niedziela, 25 czerwca 2017

Jestem twierdzą... Chociaż drzwi tylko na klamkę zamknięte...

Cillian G. Rasputin
Cillian G. Rasputin













Śmierci nie ma. Śmierć to tylko minus, coś, co się nie stało, ostatni raz nie uderzyło serce. To nieuderzenie to śmierć. Coś, co miało się stać i się nie stało, a zaraz potem wszystko inne w życiu tego człowieka też się już nie dzieje.



Nie mam nic do ukrycia





--------------------------------------------------------------------------------
Serdecznie wszystkich zapraszam do wizyty u psychologa - doktora Rasputina :D

63 komentarze:

  1. [Powodzenia z drugą postacią, bo naprawdę mi się podoba. :) No i wielki plus za Fassbendera!]

    Brian O'Connor

    OdpowiedzUsuń
  2. [Ra ra Rasputin Russians greatest love machine...
    Przepraszam musiałem :) Ty wiesz jak ja na niego czekałem ;) Nie ma że nie! Porywam na wątek cię! Ro Ivana mego zapraszam tak w szczególności :D
    No i do reszty moich panów (tak między nami to mam pomysł na wątek z Erwinem...chyba że wolisz z kimś innym).]

    Lucek
    Willard
    Ivan
    Erwin

    OdpowiedzUsuń
  3. [no calkiem niezly ci on wyszedl ;) duzo weny i pomyslow G.]

    OdpowiedzUsuń
  4. [O ja, widzę kolejna postać. Podziwiam! :D Nazwisko szczerze mówiąc, totalnie mnie rozwaliło. Postać świetna... Mam nadzieję, że będziecie mieć wiele owocnych wątków i zabawy! <3]

    Shadow Mortem

    OdpowiedzUsuń
  5. [No to już ci mówię co mi to w głowie siedzi xD
    Ivan:
    Tutaj mam dosyć pokręconą wizję ich relacji. Nie bij xD
    Możemy zrobić tak, że podczas gdy Rasputin sobie chodził po świecie żywych po raz pierwszy, i był już kochankiem carycy (oraz połowy Moskiewskich kobiet etc.) to poznał Ivana, jako całkiem wysokiego rangą oficera wojsk carskich. Mogłoby dojść między nimi do kilku ostrzejszych spięć i nawet mógłby zostać odsunięty przez cara od kilku ważniejszych rzeczy. Mógłby też poznać się kim tak naprawdę jest Ivan i zależałoby mu jeszcze bardziej aby odsunąl się od rodziny królewskiej... Ivan wtedy postanowiłby sie pozbyć Rasputina. Więc razem z tymi spiskowcami i zabiłby twojego biednego pana... A teraz po latach w Fabletown spotykają się (nie wiem konkretnie kiedy twój pan przybył tutaj). Zwonariew nic się nie zmienił. Nadal butny, łakomy na władzę, oraz z zapędami sadystycznymi. Jednak zgłasza sie o pomoc (chociaż w życiu tego nie powie, tylko nazwie to "ofertą, której nie można odrzucić"). Powiedzmy, że Ivan bardzo chciałby posiąść jedną rzecz, która należała do ostatnich z dynastii Romanowów i tylko Rasputin wie gdzie to jest (bo ktoś mu z carskiej rodziny powiedział). Tak więc...Cillian mógłby polecieć do Rosji i jeszcze zapłacono by mu chociażby za samo wskazanie miejsca, gdzie ów przedmiot jest. W ich przypadku myślałem raczej o relacji takiej....średniej bym powiedział, z początku wrogowie, a później tacy na swój sposób neutralni.
    Odnośnie Erwina to też mam pomysł xD
    Nie wiem jak długo Cillian jest w Fabletown i czy nie wyjeżdżał wcześniej...ale no nic pomysł można swobodnie zmodyfikować w razie gdyby coś xD. Otóż, pomyślałem że Erwin i Cillian mogli swego czasu się spotykać. Możemy zrobić tak, że König wraca z jakiejś misji woskowej i zostaje bez dachu nad głową (bo mieszkanie mu zalało, albo coś) i prosi/błaga Cilliana aby pozwolił mu przenocować, tylko jedną noc a później się wynosi. Tylko żeby jakoś nam nudno nie było, to może okazać się, że no cóż... ktoś nie lubi naszych panów (albo tylko tego jednego), no i mogą albo obudzić się w jakimś nieznanym miejscu, albo ktoś może zapragnąć ich sprzątnąć po cichu na miejscu. Zaczęłoby się więc jakieś prywatne dochodzenie, kto, gdzie, jak i dlaczego. Doszliby do dziwnego wniosku, że jakiemuś doczesnemu bardzo zależy na ich śmierci itp.
    Podoba sie? Czy może mam pomyśleć nad czymś zupełnie innym?]

    Ivan
    Erwin

    OdpowiedzUsuń
  6. [Ja nie wiem jak, ani co, ani gdzie, ani kiedy, ani cokolwiek, ale się witam i wyrażam duuużą chęć o wątek! xD Samo nazwisko robi "wow", także jeśli i ty masz chęć na jakąś relację z Frostem to zapraszam!]

    Jack

    OdpowiedzUsuń
  7. ["Trochę" spóźniona, życzę powodzenia z drugą postacią :D I serduszko aż rośnie, gdy widzę, że mam jednego pracownika w szpitalu więcej ;) Dużo weny! :)]

    Verity

    OdpowiedzUsuń
  8. [Cieszę się iż pomysł z Ivanem przypadł do gustu xD
    Jeśli chodzi o snajpera, to możemy tak zrobić. W sumie, to Erwin ma trochę problemów (jak chociażby uzależnienie od narkotyków), no i taki terapeuta mógłby być potrzebny i to bardzo :) Poza tym...tak sobie pomyślałem, to może nawet byliby na swój sposób...przyjaciółmi, takimi co to w razie czegoś to sobie pomogą.
    Mam takie pytanie, kto zaczyna? Ja, czy ty?
    Bo w sumie w przypadku wątku z Erwinem to chyba byłoby lepiej, żebym to ja zaczął. Wtedy od razu akcja do przodu by szła.
    A w przypadku Ivana, to mógłbyś ty zacząć od np. czasów, kiedy to Rasputin poznał sie na Ivanie i chce go odsunąć od cara i rodziny carskiej.]

    Ivan
    Erwin

    OdpowiedzUsuń
  9. Był pewny, że będzie miał do czego wrócić z kolejnej misji wojskowej. Niby odradzano mu tą podróż, bo w końcu „jesteś już stary Erwin”. Może dla innych, ale nie dla niego oraz papierów jakie posiadał. Nie odczuwał swojego wieku. Nie odczuwał tych 108 lat (jeśli liczyć od faktycznej daty urodzenia), czy też tych 66 (jeśli liczyć od momentu kiedy „zmartwychwstał”). Ba! Nawet nie odczuwał tych 33 lat, które towarzyszy mu od chwili śmierci!
    Czuł się młodo oraz pewnie. Przebijał doświadczeniem swoich młodszych kolegów oraz „równolatków”, w końcu miał przed nimi więcej czasu na przygotowania, oraz inne sprawy! Może właśnie dlatego ciągle co jakiś czas jeździł? Aby się sprawdzić, oraz po to żeby…żeby po prostu pokazać innym kto jest lepszy? Kto tutaj rządzi? Może też było tak, że podświadomie chciał zginąć? Albo po prostu kochał wojny oraz wszelakie konflikty zbrojne. Wszak wychował się w czasach I wojny, konfliktów które po niej nastąpiły, oraz brał udział w II wojnie…w której umarł.
    Właściwie to cały powrót potoczył się szybko. Szybko wrócił do NYC, bardzo szybko stanął pod drzwiami swojego mieszkania i już nawet miał je otwierać, kiedy wyszedł dozorca kamienicy, który oznajmił, że jego mieszkanie oraz kilka innych zostały zalane. Że najlepiej byłoby żeby przenocował dzisiaj (oraz ewentualnie jutro) w hotelu, albo u znajomego. Teoretycznie mógłby w hotelu, ale nie przepadał…mógłby niby w motelu „Open Arms”, ale cholernie nie lubił tego miejsca, była to dla niego czysta speluna, z której nad wyraz często korzystały prostytutki…
    Mógłby też zatrzymać się w hotelu „Transylwania”, albo każdym innym jakich jest w Nowym Yorku. Jednak nie chciał. Raz, że miał cholernie mało pieniędzy przy sobie. Dwa, że o tej porze banki są nieczynne żeby wybrać pieniądze. Osobiście nie korzystał z możliwości płacenia telefonem…(no dobrze czasami korzystał), a z tego co pamiętał to nawet karty bankomatowej nie miał…no i właściwie to chyba bateria w telefonie padła mu jakiś kwadrans temu. Ech…pech po całości.
    Chyba nawet nie do końca przemyślał tego, żeby przejść do jakiegokolwiek znajomego. Po prostu po krótkiej chwili namysłu jego nogi poniosły go do domu Cilliana Rasputina- jego terapeuty, którego podświadomie traktował bardziej jak kumpla a nie lekarza. Chodził do niego bo czasami ktoś musiał mu jakąś receptę wystawić.
    — Cześć…słuchaj bo taka głupia sprawa jest – powiedział, kiedy psycholog otworzył drzwi od mieszkania. – Dopiero co wróciłem z misji wojskowej…mieszkanie mi zalało, nie mam pieniędzy przy sobie…czy…mógłbyś mnie przenocować dzisiaj? Tylko jedna noc, mogę nawet w łazience w wannie spać – powiedział. Nie on błagał o możliwość noclegu. – Jutro z samego rana się wynoszę, obiecuję – dodał.

    Erwin
    [Zacząłem jak obiecałem]

    OdpowiedzUsuń
  10. Znowu nowa „partia” jak to nazywał Ivan. Nowi ludzie, nowe młokosy, które trzeba nauczyć jak trzymać broń i jak z niej strzelać. Podobała mu się strasznie jedna rzecz; to jak się go bali. Jego! Ivana Zwonariewa! Diabła w ludzkiej skórze…i to dosłownie!
    Lekko przygarbiony spoglądał na nich z dozą wyższości, ale na każdego tak spoglądał, nawet na cara, bo czymże jest marny car – człowiek, wobec diabła, który do tego jest oficerem. Odpowiedź brzmi: „Niczym”. Czuł, że ktoś się przez chwilę mu przyglądał, nawet wiedział kto to konkretnie był. Rasputin, pupilek cara i rodziny. W szczególności caryca go na swój sposób pokochała, bo potrafił uleczyć małego carewicza.
    Nie czekając dłużej przeszedł do pałacu, żadnych kontroli, nic. Mógłby nawet pójść i obudzić cara w środku nocy i nie zostałby wyproszony, wyrobił sobie przyzwoitą opinię, co było mu bardzo na rękę. Swoje kroki skierował tam, gdzie zazwyczaj urzędował Rasputin, jego rywal. Nie było to tak, że się go obawiał, ani nic…traktował go po prostu jako potencjalnego rywala i starał się trzymać go na dystans.
    — Rasputin – powiedział wchodząc do laboratorium. – Tęskniłeś za mną? Dawno się nie widzieliśmy, prawda? – zapytał uśmiechając się parszywie. Zwonariewowi można zarzucić wszystko, ale nie to, ze mundur źle na nim leżał. Był jakby stworzony pod niego. Może gdyby miał więcej mięśni, oraz nieco przyjemniejszą twarz, to z pewnością pół Moskwy by się w nim podkochiwało. Ale jemu na miłości i kochankach nie zależało. Niby miał żonę, która jednak została w Polsce i nocami straszy po jednym z tamtejszych zamków, ale mu to nie przeszkadzało. Jego żona na co dzień żyje jako wdowa, po mężu, który zginął w więzieniu carskim.
    — No, co tak się nie odzywasz? Widziałem cię – powiedział bez ogródek. Spojrzał na jakieś fiolki, średnio go to wszystko interesowało. – Zastanawiałeś się, jak pomóc carewiczowi? Słyszałem, że miał atak…to smutne – powiedział to takim tonem, jakby wcale go to nie obchodziło, albo wręcz przeciwnie, jakby życzył małemu następcy rychłej śmierci. Jemu i całej rodzinie królewskiej.

    Ivan

    OdpowiedzUsuń
  11. Uśmiechnął się lekko w kierunku swojego terapeuty. Właściwie to zastanawiał się dlaczego do niego chodził. Niby coś tam pomagał…ale dla Königa takie gadanie to było czymś dziwnym. Zazwyczaj był osobą bardzo skrytą w sobie, nie dzielił się swoimi przeżyciami. Przy nim jednak czasami uchylał rąbka tajemnicy i tak jego terapeuta wiedział o tym, że przez długi czas po powrocie do żywych śniły mu się koszmary, jest mu ciężko odnaleźć się w niektórych sprawach, że nie przepada za żydami…kilka takich drobnostek. Bo nigdy nie zwierzał się ze swoich zawodów, albo uniesień miłosnych. Niby ludzie teraz inaczej patrzyli, na takich jak on…ale dla niego ciągle było to coś…wstydliwego?
    —Dzięki – powiedział. – Wiesz, że wystarczyłaby dla mnie kanapa, albo i kawałek podłogi. Byleby się nie lało i było w miarę ciepło – dodał. Surowość i spartańskie warunki nie robiły na nim większego wrażenia. Podobnie jak różne wygody. Znał obie skrajności.
    Niemalże od razu zdjął buty, które postawił tak aby nikomu nie zawadzały.
    — Jak widzisz byłem – powiedział. Przeszedł do salonu i usiadł na kanapie, kładąc torbę obok siebie. Spojrzał na Cilliana. – Jeśli tylko chcesz o tym słyszeć. Ale widząc ciebie, to ty masz już na dzisiaj dość cudzych wynurzeń. Więc po co cię zamęczać? – zapytał. W sumie to mógł mu się wygadać, chociaż nie odczuwał takiej potrzeby. Mógł też posłuchać co się u niego przez ten czas działo. – Ale może zanim ja cokolwiek zacznę opowiadać…usłyszę co u ciebie? Nudny, a może coś ciekawego miało miejsce? – spojrzał wyczekująco. Wyprostował się i założył nogę na nogę. Mógł rozmawiać, mógł milczeć…było mu to naprawdę obojętne.

    Erwin

    OdpowiedzUsuń
  12. Zaśmiał się, a głos jego rozniósł się lekkim echem po pomieszczeniu. Cały Zwonariew. Nie należało go lekceważyć, należało za to trzymać go blisko siebie i nie denerwować go, bo to mogło się zakończyć źle. Już gdy jest spokojny jest wystarczająco niebezpieczny.
    - Jedyną wesz łonową jaką widzę jesteś ty - warknął. Podszedł do niego, tak że niemalże stykał się z nim nosem. Na szczęście nie było jakiejś wielkiej różnicy wzrostu. - Co ty tak do mnie nieprzyjemnie? Ja tutaj grzecznie, a ty tak brzydko. Coś wyczuwam, że popadłeś w niełaskę cara. A szkoda, szkoda - machnął lekko ręką po czym wycofał się o pół kroku. Odwrócił się na pięcie i przespacerował soę po pomieszczeniu oglądając poszczególne probówki. - Szkoda takiego szarlatana - mruknął do siebie, ale tak żeby jednak i rywal słyszał.
    Usłyszał kroki. Szybkie...ktoś biegł. Podkute buty odbijały się echem, był to ktoś lekki, coś zadźwięczało. Chyba szabla. Może to jakiś podoficer.
    - Rotmistrzu Zwonariew - powiedział zziajany.
    - Melduj. Ale szybko Stiepanowicz - warknął na niego. Młody, średniego wzrostu i postury. Brunet z ciemnymi oczami. Żonaty z dwójką dzieci...żona brzydka nie była.
    - Car wzywa. Wzywa też i pana - zwrócił się do Rasputina. Zwonariew powoli wyszedł.
    - Stiepanowicz do mnie! - krzyknął a podoficer bez wahania ruszył w ślad za nim. Bał się Zwonariewa, podobnie jak każdy. Było w nim coś co nie dawało czuć się przy nim w stu procentach komfortowo.

