wtorek, 12 września 2017

Niecodzienna rozmowa

Uwaga! Kooperacja notkowa w której znajduje się wszystko! Zacząwszy na nieogarze Lucjana skończywszy na stoickim spokoju Rasputina. Że tak powiem proszę państwa... ENJOY! Albowiem oto ukazała się notka z Lucjanem i Lexem w rolach głównych najgłówniejszych, oraz cudowny doktor Rasputin, snajper König i polski diabeł Ivan wraz z małżonką. 

W niedzielne poranki w mieście panował względny spokój. Wiele osób nie pracowało tego dnia, wykorzystując wolne chwilę na wyjazd z rodziną poza miasto albo odpoczynek w domu. Niedziela, zgodnie ze swoim założeniem, powinna być dniem spokoju, odpoczynku i odstresowania się po całym tygodniu ciężkiej pracy, problemów i wiecznego podejmowania gorszych czy mniej gorszych decyzji. Jednak dla Alexandra Hellera niedziela była najgorszym z dni. Nie dość, ze miał wtedy zbyt dużo wolnego czasu to jeszcze znajomi i rodzina chcieli to bezczelnie wykorzystać, zmuszając go do odwiedzin, towarzystwa, wysłuchiwania miernych pochlebstw i opowieści, które słyszał już wiele razy i które za każdym razem ewoluowały coraz bardziej. Lecz ten dzień, ta konkretna niedziela miała być zupełnie inna, wyjątkowa i niezwykła. Stał teraz przed szpitalem im. Frankensteina i nerwowo zerkał na zegarek. Spóźniał się... Nic w tym dziwnego. Właściwie spodziewał się tego, dlatego poinformował go, że mają się spotkać niemal pół godziny wcześniej niż w rzeczywistości odbywała się konsultacja. Doktor Rasputin i tak zrobił im przysługę, przyjmując ich w niedzielę, gdy miał wolny dzień. W końcu, pojawił się...
— Spóźniłeś się - mruknął do Lucyfera, nie do końca dzisiejszego.
Lucek spojrzał na Alexa i uśmiechnął się. Poprawił swoje włosy, które nie wiadomo na czym dokładnie się trzymały, ale jedno było pewne, było to cholernie mocne. Lucyfer zerknął na zegarek z nieco potłuczoną szybką, no cóż...wczoraj nieco zabalował i uszkodził szybkę zegarka. Założył go tylko i wyłącznie dlatego że nie miał innego, no i też nie chciał chwalić się tym że opalał się z zegarkiem. Ten biały ślad nie wyglądał zbyt ciekawie.
— Wiem, ale miałem ważny powód - powiedział. - Zaspałem ponieważ budzik nie zadzwonił, bo nie nastawiłem go, bo nie włożyłem baterii, a telefon mi się rozładował na wczorajszej imprezie pożegnalnej kolegi - wyjaśnił. Miał nadzieję, że Lex to kupi i nie będzie drążyć tematu.
Prawda była jednak taka, że nie chciał iść na tą całą wizytę. Nie lubił lekarzy, nie lubił psychologów ani psychiatrów, zawsze miał wrażenie, że wykryją u niego jakąś chorobę, o której nie słyszał (czyli większość istniejących), i będą kazali mu łazić na jakieś wizyty, kupować leki i...ograniczyć imprezy a co za tym idzie alkohol i różne inne używki, które wpływały na niego w sposób różny. Chociaż i tak będąc trzeźwym, miał równie idiotyczne pomysły.
— Właściwie to po co tutaj jesteśmy? Po co idziemy do psychologa? Żeby wmówił mi że mam problem, czy może...żeby tobie powiedział że masz problem? - zapytał w końcu. Ciekawiło go to dlaczego w niedzielę, którą przeznaczył na trzeźwienie. Nawet ludziom powiedział, że dzisiaj mszy nie będzie prowadził i znalazł sobie kogoś na zastępstwo!

Lex pokręcił głową. 
— Powinieneś umieć lepiej kłamać, skoro jesteś diabłem. Za tę bajeczkę dostajesz ocenę mierną minus.

Poprowadził Lucjana labiryntem korytarzy, prosto do gabinetu w skrzydle przeznaczonym dla osób chorych umysłowo. Dziwna mieszanka woni, unosząca się w tym niezwykłym przybytku, sprawiała że człowiek zaczynał przypominać sobie o tym smutnym obowiązku, jakim jest śmierć. Lex podejrzewał, że właśnie przez ten zapach odsetek samobójstw wśród lekarzy jest tak wysoki. 
Szli idealnie wypolerowanym przez kapciuszki pacjentów korytarzem, starając się nie dotykać poręczy, klamek ani boazerii, w którą przez lata wtarto hektolitry bakterii, zarazków, śmierci, tego dziwnego starczego zapachu i formaliny, ulatniającej się z setek starych szlafroków, piżamek, ręczniczków i wełnianych beretów, które bez większego i konkretnego powodu, nosili pensjonariusze. 
Lucek niepewnie oglądał się idąc korytarzami. Nie lubił szpitali, był niby kilka jeśli nie kilkanaście razy w tych przybytkach, gdzie to są wredne piguły, lekarze-łapówkarze, oraz chorzy którzy myślą że są zdrowi.

Nienawidził tego miejsca, było gorsze niż pole bitwy, na takim polu bitwy to przynajmniej była krew, błoto, trupy i ranni. Było tak...wesoło w mniemaniu Lucyfera.
— To że ty masz problem wszyscy wiedzą. Tego się nie da ukryć. Może liczę na to, ze przepisze ci przymusowy pobyt w tym przybytku wszelkiej tabletkowej rozkoszy... - Lex zapukał do drzwi, opatrzonych mosiężną tabliczką z napisem "Doktor Cillian G. Rasputin". Po kilku sekundach drzwi otworzyły się. Mężczyzna, który ich wpuścił uśmiechał się uprzejmie, ale z uwagą przyglądał się swoim gościom. 
— Jesteście nawet przed czasem - powiedział, witając się z obydwoma uściskiem dłoni. 
— Tak, wymyśliłem ciekawy tik by zmusić do punktualności mojego... kolegę - Lex zawahał się przed dokończeniem zdania. Wciąż nie dopuszczał do siebie myśli o tym, ze Lucyfer może być jego ojcem.

Zobaczył Rasputina, kiedy usłyszał co powiedział lekarz zatrzymał się w jednej chwili, zasztyletował Lexa wzrokiem. Oddech Lucka w momencie przyspieszył i chwycił niższego rangą demona za koszulkę.
— Co kurwa?! Nie po to się specjalnie spóźniałem żeby być o czasie! No ja pierdole - zawodził. Puścił Lexa, zanim Lucyfer wszedł do gabinetu dało się słyszeć jeszcze pełne rozpaczy "Kurwa, Jezusie, Bogu dlaczego? Dlaczego, dlaczego, dlaczego? Za jakie grzechy?"
Usiadł na wskazanym miejscu. Rozejrzał się po gabinecie. Średnio przypadł mu do gustu, za bardzo przypominał mu gabinety psychologów w tych różnych filmach, które obejrzał podczas swojego krótkiego życia.

