środa, 13 czerwca 2012

Interview with the Witch

Notka inspirowana historią Morgany z serialu Przygody Merlina.

Usiadła przy stoliku, naprzeciwko mężczyzny z wyłożonym przed sobą notesikiem i dyktafonem. Reporter, który chciał tak bardzo napisać coś o swojej rozmówczyni. Długie, ciemne włosy swobodnie opadały na ramiona, a przenikliwe spojrzenie zielonych oczu kobiety spoczywało na owym notesiku.
– A zatem… – reporter podjął. – Pani imię?
– Morgana Le Fay. Bądź Morgana Pendragon, jak wolisz. – powiedziała swobodnie, bacznie obserwując reakcję mężczyzny. Starał się ukrywać zdziwienie, ale nie wychodziło.
– To legenda. Morgana nie istnieje. – zapierał się, mówiąc głośno co myślał. Ku uciesze samej Morgany, która z pasją i rozbawieniem patrzyła na miotanie się dziennikarza.
– Przyjmijmy, że to prawda. Skąd się tu wzięłaś?
– Nie interesuje Cię prawda, o tym, kim byłam? – odpowiedziała pytaniem. Mogła przysiąc, że doprowadziła do zakłopotania swojego przedmówcę.
– Wszyscy ją znają. Zła wiedźma, która przyniosła zgubę królowi Arthurowi. – sam reporter zdziwił się, z jaką łatwością to wypowiedział. Przecież chwilę temu zanegował jej istnienie.
– Ale mało kto wie, dlaczego. Jedni twierdzą, że z zemsty, inni, że z pazerności. Walczyłam o swoje, ojciec się mnie wyrzekł. – powiedziała z goryczą, którą odczuwała do dnia dzisiejszego.
– Ale Twoja matka, Igraine…
– To była matka Arthura. Zmarła przy jego porodzie, przez magię. Uther poprosił Nimue, ówczesną Najwyższą Kapłankę, by zesłała mu następcę tronu. Ja byłam córką Vivianne.
– Legendy…
– Ile spotkasz ludzi, tyle wersji mojej historii usłyszysz. Wolisz wierzyć im, czy przyjść po wiedzę do źródła? – odczekała chwilę, a gdy mężczyzna wykonał gest zachęcając tym samym wiedźmę do dalszej opowieści, kontynuowała. – Urodziłam się parę lat przed Arthurem. Uther był moim ojcem, Vivianne matką. Aby uniknąć skandalu, oddano mnie na wychowanie do Gorloisa. Spędziłam tam dziesięć lat, po czym po jego śmierci opiekę nade mną przejął Uther. Arthur był wtedy młodszy, Igraine nie poznałam. – zrobiła krótką pauzę, lecz nie po to, by słuchać pytań czy komentarzy. – Mała dziewczynka, która straciła ojca. A przynajmniej wtedy tak myślała. Gorlois był dla mnie jak ojciec, Uthera traktowałam jak króla… i wroga. Spędziłam wiele lat nie wiedząc, kim jestem.
– Byłaś… jesteś wiedźmą.
Skarciła go wzrokiem za to wtrącenie, lecz zaraz jak gdyby nigdy nic ciągnęła dalej.
– Nie byłam nią od zawsze. Początkowo miałam sny, koszmary, w których widziałam przyszłość. Gaius, nadworny medyk leczył mnie z nich, bez skutku. Uther tak nienawidził magii… całe szczęście udało mi się zachować to w tajemnicy. Odkryłam w sobie moc będąc prawie dorosłą, prawie spaliłam całą komnatę. Niechcący, rzecz jasna. – napiła się wody ze szklanki i ciągnęła dalej. – Pomogli mi druidzi. Zrozumiałam, że magia nie jest wcale zła. Potem poznałam Morgause, która pokazała mi prawdziwe oblicze Uthera. Zapragnęłam jego śmierci, tak samo kiedy skazał na śmierć ojca Guiniverre.
– Nie była szlachetnie urodzona?
– Była córką kowala. – zaznaczyła. – Dostała koronę, która należała się mnie. O tym, że jestem córką króla dowiedziałam się przypadkiem. Leżałam nieprzytomna na łóżku, Uther zwierzał się Gaiusowi ze swojego sekretu. Wtedy zrozumiałam, że się mnie wyparł.
– A Morgause? – reporter wtrącił.
– Moja siostra zabrała mnie na rok na Wyspę Błogosławionych, zwaną Avalonem. Tam nauczyła mnie zaklęć i pozwoliła rozwinąć mi swoje zdolności. Razem spiskowałyśmy przeciwko królowi. Camelot powinien dostać się mnie.
– Naturalnie… – rzucił ot tak, wsłuchując się w dalszą opowieść.
– W sumie zdobywałam tron trzy razy. Pierwszy raz z pomocą Morgause, drugi raz z pomocą Sasów i Agravaine'a. Sasi strasznie nie lubili Arthura. A trzeci raz przez sztuczkę. Dobrze potrafiłam zmanipulować moją dawną służkę. – uśmiechnęła się na samą myśl. – Niestety nie powiodło się to nigdy, ale pomagała mi Aithusa. Smok.
– Smoki istniały? – zapytał mężczyzna, na co skinęła głową.
– Nie tylko, ale nie o tym mowa. – zaznaczyła. – Gdyby nie Merlin, możesz nazywać go Emrysem, wszystko poszłoby dobrze. Czarownik udający głupca, sługa mojego brata. Władał magią. Zaskoczył mnie tym, zresztą i prawie zabił. Excaliburem. Na jego nieszczęście Mordred zdołał przebić Artura innym mieczem hartowanym w oddechu smoka.
– Zginął z jego ręki.
Morgana pokiwała głową.
– Ale przed śmiercią zabił Mordreda. Merlin wyprawił na łodzi ciało Artura do Avalonu. I teraz powiem Ci, jak się tu znalazłam. Magiczny portal.
– Portal? – dopytał.
Kiwnęła głową i jakby to było wczoraj wróciła do tamtego wydarzenia. Jasne światło pojawiło się tuż za wielkim głazem. Pobiegła w jego stronę wiedząc, że to jedyna droga ratunku. Znalazła się tutaj... we współczesnym świecie.
– Jak to się stało? – dziennikarz ponaglił.
– Magia jest wszędzie. Dzięki niej znów tu jestem, zobaczymy co tym razem świat mi przyniesie. – dopiła do końca wodę i odstawiła szklankę. – Wystarczy. Liczę, że wyciągnąłeś wnioski. Jeśli nie, nie zgodzę się na kolejną rozmowę. Znasz najważniejsze fakty, nic więcej nie trzeba. – odwróciła się i wyszła. Nie zdołał jej zatrzymać, ale nie został z niczym. Poznał, być może prawdziwą historię złej wiedźmy, Morgany.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Szablon wykonany przez drama queen. Obsługiwane przez usługę Blogger.