niedziela, 4 czerwca 2017

Wszystko ma jakiś morał, pod warunkiem, że umiesz go znaleźć

Verity Elizabeth Coeur


Królowa Kier - dyrektor w szpitalu im. V. Frankensteina - hoduje róże - była żona Króla Kier - niegdyś wielbicielka krwawych egzekucji - brak kontaktu z rodziną -  kochanek - w dokumentach 30 lat - prawdziwy wiek nieznany
Kiedyś
Nikt nigdy tak naprawdę nie chciał jej poznać. Nikt nigdy tak naprawdę nie chciał usłyszeć jej zdania. Nie chciała zostać królową. Nie chciała brać na swoje barki takiej odpowiedzialności. Nie chciała również wychodzić za mąż za tamtego człowieka. Ale została wybrana. Takie są zasady, Verity. A jeśli je złamiesz, zaczną się spełniać twoje najgorsze koszmary. Więc się im poddała i przyjęła ciężar korony. Nie wiedziała jednak, że czasami przestrzeganie zasad niesie ze sobą znacznie bardziej bolesne konsekwencje niż ich złamanie. Nie wiedziała… bo skąd? Takie są zasady, Verity. Z zasadami się nie dyskutuje.
Mówili o niej: Królowa Kier. A ona? A ona z dumą prezentowała kolekcję wyrwanych serc. Pamiętaj, Verity, ludzie muszą się ciebie bać. Tylko tak będziesz miała pewność, że są ci posłuszni. Z uniesioną głową przemierzała swą krainę. Z radością oczekiwała na kolejne egzekucje. Dla każdego była równie okrutna - tak, jakby cudzy ból mógł złagodzić jej własny. Ściąć im głowy… dokładnie tak, Verity.
I zapomniała o dawnym życiu. Zapomniała o beztroskich porankach. Zapomniała o malutkim domku ze skromnym ogródkiem. Zapomniała o swojej rodzinie. Zapomniała o swoim ukochanym. Zapomniała... Tak będzie łatwiej, Verity. I jedynie wciąż obecny ból w miejscu, w którym powinna mieć serce wskazywał na to, że czegoś jej brakuje. Jednak już nie wiedziała czego. To nie jest ważne, Verity. Ważny jest tron i twoja władza. Tak mówią zasady. O niczym innym nie musisz pamiętać.
Teraz
Nie do końca wiadomo, co ją sprowadziło do Fabletown - sama również nie chce o tym mówić. Jednak odkąd się pojawiła, wszędzie jest jej pełno, a w jej działaniach wyraźnie widać serce pełne miłości i otwartości na innych. Objęła stanowisko dyrektora szpitala im. V. Frankensteina i rozpoczęła działalność charytatywną. Zawsze elegancko ubrana, z perfekcyjną fryzurą i makijażem. Uśmiechnięta i mająca dla każdego czas. Na pewno?
Niektórzy twierdzą, że widywali na jej twarzy przygnębienie i rezygnację. Inni, że tak naprawdę w jej oczach można zobaczyć jedynie pustkę. Jednak bez wątpienia można wyczuć, że w jej uśmiechu jest coś nie tak. Może to przemęczenie?
Pasja, z jaką podchodzi do swoich obowiązków zawodowych pozwala wysnuć wniosek, że kocha swoją pracę. Pojawia się wszędzie, gdzie jest potrzebna pomoc, jednak tylko w szpitalu pozostała na dłużej. Zawsze pełna energii, z ochotą podejmująca się kolejnych projektów. Jakby chciała skupić się na wszystkim i wszystkich, tylko nie na sobie.
Kiedy już wypełni wszystkie obowiązki i dokończy projekty, które aktualnie ma na głowie, można ją spotkać przechadzającą się powoli po dzielnicy. Rozgląda się wtedy uważnie i przystaje co chwilę. Czegoś szuka? A może KOGOŚ?

odautorsko

30 komentarzy:

  1. [ Whoa. Ciekawa postać. Podoba mi się to podejście do Królowej Kier. Ja chyba mam słabość do złoczyńców, którzy wcale nie chcieli być źli :>
    Och jaka ona smutna i urocza za razem, a kolekcja wyrwanych serc tylko przydaje jej uroku <3 Wizerunek też bardzo pasuje. Natalie jako królowa zawsze dobra ;)
    W każdym razie witam cieplutko i życzę masy ciekawych wątków oraz powiązań! Niekończącej się weny i takich tam.
    Oczywiście zapraszam też do siebie, bo czemu niby nie. Dwoje nie tak złych złoczyńców... Może wyjść coś ciekawego :D ]

    Huckelberry Jones

    OdpowiedzUsuń
  2. [Hejo hej! Witam w naszych skromnych, no może nie takich skromnych, progach. :)
    Bardzo podoba mi się Królowa, która Ci wyszła. Alicja w Krainie Czarów jakoś zawsze za mną w dzieciństwie chodziła i muszę ci powiedzieć, że chyba nigdy nie przyszłoby mi do głowy żeby tak przedstawić złą królową. Dlatego wielkie brawa, tym bardziej że jestem zauroczona postacią Verity. :D Uwielbiam złoczyńców, którzy właściwie nie mieli innego wyboru jak tylko nimi zostać. No i Natalie jak zwykle cudowna.
    Także, nie zostaje mi nic innego jak życzyć ciekawych wątków, dużo weny i dobrej zabawy. Jak zwykle zapraszam do siebie, nawet jeśli ostatnio nie mam czasu i jestem straszliwie do tyłu z odpisami. Myślę jednak, że mogłoby nam między tymi paniami wyjść coś ciekawego. ;)]

    Valerie

    OdpowiedzUsuń
  3. [Witaj na blogu!
    Od razu przeproszę za zasłonięcie tak cudownej karty notką xD Bo jest cudowna i to bez dwóch zdań! Idealnie groźny wizerunek do tak groźnej postaci ;) Nawet imię i nazwisko przypadło mi do gustu <3
    Baw się z nami dobrze i zostań jak najdłużej!]

    Administracja & Lucy

    OdpowiedzUsuń
  4. [Witam serdecznie na blogu!
    Piękny wizerunek dla tej postaci, naprawdę podoba mi się :D Ma w sobie "to coś" ;)
    Weny, czasu wątków wielu oraz możliwie najdłuższego pobytu w Fabletown!]