— Proszę, siadajcie - Rasputin wskazał na trzy fotele i stolik, zajmujące większą część gabinetu. - Kawy albo herbaty?
— Wódy – odpowiedział Lucek. - Znaczy się wody. Tak wody - chciał dodać coś jeszcze, ale stwierdził że nie, bo jeszcze wyjdzie na to że ma jeszcze więcej chorób.
— A ten pan? - wskazał na siedzącego w kącie mężczyznę. Blondyn...Lucek był pewny że już go kiedyś widział. - Jakiś...praktykant? - uśmiechnął się w jego kierunku, jednak "praktykant" nie odwzajemnił tego.
— Erwin König. Powiedzmy że jestem w charakterze... - zastanowił się jak to ująć. - Może niech lepiej doktor Rasputin to wyjaśni. 
Niemiec uniósł nieznacznie prawy kącik ust ku górze widząc Hellera. Jednak poza tym cieplejszym akcentem jego twarz była wykuta niczym z kamienia. Nie podobało mu się to, że musiał tutaj być, ale skoro Cillian poprosił, to mu nie odmówi.

Alex wygładził koszulę i zajął miejsce obok ojca. Cillian w tym czasie zaparzył herbatę w imbryku i postawił ją na stole, wraz ze szklanką wody.
— Pan König jest tu z dwóch powodów a jednym z nich jest pana charakter, panie Lucyferze - odparł Cillian, siadając na trzecim fotelu. Lex w tym czasie starał się nie zerkać w stronę Erwina. Poznał go momentalnie. Jego ulubiona ludzka maskotka we własnej, wciąż żywej osobie. Demon odchrząknął i sięgnął po imbryk by nalać herbaty sobie i Rasputinowi.

— To tak właściwie...po co mnie tutaj synek zaciągnąłeś? - zapytał cicho Lucek. - Żeby wmówić innym że mam problemy? Uważasz że to że piję więcej niż inni, to jest problem? Nie! To jest hobby. Każdy jakieś ma - wyjaśnił szybko.
— Zaciągnąłem cię tu bo mamy pewien problem. Ja mam z tobą problem... Ty swoich problemów masz zdecydowanie zbyt wiele by zdążyć się nimi zająć w tej epoce.
Rasputin patrzy to na Lexa do na Lucjana. Ten pierwszy przejmował się sprawą, za to drugi wydawał się zirytowany samą obecnością w tym miejscu i faktem, ze ktoś śmiał mu wytknąć jakieś problemy. 
— Może... zaczniemy od kilku słów na temat samej istoty problemu? - zaproponował Rasputin, otwierając notatnik. 
— Oczywiście - odparł Lex. Odstawił filiżankę na spodek i westchnął. - To coś, co siedzi obok mnie uważa się za mojego ojca. Otóż, szczerze pragnę by nim nie był. Nie dość że w przeszłości mieliśmy kilka... incydentów, to jeszcze... Noż kurwa, spójrz na niego... Obraz rozpaczy, biedy i nędzy.

— To skoro masz ze mną problem to dlaczego mnie w to mieszasz? - zapytał, zupełnie nie zdając sobie sprawy z tego jak idiotycznie to brzmi. - Po co mieszasz w to osoby trzecie? A nawet czwarte biorąc pod uwagę snajpera - uśmiechnął się do Erwina. Nic nie mówił o Stalingradzie, oraz o Zajcewie. Nie chciał wkurwiać strzelca...przynajmniej jeszcze.
Chwycił szklankę wody i podniósł ją do ust, jednak w połowie drogi rozmyślił się i odstawił ją na blat.
"Woda! Przecież się w tym ryby ruchajo!" - pomyślał zdegustowany tym faktem. Poza tym...mógł poprosić jednak o ta wódkę, wino, ewentualnie piwo. Przecież jedno piwo to nie alkohol.
— Ale chwila. Ja? Przecież ja kurwa. Jego. Mać - każdemu słowu towarzyszyło uderzenie w stół. - Jestem grzeczny! - powiedział oburzony, dopiero teraz do niego dotarło to wszystko. - I ja? Obraz nędzy i rozpaczy? Pan go nie widział w wieku piętnastym, kiedy to zastanawiał się jak zdjąć z pewnej...ekhm...damy suknię. Naprawdę Lex, szkoda że wtedy nie wymyślili aparatów, ani srajfonów. Uwieczniłbym to - uśmiechnął się wrednie.
König przyglądał się temu z zaciekawieniem. Heller nic się nie zmienił, Lucyfer...w sumie jakby był bardziej wypity, miał w dłoni kufel piwa, to byłby podobny do tamtego żołnierza. Głos właściwie był podobny.
— I żeby była jasność. Nie ja się uważam, tylko twoja matka powiedziała że nim jestem. Tak więc sam widzisz... – westchnął Lucyfer. - Ciągle się zastanawiam gdzie popełniłem błąd - zamyślił się. - Gdzie ja popełniłem błąd? Przecież kurwa mogłem cię za małego gówniarza w tym samogonie utopić! Jeśli nie utopiłbyś się, to przynajmniej byłbyś odporny na stany upojenia alkoholowego...albo coś. Byłbyś takim Obelixem z piekła rodem - uśmiechnął się.
— Dlaczego nie zrobiliście testów genetycznych, czy coś? Mamy w końcu dwudziesty pierwszy wiek - powiedział Erwin. Dla niego było to logiczne.

— Szczerze? To trochę skomplikowane, podobnie nie potrafię wyjaśnić dlaczego w moich żyłach płynie wódka - skwitował Lucek.
Rasputin milczał, przysłuchując się całej rozmowie. 
"Ale posrańcy" - pomyślał, popijając herbatę - "Co ja tu właściwie robię...? Muszę się psychicznie przygotować na tą parkę jeszcze większych posrańców, którzy tydzień po ślubie już myślą o rozwodzie"

— Właściwie, skoro nie ma pewności co do waszego pokrewieństwa... To czy nie powinniście iść w stronę upewnienia się co do tych faktów? - spytał.
— To nie jest takie proste - mruknął Lex. - Moja matka nigdy nie kłamie. Takie ma zasady... Ja też nie kłamię. Zwykle... Chodzi o to, że ja go nie chce w roli mojego ojca.
— Pan Lucyfer nawet nie próbuje być twoim ojcem. Nie odnajduje się w tej roli... Nie uważa się za odpowiedzialnego za ciebie ani... podejrzewam, że za żadne ze swoich dzieci - Rasputin zapisał kilka słów w notatniku i spojrzał wnikliwie na Lexa.

