sobota, 1 kwietnia 2017

Notka walentynkowa

"Znak pięciu"

-Wychodzę. Starajcie się niczego nie rozpieprzyć do mojego powrotu.
Peter przerzucił przez ramię starą wojskową torbę. Rozejrzał się pobieżnie po pokoju, upewniając się że zabrał wszystko co dzisiaj będzie mu w pracy potrzebne. Odkąd wprowadził się do tej dziwacznej dzielnicy, miał wrażenie, że znów znalazł się na życiowym zakręcie. Chociaż dużo lepszym zobrazowaniem byłoby skrzyżowanie, przy czym każda z dróg prowadzi do innego, nowego scenariusza życia. Nie zastanawiał się nigdy, co inni ludzie zrobiliby znajdując się w jego obecnym położeniu. Podobno każdy, bez względu na to kim był, szukał nowego początku w miejscu, w którym nikt by go nie znał, w którym mógłby być taki jaki chce a nie taki, jakim widzą go ludzie. Dla Petera to miejsce było azylem, w którym był anonimowy. Tutaj długie łapy dawnych grzechów nie mogły go doścignąć. Przynajmniej jeszcze nie mogły. Irma przeciągnęła się, drepcząc po stole.
- Pewnie. Sam to wychodzi… A nas nigdzie nie zabiera! – fuknęła swoim piskliwym głosikiem, święcie urażona.
- Po prostu Peter nie rozumie kobiet. Nie wie, że nam potrzeba czułości, bliskości i uwagi… - wtrąciła Willchelmina, wychodząc z niedużego skórzanego kuferka, który stanowił ich domostwo. Miotełką zrobioną z ptasich piórek, zaczęła zmiatać resztki chipsów pozostałe po wczorajszym filmowym maratonie.
- Właśnie dlatego jest sam. Która by chciała takiego nieokrzesanego chłopa?!
Will podniosła spojrzenie na swoją siostrę. Mimo niedużego wzrostu, wróżki potrafiły być temperamentne i żywiołowe. Pasja z jaką Irma upychała zużyte chusteczki do kosza była naprawdę niezwykła. Poprzedniego wieczoru, mimo ogromnej niechęci Petera urządziły sobie maraton romansów. Zużyły całe opakowanie chusteczek, tych pakowanych po pięć sztuk.
- Tak, brakuje mu tylko rogów, szponów i kłów. – dodała Taranee, gramoląc się z kuferka. Widać było, ze próbowała rozczesać poranny kołtun na swoich włosach, jednak nie poszło to tak jak zamierzała. Trzymała w dłoni rączkę od szczotki, której główka tkwiła w pokręconych lokach.
- Nie przesadzacie trochę? Ma wiele zalet. Przy bliższym poznaniu… - zaczęła Cornelia, związując swoje długie jasne włosy w koński ogon.
- Twoje opinie są nam potrzebne jak choroba weneryczna. – żachnęła się Irma, powtarzając jedno z ulubionych powiedzeń Petera, przerywając siostrze. – Wszystkie wiemy, że się w nim podkochujesz od lat. Ale dla twojej wiadomości, jesteś wróżką. A on człowiekiem. Jesteś za mała by mógł cie…
- Sernik! Ale bym zjadła sernik…
Cztery wróżki, prowadzące coraz bardziej żywą rozmowę przeniosły spojrzenia na piątą siostrę, która z prawdziwą boleścią na twarzy sprawdzała czy nie został żaden okruszek z maratonowych przekąsek. Haya miała w sobie dziecko. Mimo to często jej wydawałoby się głupie i pozbawione sensu komentarze i opinie, sprawiały iż zaraz ktoś wpadnie na dobry pomysł.
- Sernik się skończył. Napisz smsa do Pana, to może kupi jak będzie wracał z pracy. – stęknęła Taranee, próbując wyplątać główkę szczotki z włosów. Była wdzięczna Hayi za wtrącenie się w odpowiedniej chwili. Nie miała ochoty słuchać kolejnej kłótni o Cornelii i jej ogromnemu jak ta planeta uczuciu. Chociaż sama nie wyobrażała sobie tego, że Peter mógłby je gdzieś porzucić. Byli w końcu razem od zawsze.
- Może tak gdyby był bardziej czuły i delikatny… Może wtedy bardziej by o nas dbał. Trzeba z nim porozmawiać o naszych potrzebach.
