wtorek, 29 sierpnia 2017

That salt sea is gonna be mine!

—————————————— ——————————————
No dobra, kochane miśki, w ramach małego rozruszania siebie i was, oraz zachęcenia do wzięcia udziału w zabawie, oto wrzucam takie małe dzieło ode mnie :D
Skoro zmieniamy historię naszych bohaterów, postanowiłam namieszać chyba w najważniejszym dniu z całego nimfiego życiorysu, a właściwie zupełnie go wymazać...

...tak też znika dzień, w którym Lorelei spotyka Kapitana Haka!
Bawcie się dobrze ;)


—————————— ——————————
Mgła nadeszła od strony portu. Wolno snuła się pomiędzy dachami, oplatając murowane kominy, mieszając się z dymem palonego drewna. Kilka uliczek dalej wiła się coraz niżej, zaglądając do brudnych okien i do pustych butelek po rumie. Ciągnący się wraz z nią przeraźliwy chłód wdzierał się do najgłębszych i najczarniejszych zakątków miasteczka. Tyły doków Hythe, pomimo opinii ostoi piractwa, na którą póki co przymykano oko, tego wieczoru były wyjątkowo spokojne. Grobowa cisza wydawała się jednak zbyt podejrzana i tak nie podobna do tego miejsca. Zielonooka brunetka w średnim wieku uważnie wsłuchiwała się w stłumione uliczne dźwięki, wyglądając przez okienko. Czarne zasłony zatańczyły na wieczornym wietrze trzepocząc niczym krucze skrzydła w locie, a ona przetarła rękawem okopconą szybkę i westchnęła cicho. Gdzieś w oddali, w opuszczonej części portu dostrzegła stary okręt kołyszący się delikatnie i wiedziała już, że cisza w miasteczku to zaledwie cisza przed burzą. Świece na blacie baru gasły, jedna po drugiej, więc kobieta zamknęła okno małej tawerny "Pod Drewnianą Syrenką" i wróciła do obowiązków.
Nieduża sala obłożona drewnem mieściła zaledwie kilka okrągłych stolików. Ściany, ku uciesze pirackiej zgrai zdobiły listy gończe najznamienitszych szumowin, jakie miały okazję podpaść Królestwu Brytyjskiemu, i którą już dawno okrzyknięto "ścianą chwały". Silny zapach alkoholu oraz siana i drewnianych wiórów pokrywających podłogę od razu uderzał w nozdrza i był nawet przyjemny. Szczególnie dla stałych bywalców, których i dziś nie zabrakło. Brunetka podeszła do stolika zajmowanego przez kilku mężczyzn. Na jej widok na ustach zgromadzonych od razu pojawił się uśmiech. Mary Read, bo tak się nazywała, niegdyś sama zaznała pirackiego życia, a obecnie zarządzała ową tawerną, którą wykupiła za zarobione pieniądze. Poślubiła miejscowego handlarza rybami, urodziła trójkę dzieci i żyła spokojnie rozlewając rum i piwo we własnym przybytku. Toteż tradycyjnie postawiła gościom po kuflu, pozdrowiła skinieniem głowy i odeszła, choć szczerze ciekawiło ją, co też grupa tych staruszków znów kombinuje.
A cała ósemka wyglądała dość ponuro, choć kilka łyków piwa później atmosfera widocznie się rozluźniła. Krzesło naprzeciwko baru zajmował Bartholomew Roberts, walijski pirat, który już wiele lat temu podbił Barbados. Obok niego siedział Henry Morgan - Król Bukanierów i przyjaciel Barta z dawnych lat. Następnie, Charles Vane i jego druh Jack "Calico" Rackham, który przybył na spotkanie z niedużym pomocnikiem chowającym się pod kapturem. Po przeciwnej stronie Robertsa znaleźli się Długi John Silver, któremu już od wielu lat lewą nogę zastępowała drewniana proteza oraz Jednooki Pete, stary, nieco przygłupi bard i bywalec wielu gospód i tawern w całej Anglii. Pozostałą część wolnej przestrzeni przy stole zajmował rosły ciemnoskóry Maur, którego imienia nikt właściwie nie znał, a który słynął z niezwykłej siły fizycznej - tak przynajmniej było za czasów jego młodości.
- No dobrze, moi drodzy - Bartholomew Roberts zatarł dłonie – W takim razie, czas na podział łupów!
- Łupów! – zarechotał Calico Jack – Panowie, kocham was, ale czasem mnie rozczulacie. Ten woreczek nazywacie łupem? Jak na moje oko, to nędzne drobiazgi wykradzione z szuflady jakiejś damulki, ważące nie więcej niż wasze puste łby.
- Licz się ze słowami, smarkaczu! – ofukał go Henry Morgan i wyraźnie obruszony utkwił w nim nieprzyjazne spojrzenie. – Umowa była taka, że zbieramy biżuterię zamiast monet i kamieni. Jest więcej warta, doliczając do materiału robociznę. Z resztą, to tobie ktoś podsunął taki pomysł, nieprawdaż?
Rackham wyprostował się czując na sobie tryumfalny wzrok swojego pomocnika.
- Niech będzie, macie rację – machnął ręką – Choć wątpię, by było czym się dzielić.
Ciemnoskóry Maur rozwiązał worek i rozchylił na tyle, by każdy mógł dostrzec jego zawartość. Dało się rozpoznać kilka pięknie zdobionych złotych brosz, pierścienie ze szlachetnymi kamieniami, perłowe i diamentowe naszyjnik oraz wiele innych drobiazgów. Jack kiwnął głową z udawanym uznaniem.
- Nieźle, nieźle. Wygląda na to, że przynajmniej zwróci się mój wkład w to całe szaleństwo.
- Nie kpij, młodzieniaszku, tylko doceń naszą ciężką pracą - Długi John Silver wyszczerzył się ukazując wszystkim swoje niepełne uzębienie.
- Jak udało wam się to zdobyć? – zapytał jeszcze Jack.
- Och, w bardzo prosty i chytry sposób! – wyrwał się Bartholomew – Wraz z Henrym zatrudniliśmy się jako służba podczas przyjęcia w jednej z nadmorskich willi. Podczas balu wkradliśmy się do sypialni baronowej i zabraliśmy co się dało.