    Lucyfer
    Willard
    Ivan

    OdpowiedzUsuń
  5. [Witamy! Uwielbiam Alicję więc widząc Królową bardzo się ucieszyłam! Świetny wybór wizerunku, który pasuje idealnie :D Życzę powodzenia z postacią i w razie chęci zapraszam do siebie. Może uda nam się coś wspólnymi siłami wymyślić :)]

    Amara

    OdpowiedzUsuń
  6. [Bardzo chętnie przyjełybyśmy wreszcie kogoś na terapię! Jeszcze nie miałyśmy szansy popisać z kimś na tych zajęciach. Pytanie tylko jak by to wyglądało? Verity by ładnie wykonywała polecenia Valerie czy też nie za bardzo podobałaby się jej sposoby mojej pani? A może wyjątkowo dobrze by się dogadały i Verity by się troszkę otworzyła przed swoją nową terapeutką? :)]

    Valerie

    OdpowiedzUsuń
  7. [Aaa, ten wizerunek! <3
    Mam urlop, ale nie potrafiłam przejść obojętnie obok tej postaci. Poza niesztampowym imieniem i nazwiskiem, idealnym wizerunkiem i piękną kreacją... no kurde, przepadłam!
    Myślę, że mają coś wspólnego z Shadowem - tzn, krwawą przeszłość... pomijając oczywiście fakt, że on wcale nie zboczył na ścieżkę dobra. Jak czart jednak, posiada szeroki wachlarz umiejętności czytania z ludzi; pewnie więc dostrzegałby puste spojrzenie, czy maskę Verity... ach, ja tu bajdurzę, a nawet nie wiem, czy miałabyś ochotę na wątek.
    Baw się dobrze, weny, weny i wątków, a w razie czego wiesz gdzie czekamyy :D]

    Shadow Mortem

    OdpowiedzUsuń
  8. [No cześć, no cześć, jak zwykle odpowiednio w czas trafiam, ale... Co tam, grunt, że nie przegapiłam (i nie zapomniałam!). Ja już Ci mówiłam, że ona jest supersupersuper, i sądzę, że dogadałaby się z Elphie – co Ty na to? C:]

    Elphaba Harding

    OdpowiedzUsuń
  9. [No to zapraszam do pobliskiej księgarni na naszą terapię i wątek! Myślimy coś dalej, czy piszemy i zobaczymy jak to wyjdzie w praniu? :D]

    Valerie

    OdpowiedzUsuń
  10. [ Spotkanie w barze przy szklaneczce zawsze dobre, ale boję się, że potem mogłoby nam zabraknąć pomysłu by to ciągnąć dalej. Ja to bym im wymyśliła jeszcze jakąś znajomość z przeszłości, co by tu w Fabletown było ciekawiej.
    Hak miał magiczny statek, więc podróżowanie miedzy krainami to pestka. Mógł więc trafić i do Krainy Czarów. Wtedy można pomyśleć w stronę, że trochę się tam pokręcił, porabował, to królowa usłyszała i kazała go złapać. Haka przyprowadzono siłą przed nią i wtedy… No cóż. Może zawarli jakąś umowę, która uratowała go od skrócenia o głowę? Może nasłała go na Alicję? Albo stwierdziła, że taki pirat-zabaweczka pod ręką to by było coś ciekawego? Z drugiej strony Jones to straszny kobieciarz, więc mógł się Verity podlizywać na wiele sposobów. Tylko pytanie w którą stronę chcemy, żeby to szło.
    Wtedy spotkanie w teraźniejszości, nawet w barze, nabrało by kolorków XD No i można by ich wplątać w jakąś dziwaczną sytuację, bo czemu by nie. Co myślisz? ]

    Hakuś

    OdpowiedzUsuń
  11. [ Z opóźnieniem, ale witam na blogu tak znamienitą postać :)
    Sesja mnie nie oszczędza, więc będę niestety czasem znikał. Jednak zapraszam do wątku, moze coś razem wymyślimy :) ]

    Alexander Heller

    OdpowiedzUsuń
  12. [ Kompan od knucia i bycia złym się przyda <3 Bo za dużo ciągnie obecnie Haka do "dobra", a to przecież takie nudne XD
    No i Jones za bardzo lubi swoje życie żeby bez kombinowania i namawiania dać się ściąć. Zlecenie na buntownika/ów jak najbardziej mi pasuje. Już widzę jak z nonszalanckim uśmiechem przyniósł Verity serca zdrajców xD <3
    No i wspólne knucie w fabletown musi być! Wplączemy ich w jakąś grubszą aferę, której będą prowodyrami xD Verity&Huck mini mafia Fabletown XDDDDD <3 Mogliby dawne zemsty dokonywać, albo długi odbierać. No i oczywiście pomyśleli by o tym dopiero po spotkaniu, bo mieliby wreszcie kogoś, kto usprawiedliwiałby ich złe działanie XD A wszystko pod przykrywką dobroczynności królowej ;) ]

    pirat bez ręki

    OdpowiedzUsuń
  13. [ Och tak. Ta współpraca będzie ciekawa.
    Rozumiem, że wątek zaczynamy od wydarzeń w teraźniejszości? :)
    W sumie chyba możemy pójść na żywioł. Skoro wszystko mamy z grubsza ustalone... Resztę się będzie obmyślać w trakcie wątku XD W takim wypadku zostaje tylko pytanie kto zacznie. Podejmiesz się, czy raczej nie? XD ]

    Kapitan Hak

    OdpowiedzUsuń
  14. [ Dobra myśl :) A może coś takiego... Możemy zacząć od tego, ze spotali się w przeszłości kiedy jeszcze Królowa była bardziej krwawa i zleciałaby wtedy Lexowi jakieś zadanie, które oczywiście z większą czy mniejszą chęcią by wykonał. A potem spotkaliby się ponownie w Fabletown i Lex byłby trochę zdziwiony tą nagłą zmianą, ale również podjąłby się zlecenia od niej. Co powiesz? ]