- Will, co ty z tymi swoimi potrzebami nagle, co?
- Po prostu uważam, że nas niedocenia. Życie nie polega tylko na pracy, jedzeniu, piciu i spaniu…
- No raczej. – zarechotała Irma. – Są jeszcze dużo przyjemniejsze rzeczy jak choćby…
- Napisałam mu by kupił sernik. – Haya znów przerwała siostrze w odpowiedniej chwili. – Skoro tak marudzicie to może trzeba znaleźć Peterwi dziewczynę? No wiecie, jak w tych wczorajszych filmac, które oglądaliśmy. On samotny, dość majętny ale nie cieszący się życiem… i jeszcze ona, biedna, ale dobra i uczciwa. We wszystkich filmach tak to działa! No bo przecież te filmy to są ten, na książkach różnych i prawdziwych historiach oparte, nie?
-Tak! – krzyknęła Will, klaszcząc w dłonie. – Przecież są Walentynki! To będzie jak… Gregory Peck i Audrey Hepburn w „Rzymskich wakacjach” albo jak Harry który poznał Sally. Jak w „Love, Rosie”, „Bezsenności w Seattle”, „Notting Hill”, „Przeminęło z wiatrem”, „To właśnie miłość” albo „Pretty Woman”! Albo jak Bella i Bestia w tym filmie, na który ostatnio zabrał nas Pan! Wiecie „Piękna i Bestia”!
- Peter przespał połowę filmu. – przypomniała Taranee, której udało się w końcu wyplątać szczotkę z włosów. – Chociaż powiem wam szczerze, że ten przystojniaczek który grał Bestię był całkiem do Petera podobny…
- Wolałabym chyba by Peter nie związał się z jakąś prostytutką… - Cornerlia pokręciła głową.
- Oj cicho. To są szczegóły. Taka dziwka też może być dobrą matką i żoną.
- Nie przesadzaj Will. Poszukamy mu dziewczyny a nie od razu żony. A jak ta żona będzie dla niego ważniejsza niż my? A jak im się jeszcze urodzi dziecko i nie będzie miał dla nas czasu?!
- Cornelia znów panikuje. – fuknęła Irma przewracając oczami. – Dobrze wiesz że my jesteśmy dla niego najważniejsze. I to się nie zmieni nigdy. A więc dziewczyny! Do pracy. Ubieramy się i wychodzimy. Pora na romans wszechczasów!
Mimo, że mierzyły ledwie 6 cali, miały bardzo dużą i różnorodną garderobę. Bez większego problemu dobrały odpowiednie odzienie, idealnie pasujące do tajnej operacji. Brak skrzydełek było dużym utrudnieniem, ale i ten problem udało się rozwiązać. Obsypały się odkładnie pyłkiem i uniosły się w powietrze.
- Najpierw Bar "Trip Trap". – oznajmiła Will. – Peter często tam bywa, więc na pewno kogoś tam znajdziemy.
W barze nie było zbyt wielu gości. Powietrze przesycone było zapachem dymu papierosowego, alkoholu i mieszanki zwietrzałych perfum. Wszystko to zakrapiane było dodatkowo wszechobecną atmosferą życiowej beznadziejności istnienia. Cała piątka wybrała stojące w rogu pianino jako wygodną bazę obserwacyjną. Zerknęły przelotnie na siedzącego przy instrumencie mężczyznę, który wydawał się przebywać w swoim małym świecie. Momentalnie uznały, ze mężczyzna ten nie będzie dobrą partią dla Petera. Nie dość, ze wydawał się do niego podobny fizycznie to obaj mieli podobne puste spojrzenie. Wiedziały, że Peter może trwać w takim stanie zawieszenia przez długi czas. A możliwości tego dziwnego jednorękiego pianisty, wolały nie sprawdzać.
Haya wydobyła zza paska swoją małą lunetę i zaczęła lustrować okolice w poszukiwaniu zacnej samicy gatunku ludzkiego, lub chociaż zbliżonego.
- Widzę dobrą dziunię na trzeciej. – oznajmiła sistrom, zatrzymując spojrzenie na ciemnowłosej kobiecie, wpatrującej się ze smutkiem w kawałek nadgryzionego tosta z serem.
- Pokaż. –Will wyrwała siostrze lunetę i sama obejrzała kandydatkę. – Niezła. Ha! Czyżby to było takie proste?