Calico pokręcił głową nie mogąc w to uwierzyć.
- Ręce opadają. Piractwo schodzi na psy…
- Powtórz to! – wściekł się Morgan grożąc pięścią.
- Nie, on ma rację. Jesteśmy na to wszystko za starzy... - westchnął Vane ze zrezygnowaniem – Kiedyś królowaliśmy na tych wodach, a teraz? Czołgamy się pod łóżkami jakichś bogatych księżniczek, zamiast palić, plądrować, porywać… Nie mamy nawet godnych zastępców.
- Ktoś się znajdzie. Morza potrzebują nowych bohaterów. – dodał Długi John krzyżując chude ramiona.
- Ktoś się znajdzie… - powtórzył z przekąsem rosły Maur zmiatając drewniane wióry z blatu - Kto? Sądzisz, że spod ziemi wyrośnie nam jakiś nowy pirat od siedmiu boleści?
- ...jest jeszcze ten młody z magicznym okrętem. – zamyślił się Silver.
- Podobno jest ktoś nowy... - dodał głośno Pete, przerywając nagle dyskusję i łypnął jedynym okiem na każdego po kolei, próbując wprowadzić atmosferę tajemniczości. - Nie słyszeliście?
- Zaskocz nas - mruknął ospale stary Morgan.
Jednooki Pete uniósł się lekko, co z pewnością miało być wyprostowaniem i tak skrzywionych już pleców, po czym nabrał powietrza.
- Nazywają go Anbony - zaintonował, jakby rozpoczynał właśnie magiczną opowieść. - Podobno wziął się znikąd, z jakiejś odległej krainy, a okręt podarował mu sam Czarnobrody. Potrafi hipnotyzować przeciwników i włada morskimi prądami. Śpiewa niczym syrena, jego jasne włosy sięgają ziemi, a z oczu buchają mu niebieskie błyskawice...
Calico Jack parsknął krótkim śmiechem, a jego schowany w cieniu towarzysz westchnął ciężko. Pozostali zignorowali jednak te reakcje, spoglądając z irytacją na bajarza.
- Pete, wszyscy wiemy, że lubujesz się w takich bajeczkach - podsumował Maur - Co było z tą twoją opowiastką o skarbie Nibelungów? Męczyłeś nas legendami o jaskini pełnej magicznych drogocenności i co? Nic, pusta dziura w skale nad rzeką! - przypomniał, a pozostali przytaknęli skinieniami głowy.
- Ależ to żadna bajeczka! – obruszył się jednooki starzec – Najprawdziwsza prawda! Ktoś po prostu was ubiegł.
- Może sugerujesz, że jesteśmy za starzy i za wolno płynęliśmy?
- Albo że zgubiliśmy drogę, bo zawodzi nas starcza pamięć?!
- O tak! Albo że cuchniemy jak nieboszczyki?!
- Dobrze. Dosyć tego. – westchnął nagle głos, gdzieś od strony Rackhama, przerywając kłótnię, po czym tajemnicza postać, która do tej pory nie udzielała się w dyskusji, wskoczyła z rozmachem na stół. Błysnęła lufa wypolerowanego pistoletu, a kaptur, który do tej pory skrywał jej twarz wylądował na plecach. Cała grupa wydała z siebie okrzyk zdziwienia i przerażenia. Jasne długie włosy spłynęły wzdłuż płaszcza, a bystre duże błękitne oczy spoglądały teraz na każdego po kolei.
- Anioł... - jęknął Charles Vane składając dłonie do modlitwy.
- Żaden anioł, panowie! Wręcz przeciwnie! – poinformowała głośno ów osóbka, stojąc z wycelowanym pistoletem po środku stołu. Calico wykrzywił twarz w paskudnym uśmiechu, zaraz wyciągając swoją broń i kierując ją na zgromadzonych w ślad za aniołem.
- Uszy więdną od tych głupot – kontynuowała – A teraz zabieram te cudeńka i mam nadzieję, że nie usłyszę sprzeciwu.
Druga dłoń błękitnookiej sięgnęła po szablę spoczywającą u boku Rackhama, na którą sprawnie nadziała płócienny worek z biżuterią. Nie spuszczając wzroku z grupy piratów i nie spuszczając lufy pistoletu ani o centymetr, z gracją zeskoczyła ze stołu.
- Ah! – przypomniała sobie na koniec – A za zniknięcie wspomnianego skarbu Nibelungów odpowiadam ja! A-n-n-e B-o-n-n-y! - przeliterowała jeszcze uzmysławiając im ich poprzednią pomyłkę w imieniu - I tak, jestem kobietą!
Grupa marynarzy siedzących w przeciwległym rogu tawerny ryknęła z entuzjazmem na słowo "kobieta" i wznieśli w geście pozdrowienia swoje kufle. Anne uśmiechnęła się tryumfalnie, ukłoniła i zaraz zniknęła w cieniu, podobnie jak Calico Jack. Minęła tylne drzwi starej tawerny i zarzuciła na głowę duży kaptur. Ściskając pasek worka z kosztownościami, ruszyła boczną uliczką w kierunku portu, wyraźnie nad czymś rozmyślając. Rackham szedł za nią krok w krok trochę zbity z tropu.
- Może jednak przyspieszymy? - zaproponował coś niby zupełnie oczywistego, nie rozumiejąc jej spokoju - Zaraz będziemy mieli ich na karku i nawet nie zdążymy wrócić na okręt.
- To grupa starych kalek, Jack. Zanim zdołają wstać od stołu, my będziemy już daleko stąd - podsumowała z ciężkim westchnieniem i posłała mu znudzone spojrzenie - Ich czas już dawno powinien się skończyć...
- ...bo morza potrzebują nowych bohaterów? - dokończył z głupim uśmieszkiem, cytując słowa Johna Silvera.
- Tak. Właśnie tak – kiwnęła głową, po czym szybko zrolowała podłużny świstek papieru, który po kryjomy oglądała i wetknęła go do kieszeni płaszcza. Pirat nie zdołał jednak dostrzec, co na nim było.
- I masz swoje wymarzone błyskotki – dodał unosząc brew – Choć mam dziwne wrażenie, że przyszliśmy do tej tawerny po coś zupełnie innego.
Bonny wiedziała, że Jack ją rozgryzł, nie odpowiedziała jednak, tylko przyspieszyła kroku. Ten natomiast zatrzymał się tylko no moment, dostrzegając na ścianie budynku kilka listów gończych zupełnie przypominających to, co dziewczyna przed momentem miała w dłoniach.

