poniedziałek, 1 stycznia 1990

24 godziny.

[Uwaga. W tekście pojawia się fragment, który wrażliwsze osoby mogą uznać za brutalny.]

Noc.
Żółte światło krzywej lampy radzieckiej produkcji wydobywało z mroku krawędź biurka z płyty wiórowej i łuk pleców pochylonego nad nim mężczyzny. Był ubrany w kurtkę. W domu, w którym mieszkał, od dawna nie działało ogrzewanie. Zimny mrok malował cienie na jego twarzy, skrywał przed ludzkim spojrzeniem obłażącą ze ścian farbę... Mężczyzna odchylił się na krześle. Przez szparę między zasłaniającymi okno deskami błysnęło światło. Raz. Potem drugi. To już? 
Nieruchomo patrzył w sufit. Światło na zewnątrz mrugnęło nagląco. Zagryzł wargi. Już.
Z cichym szmerem odsunął krzesło. Wyszedł na ciemny korytarz. Był przytłaczająco świadom, że nikt prócz niego już tu nie mieszka. Gdyby któregoś dnia nie wrócił do domu, nikt by na niego nie czekał, nie szukał… gdyby coś mu się stało, nikt by się o tym nie dowiedział.
Otworzył drzwi. Nocne powietrze tchnęło mrozem, choć trwał dopiero październik. Mężczyzna schował zmarznięte dłonie w rękawy ortalionowej kurtki. Spojrzał w górę. Czarną otchłań nieba pokrywały granatowe pasma chmur, jak wszystko w tej dzielnicy zbrukane szarością. Kamienica, w której mieszkał, wyglądała jak jedna z wielu okolicznych ruder. Zabite deskami, w niektórych miejscach wybite okna, odpadający ze ścian tynk, brzydka, powoli rozsypująca się bryła. Krążyły o niej rozmaite opowieści, wyjaśniające, dlaczego od co najmniej kilku lat stoi pusta. Nigdy ich nie słuchał. Lubił spokojnie spać.
Przeszedł kilkadziesiąt kroków wzdłuż muru, gęsto pokrytego wulgarnym graffiti. Był niemal pewien, że słyszy przybliżający się odgłos kroków. Nagle oślepiło go światło latarki.
- Dimitrij, to ty? – usłyszał dobiegający zza oceanu bieli głos, zniekształcający angielszczyznę w typowy dla Afroamerykanów sposób.
- Zgaś ten reflektor – burknął. 
Flara światła osunęła się na chodnik. Dimitrij przetarł oczy. Teraz mógł wyraźnie zobaczyć wynędzniałą sylwetkę czarnoskórego czterdziestolatka. Mężczyźni uścisnęli sobie dłonie.

