości się zacierało. I to dokładnie. Za parę godzin nawet Jefferson mógł nie pamiętać skąd pochodził. Okrutna wizja! Zasada skakania po krainach musiała być surowo przestrzegana i nikt nie mógł jej naruszyć. On był podróżnikiem i znał cenę. Nic nie było jednak warte pozostania więźniem własnego umysłu bez szansy na powrót. Równało się to dla niego z brakiem szansy na powrót do ukochanej Krainy Czarów. Ta świadomość wpędzała go w jeszcze większą desperację i stres. A trzeba było mu to przyznać. Przez ostatnie sto pięćdziesiąt lat nie miał łatwego życia, nie wspominając, że zmartwychwstał. Miał więc ogromne prawo do denerwowania się.
    W końcu dzikusy przestały nim targać, a cisnęły na ziemię, że aż rozbolał go tyłek. Nie trwało jednak długo zanim zobaczył idącego dziarsko przez obóz Haka, który w podniesioną brodą wyglądał na co najmniej zadowolonego z siebie. Któryś z czerwonoskórych indywiduów z piórami we włosach podniosło go na nogi i poprowadziło w stronę drugiego więźnia. Obaj zostali przywiązali do pala. Nawet w tej tragicznej sytuacji, Jones wydawał się być szczęśliwy jak nigdy dotąd. Słyszą jego słowa, Szalony Kapelusznik wywrócił oczami. Zaraz jednak spojrzał się krzywo na przyjaciela, widząc jak ten podciąga nosem ze wzruszenia. Pokręcił głową i zaczął rozglądać się po wiosce, do której przybyli. Jak na razie na pomoc i oprzytomnienie kapitana nie miał co liczyć. Zignorował krzyki pirata, szukając czegokolwiek co mogłoby pomóc im się wydostać. Najgorszą wadą tego wyimaginowanego świata był brak magii. A przynajmniej tej, którą mógł się posługiwać Kapelusznik. Jego mieszkańcy za to bez problemu mogli zdziałać nią cuda. Hałasy dzikusów dookoła nich się nasiliły, gdy z krańców wioski zbiegła się reszta, by zobaczyć kogo też złapano. Czerwone rączki dotykały jego twarzy i marynarki, a dziecięce głosiki biadoliły, gdy Jefferson próbował je odgonić. Im bardziej chciał się ich pozbyć, tym większą uwagę przykuwały do jego kieszeni w marynarce.
    - Nie! Nie! Zostawcie to! – krzyczał, gdy zobaczył jak poruszają kulą z zamkniętym w niej ziarnkiem grochu. Nic to nie dało, bo jedna z dziewczynek rozbiła ją i zjadła zawartość. – Nieważne… - mruknął, westchnąwszy zrezygnowany. Nagle wszystko ucichło, a ludzie zrobili przejście dla dziewczyny, która kazała ich złapać. Najwyraźniej była jakiegoś rodzaju królem bądź królową, a te stanowiska dyplomatyczne nigdy nie wzbudzały zaufania w Szalonym Kapeluszniku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szczególnie jeśli sprawowała je kobieta. Podeszła najpierw do Haka i powiedziała coś, czego Jefferson nie zrozumiał. – Przepraszam panienkę najmocniej, ale nie możecie przetrzymywać nas wbrew naszej woli. Nie dam się biurokrackiemu terrorowi! – rzucił, chcąc zwrócić na siebie jej uwagę. I podziałało, ale również i jakiś ogromny wojownik stanął zaraz przy nim i spojrzał na niego groźnie. Najzabawniejsze, że słowa, które właśnie wypowiedział były dla niego całkowitym bełkotem. Ale Hak podrzucił mu jakąś książkę z obrazkami. Bohaterowie tej cudacznej opowieści również znaleźli się w podobnej sytuacji, a zacytowanie linijki tekstu wydawało mu się sensowne. Dziewczyna ruchem kazała odejść wielkiemu mężczyźnie, po czym sama stanęła przed Kapelusznikiem. Przyglądała mu się chwilę, a zaraz potem złapała jego twarz i zaczęła uważnie oglądać z każdej strony. Jefferson ze ściśniętymi policzkami próbował coś powiedzieć, ale na niewiele się to zdało, gdy wychodziły na zewnątrz jakieś bełkoty. W końcu królowa go puściła i kiwnęła na strasznie wyglądającą staruchę, która rzuciła w mistrza herbaty jakimś proszkiem, a potem grzechotką na końcu laski zaczęła trząść mu nad głową. – Hak… - mruknął zdezorientowany Kapelusznik. – Co się dzieje?
      Zaraz jednak otrzymał odpowiedź, gdy odczepiono go od pala i zawieszono na innym jak prosiaka. Starucha kiwnęła na trzymających go mężczyzn i skierowała w stronę oddalonej skały, która na nocnym niebie wyglądała na niemal czarną. Jefferson przekręcił głowę, by móc spojrzeć w nieodwróconym obrazie i cały się spiął. – Hak?- Skała była cała pokryta krwią, a blisko jej końca stał ogromny posąg jakiegoś dziwacznego bóstwa. – Hak. Hak! – wykrzyknął, zaczynając się szarpać i widząc obraz siebie zmarłego. Znowu.

      Kapelusznik

      Usuń
  122. - Kto komu każe rozmawiać o przeszłości? - wzruszyła niedbale ramionami, ruchem nogi przyciągając do siebie jakiś samotny stołek stojący nieopodal na posadzce. Przysiadła na nim, nie zamierzając się nigdzie wybierać, przynajmniej na razie. Mimo niezbyt sympatycznego zachowania mężczyzny Holly nie zamierzała się zrażać do jego osoby - cóż, może po prostu miał gorszy dzień? A nawet jeśli nie i zwyczajnie był pospolitym dupkiem... To cóż, w takim razie ambitna złotowłosa miała zamiar utrzeć mu nosa swoim towarzystwem które, jeśli tylko tego odpowiednio mocno chciała, potrafiło być bardzo upierdliwe. Na tę myśl Roszpunka uśmiechnęła się głupio, co mogło wyglądać nawet kpiąco czy pretensjonalnie. Nie zamierzała się jednak przejmować tym pozorem, ciągnąc szybko dalej swoją wypowiedź:
    - Teraźniejszość jest o wiele ciekawsza od tego, co już przeminęło. Na dawne dzieje tak czy siak nikt już nie ma wpływu, dlatego marnowanie czasu na roztrząsanie ich i niekorzystanie z tego, co jest obecnie jest głupotą - stwierdziła nieco pod nosem, choć trochę głośniej, jednocześnie przyciągając do siebie swoje włosy niczym gruby sznur nawijany na przedramię. Podniosłość jej wypowiedzi zmieniła się jednak, gdy Holly po krótkiej pauzie wznowiła swój monolog - Spójrzmy dla przykładu na tamtą kobietę - gestem drobnego podbródka wskazała na szatynkę zajmującą stolik w kącie lokalu. Miała ona jednak towarzysza, który był nadzwyczajnie zainteresowany jej osobą głównie w względzie fizycznym, co dało się poznać przez umieszczenie i ruchy jego dłoni na ciele tajemniczej nieznajomej - Jej mąż nic nie wie, to już jej trzeci kolega w ciągu dwóch miesięcy. Zastanawiam się po co to robi, ale... - Holly nagle urwała, czując jak ten sam pijaczek, który czaił się na jej włosy szedł za ich śladem i zaczął ciągnąć bezmyślnie sam koniec pukli. Roszpunka zmarszczyła brwi i gwałtownym ruchem chwyciła w wolną dłoń jeden z grubszych kosmyków, żeby bezceremonialnie upchnąć go w szklance z jakimś trunkiem zabranej z fortepianu. Nie wydawała się zainteresowaną tym, czy był to napój jej rozmówcy, czy nie - w ciągu kolejnych kilku sekund zrobiła użytek z haka swojego towarzysza i chwytając za jego nadgarstek gwałtownym ruchem ucięła długi kosmyk włosów, które od razu zamieniły się w złoty pył. Tyle, że z racji umieszczenia ich w naczyniu pył ten opadł na dół prawie pustej szklanki, mieszając się z cieczą i tworząc... trochę świecącego błota w kolorze złota. [Ale rym!] Holly wylała maź na dłoń i odważnie rozpłaszczyła ją na twarzy podchmielonego gościa któremu alkohol odbił na tyle bardzo, że nie zauważył, że idąc tropem długich włosów stał już przy samym fortepianie. Czując dziwną maź na swojej twarzy zaczął kichać i kaszleć, odwracając się na pięcie i udając w bliżej nieokreślonym kierunku.
    Holly westchnęła głośno, mrucząc coś niezadowolona pod nosem i wycierając brudną od złota dłoń w materiał sukienki. Odcięty kosmyk włosów na początku śmiesznie odstawał od reszty długich pukli, ale po chwili ponownie zaczął rosnąć by dorównać w długości swoim braciom.
    - O czym mówiłam? - wywróciła oczami, wytrącona z rytmu przez dynamiczną sytuację. Machnęła ręką chyba nawet nie zauważając, że kropla złotej mazi przez ten gwałtowny ruch wylądowała na nosie Jonesa - Zresztą... Nieważne.
    [Nie musisz się nikomu tłumaczyć, nie ma problemu :D]
    Roszpunka