Oboje dotarli do portu i ruszyli długim spróchniałym pomostem. Na jego końcu cumował okręt oświetlony jedynie blaskiem księżyca. Anne uśmiechnęła się na ten widok. Był jej nowym domem, znała każdy kąt tej drewnianej krypy. 'Swan Song', bo tak go ochrzciła, był jej jedyną miłością, może nie licząc takich cudowności, jakie targała właśnie w płóciennej torbie.
Chłód nocy wzmagał się z każdą chwilą, a dziewczyna zatęskniła za ciepłym kocem i rozgrzewającym naparem z herbaty.
- Dokąd teraz? - zapytał jeszcze Rackham.
- Na razie na południe, byle odbić od brzegów Anglii - oznajmiła dając jednocześnie do zrozumienia, by to on poinstruował załogę - Muszę się nad czymś zastanowić.
- Oczywiście, kapitanie Anbony - parsknął.
- Oh, przymknij się - fuknęła, co rozbawiło go jeszcze bardziej.
Naburmuszona ruszyła po kładce i wskoczyła z głośnym tupotem na pokład. Zarzuciła niedużą płócienną torbę na ramię i od razu skierowała się do kapitańskiej kajuty, całkowicie ignorując odprowadzającą ją wzrokiem załogę.
- Kapitan Anbony – wymamrotała do siebie, trzaskając drzwiami – Młodzieniec o długich włosach... - dodała wściekle – Ja wam pokażę „młodzieńca”, jeszcze zobaczycie, na co stać kobietę.
Odetchnęła próbując uspokoić myśli, a chwilę później poczuła, jak okręt powoli rusza z miejsca i wolno opuszcza port w Hythe. Potrzebowała chwili ciszy i samotności, a szczególnie snu. Przeciągnęła się więc i ruszyła do części sypialnej. Wyrzuciła zawartość worka na łóżko i przejrzała wszystko pobieżnie. Na jej ustach zawitał szeroki uśmiech. Co jak co, ale widok tylu pięknych błyskotek i cudownie zdobionej biżuterii od razu poprawiał jej humor. Była cholerną materialistką i nigdy tego nie ukrywała. Wpływ skarbu Nibelungów, który chroniła przez kilka wieków zrobił swoje sprawiając, że nie potrafiła się opanować widząc tyle kosztowności. Zamyśliła się na moment wracając wspomnieniami kilka miesięcy wstecz, bezwiednie przymierzając po kolei kilka złotych pierścieni.
Była nimfą. Wiele wieków spędziła na skale górującej nad Renem jako Lorelei, strażniczka i podwładna króla Oberona i królowej Tytanii. Topiła tych, którzy odważyli się podpłynąć zbyt blisko skarbca, uwodziła pięknym śpiewem sprawiając, że ich łodzie i okręty rozbijały się o skały, a oni sami tonęli w rwącym nurcie rzeki. Aż coś zaczęło do niej docierać. Pomimo częstych wizyt lasach i pałacu króla elfów czuła się potwornie samotna. Tak bardzo zazdrościła mieszkańcom miasteczka u podnóża jej skały ich codzienności i zwyczajności, ich małych radości, przyjaźni, miłości. Chciała mieć cel w życiu - swój własny, niewyznaczony przez innych. Pragnęła żyć po swojemu, tak jak sama chciała. Pragnęła wolności, niezależności. Zmiany. Cholernego księcia w cholernej zbroi, który porwie ją w nieznane, jak w tych wszystkich opowieściach, które wysłuchiwała przesiadując po cichutku przy ognisku na polanie lub w gospodzie.
Aż pewnego dnia, obserwując kolejną załogę topiącą się u jej stóp, coś ścisnęło jej małe serce. W ostatniej chwili ocaliła okręt przed roztrzaskaniem. Był piękny, majestatyczny, bielutkie żagle cudownie odbijały blask słońca i nie chciała, by spotkał go ten sam los, co inne statki i łodzie. Ukryła go pomiędzy skałami, przed wzrokiem mieszkańców i wpatrywała w niego dniami i nocami wyobrażając sobie, że to na jego pokładzie opuszcza nadreńską krainę. Nadała mu nawet własną nazwę. 