sobota, 25 listopada 2000

All the forest flowers love her mystery

Dawno, dawno temu
W czasach, gdy bogowie stąpali po ziemi, gdy potęga Tuatha De Danann wciąż rozkwitała w pełni, żyła piękna królowa imieniem Una. Mawiano, że była najpiękniejszą kobietą nie tylko spośród wróżek, ale że nawet boginie zazdrościły jej urody. Jej długie włosy lśniły jak słońce, a jej szaty utkane z delikatnych niczym pajęczyna tkanin sprawiały wrażenie stworzonych z diamentów. Nie było wówczas równie olśniewającej i zarazem dobrotliwej czarodziejki. Wielu marzyło o choćby jednym jej spojrzeniu, jednak serce Uny należało tylko do jednego mężczyzny. Nazywali go Finvarrą. Nosił tytuł Wysokiego Króla Daoine Sidhe i pochodził z najznamienitszego królewskiego rodu, zapoczątkowanego przez samego Dagdę. Finvarra był prawdziwie bajkowym królem - olśniewającym i niezwykłym. Sprawował władzę nie tylko nad żywymi, podobno nawet umarli słuchali jego woli. Słynął ze swej hojności z jaką obdarowywał poddanych urodzajem i bogactwem. W czasie, gdy Tuatha De Danann polegli, pokonani przez Fomorian, a wiele istot faerie rozpierzchło się po świecie - Finvarra zdołał zjednoczyć wspaniały lud sidhe i zapewnić im pokój. Latami ciężkiej pracy zbudował cudowne, baśniowe królestwo, na ruinach przeszłej chwały. Zamieszkał w sercu owego królestwa wraz ze swoją olśniewającą i oddaną małżonką Uną... i w tym miejscu historia mogłaby się zakończyć słowami "i żyli długo i szczęśliwie". Był to jednak dopiero początek...

Finvarra, mimo swych licznych zalet, nie był wzorem wierności. Podobno miał słabość do ludzkich kobiet, jednak jego piękna i oddana małżonka z pobłażliwą życzliwością przymykała oko na niewierność męża. Wkrótce królewska para doczekała się swego jedynego dziecka - córki. I tak naprawdę tu rozpoczyna się moja historia... Matka nazywała mnie Glorianą, choć ojciec wolał mówić na mnie Medbh, na cześć potężnej królowej Maeve. Moje dzieciństwo przypominało bajkę. Byłam rozpieszczaną jedynaczką, szczerze kochaną przez rodziców. Z fascynacją uczyłam się magii od mojej matki lub spędzałam całe dnie przemierzając wraz z ojcem najdalsze zakątki naszego królestwa. Rodzice od początku robili wszystko, bym w przyszłości wyrosła na potężną i mądrą królową. Nigdy ich nie zawiodłam. Podobno odziedziczyłam urodę i moc po matce, a także siłę i niezwykła potęgę po ojcu. Kiedy w końcu nadszedł dzień, w którym objęłam władzę, doskonale wiedziałam jak powinnam mądrze poprowadzić swój lud. Świat prędko poznał moje imię. Opowieści o wspaniałej Królowej Mab krążyły po sąsiednich królestwach, z roku na rok stając się coraz barwniejsze. W tamtych czasach miałam wszystko, o czym marzyłam od dzieciństwie. Wszystko z wyjątkiem Króla...

Czy myślałam wówczas o miłości? Oczywiście, jak każda młoda kobieta. Miałam nawet całe rzesze adoratorów i zalotników. Byli wśród nich ludzie, rycerze, wojownicy i królowie. Byli także czarodzieje, elfy, sidhe i wielu, wielu innych. Imponowało mi to. Uwielbiałam ich zachwyt, starania i zapał z jakim próbowali udowodnić mi, że godni są mojej ręki. Żadnemu z nich nie oddałam jednak nigdy swego serce, ani razu też nie pomyślałam o małżeństwie z którymkolwiek z nich. Od samego początku marzyłam o kimś zupełnie innym. Pragnęłam mieć u swego boku Wysokiego Króla Sidhe, takiego jak mój ojciec. Nawet nie myślałam, że mogłabym poślubić kogoś, kto nie byłby równie potężnym i olśniewającym władcą, jakim niegdyś był Finvarra. Zbyt dobrze pamiętałam, jak cała natura zdawała się podporządkowywać woli ojca, pamiętałam przerażające burze z piorunami, gdy był wściekły i najpiękniejsze, słoneczne dni, gdy był szczęśliwy. Wiedziałam, że mój wybranek nie może w niczym ustępować memu ojcu, może jedynie być wspanialszy... i wierny mi z całego serca, ponad wszystko. To były jednak tylko marzenia. Stare dynastie Wysokich Królów upadły przed wielu laty. Zapewnie gdybym przyszła na świat przed wiekami, poślubiłabym swego idealnego króla. Te czasy jednak bezpowrotnie przeminęły...

