sobota, 23 września 2017

Come little children, I'll take thee away
Into a land of enchantment

Cześć i czołem, przybywamy z notką, namieszamy w najbardziej znanej bajce, w której występuje Baba Jaga, zaraz dowiecie się jak można wesoło wywrócić sobie życie do góry nogami, raz jeden jedyny zmieniając strategię gry, tak o, dla większej frajdy :D Wstęp to fragment bajki opisanej tutaj, trochę zmieniony, żeby pasowało, a w tytule Donny Hathaway - Come Little Children.
Pst! Ostatnio ptaszki mi wyćwierkały dlaczego Baby Jagi nigdy nie usunięto, otóż z palenia czarownic wykręciła się planem zdjęciowym do jakiejś animacji dla najmłodszych (tak, dziecko zajrzało na nonsensopedię :D)
Miłego czytania
_____________________________________________________________________



     Dawno, dawno temu żył sobie Jaś i Małgosia wraz z tatą, byli oni bardzo ubogą rodziną. Dzieci od rana do nocy musiały pracować w lesie z ojcem, który był drwalem. Do domu wracali bardzo późno i często nie mieli nawet siły, aby zjeść kolację. Zdarzało się, że jedzenia w ogóle nie było i rodzeństwo musiało kłaść się głodne.
Ulubionym dniem Jasia i Małgosi była niedziela, ponieważ wtedy nie musieli pracować, tylko bawili się albo chodzili do lasu na jagody. Ojciec ostrzegał dzieci, żeby nigdy nie oddalały się od domu i nie chodziły wieczorami do lasu, bo jest tam bardzo niebezpiecznie.
Pewnego razu rodzeństwo zlekceważyło przestrogi i poszło do lasu wędrując bardzo daleko. Wspaniale się bawili, a czas mijał bardzo szybko. Nagle zaczęło się ściemniać. Małgosia prosiła braciszka, żeby wracali już do domu, ale Jaś namawiał siostrę aby jeszcze zostali i zapewniał, że pamięta drogę do domu. Siostra zgodziła się jeszcze zostać, lecz po godzinie zrobiło się jeszcze ciemniej, a wtedy chłopak już nie wiedział którędy mają wrócić. Ogarnął ich strach, byli bezradni. Przytulili się do siebie i postanowili spać na pniu drzewa, a do domu wrócić rano. Nocą marzyli o swojej chacie, o rodzicach i ciepłym łóżeczku w którym mogliby spokojnie i bezpiecznie zasnąć.
Kiedy nastał ranek i zza drzew wyjrzało słońce, dzieci ruszyły w poszukiwaniu powrotnej drogi do domu. Idąc spotykały je niesamowite rzeczy. Dookoła rosły ogromne grzyby, o wiele większe od tych, które wcześniej zbierali. Wszystko było niezwykłe. W końcu za drzewami dostrzegli niewielką chatkę, całą z piernika, stojącą na kurzej łapce.
Dzieci były tak uradowane widokiem, że czym prędzej pobiegły do chaty aby nakarmić swoje brzuszki. Jadły dach, płot, ściany domku. Wszystko było takie przepyszne! Szczęście Jasia i Małgosi nie znało granic. Wtedy z chaty wyszła bardzo stara kobieta, o pomarszczonej twarzy i siwych włosach. Zaprosiła dzieci do środka mówiąc, że tam ma jeszcze więcej smakołyków. Rodzeństwo spojrzało po sobie, po czym ruszyło ucieszone do środka.


     Kiedy tylko dwa małe nicponie przekroczyły próg jej domu natychmiast zatrzasnęła drzwi, które od wewnątrz można było otworzyć tylko za pomocą klucza. Klucza, który wisiał na sznurku u jej szyi. Wiedźma uśmiechnęła się szyderczo i poszła za bachorami, wcinającymi już niebieskie ciasteczka na jej stole. Dziś obiad będzie bogaty, może przyrządzi sobie nóżki w sosie paprykowym albo wątrobę z brzoskwiniami zawijaną jak gołąbki w kapuście? Daniem wieczora z pewnością będą zapiekane serduszka w panierce, aż zatarła dłonie z radości.
Otwierała właśnie usta aby ryknąć coś w stylu "Ha! Mam was, teraz już nie uciekniecie wstrętne bękarty!", nim jednak zdążyła powiedzieć cokolwiek, chłopak wystrzelił w jej kierunku wieszając się na jej kolanie.
