poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Ziemia pęka nadzieją, rodzi się południca



28 LAT  ― POŁUDNICA ― SŁOWIAŃSKIE KORZENIE; Pochodzi z Ukrainy ― REDAKTORKA ― Prowadzi prywatne terapie rysunkowe ― KSIĄŻKI, WIERSZE, SZKICE I RYSUNKI  pozostałe

Prawie zawsze tam przesiadywała. Na jednym brzegu rzeki, na tym samym zarośniętym mchem kamieniu, trzymając w dłoniach identyczny skórzany notes, obserwując tworzące się na tafli wody wzory, wysłuchując śpiewu ptaków, które niedaleko założyły gniazdo. To było jej ulubione miejsce. Oddalone od wioski w której mieszkała, od wszystkich zmartwień i obowiązków, ludzi którzy wciąż i wciąż chcieli od niej tego, czego ona nie mogła zaakceptować. Nie pasowała do nich. Do takiego życia, zwyczajów, nieustannej, ciężkiej pracy pośród zbóż, kiedy słońce parzyło czubki głów, rozświetlało obraz wokół. Niektórzy ją uwielbiali. Dzieciaki sąsiadów wciąż skradały się wieczorami do jej pokoju, gdzie opowiadała im bajki, czytała napisane przez siebie wiersze i dramaty. Ale byli tacy, którzy uważali ją za dziwną, inną. Wierzyli, że pod warstwą bladej skóry i grubych, czarnych włosów, kryje się wiedźma. Demon czyhający na ich nieostrożność, aby mógł wreszcie wyjść na zewnątrz, zniszczyć wszystko co go otacza.
Nie sądziła, że kiedykolwiek pozna kogoś kto ją zrozumie, wysłucha. On od pewnego czasu, ukrywając się za grubymi pniami drzew wpatrywał się w jej siedzące nad wodą ciało, stopy zamoczone w przezroczystej substancji, czarne jak noc włosy przełożone przez ucho. Nigdy nie dowiedziała się od jak dawna ją obserwował, kiedy pierwszy raz znalazł jej małe sanktuarium, świątynie w której mogła wreszcie zaznać spokoju, być tym kim jest naprawdę. Ale wreszcie go zobaczyła. W kolejny upalny dzień lata, słońce odbijające się od czystej skóry, jasne włosy połyskujące w świetle dnia. Zaczęli od niewinnej rozmowy, dłużącej się aż do wieczora. Kolejne wolne chwile znów spędzali siedząc na jednym i tym samym kamieniu, wpatrując się we własne, głębokie oczy i próbując wyczytać z nich ich skrywane głęboko tajemnice, sekrety którymi nie zdążyli się podzielić. Nie wiedziała kiedy ten czas tak szybko zleciał. Opowiadała mu o sobie, kiedy on dzielił się tym samym. Sądziła, że ją rozumie. Że właśnie mu może wreszcie zaufać. W końcu zaczęła coś czuć. Ciepło rozwijające się w jej sercu za każdym razem gdy go widziała, to przyjemne poczucie bezpieczeństwa kiedy siedział zaraz obok niej. Po roku kiedy jej rodzice usłyszeli o ich przyjaźni, dostając zgodę od rodziny jej jedynego przyjaciela, urządzili dwójce ślub i wesele. Marzyła o tym dniu, że razem w jego ramionach wyjadą z tej przeklętej wioski, dotrą do prawdziwego, dużego świata. Tam gdzie będzie mogła być sobą, gdzie nikt nie uzna ją za inną, przeklętą. Kochała go. Widziała w nim tego kogo zawsze poszukiwała. Czuła zrozumienie, ulatujące z niego ciepło. Uśmiech kierowany w jej stronę, zawsze rozpromieniona twarz. 
Wtedy zaczął się koszmar. Gdy wyjechali na dwóch rumakach w stronę małej chatki znajdującej się za lasem, niedaleko jej ulubionego źródła, gdzie przebywała większość czasu. Tak miała spędzić najważniejszą noc w swoim życiu. Zdejmując z głowy wianek pełen chabrów, nie widziała leżącego na stole ostrego narzędzia. Jak bierze go do ręki, kierując się cichym krokiem w jej stronę. Dopiero rozpalający ból w udzie dał jej do zrozumienia, że coś jest nie tak. Czuła jak gorąca substancja tworzy na jej bladej nodze ścieżki, wciąż wydobywa się ze świeżej rany. Wtedy kolejny cios wylądował w jej drugiej nodze, rozprowadzając palący ból po wszystkich kończynach. Upadła na twarde drewno, nie mogąc dalej ustać o własnych siłach. Odwróciła się w jego stronę, spoglądając mu w twarz tymi zielonymi, ogromnymi oczami. Pytała dlaczego, łzy powoli zaczęły wypływać z jej oczu, parzyć policzki. Już się nie uśmiechał. Nie czuła wydobywającego się z niego ciepła, bezpieczeństwa. Widziała w jego ślepiach nienawiść, pogardę do jej drobnego ciała, do tego kim jest. Szarpnął ją za burzę czarnych włosów, wyprowadził z małej drewnianej chatki, wsłuchując się w jej wrzaski, jak jej głos niknie pomiędzy otaczającymi ich drzewami, roznosi się w noc aby tylko skradające się po lesie stworzenia usłyszały jej błaganie o pomoc. Słyszała jego niski, wściekły głos, jak tłumaczył jej że teraz nie zaszkodzi już nikomu. Nie zniesie na ich ziemie plagi i innych nieszczęść. Już nie wiedziała kiedy poczuła na szyi zaciskający się szorstki materiał, sznur który oplótł jej gardło. Chociaż próbowała trzymać się drewnianego palu podtrzymującego mały daszek studni, on był silniejszy. Wepchnął ją w otchłań krynicy, patrząc jak jej drobne ciało odbija się od twardych kamieni, jak jej czaszka pęka odbijając się od kolejnego wystającego pręta. Zawisła. Zapomniana i znienawidzona. Zmora całej wioski, wreszcie ukryta na samym dnie studni, gdzie już nikt jej nie znajdzie.
Nie sądziła, że jeszcze kiedyś zobaczy światło dnia, wodę obijającą się o brzeg lądu, liście przemieszczające się pomiędzy drzewami. Ale otworzyła oczy. Już nie jako ta dawna dziewczyna, jako młoda, przeklęta Valerie. Widziała tylko otaczające ją łąki i pola. Robotników czających się wśród zbóż, w pełni pracy, zaraz w południe kiedy słońce najbardziej przeszkadzało im w wykonywaniu obowiązków. Trzymała w ręce sierp, a rosnąca w niej nienawiść kazała jej ruszyć przed siebie i zbierać ludzi do własnego tańca śmierci. Rany na nogach wciąż parzyły, szyja bolała od grubego sznura, chociaż połowa szczęki odleciała podczas podróży na samo dno studni. Spojrzała przed siebie, na swoje pierwsze i kolejne ofiary. Na wszystkich tych, którzy chcieli jej śmierci od tak już dawna. Teraz była przeklęta. I gotowa zabijać. Ty będziesz pierwszy, Luba.


polecam najechać na dolny pasek ramki


Wizerunku użyczyła Felicity Jones, cytaty to Kazimierz Grześkowiak W południe. Jak zawsze jestem chętna na różnego typu powiązania i wątki. Potrzebujemy mocnych dramatów, akcji i romansów. Mam nadzieję, że Valerie jako tako się przyjmie i że wszystko jest lore friendly (czyt. nie zrąbałam). Za wszelkie błędy przepraszam, ale po piątym razie czytania własnych wypocin miałam już serdecznie dosyć. Nie wiem dlaczego strasznie stresuję się publikacją tej karty (może dlatego, że jest paskudna idk). Szukamy dzielnej osóbki, która weźmie się za martwego męża. Nie mam nic do ukrycia!

              

98 komentarzy:

  1. [Witam pięknie koleżankę z pracy. :)
    Karta jest przepiękna i pod względem wizualnym i jeśli chodzi o treść. Poza tym uwielbiam słowiańskie legendy, więc pochłonęłam kartę z wielką przyjemnością. Cudeńko! <3
    Życzę dużo weny i wątków, no i koniecznie zapraszam do siebie. Niby mam tu dwie postacie, ale chyba przez wspólną pracę łatwiej i ciekawiej będzie nam coś wymyślić z Owenem. O ile rzecz jasna masz chęć. ;)]

    Owen / Percy

    OdpowiedzUsuń
  2. [Cześć! Witamy serdecznie na blogu! :D
    Jej, cudna ona jest! Bardzo ładne opisy, podoba mi się taki styl ;) Podbijam pochwałę Prezydenta - brawa za słowiańską postać :D
    Życzę samych ciekawych wątków i mam nadzieję, że zostaniesz z nami na długo :D
    Zachęcam do wzięcia udziału w nowej zabawie "Co by było, gdyby..." :)]

    Administracja & Lucy

    OdpowiedzUsuń
  3. [Jaka ona cudna! :) Przyznaję, że niecnie podglądałam kartę kiedy się tworzyła. Jest genialnie, nie mam pojęcia czemu stresowałaś się publikacją. Mnie ta historia zauroczyła, bo jest pięknie opisana. Już ją lubię! Miłej zabawy życzę i zapraszam do siebie. Do wyboru pan rycerz i pan smok. ;)]

    D&D czyli Duncan&Drake

    OdpowiedzUsuń
  4. [Przepraszam za zakrycie takiej pięknej i szczegółowo dopracowanej karty. Mogę jedynie dołączyć do przedmówców i pozachwycać się Valerie - pomysłem na postać, przepięknie opisaną historią i śliczną kartę. :) No i w razie czego również zapraszam na wątek, jeśli masz ochotę.]

    Nuada

    OdpowiedzUsuń
  5. [Cześć! Pojawiam się tu z lekkim opóźnieniem, za co przepraszam, ale okropny ze mnie leń. Postać bardzo fajna, południca kojarzy mi się z moim ukochanym Wiedźminem, więc zapraszam na wątek, jeśli będą chęci. :)]

    Terrence Burton

    OdpowiedzUsuń
  6. [Witam z lekkim opóźnieniem, niemniej jednak bardzo serdecznie i ciepło witam w naszych skromnych progach :D Dużo zabawy, sporo weny oraz samych wspaniałych wątków życzę :D]

    Lucek
    Will
    Ivan

    OdpowiedzUsuń
  7. [W Empiku jest taka fajna książka o słowiańskich stworach, o ile dobrze pamiętam, no i zawsze chciałem ją mieć, ale niestety moja pamięć bywa kapryśna, więc ostatecznie po prostu się na nią czaję już od paru miesięcy. :D A wszystko przez tego cholernego Wieśka, który obudził we mnie miłość do tych dziwactw! Co do wątku, to musisz mi najpierw powiedzieć, jaki rodzaj relacji wolisz - pozytywny czy negatywny? Bo jeśli chodzi o mnie, to ostatnio mam ochotę tylko na pisane raczej śmiesznych pierdół, dlatego jak coś to z czymś poważnym może być problem. XD]

    Burton

    OdpowiedzUsuń
  8. [Hej hej! Dziękuję za powitanie, z lekkim opóźnieniem, bo dopiero teraz zorientowałam się, że przydałoby się odpisać. XD No ale cóż, Jestem zawsze otwarta na wątki, chociaż przyznam, że potrzebuję delikatnego popchnięcia mnie w tym kierunku i małego poinstruowania. Feliks z chęcią pośledzi kolejną "nadnaturalną istotę" jak to on określa :D ]

    Feliks Domagacki

    OdpowiedzUsuń
  9. [Przyszedł mi do głowy taki dość banalny pomysł, jak wspomniałaś o Trip Trap. :D Wstawiony Burton mógłby wdać się w kłótnię (lub filozoficzno-polityczną dyskusję) z jednym z trolli, które do najmądrzejszych stworzeń nie należą, a Val chciałaby stworzyć o tym jakąś wzmiankę do gazety, jako redaktorka.]

    Burton

    OdpowiedzUsuń
  10. [O to tym bardziej jako powracająca duszyczka muszę Cię porwać do wątku, żeby też Cię Fable wciągnęło. :)
    Co do pomysłów to w sumie pierwsze co mi przyszło do głowy to wysłać Nuadę na terapię rysunkową, niech poćwiczy oburęczność. xD A tak z innych pomysłów, chodzi mi też po głowie jakieś spotkanie z przeszłości. Dziki Gon był w sumie obecny w każdej kulturze, więc i Nuada mógł się kiedyś pojawić na słowiańskich ziemiach. Mogli wówczas się spotkać jako dwójka upiorów - w końcu południca i jeden z dowódców gonu. Bo opcji spotkania za życia raczej za bardzo by nie mieli. Ewentualnie też można zahaczyć o znajomość z Fabletown. Może pojawienie się wkrótkim czasie wielu Baśniowców z Dzikiego Gonu zaniepokoiło mieszkańców, a Val miała napisać o tym artykuł z wyjasnieniem sytuacji? Coś pomogłam?]

    Nuada

    OdpowiedzUsuń
  11. [Dzień dobry, dziękuję bardzo za miłe słowa :)
    Pomysł z medium sam przyszedł mi do głowy jak zaczęłam myśleć o notce na aktualne wydarzenie, potem o tym że Oz przed Krainą Oz pracował w cyrku jako kuglarz, wtedy od razu przyszło skojarzenie z Mentalistą (kocham! <3) no i pomysł medium pojawił się sam. Jako że notka na wydarzenie nie jest pewna (ale być może się pojawi) postanowiłam mimo wszystko wzmiankę o medium zawrzeć w samej karcie, bo bardzo mi do niego pasuje.
    Zawsze się tu dobrze bawię, i mam nadzieję że i tym razem się to nie zmieni. Chęć na wątek mam wielką, bo Twoja pani mnie totalnie zauroczyła. Niestety z pomysłami zawsze mam problem, ale odwdzięczę się zaczęciem jeśli coś podeślesz. Nie musi to być od razu gotowe powiązanie, lubię też zacząć na spontanie i potem rozwijać relacje.]

    Oscar Wielki i Potężny

    OdpowiedzUsuń
  12. [Nie wiem czy dystrybuowanie w sensie rozumienia Casha jest plusem Fabletown... xD
    Słowiańskie legendy są zawsze bardzo magiczne, dlatego tak strasznie podoba mi się twoja Valerie. Nie wiem dlaczego, ale skojarzyła mi się trochę z Rachelą z Wesela oraz Jagną Paczesiówną może przez to, że tak odróżniała się od innych i po prostu urodziła w miejscu dla niej nieprzeznaczonym.
    Możemy napisać wątek, ale nie wiem w jakim kierunku chcesz uderzyć - czy bardziej zawodowym pod względem redaktorskim Val czy typowo delikatnie kobiecym i jej fascynacją książkami, ale też niebezpiecznym pod względem tego kim jest Cash.]

    Cash

    OdpowiedzUsuń
  13. [No wiesz, w tamtym czasie to on był widmem polującym na ludzkie dusze, więc można uznać, że trafił swój na swego. W każdym razie krzywdy by na pewno sobie nie zrobili skoro oboje byli już martwi. xD Możemy tak zrobić. W sumie to mogą też skojarzyć, że już się spotkali dopiero po jakimś czasie, kiedy np. wyniknie to jakoś z rozmowy. Ewentualnie jakby zobaczył ją w prawdziwej postaci to pewnie z miejsca by ją rozpoznał. :)]

    Nuada

    OdpowiedzUsuń
  14. [Cóż, wszystko mogłoby niebezpiecznie zmierzać w kierunku rękoczynów, a potem Burton i Val musieliby uciekać przed rozwścieczonym trollem. :) Mogę zacząć.]

    Burton

    OdpowiedzUsuń
  15. [Jak byłam mała, to babcia (wychowałam się na takiej typowej wsi zabitej dechami, rozumiesz: psy puszczone luzem, krowy na drogach, same pola dookoła itp.), straszyła mnie południcami. Jezu, jak ja się ich bałam, uwierz :D

    Dziękuję bardzo za miłe słowa i oby rzeczywiście tak było, bo chciałabym w końcu gdzieś zostać na dłużej :)
    Pozdrawiam cieplutko!]

    Gabe

    OdpowiedzUsuń
  16. [Pomysł cudowny. To ja zacznę, daj mi chwilę :)]

    Oscar Wielki i Potężny

    OdpowiedzUsuń
  17. [Ok możemy pójść w tę stronę, ale negatywny artykuł napisany przez dziennikarkę nie do końca obiektywną pod względem Puddin N'Pie chyba dałoby wybronić kc pomimo prawa prasowego :) Mogę się jednak mylić!
    Uregulować pewne sprawy z pracownicami mianowicie zapewnić im dobro osobiste oraz bezpieczeństwo po sprzedaniu informacji o pracodawcy? O to byłaby bardzo, bardzo ciekawa rozmowa :)
    Co za artykuł chciałabyś dokładnie napisać? :D O tym jak PN'P szerzy ferment i grzeszność czy wejść w jakieś głębsze interesy uczciwie zarabiającego przedsiębiorstwa? :)]

    Cash

    OdpowiedzUsuń
  18. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  19. Alkohol potrafił diametralnie zmienić zachowanie człowieka, a Terrence był chyba jednym z lepszych przykładów potwierdzających tę teorię. Zazwyczaj cichy i spokojny facet, doskonale wiedzący kiedy ugryźć się w język, po kilku głębszych stawał się największym filozofem na świecie, a do tego znawcą polityki, o której tak naprawdę nie wiedział nic. Ba, nie był nawet w stanie powiedzieć, w jakim miesiącu odbyły się ostatnie wybory prezydencie w Stanach Zjednoczonych. No ale tak naprawdę co z tego, skoro i tak zawsze kończyło się na bezsensownej paplaninie i sporach z nieco lepiej zorientowanymi osobami, ogarniającymi temat chociaż trochę. Po prostu musiał sobie pogadać, bo inaczej nie byłby sobą. Spożyte promile naprawdę mu szkodziły.
    Siedział przy barze w „Trip Trap”, łokciami opierając się o blat. Obsługiwał go jeden z zatrudnionych tam trolli — dość głupawa istota, ledwo będąca w stanie zbić słowa w zdanie. Z jednej strony wręcz idealny partner do dyskusji na „życiowe” tematy, a z drugiej stworzenie, które nie byłoby w stanie zasznurować własnych butów, nawet gdyby takowe posiadało. Tylko największy desperat podejmowałby się kłótni z trollem, do tego na oczach tylu osób. Albo po prostu ktoś, kto naprawdę nie ma co ze sobą zrobić, a Burton zdecydowanie do takich należał. Nigdy w życiu nie miał pracy, nawet nie próbował szukać. Nikt nie wiedział, jakim cudem udało mu się lata temu zgromadzić małą fortunę, teraz pozwalającą na życie we w miarę przyzwoitych warunkach. On sam nie lubił o tym mówić. Portfel nie świecił pustkami, a i na kilka kolejek w barze zawsze starczyło. Może gdyby jakaś dobra dusza podjęła się wyzwania, jakim jest zapanowanie nad Burtonem, to nie doszłoby do raczej spektakularnej kłótni.
    — Gówno wiesz, bezmózgu. — z hukiem odstawił prawie pustą szklankę na blat. Zwracał się oczywiście do przygłupiego barmana. Ostatnie kilka minut spędzili na dyskutowaniu o polityce prowadzonej przez demokratów i ich konkurentów, czyli republikanów.
    W odpowiedzi na obelgę z gardła trolla wydobyło się coś przypominające ciche warknięcie.
    — Ja mieć rację. — rzuciło stworzenie, opierając się masywnymi pięściami o dzielący ich blat. Usilnie próbował wzbudzić w Burtonie strach, a do tego poprzeć swoją teorię na temat przewagi republikanów nad demokratami, z czym wstawiony Ter mocno się nie zgadzał. Zdecydowanie był zwolennikiem tych drugich.
    Terrence chwiejnie podniósł się z krzesła. W głowie układał już sobie kolejną odpowiedź na poziomie ameby umysłowej i kompletnego pijanego chama. Nawet nie zauważył, że już stali się obiektem zainteresowania zgromadzonych w barze ludzi. A szczególnie pewnej kobiety.