    [Czarnobyl przy nich to pikuś. W ogóle to myślałem przez chwilę czy Lucka na moment nie wrzucić do wątku xD]

    Ivan

    OdpowiedzUsuń
  13. Pokiwał głową. Niektórzy zastanawiali się po co im pokój, a Erwin momentami zastanawiał się po co mu mieszkanie w tej dzielnicy. Albo w ogóle po co mu mieszkanie. Mógłby przecież jeździć na misje, a po nich przenocować w jakimś tanim motelu i tyle. Ale chyba mieszkanie dawało mu pozory normalności.
    - Czyli co? Dalej mi będziesz to wypominać? - zapytał. - To było ile? - zastanowił się jednak żadna konkretna data mu nie przychodziła do głowy. - Dawno temu - spojrzał na niego. - Nie. Nie jestem głodny. Ale z chęcią umyłbym się...
    Chciał powiedzieć że ma wrażenie, że po prostu śmierdzi tymi przeklętymi Arabami, ale nie powiedział. Przecież powoli małymi krokami pozbywał się wszelakiego rasizmu. Chociaż do tej pory niecierpiał czarnych. Czarnych i Arabów oraz Żydów.
    - Poza tym co może być ciekawego w pracy terapeuty? Słuchasz godzinami jak ktoś ci pieprzy że ma problem bo kłóci się z mężem albo żoną. Albo przyjdzie ci jakieś dziecko, które jest fochnięte na rodziców bo nie chcą mu kupić nowego Iphone. Albo zjawi się jakiś debil, który nie chce współpracować i mentalnie zatrzymał się w poprzednim wieku - westchnął. Byłby gotów oddać wszystko żeby wrócić "do siebie". Chociaż mimo wszystko podobało mu się tutaj. Trchnika wojenna w szczególności.

    Erwin

    OdpowiedzUsuń
  14. [Frost taki zapomniany... :< No cóż, przeżyjemy! xD
    W takim razie co powiesz na wizytę Jacka u doktora? Przyjdzie z czystej ciekawości pogadać, bo już niejednokrotnie słyszał o psychologach i jest zaintrygowany tym co oni potrafią zrobić.]

    Jack

    OdpowiedzUsuń
  15. [To o śmierci skojarzyło mi się z tym, że "chemik nie umiera, on tylko przestaje reagować" xd
    No ja poproszę wątek z tym panem, już widzę jak kłócą się o medycynę niekonwencjonalną :D]

    Jaga

    OdpowiedzUsuń
  16. [W sumie tak sobie myślę, że Jaga mogłaby dostać karę za liczne podejrzenia o porywanie i straszenie dzieci, a za karę będzie musiała chodzić na przymusowe terapie do naszego doktorka (achh wszyscy do psychologa...) :D A że Jadźka jest świnia to będzie opornie szło, co Ty na to? Chyba ze masz jakiś lepszy pomysł, bo mi narazie nic innego do głowy nie przychodzi]

    Jaga

    OdpowiedzUsuń
  17. Wiedział doskonale, że żadna z tych substancji nie wyrządziłaby mu większej krzywdy. No może jedynie co to woda święcona, na którą był „uczulony”. I tak nie działała na niego tak jak kiedyś, gdzie strasznie go bolała skóra kiedy ktoś na niego wylał wodę święconą. Teraz owszem bolało go to, ale to nie był już ten sam mocny przeszywający i niemalże paraliżujący ból. Teraz już go nie paraliżowało, ale wciąż był to silny ból. Podobnie było z krucyfiksami, które go osłabiały. Owszem starał się nad tym panować żeby nie zemdleć w pobliżu krucyfiksu i całkiem mu to wszystko wychodziło. Przypuszczał jednak, że za kilkanaście jeśli nie za kilka lat mentalność ludzi się zmieni i nie będą tak już chętnie uczęszczać do kościoła, a to byłoby mu na rękę.
    — Rotmistrz myśli… - zaczął Stiepanow.
    — Czasami mi się to zdarza – odpowiedział. – Ale jeśli chodzi o tego szarlatana, to nie. Nie przenika przez ściany. Jest nikim. Po prostu raz mu się coś udało i tyle – do tej pory był wściekły na siebie, że nie namówił kogoś potężniejszego aby sprawił że mały carewicz był bardziej chory. – Powiedz lepiej czy wyglądam dobrze.
    — Idealnie rotmistrzu. Zero plam, mundur idealnie leży – powiedział zgodnie z prawdą.
    Zwonariew po tym wszedł. Nie zdziwił się widząc Rasputina, zmierzył go pełnym wyższości spojrzeniem. Przecież był od niego kimś lepszym, był nawet lepszym od samego cara!
    — Car chciał mnie widzieć – bardziej stwierdził niż zapytał. – Coś się stało? – temu zdaniu akurat już było zdecydowanie dalej od twierdzenia. Zwonariew stał wyprostowany i spoglądał na cara. Raz na jakiś czas też zezował na stojącego w pobliżu Rasputina.
    — Nic takiego rotmistrzu… - zrobił przerwę. W wypowiedziach Mikołaja II nie oznaczało to nic dobrego. – Po prostu zadecydowałem, że najlepiej będzie jeśli obejmiecie dowództwo nad Drugą Dywizją Kawalerii Gwardii. Już oficjalnie – przez twarz Zwonariewa przemknął uśmiech. Zaraz jednak na powrót przybrał kamienny wyraz twarzy.
    — Tak jest – odpowiedział. Już nawet miał odejść, ale nie przypuszczał żeby car tak łatwo odpuścił. Nie wzywałby tutaj przecież jego oraz Rasputina jednocześnie. Ivan przypuszczał, że Rasputin zaraz się wtrąci do tego wszystkiego. Że cos powie, bo dlaczego miałby milczeć. Po tym awansie to Zwonariew był dostatecznie blisko cara, mógłby go usunąć dosyć szybko. Wiedział, że „szarlatan” pozbyłby się go przy najbliższej możliwości.
    — Natomiast…wezwałem was obu, ponieważ jest rzecz o której musicie wiedzieć. Carewicz Aleksy, od pewnego czasu źle się czuje – spojrzał na Rasputina, jakby oczekiwał że ten zaraz powie że pomoże młodemu następcy. – Ja sam muszę wyruszyć na front. Rotmistrzu, powierzam wam zaszczytną funkcję jako dowódcy, jeszcze nie wyruszacie na front. Zostaniecie tutaj i macie chronić rodzinę carską – Zwonariew przytaknął. Wojskowy w każdym calu z tego diabła. – Rotmistrz może odejść – po tych słowach Zwonariew wyszedł i zamknął drzwi. Nikomu nic nie mówiąc wyszedł na plac, gdzie spojrzał z zadowoleniem na swoich nowych-starych podwładnych. Ciekawiło go to co Mikołaj II chciał od Rasputina. Nie wątpił że ten pop zechce jeszcze namieszać.

    Ivan
    [W sumie to teraz twój pan może zgłosić wątpliwości i może zechce jakoś cara nastawić żeby zmienił decyzję ;) Albo żeby chociaż przekonał go żeby Ivan osobiście trzymał się z dala od carewicza oraz reszty rodziny ;)]

    OdpowiedzUsuń
  18. Zaśmiał się cicho. Prawie nigdy nie uśmiechał się, nawet tutaj w Fabletown. O śmianiu się nie wspominając, większość zarzucała mu więc bycie typowym gburem, chociaż normalnie rozmawiał i czasami lekko uniósł kącik ust kiedy słyszał jakąś śmieszną historię.
    — Ale jak? Jak ze swoim ojcem? Jakiś trójkącik to był w sensie ojciec syn i jeszcze jakaś panienką, czy po prostu dzieciak nie wiedział, że ten gościu jest jego ojcem? – zapytał z ciekawości. On sam nie wyobrażałby sobie aby spać z własnym ojcem. W życiu! Dla niego było to coś…ohydnego i nietaktownego. Ale wychował się w zupełnie innych czasach, gdzie sam homoseksualizm traktowany był jako choroba psychiczna, a w niektórych kręgach nawet nie leczono tylko od razu pozbywano się takich ludzi. Sam przez prawie całe swoje dorosłe życie żył w strachu o to że ktokolwiek niepożądany się o tym dowie.
    — Super. To w takim razie skorzystam sobie z tego przywileju jakim jest prysznic tudzież kąpiel– zażartował. Chociaż i tak przypuszczał, że to nie było nic śmiesznego. Wiedział to i owo o swoim terapeucie. O tym kim był, w końcu wikipedia oraz inne encyklopedie a także inne książki stały otworem.
    Wyszedł z pomieszczenia, na szybko pozostawił swoją torbę w pokoju w którym przyszło mu nocować. Zabrał z niej swoje środki czystości po czym przeszedł do łazienki. Wziął szybki prysznic (nawyk z wojska), umył zęby, posprzątał po sobie po czym wyszedł. Cała wizyta w łazience zajęła mu może niecały kwadrans. Chociaż może było i nieco szybciej.
    Zostawił rzeczy w pokoju, po czym przeszedł do salonu.
    — Miałem się ciebie o coś zapytać – zaczął ostrożnie. – Jeśli nie chcesz to nie mów…ale…czy gdybyś miął możliwość to wróciłbyś „do siebie”? W „swoje czasy”? – zapytał. Ciekawiło go to. Poza tym mimo wszystko Rasputin podobnie jak on był wcześniej tylko człowiekiem, osobą która normalnie żyła.

    Erwin

    OdpowiedzUsuń
  19. Mikołaj II spojrzał na Rasputina. Przyznał że to wszystko było dosyć zabawne, bo i Zwonariew mówił, że carewicz jest pod wpływem czegoś…i tym czymś jest Rasputin. Wyrażał się źle o tym popie. Zastanawiał się kogo posłuchać. Wojskowego z krwi i kości, którego wierność wobec rodziny raczej nie budziła wątpliwości? Czy może popa z Syberii, który już nie raz nie dwa razy pomógł rodzinie? Wybór mógł być tylko jeden.
    — Dobrze. Czynię cię za to odpowiedzialnym, pilnuj go i zgromadź dowody…bez nich ciężko mi będzie w to uwierzyć – powiedział ze spokojem. Owszem wiedział, że Zwonariew nie utrzymywał zbyt dobrych kontaktów z duchownymi i że do cerkwi nie chodził. Ale to jeszcze nie był dowód.
    Zwonariew w tym czasie oparł się o niewielki murek okalający ogrody. Wyciągnął papierosa, którego zapalił. Powoli zaciągnął się nim, po chwili wypuścił szary dym z płuc. Powtórzył raz jeszcze czynność, nie musiał się przecież nigdzie spieszyć. Nie wątpił w to, że dzięki obecnej pozycji zdobędzie popleczników, że uda mu się zdobyć władzę w jakikolwiek sposób. A jeśli nie jemu samemu, to pomoże odpowiednim ludziom. Jedno było pewne, car i jego rodzina nie mogą przeżyć.
    — Sidorowicz! – machnął ręką w kierunku jednego ze swoich podwładnych. Ten niezwłocznie przyszedł. – Zbierzcie wszystkich z dywizji na placu – powiedział. – Należy im przekazać kilka rzeczy – uśmiechnął się pod nosem. Natychmiast też przekazał co Sidorowicz ma powiedzieć.

    Ivan

    OdpowiedzUsuń
  20. Pokiwał głową. No to nieźle się to wszystko prezentowało. Pokiwał głową, bo skoro to był człowiek. To jeśli założy się że jego ojciec zaliczył wpadkę w wieku szesnastu lat, a facet który zjawił się u Cilliana miał dwadzieścia to ojciec miał trzydzieści sześć. Spora różnica, ale gościu nie jest wtedy aż tak stary.
    — Przejebane – podsumował to wszystko.
    Spojrzał na niego. To wszystko brzmiało dosyć ciekawie, może miał rację. Może gdyby udało się coś zmienić…ale czy wtedy byliby tym kim byli? Czy wtedy żyliby tak jak teraz?
    — Z ciekawości – odpowiedział. Spojrzał na bok, na wazon który tak bardzo przypominał mu ten, który kiedyś był u niego w domu. W ich dworku w Bawarii. – Teoretycznie niczego…chociaż…może wojny. Tego ciągłego ryzyka. Prochu który szczypie w oczy, ryku silników Panter, odgłosu przeładowywania Mausera. Dźwięku nurkującego Stukasa – mówił cicho jakby niepewnie. – Może…może znajomych oraz rodziny? Nie będę ukrywać, że chciałem pójść do nich po trafieniu tutaj w Fabletown. Ale o tym wiesz. Nie wiesz tylko jednego…że tam pojechałem, widziałem ich. Dorosłego bratanka i bratanicę, która lada moment miała wychodzić za mąż. Wdowę po bracie. Moją siostrę, która opiekowała się dziećmi. Wtedy poczułem, że…że chyba dobrze, że nie podszedłem bliżej. Teraz nie wiem co się z nimi stało, nie wiem gdzie żyją jak mieszkają…w sumie to może nawet i dobrze – westchnął cicho. Spojrzał na Cilliana. – Gdybym mógł zmienić przeszłość…nie zmieniałbym jej tak drastycznie. Po prostu…nie pojechałbym do Stalingradu – zaśmiał się cicho. – Ale czy wtedy byłbym tym kim jestem? Najlepszym niemieckim snajperem? Szkoleniowcem snajperów w Zossen? Tym którym miał zgładzić Zajcewa? Nie. Byłbym tchórzem, nic nie wartym tchórzem – powiedział szczerze.

    Erwin

    OdpowiedzUsuń
  21. [no chyba nawet inaczej się nie da :D to jedziemy!]