    OdpowiedzUsuń
  123. [Jaka cudna karta! :* Widzę, że ciebie też wzięło na zmiany :D Troszkę pozmieniałam u Lucy, ale w naszych relacjach ani historii nic się oczywiście nie zmieniło ;) Ja powoli wracam do życia, bo całe wakacje zajęło nam pisanie nowych zakładek xD Ale w tym tygodniu powinnam na wszystko poodpisywać ;) Wybacz, że znów to tyle trwa]

    Błękitnooka

    OdpowiedzUsuń
  124. [Oj, widzę zawiłe relacja są między tobą Lucy, a Davym. Chciałabym się jakoś tam wcisnąć. Może jakiś pomysł?]
    Rebel

    OdpowiedzUsuń
  125. [Zrobiłam ją taką bardziej ZUĄ, ale zobaczymy, jak to wyjdzie xD Pewnie w praktyce nic się nie zmieni, bo ja jej chyba nie umiem inaczej prowadzić xD Zawsze będzie taka biedna i zagubiona xD <3
    Szkoda gadać, po prostu xD My miałyśmy zrobić zmiany na blogu na początku wakacji, a wyszło, że pisałyśmy zakładki przez trzy miesiące :D
    Co to, godzimy ich chwilowo? Niech mają trochę szczęścia :D]

    Potworny huk pięści uderzającej o blat przerwał jej w połowie zdania. Niemal podskoczyła na stołku ze strachu, nie spodziewając się takiej reakcji. Utkwiła w nim wystraszone spojrzenie, a usta zastygły lekko uchylone. Widelec spadł na podłogę; gdzieś za nią zadźwięczały szklanki na suszarce.
    Miał dość jej gadania, jej tłumaczeń i tych wszystkich w kółko powtarzanych przeprosin. Nie chciał jej słuchać i pewnie miał rację. Jakie to wszystko ma teraz znaczenie? Nie ważne, kim była – księżniczką czy potworem – liczy się tylko to, co zrobiła tego jednego, jedynego dnia, w którym wszystko się posypało. Jedna, koszmarna chwila, do której wciąż uparcie powracają we wspomnieniach i w niemal każdym wypowiedzianym do tej pory zdaniu.
    Hak zerwał się miejsca, z teatralnym gestem przerywając tą sztuczną, do niczego nie prowadzącą chwilę. Wspólne śniadanie na niby, niepoważna rozmowa o poważnych sprawach i znów te cholerne tłumaczenia. Lucy wciąż wpatrywała się w niego z tym samym wyrazem twarzy – mieszaniną strachu i zaskoczenia, nie wiedząc już, co robić. Z pewnością, najlepiej dla nich dwojga byłoby, gdyby wstała i wyszła. Mogliby zapomnieć o tym, że w ogóle na siebie tu wpadli i że ich serca choć trochę drgnęły na swój widok. Mogliby mijać się na ulicy bez słowa, unikać swoich spojrzeń, nie mieć wspólnych znajomych, chodzić do różnych barów, upijać z daleka od siebie… By znów gdzieś, kiedyś, przypadkiem odnaleźć się w tłumie i zrobić jakieś głupstwo. Bo i bez siebie, i ze sobą się nie da. Po prostu.
    Nagle coś w niej pękło. Jakiś zabawny gest pirata, połyskujące pierścienie na jego dłoni, może ten udawany uśmiech? Wybuchła śmiechem. Po raz pierwsze od dłuższego czasu, zupełnie szczerym, wesołym śmiechem. Hak całkowicie ją rozbroił, a wszelkie złe emocje nagle prysły. I znów była tą Lucy, beztroską dziewczyną, która postanowiła porzucić wszystko dla tego jednego, jedynego. Ten sam głośmy, dźwięczny chichot, który Hak słyszał każdego wspólnego dnia. Nie mogła się uspokoić. Ocierając łzy z policzków, zerwała się z krzesła i z szerokim uśmiechem wpadła mu w ramiona.
    - Zamknij się, wariacie! – zaszczebiotała wciąż drżących od śmiech głosikiem – Czyli nic się nie zmieniło! – dodała w odpowiedzi na serię uwag, które wypowiedział przed momentem o sobie samym. Oplotła go ramionami i mocno przytuliła, opierając skroń na jego ramieniu. Łzy powoli wsiąkały w ciemną koszulę pirata.

    [Eh, coś naskrobałam :D Jestem z siebie dumna xD]


    Lucy

    OdpowiedzUsuń
  126. [No to oficjalnie wracam i przybywam po kontynuację naszego wspaniałego wątku! :)]

    - Zły i ostatnio wciąż nieobecny braciszek

    OdpowiedzUsuń
  127. [Witam również i dziękuję za miłe powitanie. Myślę, że z takim zestawem stróżów prawa ci "źli" raczej będą się starali być grzeczni. ;)
    Dzięki wielkie jeszcze raz. A jak masz chęć od skrobnąć to zapraszam. :)]

    Kainan

    OdpowiedzUsuń
  128. [Ja chyba wreszcie wróciłam już nie tylko teoretycznie, ale i praktycznie, więc to dobrze wróży. ;) W ogóle nie pochwaliłam jeszcze nowej karty, więc chwalę teraz. Pomysł z listami jest cudowny! :)
    Myślę, że lepiej zrobić przeskok w czasie, bo z tego co ogarnęłam (a trochę mi to zajęło) to akurat skończyłyśmy w sumie na rozstaniu po poważniejszej rozmowie. Można dać akcje po upływie kilku miesięcy bez kontaktu, choć też zbytnio pomysłu nie mam na coś co by ich znowu spiknęło. ;) Jeszcze możemy sobie zrobić mały przerywnik. Robię sobie nową postać na ożywienie mojej weny, Kundelek i Annabel mnie zainspirowały. Będzie też członek naszej patologicznej rodzinki - pan, przez którego Lucy się rzuciła ze skały. Możemy sobie zrobić wątek pierwszej i ostatniej miłości Lucy, tak dla urozmaicenia i może w trakcie nam wpadnie jakiś epicki pomysł na kontynuacje wątku naszych braciszków. ;)]

    - Wdzięczny za zrozumienie starszy braciszek

    OdpowiedzUsuń
  129. [Zazdroszczę, zwłaszcza, że ja tak nie lubię pisać kart. ;p
    No to dawaj tak zróbmy, będzie ciekawie. :D No mam nadzieję, że wyjdzie fajnie. Jak się uda to może jeszcze dzisiaj skończę KP i opublikuję, więc będziemy mogły coś pokombinować. Pewnie jak zaczniemy to potem już pójdzie lawina pomysłów, bo ostatnio było genialnie. ;)]

    - Kochający starszy braciszek

    OdpowiedzUsuń
  130. [Zamień się! Albo napisz za mnie xD Zdjęcia to i ja lubię wybierać. :)
    Jakby co chyba już mniej więcej zrobiłam. Jak chcesz możesz sobie podejrzeć postać (Hagen Alder), zwłaszcza podstrony. Na razie nie publikuję, bo jeszcze muszę się skonsultować z autorką mojego tatusia, no i z Kundelkiem. ;) Ale możemy już powoli pokombinować sobie wątek - tu czy na gg. :D
    Ja też się szalenie stęskniłam za pisaniem z Tobą! <3 Normalnie to był chyba mój najukochańszy wątek <3 ]

    - Z równą miłością, starszy braciszek

    OdpowiedzUsuń
  131. [Nie wiem czemu, ale pisanie kart mi się kojarzy z wypracowaniem szkolnym. xD
    No opublikowałam się, więc wpadaj i kombinujemy. Ciekawie będzie na sto procent. :)
    Hahaha z Lucy robi się nam blogowa femme fatale. ;)
    Z Kundelkiem mamy w planach zrobić z Hagena i Lucy dobrych przyjaciół, których kiedyś coś łączyło, ale obecnie została z tego tylko przyjaźń, więc raczej Hagen zazdrosny o Haka nie będzie. Z drugiej strony Hakusiowi faktycznie może być ciężko, że jego ukochana się przyjaźni i spędza czas ze swoim "byłym". Po przejściach z braciszkiem jakoś wątpię by ufał w czyjekolwiek dobre intencje. ;) Plus ja koniecznie muszę zobaczyć zazdrosnego Haka, bo to będzie piękne! xD
    Zawsze możemy im też trochę życie skomplikować... Panowie mogli by się znać albo nawet i przyjaźnić od jakiegoś czasu, nie mając pojęcia o swoich powiązaniach z Lucy. Jakoś przypadkiem by to wyszło na jaw i byłoby zdziwienie. Tylko biedny Hakuś miałby kolejną traumę jakby się dowiedział. :)
    Ha, już mi wena wraca! xD
    Zdecydowanie <3]