    [Jeśli jest słabo, to mnie nie zjedz. :)]

    Burton

    OdpowiedzUsuń
  20. [Ciężko mi powiedzieć, dziennikarstwo to nie moja branża :)
    To bardzo przykre i krzywdzące pokładać grzechy poprzedniego właściciela na nowego. Wcale nie musi być taki zły, a wystraszone Georgie'm pracownice pewnie nie do końca się jeszcze przestawiły na "nowy system" :)
    Cóż na pewno to zrobi jeśli znowu rozszerzy nieprzyjemną famę wokół Puddin N'Pie. Co powiesz na to, że Valerie wejdzie do środka PN'P znajomym jej tylnym wejściem, ale zamiast pracownic zobaczy tam tylko Casha i jedną niezbyt chętną do współpracy dziewczynę? :)]

    Cash

    OdpowiedzUsuń
  21. [Pomysł świetny, sama bym lepiej nie wymyśliła. Co do Feliksa, gdyby zobaczył, istoty z innego świata kolejny raz, to albo padłby na zawał, albo jego zafascynowanie i ciekawość wzrosły dwustukrotnie XD. No, w każdym razie wątek byłby jak dla mnie intrygujący, może nieco zabawny i jestem jak najbardziej za, o ile i ty zechcesz pisać z moim upierdkiem c:.]

    Feliks

    OdpowiedzUsuń
  22. [Wowow, jaka piękna karta! Wybacz, że zaczynam od takiej sztampy, ale jest cudowna! *____* Czeeeść, serdecznie dziękuję za powitanie i przemiłe słowa – zwłaszcza, że się bałam, że Bells będzie przerysowana i „zbyt cierpiąca”. Valerie jest natomiast ge-nial-na! Łączy w sobie to, co wprost kocham (już pomijając świetny wizerunek, który uwielbiam, a który pasuje do opisu), ale nawiązanie do słowiańszczyzny to dla mnie miód na serce. <3 Kocham tak cudownie rozbudowane karty, szczególnie jeśli ktoś umie pisać – a tutaj niewątpliwie mamy tego przykład, także nie wiem, co marudzisz. Jeśli zaś chodzi o powiązanie naszych postaci: jestem totalnie za. Jeśli nie będzie Ci przeszkadzało, że Val będzie mieszkała na Sesame Street (XD), to bardzo chętnie – może nawet do terapii wypożyczać książki z biblioteczki Annabelli, a czasem przesiadywać w rogu księgarni i przygotowywać się do spotkań z pacjentami. Też uważam, że panie się dogadają – Val mogłaby być głosem rozsądku panienki Chevalier, która wciąż opłakuje męża i takie tam, w końcu sama została mocno skrzywdzona (delikatnie rzecz ujmując), więc na pewno się zrozumieją. ;]

    oczarowana i wdzięczna BELLA CHEVALIER

    OdpowiedzUsuń
  23. [Błagam, wręcz na klęczkach, żebyś ty zaczęła. Czuję się nad wyraz niepewnie i jak już wspominałam kilkadziesiąt tysięcy razy, dopiero zaczynam na takich blogach, więc ładnie proszę o prowadzenie za rączkę XD ]

    Felek

    OdpowiedzUsuń
  24. [To koniecznie więc ją przenoś – na SS (hehe) jest super! Dzięki temu możemy z nich zrobić takie BFF na serio i w sumie… znacząc wątek. : D Myślę, ze rozpocząć możemy już na etapie, w którym panie się znają i po prostu Valerie wpada do Belle i sobie rozmawiają siedząc na podłodze z książkami (pewnie po jakimś zetknięciu się z Lukiem), ewentualnie – jeśli wolisz wolniej rozwijające się akcje – to faktycznie możemy postawić na początek, czyli pierwsze przybycie panie Rabinow do „Dr du Savoir”. Jest mi to w zasadzie bez różnic – odnajdę się w obu sytuacjach, więc decyzja należy do Ciebie. (: Ale one będą super! <3]

    zajarana myślą o przyjaciółce BELLS

    OdpowiedzUsuń
  25. [Luku, Luku, ja sem twój tatinek…, a tak serio, ja odmieniam (o) „Luke’u”, (z) Luke’iem. Generalnie trzymam się apostrofów, ale nie dam sobie ręki uciąć, że tak jest właśnie poprawnie. ;c Super z tym przyjściem wieczorem – Bells pewnie i tak cierpi na bezsenność (dobrze, że nie w Seattle), a nocne rozmowy są super. <3 Także czekam z utęsknieniem na rozpoczęcie (bez spiny, jak wspominałam – lubię średnie) i zapomniałam jeszcze dodać: muzyka z Wieśka też zawsze na mnie działa niesamowicie. Najlepiej mi się przy niej pisze i zawsze mogę ją dopasować do stanu emocjonalnego, chociażby właśnie swojej postaci. : D]

    zachwycona BELLS

    OdpowiedzUsuń
  26. [Nie pamiętam czy na Burnley (w końcu odpiszę na nasz cudowny wątek, muszę tylko nabrać sił dla Josie :D) zachwycałam się Twoją kartą pod względem estetycznym; genialny html którego musisz mnie nauczyć, wizerunki też masz zawsze dobrze dobrane a o treści karty nawet nie wspomnę, bo już będzie za dużo tego słodzenia :') Sama wiesz jak dobrze piszesz!
    Przechodząc jednak do konkretów będę bezczelna, bo idealnie byś się nam wpasowała nam na Myśliwego (w razie chęci stworzenia drugiej postaci wiesz kogo XD). Wątkiem z Valerie jednak też nie pogardzę. Te rysunkowe terapie wydają się być bardzo ciekawe i może Lola by się pokusiła aby w nich uczestniczyć!]

    Czerwony Kapturek

    OdpowiedzUsuń
  27. [Słowiańskie wierzenia dotąd nie kojarzyły mi się najlepiej (nawet nie wiem, skąd u mnie to uprzedzenie) ale wreszcie "wsiąknęłam głębiej" w tą kartę i nie żałuję! Pomysł i wykonanie po prostu fantastyczne! & Bardzo dziękuję za miłe powitanie! :) Mam wrażenie, że Val i Nessie na pierwszy rzut oka bardzo się od siebie różnią, ale nie aż tak, jak się wydaje (moja logika [*] xD). Naprawdę mam ochotę na wątek z nią, ale kurier z zamówionymi przeze mnie pomysłami chyba gdzieś zabłądził, więc może Ty masz jakąś wizję? :)]

    Żółwik Vanessa

    OdpowiedzUsuń
  28. [Dzień dobry i dziękuję! Cóż, prawdę mówiąc to niewiele jest do opowiadania, Lise to raczej prosta kobitka, ale na pewno w wątkach się trochę rozwinie :D A na wątek chętnie przychodzę! Panna Lake też należy raczej do niższej warstwy społeczeństwa, więc pomyślałam sobie, że mogą być sąsiadkami i mogą sobie pomagać w razie różnych problemów :)]

    ANALISE

    OdpowiedzUsuń
  29. [Z opóźnieniem, ale i tak witam serdecznie. Postać jest cudowna! Zresztą cała mitologia słowiańska jest cudowna i przyznaję, że gdyby nie moja słabość do iryjskich stworów to pewnie skusiłby mnie jakiś strzygoń lub wodnik. :D
    Gratuluję przepięknej karty, genialnej postaci i życzę dobrej zabawy. A jak masz chęć na wątek to wpadnij, wymyślimy coś dziwnego. ;)]

    Cian

    OdpowiedzUsuń
  30. Wspominał czasy dziecięce, gdy jeszcze nikt nie patrzył na niego tak jak teraz. Gdy jeszcze był normalny, jedynie wyobraźnia dawała mu popalić, a dorośli śmiali się z jego opowieści. Uznawali, że będzie bajkopisarzem, że jest niezwykle kreatywny, że jest duszą artysty, która pielęgnowana wykiełkuje w coś, co da mu szczęście i zawód.
    Jakie było ich zdziwienie, gdy lata mijały, a on dalej z uporem maniaka wierzył w to wszystko. Wierzył w świat przedstawiony w legendach, opowiadaniach, baśniach. Wierzył w to bardziej niż w boga, w którego zwątpił już w latach wczesnego szkolnictwa. To on wydawał mu się prawdziwą bajką. Jednak dlaczego wierzył w postacie przedstawione w utworach dla dzieci, a nie w istotę, która jest tak ważna dla milionów ludzi?
    Bo boga nigdy nie zobaczył.
    Pamiętał tę chwilę jakby była wczoraj. Jakby wcale się nie zestarzał, wspomnienie żyło w nim nieustannie, co jakiś czas bardziej dając o sobie znać. Gdy przechadzał się uliczkami, zdawać mu się mogło, że cień podobny do tego rzucanego przez wilka, przeciął właśnie jakąś alejkę. Może to wynik zbyt małej ilości leków? Może były złe? A może to wcale nie była przyczyna choroby psychicznej, którą tak namiętnie wpajał mu lekarz psycholog i rodzina? Próbowano go leczyć, on uparcie stawiał na swoim. Nie chciał przestać wierzyć, doszukiwać się, odkrywać.
    Spoglądnął na stos baśni, zastanawiając się czy nie przeczytać setny raz którejś z nich, ostatecznie jednak z tego rezygnując. Bolały go już oczy, plecy i miejsce, w którym owe tracą już swoje szlachetne miejsce. Strzelił palcami wykrzywionymi od długich godzin pisania do wydawnictw, gazet, portali. Wylewał siódme poty i łzy, podczas gdy w odpowiedzi dostawał tylko odmowy, bądź przy bardziej nieuprzejmych osobnikach, numery do psychologów w Nowym Jorku. Był już znany jako ten niezrównoważony, w otoczeniu dziennikarzy dobrze wiedziano, że jeśli otrzymuje się tekst od niejakiego Feliksa Domagackiego, należy go niezwłocznie usunąć, zignorować i zapomnieć, udając, że ten szaleniec nigdy do nas nie napisał. On jednak nie zwracał na to uwagi i z uporem maniaka, jakim zresztą był, brnął w to dalej, popijając zieloną herbatę i dopalając swoje ulubione papierosy. Jego mieszkanie śmierdziało tą mieszanką, z dodatkiem taniej wody kolońskiej. Nie był to najcudowniejszy zapach, lecz na dłuższą metę szło się przyzwyczaić.
    Lecz tym razem, gdy chciał zrobić sobie herbatę przeznaczoną na dzisiejszy wieczór pełen dumania nad prawdopodobieństwem istnienia Calineczki, okazało się, że jego półka była pusta. Dolna, jak i górna. Przeszukał wszelkie szafki, skrytki, zakamarki. Brak, nie było ani jednej torebeczki ulubionego naparu. Klnąc pod nosem zerknął na zegar, który wskazywał dość późną godzinę, jednak nie aż tak, aby jego herbaciarnia była już zamknięta. Zagryzając nerwowo policzek od środka, wręcz rzucił się po buty i kurtkę, wybiegając zaś z mieszkania sięgnął jedynie po klucze i portfel.
    Stawiał krzywe, niezdarne susy, żałując, że w młodości uciekał z lekcji wychowania fizycznego, teraz bowiem przewracał się prawie co chwilę, sapiąc jakby przebiegł co najmniej maraton, podczas gdy tak naprawdę nie przebył nawet dwóch przecznic od swojego miejsca zamieszkania. Kondycję miał równą do tego, którą posiada stary, utuczony kot, wylegujący się całe dnie na kanapach z jedzeniem podsuwanym tuż pod swój pyszczek. Ból w mięśniach, zmęczenie, zawroty głowy. Czuł jak brak mu tlenu, więc zwolnił tempo do ociężałego marszu. Mógł poczekać te pięć minut na autobus, ale nie, zachciało się odrobiny ruchu, bez wcześniejszego przygotowania. Cudem było, że w ogóle udało mu się zagonić swój zasiedziały tyłek do biegu. Uznał to za osiągnięcie, którego nigdy już nie chce powtarzać. Zdecydowanie woli wygodny fotel, w ciemnym pomieszczeniu, gdzie spędzał większość swego czasu, no chyba, że właśnie leniwie poruszał się po restauracji, roznosząc pachnące poczęstunki, których sam nigdy nie spróbował.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ostatecznie zatrzymał się i opierając o własne kolana sapnął, burcząc następnie niezrozumiałe słowa pod nosem. Cudowne zakończenie dnia, zapewniające zakwasy na kolejny poranek. Gdy już uspokoił oddech, znowu ruszył przed siebie, tym razem wolno, wpychając dłonie w kieszenie.
      - Ty chuju! - Jakie było jego zdziwienie, gdy usłyszał tę frazę wykrzyczaną przez prawdopodobnie podburzoną kobietę. Dźwięk dobiegał z lewej strony, a on jako istota nad wyraz ciekawska, musiał podreptać w tamtą stronę, z nadzieję na zobaczenie czegoś ciekawego.
      No i zobaczył, co prawda nie to, co oczekiwał. Bo oczekiwał jakąś kłótnię pomiędzy zakochanymi, jednakże widocznie źle zinterpretował głos damy, bo w słabym świetle, które starało się rozjaśnić ciemną noc, zobaczył dwie sylwetki. Jedna, drobniejsza, przyparta do muru, druga trzymająca ją mocno. Nagły dźwięk ciała uderzającego o ciało, dobrze znany mu z dzieciństwa. Wprowadziło go to w szok, zdenerwowanie i zniesmaczenie jednocześnie. Kto śmiał uderzyć kobietę? Kim trzeba być, by narażać niewinną istotę? Pchnięty impulsem, ruszył ku nim żwawym krokiem. Istota potrzebowała pomocy, on natomiast chciał jej udzielić. Już wyobrażał sobie, jak odgania napastnika. Cóż, rzeczywistość była troszkę inna. Stojąc jakieś pięć metrów od nich spanikował i zatrzymał się. Osobnik bowiem był od niego znacząco większy, a on jako typowy, jak to się mówi "suchoklates" mógł schować się przed tyranem, który gdyby się postarał, złamałby jego kości niczym wykałaczkę.
      Chciał pomóc. Tak bardzo chciał jej jakkolwiek pomóc.
      Lecz znowu spietrał. Znowu zawiódł i wpatrywał się w nich z widocznym bólem w oczach.
      Był beznadziejnie słaby i błagał o cud, który odgoniłby tego potwora w ludzkiej skórze.

      Ten srający ze strachu, którego autorka nie wie co robi ze swoim życiem i przeprasza za treść.

      Usuń
  31. [Nie przesadzajmy z tym krzykiem - to obrona tych, co nie wiedzą co w danej chwili powiedzieć, a mam nadzieję że Cash przygotuje się do tej rozmowy :) Mam na myśli jakąś intrygę na "dalszy level", ale muszę ją dopracować - oczywiście będzie bardzo związana z twoją postacią więc na pewno ci ją przedstawię, ale pewnie zajmie nam trochę "utarczka w klubie". To co jedziemy z tym wątkiem?]

    Cash

    OdpowiedzUsuń
  32. [O, jestem jak najbardziej za! :D Trochę alkoholu, trochę pogaduszek i plotek, wszystko może się wydarzyć ;) Kto zaczyna w takim razie?]

    ANALISE

    OdpowiedzUsuń
  33. [Trochę mi to zajęło, przepraszam. I przepraszam za to poniżej, miałam długą przerwę w blogowaniu, muszę się od nowa rozkręcić.]

    Nie miał stałych godzin pracy. Niestety. Czasami całymi dniami nie pojawił się w jego progach nikt, więc mógł odpocząć, a czasami jakiś imbecyl dochodził do wniosku, że najlepszą porą na odwiedzenie go jest siódma rano. Siódma rano, tak samo jak dwunasta w południe, nigdy nie była dobrą godziną. Nie dla kogoś, kto wstawał zwykle o dziesiątej. A zanim znalazł wystarczająco bajeczny strój było już po południu. Wtedy dopiero był gotowy na przyjęcie klientów. Niestety, dzisiaj jakiś idiota tego nie uszanował, i Oscar przyjął go kilka minut po ósmej, w samym jedwabnym szlafroku, popijając kawę ze swojego ulubionego kubka. Jedna wizyta, a humor popsuł mu się na cały dzień. Kilka kolejnych godzin spędził przemieszczając się z kanapy w salonie na łóżko, i nie mógł wykrzesać z siebie nic bardziej produktywnego. Tak już miał kiedy pobudka nastąpiła zdecydowanie za szybko, cały dzień był pasmem niekończących się katuszy. Zwłaszcza po imprezie, którą wczoraj u siebie zorganizował. I która, jak zawsze oczywiście, była legendarna. Każda kolejna była lepsza od poprzedniej. A przynajmniej on w to wierzył i nie przyjmował do wiadomości, że może być inaczej.
    Ostatecznie opuścił mięciutkie łóżko dopiero późnym popołudniem, i wtedy też włożył na siebie coś innego niż wielokolorowy szlafrok. Napełnił miskę kotu, włączył w telewizorze Fables TV, usiadł na kanapie z gazetą. Bycie na bieżąco z aktualnymi wydarzeniami to pewnego rodzaju tradycja, której przestrzegał. Dobrze było wiedzieć co w trawie piszczy, nie tylko w tym baśniowym świecie. Żył wystarczająco długo żeby wiedzieć, że historia lubi się powtarzać. Dlatego śledził najnowsze wydarzenia, z czystej ciekawości, i dla zabicia czasu. Dzisiaj jednak nie mówili o niczym szczególnym, dlatego już po krótkiej chwili zmienił kanał na jeden ze swoich ulubionych – plotki z życia celebrytów. Nic ambitnego, jednak wielu z nich przeszło przez jego ręce, a on lubił podziwiać swoje dzieło. Mimochodem odłożył gazetę, z czego skorzystał Frank, i wskoczył mu na kolana. Podobno koty to małe bestie, wcielenia samego szatana, i coś w tym było, ale Oscar nie narzekał. Rudy kocur był z nim prawie dwadzieścia lat, czarem wydłużał mu życie, bo chociaż stwarzał pozory niezależnego, przyzwyczaił się do obecności tej grubej kuli futra. Delikatnie drapał go za uszami, kocur zasnął, i właśnie w tym momencie rozległ się dzwonek do drzwi. Mężczyzna skrzywił się, nie lubił wstawać gdy został wybrany na poduszkę, ale po kolejnym upierdliwym dzwonku strącił zwierzaka z kolan, otrzepał spodnie z sierści, i ruszył w stronę drzwi.
    Spojrzał przez judasza, jednak stająca po drugiej stronie kobieta nie była mu znana. Szybkie spojrzenie w lustro po lewej, przeczesanie włosów palcami, i był gotowy żeby otworzyć. Posłał nieznajomej jeden ze swoich oszałamiających uśmiechów, dokładnie przy tym się jej przyglądając. Nie, na pewno jej nie znał, zapamiętałby. Może miał słabą pamięć do imion, ale raz widzianej twarzy nigdy nie zapomniał. Zwłaszcza jeśli wyszła spod jego rąk.
    - Czym mogę służyć? – zapytał, otwierając szerzej drzwi i gestem zapraszając kobietę do środka.
    Jedno pstryknięcie palcami prawej ręki, którą ukrył za plecami, a w kuchni już gotowała się woda. Była idealna godzina na drugą kawę, a że gościnność zawsze była jego dobrą cechą, na blacie stały już dwa kubki. Po szybkim spojrzeniu na swojego gościa wiedział też, że i ona napiłaby się kawy, w przeciwieństwie do niego z mlekiem i cukrem. Nie ma problemu.
    - Proszę siadać, już przynoszę kawę – wskazał jej fotel w salonie, kanapa, zwłaszcza że spał na niej Frank, była jego miejscem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiedzieć dlaczego jego kot nie tolerował nieznajomych, nawet tych niegroźnie wyglądających. Z tym kotem to w ogóle była ciekawa historia, po prostu kiedyś przybłąkał się na jego wycieraczkę i przez kilka dni nie chciał się z niej ruszyć. Być może była w tym wina Oscara, który go dokarmiał, w każdym razie Frank go sobie wybrał. I już został, nie mając zamiaru wyściubiać nawet kawałka nosa poza mieszkanie. Jak raz wszedł tak został, zostając władcą tego miejsca, a z tronu ustępował tylko wtedy, kiedy jego pan organizował przyjęcia. Tłumów nie lubił jeszcze bardziej niż nieznajomych, zaszywał się wtedy w jakimś kącie i czekał. Teraz jednak nie miał zamiaru ruszyć się z kanapy, chociaż łypnął na kobietę złotym okiem, i znowu zaspał. Najwyraźniej nie wyczuł zagrożenia.
      W tym momencie z kuchni wyszedł Oscar, z dwoma kubkami kawy. Zwykły biały podał nieznajomej, a ze swoim usiadł obok kocura. Który natychmiast przestał spać, ponownie umościł mu się na kolanach, i ponownie zamknął ślepia. Głupi futrzak. Oscar, upijając łyka ciemnej jak jego dusza kawy, utkwił przenikliwe spojrzenie w swoim gościu. Czekał. W końcu musiała zacząć mówić.