    Paskudne, wstrętne potwory, niech was wszystkich licho weźmie! - krzyczała sama do siebie w myślach - Zasrane prawo i porządek! Cholerny szeryf i ci jego pracownicy, wszyscy powinni być przeklęci!
    Przez stulecia robiła swoje i nigdy, ale to nigdy nie spotkała ją nawet najmniejsza kara za jakikolwiek występek, większy lub mniejszy. Mnie, Jagę?! Ukarać?! Była tak wściekła, że wszyscy mijani po drodze ludzie schodzili jej z drogi, albo omijali ją szerokim łukiem. Prawdopodobnie patrząc na nią można było ujrzeć buchającą z jej uszu parę, a pięści zaciskała tak mocno, że zgniotła trzymany w ręku plik dokumentów, choć były w sztywnej koszulce. Po przejściu połowy drogi do domu, zorientowała się, że przy okazji niesamowicie tupie w chodnik. Jaga zwolniła tempa i odgarnęła włosy z twarzy próbując się w myślach uspokoić. To nic takiego - powtarzała sobie - to nic nie znaczy, nigdzie nie będę chodziła...
    No niestety, nie było drogi powrotnej do "domu", do jej świata, a tym bardziej teraz, kiedy w jej kartotece widniała dzisiejsza rozprawa. Choć z drugiej strony patrząc, mogło być gorzej, mogli ją wepchnąć do tego zapchlonego więzienia.
    Ale jakim prawem, ktoś będzie mi rozkazywał!
    Tak silne emocje sprawiły, iż nawet nie zauważyła kiedy otwierała już drzwi swojego domku. Trzasnęła nimi mocno, jakby były winne całej tej sprawie i opadła na krzesło przy stole kuchennym. Trzepnęła papierami na blat biorąc baardzo głęboki wdech.
    Nic nie szkodzi, Jagunia, to tylko kilka miesięcy...
    Potarła palcami skronie, po czym zajrzała jeszcze raz do protokołów. Obowiązkowa, cotygodniowa wizyta w szpitalu miejskim u psychologa. Te gamonie liczą, że jakiś facet w białym fartuszku wybije jej z głowy setki lat przyzwyczajeń... Niedoczekanie.
    ***
    Pierwsza wizyta miała się odbyć w czwartek, po porannych zbiorach ziół, Jaga przebrała się i ruszyła w drogę ku centrum. Mieli przewozić ją strażnicy, ale powiedziała, że prędzej poodgryza im głowy niż będzie jeździć z tymi gnidami, nie wiedzieć czemu dostała ostatnią szansę, ale przynajmniej rozbawiła sędziego, widziała doskonale ten skurcz w kąciku ust na jego wiecznie kamiennej twarzy. Wiedziała jednak, że jeśli nawali to choćby mieli ją związać i zakneblować, będą od tego czasu wozić ją do szpitala, dlatego w tym przypadku była na tyle potulna na ile musiała i grzecznie tuptała na pierwsze spotkanie. Im bliżej szpitala się znajdowała, tym bardziej wzbierała w niej wściekłość.
    -Terapia - prychnęla pod nosem.
    Otworzyła ogromne drzwi główne i ruszyła korytarzem w kierunku wyznaczonego pokoju. Nie trudząc się nawet o zapukanie do gabinetu, usiadła na ławce i skrzyżowała ręce na klatce piersiowej. Miała przyjść to przyszła.



    Jaga

    OdpowiedzUsuń
  22. W głębi duszy przewróciła oczami, zaczyna się. To nie był jeszcze nawet początek pierwszego spotkania, a już miała serdecznie dosyć, nawracania im się zachciało. Podniosła się i nie patrząc nawet na mężczyznę w drzwiach, minęła go wchodząc do środka całkiem ładnego gabinetu. Miło, że jest co oglądać, ale to nie załatwiało sprawy, nadal będzie musiała co tydzień spowiadać się jakiemuś obcemu facetowi, nie wiadomo właściwie w jakim celu. W sumie ciekawe, co by zrobili gdyby nagle zapomniała języka w gębie i na każdej wizycie milczała jak zaklęta? Może wymyśliłaby coś w stylu, że jakiś czar jej nie wyszedł i sparaliżowało jej język. Nie, bez sensu, kazałby jej wtedy pisać na kartce. A może by tak paść na podłogę i udawać atak padaczki? Uśmiechnęła się pod nosem, wyobrażając sobie taką sytuację. Jednak to też było bez sensu, wygląda na to, że nie ma sposobu ucieczki od tej serii wizyt, chyba że złożyłaby odwołanie i została uniewinniona, ale na to nie liczyła w żadnym stopniu, mieli niezbite dowody jej winy. "Ciesz się dziewczyno, że nie zostałaś wsadzona do więzienia, choć osobiście wcale nie podoba mi się taki obrót sprawy" powiedział jej wtedy szeryf. Ha, to twój problem wilczku.
    Rozejrzała się po raz kolejny po gabinecie i dopiero teraz dostrzegła plakietkę z nazwiskiem stojącą na eleganckim, szerokim biurku.
    - Rasputin? Tak jak ten Rasputin? Jesteś Rosjaninem, doktorku? - zatrzymała się kilka kroków od biurka i odwróciła do idącego za nią blondyna.
    W dokumentach zapisali jedynie adres i numer gabinetu, nazwiska nie podawali, zabawne, że ktoś taki będzie ją "leczył".


    Jadźka

    OdpowiedzUsuń
  23. Pokiwał głową, może miał rację. Może mu tego wszystkiego brakowało? Zaśmiał się kiedy usłyszał to co usłyszał.
    — Nie udało mi się – powiedział zupełnie szczerze. W jego głosie przebijała się nuta goryczy. – Wyszukaj w internecie moje nazwisko. major Erwin König lub pułkownik Heinz Thornwald. Snajper który brał udział w fikcyjnym pojedynku z radzieckim snajperem Wasilijem Zajcewem… - streścił. – Dla nich jestem wytworem radzieckiej propagandy. Dla nich oraz dla mojego dowództwa z chwilą śmierci przestałem istnieć. Trochę żałuję, że nie pojawiłem się przed domem Paulusa w NRD…byłoby ciężko się tam dostać…ale cóż…dla chcącego nic trudnego – po jego twarzy przebiegł cień uśmiechu, jednak ów cień szybko znikł.
    — Jedyny prawdziwy związek w jakim byłem to tylko ten radziecki – odpowiedział zgodnie z prawdą. Owszem miał przez cały okres swojego życia, kilku…może kilkunastu kochanków, ale nic poza tym. Zawsze był samotny. No nie licząc rodziny, ale i ona była tylko do momentu jego śmierci w Stalingradzie. – W sumie nie wiem czy chciałbym. Sam ze sobą czasami nie wytrzymuję a co dopiero ktokolwiek inny. Dziwię się, że ty ze mną potrafisz wytrzymać tą godzinę przez tyle lat. No i…w sumie to te kilka wyjść na piwo.
    Westchnął, poprawił mokre włosy, które nieco wpadły mu do oczu, po czym wstał z kanapy. Nie przepadał za okazywaniem słabości…a to co przed chwilą powiedział uznał właśnie za słabość.
    — Powoli zaczynam bredzić ze zmęczenia. Idę spać, dobranoc i jeszcze raz dzięki za wszystko – powiedział po czym przeszedł do pokoju. Położył się na łóżku i próbował zasnąć. Upragniony sen jednak nie nadchodził tak szybko jakby chciał. Dopiero po godzinie leżenia i przewracania się z boku na bok udało mu się zasnać.

    Erwin

    OdpowiedzUsuń
  24. Szczerze powiedziawszy, to na dobrą sprawę Ivan był skurwysynem, takim po prostu wrednym człowiekiem (jak na diabła przystało przecież). Teoretycznie mógł chodzić teraz po pałacu dumny jak paw, bo objął oficjalnie już dowodzenie nad dywizją. Cieszyło go to, a chyba nawet jeszcze bardziej by się cieszył gdyby udało mu się dostać na front razem z carem. Mógłby się go pozbyć, przecież na froncie było tyle możliwości!
    Urządził odprawę, przekazał innym co mają robić i sam wyszedł razem ze swoim adiutantem za zewnątrz. Usiedli przy niewielkim stoliku w ogrodzie. Ivan zapalił drugiego papierosa dzisiejszego dnia. Zwonariew omiótł wzrokiem królewskie ogrody. Może zakrawało to o bezczelnośc, że tak się panoszy tutaj…ale cóż…przyzwyczajał się do tego, że to wszystko będzie za jakiś czas jego…albo kogoś kto będzie występować z jego ramienia.
    — Nu Bykow, widzisz jak można osiągnąć wszystko? – zapytał postawnego bruneta. Jego adiutant to naprawdę był nie byle kto, przystojny wysoki oraz postawny brunet. Jedna z córek cara miała do niego słabość, ale on zdawał się tego nie dostrzegać, za bardzo kochał swoją żonę oraz ich pierworodnego syna.
    — Widzę rotmistrzu. A rotmistrz może wie…czy my…
    — Zostajemy. Spokojnie, będziesz pierwszym, który się dowie że wyruszamy na front – powiedział ze spokojem. Wypuścił dym papierosowy. – Pyotr, ważna sprawa jest. Ten cały szarlatan…on nie podoba mi się. Śliski typ, wydaje mi się, ze chce mi zaszkodzić, a uwierz mi że tego nie chcesz żeby się mnie pozbywali. Poza tym, prawda jest też taka, że on może zechcieć naszą rodzinę carską…usunąć – mówił cicho. Bykow musiał się porządnie nachylić żeby usłyszeć słowa rotmistrza. – Nie możemy do tego dopuścić, bo jeśli on przejmie władzę w Rosji, to będzie źle. Źle jest, że przyłączyliśmy się do tej całej wojny – Zwonariewowi przyłączenie się do niej akurat nie przeszkadzało. Wszak to więcej duszyczek w piekle.
    — Mam mieć na niego oko? – zapytał. Ivan tylko się uśmiechnął i skinął głową. – Na rodzinę… - kolejne skiniecie głowy potwierdziło niedokończone pytanie adiutanta.
    — W razie czegoś masz być moimi oczami oraz uszami – powiedział, chociaż przypuszczał, że nie będzie to potrzebne. Zauważył Rasputina i zmienił temat. Zachowywał się zupełnie naturalnie.

    Ivan

    OdpowiedzUsuń
  25. [W sumie brzmi nawet lepiej! Mógł za ciągłe dokuczanie i nie słuchanie owego stróża. Wolisz zacząć, czy ja mam?]


    Jack

    OdpowiedzUsuń
  26. Paręnaście…lat w ciągle zmieniającym się świecie i tylko on był ciągle ten sam. To nie było normalne. Nie dla niego. Chociaż może Cillian miał rację? Może powinien w końcu sobie kogoś znaleźć? Ale obawiał się jednego…że skrzywdzi w jakiś sposób swoją drugą połówkę. Swojego partnera…myślał o tym żeby związać się z kobietą, ale jednak nie potrafił.
    Obudził się w środku nocy. Usiadł na łóżku i sięgnął po zegarek. Jego fluorescencyjne wskazówki wskazywały drugą w nocy. Miał się położyć z powrotem spać kiedy usłyszał czyjeś ciche kroki. Podłoga lekko zaskrzypiała. Trzykrotnie…nie podobało mu się to. Wyciągnął swoją broń. Cicho wyszedł z pokoju. Zauważył plecy jednego człowieka…znaczy się miał nadzieję, że to człowiek a nie baśniowiec. Nie strzelał od razu, nawet nie podnosił broni. Chyba do końca miał nadzieję, że ta trzykrotność mu się przyśniła. Bo może to gospodarz domostwa chodził po mieszkaniu?
    Znalazł włącznik światła. Przypuszczał, że to go na jakiś czas oślepi, ale miał jakąś nadzieję, że refleks i lata treningów go nie zawiodą. Miał też nadzieję, że go od razu nie odstrzelą.
    — Co jest… - niestety nie dane mu było dokończyć, ponieważ ledwo kiedy zobaczył napastnika, który odwraca się w progu, ktoś go ogłuszył. Niby zdążył podnieść nawet broń, ale było to za późno…no i też napastnik uderzył skąd najmniej się spodziewał.
    — Miał być tylko ten doktorek – syknął jeden z nich. Ten który się odwrócił, kiedy Erwin oświetlił pomieszczenie.
    — Mówi się trudno. Zwiążcie ich obu… i do samochodu. Nie ma sensu dłużej tutaj czekać – postanowił ten który ogłuszył majora.
    **
    Powoli otworzył oczy. W pomieszczeniu panował przyjemny półmrok. Jednak głowa bolała go niemiłosiernie. Rozejrzał się powoli po pokoju. Nie znał tego miejsca. Do tego siedzenie na niewygodnym krześle no i związane ręce nie napawały go optymizmem. Bolał go łuk brwiowy. Nie zdziwiłby się jeśli go sobie rozwalił podczas upadku.
    — Cillian? Wiesz coś więcej niż ja? – zapytał szeptem do siedzącego obok Rasputina. Ten też był skrępowany.
    König nie zamierzał jednak zostawiać niczego przypadkowi. Już powoli zaczął manipulować przy więzach. Chciał wyczuć supeł, żeby móc zrobić z tym cokolwiek…musiał się uwolnić.

    Erwin

    OdpowiedzUsuń
  27. Teoretycznie mógł wejść do jego głowy…ale nie. Od razu domyśliłby się, poza tym Grigorij Rasputin miał silną osobowość i potrwałoby to wieki…o ile w ogóle udałoby mu się utrzymać w jego głowie. Zwonariew nie wątpił w swoje siły, ale też nie wątpił w to że Rasputin po jakiś trudach wyrzuci go ze swojej głowy.
    — Przygotuj mojego konia Bykow – polecił. – Już… Muszę się jakoś odprężyć po spotkaniu z tym…sam wiesz – wydawać by się mogło, że zwykłe nazwisko nie mogło mu przejść przez gardło. Co było prawdą. Jeśli mógł to nie używał nazwiska Rasputina.
    Przez kilka minut obserwował Rasputina. Dopiero po tym wstał. Wyszedł. Przeszedł w kierunku stajni. Lubił jeździć konno, to pozwalało mu zapomnieć o wielu rzeczach, a nic nie potrafiło zastąpić nocnych jazd po lesie. Najlepiej w pobliżu jakiegoś starego zapomnianego cmentarza, albo cerkwi. To mu się podobało. Zawsze też śmiał się że nie potrafił zerwać ze swoją tradycją. Jego koniem był jeden z tych koni do których zaprzęgano wcześniej jego karetę.
    Hrabia Manteufel- pomyślał z lekkim uśmiechem. Bykow stał z koniem. Tylko Bykowowi pozwalał się dotknąć oraz osiodłać. Nie licząc oczywiście Zwonariewa. Przy reszcie koń dostawał szału, zresztą nikt chyba też nie zbliżał się do konia rotmistrza z własnej woli.
    — Ćwiczą jeszcze na placu z przeszkodami? – zapytał wsiadając na konia.
    — Nie. Wolny panie rotmistrzu – Bykow uśmiechnął się. Pomimo tego że bał się rotmistrza, to nie potrafił nie przyglądać się temu jak jeździ konno. Wszyscy którzy go znali twierdzili zgodnie że jeździ z niebywałą precyzją. Zgranie jeźdźca i konia było niesamowite.
    **
    Kilkanaście osób przyglądało się temu jak Zwonariew jeździ konno. Przyłączył się do niego też młodszy porucznik oraz sierżant. Taka trzyosobowa rywalizacja w której faworytem był polski diabeł, który jeździł z piekielną wręcz precyzją. Nawet rywal wojskowego się zjawił. Niewiele po pojawieniu się Rasputina, koń Zwonariewa po przeskoczeniu przeszkody potknął się i upadł razem z jeźdźcem. Koń wstał po krótkiej chwili i jak gdyby nigdy nic stepem podszedł pod trybuny, gdzie stał Bykow. Rotmistrz natomiast leżał twarzą do podłoża i uśmiechał się niemrawo. Koń dobrze się spisał. Powoli podniósł się na łokciach i przewrócił się na plecy. Nie czuł swojej lewej nogi. Znaczy się...czuł…promieniujący ból.
    — Żyję! – krzyknął po czym spróbował się podnieść, ale czuł się jakby zszedł przed chwilą z rozkołysanego statku. Próba jednak skończyła się na tym, że upadł wzniecając tumany kurzu. Sierżant szybko zszedł z konia i podbiegł do przełożonego.
    — Wezwijcie lekarza! – krzyknął.
    — Byle nie Rasputina – wyszeptał Zwonariew po czym przymknął oczy. Słońce go drażniło, poza tym wtedy miał wrażenie, że świat jakoś tak bardzo nie wiruje.