    Alexander

    OdpowiedzUsuń
  15. Dzisiejszy dzień wydawał się wyjątkowo spokojny. Od samego rana nie dało się we znaki nic co miałoby oznaczać, że jeszcze niedługo Valerie będzie musiała upierać się z kolejnym nieciekawym elementem swojego życia. Gorące promienie słońca wpadały przed drobne okna do zakurzonej księgarni, przebijając się przez unoszący się w powietrzu siwy pył. Czarnowłosa otworzyła okno zaraz obok siebie, przewracając metalową, starą klamkę w lewą stronę i powoli rozglądając się po okolicy. Nie było słychać codziennych tłumów i klaksonów odbijających się od grubych ścian budynków. Dzisiaj Fabletown wydawało się odpoczywać. Zauważyła parę metrów przed sobą bawiące się obok fontanny dzieci, światło w wodzie rozszczepiało się niczym przez trójkątny pryzmat, raz po raz migając jej w oku tysiącami kolorów.
    Poprawiła się na dużym, zielonym fotelu i rozejrzała dookoła, jeszcze raz upewniając się że ma przy sobie wszystko czego potrzebowała do przeprowadzenia terapii. Leżące na ciemnym, drewnianym stoliczku kartki papieru i ołówki dawały do zrozumienia, że nie będzie to tylko kolejne, prawie nic nieznaczące spotkanie. Terapie Valerie nie polegały jedynie na szczerych rozmowach i kiwaniu głową. Chociaż niektórym jej metody mogły wydawać się bezużyteczne, doskonale wiedziała co robi.
    Od najmłodszych lat rysunek był częścią jej życia. Wszelkie skóry, które wynajdowała w stodole ojca, zwoje które daleka rodzina przywoziła z bardziej rozwiniętych części Ukrainy - wszystko to służyło jej jako kartki papieru. Węgiel był dla niej niczym ołówek, lub atrament który dostawała w prezencie od dzieci którym co wieczór opowiadała wymyślane przez siebie bajki. Kamienie przy jej ulubionym stawie całe pokryte były jej rękopisem wykonanym kredą lub farbami, które wreszcie sama nauczyła się tworzyć. Pamiętała jak pewnego dnia Luba poprosił ją aby narysowała też go. Uśmiechał się do niej spłoszony, za każdym razem kiedy ona próbowała wychwycić jego dokładne rysy twarzy. Dała mu ten rysunek. Chociaż nikomu nie pokazywała swoich dzieł, trzymała je schowane na dnie ciemnego, drewnianego kufra – on znaczył dla niej coś więcej, niż cała reszta wioski która każdego dnia wytykała ją palcami, krzyczała w jej stronę obelgi. Miała nadzieję, że go zatrzymał. Nawet po tym wszystkim co jej zrobił.
    W jednej chwili usłyszała dźwięk małego, złocistego dzwoneczka przyczepionego do drzwi. Wstała z fotela ukrytego pomiędzy półkami starych ksiąg i wciąż nie wychodząc poza okolice swojego bezpiecznego kąta wychyliła delikatnie głowę, sprawdzając kto właśnie zjawił się w księgarni.
    Szybko zauważyła wysoką kobietę o lśniących, jasnych włosach, które wodospadem przykrywały jej plecy. Dokładnie przyjrzała się twarzy nieznajomej. Rysy, chociaż ostre i najbardziej charakterystyczne, dodawały jej tylko wdzięku i urody. Zimnymi oczami rozglądała się niepewnie dookoła, spoglądała na wszystkie półki po kolei, jakby bała się, że może źle trafiła. Jej elegancki strój kompletnie nie miał się do starej, zakurzonej księgarni, gdzie jak mogłoby się wydawać, nikt nie wchodził od paru dobrych lat.
    Valerie westchnęła przewracając wzrok z własnych nóg na stojącą nieopodal kobietę. W porównaniu z nieznajomą nie wyglądała najlepiej. Stare trampki, które wpadły już w niejedną kałuże, dziurawe dżinsy spod których widać było czarne rajstopy w białe kropki i zdecydowanie za duży sweter. Nie spodziewała się, że ktoś taki jak ta kobieta może przyjść do niej. Nie miała zbyt wielu pacjentów. Wszyscy bywali raczej mieszkańcami o wyjątkowo niskich środkach, szukający pomocy gdziekolwiek, gdzie ktoś chociaż trochę mógłby ich wesprzeć. Ewentualnie jasnowłosa mogła się tu pojawić po którąś z tych starych ksiąg. Valerie sama nie wiedziała już co myśleć.
    Wreszcie wyszła zza osłony i uśmiechnęła się w stronę nieznajomej.
    - W czym mogę pomóc?

    Valerie

    OdpowiedzUsuń
  16. Uśmiechnęła się w stronę kobiety, słysząc jej słowa. Nie spodziewała się tutaj kogoś takiego. Tym bardziej u siebie — dziennikarki znanej z kompletnej bezczelności i niegrzecznej ciekawości. Nie przychodzili do niej ludzie jej pokroju. Tacy jak ona trafiali wreszcie pod ramię wiedź, które jednym pstryknięciem palca potrafiły rozwiać wszystkie ich zmartwienia oraz smutki. Do niej przybywali tacy, których czasem nie stać było nawet na podrabiane glamour — nieprzemienieni, uciekający przed losem na farmie. Całkowicie przerażeni nowym życiem, miejscem do którego trafili. Fabletown potrafiło być na początku przerażające dla każdego. Dla niej dalej było.
    Dokładnie pamiętała pierwsze spędzone tutaj dni. Najpierw czuła jedynie szok, przerażenie wypełniające wszystkie jej kończyny, obezwładniające ciało. W jednej chwili moc portalu ją odmieniła. Z dzikiego demona, kroczącego między złotymi polami, pożywiającego się duszami zadźganych kosą istot, znów stała się dawną Valerie, tą samą bezbronną i zaślepioną miłością. Jedynie pozostawione na jej ciele blizny z tamtej nocy przypominały jej kim jest naprawdę, czym stała się po własnej, brutalnej śmierci. Gdyby nie one mogłaby już nie pamiętać o swojej przeszłości. Tych wszystkich życiach, które odebrała.
    — Valerie — odpowiedziała szybko, słysząc jak kobieta jej się przedstawia. — Valerie Rabinow. I tak, owszem, to ja prowadzę owe terapię.
    Widziała w oczach Verity pewien błysk niepewności, jakby zaraz miała się odwrócić i wyjść bez słowa, zostawiając Valerie w jednym i tym samym miejscu. Z jednej strony jej się nie dziwiła. Ci mieszkający w Woodlands czy po prostu lepiej zarabiający, nie mieli pojęcia jak wygląda życie poza terenami ustatkowanego oraz eleganckiego Fabletown. To tutaj każdego dnia liczni skrywali się pomiędzy czterema ścianami swojego mieszkania, czekając aż żywiciel rodziny wróci z kilkoma groszami na chleb, inni dla kilku zielonych papierów mordowani byli w ciemnych, wąskich uliczkach, próbowali bez skutku odebrać sobie życie, lecz natura baśniowca im na to nie pozwalała. Te tereny były kanalią. Kolebką tych złych i najgorszych, przepaścią gdzie gnili wszyscy ci, którzy nawet za życia we własnej krainie nie mogli pozwolić sobie na coś lepszego. Większość z Woodlands nie zdawała sobie jednak sprawy z tego jak źle żyje się innym, im podobnym baśniowcom. Król Cole wraz ze Śnieżką na czele, wciąż szerzyli słowa propagandy, w której głosili iż życie w Fabletown jest życiem dobrym, może nawet lepszym niż dawniej, przed wielkim atakiem Adwersarza.
    Valerie cofnęła się wreszcie parę kroków w tył i wskazując ręką na ciemny kąt między książkowymi półkami, zaprosiła swoją nową pacjentkę aby podążała za nią. Kobieta niepewnie ruszyła w ślady Południcy, wciąż rozglądając się dookoła.
    — Zapraszam — uśmiechała się do niej serdecznie, jakby chciała jej przekazać, że ma przestać się czymkolwiek martwić. Valerie była tu aby jej pomóc i taki właśnie miała zamiar.
    Usiadła na swoim ulubionym, szarym fotelu i ułożyła się na nim wygodnie. Verity niepewnie usadowiła się na fotelu zaraz obok, prostując plecy w przeciwieństwie do swojej terapeutki. Valerie nie potrafiła zachowywać się elegancko. Chociaż czasem sytuacja od niej tego wymagała, przychodziło jej to z trudem. Bale na cześć powstania Fabletown, nocne wyjścia do Bella Notte. Swoich terapii nie zaliczała do jednych z tych sytuacji. Traktowała je jak coś normalnego, luźną formę przyjacielskiej pogawędki. Chciała aby jej klienci czuli się swobodnie, bez żadnego niepotrzebnego napięcia rosnącego na dnie serca. Mieli być z nią całkowicie szczerzy, dopiero wtedy naprawdę mogła im pomóc. Ale najpierw musiała zdobyć ich zaufanie, uświadomić im że nie ma żadnych złych zamiarów.
    — A więc… Verity — zwróciła się w stronę siedzącej zaraz obok kobiety. — Co cię tutaj sprowadza?