- Te ciasteczka są takie dobre! Smakują zupełnie jak te, które piekła nasza babcia, kiedy jeszcze żyła. - wyśpiewał do niej dzieciak - Możemy mówić do pani babciu?
Przyjrzała się dokładnie chłopcu i jego szerokiemu uśmiechowi. No nie, przecież to się nie mieściło w jej głowie... Nie dość, że ci gówniarze wcale się jej nie bali, to jeszcze będą jej tu wyjeżdżać z jakimiś czułościami! Ciekawe czy będzie taki kochaniusi jak wrzuci go do pieca z warzywami!
- Jasiu, nie wolno tak bezpośrednio! Nie znamy tej pani, mogłeś ją obrazić... - zganiła go dziewucha.
- Tak właśnie, obrazić! - potwierdziła zła wiedźma mierząc go groźnym wzrokiem i odtrącając nogą.
Chciała już powiedzieć mu, że babcia nie ugotowała by sobie jego mózgu na obiad i żeby się nie przywiązywał za bardzo, ale dzieciak znów zaczął gadać.
- Ale pani na pewno jest bardzo samotna tutaj w głębi lasu. Zgubiliśmy się wracając do domu, na pewno nikt nie dociera tak daleko i musi pani być bardzo smutno, że nikt pani nie odwiedza.
- Co ty mi tu za... - zmrużyła oczy, wcale jej się to nie podobało, ale po chwili zrozumiała, że jeśli jej obiad jej zaufa, to będzie bardziej zdziwiony, kiedy już dowie się, że jest obiadem. Spodobał się jej ten pomysł, uśmiechnęła się nagle szeroko, zupełnie zmieniając ton głosu - Ach tak, właśnie, strasznie mało ludzi tutaj zachodzi... Widzisz... Jasiu, miałam kiedyś dzieci takie jak wy, a później wnuki, ale wszyscy mnie opuścili. Możecie mówić do mnie babciu.
Do tej pory jeszcze nigdy nie bawiła się w takie gry, zawsze zamykała wszystkie dzieci, które wpadły w jej zasadzkę i wrzucała prosto do pieca, teraz mogło być ciekawie. Chłopak podskoczył z radości i obrócił się wokół własnej osi, zupełnie tak jak będzie się obracał, kiedy nabije go na rożen i powiesi nad ogniem, ale najpierw trzeba było upaść go, strasznie chude było to dziecko.
- Widzisz Małgosia! - pisnął do dziewczyny i przedstawił ich - To moja siostra, Małgosia, a ja jestem Jaś. Mieszkamy sami z tatą, mama odeszła kiedy byliśmy mali. Nie mamy przez to zbyt wiele pieniędzy, dlatego często jesteśmy głodni... czy możemy zjeść jeszcze kilka ciasteczek?
Dzieciak posmutniał i spojrzał na nią zaszklonymi oczami. Przynajmniej wiedziała już czemu jest taki kościsty.
- Och, nie nie. Mam dla was coś znacznie lepszego, siadajcie. - wskazała małym potworom miejsca przy stole i poszła do kuchni.
Wyciągnęła spod przykrycia świeżo pieczony bochenek chleba i rozlała do dwóch glinianych misek zupę, którą od rana gotowała w kociołku. Zaniosła dzieciakom to wszystko i patrzyła z radością jak zajadają. Żryj, żryj, lubię tłustą goloneczkę, pomyślała. Dziwił ją jedynie fakt, że ci mali ignoranci wcale się jej nie bali, wręcz przeciwnie. Czy nie wiedzieli kim jest? Czy nikt im nigdy nie opowiadał o Babie Jadze? Latami porywała małe dzieci i mordowała je, wszyscy w tej wiosce uważali, aby nie zapuścić się zbyt głęboko w las i nie trafić do chaty na kurzej stopce, tymczasem oni siedzieli obok niej z uśmiechem na ustach i zarządzili, że będą zwracać się do niej babciu. Dobre sobie, ona babcią. Jej dwie zdobycze wylizały miski do czysta i pogłaskały się po brzuchach.
- Pyyyszne. - westchnęła dziewucha.
- Tak! Nie pamiętam, kiedy ostatni raz tyle zjadłem. - przytaknął jej brat. - Opowiesz nam babciu o swoich dzieciach? Co się stało, że zniknęły?
Uniosła brwi zdziwiona. W zasadzie nigdy nie miała dzieci, tylko je sobie wymyśliła, nie spodziewała się, że będą o to pytać. Musiała wymyślić coś szybko, jeśli chciała utrzymać swój obiad w beztroskiej niewiedzy do samego końca.