Nawet jeśli wybrałam samotność, nie przestałam wierzyć w prawdziwą miłość. Po prostu nie zamierzałam poszukiwać jej na siłę. Wbrew pozorom o wiele ważniejsze było dla mnie moje królestwo niż uganianie się za upragnionym "długo i szczęśliwie". Nieubłaganie nadciągał nowy porządek świata, a stary świat, który kochałam z całego serca stopniowo popadał w zapomnienie, wypierany przez coś zupełnie nowego. Niektórzy twierdzą, że w tym burzliwym momencie to właśnie ja stworzyłam najbardziej niezwykłego czarodzieja - Merlina. Inni z kolei uważają, że byłam starszą siostrą Nimue lub Viviany, Pani Jeziora. Ile w tym prawdy? Niewiele, lecz jeśli chcesz - możesz wierzyć w te historie. Prawdą jest jedynie to, że pragnęłam zachowania dawnego porządku za wszelką cenę, nawet jeśli oznaczało to zaangażowanie się w historię, która tak naprawdę mnie nie dotyczyła. Wszystkie moje starania okazały się daremne, choć niewątpliwie rozsławiły moje imię, które po raz pierwszy zaczęło budzić również pełen szacunku lęk. Ale nawet to nie wystarczało. I wtedy, w chwili mego najgorszego zwątpienia, nagle pojawił się niespodziewany sojusznik...

Nazywali go Królem Olch, Królem Elfów. O jego historii krążyły legendy, niektóre tak nieprawdopodobne, że nawet nie potrafiłam w nie uwierzyć. A jednak, okazał się równie niezwykły jak w opowieściach. Był potężny, olśniewający i miał w sobie coś, co sprawiło, że od pierwszej chwili szczerze mnie zafascynował. Przypominał nierozwikłaną zagadkę, której nikt nie był w stanie rozgryźć. Stanowił wyzwanie i to mnie zaintrygowało. Początkowo widziałam w nim jedynie sojusznika. Niebezpiecznego, lecz na tyle potężnego, że gdyby tylko zechciał połączyć ze mną swe siły, wspólnie moglibyśmy odbudować nasze zapomniane światy. Wraz z upływem czasu coraz bardziej mnie fascynował. Pod wieloma względami przypominał mi mego ojca - był takim samym cudownym, bajkowym królem, stanowiącym jedność ze swoim królestwem. Niemal natychmiast zrozumiałam, że był kimś więcej niż tylko elfim królem. Był władcą z minionej epoki, takim samym jak ja, potomkiem zapomnianych królewskich dynastii mego ludu...

Chociaż był spełnieniem moich dziewczęcych marzeń, wcale nie chciałam oddawać mu swego serca. Nawet jeśli przewyższał mego ojca i był idealnym królem, jak na ironię przepełniony był mrokiem, którego w pierwszej chwili nie mogłam zrozumieć. Jego królestwo tonęło w chłodzie i mgłach, podobnie jak jego dusza. Im bardziej próbowałam go rozgryźć, tym bardziej wbrew własnej woli czułam, że stawał się dla mnie kimś ważnym. Dopiero kiedy zrozumiałam, co do niego czułam, pojęłam również w czym tkwił jego przerażający sekret. Mój wymarzony król żył w okowach klątwy, którą sam rzucił dawno, dawno temu na swoje serce. I choć rozsądek podpowiadał mi, że nie warto się łudzić, moje serce szybciej biło na widok mego mrocznego króla. Wierzyłam, że wystarczy choć jedna iskra uczucia, by miłość stopiła lud, jaki więził jego serce. W końcu czy mogła istnieć magia potężniejsza od siły prawdziwej miłości? Czas mijał, a my byliśmy sobie coraz bliżsi, nawet jeśli jego uczucia do mnie ograniczały się jedynie do tego co rozsądne. W końcu jednak zebrałam się na odwagę, by zaryzykować i zawalczyć o swoje szczęście. Nasz pierwszy pocałunek przełamał klątwę...