— To coś... - mruknął demon, wskazując głową diabła siedzącego obok - Rujnuje mi psychikę.
— Istoty demonicznego pochodzenia nie mają takich genów jak ludzie. Testy ojcostwa są bardzo skomplikowane... - wyjaśnił Erwinowi Rasputin. Potem spojrzał na Lucyfera z czystą powagą - Próbował pan kiedyś... porozmawiać z Lexem na trzeźwo? W ogóle kiedy ostatnio był pan całkowicie trzeźwy i czysty?
— Ale jak to nie próbuję? Jak to nie próbuję? - zapytał. Podrapał się po głowie i pokiwał głową z miną, która oznajmiała że może jednak ma rację. - No faktycznie nie próbuje. Bo po co? Dorosły jest, wygląda starzej niż ja...chociaż tyle że alimentów nie muszę płacić - przyklasnął wesoło w ręce.
Spojrzał oburzony na Lexa i zrobił minę w stylu "zbity pies". Wyciągnął chusteczkę z kieszeni i scenicznie otarł oczy.

Heller zmarszczył brwi. Zaczął się zastanawiać, czego się właściwie spodziewał... Przecież wiedział jak to się skończy. Dla Lucyfera był tylko jednym z wielu demonów, z którym mógł się zabawić i z którym z łaski swej wielkiej rozmawiał. 
— Dlaczego ty jesteś taki okrutny dla mnie? - zapytał siląc się na smutny głos. Wewnętrznie też walczył o to żeby nie wybuchnąć śmiechem. - Poza tym...co ci nie pasuje? Idziemy do klubu na różne alkohole, bo dlaczego by nie? Prohibicji nie ma. Palimy sobie ziółka lecznicze...czasami jebnę ci profilaktycznie w ryj kiedy jakaś dusza przejmuje nad tobą kontrolę i chce się dostać do swojej małżonki, ty na przykład ratujesz mnie przed wściekłymi dresami... - zaczął wymieniać. - Czy może chodzi ci o te memy co ci wysyłam?

— Ja jestem okrutny? - spytał retorycznie. - Przebywając z tobą mam wrażenie, że obcuje ze swoim młodszym bratem... Którymś z wielu braci. Tych młodszych i jeszcze nie do końca rozgarniętych.
Spojrzał na Rasputina zdziwiony. Wytrzeszczył oczy, otworzył usta i teraz tak spoglądał to na psychologa, to Lexa, to na siedzącego nieco dalej Erwina.
— Proszę poczekać chwilę - powiedział wyciągając telefon. Szybko przejrzał kalendarz, swojego walla na fejsie, snapchata, instagrama oraz twittera. Przygryzł wargę, nie wyglądało to za ciekawie. Wreszcie wpadał na pewien pomysł.
— Bogu? - zapytał. Dał na głośnomówiący. - Słuchaj bo tutaj jestem sobie u psychologa, nie? W niedzielę. Mam pytanie.
— Jakie? - głos Bogdana rozległ się echem. Był nieco słaby.
— Bogu. Słabo cię słyszę. Wal do sznura....kiedy ja byłem ostatnio trzeźwy? - zapytał wreszcie.
— Zawsze dzwonisz do mnie kiedy jesteś pijany, albo trzeźwiejący. Teraz na pewno nie jesteś trzeźwy. Ostatnio kiedy cię widziałem trzeźwego, to chyba wtedy...kiedy ty wszcząłeś bunt w niebie? - zapytał, Lucek mógłby dać sobie rękę uciąć że teraz Bogdan gładzi się po brodzie.
— Nie było pytania. Jako że niedziela dzisiaj...to pożyczysz mi trochę kasy? Tak do pierwszego?
— Na co potrzebujesz? - pytanie było raczej retoryczne.
— Nie było pytania. Pozdrów małżonkę i Dżizaska. Aha... A dobra, później się zapytam czy nie chciałbyś kupić samochodu dla syna. Akurat mam, starszy Niemiec do kościoła jeździł. Igła, Niemiec płakał jak sprzedawał.
— Lucjan ja się rozłączam, bo pod bramą są jakieś burdy i hałasy - powiedział, po czym faktycznie się rozłączył.
Lucyfer spoglądał przez chwilę w ekran telefonu, cicho westchnął.
— Co za debil. Mówi się rozłanczam. Rozłączam to się pisze... - spojrzał na Rasputina. - Mogę prosić o kolejne pytanie?

Gdy Lucyfer rozmawiał z Bogiem, Lex poddał się w końcu i spojrzał na Erwina. Mężczyzna siedział spokojnie, pewnie zastanawiając się co właściwie tu robi. Nie zmienił się niemal w ogóle. Chociaż był też ciekaw, skąd zna się z Rasputinem.
— To jest jeden z twoich problemów. Jesteś wiecznie nawalony... Ja traktuje to swoje istnienie tu całkiem poważnie. Bo ja, w odróżnieniu od ciebie, jestem śmiertelny. Nie mam własnej duszy... Jak mi ktoś strzeli w łeb, to przestanę istnieć. 
Rasputin przykleił do twarzy delikatny uśmiech. Widocznie ci dwaj potrzebowali po prostu towarzystwa do rozmowy.
"Co za kretyn... " - pomyślał o Lucyferze - "A ja sądziłem, ze to mój ojciec jest trzaśnięty. A właściwie był. Na całe szczęście tego świata, dawno gryzie piach."
— Chwila podsumujmy jedną rzecz - powiedział Lucek.
— Jestem za. Pogubiłem się w tym wszystkim - dodał Erwin.
— Cicho bądź, bo ci w głowie Stalingrad urządzę! - powiedział Lucyfer. - Ty Lex milcz, bo powieszę cię za pięty nad tym fajnym bajorkiem co to jest w piekle. A rudzielec się skupi, zadam trzy pytania i prosiłbym o trzy krótkie i zwięzłe odpowiedzi - zaznaczył.

— Jego zostaw w spokoju - warknął Lex, mając na myśli Erwina. Ten człowiek wciąż był oficjalnie jego maskotką, chociaż nie mieli ze sobą kontaktu od kilku lat. Potem wywrócił oczami. Już widział jak go tam wiesza... Akurat Lucek ma to do siebie, że nieczęsto spełnia swoje groźby, już nie mówiąc o obietnicach.
Lucek spojrzał na Erwina i na Lexa.
— Dlaczego? Ja wiem, że lubisz tego gościa, ale może on ciebie nie lubi...w jego przypadku to ciężko powiedzieć czy kogoś lubi - zamyślił się.
— Ale nie o mnie jest tutaj mowa, Lucyferze. Poza tym...jak Polacy w piekle? - uśmiechnął się słabo. Szyderczy uśmiech zawitał na twarzy snajpera.