- Chyba nie do końca. – mruknęła Taranee, przyglądając się mężczyźnie siedzącemu dwa stoliki dalej od ich wybranej kandydatki. – Tamten facet ciągle jej się przygląda. No spójrzcie na niego! Pewnie się pokłócili, dlatego ona jest taka smutna a on szuka jej spojrzenia. – westchnęła, w romantycznym uniesieniu.
- I dobrze! Oni się rozstali a ona teraz się zwiąże z Panem. Lubi tosty z serem. Nie może być złą osobą. – fuknęła Irma, przejmując lunetę.
- Ale ona też na niego zerka. Jakie to słodkie! Pewnie wciąż go kocha… - jęknęła Cornelia. Momentalnie przed oczami ujrzała sceny ze swoich ulubionych filmów, romantycznych aż do mdłości.
- Nie możemy jej przeznaczyć Peterowi, skoro ona kocha tamtego faceta. – Taranee wzruszyła ramionami, godząc się z rzeczywistością.
- No niestety. – zgodziła się Will.
- Ale może ich połączymy? Znaczy tę od tostów i tego faceta? – zaproponowała Haya, wsuwając za pas swoją lunetę.
- To genialny pomysł! Karma zawsze wraca!
Wszystkie zgodziły się na ten śmiały pomysł. Pianista jakby na komendę, uderzył w klawisze wygrywając nie do końca logiczną melodię. Plan był prosty. Will, ze względu na to, że latała najlepiej, miała podlecieć do kobiety i dorzucić jej do tosta trochę pyłku. Musiały się spieszyć, bo dziewczyna ewidentnie szykowała się do opuszczenia baru. A następnie Irma wraz z Cornelią miały zwrócić jej uwagę na mężczyznę, siedzącego obok. Wtedy proszek zacznie działać i powinna znów zapałać do niego gorącym uczuciem.
Pierwsza część planu wyszła idealnie. Kobieta zjadła doprawiony kawałek tosta, zlizując z talerza okruszki, co było dość obrzydliwe. No ale ludzi nie ocenia się od razu, po manierach przy stole. Następnie Irma zepchnęła pustą szklankę po piwie, która stała na stoliku tajemniczego adoratora a Cornelia przeleciała tuż przed jego twarzą by mężczyzna spojrzał w kierunku kobiety od tosta. Gdy ich spojrzenia się spotkały, wiedziały że się udało. Działanie pyłku w takich sprawach nie było długotrwałe, ale wystarczyło by mogli się w sobie zakochać naprawdę. Kobieta uśmiechnęła się i pomachała do mężczyzny, rumieniąc się uroczo. On wstał i się przysiadł. Zamienili kilka słów. Oboje wydawali się zadowoleni. Wróżki wróciły do swojej obserwacyjnej bazy i czekały na rozwój sytuacji, dumne z tego co udało im się dokonać.
Nagle on wstał, wyszarpał zza paska nóż z długim ostrzem, zakrzywionym na końcu i krzyknął:
- Oto ofiara dla ciebie! O Lucyferze panie piekieł!
- Ależ Richard! Ja cie kocham! – stęknęła kobieta, która zamiast uciekać siedziała wciąż na miejscu, przyglądając się mężczyźnie z głupkowatym uśmiechem. Nawet nie krzyczała gdy dźgał ją nożem. Krew tryskała na podłogę i stoliki. Nie próbowała się bronić ani odsunąć. Była zadowolona, ze jej ukochany poświęca jej tyle uwagi i uważa ją za odpowiednią by ją zabić w ofierze. Potem wybiegł, pozostawiając resztę gości i wróżki w osłupieniu.
Will zamknęła rozdziawione do tej pory usta i podrapała się po czubku głowy.
- Chyba… Pomogłyśmy temu psycholowi ją zabić.
- No teraz to już na pewno się nie nadaje na dziewczynę dla Petera. – dodała Irma, krzywiąc się.
- Może lepiej zapomnijmy o tym co się tu wydarzyło…
- Dobra myśl. – Taranee pokiwała głową, starając się nie patrzeć w stronę rozciągniętych na podłodze zwłok. – Wiecie co… może polecimy do Lucyndy? Ona się na tych sprawach zna. Może coś podpowie?
- Niezła myśl. – przytaknęła Cornelia.