      Oscar Wielki i Potężny

      Usuń
  34. [Fanka Gry o Tron? ;D W razie chęci stworzenia Myśliwego (narobiłaś mi już nadziei ;p) zapraszam na gmail, który jest podany w mojej karcie, a tam się zgadamy. Przechodząc jednak do naszego wątku... Dolores lubi nowości, chociaż oczywiście by się nie chwaliła tym, że uczestniczy w jakiejkolwiek terapii. Problemy z wilkiem jednak dają jej w kość i mogłaby uznać, że to dość dobry sposób na wypuszczenie emocji. (;]

    Lola

    OdpowiedzUsuń
  35. [Dziękuję bardzo. :) To w sumie polecam "Świat Króla Artura. Maladie" Sapkowskiego, bo jest zabójcze i bardzo na wesoło streszcza podstawowe legendy arturiańskie.
    Ja z kolei zaniedbałam na blogu tradycję administracyjnego słodzenia i nie wpadłam pochwalić takiej wspaniałej południcy (z genialną historią), więc muszę naprawić ten błąd. Valerie jest absolutnie świetna i jeśli tylko masz ochotę to zapraszam na wątek. Czy to z Nimue, czy czekającym na małe odświeżenie Hagenem. :)]

    - Nimue

    OdpowiedzUsuń
  36. [Wybacz, że tyle czekasz na odpis, ale średnio u mnie ostatnio z czasem. :) Na dniach nadrobię!]

    Burton

    OdpowiedzUsuń
  37. Jedyne czego zawsze pragnął to wielkość. Chciał zrobić coś, dzięki czemu go zapamiętają. O ironio, udało mu się to w baśniowej krainie, która według Doczesnych nawet nie istniała. Ba! On sam nie uwierzyłby, gdyby nie przekonał się na własnej skórze. Potem jednak przyszedł powrót do rzeczywistości, chociaż gdyby miał wybór, nigdy nie wróciłby do Kansas. Miał jednak za miękkie serce. Tak, to właśnie to, wbrew pozorom, zawsze go gubiło. Wystarczyło tylko wiedzieć jak go podejść, a pewna rudowłosa osóbka zrobiła to bez problemu, nie zdając sobie nawet z tego sprawy. Teraz, po latach, gdy już trochę czasu mieszkał w Nowym Jorku, wielkość już zdobył. Docześni nie oszczędzali płacąc za jego usługi, a on to skrupulatnie wykorzystywał. Bo dlaczego nie? Inaczej sprawa miała się z Baśniowcami. Owszem, nie działał za darmo, ale często na kredyt. Był na Farmie nie raz, nie dwa, nikomu nie życzył życia tam. Kiedy dana osoba już się odkuła, znalazła pracę, wtedy przychodził czas wyrównania rachunków. I zapewne dlatego nie narzekał na brak klientów. Inni jednak mogli wierzyć w co chcieli, to było małe istotne. Lepiej nawet gdy uważali go za zimnego drania, przynajmniej zachowywał twarz.
    Przyglądał się teraz kobiecie, starając się wyczytać jak najwięcej. Jednocześnie nie chciał za bardzo grzebać jej w głowie, nie znał jej. Jeszcze. Czasami lepiej było nie wiedzieć, poczekać na rozwój sytuacji. Tak więc czekał, wpatrując się w nią, jak niepewnie zerka na kawę (przecież nie zniszczyłby napoju bogów trucizną!) i na niego. Miał nadzieję, że wygląda dobrze, lubił sprawiać wrażenie na klientach. Musieli darzyć go szacunkiem. Zaufanie nie było aż tak ważne jak to.
    - Ah, czyli nie muszę przygotować seansu. To dobrze – rozsiadł się wygodniej, opierając się o oparcie kanapy. – To strasznie męczące, odstawianie całej szopki ze świeczką, z migoczącym płomieniem, a często bez tego ci głupi Docześni nie chcą uwierzyć. – Skrzywił się nieco na wspomnienie tych jakże cudownych wiedźm. – Nie ufaj wiedźmom. Im chodzi tylko o pieniądze. Tak samo jak władzy. Dlatego nie mieszkam w waszej dzielnicy. Wiesz ile prowizji od każdego glamour pobiera burmistrz?
    Nie musiała mu odpowiadać na to pytanie. Znał prawdę. Prowizja była ogromna, a burmistrz tylko sprawiał wrażenie, że zależy mu na każdym mieszkańcu. Głupi staruch. Prawda była okrutna, i tylko zwierzęcy Baśniowcy ją dostrzegali. Ci, którzy mieli szczęście urodzić się w ludzkim kształcie nigdy nie zasmakowali życia na Farmie. I chociaż często brakowało im pieniędzy, obwiniali władzę, to i tak mieli o wiele lepiej. Ale kto powiedział, że życie jest sprawiedliwe?
    - Musisz powiedzieć mi więcej – chociaż musiał przyznać, że już ten strzęp informacji go zaintrygował. – Wybacz, zwykle przechodzę na ty, jeśli chodzi o klientów. Tak jest prościej. A rozumiem, że po to właśnie tu przyszłaś? Chociaż wyczuwam, że nie za bardzo mi ufasz. – Uśmiechnął się. – W takim razie skąd ta wizyta? Nie ufasz mi ale wierzysz w moje umiejętności? Czy chodzi o coś innego? Nie krępuj się, wal. Zniosę wszystko. A potem oczywiście ci pomogę, o ile będę w stanie. Nigdy nikomu nie odmówiłem pomocy.

    Oscar Wielki i Potężny

    OdpowiedzUsuń
  38. [No to witaj w klubie cierpiących na brak czasu. :)
    Mogę powiedzieć dokładnie to samo. Cudowna postać, no i mitologia słowiańska - oj już Cię za to uwielbiam. ;) I trzymam kciuki za pojawienie się na blogu Strzygonia, bo postać super i sam bym chętnie przejął, gdybym miał czas.
    Też nie mam teraz czasu, więc możemy sobie akurat powolutku pokombinować z różnymi pomysłami, bo to aż grzech nie skorzystać z takiego zaproszenia.
    Jakieś gotowe pomysły czy burza mózgów? Może pobawimy się w tropinie męża lub na odwrót?]

    Hati

    OdpowiedzUsuń
  39. [Przepraszam, że odpisuję z takim opóźnieniem, ale troszkę zaniedbałam Duncana.
    Cieszę się, że pan rycerz się podoba. :)
    Duncan został w sumie odgórnie przeniesiony do klubu muzycznego, który teraz się zmienił w klub z burleską (co mi niezbyt pasuje do Duncana) i tak w sumie to ja w tej chwili już sama nie wiem, gdzie on pracuje i czy mu zawodu nie zmienić, więc muszę to jeszcze ogarnąć. :)
    A wracając do pomysłu. Spotkanie w przeszłości bardzo mi się podoba. Zwłaszcza że Duncan w swojej oryginalnej historii wyprawił się dość daleko na wschód, więc akurat mógł trochę zabawić na słowiańskich ziemiach. Nawet jak chcesz to mógł zatrzymać się w jej wiosce na dłużej, bo został ranny i potrzebował gdzieś na trochę zostać i odpocząć przed dalszą podróżą. Wtedy mogliby się znać nie tylko z widzenia, ale i trochę ze sobą porozmawiać. Na pewno by nie był do niej negatywnie nastawiony przez jej inność, więc nawet mogli się nieźle dogadywać.
    A co do spotkania w Fabletown to można jak mówisz w miejscu pracy (tu jest spory znak zapytania), albo i gdzie indziej. W sumie Duncan trochę do niej podobny jeśli chodzi o miejsca i upodobania, bo wciąż ma w sobie te rycerskie nawyki. Czyli jest dużo opcji - od jakiejś galerii sztuki, teatru, biblioteki, sklepu ogrodniczego aż do opcji by zrobić z nich sąsiadów z jednej ulicy lub kamienicy. Możemy też pominąć pierwsze spotkanie w Fabletown, dać by już się znali, czasem rozmawiali i wpakować ich w jakąś przygodę lub kłopoty. Do wyboru do koloru. Daj znać w jaką stronę kombinować to chętnie podrzucę garść pomysłów. :)]

    Duncan

    OdpowiedzUsuń
  40. [Ech, dobra, bez bicia przyznam się, że już po raz któryś podchodzę do napisania odpisu, ale niestety nie mam żadnego pomysłu. Mam więc trzy propozycje:
    1. pomyślimy nad czymś innym
    2. odpuścimy
    3. spróbuję jeszcze raz za parę dni.
    :/]

    Burton

    OdpowiedzUsuń
  41. [no to moze przez matury? maj to zawsze "goracy okres".
    Ah tak pomyslalam, ze czas na maly zastrzyk swiezosci. A i tak mialam dylemat bo chodzily mi jeszcze inne postacie po glowie. Troche bardziej znane a sama S. wyszla w wyniku kartkowania slownika postaci literackich ^^
    Jestem krytyczna troche - moze ldatego.
    Dziekuje i tobie rowniez. Jak cos to zapraszam do siebie ;)Poludnica wyszla ci calkiem zgrabnie ;)]

    Sha.

    OdpowiedzUsuń
  42. [Mam ostatnio tak dziwny zastój i tak słabe odpisy mi wychodzą, że Boże miej mnie w opiece zanim strzelę sobie w łeb z tej rozpaczy. XD]

    Burton

    OdpowiedzUsuń
  43. [To można jeszcze inaczej (jak kombinować to kombinować). Val jako dziennikarka mogłaby nawet okazjonalnie sobie współpracować z detektywami. Mogliby mieć ze sobą nawet jakąś małą umowę - tak dla wspólnych korzyści i rzecz jasna zysków. Wszystko pięknie, współpraca się rozwija, aż pewnego dnia Luba wynajmuje Hatiego do odszukania swojej żony. Hati przyjmuje zlecenie nie mówiąc klientowi, że zna jego żonę i z nią współpracuje, bo po pierwsze - pieniążki, a po drugie sprawa go zaciekawiła i ma chęć trochę powęszyć, korzystając z tego, że ma dobry dostęp do Val. No i właśnie w pewnym momencie Val mogłaby się zorientować, że coś jest nie tak, może poczułaby się nieco osaczona i skojarzyłaby to z ostatnią zmianą w zachowaniu Hatiego i tym jak nagle zaczął się nią przesadnie interesować. Co myślisz o czymś takim? ;)]

    Hati

    OdpowiedzUsuń
  44. Nie wiedział której myśli bał się bardziej, tej, która mówiła mu, że mężczyzna może ją skrzywdzić, czy może jednak tej, która wskazywała mu, że to jednak on może zostać tym poturbowanym. Zaniepokojony kłócił się sam ze sobą, starając się wykonać chociaż jeden krok, po którym byłoby już tylko łatwiej, ale gdy już miał się poruszyć znowu panikował i cofał się, jakby chcąc uciec od tej sytuacji. Tak oto prowadził wewnętrzną wojnę, która zajmowała jego głowę. W takich momentach jak ten żałował, że nie ma w nim tej odwagi, że nie dostaje tego popularnego zastrzyku adrenaliny, tylko podkula ogon i ucieka dbając tylko i wyłącznie o swoje miejsce, gdzie plecy tracą szlachetną nazwę. Zawsze tak było, wiał gdzie pieprz rośnie, a następnie przez długie tygodnie, miesiące, czasem nawet i lata, zamęczał się o to, że nic nie zrobił, a potem jedynie myślał o możliwych wyjściach z tych kłopotliwych sytuacji i układał scenariusze, które mogły po nich nastąpić. Co by było gdyby jednak wtedy nie ukradł koledze tej karty z rzadkim Pokemonem? Gdyby odgonił psa sąsiada od swojego ukochanego kota? Gdyby nie wrzucił kury dziadków do stawu.
    Gdyby nigdy nie przyznał się do wierzenia w istoty z baśni?
    Może gdyby tego nie zrobił nie miałby teraz wypisanej listy leków, która wyglądała, jakby przepisano mu pół apteki? Może siostra nie wyciągałaby go na comiesięczne terapie? Może nie byłby znany jako jeden z największych szajbusów w Nowym Jorku?
    Cóż, gdyby tak było i możliwe byłoby cofnąć czas, to Feliks bez wątpienia wykupiłby sobie karnet na cofnięcie się o kilkanaście lat wstecz i powstrzymałby siebie przed palnięciem tych kilku słów, które sprowadziły go do punktu, w którym teraz jest.
    Bo przecież Feliks nie jest wariatem, prawda? Gdyby był wariatem to rzuciłby się w wir walki z napastnikiem, który dalej molestował tę biedną kobietę.
    A gdy miał już poczynić ten krok, który miał rozpocząć reakcję łańcuchową, której końcem było pozbycie się knypka, wtedy właśnie stało się to, o czym tak często czytał, to co śledził, to co mu się śniło i przelatywało mu przed oczami. Stała się rzecz, która na nowo upewniła go w swoich przekonaniach, która napędziła go do dalszego drążenia tematu.
    Dokładnie oglądał tę całą dziwną transformację kobiety. Nie wiedział czym bardziej go ona napawała, zachwytem, czy przerażeniem. Jednak nie zastanawiał się nad tym dłużej, bo zajęty był podziwianiem ciała, które w zastraszająco szybkim tempie poddaje się procesowi gnilnemu. Mimo wszystko dalej mogła swobodnie się poruszać, ba! Wydawała się zwinniejsza i silniejsza niż poprzednio.
    Wzrok jego na chwilę skupiła turlająca się żuchwa, która po chwili zniknęła w cieniu budynków. Pokiwał głową sam do siebie, jednak zaraz ponownie spojrzał na "sprzeczkę", przyciągnięty do niej dźwiękiem zgrzytliwego głosu i ciężkiego przedmiotu uderzającego o ścianę. Jakie było jego zdziwienie, gdy zorientował się, że to właśnie kobieta cisnęła napastnikiem o mur. Jej zachowanie, jej ruchy. Niby popsute, niby zgniłe ciało nie powinno jej na to pozwalać, a mimo tego były płynniejsze niż młodych gimnastyczek.
    "Cóż za zachwycający upiór." - Przemknęło mu przez myśl. Cofnął jednak swoje rozważania, gdy dostrzegł, że istota wpatruje się w niego, a wyglądała, jakby obrała sobie wątłego chłopaczka za kolejny cel. Początkowo zdezorientowany i zdający się nie mieć pojęcia co się dzieje, dalej pusto się w nią gapił. Dopiero po chwili zrobił to, co umiał najlepiej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co jak co, ale do ucieczki zawsze potrafił wykonać ten pierwszy, najważniejszy krok, za którym stawiał kolejne. Tak więc skończył biegnąc przed siebie, tak daleko i tak szybko jak potrafił. Szkoda, że tego wieczoru nie wziął ze sobą aparatu, bądź chociaż telefonu. Mógłby udokumentować spotkanie stworzenia, które zrobiłoby furorę w dziennikarstwie. W końcu może by mu uwierzono, może w końcu stałby się znanym odkrywcą, a nie świrusem, którego zostało tylko zamknąć w izolatce z miękkimi ścianami, owiniętego w kaftan bezpieczeństwa, by z radością odbijał się od poduszek, krzycząc i wyrażając swoje męki. Cóż, do tego stanu było mu już blisko.
      Więc co innego mu pozostało jak zwiewanie? Wieczna ucieczka od problemów, od szaleństwa, od szpitalu psychiatrycznego, do którego już prawie trafił. Jednakże ta ucieczka była ciekawsza. Uciekanie przed postacią szybszą, zdolniejszą, potężniejszą od człowieka jakim on był, było co najmniej bardziej ekscytujące i ciekawsze. Cóż, może zastrzyku adrenaliny nie dostawał zbyt często, ale jak już, to uwielbiał jej smak. Uwielbiał buzowanie krwi w jego żyłach, uwielbiał pot na czole i wyostrzone zmysły.
      Krzyknął jednak, gdy odbił się od dużego, statycznego przedmiotu i wylądował z hukiem na brukowej kostce. Uniósł rozbiegane oczy, by dostrzec przed sobą kobietę, która ze względu na słabe mogła równie dobrze tylko wydawać mu się kobietą. Jednakże Feliks się nie mylił, bo gdy zmieniła nieco swoje miejsce, światło ulicznej latarni zaznaczyło kształty jej twarzy, która nad wyraz łagodna wpatrywała się w spłoszonego polaka, który dalej był w lekkim szoku, a instynkty wciąż podpowiadały mu ucieczkę, byleby znaleźć się jak najdalej od miejsca zdarzenia, gdzie mógł już leżeć martwy mężczyzna. Stworzenia bowiem te według legend i opowiadań były równie piękne co niebezpieczne, a Feliks tym opowiadaniom wierzył bardziej niż księdzu w kościele. Dalej nieco rozdygotany wpatrywał się w kobietę, by następnie przełykając zalegającą w gardle gule unieść się i otrzepać spodnie na tyłku. Próbując opanować swój nadmiar emocji, tych dobrych jak i złych, by wydukać z siebie ciche "Przepraszam".

