sobota, 27 stycznia 2018

Miłość zmienia człowieka.

Zamiast uczynić go dzielnym, sprawia, że zaczyna się bać.
Daje światu zęby, w każdej chwili gotowe ugryźć człowiekowi kęs jego życia.
Tess Gerritsen, Autopsja
Dzień dobry. Pozwólcie, że zatrzymam na chwilę tę karuzelę śmiechu i przyjdę ze swoim tworem. Ja śmieszna być nie umiem, dlatego nawet się nie staram, zamiast tego chcę Wam przedstawić własną historię. Więc bez zbędnego gadania zapraszam wszystkich emocjonalnych masochistów na swoją pierwszą napisaną samodzielnie notkę. Mam nadzieję, że będziecie bawili się dobrze! Kropka w tytule jest błędem celowym.
Zapraszam jeszcze do Szarlotki >

Dopiero teraz zrozumiała, dlaczego przestrzegano ją, aby nie wychodziła po zmroku na zewnątrz. Wiatr świszczał złowieszczo w uszach, a mróz gniewnie szczypał policzki. Kuliła się, chcąc dodać sobie ciepła – ale cokolwiek by nie zrobiła i jakiegokolwiek ciepłego płaszcza by nie ubrała, zawsze było zbyt zimno, aby się ogrzać. Nagłe podmuchy mamiły uszy, sprawiając, że nie mogła usłyszeć nic. Żadnych odgłosów, żadnych krzyków, żadnych kroków. Nie usłyszała, że wyszli za nią, szukać jej. Że krzyczeli i powtarzali jej imię, że spuścili psy, aby trafiły na jej ślad. Ale śnieg zasypywał każdy możliwy trop. Bolesny mróz nie tylko drażnił policzki, ale również i oczy. Zaburzał możliwość dokładnego widzenia, a jeśli dodać do tego ciemność, jaka wtedy panowała – bo nie można było liczyć nawet na światło Księżyca, bowiem akurat tej nocy był nów – nie widziała prawie nic. Jedynie bezkres jasnego, skrzącego się śniegu. Była jak bezbronna zwierzyna wystawiona na łaskę myśliwego…
Trach!
Zatrzymała się nerwowo.
— Kto tam? – spytała głośno.
Ale nie odpowiedział jej nikt. Zamarła w bezruchu. Co powinnam zrobić? – pomyślała. Nie wiem przecież, co to było. Nie wiem nawet, czy w okolicy jest jakaś zwierzyna. Czy to był wilk…? Nie, nawet wilka przeraziłby tak wielki chłód. Próbując naiwnie uspokoić swoje sumienie, ruszyła powoli w stronę źródła niedawnego hałasu. Ogromną ulgę przyniosła jej świadomość, że wiatr po prostu urwał gałąź, która spadła z drzewa z potwornym trzaskiem i wpadła w zaspę śnieżną.
Odetchnęła głęboko. To dobrze. W okolicy nie było nikogo. Może uda jej się jeszcze znaleźć jakieś domostwo… Zdawało jej się, że z drugiej strony widziała jakieś migoczące światło. I może jej się zdawało, ale usłyszała też szczeknięcie psa. A może to wcale nie był pies…? Nie, to na pewno był pies. Przestań tak myśleć. Wszystko jest w porządku.
Ze spokojem serca odwróciła się – i zachłysnęła się zimnym powietrzem, które nagło wpadło do jej płuc. Był to ostatni oddech, którego zaczerpnęła.
Odtąd nie widział jej już nikt. I nikt nie może wiedzieć, że od tamtej chwili jest jedną z ozdób w pałacu, do którego nikt się nie zapuszcza. Panami na zamku są Władcy Śniegu, których serca zamarzły już dawno temu. Jest to ich kara zesłana przez Boga za nikczemne zbrodnie, jakich się dopuścili. Skazani zostali na wieczne życie bez miłości, w odosobnieniu. Król i Królowa Śniegu zatrzasnęli się w pałacu z lodu, otoczyli śnieżnymi murami i nie wpuszczają tam nikogo ani niczego, co jest żywe i dobre. Każdy, kto przekroczył bramę ich królestwa, już nigdy z niego nie wyszedł. Mawiają, że ich piękny, biały ogród ozdobiony jest lodowymi rzeźbami. Rzeźbami z ludzi, którzy zabłądzili w mroku, w śnieżycy, lub narazili się Władcom Śniegu.
Jednak – dla nich również jest odkupienie. Anioł zesłał im nowinę, iż ich bezkresna męka może się skończyć, jeżeli miłością roztopią lód w swoich sercach. Jednak jak dotąd im się to nie udało… Nie wiadomo nawet, czy chcą, aby to kiedykolwiek nastąpiło. Bo czasami – życie w chłodzie, bez miłości, z dystansu, wydawać się może łatwiejsze i pozbawione bólu…