    Valerie

    OdpowiedzUsuń
  17. [Jestem za, bardzo lubię ciekawe wątki. Nie wiem, co Shadow mógłby robić w szpitalu, ale mógłby nagle tak dla zabawy zmaterializować się tuż za nią, gdy robiłaby coś przy biurku i tak nagle, zupełnie bez sensu rzucić jakąś inteligentną, zupełnie niepodobną do czarta iluzją, sugerującą, że on widzi, że udaje. Mógłby być na tyle upierdliwy, że zrobiłby się z niego wrzód na dupie, który co jakiś czas pojawiałby się tylko po to, by utwierdzić ją w poczuciu zagrożenia, budując tym samym swego rodzaju podłoże do dalszej zabawy? :D]

    Shadow

    OdpowiedzUsuń
  18. Nie była profesjonalnym psychiatrą. Nie miała w tym żadnego doświadczenia, a przynajmniej nie takie jak większość by oczekiwała. Pierwsze miesiące w Fabletown nie były jednak łatwe. Na każdym rogu spadało na nią oczekiwanie pieniędzy. Jak wszędzie indziej, tutaj nie było nic za darmo. Zanim zdobyła pracę w gazecie, zaczęła prowadzić spotkania z obcymi sobie ludźmi. Terapie, tak podobno nazywało się to w nowym świecie. Valerie bez żadnych przeszkód przyjęła tę nazwę i przy każdym kolejnym spotkaniu, próbowała jak najlepiej pomóc swoim klientom. Skąd właściwie przyszedł jej do głowy tak niedorzeczny pomysł?
    Kiedy znów przypomniała sobie jego ciepły głos, duże oczy spoglądające na jej twarz z góry. Zawsze powtarzał jej, że potrafiła idealnie mu poradzić, że umiała znaleźć wyjście z każdej sytuacji. Nie sądziła, że mówi prawdę. Przez pewien czas reagowała na jego komentarze machnięciem ręki, lecz w końcu dała się temu przekonać. Może nawet jeśli inni nie widzieli w niej nic dobrego, potrafiła rzeczywiście zrobić coś raz dobrze i bezbłędnie.
    — Kompletnie nie masz się co martwić — odpowiedziała, widząc w oczach klientki iskierki podejrzliwości. — Przepraszam, ale przeważnie przechodzę z klientami na ty.
    Chociaż może nie powinna, w pewnym stopniu się tego domyślała. Powodu wizyty jej nowej pacjentki. Tak często chodziło o to jedno, tak trudne dla zwykłych istot uczucie. Kiedy ktoś by ją spytał, co jest gorsze: miłość czy śmierć, odpowiedziałaby że miłość. Jakkolwiek dziwnie mogła brzmieć jej odpowiedź, przeżyła obydwa. Miłość tak bardzo zawiłą, że sama nieraz się w niej gubiła i śmierć — bolesną, lecz krótką. Na początku nie mogła tego znieść. Bólu w udach, jak czuła że metal przebija się przez bladą skórę, ociera o kruche kości. Sznur przywiązany do smukłej szyi był niczym jej własna kostucha, ta która jako jedyna może nasłać na nią karę śmierci. Jednak reszta nie była tak trudna jak myślała. Jeszcze chwilę czuła jak szorstki materiał wbija się w jej skórę, jak uniemożliwia jej oddychanie. Krew spływała po połamanej szczęce. Chociaż chciała krzyczeć, nie mogła. Potem był już tylko odpoczynek. Powolne zamknięcie oczu i chwilowa ciemność, aby potem znów otworzyć ślepia na złocistej polanie przepełnionej pracującymi wokół rolnikami.
    Nie znała jej historii. Jeszcze nie. Wiedziała jednak, że musi spytać o więcej szczegółów jeśli kobieta rzeczywiście chciała otrzymać od niej jakąkolwiek pomoc. Widziała jak Verity ściska mocno swoją czarną sukienkę, jak odwraca wzrok kiedy o nim mówi. Valerie próbowała jednak dokładnie przyjrzeć się jej twarzy. Wyczytać z ruchu warg to co myśli, co czuje. Wyglądała na zaniepokojoną, ale również zmieszaną, smutną. Jakby sama do końca nie wiedziała co myśleć o całej tej sytuacji, związku z owym mężczyzną. Valerie była jednak całkowicie przekonana, że nie było to coś prostego. Że kobieta odbiera to niczym kolec róży wbity w serce, powoli pozwalający by z jej ciała uszło wystarczająco dużo krwi. Ale czy zdawała sobie sprawę z tego, że kiedy w końcu się go pozbędzie, nie będzie czym już zatamować rany?
    — Prosiłabym o więcej szczegółów — ponownie zwróciła się do siedzącej zaraz obok kobiety. — Mogę zadawać konkretne pytania, tak żeby było nam prościej.
    Ostrożnym wzrokiem wpatrywała się w zimną twarz klientki, wciąż próbując jej pokazać, że nie ma się czego obawiać.
    — Jaka dokładnie łączyła cię relacja z owym mężczyzną?