— Jest moją maskotką. Znajdź sobie własną. Chociaż pewnie jesteś na tyle niewyżyty i chamski, ze go sobie przywłaszczysz - prychnął Lex, krzyżując ramiona na piersi.
— "Znajdź sobie własną maskotkę", bla, bla, ple, ple - przedrzeźniał Lexa. - Poza tym za kogo ty mnie masz? Za jakąś niemotę? - zapytał oburzony.
— Oczywiście - odpowiedział na zadane przez Lucyfera pytanie.  
Boruta spojrzał na wodę, zaschło mu w gardle, ale nie zniży się do poziomu jakiegoś zwierzęcia i nie będzie pił czegoś w czym ryby się kopulują.
Erwin natomiast przyglądał się temu wszystkiemu. Żałował, że nie można zabić diabła...chociaż w sumie przypuszczał ze gdyby nie Lucyfer to życie w Fabletown byłoby strasznie nudne. Jednak bardziej niż Lucyfer ciekawił go Alexander. Nie mógł się powstrzymać od ukradkowych spojrzeń w jego kierunku oraz uśmiechów.

— Pytanie numero uno. Czy wizyty są odpłatne? Pytanie secondo. Czy ja w końcu mam problem, czy go nie mam? I pytanie numero...trzy. Ten rudy to jest farbowany, czy naturalny? - zapytał wskazując na włosy. Przekrzywił głowę i zaśmiał się. - O kurwa! Lex, a ty...a może weźmy jakiegoś polityka pokroju Hitlera, Stalina i może Castro...zróbmy go rudego? Niskiego, brzydkiego z nadmuchanym ego i rudego z pryszczami w gratisie? - zapytał. To dla niego był bardzo dobry pomysł.
Rasputin uniósł lekko brew. 
— W sensie pieniężnym, są odpłatne dla wszystkich poza wami - odpowiedział na pierwsze z pytań. - Masz problem i to ogromny... I cóż... można powiedzieć że kolor włosów mi się zmienia co jakiś czas, ale są naturalne. 
Lex ukrył twarz w dłoniach. Na co on liczył? To od początku było skazane na porażkę. Przeczesał włosy palcami i westchnął głęboko.
— To chujowy pomysł... Kolejny na liście twoich chujowych pomysłów - zerknął na Rasputina. - Może chociaż jakieś antydepresanty mi przepiszesz?

— Mogę przepisać, ale nie można ich mieszać z alkoholem.
— Ja nie mam potrzeby ciągłego chlania. Mam inne rozrywki w życiu.

— Aha... a kiedy cierpisz Weltschmerz, to co? Soczek z Tymbarku pijesz? – zapytał władca piekieł. - I nalewasz go sobie do kieliszka w jakim zwykle pija się wino, bo chcesz się poczuć dorosły. Jasssnee - powiedział z uśmieszkiem. Czuł się tak jakby ktoś mu powiedział ze nie tylko on ma problemy.
— No dobrze... - mruknął Rasputin, znów zapisując coś w notatniku. - Lucyferze powiedz mi... czy masz żal do swoich rodziców? Zwłaszcza do ojca?
— Do rodziców? O których rodzicach do mnie mówisz? Bo Generalnie to Bogu jest moim ojcem i matką w jednym. Stworzył mnie dał mi wolną wolę i tyle... na tym się skończyło. Samael mnie zaadoptował, razem z Lilith. O których konkretnie ci chodzi? I nie pytaj się mnie czy utrzymuję kontakty z tymi pierzastymi stworkami jakimi się Rafał, Michał i Gabriel... z Dżizaskiem też nie gadam...bo tak średnio mam ochotę. On zatrzymał się na epoce fermentacji. Nie po to Polacy w piekle wymyślili destylacje, żeby pić wino - prychnął skrzyżował ręce na piersi. - Czemu pytasz?
Erwin spojrzał na Lucyfera i pokiwał głową z niedowierzaniem. Za ekranem telewizora to zawsze ogarnięty prezenter wiadomości, który zarzuci jakimś żarcikiem. Tutaj...zupełnie inny diabeł. No i też nieco inaczej zapamiętał go, ale nie zamierzał do tego wracać.
Rasputin nie wiedział za bardzo co ma zrobić. Mógłby wcisnąć Lucyfera w zacny kaftanik i wpychać w niego leki, aż jego stan poprawiłby się na tyle by mógł nie stanowić zagrożenia dla siebie i otoczenia. Ale czy to miało sens?
— Wygląda to tak, jakbyś wciąż miał żal do ojca... i swojego najbliższego rodzeństwa o to, ze potraktowali cię w taki a nie inny sposób. W końcu wygnali cię z nieba i skazali na władanie piekłem, zmuszając cię jednocześnie do stawienia czoła swoim lękom, strachom i złości. A ty uznałeś, że lepiej uciec od tego najdalej jak to możliwe i wybrałeś... alkohol. I inne używki - dodał po chwili.
Lucyfer może jeszcze nie był bardzo podjudzony, ale było pewne, że mała cienka czerwona linia za jakiś czas zostanie przekroczona (świadomie, bądź nie).
— Nie mam żalu - odpowiedział, jednak sam nie był tego do końca pewny. - Ale piekło jest fajne. To taka lepsza wersja nieba - wzruszył ramionami. - Poza tym, nie wygnali tylko sam stwierdziłem że zrobię im konkurencję, i ja nie mam żadnych problemów z alkoholem! - krzyknął oburzony. - Ani z innymi używkami! Lex powiedz coś! Czy i według ciebie mam żal do kogoś? Albo czy mam problemy z używkami?
König westchnął cicho. Miał wrażenie że przed nim nie ma diabła tylko siedzi on sam podczas swojej pierwszej wizyty. Też było z nim ciężko przez kilka jak nie kilkanaście spotkań. Później jakoś poszło. Ale była pomiędzy nimi zasadnicza różnica, Lucyfer był diabłem, a diabły się nie zmieniają.
— Gdybym uważał, że nie masz problemu z alkoholem i innymi używkami i że nie masz żalu do ojca, to bym cię tu nie przyprowadził - mruknął Lex. - Odkąd cię znam nie widziałem cię trzeźwego.
Rasputin znów zapisał coś w notatniku. Większość jego notatek, dotyczących badań było zapisane szyfrem, tylko jemu znanym. Notatki o pacjentach pisał w cyrylicy, albo po rosyjsku albo po angielsku tylko w alfabecie rosyjskim. Teraz też stawiał swoje krzaczki starannie i wręcz artystycznie. Podrapał się palcem po skroni.