— Wow… - cichutki szept chłopca przerwał niczym nie zmąconą ciszę.
Od kilkunastu minut w ciemnym pokoju wyczuwało się napiętą atmosferę. Cztery pary dziecięcych oczu przyglądały się kobiecie, której twarz oświetlał pojedynczy płomień świecy – jedynej w tym ogarniętym mrokiem pomieszczeniu.
Kobieta ta mogła budzić zainteresowanie – szczególnie ze względu na swoją nietypową urodę. Miała okrągłą, niemal dziecięcą twarz oraz dziwnie skośne oczy, a na jej buzię opadły kosmyki czarnych włosów, które uwolniły się z ciasnego koka.
Sne, bo tak nazywali ją ludzie, rozejrzała się po twarzach swoich małych słuchaczy. Widziała na nich tak różne emocje – od czystego podekscytowania aż po przerażenie. Nie podobała jej się ani jedna, ani druga skrajność, w jaką popadły dzieci. Pokręciła głową i podniosła się powoli z podłogi, zabierając ze sobą świecę – jedyne źródło światła.
— Już rozumiecie, dlaczego nie wolno pozostawać na dworze po zachodzie słońca? – spytała, siląc się na surowy głos.
Odpowiedziała jej cisza. Czwórka dzieci spuściła głowy i wbijała teraz intensywnie wzrok w deski podłogowe. Rozumieli. Wiedziała to. Czuła. Ale musiała to usłyszeć, inaczej niczego by nie osiągnęła.
— Bo wieczorem nie jest już tam bezpiecznie – usłyszała pełny skruchy głos dziewczynki.
Sne pokiwała głową z powagą, chociaż najchętniej przytuliłaby teraz je wszystkie – ale to mijałoby się z celem, który chciała osiągnąć. Tylko dla ich dobra.
— A więc? Co możecie mi obiecać?
Znów zapadła cisza. Nikt nie odważył się podnieść wzroku na opiekunkę. Nikt nie odważył się również odezwać. Choć – nie. Nikt nie chciał się odezwać, bo nikt nie chciał zrezygnować z dreszczyku emocji, jaki dawało łamanie zasad. I mogła to zrozumieć. Och, naprawdę, rozumiała te dziecięce pragnienia, ten niemalże przymus poznawania tego, co zakazane. Z jakiegoś powodu ludzi zawsze pociągało bardziej to, co było im zabraniane.
Nie przerwała jednak ciszy. A wiedziała, że im dłużej się nie odzywa, tym prędzej któreś z nich zabierze głos. I że usłyszy w końcu to, co usłyszeć musiała. Nie myliła się.
— Że już nie będziemy bawić się na dworze po zachodzie słońca. – Tym razem usłyszała to od chłopca.
Pokiwała z powagą głową. Dopiero teraz negocjacje z małymi terrorystami były zakończone. Dopiero teraz mogła odtrąbić zwycięstwo.
— Bardzo dobrze. I nie łamcie już więcej zasad, dobrze? Wiecie, że nie chcę ich nakładać, ale się o was martwię. Nie chcę, żeby coś wam się stało. Jesteście dla mnie ważni.
Znów cisza. Potrafiła wyczuć ich skruchę w powietrzu. Westchnęła cicho i pokręciła głową.
— A teraz biegiem do łóżek – dodała z uśmiechem słyszalnym w głosie, choć do śmiechu jej nie było.
Dzieci poderwały się z podłogi i raz po raz, powtarzając „dobranoc, Sne!”, wybiegały z kuchni, w której dzisiaj podała im kolację. Słyszała tupoty dziecięcych, małych stópek na schodach i ciche trzaskanie drzwiami na górnym piętrze. Przynajmniej tym razem mogła być o nie spokojna i odetchnąć z ulgą, że już więcej nie musi się dzisiaj martwić.
Nie potrafiła powstrzymać ciężkiego westchnięcia, które wydarło się spomiędzy jej warg. Myślami była już gdzieś indziej, gdy zbierała z niewielkiego stolika cztery talerzyki, które pozostały po kolacji. Następnie zaczęła odstawiać również kubki po herbacie.
— Przesadzasz, Sne.
Męski głos odezwał się tak blisko jej ucha, że niemal podskoczyła i wypuściła z rąk kubek. Wzięła głęboki oddech, odstawiła naczynie i odwróciła się w jego kierunku. Za nią stanął wysoki, postawny mężczyzna, który pomagał opiekunkom w sierocińcu. Najczęściej dbał o to, aby było przy czym się ogrzać i na czym ugotować obiad.
— Wymagam tylko przestrzegania reguł – stwierdziła, sięgając po kolejny kubek, który stanął w kolejce do umycia. Nie dane jej było podnieść ze stołu następnego, gdyż silna, męska dłoń zacisnęła palce na jej delikatnym nadgarstku. Rzuciła mu pełne poirytowania spojrzenie.
— Chciały tylko pobawić się przez chwilę dłużej na dworze. To nic strasznego. Nic im się nie mogło stać.
— Mogło im się stać bardzo dużo – ciągnęła, wyrywając w końcu dłoń z uścisku i odstawiając kolejny brudny kubek. Potem odwróciła się i skrzyżowała ramiona pod biustem, mrużąc gniewnie oczy. – Świat nie jest bezpieczny, szczególnie gdy jesteś samotnym dzieckiem wśród nocy. Mogło im się przydarzyć wszystko.
— Nadal myślisz o nich, prawda?
Sne przygryzła dolną wargę. Wytrącił ją z równowagi. Uderzył w czuły punkt. Uciekła spojrzeniem w bok, a Hansowi odpowiedziała wymowna cisza.
Westchnął głęboko i podszedł bliżej niej. Położył delikatnie dłonie na jej ramionach. Przez materiał sukienki mogła wyczuć, jak ciepłe były. 
— Sne, minęło już pięć lat…
— Byłabym głupia, gdybym nie uczyła się na własnych błędach, Hans.
— To nie były twoje błędy.
— Były. Nie dopilnowałam ich.
— Nie możesz trzymać dzieci pod kloszem.
— Nie trzymam ich.
— Ale zrobiłabyś to, gdybyś mogła, prawda?
Znów odwróciła wzrok. Dlaczego ta rozmowa w ogóle miała miejsce?
— To nie ma znaczenia. Martwię się o te dzieci. Nikt nie martwi się o nie tak, jak ja.
— Nie wątpię. Zawsze je kochałaś i zawsze chciałaś dla nich najlepiej. Ale to, co robisz… Co się stanie, jeśli wrócą zaledwie kilka minut po czasie?
Sne westchnęła głęboko.
— Nie rozumiesz. – Uwolniła się z delikatnego uścisku Hansa i odeszła kawałek dalej. Jej czujne, ciemne oczy wpatrywały się w mrok. Dostrzegały zarysy słoików spiżarni przez otwarte drzwi. – Te kilka minut może uratować człowieka.
— Nie, Sne. – Poczuła, jak podchodzi. Poczuła, jak obejmuje ją powoli, czule od tyłu, jak opiera podbródek na jej barku. Czuła ciepłe łaskotanie jego oddechu na swojej szyi. Czuła subtelne ciepło jego ciała. – One spędziły na zewnątrz prawie cały dzień. Mogły odejść daleko, mogły zgubić się bardzo dawno temu. Za to tym dzieciom nie pozwalasz odejść poza zasięg twojego wzroku, a tuż po zachodzie słońca każesz im natychmiast wracać do domu.
— Są wyziębione.
— Nie, nie są. Mają przerwy w zabawie, na ogrzanie się. Popadasz w paranoję, Sne.
— Nie mogę ich stracić.
— Nie stracisz ich. Pokażesz, że im ufasz i uważasz je za rozsądne istoty.
— Są jeszcze dziećmi…
— Żadne dziecko nie chce, żeby traktować je jak dziecko. Chcą być traktowani poważnie, jak dorośli. One też czują i rozumieją. A przez to, co robisz, pozbawiasz je jakiegokolwiek poczucia odpowiedzialności za własne decyzje.
— Zabawne. Powiedz to samo tym dzieciom, które wyszły z domu i już nigdy nie wróciły. Mam nadzieję, że umierały szczęśliwe, w poczuciu, że były odpowiedzialne za swoją fatalną decyzję oddalenia się od domu.
Cisza. Sne wyczuwała, jak atmosfera między nią a Hansem zaczęła powoli się zmieniać. Czysta troska o nią znikała. Pojawił się dyskomfort. Uraza. I wiedziała już, że przesadziła. Odsuwający się powoli od niej Hans potwierdził tylko jej myśli.
Mimo że na jej usta cisnęły się przeprosiny, nie potrafiła wypowiedzieć ich na głos. Przeszłość, choć tak bardzo odległa, wciąż prześladowała ją. I na jawie, i we śnie. I za wszelką cenę nie chciała się do tego przyznać.
— Chciałem ci powiedzieć, żebyś nie karała ubezwłasnowolnieniem dzieci, którym nie dałaś nawet szansy na wykazanie się odpowiedzialnością. I żebyś przemyślała to jeszcze raz. Zadręczanie się przez kolejne pięć lat niczego ci nie przyniesie. Nie zwróci ci tych dzieci. Nie znajdzie kolejnego sposobu na odnalezienie ich.
Sne skrzywiła się lekko. Pięć lat temu postawili cały sierociniec, wszystkich sąsiadów i wszystkich pobliskich policjantów na nogi, aby ich odnaleźć. Spuszczono psy, aby natrafiły na ich ślad. Trop urwał się na pobliskiej rzece. I choć wszyscy przeczesywali okolicę przez wiele dni, nie udało im się odnaleźć dwóch zbłądzonych dzieci. A ona musiała pogodzić się z ich utratą. Nigdy tego nie zrobiła.
— Wiesz? – odezwała się, zwracając ku niemu swoją twarz. – Wiesz, co radzę swoim dzieciom? Żeby nie próbowały zgrywać mądrych w sprawach, o których nie mają pojęcia. Tobie radzę to samo. Czasami nie wiesz kompletnie, co opowiadasz. Dobrej nocy.
Ciche skrzypnięcie drzwi, kroki na schodach i zapach zimy – to wszystko, co po niej pozostało, gdy odeszła na górę, do dzieci. Hans jeszcze przez moment wpatrywał się w niedomknięte drzwi od kuchni, zanim wyszedł.
Co prawda to nie ona miała dzisiaj wyjść na targ, jednak nie mogła dłużej pozostać w sierocińcu. Przygotowując śniadanie, mijała się co i rusz z Hansem, który za wszelką cenę starał się na nią nie spoglądać. Nie wiedziała, co denerwowało ją bardziej – właśnie to, że zbyt jawnie nie okazywał jej uwagi czy to, że przez ignorowanie jej dawał do zrozumienia, że wie więcej o niej niż ktokolwiek w tej kuchni.
Sne od zawsze była skrytą kobietą. Nie miała przeszłości – nie opowiadała o niej. Jej jedyną rodziną były dzieci z sierocińca i wszyscy jego pracownicy. Mieszkańcy tego jednego budynku byli tym, na czym jej zależało. Inne opiekunki miały własne rodziny – i wracały do mężów, gdy tylko miały taką okazję. Sne mieszkała razem z dziećmi, gotowa na każde ich wezwanie. Prawdopodobnie dlatego to z nią dzieci zżyte były najbardziej. W razie koszmaru sennego zawsze mogły przyjść do niej, aby w jej troskliwych ramionach uświadomić sobie, że nie było czego się bać. W razie wstydliwych sekretów zawsze mogły z nią porozmawiać, spodziewać się rady i dyskrecji. Wiedziały, że można jej ufać i wiedziały, że chce dla nich jak najlepiej. A więc wiedziały też, że gdy Sne czegoś zabraniała, należało tego usłuchać, jeśli nie chciało się jej zawieść.
Co prawda to Abigail miała iść na targ po niezbędne zakupy na dzisiejszą kolację, ale nie mogła spędzić ani chwili dłużej w jednym pomieszczeniu z Hansem. Każda chwila milczenia nie tylko irytowała ją, ale wzmagała wyrzuty sumienia. Zdawała sobie coraz boleśniej sprawę z tego, że potraktowała go zbyt brutalnie. Nie zasługiwał na to. Wyłącznie się o nią troszczył.
Westchnęła nad bukietem serów. Powinna zastanawiać się, który z nich wybrać, tymczasem przed oczami widziała wciąż jego zasmuconą twarz.
Uważała się za dorosłą i odpowiedzialną. Nie potrzebowała długich, wychowawczych rozmów i wyrozumiałości – a za swoje błędy powinna płacić sama i pokutować tak długo, aż nie uspokoi sumienia. I w tym wszystkim zapomniała jedynie o tym, że tą właśnie metodą może się w końcu wykończyć. Hans miał rację, a dzieci nie zasługiwały na brak jej zaufania. A ona powinna pozwolić sobie pomóc i nareszcie wyrzucić z siebie to, co gryzło ją przez długie pięć lat.
Kaja i Gerdy już się nie odnajdzie. Prawdopodobnie zginęli – zamarzli lub ktoś ich uprowadził. A ona zrobiła wszystko, co tylko mogła, aby ich odnaleźć. Była tylko człowiekiem. Jej możliwości były ograniczone. Nie mogła wzrokiem przenikać przez ściany ani przewidywać przyszłości. Gdyby było inaczej – z całą pewnością nie dopuściłaby do takiej sytuacji.
Zdecydowała się wreszcie na konkretny ser i poszła dalej, szukać kolejnego straganu. Gdzieś na samym końcu – gdzie w zasadzie nie było żadnego człowieka, dostrzegła wystawę figurek. Bardzo nietypowych figurek – bo były to figurki wykonane z lodu. Przyglądała się z zaciekawieniem wystawie kolejnych ludzików i domków. Dostrzegła niewielkiego, ale zadziwiająco pięknego aniołka, roztaczającego swoją opiekę nad dwójką malutkich dzieci. Uśmiechnęła się do siebie.
Może Kaj i Gerda jednak znaleźli właśnie takiego anioła. Może znaleźli człowieka, który przygarnął ich do swojego domu i traktował jak własne dzieci. Nie każde niejasne zakończenie musiało mieć tragiczne skutki. A Sne chciała teraz wierzyć, że, gdziekolwiek teraz się znajdują, jest im lepiej niż pod jej opieką.
Oderwała wzrok od małego aniołka, aby przenieść spojrzenie na ogromną lodową figurę. To zadziwiające, że nie zauważyła jej od razu. Była postury normalnego człowieka, ubrana w śnieżną zbroję. Jej twarz była jednak odsłonięta, żołnierz nie zakrył jej całkowicie hełmem. Przyglądała jej się z niemałym zaciekawieniem. Jak utalentowanym trzeba być, aby wykonać coś aż tak cudownego?
Rozejrzała się po okolicy, ale nie dostrzegła żadnego właściciela tych lodowych cudeniek. To dziwne, że właściciel opuścił swój stragan. Z drugiej jednak strony ludzie zdawali się w ogóle nawet nie dostrzegać, że coś takiego rozstawiono na targu. Może uznali, że to zbyt bezużyteczne figury, skoro zaraz po dotarciu do domu rozpuszczą im się w dłoniach? Było to bardzo prawdopodobne, jednak nadal – można było je podziwiać przez samo patrzenie.
Westchnęła cicho. Powinna już wracać. Choć dzieci były pod opieką innych kobiet, trzeba było jeszcze przygotować dla nich ciepłe posiłki. Po zabawie na dworze na pewno będą wychłodzone – trzeba zawołać je do domu. I będzie musiała koniecznie porozmawiać z Hansem. Czasem nawet anioł stróż potrzebował własnego anioła stróża.
Miała już się odwracać, gdy usłyszała ciche skrzypnięcie. Zmarszczyła brwi. Odgłos dochodził ze strony lodowej figury. Czyżby się przesłyszała? Obrzuciła ją zdumionym spojrzeniem, ale nie dostrzegła w niej niczego podejrzanego. Wzruszyła więc ramionami i odwróciła się, aby odejść – wtedy jednak poczuła ciarki na plecach. Ktoś na nią patrzył. Nie widziała tego, ale podświadomie czuła czyjś wzrok na sobie.
Ostrożnie odwróciła się raz jeszcze, lecz poza figurą śnieżną nie było tutaj nikogo więcej. Zaczyna wpadać już w jakąś paranoję. Im szybciej oddali się do domu, tym lepiej – i bezpieczniej dla niej. Ruszyła więc szybko w drogę powrotną do domu – lecz natychmiast zatrzymała się, z sercem bijącym jak szalone.
Słyszała za sobą kroki. Teraz była już stuprocentowo pewna. Ten, kto na nią patrzył, teraz za nią szedł. I zatrzymał się tuż za nią. Nie powinna tego robić, każda krztyna zdrowego rozsądku krzyczała, aby biegła czym prędzej przed siebie, w stronę ludzi, w stronę bezpiecznego miejsca – ale odwróciła się.
Krzyk nie wyrwał się z jej gardła – nie zdążył. Oczy zaszły śnieżną mgłą, zanim osunęła się bezwiednie, bez przytomności. Nie zdążyła paść całkowicie w śnieg – zimne ramiona objęły ją i podniosły. A ona, otulona futrem, spoczywała za moment w lodowych saniach.
Cisza, jaka panowała w pomieszczeniu, była tak nienaturalna, jak niezręczna. Skromna kolacja na stole pozostawała nietknięta przez dzieci, które kuliły się na krzesłach i pustymi spojrzeniami patrzyły we własne talerze. Nikt jednak nie był zainteresowany jedzeniem, mimo iż jedna z opiekunek serdecznie do tego zachęcała.
Każde z nich zbyt boleśnie odczuwało wiszącą w powietrzu katastrofę. Każde z nich czekało na choćby znak, że uda się jej uniknąć. Minuty ciągnęły się nieubłaganie. Każda z nich przeistaczała się w wieczność. Napięcie wzrastało z każdą sekundą, a chodzący w tę i z powrotem Hans nie poprawiał sytuacji.
To niemożliwe, żeby uciekła. Nie ona, nie Sne, dla której dzieci były całym sensem istnienia. Niemożliwe, żeby po prostu skorzystała z okazji i odeszła, dosłownie dzień po tym, jak wykrzykiwała mu, jak bardzo jej na nich zależy. To nie było w jej stylu, nigdy by tego nie zrobiła.
Z drugiej jednak strony życie przekonywało go, że nigdy tak naprawdę człowieka się nie zna. Ktoś, kto zachowuje się podejrzanie, może okazywać się nadzwyczaj ciepłą i bezbronną osobą – a ktoś, kto jest cichy i niepozorny nagle robi rzeczy, jakich nikt nigdy się nie spodziewał…
Ale nie Sne. Nigdy by ich nie zostawiła. To nie miało sensu. Po co miałaby się poświęcać, aby pewnego dnia po prostu zniknąć.
Choć była to zdecydowanie lepsza wymówka niż wszystkie pozostałe, jakich nie dopuszczał do swojego umysłu. Bo to oznaczało, że jeśli nie odeszła dobrowolnie – ktoś ją do tego zmusił. Zdecydowanie wolał, aby unieszczęśliwiła dzieci dla własnego szczęścia – ale byłaby bezpieczna.
Drzwi nagle otworzyły się i stanęła w nich młoda, zmarznięta kobieta. Z ust Hansa wydarło się ciche westchnięcie podszyte rozczarowaniem. Abigail.
— Targ już się zwinął – odparła, gdy zamknęła drzwi i zbliżyła się do ciepłego kominka, aby się rozgrzać. – Nie zdążyłam spytać nikogo. Ale znalazłam to.
Jasnowłosa dziewczyna odwróciła się do wszystkich zgromadzonych i pokazała im lekko uszkodzony, pusty koszyk, z jakim wyszła dzisiejszego ranka Sne. Cisza nabrała na intensywności, gdy każdy z nich wstrzymał oddech. Dzieci spojrzały z przerażeniem na siebie. To oczywiste, że wiedziały już, że stało się coś bardzo niedobrego.
Jednak pierwszy z miejsca ruszył się Hans. Wziął od Abigail koszyk bez słowa i ruszył w stronę drzwi. Czuł na sobie spojrzenie wszystkich kobiet i dzieci. Chwycił bez słowa za klamkę i jeszcze nim te zamknęły się za nim, rzucił wystarczająco wyraźnie, aby każdy usłyszał:
— Znajdę ją.
Zimno. Jest mi tak strasznie zimno.
Sne skuliła się pod śnieżnobiałym futrem, przyciskając kolana do klatki piersiowej i otulając się jedynym źródłem ciepła w tym pokoju. Nawet łóżko, na którym leżała, było twarde i chłodne, jakby zrobione z lodu.
Jak długo tutaj jestem?
Zdawało się, że leżała tutaj już strasznie długo. A jeśli do tego doliczyć również czas, w którym pozostawała nieprzytomna… Jak długo więc już tutaj leżała? Czego od niej chcieli? I przede wszystkim – kim byli ci, którzy ją uprowadzili?
Zaszczękała zębami i otuliła się futrem jeszcze ciaśniej. Ale to nie pomagało. Przeraźliwy chłód nie przemijał, paraliżował jej ciało, a ona zaczynała tracić czucie w palcach u stóp i rąk. Jeśli będzie dłużej tkwiła w bezruchu, zamarznie. Jakim cudem ktokolwiek jest w stanie się tutaj ukrywać?
Otworzyła oczy. Widziała jeszcze niewyraźnie i nieostro, ale potrafiła dostrzec białe ściany – jakby zrobione ze śniegu. Nie. To po prostu był biały kamień. I… podłoga również zabarwiona była lśniącą bielą. Ciekawe, z czego jest wykonana? Gdzieś w rogu dostrzegła szafę – również białą. Ciekawe, czy również wykonana była ze śnie… Sne, przestań. To tylko i wyłącznie drewno. I dziwne upodobanie do bieli…
Zwróciła w końcu wzrok na okno. Przez cienką warstwę lodu… to znaczy, przez szybę, przebijały się ostatnie promienie zachodzącego słońca.
Czy spałam jednak tak krótko, czy to już następny dzień?
Usłyszała ciche pukanie do drzwi i zadygotała jeszcze mocniej na całym ciele. Nie odezwała się ani nie odwróciła, ani na sekundę. Czuła, jak serce zaczyna łomotać w jej piersi ze strachu. Ktokolwiek to jest, niech sobie pójdzie.
Odejdź stąd. Błagam, zostaw mnie. Daj mi przemyśleć, jak mogę stąd uciec. Daj mi choć chwilę na zastanowienie się…
— Prze-przepraszam…?
Czy porywacz powinien mieć cichutki, nieśmiały, kobiecy głosik?
Drzwi nie skrzypnęły, ale za moment usłyszała stukot maleńkich obcasów, a potem cichy szczęk. Ktoś stawiał coś przy jej łóżku. To brzmiało jak… taca z jedzeniem? Jak to możliwe? Czy sobie tego tylko nie wyobraziła?
Za moment poczuła na sobie czyjś wzrok. Kobieta, która tu weszła, przyglądała jej się uważnie. Czy wyczekiwała jakiegoś sygnału życia? Czy odejdzie, jeśli się nie odwrócę? Czy nie przestanie, dopóki nie zwrócę na nią swojej uwagi?
Sne zacisnęła powieki – i to był błąd.
Kobieta wydała z siebie ciche westchnienie ulgi.
— Nie śpi już pani…
Pani?
— Przyniosłam pani kolację i coś ciepłego, żeby pani nie zamarzła. – Sne w tym momencie uniosła powiekę, słuchając jej jakby uważniej. – Nie wiem, czy to pani pomoże, ale Jej Wysokość twierdzi, że tak… I chciałaby panią zobaczyć dziś wieczorem.
Jej Wysokość?
— Gdzie… ja jestem? – szepnęła Sne. Na nic więcej nie było jej stać. Dostrzegła parę buchającą z jej ust. Skoro jest w zamku… dlaczego jest tutaj aż tak zimno?
— Proszę się nie martwić. Teraz jest już pani bezpieczna.
Sne zmarszczyła brwi. Bezpieczna?
Powoli odwróciła głowę, a później zmusiła również swoje zziębnięte, obolałe ciało do siadu. Nie przyszło jej to z łatwością. Zdawało się, że nogi nie chcą się zginać, a dłonie pieką przez potworne zimno. Otuliła się szczelniej futrem i podniosła wzrok na kobietę. W tym momencie ją zatkało.
Wyglądała jak figura z lodu. Miała niemal przezroczystą skórę, białe włosy i białą, długą sukienkę z gorsetem. Tęczówki jej oczu również były białe, a na rzęsach osadził się szron. Wyglądała pięknie i przerażająco jednocześnie. A jeszcze bardziej przerażające było w tym wszystkim to, że ta lodowa figura… ruszała się i mówiła.
Jej oddech przyspieszył momentalnie. Miała ochotę krzyczeć, błagać o pomoc – ale nie potrafiła wydrzeć z siebie ani słowa, nie mogła nawet się ruszyć. W jakim przerażającym koszmarze ona się właśnie znalazła…?
— Nie, proszę się nie bać! – Na twarzy lodowej figury widać było panikę. – Nic pani nie zrobię!
— Jakim cudem ty żyjesz?!…
Lodowa pokojówka rzuciła jej takie spojrzenie, jakby Sne właśnie ją uraziła. Grymas zaraz jednak zniknął z jej niemal przezroczystej twarzy. Kobieta westchnęła. Z jej ust nie wydobyła się żadna para. Ona naprawdę jest z lodu…
— Przepraszam, to mój pierwszy dzień i nie jestem pewna czy to ja powinnam wszystko tłumaczyć. Król i Królowa do tej pory nie potrzebowali służących…
Dwór bez służby…?
— …do tej pory wszystkim zajmowali się żołnierze…
Gotujący żołnierz. Interesujące.
— Powstałam, aby pani służyć i dotrzymywać towarzystwa. Dlatego proszę dać mi znać, jak tylko będzie pani gotowa na spotkanie z królową. Proszę wypić kakao.
Lodowa pokojówka oddaliła się i zamknęła za sobą delikatnie drzwi. Sne znów została sama, zastanawiając się, czy to nie jest jakiś okropny koszmar, który igrał właśnie z jej wyobraźnią. Nie powinna była opowiadać poprzedniej nocy dzieciom bajki o Władcach Śniegu…
Władcach Śniegu
Spojrzała na białe ściany. Spojrzała na śnieżnobiałą szafę. Spojrzała na ziębiące, twarde łóżko. Spojrzała na cienką szybę w oknie. To nie był kamień. To nie był twardy materac. To nie była szyba… To było… To wszystko było…
Niemożliwe! To było niemożliwe!
Podciągnęła kolana pod brodę, dygocąc nadal na całym ciele. Jakim sposobem mogła znaleźć się w zamku z krainy, która przecież nie istnieje? Tę bajkę zaczęto opowiadać kilka lat temu, żeby postraszyć dzieci, które za późno wracały do domu. To niemożliwe, żeby Władcy Śniegu istnieli naprawdę. To nie może być…
Nie wiedzieć czemu, do jej oczu zaczęły napływać łzy. Rozproszyła je kilkoma mrugnięciami. Teraz to ona czuła się jak bezradne, zagubione dziecko po tym, jak nie usłuchała swojej troskliwej opiekunki.
Dlaczego ją to spotyka?…
W dodatku było tu tak zimno… Teraz, kiedy zaczęła się bać, zdawało się, jakby powietrze stało się jeszcze chłodniejsze niż dotychczas. Musi się rozgrzać, jeśli chce przeżyć i stąd uciec. Musi…
Spojrzała w stronę tacki. Były na niej pierniczki polane czekoladą i ciepłe, parujące kakao. Gdy dotknęła kubka, okazało się, że nie jest wykonany z lodu. To prawdziwy kubek, taki, jak znała ze swojego świata. A tacka nie była lodowa, choć pozostawała zimna – wykonano ją ze srebra.
Może nie wszystko tutaj jest nienormalne. Może coś tutaj ma jakiś sens…
Upiła łyk parującego kakao. Ciepło, które rozlało się po całym jej ciele, było wręcz grzeszną przyjemnością. Nareszcie poczuła się lepiej. Nareszcie czuła, jak wraca do niej spokój. A wraz z nią – nadzieja.
Nie umrze tutaj. Wróci do domu. Dowie się, o co tutaj chodzi, a potem znajdzie sposób, aby się stąd wydostać. Ten lodowy, nienormalny pałac nie będzie jej grobem.
— Sne!
— Sne!
— Sne, gdzie jesteś?!
— Panienko Sne!
W mroku błyskały raz po raz światła lamp. Wycie i szczekanie psów sprawiało, że zaciekawieni i zmartwieni mieszkańcy okolicy wyglądali przez okna. Ci, którzy mieli siłę, dołączali do poszukiwań. Wszyscy przeszukali już teren targu. Psy złapały ślad zaginionej – a teraz wszyscy skupili się przy rzece. Chodzili w tę i z powrotem, szukając jakichkolwiek śladów, ale niczego nie było. Śnieg zasypywał wszystko, co mogło tutaj się znaleźć.
Hans patrzył z rosnącym coraz bardziej niepokojem w dal. W tamte rejony nikt się nie zapuszczał przez głupią legendę, jaką ludzie stworzyli sobie jakieś cztery lata temu. Nikt tam nie pójdzie – a on nie może ich zmusić. I tak zrobili już bardzo dużo, gdy wykazali się dobrą wolą i chęcią pomocy.
Jak w przypadku zaginięcia Kaja i Gerdy…
Ale wtedy nikt nie bał się przekroczyć rzeki. Z tym, że poszukiwania nawet tam spełzły na niczym.
Czy i tym razem ma być tak samo?
Psy krążyły w kółko, z nosami wetkniętymi w zaspy śniegu. Nie mogą nic znaleźć. Ślad urwał się i przepadł. Na nic już mu się tutaj nie przydadzą.
Czy to miał być koniec poszukiwań? Czy miała przepaść, jak dziesiątki innych młodych dziewcząt? Bóg sam jeden raczył wiedzieć, co w tym momencie się z nią działo. Mimo że wieś była spokojna, uprowadzić młodą, piękną kobietę mógł w zasadzie każdy. Sama myśl, co z nią mogło się teraz dziać, co z nią w tym momencie mógł robić ten człowiek, mroziła krew w jego żyłach.