Okręt kołysał się lekko na niemal lustrzanej powierzchni wody. Ciche trzeszczenie desek i lin nadawał całej scenerii mrocznego klimatu grozy i zadumy.
- Przydały by się tu jakieś lampki albo chociaż latarnie. – skomentowała Irma, gdy w końcu stanęły na deskach pokładu.
- Może gdyby odmalowali to wszystko w jakieś weselsze kolory nie byłoby tu tak strasznie. A biedna Lucynda musi tu mieszkać… Przecież tu nawet basenu nie ma. – dodała Will, sprawdzając jak duży jeszcze zapas pyłku mają. Uznała, że powinno im spokojnie wystarczyć do końca misji. Od czasu gdy poznały Lucyndę, starały się ją odwiedzać jak najczęściej, oczywiście pod warunkiem, ze Petera nie było w domu albo odsypiał pracę oraz że mężczyzna Lucyndy akurat był czymś na tyle zajęty by nie zwrócić na nie uwagi. Chociaż sądząc po tym, po jakich światach krążył siedząc przy pianinie w barze, nie wróci jeszcze przez długi czas.
Pukanie do drzwi kajuty rozeszło się echem po okręcie. Na szczęście Lucynda szybko otworzyła drzwi, wpuszczając nieco zlęknięte wróżki do środka.
- No witaj kochana.
Cmok.
Cmok.
Cmok.
Cmok.
Cmok.
Bo przywitać się odpowiednio przecież kultura wymaga.
- Jak dobrze, że jesteś. – zaczęła Taranee gdy zajęły już miejsce na komodzie. – Mamy problem…
- Dość poważny. I mimo że mamy dużą wiedzę w tych tematach, bo jednak dużo filmów się obejrzało… Ale jakoś… - zająknęła się Cornelia. Jej ten cały pomysł wciąż się nie podobał.
- Jakoś nam to nie wychodzi! – Irma przerwała zbyt trywialny wstąp swoich sióstr. – Chodzi o to, ze chcemy znaleźć Peterowi jakąś dziewczynę, by go trochę naprostowała. No wiesz o co chodzi…
- Jednak facet tak bez opieki jest i motywacji do życia, to się zbytnio nie stara i nie dostrzega potrzeb innych.
- Zwłaszcza naszych. – potwierdziła znów Irma. – A my mamy swoje potrzeby…
- Doradź coś. – stęknęła Taranee, rozkładając bezradnie ręce.
- Spokojnie. Tylko spokój nas może uratować. – odparła Lucynda, starając się powstrzymać narastający śmiech.
- Myślałyśmy o kimś podobną do Emmy Watson jak w tym filmie z włochatym potworem w zamku. Bo on taki do Pana podobny trochę – skomentowała Haya, drapiąc się w czubek głowy. – Powinna być ładna, mądra i potrafić gotować. Taka… normalna!
Lucynda nie mogąc się powstrzymać wybuchła szaleńczym chichotem, który rozszedł się po zaczarowanych okręcie niekończącą się falą. - A która normalna kobieta chciałaby takiego mrukliwego socjopatę?!
- Może jest po prostu genetycznie podobny do twojego pana Szekspira? W końcu to najbliższa rodzina jest… - zamyśliła się Cornelia. Lucynda zmarszczyła brwi, obrzucając wróżki nieprzychylnym spojrzeniem. Fuknęła przez zaciśnięte zęby jakieś nie do końca zrozumiałem przekleństwo, po czym dodała.
- Może i racja… No dobra, pomogę wam poskromić tego złośnica. – poddała się w końcu Lucynda uznając, że odmowa mogła by się wiązać z przysłowiowym „strzeleniem sobie w stopę”. – Na normalną kobietę nie ma co liczyć. – zaczęła – Można powiedzieć, ze coś o tym wiem z własnej autopsji. Jednak nic nie jest przesądzone. Wydaje mi się, ze mam pewien pomysł. – usiadła w fotelu przy kominki. Złączyła palce w piramidę, co sprawiało, że zaczęła przypominać czarny charakter z filmów o Jamesie Bondzie.
- Musicie udać się do klubu „Pudding n’ Pie”. Tam znajdziecie wiele chętnych kobiet, które za niewielką opłatą zgodzą się potowarzyszyć mu w czasie walentynek. Celujcie w długowłose blondynki, bo jeśli to rzeczywiście jest genetyczne to Peter ma takie właśnie upodobania.