'Swan Song'. Łabędzi Śpiew. Jej ostatni, wielki występ. Lorelei zawsze kochała te zwierzęta. Piękne, białe ptaki, dumne i wyniosłe. Znała wiele pięknych opowieści na ich temat, wieśniacy dzielili się nimi nad rzeką. Podobno nocą, podczas letniego przesilenia Słońca, gdy zaczynało się grać i śpiewać nad brzegiem, wokół zbierało się całe stado łabędzi, rozkoszujące się piękną muzyką. Mawiało się również, że kiedy łabędź ma umrzeć, jedno z piór na głowie wbija mu się głębiej i dzięki temu poznaje on, że zbliża się śmierć. Wówczas zaczyna śpiewać tak słodko, że aż dziw bierze słuchać i śpiewając kończy życie.
Wciąż jednak myśli o ucieczce były zaledwie marzeniami. Dopóki nie podsłuchała w gospodzie rozmowy grupy marynarzy. Jeden z nich, przedstawiający się jako Jack "Calico" Rackham, chełpił się, iż jest jednym z najznamienitszych piratów, jacy pływali po słonych wodach. Niestety, podczas ostatniego sztormu stracił okręt i część załogi. W głowie nimfy zaświtał wówczas pewien plan. Dość czekania na cud i na księcia, który może nigdy się nie zjawi. Należało zacząć działać. Z łatwością nakłoniła go do krótkiej rozmowy, przedstawiając swoją ofertę. Pokazała mu okręt ukryty pomiędzy skałami, pochwaliła magicznymi mocami i obiecała podział skarbu Nibelungów po równo z każdym, kto zgodzi się na jej szalony pomysł. Nie musiała długo przekonywać pirata, obyło się nawet bez jej nimfich sztuczek. Plan był prosty. Ona zostaje kapitanem 'Swan Song', on, jako kwatermistrz uczy ją wszystkiego co sam wie i przekonuje swoją załogę, by wyruszyła wraz z nimi. W zamian dostaną swoją część sławnego skarbu Nibelungów i pomoc w postaci jej magicznych mocy. Nie każdy posiada przecież władzę nad wodą, przeczuwa nadejście sztormów i potrafi przeprowadzić okręt pomiędzy podwodnymi skałami i rafą koralową. Nie każdy nurkuje bez żadnych czasowych ograniczeń niczym syrena i może wzburzyć spokojną taflę morza jednym dotknięciem dłoni. Szybko przekonała wszystkich, że razem mogą stać się niezwyciężeni, podbijać okręty wrogich piratów i pławić się w rabowanych kosztownościach.
Zostało jeszcze imię. Najchętniej dałaby poznać się światu jako Lorelei, jednak szybko zrezygnowała z tego pomysłu. Oberon z łatwością by ją odnalazł, a tego nie chciała. Jack wymyślił "Anne Bonny". Podobno tak nazywała się jego pierwsza miłość, która wyjątkowo była do niej podobna. I tak też zostało.
Anne szybko pokochała to życie. Dzięki mocom czuła się niepokonana, wolna i mogła pozwolić sobie na wszystko. Jej zdolności przydawały się na każdym kroku i w mig pojęła, na czym to wszystko polega. Była naprawdę dobra. Oszukiwała, kłamała, wyłudzała beczki pełne najlepszego mięsa za ładny uśmiech. Z łatwością mamiła piratów z wrogich okrętów, pomagając własnej załodze podczas bitew. To były najwspanialsze miesiące jej długiego życia. Prędko uznała, że stawi czoło każdej pirackiej legendzie, jaka wciąż pływa po morzach i oceanach. Cóż miała do stracenia? Wciąż chciała więcej i więcej, a jej piraci motywowali ją tylko głośnymi owacjami i wiwatami. Sam Czarnobrody, stanąwszy z nią twarzą w twarz i na własnej skórze poznając potęgę jej wodnych mocy, zaproponował jej małżeństwo. Anne musiała go jednak zawieść. Słyszała zbyt wiele przerażających legend o jego licznych młodych żonach, które składał w ofierze duchom Voodoo.
Zostało jeszcze kilku piratów, szczególnie jeden legendarny kapitan, o konfrontacji z którym marzyła już od dawna. To byłoby ukoronowanie jej wysiłków.