    - Uściski od starszego braciszka ;*

    OdpowiedzUsuń
  132. [Ty i ja chyba musimy tutaj razem skończyć, tak jak zaczynałyśmy ;) Bo raczej nikt inny od pierwszego dnia bloga nie został, nie? No dobra, ja z przerwami, ale liczy się!
    Wątek jak najbardziej, Tobie nigdy nie odmówię <3 Być może wykształci się jakieś kolejne zacne powiązanie, bo chyba z każdą moją postacią jakieś cudne z Tobą miałam <3]

    Esmeralda

    OdpowiedzUsuń
  133. [Nie gryzę. ;) Również witam pięknie. No i ja nie wiem czego tu się obawia taki zacny pan pirat. Wiadomo Thrandy chodząca zajebistość, ale pan kapitan też bardzo stylowy. ;) Hahaha bez obaw, niby mnie ciągnie do lasów, ale jest mi jednak bliżej do Radagasta Burego niż wspaniałego Króla Elfów. :D
    Dziękuję za miłe słowa. Chociaż teraz się boję, że jak wprowadzę planowane zmiany w podstronę i historia się bardziej rozrośnie, to będzie jeszcze straszniej. :D
    Z zaproszenia na wątek skorzystam z wielką chęcią. Zwłaszcza, że nasze postacie już są w sumie w pewnym sensie powiązane przez wspólnych znajomych. :)
    Masz jakieś konkretne pomysły lub życzenia? Tak sobie myślę, że ciekawie byłoby wykorzystać właśnie te zawiłe relacje wspólnych znajomych naszych postaci do takiego mniej typowego powiązania. Mianowicie - nasi panowie nigdy wcześniej osobiście by się nie spotkali, ale i tak ciągle w jakiś sposób ich historie by się łączyły. Na przykład Hak przybył nad Ren, bo jak rasowy pirat miał ciągoty do ukrytych skarbów i chciał się przekonać ile jest prawy w legendach. Zamiast skarbu, spotkał swoją miłość, którą de facto mógł spotkać dzięki splotowi wydarzeń z przeszłości (w większości inspirowanych przez Oberona) dzięki którym Lucy stała się tym, kim jest. Później z kolei Hak doprowadza do tego, że Lucy się naraża Oberonowi, bo opuszcza skałę. Potem przez Oberona trafia do Fabletown, gdzie może znów spotkać Haka. I tak dalej. Czyli przez całą baśniową historię jeden drugiemu pośrednio wpływał na jego sprawy, a teraz w końcu mogliby się spotkać twarzą w twarz. Ewentualnie kiedyś się spotkali, ale nie zwrócili na siebie zbytniej uwagi, bo Oberona nie interesują za bardzo ludzie, a Hak może akurat zbyt był zajęty Lucy.
    Można też się pobawić trochę w klimatach magicznych. U Lucy w wątku mamy taki motyw, że chociaż była istotą magiczną i miała wyjątkowe moce, to i tak wieki w sąsiedztwie skarbu (a zwłaszcza pierścienia) trochę się na niej odbiły. Można to wykorzystać też przy Haku. Pewnie spędził trochę czasu nad Renem, może na początku nawet szukał skarbu, może nawet znalazł jakiś złoty drobiazg... i częściowo również dotknęła go klątwa. Co tłumaczyłoby pasmo nieszczęść i smutku w jego życiu (swoją drogą genialnie napisana karta!). Stanowiłoby też dobry punkt wyjściowy do relacji naszych panów.
    Oberon w sumie przeszedł już etap przesadnie czarnego charakteru i przesadnie białego, więc teraz jest raczej na etapie odcieni szarości. Więc mogłybyśmy dać im bardziej mroczną relację w stylu "zasłużyłeś sobie, to cierp" lub nieco bardziej pozytywną na zasadzie "już się nacierpiałeś, więc teraz oddaj co moje, to ci trochę pomogę". Z Lucy Oberon ma dość dobre relacje (z małymi pretensjami o jej zachowanie), więc albo by traktował przez to Haka bardziej otwarcie i z większą dozą sympatii... albo byłby na niego zły za to, że mu Lucy doprowadził do takiego stanu i tak dalej. To już jak Ci się bardziej spodoba.
    Troszkę się rozpisałam, a co! No i czekam na Twoje pomysły. ;)]

    Oberon

    OdpowiedzUsuń
  134. [Jestem! Wybacz, że znów wszystko się tak przeciągnęło ;)
    Haha, no ba! xD Zaraz znów im krwi napsujemy :D Mam już nawet kilka pomysłów xD
    A w ogóle pamiętasz, w tamtym roku coś kombinowałyśmy, żeby im wspólne Święta urządzić? W sumie, to znów możemy o tym pomyśleć. Haha, o rany, to my już nasz wątek ponad rok piszemy! xD
    A co do Haka i Lucy i ich kolejnych kłótni... Jeden pomysł mam taki, że mogliby razem gdzieś wyjść, może na kolację do restauracji? Tam ktoś przyczepiłby się do Lucy i przy Hucku wytknąłby jej, że przez nią mąż tej osoby (jeśli byłaby to kobieta) lub np. brat (jeśli byłby to mężczyzna) stracił wszystkie oszczędności i popełnił samobójstwo. Zrobiłby awanturę przy wszystkich, że Lucy żeruje na innych, uwodzi, sprawia że oddają jej oszczędności życia i doprowadza do samobójstwa. Lucy jakby nie zaprzeczyła (siedziała cicho, tylko spoglądając przerażona na Haka), a pirat nagle zdałby sobie sprawę z tego, że właściwie on również przez cały czas, od początku może być pod wpływem takiego uroku – wcale nie łączy ich żadna miłość, tylko czar, który na niego rzuciła, jak na wielu innych mężczyzn. Oczywiście to nie prawda, ale w tym momencie Huck całkowicie by się załamał, bo byłby święcie przekonany, że tak naprawdę nie kocha Lucy – to wina jej czarów. Przez to również chciał się zabić. Pobiłby faceta, a potem znów pokłóciliby się z Lucy – i to tak już na poważnie, bo nie wiem, jakich argumentów mogłaby użyć, żeby go przekonać ;) To byłby juz taki niezły hardcore i (chwilowo xD) totalny koniec big love xD
    Drugi pomysł, jaki wpadł mi do głowy to nawiązanie do tego, co powyżej napisała Annabel (wybacz, przeczytałam z ciekawości, co tam planujecie :D). Pomyślałam, że dla odmiany to Lucy mogłaby obrazić się na Haka i role by się odwróciły. Annabel napisała, że Huck mógł wejść w posiadanie jakiejś części skarbu znad Renu (w ogóle super pomysł, że mógł przybyć nad Ren właśnie po owy skarb :D). Lucy, będąc w mieszkaniu Haka mogłaby wyczuć jego obecność z piwnicy. Podczas, gdy Hak sobie spał w najlepsze, ona zeszłaby na dół i znalazła cały skarbiec, a wśród niego ten jeden przedmiot. I tu zarzuciłaby Hakowi, że on tak naprawdę przybył nad Ren po skarb i możliwe, że od początku wiedział, że Lucy to strażniczka Lorelei, więc uwiódł ją, by zdobić kosztowności. Trochę naciągane, ale możemy uznać, że moc skarbu miała na Lorelei wpływ przez bardzo długi czas i wciąż ma, więc Lucy ma do niego dość przesadne podejście. W końcu została zamieniona w nimfę po to, by go strzec, więc chroniłaby go jak swoje dziecko ;)
    Daj znać, co sadzisz? Bo tradycyjnie możemy wszystko połączyć :D
    Teraz tak sobie jeszcze pomyślałam, że Huck mógł próbować dostać się na skałę po skarb, oczywiście na drodze stanęłaby mu Lorelei, ale zamiast go utopić zakochałaby się i zwiałaby z nim :D Jej, to byłoby piękne, ale nie pasuje nam kompletnie do historii xD]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powoli otworzyła oczy. Przez chwilę obraz był niewyraźny i zamglony, choć jasny i przyjemnie ciepły. Uśmiechnęła się do siebie powoli odzyskując ostrość obrazu. Przez wciąż otwarte okno dobiegał ją warkot pierwszych tego dnia samochodów, świergotały ptaki, ktoś rozmawiał przez telefon. Każdy dźwięk wydawał jej się zupełnie inny niż te, które do tej pory słyszała w Fabletown. Wyczuwała radość w głosie każdego przechodnia, z radia piętro niżej dobiegała wesoła melodia. Wszystko było jakieś inne.

      Przeciągnęła się leniwie. Leżała na skraju łóżka, owinięta swoim ciepłym swetrem, w którym wczorajszego ranka wybiegła z domu, pełna niepokoju o ukochanego. Jak wiele zmieniło się przez te 24 godziny, wciąż powtarzała w myślach. Huck nie myślał już o samobójstwie. A ona chciała się zmienić. Znów stać się taką, jaka była podczas ich krótkiego, wspólnego życia. Byłaby tylko dla niego, znów bardziej człowiekiem niż nimfą, dobrym człowiekiem. Skończyłaby ze wszystkim co teraz robi, zmieniłaby pracę, porzuciła znajomych o złej reputacji. Zaczęłaby wszystko od nowa, u boku ukochanego, tak jak sobie wczoraj obiecali.

