sobota, 29 kwietnia 2017

Człowiek jest sumą swoich nieszczęść

Wierzysz w potęgę miłości, napełnia cię ona do tego stopnia, że nie zostawia miejsca na pytania. I dobrze tak jest. Bo skoro dopuścisz do jednego pytania, jednej wątpliwości, pustka zacznie wkradać się do twojego serca.
——————— J. Iwaszkiewicz
belle chevalier
dwudziestodwuletni chochlik ——— pracownica „Dr du Savoir”

Trzy lata, niespełna tysiąc sto dni, trochę ponad dwadzieścia sześć tysięcy godzin – tyle właśnie gnuśniejesz w tym paskudnym mieście, smutnym, neonowym; gubiąc się w meandrach zatęchłych uliczek i ciągle mając nadzieję, że zza rogu wyskoczy jakaś dobra wróżka który wróci ci twoje poprzednie życie. Wróci ci rodzinny dom, nienarodzone dziecko, wspaniałego męża, cudownego ojca, a przede wszystkim – zwróci ci wiarę w miłość, w to, że jutro będzie lepiej, a prawdziwe uczucie może pokonać wszystkie przeciwności losu, a nawet największy mrok. Prawda jest jednak taka, że jutro wcale nie będzie lepiej – że każdego dnia, odkąd twoja noga postała w Fabletown, jest tylko gorzej: zimniej, smutniej, bardziej szaro; zupełnie, jakby świat skrył się za mgłą, której nic nie może przebić. Mgłą, gęstą i lodowatą, w której kryją się największe demony, z którymi nie umiesz sobie radzić.
Ale ty nadal nawinie wierzysz i katujesz się tą wiarą, cały czas, jak idiotka, nie?
Trzy lata, niespełna tysiąc sto dni, trochę ponad dwadzieścia sześć tysięcy godzin – tyle mniej więcej odgrywasz przypisaną tobie rolę uśmiechniętej pracownicy księgarni, należącej do twojej pseudo-babci; tyle właśnie walczysz sama ze sobą, aby każdego dnia zwlec się z łóżka i tyle właśnie potrzeba było czasu, abyś w pełni pojęła, że nie pasujesz do żadnego ze światów: w tym bajkowym byłaś zbyt silna, zbyt inteligentna i zbyt uparta, jak na księżniczkę, a w tym realnym jesteś za słaba, za głupia i za mało asertywna, aby przetrwać w miejskiej dżungli, gdzie nie ma miejsca na dobroć, empatię i altruizm. Ostatecznie więc, przy każdym zachodzie słońca orientujesz się, że jakoś przepłynęłaś przez dzień dosłownie nie osiągając niczego, a twoja pusta egzystencja to pasmo następujących po sobie porażek. Co gorsza – oto czeka się perspektywa wschodu i kolejnych, tak samo nieproduktywnie wykorzystanych minut.
Dziecinko, dlaczego po prostu sobie wszystkiego nie odpuścisz? Nie bądź tchórzem… 
więcej —————————— miejsca —————————— więzi


W tytule mroczny William Faulkner, na migających zdjęciach cudowna Emma Watson, w imieniu i nazwisku zalinkowany Jaymes Young, poniżej moja radosna twórczość. Lubię krem wedlowski o smaku czekoladowym, handel wymienny (ja wymyślam – Ty zaczynasz i na odwrót), odpisy średniej długości i dużo dram – wszelkich; serio, przyjmę prawie wszystko, gdzie jest krew, pot i łzy. Byłam tutaj już parę razy (ze Skazą, z Anastazją i z Odettą z Księżniczki Łabędzi, bo czemu nie). Proszę, niech ktoś przejmie Gastona, bo będzie fajnie ( ♥ ), a dla samej Bells poszukuję jakiś znajomych, co to ją wesprą w jej żałosnym, maluczkim życiu. Bawmy się, bo ja tym razem zostaję na dłużej! : D

85 komentarzy:

  1. [Witamy serdecznie piękną Bellę!
    Uwielbiam Emmę, dorastałam wraz z nią, więc kocham tego, kto zaangażował ją do nowej Pięknej i Bestii ;) Życzę samych ciekawych wątków i trzymam kciuki za pojawienie się Gastona (btw. genialny był w filmie!).

    Daj znać pod zakładką Administracji, ile i jakie stanowiska wpisać dla twojej księgarni w Zawodach.
    Prosimy też o dostosowanie etykiet do tych ujętych w Regulaminie ;)]


    Administracja

    OdpowiedzUsuń
  2. [Muszę powiedzieć, że strasznie podoba mi się twoja Bells! Jestem wprost zauroczona tą osóbką, a karta jest cudowna i pięknie napisana. :) Strasznie byłabym chętna na wątek i może jakieś powiązanie. Skoro Bella szuka znajomych to myślę, że z Val by się nieźle dogadały. Można by z nich zrobić może nawet sąsiadki, hym? Wszelkie dramy sama uwielbiam, więc jeśli byłabyś chętna to zapraszam z otwartymi ramionami, bo chciałabym się wreszcie jakoś tutaj rozruszać. c:]

    Valerie, która wciąż zachwyca się tą kartą

    OdpowiedzUsuń
  3. [Niesamowicie urocza Bella. Aż miło było czytać taką bajkową kartę :) Życzę samych fajnych wątków i w razie czego zapraszam do siebie, może coś ciekawego nam wpadnie.]

    Nuada

    OdpowiedzUsuń
  4. [Hej! Wspominałam kiedyś, że uwielbiam Twoje karty? c: Zawsze są tak niesamowicie dopracowane w każdym, najmniejszym szczególe. Kreacja Belli niesamowita, a ja teraz nie wyobrażam sobie w jej roli nikogo innego poza Emmą. Filmowa wersja jak dla mnie przebiła bajkową i teraz się będę trzymać zdecydowanie tylko właśnie tej. <3 Dobrej zabawy życzę i szybkiego znalezienie Gastona! :)]

    Zachwycająca się cudowną kartą, Kenna Pierce

    OdpowiedzUsuń
  5. [Przeczytałam już chyba wszystko, więc najwyższy czas Cię ładnie powitać :) Za każdym razem mordka mi się cieszy jak widzę wracających tu autorów, ten blog chyba jednak coś w sobie ma.
    Bella wyszła Ci cudownie, zresztą jak zawsze, chyba nie muszę Ci za bardzo słodzić, bo dobrze wiesz co myślę o Twoich wszystkich kartach i postaciach. I chociaż nie przepadam za Emmą w tej roli (czuję że za wyznanie tego czeka mnie zlinczowanie) to bardzo ładnie dobrałaś zdjęcia. Jak zawsze. No nie mam co Ci więcej pisać, osoby przede mną powiedziały już wszystko. A ja tylko dokładam swoje dwa grosze do tej fali tęczy i waty cukrowej :D
    Trzymam kciuki za pojawienie się Gastona (zdecydowanie ukradł ten film, wielbię go) i życzę dobrej zabawy :)]

    Oscar Wielki i Potężny

    OdpowiedzUsuń
  6. [Czy ja muszę zachwycać się każdą Twoją kartą?! Emmę Watson uwielbiam już od "Harrego Pottera" zaś w "Pięknej i Besti" nie miałam niestety okazji jej zobaczyć, ale zakładam że była bezbłędna. Może uda mi się wślizgnąć na miejsce asystentki Lucasa a wtedy zabawię się w swatkę - bo przecież Piękna i Bestia muszą być razem! Tymczasem życzę mnóstwa dobrej zabawy z Belle i żywię nadzieję że zobaczę Cię pod swoją kartą, kiedy w końcu uda mi się opublikować. ♡]

    Czerwony Kapturek, jeszcze w szkicach

    OdpowiedzUsuń
  7. [Żeby motyw tęczy i motylków Triss Merigold był w ogóle możliwy, musiałabym ją najpierw mieć… Gwincie, weź się do roboty! :D Czeeeeeeeeeeeeeeść! <3 Dziękuję za tak piękne powitanie (seanse z Tobą zawsze, bejbe; byle więcej <3) i tak cudowną niespodziankę pod nim, bo totalnie zrobiła mi dzień. Dla takich chwil aż chce się pisać więcej i więcej, wiesz? Dlatego solennie obiecuję, że wszystko, co żem obiecała, znajdzie się w karcie, bądź ulegnie zmianie, bądź… bądź no, po prostu się pojawi, kiedy tylko czas przestanie mnie tak bardzo gonić. :<
    PANIEBOŻE, ALE TY MNIE TAK NIE RÓB. Nie zabieraj Belle, nie nie nie! On się poprawi, już ja tego przypilnuję, ej! No dobrze, może najpierw pobije wszelkie rekordy w byciu idiotą i spieprzy wszystko parokrotnie, ale… ale będzie super, zobaczysz. Także Luke woła wybierz mnie, wybierz mnie! (a nie Gastona…), a ja ofiaruję mnóstwo miłości do najlepszej Pięknej, o jakiej moja Bestia mogła marzyć. Zachwycasz tekstem karty i czarujesz jej historią – tymi pięknymi sformułowaniami, opisami i po prostu Belle, która wyszła Ci idealnie. Smutna, ale dobra; niezwykła, ale udręczona; kochająca, ale trochę za mało kochana, co najwyższa pora zmienić. Uroczyście przysięgam, że się tym zajmę. <3
    W tajemnicy ci zdradzę, że ze mną i niezadowoleniem z moich tekstów, jest dokładnie tak samo jak z Tobą i Twoim poczuciem, że czegoś brak tym, co wychodzą spod Twoich palców – zawsze się co do tej opinii nie zgadzamy. :D Dziękuję jednak za wiarę we mnie i za wszelkie miłe słowa – za to, że w ogóle rzuciłaś słowami ej, napisałabym coś o Pięknej i Bestii oraz za to, że mnie tak wspierasz. Kocham i uwielbiam, bo tutaj wyżej dzieje się magia: są piękne zdjęcia (ja naprawdę nie wiem, jak Ty to robisz…) i cudowne teksty; są niesamowite nawiązania do bajek i postacie poboczne tak realistyczne, że aż dech w piersiach zapierają; piosenki i cytaty tak idealne, że nic tylko się im przyglądać bez reszty… Jesteś moim guru, jeśli chodzi o karty i kocham najmocniej, więc tak się zarażać, jak wspominasz, mogę zawsze. Totalnie, niezaprzeczalnie zawsze, tak jak i podróżować gdzie tylko zechcesz (dosłownie i w przenośni). :3
    Okej. <3
    P. S. Bawcie się na blogu wspaniale z Belle, nie uciekajcie do kogoś innego i kochajcie najmocniej. Tymczasem zaś łap to szaleństwo i cierpienia młodego potworka poniżej…]