- Coś mi się widzi, że wiem dokładnie co masz na myśli. Jednakże… one to chyba są zbyt skąpo ubrane i takie charakterystyczne. A my nie chcemy by Peter zorientował się że to podstawiona gicz. – zwątpiła Irma. Lucynda zamyśliła się, uderzając kilkukrotnie paznokciami o zęby.
- No dobra, zmiana strategii. Dopłacimy jej by się przebrała tak jak chcemy i zmyła ten tynk z twarzy. Będzie wyglądać ludzko, bajecznie i powabnie niczym księżniczka z bajki. – nagle do blond głowy nimfy Lucyndy wpadła i zaczęła szaleć pewna nieposkromiona myśl. Zerwała się z miejsca i oznajmiła. – Mam w mej przepastnej szafie coś w sam raz na takową okazję.
Po czym zniknęła na kilka chwil, pozostawiając wróżki w niemym zachwycie a jednocześnie konsternacji. Minęło ledwie kilka minut, gdy Lucynda wróciła z żółtawym workiem na wieszaku.
- Spójrzcie! – zawołała Lucynda dumna z ciebie ogromnie. – Oto mam dla was tę oto suknię, którą kiedyś dostałam od papy O. Mój papa ma niezwykle wyczulony gust, dlatego nigdy ta suknia nie ujrzała dziennego światła. Aż żal by miała się marnować… Macie i bierzcie ją wszystkie.
Mówiąc to nimfa Lucynda zerwała z wieszaka ochronny anty molowy worek, ukazując wróżką niezwykłej urody (tylu fabjulus) złotą suknię. Na ten widok wróżki zgodnie pisnęły z zachwytu rozpoznając w kreacji suknię Emmy Watson jakby żywcem wyciągniętą z filmu o włochatej bestii i jego kobiecie.
- Ta suknie jest nieziemsko fabjulus! – krzyknęła Haya, ocierając zebraną w kąciku oka łezkę.
- Ubierzcie w to jakąś wątpliwej reputacji damę z Pudding n’ Pie. Zapłaćcie jej tyle by nie kręciła nosem i macie swoją walentynkę dla Petera. Może jakimś cudem spodoba jej się życie u boku takiego oszołoma i zamieszka z nim na jego okręcie… Tfu! Znaczy się na jego motorze.
Wróżki dzielnie dzierżyły ciężką suknie. Musiało to wyglądać niezwykle majestatycznie gdy leciały tak z błyszczącą suknią, niczym duch unoszący się nad grzesznymi masami szarych obywateli Fabletown.
Dotarły do klubu bez większych przeszkód. Nie licząc jakiejś zwariowanej staruszki, która zaczęła krzyczeć ze umarli zaczęli wstawać z grobów, a potem upadła miotając się w dziwnych konwulsjach.
Miało się wrażenie, że życie w klubie „Pudding n’ Pie” zamarło. Kilka kobiet szukających szczęścia, choćby na jedną noc, ale także mężczyzn, którzy starali się znaleźć kogoś kto chętnie opłaci ich rachunki, trwało w niemym oczekiwaniu na pojawienie się właściwej ofiary. O tej porze klub zaczął się zapełniać, zwracając tym biednym męczennikom nadzieję na spełnienie. Wróżki rzuciły suknie na oparcie jednego z krzeseł i zaczęły rozglądać się w poszukiwaniu blondwłosej piękności, która mogłaby pasować do posiadanej sukni.
- Tam widzę zacną dziunię! – oznajmiła Haya, przyglądając się przez lunetkę jednej z kobiet, siedzących przy barze. Pozostałe siostry spojrzały w kierunku baru. Istotnie długie jasne włosy, opadające na zgrabne ciało zwracało uwagę. Wszystkie zgodziły się iż to może być zwyciężczyni plebiscytu dla kobiety dla bestii.
- No dobrze. To co robimy? Nie możemy jej dosypać proszku, bo nie ma tu Petera. – zastanowiła się Cornelia.
- Może po prostu któraś z nas do niej podejdzie i zaproponuje jej pieniądze w zamian za tę… usługę. – zaproponowała Irma. - No dobrze, ale która? Ja nie mogę… wiecie że się jąkam. – mruknęła Taranee.
