niedziela, 25 czerwca 2017

Jestem twierdzą... Chociaż drzwi tylko na klamkę zamknięte...

Cillian G. Rasputin
Cillian G. Rasputin













Śmierci nie ma. Śmierć to tylko minus, coś, co się nie stało, ostatni raz nie uderzyło serce. To nieuderzenie to śmierć. Coś, co miało się stać i się nie stało, a zaraz potem wszystko inne w życiu tego człowieka też się już nie dzieje.



Nie mam nic do ukrycia





--------------------------------------------------------------------------------
Serdecznie wszystkich zapraszam do wizyty u psychologa - doktora Rasputina :D

37 komentarzy:

  1. [Powodzenia z drugą postacią, bo naprawdę mi się podoba. :) No i wielki plus za Fassbendera!]

    Brian O'Connor

    OdpowiedzUsuń
  2. [Ra ra Rasputin Russians greatest love machine...
    Przepraszam musiałem :) Ty wiesz jak ja na niego czekałem ;) Nie ma że nie! Porywam na wątek cię! Ro Ivana mego zapraszam tak w szczególności :D
    No i do reszty moich panów (tak między nami to mam pomysł na wątek z Erwinem...chyba że wolisz z kimś innym).]

    Lucek
    Willard
    Ivan
    Erwin

    OdpowiedzUsuń
  3. [no calkiem niezly ci on wyszedl ;) duzo weny i pomyslow G.]

    OdpowiedzUsuń
  4. [O ja, widzę kolejna postać. Podziwiam! :D Nazwisko szczerze mówiąc, totalnie mnie rozwaliło. Postać świetna... Mam nadzieję, że będziecie mieć wiele owocnych wątków i zabawy! <3]

    Shadow Mortem

    OdpowiedzUsuń
  5. [No to już ci mówię co mi to w głowie siedzi xD
    Ivan:
    Tutaj mam dosyć pokręconą wizję ich relacji. Nie bij xD
    Możemy zrobić tak, że podczas gdy Rasputin sobie chodził po świecie żywych po raz pierwszy, i był już kochankiem carycy (oraz połowy Moskiewskich kobiet etc.) to poznał Ivana, jako całkiem wysokiego rangą oficera wojsk carskich. Mogłoby dojść między nimi do kilku ostrzejszych spięć i nawet mógłby zostać odsunięty przez cara od kilku ważniejszych rzeczy. Mógłby też poznać się kim tak naprawdę jest Ivan i zależałoby mu jeszcze bardziej aby odsunąl się od rodziny królewskiej... Ivan wtedy postanowiłby sie pozbyć Rasputina. Więc razem z tymi spiskowcami i zabiłby twojego biednego pana... A teraz po latach w Fabletown spotykają się (nie wiem konkretnie kiedy twój pan przybył tutaj). Zwonariew nic się nie zmienił. Nadal butny, łakomy na władzę, oraz z zapędami sadystycznymi. Jednak zgłasza sie o pomoc (chociaż w życiu tego nie powie, tylko nazwie to "ofertą, której nie można odrzucić"). Powiedzmy, że Ivan bardzo chciałby posiąść jedną rzecz, która należała do ostatnich z dynastii Romanowów i tylko Rasputin wie gdzie to jest (bo ktoś mu z carskiej rodziny powiedział). Tak więc...Cillian mógłby polecieć do Rosji i jeszcze zapłacono by mu chociażby za samo wskazanie miejsca, gdzie ów przedmiot jest. W ich przypadku myślałem raczej o relacji takiej....średniej bym powiedział, z początku wrogowie, a później tacy na swój sposób neutralni.
    Odnośnie Erwina to też mam pomysł xD
    Nie wiem jak długo Cillian jest w Fabletown i czy nie wyjeżdżał wcześniej...ale no nic pomysł można swobodnie zmodyfikować w razie gdyby coś xD. Otóż, pomyślałem że Erwin i Cillian mogli swego czasu się spotykać. Możemy zrobić tak, że König wraca z jakiejś misji woskowej i zostaje bez dachu nad głową (bo mieszkanie mu zalało, albo coś) i prosi/błaga Cilliana aby pozwolił mu przenocować, tylko jedną noc a później się wynosi. Tylko żeby jakoś nam nudno nie było, to może okazać się, że no cóż... ktoś nie lubi naszych panów (albo tylko tego jednego), no i mogą albo obudzić się w jakimś nieznanym miejscu, albo ktoś może zapragnąć ich sprzątnąć po cichu na miejscu. Zaczęłoby się więc jakieś prywatne dochodzenie, kto, gdzie, jak i dlaczego. Doszliby do dziwnego wniosku, że jakiemuś doczesnemu bardzo zależy na ich śmierci itp.
    Podoba sie? Czy może mam pomyśleć nad czymś zupełnie innym?]

    Ivan
    Erwin

    OdpowiedzUsuń
  6. [Ja nie wiem jak, ani co, ani gdzie, ani kiedy, ani cokolwiek, ale się witam i wyrażam duuużą chęć o wątek! xD Samo nazwisko robi "wow", także jeśli i ty masz chęć na jakąś relację z Frostem to zapraszam!]

    Jack

    OdpowiedzUsuń
  7. ["Trochę" spóźniona, życzę powodzenia z drugą postacią :D I serduszko aż rośnie, gdy widzę, że mam jednego pracownika w szpitalu więcej ;) Dużo weny! :)]

    Verity

    OdpowiedzUsuń
  8. [Cieszę się iż pomysł z Ivanem przypadł do gustu xD
    Jeśli chodzi o snajpera, to możemy tak zrobić. W sumie, to Erwin ma trochę problemów (jak chociażby uzależnienie od narkotyków), no i taki terapeuta mógłby być potrzebny i to bardzo :) Poza tym...tak sobie pomyślałem, to może nawet byliby na swój sposób...przyjaciółmi, takimi co to w razie czegoś to sobie pomogą.
    Mam takie pytanie, kto zaczyna? Ja, czy ty?
    Bo w sumie w przypadku wątku z Erwinem to chyba byłoby lepiej, żebym to ja zaczął. Wtedy od razu akcja do przodu by szła.
    A w przypadku Ivana, to mógłbyś ty zacząć od np. czasów, kiedy to Rasputin poznał sie na Ivanie i chce go odsunąć od cara i rodziny carskiej.]

    Ivan
    Erwin

    OdpowiedzUsuń
  9. Był pewny, że będzie miał do czego wrócić z kolejnej misji wojskowej. Niby odradzano mu tą podróż, bo w końcu „jesteś już stary Erwin”. Może dla innych, ale nie dla niego oraz papierów jakie posiadał. Nie odczuwał swojego wieku. Nie odczuwał tych 108 lat (jeśli liczyć od faktycznej daty urodzenia), czy też tych 66 (jeśli liczyć od momentu kiedy „zmartwychwstał”). Ba! Nawet nie odczuwał tych 33 lat, które towarzyszy mu od chwili śmierci!
    Czuł się młodo oraz pewnie. Przebijał doświadczeniem swoich młodszych kolegów oraz „równolatków”, w końcu miał przed nimi więcej czasu na przygotowania, oraz inne sprawy! Może właśnie dlatego ciągle co jakiś czas jeździł? Aby się sprawdzić, oraz po to żeby…żeby po prostu pokazać innym kto jest lepszy? Kto tutaj rządzi? Może też było tak, że podświadomie chciał zginąć? Albo po prostu kochał wojny oraz wszelakie konflikty zbrojne. Wszak wychował się w czasach I wojny, konfliktów które po niej nastąpiły, oraz brał udział w II wojnie…w której umarł.
    Właściwie to cały powrót potoczył się szybko. Szybko wrócił do NYC, bardzo szybko stanął pod drzwiami swojego mieszkania i już nawet miał je otwierać, kiedy wyszedł dozorca kamienicy, który oznajmił, że jego mieszkanie oraz kilka innych zostały zalane. Że najlepiej byłoby żeby przenocował dzisiaj (oraz ewentualnie jutro) w hotelu, albo u znajomego. Teoretycznie mógłby w hotelu, ale nie przepadał…mógłby niby w motelu „Open Arms”, ale cholernie nie lubił tego miejsca, była to dla niego czysta speluna, z której nad wyraz często korzystały prostytutki…
    Mógłby też zatrzymać się w hotelu „Transylwania”, albo każdym innym jakich jest w Nowym Yorku. Jednak nie chciał. Raz, że miał cholernie mało pieniędzy przy sobie. Dwa, że o tej porze banki są nieczynne żeby wybrać pieniądze. Osobiście nie korzystał z możliwości płacenia telefonem…(no dobrze czasami korzystał), a z tego co pamiętał to nawet karty bankomatowej nie miał…no i właściwie to chyba bateria w telefonie padła mu jakiś kwadrans temu. Ech…pech po całości.
    Chyba nawet nie do końca przemyślał tego, żeby przejść do jakiegokolwiek znajomego. Po prostu po krótkiej chwili namysłu jego nogi poniosły go do domu Cilliana Rasputina- jego terapeuty, którego podświadomie traktował bardziej jak kumpla a nie lekarza. Chodził do niego bo czasami ktoś musiał mu jakąś receptę wystawić.
    — Cześć…słuchaj bo taka głupia sprawa jest – powiedział, kiedy psycholog otworzył drzwi od mieszkania. – Dopiero co wróciłem z misji wojskowej…mieszkanie mi zalało, nie mam pieniędzy przy sobie…czy…mógłbyś mnie przenocować dzisiaj? Tylko jedna noc, mogę nawet w łazience w wannie spać – powiedział. Nie on błagał o możliwość noclegu. – Jutro z samego rana się wynoszę, obiecuję – dodał.