* * *

W zamyśleniu nachyliła się nad stołem wypełnionym starymi mapami. Wciąż jeszcze miała problemy z rozczytaniem i ustaleniem wielu rzeczy, nie chciała jednak prosić Rackhama o pomoc. Chciała sama to rozgryźć, poznać wszystkie oznaczenia i symbole. Oczy jednak zaczynały ją boleć, a humor psuł jej się od kilku minut. Miała złe przeczucia. W pobliskich wodach musiało wydarzyć się coś złego, była tego pewna. Nawiedzało ją dość specyficzne uczucie, obezwładniające, wypełniające jej umysł niewyraźnymi szeptami. Zwinęła właśnie ostatnią mapę w ciasny rulon, gdy dobiegły ją pijackie śpiewy dochodzące z pokładu.
- Cholerni piraci… - warknęła, po raz kolejny słysząc przerobioną, wulgarną wersję „Hiszpańskich dziewczyn”, przez którą dostawała białej gorączki. Trzasnęła zawiniątkiem z płótna o blat stołu i ruszyła do drzwi wyjściowych, otwierając je z rozmachem.
- Ile razy mam powtarzać, zawszone nieroby, że takich zboczonych szant nie chcę słyszeć na moim okręcie?! – wydarła się, a jej donośny, słodki głosik rozbrzmiał echem po całym pokładzie i z pewnością również na wszystkich poziomach pod nim. Bosman zachichotał głupkowato, zakrywając usta dłonią.
- Chcesz coś dodać, Bones? – fuknęła Anne, a jej oczy błysnęły wściekle lodowato-błękitnym blaskiem. Każdy z załogi dobrze wiedział, że to zwiastuje kłopoty. Niejednokrotnie byli świadkami tego, co potrafi pani kapitan i jak potężnymi mocami włada. Szczególnie bosman, Billy Bones, który już niejednokrotnie jej podpadł i miał pecha, by trafiać na jej najgorsze humory.
- Podobno tutejsze syrenki lubią odgryźć zagubionym żeglarzom to i owo. – dodała słodko, obdarzając znaczącym spojrzeniem każdego w zasięgu jej wzroku, po kolei – Więc jeśli któryś wciąż ma obiekcje, by służyć na okręcie prowadzonym przez kobietę, może wrócić do Anglii wpław.
Wówczas ktoś z krzyknął wskazując na wodę z lewej burty, a jej zmysły rozszalały się na dobre. Załoga podbiegła do barierki. Mijały ich dryfujące, nadpalone drewniane szczątki i setki, może tysiące kołyszących się na falach przeróżnych przedmiotów. Gdzie nie gdzie dało się dostrzec puchnące już trupy skierowane twarzami w dół. Chwilę później, jeden z piratów dostrzegł żywego rozbitka. Anne rozkazała wciągnąć go na pokład. Nie miała wątpliwości, co się wydarzyło i skąd to dziwne uczucie. Wzywały ją głosy topielców z dna morza.
Wycieńczony i przemarznięty młody chłopak wylądował z pluskiem na deskach pokładu, tuż przed panią kapitan. Zakaszlał głośno, odetchnął i wolno podniósł głowę.
- Oh nie, tylko nie to! - zawył chudzielec na widok kobiety - Tylko nie Anne Bonny! Tylko nie Morska Wiedźma! Błagam, oszczędź mnie!
Nimfa otworzyła szczerzej oczy, a na jej twarzy wymalował się szeroki uśmiech. Tryumf! Po tylu długich miesiącach, tylu podbitych pirackich okrętach, tylu spektakularnych kradzieżach i akcjach godnych tych wszystkich legendarnych królów mórz, ktoś ją rozpoznał! Nie pomylił jej z nikim, nie uważał za młodego mężczyznę, a za kobietę! Kobietę-pirata! Prawdziwego złoczyńcę, kapitana z krwi i kości! Miała szczerą ochotę ucałować biednego, roztrzęsionego rozbitka i ledwo się przed tym powstrzymała. To przecież nie przystoi groźnemu piratowi, prawda? Cała ta jego reakcja dodała jej pewności siebie, więc z niezwykłą siła chwyciła go za poszarpany fular i przyciągnęła do siebie.
- U kogo służyłeś? – warknęła.
- U-u-u nikogo… - jęknął i pobladł w ułamku sekundy.
- Och, czyżby? – szarpnęła go podprowadzając bliżej bakburty i teatralnym gestem wskazując na taflę morza – Chcesz mi powiedzieć, że te dziesiątki połamanych desek, które mijamy od dłuższego czasu, podarte szmaty, liny i inne nadpalone duperele plus ty, marynarzu, dryfujący w beczce to nic?
Ten przełknął głośno ślinę i dopiero po chwili odważył się spojrzeć w dół. Anne była pewna, wszyscy byli pewni. Tu rozegrała się bitwa morska. Bitwa, którą jeden z okrętów przegrał z kretesem i tonął właśnie gdzieś w odmętach czarnej jak noc wody.
- Napadli nas – wykrztusił w końcu – Piraci!