    Valerie

    OdpowiedzUsuń
  19. Trip Trap było mu drugim domem w tej nieprzyjaznej, betonowej dżungli. Minęło aż dziesięć lat, odkąd wylądował w Fabletown, a jednak wciąż nie potrafił przystosować się do świata Doczesnych. Magia jako temat tabu, znajomi i bliscy jako postacie wyciągnięte z bajek. To wszystko doprowadzało go do szału i momentami Huckelberry zaczynał się zastanawiać, czy nie jest tylko wariatem, który wszystko sobie ubzdurał. W takich chwilach było mu najciężej, bo nie wiedział, czy może ufać samemu sobie i wszystkim tym wspomnieniom. Najgorsze jednak było to, że czasami chciał, żeby to wszystko było tylko głupią bajeczką, a on zwykłym człowiekiem. Bez nimf i diabłów morskich, bez przelewania krwi niewinnych na słonych morzach, bez magii i potworów, do których grona w pewnym sensie się zaliczał.
    Te wszystkie godziny spędzane za pianinem w barze bardzo mu pomagały. To było coś prawdziwego, realnego, pewnego. Natomiast jego muzyczne zdolności były niejako dowodem na to, że jego wspomnienia są prawdziwe. W końcu bardzo wyraźnie pamiętał, jak brat uczył go wydobywania muzyki z instrumentów. Jeśli Jones czegoś był pewien, to swoich uczuć, a wobec brata miał ich wiele i sprzecznych. Stąd prosty wniosek, że wszystko to, było prawdą. Na stałe upewniło go w tym spotkanie brata, a potem ukochanej. Dwie istoty, które praktycznie zdominowały jego życie. Był od nich zależny, jak od powietrza i to wcale mu nie odpowiadało. Wiecznie kłótnie, niezgoda, dramaty, nieporozumienia. Miał tego szczerze dość. I znowu. Granie na pianinie w Trip Trap wydawało się wybawieniem. Tam był tylko on i muzyka. Jednoręki pianista z hakiem wygrywający smętne melodie. Niezauważalny element tła baru.
    Tego dnia nie było za wesoło. Znów pokłócił się z Lucy o jakąś pierdołę. Oboje użyli ostrzejszych słów, a on opuścił Jolly Rogera trzaskając drzwiami kajuty. Czuł, że Błękitnooka robi mu właśnie niemałą rozpierduchę na okręcie. Co gorsza jednak wpadł na jej ojca. Z Oberonem Alderem nigdy za sobą nie przepadali. Ta wzajemna niechęć była wyczuwalna nawet dla przypadkowych przechodniów. Tym razem, jak i wielokrotnie wcześniej, Król Olch oskarżył Hucka o nieprawdopodobne rzeczy, z którymi pirat nigdy nie miał do czynienia. Zdrady, podstępy, uwodzenie żony Oberona. Same kłamstwa. Może i był piratem, może i jego reputacja była słuszna, ale przecież nie był głupi. Kochał Lucy i bał się Oberona. Nie ośmieliłby się więc nawet spojrzeć na małżonkę Aldera.
    Tak właśnie wylądował w pracy. Męczony rzeczywistością, przytłoczony troskami. Wiecznie niezrozumiany. Zagrał kilka smętnych kawałków na swoim ukochanym pianinie, a potem sięgnął po rum. Najlepszy i najwierniejszy towarzysz każdego pirata. Idealny odstresowywacz. Bursztynowy płyn lekiem na niepokoje.
    - Jo ho i butelka rumu – wyszeptał do samego siebie i pociągnął spory łyk prosto z butelki.
    Wtedy właśnie usłyszał głos. Słodki głosik, który niegdyś przepełniony szyderstwem i cieniem radości wydawał wyroki skazujące na oddzielenie głowy od ramion. Może i Huck w swoim cholernie długim życiu spotkał cholerni wiele postaci, ale królowej serc nie dało się zapomnieć. Nie dało się zapomnieć głosu, który z gracją wypowiadał kilka prostych słów. Skrócić o głowę.
    - Wasza Wysokość? – odwrócił się w stronę kobiety z zawadiackim uśmiechem.

    piekielnie przystojny i równie zdołowany pirat

    OdpowiedzUsuń
  20. [ Możemy zacząć wątek albo w przeszłości i rozpocząć ich znajomość, albo przejść do teraźniejszości i wracać do przeszlości w retrospekcjach. Jak wolisz?]

    Lex

    OdpowiedzUsuń
  21. Nie potrafiła spuścić swoich zimnych oczu z twarzy kobiety, kiedy ta opowiadała o tym wszystkim co męczy jej umysł, o tym co się wydarzyło, o wszystkich demonach przeszłości. W jednej chwili poczuła jak schowane w jej piersi serce przyspiesza, jak zaczyna mieć problem z poprawnym oddychaniem. Chociaż słuchała jej uważnie, przed oczami widziała jedynie twarz swojego dawnego ukochanego. Jak uśmiechał się do niej ciepło, kiedy próbował uspokoić swój zmartwiony umysł, jak szeptał do jej ucha ciche słowa pocieszenia, za każdym razem kiedy wypłakiwała łzy wtulając się w jego pierś. Tęsknota znów ścisnęła za jej serce, wkuwała w organ kolejne drzazgi, które kazały jej zrozumieć, jak bardzo jest źle, jak wielki czuje bez niego ból.
    Próbowała uspokoić zdruzgotane ciało, nie chcąc pokazywać siedzącej zaraz obok kobiecie, że coś może być nie tak. Westchnęła głośno, łapiąc się za kark i głaszcząc go powoli, jakby tym samym próbowała rozkazać własnemu ciału aby przestało. Nie była tutaj by znów rozpamiętywać minione dni, wszystkie przeżyte przez nią koszmary, dni lepsze i gorsze. Miała pomóc siedzącej zaraz obok Verity. To było teraz jej najważniejszym zadaniem. Chociaż krwawe wspomnienia przeszkadzały jej w wykonywaniu pracy, próbowała schować je w odpowiednich szufladkach, wyrzucając klucz za granicę umysłu i oddzielając się od nich ceglanym murem.
    Z każdą chwilą napierały na nią z jeszcze większą siłą. Wychodziły z pozamykanych pomieszczeń, jakby odnalazły zagubiony w niepamięci klucz, rozbierały mur, który przed chwilą postawiła, mając nadzieję, że wreszcie zapomni o własnych smutkach, prześladujących ją koszmarach. Pospiesznie zatrzymała zbierające się w jej oczach łzy, mając nadzieję, że jej pacjentka nie zauważy dziwnego zachowania własnej terapeutki. Czuła się dokładnie tak jak ona — jak siedząca obok kobieta, która martwym wzrokiem wpatrywała się w książki, wciąż opowiadając o swoim własnym, spełnionym koszmarze. Przeszła niemal przez coś identycznego. Pokochała by następnie go zabić, narysować na jego szyi prostą, poziomą linię, zardzewiałą i starą kosą. Chociaż nie potrafiła wybaczyć mu tego co jej zrobił, tego czym przez niego się stała, gdzieś głęboko w sobie wciąż chowała do niego uczucie. Do tych uśmiechniętych, zielonych oczu, malinowych ust i bladej twarzy.
    Wreszcie podniosła wzrok na kobietę, zdając sobie sprawę, że przestała mówić. Przygryzła dolną wargę, próbując za wszelką cenę zatrzymać targające jej ciałem emocje. Odchrząknęła i poprawiła się na fotelu jakby tymi kilkoma ruchami chciała zamaskować wszystko to co w jednej chwili poczuła.
    — Nie musisz mi wierzyć, ale… Wiem jak się czujesz — zaczęła, wpatrując się prosto w twarz jasnowłosej. — Jakkolwiek byłoby to jednak dla ciebie trudne, muszę zadać jeszcze kilka pytań. Obiecuję, że zaraz przejdziemy do ciekawszej części spotkania. Co dokładnie… Co dokładnie mu się stało?
    Spytała niepewnie, nie chcąc naruszać pewnej granicy osobistej swojej pacjentki. Nie wiedziała czy w tej chwili kierują nią niezbędne procedury lekarza czy też ciekowość redaktorki. Chciała usłyszeć od kobiety więcej odpowiedzi. Tak jakby wreszcie miała upewnić się w przekonaniu, że to wszystko nie tylko ją spotkało, że nie tylko ona zasłużyła na tak ponury los. Czekała więc na kolejną odpowiedź pacjentki, zajęta obrazami z przeszłości; widokiem krwi i martwych ciał.