— Nie masz żalu teraz, czy nie miałeś od początku? Czy może wmawiasz sobie że nie masz? - spytał psychiatra, patrząc z uwagą na Lucyfera. Diabeł wysyłał różne sprzeczne sygnały. Wydawało się, że sam nie jest pewien swoich odpowiedzi. – Chcesz powiedzieć, że wywołałeś bunt wśród innych aniołów... Po czym machnąłeś ręką na to, że przegrałeś i odszedłeś z nieba tak po prostu? Twierdzisz, że nie wygnali cię, mimo tego że byłeś zdrajcą? Z tego co wiem, anioły zostały natchnienie przez Boga wyłącznie dobrem... Od początku swojego istnienia miały czynić tylko dobro. Nie czułeś się jakoby wybrakowany? Jako pierwszy z aniołów zacząłeś grzeszyć, czynić zło, szeroko pojęte zło.
— Wolna wola...wiesz jest coś takiego - powiedział przez zaciśnięte zęby. Nie chciał mówić czegoś ważnego. Niby był tym którego Bóg kochał najbardziej, jego ukochany syn, ale chciał żeby był tym złym. Chociaż może i tylko Lucyferowi tak się wydawało. - Gdyby nie kazał mi się pokłonić istocie ulepionej z błota, to w życiu by nie doszło do niczego - warknął. Nawet nie zauważył tego że coraz bardziej pochylał się w kierunku Rasputina. Był zdenerwowany, chociaż jeszcze nad sobą panował. Uśmiechnął się lekko po czym wyprostował się.
— Wolnej woli aniołowie nie mieli, dopóki nie otrzymali jej ludzie - przypomniał Rasputin. - Wygląda to trochę tak, jakby własny ojciec skazał cię na cierpienie i konieczność podejmowania decyzji, które w ostatecznym rozrachunku nie wyszły najlepiej. Skazali cię na samodzielność, która ci nie wyszła... 
— Wiecie panowie. Jakoś...przestało mi się tutaj podobać. Może zmienimy nieco wystrój? - zapytał po czym klasnął w dłonie zanim ktokolwiek zdążył coś powiedzieć.

Byli w przestronnym apartamencie urządzonym ze smakiem, gdzie nowoczesność przeplatała się w zgrabny sposób z przeszłością. Siedzieli w salonie, utrzymanym w tonacji brązu oraz beżu. Jedynie to telewizor oraz kilkanaście pomniejszych dodatków było koloru czarnego. Lucyfer uśmiechnął się. König spiął mięśnie oczekując jakiegoś ataku z którejkolwiek strony.
Nie specjalnie się obawiał Lucyfera. Wątpił by zrobił mu krzywdę. Wzdrygnął się, gdy nagle przenieśli się w zupełnie inne miejsce. Lex zerwał się z fotela. Skrzyżował ramiona na piersi, kręcąc głową.
— Kurwa...Lucjan - powiedział dobrze znany większości głos. Mężczyzna o ciemnych włosach ściskał pistolet. Starego oficerskiego TT-33. - Pojebało cię? - syknął.

— Ivan, co się dzieje? - z sypialni dobiegł delikatny aczkolwiek zdecydowany kobiecy głos.
— Nic. Po prostu...rodzina wpadła w odwiedziny - powiedział cicho. Zlustrował wszystkich przybyłych. Jego wzrok zatrzymał się dłużej na Rasputinie. - Grigorij Rasputin... Wyjdź z mojego mieszkania! - krzyknął wściekły. - Po cholerę....

— Nigdzie stąd nie wyjdzie - zadecydował Lucyfer pewnym siebie głosem. Wydawać by się mogło, że z zagubionego diabła na kozetce stał się nagle panem sytuacji. - Zaparz nam kawy, albo herbaty a ja... — podszedł w stronę barku - ...naleję coś sobie - dodał z uśmiechem.
Ivan schował broń, jednak nie spuszczał wzroku z Rasputina. Był wściekły na Lucyfera, wiedział doskonale debil jeden jaka sytuacja jest.

— Cześć Ivan - przywitał się z dalekim kuzynem. - Za każdym razem gdy zaczynamy poważniejszą rozmowę ty coś musisz odwalić - mruknął do ojca. - Jasne, idź chlać. To ci wychodzi najlepiej...
Rasputin siedział sztywny i spięty. Jego mina zmieniła się gdy tylko natrafił na spojrzenie Ivana. Przypomniał sobie wszystkie powody dla których go nie lubi.
— Ivanie Zwonariew... Wyglądasz zgwałcony hobbit i samo to sprawia że nie możesz mi mówić co mam robić - warknął Cillian.

Lex otworzył szeroko oczy i odwrócił się w kierunki Rasputina. Prychnął śmiechem.
— Doktorku... No tego się nie spodziewałem...
Rasputin widząc jak Ivan nabiera oddechu by mu odpowiedzieć, dodał
— Idź ogól psa i przyklej sobie jego sierść do jajek, może zmężniejesz - Skrzyżował ramiona na piersi, nie mając nawet zamiaru się ruszyć.

Ivan spojrzał na Rasputina, uśmiechnął się nikle, po czym w momencie doskoczył do lekarza. Był zdecydowanie silniejszy niż człowiek, jednak wśród diabłów był przeciętniakiem, jednak demony niższego rzędu z pewnością miałyby z nim jakieś kłopoty.
— Swołocz - warknął i chwycił go za szyję zaciskając rękę. - Jak to mówią....do trzech razy sztuka, prawda Grigorij? - uśmiechnął się niczym obłąkaniec. - Najwyżej opuścisz MOJE mieszkanie w czarnym worku - ręka niebezpiecznie się zaciskała na jego szyi. Lucyfer doskoczył do Ivana w tej samej chwili co major. Diabeł chwycił hrabiego pod ręce i odciągnął od Rasputina. Trzymał go pewnie, chociaż tamten rzucał się i to mocno, widać że nawet dla Lucyfera był to spory wysiłek żeby utrzymać rozwścieczonego diabła.

Rasputin nie był tak szybki jak diabły czy demony. Nie miał nawet możliwości zareagować czy się wyrwać. Zakasłał i dotknął swojej szyi, gdy wreszcie został uwolniony od silnych łap Ivana. Nie udałoby mu się go udusić. Nawet gdyby odciął mu głowę, niewiele by to pomogło. Nie można go było zabić w tradycyjny sposób.
— Puść mnie! - krzyknął. - Zajebię go...zajebię - wycedził przez zęby.
— Nie obiecuj, nie obiecuj - mruknął do Ivana. - Bo to też ci nie wyjdzie, jak większość rzeczy w życiu. 
Wyprostował się, gdy pojawiła się kobieta. Jednak jakieś pozory trzeba było zachować. Skoro nie był już w swoim gabinecie, nie musiał być taki profesjonalny. 
Erwin pomógł wstać Rasputinowi. Spojrzał na swojego lekarza, po stwierdzeniu, że raczej nic poważnego mu nie jest odsunął się o dwa kroki. Jego wzrok był czujny, mięśnie przygotowane na wszystko. Skupiony na Zwonariewie.