      Felek i Susłon, którzy powinni czasem zastanowić się co piszą i jak długo to piszą.

      Usuń
  45. [Przepraszam bardzo, że dopisuję dopiero teraz, ale trochę miałam problemów w realu. Powoli się ogarniam. :)
    Jak nadal masz chęć na nasz wątek w pracy to z wielką chęcią się na niego pisze, bo podoba mi się opcja takiego wątku między znajomymi z pracy, no i Owenowi też się przyda jakaś dobra znajoma.
    Nie wiem jaką masz wizję odnośnie Valerie, bo ja myślałam by Owen był trochę nowy w zawodzie. Może właśnie początkowo by spędzał z Valerie więcej czasu, bo ona mogła go trochę wdrażać w obowiązki i pracę. Podoba mi się też pomysł by wspólnie się zajęli jakaś sprawą. Może coś niebanalnego co zmusiłoby ich do tego by trochę powęszyć?
    Daj znać co tam Ci świta. :)]

    Owen

    OdpowiedzUsuń
  46. [W takim razie z przyjemnością zapraszam do sklepu ogrodniczego. :)
    Co do pomysłów to proponuję burzę mózgów. Daj tylko znać czy wolisz coś bardziej zwyczajnego i spokojnego, czy trochę możemy nakombinować i pokręcić.]

    - Nimue

    OdpowiedzUsuń
  47. [Dziękuję bardzo. C: Cóż, moja Elphie, właśnie przez to, że tyle razy nazywano ją dziwadłem w końcu to zaakceptowała; niestety, ceną było odsunięcie się od ludzi, ale jeśli masz ochotę z takim mrukiem i odludkiem się pobawić, to czemu nie. :3]

    Elphaba Harding

    OdpowiedzUsuń
  48. [Nie ma sprawy, bardzo lubię wymyślać. :)
    Daj tylko znać w jakim kierunku kombinujemy. Bo może chodzić np. o pracę Valerie - jakiś artykuł, który się komuś nie spodobał lub przypadkiem opisał za dużo. Albo może Duncan i Valerie przypadkiem byliby świadkami jakiejś dziwnej sytuacji? Ewentualnie można też wpleść przeszłość i czasy, w których spotkali się w świecie baśni?]

    Duncan

    OdpowiedzUsuń
  49. [To ja, to ja, to ja! Hej ♥
    Cieszę się, że Dorotka się spodobała :) I chwalę bardzo kartę, przecudowna jest.
    Bardzo chętnie coś napiszę jeśli tylko będziesz miała czas. Jestem pewna, że coś ciekawego wymyślimy :)]

    Dorothy

    OdpowiedzUsuń
  50. [Wow, jaka estetyczna karta! Jestem pod wrażeniem, sama bym nie umiała stworzyć takiej perełki.
    Hah, pierwotnie miałam się zdecydować na kogoś innego, ale, kurczę, nie doczytałam wszystkich zakładek, wobec czego padło ostatecznie na Andersena. Chociaż, szczerze mówiąc, większość z tych jego baśni była tak przeraźliwie smutna, że jako nadwrażliwe dziecko wcale a wcale za nimi nie przepadałam.
    Dziękuję bardzo za miłe słowa! Zastanawiam się czasem, czy ludzie wiedzą, że ten opis tam jest, bo w sumie patrząc na niektóre karty w blogosferze wcale nie zdziwiłby mnie opis polegający wyłącznie na informacjach, które ja mam pod imieniem...
    Również mamy nadzieję się odpowiednio wdrożyć w bloga, no i chętnie napisałybyśmy wątek, ale, no właśnie, jakoś z pomysłami na połączenie naszych postaci jest ciężko...]

    Gerda Frank

    OdpowiedzUsuń
  51. [Na nienawiść się nie zgadzam, Dorcia za dużą krzywdę mogłaby zrobić, to prawdziwa psychopatka :P Zresztą, już ma kogo nienawidzić. No, ale terapia na pewno by się jej przydała, tyle że nikt jej do tego nie zmusi.
    Mam pomysł, ale nie musisz się na niego zgadzać, to tylko kolejny wytwór mojej chorej wyobraźni, którą Doris aktywowała. Chcemy miłości, nieodwzajemnionej. Valerie (ukochuję za imię ♥), jako stateczna kobieta, mogłaby się tą Dorcią opiekować czasem, mogą być przyjaciółkami, tyle że pochrzaniony umysł przyzwyczajony do rozmów ze strachem na wróble i blaszakiem podpowiadałby jej trochę inne motywy tego wszystkiego. Mogłaby się zakochać i czasem nawet próbować czegoś, żeby Val tą miłość odwzajemniła. Oczywiście wszystko jest do dogadania, a jeśli nie pasuje to szybciutko wymyślę coś innego ;)]

    Dorothy

    OdpowiedzUsuń
  52. [Uff, jednak nie jest ze mną tak źle xD
    Złamane serduszko się przyda, także nie krępuj się. Coś musi w końcu uruchomić jej ataki psychozy ;D
    To na jakim etapie byłyby teraz? Już bardzo blisko, a Doris zaczyna coś czuć? ;)]

    Dorothy

    OdpowiedzUsuń
  53. [Dobre, podoba mi się! :D Zaczynam zatem *odchrząka*…]

    Kolejny ponury i deszczowy dzień w Fabletown. Chyba każdy z mieszkańców zdążył zatęsknić za słońcem, a już szczególnie Vanessa Grant. Gdy tylko wyszła z zamieszkiwanej przez siebie kamiennicy zaczęła zastanawiać się, czy przez przypadek nie dają urlopu z powodu paskudnej pogody… Szła w stronę baru „Trip Trap” na swoją popołudniową zmianę za barem. Do pokonania miała niecałe dwa kilometry pieszo i może byłby to przyjemny spacerek, ale ta cholerna pogoda nie dawała za wygraną.
    - Jest lepiej niż w Szkocji… Jest dużo lepiej niż w Szkocji… - powtarzała sobie przez całą drogę. Co prawda warunki atmosferyczne były podobne, ale tutaj przynajmniej dostawała jakąś zapłatę, uczciwą zapłatę, na którą sobie zapracowała. Podobało jej się takie życie, ale czasem zdarzały się takie dni, jak ten… Przeszłość zawsze w końcu ją dopada…
    Jej zmiana w barze przebiegała spokojnie, czyli bez większych awantur. Grant nie musiała wzywać lekarza czy stróży prawa, a więc sukces. Około godziny dziewiątej w barze pojawił się dziwny facet. Przybył sam i zajął miejsce przy stoliku w kącie sali. Przez ten cały czas uważnie rozglądał się po lokalu. Zamówił piwo wciąż lustrując po kolei każdą istotę aktualnie przebywającą w „Trip Trap”, aż wreszcie znalazł. Jego wzrok zatrzymał się na młodej barmance. Wstał ze swojego miejsca i przeniósł się na krzesło przy barze.
    - Słyszałem, że możesz mi pomóc. - zwrócił się cicho do Nessie.
    - Wiele o mnie mówią, ale nie wszystko jest prawdą. - odparła, nawet na niego nie patrząc.
    - Wiesz, jak ciężko znaleźć tu jakiegoś najemnika? Jesteście gatunkiem na wymarciu. A większość to skończeni idioci i niedorajdy. Po co dawać takiemu robotę, skoro i tak ją spieprzy?
    - Więc po co zgłasza się pan do mnie?
    - Słyszałem, że znasz się na tej robocie, jak nikt inny.
    - Stare dzieje. Skończyłam z tym wszystkim. Kradzieże, morderstwa, porwania. Nie biorę już takich zleceń i tyle w tym temacie.
    - Podobno to tylko i wyłącznie kwestia ceny. Trzymacie z tymi, którzy oferują najwięcej.
    - Proszę mnie teraz uważnie posłuchać. Albo kończy pan ten temat i zamawia coś, albo będzie miał pan zaszczyt rozmawiać z szefem, który nie jest tak sympatyczny, jak ja. - fuknęła odwracając się do mężczyzny.
    - Spokojnie. To nic z tego, co przed chwilą wymieniłaś. Chodzi o pewną dziewczynę. Przypuszczam, że od jakiegoś czasu mieszka w Fabletown, a sam nie potrafię jej namierzyć.
    - To tyle? - uniosła jedną brew, a nieznajomy skinął głową. - Za czterdzieści minut kończę zmianę, wtedy pogadamy. - odparła kończąc rozmowę i od razu wróciła do pracy, jakby nic się nie zdarzyło. Zrobiła tak, jak powiedziała. Wyszła z baru po skończonej pracy, napotykając swego wcześniejszego rozmówcę.
    - Potrzebuję informacji o tej dziewczynie. Wszystko, co wiesz o jej wyglądzie, zainteresowaniach miejscu zatrudnienia, zamieszkania czy częstego pobytu. - wymieniała z zamkniętymi oczami, nie chcąc niczego pominąć. Klient opowiedział jej wszystko, co wiedział na temat poszukiwanej kobiety, czyli właściwie tyle, co nic. Z jego wypowiedzenia wynikało, że ich kontakt urwał się dawno temu.
    - Rozumiem… - mówiła raz po raz podczas notowania, bardziej do siebie, niż do tego gościa. - To chyba byłoby na tyle. Odezwę się, gdy tylko coś znajdę. Do widzenia. - i ruszyła w swoją stronę.
    - I nawet nie chcesz wiedzieć kim dla mnie jest i dlaczego jej szukam?! - usłyszała zza pleców zdziwiony głos mężczyzny.
    - To nie mój interes, tylko trzymam się zasad najemników. Przytoczył pan jedną z nich, a inna brzmi „Ważne, żeby kasa się zgadzała, reszta nas nie obchodzi”. - odpowiedziała chłodno i odeszła. Nie wyznawała co prawda większości z tych głupich zasad, ale z czegoś trzeba było żyć przez te wszystkie lata. Nigdy nie zastanawiała się nad tym, co skłoniło ją akurat do tego zawodu. Przecież jest mnóstwo innych, legalnych i uczciwych stanowisk, a ona wybrała akurat takie. Pocieszała się myślą, że lepsze to, niż puszczanie się na prawo i lewo przez tyle setek lat.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mężczyzna nie dał jej prostego zadania… Z tyloma informacjami Grant bez problemu minie ją przez przypadek napotkaną na ulicy czy w sklepie. Zmęczona i przemoknięta wróciła do domu.
      Następnego dnia również miała popołudniową (a raczej wieczorną) zmianę, więc mogła rozejrzeć się za poszukiwaną kobietą. Odwiedziła kilka mieszkań i lokali, wykorzystała swoje znajomości, popytała, popytała i znalazła coś ciekawego. Na trop naprowadził ją niejaki Bufkin, czyli latająca małpa z Krainy Oz. Zachęcony szkocką whisky, natychmiast otworzył się przed Vanessą i opowiedział wszystko, co wie oraz to, czego nie wie. Innymi słowy w końcu natrafił na kogoś, kto raczy go wysłuchać. Whisky z pewnością ułatwiało mu znajdywanie opowieści w głębi umysłu, a także wymazywało prawdziwy cel spotkania z Nessie.
      - Czy to już wszystko? - spytała bardzo już ożywionego plotkarza.
      - Skąd! Znam jeszcze mnóstwo… innych faków. To znaczy faktów. Mogę ci opowiedzieć, szanowna damo… Jak to pewien jedziec Dzikiego Gromu biegał półnago po całym Woodlands.
      - Dzięki, ale nie. Może innym razem. - mruknęła i czym prędzej ewakuowała się z budynku. Od razu udała się do kawiarni, gdzie rzekomo często przebywa kobieta odpowiadająca opisowi jej pracodawcy. O ile można wierzyć komuś takiemu, jak ta małpa. Po rozmowie z właścicielem okazało się, że ów dziewczyna rzeczywiście często się tu pojawia w towarzystwie swojej przyjaciółki. Z wywiadu wynosiło, że w ów dzień obie kobiety także miały się pojawić. Grant usiadła przy jednym ze stolików i czekała… długo czekała… cierpl... a nie! Cierpliwą jej nazwać nie można było, więc tylko długo. Aż w końcu się pojawiły. Jedna o brązowych, druga kruczoczarnych włosach bardzo młode kobiety, na pewno między dwudziestym, a trzydziestym rokiem życia. Zajęły miejsca przy wolnym stoliku i pogrążyły się w rozmowie. Vanessa podniosła się ze swojego krzesła i po cichu ruszyła do innego stolika, znajdującego się bliżej dziewcząt. Niemal mijała ich stolik, gdy…
      BUM!
      Poleciała na ziemię, jak długa potykając się o nóżkę krzesła. Wszystkie głosy w kawiarni ucichły…

      [Wybacz, że tak długo mi to zajęło :/]
      Nessie

      Usuń
  54. [Fani Iwana łączmy się!
    Kocham go za granie tak przerażających i jednocześnie uroczych postaci (pomińmy Ramsaya, chociaż z wyglądu to był słodki XDD).
    No i... południca! Zastanawiałam się kiedyś nad stworzeniem południcy. Ostatecznie zrobiłam bruxę... dawno i nieprawda :D

    Południce zadawały zagadki i przy złej odpowiedzi zabijały, nie? :D Mogą się znać z przeszłości... przykładowo, Shadow czekałby na śmierć jakiegoś zagubionego mężczyzny, którego akurat męczyła Valerie... chłoptaś jednak odpowiedziałby dobrze, więc musiałby zostać wypuszczony. Zawiedziony Shadow wyszedłby wtedy z ukrycia i zmusił go do samobójstwa. Nie wiem, czy potwory słowiańskie w takiej sytuacji mogłyby rozmawiać lub się zaprzyjaźnić... próba wpływania na siebie wzajemnie? A może by się zakolegowali i razem zabijali ludzi? :D]

    Shadow

    OdpowiedzUsuń
  55. [Witam serdecznie i dziękuję za odzew! ;) Genialna postać i strasznie podoba mi się opis. A Within Temptation... kocham ich i nie mogło zabraknąć jakiejkolwiek piosenki. No, a Feniks... to już moja faza, bo kocham Feniksy odkąd pamiętam. A, że zostałam namówiona to jestem.
    Oczywiście jestem chętna na fabułę, oraz dziękuję za dobre słowo. Przyda się trochę ciekawych wątków, bo strasznie lubię tworzyć. ;D]

    Asherah.

    OdpowiedzUsuń
  56. [W takim razie ja grzecznie zaczekam <3]

    Doris

    OdpowiedzUsuń
  57. [Jedno i drugie mi się podoba! Chociaż tak myślę, że można to połączyć, bo wszystko pasuje. Valerie mogłaby przyjść pod pretekstem właśnie sprawy tego Jina, spełniającego życzenia, a tak naprawdę próbowałaby wykraść tamten artefakt. Taka mała intryga byłaby. I może by się udało, ale Asherah by się dowiedziała i wtedy by się zaczęło. ;D]

    Asherah.

    OdpowiedzUsuń
  58. [Ale ja też go bardzo lubię. Jest psycholem, ale mam słabość do psycholi. Taki plus, że mój chłopak też go uwielbia, więc się dobraliśmy i na spokojnie możemy trwać w naszym psychicznym zepsuciu :D A wiedźmin... to fakt, ale co zrobić, skoro słowiańszczyzna jest taka diabelnie ciekawa?
    Mnie się to powiązanie baaardzo podoba i ukochuję Cię za to, że je wymyśliłaś! U mnie to jest strasznie słabo z tym, chyba że złapie mnie jakiś napad i nagle masowo piszę sensowne rzeczy. :D
    Oczywiście zacznę, ale jak już ustalimy wątek. Shadow raczej z nikim się nie spoufala i nie szuka nowych znajomości, ale gdyby się dowiedział, że Valerie jest tą osobą, o której myśli, pewnie chciałby chociaż powspominać dawne czasy. :D Tylko gdzie ich spiknąć? Bo chyba nie będziemy szaleć z wyrzucaniem ich na coroczny bal na cześć powstania Baśniogrodu, na którym można wygrać bezużyteczne tytuły i każdy musi przyleźć i udawać, że się dobrze bawi xD (Tak, przeczytałam wszystkie komiksy i mam obsesję)]

    Shadow

    OdpowiedzUsuń
  59. [ KOMIKSY 1-4 Mam te 4 tomy w pdf, więc łap ;)
    A może założymy, że już wcześniej się minęli, nieważne gdzie, może na jakimś festynie - gdzieś, gdzie było dużo ludzi. I właśnie wtedy Val dowiedziała się kim jest i w pewien sposób skojarzyła go z tym złym czartem, rozwalającym jej wioskę. :D
    I po tym wydarzeniu wyszedłby ten artykuł. A na balu już spotkaliby się docelowo. Rozumiesz, ona sobie stoi spokojnie na balkonie, podziwia gwiazdy, a on pojawia się w drzwiach z kieliszkiem wina i syczy, że miło ją widzieć... :D Wiesz, wydarzenie, ona w sukni, on w garniturze, fajerwerki, a tu na samotnym balkonie walka na śmierć i życie... :D Coś mi nie idzie myślenie. ]

    Shadow

    OdpowiedzUsuń
  60. [Dziękuję za powitanie :)
    Na początku przyszło mi na myśl, że cudownie byłoby wykreować Królową Kier... a później doszło do mnie, że widzę ją jako mocno skrzywdzoną kobietę, która była zbyt słaba, żeby się przeciwstawić :/
    Myślę, że wysłałabym ją do Ciebie na terapię rysunkową... oczywiście w sekrecie, bo kto to widział, żeby dyrektorka szpitala, Królowa Kier potrzebowała terapii ;)]

    Verity

    OdpowiedzUsuń
  61. [Przepraszam, że dopiero teraz odpisuję, ale nieformalnie urlopowałem. :)
    Jeśli zaczęlibyśmy od samego początku, kiedy Luba zatrudnia Hatiego, to przydałoby się wymyślić również jakąś akcję lub sprawę, która łączyłaby Hatiego z Val. Żeby wątek nie polegał tylko na kręceniu się wokół Valerie, ale by rozgrywało się to w tle - tutaj niby jakaś zwykła historia, a w tle przebija właśnie to zbieranie informacji. To by mogło być ciekawe, pytanie tylko czy chcemy tyle krążyć wokół tematu? Chyba ciekawiej byłoby jednak całość ująć tak ogólnie, a bezpośrednią akcję zacząć właśnie od domysłów Val i poważnej rozmowy, żeby potem przejść płynnie do współpracy i poszukiwań strzygonia. Co Ty na to?
    Co do tożsamości. Hati nie jest detektywem z misją, więc jeśli Luba dorzuciłby trochę groszy w celu nie zadawania pytań o nazwisko, to Hatiego by to raczej nie obeszło. Z drugiej strony to jednak Varg, mityczne stworzenia zna, do wielu spraw ma szósty zmysł, więc może danych swego klienta by nie znał, ale wiedział by, że klient jest strzygoniem, pewnie bez trudu też by go wytropił - miejsca gdzie bywa itp. Za to pewnie w warstwie bardziej formalnej typu dane osobowe, ślady w systemie - lepiej by się sprawdziła Val. :)]