    Erwin
    [Zacząłem jak obiecałem]

    OdpowiedzUsuń
  10. Znowu nowa „partia” jak to nazywał Ivan. Nowi ludzie, nowe młokosy, które trzeba nauczyć jak trzymać broń i jak z niej strzelać. Podobała mu się strasznie jedna rzecz; to jak się go bali. Jego! Ivana Zwonariewa! Diabła w ludzkiej skórze…i to dosłownie!
    Lekko przygarbiony spoglądał na nich z dozą wyższości, ale na każdego tak spoglądał, nawet na cara, bo czymże jest marny car – człowiek, wobec diabła, który do tego jest oficerem. Odpowiedź brzmi: „Niczym”. Czuł, że ktoś się przez chwilę mu przyglądał, nawet wiedział kto to konkretnie był. Rasputin, pupilek cara i rodziny. W szczególności caryca go na swój sposób pokochała, bo potrafił uleczyć małego carewicza.
    Nie czekając dłużej przeszedł do pałacu, żadnych kontroli, nic. Mógłby nawet pójść i obudzić cara w środku nocy i nie zostałby wyproszony, wyrobił sobie przyzwoitą opinię, co było mu bardzo na rękę. Swoje kroki skierował tam, gdzie zazwyczaj urzędował Rasputin, jego rywal. Nie było to tak, że się go obawiał, ani nic…traktował go po prostu jako potencjalnego rywala i starał się trzymać go na dystans.
    — Rasputin – powiedział wchodząc do laboratorium. – Tęskniłeś za mną? Dawno się nie widzieliśmy, prawda? – zapytał uśmiechając się parszywie. Zwonariewowi można zarzucić wszystko, ale nie to, ze mundur źle na nim leżał. Był jakby stworzony pod niego. Może gdyby miał więcej mięśni, oraz nieco przyjemniejszą twarz, to z pewnością pół Moskwy by się w nim podkochiwało. Ale jemu na miłości i kochankach nie zależało. Niby miał żonę, która jednak została w Polsce i nocami straszy po jednym z tamtejszych zamków, ale mu to nie przeszkadzało. Jego żona na co dzień żyje jako wdowa, po mężu, który zginął w więzieniu carskim.
    — No, co tak się nie odzywasz? Widziałem cię – powiedział bez ogródek. Spojrzał na jakieś fiolki, średnio go to wszystko interesowało. – Zastanawiałeś się, jak pomóc carewiczowi? Słyszałem, że miał atak…to smutne – powiedział to takim tonem, jakby wcale go to nie obchodziło, albo wręcz przeciwnie, jakby życzył małemu następcy rychłej śmierci. Jemu i całej rodzinie królewskiej.

    Ivan

    OdpowiedzUsuń
  11. Uśmiechnął się lekko w kierunku swojego terapeuty. Właściwie to zastanawiał się dlaczego do niego chodził. Niby coś tam pomagał…ale dla Königa takie gadanie to było czymś dziwnym. Zazwyczaj był osobą bardzo skrytą w sobie, nie dzielił się swoimi przeżyciami. Przy nim jednak czasami uchylał rąbka tajemnicy i tak jego terapeuta wiedział o tym, że przez długi czas po powrocie do żywych śniły mu się koszmary, jest mu ciężko odnaleźć się w niektórych sprawach, że nie przepada za żydami…kilka takich drobnostek. Bo nigdy nie zwierzał się ze swoich zawodów, albo uniesień miłosnych. Niby ludzie teraz inaczej patrzyli, na takich jak on…ale dla niego ciągle było to coś…wstydliwego?
    —Dzięki – powiedział. – Wiesz, że wystarczyłaby dla mnie kanapa, albo i kawałek podłogi. Byleby się nie lało i było w miarę ciepło – dodał. Surowość i spartańskie warunki nie robiły na nim większego wrażenia. Podobnie jak różne wygody. Znał obie skrajności.
    Niemalże od razu zdjął buty, które postawił tak aby nikomu nie zawadzały.
    — Jak widzisz byłem – powiedział. Przeszedł do salonu i usiadł na kanapie, kładąc torbę obok siebie. Spojrzał na Cilliana. – Jeśli tylko chcesz o tym słyszeć. Ale widząc ciebie, to ty masz już na dzisiaj dość cudzych wynurzeń. Więc po co cię zamęczać? – zapytał. W sumie to mógł mu się wygadać, chociaż nie odczuwał takiej potrzeby. Mógł też posłuchać co się u niego przez ten czas działo. – Ale może zanim ja cokolwiek zacznę opowiadać…usłyszę co u ciebie? Nudny, a może coś ciekawego miało miejsce? – spojrzał wyczekująco. Wyprostował się i założył nogę na nogę. Mógł rozmawiać, mógł milczeć…było mu to naprawdę obojętne.

    Erwin

    OdpowiedzUsuń
  12. Zaśmiał się, a głos jego rozniósł się lekkim echem po pomieszczeniu. Cały Zwonariew. Nie należało go lekceważyć, należało za to trzymać go blisko siebie i nie denerwować go, bo to mogło się zakończyć źle. Już gdy jest spokojny jest wystarczająco niebezpieczny.
    - Jedyną wesz łonową jaką widzę jesteś ty - warknął. Podszedł do niego, tak że niemalże stykał się z nim nosem. Na szczęście nie było jakiejś wielkiej różnicy wzrostu. - Co ty tak do mnie nieprzyjemnie? Ja tutaj grzecznie, a ty tak brzydko. Coś wyczuwam, że popadłeś w niełaskę cara. A szkoda, szkoda - machnął lekko ręką po czym wycofał się o pół kroku. Odwrócił się na pięcie i przespacerował soę po pomieszczeniu oglądając poszczególne probówki. - Szkoda takiego szarlatana - mruknął do siebie, ale tak żeby jednak i rywal słyszał.
    Usłyszał kroki. Szybkie...ktoś biegł. Podkute buty odbijały się echem, był to ktoś lekki, coś zadźwięczało. Chyba szabla. Może to jakiś podoficer.
    - Rotmistrzu Zwonariew - powiedział zziajany.
    - Melduj. Ale szybko Stiepanowicz - warknął na niego. Młody, średniego wzrostu i postury. Brunet z ciemnymi oczami. Żonaty z dwójką dzieci...żona brzydka nie była.
    - Car wzywa. Wzywa też i pana - zwrócił się do Rasputina. Zwonariew powoli wyszedł.
    - Stiepanowicz do mnie! - krzyknął a podoficer bez wahania ruszył w ślad za nim. Bał się Zwonariewa, podobnie jak każdy. Było w nim coś co nie dawało czuć się przy nim w stu procentach komfortowo.

    [Czarnobyl przy nich to pikuś. W ogóle to myślałem przez chwilę czy Lucka na moment nie wrzucić do wątku xD]

    Ivan

    OdpowiedzUsuń
  13. Pokiwał głową. Niektórzy zastanawiali się po co im pokój, a Erwin momentami zastanawiał się po co mu mieszkanie w tej dzielnicy. Albo w ogóle po co mu mieszkanie. Mógłby przecież jeździć na misje, a po nich przenocować w jakimś tanim motelu i tyle. Ale chyba mieszkanie dawało mu pozory normalności.
    - Czyli co? Dalej mi będziesz to wypominać? - zapytał. - To było ile? - zastanowił się jednak żadna konkretna data mu nie przychodziła do głowy. - Dawno temu - spojrzał na niego. - Nie. Nie jestem głodny. Ale z chęcią umyłbym się...
    Chciał powiedzieć że ma wrażenie, że po prostu śmierdzi tymi przeklętymi Arabami, ale nie powiedział. Przecież powoli małymi krokami pozbywał się wszelakiego rasizmu. Chociaż do tej pory niecierpiał czarnych. Czarnych i Arabów oraz Żydów.
    - Poza tym co może być ciekawego w pracy terapeuty? Słuchasz godzinami jak ktoś ci pieprzy że ma problem bo kłóci się z mężem albo żoną. Albo przyjdzie ci jakieś dziecko, które jest fochnięte na rodziców bo nie chcą mu kupić nowego Iphone. Albo zjawi się jakiś debil, który nie chce współpracować i mentalnie zatrzymał się w poprzednim wieku - westchnął. Byłby gotów oddać wszystko żeby wrócić "do siebie". Chociaż mimo wszystko podobało mu się tutaj. Trchnika wojenna w szczególności.