      Podniosła się do siadu i zerknęła na stary drewniany zegar stojący w rogu pokoju. Dobiegała ósma rano i za chwilę znów zabije donośnym tonem. Mogłaby przysiąc, że pamięta go z kajuty Haka, podobnie jak inne przedmioty, którym wczoraj się nie przyjrzała. Dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego, że właściwie całe mieszkanie pirata przypomina wnętrze okrętu. Musiał przywlec do Fabletown wszystko to, co udało mu się spakować. Lucy westchnęła. Utwierdziła się tylko w przekonaniu, jak usilnie próbuje trzymać się przeszłości, swoich przyzwyczajeń i tego kim był, podczas gdy w niej nie ma już właściwie nic z dawnej dumnej i wyniosłej nimfy, strażniczki skarby króla Oberona. Wszystko było nie tak, jak powinno.
      Odwróciła się i spojrzała na Hucka. Spał spokojnie po drugiej stronie łóżka, wtulony w poduszkę. Wyglądał, jakby odsypiał własnie całe lata spędzone bez zmrużenia oka. Lucy znów uśmiechnęła się do siebie, przypominając sobie całe wczorajszy dzień.
      - Wstawaj, śpiochu – szepnęła gładząc go delikatnie po zmierzwionych włosach.
      Pogodzili się, choć sama zwątpiła, czy kiedykolwiek zdołają się jeszcze dogadać. Potem całe godziny rozmów, wspominania dawnych, pięknych czasów, ich wspólnej podróży. W końcu przysięga nowego początku i pozostawienia tego, co było daleko w tyle. Przypieczętowali to butelką starego dobrego rumu, a gdy Lucy zabrała się za przygotowanie rybiej przystawki, Huck zdążył zasnąć. Był wykończony, a dziewczyna nie miała sumienia go budzić. Zasnęła obok niego, śniąc o nowej, wspólnej podróży.
      Teraz przyglądała się, jak Hak powoli rozbudza się ze snu, nie żałując ani chwili.
      - Wyspałeś się? – spytała uśmiechnięta, po czym dodała żartując: - A skoro zaczynamy wszystko od nowa... – wyciągnęła rękę w jego stronę – ...Lucy Crale, miło mi pana poznać, panie piracie.


      Lucy

      Usuń
  135. [Knujemy! :D
    W ogóle jakie cudne gifcie dodałaś <3 Tak idealnie pasują.
    Też tak chcę. ;)
    Obstawiam, że zazdrosny Haczek będzie niewyobrażalnie uroczy! <3 Hahaha tak i w ogóle to kilkaset lat temu przecież było, więc w czym problem. xD
    O tak, tak! To jest świetna myśl, choć też jeszcze nie bardzo mam pomysł co to by mogło być. No cóż, jak sobie zaczął w końcu układać to wręcz nieuniknione by było. ;)
    Jeszcze w sumie niektóre rzeczy z Kundelkiem ustalamy, ale zastanawia mnie taki jeden szczegół odnośnie relacji. Bo chcemy by Hagen został ożywiony jeszcze przed Fabletown, by się mieli czas z Lucy od nowa zaprzyjaźnić i tak dalej. Wtedy by wychodziło, że albo Lucy zwiała z Hakiem nie mówiąc nic Hagenowi, wtedy Hagen by go w ogóle nie znał, poznał w Fabletown i tak dalej... Albo od początku wiedział o Lucy i Haku i nawet Lucy krył przed swoim ojcem. Wtedy już jego relacje z Hakiem w Fabletown trącą trochę manipulacją (co w sumie jest po części w stylu Hagena). Można przyjąć, że od początku wiedział o Haku i kiedy go spotkał nie planował żadnej znajomości. Mógł nawet nie wiedzieć czy powinien powiedzieć o nim Lucy czy nie. Powiedzmy mógł mieć piękny plan, że nie będzie się wtrącać w jej życie, najwyżej powie Lucy, że go spotkał i koniec, on będzie neutralny. Ale przypadkiem mogło tak wyjść, że jakoś z Hakiem się zakumplował. Wtedy by stwierdził, że nie będzie mu się zwierzał z tego co go kiedyś łączyło z Lucy, bo po co - to było kilkaset lat temu, ona aktualnie tego nie pamięta (chcemy z Kundelkiem wątek z pamięcią dać w naszym wątku), a poza tym to już od dawna nieaktualne, więc po co to poruszać. Haha i jednak mi wychodzi bardzo kanoniczny Hagen, tu lojalny wobec przyjaciół, a tutaj to przemilczy, tego nie powie jednej stronie, tamtego drugiego i koniec końców nawet jak złych intencji nie ma to wyjdzie na manipulatora. xD Jakby iść tym tropem to może im się przyjaźń rypnąć nie tylko przez zazdrość Haczka, ale i przez to dziwne powiązanie. Zaczyna się robić niczym relacja Hagen - Gudrun i Sigfrid (w skrócie Hagen wspierał swoją kuzynkę Gudrun zakochaną w Sigfridzie i nawet jej z urokiem miłosnym pomógł, Sigfrida okłamywał czy raczej nie mówił mu pewnych rzeczy, bo po co, a skończyło się tym, że mu strzelił w plecy). Więc w sumie Haczek może mu to wypomnieć, że już kiedyś wykorzystywał czyjeś zaufanie, a teraz co... poczeka aż i Haczek się kiedyś przy nim odwróci by wbić mu sztylet w plecy. To by mogło być niezłe. xD Tym bardziej Hak miałby z jednej strony chęć wystawić Hagena, a z drugiej chyba by obsesji z braku zaufania dostał. Oczywiście Hagen miałby jak najbardziej w porządku intencje, więc tym bardziej by go taka reakcja zabolała. Z drugiej strony jakby się Hak dowiedział od Hagena, że o co robi problem skoro Lucy czasów bycia śmiertelniczką nie pamięta, to też by mogło być ciekawie. Z jednej strony w końcu by się upewnił, że "kłamstwa" Lucy to była jednak podświadoma prawda, więc mógłby trochę spraw w końcu zrozumieć. Z drugiej mógłby się obawiać co będzie jeśli kiedyś Lucy pamięć odzyska...
    Hahaha piękne to się robi! <3]

    - Hagen ;)

    OdpowiedzUsuń
  136. [Bardzo, bo gifcie są przecudne. <3
    Hahaha, nam zawsze wychodzą genialne pomysły! <3
    Biorąc pod uwagę relacje z braciszkiem to ja się tej obsesji nie dziwię. xD Oj biedactwo - tylko go przytulić. :D
    Im bardziej zawile tym weselej. Większa patologia w rodzice się tworzy. xD Oj teraz to już nie tylko biedny Hakuś, ale i biedny Hagen. Obaj biedni! Obu przytulić trzeba! :D Znając Hagena jakby się zaczęło sypać to by głupio Hakowi opowiedział wszystko, wychodząc z pięknego założenia, że będzie szczery do samego końca, by bardziej wszystkiego nie zepsuć... i niechcący Haczka tylko gorzej załamie. Knujący coś Hakuś - bomba! To będzie piękne! Haha, ale patrz wreszcie chociaż będzie walczył o Lucy zamiast próbować się zabijać. Kij z tym czy będzie miał powody do walki, ważne że będzie. <3
    W sumie to obaj mieli pod górkę w życiu. Jak podglądam co z moim tatusiem kombinujesz to w sumie obu się oberwało od klątwy, obaj mają ciężkie relacje magiczno-rodzinne i problemy ze śmiercią z tym, że jeden chce się zabić, a drugi zginął i już ma dość, więc patrz idealnie by się mogli dogadać. xD
    Właśnie. Narażał się na kilkusetletni szlaban albo coś. xD Ale fakt, jak już sobie wytykać przeszłość to Hagen dłużny nie będzie.
    Nie no jest idealnie! :D
    A jak z początkiem kombinujemy? Od jakiś wspólnych planów i nagłego wyniknięcia akcji z Lucy? Czy może bezpośrednio od fochu Haka, który się dowiaduje o przyjaźni Hagena i Lucy i mu się tryb zazdrośnika włącza... Czy jeszcze od czegoś innego? :)]