    Hati

    OdpowiedzUsuń
  62. [Wolę nie wiedzieć jak zareaguje, bo to wredne rude stworzenie... :D Za to próbować przekupić zawsze można. Ba, nawet sojusz zawrzeć może by się udało, gdyby sporo korzyści szło na konto Asherah.
    A kwestia spotkania... miałam taki pomysł, że np. parę dni po kradzieży Valerie mogłaby wpaść zrobić ten artykuł o tym dżinie, a powiedzmy by się w tym samym czasie wydało kto wykradł ten artefakt. Ewentualnie feniks może przyłapać wiedźmę na gorącym uczynku. Choć wersja z późniejszym wyjaśnieniem jakoś lepiej mi podchodzi. :D]

    Asherah

    OdpowiedzUsuń
  63. [Na początku może podchodziłaby do tego z pewną dozą nieufności i "trochę" mogłaby się buntować :D ale gdyby zauważyła już, że to jednak działa, to myślę, że bardziej by się otworzyła :)]

    Verity

    OdpowiedzUsuń
  64. [Hm, wydaje mi się, że „wielkie poszukiwania” z całkiem nieznajomą osóbką nie leżą w naturze Elphie; ona wszak jest totalnym samotnikiem i od jakiegoś czasu w ogóle nie stara się pomagać ludziom, bo zawsze wychodziła na tym po prostu źle; niemniej jednak postaram się nad czymś pomyśleć, jak tylko wygrzebię się z natłoku zajęć, w porządku? C:]

    Elphaba Harding

    OdpowiedzUsuń
  65. [O tak, jestem bardzo za – Gerda nie znosi, gdy ktoś miesza się w jej sprawy, a szczególnie, jeśli dotyczy to pracy lub domu, bo nie lubi się zwierzać czy opowiadać o sobie. Na pewno byłaby zła na Valerie, gdyby ta coś kombinowała wokół jej osoby, nawet wiedząc, iż ma dobre intencje, gdyż po prostu przyzwyczaiła się „radzić sobie sama” ze wszystkim. c:]

    Gerda Frank

    OdpowiedzUsuń
  66. [W ogóle się nie stresuj, ja sobie grzecznie poczekam, sama mam ostatnio dużo na głowie, a czasu mało, także... Take your time, jak to mówią :P]

    Doris

    OdpowiedzUsuń
  67. [Zobaczmy, jak wyjdzie to w praniu, jeżeli Ci tak pasuje :D Ewentualnie dogadamy jakieś szczegóły w trakcie. Mogłabyś zacząć? Szczerze mówiąc nigdy nie byłam na żadnej terapii... chyba, że to wyparłam :D]

    Verity

    OdpowiedzUsuń
  68. Hej, piszę tu w imieniu baskervillki, jak i całej Administracji. Przytrafiło nam się mała pomyłka przy rezerwacjach i na blogu pojawiła się druga Południca. Chcemy dać znać, że zajęłyśmy się już sprawą i będziemy to wyjaśniać. Piszę tylko by dać Ci znać, żebyś się nie denerwowała. W razie czego na pewno odezwiemy się do Ciebie i będziemy informować. :)
    Jeszcze raz przepraszam w imieniu całej Administracji.

    Administracja

    OdpowiedzUsuń
  69. [Byłoby nawet dużo więcej możliwości, bo w końcu co jak co, ale przyłapanie na gorącym uczynku to co? Zaskoczenie, zaprowadzenie do burmistrza i tyle. A tak można dużo więcej. A co do tego do dogadania się... sekret najbardziej pasuje. Na dobrą sprawę może Valerie wiedzieć o tym, że Asherah korzysta czasami z artefaktów dla własnej korzyści, więc jakby się wydało... byłoby źle. Wtedy na pewno musiałyby się dogadać. ;)
    Och, to nic takiego! Tym lepiej dla historii, jak będzie od A do Z ustalone! ;)]

    Asherah & Morgana Le Fay

    OdpowiedzUsuń
  70. [Dokładnie tak, czas wziąć się za pisanie. I jak najbardziej, nie jest to dla mnie problem, więc na dniach napiszę nam początek i podeślę. ;3]

    Asherah Connor & Morgana Le Fay

    OdpowiedzUsuń
  71. Szła powoli chodnikiem, wciąż niepewna, czy podjęła dobrą decyzję. Co chwilę jednak zwalniała, by prawie od razu przyspieszyć, przynaglona coraz wyższą temperaturą powietrza. Było zdecydowanie zbyt gorąco, jak na jej gust. Przyspieszyła jeszcze bardziej, decydując, że woli jak najszybciej zmierzyć się ze swoim postanowieniem, jeśli to pozwoli jej odetchnąć choć na chwilę od słońca. Ubranie czarnej sukienki w taką pogodę z pewnością nie było z jej strony niczym rozsądnym.
    Kiedy była jeszcze królową, nie musiała się martwić takimi głupstwami jak pogoda. Nie, żeby w Krainie Czarów kiedykolwiek były upały. Jednak zawsze, gdy słońce świeciło wysoko na niebie, a ona musiała opuścić swój zamek, albo drogę przebywała w swojej czerwonej karocy, albo pod baldachimem, który nieśli jej służący. W końcu była królową. A teraz musiała radzić sobie bez pomocy służby. Sama musiała dbać o to, żeby wstać o odpowiedniej porze i sama musiała przygotowywać swoje ubranie. Przynajmniej stać ją było na dobrej jakości garderobę.
    W końcu dotarła na miejsce i przystanęła na chwilę. Znów wróciły do niej wszystkie wątpliwości. Potrząsnęła głową. Nie mogła się teraz wycofać. Nie, kiedy podjęła już decyzję. Odetchnęła głęboko i nacisnęła klamkę. Gdy pchnęła drzwi, rozległ się dźwięk dzwoneczka. Podniosła wzrok i zobaczyła mały, złoty dzwoneczek, który był przyczepiony do drzwi. Weszła do środka i rozglądnęła się niepewnie. To na pewno tutaj? Przebiegła wzrokiem po półkach zapełnionych książkami. Kiedyś lubiła czytać. Szczególnie podobały jej się spokojne wieczory, kiedy siedziała z Nim i przy blasku świecy czytali razem książki.
    Rozmyślania przerwał jej cichy szelest. Spojrzała w tamtą stronę i ujrzała czarnowłosą kobietę. Mimowolnie zmierzyła ją spojrzeniem, przyglądając się jej i zmarszczyła brwi, gdy tamta zadała jej pytanie. Przez chwilę się wahała nad odpowiedzią. To chyba nie mogła być ona?
    - Ja… - odchrząknęła – to pani prowadzi terapię rysunkową? - dodała po chwili, prostując się.
    Dobrze jest, chociaż byłoby lepiej, gdyby się nie zająknęła. Rozglądnęła się jeszcze raz po księgarni i utkwiła spojrzenie w czarnowłosej.
    - Nazywam się Verity Coeur i jak zapewne się pani domyśliła, przyszłam na terapię.

    Verity

    OdpowiedzUsuń
  72. Nie była pewna, co sądzić o tej kobiecie. Rabinov. Chyba już gdzieś słyszała to nazwisko, ale nie mogła sobie przypomnieć gdzie. Może po prostu była kiedyś wolontariuszką w jej szpitalu, czy coś. Verity starała się zapewnić swoim pacjentom jak najlepszą opiekę. Jednym z przedsięwzięć był wolontariat, w który mogli się angażować młodzi ludzie. Odwiedzali chorujących i zapełniali im czas rozmową. Nie wiedziała jak to może pomóc, ale podobno działało, więc w to poszła. Kolejne podziękowania za cudowny pomysł nie sprawiły na niej żadnego wrażenia. Oczywiście przyjęła je z uśmiechem, jednak był on tak samo sztuczny jak reszta jej wizerunku.
    A teraz postanowiła się odsłonić. I to przed kim? Przed nieznajomą kobietą, której nawet nie wiedziała, czy może ufać.
    Ruszyła powoli, niepewnie w kierunku, który wskazała Valerie. Było tam znacznie ciemniej niż w reszcie księgarni i nie widziała dokładnie, co tam się mieściło, zanim nie podeszła. Po drodze mijała kolejne półki wypełnione starymi książkami. Rozglądała się, nie wiedząc, co zastanie na miejscu. To tutaj?
    Nie podobał się też jej uśmiech. Był zbyt serdeczny. To powinno być karalne. Kto to widział, żeby być tak miłym dla obcych? Verity zdecydowanie preferowała chłodną uprzejmość. Nie pamiętała już czasów, w których była dla kogoś prawdziwie, w pełni, a przede wszystkim szczerze, miła. A może po prostu nie chciała pamiętać. I chyba była masochistką, skoro sama, dobrowolnie przyszła na terapię. Nie była psychologiem, ale po rozmowie z tym, który pracował w jej szpitalu, wiedziała że osiągnięcie celu terapeutycznego potrafi naprawdę boleć. Trudno, wielokrotnie już cierpiała. Gorzej już chyba nie będzie.
    Usiadła na fotelu, od razu się prostując. Nawyk wyrobiony jeszcze podczas sprawowania rządów w Krainie Czarów – gorsety, które nosiła jako królowa nie pozostawiły jej zbyt wiele swobody. Tron również pozostawiał wiele do życzenia. Utkwiła spojrzenie w Valerie, niepewna tego, co nastąpi. Czarnowłosa, w przeciwieństwie do niej samej, ułożyła się na swoim fotelu wygodnie. Chyba lubi to miejsce.
    I wtedy spadło na nią TO pytanie. Nie wiedziała jak odpowiedzieć. Powiedzieć prawdę? Nie mogła skłamać, to by się mijało z celem wizyty. Siedziała chwilę w milczeniu, przypatrując się Valerie, jakby na jej twarzy miała być wymalowana odpowiedź. Po raz pierwszy od bardzo dawna pozwoliła sobie na dosyć publiczne okazanie zestresowania, wykręcając ręce na wszystkie strony. Wzięła głęboki wdech, a następnie wypuściła powoli powietrze. I jeszcze raz. I jeszcze. I jeszcze… Myśli z zawrotną prędkością biegły przez jej głowę, pokazując przeróżne scenariusze. Ostatnio tak zestresowana była na swoim nieszczęsnym ślubie… Jefferson…
    - Jest… był pewien mężczyzna – rozpoczęła cicho. - Chcę o nim zapomnieć, ale podobno najpierw muszę pogodzić się z pewnymi… pewnymi fragmentami przeszłości, żeby ruszyć dalej. Po to tu jestem. Chcę ruszyć dalej.
    W dłoniach ściskała mocno swoją sukienkę, nie patrząc się na Valerie. Gdy skończyła mówić, zacisnęła usta, nie pozwalając na wydostanie się z nich jakichkolwiek innych słów. Po chwili jednak podniosła wzrok i przeszyła nim towarzyszkę.
    - Oczywiście mam nadzieję, że pozostanie to między nami – dodała chłodnym tonem.

    Verity

    OdpowiedzUsuń
  73. [Cieszę się, że się spodobało :3 I właśnie też tak teraz zauważyłam, że bardzo dużo jest nieszczęśliwej miłości w Fabletown :/ Jednak mam nadzieję, że Verity w końcu odnajdzie swoje szczęście. Verity może być też o tyle trudną pacjentką, że nie wszystko udało jej się przypomnieć po praniu mózgu, które jej zafundowali w trakcie przygotowania. Ale z pewnością zaciekawi ją historia Valerie. W końcu jako "pępek świata" nie przypuszczała do tej pory, że ktoś również może mieć podobną, lub jeszcze gorszą sytuację :D A statystyka to zło i z ogromną przyjemnością zagrzebałabym ją w piachu...bo czarno to widzę :'(]

    Verity

    OdpowiedzUsuń
  74. [Musisz mi wybaczyć, ale najpierw musiałam ogarnąć naukę, potem wyjazd na Węgry, a na dokładkę laptop mi padł i dopiero go odzyskałam!
    W każdym razie nie ma za co, ubolewam, że nie mam większej ilości pdf. Resztę papierową (wydałam na to majątek), a skanera nie posiadam ;(
    I pewnie, myślę, że pociągnięcie tego tak wyjdzie nam ciekawie. Staliby się główną atrakcją i może nawet ktoś próbowałby ich uspokoić? Możemy się nawet pokusić o to, że Shadow zdenerwowałby się, iż ktoś śmie ich niepokoić i odpieprzył coś nie teges, więc Val wraz z nim, jako współwinna wylądowałaby czasowo w celi, czekając na szanownego szeryfa, który udzieli im pouczenia, ale akurat go nie ma :D
    I oboje, nasze biedne dzieci, siedziałby w tej celi i musiały znosić swoje towarzystwo. Może nam się nie pogryzą... ani w drugą stronę, może nam pociech nie zrobią xD]

    Shadow

    OdpowiedzUsuń
  75. Nie mam się o co martwić? Łatwo powiedzieć. Nie była zachwycona tym, że jednak zdecydowała się otworzyć. Zawsze będę mogła ją zabić, tak w razie czego – pocieszała się w myślach. Wypuściła z dłoni ściskany skrawek sukienki i po raz kolejny odetchnęła głęboko.
    Nie lubiła tego uczucia, gdy ogarniał ją stres. Gdy była królową, nie miała serca – i to dosłownie – więc nie musiała się przejmować takimi głupstwami jak emocje. W momencie, gdy odzyskała serce… tak źle nie czuła się ani nigdy wcześniej, ani nigdy później. Chciała od razu opuścić Krainę Czarów, jednak Czas skutecznie jej to utrudniał. Przy pomocy jej oddanego żołnierza uciekła z zamku, kryjąc się w najciemniejszych zakątkach Krainy Czarów. Aż trafiła tutaj. Na początku miała duży problem z dostosowaniem się. Tym bardziej, że tutaj nie była już królową, przed którą drżeli wszyscy. Była tylko drobną kobietą w nieznanym świecie.
    A teraz miała wykonać kolejny krok do przodu. Zwierzyć się ze swoich problemów obcej kobiecie, jakby to mogło pomóc. Z drugiej strony przeczytała kilka książek dotyczących psychologii, a także rozmawiała z wieloma psychologami-teoretykami i wydawało się, że to naprawdę mogło zadziałać. Po raz kolejny postanowiła więc w myślach, że podda się temu dziwnemu procesowi. Skoncentrowała się i siłą woli opanowała swoje drżące kończyny. Nie czas na to. Spojrzała uważnie w oczy Valerie, która również jej się przyglądała.
    - Nazywa się Jefferson. Spotkaliśmy się zupełnie przypadkiem, wiele lat temu, jeszcze w moim świecie – w Krainie Czarów.
    Przed oczami pojawiły jej się wspomnienia z tamtego dnia. Były odrobinę niewyraźne, nie wszystko jeszcze odzyskała po tym, co Czas nazywał przygotowaniem do pełnienia roli. Verity była pewna, że nikt normalny nie uważał, że idealny władca to taki, któremu wyrwie się serce. To dlatego każdy mieszkaniec Krainy Czarów obawiał się tego losu. Krążyło wiele opowieści i domysłów, co działo się z ludźmi, którym wyrwano serca. Jednak Verity wiedziała już, że nawet wszystkie razem wzięte nie były w połowie tak straszne i okropne, jak prawda. W Krainie Czarów trudno było umrzeć. A samo wyrwanie serca nie powodowało śmierci.
    Kat i unoszący się topór. Głośny krzyk.
    - Można powiedzieć, że zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia – kontynuowała cicho. - Nigdy wcześniej ani później nie spotkałam kogoś takiego jak on. Nie pochodzi z mojego świata, podróżował i przypadkiem trafił do tej… iście krwawej krainy. Nie wiem na ile to jest istotne dla… dla ciebie, w tej terapii, ale wiedz, że każda Królowa Krainy Czarów wraz z koronacją zyskuje magię, którą dysponuje sam Czas. Dzięki temu może kontrolować praktycznie całą krainę, w tym też portale. Nikt nie może opuścić Krainy Czarów, jeśli władczyni tego nie zapragnie. I dochodzę tu do momentu, w którym Jefferson został skazany na pobyt w mojej krainie. Zajęłam się nim i pomogłam mu się dostosować do naszych realiów. W pewnym momencie dostrzegłam, że z mojej strony to nie jest tylko głupie zauroczenie.
    Zamilkła na chwilę. Błagalne spojrzenie. To, że go nie rozpoznawała, sprawiało mu znacznie większy ból niż jakakolwiek inna tortura. Ale wtedy się tym nie przejmowała. Teraz, co noc budziła się drżąc i płacząc na wspomnienie dręczących ją koszmarów. Zacisnęła wargi. Dlaczego wszystko się tak potoczyło?
    Czuła na sobie wzrok swojej… terapeutki. Nie była pewna czy chce widzieć jej spojrzenie, więc kontynuowała swoją opowieść, patrząc się na grzbiet jakiejś książki.
    - Okazało się, że moje uczucie jest odwzajemnione. Zaręczyliśmy się i mieliśmy się pobrać, jednak nie zdążyliśmy. Dzień, który miał być najpiękniejszy okazał się najgorszym. A przynajmniej tak wtedy myślałam. Jednak później było znacznie gorzej. Myślę, że dosyć istotnym elementem jest to, że zostałam królową na miejsce tamtej poprzedniej. I jako królowa skazałam mojego ukochanego na potworny los. Tak właściwie to tylko dlatego, bo chciał mnie odzyskać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Posadzka zabarwiona czerwienią jego krwi. Nigdy nie udało jej się zmyć z zimnego kamienia. Bezwładne ciało ciągnięte przez straże. I pustka. Ona nie czuła wtedy nic.
      Podniosła wzrok na Valerie.
      - Zgotowałam mu los znacznie gorszy od śmierci.