- To jasne, że piraci – żachnęła się pani kapitan, choć w jej oczach pojawiły się żywe iskierki.
- Ich okręt był zbyt szybki, zwrotny, zaczarowany... zaskoczyli nas! Nic nie dało się zrobić. Poszliśmy na dno...
Bonny zamrugała nerwowo. Czy to możliwe? Czy była już tak blisko?
- Pod kim służyłeś? – warknęła już nie na żarty – Kto był twoim kapitanem?!
- Kapitan William Kidd!
Osłupiała, podobnie jak reszta załogi przysłuchująca się rozmowie.
- Kapitan Kidd... - powtórzyła niedowierzając – Zatopili 'Adventure Galley'...
- Tak, zatopili – potwierdził drżącym, płaczliwym głosem – A sam Kidd poszedł na dno razem z okrętem...
Anne Bonny nie mogła w to uwierzyć. Czuła, wiedziała, że zginęło wielu ludzi. Słyszała ich topielcze głosy z dna, nie przypuszczała jednak, że to sławny William Kidd, niepokonany pirat, który niejednokrotnie uciekał spod szubienicy. Jak to możliwe, jak ktoś zdołał zatopić go podczas jednej, krótkiej bitewki? Czy to mógł być on...?
Dziewczyna zmarszczyła brwi i zmrużyła oczy, które błysnęły wściekle.
- Kto to zrobił?!
Ocalały chłopak znów zatrząsł się ze strachu.
- Czy to ten kapitan?! – wydarła się wskazując podobiznę na rycinie listu gończego, który wyciągnęła z kieszeni – Ten okręt?! Gadaj! – wydarła się.
- Tak!
- Cudownie - wyprostowała się i obejrzała na horyzont tuż przed nimi, przed dziobem 'Swan Song'. Linia pomiędzy niebem a wodą wydawała się zupełnie pusta, ale nimfa wiedziała, że gdzieś tam jest okręt, który zaledwie chwilę temu zatopił osławionego 'Adventure Galley'.
Znów zamyśliła się, chowając kawałek papieru z powrotem do kieszeni.
- Dopadniemy go... - powiedziała do siebie, jednak na tyle głośno, by usłyszał to Calico.
- A więc nadal chcesz zostać największym piratem, jaki pływał po baśniowych wodach? - zmarszczył brwi spoglądając na nią dość podejrzliwie.
- Oczywiście! - odrzekła nieco zaskoczona i urażona tym, że pyta o coś tak oczywistego. - I najbogatszym.
- Anne, co ty kombinujesz? - zapytał w końcu nie potrafiąc jej rozgryźć - Nie mówisz mi wszystkiego, czuję to. A umowa była inna, pamiętasz? Wcale nie zatrzymaliśmy się w Hythe dla tych kilku kosztowności, prawda? To była tylko przykrywka. Chciałaś zdobyć coś innego. Tawerna "Pod Drewnianą Syrenką" słynie z tego, że prócz spotkań najsłynniejszych szumowin, dla zabawy wieszają na ścianie listy gończe piratów, których głowa jest najwięcej warta. Przyjrzałem się im wtedy. Większość z nich już pokonaliśmy lub zawarliśmy z nimi partnerskie układy. Ale ktoś jeszcze został, ktoś z kim jeszcze nie mieliśmy przyjemności, prawda? Tego chciałaś się dowiedzieć? Zabrałaś jego list gończy, by zobaczyć jak wygląda on i jego bandera, czyż nie?
Dziewczyna zacisnęła dłonie w pięści i odwróciła się do pirata.
- Zadajesz za dużo pytań, a tego nasze ustalenia nie obejmowały - warknęła - Obiecałam tobie i twoim ludziom sławę i bogactwo w zamian za zaufanie i kilka cennych pirackich rad, czyż nie dostajecie właśnie tego? Macie okręt, ładownię pełną skarbów króla elfów i magiczną nimfę w prezencie, która miała zachciankę, by zostać kapitanem, i dzięki której wody nigdy was nie pochłoną. Wciąż ci mało? I dobrze pamiętam o naszej umowie, spełniam właśnie każdy z jej postulatów, tylko błagam, nie zadawaj tylu głupich pytań.
Odwróciła się od niego. Nie miała ochoty na takie pogaduszki. Kochała Jacka jak brata, może nawet jak ojca. To on wszystkiego jej nauczył, pokazał jak wygląda życie na pełnym morzu. To on przekonał załogę, że warto dać szansę kobiecie-kapitanowi. Miał też rację. Spełniała swoje własne szalone ambicje bycia tą najlepszą, nie mówiąc im o niczym. Nie uważała tego jednak za coś złego. Wolność uderzyła jej do głowy, to zerwanie się ze smyczy odblokowało wszelkie uśpione w niej uczucia i emocje.
- Płyniemy za nim, Jack - rozkazała i bez wyjaśnień wróciła do kajuty. Musiała przemyśleć kilka kwestii w samotności, ułożyć sobie wszystko w głowie. Wystarczyło skupić myśli na tym, by 'Swan Song' mogło pruć fale jeszcze szybciej, poddając morską toń swoim mocom. I czekać.