    Valerie

    OdpowiedzUsuń
  22. [ W porządku :) Zatem pozostaje zapytać, kto zaczyna :D ]
    Właśnie ten zapach mnie najbardziej zastanawiał :D]

    Lex & Cillian

    OdpowiedzUsuń
  23. Shadow, pomimo wieloletniego pobytu w Fabletown i w miarę przyzwoitego przystosowania się do człowieczych norm, nadal bywał niereformowalnym czartem, zupełnie niesłuchającym się innych, akurat pouczających go baśni. Z dawnego życia pozostało mu ogromne poczucie niezależności i przeświadczenie o tym, że absolutnie nikt nie mógł pociągać za jego sznurki. Tylko sam sobie dyktował warunki, ustanawiał dyrektywy istnienia i uśmiechał pod nosem, zadowolony ze formy, jaką uplastycznił po przetransportowaniu w człowieka.
    Bo fakt faktem, z początku, Mortem całym zimnym, pozbawionym duszy ciałem nienawidził człowieczej postaci, jaka akurat została mu przeznaczona. Uważał ją za słabą, zbyt miękką i zbyt ciepłą; zbyt niewinną i brzydką, uczepioną kurczowo zatęchłych uliczek, przecinających to równie śmierdzące i pełne jaskrawych barw miasto. Z czasem nauczył się wykorzystywać jej zalety, przyzwyczaił do ludzkiego odoru i przyuczył czynności, które w poprzedniej, potwornej formie nie miały racji bytu. I mimo że całkiem nieźle przystosował się do życia, bywały chwile, gdy całe tu skrzętnie zbudowane człowiecze lice padało między gruzy, wypuszczając na wolność prawdziwego, psotnego demona, jakim nadal w głębi (nieistniejącej) duszy był. Miał gorącą krew w żyłach, miał pozorne bijące serce, miał dziwaczne spojrzenie jasnych, niebieskich oczu i miał skórę, opinającą dziwne systemy kości i mięśni. Ale.... nadal był cholernym, cholernym diabłem.
    I tym razem, jako ofiarę wybrał sobie dyrektor szpitala; Verity. Obserwował ją z ukrycia, jako czarny kot rozciągnięty na parapecie, lustrował spojrzeniem jasnych, niebieskich oczu; jako wiatr obserwował jak zakasała rękawy, gotowa do kolejnej skomplikowanej operacji. W samotności lustrował jej zmieniające się wyrazy twarzy i całym sobą wyciągał z niej to, czego prawdopodobnie nie chciała ujawniać. Widział tę ludzką kruchość, słabość ukrytą za płaszczem siły. Skrzętnie ukrywaną pustkę, zasłoniętą peleryną niewidką. Shadow, w poprzednim wcieleniu był specjalistą od ludzkiej psychiki; to ona była centrum, na które rzucał się wielokrotnie, szukając w ludziach słabostek, miejsc luźnych, w które mógł wbić swoje małe szpileczki. Nakłaniał do samobójstw, oddziałując na umysły, ukryte głęboko na dnie serca lęki i budował autorytet, ostrożnie lepiąc w całość pojedyncze, malutkie bojaźnie.
    Nie było więc nic dziwnego w tym, że od razu ją przejrzał. Że przed nim nie mogła udawać, nie mogła się ukryć, nie mogła go oszukać. Zbyt wyczulony na fałsz, zbyt wyczulony na maski, zbyt wyczulony na fałszywe zasłony, jakie narzucali na siebie ludzie. Nic więc dziwnego, że obrał sobie za punkt honoru zdemaskowanie jej. Jak najbardziej chciał zedrzeć to kłamstwo, upuścić jak szklany kieliszek i rozbić na miliony, niezdolnych do posklejania kawałków. Był zły i to nie podlegało wątpliwościom. Choć po przybyciu do Fabletown, począł zatracać siebie i czasami nie wiedział, którą drogą powinien obrać, aby bez reszty nie utracić czarciej, paskudnej natury, jaka do tej pory otulała go szczelnym płaszczem rozrastającej się śmierci. Choć ludzki świat preferował dobro, Shadow nie wiedział, czy chciał podporządkować się akurat tym, ogólnie przyjętym normom.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlatego, pod postacią wiatru, dopadł ją w samotności, gdy akurat siedziała nad papierami, kreśląc jakieś głupoty. Skorzystał ze sprzyjających okoliczności; otwarte okno uznał za zaproszenie i pod postacią kota, prześlizgnął się na parapet, wyciągając leniwie, by przysiąść i z przenikliwym miauknięciem zwrócić jej uwagę.
      Wibracje mruczenia przeniosły się po jego czarnym grzbiecie, gdy skierował jasne spojrzenie niebieskich, kocich oczu wprost na nią. Mozolnie ześlizgnął się na podłogę i z kocią gracją pokonał odległość, dzielącą go od obrotowego krzesła, by w zwieńczeniu, przylepić się do jej zgrabnych nóg i w całkowicie zwierzęcym, słodkim łaszeniu otrzeć o nie kilka razy, do reszty absorbując jej uwagę.
      A potem, uniósł mały łepek, znów obdarzając ją spojrzeniem tych niebieskich, rozumnych oczu i przemknął pod biurkiem, by z prawdziwą zręcznością wspiąć na krzesło i znów przemienić, tym razem w irytującą, człowieczą formę głupiego mężczyzny.
      ― Brakuje Ci czułości, co? ― zapytał neutralnym tonem, w który nie wrzucił ani szczypty kpiny. Okręcił na obrotowym krześle, by przy ponownym zetknięciem oko w oko, obdarzyć ją paskudnym, czarcim uśmiechem, zdradzającym całe zło, jakie kiedyś w sobie nosił. ― Trudno ukryć pustkę, gdy zieje wielką wyrwą w nie do końca zabliźnionym sercu.