    Erwin

    OdpowiedzUsuń
  14. [Frost taki zapomniany... :< No cóż, przeżyjemy! xD
    W takim razie co powiesz na wizytę Jacka u doktora? Przyjdzie z czystej ciekawości pogadać, bo już niejednokrotnie słyszał o psychologach i jest zaintrygowany tym co oni potrafią zrobić.]

    Jack

    OdpowiedzUsuń
  15. [To o śmierci skojarzyło mi się z tym, że "chemik nie umiera, on tylko przestaje reagować" xd
    No ja poproszę wątek z tym panem, już widzę jak kłócą się o medycynę niekonwencjonalną :D]

    Jaga

    OdpowiedzUsuń
  16. [W sumie tak sobie myślę, że Jaga mogłaby dostać karę za liczne podejrzenia o porywanie i straszenie dzieci, a za karę będzie musiała chodzić na przymusowe terapie do naszego doktorka (achh wszyscy do psychologa...) :D A że Jadźka jest świnia to będzie opornie szło, co Ty na to? Chyba ze masz jakiś lepszy pomysł, bo mi narazie nic innego do głowy nie przychodzi]

    Jaga

    OdpowiedzUsuń
  17. Wiedział doskonale, że żadna z tych substancji nie wyrządziłaby mu większej krzywdy. No może jedynie co to woda święcona, na którą był „uczulony”. I tak nie działała na niego tak jak kiedyś, gdzie strasznie go bolała skóra kiedy ktoś na niego wylał wodę święconą. Teraz owszem bolało go to, ale to nie był już ten sam mocny przeszywający i niemalże paraliżujący ból. Teraz już go nie paraliżowało, ale wciąż był to silny ból. Podobnie było z krucyfiksami, które go osłabiały. Owszem starał się nad tym panować żeby nie zemdleć w pobliżu krucyfiksu i całkiem mu to wszystko wychodziło. Przypuszczał jednak, że za kilkanaście jeśli nie za kilka lat mentalność ludzi się zmieni i nie będą tak już chętnie uczęszczać do kościoła, a to byłoby mu na rękę.
    — Rotmistrz myśli… - zaczął Stiepanow.
    — Czasami mi się to zdarza – odpowiedział. – Ale jeśli chodzi o tego szarlatana, to nie. Nie przenika przez ściany. Jest nikim. Po prostu raz mu się coś udało i tyle – do tej pory był wściekły na siebie, że nie namówił kogoś potężniejszego aby sprawił że mały carewicz był bardziej chory. – Powiedz lepiej czy wyglądam dobrze.
    — Idealnie rotmistrzu. Zero plam, mundur idealnie leży – powiedział zgodnie z prawdą.
    Zwonariew po tym wszedł. Nie zdziwił się widząc Rasputina, zmierzył go pełnym wyższości spojrzeniem. Przecież był od niego kimś lepszym, był nawet lepszym od samego cara!
    — Car chciał mnie widzieć – bardziej stwierdził niż zapytał. – Coś się stało? – temu zdaniu akurat już było zdecydowanie dalej od twierdzenia. Zwonariew stał wyprostowany i spoglądał na cara. Raz na jakiś czas też zezował na stojącego w pobliżu Rasputina.
    — Nic takiego rotmistrzu… - zrobił przerwę. W wypowiedziach Mikołaja II nie oznaczało to nic dobrego. – Po prostu zadecydowałem, że najlepiej będzie jeśli obejmiecie dowództwo nad Drugą Dywizją Kawalerii Gwardii. Już oficjalnie – przez twarz Zwonariewa przemknął uśmiech. Zaraz jednak na powrót przybrał kamienny wyraz twarzy.
    — Tak jest – odpowiedział. Już nawet miał odejść, ale nie przypuszczał żeby car tak łatwo odpuścił. Nie wzywałby tutaj przecież jego oraz Rasputina jednocześnie. Ivan przypuszczał, że Rasputin zaraz się wtrąci do tego wszystkiego. Że cos powie, bo dlaczego miałby milczeć. Po tym awansie to Zwonariew był dostatecznie blisko cara, mógłby go usunąć dosyć szybko. Wiedział, że „szarlatan” pozbyłby się go przy najbliższej możliwości.
    — Natomiast…wezwałem was obu, ponieważ jest rzecz o której musicie wiedzieć. Carewicz Aleksy, od pewnego czasu źle się czuje – spojrzał na Rasputina, jakby oczekiwał że ten zaraz powie że pomoże młodemu następcy. – Ja sam muszę wyruszyć na front. Rotmistrzu, powierzam wam zaszczytną funkcję jako dowódcy, jeszcze nie wyruszacie na front. Zostaniecie tutaj i macie chronić rodzinę carską – Zwonariew przytaknął. Wojskowy w każdym calu z tego diabła. – Rotmistrz może odejść – po tych słowach Zwonariew wyszedł i zamknął drzwi. Nikomu nic nie mówiąc wyszedł na plac, gdzie spojrzał z zadowoleniem na swoich nowych-starych podwładnych. Ciekawiło go to co Mikołaj II chciał od Rasputina. Nie wątpił że ten pop zechce jeszcze namieszać.

    Ivan
    [W sumie to teraz twój pan może zgłosić wątpliwości i może zechce jakoś cara nastawić żeby zmienił decyzję ;) Albo żeby chociaż przekonał go żeby Ivan osobiście trzymał się z dala od carewicza oraz reszty rodziny ;)]

    OdpowiedzUsuń
  18. Zaśmiał się cicho. Prawie nigdy nie uśmiechał się, nawet tutaj w Fabletown. O śmianiu się nie wspominając, większość zarzucała mu więc bycie typowym gburem, chociaż normalnie rozmawiał i czasami lekko uniósł kącik ust kiedy słyszał jakąś śmieszną historię.
    — Ale jak? Jak ze swoim ojcem? Jakiś trójkącik to był w sensie ojciec syn i jeszcze jakaś panienką, czy po prostu dzieciak nie wiedział, że ten gościu jest jego ojcem? – zapytał z ciekawości. On sam nie wyobrażałby sobie aby spać z własnym ojcem. W życiu! Dla niego było to coś…ohydnego i nietaktownego. Ale wychował się w zupełnie innych czasach, gdzie sam homoseksualizm traktowany był jako choroba psychiczna, a w niektórych kręgach nawet nie leczono tylko od razu pozbywano się takich ludzi. Sam przez prawie całe swoje dorosłe życie żył w strachu o to że ktokolwiek niepożądany się o tym dowie.
    — Super. To w takim razie skorzystam sobie z tego przywileju jakim jest prysznic tudzież kąpiel– zażartował. Chociaż i tak przypuszczał, że to nie było nic śmiesznego. Wiedział to i owo o swoim terapeucie. O tym kim był, w końcu wikipedia oraz inne encyklopedie a także inne książki stały otworem.
    Wyszedł z pomieszczenia, na szybko pozostawił swoją torbę w pokoju w którym przyszło mu nocować. Zabrał z niej swoje środki czystości po czym przeszedł do łazienki. Wziął szybki prysznic (nawyk z wojska), umył zęby, posprzątał po sobie po czym wyszedł. Cała wizyta w łazience zajęła mu może niecały kwadrans. Chociaż może było i nieco szybciej.
    Zostawił rzeczy w pokoju, po czym przeszedł do salonu.
    — Miałem się ciebie o coś zapytać – zaczął ostrożnie. – Jeśli nie chcesz to nie mów…ale…czy gdybyś miął możliwość to wróciłbyś „do siebie”? W „swoje czasy”? – zapytał. Ciekawiło go to. Poza tym mimo wszystko Rasputin podobnie jak on był wcześniej tylko człowiekiem, osobą która normalnie żyła.