I tak oto dotarliśmy do tego momentu opowieści, gdy stałam się Tytanią - żoną i królową Oberona. To była prawdziwa miłość. Tak szalona, tak szczera i bajkowa, że często wątpiłam, by coś tak pięknego mogło być rzeczywiste. Całe moje szczęście u boku Oberona wydawało mi się jedynie pięknym snem, który lada chwila pryśnie. Ale tak się nie stało. Każdy kolejny dzień przynosił nowe szczęście. Nasza miłość rozkwitała, a wraz z nią całe nasze królestwo. Nie musieliśmy walczyć, ani snuć przebiegłych planów. Cała natura pokochała swego nowego Wysokiego Króla. Byliśmy jak niebo i ziemia, jak noc i dzień - dwiema połówkami, które mogły być potężne oddzielnie, ale tylko razem tworzyły prawdziwą całość. Dopełnialiśmy się perfekcyjnie, tchnęliśmy nowe życie nie tylko w siebie samych, ale i w cały nasz świat. To było spełnienie wszystkich marzeń - zarówno naszych, jak i naszych poddanych. Nie potrzebowaliśmy już niczego więcej. Nawet jeśli nie zawsze wszystko układało się idealnie i tak wiem, że żadne z nas nie zmieniłoby nic w tej historii. W końcu nie ma idealnych małżeństw, liczy się tylko prawdziwa miłość i bycie ze sobą we wszystkich słodkich i gorzkich chwilach...

Na tym mogłaby skończyć się ta opowieść, najpewniej słowami "długo i szczęśliwie" lub o wiele stosowniejszymi "na wieczność". Jednak to również był dopiero początek długiego i często trudnego życia razem. Mijały lata, nasze królestwo kwitło, a Oberon coraz bardziej uwalniał się od mroku, stając się władcą jeszcze wspanialszym niż Finvarra. Wkrótce doczekaliśmy się również naszego pierwszego i jak dotąd jedynego dziecka, prześlicznej córeczki, która bez reszty zawładnęła sercem mego męża. Miałam wszystko. Byłam wspaniałą królową, potężną czarodziejką, szczęśliwą żoną i matką. Z dumą patrzyłam na spełnienie naszych wspólnych marzeń. A potem czar prysł...

Wiele baśniowych królestw upadło, dostając się pod władzę Adwersarza. I choć nie postrzegaliśmy go jako zagrożenia - to jego pojawienie się zostawiło pierwszą poważniejszą rysę na moim perfekcyjnym życiu. Mój król, którego oswobodziłam z mroku i pociągnęłam ku światłu, znów zaczął się ode mnie oddalać i pogrążać w ciemnościach. Próbowałam walczyć. Za siebie, za nas... za nasz lud i nasze szczęście. Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana... Wyruszyłam do świata Adwersarza, poznałam go lepiej niż inni. Być może, gdybym wówczas mogła liczyć na wsparcie męża - zdołałabym pokonać naszego wroga i przywrócić upragniony spokój. On jednak zbyt zajęty był swoją własną walką - z mrokiem, przeszłością i swymi dawnymi decyzjami. Na szczęście w tych trudnych chwilach nie zapomnieliśmy o naszych poddanych. Nie poddaliśmy się i zaczęliśmy nowe życie w świecie Doczesnych. W Fabletown. Zbierając siły i wierząc, że kiedyś ponownie odbudujemy nasze królestwo, jak zrobiliśmy to w przeszłości...

Tu kończy się moja opowieść. Co mogę jeszcze powiedzieć? Piękna królowa zamieszkała w Woodlands. Król stworzył dla nich obojga zakątek jak ze snu. Magiczny apartament, w którym mieści się namiastka ich dawnego życia. Świat Doczesnych jest dla nich obcy, a jednak jakoś radzą sobie z codziennymi wyzwaniami. Można powiedzieć, że król i królowa nadal żyją długo i szczęśliwie... Niestety coś się zepsuło. Nie mam pojęcia jak skończy się ta opowieść i czy kiedykolwiek wrócę wraz z Oberonem do naszego królestwa. Z dnia na dzień widzę, jak coraz bardziej mój ukochany się oddala, jak coraz trudniej przychodzi mu walka z mrokiem. Wiem, że muszę o niego walczyć, tak samo jak walczyłam o niego wcześniej. Nie poddam się póki w jego sercu tli się choć jedna iskra światła, zdolna rozjaśnić ogarniający go mrok.

Małżeństwo z częściowych bytów tworzy jedno pełne, stawia przed dwoma pozbawionymi celu życiami zadanie i podwaja siłę każdego z nich do jego wykonania; daje dwóm wątpiącym naturom powód do życia i coś, dla czego warto żyć...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Szablon wykonany przez drama queen. Obsługiwane przez usługę Blogger.