    Ivan

    [Heh, teraz nic tylko żeby Rasputin go poskładał :D]

    OdpowiedzUsuń
  28. Słuchała i przyglądała mu się uważnie, kiedy minął ją i usiadł za biurkiem. Zignorowała gest zapraszający do zajęcia drugiego z foteli, dalej stojąc kilka kroków od niego. Przechyliła głowę na bok, przy ostatnich zdaniach, otwierając usta w niedowierzaniu.
    - Ale pieprzysz. - podsumowała siadając w końcu i założyła ręce na piersi. - Jakie brakuje miejsca dla takich jak my? Czy oni wam robią pranie mózgu, przed robieniem prania mózgu innym? Wypłukują wam doszczętnie czaszki, ze wszystkiego co się tam kiedyś znajdowało, a potem wkładają własny model mózgu? Ja mam się zniżać do ludzkiego poziomu, bo świat się zmienia? A dlaczego niby świat nie może dostosować się do nas, co?
    Zmarszczyła czoło, wiedząc już co się święci. Chyba jednak wolałaby kreślić kreski na ścianach celi, niż słuchać głupiego gadania tego doktorka. Tam przynajmniej nikt nie zawracał by jej dupy, a tak musiała męczyć się tutaj. Facet sprawiał wrażenie aż przesadnie spokojnego, dlatego nawet kiedy usta miał zamknięte, już ją drażnił. "Bywam upierdliwy tylko na początku", taaa, no nie sądzę...

    Jaga

    OdpowiedzUsuń
  29. Czuła się zupełnie jakby wewnątrz jej piersi dziesiątki perkusistów uderzały żwawo w swoje instrumenty, tworząc głośny, rytmiczny dźwięk, jednocześnie zdający się jakby próbować wyjść na zewnątrz. Jej wewnętrzne ja schylało się właśnie nad tą sceną dmuchając troskliwie w czubek jej głowy, aby ostudzić emocje, niewiele jednak to dawało.
    - Czuję się świetnie w tym świecie - wycedziła przez zaciśnięte zęby - ale pewien organ władzy nie daje mi swobodnie żyć. Bardzo chętnie zostałabym w swoim świecie, ale na to również mi nie pozwolono...
    Ścisnęła pięści pod stołem, wiedząc w głębi duszy, że nawet gdyby tam została nie wiele by to dało i co najważniejsze... wcale nie czuła się tu dobrze. Przestała czuć się dobrze gdziekolwiek już dawno temu. Plastrem na rozdartą ranę na jej sercu były różne wybryki w Fabletown oraz spędzanie czasu w samotności w lesie. Gdyby ktoś cofnął się w czasie oglądając jej historię, zobaczyłby ją wesołą, miłą, wręcz lubiącą towarzystwo ludzi. Nie potrafiła jednak przyznać się do tego, zupełnie zmieniła się przez lata i zapomniała o dawnej Jadze, tej którą zwykła być setki lat temu. Z jednej strony nie trudno było się jej dziwić, jakby nie patrzeć została jej wyrządzona niemała krzywda idąca w parze z chrystianizacją... Kobieta robiła jednak dobrą minę do złej gry, nie potrafiła sama przed sobą przyznać się do błędów, a co dopiero wywalać je na wierzch u jakiegoś psychiatry, u którego zresztą była z przymusu.
    - Powiedz, doktorku, czy na prawdę, tak w głębi duszy nie uważasz, że jesteś o poziom wyżej od zwykłych ludzi? - nachyliła się bliżej niego i prawie szeptem dodała - Caryca nigdy ci tego nie mówiła?
    Słyszała wiele o nim i o jego rozdziale w historii, nie mieszkała wtedy już na tych terenach, ale miała tam kilka bliskich sobie dusz. Uśmiechnęła się złośliwie do rozmówcy, czekając na odpowiedź.

    Jaga

    OdpowiedzUsuń
  30. Otworzył oczy w momencie kiedy Rasputin nachylał się przed nim. Chciał krzyknąć, chciał chwycić go za rękę i powiedzieć, że nie chce jego pomocy…albo że chociaż nie potrzebuje znieczulenia.
    W jednej chwili zwiotczały jego mięśnie.
    Sierżant oraz porucznik przenieśli rotmistrza zgodnie z prośbą do gabinetu Rasputina. Położyli we wskazanym miejscu i szybko się ulotnili.
    **
    Otworzył oczy w momencie. Chciał wstać, ale nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Chciał poruszyć rękami, ale nie mógł. Dopiero po chwili przeszło po jego ciele mrowienie. Powoli poruszył głową na boki. Znal to miejsce i nie podobało mu się to, że leży w gabinecie Rasputina.
    Chciał wstać i niestety na chceniu się skończyło. Nawet dobrze nie zszedł z tego…stołu, czy na czym oni go tam położyli, a już leżał na zimnej podłodze.
    — Ała – mruknął. Spojrzał na nogę, która była usztywniona. Poczuł ból w klatce piersiowej. Spróbował raz jeszcze wstać. Zdrowa nogę podciągnął pod klatkę piersiową. Powoli zaczynał się podnosić wspomagając się rękami. Chwycił się stołu i spróbował podciągnąć, ale był zbyt otumaniony.
    Zrezygnowany położył się na podłodze, tak ze czołem dotykał podłogi. Oddychał ciężko i czekał, na to aż ktoś się pojawi…albo na to aż na tyle dojdzie do siebie.
    — Dalej Ivan – wycedził przez zaciśnięte żeby i po raz drugi postanowił się podnieść. Wziął dwa głębsze wdechy. – Może byś mi pomógł? Śmieszy cię to…wiem – uśmiechnął się pod nosem. – Nie chcesz, to nie…najwyżej wyczołgam się stąd – powiedział przez zaciśnięte zęby i spróbował po raz drugi się podnieść.


    Ivan

    OdpowiedzUsuń
  31. Spojrzał na niego. Powoli odwrócił głowę do tyłu, tak aby zobaczyć jak się sprawy mają z tymi sznurkami. Nie wyglądało to zbyt ciekawie.
    — Scheisse – mruknął do siebie. Widać, że czyjaś wprawna ręka wiązała ich ręce…a z pewnością jego. Zaczął jednak coś tam próbować, chociaż tylko żeby rozluźnić więzy! Przecież to nic trudnego! Potrafił to! Wiedział że da radę.
    Na chwilę przestał, kiedy usłyszał skrzypnięcie zawiasów. Spojrzał na trzech (pewnie smutnych) panów w kominiarkach. Szybko ocenił zagrożenie z ich strony. Każdy miał po pistolecie…bez tłumika, czyli prawdopodobnie są na jakimś zadupiu, gdzie strzały nikogo nie zaalarmują. Jeden stał przy drzwiach, drugi nieco chudszy oraz wyższy o głowę stanął przy Rasputinie. Ostatni, chyba herszt całej tej bandy stanął naprzeciwko psychologa.
    — Wybaczcie te niedogodności – powiedział, po czym ściągnął swoją kominiarkę. Erwin go nie znał, czyli ten ktoś nie mógł być baśniowcem, znał chyba wszystkich z miasta. – Ale no cóż…nie byliśmy przygotowani na dwóch. Ale jak panowie widzą, nie zabijamy…
    Jeszcze- przemknęło Königowi przez myśl.
    — Kim jesteście? Czego chcecie? Dlaczego nas…
    — Zaraz do wszystkiego przejdę, a tym czasem mordka w kubeł – uśmiechnął się parszywie. Twarz o ostrych rysach, małe świńskie oczka i blizna na policzku. Ciekawy facet o rudych kudłach. – Panie Rasputin. Interesuje nas pańska wiedza. Przecież na przestrzeni tylu lat pewnie zgromadził pan, dowiedział się kilku ważniejszych rzeczy, mam rację? – zapytał. – Nekromancja, alchemia…może jeszcze leczenie różnych chorób. To wszystko pan, dobrze o tym wiemy.
    Uśmiechnął się przebiegle. Spojrzał na Königa i przeszedł za jego plecy. Położył swoje dłonie na jego ramionach.
    — Stawianie na nogi wojskowych. Powiedziałbym że potrafi pan zdziałać cuda, panie Rasputin – powiedział. Szybkim ruchem wyciągnął nóż i przystawił do szyi Erwina. – Pokaże nam pan jak wykonać pewien rytuał. W przeciwnym razie…pański pacjent? Kolega? Zginie.
    — Nic im nie pokazuj – powiedział przez zaciśnięte zęby. Nawet nie spoglądał na Rasputina. Uciekał wzrokiem od niego. – Nic im… - przerwał i spróbował się nieco odchylić, bo ostrze za bardzo przywarło do jego gardła.

    Erwin

    OdpowiedzUsuń
  32. Prychnął. Był lekarzem, księdzem, pewnie egzorcystą i jeszcze kimś w komplecie, powinien wiedzieć że takie trzymanie go na stole to inaczej się nie mogło skończyć. Nie zdziwiłby się jeśli potrafiłby przepowiedzieć przyszłość. Zwonariewa chyba nic już nie dziwiło.
    — Głupi…mojego – przerwał. Zastanawiał się jak go nazwać. Kuzyna? Kumpla? Znajomego? Jak miał nazwać Lucyfera? – Znajomego nie widziałeś. Idiota do kwadratu, przy nim to jestem…Łomonosow, albo jaki inny geniusz – powiedział zaciskając zęby.
    Spojrzał na niego obojętnie. Normalnie to chyba każdy spoglądałby z zaciekawieniem na to co ma do powiedzenia Rasputin. Prawda była taka o czym doskonale Ivan wiedział. Rasputin potrafił zainteresować, ludzie do niego lgnęli…chociaż może i to było spowodowane tym że był KIMŚ na dworze cara.
    — Twoja propozycja jest kusząca – uśmiechnął się wyzywająco. Sięgnął zdrową ręką do kieszeni spodni. Był na tyle popierdzielony, że piersiówkę trzymał w kieszeni spodni. Zgrabnie odkręcił ją jedną ręką, miał to opanowane niemalże do perfekcji. – Mam własny znieczulacz – powiedział szczerze i pociągnął łyk. Wódka, rosyjska wódka przyjemnie potrafiła znieczulić. – Chcesz łyka? – zapytał i podsunął w jego kierunku piersiówkę. Dobrze wykonana, połyskujący metal. Prosta, bez zbędnych ozdób zdradzała to że jej właściciel był solidny i prosty…albo po prostu miał dwie piersiówki.
    — Zawsze uważałem, że lekarze i chirurdzy mają coś z sadysty – powiedział cicho. – Nie musisz wiązać…nie ucieknę podczas zabiegu. A nawet jeśli, to nie oszukujmy się za daleko to nie ucieknę – wykrzywił usta w imitacji uśmiechu. Syknął i nieco wygiął się kiedy Rasputin dotknął po raz kolejny jego obojczyk. Przygryzł wargę, zakręcił piersiówkę i podniósł wzrok na Rasputina. Z jednej strony nie chciał być znieczulony, bo po prostu mu nie ufał, z drugiej jednak przypuszczał, że nie może w zupełności pozbyć się odczuć, bo będzie to podejrzane. Nie zamierzał też z nim gadać przez cały zabieg. I tak źle i tak nie dobrze.
    — A wiesz co…dawaj to znieczulenie, bo nie mam ochoty na gadanie z tobą podczas zabiegu. Poza tym nie chcę też wiedzieć dlaczego w twoim mniemaniu jestem…ciekawy pod względem fizjonomicznym – starał się być taki jak przeciętny człowiek. Dlatego nie był jakoś szalenie przystojny, ani przesadnie brzydki. Nie miał imponującej tkanki mięśniowej, chociaż dbał o swoją kondycję fizyczną i na jego ciele ciężko było dostrzec „brzuszek”, zamiast tego były zarysy „czteropaku”, bicepsy były wyrobione, podobnie jak tricepsy. Plecy nie były najgorsze, podobnie też i nogi. Był przeciętny…a przynajmniej w jakimś stopniu wizualnym starał się zachować tą przeciętność.

    Ivan

    OdpowiedzUsuń
  33. — Wiesz co…zabij mnie – powiedział Erwin poważnym głosem. – Nie chciałem go znać od tej strony…poza tym to jest tak samo dobre jak szybkie streszczenie „Zmierzchu”, filmu w którym kobieta jest rozdarta pomiędzy nekrofilią a zoofilią – powiedział.
    Mężczyzna nie odkładał noża. Wręcz przeciwnie przystawił ostrze jeszcze bliżej skóry Erwina. Końcówka noża lekko nacięła skórę, nie było to głębokie nacięcie, jednak wystarczające ażeby poczuć ból spotęgowany strachem; bo pomimo tej całej otoczki König bał się. Nie chciał umierać. Nie w takich okolicznościach, nie jak zarżnięta związana świnia.
    — Właściwie to dlaczego mam na to pójść? Może pozbędziemy się tego pana? – wskazał na Erwina. – No ale panie Rasputin, „nekromancja”. Mówi to panu coś?
    — I wiecie, że takie rzeczy to nie kończą się dobrze? Podobnie jak przyzywanie demonów i rozdzielanie się w nawiedzonym domu – wypalił major. Spojrzał na Rasputina i uniósł nieznaczne prawy kącik ust w uśmiechu. Miał plan, tylko musiał nieco zmusić tego człowieka, do tego aby go podniósł, albo żeby odciągnął ostrze od jego szyi.
    — No, nie mamy całego dnia! Szybka męska decyzja. Pomożesz? Czy może… - zastanowił się przez chwilę – mamy pokazać ci do czego jesteśmy zdolni. Nawet mamy ochotnika, prawda? – nachylił się do ucha Königa, co ten skrzętnie wykorzystał i uderzył go swoją głową. Na chwilę obu panów przymroczyło. Niestety za ten akt bohaterstwa, czy też może i głupoty, Erwin przypłacił silnym i co najważniejsze celnie wyprowadzonym uderzeniem w splot słoneczny.
    Pochylił się do przodu i krzyknął z bólu. Poczerwieniał na twarzy.
    — Mam nadzieję, że nie będzie próbował pan robić niczego głupiego.
    — Nie – odpowiedział, bo wiedział że takiej odpowiedzi oczekiwał. Prawda była taka, że już miał pomysł jak się wydostać.

    Erwin

    OdpowiedzUsuń
  34. — Wiedziałem. I z rzeźnika – dodał. – No nie mów mi, że nie jesteście podobni. Różnica polega tylko na tym, że jak rzeźnik zaszlachtuje wieprza, to cała wieś tańczy i śpiewa. Jak lekarz zabije pacjenta…to no cóż…grabarz tańczy i śpiewa, ale to w domu – przygryzł wargę.
    A w piekle to się cieszą, bo kolejna duszyczka do kolekcji - pomyślał, chociaż wiedział doskonale, że z tym to było różnie. Czasami ktoś do piekła poszedł, albo do czyśćca. Wiedział że ta wojna to wiele zmieni.
    — Co rozumiesz, przez mniej ludzki? – zapytał. – Picie alkoholu, to sprawa tylko i wyłącznie wielotygodniowych treningów. Poza tym…po co mam się rozczulać nad jakimś dzieciakiem, które ogranicza się do podstawowych funkcji typu: jeść, spać, płakać? – nie rozumiał tego w zachowaniu ludzi.
    — Jak się dowiem, że coś mi wyciąłeś, przyciąłeś, czy podmieniłeś, albo zszyłeś to powieszę cie na najbliższym drzewie za twoje własne flaki – ostrzegł zanim uśpiono go chloroformem.
    **
    Ocknął się, kiedy chyba kończył składać go. Przełknął ślinę, na razie nic nie mówił, tylko cierpliwie czekał. Pamiętał czym skończyło się wstawanie z tego stołu. Nie chciał się wykluczyć z gry poprzez całkowite połamanie i bycie na cudzej łasce. I tak przez około tydzień będzie się źle czuć, bo będzie go wszystko boleć. Czego jak czego ale tych ludzkich czterech tygodni (czy nawet i więcej) to nie wytrzymałby, ale pewnie i tak będzie musiał stwarzać pozory. Przecież był człowiekiem.
    — Mam nadzieję, że niczego mi nie usunąłeś, złączyłeś, zaszyłeś…albo że szybko uciekasz – powiedział ochryple. Źle się czuł, było mu niedobrze. Najgorsze było to, że nie wiedział od czego. W sumie może w razie czegoś zwalić na to że uderzył się w głowę. Przecież nie raz nie dwa uderzył kogoś w łeb tak mocno, że temu było niedobrze.
    Jednak plus był taki, że potrafił nad tym wszystkim zapanować.
    — Spełniłeś swe chore fantazje, krojąc mnie? – zapytał z nieukrywaną ciekawością. Lekko podniósł głowę, na tyle na ile mógł. – Będą chociaż blizny, niektóre kobiety to kręci – uśmiechnął się po czym położył głowę, po tym uśmiech zniknął z jego twarzy.