    Długo nie był w stanie unieść powiek.
    Budzik rozdzwonił się już dobrą godzinę wcześniej – wył bez opamiętania, zapomniany i ignorowany, co wydawało mu się absolutnie nie podobać. Przypominał o sobie bowiem już parokrotnie, za każdym razem wydając z siebie coraz bardziej piskliwe dźwięki, których nikt o zdrowych zmysłach nie potrafiłby znieść. Kwadrans za kwadransem dopominał się o swoje prawa, usiłując wyrzucić właściciela z łóżka, tak jak sam sobie tego zresztą życzył – był przecież wtorek, a więc dzień niezwykle dla niego ważny, oznaczający bowiem podróż do pobliskiej księgarni. Nie chciał jednak wyłączyć uparcie wyjącego mechanizmu – nie chciał dopuścić do siebie myśli o tym, że najwyższa pora wstawać. Leżał więc dalej, błagając w myślach o spokój, dopóki budzik nie odezwał się po raz kolejny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tym razem potężna łapa uniosła się z materaca i strąciła go jednym ruchem z szafki stojącej obok łóżka. Urządzenie poleciało przez całe pomieszczenie i z brzdękiem rozbiło się o ścianę, rozsypując się następnie na podłodze. Bezwładne cielsko poruszyło się z ponurym i pełnym wściekłości pomrukiem: niewyspane, wyczerpane po ekscesach poprzedniego wieczora i okropnych snach, łaknęło wyłącznie relaksu, którego nie dane mu było jednak zaznać. Ledwo bowiem ręka ponownie uniosła się, aby nakryć zbolałą głowę poduszką, w pomieszczeniu obok rozdzwonił się drugi alarm. Ten awaryjny – ten, do którego już trzeba wstać.
      Ryk niezadowolenia wstrząsnął przechodniami pędzącymi właśnie do obowiązków pod jego oknem, gdy wstawał, złorzecząc pod nosem i rozbijając się o szafki, gdy nie będąc w stanie otworzyć zaropiałych powiek, przedzierał się na oślep przez mieszkanie. Dopadłszy odpowiedniego mebla, po omacku szukał winowajcy całego zajścia, aby zawyć ponownie, gdy na jego stopę upadła miedziana, bogato zdobiona popielniczka. Wówczas otworzył oczy z bólu, który tylko przybrał na sile, przeradzając się w akt dzikiej furii – ta jednak zniknęła jak ręką odjął, gdy chwyciwszy za zegar, który gotów był roztrzaskać, ujrzał obok Jej fotografię. Wtedy bowiem, zapomniawszy o całym świecie, gorzko zapłakał, osuwając się na pobliskie krzesło.
      Tak oto zaczął się kolejny dzień Bestii – niegdyś człowieka uwięzionego w skórze monstrum, obecnie zaś potwora czającego się pod ludzką powłoką. Dzień, który sam z siebie nie mógł zrobić się chujowy. Dzień, który tak jak wszystkie inne w przeciągu ostatnich trzech lat, miał mu udowodnić, jak niewiele jest wart – jak bardzo zasługuje na potępienie. Dzień, którego najjaśniejszym i zarazem najciemniejszym punktem, miało być spotkanie w „Dr du Savoir” tej, od której wszystko się zaczęło – tej, z którą powinno było się skończyć inaczej.
      Czując żółć napływającą mu do gardła, podniósł się ociężale. Chciał sięgnąć po papierosy leżące na pobliskim kredensie, ale nie dał rady: ledwo bowiem postawił krok, a już zakręciło mu się w głowie. W odzyskaniu równowagi przeszkodziły mu zaś butelki: kilkanaście szklanych, porozrzucanych po ziemi dowodów na to, jak nisko upadł w ciągu ostatnich miesięcy. Uderzywszy jednak o mebel, tym razem nie zaklął, mimo że na brzuchu miał mu wykwitnąć siniak wielkości gruszki. Nawet nie pisnął – wiedział, że zasługuje.
      Takim jak on nie należało się bowiem nic dobrego. Nie byli godni bycia szczęśliwymi ani odnoszenia sukcesów, nie byli też tymi, którym należała się bajkowa miłość z prawdziwego zdarzenia ani żadne i żyli długo i szczęśliwie. Tacy jak on skazani byli z góry na potępienie – takich jak on wtrącało się do więzień i strącało do piekieł, a nie żałowało i dawało drugą szansę. Nie zasługiwali bowiem na litość ani na zrozumienie, będąc złem w czystej postaci – będąc tymi, którzy zamiast doceniać dary otrzymane od losu, rujnowali je; tymi, którzy zamiast odwzajemniać miłość, nieśli zniszczenie; tymi, którzy zamiast bronić i strzec, sprowadzali na swoich bliskich kłopoty. Tacy jak on mogli wieść więc żywot tylko jednego rodzaju: pełen nienawiści, wyrzutów sumienia i ciągłego zmagania się z własnymi demonami. Życie kogoś, kto utracił wszystko łącznie z nadzieją, o szacunku do samego siebie już nawet nie wspominając.
      Tego ranka nawet papieros ani późniejsza kawa mu nie pomogły.
      Widocznie już nigdy bowiem nie miał zmądrzeć – pojąć, że to, co sam sobie robi, nijak mu nie pomaga, tylko wpędza go w jeszcze gorszy stan. Ulga, którą przynosiły używki, którymi sobie dogadzał tak hojnie w wieczory takie, jak ten poprzedni, kiedy próbował utopić swoje smutki w morzu alkoholu i zaczadzić je dwutlenkiem węgla, była wyłącznie chwilowa. Wrażenie, że jest dobrze utrzymywało się przecież zaledwie przez chwilę, bo nieważne, jak bardzo pragnął okłamać samego siebie, że dziwki, które sprowadzał sobie do mieszkania czy procenty, w których powoli zaczynał się gubić, są dla niego lekarstwem – swoistym zamiennikiem tej, której tak naprawdę potrzebował – rzeczywistość była zgoła inna.

      Usuń
    2. Niestety jednak, była jednocześnie wszystkim, na co mógł liczyć i nie miał prawa prosić o więcej – nie po tym, czego się w swoim życiu dopuścił, a już na pewno nie od Belle, tej pięknej, niezwykłej kobiety, która tyle przez niego wycierpiała. W to przynajmniej głęboko wierzył i siłą rzeczy – tego się trzymał.
      Trudno było jednak oczekiwać, że jego punkt widzenia będzie inny, skoro Luke wciąż pamiętał uśmiech, który kiedyś rozświetlał jej twarz. Nadal też potrafił przywołać w pamięci jej wspaniały śmiech – ten niesamowity dźwięk, który niósł się echem po całym zamku Josselin, w którym w dalekiej Francji rozwijała się niegdyś ich miłość. Nigdy też w jego umyśle nie zatarł się z biegiem czasu widok, który przedstawiała sobą w dniu, w którym mówiła mu o maleństwie, które rozwijało się w jej łonie – tej ekscytacji, pomieszanej z ogromem miłości i szczęścia. Nawet nie musiał się wysilać: wspomnienie tych chwil wciąż było w nim żywe, bo też nie sposób było tak po prostu zapomnieć o czymś tak niezwykłym – o czymś, co wydawało się ziszczeniem ich marzeń. Wszystkie te obrazy były jednak zaledwie pamiątką z przeszłości, symbolem tego, co przedtem, a to niestety to, co było potem, zmieniło wszystko.
      O tym także nie zapomniał. Nie mógłby zresztą, bo sam sobie na to nie pozwolił: dzień za dniem, przez te wszystkie miesiące, raz za razem przypominał sobie bowiem dokładnie wszystko to, co doprowadziło do tragedii. Analizował krok po kroku podjęte przez siebie decyzje i starania, niezmiennie je sobie wyrzucając. To z jego bowiem winy losy jego rodziny potoczyły się tak, a nie inaczej i nigdy, ani przez sekundę, nie miał co do tego żadnych wątpliwości. Co jednak ważniejsze: nigdy sobie tego nie wybaczył i wcale nie zanosiło się na to, aby miało się to kiedykolwiek zmienić. Brzemię bowiem, które dźwigał, za mocno mu ciążyło, aby dało się je zwalczyć. Świadomość zaś, że to on zrujnował życie sobie, swojej żonie i wszystkim tym, którzy na nim polegali, okazała się dla niego nie do przetrzymania. Stała się więc powodem, dla którego wciąż na nowo zamykał się na uczucia i jakiekolwiek emocje, odcinając się od pierwiastka człowieczeństwa, który w sobie nosił.
      Nawet nie zauważył, kiedy Bestia z kart opowieści, zawładnęła całym jego życiem.
      Widział ją jednak w lustrze każdego dnia, gdy po przebudzeniu się i odkryciu, że to wszystko wcale nie było złym snem, który już dobiegł końca, usiłował jakimś cudem przywrócić swoje ciało do używalności i zmusić je do działania. Tak jak tego dnia, nie spoglądała na niego wówczas z odbicia twarz francuskiego księcia, niegdyś zaklętego w potwora, póki nie zjawiła się miłość jego życia, aby zdjąć zły czar. Wpatrywało się za to w niego monstrum odpowiedzialne za śmierć wielu swoich dworzan, a przede wszystkim potomka i małżeństwa. To jego beznadziejne decyzje – jego pieprzona duma i przekonanie o byciu niepokonanym – sprawiły bowiem, że w dniu, w którym na zamek Josselin najechał Adwersarz, nie skierował swoich ludzi do portalu do innego świata, jak nakazywałby rozsądek. Nie, on stanął wtedy przed nimi i zapewnił ich, że są nie do ruszenia – że nie pozwoli, aby ich spokój został jakkolwiek naruszony i obroni ich przed najeźdźcą, na nowo przywracając ład w swoim królestwie. Co gorsza, jego słowa początkowo się sprawdziły: odepchnęli atak wroga raz i drugi, ciesząc się swoim zwycięstwem nad nim i nawet nie przypuszczając, że ten planuje trzeci – silniejszy i groźniejszy niż poprzednie razem wzięte.
      Pewnego dnia więc po prostu się obudził i odkrył, że jego świat się wali.
      Wtedy zaś nie było już ratunku. Nie było także czasu na jakiekolwiek rozsądne czyny, o działaniu nie wspominając. Adwersarz burzył już bowiem ściany jego domu, wprawiając go tym w tak silne zdumienie, że nim się obejrzał, nie było już nawet po co walczyć. O ile jednak odejście z poczuciem przegranej byłoby do zniesienia, tak świadomość ilu wówczas poległo oraz widok żony, która tego dnia niemal straciła życie, była już czymś, z czym nie mógł się uporać.