Nie mógł pozwolić jej zginąć. Musi ją odnaleźć. Jak mógł być taki głupi, żeby puścić ją na ten targ!
— Zawracajcie! – krzyknął do najbliższego mężczyzny, który bezradnie patrzył na psa. Hans starał się przekrzyczeć świszczący, porywisty wiatr. – To nic nie da!
— Jeszcze jej nie znaleźliśmy! Nie poddamy się!
— Przekroczyła rzekę! Ślad się urwał!
— Chcesz ją tak zostawić?!
— Nie ma mowy! – Hans spojrzał na drugi brzeg rzeki. Zmarszczył brwi. Teraz już się nie wahał. Pójdzie tam, choćby i sam miał zginąć. – Znajdę ją – dodał ciszej.
Zabrał ze sobą koc i z latarnią w dłoni wszedł do lodowatej wody. Zacisnął zęby – lecz żywioł nie mógł go powstrzymać.
Cokolwiek się z tobą dzieje, nie pozwolę cię skrzywdzić. Znajdę cię.
Przez moment wpatrywała się w pusty talerzyk po pierniczkach. Również po kakao nie zostało już śladu. To zadziwiające, że chłód może być rozproszony przez… jedzenie i ciepły napój. Nigdy się nad tym nie zastanawiała, ale teraz, siedząc pod futrem, przy pustej tacce z kolacją, jaką otrzymała, czuła się o wiele lepiej, o wiele przytomniej i – o dziwo – o wiele bezpieczniej.
Bo nie daliby jedzenia osobie, którą chcieliby po prostu zabić. Prawda?
Jej Wysokość chciałaby panią zobaczyć dziś wieczorem…
Jej Wysokość…
Dlaczego to wszystko tak bardzo nie ma sensu? Złóżmy fakty. Poszła na targ zamiast Abigail, żeby zrobić zakupy na kolację. Po drodze oglądała lodowe figurki, a potem chciała wrócić do domu, tylko ktoś za nią szedł. A ostatnie, co pamięta, to chmara białego pyłu, mnóstwo płatków śniegu i przerażające zimno…
A teraz obudziła się tutaj. W lodowym pałacu, przywitana przez lodową pokojówkę kolacją, która lodowa nie była. Przygotowano jedzenie tak, aby choć trochę się nim rozgrzała. I teraz słyszy, że chce się z nią zobaczyć jakaś królowa. Królowa lodowego pałacu. O co tu w ogóle chodzi?
Spojrzała w stronę okna. Słońce już zaszło. Zapadł już mrok. Wczoraj o tej porze sama ganiła swoje dzieci za wrócenie do domu po zachodzie słońca i wykłócała się z Hansem, że to tylko i wyłącznie z troski, że są zasady, których nie należy łamać. Tymczasem sama nie wróciła do domu.
Ciekawe, czy ktoś jej w ogóle szuka…
Usłyszała ciche stukanie do drzwi i podniosła wzrok. Otuliła się szczelniej futrem, jakby w obawie, że ciepło, które właśnie ją wypełniło, nagle ucieknie, a ona zamarznie na śmierć w tej dziwnej, lodowej krainie, gdzie nic nie było logiczne.
Drzwi się uchyliły, a do pomieszczenia zajrzała ta sama pokojówka, która przyniosła jej kolację. Omiotła spojrzeniem cały pokój, po czym jej wzrok zatrzymał się na pustej tacy. Jej wargi wykrzywił uśmiech ulgi. Pewnie spodziewała się, że Sne będzie bardziej nieufna i nie ruszy jedzenia. Pewnie by była, gdyby nie ten przeraźliwy chłód i jeszcze bardziej przeraźliwy głód…
— Cieszę się, że pani zjadła. – Lodowa laleczka uznała to najwidoczniej za oznakę zaufania. Spojrzała znów na Sne. – Jest pani w takim razie gotowa spotkać się z królową?
— Nie mam pojęcia, czego ona może ode mnie chcieć. – Sne ze zdumieniem odkryła, że nawet jej głos zaczął brzmieć już normalnie. – Niczym jej się nie naraziłam. Dlaczego mnie porwaliście?
— Proszę za mną. Już na panią czeka.
Sne westchnęła. Czy ta lodowa pokojówka w ogóle jej słuchała? Czy w ogóle rozumiała to, co do niej mówiła? Przez moment mierzyła ją badawczym spojrzeniem, ale wywnioskowała z jej twarzy, że nie dowie się niczego więcej. Nie ma wyjścia. Musi posłuchać jej polecenia.
Dlatego wstała. Sne została wypuszczona przodem. Za nią zamknęły się drzwi, a wtedy pokojówka ruszyła przed nią. Obie kobiety szły w mroku – mimo to wszystko było bardzo widoczne. Biel śniegu i prześwitujący gdzieniegdzie lód sprawiły, że nie trzeba było stosować tutaj nawet żadnych lamp czy pochodni.
Mimo swojego niezaprzeczalnego uroku, korytarze zamku zdawały się potwornie smutne. Nie widać było żadnych dekoracji, żadnych – nawet lodowych – kwiatów, żadnych obrazów. Tylko same puste, lodowe ściany i przemykający gdzieniegdzie żołnierze.
Czy po zamku powinni aż tak swobodnie poruszać się żołnierze?…
Razem z Lodową Laleczką, jak postanowiła ją nazywać Sne, zeszły po schodach. Sne musiała uważać na każdy swój krok, aby czasem nie stracić równowagi i się nie poobijać. Lodowa Laleczka najwidoczniej była stworzona do życia pośród takich warunków – jej krok był pewny, jakby nic nie mogło zachwiać jej równowagi.
Zatrzymała się dopiero przy wielkich, ośnieżonych drzwiach, których strzegli dwaj lodowi żołnierze. Niemalże identyczni jak ten, którego widziała na targu – z tym tylko wyjątkiem, że ich twarze były osłonięte.
— Dalej nie będę pani już potrzebna – odezwała się Lodowa Laleczka, posłała Sne delikatny uśmiech i dygnęła przed nią, po czym pospiesznie oddaliła się w tylko sobie znanym kierunku.
Sne tymczasem spojrzała na śnieżne drzwi. Została z nimi – i dwoma strażnikami – sama. Co powinna zrobić? Zapukać? Zapytać żołnierza, czy może wyjść? Czy może skorzystać z okazji i po prostu uciec?… Zerknęła na postawnych strażników. Każdy z nich u boku miał jakąś broń. Jeśli bardzo zależało im na tym, aby w zamku pozostała – zatrzymaliby ją bardzo szybko. A zważywszy na to, że posadzka zrobiona została z lodu, a ona musiałaby biec…
Nie miała żadnych szans. Musi dowiedzieć się tego, czego ta dziwna królowa tego dziwnego zamku od niej chce. A potem, jak już wpadnie w kłopoty po uszy, będzie myślała o ucieczce.
O ile przeżyje.
Otuliła się szczelniej futrem i postawiła kilka chwiejnych kroków w stronę drzwi. O dziwo – nie musiała nic robić ani nic mówić. Strażnicy odeszli z jej drogi, a drzwi same otworzyły się przed nią, ukazując wnętrze ogromnej komnaty.
To była chyba… sala tronowa. Przez środek prowadził śnieżny dywan. Lodowe, bogato zdobione kolumny podtrzymywały sklepienie, a na drugim końcu komnaty, u szczytu niewielkich stopni, stały dwa trony. I to one o wiele bardziej przykuły jej uwagę niż osoba, która znajdowała się obok nich.
Dopiero po chwili, gdy zbliżała się niespiesznie, dostrzegła ją. Ze zdumieniem patrzyła na jej delikatną, niewielką posturę, na śnieżnobiałą sukienkę, którą na sobie miała. Wyglądała jak laleczka – z tą tylko różnicą, że ta laleczka naprawdę była żywa. Jej skóra była blada, niemal sina – ale nie była skorupą lodu.
Sne zmarszczyła brwi. Coś tutaj nie grało. Ta osoba była zbyt niska, nie była dorosła. To… to była królowa? Przecież to zaledwie kilkuletnia dziewczynka ubrana w piękną, śnieżnobiałą suknię…
Dziewczynka zeszła ostrożnie ze stopni, a Sne przystanęła. Widziała ją teraz bardzo dokładnie. Widziała każdy zarys, każdy kontur jej maleńkiej twarzyczki. Widziała wyniosłe spojrzenie, jakim ją obdarowywała. Widziała drobniutką posturę i pewny krok.
I, do stu diabłów, poznałaby ją wszędzie.
— Gerda…
Nie wierzyła. To nie mogła być ona. Po tym, jak pięć lat temu zaginęła, jak pięć lat temu nie zdołała jej upilnować i straciła nadzieję, że kiedykolwiek odnajdzie ją ponownie – ona stała tutaj. Przed nią. W długiej, śnieżnobiałej sukni, piękna jak laleczka z porcelany i patrzyła na nią pewnie, jakby miała przed sobą nie kogoś starszego, a kogoś, kogo uważała za równego sobie.
Stała i patrzyła, jak Sne uginają się kolana, jak opada na chłodną i twardą posadzkę. Teraz ich wzrok był niemal na równi. Sne poczuła, że jej serce zamiera, a ona zapomina, jak powinno się oddychać.
To była Gerda. To była naprawdę ona. Po pięciu latach – znalazła ją. Po pięciu latach okazało się, że ona żyje i znalazła schronienie. Żyje. Jest cała i zdrowa. Nic się jej nie stało! Dobry Boże!…
— Cieszę się, że jesteś – powiedziała dziewczynka, choć żaden fragment jej twarzy nie wskazywał na radość.
To było jak bolesne ukłucie prosto w serce. Jej Gerda tak się nie zachowywała. Jej Gerda zawsze była ciepłą, serdeczną, troskliwą dziewczynką. Sne kochała patrzeć na jej rozpromienioną uśmiechem twarz.
Co się stało, że przestałaś się uśmiechać?
Sne wyciągnęła w jej kierunku ramiona. Gerda zmarszczyła brwi i spojrzała na nie nieufnie. Przez moment, z niezwykłą uwagą i zachowaniem najwyższej czujności, przyglądała się klęczącej i oczekującej Sne. Odpowiedziała dopiero wtedy, gdy ramiona kobiety prawie opadły.
Jej skóra była lodowata. Sne zadrżała pod wpływem delikatnego i krótkiego uścisku, jakim Gerda ją obdarowała. To było… dziwne. Coś podszeptywało jej, że coś jest tutaj bardzo nie w porządku. Coś jest tak, jak nie powinno być. I nie chodziło o cały lodowy pałac, o powrót zaginionego dziecka i o to, że jego skóra była lodowata, pozbawiona naturalnego ciepła, które nosi w sobie każdy człowiek. Coś tutaj jeszcze było nie tak…
— Pewnie masz wiele pytań – znów pierwsza odezwała się Gerda. Minęła Sne beznamiętnie, jakby miała przed sobą pokornego poddanego, któremu faktycznie może pokazać swoją nadrzędność. Kobieta zmarszczyła brwi jeszcze bardziej i wstała. Natychmiast naciągnęła na siebie mocniej futro, które na moment opadło z jej ramion. – Co się z nami stało, jak tutaj trafiliśmy. Dlaczego ty tu jesteś. – Gerda nie brzmiała jak ledwie kilkuletnie dziecko. Brzmiała jak dorosła, świadoma życia kobieta. Dlaczego? – I obiecuję ci, że dowiesz się wszystkiego. Ale nie ode mnie.
— Dlacze…?
— Ja wyszłam jedynie, aby cię tutaj przywitać. To będzie twój nowy dom.
Sne mrugnęła, całkowicie zdezorientowana. Znów zaczęło robić jej się przeraźliwie zimno. 
— Nic nie rozumiem – westchnęła w końcu. – Gerdo, wytłumacz mi, co tutaj się w zasadzie dzieje? Szukaliśmy was przez pięć lat!…
— Więc tyle czasu już minęło. – W głosie dziewczynki Sne usłyszała głębokie zadumanie. Czuła, że z sekundy na sekundę rozumiała coraz mniej. I miała coraz gorsze przeczucia.
Gerda odwróciła się do niej niespodziewanie. Spojrzenie, jakim ją obdarzyła, było tak zimne i beznamiętne, że aż ją zabolało. Gdzie jest moja Gerda…? Co się stało z moją Gerdą…?
— To ja kazałam cię uprowadzić.
Sne nie potrafiła ukryć zdziwienia, które zastąpiło zmartwienie i ból. Odpowiedź, która miała być dla niej wyjaśnieniem, sprawiła, że miała coraz więcej pytań. Każde pozostawało bez odpowiedzi.
— Od jakiegoś czasu Kaj nie czuje się najlepiej. – Dobry Boże, Kaj żyje! – Męczą go wspomnienia z dawnych czasów. Dlatego posłałam po ciebie, żeby więcej się już nie zadręczał. Byłaś jego najszczęśliwszym wspomnieniem. – Gerda westchnęła cicho i zwiesiła głowę. – Martwię się o niego.
— Przecież… mogliście wrócić do domu. Nikt by was nie wyrzucił. Czekaliśmy na was!
— Tu jest nasz dom. – Gerda spojrzała na nią, jakby zupełnie nie rozumiała, o czym mówi. – Dokąd mielibyśmy wracać? Cały czas jesteśmy w domu.
Sne zamrugała. Przycisnęła do swojego ciała futro mocniej. Czy jej się zdawało, czy teraz zrobiło się tutaj przeraźliwie zimno?…
— W każdym razie wierzę, że teraz wszystko będzie w porządku. Gdy tutaj jesteś. Zaopiekujesz się nim, prawda? Sprawisz, żeby poczuł się lepiej?
Sne patrzyła na nią bez zrozumienia. Nie miała pojęcia, czego Gerda od niej oczekiwała. Nie miała pojęcia, co działo się z Kajem. Nie miała nadal pojęcia, o co w tym wszystkim chodzi.
Jedyne, co rozumiała – to dlaczego padło akurat na nią. Była jedyną opiekunką, która była zawsze tuż obok. Która kołysała do snu, gdy przyśnił się koszmar i która opowiadała przyjemne bajki na dobranoc. Zastępowała im matkę – taki był cel jej pracy w sierocińcu. Dzieci przywiązywały się do niej, bo dostawały to, czego najbardziej im brakowało.
Miłość.
Czy i tobie, Kaju, w tym zimnym pałacu brakuje miłości?
Sne westchnęła głęboko i zamknęła na moment oczy. Nie mogła tutaj zostać. Inne dzieci również jej potrzebowały. Ale jeśli z czasem uda jej się nakłonić Gerdę i Kaja do powrotu… Może jeszcze wszystko będzie po staremu…
— Zrobię co w mojej mocy, Gerdo. Obiecuję.
Możliwe, że tylko jej się zdawało, ale w kącikach oczu dziewczynki zamigotał uśmiech.
— Kaj ostatnio wraca bardzo późno. Z pewnością zobaczycie się nad ranem. Jeszcze nie wie o tym, że do nas przyjechałaś. Będziesz dla niego niespodzianką. Jeżeli czegoś będzie ci potrzeba, proś o to swoją służącą. Zadba o to, żebyś nie zmarzła. Tymczasem wyśpij się dobrze.
To było zabawne, słyszeć własne opiekuńcze słowa z ust swojej podopiecznej. To zabawne, jak dzieci szybko przyswajały zachowania dorosłych. Jak szybko dorastały.
Sne ruszyła w stronę wyjścia z sali tronowej. Chwilę później usłyszała zza swoich pleców:
— Cieszę się, że się nie zmieniłaś.
Sne odwróciła się i zamarła. Już rozumiała, co tutaj było nie tak.
Przez te pięć lat Gerda nie postarzała się ani o jeden dzień.
Dlaczego tu jest tak cholernie zimno?!
Chociaż jedną ręką otulał się kocem, gdy w drugiej trzymał latarnię – nic to nie dawało. Surowy, zimny wiatr szarpał jego lichym okryciem, jakby dawał mu do zrozumienia, że nikt go tutaj nie chce. Że ma zawracać czym prędzej, jeżeli życie jest mu miłe – lub jeżeli ma jeszcze odrobinę zdrowego rozsądku w głowie.
Problem leżał w tym, że – nie miał. Nie, jeśli chodziło o Sne, którą obiecał przyprowadzić do domu – całą i zdrową. Teraz było to dla niego punktem honoru. I nie było nawet mowy, żeby nie dotrzymał obietnicy. Nie ma nawet mowy, że śmierć zabierze go z tego świata, zanim nie odstawi Sne bezpiecznie do domu.
Potem może umierać. Ale nie teraz.
Co to za zapomniane przez Boga miejsce?!
Był zły. Nie, był wściekły. Na siebie, na swoją bezradność i na to, że poprzedniego wieczoru dał jej odejść, a potem przez cały poranek ją ignorował. Czego on od niej, do cholery, oczekiwał? Przecież martwiła się o te dzieci. To ona była ich opiekunką, nie on, a jej troska była całkowicie uzasadniona. Szczególnie po tym, jak obarczyła się winą za zniknięcie dwóch jej małych podopiecznych.
Cholera, Hans! Dlaczego musisz być taki beznadziejny?!
Miał ochotę krzyczeć. Tylko to mogłoby dać chwilowy upust jego emocjom i pozwoliłoby mu spokojnie myśleć. Mógłby choć na chwilę wygrzebać się z dzikiej furii i wyrzutów sumienia, które zaślepiały jego umysł.
Cholera! W którą stronę on w ogóle powinien pójść?
Usłyszał nagle kroki. Ktoś się zbliżał. Nie – coś się zbliżało. Brzmiało jak… koń. Koń biegł w dzikim galopie, gdzieś niedaleko niego. Jeśli to był koń – musiał być też i jeździec. Podniósł wyżej latarnię i rozejrzał się.
Po chwili dostrzegł nie konia, a – o dziwo – renifera, który ciągnął za sobą ogromne, białe sanie. Nie one przykuły jego uwagę a osoba, która siedziała w środku.
To był… chłopiec. Mały, kilkuletni chłopiec. Sam. W ogromnych saniach.
Przejechał obok niego, kompletnie nie zwracając uwagi na mężczyznę z latarnią w dłoni. Hans zamrugał kilkakrotnie. Czy to możliwe? Czy jemu się to nie przywidziało..?
Z drugiej strony – czy miał lepszą perspektywę?
Przyspieszył kroku, brnąc przez śnieg po śladach, które zostawiły sanie.
— Hej! Zaczekaj!
Nie liczyła, jak często Lodowa Laleczka zaglądała do jej sypialni, by zadbać o to, aby Sne było ciepło. Wiedziała tylko, że za każdym razem mogła sięgnąć po ciepłe kakao i rozgrzać się. Było to potrzebne, bo odkąd tylko wyszła ze spotkania z Gerdą, ogarnął ją przeraźliwy chłód i niepokój. Wciąż miała wrażenie, że coś tutaj jest bardzo nie w porządku. Bardziej niż sam fakt, że dwójka zaginionych przed pięciu laty jednak żyje, ma się dobrze i znaleźli sobie dom w lodowym pałacu.
Jakim cudem wytrzymywali to przeraźliwe zimno? Skąd wzięły się te wszystkie lodowe figury? Dlaczego przez te pięć lat Gerda nie zmieniła się na twarzy ani odrobinę? Powinna być już dziewczynką wchodzącą w wiek nastoletni. Tymczasem wyglądała dokładnie tak, jak Sne ją zapamiętała.
Nie spała dobrze tej nocy. Były to raczej krótkie drzemki z długimi przerwami. Wrażenie, że stało się tutaj coś bardzo złego nie pozwalało jej uśpić swojej czujności na dłużej niż kilkanaście, może kilkadziesiąt minut.
I Kaj. Co się działo z Kajem?
Pierwsze promienie słońca zaczęły wpadać do komnaty, którą jej oddano. Sne zbliżyła się do okna, nieustannie z futrem na ramionach i kubkiem ciepłego kakao w dłoniach. Było tak wiele pytań i nikogo, kto by chciał na nie odpowiedzieć. Wiedziała tylko, że musi się spotkać z Kajem i zrozumieć, dlaczego nie wrócili do domu, skoro przecież żyli.
Tu jest nasz dom. Dokąd mielibyśmy wracać? Cały czas jesteśmy w domu.
Sne zmarszczyła brwi. Czyżby zapomnieli, którędy wrócić? Czy stało się coś, co sprawiło, że stracili kompletnie pamięć o swojej przeszłości?… Tylko jeżeli tak – dlaczego pamiętają ją?
Z okna w swojej komnacie miała idealny obraz na bezkres bieli przed pałacem – i ogromne, śnieżne mury. Nie był to najbardziej interesujący widok, jednak w chwili obecnej, gdy ogromne, śnieżne wrota otworzyły się, a przez nie przejechały sanie ciągnięte przez coś, co wyglądało na – żywego – renifera, poczuła, jak wzbiera w niej ciekawość. Zbliżyła się jeszcze do okna i niemal przyciskając nos do cieniutkiej tafli lodu przyjrzała się dokładniej komuś, kto właśnie przekroczył teren pałacu.
Widziała delikatny zarys niewielkiej sylwetki w białym stroju – i jasne, rozczochrane włosy. W saniach siedział chłopiec. Nie miała już wątpliwości, kto to jest. Kaj. Kaj wrócił! Odetchnęła z ulgą, nagle poczuła, jak spływa na nią nieopisane szczęście. Postawiła kubek z niedopitym napojem na tacce, a następnie czym prędzej wybiegła z komnaty.
Nie znała jeszcze odpowiedniej drogi, dlatego wpadała często w nieodpowiednie korytarze, zanim dopadła do drzwi frontowych. Gdy zbiegła po ostatnich lodowych stopniach na dwór, Kaj już wysiadał z sań, a obok niego stał lodowy mężczyzna, gotowy zająć się zwierzęciem. Sne przycisnęła mocniej do swojego ciała okrycie.
— Kaju!
Kaj odwrócił się do niej powoli. Na swojej młodej, dziecięcej twarzy wymalowane miał ogromne zdziwienie i niedowierzanie, które jedynie pogłębiło się, gdy dostrzegł, kto go woła. Jego sine wargi zadrżały, nim wyszeptał:
— Sne?
Kobieta zbliżyła się czym prędzej, ukucnęła przed chłopcem i wyciągnęła do niego ramiona. Chwila zawahania była zdecydowanie krótsza niż u Gerdy – niemal natychmiast wpadł w jej objęcia, w których zamknęła go na dłuższą chwilę.
Jej Kaj się nie zmienił. Cokolwiek stało się z Gerdą, z nim było wszystko w porządku. Wciąż był kochającym, miłym chłopcem, który znajdował bezpieczeństwo właśnie w ramionach swojej opiekunki. Zignorowała zupełnie fakt, że jego skóra była lodowata – zamykała go we własnym uścisku i głaskała czule po jasnych włosach.
— Tęskniłam za tobą… - szepnęła mu do ucha, jeszcze przez moment oddychając spokojniej.
Przez jej ciało przebiegł zimny dreszcz, gdy Kajowi nagle ugięły się kolana, a on osunął się bezwiednie. Nie pozwoliła mu upaść, lecz z jego ust wydarł się cichy jęk bólu. Odsunęła się na moment, choć wciąż trzymała jego ramiona i patrzyła na niego z niepokojem.
— Co się dzieje? – szepnęła.
— Nic… nic… - Kaj otrząsnął się po chwili, zacisnął powieki i stanął już pewniej na nogach. Po chwili spojrzał na nią tak, jakby za wszelką cenę silił się na chłodny gest, ale nie potrafił tego zrobić. – Wszystko jest w porządku.
— Jesteś chory, Kaju, przecież widzę.
— Nic mi nie jest. – Tym razem jego głos był twardy i nieustępliwy, co sprawiło, że troskliwy uścisk Sne rozluźnił się, a ona patrzyła na niego z mieszanką troski, oburzenia i strachu. Kaj spojrzał w końcu na nią i westchnął cicho. – Ostatnio tak się zdarza. Przechodzi samo.
— Jesteś pewny, że nie trzeba się tym jakoś zająć?
— Samo przechodzi, więc to nie jest ważne. Ale jak ty…? – w tym momencie przeniósł wzrok na balkon. Sne również spojrzała w tamtym kierunku. Gerda patrzyła na nich z góry przez moment, nim się nie odwróciła i nie odeszła. – No tak… Pewnie myślała, że będziesz umiała mi pomóc.
— Na pewno spróbuję – dodała z uśmiechem Sne. – Ale najpierw musisz mi odpowiedzieć na kilka pytań.
— Ty mi również – odparł wojowniczo Kaj. – Jakim cudem cię znalazła?
Sne na moment zamilkła, wpatrując się w miejsce, w którym jeszcze przed momentem stała Gerda. Czy Kajowi spodoba się to, co mogła mu powiedzieć? Zdawał się tak zupełnie inny od swojej siostry…
— Myślę, że to pytanie musisz zadać Gerdzie.
— Nie wiesz, jak tutaj przyjechałaś? – Kaj zdziwił się.
— Wiem, że to ona nie może się doczekać, żeby powiedzieć ci, jak mnie znalazła. A teraz musisz mi koniecznie opowiedzieć wszystko, co się z wami działo. Znasz jakieś ciekawe miejsce, gdzie możemy iść?
Kaj zawahał się, nim odpowiedział:
— Ogród. Chodźmy do ogrodu.
Powinna zacząć śmiać się sama z siebie. Co ona sobie w ogóle wyobrażała? Bo co, bo lodowy zamek i ludzie w białych ubraniach, to znaczy, że wszystko jest idealnie jak w głupiej legendzie, którą dorośli straszą swoje nieposłuszne dzieci? W tym momencie miała ochotę zaśmiać się głośno sama z siebie. Ależ ty jesteś głupia, Sne!
Zamkowy ogród był piękny. Nie było w nich żadnych roślin, jednak lodowe i śnieżne figury, fontanna z zamrożoną wodą, ławeczki i przyprószone śniegiem ścieżki sprawiały wrażenie, że jest to obraz nieba. Czystego, pięknego nieba, w którym nareszcie można odpocząć po trudach życia. Coś tak niesamowitego…
— Wyglądasz na zaskoczoną – zauważył Kaj.
Sne przeniosła na niego swój wzrok i tym razem zaśmiała się już na głos.
— Zastanawiam się po prostu, kto z nas jest teraz dorosły. Przez moment myślałam, że znalazłam się w lodowym pałacu z głupiej legendy.
— Legendy? – Kaj uniósł brwi.
— Cóż… po waszym zaginięciu powstała legenda, którą dorośli lubią opowiadać dzieciom. Mówi o tym, że nieopodal wybudowany jest pałac z lodu, w którym żyją Władcy Śniegu. Ludzi, którzy zapuszczają się na ich tereny, zamieniają w lodowe figury i stawiają w ogrodzie swojego pałacu.
— To bez sensu. Dlaczego ktokolwiek miałby coś takiego robić komukolwiek?
— Mówią, że za swoje złe uczynki zostali ukarani wiecznym życiem bez miłości. Że ich serca zamarzły, a oni nie znają litości. Dlatego tak wszyscy się ich boją, bo nie mają szans nawet na wybłaganie łaski.
— Zamarzły im serca? – Kaj błądził spojrzeniem gdzieś po okolicy; Sne wiedziała, że jego myśli na moment gdzieś uleciały. Że jest nieobecny. – Ciekawe… Ty uwierzyłaś w tę historię?
Gdyby nie chłód i fakt, że policzki Sne były już zaczerwienione, mogłaby przysiąc, że zarumieniła się. Dobry Boże. Kilkuletnie dziecko mnie zawstydza. Tu zdecydowanie nic nie jest normalne.
— Przez chwilę tak pomyślałam.
— Może miałaś rację?
Pytanie Kaja zawisło w powietrzu, chwilowo bez odpowiedzi. Przebijało się dziwnie boleśnie do świadomości Sne, powodując, że w jej głowie zaczęło pojawiać się jeszcze więcej pytań, a jak dotąd prawie żadne z nich nie zostało wyjaśnione.
Może miałaś rację? Nie mogła zrozumieć, czy w tym momencie pyta ją o to jak najbardziej poważnie czy postanowił zadrwić z jej naiwności. Z tym tylko, że drwina z niej nie leżała w charakterze Kaja. Z drugiej jednak strony, może jej się tylko wydawało, że Kaj pozostał starym, kochanym Kajem…?
— Można nas tak w zasadzie nazwać – kontynuował po dłuższej i niezręcznej ciszy, jaka zapadła między nimi. – Władcami Śniegu. To my wybudowaliśmy ten zamek.
— Wy…?
— Stał się naszym jedynym schronieniem. Tylko zaczął przyciągać zbyt wielu ciekawskich. Dlatego stworzyliśmy grube mury i armię strażników, którzy pilnują naszego spokoju. Teraz wszystko jest idealnie.
— Ale… jak? W jaki sposób? Przecież… jak jeden dorosły człowiek może wybudować sam zamek z lodu?… A wy przecież jesteście jeszcze dziećmi…
— To nie było trudne, Sne. Przecież potrafimy podporządkować sobie śnieg i lód.
— Po-potraficie…?
— Jasne. Kto byłby w stanie stworzyć chodzącego lodowego człowieka?
Sne zamarła. Gdyby tylko jej myśli wróciły na pierwotny, trzeźwy tor, zapewne zaczęłaby choćby próbować połączyć jakoś elementy rozsypanej układanki… Ale w tym momencie czuła się zagubiona. Zagrożona. Jakby wszystko, co do tej pory znała, właśnie przepadło, a ona została umieszczona w miejscu, gdzie wszystko było wbrew znanej jej do tej pory logice.
Kaj posłał jej lekki, ciepły uśmiech.
— Pamiętasz, jak kiedyś wspólnie lepiliśmy bałwana?
Sne lekko skinęła głową, będąc jeszcze w zbyt wielkim szoku, aby wypowiedzieć choćby jedno słowo.
Kaj natomiast skinął nadgarstkiem. Śnieg zaczął formować się w trzy niewielkie kulki, a kilka lodowych brył zastąpiło guziczki i oczy. Sne wpatrywała się ze zdumieniem w to, co właśnie zobaczyła. To dziecko, jej najmilszy, kochany Kaj, właśnie sprawił, że śnieg sam z siebie ulepił bałwana…
Sne opadła na pobliską, zimną ławkę i wpatrywała się z niedowierzaniem w śnieżną figurę.
— Jak…? – wydarło się tylko z jej ust.
Kaj usiadł obok niej. Po jego twarzy ciężko było wyczytać cokolwiek sensownego. Czy czuł satysfakcję? A może był zdumiony reakcją swojej opiekunki?
— Zawsze to potrafiliśmy – powiedział. Jego głos już nie wyrażał tak wielkiej pewności, jak jego mina. Czuł się odrobinę zagubiony w sytuacji.