***
Maxwell kątem oka przyglądał się, jak Dimitrij wprawnym ruchem nalewa herbatę z samowaru. Jedna filiżanka, jedna szklanka… jak za dobrych starych czasów. 
- Żeś się urządził.
- Tak wyszło. – Rosjanin podał mu filiżankę. Aromat gorącego naparu roznosił się po całym pokoju. Maxwell przyjrzał się sąsiedniej ścianie, oblepionej w większości wydrukami z jednej animacji. Na prawie wszystkich pojawiała się ta sama kobieta. 
- Dalej za nią tęsknisz? – Maxwell spojrzał na Dimitrija, potem znów na wydruki i na samowar. – Bardziej za nią, czy za Rosją?
- Nie wiem. – Krótkie westchnienie. - Daj mi spokój.
Zapadła cisza. Kilkanaście minut później przerwało ją pytanie Rosjanina:
- Co z paczką?
- Mam. – Maxwell zawahał się, wyjmując zza pazuchy owinięte w szary papier pudełko średnich rozmiarów. Zważył je w dłoniach. - Po co ci broń, Dimitrij?
Młodszy z mężczyzn odstawił w połowie pełną szklankę na biurko. Splótł palce. 
- Dla bezpieczeństwa.
- Mówiłeś, że oni się od ciebie…
- Bo tak myślałem. Ktoś wie, że kupiłeś to dla mnie?
Maxwell spojrzał na niego z niepokojem.
- Tyko sprzedawca. Ten Polak, ale on wydaje się w porządku. Co ty planujesz, młody? Byłeś na policji?
- Taa. Musimy radzić sobie sami.
Na policję chodził kilkakrotnie, dwa razy tutaj, raz w Fabletown. Teraz było już na to za późno. Jeżeli nie pomogli wcześniej, teraz, po tamtej sytuacji… Bał się ryzykować. Tłumaczył sobie, że nie jest niczemu winny, bo wtedy, z Huckelberrym, tylko się bronili, zresztą on, Dimirij, był tylko świadkiem, ale… Właśnie, to „ale”. 
- Masz, twoje pieniądze. W sensie, zwrot za wiesz co. – Wcisnął Maxwellowi w rękę banknoty, resztę ostatniej pensji. 
- Wiesz, młody, że tego na dwie działki nie starczy?
- Rzuć to ćpanie, Max. To cię w końcu zabije.
Odpowiedział mu suchy śmiech.
- Rak mnie zabije – przypomniał. 
Rosjanin założył ręce, patrząc gdzieś pomiędzy czubki swoich wytartych butów. 
- Ile czasu ci zostało? – zapytał w końcu.
- W najbliższej onkologii twierdzą, że z miesiąc. Doktorek z innej kliniki mówi, że góra dwa.
- Jest coś, co mogę dla ciebie zrobić?
- Co ty możesz, Dimtrij. – Starszy z mężczyzn machnął ręką, w geście tym nie było jednak lekceważenia, raczej pogodzenie z wszechobecną beznadzieją. Nic nie można było zrobić. Ich życie wyglądało od lat tak samo. On coraz bardziej istniał od działki do działki, od jednego meczu Manchesteru w telewizji do drugiego, od sprzątania jednej ulicy, do sprzątania drugiej. Dimitrij miotał się od lekcji w szkole do tej rudery, siedząc po uszy w swojej obsesji…
Ale on myślał inaczej, jemu się jeszcze chciało, jeszcze w cokolwiek wierzył. Naiwny. Teraz też się obruszył, zły za samo takie stwierdzenie.
- Bo co, bo jestem głupim belfrem z głupiej dzielnicy, tak? Ja ci tyle razy mówię, Max, każdy coś może. Każdy! Gdyby wszyscy ludzie tak siedzieli jak ty, to świat wyglądałby jak… tak jak teraz wygląda.
- Tak? To wyciągnij moją córkę z sekty. 
- Proszę bardzo.
- Nie dasz rady. Próbowałem. I ta moja cholera też próbowała. Wszyscy próbowali. Jak ona w to weszła… jak od nas uciekła… - ukrył twarz w dłoniach.
- Zrobię to. Żebyś wiedział. Zrobię. – Był w końcu postacią z bajki. Cholerną postacią, której coś w końcu musi się udać, bo przecież nie jest czarnym charakterem.

***
Świt.
Maxwell wyszedł kilka godzin temu. Dimitrij nie był pewien, co właściwie czuje. Z jednej strony bał się aury beznadziei, jaka otaczała tego człowieka. Przerażała go myśl, że mógłby stać się do niego podobny. Z drugiej, Max był jedyną osobą, jedynym niewymyślonym, znającym prawdę. 
Rosjanin przetarł zmęczone oczy. Nie spał tej nocy ani godziny. Westchnął, po raz kolejny analizując układ pomieszczeń w miejscu, do którego miał się udać. Kartkę z odręcznie narysowanym planem spalił jeszcze przed wizytą Maxwella, podobnie jak wszystkie wiadomości, jakie kiedykolwiek otrzymał od swoich prześladowców… w tym także tę ostatnią. Zapłata w wysokości kilkunastu tysięcy miała zagwarantować mu zapomnienie, bezpieczeństwo… przeżycie. Jakoś niespecjalnie wierzył w to, że kiedy odda pieniądze, nie dostanie kulki w łeb. Raz jeszcze przejrzał kilka paczek papierków, wyglądających z daleka jak prawdziwe pieniądze. Uśmiechnął się jednym kącikiem ust. W życiu nie pomyślałby, że do tego stopnia będzie polegał na gadżetach z Monopolu.
Dokładnie przeanalizował swój ubiór. Buty: wygodne, ciche, ciemne, takie, w które nie wsiąknie ciecz. Luźna, miękka kurtka. Ciemne spodnie… lepiej byłoby je włożyć w buty. Rękawiczki. Denerwował się. Jeden błąd, a będzie po tobie, kołatało cały czas w jego głowie.
Podniósł z biurka komórkę. Wybrał numer.
- Panie dyrektorze? Tak, to ja. Przepraszam, ale nie dam rady przyjść na zebranie rady. Tak, jestem chory. Nie, poprowadzę szóstą i siódmą lekcję, do tego czasu stanę na nogi. Tak, wiem, że nie uzupełniłem dziennika. Tak, najpóźniej jutro rano. Tak. Do widzenia. Dziękuję.
Otarł pot z czoła. Myślał, że będzie trudniej. Wszedł do łazienki. Opłukał twarz zimną wodą. Spojrzał w lustro, ignorując spływające po jego skroniach i policzkach strumyczki.
- Nie wiem, kto zabił tego człowieka – powiedział do lśniącej tafli. Jego głos wydał mu się dziwnie głośny. – Nie mam pojęcia, komu mogłoby zależeć na jego śmierci. – Uśmiechnął się. 