- Widzisz, miałam syna i córkę, rodzeństwo takie jak wy. Syn dorósł i ożenił się z piękną dziewczyną, a córka wyszła za mąż za przystojnego chłopca. Obie pary były młode, szybko doczekali się dzieci, a ja się starzałam, w pewnym momencie opuścili mnie, kiedy syn został wezwany przez króla do zamku. Miał zostać dowódcą staży nadwornej, a jego żona szyć suknie dla dam dworu. Poprosił o pozwolenie na zabranie ze sobą siostry i jej męża, o mnie natomiast zapomnieli, byłam już stara. Odkąd wynieśli się z wioski już nigdy ich nie widziałam, zapomnieli o mnie na dobre, nie wysłali ani jednego listu, ani razu nie przyjechali w odwiedziny do starej matki. Wnuków także więcej nie było mi dane zobaczyć.
Pociągnęła teatralnie nosem dodając dramaturgii opowiadanej bajeczce. Co się z nią stało, że bawiła się w aż takie szczegóły przy przygotowaniu posiłku? Jaś ze łzami w oczach natychmiast doskoczył do niej i przytulił ją mamrocząc coś o tym jaki świat jest zły i niesprawiedliwy i że mu przykro. Och, bo się porzygam. Poczekała, aż jej, surowy jeszcze, obiad odsunie się od niej, po czym uśmiechnęła się sztucznie do obojga. Patrzyli na nią tak jakoś... dziwnie. Nie umiała określić co to był za rodzaj spojrzenia, dawno z takim się nie spotkała. Odwróciła wzrok.
- Nałożę wam dokładkę, bo takie chude paluszki macie. - ogłosiła wstając od stołu z pustymi miskami.
Tym razem do zupy dolała zawartość małej, szklanej buteleczki trzymanej w szafce wiszącej obok kotła. Płyn o kolorze porannej rosy, dzięki któremu zasną, a w trakcie snu spuchną nieco, zmieszał się klarownie z daniem. Jaś i Małgosia zjedli równie szybko, co wcześniej i szybko zaczęli przecierać oczy. Chłopak ziewnął jeszcze dwa razy, kiedy Jaga prowadziła ich na słomiane posłanie, na którym w mig zasnęli pochrapując cicho.
Leżeli tak, zwinięci w kulkę, a starucha stała i przyglądała się ich unoszącym się klatkom. Przypomniało jej się co to było za spojrzenie jakim ją obdarzyli. Nie równało się do swojego pierwowzoru ani trochę, ale było z tej samej "kategorii", z podobną czułością i radością przyglądał się jej ktoś już kiedyś... ale było to dawno temu, kiedy ten świat nie znał jeszcze Chrystusa i całej tej szopki wokół niego, jaką urządzali ludzie. Jeszcze wtedy kiedy sama była swego rodzaju boginią dla mieszkańców jej wioski.
Teraz jednak wszystko się zmieniło, świat się zmienił i ona się zmieniła, nie potrzebowała już czyichś uśmiechów, ani dobroci, żywiła się strachem, płaczem i młodym mięsem, niczego jej nie brakowało. Obróciła się na pięcie podpierając na drewnianej lasce, którą to używała wieczorami, kiedy kręgosłup najbardziej dawał się we znaki. Coraz ciężej było jej zachować sprawność i młodość, jej mikstury dawały coraz słabsze efekty. Doczłapała się do starego, bujanego fotela, w którym to zasiadła i sama zasnęła równie głęboko co jej ofiary.


     Obudził ją chichot i ciche mruczenie. Otworzyła powoli oczy i spostrzegła rodzeństwo siedzące na środku podłogi oraz leżącego między nimi na plecach czarnego kota z oberwanym uchem. Jakim cudem udało im się oswoić Gałgana? Nawet od niej czasem uciekał, wolał chodzić własnymi ścieżkami, jedynym wyjątkiem był zapach mięsa, kiedy przygotowywała posiłek. Ta dwójka natomiast drapała go po brzuchu, a on radośnie tarzał się z boku na bok. Potarła powieki z niedowierzaniem, co oni w sobie mają?
- Obudziłaś się - chłopak wyprostował się i uśmiechnął do Baby Jagi, a w jego ślad poszła dziewczyna.
- Chyba powinniśmy wracać do domu, tata na pewno bardzo się martwi. Wyszliśmy tylko zbierać jagody, a nie ma nas drugi dzień. - powiedziała smutno.