* * *

- Okręt! – wrzasnął ktoś z bocianiego gniazda. Anne sprawdziła tylko, w jakim kierunku pirat wskazuje dłonią, po czym wskoczyła na barierkę chwytając się liny i wytężyła wzrok. Tak, widziała go bardzo dokładnie nawet bez lunety. W końcu, dogoniła go. Dopadła okręt, załogę i kapitana, który siał postrach wśród mórz. Kapitana, który uchodził za niepokonanego. Kapitana, którego podobizna tkwiła na jednym z ostatnich listów gończych. Tego, który był zaledwie o krok przed nią, a ona z łatwością mogłaby go pobić. Była tego pewna, teraz już tak. Ze swoimi magicznymi mocami i umiejętnościami, ze swoją więzią z wodą. To ona była niezwyciężona, niepokonana, to ona powinna być tym numerem jeden, nie on. I będzie. Wystarczy tylko zaatakować, pokonać, zatopić. Wystarczy sprawić, by to na dźwięk jej imienia wszyscy drżeli ze strachu. Zapisać się na kartach historii. To był jej cel, jej cholerne marzenie. Wolność, niezależność, przygoda. I skarb, o tak. Dość tkwienia na skale i pilnowania czyjegoś majątku. Dość życia dla kogoś, bycia pod wieczną kontrolą, poddana elfiemu królowi. Dość podejmowania decyzji za nią. Od teraz, na zawsze.
Miała cały plan w głowie, wszystko ułożone i przemyślane już dawno temu. Wiedziała, z której strony podpłynie, jak ich podejdzie. Tak, to był jej dzień i nie cofnie się przed niczym. Wygra i to będzie jej ostatnia walka, najważniejsza. Jej łabędzi śpiew.
Chwyciła lunetę i uniosła ją na wysokość oka. Musiała się upewnić, choć była to jedynie formalność. Jej usta wygięły się w szerokim uśmiechu. Poznała tą banderę, nie można było pomylić jej z żadną inną.
- Kapitanie Hak, w końcu się spotykamy.