***
Południe.
Kamienica numer 53 była dość elegancka, jak na tę część Fabletown. Obłożona białym kamieniem, sprawiała wrażenie dostojnej matrony, wyglądającej na świat wąskimi szparkami okien i balkonów. Dimirij zatrzymał się w cieniu sąsiednich budynków. Przez całą drogę pilnował, czy nikt go nie śledzi. Wyglądało jednak na to, że Kruz po prostu czekał na niego w świeżo wynajętym mieszkaniu. Rosjanin zmarszczył brwi. To szło zbyt łatwo. Musiał coś przeoczyć, o czymś nie pomyśleć…
Przeanalizował wszystko, co wie o Kruzie. Nie był bezpośrednim szefem tych, którzy usiłowali go zabić, a których ostatecznie pozbył się Huckelberry, ale zajął jego miejsce po wewnętrznych porachunkach. Twierdził, że dla niego ważniejsze są interesy. Że mogą się dogadać, jeśli Dimitrij odda pieniądze, które pożyczył pięć lat temu. Rzecz jasna wraz z odsetkami.
Pieniądze. Dlaczego w tym świecie zawsze chodzi o pieniądze?
Na ulicy wciąż było pusto. Rosjanin poprawił zwieszający się z jego ramion plecak. Spokojnie podszedł do drzwi, prowadzących na klatkę schodową. Wystukał podany przez Kruza kod. Drzwi stanęły przed nim otworem.
W zasadzie to nie tak, że w tym, konkretnie w tym świecie chodzi pieniądze. Bo czy w jego było inaczej? Z założenia miał stać w cieniu. Najpierw jako chłopiec służebny u cara, potem jako para do Anastazji… tego ostatniego akurat nie żałował… Ale kiedy zacznie się JEGO bajka? I czy w ogóle?
Potrząsnął głową. Dosyć. Nawet nie zauważył, kiedy wszedł na drugie piętro. Wysunął pistolet, ukryty wcześniej pod nadprutą podszewką kurtki. Przeładował. Po kręgosłupie spłynął mu strumyczek potu. To idzie zbyt łatwo. Czy to możliwe, żeby Kruz nie wystawił czujki? Żeby naprawdę był sam, zgodnie z tym, na co się umówili? 
Wcisnął lewą ręką dzwonek. W prawej cały czas trzymał gotowy do strzału  pistolet. Bał się.
Po drugiej stronie drzwi panowała cisza.
Dimitrij jeszcze raz nacisnął przycisk dzwonka. Jeśli wciąż będzie zamknięte, ucieknie stąd. 
Szczęknął zamek. Drzwi uchyliły się ze szmerem, który przyprawił Rosjanina o ciarki. Zobaczył niebieskie oczy Kruza, błyszczące odbitym światłem, osadzone nieco zbyt blisko prostego nosa. 
- No proszę – mężczyzna szerzej otworzył drzwi, odsłaniając całą swoją sylwetkę. Jego oczy rozszerzyły się, gdy zobaczył wycelowaną w siebie broń. Kliknął strzał, wyciszony nałożonym na pistolet tłumikiem. Niebieskie oczy skurczyły się, jak cała twarz, ciało wygięło się w konwulsji. Strzał. Drugi, następny, kolejny. Ciało upadło do tyłu, w głąb mieszkania, na wyłożoną kafelkami podłogę z trzaskiem sugerującym, że kości czaszki okazały się zbyt słabe. Dimitrij przestąpił trupa, wchodząc do mieszkania. Zamknął drzwi. Spodziewał się reakcji kogoś jeszcze, krzyku, serii, spodziewał się nawet własnej śmierci, ale nie… ciszy. Ciszy przejmującej do tego stopnia, że ogłuszał go szum własnej krwi w uszach. Mieszkanie było puste. Kruz dotrzymał warunków umowy. Kafelki pod jego tułowiem błyszczały od mokrej czerwieni. Krótkie włosy doszczętnie zlepiła ciemniejąca ciecz. Było cicho. Dimitrij przeszedł kilka kroków. Słyszał szelest własnych nogawek spodni. Rozejrzał się dookoła. Na szafce nocnej, tuż przy schludnym łóżku, stało oprawione w drewnianą ramkę zdjęcie… nie zdjęcie. Wydruk. Młody mężczyzna, narysowany w podobny sposób, jak jego Anastazja. Postać z bajki. 
Opuścił rękę, dzierżącą pistolet. Cisza pustego mieszkania napierała na niego, jak gęsta mgła, jak powietrze drgające od rozpaczliwej muzyki, której nikt nie słyszy.
Zamknął oczy. Pbuk, pbuk, dudniło jego serce. Otworzył oczy. Szybkim, zdecydowanym ruchem szarpnął drzwi prowadzące do łazienki. Zablokował odpływ w wannie i nalał do niej wody. Zdjął plecak i wydobył z trudem wciśnięty do niego kanister. Odkręcił go. W powietrzu rozszedł się duszący zapach skondensowanej formaliny. Dolał ją do wanny. Zacisnął wargi. Nie było na co czekać. Wrócił się do pokoju i przyciągnął ciało Kruza, zostawiające na podłodze ścieżkę z niezakrzepłej krwi. Upchnął je w wannie, pilnując, by nic nie wystawało nad powierzchnię roztworu formaliny. Jeżeli prawidłowo obliczył proporcje, mieszanina spowolni rozkład. Zyska dzień, może dwa dni, zanim ktokolwiek poczuje smród.
Zdjął uwalaną krwią kurtkę i wytarł nią ślady z podłogi. Wyrzucił ją. Wciąż w rękawiczkach, oczyścił buty. Poza łazienką, nigdzie nie było śladów. Po drodze na korytarz zebrał łuski. Policzył je. Strzelił aż cztery razy? Wyjął tkwiący w zamku klucz i wychodząc z mieszkania, zamknął drzwi od zewnątrz. 
Schodząc po schodach, poczuł się na tyle pewnie, że skinął głową mijającej go staruszce. Kobieta zmarszczyła się, uśmiechnęła… Dimitrij uważnie nasłuchiwał echa jej kroków i miarowego dźwięku stukającej o kamienne stopnie laski. Niczego nieświadoma, staruszka poczłapała na trzecie piętro. Dimitrij spojrzał w dół, na swoje dłonie. Zrobiło mu się gorąco. Rękawiczki. Wciąż miał na sobie uwalane krwią rękawiczki. Natychmiast schował ręce w kieszenie spodni. Widziała? Zauważyła? Przyśpieszył kroku.
Już na zewnątrz pozbył się ciężkich od krwi rękawiczek, łusek po nabojach i kluczy. Po prostu wrzucił je do śmietnika, uważając, by nie dotknąć jego pokrywy gołą dłonią.