    Ivan

    OdpowiedzUsuń
  35. — Nawet Achilles miał słaby punkt. Ty też. Ty tym bardziej, bo jesteś człowiekiem – powiedział jakby nie dopuszczając do siebie tych słów. Nie wierzył, przecież byli i tacy co nie wierzyli.
    — Szefie…nie przedłużajmy tego – mruknął ten spod drzwi. König nie zdziwiłby się gdyby on był tym najmłodszym z całej grupy. O ile było ich tylko trzech. Szczerze powiedziawszy, to nie wiedział czy powinien wątpić w to że ich tylko trzech, czy może założyć, że więcej. Najlepsza opcja to paradoksalnie ta najgorsza. Przyjął że jest ich więcej. Ilu? Nie wiedział.
    — Chcę przywrócić kogoś do życia – powiedział w końcu. – To nie jest zbyt wiele dla ciebie – mocno ściskał nóż, który jednak już nie służył do trzymania Erwina w jakimś szachu. Przy jego pomocy chyba chciał w razie czegoś się obronić. Stanął za Niemcem. – Pomożesz nam, w zamian was wypuścimy. Uczciwe, prawda?
    Königowi się to nie podobało. Wiedział ze tego nie zrobią, ale mogli się zgodzić na to. Byłoby to nawet wskazane, pozwolić im myśleć, że wygrali. Erwin musiał albo wstać, albo poczekać aż wyjdą, ewentualnie aż zostanie jeden z nich. Nie manipulował przy swoich więzach, nie miał jak, a przypuszczał że zorientowaliby się, że coś tam majstruje. Nie chciał ryzykować. Niby coraz bardziej oswajał się ze śmiercią, z myślą że może tutaj umrzeć…ale nie chciał. Przypuszczał, że Cillian może sobie poradzić bez jego pomocy, ale zastanawiał się jak bardzo. Jak sobie poradzi?
    Dlaczego wtedy nie strzeliłem? Nie zakończyłoby się to w taki sposób. Z pewnością nie bylibyśmy tutaj związani - pomyślał rozgoryczony. Nie daruje sobie tego, mogli przecież tego nieświadomie uniknąć. Wystarczyłoby tylko to żeby wystrzelił i nie zapalał światła.

    Erwin

    OdpowiedzUsuń
  36. Herszt podrapał się po głowie jakby chciał trochę zyskać na czasie. Podniósł wzrok, który wcześniej był wlepiony w podłogę, na Rasputina.
    — Ciałami się nie przejmuj – powiedział po chwili. – Dwa dni temu, jeszcze się nie rozłożyła – powiedział cicho. W jego głosie wyczuwał żal oraz zdecydowanie. Taki typ człowieka był najgorszy. Przez chwilę przemknęło mu przez myśl, że nieświadomie mógł zabić jego ukochaną i dlatego chce to zrobić.
    — Szefie… - ten obok Rasputina chciał cos dokończyć. Ale tamten machnął ręką.
    — Uspokój się John – uśmiechnął się niczym obłąkaniec. – Wszystko się załatwi. To nic trudnego – był pewny swego.
    Erwin zastanawiał się jakie ma teraz szanse. Więzy niby lekko poluzował, jednak ręce nadal były za plecami. Musiałby bardzo szybko wstać i przejść przez te ręce. Obezwładnić stojącego najbliżej, wyrwać, albo wykopać mu nóż, wyciągnąć z kabury pistolet, odbezpieczyć, przeładować i dwa razy wycelować a następnie strzelić. Niby nic trudnego, ale zbyt długi czas, musiałby coś innego wymyślić. Bo przy tym zdążą ich zabić ze dwa razy.
    — Co potrzebujesz wiedzieć? O co ci chodzi? Przyczynę śmierci? – zapytał, to wytrąciło Erwina z rytmu.
    Zwierzęta w potrzasku. Tylko kto jest zwierzyną, a kto myśliwym?- zapytał sam siebie. Rozejrzał się raz jeszcze po pomieszczeniu w którym byli. Jedyna ucieczka to tylko przez te drzwi, przy których stał ten chudzielec.- Chudzielec, John i szef. Ciekawa ekipa, jest z wami ktoś jeszcze?
    — Szefie…można na słówko? – zapytał ten przy drzwiach. Szef bez słowa podszedł, zamienili kilka słów ze sobą. Szef pokiwał głową i uśmiechnął się nikle.
    — John, weź pana Rasputina. Ja zajmę się naszym drugim gościem. Zaprowadź go…wiesz gdzie – powiedział spokojnym głosem. Powoli podszedł do majora i pomógł mu wstać. König szarpnął się lekko. – Spokojnie…chyba nie chce mieć pan później żadnej ponadprogramowej dziurki? – syknął cicho wprost do jego ucha.
    — Nie – wydawać by się mogło, że to powstrzyma Erwina. Ale każdy kto znał majora dostatecznie długo wiedział, że szybko nie odpuszcza. König pozwolił sobie nawet na lekki uśmieszek w kierunku Cilliana. Niech tylko przejdą do tego innego miejsca.
    Pewnie tam gdzie trzymają ciało…

    Erwin

    OdpowiedzUsuń
  37. Wywróciła teatralnie oczami słuchając co ma jej do powiedzenia Rasputin. Tak, bla bla bla, typowy lekarz. Kiedy postawił przed nią herbatę nachyliła się nieco, lustrując wzrokiem zawartość porcelanowej filiżanki i pociągnęła lekko nosem.
    - Trzeba było dodać środek na uspokojenie, zielona herbata mi nie pomoże. - skomentowała i dodała kilka sekund później, unosząc wzrok znad naczynia - Chyba, że tak zrobiłeś. - a co tam, łyknęła na raz połowę zawartości, mimo iż była gorąca - Zieloną herbatę to ja garściami wypijam, jak widać, nie koi moich nerwów. Powiedzieć ci, doktorku, co by ukoiło? Wolność.
    Odwróciła od niego wzrok wpatrując się z założonymi rękami w obraz wiszący na ścianie. Przestała słuchać, co on tam jęczy i przyglądała się dokładnie wszystkim namalowanym szczegółom, skupiając na tym całą swoją uwagę. Z reguły mało ją interesowały czyjeś opinie i teorie, a tym bardziej ludzi, których nie zamierzała słuchać, dopiero ostatnie słowa wpadły do jej głowy jak z procy. Nigdy nie słyszała nic o tropicielach... Ale przestań dziewczyno, próbuje ci zrobić wodę z mózgu, zganiła się w myślach.
    - A co to takiego? - rzuciła niby od niechcenia, nie odrywając wzroku od ściany.

    Jaga

    OdpowiedzUsuń
  38. — Haha…bo ja jestem takim człowiekiem, który sam się rozetnie i posprawdza czy wszystko ma na miejscu i za chwilę się zszyje – powiedział zupełnie poważnym głosem. Zainteresowało go to. Co to oznaczało? Nie mógł go zabić? Przecież był człowiekiem! Każdy człowiek jest śmiertelny! Nawet Chrystus umarł…ale później zmartwychwstał…ale umarł! Nawet bóg może umrzeć!
    — Hema…co kurwa? – spojrzał. Zaraz jednak pokiwał głową. – A to. Dobra już wiem, to jest to mitologiczne obupłciowe – powiedział w wielkim skrócie. Nic tylko uśmiechnąć się. Mimowolnie spojrzał na runy, uśmiechnął się pod nosem. Był demonem, większość rytuałów znał…głównie starosłowiańskich oraz chrześcijańskich.
    — W sumie to dobrze – powiedział po chwili namysłu. – O nie! Teraz to możesz trzymać się ode mnie z daleka – powiedział spokojnie…tak niepodobnie do niego. W ogóle dziwne było to, że jeszcze nie wybuchł, ani nie zamierzał już zabić Rasputina, w normalnej sytuacji to już by się chciał go pozbyć, już rzucałby się do jego gardła i chciał rozerwać na strzępy.
    — Wezwij lepiej Bykowa, albo kogokolwiek…niech przyjdzie i pomoże mi dotrzeć do mojego pokoju – wycedził przez żeby. – Nie zamierzam tutaj przebywać dłużej niż to konieczne…nie żebym nie zamierzał sprawiać ci kłopotu…tylko po prostu wali u ciebie trupem i w ogóle…nieswojo się czuję w tym miejscu. Za dużo nieznanych mi substancji, nie wiem czego mam się bać, a czego nie – powiedział. Kłamał, nie wiedział co zamierza zrobić Rasputin, miał go wyłożonego jak na talerzu, przynajmniej przez kilkanaście godzin, zanim jego kości się nie zrosną. Właściwie to jego kości mogłyby się od razu zrosnąć, ale chciał czekać. Ba! Nawet opanował przez lata jak ma się jego ciało regenerować. Mógł wydłużyć albo i skrócić czas regeneracji. W jego przypadku to akurat uczył się wydłużać czas regeneracji. Ale chyba w przypadku tego złamania zrezygnuje ze wszystkiego i po położeniu się na łóżku odczeka te kilka chwil żeby kości się zrosły…najwyżej będzie udawać, że leczenie trwa.

    Ivan

    OdpowiedzUsuń
  39. Spojrzał na Rasputina, a później na Erwina, który uciekał wzrokiem wszędzie i nie zamierzał zaszczycić nikogo na dłużej swoim spojrzeniem. Przynajmniej tak to odczytał.
    — Kurwa… - mruknął cicho szef. – Na miejscu wszystko ci powiem – powiedział już nieco głośniej.
    König spojrzał na Rasputina, później na tych ziomków. Miał pomysł, tylko…problemem były te ręce, chociaż udało mu się nieco poluźnić te więzy, to i tak będzie miał spore trudności żeby wyciągnąć rękę. Ale może…jeszcze trochę…kilka milimetrów więcej luzu. To da się wykonać.
    Erwin zaczął kichać od nadmiaru kurzu, albo tak dobrze zaczął udawać. Zatoczył się i oparł o ścianę po czym osunął się i zaczał oddychać niczym spazmatyk. Wyglądało to jakby doznał silnego…i dość dziwnego ataku, przypuszczał jednak, że ci panowie nie znają się za bardzo na tym wszystkim. Poza tym to całe przedstawienie pozwoliło mu poluzować więzy i uwolnić jedną rękę.
    Nie trudno więc przewidzieć, że kiedy jeden z nich podszedł to König uderzył go w szyję z całej siły, po czym drugą ręką wyrwał broń. Szybko przeładował i wystrzelił w kierunku tego, który był najbliżej Rasputina, później w kierunku tego trzeciego. Nie bawił się w żadne ostrzeżenia, tylko instynkt i wytrenowanie. Tego, który podszedł jeszcze dodatkowo ogłuszył i obszukał. Jakiś nóż byłby potrzebny. Nie widząc jednak niczego podszedł do szefa, który z cała pewnością miał nóż. Leżał z dziurą w klatce piersiowej. Raczej nie stanowił już żadnego zagrożenia.
    Erwin zabrał nóż, po czym rozciął więzy Rasputina. Po chwili i sam zdarł ze swojej ręki sznurki. Rozejrzał się po pomieszczeniu.
    — Musimy stąd jakoś wyjść – powiedział podchodząc do okien, które były zabite na głucho. Drzwi nie widział…znaczy się widział ślad, zamurowany. – Musimy znaleźć jakieś inne wyjście…chyba że próbujemy pozbyć się tych drewnianych desek…co zajmie nam pół nocy – westchnął. – Musi być jakieś inne wyjście…poza tym…nie wiem czy wiesz Cillian, ale najlepiej byłoby założyć, że tutaj w tym budynku, czy całym kompleksie jest jeszcze ktoś – powiedział podchodząc do jednego z nich i zabierając mu broń. Wręczył ją Rasputinowi. – Potrafisz się tym posługiwać? Czy może wolisz, żebym ja się tym zajął? – zapytał. Musiał to wiedzieć.

    Erwin

    OdpowiedzUsuń
  40. Jack ostatnio miał problem. Nie wiedział kiedy przestać dokuczać innym. Czasem to były niewinne figle, a czasem faktycznie sam się łapał na tym, że po prostu przesadził. Tak też jest i tym razem. Mężczyzna, który trzymał go za kołnierz ani myślał go puścić. Frost momentami myślał, iż zostanie uduszony ze złości, ale nie. Owy stróż prawa, niezwykle poirytowany, targał go gdzieś. Może do więzienia? Zbladł przestraszony. W końcu ma go spotkać kara?
    Przecież rzucałem tylko śnieżkami, pomyślał zaciskając usta. Nie wybiłem okna w jego samochodzie, tylko wytrąciłem mu pudełko donutów, wielkie mi halo...
    - ...jesteś niereformowalny... - ciągnął stróż.
    A, no tak, przecież on robi mi cały wywód na temat tego, jaki to ja jestem zły, niegrzeczny i w ogóle be.
    - ...Więzienie na niewiele się zda... - blablabla - ...porozmawiasz z kimś... - blablabla. Jack przewrócił oczami, aż w końcu ujrzał wejście do budynku, do którego się kierują.
    O, jeszcze tu nie byłem, pomyślał zaciekawiony, uważnie oglądając wszystko, do momentu, w którym został mocno posadzony na krześle, a mężczyzna go zostawił na chwilę. Wszystko potoczyło się szybko, chociaż może tak się wydawało Frostowi, który niczym dzieciak się rozglądał. Siedział i czekał, nie wiedząc na co.


    [Przepraszam za tak długie opóźnienie D:]


    Jack

    OdpowiedzUsuń
  41. No i słusznie, doktorku, pomyślała. Dobrze, że przynajmniej leków nie próbował jej wcisnąć, bo na to za nic w świecie by się nie zgodziła. Jeszcze czego, świat mógł sobie iść do przodu i wynajdywać coraz to nowocześniejsze rozwiązania, ale bez niej. Ona wolała zostać sobie z tyłu i żyć na takich zasadach jakie znała dawniej.
    Zamilkł zupełnie jakby zastanawiał się co jej odpowiedzieć, aż w końcu odezwał się, nie było to jednak coś co chciała usłyszeć. Słabo jej się widziało łażenie za innymi baśniowcami i wpieprzanie im się z butami w to co robią. W dodatku wtedy musiałaby łazić za samą sobą, ot sama łamała konwencje. Z drugiej jednak strony może to był dobry pomysł, aby tuszować swoje wybryki?
    - Mam pracę. Prowadzę własną firmę, czy nie jest to wystarczająco nowoczesne? - odpowiedziała przenosząc wzrok z powrotem na Rasputina i zrobiła małą przerwę - Co bym miała z tego, że musiałabym łazić za innymi i kontrolować ich życie?
    Właściwie, jeśli miałaby czerpać z tego korzyści, poza jakimś kurwa "odstresowaniem" i "wykorzystaniem zdolności", to może nawet byłaby zainteresowana. Może.