      Usuń
    3. Mdłości od poczucia winy, dręczącego go po przeniesieniu się do świata Doczesnych, były jednak niczym w porównaniu z tym, co nastąpiło, gdy ostatnia, największa ofiara tamtych wydarzeń, wyszła na jaw.
      Bólu po utracie dziecka nie można bowiem z niczym porównać. Nie da się go również w żaden sposób zmierzyć ani go okiełznać. On po prostu zalega w człowieku, kąsając go znienacka w najmniej oczekiwanych momentach i sprawiając, że wraz z tym niewinnym życiem, gaśnie dla niego wszelkie światło na świecie. Jego zaś dosłownie złamał.
      To, jaki się później stał, przekraczało wszelkie ludzkie pojęcie. Szukając bowiem ratunku w alkoholu, zagubił w nim samego siebie, a co za tym idzie: całą empatię i ciepło, które powinien było ofiarować ukochanej. Nie potrafił jednak patrzeć na Belle bez wspomnienia tego paskudnego wieczoru, w którym krew lała się z niej strumieniami ani bez poczucia, że ją zawiódł – że zamordował wyczekiwane przez nią maleństwo, na które przecież tak mocno się cieszyła. Z dnia na dzień błądził więc coraz mocniej, aż w końcu kompletnie się w tym zatracił – emocje próbował rozładować, pakując się w nieczyste interesy i kochanki, ilekroć bowiem zbliżał się do swojej żony, czuł, że ją plugawi. To, że musiał się jednocześnie odnaleźć jakoś w świecie Doczesnych, też nie za bardzo mu się przysłużyło – stres, wyrzuty sumienia i ból dały w nim bowiem mieszankę z rodzaju wybuchowych: stworzyły człowieka, z którym nie dało się współegzystować. Kogoś skupionego wyłącznie na sobie bądź na swoim kasynie – kogoś, kto odpychał ukochaną, nie potrafiąc sobie wybaczyć tego, na jaki los ją skazał.
      Z jednej strony papiery rozwodowe, które przyniosła mu pod koniec dwa tysiące piątego roku, były więc dla niego jak uderzenie obuchem w głowę – usunęły mu bowiem grunt spod stóp, wyniszczając go jeszcze bardziej. Z drugiej zaś – wcale go nie zaskoczyły. Wszystko bowiem, co robił, prowadziło właśnie do takiego, nieuchronnego końca.
      Nie umiał więc powiedzieć, jakim prawem wciąż ją nachodzi. Nie potrafił w żaden logiczny sposób wyjaśnić powodów, dla których kręci się wokół niej i jej pilnuje; dlaczego jest obok i nie chce dać jej spokoju, skoro sam w pewnym sensie tego od niej żądał. Nie umiał także powiedzieć, dlaczego wciąż ogarniała go wściekłość na myśl o rozwodzie i dlaczego go tak właściwie nigdy nie uznał, mimo że prawnie Belle uwolniła się od niego na dobre. Wiedział tylko, że jedynie myśl o niej potrafiła w takie poranki jak ten, wyciągnąć go z domu, gdy już umył zęby i spryskał twarz chłodną wodą, a potem skierować jego kroki na Sesame Street, gdzie mieszkała i pracowała. To dla niej przesiadywał w „Dr du Savoir” całymi dniami, udając że czyta, podczas gdy tak naprawdę obserwował ją ukradkiem, czując bolesne ukłucie w piersi, ilekroć go mijała, a jej zapach go omiatał, rozbudzając jego zmysły. To też dla niej regularnie wpłacał na konto Fable Mental Asylum – za pomocą swojej asystentki, rzecz jasna, bo sam takich rzeczy nie potrafił – anonimowe donacje na rzecz pacjentów, poprawiając warunki, w których żył jej ojciec.
      Jedynym, czego dla niej nie potrafił, było przywrócenie tego, którego kiedyś kochała.

      Usuń
    4. — Witaj, Belle – zachrypnięty i wyczerpany, odpowiedział jej zupełnie tak, jakby nic się między nimi nie wydarzyło, kiedy powitała go w swojej księgarni. To była ich swego rodzaju mała tradycja, podobnie jak fakt, że przygotowywała dla niego herbatę i odnajdowała książkę, która go interesowała. Obecnie były to dla przykładu znane im obojgu legendy arturiańskie: te, o których dyskutowali jeszcze za czasów, gdy oboje kroczyli po różanych ogrodach swojego zamku… Myśl zaś o tych czasach, po raz pierwszy od dawna nie okazała się dla niego przykra: fakt ten wprawił go w zdumienie tak wielkie, że przez kilka kolejnych minut stał po prostu i wpatrywał się w nią, nie widząc w niej tej, którą zniszczył, tylko tę, którą tak szaleńczo kochał. Do rzeczywistości przywrócił go dopiero jej ostry komentarz oraz czynność, którą wykonywała. Niegdyś bowiem to jemu rzucała książki na ramiona, sprawdzając ile ich uniesie: teraz zaś robiła to sama, co nagle dość mocno wyprowadziło go z równowagi. Nie czekał na pozwolenie, tylko sam chwycił kolejny stos ciężkich tomów, po czym przełożył go na jej ladę. – Nie powinnaś dźwigać ich sama – zauważył, świadomie łamiąc ich niepisaną umowę o nierozmawianiu ze sobą. – Kiedyś nawet byś o tym nie pomyślała – dodał, a w jego głosie pojawiła się niemała gorycz, przez którą zaczął tracić nad sobą panowanie. – Czyżby żaden z twoich przyjaciół – rzucił z przekąsem, myśląc z nienawiścią o tych mężczyznach, których niejednokrotnie odganiał od księgarni – nie był gotów ci pomóc? – Uniósł brwi w pytającym geście w tej samej chwili, w której, jak na złość, dzwoneczek przy drzwiach zasygnalizował czyjeś przybycie. Obejrzał się przez ramię i momentalnie jego twarz na widok osoby, którą już wielokrotnie widział w otoczeniu Belle, spochmurniała. – Mam nadzieję, że nie będę wam przeszkadzać w randce, siedząc przy swoim – nacisnął – stoliku? – Spojrzał na byłą żonę wyzywająco, już zaciskając dłoń w pięść z gwałtownej potrzeby przegonienia intruza ze swojego terenu i wbić mu raz na zawsze do głowy, że nie powinien jej niepokoić. Czuł bowiem ogromną, instynktowną potrzebę chronienia pani Chevalier, aby nikt więcej nie sprawił jej bólu ani nie przyczynił się do jej cierpienia. Nie dotarło jednak do niego, że największą krzywdę wyrządza jej on sam ani że wszystko, co robi, wynika z czystej zazdrości. Działał instynktownie.

      Wasza trochę dzika Bestia, którą zżera zazdrość i jej oczarowana, przeszczęśliwa na samą myśl o tym wątku, autorka, która kocha najmocniej i przeprasza, ale blogger nie chciał podzielić tego tekstu inaczej :<

      Usuń
  8. [Oj, jak najbardziej chciałabym przenieść Valerie na Seasame Street! W końcu by zamieszkała w jakimś porządnym miejscu, a nie się szlaja między wiochami. XD Pomysł z księgarnią też świetny! Valerie w końcu uwielbia książki, więc widzę ją jak siedzi gdzieś schowana w kącie z górą grubych lektur. Może nawet mogłaby tam wam pomagać od czasu do czasu? Dziewczyna dobrze się czuje w takich miejscach. :) Zresztą Val nie tylko mogłaby pomagać Belli w ciężkich chwilach, ale wreszcie sama miałaby kogoś komu mogłaby się czasem wygadać. To co? Robimy z nich bff? XD
    PS Jestem głupia i dopiero teraz zobaczyłam muzykę z Wieśka. Kocham za to mocno! Manio dlaczego ja przy soundtracku z Wiedźmina dostaję takich feelsów, ja nie wiem... ;-;]

    bardzo możliwe że przyszła bff

    OdpowiedzUsuń
  9. To prawda, był furiatem. Zgadzało się również to, że był w tym wszystkim kompletnie nieobliczalny i nigdy nie można było mieć pewności, jak się zachowa, co powie ani co wyzwoli w nim gniew, jak długo nie chodziło o panią Chevalier i jego uczucia do niej. W jej przypadku raczej nad sobą bowiem nie panował: po części z powodu tego, co wspólnie przeszli i poprzez te wszystkie wspomnienia, które się z nią wiązały, ale w dużej mierze dlatego, że cholernie mu jej na co dzień brakowało. Oczywiście nie zdawał sobie z tego sprawy, bo wypieranie się własnych uczuć opanował do perfekcji, podobnie jak wmawianie sobie, że kompletnie już nie obchodzą go jej losy, a jego serce wcale nie należy do niej, tylko umarło gdzieś po drodze, ale prawda była taka, że kiedy nocą był najbardziej bezbronny, w swoich snach lgnął do niej ufnie, ogromnie jej potrzebując.
    Jego najgorszymi koszmarami były zaś te, w których działa jej się krzywda – na przykład z rąk Adwersarza – ich maluszek ponownie ginął – w takim przypadku jego umysł mu przypominał wszystko krok po kroku, co było naprawdę straszne – albo w których odchodziła do kogoś innego, co było odzwierciedleniem tego, z czym się zmagał, kiedy pozwolił jej odejść ze swojego zamku i wrócić do ojca. Rzecz w tym, że mimo upływu lat, niewiele się dla niego zmieniło – nadal się tego panicznie bał i choć to także była rzecz, którą wypierał, prawda była taka, że już sam pomysł, że któregoś dnia mogłaby należeć do innego mężczyzny, był dla niego jak wyrok śmierci. Cóż więc dopiero jej słowa o tym, że powinna była wybrać Gastona…
    — To nie potrzebujesz, czy jednak marzysz o panu pięknisiu, hm? – Warknął, dając się podejść jak dziecko. Czymś oczywistym było bowiem, że Belle w tym momencie robiła mu na złość z premedytacją. Bez względu jednak na to, jak dobrze o tym wiedział, jego reakcja była jedna: przepełniła go złość, jakiej mało. Coś też zakuło go boleśnie w piersi. – Teraz masz wreszcie szansę, prawda? – Zazgrzytał zębami z wściekłości, która siłą rzeczy przeszła na piekarczyka, który ni stąd ni zowąd im przeszkodził, a przynajmniej tak to postrzegał Luke. – Księciów z bajki – zakpił, umyślnie tak mówiąc – jak widać masz pod dostatkiem – syknął, złowrogo warcząc na sam dźwięk głosu mężczyzny. W chwili więc, w której zdał sobie sprawę z tego, jak ten nazywa Piękną, dosłownie oszalał. Z pozoru jednak był skrajnie wręcz rozbawiony: w pomieszczeniu bowiem rozbrzmiał jego śmiech, który zwieść mógłby każdego, lecz nie panią Chevalier. Ona znała go za dobrze, aby nie dostrzec w jego oczach błysków nienawiści. – No proszę, jakich masz mądrych gości! – Posłał żonie szeroki uśmiech, drwiąc bezczelnie ze stwierdzenia, którym Chris rozpoczął rozmowę. – A jakich uczynnych! – Dodał następnie, nakręcając się coraz bardziej, zarówno z powodu tych nieszczęsnych bułeczek z budyniem, jak i z oferty pomocy. – Ależ nie, Belle, czemu go powstrzymujesz? Książki i tłusty, słodki krem to wspaniałe połączenie! – Kpił dalej, ani myśląc odsunąć się od blatu, przy którym się znajdowali; dla niepoznaki sięgnął po jakieś tomiszcze, które na nim leżało i zaczął je przeglądać. Widząc bowiem wzrok, którym mierzył ją ten gagatek, był pewien jednego: nie mógł zostawić go z nią samego. – To wspaniale, że o niej pomyślałeś, Carolu – intencjonalnie przekręcił jego imię. – Dobrze, że nasza Belle ma kogoś, kto o nią tak dba – dodał i to w taki sposób, jakby absolutnie nie miał niczego złego na myśli. – Cóż z tego, że będzie potem musiała tę książkę naprawiać ponownie, skoro naje się bułeczek, prawda? – Uśmiechnął się, ale mina mu zrzedła, kiedy usłyszał, co jego Piękna powiedziała następnie.
    Niby bowiem nie miał do niej już żadnych praw, ale i tak myśl o tym, że zaprasza jakichś mężczyzn na zaplecze, okazała się dla niego nie do przyjęcia. Momentalnie zazgrzytał zębami ze złości, patrząc intensywnie na Belle spod byka, ale ona nie zwracała już na niego uwagi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właściwie nie był więc pewien, jakim cudem powstrzymał się od zamordowania jej przyjaciela, który działał mu wybitnie na nerwy ani czemu tak właściwie pozwolił jej faktycznie udać się za nią na zaplecze, a sam usiadł do swojego stolika. Wiedział tylko, że coś go ścisnęło w piersi i ani na moment nie rozluźniło uścisku – że trzymało go i nie puszczało, mimo że próbował rozproszyć się czymkolwiek, od losów Ginewry, przez obserwowanie ludzi za oknem, na piciu herbaty kończąc. Nic jednak nie było w stanie oderwać jego myśli od śmiechów, które rozbrzmiewały w pokoju obok – tam, gdzie nie miał dostępu.
      Duma nie pozwalała mu jednak, aby poszedł tam i przerwał – nie pozwalało mu też na to poczucie, że nie zasługuje na Belle i powinien pozwolić jej żyć własnym życiem. Tak naprawdę walczyły w nim dwa kompletnie sprzeczne uczucia: z jednej strony bowiem chciał ją chronić przed absolutnie każdym na tym świecie, a z drugiej czuł, że powinien dać jej spokój. Jedno zaś było gorsze od drugiego i doprowadzało go z wolna do szału. A że cierpliwości nie miał nigdy za grosz, nie minął kwadrans, a on już wariował – po drugim krążył nerwowo po pokoju, a przy trzecim gotów był już obić delikwentowi mordę tak na serio.
      Już się jednak zbierał, aby go zmusić do wyjścia, kiedy powrócili do głównej części księgarni i wspaniały Chris zaczął organizować dla Belle herbatkę.
      — No, no… – Zagwizdał wówczas Luke, podchodząc blisko, niby to po to, aby sobie też dorobić napoju. – Wspaniale, wspaniale – zamruczał z udawanym uznaniem, patrząc na to, co ten mężczyzna zaparzał. – Niewątpliwie masz talent, Conradzie. Belle będzie absolutnie pełna zachwytu. Uwielbia taką herbatę, och, uwielbia! – Rzucił, zaciskając palce na widelczyku od cytryn i walcząc z potrzebą wbicia go w pierś piekarza, co wydawało się aż nadto kuszące.