***
Popołudnie.
Po raz piąty mył ręce, choć nie pozostała na nich ani kropla zaschłej krwi. Spojrzał w zawieszone nad umywalką lustro. Zobaczył zwykłego człowieka o twarzy szarej ze zmęczenia. Przez chwilę bezwiednie obserwował swoje odbicie. Do rzeczywistości przywrócił go szum wody z niezakręconego kranu i nakładający się na niego jazgot dzwonka. Wyszedł na korytarz. Uczniowie niechętnie podchodzili pod drzwi klas. Dimitrij zawahał się, a potem, zamiast w stronę sali historycznej, skierował się do gabinetu dyrektora.
- Chcę zrezygnować z posady nauczyciela – zakomunikował niczego niespodziewającemu się dyrektorowi. 
- Jak to? Dlaczego?
- Nie jestem do tego odpowiednim człowiekiem.
- Co pan plecie, Dimitrij. Średnia klas, które pan uczy wzrosła o połowę. Nie było żadnych skarg od rodziców. Frekwencja na pana lekcjach jest lepsza, niż kiedy ja je prowadziłem. 
- Nie nadaję się do tego, żeby kogokolwiek i czegokolwiek uczyć. Nie mogę – podkreślił. 
- Pan to jeszcze przemyśli. Wy, młodzi, tyle rzeczy robicie pochopnie.