    - Hagen

    OdpowiedzUsuń
  137. [Popieram <3
    I dobrze, bo jak tu z takim wyjść na spacer? Co most zobaczy to leci się rzucać... xD Hahaha, ale fakt zazdrosnego i walczącego Haka to ja muszę zobaczyć! <3
    Jakby byli w stanie się dogadać to w sumie mogliby w sobie znaleźć bratnie dusze. :)
    Jeszcze ewentualnie Hak się dowiaduje, że Hagen zna się z Lucy. Wpada o tym poważnie porozmawiać, a Hagen wnioskując po przesadnie poważnym i podejrzliwym tonie Haczka, że ten się dowiedział o przeszłości, nadgorliwie się zacznie tłumaczyć, że to już przeszłość... i wtedy dopiero się drama robi. xD Ale w sumie obie opcje mi pasują - albo normalna przyjacielska pogawędka i nagle wychodzi temat, albo Hak wpada z pretensjami to już jak wolisz...
    Za to sprawa... Hmm... A może coś poza Fabletown? Z kundelkiem chcemy wykorzystać portal w Woodlands by mieć część wątku w świecie baśni, to czemu by na tej samej zasadzie nie zrobić im akcji w Nibylandii? W pierwotnej wersji Fable to Piotruś Pan miał być Adwersarzem, a Haczek bohaterem. Czemu by tego nie wykorzystać? Może jakiś ważny interes w Nibylandii? Haczek chce zacząć nowe życie i postanowił dokończyć jakąś starą sprawę z Nibylandii. Hagen ma dojścia u tatusia, więc załatwiłby Hakowi możliwość użycia portalu. Ale ponieważ bałby się o kumpla to stwierdziłby, że pójdzie z nim. W końcu Nibylandia teraz jest mroczna, niebezpieczna i rządzona przez złego Piotrusia... Zdecydowanie lepiej by się było zapuszczać w takie miejsce z Hagenem. Plus w Nibylandii żyło trochę fantastycznych postaci - wróżki i tak dalej, a Hagen zna się na tego typu stworkach. No i w sumie zaufanie się przyda, bo z jednej strony by była wyprawa na tereny, które Hak zna i gdzie się mogą w nim stare złe cechy odezwać, z drugiej strony Hagenowi bliżej do magicznych stworzeń z Nibylandii niż do ludzi, więc kto wie co by mu mogło strzelić do głowy. Akurat przyda się zaufanie, plus byłaby możliwość małej zmiany scenerii w wątku i urozmaicenia akcji - tu Fabletown, tu Nibylandia, tu znowu Fabletown... Co myślisz? :)]

    - Hagen

    OdpowiedzUsuń
  138. [Wiedziałam, że Ci się akcja z Nibylandią spodoba. xD
    Mówię Ci jak ja żałuję, że praw autorskich nie dostali. Tak by było cudownie gdyby Hak był jednym z głównych bohaterów i na dodatek tym pozytywnym. Coś pięknego. :)
    W sumie można by to było nawet wykorzystać i podnieść Hakusiowi samoocenę.
    Można wpleść Davyego. A co! Jak szaleć to na całego. Davy mógłby się wkurzyć, że zamiast przyjść do niego, to braciszek załatwił sobie wyprawę na własną rękę. Doliczyć do tego fakt, że Davy jako rasowy angol uważa, że elfy (zwłaszcza angielskie sidhe) to wredne, dwulicowe dranie. Zebrałby trochę informacji i zrobiłby braciszkowi małą scenę przed wyprawą w stylu: "do mnie masz pretensje o tamtą sprawę, a naiwnie idziesz na wyprawę z tym dwulicowym takimowakim, który otwarcie kręci z twoją ukochaną i jakoś ci to nie przeszkadza". W sumie Haczek może na początku ignorować brata, bo wiadomo bratu wierzyć nie będzie. Ale w Nibylandii go to będzie męczyć... i mamy naszą dramę. xD Może też na początku zanim do całej kłótni by doszło zacząć patrzeć na Hagena podejrzliwie, bo tu z jakimś tubylcem z Nibylandii zacznie gadać w języku elfów, tu jakieś dziwne magiczne sztuczki odstawi... A potem to już drama po całości! :D I w ogóle wpleść akcje w stylu - tu coś niebezpiecznego, a oni zamiast współpracować to nie wiedzą czy sobie ufać. Albo wpadają w jakąś zasadzkę w Nibylandii, a tu Hagen zamiast być po stronie Haczka to nagle zmienia front. Potem by się mogło okazać, że front zmienił by ich z sytuacji wyplątać i razem uciekną, ale co serduszko Haczka zaboli, to zaboli. ;)
    No to co? Zaczynamy chyba...? :D]

    - Hagen

    OdpowiedzUsuń
  139. [Ach dziękuję! Ty tak na mnie działasz. <3
    No i mamy cud-mjut pomysł! :D Aż szkoda maltretować Haczka, ale z drugiej strony im biedniejszy - tym bardziej chce się go potem przytulić. Zobaczysz - kiedyś w wątku Ci odwalę i będzie tulas na pocieszenie. xD
    Wątek będzie piękny! <3
    Najchętniej to bym Ciebie do tego niecnie wykorzystała, bo po tej potwornie długiej przerwie totalnie zardzewiałam. Mogę się o to do Ciebie pouśmiechać? :)]

    - Hagen

    OdpowiedzUsuń
  140. [Hahaha, kiedyś Cię zaskoczę! Zobaczysz... xD
    To się uśmiecham pięknie! <3
    Super. I bez pośpiechu kochana. <3]

    - Hagen

    OdpowiedzUsuń
  141. [Nawet jeże zbieram z dróg i zanoszę do lasu, więc jak widać Radagast na 100%. :)
    Rozbudowałam i sama siebie przytłoczyłam długością... ;)
    Obstawiam, że to obłędna cudowność emanująca z wizerunku wywołuje ten efekt i wpędza w kompleksy. :D Zwłaszcza, że sama się boję czy potrafię nim napisać wątek... Co jeśli Oberon nie będzie odpowiednio do wizerunku zajebisty? ;)
    Zrobiłam mały risercz i dogrzebałam się do ciekawostki związanej z Piotrusiem Panem. W pierwotnej wersji w powieści w Nibylandii miała pojawić się Królowa Mab. Nawet podobno jest jedno opowiadanie Barriego z "wczesnych wersji Piotrusia" właśnie z jej postacią. Też to można jakoś wykorzystać do naszych powiązań. Może Hak spotkał kiedyś w Nibylandii żonę Oberona. Potem można by to było jakoś wykorzystać w Fabletown.
    Cieszę się, że pomysł ze skarbem Ci się spodobał. Właśnie jakoś tak mi to bardzo pasowało do Twojego smutnego i nieszczęśliwego pirata. :)
    Era szarości mniej więcej w proporcji 75% śnieżnej bieli i 25% smolistej czerni, więc bardziej dobry niż zły. I połączenie obu opcji też mi bardzo pasuje. :)
    To by mogło być ciekawe, tylko musiałabym mu jakiś motyw wymyślić. Żądanie rozstania raczej by nie było w jego stylu, bo on jednak jest po stronie wszelkich miłości. (No "Sen Nocy Letniej" w końcu i Oberon - swatka xD) Prędzej by się wtrącił by ich na siłę uszczęśliwić niż im związek rozbić. Dlatego ja się bardziej skłaniam - przy układzie coś za coś - właśnie ku jakiejś przysłudze (jak mówiłaś coś ze statkiem) albo niech Hak coś dla niego zrobi itp.
    Fakt trochę naciągane. I raczej to skarb by zareagował. Teoretycznie gdyby wpadli na siebie to Hak by się poczuł jak jakiś Frodo, którego coś gdzieś wzywa. W ogóle można też dodać motyw, że Hak nawet jakby wiedział co się dzieje mógłby nie być chętny do rozstania się z drobiazgiem. Może traktuje to jak sentymentalną pamiątkę, bo kojarzy mu się z poznaniem Lucy (i nawet nosi przy sobie niczym Elizabeth wisiorek Willa ;)), może też skarb go trochę omamił i nie chce się z nim rozstać tak po prostu. Dodałoby nam to trochę zawiłości?
    A co do pierwszego spotkania. Nie jestem dobra w wymyślaniu pierwszych spotkań. :(
    Nie wiem czy wpadłby ot tak do Trip Trapu, bo to mało królewskie miejsce. Z drugiej strony skoro Trip Trap to w teren trolli to w sumie czemu nie?
    Można spróbować coś przez Lucy. Może Oberon dowiadując się o co chodziło z Hakiem postanowi urządzić sobie z nim poważną rozmowę (czy to pofatyguje się sam czy zażyczy sobie by mu Haka dostarczyć na rozmowę ;)). Można też trochę przez przypadek. Oberon mógłby się pofatygować na chwilę do Lucy, bo miał po drodze... A tu spotyka Haka, który też zmierza do Lucy.
    No i można też wykorzystać jeszcze wspomnianą na początku ciekawostkę z Królową. Może Hak spotkał ją w Nibylandii, jakoś mu pomogła (z jakiego powodu - można sobie wymyślić). Potem mogła go ponownie spotkać w Fabletown, może sama się zainteresowała problemami Haka. Magię męża zna, więc poznałaby co z Hakiem nie tak. Mogła go zaprosić do siebie, może nawet z myślą: "poznasz kogoś kto może ci pomóc". Przy okazji będzie kolejny pretekst do niechęci Oberona, bo on jest z zasady zazdrosny o każdego. A jeszcze jakby się małżonka za Hakiem wstawiła to już w ogóle tylko sympatia do Lucy by Haka uratowała. ;)
    Nie wiem czy coś pomogłam...?]