      Luke, któremu zaczyna brakować cierpliwości i niebawem nie będzie miło...

      Usuń
  10. W pewnym sensie piekarz mu zaimponował. Mało kto zniósłby bowiem tyle kpin, co on i nie zareagowałby na nie w żaden sposób. Z drugiej jednak strony Luke nie był pewien, czy ten facet w ogóle zrozumiał, jak bardzo właściciel kasyna nim pogardza i jak otwarcie krytykuje go wobec pracownicy księgarni. Najważniejsze było jednak dla niego to, że ostatecznie ona sama się go pozbyła – odetchnął wówczas z ulgą.
    — Ale co? – Zapytał więc z miną niewiniątka, absolutnie nie czując się winnym tego, że jej kochaś wyszedł z budynku. – Niszczyć ci życie? – Uniósł brwi w geście zdumienia. – A więc podoba ci się, jak twoje książki zostają umazane kremem? – Zagaił, po czym w oszołomieniu ledwo zdążył umknąć przed lecącą w jego stronę książką, której początkowo nie zauważył. – Belle… – rzucił wówczas z ostrzegawczymi nutkami w głosie, bo zaczęła go wprawiać w stan, w którym już naprawdę brakowało mu cierpliwości. Nie powinna była tak z nim igrać.
    To jednak, że w niego rzuciła, było niczym wobec tego, co chwilę później powiedziała, a właściwie wykrzyczała mu, zanim uciekła na zaplecze. Ciśnięcie mu w twarz oskarżeń o to, że jej nigdy nie kochał i zawsze, ale to zawsze wszystko rujnował, było bowiem prawdopodobnie jedną z najgorszych rzeczy, jakie mogła zrobić: przywołała w ten sposób okropne wspomnienia oraz obudziła wszystkie jego lęki, które zaatakowały go wobec tego z wielką mocą. Nic więc dziwnego, że z jego piersi wyrwał się zduszony okrzyk, a później z ust głośne sapnięcie, ani że otworzył szeroko oczy. Nie powinno też zaskakiwać to, że nagle poczerwieniał, a wreszcie nie wytrzymał – że nie był w stanie tego tak zostawić ani po prostu pozwolić jej mówić tego typu oszczerstw.
    Przemknął przez pomieszczenie gwałtownie niczym burza i dopadł stojącą do niego plecami Belle, nie myśląc ani trochę logicznie czy trzeźwo. Jego umysł przepełniony był bowiem wyłącznie niemal obsesyjną potrzebą udowodnienia i sobie, i jej, że się myli – że nigdy, przenigdy nie było tak, że nic ich nie łączyło. Biorąc zaś pod uwagę spalającą go od wewnątrz zazdrość, której nie dało się w żaden sposób okiełznać oraz spychaną w najdalszy kąt świadomości potrzebę tej bliskości z Piękną, za jaką tęsknił od trzech lat, efekt był wręcz wybuchowy. Luke w ogóle bowiem nie pojmował wagi swoich czynów ani nie zdawał sobie sprawy z tego, ile używa w nich siły – nie docierało to do niego, bo oszołomienie wynikające z otulającego go zapachu herbacianych róż wymieszanych z ambrą, wzięło nad nim górę. Ono też sprawiło, że wszelkie tamy w nim pękły – że nie myśląc nad tym, co robi, pochylił się i przejął kontrolę nad wargami tej drobnej kobiety o karmelowych włosach, porywając je do namiętnego pocałunku, w którym czaiło się jednak mnóstwo władczości. Był bowiem trochę jak zwierzę zerwane z uwięzi albo narkoman, którego nie odzwyczajono od substancji, od której się uzależnił tylko zagłodzono go i następnie udostępniono mu ją w zasięgu wzroku. Jego dłonie same wplątały się we włosy kobiety, gdy wargi mocniej naparły na te należące do Belle. Ciałem zaś przesunął ją do pobliskiej ściany, przygwożdżając ją do niej i nie dając jej możliwości ucieczki.
    Naprawdę nie zdawał sobie z niczego sprawy – słyszał wyłącznie szum huczącej w jego uszach krwi, która napływała dosłownie zewsząd, rozgrzewając jego ciało, gdy całował ją tak wygłodniały, jak jeszcze nigdy. Tak, jakby chciał jej udowodnić raz na dobre, do kogo należy.

    Bestia w czystej postaci...

    OdpowiedzUsuń
  11. [Pierwszy pomysł bardzo mi się podoba! Przenoszę ją i możemy zaczynać, bo mam raczej ochotę na coś bardziej już rozwiniętego. Może Valerie przyjdzie dosyć późnym wieczorem, księgarnia już zamknięta a będzie chciała oddać książki, które wypożyczyła i tak mogą zacząć gadać właśnie chociażby o Luku (jeśli źle coś odmieniam to bardzo przepraszam). XD Ładnie nam wątek wymyśliłaś, więc ja może zacznę. ;)]