      Verity

      Usuń
  76. [Wybacz, że tyle musiałaś czekać, ale musiałam ładnie to sklecić w głowie, by móc napisać jakoś tak, by miało ręce i nogi. Co prawda nadal nie jestem zadowolona z efektu, może to tylko moja samokrytyka, może faktycznie. W razie czego czekam na reklamacje. ;)]

    Kradzież jednego z artefaktów nie mogło ujść uwadze Asherah. Tym bardziej jeden z potężniejszych amuletów. Słowniańska Lunela, bo to właśnie o tenże amulet chodziło, zawężała grono podejrzanych. Ale czy na pewno? Wszak każdy, kto znał jego moc mógł chcieć go zdobyć. Ba, sama Asherah niekiedy korzystała z dobrodziejstw zbioru, o czym nikt (raczej) nie wiedział. W związku z tym wszystkim nie była w stanie powiedzieć kto to był i w jakim celu to zrobił, aczkolwiek zdecydowana była działać tak długo, aż znajdzie winowajcę. Dopiero wówczas mogłaby pójść zgłosić to burmistrzowi czy szeryfowi, Jak na razie... śledztwo prowadziła sama strażniczka. Wpadła na pomysł puszczenia w obieg plotki. Nie do końca fałszywej, bo Dżin spełniający życzenia był prawdą... prawie. W rzeczywistości Dżiny były dosyć psotnymi istotami i niekiedy robiły ludziom na złość. W każdym razie, podziałało. Piwnice Apartamentowca Woodlands odwiedziło już sporo baśniowców, a Asherah każdy wyglądał na podejrzanego.
    - Pewnie kolejna osoba zainteresowana historią o Dżinie? - zagadnęła wesoło bliżej podchodzącą kobietę. Poznawała ją; Valerie. Miejscowa redaktorka i... Południca. Przymrużyła oczy, powoli wysnuwając kolejne wnioski. Czy ktoś taki, kto pisze o sekretach innych, znający je i niekiedy mogący wykorzystać je przeciwko innym mieszkańcom nie potrzebowałby takiego wsparcia, jakie oferowała Lunela? - Skrzynia jest tuż za kratą, tylko warto uważać. Dżin miewa czasem dziwne poczucie humoru. - zaznaczyła, energicznie unosząc brwi i posłała kobiecie przyjazny uśmiech. Nie mogła się zdradzić ze swoimi podejrzeniami, jeszcze nie teraz. Postanowiła poczekać do wyjścia Valerie, a wtedy zaprowadzić ją wprost do burmistrza i poinformować o znalezieniu sprawcy ostatniej kradzieży.

    Asherah Connor

    OdpowiedzUsuń
  77. [Witaj ponownie :D To teraz pytanie, kto zaczyna? Jeśli ja to już jutro, bo dziś oczy już się mi kleją. Tylko musimy ustalić kilka szczegółów, a w zasadzie to jeden: gdzie się spotkają? Jak już będzie miejsce to mogę coś naskrobać :)]

    OdpowiedzUsuń
  78. [Czyli będą się znać czy tylko Valerie usłyszy gdzieś o Ayre i wyruszy by się poznały? Bo nie wiem czy Ayre ma się spodziewać zacnego gościa :)]

    OdpowiedzUsuń
  79. [No to zaczynam :) Wybacz ewentualne wszystko.]

    Mijał kolejny letni dzień, który boleśnie przypominał jej o tym kim w rzeczywistości była. Choć głęboko w kościach wiedziała, że wywodzi się z rodzaju ludzkiego, to jednak setki lat zrobiły swoje. Utożsamiała się z naturą Południc jak i ze wszystkim co się z tym wiązało. Siedziała na ganku trzymając w ręce sierp. Błądziła opuszkiem palca po jego ostrzu jakby chciała sprawdzić czy był wystarczająco naostrzony. Tylko wystarczająco na co? Usilnie próbowała wybić sobie z głowy wizje, w których wyrusza z nim w pole. Wizje tak znajome i świeże, że nawet teraz czuła rdzawy zapach krwi, a przed oczami miała oblane czerwienią kłosy zboża. Szybko otrząsnęła się odrzucając narzędzie w kąt tłukąc przy tym glinianą donicę, w której ktoś zasadził pomidory. Nie przejęła się tym zbytnio. I tak ich nie lubiła. Nie lubiła też tego miejsca. Przypominało jej o nie tak dawnej przeszłości. Jednak sama je wybrała. Od zawsze miała skłonności do torturowania się. Podświadomie zdawała sobie sprawę, że na to zasłużyła. Na niekończące się męki i wieczne potępienie. W głębi duszy, jeśli ją w ogóle miała, potrzebowała odkupienia. Szansą na odkupienie być może miało się stać przybycie do Fabletown. I tylko to dawało jej jakąś nadzieję na lepsze jutro. Lepsze cokolwiek.
    Weszła do środka. Mieszkała w niezbyt dużym domku na obrzeżach farmy. Był wykonany praktycznie z samego drewna i urządzony w rustykalnym stylu. Przypominał jej trochę ten rodzinny, całkiem inny niż te, które widywała podczas wyjazdów do miasta. Świat zmienił się znacząco, w przeciwieństwie do ludzi, do których nie miała za krzty zaufania. Byli niegodziwi i podli tak samo jak dawniej. Doskonale przekonywała się o tym przy pracy detektywa, kiedy obserwowała ich poczynania. Wtedy czuła się mniej winna tego, że zabijała. Ale przecież nikt nie powinien udowadniać tego, że zasługuje na życie. Ideały nie istniały. Wiedziała, że to żadne usprawiedliwienie.
    Wyłączyła piekarnik i wyjęła z niego świeżo upieczone ciasto, które postawiła na stole. Przyjemny, jagodowy zapach wypełnił wnętrze. Ciasto od zawsze było dla mniej zwiastunem gości. Według jej matki było niezbędnym elementem by ugościć przybyszów, czy choćby nawet i jednego przybysza. Taka była słowiańska gościnność.
    Krążąc po pokoju bez celu czekała z niecierpliwością na nadejście Valerie, kogoś kto wiedział, co niosło ze sobą bycie Południcą. Miała nadzieję, że udzieli jej jakiś wskazówek i znajdzie jakieś panaceum na wewnętrzna walkę, która nieustannie się w niej toczyła. Walkę, którą zdawała się przegrywać.

    OdpowiedzUsuń
  80. Kiedy usłyszała pukanie pośpiesznie poprawiła swoją bluzkę i podeszła do drzwi. Denerwowała się. Sama nie do końca wiedziała dlaczego. Nie wiedziała też czego tak właściwie oczekiwała. Na pewno zrozumienia. Może jakiegoś niemego rozgrzeszenia? Tylko czy naprawdę tego chciała? Jedno życie w tę czy we tę nie robiło jej już takiej wielkiej różnicy jak na początku, choć wydawać by się mogło, że ktoś kto był wcześniej tak bardzo wrażliwy na świat nie mógłby się zamienić w takiego potwora. A jednak mógł. Być może taka była jej prawdziwa, ukryta natura? Może w głębi duszy po prostu była zła, ale nie miała okazji tego ujawnić? Żyjąc cały czas pod kloszem miała wszystko. Nikt jej niczego nigdy nie odmawiał, poza tym jedynym razem, kiedy chciała poślubić tego mordercę. Teraz te określenie brzmiało w jej głowie inaczej. Nie było już tak odległe. Nie zmieniało to oczywiście faktu, że nienawidziła go i nigdy mu nie przebaczyła. Z resztą jemu na pewno na tym nie zależało. Tak samo jak i jej siostrze, która zawsze żyła w jej cieniu. Ayre nie wiedziała, że ta miała do niej tak dużo żalu. Nie wiedziała, a może po prostu nie chciała zwrócić na to uwagi? Mimo wszystko kochała swoją siostrę, a i tamta nigdy się głośno na nic nie skarżyła. Jednak coś widocznie musiało przelać czarę tej goryczy. Być może kochała tego śmiecia. Być może i on kochał ją. A może i ją też wykorzystał. Długo zadawała sobie te pytania aż w końcu udało się jej odkryć prawdę. Prawdę gorszą niż mogłaby się tego spodziewać.
    Z lekkim, przyjaznym uśmiechem otworzyła drzwi i przywiała się z Valerie. Wpuściła ją do środka nie mogąc oderwać wzroku od czarnego notesu.
    - Usiądź. – powiedziała wskazując krzesło. - Będziesz coś zapisywać? – spytała wprost wyciągając małe talerzyki na ciasto. – Jagodowe. Mam nadzieję, że lubisz. – dodała nakładając jej kawałek mając nadzieję, że nie wyszedł zakalec. Ayre nie była zbyt świetną kucharką. W zasadzie to w ogóle nią nie była, ale starała się.
    - Nie czujesz się dziwnie wracając na wieś? Widząc pola, pracujących na nich rolników i… - przerwała przenosząc wzrok na stół. Nie chciała być zbyt nachalna.
    - Przepraszam. Pierwszy raz mam okazję tak wprost o tym rozmawiać. Nigdy wcześniej nie spotkałam innej Południcy. To znaczy spotkałam, ale w trochę innym stanie. Sama rozumiesz. – powiedziała bawiąc się skrawkiem bluzki.
    - Teraz, tutaj jest inaczej. Powinno być. Odzyskałyśmy ludzkie postacie i szansę zaczęcia od nowa. – dodała przenosząc na nią wzrok. – Ale… Mam wrażenie, że przesiąkłam tym tak bardzo, że nic już tego nie zmieni, nawet ludzkie ciało. Pod nim nadal jestem bestią. To nie zmienia tego co zrobiłam. Po pewnym czasie nawet tego nie żałowałam. Przyzwyczaiłam się do tego stanu rzeczy. Śmierć przestała robić na mnie wrażenie. A ludzie… Ludzi zaczęłam nienawidzić. Nie wiem za co. Może po prostu za to, że żyli. Czasem miałam ochotę zniszczyć cały świat. Roznieść go w drobny mak. – westchnęła ciężko. – Ale dość o mnie. Jak sobie tu radzisz? – spytała.

    OdpowiedzUsuń
  81. [Troszkę nazmyślam, co się pewnie grubym łukiem minie z naszą mitologią, ale tu chyba nie musimy strasznie ściśle się czegokolwiek trzymać. Mam nadzieję, że to Ci nie będzie przeszkadzać, a jeśli tak to daj znać, a wymyślę inną odpowiedź ;)]

    - Zapomnieć… - powtórzyła po niej cicho w lekkim zamyśleniu. Ayre sama nie wiedziała czy oby na pewno chciała o tym zapomnieć. Sądziła, że byłoby to jak utrata części samej siebie, swojej historii, jakakolwiek by ona nie była. Doskonale wiedziała, że ból i nienawiść potrafiły konsekwentnie zżerać ją od środka nie pozostawiając nic ani krzty czegoś dobrego czego mogłaby się chwycić by nie zatonąć. Jednak już dawno znalazła się pod wodą. Jednocześnie nie tak głęboko by móc odbić się od dna ani tak wysoko by udało się jej wynurzyć. Tkwiła w świecie ciemności miotana przez nadciągające fale, którym już przestała stawiać opór. Po prostu była. Była kimś innym, kimś kto musiał przystosować się do nowej sytuacji. Do sytuacji, w której nie była bezradna. Przynajmniej tak się jej wydawało, a takie myślenie było dość wygodne. Bycie Południcą na nowo ukształtowało jej życie. Inne życie. Nie miała już rodziny ani nikogo bliskiego, chociaż bywały momenty kiedy próbowała to zmienić, co mogłoby wydawać się mało możliwe w jej obecnym stanie. Jednak pewnego dnia rozwiązanie samo zapukało do jej drzwi i skorzystała.
    - Słyszałaś o eliksirze połowicznego przywrócenia? – spytała spoglądając jej w zielone oczy. – O takim, który nie zmienia całkowicie nowej postaci, ale potrafi ją odwrócić na jakiś czas? Miałam taki eliksir. Trafił w moje ręce kiedy rozpętała się wojna. Śmierć zbierała wtedy obfite żniwo, ale nadal było jej mało. Zaczęła też otwierać dotychczas niedostępne furtki. W nagrodę za dotychczasową pomoc zaoferowała mi pewną miksturę, która miała przywracać moją cielesność, choć były dwa haczyki. Jednym z nich było to, że jednego dnia musiałam zabić przynajmniej jedną osobę, a drugim to, że sama mogłam być ostatecznie zabita. Na tamten moment, choć mogłoby się to wydawać dziwne, ale była to kusząca propozycja. Mogłam wrócić, choćby na chwilę, a ludzie nie patrzyliby się na mnie jak na potwora. Śmierć też nie była mi straszna. Nawet rozważałam to by zginąć i zakończyć ten nieprzerwany koszmar. Jednak wola życia zwyciężyła. Nie chciałam umierać. – powiedziała biorąc głębszy oddech. Zamknęła oczy przenosząc się we wspomnienia, które zaczął już zacierać czas.
    - Powrót nie był łatwy. Znowu zaczęłam odczuwać te wszystkie ludzkie emocje. Strach, podekscytowanie i… empatię. Byłam jedną z nich i szybko trafiłam na ich bezinteresowne serca, których bicia nie chciałam już ich pozbawiać. Nie mogłam. – powiedziała drżącym głosem. – Ale musiałam. Z początku wydawało się to proste. Przecież nie musiałam zabijać swoich. Mogłam iść do obozu przeciwnika i tak nawet przydać się do czegoś. I wydawać by się mogło, że nie powinno sprawić mi to żadnej trudności. W końcu robiłam to nie raz. Jednak teraz było inaczej. Uczucia były zbyt silne, jak wygłodniałe zwierzęta, które cały czas łaknęły, choćby nawet i ochłapów. Ale przeciwnik też był człowiekiem. – westchnęła uspokajając oddech. – Nadeszła noc. Zabrałam ze sobą pierwszy lepszy nóż jaki znalazłam i ruszyłam. Musiałam uważać na nocne patrole, ale jakimś cudem udało się mi prześlizgnąć do obozu wroga. Weszłam do pierwszego z brzegu namiotu i zastałam tam śpiącego generała. Mężczyznę w średnim wieku z siwym wąsem. Przeokropnie głośno chrapał. Bałam się, że kogoś może się zorientować, że nagle ucichł. Podeszłam do niego ostrożnie i wyciągnęłam nóż. Nagle ktoś na zewnątrz zaczął krzyczeć. Ten obudził się i oczywiście mnie zobaczył. Noża też nie przeoczył. Mówił coś, ale nie mogłam go zrozumieć. Nie znałam tego języka. Uznałam, że to nawet lepiej. Przynajmniej nie wiedziałam czy nie prosi o ocalenie. W pewnym momencie poderwał się z krzykiem i… Po chwili już nie żył. Po tym jak wbiłam mu nóż zaczął dławić się własną krwią, która znalazła się i na mnie. Ręce trzęsły się mi niemiłosiernie i myślałam, że serce mi zaraz wyskoczy. Tak dziwnie było czuć na nowo jego bicie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zaraz ktoś wszedł do jego namiotu. Nie mogłam jego stąd wypuścić, również musiał przypłacić to życiem. Rozebrałam go i włożyłam jego ubrania, by jakoś wydostać się z namiotu. Ale dalej nic nie poszło już po mojej myśli. Włosy wysypały się mi spod czapki, co nie umknęło kilku zgromadzonym. Również musiałam ich zabić. Ręka tym razem przestała mi drżeć. Tym co odróżniało mnie wtedy od bycia Południcą było tylko bijące serce. Bezwzględnie zaczęłam zgładzać jednego po drugim, kto tylko wszedł mi w drogę. Nie miało to różnicy czy był uzbrojony czy nie, czy mógł i chciał się bronić czy też błagał o własne życie. Wszystko przestało mieć znaczenie. W końcu się stamtąd wydostałam i… nie mogłam już wrócić do ”swoich”. Uciekłam i ukryłam się w lesie. Znalazła mnie tam Śmierć i spytała czy chcę eliksir na kolejny dzień. Nie chciałam. Nie chciałam eliksiru ani myśli, że jako człowiek też jestem do tego zdolna. Tam, w tym namiocie, to nie była Południca, to był człowiek. – powiedziała z trudem powstrzymując napływające do oczu łzy.
      - Chyba dlatego lepiej bym trzymała się na uboczu, choć być może po prostu powinnam trafić za kratki.

      Usuń
  82. Shadow z poprzedniego życia nie utracił żadnych wspomnień. Doskonale pamiętał większość momentów swojej czarciej egzystencji, wertował w głowie księgę samobójców, których wpędził do grobu i rozważał zawiązane z innymi demonami znajomości, które udało mu się pogłębić przy ciekawych, pełnych obcej krwi działaniach. Nie miał problemu z przywoływaniem przeszłości ― jak na mężczyznę (biorąc pod uwagę fakt, że w ludzkim świecie, ponoć oni cechowali się gorszą pamięcią) ― rzadko zapominał, wyłącznie gromadząc w rozległym banku danych, który dopomógłby niejednej sfrustrowanej osobie, akurat poszukującej określonego stwora.
    Ludzka forma, rzecz jasna, nie do końca mu odpowiadała. Na początku nie rozumiał działania niektórych kończyn, nie odczuwał typowego pociągu do przeciwnej, bądź identycznej płci i nie potrafił pojąć emocji, jakie w bytach rozumnych ziały ogromnym ogniem, spalającym po drodze wszystkie, ostatnie resztki trzeźwego myślenia. Nie działał pochopnie. Był cierpliwy. Skłonny do bójek, ale nie głupi. Trzymał się na uboczu, obserwował, nie dawał się sprowokować do bezmyślnego działania. Łamał bariery z premedytacją, wybierał rzeczy, które akurat chciał wybrać. Powoli odnajdywał się w nowym życiu, od nowa budował własną formę i uplastyczniał charakter do bardziej przystosowanego, ludzkiego i akceptowalnego. Chęci do wpędzania ludzi do grobu nie minęły z czasem, choć trochę się przytłumiły, przygniecione ciężarem jaskrawych barw, zapachów i wysokich dźwięków, jakie napływały zewsząd z dziwnego, zurbanizowanego świata. Były jednak sytuacje, gdy zupełnie nie rozumiał motywów, kierujących otaczającymi go baśniami; a w jego przypadku był to ewenement. Od lat karmił się ludzkim strachem, wpływał na psychikę, uczył się schematów działań i analizował, wydobywając z ludzi to, co najgorsze. Wykorzystywał słabości, uderzał w słabe punkty, podlewał lęk i podcinał nieśmiało wyglądające z pleców skrzydła.
    Nie spodziewał się jednak, że jego przeszłość tak brutalnie wypłynie, w dodatku w artykule baśniowej gazety. W końcu, tutaj wszyscy dostawali drugą szansę, prawda? Miał amnestię, więc jakim prawem coś takiego nie zostało zatrzymane?
    Oskarżono go o rosnący odsetek samobójstw. Tak, lubił za rączkę prowadzić ludzi do szubienic. Tym razem jednak, nie maczał w tym palców, bowiem obecne sposoby pozbawiania się życia dawały mu mniej radości niż kiedyś. Przedawkowanie leków, skok z wieżowca. Ofiara niknęła mu z oczu, a on nie miał idealnego widoku na sytuację; jej śmierć była nudna, pozbawiona ciekawej otoczki i cicha. Nie lubił tego. Naprawdę tego nie lubił.
    Jako wiatr jednak, mógł dowiedzieć się, kto stał za napisaniem tego szmelcu. Zdziwiło go, że w autorce dojrzał swoją byłą koleżankę z przeszłości. Słowiańską południcę, która dzieliła się z nim ofiarami. Słowiańską południcę, z którą tak miło zabijało mu się kolejne istnienia.
    Nie chciał od razu do niej startować; nie miał w zwyczaju tak po prostu zarzucać czynów, robić idiotycznych wykładów, warczeć i kwiczeć jak urażony kociak. Postanowił więc, że dopadnie ją kiedy indziej. Na baśniowym balu, na którym mieli pojawić się wszyscy. Rzecz jasna, nie był z tego powodu szczęśliwy; garnitury nie należały do jego ulubieńców, tym bardziej, że ich niewygodna boleśnie wpijała mu się w paskudne, ludzkie ciało.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Korzystając z późnej pory, faktu, że Baśnie zajęły się sobą i niezwykłej woni alkoholu, wlewanego litrami w współtowarzyszy, przemknął powoli w kącik i przemieniwszy się w czarnego kota, podążył na balkon, wypatrując samotnie stojącą ofiarę, opartą łokciami o barierkę; podziwiającą rozgwieżdżone, piękne niebo, tak różne od paskudnego krajobrazu zatęchłego miasta.
      Zamiauczał przeciągle, przyciągając jej uwagę i powolnymi, pełnymi gracji susami ruszył w jej kierunku, by z czułością otrzeć się o jej nogi, przejść pod długą suknią i z wibrującym mruczeniem wybiec, by po chwili, w czarnej chmurze dymu przybrać swoją brzydką, męską i okrutną formę.
      ― Ciebie też miło widzieć, Val ― syknął, uśmiechając się paskudnie, a jego niebieskie oczy błysnęły złowrogo, gdy odruchem poprzedniej formy, oblizał łapkę, po chwili, opuszczając ją wzdłuż ciała. ― Milej byłoby jednak, gdybyś nie rozsiewała plotek ― dokończył, nie dając dziewczynie dojść do słowa i przymknął oczy, po chwili otwierając je, by złapać z nią kontakt wzrokowy. Jego spojrzenie pozostawało niezłomne, a źrenice objęły całe tęczówki, przywodząc na myśl metaforyczny obraz czarnych oczu śmierci. ― Kiedyś tak miło spuszczało się nam posokę z wiotkich ciał, nie pamiętasz? A teraz obracasz się przeciwko mnie. Jak ten Brutus, który zdradził Cezara w latach, gdy szubienice były o wiele bardziej powszechne.