— Ivan, co się... - kobieta o blond włosach ubrana w podkreślającą jej kształty sukienkę wyszła z sypialni. - Lucyfer...
— Spokojnie kochanie nic się nie dzieje - powiedział próbując się wyszarpać z uścisku Lucyfera. Oczywiście nie spojrzał na swoją żonę. - Naprawdę skarbie...
— Cicho Ivan - ucięła. Na ogół delikatna, potrafiła być też zdecydowana, może właśnie dlatego się z nią ożenił? - Ivanie, wyjaśnisz mi dlaczego...ci panowie są w naszym salonie? Kim oni są?
— Lucjan...
— Lex...wyjaśnij swojej cioci, co się stało, bo mnie ciężko jest łączyć funkcję trzymania go, stania oraz tłumaczenia - powiedział Lucyfer.
— Współczuję ci ojca Alex - syknął Ivan, który może już nieco mniej się rzucał, ale wciąż spoglądał na Rasputina z chęcią mordu.

— Ja też współczuje sobie takiego ojca i wciąż mam cichą nadzieję, że to jakiś żart i to nie jest mój prawdziwy ojciec - odparł Lex. Podszedł do ciotki i cmoknął ją w policzek. - Cóż mogę powiedzieć... Lucjan jak zwykle, nie wytrzymał poważnej rozmowy i postanowił nas przenieść z sesji psychologicznej, tutaj. Nie mam pojęcia dlaczego akurat tutaj... - pokręcił głową. - To... - wskazał na Rasputina. - Jest Doktor Rasputin, psychiatra i psycholog. A ten drugi to Erwin König... moja maskotka - wyjaśnił jednym słowem, co powinno wystarczyć. - Wybacz najście...
— Ale czemu mój dom Lucek? - zapytał Ivan. - Swojego nie masz?
— Mam ale jest syf no i poza tym nikogo w nim nie ma - powiedział z pełną powagą Lucyfer. Ivan spojrzał na Lucyfera tylko na moment, później z twarzą Ivana spotkała się jego własna dłoń.
— Czasem jak cię słyszę to jestem za in-vitro, aborcją i prawem miłosiernej lobotomii - wyszeptał Ivan.
Żona Ivana uśmiechnęła się przepraszająco w kierunku Rasputina oraz Erwina. Przypuszczała, że z tym pierwszym jej małżonek może mieć jakieś osobiste zatargi z przeszłości. Niby wiedziała czym wcześniej się Ivan zajmował, co robił, wiedziała jaki jest, ale nie przypuszczałaby w życiu, że wciąż byłby zdolny do zabicia kogoś ot tak, z kaprysu.

— Kawy? Herbaty? - zapytała. - Proszę wybaczyć mężowi...ostatnio jest jakiś nieswój - westchnęła. Była ładną kobietą, chociaż z całą pewnością daleko jej było do najpiękniejszych modelek, czy aktorek, tak dla polskiego diabła była niemalże chodzącym ideałem.
— Herbaty jeśli można - powiedział König. Niby za dużo nie mówił, ale z wielką przyjemnością się czegoś napije.

— Ja również herbaty - dodał Rasputin, siadając wygodniej w fotelu. Z Ivanem był w konflikcie od lat, za każdym razem gdy mieli okazję się zobaczyć fukali na siebie, poza jednym krótkim epizodem, kiedy się pogodzili przy kieliszku. Lex usiadł na kanapie, na samym środku, tak aby Erwin w razie chęci miał gdzie siedzieć.
— Zawsze tez jest wódka, whisky...ALE NIE DLA CIEBIE LUCEK - podkreślił Ivan. - Kochanie nie kłopocz się! Ja wszystko zrobię, a ty idź bo się do kosmetyczki spóźnisz...czy gdzie to miałaś iść - Zwonariew chciał się pozbyć swojej żony możliwie najszybciej. Nie wiedział co komu głupiego wpadnie do głowy i wolał żeby jego ukochana możliwie najszybciej opuściła mury tego mieszkania.
— Mam jeszcze czas, nie musisz się martwić - powiedziała twardo. Czyli cały Misterny plan poszedł gdzieś i zaginął w akcji niczym Chuck Norris w filmie o takim fajnym tytule.

— Właśnie się ciociu zastanawiam, czy to dobry pomysł byś wychodziła... Mamy tu pewien konflikt, a jednak przy kobiecie wszyscy się wzbraniają przez agresją.
— A może porozmawiamy o twoich problemach Ivanie? Masz ich bardzo dużo zapewne - zaczął Rasputin - Ze względu na twą uroczą małżonkę, przyjmę cię za darmo.
— JA problemy? - zapytał Ivan odpalając papierosa. - Ja nie mam żadnych problemów. Poza tym nie chcę twojej pomocy, bo sam sobie świetnie daję radę - wydmuchał dym papierosowy. - Chce ktoś? Lex? Majorze König? Do...- przerwał i zacisnął wargi - Rasputin? - zapytał, no w końcu nie wypadało nie częstować.
Erwin usiadł obok Lexa i uśmiechnął się lekko do diabła.
— A ja myślę że to jest bardzo dobry pomysł żebyś wyszła możliwie najszybciej - powiedzieli równocześnie Ivan z Lucyferem.
— Zostanę, to też mój dom IVANIE - podkreśliła po czym postawiła tacę z filiżankami z herbatą i cukrem. Zajęła miejsce naprzeciwko Rasputina. Spojrzała na Ivana, który podszedł do barku i nalał do szklanki whisky, do której też dorzucił sporo kostek lodu.
— Lex? Chcesz? A może pan doktor woli herbatkę z whisky, albo rumem? - zapytał. - A ty Lucek nie licz na nic - powiedział z bezczelnym uśmiechem po czym demonstracyjnie napił się ze szklanki. - Skarbie...chcesz coś?

— Wystarczy herbata. Nie pije w czasie pracy - odparł Rasputin, co nie do końca było prawdą, ale nikt nie musiał o tym wiedzieć. - Więc... Jesteście rodziną... - dopiero gdy wypowiedział to na głos, dotarł do niego bezsens tego faktu. Lex nie pasował do tego grajdołka. Starał się też ignorować to, że demon i Erwin siedzą zdecydowanie zbyt blisko siebie. Ale skoro dawno się nie widzieli...
— Ivan, siadaj - powiedziała ostro. - Ty też Lucek - wskazała dla diabła fotel obok Rasputina. Przypuszczała, że Lucek raczej nie uszkodzi psychiatry, poza tym w razie czegoś blisko był też Erwin, więc może odciągnąć diabła. Bardziej obawiała się o swojego męża.
— Jak widać wszyscy w tej rodzinie mają pewnie problemy... Lex niemal ich nie ma i aż ciężko uwierzyć, że jesteście tak blisko spokrewnieni. Albo w chwili poczęcia Lucyfer był zupełnie trzeźwy albo... - nie dokończył, gdyż dalsze słowa nie były potrzebne. 
— Ograniczam picie, gdy Lucjan jest w pobliżu. Kiedy myślę, ze za kilka lat będę taki jak on, mam ochotę spalić wszystkie wytwórnie alkoholi na świecie - odparł Lex. Czuł przy sobie ciepło Erwina i wyjątkowo mu się to podobało.