      Shadow

      Usuń
  24. Shadow uwielbiał takie sytuacje. Był prawdziwym fanem grania na ludzkich emocjach; kochał grzebać w odmętach psychiki, pociągać za sznurki, wywołując konkretne akcje i reakcje. Uwielbiał się bawić, niczym szmacianą lalką, wpędzać w zakłopotanie i odrywać nowe horyzonty. Z diabelskim, czarcim uśmiechem chłonął całe otoczenie i gromadził strach głęboko pod skórą, by przekształcić go w energię, z której mógł czerpać... żywił się ludzkim lękiem, bojaźnią, brakiem opanowania. Te negatywne emocje stanowiły pokarm, łechtający zepsute ego małego diabełka o czarnym futrze, który z prawdziwą satysfakcją pozbawiał kolejne ofiary masek.
    A Verity nieważne jak starała się ukryć, miała tych masek od groma. Widział je; trudno ukryć prawdziwą naturę, gdy gryzie głęboko pod ubraniem, za wszelką cenę chcąc się komuś ujawnić. A ona była słaba, złamana, obrana w maskę odwagi. Każdy miał w szafie umysłu maskę odwagi, lecz nie każdy potrafił ją przywdziać. Ona potrafiła... lecz przed kimś, kto tysiącleciami badał schemat ludzkiego istnienia... trudno było ukryć prawdziwą naturę. Był zbyt doświadczony, zbyt wiele osób musiał poznać, przekroić na pół, odkryć ze szczegółami i dopracować ich mapy, by jeszcze skuteczniej ciągnąć ich do upadku. Bo trudno było zmusić kogoś do desperackiego kroku, szarpnięcia się na własnego żywota... jeśli nie wiedziało się gdzie uderzyć, co wyszeptać, co poradzić. Każdy był inny, inaczej wrażliwy, czego innego się lękał, czym innym egzystował... dlatego Shadow przez te lata musiał się uczyć, sięgać głęboko w umysły, uśmiechać się chytrze i budować, gromadząc w rozległym banku danych jak najwięcej informacji.
    Zaśmiał się w odpowiedzi na jej słowa, a jego chichot brzmiał jak charkanie piły mechanicznej, przyprószając skórę dreszczem, który tak bardzo lubił budzić w ludziach.
    — Niezabliźnionego serca nie przykryje nawet świeży śnieg i powiew kolejnej zimy — mruknął tajemniczo, ochrypłym, pełnym przekonania głosem i na odległość pochwycił z nią kontakt wzrokowy, wwiercając się głęboko w jej duszę. Jego źrenice rozszerzyły się niepokojąco, obejmując niemalże całe tęczówki, a potem dziecięcym gestem okręcił się na fotelu, by po chwili znów zrównać się spojrzeniami. — Trudno ukryć zbłąkane myśli, gdy rozsadzają czaszkę, a maska odwagi ostatkiem przyzwyczajenia nie spada z twarzy, nie rozpadając się na miliony kawałeczków — wysyczał ponownie, zupełnie zapominając o ludzkiej formie. Komicznym, trochę wybijającym z rytmu gestem oblizał łapkę, zupełnie nie zdając sobie sprawy z nieposiadania kociego cielska.
    Zreflektował się jednak i już po chwili miauczał żałośnie, świecąc czarnym futrem na o wiele za dużym fotelu.
    — Czasem wystarczy chwila, by wszystko prysło — wymruczał, a jego ciemny grzbiet przeszły charakterystyczne wibracje. Wyciągnął się z gracją i przygotował do skoku, w ostateczności lądując zgrabnie na jej biurku. Przysiadł na tylnych łapkach, wlepiając w nią niebieskie, kocie oczy z charakterystycznymi podłużnymi źrenicami. Znów oblizał łapkę, nie spuszczając z niej wzroku, a jego nosek poruszył się lekko typowym dla zwierzęcia ruchem.
    — Wystarczy jeden podmuch wiatru, by domek z kart runął, a kier został przykryty przez przez piki, karo i trefle — pokazał ostre ząbki i zupełnie zuchwałym, pozbawionym skrupułów ruchem, skoczył jej na kolana, ocierając się futrem na wysokości brzucha. Potem przemieścił się na jej ramię, otarł zgrabnie o policzek i zeskoczył, by po chwili znów zmaterializować się przed nią w ludzkiej, męskiej formie; siedząc na kręconym fotelu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Wystarczy jeden niechciany głos, cichy szept, ziarno niepokoju, zasiane głęboko na dnie serca — kontynuował, uśmiechając się paskudnie, a jego czarcie ślepia znów zatrzymały się na jej twarzy. — by wszystkie mury runęły, zamki upadły, a żelazne bramy stanęły otworem przed zwycięskim rycerzem na czarnym koniu i z kopią, na którego końcu będzie prawda — znów zmienił się w kota i przeskoczył na jej biurko, niebieskimi oczami patrząc na nią błagalnie. — Tego właśnie się boisz, prawda, Verity? Że zdemaskują Twoją słabość, skruszą wszystkie bariery, dowiedzą się jak ściśle przylega do Ciebie maska. Odkryją prawdę, zburzą Twój autorytet i zobaczą to miękkie, niezabliźnione serce, które tak próbujesz okuć w zbroję, co? — oblizał łapkę i położył się na biurku. — Podrap mnie za uchem, wtedy może nikomu nie powiem.... — miauknął, układając się wygodnie na drewnianym blacie. Przymknął oczy i pozwolił, by przejmującą ciszę wypełniły jedynie wibracje jego kociego mruczenia.

      Shadow, miauczący o mizianie

      Usuń

  25. Sam jej widok odrobinę rozpromienił mu ten cholernie nieprzyjemny dzień. Do tej pory Huck nawet nie zdawał sobie sprawy, że tak bardzo tęsknił za Królową Kier. Naprawdę przyjemnie się z nią pracowało. Czasami zastanawiał się nad tamtymi uczynkami. Zdecydowanie nie należał do najszlachetniejszych, a krwi przelał więcej niż przeciętny mieszkaniec baśniowej krainy. Teraz jednak najgorsze było dla niego to, że nie potrafił żałować tamtych złych decyzji. Potrafił bez bólu przyznać się do błędów, zła, nieprawości. Miał świadomość swojej mrocznej strony. Sam nigdy nie nazwałby się bohaterem pozytywnym. Nie użyłby w ogóle słowa . Nigdy też nie chciał być bohaterem, ale złoczyńcą też nie. Pragnął być najzwyklejszym w świecie marynarzem. Jednak los okrutnie z niego zakpił.
    - Oj wiele to dni upłynęło, królowo moja słodka - odparł z uśmiechem i nawet rozbłysły mu tym dawnym sposobem.
    Przez chwilę wpatrywał się z lubością w swoją rozmówczynię, popijając rum z butelki. Nie mógł się nadziwić temu ich spotkaniu. Niespodziewane… Doprawdy niespodziewane. Ona tutaj. W Trip Trap! Takiej melinie. Nie pasowała do otoczenia. Była szlacheckiej krwi, maniery miała ponadprzeciętne, no i ten chód, ten sposób mówienia… Nadawała się tylko na pałace. W przeciwieństwie do niego. On bez problemu zlewał się z tłumem zapijaczonych tępaków.
    - Można tak powiedzieć. Ciężki dzień. Ale odkąd tu trafiłem to na palcach ręki mogę zliczyć te dni, które ciężkimi nie były – stwierdził cicho z westchnieniem. – I nawet nie odczułbym przy tym straty te drugiej dłoni – dodał już weselej i podniósł swój hak na wysokość policzka.
    Fabletown wysysało z niego życie, ale jeszcze tliło się w nim coś z Kapitana Haka. Chował się drań w najgłębszych, najciemniejszych zakamarkach duszy Jonesa, pozwalając tej marnej podróbce człowieka wieść marną podróbkę życia. Bez morza, przygód i krwi. Musiał siedzieć grzecznie na swoim miejscu, bo przecież szeryf już nie raz i nie dwa mu zagroził więzieniem. Dupek jeden zdawał się mieć oko na wszystkie czarne charaktery. Huckelberry oddałby jednak wszystko za możliwość… No cóż. Popiracenia. Nawet odrobinę. Poczuć tamtą adrenalinę, ten dreszczyk emocji.
    I właśnie w takiej chwili zjawiła się przy nim ona! Jego kochana Królowa Kier! Niczym błogosławieństwo i dar. Te jej śliczne usteczka wymówiły kilka niby nic nie znaczących zdań, a jednak Jones jakby się ożywił. Usiadł prościej, z jego oczu zniknęła mgiełka zamyślenia.
    - Nudzi mi się cholernie, złociutka. A tobie nigdy bym nie odmówił współpracy… - wyszeptał z zawadiackim uśmiechem. – Czy mówiłem już kiedyś, że kocham ten błysk przebiegłości w twoich oczach, gdy się uśmiechasz?