    Oberon

    OdpowiedzUsuń
  142. [ Jedna z lepszych postaci OUAT :') A wykreowana przez Ciebie postać jest wspaniała.
    Co do wspólnego wątku, to piraci znani są z trzymania przy sobie złotych monet, co przyciąga uwagę naszych lepkich rączek. Może kociak zostałby złapany na gorącym uczynku? Jak zachowałby się kapitan? Co wydarzy się później? West z pewnością nie wszedł by na okręt z powodu strachu przed wodą, ale kto wie :D
    My od zawsze mamy sentyment do kowbojów i Dzikiego Zachodu.
    Bardzo dziękujemy za miłe powitanie, a także za wcześniejszą pomoc na chacie <3 ]

    el kicia diablo

    OdpowiedzUsuń
  143. [Dziękuję i też witam ponownie :) Ciebie akurat pamiętam, bo nawet miałyśmy krótki wątek razem. Dwa wilki morskie w końcu. Widzę, że Hak się doczekał naprawdę fantastycznej historii, jestem pod wrażeniem. Awww... <3 Fanka Doctora Who, jak bosko! W takim razie mam dla Ciebie akurat trochę zwariowany pomysł, który za mną od dawna chodził - podróże w czasie w stylu Doctora Who, więc będzie dużo biegania. :D Zwłaszcza, że historyczny Saint Germain mi się szalenie z Doctorem kojarzy. ;)
    Oto pomysł:
    Cała historia zaczęłaby się dawno temu w czasach gdy Hak służył na "Cesarzowej" lub "Morskiej Suce". To już wedle uznania na którym statku. Zresztą Saint Germain mógłby nawet brać udział w całym zajściu w czasie którego Haka zmuszono do zostania piratem. Ale to nie ważne w sumie, ważne jest natomiast, że okazałoby się, że Saint Germain (którego Huck spotyka pierwszy raz w życiu) najwyraźniej zna go bardzo dobrze, bo w rozmowie sypie szczegółami z życia Hucka, którymi ten się z załogą nie dzielił. Oczywiście Saint Germain znałby Haka z przyszłości i stąd ta cała wiedza. Następnie oczywiście dałoby się im jakąś szaloną przygodę, a później Saint Germain by zniknął, na odchodne rzucając Hakowi jakąś dobrą radę dotyczącą przyszłości - czy to poradę czy ostrzeżenie, którego w tamtej chwili Hak by nie zrozumiał. No i teraz właściwa akcja wątku. Fabletown, czasy obecne... nie wiadomo skąd pojawia się Saint Germain i w ramach powitania każe Hakowi przykładowo uciekać, bo akurat dzieje się coś dziwnego. Zszokowany Huck rzecz jasna poznaje od razu nieznajomego ze swojej przeszłości, ale... Saint Germain nie poznaje Haka, bo jeszcze nie cofnął się w czasie i nie spotkał Haka (w swojej linii czasowej), więc teraz dla odmiany to Hak zna Saint Garmaina i szczegóły o nim, a Saint Germain wydaje się sprawą zafascynowany, bo jest szalenie ciekawy dlaczego cofnie się w czasy Haka. A cały nasz wątek skupiałby się właśnie na przygodzie, która ostatecznie doprowadzi do podróży w czasie, w trakcie której się poznają (i będzie taka mała pętla xD). Co Ty na to? :D]

    Saint Germain

    OdpowiedzUsuń
  144. [Fajnie, że Ci się podoba. :) Faktycznie biedny ten Twój Hak, skoro tak lubisz mu życie komplikować.
    Tak, chyba że w trakcie wpadnie nam jeszcze coś lepszego. Ale myślę, że tak jest najlepiej i najbardziej pasuje. :) O proszę, dobrze wiedzieć. :D Wizja faktycznie epik i aż jestem ciekawa jak nam to wyjdzie. ;)
    Połączenie pomysłów mi się bardzo podoba. :) Też mi się bardzo podoba pomysł z Hakiem czekającym pod drzwiami. Będzie bardzo fajnie.
    Ja też. A jeszcze tu z całą waszą ekipą akurat trafiły mi się najfajniejsze burze mózgów z najlepszymi pomysłami, więc jestem zachwycona.
    No to chyba wszystko jest i można zaczynać? Jeszcze coś ustalamy, czy reszta wyjdzie w wątku? I kto zaczyna - chcesz Ty, czy wolisz żebym ja zaczęła?]

    Oberon

    OdpowiedzUsuń
  145. [Tym bardziej się cieszę, że do was dołączyłam. ;)
    Nie ma problemu. Generalnie jedyne czego nie ja lubię w zaczynaniu to, tego że nie wiem jakie wątki ludzie lubią i nigdy nie wiem czy się rozpisywać czy nie. No i jeszcze to pierwsze wrażenie mnie tremuje, zwłaszcza przy takich ciekawych wątkach. Dlatego w sumie przepraszam jak będzie chaotycznie, bo starałam się raczej streszczać. Mam nadzieję, że jest ok. :)]

    Samochód zatrzymał się pod jednym z niewielkich budynków w nieco mniej ciekawej części dzielnicy. Widok drogiego auta, prowadzonego przez eleganckiego szofera, na stosunkowo niezamożnej ulicy wydawał się dość niecodzienny. Równie niezwykły okazał się jegomość, który wysiadł z samochodu i udał się wprost do wejścia do jednej z kamieniczek. Oberon zawsze wyróżniał się na tle mieszkańców Fabletown, choćby przez swój upór, z jakim nie zamierzał w najmniejszym stopniu dostosowywać się do otaczającego go świata. Podczas, gdy Baśniowcy robili wszystko, byle tylko jak najmniej wyróżniać się spośród Doczesnych, król elfów zdawał się całkowicie ignorować fakt iż powinien w choć minimalnym stopniu zmienić swoje nawyki. Zamiast tego wciąż ubierał się i zachowywał w sposób, jakby nigdy tak naprawdę nie opuścił świata baśni. Ubrany w bogato zdobione, królewskie szaty wyróżniał się na ulicach Fabletown. Zwłaszcza zaś w miejscu takim jak to. Kilkoro ciekawskich mieszkańców kamieniczek przyglądało mu się z zainteresowaniem, przynajmniej do chwili, gdy nie wszedł do budynku.
    Oberon zerknął jeszcze dla pewności na listę lokatorów, odszukując na niej nazwisko „Jones” i numer lokalu. Nie był zadowolony z wizyty tutaj. Zapewne gdyby nie fakt, że wracał właśnie z Farmy i nie śpieszył się zbytnio do domu, nie zdecydowałby się odwiedzić tego miejsca. Co prawda od dawna planował spotkanie z panem Jonesem, ale to przecież zawsze mogło jeszcze trochę poczekać. Oberon nie lubił opuszczać swojego małego azylu w Woodlands i zazwyczaj unikał załatwiania czegokolwiek osobiście. Chyba że potrzebował chwili z dala od swojej małżonki, tak jak i dzisiaj... Od paru dni między nim, a jego królową panowało pewne napięcie. Oberon sam już nie był pewien o co chodziło tym razem. O zazdrość, izolowanie się, zbytnie wtrącanie w życie dzieci? A może o wszystko po trochu? W każdym razie w tej chwili wolał już rozmowę z piratem Lorelei, niż znoszenie krępującej ciszy ze strony małżonki. Znalazłszy odpowiednie mieszkanie – zapukał. Odczekał dłuższą chwilę nim zapukał ponownie. Miał nadzieję, że nie przyjeżdżał w to ponure miejsce na próżno.
    Nikt nie otworzył. Podirytowany Oberon opuścił budynek i wsiadł do samochodu, nakazując szoferowi wracać do Woodlands. Z niezadowoleniem stwierdził, że następnym razem od razu wyśle wiadomość, zamiast przyjeżdżać osobiście. Zresztą ta sprawa i tak mogła poczekać. Nie chodziło w końcu o nic pilnego. Owszem odkąd dowiedział się o ukochanym Lorelei planował poważną i raczej niezbyt przyjemną rozmowę z piratem. Na szczęście jednak brak pośpiechu okazał się słuszny. Ostatnimi czasy niechęć Oberona do ukochanego Lorelei znacząco zmalała, najpewniej dlatego, że jego nimfa wreszcie wydawała się być szczęśliwa. A to w gruncie rzeczy było najważniejsze. Jednak nawet w tym wypadku rozmowa z Jonesem wydawała się być jak najbardziej na miejscu, choćby po to by wyjaśnić kilka spraw, również tych związanych z ewentualną przyszłością.
    W zamyśleniu dotarł do Woodlands. Bez zbytniego pośpiechu udał się na czwarte piętro, do swojego małego azylu w tym szarym i betonowym świecie. Na korytarzu dostrzegł jakiegoś człowieka, czekającego pod drzwiami jednego z magicznych apartamentów. Oberon już dawno wykupił większość magicznych przestrzeni na piętrze, więc prawdopodobieństwo, że człowiek przyszedł tu do kogoś innego było znikome. Nie mógł to być również nikt z jego poddanych, oni nigdy nie zjawiali się pod drzwiami do jego domu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Król Elfów przyjrzał się uważnie niespodziewanemu gościowi. Strój i hak zamiast dłoni od razu zdradziły mu tożsamość przybysza. Mimo woli Oberon czuł się nieco zirytowany faktem, że niepotrzebnie gdziekolwiek jechał, skoro pirat sam postanowił przyjść. Pewnie przysłała go Lorelei... Szkoda jedynie, że nic nie powiedziała o swoim zamiarze.
      – Mógł pan poinformować o swojej wizycie panie Jones. – odezwał się do pirata pomijając całkowicie jakiekolwiek powitanie – Lorelei niestety zapomniała mi wspomnieć, że czeka mnie pańska wizyta. – dodał chłodno, dając mu do zrozumienia, że nie jest zachwycony niespodziewanym spotkaniem.
      Przyjrzał się uważnie Jonesowi. Z pewnym rozczarowaniem stwierdził, że jego gościowi raczej daleko do tego, ponoć słynnego, pirackiego kapitana o jakim słyszał opowieści. Człowiek, na którego patrzył przypominał mu raczej zwykłego, zmęczonego życiem śmiertelnika. W pewien sposób wyniszczonego. Było w tym coś dziwnie znajomego. Po chwili namysłu, Oberon doszedł do wniosku, że kapitan Jones przypomina mu Nibelungów w ich ostatnich latach. Wyniszczonych od wewnątrz, jakby zatrutych przez niewidzialną i bardzo powoli zabijającą truciznę. W spojrzeniu tego człowieka dało się dostrzec coś jeszcze. Król elfów z niepokojem uświadomił sobie kiedy i u kogo po raz ostatni widział takie spojrzenie...