— Nie pal Lex...gdyby nie alkohol a raczej jego brak to nie byłoby cię - powiedział Lucyfer. - No i gdyby nie to że padało a mnie nie chciało się iść po gumki. Mogłem iść po te gumki... Za błędy młodości się płaci...mam syna który starzej wygląda ode mnie.
— Nie przesadzaj Lucjan - powiedział Ivan. - Mogło być gorzej. Poza tym nie oszukujmy się Alex nie jest brzydki... Ale Lex, nie rób z Lucjana dziadka, nie rób tego swoim dzieciom - powiedział żartobliwie i mrugnął do Hellera. Przypuszczał że raczej pomiędzy nim a tym snajperem to nie jest jakaś tylko i wyłącznie przyjaźń.

— Lucjan... ja nie chce psuć twoich wyobrażeń, ale kiedy mnie robiłeś nie było kondomów. Więc nie mogłeś iść po gumki, chyba że skoczyłbyś parę wieków w przyszłość - Lex sięgnął po filiżankę herbaty. - Dzięki Ivan. Chociaż ty nie uważasz mnie za brzydkiego... - prychnął wywracając oczami. Reszty nie skomentował. To co będzie robił i z kim robił to już inna sprawa.
— Skąd możesz wiedzieć? Ja nie pamiętam kiedy cię robiłem, to ty nie ucz ojca dzieci robić - powiedział święcie oburzony Lucyfer. - Poza tym opowiem ci bajeczkę...od zarania dziejów ludzie wymyślali metody antykoncepcji...
— Lucjan... - syk Ivana rozległ się po pomieszczeniu.
— ...i tak najlepszą metodą antykoncepcyjną to jest: dziewiczy wąsik, pustki w portfelu, mieszkanie z matką, oraz sandały i skarpetki. Dziękuję za uwagę - upadły anioł wstał i skłonił się.

— Wszyscy....pfff... - prychnął Ivan po czym zaciągnął się papierosem. - Ja ich nie mam. Alkohol rzadko, prawie wcale...papierosy czasami.
— Czasami często - weszła mu w słowo żona. - Pochwal się ile paczek potrafisz wypalić.
— Marysiu... cztery paczki to jeszcze nie jest tak źle - powiedział i uśmiechnął się do niej. Zamknął barek, chwycił szklankę i usiadł obok żony.

— No ja nie wiem, czy cztery paczki dziennie to nie jest źle. Czasami potrafisz wypalić i nawet pięć albo i sześć paczek - powiedziała do Rasputina. Ivan spojrzał na Lucyfera, który to niczym zahipnotyzowany spoglądał na szklankę z whisky z lodem.
— To dużo - przyznał Rasputin. - To, że diabły i demony nie umierają na raka, nie znaczy że alkohol i inne używki im służą i nie wpływają negatywnie na humor, charakter i zdrowie. 
Uśmiechnął się do kobiety. Podejrzewał, że bez problemu porozumiałby się z nią i znalazł wspólny język. Oboje mogliby ponarzekać na Ivana.

— No...spokojnie, ty skarbie też nie możesz umrzeć...w naszym wydaniu nie można być bardziej martwym - Ivan uśmiechnął się po czym upił łyk zimnej whisky. Nie zachowywał się jak alkoholik, właściwie to nie wyglądał też jak jakiś nałogowy palacz. Wyglądał tylko jak jakiś wredny dupek.
König położył na kolanie Lexa swoją rękę, trochę nieśmiały oraz niepewny gest. Spojrzał na Rasputina, oraz na Ivana, który to bardziej przejmował się swoją żoną niż nimi, zresztą z wzajemnością.
— Ale ja nie mam problemów z alkoholem - powiedział Lucjan.

— To jest hobby, każdy jakieś ma - dodał Ivan. Zupełnie tak jakby był przy wcześniejszej części rozmowy, która miała miejsce w gabinecie Rasputina.
— Wiecie, bez chęci zmian albo przynajmniej chęci poznania rzeczy, które można zmienić, niewiele mogę poradzić - powiedział Rasputin ze spokojem. - Mogę dla ciebie Lucyferze, przyrządzić pewien eliksir który przy spożyciu większej ilości alkoholu, spowoduje pewne... no, nieprzyjemności żołądkowe i nie tylko. Ale jeśli ty nie uważasz że to problem... To niewiele mogę.
— A twoim hobby jest palenie papierosów? - zapytała Maria. Spoglądała na swojego męża wyczekująco. Czekała aż ten zgasi wypalonego papierosa. Miała nadzieję, że nie zapali kolejnego, przeliczyła się.
— Nie. To nie jest ani hobby ani sport. Przyzwyczajenie powiedziałbym - uśmiechnął się. - Poza tym nie narzekaj...staram się przy tobie nie palić. Teraz to wyjątkowa sytuacja. Poza tym chyba nie mamy żadnych problemów, prawda skarbie? - zapytał po czym pocałował kobietę w czoło.
— No ja nie wiem Ivan...mam ci przypomnieć parę spraw? - zapytała i spojrzała mu prosto w oczy. Nie zamierzała odpuścić, chciała już wcześniej pójść razem z mężem na rozmowę do psychologa.
— Może zostawimy ich samych? - zapytał cicho Erwin Alexa. - Chyba że wolisz mieć przez chwilę patrzenie na nich.

— Szkoda że nie byłeś taki wygadany kiedy było trzeba. Od dziecka miałem problemy z okiełznaniem swoich zdolności a ty miałeś to gdzieś. Wtedy trzeba było świergotać jak jesteś taki mądry. - mruknął Lex wywracając oczami. - Z resztą... Nie mam zbytniej ochoty z tobą gadać o tych sprawach przy tak licznej widowni. Znalazłeś sobie obrońcę, podobnie walniętego, chociaż nie tak mocno. - mruknął, wskazując na Ivana. - A skoro teraz czujesz się pewniej, dalsza rozmowa nie ma sensu. Jeden diabeł to problem. Dwa to już przeklęty orszak. - podniósł się. - Do później ciociu. Widzimy się w kawiarni... - złapał Erwina ostentacyjnie za rękę i pociągnął za sobą. Musieli poważnie porozmawiać, bo czy tego chcieli czy nie, byli ze sobą związani mrocznymi siłami.
Rasputin pokiwał głową z uznaniem.
— Wręcz mi to z ust wyciągnąłeś - powiedział do Lexa. - Nie dało się nie zauważyć, że przygwożdżony do ściany Lucyfer wybrał ucieczkę niż konfrontację... Ale wracając do tematu. Lucyfera zapraszam do siebie we wtorek o 12 a Ivana w środę o 12. Możesz przyjść z żoną... Zawsze jest miło porozmawiać z kimś urodziwym i przede wszystkim inteligentnym.