    Huck – na kłopoty zawsze chętny

    OdpowiedzUsuń
  26. Nie spodziewała się do końca takiej historii. Chociaż doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że każdy z nich, każdy z Baśniowców skrywał tak mroczne tajemnice jak ta, w jakimś stopniu zaakceptowała fakt, że tylko ją spotkało takie okrucieństwo. Albo po prostu chciała sobie wmówić, że tak właśnie jest, że tylko ona przeszła przez buchające ogniami piekło i nikt nie miał prawa pouczać ją w kwestii przeszłości oraz życia. Nawet jeśli w Fabletown nie było osoby, która by jej całkowicie zaufała, każdy z klientów znał ją na tyle aby przekazać jej swoje krwawe wspomnienia, zagnieżdżone gdzieś głęboko urazy oraz rozczarowania. Żadna jednak historia, którą dotychczas poznała nie mogła równać się z tym co sama przeżyła. Aż do teraz, kiedy dokładnie poznała lęki Verity Coeur.
    Podniosła zaciekawiony wzrok na bladą twarz kobiety, dokładnie obserwując wystraszone spojrzenie, delikatnie poruszające się usta. Świdrowała ją wzrokiem, układając każde jej wypowiedziane słowo w spójną całość. Kiwała delikatnie głową, czując narastający w piersi stres i strach. Tak jakby sama tam była, pośród krwawego przyjęcia weselnego, chowająca się gdzieś pod stołem aby żaden ze strażników nie był wstanie ją złapać. Ścisnęła ręce w pięści, próbując powstrzymać targające nią emocje. Wyprostowała się jeszcze raz, czując jak powoli zsuwa się z dużego fotela.
    Ciekawiło ją jak dokładnie wyglądał proces przygotowywania do bycia królową w jej stronach. Jak właściwie wybierano kolejną kandydatkę. Świat przedstawiany przez klientkę wydawał się taki inny, odległy. Magia krążąca wokół każdego z osobna, czołgająca się między drzewami, będąca dla tamtejszej ludności niczym powietrze. U niej było inaczej. Wszystko co było inne traktowano jako zagrożenie. Królowie i władcy odcinali się od wszelkich magicznych sztuczek, nawet jeśli doskonale wiedzieli że jedne z lepszych wiedźm lub alchemików mogli uratować ich całe królestwa. Jednak oskarżona o wszelkie zło w jej krainie, magia sama wreszcie odwróciła się przeciwko nim. Ludzi zamieniała w demony polujące na resztę populacji, leśne bóstwa sprzeciwiały się człowiekowi, truposze wykopywali się z grobów pod postacią strzyg lub innych wampirycznych stworzeń szukając jedynie krwi, którą mogliby się posilić.
    Otworzyła szeroko oczy słysząc ostatnie zdanie kobiety. Nie miała pojęcia czy wybranek kobiety dalej ukrywał się gdzieś między Doczesnymi. Czy przeżył lata tułaczki po betonowej dżungli, czy znalazł bezpieczne miejsce, przyzwyczaił się do ostrożnego życia Baśniowca. Jednak zastanawiało ją to. Jakaś cząstka podpowiadała jej aby zaczęła grzebać. Szukać nieznajomego mężczyzny nie tylko dla siedzącej obok kobiety, ale również dla zaspokojenia własnej, upartej ciekawości. Wciąż zastanawiała się czy Verity aby na pewno dobrze przemyślała powód wizyty. Czy rzeczywiście chciała zapomnieć, ruszyć przed siebie odcinając się od tego co było kiedyś. Cokolwiek sobie wmawiała, wszystko to co wydarzyło się przed laty zagnieździło się tak głęboko w umyśle kobiety, że wszelakie szanse na ucieczkę były znikome.
    Sama kiedyś tego próbowała. Zapomnienia i odcięcia. Zdarzało jej się kompletnie wymazać z pamięci tamten dzień, skupiając się na tym co teraz, na współczesnych życiu. Jednak każde kolejne spojrzenie w lustro znów przywoływało do jej głowy obrazy ciemnego wieczoru, kiedy osoba, której ufała najbardziej na świecie, postanowiła posłużyć się całym zdobytym zaufaniem, zaciągając ją w spokojne miejsce i wydając na nią niesprawiedliwy wyrok śmierci. Blizna na szyi od wbijającego się w skórę sznura, dwie okrągłe zarośnięte rany na udach — wszystko to każdego dnia kazało jej powrócić do tamtych chwil, znów spojrzeć żałośnie na własną sylwetkę.
    — Jak dokładnie działa to wszystko w twojej krainie? Jak wybierano nową królową, jak ją przygotowywano? — spytała zanim zdążyła ugryźć się w język i przerwać potok niepotrzebnych pytań. Jej nachalna ciekawość dawała się we znaki, kiedy mierzyła jasnym wzrokiem twarz siedzącej obok kobiety.

    Valerie

    OdpowiedzUsuń
  27. [Dzień dobry! Kłania się i wita serdecznie Jack Frost aka Nieokrzesany Dzieciak Fabletown! Wpadamy z propozycją wątku, jeżeli są chęci - także jeżli są, to mogę zarzucić pomysłem! ^^]


    Jack Frost

    OdpowiedzUsuń
  28. [ Wybacz te strasznie opóxnienia. Musze ogarnąć trochę swoje życie...Możesz zacząć jeśli chcesz. Przynajmniej dowiem się jakie będziesz miała zlecenia dla mojego pana :)
    Chcesz jeszcze wątek z Cillianem, czy zadowolisz się Lexem tylko? :D ]

    Lex

    OdpowiedzUsuń

Szablon wykonała Night Tear. Źródło: WallPaper. Obsługiwane przez usługę Blogger.