— Nie. Nieprawda. Wiem, że nie!
— Odkąd tylko obudziliśmy się z Gerdą przy lesie. Byliśmy prawie całkowicie zasypani śniegiem.
Sne spojrzała na niego uważnie. Czy to było to, co zdarzyło się pięć lat temu…?
— Nie wiem, jakim sposobem udało nam się przeżyć – mówił dalej Kaj. – Myśleliśmy, że zamarzniemy. Albo rozszarpią nas wilki. I nie mieliśmy pojęcia, dokąd mamy iść. Wpadliśmy w panikę i przypadkiem odkryliśmy, że oboje potrafimy zmusić śnieg i lód do posłuszeństwa. A nawet potrafimy sami go tworzyć. Już wtedy zrozumieliśmy, że nasz dom jest tam, gdzie sami wybierzemy sobie miejsce. – Spojrzał na swoje niemal sine dłonie ułożone na kolanach. – Zawsze chciałem, żeby była bezpieczna. Zawsze chciałem ją chronić. Dlatego wymyśliliśmy, że naszym domem będzie zamek.
— Dlaczego nie wróciliście do domu? – Sne przysunęła się bliżej chłopca.
— Tu jest nasz dom. – Kaj spojrzał na nią bez zrozumienia. Patrzył na nią dokładnie tak samo, jak Gerda poprzedniego wieczora. Co się z nimi stało?… – Gdzie indziej mielibyśmy pójść?
— Do mnie! Do… Pamiętasz, gdzie mieszkaliście wcześniej?
Kaj patrzył na nią nieobecnym spojrzeniem. Za moment westchnął głęboko i spuścił głowę.
— Pamiętam tylko to, co ci opowiedziałem. Że obudziliśmy się, zasypani śniegiem.
— I nic więcej?
— Nie…
— Jak to możliwe…?
— Pamiętałem jeszcze tylko ciebie.
Sne wyprostowała się, patrząc na niego z coraz większym zdumieniem. Tylko ją…?
— Gerda o tobie nie pamiętała. Nie miała pojęcia, o kim ja mówię. Nie rozumiałem, jak może nie pamiętać Sne. Przecież razem przychodziliśmy do ciebie, gdy potrzebowaliśmy pomocy. Byłaś zawsze obok, zawsze nam pomagałaś. Nie pamiętam nic więcej oprócz ciebie. I twojej uśmiechniętej twarzy. I tego, jak bawiliśmy się w śniegu, jak rzucaliśmy kij psu, jak pozwalałaś nam pomagać sobie w gotowaniu. I tego jak bardzo cię k… jak bardzo cię k…
Patrzyła na niego ze zdumieniem. Jej oczy zaczęły zachodzić łzami. Mrugnęła kilka razy, aby je rozproszyć, ale nie zdołała. Po policzkach popłynęły pierwsze łzy, a ona po raz kolejny chwyciła Kaja w objęcia, przytulając mocno do siebie. Kaj drżał w jej ramionach. Jego oddech był nierówny i niepewny. Sne pogładziła delikatnie jego plecy, składając czuły pocałunek na jego skroni.
— Ja również cię kocham, Kaju. Nigdy nie przestałam zastanawiać się, co się z tobą dzieje. Nigdy nie potrafiłam sobie wybaczyć, że nie potrafiłam was uratować… To moja wina… - Jej cichy głos przerodził się w szept. – To moja wina…
Przytuliła bok swojej twarzy do głowy chłopca. Kilka jej łez skapnęło na jego jasne włosy.
W tym momencie Kaj zadrżał nagle. Jego mięśnie napięły się, a on przez kilka sekund próbował zdusić krzyk bólu, jaki usiłował wyrwać się z jego gardła. Odsunął się od Sne i przycisnął dłonie do klatki piersiowej, opuszczając głowę.
— Kaju…!
Ból minął. Kaj nabierał kolejne oddechy, każdy z nich dłuższy, każdy z nich spokojniejszy. Ból minął…
— Wracajmy do zamku – odezwała się Sne. – Musisz się położyć. Czujesz się źle.
— Nie… - Kaj położył dłoń na dłoni Sne. Czy jej się zdawało, czy jego ręka stała się cieplejsza?… – Gerda nie może się dowiedzieć. Proszę, zostań tutaj ze mną. Wszystko będzie dobrze. Potrzebuję tylko… chwili…
— Dlaczego tak się dzieje?
— Nie wiem… - Chłopiec szeptał, a wzrok wbijał wciąż w bezkres bieli pod swoimi stopami. – Nie wiem…
— Chodź do mnie.
Sne wyciągnęła w jego stronę ramię, a on nie zawahał się tym razem. Przysunął się bliżej i wtulił się w nią, zamykając swoje oczy.
Czy jesteś tutaj szczęśliwy, Kaju? Wyglądasz na tak bardzo smutnego. Jakby w twoim życiu brakowało czegoś bardzo ważnego. Czy sam wiesz, co to jest, tylko nie chcesz mi o tym powiedzieć?…
— Sne?
Kobieta zwróciła swoją głowę w jego stronę.
— Powiedz mi, dlaczego się rozdzieliliśmy? Porzuciłaś nas?…
— Nawet tak nie mów – odezwała się od razu. Westchnęła głęboko i ona również zamknęła swoje oczy. – Nigdy bym was nie porzuciła. Ale to moja wina, że tak się stało… Ty i Gerda bawiliście się tego dnia na dworze. Jak wszystkie dzieci, uwielbialiście śnieg, dlatego pozwoliłam wam pójść pozjeżdżać na sankach na pobliskiej górce. Kazałam wam tylko wrócić na kolację. Ale… nie wróciliście. Zaczęliśmy was szukać. Ja. Hans. Wszystkie inne opiekunki. Nawet sąsiedzi i policjanci. Ale nigdy was nie znaleźliśmy. Wasz ślad urwał się na rzece i choć staraliśmy się szukać też poza nią… mogliście pójść wtedy wszędzie. Mógł was ktoś porwać. Mogliście już nie żyć… A ja musiałam pogodzić się z myślą, że prawdopodobnie nigdy więcej was już nie zobaczę…
— Ale zobaczyłaś – wszedł jej w słowo Kaj. Podniósł głowę i spojrzał na nią. – I żyjemy.
— Tak… Choć nie wiem jakim cudem… Tak, i tak bardzo się cieszę…
Na moment znów zapanowała między nimi cisza. Ta jednak nie była niezręczna, nie sprawiała, że miało ochotę się ją przerwać. Podczas tej ciszy myśli miały szansę się wyklarować, a słowa niewypowiedziane trafić do swoich niedoszłych odbiorców. Sne z czułością gładziła Kaja po włosach. Jego oddech był już spokojny i miarowy. Jego oczy wciąż pozostawały zamknięte. Wyglądał tak, jakby spał, choć Sne wiedziała, że tak nie było.
Z czym się zmagasz, Kaju? I dlaczego nie chcesz mi o tym powiedzieć?
— Mówiłaś, że szukały nas też opiekunki – odezwał się nareszcie chłopiec, choć nie otworzył oczu, aby na nią spojrzeć. Wargi Sne rozciągnęły się w lekkim uśmiechu.
— Tak. Mieszkaliście w sierocińcu. Ja byłam jedną z waszych opiekunek. Zostawałam z wami na noc, żeby wam pomóc, gdybyście czegoś potrzebowali. Byliśmy jedną wielką rodziną stworzoną z tych, którzy nie mają przeszłości. Ja też jej nie miałam. Dlatego staraliśmy się tworzyć nowe wspomnienia. Żałuję, że się zatarły…
— Przypomnij mi je – poprosił cicho. – Chcę je pamiętać.
— Cóż… w zasadzie wiele z nich już pamiętasz. Razem z Gerdą uwielbialiście zjeżdżać na sankach. A jeszcze większą radość wam sprawiało zjeżdżanie z górki bez sanek. Zawsze śmialiście się ze mnie pod nosem, kiedy wracaliście cali biali, a ja musiałam otrzepywać wasze kurtki i cerować płaszcze. Myśleliście, że tego nie widziałam. Lubiliście wtedy mnie przedrzeźniać. A potem znowu szliście na sanki, żeby wytarzać się w śniegu. – Sne zaśmiała się cicho. – Choć najgorzej było, gdy razem z innymi szliście na bitwę na śnieżki. Czasami któreś z was wracało z podbitym okiem. Kto by przypuszczał, że dzieci mogą mieć tak dużo siły!
Spojrzała na Kaja. Uśmiechał się delikatnie, gdy mówiła i gładziła z czułością kosmyki jego włosów.
— Ale najlepszą frajdę mieliście, kiedy co roku odwiedzał was Mikołaj.
— Mikołaj? – Kaj uniósł brwi.
— Ależ tak. W czerwonym ubraniu, z workiem na plecach i każdy z was dostawał prezenty. A przedtem cały dzień ganialiście się z jemiołą w rękach. Na tych, którzy się zagapili, krzyczeliście „zakochana para”! Na święta nikt z was nie wychodził z domu, ale wciąż bawiliśmy się świetnie. Gerda lubiła laleczki i książki z rysunkami. Ty wolałeś drewniane figurki żołnierzy. Raz nawet wyściskałeś i wycałowałeś Mikołaja! Przyrzekam, zarumienił się potwornie!
— To nie był Mikołaj tylko Hans w przebraniu.
— Ach, tak? – Sne uniosła brwi i spojrzała na niego ze zdumieniem, choć nie tracąc humoru. Przypomniał sobie!
— Widziałem raz jak poprawiałaś mu brodę w spiżarni.
— No proszę!
— A potem udawaliście, że Hans poszedł szukać Mikołaja i wtedy nagle zjawiał się sam Mikołaj. Hans zawsze wracał, gdy Mikołaj już sobie poszedł.
— Nie miałam pojęcia, że taki z ciebie bystrzak!
Oboje zaśmiali się cicho. Sne poczuła nieopisaną lekkość. Jej Kaj. Jej Kaj właśnie do niej wracał!
Chłopiec jednak westchnął niespodziewanie.
— Mikołaj już nas nie odwiedza.
— To poważne przeoczenie. Musicie napisać do niego skargę.
— Skarg nie przyjmuje się od niegrzecznych dzieci.
— Nie potrafię sobie wyobrazić, żebyście ty i Gerda byli niegrzeczni.
Za swoje złe uczynki zostali ukarani wiecznym życiem bez mi... - Kaj na moment przerwał i westchnął z poirytowaniem, po czym kontynuował: - Ich serca zamarzły, a oni nie znają litości.
Sne na moment zamarła i nie spostrzegła nawet, jak chłopiec odsunął się od niej. To były dokładnie jej słowa na temat tej idiotycznej legendy. Dlaczego je przytoczył?…
— Czy to właśnie się stało…?
— Nie wiem. – Kaj westchnął głęboko. Znów posmutniał. Sne poczuła ukłucie żalu w sercu. – Ale tylko to pasuje do wyjaśnienia, dlaczego to wszystko się dzieje. Zostaliśmy ukarani, bo cię nie posłuchaliśmy. Gdybyśmy wrócili na czas…
— Nie wiesz, co się wtedy stało, ani dlaczego nie wróciliście. Ja też nie wiem. Nie osądzaj się sam, Kaju. – Sne przysunęła się bliżej niego. Jego ręka drgnęła nerwowo, co dało jej jasny sygnał, że chłopiec chce zachować dystans. Jeszcze. Dlatego nie zrobiła ani jednego kroku dalej. – Nie jesteś złym chłopcem. Zgubiłeś się, to prawda. Ale już jesteś przy mnie. Teraz nic złego nie może ci się stać. Potrzebujesz tylko miłości. Dlatego wróć ze mną, Kaju. Wróć do domu…
— Tu jest mój dom.
— To nie jest twój prawdziwy dom. Ani Gerdy. Wróćcie ze mną, oboje. Potrzebujemy was, tak jak wy potrzebujecie nas. Jesteśmy rodziną.
— Gerda nigdy się na to nie zgodzi.
— Dlaczego?
— Nie chce wracać. Uważa, że ludzie nas nie chcieli, dlatego zostaliśmy sami. A teraz my nie potrzebujemy nikogo. Nie chciała nawet ciebie, ale pewnie pomyślała, że sprawiła mi tym tak wielką przykrość i jednak po ciebie posłała…
— Dlaczego tak bardzo stronicie od ludzi, Kaju? Dlaczego nie pozwalacie pokochać się na nowo?
— Bo nie potrzebujemy tego.
— Bzdura! Nikt nie chce być samotny! Ty również, wiem to! Dlatego daj mi szansę, Kaju. Daj mi szansę naprawić swój błąd, którego obiecuję już nigdy nie popełnić. Proszę.
Kaj spojrzał na nią z pewnym zawahaniem. Sne przygryzła dolną wargę. Dlaczego przekonanie drugiej osoby, aby pozwoliła obdarzyć się miłością, musiało być takie trudne? Dlaczego ludzie zamykają się przed najpiękniejszym uczuciem, jakie istniało na świecie? Pozwól mi, Kaju. Pozwól mi cię chronić. Pokaż mi, że twoje serce nie zamarzło.
Jakby na zawołanie, ręka chłopca drgnęła i przysunęła się bliżej Sne. Wstrzymała oddech. Boże… Czy to naprawdę…? Czy naprawdę uda mi się ciebie odzyskać…?
Kaj jednak zaraz syknął, skrzywił się z bólu i zgiął się w pół. Sne teraz była przerażona śmiertelnie. Nie miała pojęcia, co się z nim działo, ale cokolwiek to było – musiał teraz leżeć. A potem, gdy znajdzie się już w bezpiecznym miejscu, zastanowi się, jak może mu pomóc.
Wyjdziemy stąd żywi i zdrowi. Wszyscy. Cała nasza trójka.
— To jej wina! To przez nią chorujesz!
Odkąd tylko przekroczyła próg zamku wraz z Kajem, odebrano jej go. Zaniesiono na górę, do jakiejś komnaty, a ją poproszono, aby wróciła do siebie i nie przeszkadzała.
I faktycznie, początkowo miała zamiar posłuchać polecenia wydanego przez jakiegoś żołnierza. Zaraz potem zdała sobie jednak sprawę, że nie jest przecież w stanie usiedzieć w miejscu, mając świadomość, że jej Kaj teraz gdzieś się męczy, nie wie sama, co z nim jest – a ona siedzi prawdopodobnie pół zamku dalej i czeka. Tylko na co?
Dlatego tak szybko, jak do komnaty weszła, tak z niej wyszła. Nie znała w ogóle rozplanowania tego pałacu, dlatego błądziła dobre kilka, może nawet kilkanaście minut, zanim dotarła do komnaty, z której słyszała podniesiony głos.
Gerda była zdenerwowana. Gerda była w pomieszczeniu z Kajem. I krzyczała. 
— Zaczęło się zanim tutaj przyjechała. Wymyśliłaś to sobie.
— Nie kłam! Nie jestem ani głupia, ani ślepa! Odkąd tylko przyjechała, pogorszyło ci się trzy razy bardziej niż podczas ostatniego miesiąca. To od niej to wszystko się zaczęło, prawda? Odkąd tylko sobie o niej przypomniałeś.
Zapadła cisza. Sne zamarła przy drzwiach do komnaty, nie wiedząc, co o tym wszystkim sądzić.
Dawniej po prostu weszłaby i rozsadziła zwaśnione rodzeństwo po kątach. Ale tutaj nie miała już nad nimi takiej władzy. Wiedziała, że nie było nawet szansy, aby Gerda ją posłuchała. Dlatego stała przed drzwiami – jak dzieciak podsłuchujący kłótnię rodziców, i czekała na przebieg spraw, z nadzieją, że wszystko się ułoży.
Jaki ten świat jest pokręcony.
— Tak myślałam – prychnęła Gerda. – Już więcej ci się nie pogorszy. Nie zobaczysz jej.
— Co chcesz z nią zrobić? – słyszała w głosie Kaja panikę.
— Wyrzucę ją.
— Wróci, znajdzie drogę.
— Więc ją zabiję!
Ponownie zapadła cisza. Sne otuliła się szczelniej futrem, którego nie zdjęła ani na moment w lodowym pałacu. Zdawało się, że atmosfera jakby zgęstniała i zrobiło się tutaj jeszcze chłodniej.
Jak dziecko może mówić tak pewnym głosem, że pozbawi kogoś życia?…
Usłyszała stukot maleńkich obcasów na lodowej posadzce.
— Nie możesz tego zrobić!
— Mogę i właśnie dlatego wychodzę.
— Jest dla nas ważna!
— Jest ważna dla ciebie! I spójrz, co z tobą zrobiła! Jeśli ona umrze, ty przeżyjesz. Nie zamierzam się zawahać. Przeżyliśmy tyle czasu tylko dlatego, że trzymaliśmy się razem! Ona nas nie rozdzieli tylko dlatego, że sobie o niej przypomniałeś! Lepiej dla ciebie, żebyś wyparł ją ze swojej pamięci. Jutro już nie będzie czego pamiętać.
— Gerdo! Nie możesz! Znienawidzę cię, jeśli to zrobisz!
Zapadła kolejna cisza. Atmosfera gęstniała coraz bardziej. Sne zatrzęsła się – i nie miała pojęcia czy z zimna, czy ze strachu. Miała jeszcze szansę uciec. Ale nie może uciec bez Kaja. Nie może go tutaj zostawić, skoro chciał – wiedziała, że miał zamiar – z nią wrócić.
— Więc zostanie jedną z nas. Zamienię ją w lodową figurę.
— Nie żartuj. Nie robimy tego na ludziach…
— Nie żartuję. To, że nie robimy, nie oznacza, że tego nie zrobimy. Odpoczywaj, Kaju. Jutro poczujesz się już lepiej.
Sne znów usłyszała stukot obcasów i przycisnęła się do lodowej ściany, kuląc ze strachu i zimna. To już nie była jej Gerda. To był jakiś… potwór. W tej skorupie dziewczynki nie pozostał już ani jeden ślad po osobie, którą niegdyś była.
Przesunęła się bliżej drzwi, a gdy te się otworzyły, zniknęła spoza zasięgu jej wzroku. Ale i tak nie zatrzymała się – jej krok był pewny. Gerda doskonale wiedziała, dokąd zmierzała. Nie wiedziała jednak jeszcze, że nie znajdzie tam tej, której szuka.
Sne natomiast złapała za klamkę i wsunęła się do środka komnaty Kaja. Chłopiec podniósł na nią swój zdziwiony wzrok. Siedział na lodowym łóżku, jakby miał zamiar wstać. Sne podbiegła do niego i przyklęknęła przy łóżku.
— Chce cię zamrozić… - wyszeptał jako pierwszy.
— Wiem.
— Nie możesz tutaj zostać…
— Wiem.
— Uciekaj stąd!
— Uciekniemy razem. Kaju, nie protestuj. Ona cię tutaj zabije. Nie mogę sobie wyobrazić, że zmieniła się tak bardzo i nie mogę sobie wybaczyć, że cię do tego nakłaniam, ale uciekaj od niej. To już nie jest twoja siostra. To jest potwór, który stracił serce!…
— Ale jestem wszystkim, na czym jej zależy. Nie mogę pójść bez niej.
— A czy ona poszłaby z tobą? Czy jeśli jej powiesz, że chcesz wrócić do domu, zgodzi się?
Odpowiedziała jej cisza. Kaj wpatrywał się intensywnie w podłogę. Jego sine wargi zadrgały bezradnie i wykrzywiły się w grymasie bólu. W końcu spojrzał na Sne. Widziała, że podjął już decyzję.
— Ukryj się w stajni. Przyjdę tam po zachodzie słońca. Nie znajdą cię tam.
Sne pokiwała szybko głową, ucałowała czoło chłopca, po czym podniosła się i odwróciła. Czym prędzej wybiegła z komnaty – a potem z zamku, do stajni. Gdziekolwiek ona się znajdowała. 
Było tak, jak zdążyła się domyślić. Gerda postawiła prawdopodobnie na nogi cały zamek, byleby tylko ją znaleźć. Stajnię mijano już kilkakrotnie, kilkakrotnie do niej zaglądało. Ona jednak schowała się za stertą siana dla jakiegoś renifera, który był na tyle gościnny, żeby przyjąć uciekiniera w swoje skromne progi i go nie wydać.
Nie wiedziała, ile tutaj siedziała. Drżała na całym ciele i w tym momencie marzyła tylko o tym, żeby przestano jej szukać i aby renifer się położył. Każde dodatkowe ciepło było jak najbardziej w tym momencie wskazane. W dodatku do tego wszystkiego dochodził strach…
Kaj był w bardzo złym stanie. Ledwie mógł chodzić. Co, jeżeli go złapią? Co, jeżeli złapie go Gerda i domyśli się, co wspólnie uknuli? Czy wtedy ciche prośby brata ją przekonają? Czy będzie w stanie zabić człowieka z zimną krwią? Człowieka, którego kiedyś podobnież tak mocno kochała?…
Och, Gerdo… Jak to się stało, że zatraciłaś swoją dobroć? Jak to się stało, że nie potrafisz dopuścić do siebie żadnego obcego ciepła, że zamknęłaś się z daleka od ludzi i, więżąc tutaj brata, wmówiłaś mu, że wszystko jest w porządku? Czy naprawdę stałaś się aż takim potworem?
Ale podświadomie czuła, że to wszystko było dla jego dobra. Gerda chciała go chronić. Na jakiś własny, pokręcony sposób nadal go kochała. A więc – czy nie było i dla niej nadziei?…
Może gdyby mieli więcej czasu, żeby podjąć decyzję… Może gdyby mogła zatrzymać się tutaj na dłużej, odbudować z nią relację – może wtedy dałaby się przekonać, że powrót do domu i otoczenie się miłością to najlepsze, co może zrobić – i dla siebie, i dla brata.
Ale nie było tyle czasu, a Kaj czuł się tutaj coraz gorzej. Musiała go stąd zabrać. Natychmiast. Gdy tylko zajdzie słońce…
Dlaczego ten dzień trwał tak długo?
Oparła na moment głowę o ściankę i zamknęła oczy. Otuliła się szczelniej swoim przybrudzonym już futrem. Jeszcze chwila… Jeszcze tylko chwila… Już niebawem, już niebawem będzie mogła stąd uciec. Z dzieckiem, które zgubiła pięć lat temu. Już nie pozwoli, aby kiedykolwiek przytrafiła mu się krzywda…
Obudziło ją ciche skrzypnięcie drzwi. Do środka ktoś wszedł. Znów żołnierz? Nie. Zauważyłaby wtedy jego ogromną posturę. Czyżby… tym razem była to sama Gerda…?
— Sne…?
Odetchnęła z ulgą. To był Kaj.
— Jestem tutaj – powiedziała cicho, gdy wstawała z miejsca, po czym zamarła. Kaj ledwie trzymał się na nogach. Wyglądał tak, jakby za moment miał dosłownie zemdleć. Sne czym prędzej podeszła do niego i przykucnęła przed nim. – Nie ma mowy, żebyśmy wyszli stąd pieszo. Nie dasz rady iść.
— Dlatego kazałem ci przyjść tutaj. Weźmiemy… któregoś renifera.
Sne spojrzała ze zdumieniem. Nigdy nie pomyślałaby, że Kaj jest aż tak błyskotliwym chłopcem. Uśmiechnęła się i odetchnęła z ulgą. Mogła teraz być odrobinę spokojniejsza.
Odwróciła się w stronę zwierzęcia. Wpierw pomogła wsiąść Kajowi, następnie usiadła sama na jego grzebie. Teraz dopiero ogarnęła ją panika. Nigdy nie kierowała żadnym koniem, ani tym bardziej reniferem. Jak powinna to robić?…
Kaj cmoknął, a renifer ruszył jak na zawołanie. Powoli i ostrożnie wychodzili ze stajni. Była szansa, że nikt ich nie zauważy…
— Tam są!
Cholera!
— Ruszaj! – sama nie wiedziała, dlaczego i kiedy to krzyknęła, lecz renifer natychmiast przyspieszył kroku i ruszył wprost do bramy murów, jakby doskonale rozumiał całą sytuację.
Był jednak problem. Brama była zamknięta.
Kaj zadrżał mocno, ale uniósł rękę. Jednym skinieniem sprawił, że brama otworzyła się przed nimi. Sne odetchnęła z ulgą. Uciekną stąd!
Przekroczyli linię murów i pędzili przed siebie przez bezkres bieli. Sne oddychała głęboko, szczęśliwa, że im się udało. Udało im się! Wracają do domu! Wraca do domu z Kajem!
Dopiero teraz dostrzegła, że Kaj drży. Do tej pory zdawał się zupełnie niewrażliwy na zimno. Teraz jednak drżał.
Objęła go czule i zamknęła w swoich ramionach. Coś było tutaj bardzo nie w porządku. Jego skóra, wcześniej niemal lodowata, teraz zdawała się nabierać ciepła. Po czole chłopca spływały krople potu, zupełnie jakby powrót do normalności kosztował go zdecydowanie zbyt wiele.
Wtuliła jego głowę w piersi i zamknęła na moment oczy.
Trzymaj się. Już niedaleko.
O ile… o ile nie zabłądzą po drodze.
— Hej! Heeej! Zatrzymaj się!
Sne spowolniła renifera. Znała ten głos. To był… Hans!
Zwróciła renifera w jego stronę i podjechała do niego. Nie mogła uwierzyć własnym oczom. To był naprawdę on!
— Sne?! Jakim cudem ty… Czy to jest…?
— Nie mamy czasu. Jest z nim źle. Wsiadaj, poprowadź nas do domu!
Hansowi nie trzeba było tego powtarzać dwa razy. Wskoczył na grzbiet renifera i popędził go. Sne zamknęła szczelniej w swoich ramionach Kaja, który teraz zdawał się zupełnie rozpalony. Jakim cudem stało się tak, że z paraliżującego chłodu jego skóra przeszła do temperatury wręcz gorączkowej?
— Sne… - wyszeptał.
Spojrzała na jego twarz. Znów nabrała kolorów. Znów nabrała rumieńców. Jego usta, popękane, nie były już sine. Wracał do zdrowia, a jednak czuła, że go traci. Czuła, że go traci…
— Ja… nie sądzę… że dam radę…
Zabolało ją to. Momentalnie ogarnęła ją panika. Jest z nim coraz gorzej. Dlaczego? Dlaczego?! Są przecież tak blisko!
— Nie. Nie! Wszystko będzie dobrze. Za moment będziemy w domu. Tam się wykurujesz. Zobaczysz! Tylko, błagam, nie zasypiaj.
— Jest mi… zimno… - szeptał. Jego powieki powoli opadły. – Tak bardzo zimno… To… dziwne…
— Za moment cię rozgrzejemy. Jeszcze wszystko będzie dobrze. Tylko nie odchodź ode mnie. Nie zostawiaj mnie, dobrze? Kaju! Obiecaj mi to!
Przez długą chwilę nie dawał znaku życia. Panika wzrastała coraz bardziej. Czuła, jak napina się jej każdy mięsień ciała, a do oczu zaczynają napływać łzy. To nie może być…
Ale w chwili, w której zaczęła tracić nadzieję, Kaj skinął głową. Odetchnęła z ulgą i przycisnęła wargi do jego skroni.
Wszystko będzie dobrze, Kaju. Jeszcze wszystko się ułoży, zobaczysz. Za tydzień będziemy się jeszcze z tego śmiać. Więc wszystko będzie dobrze… Sne…
Przecięli rzekę. Byli już tak strasznie blisko. Jeszcze tylko trochę…
— Pamiętam… - usłyszała cichy głosik chłopca. Spojrzała na niego ze zdumieniem. – Niedaleko był piekarz… który co sobotę robił wystawę. Razem z Gerdą podbieraliśmy mu pierniczki. Nigdy ci o tym nie mówiliśmy… bo baliśmy się, że nas skarcisz… I każesz przepraszać… A on był taki okropny… i… gruby…
Sne zaśmiała się nerwowo.
— Najlepsze były te z posypką czekoladową. Chcieliśmy napisać w liście do Mikołaja, żeby ci takie kupił…
— Och, Kaju…
— Chociaż po tym, jak… zobaczyłem… w spiżarni… - Oddech Kaja stawał się coraz płytszy. Każdy przychodził mu z trudem. Sne objęła go mocniej. Nie mogła go teraz stracić! Dlaczego, Boże, dlaczego to robisz?! – Chcieliśmy ci sami je kupić…
— Już jesteśmy! – usłyszała zmęczony głos Hansa.
Zsiadł z renifera jeszcze przed tym, jak ten się zatrzymał, po czym zmusił go do postoju. Pomógł zsiąść Sne, a potem zabrał Kaja na ręce.
— Jest strasznie rozgrzany!
— Zabierz go na górę, szybko!
Hans wyważył kopniakiem drzwi. Kilka opiekunek poderwało się z miejsca, patrząc na niego w szoku. Za moment znalazły się w jeszcze większym szoku, gdy obok Hansa dostrzegły Sne, a w jego ramionach – zaginionego Kaja.
— Ręczniki, wody, szybko! – rzuciła tylko Sne, a za moment zniknęła na schodach wraz z Hansem.
Położył go w pierwszym wolnym pokoju i przykrył szczelnie kołdrą. Kaj zakasłał okropnie, co zmartwiło Sne jeszcze bardziej. Przecisnęła się obok Hansa i usiadła na łóżku. Patrzyła, jak Kaj otwiera oczy i rozgląda się nieobecnym spojrzeniem.
— Tak strasznie zimno… - szeptał.
— Zaraz będzie dobrze. Za moment się rozgrzejesz. Przytulę cię, dobrze?
Kaj skinął lekko głową. Sne nie trzeba było więcej powtarzać. Przysunęła się bliżej i objęła go ramionami. Chciałaby teraz oddać mu całe ciepło własnego ciała, byleby tylko pomóc. Oddałaby mu w tym momencie wszystko, aby tylko poczuł się lepiej!
Dlaczego czuł się jeszcze gorzej?! Sądziła, że, w jakiś pokręcony sposób, szkodzi mu zimno. Dlaczego teraz, gdy znalazł się w cieple, otoczony miłością, poczuł się gorzej?!
— Sne…
Podniosła głowę, żeby na niego spojrzeć. Czuła, jak cała energia z niej umyka. Czuła, że cała determinacja opada. Czuła, że na całym świecie nie jest w stanie zrobić już nic, co mogłoby mu pomóc.
Czy tak to właśnie ma się zakończyć? Czy po tym wszystkim – po tym, jak go odzyskała i jak zabrała go z tego przeraźliwego chłodu, po tym wszystkim ma go tak po prostu… stracić?
— Tak bardzo chce mi się spać…
Nie potrafiła się powstrzymać. Nie tamowała już łez, które wypłynęły z jej oczu. Podświadomość szeptała jej, że cokolwiek zrobi – to już nic nie da. Nawet, jeśli przyniosą ręczniki i wodę. On nie wróci do zdrowia. Jej Kaj już nie wróci…
Nachyliła się do niego i szepnęła:
— Postaraj się nie spać… Walcz z tym, Kaju… Potrzebujemy cię…
Kaj tylko pokiwał głową, lecz nie zrobił już nic więcej. Wargi Sne wykrzywiły się w bolesnym grymasie. Wciąż powtarzała sobie pytanie – dlaczego? Dlaczego to się dzieje? Dlaczego teraz go traci, kiedy go odzyskała? Dlaczego musiał zaginąć te pięć lat temu?
Jego oddech był tak płytki i urywany. Walczył. Wciąż walczył, bo go o to poprosiła. Jej Kaj. Jaj kochany, dobry Kaj. Dlaczego doprowadziłam cię aż do takiego stanu?
Nachyliła się powoli i złożyła delikatny, pełen matczynej czułości pocałunek na jego skroniach.