    Erwin

    OdpowiedzUsuń
  19. Mikołaj II spojrzał na Rasputina. Przyznał że to wszystko było dosyć zabawne, bo i Zwonariew mówił, że carewicz jest pod wpływem czegoś…i tym czymś jest Rasputin. Wyrażał się źle o tym popie. Zastanawiał się kogo posłuchać. Wojskowego z krwi i kości, którego wierność wobec rodziny raczej nie budziła wątpliwości? Czy może popa z Syberii, który już nie raz nie dwa razy pomógł rodzinie? Wybór mógł być tylko jeden.
    — Dobrze. Czynię cię za to odpowiedzialnym, pilnuj go i zgromadź dowody…bez nich ciężko mi będzie w to uwierzyć – powiedział ze spokojem. Owszem wiedział, że Zwonariew nie utrzymywał zbyt dobrych kontaktów z duchownymi i że do cerkwi nie chodził. Ale to jeszcze nie był dowód.
    Zwonariew w tym czasie oparł się o niewielki murek okalający ogrody. Wyciągnął papierosa, którego zapalił. Powoli zaciągnął się nim, po chwili wypuścił szary dym z płuc. Powtórzył raz jeszcze czynność, nie musiał się przecież nigdzie spieszyć. Nie wątpił w to, że dzięki obecnej pozycji zdobędzie popleczników, że uda mu się zdobyć władzę w jakikolwiek sposób. A jeśli nie jemu samemu, to pomoże odpowiednim ludziom. Jedno było pewne, car i jego rodzina nie mogą przeżyć.
    — Sidorowicz! – machnął ręką w kierunku jednego ze swoich podwładnych. Ten niezwłocznie przyszedł. – Zbierzcie wszystkich z dywizji na placu – powiedział. – Należy im przekazać kilka rzeczy – uśmiechnął się pod nosem. Natychmiast też przekazał co Sidorowicz ma powiedzieć.

    Ivan

    OdpowiedzUsuń
  20. Pokiwał głową. No to nieźle się to wszystko prezentowało. Pokiwał głową, bo skoro to był człowiek. To jeśli założy się że jego ojciec zaliczył wpadkę w wieku szesnastu lat, a facet który zjawił się u Cilliana miał dwadzieścia to ojciec miał trzydzieści sześć. Spora różnica, ale gościu nie jest wtedy aż tak stary.
    — Przejebane – podsumował to wszystko.
    Spojrzał na niego. To wszystko brzmiało dosyć ciekawie, może miał rację. Może gdyby udało się coś zmienić…ale czy wtedy byliby tym kim byli? Czy wtedy żyliby tak jak teraz?
    — Z ciekawości – odpowiedział. Spojrzał na bok, na wazon który tak bardzo przypominał mu ten, który kiedyś był u niego w domu. W ich dworku w Bawarii. – Teoretycznie niczego…chociaż…może wojny. Tego ciągłego ryzyka. Prochu który szczypie w oczy, ryku silników Panter, odgłosu przeładowywania Mausera. Dźwięku nurkującego Stukasa – mówił cicho jakby niepewnie. – Może…może znajomych oraz rodziny? Nie będę ukrywać, że chciałem pójść do nich po trafieniu tutaj w Fabletown. Ale o tym wiesz. Nie wiesz tylko jednego…że tam pojechałem, widziałem ich. Dorosłego bratanka i bratanicę, która lada moment miała wychodzić za mąż. Wdowę po bracie. Moją siostrę, która opiekowała się dziećmi. Wtedy poczułem, że…że chyba dobrze, że nie podszedłem bliżej. Teraz nie wiem co się z nimi stało, nie wiem gdzie żyją jak mieszkają…w sumie to może nawet i dobrze – westchnął cicho. Spojrzał na Cilliana. – Gdybym mógł zmienić przeszłość…nie zmieniałbym jej tak drastycznie. Po prostu…nie pojechałbym do Stalingradu – zaśmiał się cicho. – Ale czy wtedy byłbym tym kim jestem? Najlepszym niemieckim snajperem? Szkoleniowcem snajperów w Zossen? Tym którym miał zgładzić Zajcewa? Nie. Byłbym tchórzem, nic nie wartym tchórzem – powiedział szczerze.

    Erwin

    OdpowiedzUsuń
  21. [no chyba nawet inaczej się nie da :D to jedziemy!]


    Paskudne, wstrętne potwory, niech was wszystkich licho weźmie! - krzyczała sama do siebie w myślach - Zasrane prawo i porządek! Cholerny szeryf i ci jego pracownicy, wszyscy powinni być przeklęci!
    Przez stulecia robiła swoje i nigdy, ale to nigdy nie spotkała ją nawet najmniejsza kara za jakikolwiek występek, większy lub mniejszy. Mnie, Jagę?! Ukarać?! Była tak wściekła, że wszyscy mijani po drodze ludzie schodzili jej z drogi, albo omijali ją szerokim łukiem. Prawdopodobnie patrząc na nią można było ujrzeć buchającą z jej uszu parę, a pięści zaciskała tak mocno, że zgniotła trzymany w ręku plik dokumentów, choć były w sztywnej koszulce. Po przejściu połowy drogi do domu, zorientowała się, że przy okazji niesamowicie tupie w chodnik. Jaga zwolniła tempa i odgarnęła włosy z twarzy próbując się w myślach uspokoić. To nic takiego - powtarzała sobie - to nic nie znaczy, nigdzie nie będę chodziła...
    No niestety, nie było drogi powrotnej do "domu", do jej świata, a tym bardziej teraz, kiedy w jej kartotece widniała dzisiejsza rozprawa. Choć z drugiej strony patrząc, mogło być gorzej, mogli ją wepchnąć do tego zapchlonego więzienia.
    Ale jakim prawem, ktoś będzie mi rozkazywał!
    Tak silne emocje sprawiły, iż nawet nie zauważyła kiedy otwierała już drzwi swojego domku. Trzasnęła nimi mocno, jakby były winne całej tej sprawie i opadła na krzesło przy stole kuchennym. Trzepnęła papierami na blat biorąc baardzo głęboki wdech.
    Nic nie szkodzi, Jagunia, to tylko kilka miesięcy...
    Potarła palcami skronie, po czym zajrzała jeszcze raz do protokołów. Obowiązkowa, cotygodniowa wizyta w szpitalu miejskim u psychologa. Te gamonie liczą, że jakiś facet w białym fartuszku wybije jej z głowy setki lat przyzwyczajeń... Niedoczekanie.
    ***
    Pierwsza wizyta miała się odbyć w czwartek, po porannych zbiorach ziół, Jaga przebrała się i ruszyła w drogę ku centrum. Mieli przewozić ją strażnicy, ale powiedziała, że prędzej poodgryza im głowy niż będzie jeździć z tymi gnidami, nie wiedzieć czemu dostała ostatnią szansę, ale przynajmniej rozbawiła sędziego, widziała doskonale ten skurcz w kąciku ust na jego wiecznie kamiennej twarzy. Wiedziała jednak, że jeśli nawali to choćby mieli ją związać i zakneblować, będą od tego czasu wozić ją do szpitala, dlatego w tym przypadku była na tyle potulna na ile musiała i grzecznie tuptała na pierwsze spotkanie. Im bliżej szpitala się znajdowała, tym bardziej wzbierała w niej wściekłość.
    -Terapia - prychnęla pod nosem.
    Otworzyła ogromne drzwi główne i ruszyła korytarzem w kierunku wyznaczonego pokoju. Nie trudząc się nawet o zapukanie do gabinetu, usiadła na ławce i skrzyżowała ręce na klatce piersiowej. Miała przyjść to przyszła.



    Jaga

    OdpowiedzUsuń
  22. W głębi duszy przewróciła oczami, zaczyna się. To nie był jeszcze nawet początek pierwszego spotkania, a już miała serdecznie dosyć, nawracania im się zachciało. Podniosła się i nie patrząc nawet na mężczyznę w drzwiach, minęła go wchodząc do środka całkiem ładnego gabinetu. Miło, że jest co oglądać, ale to nie załatwiało sprawy, nadal będzie musiała co tydzień spowiadać się jakiemuś obcemu facetowi, nie wiadomo właściwie w jakim celu. W sumie ciekawe, co by zrobili gdyby nagle zapomniała języka w gębie i na każdej wizycie milczała jak zaklęta? Może wymyśliłaby coś w stylu, że jakiś czar jej nie wyszedł i sparaliżowało jej język. Nie, bez sensu, kazałby jej wtedy pisać na kartce. A może by tak paść na podłogę i udawać atak padaczki? Uśmiechnęła się pod nosem, wyobrażając sobie taką sytuację. Jednak to też było bez sensu, wygląda na to, że nie ma sposobu ucieczki od tej serii wizyt, chyba że złożyłaby odwołanie i została uniewinniona, ale na to nie liczyła w żadnym stopniu, mieli niezbite dowody jej winy. "Ciesz się dziewczyno, że nie zostałaś wsadzona do więzienia, choć osobiście wcale nie podoba mi się taki obrót sprawy" powiedział jej wtedy szeryf. Ha, to twój problem wilczku.
    Rozejrzała się po raz kolejny po gabinecie i dopiero teraz dostrzegła plakietkę z nazwiskiem stojącą na eleganckim, szerokim biurku.
    - Rasputin? Tak jak ten Rasputin? Jesteś Rosjaninem, doktorku? - zatrzymała się kilka kroków od biurka i odwróciła do idącego za nią blondyna.
    W dokumentach zapisali jedynie adres i numer gabinetu, nazwiska nie podawali, zabawne, że ktoś taki będzie ją "leczył".