    też bardzo najarana Val

    OdpowiedzUsuń
  12. Całowanie jej po tylu miesiącach przymusowego odmawiania sobie jej bliskości było naprawdę tak obezwładniającym przeżyciem, że Neuvic kompletnie się w nim zatracił. Spory wpływ na to miał prawdopodobnie fakt, że jego kobieta – bo chwilowo nie potrafił o niej myśleć jak o byłej żonie – odwzajemniała jego pieszczoty. Że jej dłonie szarpały za jego włosy, a potem błądziły po jego ciele, przypominając mu, czym jest prawdziwa przyjemność, jakiej nie zaznał z nikim innym i sprawiając, że i on się rozochocił. Nawet nie musiał się nad tym zastanawiać: jego ręce same pamiętały, jak chwycić, aby zsunąć z niej sweter i sięgały pod jej spódniczkę, jak zwykle nie uznając rajstop za jakąkolwiek przeszkodę. Nie pamiętał też momentu, w którym zsunął z siebie spodnie – wiedział tylko, że w pewnej chwili przyciągnął jej biodra do swoich, wstrząsany dreszczem podniecenia, jaki wywołały w nim jej pieszczoty. Jego męskość była już nabrzmiała do granic swych możliwości, a jego serce galopowało mu w piersi jak szalone.
    Tak długo ignorowana tęsknota za nią całkowicie nim wówczas zawładnęła. Nie słyszał już niczego, tak jak i niczego nie widział – zaślepiony pożądaniem i kierowany pierwotną potrzebą, nie zdawał więc sobie nawet sprawy z tego, co przeżywała w tym czasie Annabelle. Później miał sobie o tym wszystkim przypomnieć – z otchłani jego podświadomości miały wyrwać się skrawki tych wydarzeń, ale nastąpić to miało niestety za późno, aby dało się go powstrzymać. W obecnym stanie nie myślał bowiem wiele: on po prostu działał, grając na ciele kobiety instynktownie i z pamięci, bez większego zastanowienia. Wiodła nim potrzeba zespolenia ich – dopełnienia tego, co wspólnie zaczęli. Jego niecierpliwość była natomiast tak wielka, że kiedy uniesienie Belle do góry i wejście w nią przy ścianie okazało się niemożliwe – zbyt mocno bowiem walczyła – bez pardonu obrócił ją i oparł o stolik obok, zarzucając jej spódnicę na talię i napierając na jej jędrne pośladki. Był zaś tak twardy, że nie trwało długo, nim zagłębił się w niej i w jej ciasnym, gorącym wnętrzu, które zacisnęło się wokół niego z taką intensywnością, że niemal z marszu w niej doszedł.
    Pragnął jednak więcej: potrzeba znalezienia się w niej aż do końca i zespolenia ich tak naprawdę, stała się w nim bowiem tak silna, że nie był w stanie się jej oprzeć. Nie panował jednak nad sobą ani nad siłą swoich ruchów, które gwałtowne i mocne, przesuwały cały stolik po ziemi, robiąc masę hałasu, choć i to do niego nie docierało. Znalazł się w transie, w którym brał to, co mu się należało i był z tego powodu cholernie szczęśliwy, zwłaszcza odkąd w pewnym momencie udało mu się zsunąć z jej piersi stanik i chwycić za krągłe półkule, które ściskał i pieścił bez umiaru czy skrępowania. Wszystko to zaś było tak podniecające i tak oszałamiające, że już kilka minut później wbijał się w ukochaną w szaleńczym tempie, którego zwieńczeniem mogło być tylko jedno: przeciągły wrzask i intensywne spełnienie – takie, jakiego jeszcze nigdy nie zaznał, a po którym długo nie był w stanie dojść do siebie. Musiało więc minąć kilkaset sekund, zanim gotów był się podnieść i odsunąć się od niej, jednocześnie zerkając na nią z maślanym wzrokiem, aby potem na moment zdębieć, gdy ujrzał beznadziejny stan kobiety, którą kochał.
    Wtedy przyszło opamiętanie.
    — Boże… – sapnął, uświadamiając sobie, co właśnie miało miejsce. – Boże, Belle… – powtórzył oszołomiony. Nie trwało to jednak długo. – Belle, maleńka! – Zawołał bowiem, a w jego głosie nie tylko słychać było szczere przejęcie ale i skruchę. – Boże, kochanie… kochanie… malutka… Belle… – szeptał, przysuwając się do niej i wyciągając drżącą rękę, aby jej dotknąć. – Mój Boże, maleńka. Co ja… co ja… Belle! – Brakowało mu słów, gdy stres i poczucie winy powoli zaczęły brać nad nim kontrolę, kiedy nagle ona oświadczyła, że ma sobie iść. – Nie, malutka… nie… nie zostawię cię tak, j-ja… – Próbował przeprosić i jakkolwiek się o nią zatroszczyć, ale ona była nieubłagana.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powaga zaś tego, czego się dopuścił, jej pozbawiony uczuć głos i powoli nadchodzące wspomnienia tego, jak błagała go, aby przestał, sprawiły, że kompletnie nieswój, wciągnął na tyłek spodnie i rzucając jej raz za razem pełne żałości spojrzenia, ostatecznie zrobił najgorszą rzecz, jaką mógł: uciekł jak skończony tchórz. Po prostu stamtąd wybiegł, jakby się paliło, a potem wpadł do swojego mieszkania i momentalnie spróbował zapić te wspomnienia olbrzymią ilością alkoholu. Widok pani Chevalier po tym, jak ją upodlił, nie należał jednak do takich, które da się wyrzucić z pamięci. Przez kolejne dni nawet więc nie próbował wychodzić, zbyt zajęty chlaniem na umór i rzyganiem z nienawiści i obrzydzenia do samego siebie. O dziwkach nie było nawet mowy – istniała wyłącznie Belle, wokół której kręciło się dosłownie wszystko. Wspomnienie jej błagań o to, aby ją puścił, spędzało mu zaś sen z powiek.
      Po tygodniu jednak chęć upewnienia się, czy wszystko u niej w porządku, wygrała z czymkolwiek innym, sprawiając, że wytoczył się ze swojego mieszkania i wyruszył ponownie do „Dr du Savoir”, nie mogąc już wytrzymać z daleka od niej. Wiodła nim też chęć powiedzenia tych wszystkich słów, na które zasługiwała – tych, które nijak nie mogły zmienić tego, co jej zrobił, ale powinny były paść.
      Nie wziął tylko pod uwagę tego, że widok Belle po tylu dniach, w dodatku dziwnie poszarzałej, nieobecnej i cichej, podziała na niego onieśmielająco. Tymczasem ledwo wszedł do jej pracy, a już odjęło mu mowę – nie pamiętał, po co tam przyszedł ani co chciał powiedzieć. Nie był więc w stanie wydusić z siebie niczego ponad zdawkowe, standardowe przywitanie ani zrobić tak naprawdę nic poza zajęciem swojego miejsca przy jednym ze stolików. Parokrotnie spróbował otworzyć usta, kiedy nie widziała i jakoś ją zagaić, ale nie potrafił – nie umiał wydobyć z siebie dźwięku, mimo że poczucie winy i wyrzuty sumienia naprawdę go wyniszczały. Mógł tylko tkwić tam jak jakiś idiota i coraz mocniej siebie nienawidzić za to, co się stało – później zaś pozostało mu jedynie udawać, że nie ma żadnego problemu.
      Ostatecznie więc wrócił do domu, przemilczawszy tę sprawę i z postanowieniem, że następnym razem nie popełni już tego błędu, po dwóch dniach był z powrotem u pani Chevalier. Znów nie umiejąc wykrztusić z siebie ani słowa przeprosin, czy przyznania się do winy. Wpadł w panikę – inaczej się bowiem nie dało nazwać tego, jak się zachowywał, zagadując ją zupełnie tak, jakby przed tygodniem nie wziął jej ciała wbrew jej woli i nie uciekał później przez siedem dni od jakiejkolwiek odpowiedzialności. Kompletnie mu odbiło i miał tego całkowitą świadomość, ale im więcej dób mijało, tym było gorzej – tym trudniej było mu bowiem wrócić do początku: do tego, aby przeprosić Belle za to, co ją przez niego spotkało.
      W środę, dwa tygodnie po wydarzeniach, co do których naprawdę chciał, aby okazały się jedynie koszmarem, obudził się więc przez to wszystko z takim kacem moralnym, że choć powinien był tego dnia udać się do pracy, zadzwonił do swojej asystentki i zgłosił, że bierze chorobowe, a lokal jest na jej głowie. Potem zaś wziął swoją dupę w troki i poszedł do księgarni, nerwowo krążąc przed wejściem do niej przez kilka dobrych minut, powtarzając sobie ćwiczoną tego ranka przed lustrem kwestię, nie wiedząc jeszcze, że los ponownie okrutnie z niego zakpi. Już miał bowiem chwycić za klamkę, kiedy z wnętrza budynku wyszedł gwiżdżący pod nosem, a w dodatku uśmiechnięty od ucha do ucha Gaston, na którego widok zrobiło mu się niedobrze.
      Kiedy więc wchodził do środka, nie pamiętał już nawet o swoich planach. Wypełniała go bowiem zazdrość, która pomnożyła się kilkukrotnie, kiedy usłyszał, jak Belle woła z piętra, że zaraz będzie. Wczesna pora sprawiła bowiem, że od razu wyobraził sobie powody, dla których Gaston mógłby opuszczać „Dr du Savoir” z tak dumnym uśmieszkiem na swojej krzywej twarzy.

      Usuń
    2. Myśl zaś o tym, że mógł dotykać Belle, wprawiła go w stan takiej furii, że gotów był coś rozwalić, o zamordowaniu tych, którzy zbliżają się do kobiety, nawet nie wspominając. Nagle zapragnął bowiem zamknąć ją w wieży gdzieś z daleka od wszelkich zagrożeń, gdy więc jego szał przerwało irytujące wibrowanie telefonu porzuconego na blacie, nawet się nie zastanawiał. Przekonany, że to Gaston z wyznaniem miłości albo Chris z ofertą pieprzonych bułeczek z budyniem, chwycił ten cholerny aparat i nawet nie czytając kto dzwoni, odebrał.
      — Belle? – Zaczął zaś kobiecy głos, który wprawił go w niemałe zaskoczenie, przez które słyszał jedynie pojedyncze słowa, nie mogąc się w pełni skupić na tym, co mu przekazywano. – Tu… ze szpitala… – Słysząc to zamarł, przestając nawet oddychać, choć nie był tego świadomy. – Sprawdziłam twoje wyniki, tak jak… prosiłaś… – Poczuł jak robi mu się gorąco. – Zmiany w kośćcu… doktor mówi… rokowania dobre… – Przerażenie nie pozwoliło mu nawet drgnąć: zaczął się za to modlić, aby to była pomyłka, jakiś głupi, kiepski żart. – Jak przyjdziesz to… chemia… nowe dawki… poradzimy sobie… zobaczysz, że… Belle? – Rozgadana kobieta po drugiej stronie, najpewniej lekarka albo pielęgniarka, sądząc po ilości medycznego bełkotu, zaniepokoiła się ciszą ze strony swojej, jak sądziła rozmówczyni. – Belle? – Ponowiła, w tym samym czasie, w którym na schodach u góry rozległy się kroki. – Przecież wiesz, że kostniakomięsak to nie koniec świata… – kontynuował kobiecy głos z troską, a pod Lucasem ugięły się kolana, bowiem w tym samym momencie usłyszał Piękną głowiącą się nad tym, gdzie ma telefon. Wtedy też stracił panowanie nad innymi swoimi kończynami: jego palce przestały ściskać kurczowo aparat, który wypadł mu wówczas z ręki i upadł na ziemię z głośnym, paskudnym trzaskiem, którego Neuvic wcale jednak nie usłyszał. Nic do niego nie docierało: słyszał wyłącznie, jak mocno wali mu serce, a krew szumi w uszach, gdy wpatrywał się w Annabelle stojącą w połowie schodów. Jego twarz była kredowobiała, usta zaś sine, a oczy rozwarte szeroko, lecz puste: dopiero na ich dnie zaczęło się bowiem zbierać przerażenie. Jeśli myślał, że jego świat zawalił się przed trzema laty, to teraz pojął, że tak naprawdę nic nie wiedział o życiu. To doświadczenie było miliony razy gorsze.
      Miał wrażenie, że jego serce wypada mu z piersi i rozbija się na małe kawałeczki.

      Luke, który naprawdę bardzo żałuje i przeprasza, ale najbardziej to ma chwilowo nadzieję, że zaraz się obudzi z tego złego snu...