- Chodźmy wszystke. Albo nie… Haya ty zostań i pilnuj sukienki. Jeszcze nam ją ktoś ukradnie. Zwraca uwagę i jest łakomym kąskiem dla złodziei. – postanowiła Willhelmina. Wróżki zgodziły się z tym postulatem. Pozostawiły Haye, która mocno trzymała kciuki i poleciały w kierunku baru. Cztery pary drobnych stópek maszerowało w kierunku blondynki. Cornelia musiała przyznać, ze nieznajoma miała imponujące włosy, niemal tak piękne jak jej samej. Kobieta wydawała się wpatrywać w coś za swoim lewym ramieniem. Irma odważnie, klepnęła wybrankę w rękę i zaczęła.
- Słuchaj. Proponujemy ci interes twojego życia. Nie będziesz musiała już siedzieć tu i czekać na jakiegoś durnia. Nie dość że sobie zarobisz, dziewczyno to jeszcze dostaniesz możliwość spędzenia czasu z najfajniejszym facetem w okolicy.
Kiedy wybranka odwróciła się by spojrzeć na istotki, które śmiały ją zaczepić, wróżki doznały pewnego szoku.
- To facet. – mruknęła Taranne, teatralnym szeptem wprost do ucha Will.
- No widzę… Chyba ze to po prostu bardzo brzydka dziewczyna. – odparła Will, cofając się o krok.
Zapadła chwila krępującej ciszy. Po sekundzie wszystkie wiedziały już że popełniły błąd, a osobą którą wzięły za jasnowłosą młodą damę, okazał się Oberon Król Elfów.
- Trochę… nie wyszło. Emmm… - odchrząknęła Irma, i zaczęła się cofać. – No nic. Pójdziemy sobie…
Ulotniły się z szybko, porzucając suknię nim Oberon zdążyłby przeanalizować sytuację i dobrać odpowiednią karę dla bezczelnych wróżek, które tak zwyczajnie pomyliły jego wielkość z jakąś barową upadłą kobietą.
Wróżki zadyszane wpadły do mieszkania przez uchylone okno. Niezbyt zgrabnie wylądowały na stoliku tuż obok swojego kuferka.
- To był… zły pomysł. – stęknęła Taranee, dysząc ciężko.
- Pomysł był dobry, ale wykonanie marne. – odparła Irma, opierając dłonie na udach.
- Przecież Oberon nas teraz zniszczy! – załkała Cornelia. – A ja chciałam zapytać go o odżywkę której używa. – pogładziła swoje jasne długie włosy, o które dbała jak o swój największy skarb.
- Najlepiej będzie, jak nigdzie nie będziemy wychodzić przez jakiś czas. No wiecie… Może sobie odpuści. – zaproponowała Will.
- Dla mnie liczy się to, ze w końcu mogę zjeść mój sernik. – dodała swoje Haya, otwierając plastikowe opakowanie, stojace na stoliku. Siostry spojrzały na pakunek. Skoro ciasto tu jest… to znaczy, ze Pan wrócił!
Will obsypała się dodatkową porcją pyłku i mimo zmęczenia, zmusiła się do lotu. Dotarła do uchylonych drzwi sypialni Pana i zajrzała do środka. Panował półmrok. Jedynym źródłem światła była zapalona lampka, na której klosz zarzucona była koszulka Petera. W pokoju unosiła się mieszanka woni z połączenia dymu tytoniowego, damskich perfum i specyficznego zapachu seksu. Peter leżał na łóżku a obok niego jakaś młoda kobieta, z głową wspartą na jego piersi. Will podleciała i naciągnęła bardziej na nich kołdrę, by przypadkiem Pan się nie przeziębił. Willhelmina wróciła do sióstr z uśmiechem satysfakcji.
- Wygląda na to, ze Peter nie potrzebował naszej pomocy by znaleźć dobie walentynkę. – oznajmiła, częstując się kawałkiem sernika. - Może jednak nie jest taki nieokrzesany. – westchnęła Cornelia uśmiechając się wesoło. – Przyniósł nam prezenty. – wskazała na pięć czekoladowych babeczek oraz nowy, jeszcze nierozpakowany z folii film romantyczny aż do tęczorzygu, opowiadający o nieudanej wyprawie na Karaiby dość niezwykłej pary.
- Widzicie? Mówiłam, że kocha tylko nas. Nasz rycerz w lśniącej zbroi...– powiedziała z dumą Irma, odrywając spory kawałek babeczki.