    Jadźka

    OdpowiedzUsuń
  23. Pokiwał głową, może miał rację. Może mu tego wszystkiego brakowało? Zaśmiał się kiedy usłyszał to co usłyszał.
    — Nie udało mi się – powiedział zupełnie szczerze. W jego głosie przebijała się nuta goryczy. – Wyszukaj w internecie moje nazwisko. major Erwin König lub pułkownik Heinz Thornwald. Snajper który brał udział w fikcyjnym pojedynku z radzieckim snajperem Wasilijem Zajcewem… - streścił. – Dla nich jestem wytworem radzieckiej propagandy. Dla nich oraz dla mojego dowództwa z chwilą śmierci przestałem istnieć. Trochę żałuję, że nie pojawiłem się przed domem Paulusa w NRD…byłoby ciężko się tam dostać…ale cóż…dla chcącego nic trudnego – po jego twarzy przebiegł cień uśmiechu, jednak ów cień szybko znikł.
    — Jedyny prawdziwy związek w jakim byłem to tylko ten radziecki – odpowiedział zgodnie z prawdą. Owszem miał przez cały okres swojego życia, kilku…może kilkunastu kochanków, ale nic poza tym. Zawsze był samotny. No nie licząc rodziny, ale i ona była tylko do momentu jego śmierci w Stalingradzie. – W sumie nie wiem czy chciałbym. Sam ze sobą czasami nie wytrzymuję a co dopiero ktokolwiek inny. Dziwię się, że ty ze mną potrafisz wytrzymać tą godzinę przez tyle lat. No i…w sumie to te kilka wyjść na piwo.
    Westchnął, poprawił mokre włosy, które nieco wpadły mu do oczu, po czym wstał z kanapy. Nie przepadał za okazywaniem słabości…a to co przed chwilą powiedział uznał właśnie za słabość.
    — Powoli zaczynam bredzić ze zmęczenia. Idę spać, dobranoc i jeszcze raz dzięki za wszystko – powiedział po czym przeszedł do pokoju. Położył się na łóżku i próbował zasnąć. Upragniony sen jednak nie nadchodził tak szybko jakby chciał. Dopiero po godzinie leżenia i przewracania się z boku na bok udało mu się zasnać.

    Erwin

    OdpowiedzUsuń
  24. Szczerze powiedziawszy, to na dobrą sprawę Ivan był skurwysynem, takim po prostu wrednym człowiekiem (jak na diabła przystało przecież). Teoretycznie mógł chodzić teraz po pałacu dumny jak paw, bo objął oficjalnie już dowodzenie nad dywizją. Cieszyło go to, a chyba nawet jeszcze bardziej by się cieszył gdyby udało mu się dostać na front razem z carem. Mógłby się go pozbyć, przecież na froncie było tyle możliwości!
    Urządził odprawę, przekazał innym co mają robić i sam wyszedł razem ze swoim adiutantem za zewnątrz. Usiedli przy niewielkim stoliku w ogrodzie. Ivan zapalił drugiego papierosa dzisiejszego dnia. Zwonariew omiótł wzrokiem królewskie ogrody. Może zakrawało to o bezczelnośc, że tak się panoszy tutaj…ale cóż…przyzwyczajał się do tego, że to wszystko będzie za jakiś czas jego…albo kogoś kto będzie występować z jego ramienia.
    — Nu Bykow, widzisz jak można osiągnąć wszystko? – zapytał postawnego bruneta. Jego adiutant to naprawdę był nie byle kto, przystojny wysoki oraz postawny brunet. Jedna z córek cara miała do niego słabość, ale on zdawał się tego nie dostrzegać, za bardzo kochał swoją żonę oraz ich pierworodnego syna.
    — Widzę rotmistrzu. A rotmistrz może wie…czy my…
    — Zostajemy. Spokojnie, będziesz pierwszym, który się dowie że wyruszamy na front – powiedział ze spokojem. Wypuścił dym papierosowy. – Pyotr, ważna sprawa jest. Ten cały szarlatan…on nie podoba mi się. Śliski typ, wydaje mi się, ze chce mi zaszkodzić, a uwierz mi że tego nie chcesz żeby się mnie pozbywali. Poza tym, prawda jest też taka, że on może zechcieć naszą rodzinę carską…usunąć – mówił cicho. Bykow musiał się porządnie nachylić żeby usłyszeć słowa rotmistrza. – Nie możemy do tego dopuścić, bo jeśli on przejmie władzę w Rosji, to będzie źle. Źle jest, że przyłączyliśmy się do tej całej wojny – Zwonariewowi przyłączenie się do niej akurat nie przeszkadzało. Wszak to więcej duszyczek w piekle.
    — Mam mieć na niego oko? – zapytał. Ivan tylko się uśmiechnął i skinął głową. – Na rodzinę… - kolejne skiniecie głowy potwierdziło niedokończone pytanie adiutanta.
    — W razie czegoś masz być moimi oczami oraz uszami – powiedział, chociaż przypuszczał, że nie będzie to potrzebne. Zauważył Rasputina i zmienił temat. Zachowywał się zupełnie naturalnie.

    Ivan

    OdpowiedzUsuń
  25. [W sumie brzmi nawet lepiej! Mógł za ciągłe dokuczanie i nie słuchanie owego stróża. Wolisz zacząć, czy ja mam?]


    Jack

    OdpowiedzUsuń
  26. Paręnaście…lat w ciągle zmieniającym się świecie i tylko on był ciągle ten sam. To nie było normalne. Nie dla niego. Chociaż może Cillian miał rację? Może powinien w końcu sobie kogoś znaleźć? Ale obawiał się jednego…że skrzywdzi w jakiś sposób swoją drugą połówkę. Swojego partnera…myślał o tym żeby związać się z kobietą, ale jednak nie potrafił.
    Obudził się w środku nocy. Usiadł na łóżku i sięgnął po zegarek. Jego fluorescencyjne wskazówki wskazywały drugą w nocy. Miał się położyć z powrotem spać kiedy usłyszał czyjeś ciche kroki. Podłoga lekko zaskrzypiała. Trzykrotnie…nie podobało mu się to. Wyciągnął swoją broń. Cicho wyszedł z pokoju. Zauważył plecy jednego człowieka…znaczy się miał nadzieję, że to człowiek a nie baśniowiec. Nie strzelał od razu, nawet nie podnosił broni. Chyba do końca miał nadzieję, że ta trzykrotność mu się przyśniła. Bo może to gospodarz domostwa chodził po mieszkaniu?
    Znalazł włącznik światła. Przypuszczał, że to go na jakiś czas oślepi, ale miał jakąś nadzieję, że refleks i lata treningów go nie zawiodą. Miał też nadzieję, że go od razu nie odstrzelą.
    — Co jest… - niestety nie dane mu było dokończyć, ponieważ ledwo kiedy zobaczył napastnika, który odwraca się w progu, ktoś go ogłuszył. Niby zdążył podnieść nawet broń, ale było to za późno…no i też napastnik uderzył skąd najmniej się spodziewał.
    — Miał być tylko ten doktorek – syknął jeden z nich. Ten który się odwrócił, kiedy Erwin oświetlił pomieszczenie.
    — Mówi się trudno. Zwiążcie ich obu… i do samochodu. Nie ma sensu dłużej tutaj czekać – postanowił ten który ogłuszył majora.
    **
    Powoli otworzył oczy. W pomieszczeniu panował przyjemny półmrok. Jednak głowa bolała go niemiłosiernie. Rozejrzał się powoli po pokoju. Nie znał tego miejsca. Do tego siedzenie na niewygodnym krześle no i związane ręce nie napawały go optymizmem. Bolał go łuk brwiowy. Nie zdziwiłby się jeśli go sobie rozwalił podczas upadku.
    — Cillian? Wiesz coś więcej niż ja? – zapytał szeptem do siedzącego obok Rasputina. Ten też był skrępowany.
    König nie zamierzał jednak zostawiać niczego przypadkowi. Już powoli zaczął manipulować przy więzach. Chciał wyczuć supeł, żeby móc zrobić z tym cokolwiek…musiał się uwolnić.