      Oberon

      Usuń
  146. [Haha, skąd ja to znam. ;) Dobrze jest, też lubię się pod tym względem czasem porozpisywać, więc akurat się idealnie składa. W takim razie już nie przepraszamy, bo jest fajnie. Podoba mi się. :)]

    Przez krótką chwilę nawet zrobiło mu się szkoda tego człowieka. Oberon wiele razy obiecywał sobie, że będzie choć trochę bardziej wyrozumiały w stosunku do ludzi, chociaż dość ciężko przychodziło mu samo pamiętanie o tych obietnicach, a co dopiero stosowanie się do nich. Teraz chciał się przynajmniej postarać, choćby tylko dla Lorelei. Miał już coś powiedzieć, jakoś dać piratowi do zrozumienia, że nie musi się go obawiać. Wtedy jednak dalsze tłumaczenie Jonesa całkowicie go zaskoczyło.
    – Królowa Mab? – powtórzył z pewnym niedowierzaniem
    Miał wrażenie, że się przesłyszał. Królowa Mab przysłała go tu bez uprzedzenia. Na dodatek ten człowiek nazywał ją swoją „dobrą znajomą”. To musiał być jakiś żart...
    Ponownie zmierzył swego gościa wzrokiem, dopiero teraz zauważając złoty wisiorek, pochodzący rzecz jasna ze skarbu Nibelungów. W ułamku sekundy wszystko ułożyło się w logiczną całość. Wiedział już dlaczego coś w piracie wydawało mu się dziwnie znajome. W końcu miał przed sobą dzieło swojej własnej magii, jednej ze swoich najstarszych klątw. Pozostawało tylko pytanie kiedy i jak ta złota błyskotka trafiła w ręce pirata. W tej chwili nie było to jednak istotne.
    Oberona o wiele bardziej nurtowało co w tym wszystkim robiła jego żona. Zrozumiałby, gdyby pirata przysłała tu Lorelei, albo gdyby przyszedł tu sam dowiedziawszy się od niej o skarbie. Tymczasem rola Titanii nie dawała mu spokoju. Oberon nie miał pojęcia dlaczego jego żona, przysłała do niego tego człowieka, na dodatek bez jakichkolwiek wyjaśnień. Skoro pirat nazywał ją swoją dobrą znajomą, to od jak dawna i jak dobrze się znali? Każde z tych pytań nie dawało mu spokoju. Jeśli jego małżonka liczyła na jakąkolwiek pomoc dla tego człowieka, załatwiając sprawę w ten sposób to zdecydowanie się przeliczyła. Nawet skarb i klątwa nie były w tej chwili tak ważne, jak to, że dowiaduje się o znajomościach żony w ten sposób. Cóż, skoro zdecydowała się postawić sprawę w ten sposób, nie będzie jej dłużny.
    Posłał piratowi wymuszony uśmiech, po czym odezwał się chłodno.
    – Zatem twoja dobra znajoma, Królowa Mab. Moja małżonka. – wyraźnie zaakcentował ostatnie słowa – Postanowiła cię tu przysłać, żebym ci pomógł. A czy raczyła chociaż powiedzieć dlaczego niby miałbym to zrobić? Podała jakikolwiek rozsądny powód, dla którego miałbym pomagać złodziejowi? – spytał z chłodnym spokojem, spoglądając znacząco na trzymany przez pirata złoty wisiorek.
    – Jeśli jest twoją dobrą znajomą – kontynuował – to zapewne powiedziała ci dlaczego miałbyś potrzebować mojej pomocy. Powinieneś więc wiedzieć, że sam zapracowałeś na swój los i jakiekolwiek prośby o pomoc są nie ma miejscu. Jeśli królowa tak troszczy się o twój los, niech poprosi mnie osobiście. W końcu doskonale wie, gdzie może mnie znaleźć.
    Nie miał już nic więcej do powiedzenia. A przynajmniej nie temu człowiekowi. W tej chwili całkowicie zajmowały go myśli o żonie i tym dlaczego nie powiedziała mu o wszystkim sama. Przecież by jej nie odmówił. W końcu była najważniejszą osobą w całym jego życiu. No może zaraz po córce. Wystarczyłoby jedno jej słowo, by nagiął swoje własne zasady. Dla niej... Kochał ją całym sercem, całą swą duszą, często nawet odrzucając cały swój rozsądek. A tymczasem ona? Zatajała przed nim tak istotne sprawy i nie była w stanie zdobyć się nawet na osobistą prośbę. Myśl, że mogła to zrobić dlatego, że przez ostatnie dni praktycznie ze sobą nie rozmawiali, nie wydawała się Oberonowi przekonywująca. Po kilkuset latach małżeństwa nie powinno się być aż tak małostkowym...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wyminął pirata kierując się do drzwi. Ruchem ręki pośpiesznie zdjął magiczną barierę, chroniącą wejście do jego apartamentu. Starał się zachować spokój, ale był wściekły. Zarówno na żonę, jak i na tego bezczelnego złodzieja. Niech cierpi i powoli umiera, w końcu dotknęło go to wszystko na jego własne życzenie. Ludzie zawsze byli bezmyślni i chciwi, zupełnie jak Nibelungowie. I podobnie jak oni, powinni odpowiednio zapłacić za swoją chciwość.
      Już miał zniknąć w swoim apartamencie, zostawiając pirata na łaskę losu, gdy w ostatniej chwili pomyślał o Lorelei. Gdyby to ona przysłała tu tego pirata, pewnie nie odmówiłby mu pomocy, pod warunkiem, że oddałby to co ukradł. Ta myśl sprawiła, że na chwilę się zawahał. Zwykle nie był skłonny ulegać emocjom. Zawsze kierował się rozsądkiem, a rozsądek podpowiadał mu, że powinien chociaż spróbować okazać litość i zrobić to co słuszne, nawet jeśli serce podpowiadało mu zupełnie inaczej.
      Odetchnął głęboko, zmuszając się do opanowania gniewu. Odwrócił się by jeszcze raz spojrzeć na pirata...
      – Jeśli naprawdę chcesz pomocy, to oddaj to, co należy do mnie, wtedy możemy porozmawiać – dodał po chwili.
      Wątpił by człowiek był w stanie rozstać się z błyskotką. W końcu sam nie był do końca przekonany czy potrzebuje pomocy. Był taki sam jak wszyscy inni ludzie – słaby i całkowicie ślepy. Oberon zdecydował, że jeśli pirat jakimś cudem będzie miał tyle siły, by zrobić to co trzeba, wtedy również on postąpi słusznie. W innym wypadku... cóż nie mógł sobie nic zarzucić, w końcu okazał się na tyle litościwy by mimo wszystko dać temu śmiertelnikowi szansę.