Usłyszał krzyk. Był prawie tego pewny. Noc była ciemna i chłodna, a z nieba obficie padał śnieg. Mimo to mógłby prawie przysiąc, że usłyszał krzyk. Wołali ich. Szukali ich.
Tutaj…
Ledwie miał siłę otworzyć oczy. Byli zziębnięci i głodni. Nie wiedział, ile już tutaj leżeli. Tego dnia chcieli wypróbować nowe miejsce do zjeżdżania na sankach – a gdy zaciągnęli je na szczyt górki, te zjechały same, i to w zupełnie w drugą stronę – w stronę lasu.
Pobiegli za nimi, oboje. Sanki zatrzymały się na jakimś drzewie. Trochę się uszkodziły, ale to nic – dało się to przecież naprawić.
Problem w tym, że zaczynało robić się ciemno. I wiedział, ze Sne będzie bardzo zła, jeśli wrócą później. Jednak sanki trzeba było naprawić, jeśli miały ich jakoś przewieźć. Dlatego postanowił, że jeszcze chwilę pozostaną na chłodzie.
Chwila przeciągnęła się na tyle, że zdążyło zajść już słońce – a oni nie potrafili odnaleźć drogi do domu. Próbowali wyjść z lasu, ale ten zdawał się ich pochłonąć. I nie wiedział, ile czasu oboje błądzili – ale było im bardzo zimno, a oni byli bardzo głodni.
Gerda była zmęczona. Mówiła, że musi odpocząć. Usiądzie i zaraz pójdą dalej, to tylko chwila. Zgodził się na to. Oboje usiedli pod drzewem. Obejmował Gerdę, starając się dodać jej ciepła – ale sam czuł, że strasznie marznie. Palce bolały go od chłodu i był pewny, że za moment nawet nie będzie wiedział, że je ma.
Chciał pójść dalej, ale Gerda nie chciała. Była zbyt zmęczona, a on zbyt słaby, żeby ją nieść. Pozwolił jej jeszcze odpocząć. Jeszcze chwilę. Jeszcze chwilę.
I chwilę.
I chwilę.
Próbował strzepywać śnieg ze swoich nóg, ale za moment przysypywało ich na nowo. Przyciskał do swojego ciała Gerdę, która szeptała mu, że się tak strasznie boi. Że jest tak strasznie zimno. A on nie mógł zrobić nic, żeby ją ogrzać. Sam czuł, że słabnie. Gerda była śpiąca. On też. Był tak wielki mróz, a oni byli śpiący.
Nie czuł już palców. Nie czuł ciężaru siostry. Nie czuł już ciepła jej ciała. Był tylko chłód. Przeraźliwy, ogromny chłód. Gdzieś w oddali ktoś zawołał jego imię – był prawie tego pewny. Ale nie był w stanie odpowiedzieć. Sine, zamarznięte wargi ledwie zdążyły się poruszyć. Nie był w stanie wykonać żadnego ruchu.
Ostatkiem sił spojrzał tylko na Gerdę. Ona już spała. Nie powinna spać – nie mogą spać na mrozie, gdy śnieg przysypuje ich coraz bardziej. Musiał ją jakoś obudzić, ale sam był tak strasznie śpiący.
Dlatego zamknął oczy. Chłód przenikał całe jego ciało. Od stóp, rąk, czubka głowy – czuł, jak kumuluje się w jednym miejscu. Poczuł ukłucie w klatce piersiowej. To serce. Zamarzało tak, jak wszystkie inne członki jego ciała. Jeszcze chwila, a stanie się tylko jedną, wielką, lodową figurą…
On umierał. Czy Gerda też już zmarła? Czy życie z niej uleciało tak, jak ulatywało z niego? Dusza wyrywała się maleńkimi kawałkami z serca. Albo raczej – chciała, ale… nie mogła. Coś ją przyblokowało na tyle, że pozostała na miejscu. Wstrzymywana przez lodową, twardą skorupę, na której pozostawała tylko jedna, drobna rysa.
Otworzył oczy. Nad nimi świeciło słońce, a niebo było piękne i niebieskie. Na jego boku wsparta była Gerda, oboje niemal do samej głowy przysypani byli śniegiem. Udało mu się jakoś uwolnić ręce i otrzepać się ze śniegu. Próbował przypomnieć sobie, dlaczego się tutaj znalazł. Gerda również, gdy tylko się obudziła. Ale oboje zgodnie stwierdzili, że nie pamiętają nic – oprócz własnych imion. Nawet miejsca, w którym mieszkali.
Dlatego stworzyli nowe. Bezpieczne. Tam, gdzie nikt nie mógł ich dostrzec i ich zranić.
Nikt nie mógł wiedzieć, że rysa w lodowej skorupie na sercu Kaja wykruszyła się z czasem. Wspomnienia zaczęła do niego powoli powracać, aż przyprowadziły do niego osobę, którą kochał najbardziej, poza samą Gerdą. Sne.
Opowiedział o niej Gerdzie, która zdawała się jej w ogóle nie pamiętać. Dopiero przywrócone wspomnienia sprawiły, że lodowa skorupa jej serca pękła. Lecz nie do tego stopnia, co u Kaja. W jej sercu nie było jeszcze miejsca na tak wiele miłości.
Sądziła, że nie jest chory. Jest po prostu smutny. Dlatego kazała żołnierzom ją tutaj sprowadzić – aby załatać pustkę w sercu Kaja. Nie mogła wiedzieć, że miłość, jaką zostanie obdarzony i miłość, która obudziła się w nim na nowo, zacznie stapiać lód z jego serca.
A lodowa skorupa, która dotąd utrzymywała jego duszę w maleńkim ciele, wyrwie się tam, gdzie powinna ulecieć już pięć lat temu.
Dalej.