    Erwin

    OdpowiedzUsuń
  27. Teoretycznie mógł wejść do jego głowy…ale nie. Od razu domyśliłby się, poza tym Grigorij Rasputin miał silną osobowość i potrwałoby to wieki…o ile w ogóle udałoby mu się utrzymać w jego głowie. Zwonariew nie wątpił w swoje siły, ale też nie wątpił w to że Rasputin po jakiś trudach wyrzuci go ze swojej głowy.
    — Przygotuj mojego konia Bykow – polecił. – Już… Muszę się jakoś odprężyć po spotkaniu z tym…sam wiesz – wydawać by się mogło, że zwykłe nazwisko nie mogło mu przejść przez gardło. Co było prawdą. Jeśli mógł to nie używał nazwiska Rasputina.
    Przez kilka minut obserwował Rasputina. Dopiero po tym wstał. Wyszedł. Przeszedł w kierunku stajni. Lubił jeździć konno, to pozwalało mu zapomnieć o wielu rzeczach, a nic nie potrafiło zastąpić nocnych jazd po lesie. Najlepiej w pobliżu jakiegoś starego zapomnianego cmentarza, albo cerkwi. To mu się podobało. Zawsze też śmiał się że nie potrafił zerwać ze swoją tradycją. Jego koniem był jeden z tych koni do których zaprzęgano wcześniej jego karetę.
    Hrabia Manteufel- pomyślał z lekkim uśmiechem. Bykow stał z koniem. Tylko Bykowowi pozwalał się dotknąć oraz osiodłać. Nie licząc oczywiście Zwonariewa. Przy reszcie koń dostawał szału, zresztą nikt chyba też nie zbliżał się do konia rotmistrza z własnej woli.
    — Ćwiczą jeszcze na placu z przeszkodami? – zapytał wsiadając na konia.
    — Nie. Wolny panie rotmistrzu – Bykow uśmiechnął się. Pomimo tego że bał się rotmistrza, to nie potrafił nie przyglądać się temu jak jeździ konno. Wszyscy którzy go znali twierdzili zgodnie że jeździ z niebywałą precyzją. Zgranie jeźdźca i konia było niesamowite.
    **
    Kilkanaście osób przyglądało się temu jak Zwonariew jeździ konno. Przyłączył się do niego też młodszy porucznik oraz sierżant. Taka trzyosobowa rywalizacja w której faworytem był polski diabeł, który jeździł z piekielną wręcz precyzją. Nawet rywal wojskowego się zjawił. Niewiele po pojawieniu się Rasputina, koń Zwonariewa po przeskoczeniu przeszkody potknął się i upadł razem z jeźdźcem. Koń wstał po krótkiej chwili i jak gdyby nigdy nic stepem podszedł pod trybuny, gdzie stał Bykow. Rotmistrz natomiast leżał twarzą do podłoża i uśmiechał się niemrawo. Koń dobrze się spisał. Powoli podniósł się na łokciach i przewrócił się na plecy. Nie czuł swojej lewej nogi. Znaczy się...czuł…promieniujący ból.
    — Żyję! – krzyknął po czym spróbował się podnieść, ale czuł się jakby zszedł przed chwilą z rozkołysanego statku. Próba jednak skończyła się na tym, że upadł wzniecając tumany kurzu. Sierżant szybko zszedł z konia i podbiegł do przełożonego.
    — Wezwijcie lekarza! – krzyknął.
    — Byle nie Rasputina – wyszeptał Zwonariew po czym przymknął oczy. Słońce go drażniło, poza tym wtedy miał wrażenie, że świat jakoś tak bardzo nie wiruje.

    Ivan

    [Heh, teraz nic tylko żeby Rasputin go poskładał :D]

    OdpowiedzUsuń
  28. Słuchała i przyglądała mu się uważnie, kiedy minął ją i usiadł za biurkiem. Zignorowała gest zapraszający do zajęcia drugiego z foteli, dalej stojąc kilka kroków od niego. Przechyliła głowę na bok, przy ostatnich zdaniach, otwierając usta w niedowierzaniu.
    - Ale pieprzysz. - podsumowała siadając w końcu i założyła ręce na piersi. - Jakie brakuje miejsca dla takich jak my? Czy oni wam robią pranie mózgu, przed robieniem prania mózgu innym? Wypłukują wam doszczętnie czaszki, ze wszystkiego co się tam kiedyś znajdowało, a potem wkładają własny model mózgu? Ja mam się zniżać do ludzkiego poziomu, bo świat się zmienia? A dlaczego niby świat nie może dostosować się do nas, co?
    Zmarszczyła czoło, wiedząc już co się święci. Chyba jednak wolałaby kreślić kreski na ścianach celi, niż słuchać głupiego gadania tego doktorka. Tam przynajmniej nikt nie zawracał by jej dupy, a tak musiała męczyć się tutaj. Facet sprawiał wrażenie aż przesadnie spokojnego, dlatego nawet kiedy usta miał zamknięte, już ją drażnił. "Bywam upierdliwy tylko na początku", taaa, no nie sądzę...

    Jaga

    OdpowiedzUsuń
  29. Czuła się zupełnie jakby wewnątrz jej piersi dziesiątki perkusistów uderzały żwawo w swoje instrumenty, tworząc głośny, rytmiczny dźwięk, jednocześnie zdający się jakby próbować wyjść na zewnątrz. Jej wewnętrzne ja schylało się właśnie nad tą sceną dmuchając troskliwie w czubek jej głowy, aby ostudzić emocje, niewiele jednak to dawało.
    - Czuję się świetnie w tym świecie - wycedziła przez zaciśnięte zęby - ale pewien organ władzy nie daje mi swobodnie żyć. Bardzo chętnie zostałabym w swoim świecie, ale na to również mi nie pozwolono...
    Ścisnęła pięści pod stołem, wiedząc w głębi duszy, że nawet gdyby tam została nie wiele by to dało i co najważniejsze... wcale nie czuła się tu dobrze. Przestała czuć się dobrze gdziekolwiek już dawno temu. Plastrem na rozdartą ranę na jej sercu były różne wybryki w Fabletown oraz spędzanie czasu w samotności w lesie. Gdyby ktoś cofnął się w czasie oglądając jej historię, zobaczyłby ją wesołą, miłą, wręcz lubiącą towarzystwo ludzi. Nie potrafiła jednak przyznać się do tego, zupełnie zmieniła się przez lata i zapomniała o dawnej Jadze, tej którą zwykła być setki lat temu. Z jednej strony nie trudno było się jej dziwić, jakby nie patrzeć została jej wyrządzona niemała krzywda idąca w parze z chrystianizacją... Kobieta robiła jednak dobrą minę do złej gry, nie potrafiła sama przed sobą przyznać się do błędów, a co dopiero wywalać je na wierzch u jakiegoś psychiatry, u którego zresztą była z przymusu.
    - Powiedz, doktorku, czy na prawdę, tak w głębi duszy nie uważasz, że jesteś o poziom wyżej od zwykłych ludzi? - nachyliła się bliżej niego i prawie szeptem dodała - Caryca nigdy ci tego nie mówiła?
    Słyszała wiele o nim i o jego rozdziale w historii, nie mieszkała wtedy już na tych terenach, ale miała tam kilka bliskich sobie dusz. Uśmiechnęła się złośliwie do rozmówcy, czekając na odpowiedź.

    Jaga

    OdpowiedzUsuń
  30. Otworzył oczy w momencie kiedy Rasputin nachylał się przed nim. Chciał krzyknąć, chciał chwycić go za rękę i powiedzieć, że nie chce jego pomocy…albo że chociaż nie potrzebuje znieczulenia.
    W jednej chwili zwiotczały jego mięśnie.
    Sierżant oraz porucznik przenieśli rotmistrza zgodnie z prośbą do gabinetu Rasputina. Położyli we wskazanym miejscu i szybko się ulotnili.
    **
    Otworzył oczy w momencie. Chciał wstać, ale nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Chciał poruszyć rękami, ale nie mógł. Dopiero po chwili przeszło po jego ciele mrowienie. Powoli poruszył głową na boki. Znal to miejsce i nie podobało mu się to, że leży w gabinecie Rasputina.
    Chciał wstać i niestety na chceniu się skończyło. Nawet dobrze nie zszedł z tego…stołu, czy na czym oni go tam położyli, a już leżał na zimnej podłodze.
    — Ała – mruknął. Spojrzał na nogę, która była usztywniona. Poczuł ból w klatce piersiowej. Spróbował raz jeszcze wstać. Zdrowa nogę podciągnął pod klatkę piersiową. Powoli zaczynał się podnosić wspomagając się rękami. Chwycił się stołu i spróbował podciągnąć, ale był zbyt otumaniony.
    Zrezygnowany położył się na podłodze, tak ze czołem dotykał podłogi. Oddychał ciężko i czekał, na to aż ktoś się pojawi…albo na to aż na tyle dojdzie do siebie.
    — Dalej Ivan – wycedził przez zaciśnięte żeby i po raz drugi postanowił się podnieść. Wziął dwa głębsze wdechy. – Może byś mi pomógł? Śmieszy cię to…wiem – uśmiechnął się pod nosem. – Nie chcesz, to nie…najwyżej wyczołgam się stąd – powiedział przez zaciśnięte zęby i spróbował po raz drugi się podnieść.