***
Wieczór.
Dimitrij bębnił palcami o blat biurka, by wypełnić czymś panującą w jego „domu” ciszę. Właściwie… nienawidził ciszy.
Chwilę wcześniej rozmawiał z Maxwellem. Musiał z niego wyciągnąć wszystko, co wiedział na temat sekty, do której przyłączyła się jego córka. Wyciągnie ją z tego. Przecież obiecał. Nie jest czarnym charakterem, żeby łamać dane słowo. Nie jest… prawda?
Bezwiednie spojrzał na stosik zeszytów uczniów z najmłodszych klas, które czekały na sprawdzenie. Na okładce jednego z nich widniała królewna w śmiesznej, schematycznej koronie. Uśmiechnął się. Wszystkie bajki wyglądają podobnie… Wszyscy są szczęśliwi, potem coś się zmienia. Ostatecznie protagonista zabija głównego złego, ratuje swoją królewnę… i świat znów zmierza ku dobremu.

____________________
Hej, wróciłam. 
Miałam sporo wątpliwości co do tej notki. Prawdę mówiąc, dalej mam. Mam nadzieję, że dało się ją czytać. 
Nawiązania do postaci nie są przypadkowe, ale jeżeli komuś przeszkadzają, można uznać, że chodziło o kogoś innego. Wyjątkowo wspomniałam imiennie o Haku, ale opisywałyśmy to w naszym wątku, więc uznałam, że mogę. 
Zapraszam do wątków :) Wszelkie, zwłaszcza te pokręcone pomysły mile widziane. Z tymi, z którymi już pisałam, chętnie zaczęłabym coś nowego, a starego wątku możemy użyć jako powiązania.

3 komentarze:

  1. [Niesamowicie wciągające! :D
    Przeczytałam jednym tchem i naprawdę poczułam tą całą atmosferę i sytuację Dymitra. Masz ciekawy sposób pisania, omijasz opisy i skupiasz się na samej fabule notki, co bardzo mi się spodobało :)
    Czekam na kolejne prace! :D]

    Lucy

    OdpowiedzUsuń
  2. [ Wow. Szczena mi lekko opadła. Naprawdę porządna notka.
    Nie mam też nic przeciwko wspomnieniu o Hakusiu. Jestem zaszczycona wręcz. Przyjemnie się czytało. Więcej takich niuansów poproszę! :D ]

    Huck

    OdpowiedzUsuń
  3. Komentuję dopiero teraz, chociaż przeczytałam już jakiś czas temu. Wynika to głównie dlatego, że byłam wtedy bez postaci, potem kombinowałam, zmieniałam, no nieistotne. W każdym razie, przechodząc do rzeczy, notka bardzo mi się spodobała. Na tyle że teraz, żeby na świeżo napisać komentarz, przeczytałam ją ponownie i zachwyciła mnie tak samo. I jak widzę, nie jestem w moich uczuciach osamotniona, i bardzo dobrze, bo to naprawdę kawał dobrej pracy! Czekam na więcej, mam nadzieję, że możemy się spodziewać kolejnej perełki od Ciebie, prawda? :)

    OdpowiedzUsuń

Szablon wykonała Night Tear. Źródło: WallPaper. Obsługiwane przez usługę Blogger.