      Oberon

      Usuń
  147. [W ogóle dwa wilki morskie w Trip Trap to było coś. Nawet się przez chwilę zastanawiałam czy nie reaktywować Holendra, ale zbyt się napaliłam na Saint Germaina. :D
    Naprawdę jest świetna.
    Mam w takim razie dziki zaciesz! :D
    A tak na marginesie... Twój ulubiony Doktor? Bo u mnie zdecydowanie Ósmy i Dwunasty, a potem mam dylemat między Piątym, Dziewiątym i Dziesiątym. ^^
    Biorąc pod uwagę, że historyczny Saint Germain się umiał równie dobrze dogadać z arystokracją, co ze zbójami, to i przy piratach by się odnalazł. :) O bardzo fajny pomysł! O tak tak... Na przykład coś w stylu by nie szukał tego skarbu, albo że jeśli będzie kiedyś nad Renem, niech nic stamtąd nie zabiera, bo to się źle skończy. Dokładnie! Plus Hak mógłby teraz zacząć kojarzyć, że to co mu opowiadał kiedyś Saint Germain to rzeczy, które się dopiero wydarzą. I wtedy by co i rusz były jakieś spoilery... :D
    O, to jest świetny pomysł! I nawet mam myśl o kogo może chodzić. Co Ty na to by dać w tej roli Sinobrodego? Z tego co pamiętam w książce było chyba wspomniane, że Hak kiedyś przyjaźnił się z Sinobrodym, a potem byli wrogami i Sinobrody obawiał się Haka. W komiksach Fable Sinobrody to naczelny upierdliwiec i kawał cholery. Możemy dać go w roli wroga. I teraz akcja by szła mniej więcej tak:
    Saint Germain mieszka w Fabletown, dobrze mu się powodzi i działa na nerwy Sinobrodemu, który sobie planuje jakąś zemstę. Hakiem się nie przejmuje, bo Hakowi raczej się za dobrze nie układa, więc Sinobrody triumfuje. W ramach zemsty może chcieć się jakoś pozbyć Saint Germaina, może nasłać jakiś zbirów czy co tam jeszcze. I w środku nieprzyjemnej sytuacji Saint Germain wpada na Haka. Następuje wspólna ucieczka i pierwsze zdziwienie, że jeden drugiego zna, a drugi pierwszego nie. No i potem stopniowo wychodzi sprawa z przeszłości. Hak miał dobre układy z Sinobrodym, ale kiedy zaczął robić piracką karierę Sinobrody mógł go uznać za zagrożenie i postanowił zamordować. Saint Germain znający przyszłość pokrzyżował te plany, pomógł Hakowi trochę oszukać przeznaczenie i tak dalej. W międzyczasie mógł nawet próbować zmienić przyszłość (czyli czasy obecne wątku) przez co Hak dowiedział się szczegółów co się wydarzy w naszym wątku. Czyli np. co zrobi w przyszłości Sinobrody. Może Hak i Saint Germain próbowaliby ujawnić morderstwa Sinobrodego albo (jeśli kojarzysz bajkę o Sinobrodym) to oni uratowaliby ostatnią z żon Sinobrodego. I teraz co do spoilerów czyli akcji w naszym wątku. Sinobrody może chcieć upiec dwie pieczenie na jednym ogniu - zemścić się i np, zdobyć kamień filozoficzny i panaceum (albo oba). Może nawet udało mu się zdobyć jedno z dwóch, Saint Germain cofa się w czasie, ale zamiast zapobiec przyszłości to ją w sumie wywołuje... i teraz rola Haka, który wie co się wydarzy i z kolei on postanowi zmienić przyszłość by Sinobrodemu się nie udało. Co Ty na to?
    Mam nadzieję, że nie jest za bardzo timey-wimey? xD]

    Saint Germain

    OdpowiedzUsuń
  148. [No i super. :)
    Tak w trakcie odpisu przyszedł mi do głowy pomysł. Może Huck nie znalazł wisiorka przypadkowo? Może ktoś (któraś z pozostałych nimf?) celowo go tam podłożył? To by mogło w przyszłości trochę namieszać i być impulsem do współpracy. Jak uważasz?
    Swoją drogą mam nadzieję, że nie przekombinowałam z tą „wizją” i jest w miarę ogarnięte. Zgapiałam trochę z ekranizacji Nibelungów, gdzie była podobna akcja. Tylko chyba wyszło mi bez ładu i składu... ;p A w kwestii przepowiedni chodziło mi o to, że w legendach celtyckich (irlandzkich) prócz banshee były jeszcze inne sidhe, które wieszczyły śmierć. I było tam coś takiego, że nie mogły tego powiedzieć głośniej niż szeptem. Namotałam strasznie, wybacz. ;p]

    Uśmiechnął się mimo woli słysząc cichą odpowiedź pirata. Było w tym coś uroczo naiwnego i szczerego w swej prostocie. Może w innych okolicznościach te słowa by mu wystarczyły? A może była to po prostu jedna z wielu sztuczek królowej? Ona zawsze wiedziała co powiedzieć, jak zagrać na emocjach, by zyskać to czego chciała. Czemu więc tym razem miałoby być inaczej?
    Na szczęście ślepy upór Jonesa, jednoznacznie rozwiał wszelkie wątpliwości Oberona. Czego innego mógłby się spodziewać? Widział już tyle razy podobne zaślepienie, że zdziwiłby się raczej gdyby tym razem miało być inaczej. Niemniej jedno nie zgadzało się w wyjaśnieniach pirata. Jakim cudem mógł znaleźć swój jakże cenny wisiorek na brzegu? Skarb spoczywał poza ludzkim zasięgiem, zbyt dobrze ukryty, zbyt pilnie strzeżony, by cokolwiek, nawet jedna złota moneta, mogła wpaść przez przypadek w niepowołane ręce. Kłamał. Dziwne tylko, że wybrał aż tak naiwne kłamstwo.
    – Nie ważne czy zabrałbyś cały skarb, wisiorek czy jedną monetę – odezwał się w końcu nie mogąc już słuchać słów pirata – Skutki zawsze byłyby identyczne. Różnicę poczułbyś dopiero, gdybyś sięgnął po serce skarbu. Ale skoro jesteś tak dumny z bycia „tym złym” to na pewno bez trudu poznasz prawdziwe zło. Chcesz wyjaśnień? Pokażę ci je...
    Podszedł do pirata, po czym położył swoją dłoń, na której nosił przeklęty, złoty pierścień, na dłoni pirata, w której ten wciąż ściskał kurczowo swój jakże cenny wisiorek.
    – Pokażę ci przeszłość, pozwolę ci poczuć czym jest zło. – powiedział skupiając się na tym by Huck mógł ujrzeć wspomnienia związane z pierścieniem. Wiele przedmiotów, zwłaszcza tych wyjątkowych, było jak gąbki chłonące echa minionych wydarzeń czy uczuć...
    Przed oczyma Oberona zaczęły pojawiać się mgliste cienie przeszłych wydarzeń, na razie chaotyczne i pomieszane, pełne cierpień, bólu i krwi. Krótką chwilę zajęło mu opanowanie tych wspomnień, tak by były zrozumiałe dla człowieka, by Jones mógł również je widzieć i czuć.
    Od najdawniejszych, związanych z powolną zagładą Nibelungów zaślepionych skarbem i ślepą miłością do zabijającego ich złota. Przez dzieje mądrego i szlachetnego czarownika, który zamordował całą swoją rodzinę i stał się smokiem, byle tylko zdobyć złoto dla siebie. Aż do czasów, gdy pierścień i reszta skarbu trafiła w ręce ludzi, doprowadzając tym samym do wielu lat mordów, zdrad, cierpienia i rodzinnych dramatów. Wszystkie historie były do siebie podobne, niezależnie czy opowiadały o szlachetnych bohaterach, czy o złoczyńcach. Każda z nich zmieniała się w koszmar, zakończony śmiercią. Kiedy w końcu wśród wspomnień pojawiła się postać Hagena, Oberon z całych sił zmusił się do tego by zachować swój niewzruszony spokój i nie dać piratowi poznać, że cokolwiek w tej historii dotyka go osobiście. Żadnych uczuć, żadnych emocji, ponad te, związane z klątwą... Jednak nawet pomimo usilnych starań wspomnienie śmierci Hagena zabolało króla elfów, zupełnie jakby to jemu ktoś wyrwał serce. W tej chwili pragnął samemu uciec od tej wizji, ale wiedział, że nie może się teraz wycofać. Nie zamierzał okazywać słabości, zwłaszcza przy człowieku. Był zdecydowany pokazać piratowi wszystko od początku do końca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – To co widzisz, to ledwie mały fragment historii. Nawet gdybyś chciał, nie pojąłbyś mocy, która kryje się za tym wszystkim. Uczucia czy intencje nie mają tu nic do rzeczy. Prędzej czy później i tak stracisz wszystko. Każde dobre wspomnienie zmieni się w koszmar, miłość w nienawiść, każda twoja decyzja i tak doprowadzi cię do upadku. Tak jak w wypadku tych, których widziałeś... – odezwał się w końcu. W jego głosie nie było już pogardy, ani wyniosłości. W tej chwili starał się raczej walczyć o swój własny chłodny spokój.
      Wizja powoli się zmieniła. Tym razem ukazywała fragmenty z przeszłości Jonesa, wszystkie małe tragedie, które rozegrały się od chwili, gdy wszedł w posiadanie swego złotego wisiorka. Zdrada ukochanej, utrata ręki, lata uwięzienia w Nibylandii. Wszystko to, jak w wypadku poprzednich wspomnień było tak żywe i realne, jakby rozgrywało się właśnie teraz.
      – To co widzisz wydarzyłoby się niezależnie od twoich decyzji. Mógłbyś uciec na koniec świata, a i tak nie uniknąłbyś swego losu. Ona i tak by cię zdradziła, a on by cię zranił i wysłał do twojego piekła. – dodał, pozwalając wreszcie wizji całkowicie zniknąć.
      – Chcesz znać przyszłość? – spytał patrząc piratowi prosto w oczy – Cieszysz się z tego, że znów zaczynasz sobie układać życie, ale to nie potrwa długo. Znów stracisz wszystko. Ukochaną, brata, nawet swoje dobre wspomnienia, które ostatecznie również znienawidzisz. A kiedy już nic ci nie zostanie, będziesz po prostu czekał na śmierć w nadziei, że nadejdzie szybko. Zostaniesz sam. Stary. Skończony... – ostatnie słowa wypowiedział cicho, niemalże szeptem, niczym straszną przep