    Ivan

    OdpowiedzUsuń
  31. Spojrzał na niego. Powoli odwrócił głowę do tyłu, tak aby zobaczyć jak się sprawy mają z tymi sznurkami. Nie wyglądało to zbyt ciekawie.
    — Scheisse – mruknął do siebie. Widać, że czyjaś wprawna ręka wiązała ich ręce…a z pewnością jego. Zaczął jednak coś tam próbować, chociaż tylko żeby rozluźnić więzy! Przecież to nic trudnego! Potrafił to! Wiedział że da radę.
    Na chwilę przestał, kiedy usłyszał skrzypnięcie zawiasów. Spojrzał na trzech (pewnie smutnych) panów w kominiarkach. Szybko ocenił zagrożenie z ich strony. Każdy miał po pistolecie…bez tłumika, czyli prawdopodobnie są na jakimś zadupiu, gdzie strzały nikogo nie zaalarmują. Jeden stał przy drzwiach, drugi nieco chudszy oraz wyższy o głowę stanął przy Rasputinie. Ostatni, chyba herszt całej tej bandy stanął naprzeciwko psychologa.
    — Wybaczcie te niedogodności – powiedział, po czym ściągnął swoją kominiarkę. Erwin go nie znał, czyli ten ktoś nie mógł być baśniowcem, znał chyba wszystkich z miasta. – Ale no cóż…nie byliśmy przygotowani na dwóch. Ale jak panowie widzą, nie zabijamy…
    Jeszcze- przemknęło Königowi przez myśl.
    — Kim jesteście? Czego chcecie? Dlaczego nas…
    — Zaraz do wszystkiego przejdę, a tym czasem mordka w kubeł – uśmiechnął się parszywie. Twarz o ostrych rysach, małe świńskie oczka i blizna na policzku. Ciekawy facet o rudych kudłach. – Panie Rasputin. Interesuje nas pańska wiedza. Przecież na przestrzeni tylu lat pewnie zgromadził pan, dowiedział się kilku ważniejszych rzeczy, mam rację? – zapytał. – Nekromancja, alchemia…może jeszcze leczenie różnych chorób. To wszystko pan, dobrze o tym wiemy.
    Uśmiechnął się przebiegle. Spojrzał na Königa i przeszedł za jego plecy. Położył swoje dłonie na jego ramionach.
    — Stawianie na nogi wojskowych. Powiedziałbym że potrafi pan zdziałać cuda, panie Rasputin – powiedział. Szybkim ruchem wyciągnął nóż i przystawił do szyi Erwina. – Pokaże nam pan jak wykonać pewien rytuał. W przeciwnym razie…pański pacjent? Kolega? Zginie.
    — Nic im nie pokazuj – powiedział przez zaciśnięte zęby. Nawet nie spoglądał na Rasputina. Uciekał wzrokiem od niego. – Nic im… - przerwał i spróbował się nieco odchylić, bo ostrze za bardzo przywarło do jego gardła.

    Erwin

    OdpowiedzUsuń
  32. Prychnął. Był lekarzem, księdzem, pewnie egzorcystą i jeszcze kimś w komplecie, powinien wiedzieć że takie trzymanie go na stole to inaczej się nie mogło skończyć. Nie zdziwiłby się jeśli potrafiłby przepowiedzieć przyszłość. Zwonariewa chyba nic już nie dziwiło.
    — Głupi…mojego – przerwał. Zastanawiał się jak go nazwać. Kuzyna? Kumpla? Znajomego? Jak miał nazwać Lucyfera? – Znajomego nie widziałeś. Idiota do kwadratu, przy nim to jestem…Łomonosow, albo jaki inny geniusz – powiedział zaciskając zęby.
    Spojrzał na niego obojętnie. Normalnie to chyba każdy spoglądałby z zaciekawieniem na to co ma do powiedzenia Rasputin. Prawda była taka o czym doskonale Ivan wiedział. Rasputin potrafił zainteresować, ludzie do niego lgnęli…chociaż może i to było spowodowane tym że był KIMŚ na dworze cara.
    — Twoja propozycja jest kusząca – uśmiechnął się wyzywająco. Sięgnął zdrową ręką do kieszeni spodni. Był na tyle popierdzielony, że piersiówkę trzymał w kieszeni spodni. Zgrabnie odkręcił ją jedną ręką, miał to opanowane niemalże do perfekcji. – Mam własny znieczulacz – powiedział szczerze i pociągnął łyk. Wódka, rosyjska wódka przyjemnie potrafiła znieczulić. – Chcesz łyka? – zapytał i podsunął w jego kierunku piersiówkę. Dobrze wykonana, połyskujący metal. Prosta, bez zbędnych ozdób zdradzała to że jej właściciel był solidny i prosty…albo po prostu miał dwie piersiówki.
    — Zawsze uważałem, że lekarze i chirurdzy mają coś z sadysty – powiedział cicho. – Nie musisz wiązać…nie ucieknę podczas zabiegu. A nawet jeśli, to nie oszukujmy się za daleko to nie ucieknę – wykrzywił usta w imitacji uśmiechu. Syknął i nieco wygiął się kiedy Rasputin dotknął po raz kolejny jego obojczyk. Przygryzł wargę, zakręcił piersiówkę i podniósł wzrok na Rasputina. Z jednej strony nie chciał być znieczulony, bo po prostu mu nie ufał, z drugiej jednak przypuszczał, że nie może w zupełności pozbyć się odczuć, bo będzie to podejrzane. Nie zamierzał też z nim gadać przez cały zabieg. I tak źle i tak nie dobrze.
    — A wiesz co…dawaj to znieczulenie, bo nie mam ochoty na gadanie z tobą podczas zabiegu. Poza tym nie chcę też wiedzieć dlaczego w twoim mniemaniu jestem…ciekawy pod względem fizjonomicznym – starał się być taki jak przeciętny człowiek. Dlatego nie był jakoś szalenie przystojny, ani przesadnie brzydki. Nie miał imponującej tkanki mięśniowej, chociaż dbał o swoją kondycję fizyczną i na jego ciele ciężko było dostrzec „brzuszek”, zamiast tego były zarysy „czteropaku”, bicepsy były wyrobione, podobnie jak tricepsy. Plecy nie były najgorsze, podobnie też i nogi. Był przeciętny…a przynajmniej w jakimś stopniu wizualnym starał się zachować tą przeciętność.

    Ivan

    OdpowiedzUsuń
  33. — Wiesz co…zabij mnie – powiedział Erwin poważnym głosem. – Nie chciałem go znać od tej strony…poza tym to jest tak samo dobre jak szybkie streszczenie „Zmierzchu”, filmu w którym kobieta jest rozdarta pomiędzy nekrofilią a zoofilią – powiedział.
    Mężczyzna nie odkładał noża. Wręcz przeciwnie przystawił ostrze jeszcze bliżej skóry Erwina. Końcówka noża lekko nacięła skórę, nie było to głębokie nacięcie, jednak wystarczające ażeby poczuć ból spotęgowany strachem; bo pomimo tej całej otoczki König bał się. Nie chciał umierać. Nie w takich okolicznościach, nie jak zarżnięta związana świnia.
    — Właściwie to dlaczego mam na to pójść? Może pozbędziemy się tego pana? – wskazał na Erwina. – No ale panie Rasputin, „nekromancja”. Mówi to panu coś?
    — I wiecie, że takie rzeczy to nie kończą się dobrze? Podobnie jak przyzywanie demonów i rozdzielanie się w nawiedzonym domu – wypalił major. Spojrzał na Rasputina i uniósł nieznaczne prawy kącik ust w uśmiechu. Miał plan, tylko musiał nieco zmusić tego człowieka, do tego aby go podniósł, albo żeby odciągnął ostrze od jego szyi.
    — No, nie mamy całego dnia! Szybka męska decyzja. Pomożesz? Czy może… - zastanowił się przez chwilę – mamy pokazać ci do czego jesteśmy zdolni. Nawet mamy ochotnika, prawda? – nachylił się do ucha Königa, co ten skrzętnie wykorzystał i uderzył go swoją głową. Na chwilę obu panów przymroczyło. Niestety za ten akt bohaterstwa, czy też może i głupoty, Erwin przypłacił silnym i co najważniejsze celnie wyprowadzonym uderzeniem w splot słoneczny.
    Pochylił się do przodu i krzyknął z bólu. Poczerwieniał na twarzy.
    — Mam nadzieję, że nie będzie próbował pan robić niczego głupiego.
    — Nie – odpowiedział, bo wiedział że takiej odpowiedzi oczekiwał. Prawda była taka, że już miał pomysł jak się wydostać.