      Shadow

      Usuń
  83. Słysząc historię Valerie zacisnęła mocno pięści aż pobladły jej kłykcie. Duża jej część brzmiała zbyt znajomo. Czuła jawną niesprawiedliwość, bunt przeciw temu wszystkiemu co spotkało je i setki, a pewnie nawet i tysiące kobiet. Dziś sądziła, że była już mądrzejsza i nie doszłoby do tego, ale… W miłości nie myśli się jasno. Nie myśli się w ogóle. Dlatego postanowiła nigdy więcej nie popełnić tego samego błędu i wszystkich trzymać na dystans. Bezpieczny dystans dla niej, a jeszcze bardziej dla kogoś, kto mógłby chcieć ją skrzywdzić. Jednak różnie z tym wychodziło. Założenia założeniami, a życie życiem. Wstała od stołu i podeszła do szafki by wydobyć z niej przezroczysty trunek, po czym postawiła butelkę na stole. Następnie wyciągnęła kieliszki i nalała im od serca. Kolejno chwyciła jeden z nich. Miała wrażenie, że im obu przydałoby się coś mocniejszego.
    - Za miłość. – wzniosła toast lekko cynicznym tonem uderzając o kieliszek Valerie. Kiedy wypiły nalała kolejne. Nie była alkoholiczką, a nawet brzydziła się alkoholu, co nie przeszkadzało jej jednak przy topieniu smutków. A niełatwo było je utopić w słowiańskiej głowie.
    - Bardzo dobrze znam te obietnice bez pokrycia, czułe słówka, snucie planów… - zaczęła gładząc opuszkiem krawędzie naczynia. – Aż w końcu zaczyna się wierzyć, jakkolwiek wszystko brzmiałoby nierealnie, bo w końcu wystarczy miłość, a reszta sama się ułoży. – zaśmiała się ironicznie pod nosem. – A kiedy już osiągną swój cel stajesz się im zbędna, zawadzasz do tego stopnia, że najlepiej jest się ciebie pozbyć. Ostatecznie pozbyć. Szkoda, że nie przewidzieli ewentualnego powrotu. – powiedziała rozbawiona i westchnęła głośno.
    - Też poznałam kiedyś pewnego śmiecia. Zwodził mnie i wodził z nos, namawiał do rzeczy, których bym nigdy sama nie zrobiła. Biedak z perspektywami i mnóstwem planów. – zaśmiała się kręcąc głową. – Szkoda, że te plany tak krótko mnie obejmowały. A może i całe szczęście, bo nie wiem co mogłoby okazać się gorsze. – powiedziała ciszej. – Nie znałam go zbyt długo, ale czułam, jakbym znała go całe życie. Byłam głupia i naiwna. Gdybym tylko posłuchała ojca… - westchnęła przypominając sobie jego rozzłoszczoną twarz, kiedy mu oznajmiła, że zamierza wyjść za tego dupka za mąż. – Ale wiesz jak to jest, ten cały popaprany bunt i klapki na oczach. Poza tym to wszystko było takie romantyczne, że aż teraz zbiera mnie na wymioty. – skrzywiła się wzdrygając. – Namówił mnie na ucieczkę i zabranie czego się tylko dało. Wszystko ciemną nocą, by uniknąć ciekawskich. Miał czekać z kapłanem. Mieliśmy się pobrać i wyruszyć dalej. – powiedziała powstrzymując napływające do oczu łzy. – Oczywiście na miejscu nie było kapłana. Ale to nie on mnie zabił. Zrobiła to moja siostra. – dodała wychylając kolejny kieliszek. – Jednak nie zemściłam się na żadnym z nich, choć wiele razy wyobrażałam sobie jak uśmiercam gnoja na różne sposoby. Z siostrą było inaczej. Znałyśmy się całe życie, byłyśmy rodziną i bądź co bądź kochałam ją. Nigdy nie podniosłabym na nią ręki nawet jako Południca. To było zbyt silne. Nie odczuwałam zewu, kiedy o niej myślałam. Wręcz przeciwnie. Za to cholerny ból i bezradność. – powiedziała cicho, a po jej policzku popłynęła pierwsza łza, którą zaraz otarła wierzchem dłoni. Wiedziała, że powinna się opanować i przestać się rozklejać. Musiała być twarda.
    - Uciekli razem. – zakończyła z uśmiechem wzruszając ramionami. – Jak to mówią: „Z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu”. – dodała śmiejąc się, bo tylko to jej pozostało, choć może miała nieco makabryczne poczucie humoru.
    - I pewnie masz racje, zabijanie jest złe. Teraz powinnyśmy się cieszyć zyskaną nową szansą i zapomnieć o tym co było, choć obserwując ludzi mam wrażenie, że nic się nie zmieniło. Ludzie są takimi samymi gnidami jak wcześniej. Może nawet gorszymi. Nawet specjalnie nie kryją się z tym co robią. To wszystko sprawia, że wcale nie jest mi ich szkoda, przeciwnie.

    OdpowiedzUsuń
  84. Valerie nie miała czego zazdrościć Ayre. Ayre była po prostu bardzo pogubiona, a najgorsze było to, że sama nie zdawała sobie do końca z tego sprawy i akceptowała to. Może dlatego była teraz tu gdzie jest, na farmie i być może podświadomie planowała łowy na niczego niespodziewających się biedaków pracujących na polu. Niejednokrotnie przyglądała się im z ukrycia. Farmerzy wiedzieli, że się tu wprowadziła, ale nie znali jej przeszłości. Gdyby tylko wiedzieli… Wtedy na pewno nie witaliby jej serdecznymi uśmiechami, a raczej widłami. Wolała nawet sobie nie wyobrażać jak mogłaby tu skończyć. Nie oczekiwała od nikogo zrozumienia ani wybaczenia. Uważała, że nie zrobiłoby to żadnej różnicy. Z resztą kto by litował się nad morderczynią, która nawet nie miała porządnych powodów by zabijać? Była kim była. Nie cofnie przeszłości. Może jedynie napisać nową.
    Słysząc o policji i współpracujących z nią mieszkańcach, wśród których znalazła się Valerie spojrzała na nią z ledwo zauważalnym uśmiechem. Kiedy oni walczyli z plugawymi elementami miasta, ona sama często im pomagała. Nie miała skrupułów, nie obchodziło jej do kogo i jakie trafią od niej informacje. Po prostu dostawała za to pieniądze. Musiała się tu jakoś utrzymać, a śledzenie ludzi miała już we krwi. Sprawy często dotyczyły grubych przekrętów, zdrad czy nielegalnych handlów. Jej było wszystko jedno, ale przez to zdążyła sobie już wyrobić zdanie na temat miasta, które niejednokrotnie zamieniało się w jakąś spelunę. Na razie nie mieszała się do wymierzania kar różnym zdrajcom. Nie splamiła tu jeszcze swoich rąk krwią. Niebezpośrednio. Jednak dopóki trwały te czarne interesy miała co robić. To wszystko było jej na rękę, ale nie chciała mówić o tym Valerie. Miała wrażenie, że ta nadal widzi w niej jakiś cień nadziei i w dziwny sposób podobało się to Ayre. Nie wiedziała dlaczego. Być może dlatego, że czyjaś wiara w nas może być znacznie potężniejsza niż nasza w nas samych.
    Kiedy zaproponowała jej wspólne zamieszkanie spojrzała na nią z szeroko otwartymi oczami. Znały się tak krótko, choć obie wyrzuciły z siebie wszystko co najgorsze w bardzo ekspresowym czasie. Chyba po prostu tego potrzebowały.
    - Opuszczenie farmy i wspólne mieszkanie… - powiedziała cicho pod nosem w zastanowieniu. – Chyba nie jestem jeszcze na to gotowa. – odparła spoglądając w stronę okna. – Nie wiem czy nie jestem zbyt starym drzewem by mnie przesadzać. Wiem, że może wydawać się to obłędem, te życie wspomnieniami, ale one nadal są tak żywe… Przesiąkłam polem, słońcem i krwią. Przez tak długi czas znałam tylko to… - powiedziała, kiedy nagle za oknem rozległ się czyjś krzyk. Ayre momentalnie zerwała się na równe nogi.
    - Coś musiało się stać. Chodźmy! – zawołała wybiegając z domu, nieopodal którego stało kilkunastu farmerów, którzy musieli przybiec z pola. Zaczął panować mały zgiełk. Każdy próbował dowiedzieć się co się stało, przez co nic nie można było zrozumieć. W końcu Ayre przedarła się przez ludzi do kobiety, która krzyczała. Nie musiała o nic pytać, wyjaśnienie było na rękach tej kobiety. Trzymała w nich pobrudzone ziemią dziecko. Martwe dziecko. Ayre momentalnie cofnęła się do tyłu. Chociaż nie zabiła go czuła, że zaraz wszystko spadnie właśnie na nią. Tak zawsze było.
    - To nie ja… - powiedziała cicho odnajdując w tłumie wzrok Valerie. Była nieco wstrząśnięta. Ludzie natychmiast zwrócili na nią uwagę.
    - Dlaczego miałabyś być to ty? – spytał jeden z nich. – Kim jesteś? Kim byłaś? – rozległy się pytania coraz bardziej zniecierpliwionych rolników. Byli źli i domagali się sprawiedliwości. Ktoś musiał zostać winny i ukarany. A przynajmniej ukarany.

    OdpowiedzUsuń
  85. Nie chciała mówić już więcej. Wiedziała, że jak wypowie te słowa, to będzie musiała stawić czoła sama sobie. Powiedzenie tego na głos… to by było jak oficjalne potwierdzenie, że faktycznie zrobiła kiedyś coś takiego. Tak okropnego. Coś wewnątrz niej gwałtownie protestowało, ściskając jej gardło i nie pozwalając na to, aby wypowiedziała jakiekolwiek słowa. Wiedziała, że i tak odpowie, po to tu przyszła, jednak niesamowicie trudno było jej przezwyciężyć niechęć i strach przed prawdą.
    Przypomniał się jej jeden z ich wspólnych wieczorów, kiedy Jefferson zabrał ją na randkę do Doliny Zagubionych. Siedzieli na zielonym, wytartym kocu, wtuleni w siebie, a chłodny wiatr smagał ich twarze. Małe kule światła unosiły się wokół nich, dzięki czemu wyraźnie mogli widzieć swoje twarze, a także rosnące nieopodal Wielkie Drzewo Sandałowe. Jefferson był tego dnia wyjątkowo milczący. W pewnym momencie jednak pocałował ją w czoło i wyszeptał do niej kilka zdań. Znasz legendy o Dolinie Zagubionych, prawda? Biały Królik wspomniał mi, że każdy mieszkaniec Krainy Czarów je słyszał. Oczywiście, że je znała. Gdy była jeszcze małym dzieckiem mama opowiadała jej o tym, jak to kilkaset lat temu młoda dziewczyna trafiła do tej doliny, pragnąc zdobyć władzę i bogactwo. I znalazła je, została królową. Żyła w dostatku do końca swych dni. Według tych legend w Dolinie Zagubionych każdy mógł odnaleźć to, czego jego serce szczerze pragnęło. Co uważało za zagubione. I tamtego dnia Jefferson też wyszeptał życzenie. Wyszeptał to, czego oboje pragnęli najbardziej na świecie. Chciałbym, abyśmy odnaleźli nasze szczęście. Razem, daleko od Krainy Czarów. Kolejny obraz przeszył ją, rozbijając wcześniejsze wspomnienie. Jefferson - zakrwawiony, pozbawiony resztek sił. I ona obserwująca z lekko zmarszczonymi brwiami jak kat unosi topór.
    Otworzyła oczy i zamrugała kilka razy, aby pozbyć się widoku zakrwawionego Jeffersona. Przełknęła z trudnością ślinę i odetchnęła głęboko.
    - Kiedy do mnie przyszedł… był zrozpaczony. Próbował się wielokrotnie do mnie dostać, jednak wcześniej byłam w trakcie… przygotowania do pełnienia roli królowej i byłam całkowicie nieosiągalna. Ale w końcu mu się udało. Pamiętam… stał na środku sali i… i patrzył na mnie t-tak błagalnie.
    Przerwała na chwilę i potrząsnęła głową. Co to da? Spojrzała na Valerie. Widziała, jak się jej przygląda od samego początku spotkania, ale nie wiedziała, co mogło to oznaczać. Pomoże jej? A może wręcz przeciwnie… Nie sądziła, żeby Valerie mogła chcieć jej zaszkodzić. To pewnie tylko paranoja. Po tylu latach to już pewnie nic dziwnego. Oblizała usta i usadziła się wygodniej, opierając w końcu plecy o oparcie.
    - Wiedziałam, że go znam. To znaczy… nie sama z siebie, ja nie pamiętałam niczego z wcześniejszego życia. Ale reakcje wszystkich dookoła wyraźnie wskazywały na to, że niegdyś byliśmy sobie bliscy. I nie chciałam go. Bo wiedziałam, że kontakt ze znajomymi może mnie pozbawić całej władzy, którą dał mi Czas. Więc postanowiłam się go… pozbyć – zdanie dokończyła nieco ciszej, z bólem wypisanym na twarzy. - Na początek rozkazałam żołnierzom, aby go torturowali. Jako, że nikt nie chciał się znaleźć na jego miejscu, zadanie wykonali nad wyraz… skutecznie. Gdy go ponownie przyprowadzili przed moje oblicze, została z niego krwawa masa.
    Pojedyncza łza spłynęła po jej twarzy, jednak od razu ją starła.
    - Początkowo zamierzałam go ściąć, tak jak innych. I gdy kat już unosił topór, coś mnie tknęło. Od razu kazałam mu się powstrzymać. Czułam, że nie mogę pozwolić na ścięcie tego nieszczęśnika. Nie wiem jakim cudem, ale do mojego umysłu przedarło się jedno cholerne wspomnienie. Z dnia, w którym poznałam Jeffersona. Powiedział mi wtedy, że chciałby wrócić do rodziny. Wspomniałam mu wtedy, że nie ma możliwości opuszczenia Krainy Czarów bez zgody władczyni. A gdy już zostałam królową, zamiast na ścięcie, skazałam go na wygnanie do świata Doczesnych. Żeby już nigdy nie spotkał swojej rodziny.

    Verity

    OdpowiedzUsuń
  86. Ayre nie wiedziała co zrobić, jak się zachować. Nie była przyzwyczajona do roli… ofiary. To ona była drapieżnikiem, który dyktuje warunki i na którego należy uważać. Teraz jednak role się odwróciły. Słusznie czy też nie wszystko skierowało się przeciw niej. Ale to nie to najbardziej dotknęło w tej całej sytuacji Ayre. Kiedy zwróciła wzrok na zrozpaczoną twarz matki chłopca poczuła dziwne ukłucie. Dawno nie czuła się tak nieswojo. Nie wiedziała co się z nią dzieje. Nie podobało jej się to ani trochę. Lubiła swoją twardą powłokę, która chroniła ją przed zbędnymi uczuciami, które tylko niepotrzebnie uprzykrzały życie. Miała nadzieję, że to tylko jakiś odruch ciała, że to zaraz minie.
    Zaskoczyło ją kiedy Valerie zasłoniła ją własnym ciałem.
    - Co robisz? – spytała zdziwiona unosząc brwi. – Mogą zrobić ci krzywdę. – dodała widząc do czego zmierzają farmerzy. Już wcześniej przeżyła kilkakrotnie coś takiego, jednak jej ówczesna postać skutecznie potrafiła odstraszyć nawet tych najdzielniejszych. Trzeba było też pamiętać, że jako Południca miała nadnaturalną siłę i inne zdolności. A teraz? Teraz były bezbronne. Zdane na łaskę bądź niełaskę ludzi. W takich momentach żałowała, że nie miała tej przeklętej mocy. Gdy Valerie zwróciła się do nich Ayre zdziwiła się jeszcze bardziej. Zabrzmiało to co najmniej jak groźba, czyli coś, co do niej nie pasowało. Jak dotąd sądziła, że Valerie uznaje tylko pokojowe działania i być może teraz też chciała takie osiągnąć, jednak nastawienie ludzi mogło jej na to nie pozwolić. Zgromadzenie wstrzymało się, ale jedynie na krótką chwilę. Nie zamierzali stąd odejść chociażby bez wyjaśnień i to takich, które by ich w jakimś stopniu usatysfakcjonowały. Ayre robiła się coraz bardziej rozdrażniona i zaczynała narastać w niej złość. Miała ochotę wykrzyczeć kim była, co robiła i co może im zrobić jeśli nie zostawią ich w spokoju. Wiedziała jednak, że to tylko pogorszyłoby sprawę. Może gdyby była tu sama nie powstrzymywałaby się, ale nie była sama. Nie chciała by Valerie w jakikolwiek sposób przez nią ucierpiała. Wysunęła się przed nią i zmierzyła wzrokiem przybyłych, którzy byli wręcz gotowi spalić je jak czarownice na stosie.
    - To kim jesteśmy i kim byłyśmy nie ma żadnego znaczenia. Nie mamy nic wspólnego ze śmiercią chłopca. – oznajmiła donośnym tonem. To jednak niezbyt ich uspokoiło. – Co nie zmienia faktu, że na wolności grasuje prawdziwy morderca, a wy tracicie czas oskarżając bezpodstawnie niewinne osoby. – dodała podchodząc powoli do matki, która nadal trzymała ciało dziecka. Nie wiedziała czy ludzie w ogóle pozwolą jej podejść, ale zauważyła w ich oczach strach. Bali się jej i woleli się odsunąć.
    - Mogę? – spytała spoglądając na zapłakaną kobietę, która niepewnie kiwnęła twierdząco głową. Ayre obejrzała chłopca próbując wykryć jakiś trop, jakiś ślad, cokolwiek, co mówiłoby o przyczynie jego śmierci. Ostrożnie potarła palcami jego zabrudzoną ciemnym piaskiem szyję, na której jak się okazało znajdował się ślad po sznurze.
    - Ktoś go powiesił… - powiedziała cicho, po czym jego matka zaczęła głośno chlipać. – Niech ktoś weźmie od niej chłopca. – zarządziła widząc jak ta bladnie i ledwo trzyma się na nogach. Chciała jej pomóc. Chciała rozwiązać tą sprawę by matka i one same zaznały spokój. Nie wiedziała tylko po co ktoś tutaj zabijałby dzieciaka. Być może był niewygodnym świadkiem? Albo ktoś miał jakieś problemy z psychiką? Możliwości było wiele i zamierzała dowiedzieć się, która była tą właściwą. Miała jedynie nadzieję, że ludność z wioski nie będzie przeszkadzać chociażby poprzez próbę wymierzania sprawiedliwości na własną rękę na niewłaściwych osobach. A po tych ludziach właśnie tego się spodziewała. Społeczeństwo nie do końca pokładało wiarę w takie organy sprawiedliwości jak policja. Sami stanowili tu własne prawo i sami je egzekwowali.