Dziękują za dotarcie aż tutaj!
Specjalne podziękowania dla Kundelka za pomoc, wsparcie psychiczne i kilka słów od jej cudownej Lucy.
Brawa, a raczej owację dla skromnej ale jakże istotnej roli Oberona oraz Kapitana Haka (Zuzajs, nie bij zbyt mocno).

7 komentarzy:

  1. No i umarłam po prostu xD Leżę i nie wiem, co ze sobą zrobić!
    Wróżki powinny mieć tu swoją osobną kartę, bo są przecudowne, już nie wspominając o ich imionach - if ju noł łot aj min :D
    Cieszę się, że Lucy, em, Lucynda się przydała. Hakuś i Oberon - no cudo! Notka zdecydowanie za krótka, więc bierz się za pisanie kolejnej xD

    P.S.: Zniszczę cię za ten film na końcu... xDDD <3

    I jeszcze walentynkowa tęcza ode mnie:
    <3333333333333333333333333333333333333333333333333

    OdpowiedzUsuń
  2. Hahah XD Padłam. Po prostu padlam. Synek... Ty to jesteś jednak duma moja <3 Nie mam za co (zbyt mocno ) bić. Notka jest przecudowna. Gościnne wystąpienia rozgrzewają serduszko i tatuś czuje sie zaszczycony, że ktoś sobie na niego ponarzekał XD Widzę tu mocne stronnictwo Lucyndy - basen? Serio? XD kurde.
    Wróżki są cudne :3 Przeurocze wariatki.
    I film dla wróżek na końcu - haha XD umarłam. Idealna komedia romantyczna na walentynki :*

    Synuś... Ja chce więcej XD <3

    OdpowiedzUsuń
  3. Kochany adopcyjny siostrzeńcu... ta notka jest fabjulus!!!! <333
    Popłakałam się ze śmiechu, a to zdarzyło mi się jak dotąd tylko przy notce Lucka, więc wiesz... Boskie! Lucynda, ponury Hak, tosty z serem, ofiara dla Lucyfera (czemu bez wódki?!), film o Pięknej i Bestii (podobnej do Petera!), no i rzecz jasna gwiazdorski występ Oberona! :D Tatuś zdecydowanie kradnie show niczym Harrison Ford w "Boracie" czy Edward Norton w "Dyktatorze". xD Cudeńko! Wróżki są absolutnie genialne! Kocham je <3
    I jaki piękny rycerzyk z Petera <3
    No kocham i tyle! Mistrzostwo :)

    OdpowiedzUsuń
  4. To takie słodkie, że Peter mimo wszystko dba o swoje wróżki! Rycerz Pan! <3
    Wszystko wspaniale, ale mnie zastanawia wciąż jedno...
    Co to jest nielogiczna melodia? :D :D
    Przyjemny post, taki z przymrużeniem oka. Podobnie jak fantastyczne imiona dla wróżek! <3

    OdpowiedzUsuń
  5. Fantastyczny post :D Bardzo wesoła notka, a rola Oberona iście epicka. Uśmiałem się nieźle i zdecydowanie dołączam do grona wielbicieli wróżek Petera. ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Rozbroiła mnie ta klotnia wrozek xD Az nabralam ochoty na sernik.. zostal tam jeszcze kawalek? <.<
    Świeynie sie czytalo i kolejna fanke wrozek mamy xD

    OdpowiedzUsuń
  7. O panie... Przeczytałem to jakiś czas temu ale dopiero teraz zdecydowałem się skomentować. A muszę przyznać, że noteczka zacna wyszła. Naprawdę jestem pod wrażeniem... Ale mam pewne zastrzeżenie... Czy też może drobną uwagę. Ofiarę dla Lucyfera to składa się z wódki ;) Chyba że ta ofiara miała promile w krwi to wtedy wybaczę :D
    A tak poza tym to posuszyłem zęby do monitora :)
    I napisz nam wincyj notek!

    OdpowiedzUsuń

Szablon wykonała Night Tear. Źródło: WallPaper. Obsługiwane przez usługę Blogger.