O nie, nie, nie! Stąd się nie wychodzi, a przynajmniej nie w jednym kawałku, na to nie mogła pozwolić. Podniosła się trochę na fotelu, siląc się na najbardziej wiarygodny wyraz twarzy.
- Och, zostańcie proszę jeszcze trochę... Jest mi z wami tak przyjemnie, jeszcze chociaż jeden dzień, a jutro odprowadzę was do domu, do ojca, dobrze?
Dzieci wymieniły spojrzenia i jakby rozumiejąc się bez słów kiwnęły uśmiechnięte głowami. Dobrze, został jej jeden dzień na porządne dokarmienie bydła, a już jutro z rana będzie piekła miodowe nóżki. Przeszukała w myślach wszystkie gotowe magiczne eliksiry, poszukując czegoś co pomoże jej w szybkim przybieraniu na masie i przypomniała sobie o jeszcze jednej, silnej mieszance ziół. Podniosła się i ruszyła do kuchni, aby podać jeść... swojemu jedzeniu. Powyciągała wszystko co tylko miała i pokropiła kropelką niebieskawego płynu, a następnie rozłożyła na stole w głównej izbie.
- Jedzcie, jedzcie moje dzieci, powinniście przybrać na wadze, bo niedługo wiatr was zdmuchnie. - powiedziała zapraszając ich do talerzy.
A owszem, niedługo ich zdmuchnie, ale ona i zdmuchnie ich żywot. Przed nimi cały dzień jedzenia, a kiedy zasną będzie mogła przygotować sobie marynatę i zioła. Znosiła więc dzielnie ich głupie uśmieszki i babciowanie, skoro już tyle czasu to ciągnęła, to mogła i do końca. Czuła się strasznie nieswojo, ale przyłapała się w pewnym momencie na tym, że zdawało się to przyjemne. Podkładała swoim ofiarom co chwilę coś pod nos, od słodyczy, przez zupy, po tłuste kawałki mięsa, oczywiście wszystko popijane tłustym mlekiem. Miała jednie nadzieję, że brzuchy im nie popękają, bo eliksir niesamowicie wzmagał apetyt, dzięki rzuconemu nań zaklęciu.
Wieczorem przymknęła wcześniej oko, aby obudzić się przed nimi i zastać ich śpiących. Kiedy otworzyła oczy ponownie, na zewnątrz prawie świtało. Poderwała się z fotela, przestraszona, że będzie za późno i dzieciaki nie będą już spały, ale te chrapały w najlepsze. Dorzuciła drewna do paleniska pod piecykiem i cichutko sięgnęła nóż schowany za pękiem ziół. Jedno z nich będzie musiała zabić teraz, a drugie wrzuci żywcem do pieca. Kiedy trafiała się dwójka, jednego trzeba było się wpierw pozbyć, aby było wygodniej. Zatrzymała się nad posłaniem. No dobrze, które z was? Przyjrzała się spokojnie obojgu, ich poruszającym się rytmicznie klatkom piersiowym. Ona, wygląda na starszą i mądrzejszą, może być trudniej ją schwytać. Uniosła nad głowę rękę, w której trzymała nóż, raz... dwa... trzy... dłoń jej zadrżała, kiedy chłopak mlasnął i przekręcił się na bok. Ach, było blisko... ale, właściwie czemu tak jej zależało na tym, żeby spali? Element zaskoczenia. Tak, to było to. Rozluźniła dłoń i zacisnęła ponownie na drewnianej rękojeści, podnosząc ją znów do góry.
Ach, może jednak jego zabić, a ją do pieca? Opuściła rękę i przygryzła wargę, myśląc intensywnie. W tym właśnie momencie oczy chłopaka otworzyły się i zamrugały szybko nim na jego twarz wpełzł ten szeroki uśmiech.
- Już ranek! - poderwał się na posłaniu potrząsając siostrę - Wracamy do taty! Ale nie martw się babciu, będziemy cię odwiedzać często. To jak, odprowadzisz nas?
Ach, do licha! Przeklęte dzieciaki! Zacisnęła wściekle obie pięści, chowając tę z nożem za plecami. W pierun z tym wszystkim co zaplanowała! Zadźgam po prostu oboje, a potem oprawię sobie jak będę chciała. Jednak ani jedna z jej dłoni nie poruszyła się. Nie umiała, nie była w stanie. Patrzyła w te okrąglutkie oczka i czuła jednocześnie litość i wściekłość. Biła się z myślami, które nie pozwalały jej działać. Co do licha się z nią stało? Czy zmysły postradała? Zacisnęła mocno usta, próbując wydobyć z siebie swoje ja, jednak nic z tego. Nie umiała zrobić tym dzieciom krzywdy, co tak niesamowicie wyprowadzało ją z równowagi, że dopiero teraz zorientowała się, iż milczy, a rodzeństwo przygląda jej się oczekując odpowiedzi. A niech to Perun trzaśnie! Do czarta z tymi dzieciakami, odprowadzi ich i znajdzie sobie inne, które zje na kolację, trudno.
