środa, 31 grudnia 2014

And no one dared disturb the sound of silence


Schody są kręte i strome, jak wnętrze ślimaczej muszli. Im wyżej się wspina tym przejście jest węższe, ciaśniejsze, trzeba się przeciskać, ocierać o zawilgocone, zimne ściany. Stopnie były lśniące jak rybie łuski i gładkie, od setek ludzkich stóp, przemierzających te stopnie od wieków. Gdzieś w oddali słychać miarowy dźwięk kapiącej wody. Nie widać już pleców osoby idącej przed tobą. Wtedy pojawia się zwątpienie, czy powinieneś iść dalej. Nikt nie schodzi. Nikt nie mówi. Nie szepcze. Nie płacze ani nie jęczy. W połowie drogi następuje cisza. Oni już wiedzą, że nie mają wyjścia, że muszą tam dojść. Ja też. Dalej, noga za nogą. Ciało wpada już w rytm. 

I oto jest. W końcu dostrzegasz człowieka, który cały czas przed tobą szedł. Teraz wiesz, że to już koniec wędrówki. Na szczycie schodów jest rozwidlenie. W korytarz z lewej, trzeba się wczołgać na kolanach, pełni pokory. Ten z prawej jest duży, szeroki ale czarny jak smoła. Zionie z niego chłód i wilgoć. Człowiek przed tobą, nie rozgląda się. Pochyla głowę, przyjmując swój wyrok i czołga się w lewy tunel. Teraz moja kolej...

Przy rozwidleniu stoi mężczyzna. Odziany jest na czarno, jak katolicki kapłan. U jego stóp siedzi dziecko. Dziwne, blade, martwe dziecko, trzymające na kolanach kudłatą piłkę. Patrzy na ciebie i chichocze. Czujesz, że ten wzrok i śmiech, będą cie długo prześladować. Nagle piłka odwraca się i też się przygląda. I już wiesz, że to nie jest piłka. Zatrzymujesz się przed mężczyzną. Czujesz powoli wędrujące po twojej nodze, drobne dziecięce dłonie. Gdzieś na łydce, dotyk nosa owej piłki. Tak bardzo chcesz zawrócić...

Każe podać nazwisko i imię. Podaje. On sprawdza, ja czekam, dziecko dalej bada moją nogę. 
- Nie ma cie na liście. - mruczy mężczyzna, przeglądając kilka stronic ciężkiej, oprawionej w skórę księgi, która w jego ramionach wydaje się nie ważyć nic. Wskazuje prawy korytarz. Ten czarny, zimny. Trzeba iść. Jeszcze nie ten czas.
Otwieram oczy. Przez chwilę nie wiem gdzie jestem. Świat składa się z plam i kształtów. Siadam i rozglądam się. Pusty, zimny pokój z powybijanymi oknami, zabitymi deskami. Na podłodze kilka brudnych, podartych materaców i koców. Znam to wszystkich. To moja rodzina od kilku lat. Oni mnie nie porzucą. 
W trasie bywa ciężko. Ale ja mam swojego opiekunka. Przyglądam się ciału, leżącemu obok. Dopiero kiedy przyjrzałem się jego sylwetce, rysą twarzy, włosom, uświadamiam sobie, że to on szedł przede mną po tych schodach. Że on był na liście i poszedł w lewo. Ciało jest już zimne. To już tylko ciało, nie osoba. 
Wtedy nadchodzi ta obrzydliwa bezradna wściekłość i żal. Nie wiem co jeszcze muszę zrobić by w końcu znaleźć się na tej liście. Nie pierwszy raz wdrapuje się na te schody, ale ON ciągle nie znajduje mnie na liście i odsyła znów do życia, do wstrętnego, cieknącego ciała, pełnego wad i ułomności. Jestem niekompletny. Brakuje mi Cienia.

Pora ruszać...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Szablon wykonała Night Tear. Źródło: WallPaper. Obsługiwane przez usługę Blogger.