    Erwin

    OdpowiedzUsuń
  34. — Wiedziałem. I z rzeźnika – dodał. – No nie mów mi, że nie jesteście podobni. Różnica polega tylko na tym, że jak rzeźnik zaszlachtuje wieprza, to cała wieś tańczy i śpiewa. Jak lekarz zabije pacjenta…to no cóż…grabarz tańczy i śpiewa, ale to w domu – przygryzł wargę.
    A w piekle to się cieszą, bo kolejna duszyczka do kolekcji - pomyślał, chociaż wiedział doskonale, że z tym to było różnie. Czasami ktoś do piekła poszedł, albo do czyśćca. Wiedział że ta wojna to wiele zmieni.
    — Co rozumiesz, przez mniej ludzki? – zapytał. – Picie alkoholu, to sprawa tylko i wyłącznie wielotygodniowych treningów. Poza tym…po co mam się rozczulać nad jakimś dzieciakiem, które ogranicza się do podstawowych funkcji typu: jeść, spać, płakać? – nie rozumiał tego w zachowaniu ludzi.
    — Jak się dowiem, że coś mi wyciąłeś, przyciąłeś, czy podmieniłeś, albo zszyłeś to powieszę cie na najbliższym drzewie za twoje własne flaki – ostrzegł zanim uśpiono go chloroformem.
    **
    Ocknął się, kiedy chyba kończył składać go. Przełknął ślinę, na razie nic nie mówił, tylko cierpliwie czekał. Pamiętał czym skończyło się wstawanie z tego stołu. Nie chciał się wykluczyć z gry poprzez całkowite połamanie i bycie na cudzej łasce. I tak przez około tydzień będzie się źle czuć, bo będzie go wszystko boleć. Czego jak czego ale tych ludzkich czterech tygodni (czy nawet i więcej) to nie wytrzymałby, ale pewnie i tak będzie musiał stwarzać pozory. Przecież był człowiekiem.
    — Mam nadzieję, że niczego mi nie usunąłeś, złączyłeś, zaszyłeś…albo że szybko uciekasz – powiedział ochryple. Źle się czuł, było mu niedobrze. Najgorsze było to, że nie wiedział od czego. W sumie może w razie czegoś zwalić na to że uderzył się w głowę. Przecież nie raz nie dwa uderzył kogoś w łeb tak mocno, że temu było niedobrze.
    Jednak plus był taki, że potrafił nad tym wszystkim zapanować.
    — Spełniłeś swe chore fantazje, krojąc mnie? – zapytał z nieukrywaną ciekawością. Lekko podniósł głowę, na tyle na ile mógł. – Będą chociaż blizny, niektóre kobiety to kręci – uśmiechnął się po czym położył głowę, po tym uśmiech zniknął z jego twarzy.

    Ivan

    OdpowiedzUsuń
  35. — Nawet Achilles miał słaby punkt. Ty też. Ty tym bardziej, bo jesteś człowiekiem – powiedział jakby nie dopuszczając do siebie tych słów. Nie wierzył, przecież byli i tacy co nie wierzyli.
    — Szefie…nie przedłużajmy tego – mruknął ten spod drzwi. König nie zdziwiłby się gdyby on był tym najmłodszym z całej grupy. O ile było ich tylko trzech. Szczerze powiedziawszy, to nie wiedział czy powinien wątpić w to że ich tylko trzech, czy może założyć, że więcej. Najlepsza opcja to paradoksalnie ta najgorsza. Przyjął że jest ich więcej. Ilu? Nie wiedział.
    — Chcę przywrócić kogoś do życia – powiedział w końcu. – To nie jest zbyt wiele dla ciebie – mocno ściskał nóż, który jednak już nie służył do trzymania Erwina w jakimś szachu. Przy jego pomocy chyba chciał w razie czegoś się obronić. Stanął za Niemcem. – Pomożesz nam, w zamian was wypuścimy. Uczciwe, prawda?
    Königowi się to nie podobało. Wiedział ze tego nie zrobią, ale mogli się zgodzić na to. Byłoby to nawet wskazane, pozwolić im myśleć, że wygrali. Erwin musiał albo wstać, albo poczekać aż wyjdą, ewentualnie aż zostanie jeden z nich. Nie manipulował przy swoich więzach, nie miał jak, a przypuszczał że zorientowaliby się, że coś tam majstruje. Nie chciał ryzykować. Niby coraz bardziej oswajał się ze śmiercią, z myślą że może tutaj umrzeć…ale nie chciał. Przypuszczał, że Cillian może sobie poradzić bez jego pomocy, ale zastanawiał się jak bardzo. Jak sobie poradzi?
    Dlaczego wtedy nie strzeliłem? Nie zakończyłoby się to w taki sposób. Z pewnością nie bylibyśmy tutaj związani - pomyślał rozgoryczony. Nie daruje sobie tego, mogli przecież tego nieświadomie uniknąć. Wystarczyłoby tylko to żeby wystrzelił i nie zapalał światła.

    Erwin

    OdpowiedzUsuń
  36. Herszt podrapał się po głowie jakby chciał trochę zyskać na czasie. Podniósł wzrok, który wcześniej był wlepiony w podłogę, na Rasputina.
    — Ciałami się nie przejmuj – powiedział po chwili. – Dwa dni temu, jeszcze się nie rozłożyła – powiedział cicho. W jego głosie wyczuwał żal oraz zdecydowanie. Taki typ człowieka był najgorszy. Przez chwilę przemknęło mu przez myśl, że nieświadomie mógł zabić jego ukochaną i dlatego chce to zrobić.
    — Szefie… - ten obok Rasputina chciał cos dokończyć. Ale tamten machnął ręką.
    — Uspokój się John – uśmiechnął się niczym obłąkaniec. – Wszystko się załatwi. To nic trudnego – był pewny swego.
    Erwin zastanawiał się jakie ma teraz szanse. Więzy niby lekko poluzował, jednak ręce nadal były za plecami. Musiałby bardzo szybko wstać i przejść przez te ręce. Obezwładnić stojącego najbliżej, wyrwać, albo wykopać mu nóż, wyciągnąć z kabury pistolet, odbezpieczyć, przeładować i dwa razy wycelować a następnie strzelić. Niby nic trudnego, ale zbyt długi czas, musiałby coś innego wymyślić. Bo przy tym zdążą ich zabić ze dwa razy.
    — Co potrzebujesz wiedzieć? O co ci chodzi? Przyczynę śmierci? – zapytał, to wytrąciło Erwina z rytmu.
    Zwierzęta w potrzasku. Tylko kto jest zwierzyną, a kto myśliwym?- zapytał sam siebie. Rozejrzał się raz jeszcze po pomieszczeniu w którym byli. Jedyna ucieczka to tylko przez te drzwi, przy których stał ten chudzielec.- Chudzielec, John i szef. Ciekawa ekipa, jest z wami ktoś jeszcze?
    — Szefie…można na słówko? – zapytał ten przy drzwiach. Szef bez słowa podszedł, zamienili kilka słów ze sobą. Szef pokiwał głową i uśmiechnął się nikle.
    — John, weź pana Rasputina. Ja zajmę się naszym drugim gościem. Zaprowadź go…wiesz gdzie – powiedział spokojnym głosem. Powoli podszedł do majora i pomógł mu wstać. König szarpnął się lekko. – Spokojnie…chyba nie chce mieć pan później żadnej ponadprogramowej dziurki? – syknął cicho wprost do jego ucha.
    — Nie – wydawać by się mogło, że to powstrzyma Erwina. Ale każdy kto znał majora dostatecznie długo wiedział, że szybko nie odpuszcza. König pozwolił sobie nawet na lekki uśmieszek w kierunku Cilliana. Niech tylko przejdą do tego innego miejsca.
    Pewnie tam gdzie trzymają ciało…

    Erwin

    OdpowiedzUsuń
  37. Wywróciła teatralnie oczami słuchając co ma jej do powiedzenia Rasputin. Tak, bla bla bla, typowy lekarz. Kiedy postawił przed nią herbatę nachyliła się nieco, lustrując wzrokiem zawartość porcelanowej filiżanki i pociągnęła lekko nosem.
    - Trzeba było dodać środek na uspokojenie, zielona herbata mi nie pomoże. - skomentowała i dodała kilka sekund później, unosząc wzrok znad naczynia - Chyba, że tak zrobiłeś. - a co tam, łyknęła na raz połowę zawartości, mimo iż była gorąca - Zieloną herbatę to ja garściami wypijam, jak widać, nie koi moich nerwów. Powiedzieć ci, doktorku, co by ukoiło? Wolność.
    Odwróciła od niego wzrok wpatrując się z założonymi rękami w obraz wiszący na ścianie. Przestała słuchać, co on tam jęczy i przyglądała się dokładnie wszystkim namalowanym szczegółom, skupiając na tym całą swoją uwagę. Z reguły mało ją interesowały czyjeś opinie i teorie, a tym bardziej ludzi, których nie zamierzała słuchać, dopiero ostatnie słowa wpadły do jej głowy jak z procy. Nigdy nie słyszała nic o tropicielach... Ale przestań dziewczyno, próbuje ci zrobić wodę z mózgu, zganiła się w myślach.
    - A co to takiego? - rzuciła niby od niechcenia, nie odrywając wzroku od ściany.

    Jaga

    OdpowiedzUsuń

Szablon wykonała Night Tear. Źródło: WallPaper. Obsługiwane przez usługę Blogger.