- Wstawajcie, wychodzimy. - burknęła ruszając w kierunku drzwi.
Wyjęła kluczyk i wypuściła swoje niedoszłe ofiary na zewnątrz. Co ja wyprawiam?! Nigdy, ale to nigdy, nie wypuściła z domu żadnej ofiary. Żadnej. Jednak nie była w stanie zrobić inaczej. Nie chciała dopuszczać tej słabości do swojej świadomości. Lazła więc z tymi dzieciakami w kierunku wioski, próbując zrozumieć własne intencje. Nic z tego. Pierwszy raz w całym jej żywocie zdarzyło jej się mieć taki problem z jakąkolwiek ze swoich ofiar, nie wierzyła w to co właśnie robi. Kiedy już minęli granicę lasu, dzieciaki doprowadziły ją do ich chaty, nim jednak weszli na podwórko, drzwi otworzyły się na oścież i ze środka niemal wybiegł wysoki mężczyzna.
- Matko boska, gdzie wy byliście? - zawołał pełnym żalu głosem ściskając w ramionach dzieci. - Myślałem, że zginęliście... Małgosia, miałaś pilnować brata.
- Wiem, przepraszam... Ale ta pani się nami zaopiekowała - odpowiedziała mu dziewczyna wskazując palcem na Babę Jagę, a temat podchwycił jej brat.
- Jest taka kochana! I ile pysznego jedzenia nam dała! Tato, gdyby nie ona, to byśmy z głodu poumierali w tym lesie.
Mężczyzna spojrzał na nią i uśmiechnął się, poklepał rodzeństwo po plecach i odesłał na podwórko. Nadal szczerzył się do niej jak jakiś dzikus. Co do cholery, ten też nigdy nie słyszał o Babie Jadze? Każdy o niej słyszał i każdy trząsł portkami na myśl o zajściu zbyt daleko w las, a już w szczególności mężczyźni i dzieci, tych pożerała najchętniej. Jednak ten tutaj i jego dzieci chyba zupełnie nie zdawali sobie sprawy z tego z kim mają do czynienia, albo byli po prostu głupi... albo jedno i drugie. Ojciec jej niedoszłych ofiar podszedł bliżej niej.
- Dziękuję, na prawdę nie wiem co bym zrobił, gdyby się nie odnaleźli lub gdyby stała im się krzywda. Nie wiem jak mam pani dziękować... - teraz uświadomiła sobie jak bardzo tamte spojrzenia dzieciaków były odległe od tego spojrzenia, jakie pamiętała z przeszłości. Facet miał w oczach ten sam błysk, zdawały się one łudząco przypominać oczy, które śniły jej się od bardzo dawna i które były najcenniejszą pamiątką z przeszłości, jedyną jakiej nie wyrzuciła z pamięci.
Coś jednak było nie tak, dlaczego tak na nią patrzył? Czy miał jakiś problem z głową? Nim zareagowała chwycił ją za dłoń i przyłożył sobie do ust, całując delikatnie. Podążyła wzrokiem za swoją ręką i zdziwiła się, jednocześnie rozumiejąc. Nie zobaczyła starej, pomarszczonej dłoni, o krzywych i zbyt długich palcach z czarnymi paznokciami, lecz szczupłą, jędrną skórę przykrywającą drobne kostki i dzięki temu właśnie zrozumiała. Tak ją widział, nie w formie przybranej od lat, nie jako starą, brzydką wiedźmę, o garbatym nosie, ale w jej dawnej, tej prawdziwej postaci - młodej, ładnej blondynki. Dlaczego? Tego nie rozumiała.
- Czy da się pani zaprosić do środka na szynkę i miód, pani...
- Jago - odpowiedziała automatycznie.
- ...pani Jago. Tak jak Baba Jaga. - uśmiechnął się do niej, jakby imię to zupełnie go nie ruszało. - Nie wiele mamy jedzenia, ale dla bohaterki znajdziemy coś specjalnego.
- Tak, tak jak Baba Jaga... - poczuła się nieco zakłopotana, nagle prawie wstydząc się tego imienia.