      Usuń
  13. Zapukała delikatnie do starych, drewnianych drzwi czekając aż ktoś jej otworzy. Jeśli w ogóle to zrobi. Była już późno. Noc zaczęła się parę godzin temu, lecz ciemności zdążyły okryć już całe miasto, a Sesame Street na którym mieszkała kompletnie zamilkło. Dawno nie doświadczyła tutaj takiej ciszy. Prawie codziennie dało się słyszeć dochodzące zza okien rozmowy, syreny jeżdżących wokół karetek, klaksony aut odbijające się echem od grubych ścian kamienic. Już nie raz przez dochodzące z dworu dźwięki miała problemy ze snem, chociaż i bez nich nie potrafiła dobrze wypocząć.
    Nie wiedziała kiedy ostatnio udało jej się porządnie wyspać. Wspomnienia wciąż prześladowały ją w snach. Jego postać, Luba przytulający ją do piersi, słodkie słówka i pocałunki. Nie potrafiła o nim zapomnieć. Chociaż nie było już go na tym świecie, chociaż zranił jej i tak już poranione serce. Zamordował ją z zimną krwią, zniszczył jej nadzieję na lepsze życie. Płakała we śnie, gdy wszystko to ponownie przeżywała. Kiedy znów czuła palący ból w udach, szorstki materiał ocierający się o skórę jej szyi. A potem znów leciała. Obijała się o ściany, które rysowały na jej ciele nierówne linie, wystające druty które przebijały się przez bladą skórę. I tak nagle zastygła. Kiedy poczuła wreszcie ten uścisk na szyi, brak czystego powietrza w płucach. Nie pamiętała ile umierała. Mogło być to parę krótkich minut, może nawet nie. Ale dla niej minuty wyglądały jak godziny. Kolejne najgorsze chwile jej marnego życia.
    Ledwo utrzymywała w rękach górę książek, która zasłaniała jej widok i twarz. Piętrzące się w jej dłoniach lektury kiwały się w jedną i drugą stronę, jakby próbowały jej przekazać, że za niedługą chwilę układany przez nią stos runie. Powinna już dawno zwrócić je do księgarni. Była całkowicie wdzięczna Belli i jej babci za to, że na tak wiele jej pozwalały. Nie tylko udawało jej się przetrzymywać zdecydowanie za dużą ilość książek przez kilka miesięcy, ale księgarnia panny Lilii okazała się również wspaniałym miejscem do jej terapii i spotkań z pacjentami. Chociaż tak duża ilość zakurzonych tomiszczy niektórym przeszkadzała, ją to kompletnie nie obchodziło. Uwielbiała spędzać tam czas. Pośród tych ciepłych, czterech ścian, zapachu starego papieru. Lubiła przysiąść w tym jednym, wybranym sobie rogu: na tym samym czerwonym fotelu z ogromną piramidą książek do przejrzenia.
    Próbowała im się odwdzięczyć za to, jak Bella i Lilii potrafiły jej pomóc. Nie raz oferowała pomoc w prowadzeniu księgarni. Chociaż miała swoje własne obowiązki – artykuły do przejrzenia, newsy do napisania, wizyty z pacjentami – dla nich potrafiła zawsze znaleźć czas. Praca w tak cudownym i magicznym miejscu, mogła być dla niej tylko przyjemnością i dobrze zagospodarowanym czasem. Pani Faucheux próbowała nieraz przekonać Valerie, że nie musi im się odwdzięczać za dobrą wolę. Dziewczyna jak zwykle miała jednak swoje zdanie, na którym musiała postawić. Dlatego często też bez pytania zjawiała się wcześniej w Dr du Savoir aby pomóc chociaż w najmniejszym stopniu. A potem znów siadała w ciemnym koncie pomieszczenia, gryzmoląc coś w swoim notatniku.
    Wreszcie usłyszała jak ktoś próbuje otworzyć stary zamek z drugiej strony drzwi. Wyprostowała się machinalnie i wychyliła głowę zza książek, próbując zobaczyć kogo spotka za progiem. Drzwi rozchyliły się ukazując w wejściu jej przyjaciółkę. Valerie uśmiechnęła się do niej, próbując w ten sam sposób zganić zaglądający jej w oczy sen. Poprawiła szybkim ruchem ręki stos książek, który w jednej chwili chciał upaść na podłogę.
    - Przepraszam, że tak późno ale… - przerwała, znów widząc jak jej lektury niebezpiecznie kołyszą się w obie strony. – Dopiero teraz mi się przypomniało. Bardzo, bardzo przepraszam!
    Wyciągnęła ręce w stronę dziewczyny, pilnując dokładnie aby prowizoryczna góra nie wylądowała na podłodze.

    you know who

    OdpowiedzUsuń
  14. Może i mieszkał w Nowym Jorku już od trzech lat, tyleż samo czasu mając na to, aby pojąć, jak funkcjonuje świat Doczesnych – tak przecież różny od tego, który znał z własnego królestwa przed wieloma, wieloma laty – ale tak naprawdę wciąż był ciemny. Nie pojmował tak do końca cudów techniki – choć i tak radził sobie relatywnie nieźle – ani wszystkich odkryć, jakich ludzkość dokonała na przestrzeni minionych wieków. Nie zdawał sobie więc też tak do końca sprawy z tego, co obecnie wiedziała medycyna, ale nie był znowuż aż tak niezorientowany, aby nie pojąć z wywodu, który usłyszał z ust pielęgniarki, że nie mówi ona o niczym dobrym – że tematem tej rozmowy nie jest przeziębienie czy grypa żołądkowa albo inna angina, tylko coś znacznie, znacznie gorszego, co dziesiątkowało ludzi na świecie. Czytał przecież prasę i znał trochę życia – rozumiał więc pojęcie raka, jakkolwiek strasznie ono brzmiało. Dotychczas jednak się go nie bał, bo ten przecież nie mógł go dotyczyć. Był czymś kompletnie poza jego świadomością – czymś, co owszem, zdarza się ludziom, ale nie Baśniowcom ani tym bardziej ich ukochanym. Sama myśl o tym wydawała się surrealistyczna.
    Ileż więc oddałby za to, żeby mina Belle nie wydawała się iść w parze z tym, co właśnie usłyszał – żeby nie potwierdzała jego najgorszych obaw, a więc tego, że to wszystko nie jest tylko jakimś paskudnym koszmarem, ale okropną rzeczywistością…
    Próbował wydusić z siebie jakiekolwiek słowo, ale nie potrafił – na jej widok pomyślał bowiem o świecie, w którym mogłoby jej zabraknąć i kompletnie opadł z sił. Jedynym więc, na co było go stać, było bezradne przyglądanie się jej, jednocześnie czując, jak powoli emocje nie tylko w nim narastają – a było ich mnóstwo, począwszy od niedowierzania, przez panikę na złości na los kończąc – ale i powoli zaczynają się kotłować, nie pozwalając mu spokojnie oddychać. Wkrótce jednak jego twarz zdradzała tylko jedno pytanie: czy to prawda?, na które niestety Annabella nie odpowiedziała. Zamiast tego bowiem pisnęła coś, co jeszcze bardziej zmroziło mu krew w żyłach.
    Choć jednak zadała mu masę pytań, nie potrafił odpowiedzieć na żadne. Ona krzyczała, ona zbierała elementy swojego telefonu z ziemi i ona patrzyła na niego jak na wariata, okazując mu swoją złość – Luke umiał wyłącznie się w nią wpatrywać, z coraz większym trudem przełykając ślinę i naprawdę gorliwie się modląc, aby to wszystko okazało się pomyłką.
    — Czekałaś na jakiś telefon? – Był do tego stopnia oszołomiony, że ani nie poznał swojego głosu, kiedy ten wydobył się z jego ust, ani nie był świadom zadanego przez siebie Belle pytania. Brzmiał dziwnie głucho i chrypliwie, zupełnie jak nie on, przerażony do szpiku kości i drżący z tegoż samego powodu. – Cz-cze-czekałaś? – Ponowił, wydając się nie zwracać uwagi na to, co wykrzykiwała: prawda była taka, że nawet gdyby chciał, nie umiałby się poruszyć. – Belle – nacisnął następnie z takim ładunkiem emocjonalnym, że nie sposób go było ignorować. – Czekałaś na telefon? – Właściwie błagał ją o odpowiedź:: najlepiej przeczącą. – J-ja...t-to… – Pokręcił głową, nagle czując, że brakuje mu powietrza z powodu napadu strachu. – Ona mówiła… – Chciał jej przekazać tamte wiadomości, ale nie potrafił: te słowa nie chciały mu przejść przez gardło. Co gorsza, patrząc na nią miał wrażenie, że pracownica „Dr du Savoir” doskonale zdaje sobie sprawę z tego, z kim rozmawiał. – Powiedz… powiedz, że to nieprawda – dodał więc bezgłośnie, wbijając w nią tak uważne spojrzenie, jak tylko się dał i całym sobą błagał ją o rozwianie jego wątpliwości.

    przerażony, naprawdę nie potrafiący sobie poradzić z tym wszystkim, Wasz Bestia

    OdpowiedzUsuń
  15. Odnalezienie się w tej całej surrealistycznej dla niego sytuacji, nie było łatwe. Nie miał bowiem pojęcia, jak przyswoić sobie wieści, które do niego dotarły, a już tym bardziej – jak się z tym pogodzić i jak opanować swoje emocje. Stąd też się brały wszystkie jego możliwe pytania oraz całe to naleganie na odpowiedź przeczącą: na taką, która powiedziałaby mu, że Annabella jest zdrowa i nikt mu jej nie odbierze. Jego oszołomienie było zaś tak wielkie, że w pierwszej chwili, choć intensywnie na nią patrzył, nie pojął, co ona robi: nie dotarło do niego, nawet jeśli się jej przyglądał, że ta młoda dziewczyna rozbiera się przed nim i dopiero jej słowa, ostre i bolesne, bo prawdziwe i nawiązujące do tego, co jej zrobił, nakazały mu się opanować.
    — J-ja… – Próbował zaoponować i jakkolwiek ją powstrzymać, ale ona się nakręciła.
    Do tego wszystkiego doszedł zaś widok, jaki ukazała jego oczom, a który jakoś nie dał rady dotrzeć do niego wcześniej: jej wychudzone, zabiedzone ciało, które wydawało się być bliskie złamania się w pół. To bowiem sprawiło, że znów zamarł, tym razem ze skrajnego przerażenia o to, do czego doprowadziła owa choroba – i pewnie on – w ostatnich tygodniach, przez co nawet wieść o Feliksie nie okazała się dla niego tak trudna do zniesienia, jak byłaby normalnie. W tym bowiem momencie Gaston był jego najmniejszym problemem – znacznie bardziej martwił się o Annabellę.
    Zanim jednak zdążył jakkolwiek zareagować, ona już działała dalej, dotykając jego męskości przez spodnie i mówiąc tak okropne rzeczy, że aż serce mu się krajało. Nie chodziło jednak o niego – chociaż mdłości niemal zwaliły go z nóg, kiedy usłyszał od niej dosadne słowa o jej stanie zdrowia – tylko o nią: o to, że nie powinna o sobie tak mówić. Kiedyś bowiem wierzyłaby w siebie i swoje szanse aż do samego końca. Teraz zaś wydawała się tej śmierci niemal wyczekiwać i nie mógł się oprzeć wrażeniu, że to jego wina. Że to on wszystko spieprzył. Tak zresztą pewnie na pewno było – rujnowanie przychodziło mu przecież z dziwną łatwością.
    Najgorsze w tym jednak było to, że nie poznawał ukochanej – w tej załamanej kobiecie, którą cierpienie wyniszczało, nie było jego Pięknej…
    — Chryste, Belle – sapnął, chwytając ją za przeguby rąk i powstrzymując od atakowania jego ciała: uniósł jej dłonie ku górze, blokując jej możliwość dalszego krzątania się wokół i prędko otoczył ją własnymi ramionami, zamykając ją w nich bezpiecznie. Potem zaś zamilkł: kolejne długie minuty trzymał ją tak po prostu i nie reagował ani na jej krzyki, ani na groźby, ani na ostre słowa. Najzwyczajniej na świecie był, tuląc ją do siebie i czekał, aż wyrzuci z siebie natłok emocji. Sam jednocześnie próbował się uporać ze swoimi. – Już? – Zapytał dopiero wówczas, gdy jej ciało rozluźniło się w jego objęciach, a ona sama przestała być tak butna. – Nie chcę ci zrobić krzywdy, Belle, nie wyrywaj się – poprosił ją następnie, powoli ją od siebie odsuwając i zerkając na nią z uwagą. W jego oczach lśniła jednak panika: śmiertelnie się o nią bał. – Przepraszam – wyszeptał od razu, wiedząc że na to zasłużyła – ale nie wiedziałem już, co robić – przyznał ze skruchą, bo się domyślał, że bycie przytrzymywaną przez niego, niekoniecznie jej się podobało, również przez wzgląd na to, co wydarzyło się przed tygodniem. Pochwycił jej koszulę i zapiął kilka guziczków, nie chcąc, aby czuła się przed nim upodlona. – Jak to możliwe, Belle? – Nie wytrzymał jednak w końcu i spojrzał na nią z udręką. – J-jak… jak to możliwe? Przecież… – Pokręcił głową, w której mu się to wszystko nie mieściło. – Nie zasłużyłaś na to, to… – Znów urwał, przełykając głośno ślinę. – J-ja… d-dlaczego… dlaczego nigdy… dlaczego nigdy nic nie powiedziałaś? – Wykrztusił z siebie z trudem, jakoś nie umiejąc zaakceptować faktu, że nie są już małżeństwem. Przed oczami stanęły mu te wszystkie dni, które spędził w księgarni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – D-dlaczego… – Nagle zachłysnął się z wrażenia powietrzem, uświadamiając sobie w pełni, co powiedziała przed chwilą: to, że przed dwoma tygodniami zgwałcił kobietę swoich marzeń, która zmagała się z ciężką chorobą. – Belle – szepnął bez tchu, a krew jeszcze mocniej, niż dotychczas, odpłynęła mu z twarzy. Teraz było już niemal widać było przez niego na wylot, kiedy wpatrywał się w nią z pękającym mu z bólu sercem.
      Słów przeprosin było jednak zbyt wiele w jego sercu, aby umiał się zdecydować na którekolwiek – co gorsza, wiedział, że żadne z nich nie są odpowiednie.

      nieumiejący się jeszcze odnaleźć, wystraszony i spanikowany, ale kochający Luke, który zaraz weźmie się w garść i przeprosi, a potem zrobi wszystko, aby uzyskać wybaczenie...