    Jaga

    OdpowiedzUsuń

  42. — No ja nie wiem co ty robiłeś a czego ty nie robiłeś – warknął. – I chyba wolę nie wiedzieć, przynajmniej będę spokojniejszy. Nawet bym nie chciał, uciekłbym z krzykiem, ale najpierw bym ją pewnie podpalił…zupełnie nieświadomie – było jednak więcej niż pewne, że zrobiłby to świadomie.
    — A powinni być? – zapytał retorycznie.
    Kiedy wyszedł rozejrzał się po tym całym pomieszczeniu. Podniósł się delikatnie i zdrową ręka pomacał swoją klatkę piersiową. Nie czuł się jakoś bardzo okropnie, a przynajmniej nie jak ktoś kto spadł z konia.
    — Aha. I co? Będziesz badał czy wilkołactwo, albo wampiryzm istnieje? – zapytał. – Daruj sobie, to budy przeznaczone do straszenia małych dzieci – uśmiechnął się pod nosem. Wiedział, że nie są to bujdy, bo wilkołaka kiedyś widział, ale mitycznego Draculi jeszcze nie. Może to i lepiej.
    Ivan chwycił swoja bluzę mundurową. Sprawdził czy w kieszeni spodni nieco wybrakowanych, wciąż ma swoją piersiówkę. Po piętnastu minutach przyszedł Bykow, który na wszelki wypadek zabrał białą czystą koszulę oraz spodnie. Przypuszczał, że rotmistrz zechce się przebrać.
    — Dzień dobry – powiedział w kierunku Rasputina. – Rotmistrzu, przyniosłem ubrania na zmianę. Za chwilę powinien też przyjść sierżant Riodionow w noszami.
    — Rzuć mi koszulę – powiedział bez chwili zastanowienia. Bykow wykonał polecenie, a Zwonariew złapał zdrową ręką koszulę i po chwili całkiem szybko (jak na kogoś połamanego) założył ją na siebie. Z nowymi spodniami uczynił tak samo. Nie chciał niczyjej pomocy, on sobie świetnie dawał radę.
    — Myślałem że tylko noga…. – powiedział po chwili milczenia. Nie ruszał się ze swojego miejsca, trochę mógł przypominać takiego pieska Zwonariewa.
    — To nie myśl – warknął Ivan. – Powiedz lepiej czy…
    — Jestem rotmistrzu…tylko że nie z noszami. Wziąłem wózek – powiedział cicho.
    — Co ja emeryt? Czy inwalida? – zapytał wściekle. Zaraz jednak się uspokoił. – Dobra…dawaj ten wózek – westchnął. – Bykow pomóż mi przejść. A ty Riodonow trzymaj wózek.
    Całość poszła zgrabnie. Po chwili rotmistrz już siedział na wózku.
    — Radzę się nie przyzwyczajać wam do tego stanu rzeczy – powiedział do obu. Riodionow bez słowa wyjechał z rotmistrzem. Bykow został i spojrzał niepewnie na Rasputina.
    — Ile będzie trwało gojenie? Tak orientacyjnie? – zapytał po chwili. – I czy nie dałoby się tego jakoś przyspieszyć…bo nie ukrywajmy, że rotmistrz kiedy jest połamany jest strasznie nieznośny i czepialski – westchnął. – Kiedy jest cały, to jest dużo lepiej.

    Ivan

    OdpowiedzUsuń
  43. Spojrzał na swojego terapeutę i pokiwał głową. Mocniej ścisnął swoją broń i wyszedł jako pierwszy z pomieszczenia.
    — Mamy dwie możliwości. Labo przetransportowali nas górą, albo dołem. Jeśli mówisz że to stary motel, to możemy założyć… - przystanął na chwilę na środku schodów. Plecami prawie dotykał ściany. Jego mięśnie były napięte, wzrok czujny, spoglądający zza trzymanego przed sobą pistoletu. – Możemy założyć, że gdzieś tutaj wśród tych drzwi jest jakieś przejście do innego pokoju, przez który nas przeniesiono – dokończył. – Ewentualnie mogli nas górą przetransportować, ale szczerze w to wątpię, przy założeniu że było ich trzech, to nie bawiliby się w taszczenie dwóch nieprzytomnych z góry na dół – dodał ze spokojem. Zatrzymał się na dole i powoli rozejrzał się po okolicy. Średniej szerokości dwa korytarze, kilka par drzwi. – Możemy założyć, że mieli jakiegoś kierowcę…więc potencjalnie jest tutaj jeszcze jedna osoba.
    Skierował się w kierunku skąd przyszli. Otworzył na wszelki wypadek drzwi od ich celi, jednak tam nie wchodził. Skierował się do kolejnych drzwi, oddalonych o pięć kroków od poprzednich. Podniósł broń lewą ręką pchnął drzwi i szybko wszedł do pustego (jeśli nie liczyć paru kartonów pomieszczenia).
    — Czysto – powiedział z przyzwyczajenia. Lekko opuścił broń. Poluźnił uścisk. – Szukamy dalej – powiedział tonem pozbawionym emocji.

    Erwin

    OdpowiedzUsuń
  44. Verity tego dnia siedziała jak zwykle przy swoim biurku, otoczona przez sterty papierów. Wygodny fotel tym razem jednak nie był w stanie poprawić jej humoru. Stukała o biurko swoimi idealnie wypielęgnowanymi paznokciami prawej ręki, w lewej wciąż trzymając kartkę papieru. A konkretniej, był to list.
    Utkwiła wzrok w drzwiach swojego gabinetu, a gdyby mogła zabijać spojrzeniem, te drzwi byłyby w tym momencie jeszcze bardziej martwe niż do tej pory. Przed chwilą posłała po jednego ze swoich podwładnych i miała nadzieję, że wkrótce się pojawi.
    Gdy usłyszała pukanie, wyprostowała się jeszcze bardziej – aż poczuła nieprzyjemny ból w plecach – i odchrząknęła cicho.
    - Proszę! - zawołała.
    Do jej gabinetu wszedł Cillian Rasputin, przyczyna jej obecnie złego humoru. Nie odpowiedziała na powitanie.
    - Niech pan siądzie. - Wskazała dłonią na krzesło, które stało naprzeciwko niej, po drugiej stronie biurka. - Czy domyśla się pan, dlaczego został wezwany?
    Wwiercała się w niego spojrzeniem. Najchętniej faktycznie wywierciłaby w nim teraz dziurę. Mogła żałować wielu rzeczy, jakie zrobiła jako Królowa Kier. Mogła nienawidzić się za te wszystkie odebrane życia. Jednak gdy się wściekała, wciąż można było u niej zobaczyć ten stalowy błysk w jej oczach. A ona sama odganiała na ten czas wszelkie wyrzuty sumienia dotyczące dawnego życia.
    - Napisała do mnie jedna z pańskich pacjentek.
    Wciąż wpatrując się w niego, podniosła do góry list, który chwilę temu przeczytała po raz któryś tego dnia.
    - Podobno zaproponował jej pan wyjątkowo interesujący program terapii. Mógłby mi pan powiedzieć o nim coś więcej? Z tego co ta kobieta napisała, sama była zbyt zbulwersowana, żeby wsłuchiwać się w dalsze szczegóły.
    Odłożyła list i szybkim ruchem przesunęła go na drugi koniec biurka, aby mężczyzna mógł się mu przyjrzeć.
    - Co ma pan na swoje wytłumaczenie, panie Rasputin?

    Verity

    OdpowiedzUsuń
  45. Kiedy usłyszał słowa "zapraszam" zamrugał, jakby zbudzony z transu i popatrzył na mężczyznę.
    - Że mnie? - spytał wskazując na siebie palcem, po czym pospiesznie się rozejrzał. Chyba chodziło o niego, bo w najbliższym otoczeniu nie widział nikogo, do kogo ów człowiek mógł się zwracać. Jack podniósł się z miejsca i wszedł do gabinetu. W całym swoim życiu nie był w takim pomieszczeniu, dlatego z jego ust wymsknęło się ciche "wooow", podczas uważnego rozglądnia. Jego wzrok przykuło krzesło przed biurkiem, to pewnie na tym musi usiąść. Chyba?
    Frost spojrzał pytająco na mężczyznę.
    - A właściwie to gdzie ja jestem? - wypalił w końcu wprost.


    Jack

    OdpowiedzUsuń
  46. — Wiesz…nie zauważyłem – powiedział oschle. Zawsze tak miał kiedy był zdenerwowany, albo zaczynał się czegoś bać. U Königa strach objawiał się w postaci nadmiernej brawury. Pewnie dlatego, że wtedy mógł działać i nikt nie zarzuciłby mu tchórzostwa.
    — Scheisse – powiedział widząc to…COŚ! Myślał, że po przybyciu do Fabletown widział wiele, ale chyba się mylił.
    Biegł za Rasputinem. Ufał mu wystarczająco. Trochę zmęczył się biegiem, obejrzał się za siebie, tak na wszelki wypadek.
    — Co to kurwa jest? Resident Evill, czy Opowieści z Narni? – zapytał. – Wielkie to cholerstwo. Wielkie jak Maus – powiedział mając na myśli ten czołg, który nigdy nie powstał. Wyprostował się, na wszelki wypadek przeładował broń. – Idzie to coś zabić normalną bronią? – zapytał. Zazwyczaj kiedy trafiało się kogoś w głowę to umierał…na demony i diabły to nie działało, ale może na to coś zadziała? Spojrzał na Rasputina i uniósł nieznacznie prawy kącik ust ku górze.
    — Musimy wyjść z tych piwnic. Przejdziemy na tą salę, gdzie nas zaprowadzili, postaramy się pójść na górę. Może dotrzemy na dach…z dachu możemy przejść na drugi budynek, albo coś. Ewentualnie pójdziemy na pierwsze piętro, wyrwiemy deski i wyjdziemy oknem – to były właściwie jedyne pomysły jakie mu do głowy przyszły.

    Erwin

    OdpowiedzUsuń
  47. Może i miał upierdliwy charakter, ale gdyby nie to, to pewnie w życiu nie doszedłby do tego co miał teraz. Nie miałby żony z cała pewnością, nie byłby oficerem wojskowym. Byłby nikim wśród ludzi i wśród diabłów. Teraz niby ma jakiś status wśród ludzi oraz wśród diabłów i demonów słowiańskiego panteonu, chociaż nie tylko.
    Czuł się tak słabo. Ale i tak mimo tej ogólnej słabości jego wzrok pozostawał piekielnie czujny. Może nawet gdyby ktoś, zechciał go w tej chwili się pozbyć, to nie udałoby się zabić tego diabła.
    Dalej to już sam sobie poradził…”dalej”, czyli poradził sobie już we własnej kwaterze w koszarach. Skromny pokój, z łóżkiem dwoma krzesłami, niewielką szafą oraz półką z książkami. Do tego był jeszcze niewielki stoliczek postawiony w rogu. Nie potrzebował wygód w koszarach, miał też niewielkie mieszkanie w pobliżu, ale teraz wolał się tam nie pojawiać. Nie chciał. Chociaż tyle że jego żony nie było tutaj, zdecydowała się pozostać w Polsce…a właściwie na jej dawnych ziemiach i ani myślała się stamtąd wynosić.
    — Zostaw mnie, dam sobie radę ze wszystkim sam – powiedział odprawiając sierżanta.
    — Tak jest!
    Sierżant zamknął za sobą drzwi, Zwonariew położył się na łóżku i rozluźnił mięśnie. Przymknął oczy mógłby jeszcze przyspieszyć swój powrót do zdrowia, ale tego nie chciał…znaczy się nie chciał robić tego zbyt szybko.
    — Rotmistrzu…przyszedłem – powiedział niepewnie Bykow.
    — Kwestia urlopu, zgadzam się, podaj mi tylko odpowiednie papiery i pióro. Druga kwestia, wypadałoby żeby ktoś mnie zastąpił…więc urlop wypiszę…kiedy to mi się właściwie ma polepszyć?
    — Doktor Rasputin mówił, że około pięciu dni. Ale znając rotmistrza upór to po trzech dniach będzie rotmistrz chodził.
    — To za trzy dni wam wypiszę urlop, dobrze? Ktoś musi ich trzymać za mordy – mówiąc to wszystko nie otwierał oczu. – Chociaż...jak myślisz…zdziwiłbym Rasputina, gdybym zaczął chodzić po dwóch dniach? – uśmiechnął się lekko. – Pewnie nie, ale trzy dni to nie jest jakoś długo, prawda? A Bykow! Zanim pójdziesz, to wydaj odpowiednie rozporządzenia - zarządził. – I pamiętaj o naszej umowie. Miej oko na tego szarlatana.

    Ivan

    OdpowiedzUsuń
  48. Jack posłusznie usiadł na wskazanym fotelu, który okazał się całkiem wygodny. Jak na niego przystało oczywiście obrócił się i rozejrzał ponownie.
    - "Nic strasznego"? - powtórzył z rozbawieniem. - Jak tak to okej. - na słowo "zabawa" w jego oczach pojawiła się iskierka zaciekawienia. - No dobrze, to słucham co mam panu powiedzieć.
    Z ogromnym zaciekawieniem siedział i czekał na kolejne słowa mężczyzny. Jeszcze nigdy nie rozmawiał z doktorem psychocośtam i czegośtam, dlatego to spotkanie wydawało mu się niezwykle intrygujące. Może dobrze, że tamten człowiek się na niego wkurzył, bo mu dokuczał? To świetna okazja poznac nowe miejsca i nowych ludzi. Hehe.


    Jack

    OdpowiedzUsuń
  49. — Aha…czyli tak ładnie rzecz ujmując mamy przesrane, tak? – zapytał na wszelki wypadek. – Świetnie… w sumie to powiem ci coś… Tak w razie czegoś, to śmierć nie jest jakoś tak bardzo straszna – westchnął i spojrzał na pistolet. Miał nadzieję, że szybko się z tego miejsca wydostaną, albo coś. Ewentualnie to chciałby umrzeć szybko jeśli miałby wybierać pomiędzy śmiercią w męczarniach a śmiercią szybką i prawdopodobnie mniej bolesną.
    — Przepraszam nie wiedziałem, że po tych korytarzach pałęta się wyrośnięta krzyżówka człowieka z jakimś kurwa jeleniem – niemalże krzyknął wściekle. Mogli pójść na górę, w razie czegoś, to może by tylko jakiegoś wampira spotkali, a takiego to byle jakim krzyżem można by załatwić…chociaż i tego nie był w stu procentach pewny.
    Widząc klauna nie przeraził się…był bardziej zdziwiony tym co się tutaj dzieje. Za bardzo się zdziwił żeby się bać.
    — Brakuje laleczki Chucky, mordercy z „Krzyku” i Anabelle – powiedział opierając się o ścianę. Oddychał ciężko, ściskał nerwowo broń. Zastanawiał się, czy przypadkiem nie ukrócić teraz swojego żywota…skoro wydawać by się mogło są w sytuacji bez wyjścia. – Chyba wiem o co w tym wszystkim chodzi – uśmiechnął się nikle, chociaż był to bardzo nerwowy uśmiech. – Dom strachu. To jest jebany dom strachu. Mityczne postacie, postacie z horrorów, najczęściej obawianie się przez nas przedmioty, czy osoby – chyba szczerze w to wątpił, ale to i tak była mimo wszystko najlepsza opcja. – Tylko…po co ktoś miałby to robić? Ten wyrośnięty jeleń, to czym się żywi? Strachem? – zapytał. Jeśli tak, to wypadałoby najszybciej opuścić to miejsce, zanim i on zacznie się cholernie bać. Miał naprawdę wysoki próg strachu, przecież żył w czasach wszechobecnej wojny, sam później z własnej woli zaciągał się do wojska. Robił niebezpieczne rzeczy… Ale wiedział, że i on ma jakieś granice.
    — Musimy albo cofnąć się do poziomu zero i spróbować przedostać się wyżej…albo zabarykadować się tam i spróbować pozbyć się desek. Albo brniemy dalej i liczymy na łut szczęścia – powiedział twardo. Pistolety raczej im nie pomogą za bardzo.