Skinęła głową i poszła za mężczyzną. Przez myśl przebiegło jej pytanie do samej siebie czy jest pijana, bo zdawało jej się, że upiła się i to porządnie, a miód dopiero miała pić. Nie przypominała samej siebie, co ją przerażało i sprawiało, że nie umiała wrócić do dawnej "skóry", a jednocześnie czuła gdzieś głęboko, głęboko, że podoba jej się to. Od tak dawna nie miała kontaktu z ludźmi, którzy nie boją się jej, że aż strzeliła jej ta sytuacja, jak woda sodowa, do głowy. Myśli i emocje tak zawile kłębiły się w niej, że nie umiała przestać, odwrócić się i wrócić do swojej chaty. Sytuacji nie poprawiało to, że zachowanie tego faceta tak bardzo przypominało jej dawną... miłość, och, jak ciężko to słowo przechodziło jej przez myśl, a co dopiero przez gardło.
Usiadła z nim przy stole i słuchała opowieści, choć wszystkie zaraz wypadały jej z głowy, tak była przejęta swoim zachowaniem. Czy on...? To było...? Och, jeśli tak bardzo przypominał jej ukochanego sprzed lat, to znaczyło... że ten tutaj próbuje ją... poderwać? Rety, na prawdę miała ograniczone doświadczenia w kontaktach z ludźmi, poza pożeraniem ich. Wychodzi na to, że przez długi czas żyła jak dzikuska... Im dłużej siedziała z nim, tym bardziej zmieniała się niemalże w oczach, zaczęła nawet mówić, kiedy paraliż języka ustąpił. Miała wrażenie, że rozmawia z dobrze znanym sobie człowiekiem. Może tak było? Wiedziała doskonale, że wszystkie dusze trafiają do Nawii, ale może Weles sprowadził jej Lusego w ciało tego mężczyzny? Ech, kiedy ostatni raz obchodził ją Weles, czy też którykolwiek z bogów... Jednak odnosiła nieodparte wrażenie, że mężczyzna, z którym rozmawia nie jest jej obcy, może to był jakiś znak, a może Wołos robił sobie z niej jaja. Kiedy jednak jej rozmówca powiedział jedno zdanie, przestała wątpić w swoją teorię.
- Świat zna odpowiedzi na wszystkie pytania, tylko my nie znamy pytań.
Zadrżała słysząc te słowa, dobrze je znała, niech ją upiry porwą, jeśli to nie był Lusy, w dodatku widział jej prawdziwą formę. Przytrzymała się siedzenia, uświadamiając sobie, ile wydarzyło się przez ostatnie dni, wszystko tak bardzo się zmieniło, a jakby tego było mało, wróciła do niej dusza ukochanego, prawie miała łzy w oczach. Zginął, kiedy chrześcijaństwo rozpowszechniało się na ich ziemiach, został zamordowany, przez tych drani z krucyfiksami, nigdy im tego nie wybaczyła, a później zabrali się za nią, zrobili z niej potwora jakim się z czasem stała. Teraz mogło być inaczej, choć pewnie Lusy nie pamięta nic z poprzedniego życia, ale to nic, mogła żyć obok niego bez uświadamiania mu przeszłości swojej i jego. Zaraz, zaraz... on widział ją od początku w jej pierwotnej postaci, ale dzieci... Do licha, dzieci! Jeśli powiedzą mu coś o babci, która się nimi "opiekowała", to może zrobić się niezręcznie. Czym prędzej przeprosiła mężczyznę i poszła szukać dzieci. Siedziały nad stawem, tuż za domem.
- Jaś, Małgosia. - objęła ich głowy dłońmi zamykając oczy. W myślach przywołała dawno nieużywane zaklęcie i wbiła dzieciom nowe wspomnienia do głów - Byliście w drewnianym domu, w głębi lasu, u młodej kobiety, o długich blond włosach, tak?
Kiwnęli bezwiednie. Wyciągnęła z małego woreczka, wiszącego na sznurku przy jej sukience, szczyptę sproszkowanego ziela i sypnęła rodzeństwu pod nogi, po czym pogłaskała ich po jasnych włosach. Uśmiechnęła się przyjaźnie, a trzeba zaznaczyć, że dawno tego nie robiła, po czym ruszyła z powrotem do domu. Teraz już nic nie przeszkadzało jej w rozpoczęciu nowego życia.
Szablon wykonała Night Tear. Źródło: WallPaper. Obsługiwane przez usługę Blogger.