— Ja walnięty? - zapytał Ivan. - No dobrze...może nie jestem do końca normalny, ale nie jest ze mną tak źle.
— Jest Ivan, jest - pokiwał Lucek głową. - Każdy ci to powie.
— Ale przynajmniej jesteś normalniejszy niż Lucyfer - powiedział Erwin zanim wyszedł z Lexem.


Przynajmniej tak przypuszczał, chociaż po tym co zdążył przeczytać, czego się dowiedział, to miał poważne wątpliwości.
— A tam ucieczkę. To po prostu odwrót taktyczny! - krzyknął.
— Tak samo krzyczałeś Lucek w roku '44? Bo chyba coś podobnego mi się o uszy obiło - powiedział Ivan. - A jeśli chodzi o wizytę, to Lucyfer z pewnością się pojawi. Będzie trzeźwy i nawet nie będzie czuć że jest po wczorajszym - powiedział ostro. - Już ja tego dopilnuje.
Maria spojrzała na Ivana z niemałym zaskoczeniem. Zawsze to dawał Lucyferowi pieniądze ewentualnie pomagał w jakiś inny sposób. Ale nie spodziewała się tego, że zadba o to żeby jego kuzyn był trzeźwy.
— Niestety mówię od razu że nie dam rady w środę - powiedział. Kłamał. - Mam napięty grafik na najbliższe sto lat albo i więcej - dodał.
— To w takim razie ja pójdę - powiedziała do Ivana. Przypuszczała, że nie pozwoli jej iść samej do doktora na rozmowę. A jakoś musiała go zaciągnąć. - Skoro nie chcesz to nie musisz. Ja z pewnością pojawię się panie Rasputin.
— Ivan też się pojawi... - powiedział Lucek wstając. - Ale późno się zrobiło...no muszę iść i żółwia nakarmić...albo jakieś inne wyimaginowane zwierzątko. Do widzenia, do zobaczenia, cześć i czołem! - powiedział zanim zniknął.
— Chyba jednak się pojawię...po to aby porozmawiać o tym idiocie, który przez przypadek jest ze mną spokrewniony - powiedział. W duchu cieszył się, że to już koniec i wreszcie Rasputin wyjdzie z jego mieszkania. - No to skoro nie ma pan już czasu...to do widzenia - uśmiechnął się sztucznie po czym wstał z miejsca. Chciał zostać sam tylko i wyłącznie po to żeby pomyśleć w spokoju w jaki sposób zabić Lucyfera.

___________
Mamy nadzieję, że jakoś to wyszło. Może jeszcze coś innego się pojawi z cyklu "na kozetce u Rasputina". Zobaczymy jak to wszystko wyjdzie ;)
Pozdrawiajo autorzy, czyli Bociek oraz Władca Nocy Złodziej Snów

8 komentarzy:

  1. Pięknie :D
    Zaprawdę ci powiem, do doktora Rasputina sami psychopaci przychodzą XD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lucek to nie psychol...tylko wariat ;)

      #KiedyWsółautorzyKomentująSwojeNotki

      Usuń
  2. Hahaha, muszę przyznać, że wasze postacie dobrały się wręcz idealnie, szczególnie Lucyfer i Lex :D Nie wiedziałam nawet, że wszyscy są ze sobą aż tak powiązani! Oczywiście, nie mogło zabraknąć Bogdana xD Cudnie <3
    Szczerze, to współczuję Rasputinowi, że musi przyjmować do gabinetu takich wariatów, serio xD
    btw. mam nadzieję, że ta para, która chce się rozwieść tydzień po ślubie to nie państwo Jonesowie? xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo wszyscy na Fable to jedna rodzina Lucek i Lex oraz niejaka Halina xD *napisał Halinę tylko i wyłącznie dlatego, że był rym*
      Od teraz Bogdan w przypadku notek z Luckiem to podstawa :D
      Hehe...Lucek pewno to by mu zazdrościł, albo i też współczuł Rasputinowi (ale o tym cii...) :D Popatrzmy jednak na to wszystko inaczej, Lucek nie jest znowu jakimś wariatem, tylko jest nieogarniętym do potęgi entej diabłem ;)
      Szczerze...też mam taką nadzieję. Ale popatrzmy na to z tej strony, że Lucy i Hak się chyba jeszcze nie pobrali...chyba że coś przeoczyłem, bo jeśli tak, to chciałem wyrazić moje ubolewanie nad tym faktem, oraz zapytać się o pewną jedną rzecz: "Dlaczego nie wzięli ślubu w tym fajnym kościele Lucjana?"
      Ale mam nadzieję, że królowie katastrofy jednak nie zepsują swojego małżeństwa i nie dojdzie do jakiejkolwiek sytuacji, że będą chcieli rozwieść się tydzień po ślubie :)
      Niech poczekają do miesiąca! *krzyczy Lucyfer*

      Usuń
    2. Hahaha, nie, nie, spokojnie, ślubu jeszcze nie było xD I raczej na pewno odbędzie u Lucka (ewentualnie w innym miejscu, ale udzielony przez Lucka xD), o ile nie wymyślimy czegoś w międzyczasie - co jest możliwe, zważywszy na to, że co chwilę mamy jakieś nowe pomysły :D
      Wiesz co, podejrzewam, że nawet gdyby doszło do rozwodu, to następnego dnia znowu wzięliby ślub, oni tacy so xD
      A właściwie to kiedy Lucek znajdzie żonę, co?! :D

      Usuń
    3. No, bo Lucek cieszy się, że będzie mógł udzielić ślubu :D Więc, cóż...catering, czy też i alkoring też załatwi. Będzie rum, wódka, bimber, piekielny samogon oraz wino dla delikatniejszych :D
      Kwestię tego kiedy Lucek znajdzie żonę...to może podsumuję takim jednym obrazkiem, ktory kiedyś mi Jaga przysłała:
      http://paczaizm.pl/content/wp-content/uploads/dobrze-byloby-miec-dziewczyne-ale-jestem-w-powaznym-zwiazku-z-alkoholem-i-zlymi-decyzjami.jpg

      Ewentualnie wtedy będzie szukać żony, kiedy Lex się hajtnie, albo Ivan weźmie rozwód xD (to drugie to raczej nie możliwe xD)

      Usuń
  3. Widzę, że zebranie Waszych postaci prowadzi do istnej mieszanki wybuchowej :D Mam nadzieję, że jednak nie ucierpią jeszcze bardziej na psychice pod wpływem kolejnych spotkań, bo szkoda byłoby patrzeć :D No i oczywiście, że pojawią się jeszcze jakieś ich dalsze losy ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak widać :D Mieszanka wybuchowa godna najprawdziwszych mistrzów ;)
      Może coś się pojawi ;) Będzie trzeba porozmawiać z Lexem na ten temat, ale myślę, że Lucjanowi nie odmówi xD

      Usuń

Szablon wykonała Night Tear. Źródło: WallPaper. Obsługiwane przez usługę Blogger.