    OdpowiedzUsuń
  87. Nikogo się nie spodziewała, więc dźwięk dzwonka wywołał u niej mieszane uczucia. Nie była zbytnio towarzyska, a jeśli już z kimś się spotykała, raczej nie zapraszała go do tej małej klitki, w której zdarzyło jej się mieszkać. Właściwie całe dnie wypełniała jej praca. Nawet jeśli miała wolne lub już skończyła się jej zmiana, wolała posiedzieć trochę w Moonriver, porozmawiać ze znajomymi czy choćby z Margot, która zawsze znalazła dla niej czas, wypić coś, może nawet poznać kogoś nowego. Ostatnim czego pragnęła to powrót do mieszkania, więc zapobiegawczo nawet zabierała ze sobą do pracy Toto, co na szczęście nikomu nie przeszkadzało. Mała bestia stała się maskotką kabaretu i nawet kręcąca się między stolikami w poszukiwaniu zajęcia nie sprawiała problemów. Oczywiście nie w czasie występów, wtedy znajdował sobie cichy kącik w garderobie i przesypiał większość wieczoru.
    Niespiesznie podeszła do drzwi i wyjrzała przez mocno zamglony, pewnie już ze starości, wizjer i ujrzała Val. Najlepszą przyjaciółkę, o jakiej mogłaby marzyć. Kobietę, która nie tylko potrafiła jej wysłuchać, ale i rozumiała wszystko, przez co Dorotka przechodzi, a tego nie było mało. Kobietę, która od pewnego czasu była dla niej kimś więcej, jednak nie miała odwagi, by się do tego przyznać nawet przed samą sobą.
    Przekręcając zamek zastanawiała się, co mogła tu robić o tej godzinie i co takiego musiało się wydarzyć, że nie zdążyła choćby poinformować. Przecież mogłoby Dorotki nie być, mogła wyjść z Toto na późny spacer jak miała w zwyczaju. Nie to jednak było ważne. Otworzyła drzwi i uśmiechnęła się do przyjaciółki, natychmiast zapraszając ją do środka, najmniej przejmując się tym, że jej strój nie był zbyt odpowiedni do przyjmowania gości. Nadal odziana była w satynowy szlafrok, który narzuciła na siebie tuż po kąpieli.
    -Coraz bardziej podobają mi się Twoje pomysły, Val. Wchodź, mam dziś wolne. –odpowiedziała owijając się szczelniej cienkim materiałem, a następnie omiotła spojrzeniem pokój. Wszędzie walały się zabawki Toto, jej ubrania i elementy strojów, które sama sobie szyła w wolnym czasie. Ruszyła więc przodem i zebrała wszystko, co wpadło jej pod rękę. –Napijesz się czegoś? Herbata czy od razu wino? Przydałoby Ci się wino. –stwierdziła, rzucając jej zadziorne spojrzenie i bez wahania podeszła do lodówki, skąd wyjęła butelkę, a następnie do szafki, by zaraz w jej dłoni znalazły się dwa kieliszki. –Ciężki dzień? –zapytała siadając na kanapie i rozlała napój do szkła.

    Dorothy
    [Wybacz obsuwę, trochę mnie ostatnio życie pokonało. Ale jestem, mam nadzieję, że już na dobre.]

    OdpowiedzUsuń
  88. Shadow normalnie powinien czuć się zirytowany, pełen agresji i ognia, który wybuchnie od razu, gdy tylko znajdzie odpowiednie ujście. Ale czart nie był tego typu człowiekiem. O ile dałoby się nazwać go człowiekiem. Cierpliwy, pełen pokory, spokoju i elokwencji, która z najwyższą pieczołowitością płynęła z ust przy każdym spotkaniu z baśnią. Mówił niemalże jak hrabia, osobistość; sypał porównaniami, przenośniami, wyrażał się w sposób wyszukany. Nikt chyba nie powinien spodziewać się czegoś takiego po zwykłym czarcie, prawda? Ale on jednak... on jednak potrafił odzywać się górnolotnie, czerpał satysfakcję z min rozmówców i uśmiechał uroczo tak, jak potrafił uśmiechać się tylko diabeł w czystej, słodkiej postaci. Zbyt wiele życia (jeśli nie całe) poświęcił ludziom; zbyt długo uczył się ich schematów, dopasowywał do siebie, łączył, przekształcał i odkrywał. Zbyt wielka część egzystencji opierała się u niego na szukaniu — szukaniu prawdy, rozwiązań, słabych punktów, delikatnych bruzd lęku. I choć nadal miał problem, by nauczyć się jak żyć; choć nadal nie potrafił pogodzić się z paskudnym, ludzkim ciałem, nadal czuł jego smród, odbierał nadmiar bodźców nienaturalnie źle i miał dość jaskrawych świateł, bijących go po wyblakłych oczach w każdym momencie istnienia. Umysł człowieka był dla niego bez tajemnic; znany jak własna kieszeń, prosty, pełen procesów i wpasowany w konkretny model. Choć tak wiele zrobił, tak wiele wpędził do grobu, tak wiele przeskrobał przed amnestią. Po amnestii nie był gorszy od byle przeciętnej baśni; nikogo nie wpędził do grobu, nikogo nie wepchnął do mogiły. Nikomu nie szeptał potępieńczo, nie zabił samym słowem, nie doprowadził na skraj wytrzymałości, nie zmusił do pętelki, grubym łańcuchem zawiązywanej na człowieczej szyi. Nie jego dziełem były pręgi, nie jego dziełem były samobójstwa. I ta pieprzona hipokrytka wywarła w nim niemiłe odczucia. Był przyzwyczajony do oskarżeń, krzywych spojrzeń, wykpiwania; był w końcu czartem i mieli prawo go nienawidzić, potępiać, chcieć zniszczyć. Ale w jej przypadku było to jak sól na ranę; jak istna plątanina sprzeczności. Jak niesprawiedliwy, domagający się sprawiedliwości.
    Uśmiechnął się paskudnie, a jego jasne oczy zalśniły, gdy lustrował ją bezczelnym wzorkiem. Chyba powinien uznać ją za atrakcyjną; przynajmniej to przeszło mu przez głowę, gdy postawił poddać się rzekomym męskim instynktom. Których nadal nie rozumiał i nie wiedział, czy w istocie je posiada. Wolałby nadal być bezpłciową, aseksualną istotą, ale męska forma często wpędzała go w stany, których nie rozumiał i chyba nie miał ochoty rozumieć.
    Milczał, gdy mówiła, chłonął jej słowa, dopasowywał, układał w całość, tworząc spójny obraz rzeczywistości. Analizował i schematyzował, nie chcąc odzywać się bez konkretnych słów, argumentów, wypowiedzi. Nie chcąc działać pochopnie, to w końcu nie było w jego stylu. Cierpliwość, wyszukanie, powolność, wyrachowanie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Masz bardzo krótką pamięć, kochanie — ostatnie słowo podkreślił z mocą, emocjonując je, nadając pewnego rodzaju intymności, chcąc przywołać minione lata wspólnych łowów. — Albo nie pamiętasz — stwierdził po chwili, czemu towarzyszył krótki, czarci śmiech, melodią niosący się ku ciemnemu nieboskłonowi.
      — Jesteś południcą — zawarczał bardziej jak pies niźli kot, choć z gracją, równą temu drugiemu. Obdarzył ją ponownym spojrzeniem i oparł dłońmi o barierkę, nie zbliżając się ani trochę. — Południcą, która wraz ze mną zabijała. Wraz ze mną zabierała ludziom serduszka, wpędzała do grobów i dzieliła się zdobyczą — pokręcił głową, a jego słowa brzmiały tak prawdziwie, że ich podważenie można by uznać za świętokradztwo. Nic nigdy nie brzmiało tak wiarygodnie i nie było wypowiedziane z taką mocą i przekonaniem. Nic w jego ustach. — Wyobraź sobie, że w Fabletown nie zabiłem nikogo. Po amnestii mam na sumieniu tyle co ty. Przed amnestią również — zacisnął ręce na poręczy i odwrócił się w stronę gwiazd, by po chwili wyprostować się dumnie i patrząc z góry obdarzyć ją uśmiechem. Dziwnie delikatnym, lekko czułym i kombinatorskim.
      — Widzę, że też nie potrafisz się przystosować — mruknął. — Że nie poznałaś jeszcze tej prawdy; że nie wiesz, iż nie wyciąga się wniosków na podstawie wyimaginowanych faktów — zaśmiał się gardłowo. — Zarzucasz mi, że amnestia po przybyciu mnie nie obowiązuje, a na czym się oparłaś, pisząc swój durny artykuł? Na czasach przed amnestią, kochanie. Jesteś niekonsekwentna i zarzucasz mi coś, co nie miało miejsca, opierając się tylko na przeszłości — powiedział jeszcze i zmienił się w czarnego kota, dumnie idąc po po poręczy. Gdyby chciała, mogłaby go z łatwością zrzucić. Wiedział jednak, że tego nie zrobi.
      Z gracją zbliżył się do niej, wciąż stojącej przy barierze i przysiadł ostrożnie, miaucząc głośno i patrząc niebieskimi, czarcimi ślepiami.
      — Ale nie gniewam się na Ciebie — wymruczał, a wibracje objęły cały jego grzbiet. — Gdyby nie Ty w końcu, nie miałbym tylu duszyczek na sumieniu — dodał, usilnie wsuwając się pod jej dłonie i zeskakując, by otrzeć się o jej nogi.
      — Widzisz? Jestem milutki — znów szepnął, rozciągając się na podłodze i układając w wygodnej pozycji, przednie łapki wsuwając pod brodę. — Pomiziaj mnie i będziemy my kwita. Wybaczę Ci.
      Dodał jeszcze i pozwolił, by przejmującą ciszę przecinało jedynie mruczenie, wydobywające się z jego kociego cielska.

      milutki i czekający na mizianie Shadow

      Usuń
  89. [Na wstępie przepraszam za takie opóźnienie. Na swoje usprawiedliwienie mogę dodać tylko tyle, że nie spodziewałam się tak mocnego wciągnięcia w fabułę, że będę wyjęta z życia przez tyle czasu :D A tak swoją drogą, to mam wrażenie, że odrobinę popłynęłam dzisiaj.]

    Gdy usłyszała pytania, przez chwilę siedziała w bezruchu, ze zdumieniem wymalowanym na twarzy. Nie spodziewała się, że pociągnie ten wątek, jednak po dłuższym zastanowieniu, nie było to aż takie dziwne. Ona i Valerie pochodziły z dwóch różnych krain i ta ich odmienność mogła niewątpliwie rodzić coraz to nowsze pytania. Gdy zdziwienie nieco zelżało, poprawiła się na fotelu i zamyśliła się nad tym, od czego zacząć.
    - Wcześniej już kilka razy wspomniałam o Czasie. Nie wiem czy wiesz, ale Czas to osoba. Mężczyzna, konkretniej… a przynajmniej zawsze pokazuje się w ciele mężczyzny. Tak naprawdę to on jest i prawem i źródłem Krainy Czarów. To miała być cudowna kraina, gdzie każdy miał osiągnąć swoje szczęście. Dlatego mieszkańcy innych krain z chęcią do niej wyruszyli. Jak ćmy do światła – prychnęła cicho. - Początkowo nie było ani królowej ani króla. Był tylko Czas. Z tego co mówił mój znajomy, który jest dobrze zapoznany z historią krainy, to były naprawdę cudowne dni. Faktycznie każdy był szczęśliwy. Jednak pewnego dnia przybyła młoda dziewczyna, z odległej krainy. Jej największym marzeniem była władza i bogactwo. Zwyczajne, spokojne życie jej nie wystarczało. To ona wszystko zepsuła – Verity zacisnęła dłonie w pięści.
    Przerwała na chwilę, żeby się uspokoić. Znała historię Krainy Czarów i lubiła o niej opowiadać. Przynajmniej dopóki sama nie stała się jej częścią.
    - W naszej krainie jest takie miejsce, w którym według legend można otrzymać to, czego najbardziej danej osobie brakuje. Dziewczyna udała się tam, aby wyszeptać swoją prośbę. I otrzymała władzę. Została Królową Krainy Czarów, a jako, że królowa nie może być sama, Czas wybrał jej męża. Nie o to jej chodziło. Owszem, chciała zostać królową. Ale w swojej krainie i mając za męża chłopaka, w którym była zakochana. Nikt nie uprzedził jej, że każda magia ma swoją cenę… tak właściwie mieszkańcy Krainy Czarów też nie są tego do końca świadomi. Niby wiedzą, że to Czas sprawuje nad wszystkim pieczę, ale mało kto zastanawia się, skąd bierze się u nas cała magia. Też o tym nie wiedziałam. Dowiedziałam się podczas przygotowania na królową, do którego niedługo dojdę.
    Czas wbrew pozorom nie jest zły. Bardzo chciałabym powiedzieć, że jest ale nie mogę. Nie jest ani zły, ani dobry. Jest… myślę, że można o nim powiedzieć: sprawiedliwy. W pewien sposób. Kiedy zmarła ta dziewczyna, o której przed chwilą opowiedziałam, wybrał kolejną królową. Stwierdził, że być może mieszkańcy potrzebują bardziej ludzkiego przedstawiciela władzy. Oczywiście i tak to on dalej był najpotężniejszy w krainie. Z czasem rozwinął system, według którego wybierał kolejne królowe i królów. Po śmierci któregoś z nich, wyznaczał jego następcę. I jego decyzja nie podlegała jakiejkolwiek dyskusji. W wyborze nie miało również znaczenia, czy ktoś miał majątek, czy ledwo wiązał koniec z końcem. Czas jest w stanie spojrzeć w każdego mieszkańca. Wystarczy, że wyciągnie jego zegarek. Przygląda się tym zegarkom, jakby zaglądał do serc i wybiera ten odpowiedni - po raz kolejny prychnęła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jefferson początkowo uważał, że to bardzo romantyczna historia. O tej właściwej duszy, która powiedzie ukochany lud do świetności. Z czasem jednak zrozumiał, że nie ma w tym za grosz romantyzmu. Jedynie dramat.
      Verity przeciągnęła się i z powrotem opadała na fotel. Niechętnie musiała przyznać, że nie było tu aż tak źle. Valerie wydawała się być autentycznie zainteresowana jej historią, a ona musiała chyba w końcu się nią z kimś podzielić. Po raz pierwszy od dłuższego czasu zapomniała o chaosie, który czekał na nią w szpitalu i o ogromie dokumentów do podpisania. Wreszcie mogła faktycznie skupić się na sobie i przestać zagłuszać sumienie. Nie było łatwo otworzyć się i zacząć rozmawiać o tak bolesnych wydarzeniach, ale ze zdziwieniem odkryła, że ciężar na sercu trochę zelżał. Nie sądziła, żeby mógł zniknąć zupełnie, nie po tym co zrobiła. Jednak nawet ta odrobina była dla niej czymś niesamowitym.
      - Jeżeli mam być szczera, to naprawdę nie rozumiem po co to robi. Faktycznie, wybiera osoby, które mogłyby być nawet bardzo dobrymi władcami. Jednak cały problem tkwi w dwóch rzeczach. Po pierwsze, nawet jak ktoś bardzo, bardzo nie chce zostać królem lub królową, nie ma wyboru. Wola Czasu jest wręcz święta. Po drugie, przygotowanie do pełnienia roli. Nie… nie pamiętam z niego zbyt dużo – przyciszyła głos. - Mieszkańcy nie wiedzą jak to wygląda, a jedyne osoby – poza Czasem – które je przeszły, nie pamiętają tego. Wydaje mi się, że podczas tego procesu Czas wtłacza w nas całą wiedzę, jaką powinni posiadać sprawujący władzę. Ale niestety nie pamiętam tego zbyt dokładnie. A może na szczęście. Ja, zaraz po objęciu roli królowej wiedziałam jedynie tyle, że cholernie bolało. Później dowiedziałam się, że Czas wyrwał mi wtedy serce. Żebym nie kierowała się zbędnymi emocjami.
      Niespodziewanie uśmiechnęła się do Valerie. Verity podejrzewała, że jej historia musiała brzmieć co najmniej dziwnie dla osoby, która nie była powiązana z jej krainą.
      - Tak, żyłam bez serca. Mieszkańców Krainy Czarów przy życiu utrzymują nie organy, a magia. Dlatego przy wykonywaniu wyroków, kat używał specjalnego topora, który przecinał magię w danej osobie. Chociaż oczywiście można również nas zabić… normalnie. Po prostu topór dawał stuprocentową gwarancję. Nawet Czas nie mógł już takiej śmierci cofnąć. Wydaje mi się, że to właśnie przez tą wszechobecną magię wszyscy jakby zwariowali.
      Przerwała, gdy zorientowała się, że nieco odbiegła od tematu.
      - Gdy Czas miał moje serce… nie czułam wtedy nic. Zupełnie nic. Wszystkie decyzje, które podejmowałam były beznamiętne, chłodne. Wszystkie oprócz wygnania Jeffersona – dodała ciszej. - Nie wiem jakim cudem sobie przypomniałam o nim i to w kontekście emocjonalnym. Być może zadziałało życzenie, które kiedyś wypowiedział. Chciał, żebyśmy byli szczęśliwi, daleko od Krainy Czarów. Podejrzewam, że w tamtym momencie przekreśliliśmy naszą szansę na szczęśliwe życie w krainie. A może po prostu szukam dla siebie usprawiedliwienia. W każdym razie podejrzewam, że Czas nie potrzebował niczego więcej niż właśnie serca, aby przygotować nowego władcę. W jakiś sposób wymazywał też wspomnienia z wcześniejszego życia, ale naprawdę nie wiem jak.
      Jedyne co tak naprawdę mnie zastanawia to to, dlaczego uznał, że nawet najbardziej krwawe rządy znajdujące się pod jego kontrolą są lepsze od pokojowego prowadzenia polityki bez jego wkładu.

      Verity

      Usuń

Szablon wykonała Night Tear. Źródło: WallPaper. Obsługiwane przez usługę Blogger.