Czas dla niej się zatrzymał. Bo czas już nie miał żadnego znaczenia. Dokładnie tak samo jak opiekunki, które krzątały się wokół, zastanawiając się, co jeszcze można zrobić, aby tylko utrzymać Kaja przy życiu. Ale nic nie dało się już zrobić. To było z góry przesądzone.
Zabiła go. Przyjeżdżając tam, wzbudzając w nim wspomnienia, zabierając go z miejsca, w którym czuł się bezpiecznie – zabiła go. Sądziła, że to Gerda stała się potworem. Tymczasem to ona nim była. Zabrała do grobu kilkuletniego chłopca. Zabrała mu możliwość dalszego i szczęścia…
Nie. On był już martwy. Od pięciu lat był już martwy. Jego twarz nie zmieniła się ani trochę, a zimno, jakim się otoczył, sprawiło, że wciąż mógł sprawnie korzystać ze swojego niewielkiego ciałka. Ona wszystkim tym, co ze sobą przyniosła z zewnątrz, tylko roztopiła ten chłód i sprawiła, że natura znów wygrała.
Co to za natura, która zabiera młodszych przed starszymi?
Oparła czoło o jego skroń. Łzy skapywały na jego twarz, która wręcz parzyła. Słyszała, jak jego oddech staje się coraz mniej wyraźny. Wiedziała, że walka jest już przegrana – i to ona się do tego przyczyniła.
Gdyby tylko nie istniała… Gdyby tylko tam nie trafiła…
— Sne…? – usłyszała cichutki głosik.
Odsunęła swoją twarz na niewielką odległość. Nie próbowała już ukryć łez. On również wiedział, dokąd to zmierza. Był takim mądrym chłopcem…
— Na następne święta… Mikołaj przyniesie ci… pierniczki z posypką…
Na ustach kobiety pojawił się grymas, który miał być uśmiechem – jednak daleko mu do niego było. Sprawił tylko, że wstrząsnęła nią kolejna fala gorzkich łez.
Gdyby tylko do niego mógł przyjść raz jeszcze Mikołaj i podarować mu drewnianych rycerzy. Gdyby tylko raz jeszcze mogła zobaczyć uśmiech pełen życia i radości na jego twarzy…
— Jestem szczęśliwy… że mogę być w domu… Dziękuję, Sne…
Patrzyła, jak jego wargi zamierają po wypowiedzeniu jej imienia. Patrzyła, jak ostatnie iskierki gasną w jego oczach, a oddech ustaje całkowicie. Czuła, jak oplatają ją czyjeś silne ramiona.
Czas nie miał już znaczenia. Nic nie ma już znaczenia, gdy osoba, którą chciałeś chronić, gaśnie na twoich rękach. Z twojego powodu.
Ogromny wieniec kwiatów przysypał wczorajszy śnieg. Gdyby tylko ta przeklęta zima zdążyła się już skończyć i dać im wszystkim odpocząć.
Westchnęła głęboko i otrzepała kwiaty z białego pyłu. Tak było zdecydowanie lepiej. W ten sposób ona czuła się lepiej.
Wciąż czuła się winna za to, co się stało. Wciąż prześladowała ją świadomość, że gdyby po prostu nie pojawiła się w życiu tych dzieci – Kaj nigdy by nie umarł. Pewnie nigdy by się nie zgubił, nigdy nie umarłby z zimna, nigdy nie umierałby w męczarniach z powodu… miłości.
Umrzeć przez miłość. I jak tu wierzyć tym wszystkim baśniom, które mówią, że miłość przynosi tylko i wyłącznie długo i szczęśliwie?
— Jest teraz szczęśliwy.
Tak. Z całą pewnością. Na pewno nic go nie boli. Na pewno nie trawi go żadna choroba. Na pewno nie doskwiera żaden chłód… Ale mógłby być szczęśliwy tutaj. Z nią. Jak inne dzieci. Dlaczego śmierć przyszła akurat po niego?
Dopiero po chwili drgnęła i obejrzała się za siebie. Za nią stał Hans ze smutnym wyrazem twarzy. Westchnęła i odwróciła się z powrotem w stronę niewielkiego nagrobka.
— On by chciał, żebyś ty również była szczęśliwa.
Z całą pewnością. Była całym jego życiem i całą miłością. Choć na świecie była jeszcze jedna osoba, która się o niego troszczyła. Ciekawe, czy Gerda w ogóle wiedziała, że zamordowała jej brata. Ciekawe, czy przejęła się tym, po tym, jak uciekli z lodowego pałacu. Może postanowiła wyprzeć go z pamięci?…
Sne postawiła na grobie, tuż obok wieńca z kwiatów, drewnianego rycerzyka. Uśmiechnęła się lekko. Widzisz, Kaju? Mikołaj znajdzie cię wszędzie. Nie ukryjesz się przed nim nigdzie. Tak długo, jak będę o tobie pamiętać.
Hans podszedł bliżej i objął ją ramieniem. Sne oparła głowę o jego ramię i zamknęła oczy, wzdychając cicho. Gdyby tylko nigdy nie spotkała tej dwójki…
— Boże… jak to się mogło stać, że dwójka małych dzieci tak po prostu zmarła… To musiało być dla Kaja straszne, patrzeć, jak jego siostra umiera…
Sne spojrzała w stronę lasu. Tam, gdzie mieścił się lodowy pałac Królowej Śniegu. Kolejny zadatek na kolejną miejską legendę.
— Tak. To musiało być dla niego straszne.
Gdyby tylko była pisarką, wyciągnęłaby wnioski i ubrała w piękne słowa jako puentę z własnej historii. Ale nie była nią. Potrafiła powtarzać tylko to, co zasłyszała od innych. Właśnie dlatego wystarczyło zaczekać, aż ludzie sami wymyślą sobie opowieść, która nijak będzie miała się do prawdy.
Bo kto by pomyślał, że miłość również potrafi zabić.