      Usuń
  16. — S-sa… – Aż sapnął z wrażenia, wybałuszając oczy na dźwięk słowa satysfakcja.
    Nie wydukał już jednak niczego więcej: patrzył tylko na nią w coraz większym i coraz bardziej obezwładniającym zdumieniu, które nie znało granic. Nie było jednak niczym dobrym – ono wynikało z nagłego i bolesnego uświadomienia sobie, że zrujnował wszystko, wyniszczając Belle, mimo że wcale tego nie chciał. Nie spodziewał się bowiem wcale tego, że pewnego dnia od niej usłyszy tak wiele gorzkich słów i to nawet nie o nim samym, lecz o tym, co ona dla niego znaczyła. Im zaś padało ich więcej, tym robiło się gorzej: z Annabelli wyzierała pewność siebie, tak jakby w ogóle nie brała pod uwagę możliwości, że jemu na niej zależało. Wszystko to było zaś o tyle straszne, że Luke naprawdę nie umiał się do tego odnieść – czuł tylko, jak robi mu się coraz zimniej, a jego serce ściskane jest coraz silniej jakimś cholernym imadłem.
    — Chryste, Belle, o czym ty mówisz?! – Wykrztusił z siebie wreszcie i to z takim natłokiem emocji, że naprawdę trudno było go posądzić o kłamstwo czy udawanie tego, że wcale się z nią nie zgadza. – Jak… jak możesz mówić, że… Boże, jak?! – Nawet nie chciało mu przejść przez gardło to, że pragnie jej śmierci. Sama myśl o tym bowiem przyprawiała go o torsje. – Jezu, Belle! Chciałem?! W ŻYCIU TEGO NIE CHCIAŁEM! – W jego oczach stanęły łzy kompletnej bezradności i przerażenia: nie przypuszczał bowiem, że ona naprawdę będzie w to wierzyć. – Jaka dziewczyna… jaka… nie mów tak. Boże, Belle, nie mów tak! – Błagał, ale na nic się to nie zdawało i jego była już żona ciągle mówiła w tym samym tonie: tak, jakby naprawdę marzył o jej krzywdzie i to, co już usłyszał, nie było wystarczające. Nienawiść zalała go od stóp do głów, podobnie jak obrzydzenie do samego siebie. – Jak… jak możesz mówić o świętowaniu?! – Patrzył na nią z niedowierzaniem. – Jak… jak możesz… – szeptał, aż z jego piersi wyrwał się zduszony jęk w chwili, w której go dotknęła. To, wraz z jej słowami o umieraniu, okazało się ponad jego siły. – Chociaż przez chwilę?! – Zawył z bólem, który paraliżował go od stóp do głów – Chociaż przez chwilę, do cholery?! – Cierpienie wprost się z niego wylewało. – Jaką kurwa chwilę?! – Wrzasnął, ale nie z furii czy nienawiści, a z przerażenia. – Jaką chwilę, Belle?! – Ponowił, dosłownie umierając na jej oczach. – Od pięciu, kurwa, lat. Od pięciu, pieprzonych lat nie było ani jednego dnia, żebym nie wariował z miłości do ciebie. Żebym cię nie kochał. Żebym się tobą nie przejmował! – Wyrzucił z siebie w skrajnych emocjach. – Od trzech lat żyję z tą cholerną świadomością, że na ciebie nie zasługuję, ale tu przychodzę, Belle. Przychodzę, bo nie jestem w stanie bez ciebie wytrzymać, a ty mi mówisz, że pragnę twojej śmierci?! – Jęknął. – Chryste, Belle, powinnaś mi była powiedzieć, żebym ci pomógł. Żebym… – Urwał, a serce go zakuło boleśnie. – Powinienem tu być! – Jego cierpienie było namacalne. – Powinienem był ci pomóc. Ja… kurwa mać! – Nie radził sobie ewidentnie ze swoimi emocjami i zaczął nerwowo krążyć po pomieszczeniu. – Powinienem był tu być. Zadzwonić do lekarzy. Pomóc ci. Pomógłbym! – Jęknął, bo taka była prawda. – Cholera jasna, powinienem móc ci pomóc! – Zagrzmiał, na tyle nad sobą nie panując, że niemal rzucił się z pięściami na pobliską półkę. Ledwo jednak ją chwycił w swoje wielkie łapy, pojął, że zrujnuje wówczas coś, co Annabella kochała. Tego zaś nie potrafił. – J-ja… Boże, Belle. Powiedz, że walczysz… – Obrócił się i spojrzał na nią z żałością w oczach. – Powiedz, że to nie koniec. Ta lekarka… czy kto tam… ona mówiła dzisiaj o rokowaniach… – W jego głosie słychać było nadzieję, że się nie myli. – Powiedz, że to robisz… Błagam, Belle, powiedz, że walczysz. Że się nie poddajesz. Powiedz, że się leczysz! – Niemal łkał, przeciągając nerwowo drżącymi dłońmi po swoich włosach. – Musisz walczyć… musisz, Belle. Nie możemy tak tego zostawić. Nie możemy… musisz… błagam, błagam, Belle! – Brakowało mu słów, ale to, co chciał powiedzieć, było jasne: nie wyobrażał sobie, żeby miała tak po prostu dać za wygraną.

    przerażona Bestia

    OdpowiedzUsuń
  17. — Masz rację, nie jesteśmy… – szepnął, podsumowując słowa ukochanej, jednocześnie czując, jak dziwnie mocno uszło z niego całe powietrze, wydając się zabierać ze sobą z niego życie. Tak właściwie to bowiem nie wiedział, czego się spodziewał po swoim wybuchu, bo na pewno nie tego, że zrobi się nagle super. W głębi serca liczył jednak chyba na jakiekolwiek zapewnienie, że Belle faktycznie się nie podda i podejmuje leczenie, lecz nie mógł się jej dziwić, że nie chciała z nim rozmawiać. W jej oczach był przecież potworem. – Proszę jednak, chociaż nie mam prawa: nie poddawaj się. Nie… nie dawaj za wygraną. Walcz, Belle. Walcz… błagam – szeptał, wiedząc, że to z jego strony skrajna bezczelność, tym bardziej, że ona prosiła go, aby dał jej spokój. Nagle jednak, w odniesieniu do jej słów, poczuł dziwną pewność, a w jego oczach pojawił się błysk determinacji. – Nie pozwolę byś dokądkolwiek odeszła – odparł jej wówczas i od dawna nie był niczego tak pewien, jak w tym momencie.
    Ostatecznie jednak wyszedł z księgarni, choć to wcale nie miał być koniec. Ledwo bowiem dotarł do domu, już dzwonił do asystentki, każąc jej przekopać Internet w poszukiwaniu najlepszych specjalistów-onkologów, na których obdzwanianiu spędził kolejne doby, od tej pory niemal codziennie podrzucając Annabelli do skrzynki pocztowej karteczki z datą zaplanowanej wizyty u kolejnego wybitnego lekarza, u którego konsultację na już skutecznie zorganizowały jego pieniądze. Ona jednak nie poszła na ani jedną, tak jak i nie przeczytała żadnego folderu, które wraz z nimi jej zostawiał, z informacjami na temat jej jednostki chorobowej i siatką świeżych zakupów warzywnych, dokonanych na okolicznym ryneczku, podrzuconą jej pod same drzwi, jeszcze zanim zdążyła otworzyć księgarnię. Wydawała się ignorować jego starania, ale niezależnie od efektu, jaki to przynosiło, nie poddawał się – chociaż więc szanował jej zdanie i to, że sama go prosiła, aby dał jej spokój, tak czy inaczej pojawiał się pod „Dr du Savoir” każdego dnia. Różnica była taka, że nie wpraszał się już bezczelnie do środka, tylko siadał sobie na krawężniku i tak spędzał całe dnie, witając każdego, kto kierował się do Belle i jedynie dla zakochanych w niej chłopaczków musząc silić się na bycie miłym – tych bowiem cholernie nie znosił. Nie niepokoił jej jednak, tak jak prosiła – odmrażał sobie tyłek, ale jej słuchał, jednocześnie jednak będąc przy niej, aby się o nią troszczyć.
    Dwa tygodnie takiej męki później doszło do – a przynajmniej tak jemu się wydawało – czegoś nie tylko niemożliwego, ale i kompletnie zdumiewającego. Lucas nie oczekiwał bowiem żadnych cudów ani tym bardziej wybaczenia. Nie wychodził także z założenia, że cokolwiek mu się należy, na czele z jakimkolwiek kontaktem z Belle, ale nadal przesiadywał pod księgarnią, w której pracowała, bo nie potrafił trzymać się od niej z daleka. Myśl bowiem o tym, że mogłoby jej się coś stać, była dla niego przerażająca do tego stopnia, że wręcz ograniczał swój pobyt w pracy do absolutnego minimum po to, aby więcej czasu móc spędzić przy „Dr du Savoir”. W pewnym jednak sensie uważał, że na to zasłużył: na siedzenie nierzadko w zimnie i przy intensywnych opadach deszczu na krawężniku Sesame Street i zastanawianie się, czy kiedykolwiek zdoła cokolwiek naprawić – czy choćby w jednej dziesiątej będzie w stanie wynagrodzić Belle krzywdy, które jej wyrządził. Im dłużej jednak to trwało, tym pewniejszy był, że to niemożliwe: nieważne bowiem, jak mocno by się obecnie nie starał, nigdy nie wymaże okropieństw, jakich się dopuścił. Nie zasłużył na to, aby mu cokolwiek wybaczyła ani nawet aby obdarzyła go pojedynczym spojrzeniem i dobrze o tym wiedział.
    Jego zdziwienie było więc ogromne, gdy po tych czternastu dniach niewchodzenia do księgarni, usłyszał, jak za jego plecami otwierają się do niej drzwi, a później – jak Belle cicho oznajmia, że przygotowała herbatę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W pierwszej chwili w ogóle nie pojął, że chodzi o niego i że to dla niego ją zrobiła – wydawało mu się to bowiem tak nieprawdopodobne, że nawet nie drgnął, dopiero po chwili zdając sobie sprawę z tego, wokół nikogo nie ma. Kiedy się zaś obejrzał, Pięknej nie było już w progu budynku, ale drzwi pozostały uchylone, zapraszając go do środka, w którym wiele się zmieniło – przynajmniej dla niego. Herbata faktycznie bowiem na niego czekała, ale nie na ladzie ani gdziekolwiek indziej, tylko na stoliku ustawionym w tym samym miejscu, co niegdyś. W miarę zaś, jak przychodził tam w kolejnych dniach, przybywało też książek, gazet, a wreszcie i okularów o dokładnie takich samych parametrach jak te, które wcześniej stracił. Wszystko to jednak działo się na ściśle określonych, choć niepisanych zasadach, według których nie mógł jej zagadywać – tylko w ten bowiem sposób sprawy faktycznie posuwały się naprzód.