    Erwin

    OdpowiedzUsuń
  50. Był uparty. Cholernie uparty nawet jak na diabelskie standardy. Może w tym całym uporze była też cholerna głupota? Widział jak Rasputin odjeżdża. Przygryzł nerwowo wargę, miał nadzieje, że coś go kurwa tam pożre. Wiedział jednak, że będzie ciężko, bo Rasputin jest inteligentnym człowiekiem.
    Chociaż o tyle dobrze, że nikt nie będzie mu przeszkadzał, wiedząc, że ten jest w takim stanie a nie innym. To dlaczego by nie skorzystać z tego? Wypadałoby wysłać kilka dusz do piekła, jak za starych dobrych czasów, prawda?
    Usiadł na łóżku, przymknął oczy wziął dwa głębokie wdechy. Przez chwilę temu wszystkiemu towarzyszył spory ból, ale po chwili wszystko wróciło do normy. Ivan pozbył się wszystkich krępujących go opatrunków. Rozprostował kości. Przekrzywił nieco głowę i uśmiechnął się przebiegle. Zgasił niewielką lampkę, którą trzymał na stole, zamknął drzwi od pokoju, poczekał chwilę aż jeszcze bardziej się ściemni dopiero wtedy otworzył okno na oścież. Dwa szybkie wdechy. Następnie po tym zacisnął dłonie w pięści, nałożył na siebie pelerynę z kapturem zasłaniającym niemalże całą twarz i przemienił się w czarnego jak noc kruka.
    Skierował się w przeciwnym kierunku niż Rasputin. Poleciał na południe, w kierunku starej „nawiedzonej” cerkwi. Na środku przed samym zniszczonym ołtarzem wrócił do swojej postaci. Piekielnej postaci, wyglądał identycznie jak go przedstawiano w podaniach.
    Wyciągnął z niewielkiego schowka w ołtarzu kawałek białej kredy. Narysował na posadce odpowiednie symbole i zaczął wzywać jednego demona.
    — Belzebubie – powiedział Ivan. – Jestem gotowy do dalszego działania – przekrzywił głowę. Niby wszystko robił z Lucyferem, ale przypuszczał, że teraz to raczej będzie bardzo nietrzeźwy.
    — Rasputin. Pozbądź się go…ale w swoim czasie. Jeszcze nie teraz. Powiemy ci kiedy – władca much mówił stanowczo. Aż ciarki przeszły po plecach Ivana. – Teraz musisz siać ferment wśród ludzi. Panika, coś co odwróci ich od cara jeszcze bardziej.
    — Bierzemy udział w wojnie. Należy coś zrobić na froncie. Rasputin…niech on działa, przez jakiś czas, szlachta się go pozbędzie. Później…
    — Później się zobaczy, ale prawdopodobnie przybędzie Lenin. Ktoś się zbliża… - powiedział po czym zniknął. Zwonariew znowu przemienił się w kruka i przycupnął sobie na belce. Wyczekiwał. Wątpił w to aby był to Rasputin, ale kto go tam wiedział. Cerkiew nie była bardzo daleko, może jednak zdecydował się przybyć tutaj?

    Ivan

    OdpowiedzUsuń
  51. Wciąż przyglądała się mu uważnie, analizując wszystkie jego słowa.
    - Muszę przyznać, że brzmi pan wiarygodnie, panie Rasputin. Chciałabym również żeby faktycznie było to prawdą, gdyż inaczej okazałoby się, że to ja popełniłam błąd zatrudniając pana.
    Na wspomnienie o archiwach skinęła powoli głową.
    - Myślę, że to dobry pomysł. Jednak od razu muszę pana poinformować, że panią Holland przebada również psychiatra z innego szpitala, aby potwierdzić pańską wersję. Mam nadzieję, że nie ma pan nic przeciwko, gdyż dojdzie do tego tak czy siak.
    W myślach zanotowała sobie, żeby sprawdzić, czy przyszła jej już odpowiedź od tamtego psychiatry. Napisała do niego niemal od razu, gdy przeczytała list od pani Holland. Wiedziała, że i tak do tego dojdzie, a im wcześniej załatwi całą sprawę, tym mniejsze prawdopodobieństwo, że zakończy się w sądzie. Bardzo by tego nie chciała, wizerunek szpitala niesamowicie by na tym ucierpiał. Nie po to przez tyle lat na niego pracowała, aby go stracić i to w tak paskudnej sprawie.
    - Cóż, panie Rasputin. W takim razie chodźmy do tego archiwum. Z chęcią przyjrzę się sprawie osobiście.
    Podniosła się ze swojego fotela i wygładziła sukienkę, strzepując przy okazji jakiś niewidzialny pyłek. Starała się być perfekcyjna w każdym calu, a w ubiorze również starała się to odwzorowywać. Skierowała się w stronę drzwi i zamknęła je na klucz, gdy już wyszli na korytarz. Czekało na nią jeszcze wiele dokumentów do wypełnienia, więc chciała załatwić to jak najszybciej.
    - Idziemy?

    Verity

    OdpowiedzUsuń
  52. — Oglądałeś kiedyś może takiego Shreka? Był tam Osioł, który miał lęk wysokości i kiedy ogr powiedział mu: „Nie patrz w dół”, to ten osioł spojrzał, niby nie od razu, ale jednak – westchnął. Miał nadzieję, że nie zacznie nagle myśleć o swoich strachach. Przez moment chciał się nawet zastanowić czego się boi, ale uzmysłowił sobie, że nie byłby to najlepszy pomysł. Przynajmniej Erwin w przeciwieństwie do niektórych ludzi myślał.
    Starał się w głowie nucić jakąś najgłupszą wesołą piosenkę jaką był w stanie sobie przypomnieć.
    — Fajny bajer. Gdybym wiedział, że żyjesz, to pewnie wybrałbym się do ciebie w odwiedziny i powiedział, że chciałbym coś co uczyni mnie nieśmiertelnym. Swego czasu bałem się śmierci. Ale kiedy zaczęła ona być obecna w moim życiu i kiedy sam jej doświadczyłem to tak jakoś…przestałem się jej obawiać. To nic strasznego – powiedział cicho, jakby ze wstydem. Ale naprawdę dla niego śmierć nie była czymś strasznym. Mógłby ją porównywać do różnych rzeczy. Bardziej do czegoś czego człowiek się nie boi ale cholernie nie lubi. Może do jakiegoś sprawdzianu? Uczeń z natury nie lubi sprawdzianu, niektórzy się boją inni nie. Później po napisaniu zazwyczaj emocje opadają i ludzie wiedzą, że nie było to nic strasznego, ale też nic takiego…przyjemnego.
    — Dobra – mruknął. Wychylił się zza winkla i zobaczył coś, czego się nie spodziewał. Prędzej chyba postawiłby na hiszpańską inkwizycję niż na to… - O kurwa… - powiedział opuszczając broń i patrząc przed siebie na ten jebany gąszcz korytarzy To był istny labirynt. – Nie żeby coś…ale wydaje mi się, że jest chyba gorzej niż myślałem.
    Ale może to tylko iluzja? Może chce w ich sercach zasiać ziarno strachu i niepewności?
    — Walić to – mruknął idąc pewnie przed siebie. Powinni jakoś wydostać się z tego miejsca. Najwyżej wymyśli, że boi się lodówki pełnej dobrego jedzenia, to może z głodu nie pomrą.

    Erwin

    OdpowiedzUsuń
  53. Przekrzywił swoją ptasią główkę i spojrzał na Rasputina. Zaskrzeczał, jak to mają w zwyczaju kruki. Wyglądał jak zaciekawiony ptak, który to czasem będzie się wpatrywał przez szybę co człowiek robi w tym pokoju. Zawsze dziwnie się czuł kiedy jakiś zwykły zwierz się na niego spoglądał. Po prostu nie lubił tego jak cholera.
    Skoczył do przodu rozprostował skrzydła i przeleciał kilka metrów dalej, na krokiew bliżej wyjścia. Wcale nie było to spowodowane tym jakimś upośledzonym kruklikiem, ani obecnością Rasputina. Chciał zobaczyć na co wpadnie ten szarlatan. Jeśli zdecydowałby się przywołać kogoś, to no cóż…jeśli padłoby na Lucyfera, to przynajmniej byłoby wesoło, ewentualnie Rasputin zwątpiłby w to, że rozmawia z Lucyferem, może wziąłby diabła za jakiegoś niższego rangą demona, który robi sobie żarty, albo coś?
    Właściwie jeśli chodziło ogólnie o diabły i demony, to chyba tylko Lucek był taki „udany” pod względem nieogaru i całej reszty. Życie było dziwne. Nawet egzystencja diabłów i demonów.
    — Czego szukasz nędzniku? – rozległ się poważny głos. Zwonariew słyszał ten głos tylko…trzy razy w swoim życiu diabła. Samael… - Aaa… Rasputin. Pasterz z małej pipidówki za Uralem, człowiek cara – w tle dało się usłyszeć cichy szyderczy śmiech. – No cóż…wy ludzie jesteście ciekawi, nie powiem. Ale weź ty się tak nie rozglądaj po tej jebanej cerkwi! Nie ma mnie tutaj! Jesteś inteligentnym człowiekiem, znasz swoją wartość. Jesteś lepszy niż car i ta jego cała rodzina. Zasługujesz na coś więcej niż to co teraz masz. Zasługujesz na władzę. Powiedz szczerze, czy nie chcesz tego? Czy nie chcesz władzy? – zapytał. Ivan byłby w stanie przysiąc, że Samael specjalnie to mówi do Rasputina, chcąc go podburzyć, no i być może chce też mu ułatwić zadanie.

    Ivan

    OdpowiedzUsuń
  54. - Walić to. Cieśla, czy pasterz - Ivan mógłby przysiąc, że Samael macha ręką na odczepne. - Lucek!
    - Szego...? Jaa nic...nie wiem - pijany głos Lucjana rozbijał się echem. - Jaaaa niszz niee mammm.
    - Dobra, Lucek. Idź - chwila ciszy. - No cóż, troche w piekle też mamy roboty. Sam dobrze o tym wiesz. Ale dlaczego nie? Władza i wiedza tak ładnie się komponują. Poza tym, wiesz... Skoro sobie rozmawiamy, to dlaczego nie chcesz? Oferujemy ci więcej niż innym ludziom. Twoi rodzice zrobili ci przysługę. Reszta może tylko pomarzyć o czymś takim.
    Zamilkł. Nawet Lucek bełkoczący coś tam w tle też zamilkł i słuchał Rasputina. Zaśmiał się słysząc jego słowa.
    - Zwonariew? On? W życiu - powiedział. - Sprzedał duszę w zamian za kilka drobnych rzeczy.
    - Jego żona miała żyć, miał mieć proste nogi i chciał być przystojny...cóż robiłem co mogłem - śmiech Lucka rozległ się echem.
    Kruk zaskrzeczał i zatrzepotał nerwowo skrzydłami, jakby chciał zwrócić na siebie uwagę.
    - Dziesięć lat temu. Sprzedał duszę, dostał proste nogi...nie wygląda najgorzej. A jego żona cóż...dostała nieco ponad tydzień życia. Niestety nie żyje - zaśmiał się Samael. Trochę kłamał ze Zwonariewem, ale czy ktoś mu zabroni? Poza tym faktycznie kiedyś był jakiś Zwonariew, który sprzedał im duszę. - Ale czemu pytasz? Boisz się go biedaczku?

    Ivan

    OdpowiedzUsuń
  55. - No wiesz...coś bym tam mógł oddać - wzruszył ramionami. Chociaż może to nawet i lepiej że nie przyszedł prosić o nieśmiertelność?
    Kątem oka spojrzał na to jak Rasputin chwycił go za rękę. Miał ją taką przyjemnie ciepłą...no i też spoconą ze strachu. Ale czy on był lepszy? Może i jego ręce nie pociły się tak bardzo ze strachu, ale czuł jak pot spływa mu po karku.
    Był przerażony widząc Rasputina...drugiego Rasputina. Biegł za Cillianem wgłąb labiryntu, a kiedy się zatrzymali oparł się plecami o ścianę. Oddychał ciężko i oglądał się po okolicy.
    - Czym jest do cholery "Czarna Chata"? - zapytał. - I dlaczego kurwa byłeś tam? To jakieś twoje alter-ego? - spojrzał wyczekijąco. Nie wiedział jak może to wszystko nazwać.
    - I dlaczego mówiłeś, że mamy kłopoty jeśli znam się dobrze? - zapytał. Znał się chyba dobrze. Wiedział czego się boi, co lubi a czego nie. Ale to przecież wiedział każdy człowiek. Może Erwin nie ślęczał godzinami nad książkami z psychologii i nie studiował siebie.
    - Musimy się jakoś wydostać... - szepnął cicho. Pomyślał przez chwilę i ten labirynt przypominał mu coś. - Przypomina mi to coś... - mruknął przymykając na moment oczy. Olśniło go! - Idziemy cały czas przed siebie. Na wyczucie. Musimy dojść do środka tego labiryntu - postanowił major. - Chociaż nie chcę w to brnąć.

    Erwin

    OdpowiedzUsuń
  56. Pytał, jakby urodził się wczoraj i zupełnie nie wiedział co się dzieje w jego pracy. A może jego rajcowało to, że jest wkurwiona? Postanowiła zacząć przyglądać się jemu uważniej, może ich cieszy, że wywołują takie emocje na pacjentach? Chociaż ten tu wcale nie musiał się mieszać w jej sprawę, żeby była wściekła, wystarczyły dwa organy władzy.
    - Tam tam, o tam masz wszystko dokładnie wypisane, doktorku - odpowiedziała wyciągając palec w stronę papierów na jego biurku - Czemu pytasz mnie o takie rzeczy, masz mnie za idiotkę? Jeśli chcesz wiedzieć, to wolałabym rozmawiać z tobą o problemie wycinki lasów lub narastającego zanieczyszczania środowiska. Segregujesz śmieci? Wystarczy mi, że muszę tu być, może ułatwisz mi życie i zapiszesz sobie tam na tych zmarnowanych drzewkach, że terapia przebiega pomyślnie, bla bla bla, no wiesz, jakieś tam potrzebne rzeczy, a my tymczasem pogadamy tu sobie o jakiś pierdołach, na spokojnie, bez nerwów, co? - uśmiechnęła się sztucznie do mężczyzny.
    Nie liczyła za bardzo, że się na to zgodzi, ale cóż, warto spróbować. Może jak nie wymyśli nic skutecznego, to zacznie przekupywać go pieniędzmi, naprawdę nie widziały jej się te wizyty, a tym bardziej aby spędzać je na gadaniu o jej problemach, których nie ma. Jest zwykłą, klasyczną wersją siebie, Baby Jagi, no ludzie, czemu nie mogą jej dać spokojnie żyć?