11 komentarzy:

  1. A potem wchodzi Hans, razem z drzwiami <3
    Melduję, że przeczytałam, od początku do końca, i wcale nie zeszło mi z tym dwie godziny! Zeszło mi półtorej godziny... :D Ale to był bardzo dobrze wykorzystany czas! 10/10, polecam.
    To było dobre do tego stopnia, że gdzieś mi uciekła świadomość, że cały czas jesteśmy w mirrorwersum i wszystko mi pasowało do wersji z baśni xD Stawiam, że to moja antypatia do Gerdy, która dostała tutaj dużo paliwa i była z siebie bardzo zadowolona.
    Nigdy nie przestanę podziwiać, jak dobrze umiesz w dialogi i opisywanie akcji, dej trochę tej umiejętności, mam horego styla <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hans wygrał tę notkę, widzę. xD
      Cieszę się, że nie żałowałaś spędzonego czasu, podziwiam każdego, kto to w ogóle przeczytał, mi by się najpewniej nie chciało. :D Ale ja jestem leniuszkiem okropnym na przemian z wredną pracowitą pszczółką...
      Tak szczerze to jakoś tak wyszło, że dopiero po zakończeniu swojego opowiadania zrozumiałam, jak wiele tutaj nie tyle samego lustrzanego odbicia, co krzywego zwierciadła, który daje jakiś mniej więcej podobny efekt, i to w dodatku odwrócony, ale nie do końca taki jak oryginał. xD
      Każdemu, kto to przeczyta, chyba wytnę order z kartofla za odwagę i cierpliwość. :D
      Dziękuję pięknie za wszystkie miłe słowa. <3