—————————————— ——————————————

[ BONUS ]

Brakowało mi takiej pirackości u Lucy, więc oto zrobiłam z niej Anne Bonny :D Chciałam trochę w humor i przygodę, mam nadzieję, że wyszło x) Gościnnie wystąpiły największe sławy, jakie grasowały na morzach i oceanach (olać ramy czasowe!), kilku fikcyjnych piratów, i oczywiście ten jeden, jedyny, jednoręki. Zuz, oni chyba są na siebie skazani i tyle <3 Aż boję się pomyśleć, co będzie, gdy już ich okręty zrównają się burta z burtą (bojowe manewry, stawianie żagli, sprawdzanie wytrzymałości masztu i te sprawy…) xD

10 komentarzy:

  1. [ Hahahaha XD Przeczuwałam to zakończenie, nie ma co <3 No i zapowiada się niezła marynarska zabawa :> Jak jej Hakuś swoim działem wypali, to coś czuję, że skończy się na sojuszu dwojga najpotężniejszych piratów XD <3 Oh, jak mi się to podoba! Kocham, po prostu kocham Twój wytwór. Anne Bonny <3
    Moja piracka księżniczka ;* ]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aw! Dziękuję! :3 Cieszę się, że ci się podobało :D Oczywiście, że nie mogło być innego zakończenia. Wręcz początek pięknej przyjaźni xD Zapomniałam tylko wspomnieć o jej pirackiej papużce, która pewnie wkurzałaby Hakusia xD
      Lucy jest bystra, więc i obsługę jego działa okrętowego szybko ogarnie... xD <3

      Usuń
  2. Zaskoczyłaś mnie, bardzo fajna notka :D Takiej Lucy to się razem z moją ekipą nie spodziewaliśmy. Lucek już chce opatentować jakiegoś fajnego fejsbuka dla piratów ażeby móc strzelić "lubie to" :D
    I serio bardzo, ale to bardzo fajna notka, którą bardzo przyjemnie i szybko się czyta. Masz bardzo lekkie pióro, co się chwali ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Takiej Lucy pewnie nikt się nie spodziewał, ale to z nudów xD Biedaczka czekała, aż jakiś przystojny książę ją porwie, a tu nic. Więc sama się uwolniła, jak Fiona xD
      Albo "lubię to, argh!", żeby było groźniej xD
      Bardzo ci Bociu dziękuję za miłe słowa <3

      Usuń
  3. [Och, to było świetne! <3 Taka Lucy - a może raczej Anne Bonny - jest niesamowita. Pewna siebie, sięgająca po to, czego chce, mająca już dość tego ciągłego czekania... cudowne! I naprawdę masz niezwykle lekkie pióro, z przyjemnością mi się czytało notkę. Oczywiście mam nadzieję również na kolejne Twojego autorstwa. ;)]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oh, bardzo ci dziękuję za wszystkie miłe słowa :D Haha, Lorelei w końcu wzięła się za siebie, choć miałam ubaw podczas pisania, bo wyobrażałam ją sobie jako takie naburmuszone dziecko wołające "ja to chcem!" xDD
      Notki z pewnością będą! :D

      Usuń
  4. Przeczytane :D
    Fajnie wykreowana postać, podoba mi się :) Nie ma wzmianki o basenie na pokładzie, co również jest pozytywną zmianą XD
    Ogólnie to przyjemnie się czytało :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Załatw mi tą fontannę z psychitryka i będzie idealnie xD
      Dzięki wielkie :D

      Usuń
    2. Już sie bałem, że w bonusie będzie Merman XD

      Usuń
    3. Masz, specjalnie dla ciebie xD
      https://i.pinimg.com/564x/04/d8/d3/04d8d37b8c10484372c6038036363cc5.jpg

      Usuń

Szablon wykonała Night Tear. Źródło: WallPaper. Obsługiwane przez usługę Blogger.