    Jaga

    OdpowiedzUsuń
  57. Przemierzała korytarze szpitala szybkim krokiem, chcąc jak najszybciej dotrzeć do archiwum. Widziała, jak niektórzy członkowie personelu przyglądają się im z ciekawością, jednak nie przejęła się tym zbytnio. Co prawda niezbyt lubiła być pod ciągłą obserwacją – niewątpliwie zostało jej to jeszcze po okresie, w którym Czas wciąż patrzył jej na ręce – jednak nauczyła się już nie okazywać tego po sobie. Im mniej inni wiedzieli o jej wewnętrznych przeżyciach, tym lepiej.
    Lubiła przebywać w piwnicach. Najbardziej lubiła ukryte w nich laboratorium, w którym za każdym razem spotykała coraz dziwniejsze rzeczy. Większość populacji zlinczowałaby ją za przeprowadzane tam eksperymenty, ale w niej chyba jednak zostało nieco z krwawej Królowej Kier, skoro z lubością przeznaczała ogromne sumy na rozwój tych badań. Oraz na ukrycie ich przed resztą społeczeństwa.
    - Bardzo miłe – odparła, udając, że nie zauważyła sarkazmu.
    Nie siląc się na dalsze odpowiedzi, wpisała kod i pociągnęła za uchwyt metalowych drzwi, gdy tylko blokada ustąpiła z cichym szczęknięciem.
    Lubiła przebywać też w archiwum. Uwielbiała wręcz zapach starych kartek, który dotarł do jej nozdrzy wraz z przekroczeniem progu pomieszczenia.
    Długie rzędy regałów niknęły w ciemnościach, nie pozwalając na dostrzeżenie, jak ogromne było pomieszczenie.
    - Regały dotyczące psychiatrii i psychologii są na prawo, na samym końcu – rzuciła w kierunku psychiatry i ruszyła, wyciągając przed siebie komórkę. Włączyła latarkę i nie odwracając się za siebie, skierowała się w głąb pomieszczenia.

    Verity

    OdpowiedzUsuń
  58. — Zajebiście kurwa – prychnął Erwin. Zirytowało go to, wiedział jak działa na niego stres, a jeszcze gdyby się okazało, że jego doppler wyszedł z Chaty, to już w ogóle! – Zajebię go i kurwa wyjdę z tej jebanej Chaty – warknął wściekle.
    — Świetnie – powiedział. Jeśli jego doppler potrafi to samo co on…to musiał zacząć myśleć tak samo jak on. Przypuszczał, że nie pojawi się teraz, dopiero później, kiedy zaczną się zbliżać do wyjścia. Gdyby on był swoim Dopplerem, to czekałby albo w połowie drogi do wejścia, albo obserwowałby ich z ukrycia i wyczekiwał odpowiedniego momentu.
    — Faktycznie. Musimy dostać się pierwsi do wyjścia. Zanim nasze dopplery to zrobią – pociągnął go w lewo. Paręnaście kroków później w prawo. Następnie prosto przez jakiś czas, aż przystanął nieco przerażony.
    — Suprise! – krzyknął doppler pojawiając się przed Erwinem i Rasputinem. Doppler Königa, miał w ustach papierosa i uśmiechał się szyderczo. – Tęskniłeś, prawda? – zbliżył się do majora, który celował w niego z broni. – Och, nie wygłupiaj się Erwin! Przecież mnie nie zabijesz…
    König poczuł, jak ktoś ciągnie go w przeciwnym kierunku i dziękował mu w myślach, bo nie wiedział co zrobić.
    — Świetnie….moja teoria wzięła w łeb – powiedział biegnąc za Cillianem. W pewnej chwili przystanął i uśmiechnął się niczym obłąkaniec. – Wiem o co chodzi – powiedział łapiąc oddech. – Ta Chata…jest jakby…ona działa na opak. Załóżmy, że idziemy w lewo to tak jakbyśmy szli w prawo, gdzie nic nie ma i jest ślepy korytarz. Musimy działać tak jakbyśmy nigdy nie postąpili – powiedział. Może było to idiotyczne, ale pojawienie się jego dopplera naprowadziło go na ten trop.

    Erwin

    OdpowiedzUsuń
  59. Słysząc pytania zamyślił się na chwilę, po czym zaczął mówić, pochylając się na krześle.
    - Wszyscy tu są tacy ponurzy. Nudni. Większość myśli tylko o tym, jaką mieli smutną przeszłość i się tym zadręczają. Nie lubię tych brzydkich, wykrzywionych twarzy - stwierdził. - Szukam sposóbów by ich rozweselić. Prawie wszyscy jesteśmy baśniowcami i mamy szansę poprawić swoje życie tutaj, mamy czystą kartę, nie? I nikt z tego nie korzysta! - zawołał wyrzucając ręce do góry, a potem uprzytomnił sobie, że nie takie było pytanie. - Zazwyczaj biorę ciasteczka i je zsyłam na śnieżkach. To jest bardzo miłe moim zdaniem. Ale też rzucam śnieżkami, nie zawsze celując w daną osobę. W zasadzie tylko do śnieżek się ograniczam, bo jeśli ktoś chce się ze mną pobawić to na przykład zabieram nas gdzieś dalej i robię lodowisko. Nic wielkiego. - wzruszył ramionami.


    Jack

    OdpowiedzUsuń
  60. — Nie! Gówna nie ma! – krzyknął Lucyfer. – Ale mamy trzy kilo nichuja, chcesz? – zapytał. – No i w ogóle…to… KTO KURWA DONIÓSŁ?! KTÓRY TO TAKI ŚMIESZEK?! – krzyknął, kiedy usłyszał co powiedział Rasputin. On był trzeźwy…czasami. Ale był!
    — A widzisz…jednak czasem i tacy są potrzebni, prawda Grigorij? – zapytał Samael.
    Nic nie mówił. Rasputin miał rację, nie słuchał go i miał to gdzieś, człowiek nigdy nie będzie potężniejszy od Boga i Diabła, tego był pewny. Poza tym Ivan da sobie radę, głupi nie był. Zaufany demon, poza tym i tak nie przepadał za Rasputinem.
    Zwonariew widząc co Rasputin robi, wzbił się do lotu. Zamierzał wrócić do swojej kwatery ale najpierw poleciał w jedno miejsce. Przycupnął na gałęzi, z której był idealny widok na pokój małego carewicza. Światło było zgaszone, spał, jak większość. Po tym „obchodzie” powrócił do siebie.
    Przemienił się z powrotem w człowieka i przysiadł na łóżku. Musiał pozbyć się Rasputina, bo przeciągnięcie go na swoją stronę nie wchodziło w grę. Należało pozbyć się tego szarlatana, swoistego rywala….
    Oraz Cara razem z jego całą rodziną. Tak…musiał to zrobić, pozbyć się ich, a Lenin pomoże, ale jeszcze nie teraz. Teraz to musiał namieszać na froncie. Ale tym to zajmie się Belzebub.
    On musiał pozyskać tutaj sojuszników…nawet wiedział kogo. Oficerowie, szlachta, oni mu pomogą, później się ich pozbędzie. Temu państwu potrzebna jest diametralna zmiana i dobrze o tym wiedział.
    **
    Rano obudził się…a właściwie bezczelnie go obudzono.
    — Bykow… - warknął wściekle widząc swojego adiutanta. – Czego?
    — Caryca… - wydukał tylko. Ivan uśmiechnął się na myśl, że ta raszpla nie żyje, ale dalsze słowa pozbawiły go tej radości. – Wzywa w trybie pilnym.
    — Już. Ubiorę się i ogolę, zaraz będę – jęknął. Szybko się ubrał, nawet nieco usztywnił swoją nogę, żeby stwarzać pozory tego, że się goi. Rękę umiejscowił na temblaku i wyszedł podpierając się ściany. Chwycił od Bykowa kulę i ruszył przed siebie.
    — Wrócił? – zapytał. Bykow natomiast milczał…czyli nie wiedział.
    **
    — Wzywała pani – powiedział wchodząc do sali tronowej. Trzymał się bardzo dobrze. Pomimo tego wypadku, który miał wczoraj miejsce. Nie umknęło to uwadze carycy. – To nic poważnego, zapewniam. Tylko złamanie…ale Rasputin postawił mnie na nogi, jak zresztą widać – uśmiechnął się lekko do kobiety.
    — Słyszałam o tym nieszczęśliwym wypadku. Ale widzę, że jednak doktor – Ivan nieznacznie skrzywił się słysząc to słowo – Rasputin nie próżnował. – Aleksy chciał wybrać się na polowanie w najbliższym czasie.
    — Najlepiej będzie za dwa dni. Będę cały a i też…przypuszczam, że zwierzyny więcej będzie. Tego jestem pewny – uśmiechnął się kątem ust. – A i myślę, że w tym czasie i Rasputin będzie…uchwytny. Bo z pewnością caryca pomyślała o nim, gdyby carewicz miał…atak – dodał. – Myślę, że on nie odmówi – na ułamek sekundy jego oczy stały się całkowicie czarne, ale zaraz powróciły do normy.

    Ivan

    [Co powiesz na wtargnięcie Rasputina? Albo od razu przejście do polowania, gdzie Rasputin może chcieć coś od Ivana wyciągnąć? ;) Może upewnić sie, że diabły nie wpuszczają go w maliny?]

    OdpowiedzUsuń
  61. [ Hej!
    Nie miałabym nic przeciwko ;) Właśnie też się zastanawiałam czy coś się stało z Pendragon, że tak się nie odzywa... Ale w sumie sama też mam zapiernicz i rzadko odpisuję, więc x)
    W każdym razie nie mam nic przeciw ;) ]

    Huckelberry

    OdpowiedzUsuń
  62. Miało się tą siłę przekonywania, oraz zmysł organizacyjny, prawda? Gdyby Ivan mógł, to normalnie uwieczniłby to wszystko dla potomnych. Mogli się uczyć od tego polskiego diabła! Przecież to był naprawdę nie lada wyczyn!
    Trochę obawiał się tego wszystkiego. Niby straż przyboczna była…ale ciągle za duża liczba, żeby pozbyć się carewicza, albo żeby spowodować jakiś wypadek. Zbyt wielu ludzi, chociaż i tak udało mu się ubłagać resztę, żeby nie brać zbyt wielu osób bo się zwierzyna spłoszy. No ale nie! Dzieciak jest bardziej strzeżony niż największy bank na świecie!
    Może geniuszem nie był, ale myśleć potrafił. Nie zamierzał zostawiać Rasputina samego w obozowisku. No i też nie zamierzał polować wraz z carewiczem. Dlatego nietrudno się domyśleć, że powiedział, że noga go boli i musi odpocząć, a zważywszy na to, że chyba każdy wiedział o kontuzji jakiej nabawił się Zwonariew, to pozwolono mu zostać.
    Obserwował Rasputina. Nawet nie udawał, że jest inaczej. Kiedy znachor poszedł w głąb lasu, diabeł podążył za nim niczym cień. Nie bawił się w udawanie, że zależy mu na tym aby pozostać niezauważonym. Chciał żeby wiedział o jego obecności.
    — Czego chcę? – zapytał uśmiechając się zupełnie tak, jakby usłyszał właśnie najlepszy żart. – Doskonale wiesz czego chcę… Nie różnię się pod tym względem od nikogo. Od żadnego człowieka. Chcę władzy, bogactw…może też wszystkich kilometrów Imperium Rosyjskiego – powiedział zupełnie szczerze. Podszedł kilka kroków w kierunku Rasputina.
    Ivan miał ręce w kieszeniach, uśmiechał się pod nosem.
    — A ty? Ty tego nie chcesz? – zapytał szczerze. – Wyobraź sobie jak ten mały szczyl jest na twoje każde skinięcie palcem. Jeśli zechcesz będzie ci własnym językiem czyścić ubłocone buty. Nie chcesz tego? Władzy, niczym nieograniczonej władzy, która będzie trwać aż po kres twojego życia – powiedział i wskazał palcem w klatkę piersiową Rasputina. – Car wraz z rodziną, będą leżeć u twoich stóp i błagać cię, ludzie będą wznosić ci pomniki, będą cię czcić niczym Boga. Będziesz mógł być Bogiem, bo kto ci zabroni? Banda chłopów? A może arystokracja? – przekonywał. Chociaż wiedział, czego Rasputin pragnie tak właściwie. – Pomyśl! Będziesz mógł bezkarnie wykonywać eksperymenty na ludziach i nikt nie będzie wiedzieć o tym co dzieje się w twojej pracowni. Stworzysz sobie harem, bo nie mów mi że żyjesz w celibacie – na twarz Ivana wpełzł szyderczy uśmieszek.

    Ivan

    OdpowiedzUsuń
  63. Erwina średnio obchodziło to w jaki sposób się tutaj znaleźli i dlaczego tak się stało. Zależało mu na tym żeby się wydostać z tego miejsca. Nie po to umarł w Stalingradzie na polu bitwy, żeby zdychać drugi raz w jakiejś popierdolonej chacie!
    Nie po to bzykał się z demonem żeby teraz skończyć jako pokarm dla jakiegoś strażnika! Nie takie było prawo bajek, żeby głowni bohaterowie ginęli!
    Ale König wiedział niestety, że ani on ani Cillian nie pochodzą z żadnej bajki. Byli postaciami legendarnymi i niestety obaj zginęli…no a przynajmniej Erwin został zabity przez Zajcewa. Co do Rasputina to nie był pewny. Może kiedyś się go zapyta o to, jak to właściwie z nim było?
    Major odsunął się lekko od psychoterapeuty i spojrzał na niego zszokowany. Zaraz jednak się przysunął i równie cicho szepnął do jego ucha:
    — Ruchałem ci siostrę – tego w życiu nikomu by nie powiedział. Poza tym…w sumie mógłby powiedzieć, że też go kocha, ale to było takie…spodziewane. A z tą siostrą, to nie do końca. Poza tym było to tak głupie, że aż śmieszne.
    — Dobra…chodź – szarpnął Cilliana za sobą. – Właściwie, to czy tych Dopplerów można zabić? – zapytał z ciekawości. – No i też… Mam prośbę. Jeśli umrę, czy coś to zabij albo pozbądź się tego Dopplera mojego, okej? – spojrzał na niego . Nie żartował. Nie będzie też żartować, jeśli każe się zabić…albo coś. Był skory do poświęceń, chociaż uważał się trochę za tchórza.
    Niby oswoił strach związany ze śmiercią, bo właściwie to śmierć nie była aż tak straszna. Ale jednak wciąż, gdzieś tam w niby był strach.
    Zatrzymał się i spojrzał na to wielkie coś, co nazywane było Strażnikiem. Uśmiechnął się głupkowato.
    — Wiej. Znajdę cię – powiedział niemalże szeptem. Nie zamierzał się zabijać w jakikolwiek sposób…chociaż pomysł był co najmniej karkołomny. Zamierzał wkurzyć tego strażnika, żeby Cillian mógł oddalić się. On sobie da radę, dadzą sobie radę.
    — Ej ty! Brzydal! – krzyknął do Strażnika. – Cześć! Grałeś kiedyś w berka? Nie? No to chodź…Złap mnie – powiedział po czym chwycił leżący kamień na podłodze i cisnął nim w kierunku Strażnika. Po tym zaczął uciekać w przeciwnym kierunku.
    Słyszał jak biegnie za nim, to dobrze. Niemiec skręcił w jedną z odnóg korytarza. Biegł przed siebie, przeskakiwał nad zwalonymi kartonami, przeciskał się pomiędzy pozostawionymi rzeczami.

    Erwin

    OdpowiedzUsuń

Szablon wykonany przez drama queen. Obsługiwane przez usługę Blogger.