      Usuń
  2. Nawet nie wiem co napisać... to nie jest 10/10 tylko 20/10, piękne, popłakałam sobie trochę nad losem biednych dzieci... Zatrzymuj tę karuzelę częściej, jeśli masz to robić takimi cudami <3
    Serio, zakochałam się, wciąga, wzrusza i chce się więcej twoich tworów, choć ta historia już jest skończona. Także ten... nazwa dramaqueen nie na darmo :D
    I ja również podziwiam i uwielbiam twój styl pisania, czytało się jak wspaniałą, choć smutną bajkę <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ach zapomniałam dodać, że jest cudownie dłuuuuuuuugaśna <3

      Usuń
    2. Nazwa drama queen zobowiązuje! :D
      Bardzo się cieszę, że się podobała. <3 Ja w śmieszki notkowe nie umiem, więc mogę bombardować smuteczkami, nie ma problemu! :D
      Powinnam chyba każdemu kłaniać się i dziękować za cierpliwość i wytrwałość w czytaniu aż tak wielkiego kolosa, i Tobie też dziękuję, i gratuluję, że udało Ci się dobrnąć aż do samiutkiego końca! :D
      Dziękuję pięknie za komplementy. <3

      Usuń
  3. O panie, przeczytałabym to szybciej gdyby mi nie przerywali.
    Na początek - bardzo długie i szanuje, że udało ci się napisać coś tak potężnego. Niemniej, naprawdę szybko się to czytało, a historia mnie zachwyciła. Przemyślana, mająca ręce i nogi.
    W ogóle, czego ci nie mówiłam bo jakoś dopiero w takim większym opowiadaniu to złapałam (po tylu latach pisania z tobą to jestem prędka!) - twój styl brzmi bardzo... Kobieco :D Jest taki delikatny, sugestywny czasami i ma więcej zwiewnych uczuć jak typowej, twardej akcji (nawet jeśli ją ma, jak na początku porwanie czy poszukiwania przez Hansa to nie jest to tak harde i dosłowne, ale ulotne co dla mnie przynajmniej, kiedy patrzę na swój, jest szalenie odświeżające :D). To bardzo fajne wrażenie, na pewno nie feministyczny, ale taki po prostu atrakcyjny i dziewczęcy.

    Kiedy Sne skojarzyła, że jednak te pięć lat nie upłynęło dla Gerdy i Kaja tak samo, to bardzo skojarzyły mi się wszystkie gry z motywem podróży i zmian w czasie - zwłaszcza Soul Reaver. Bardzo mi się to podoba <3

    "Bo nie daliby jedzenia osobie, którą chcieliby po prostu zabić. Prawda?" - to było strasznie... Urocze? Z całą pewnością osoby idące na karę śmierci też tak myślą :D

    "Powinna być już dziewczynką wchodzącą w wiek nastoletni. Tymczasem wyglądała dokładnie tak, jak Sne ją zapamiętała." - może jest... LODOWYM WAMPIREM!? D:

    "Ona jednak schowała się za stertą siana dla jakiegoś renifera, który był na tyle gościnny, żeby przyjąć uciekiniera w swoje skromne progi i go nie wydać." - good guy refiner!

    "Nigdy nie pomyślałaby, że Kaj jest aż tak błyskotliwym chłopcem." - wydaje mi się, że z zagmatwaniem czasowym to jest już dorosły facet :D

    "Wtuliła jego głowę w piersi" - przepraszam, ale uśmiechnęłam się tutaj zbyt szeroko :D

    "Hans wyważył kopniakiem drzwi." - O KIERWA! D: Hans, calm down man!

    "Przysunęła się bliżej i objęła go ramionami. Chciałaby teraz oddać mu całe ciepło własnego ciała, byleby tylko pomóc." - mogła się rozebrać jak w Tristranie i Izold... Prrrrrr, think of the children!

    "Co to za natura, która zabiera młodszych przed starszymi?" - ohh tak bardzo pasuje mi tu też tekst Ironów "Only the good die young
    All the evil seem to live forever", a co do opisu tego jak zamarzali i obudzili się przy niebieskim niebie "Is death another birthday? [...] Do the undead live within us"

    W pewnym momencie, jak Kaj pokazywał, że potrafi robić sztuczki ze śniegiem i lodem, to usłyszałam nad sobą: "O CIUL ELSA!" a później przy "Wpadliśmy w panikę i przypadkiem odkryliśmy, że oboje potrafimy zmusić śnieg i lód do posłuszeństwa" - "O CIUL X-MENI!" xD

    Hans był super pro. Taki typowy męski men, ale dobrze wprowadzony - nie był zrobiony tylko na odczepnego do głównej bohaterki, choć nadal boczna postać, ale dostał charakter, dostał własną motywację, krew i kości. Akurat jestem po jego stronie bardziej jak po Sne podczas ich kłótni, bo jak próbuje zrozumieć ich argumenty to Hans dobrze mówił o tym, by zaufać komuś i dać mu poczucie tego, że nie trzeba trzymać go za rękę - ale i Sne miała swoje obawy i w sumie zachowywała się jak dobra mama.

    I wbrew pozorom na swój sposób polubiłam Gerdę - starała się pomóc bratu i była małym psycholem, który lubił eksperymentować na ludziach. Mój typ postaci, dlatego ją propsuje <3 I chyba mi jej najbardziej szkoda, bo została sama, bez brata którego na swój sposób kochała, nie wiadomo co się z nią stało.

    Ahh i wiem, że tu nie twoja wina bo ciężko znaleźć synonimy do "lodowy" i "śnieżny" (właśnie siedzieliśmy i rozkminialiśmy tęgo), ale sama się rozśmieszałam kiedy pojawiał się ktoś i "Jaki będzie? Lodowy czy śnieżny?" :D

    Ogółem to był mega dobrze spędzony czas i ja jestem za tym, byś częściej robiła solowe notki, przynajmniej w końcu można w pełni poczuć jak ciekawie piszesz w pełnym formacie :) Ładna puenta.
    Trzymam kciuki i ściskam <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miałam się tu przypałętać później z odpowiedzią, ale mnie zmusiłaś i teraz nie mam wyjścia... :D
      Prawdopodobnie rozgryzłaś właśnie tajemnicę wszechświata, dlaczego prowadzę kobiety, a mężczyźni mi nie wychodzą. Jestem Ci za to potwornie wdzięczna, bo sama nie mogłam zrozumieć tego fenomenu xD

      To ja od razu powiem, że zbieżność osób, nazwisk i motywów jest przypadkowa. Może poza Krainą Lodu z bałwanem, to było niemalże celowe :D

      Pisząc fragment o jedzeniu w zasadzie pomyślałam mimowolnie o Cashu. I też się uśmiechnęłam pod nosem na samą tą słodką naiwność Sne! :D

      Dzisiaj miałam rozkminę, czym oni byli. Doszłam do wniosku, że to jednak lodowe zombie, więc... fail. xD

      Z zagmatwaniem czasowym Kaj miał koło 13-15 lat, więc jeszcze trochę do dorosłego faceta mu brakowało. :D

      Ty zboczeńcu... ;>

      Śmiechłam mocno przy Elsie i X-menach, i nadal się z tego śmieję. Pozdrów komentatora, powiedz, że skradł moje serduszko! :D

      Bardzo mnie cieszą słowa o Hansie, szczególnie z moim przekonaniem, że ja nie umiem prowadzić mężczyzn. Hans jest chyba moim pierwszym udanym mężczyzną (jakkolwiek to nie brzmi :D) i jestem z niego dumna, zapamiętam go na dłużej! :D
      I tak Ci powiem, że w tej kłótni też jestem za Hansem. Choć starałam się, żeby oboje mieli swoje racje i swoje motywy, aby nie brzmiało to sztucznie i bezsensownie. Jeśli mi się udało - skaczę z radości. :D

      Do Gerdy w sumie podchodziłam dość... neutralnie, tworząc to opowiadanie. Miyu jej nie lubi, to fakt, ale tutaj chciałam, żeby była postacią z krwi i kości, nie skrajnie dobrą, która modlitwą wybija lodowych żołnierzy Królowej Śniegu, jak w baśni. I, moim zdaniem, w miarę mi się to udało. Cieszę się bardzo, że udało Ci się ją tutaj polubić. :D

      W zasadzie tam wszystko było lodowo-śnieżne, więc to był jeden wielki miks, tutaj się będę bronić i najwyżej wytoczę argument, że źle zobrazowałam. :D

      Ta notka w sumie była przełamaniem lodów (hehe) do solowych tworów, bo od czasów gimnazjum nie pisałam w zasadzie nic sama... A przed nami jeszcze dwie wspólne notki, swoją drogą... Na pewno jeśli braknie mi chętnych, a znajdę jakiś ciekawy pomysł, to coś jeszcze napiszę.
      Dziękuję za aż tak wnikliwe przeczytanie! <3

      Usuń
  4. Najpierw gratuluję pierwszej notki :)
    Przeczytałam i bardzo mi się podobało. Na początku powoli się rozkręcało i spodziewałam się jakiegoś dramatu z zaginionymi dziećmi w tle... ale potem! Szaleństwo. Uwielbiam takie lekko niepokojące historyjki. Chociaż do końca liczyłam, że okaże się, że dzieci to duchy, a lodowy pałac nie istnieje... i pojawia się np. tylko raz w roku razem z duchami. W noc ich śmierci. xD
    No ale lodowe zombiaczki też były urocze i bardzo mi się podobały.
    Za to Hans wygrywa wszystko, bo za każdym razem gdy się pojawił przed oczami wciąż miałam to. No i gdzie Kristoff ja się pytam! :D
    I plus za nieszczęśliwe zakończenie, uwielbiam takie. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zamek-widmo! Na przyszły raz to sobie przemyślę. :D Może na lustereczko II? :D Alternatywna historia alternatywnej historii! :D
      Hans i Kristoff musieli pogodzić się w jednym bohaterze, przykro mi, nie mieli wyboru! :D
      Dziękuję pięknie za wytrwałość i przeczytanie. <3

      Usuń
  5. Hans xDDDD
    Przyznaję się bez bicia, że na początku się zastanawiałam do czego zmierzasz z historią i pewnie gdybym nie wiedziała o tym jak lubisz Gerdę to bym się nie domyśliła do czego zmierzasz... ale ponieważ Cię znam to się domyśliłam i zgadłam prawie całe zakończenie i plot twista! (Czuję się taka genialna <3) Gerda jako królowa śniegu i biedny Kaj byli naprawdę słodziutcy. No i epicka ucieczka na reniferze xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hans wygrał notkę :D
      Tu sympatia nie ma nic do rzeczy. Przynajmniej nie moja! :D Gerda się tak po prostu wpasowała :D
      Oh noes, to takie straszne, że plot twist został odgadnięty! :c No ale wybaczam. :D
      Dziękuję za komentarz. <3

      Usuń

Szablon wykonany przez drama queen. Obsługiwane przez usługę Blogger.