      Najtrudniejszą próbą niewątpliwie byli dla niego jej przyjaciele, których sam widok doprowadzał go do białej gorączki, ale których jakimś cudem dawał radę nie rozszarpać. Powstrzymywał się nawet od kąśliwych komentarzy, ilekroć Christian błyszczał jakimiś idiotycznymi tekstami czy pomysłami, co naprawdę przychodziło mu z niemałym trudem. Rzucał wówczas tylko uważne spojrzenie Belle, jakby niemo pytając ją, czy to naprawę tego potrzebuje. Milczał jednak i znosił to z pokorą, pijąc swoją herbatę czy kawę, albo wychodząc na papierosa, żeby się uspokoić. Wówczas jednak spalał ich kilkakrotnie więcej, niż normalnie – popielniczka przed „Dr du Savoir” zawsze pękała więc w szwach po takich wizytach. Przynajmniej jednak działało.
      Co ważniejsze, kontakt Lucasa i Annabelli również wydawał się polepszać z każdym dniem. Nie były to, rzecz jasna, brawurowe zmiany i nie wiadomo jak wielkie postępy, ale było coraz lepiej i dało się to między nimi wyraźnie odczuć. Jednocześnie jednak właściciel kasyna miał się coraz gorzej – odczuwał bowiem coraz intensywniej to, czego dopuścił się względem ukochanej i poważnie wątpił w swoje szanse na naprawienie tego. Sprawa ta gryzła go zaś tak mocno, że jego początkowe przesiadywanie u pani Chevalier za dnia, przerodziło się w nocne przechadzki pod jej domem, po których nie pozostawał po nim żaden ślad, oprócz niedopałków w popielniczce. Będąc blisko znacznie lepiej mu się myślało.
      Szóstego czerwca jednak – co przyznawać miał otwarcie – jego rozżalenie i niepokój o Belle nie znały żadnych granic ani jakiegokolwiek umiaru. Nie minęła bowiem nawet godzina od zamknięcia księgarni i jego powrotu do domu, a już nie umiał sobie znaleźć miejsca i po prostu czuł, że nie jest tam, gdzie trzeba. Dłuższą chwilę się jednak jeszcze miotał po domu, próbując nawet znieczulić się alkoholem, ale już po łyku jednego ze swoich ulubionych trunków doszedł do wniosku, że to nie to. Koniec końców wraz z wybiciem dwudziestej pierwszej na zegarze, zamknął drzwi od mieszkania na klucz i wyruszył z powrotem do Annabelli, spodziewając się, że czeka go długa, ale przynajmniej pogodna noc czatowania pod jej domem i faktycznie, taka też była.
      Była to też kolejna noc z serii tych, podczas których pragnął doczekać momentu, w którym pani Chevalier zaśnie, co zwykle nie zajmowało jej zbyt długo. Zdrowie nie pozwalało jej bowiem na zbyt długie szaleństwo – wieczorami więc przygotowywała się do snu i karmiła żółwia, aby potem pójść prosto do łóżka i wypocząć. Wydawać by się w związku z tym mogło, że podobnej rutyny nic nie może zakłócić ani w żaden sposób zerwać. Jakież więc było zdziwienie Lucasa, gdy drobiąc po chodniczku przed domem swojej żony, skupiony na rozmyślaniu, co się u niej dzieje, usłyszał nagle przeciągły wrzask tak wielkiego bólu połączonego z przerażeniem i trwogą, jakiego nigdy do tej pory nie spotkał. Jednocześnie jednak znał go niestety doskonale – wiedział bowiem, z czyjej piersi się wydostał i to momentalnie zmroziło mu krew w żyłach.
      Zapowietrzył się gwałtownie, obracając się w pół kroku i zerkając z przestrachem ku oknom.

      Usuń
    2. – Belle! – Krzyczał przy tym z paniką w głosie, nie dbając o to, że się potyka o kolejne stopnie ani uderza o schody: nieważne jak ślamazarnie, liczyło się tylko to, aby dotrzeć do kobiety. – Belle?! – Wołał ją więc bez ustanku, rozglądając się za nią dosłownie wszędzie, aby na samym końcu wpaść do jej sypialni i ponownie się zapowietrzyć: tym razem na widok skulonej i drżącej kobiety na ziemi. – Belle, maleńka! – Wykrzyknął jednak zaraz potem i od razu rzucił się obok niej na kolana, wyciągając do niej ręce. – Belle, kochanie… moja maleńka, Jezu, co się stało?! – Zawołał z przestrachem. – Nic ci nie jest?! – Pytał, mając przed oczami same najgorsze scenariusze, od których łzy mu w nich stanęły. – Cholera jasna, coś cię boli? Co się dzieje? Belle?! – Strach kompletnie nim zawładnął.
      Nic zresztą dziwnego: w końcu panicznie się obawiał ją stracić.

      Bestyja, która przestraszyła się nie na żarty, bo kocha

      Usuń
  18. Widok skulonej na ziemi, paskudnie mocno cierpiącej, przerażonej i wyglądającej na jeszcze bardziej drobną, smutną i wycieńczoną niż zwykle – a nawet niż przed paroma godzinami, gdy zamykała księgarnię, a on się z nią żegnał – był czymś strasznym dla właściciela kasyna. Przywołał bowiem do jego myśli wspomnienie dnia, w którym w podobnej pozycji, Annabella krwawiła na potęgę, a on nie potrafił jej pomóc: nie umiał ani ukoić bólu, który targał jej ciałkiem, ani tym bardziej tego, który wyniszczał jej psychikę. Teraz zaś czuł się właściwie identycznie bezradny i nawet coś tak prostego, jak przeniesienie jej do łóżka, było dla niego decyzją nie do podjęcia – panicznie bowiem bał się jej zaszkodzić. Wiedział jednak, że Belle potrzebuje pomocy i co gorsza: prosiła go o nią w sposób, który łamał mu serce, bo zdawał sobie sprawę, że musi być już fatalnie, skoro wszystko, co się między nimi wydarzyło, przestało mieć znaczenie. To nie był jednak moment na roztrząsanie tego ani na myślenie o sobie – musiał się dowiedzieć, co może zrobić dla niej i dla jej dobra.
    — Tak, Belle, tak – przytaknął skwapliwie, gdy wypowiedziała jego imię. – To ja, maleńka, to ja – potwierdzał jej, czując coraz większy strach o nią, szczególnie gdy pytał, co jej jest. – N-noga… noga… n-noga – szeptał sam do siebie, nie tylko dlatego, że informacje dochodziły do niego z pewnym opóźnieniem z uwagi na to, jak mocno się denerwował, ale też dlatego, że w ten sposób, skupiając się na jednej, konkretnej rzeczy, łatwiej mu było zacząć odzyskiwać nad sobą władzę. Nie było to, rzecz jasna, żadne niebywałe opanowanie, ale wystarczało, aby dotarło do niego, że to Belle jest w tym momencie najważniejsza i on nie może sobie pozwalać na własny strach. – J-już… już dobrze, maleńka – zapewnił ją więc czule i ciepło, obejmując ją mocno ramieniem i mimowolnie, w odruchu, muskając jej skroń w opiekuńczym pocałunku. – Już dobrze, Belle. Jestem obok, nie martw się, maleńka – szeptał, nie zwracając uwagi ani na paskudną pogodę, ani na surrealizm całej tej sytuacji, ani nawet na żółwia, który spoglądał na niego podejrzliwie. Po prostu działał, w tym konkretnym momencie nerwowo zastanawiając się, co robić. – Oddychaj, dobrze? Po prostu oddychaj, a resztę zostaw mnie, Belle – prosił ją łagodnie, sięgając po poduszkę z jej łóżka i podsuwając ją jej pod plecy, aby było jej wygodniej. – Która to noga, kochanie? – Zapytał następnie, delikatnie dotykając opuszkami palców jej ciała, w instynktownej próbie niesienia jej pomocy. – Przepraszam, przepraszam! – Spanikował jednak, kiedy jego działania tylko przyniosły jej jeszcze więcej bólu. – J-ja… j-ja… – Zrobiło mu się gorąco, a w uszach zaczęło mu szumieć, kiedy zastanawiał się co dalej. – Zaraz wrócę, Belle. Zaraz do ciebie wrócę, obiecuję – wyszeptał jednak wreszcie i zrzucając z siebie sweter, okrył ją nim i poderwał się, biegnąc na złamanie karku do kuchni. Tam zaś gwałtownym ruchem otworzył lodówkę, przeszukując ją wzrokiem. Jego uwagę zwróciło przy tym coś czarno-białego, przyczepionego do drzwiczek, ale nie miał obecnie czasu na zastanawianie się, co to takiego. Musiał pomóc Pięknej. – Cholera jasna… szlag by to trafił… – klął przy tym pod nosem, zanim dorwał zamrażarkę, a w niej: wszelkiego rodzaju mrożonki, jakie tylko mógł znaleźć. Trzasnął drzwiczkami, pochwycił ręcznik kuchenny i rzucił się z powrotem biegiem do Pięknej, zrywając z łóżka narzutę. – J-już… już dobrze, maleńka. Już dobrze, Belle – zapewniał ją, owijając torebkę groszku ręcznikiem, żeby jej nie narobić odmrożeń, a potem przytknął ją do jej nogi, mając nadzieję, że przyniesie jej ulgę. – Zaraz poczujesz się lepiej, obiecuję – szepnął, przygotowując kolejny zimny okład, aby przyłożyć jej go z drugiej strony, a na koniec ją całą okrył narzutą, żeby nie zmarzła od tego wszystkiego za mocno. – Spokojnie, maleńka, zaraz poczujesz się lepiej – powtórzył, dotykając wierzchem dłoni jej policzka i wpatrując się w nią z troską. – Co się stało, Belle? – Zapytał wkrótce potem, kiedy doszedł do wniosku, że jest mu w stanie odpowiedzieć.

    Bestia w akcji <3

    OdpowiedzUsuń
  19. — Cieszę się… – Ulga, która zalała Lucasa, faktycznie nie znała granic w momencie, w którym usłyszał od Annabelli, że jest jej lepiej: że okład, który jej przyniósł, zaczął jej pomagać. Siłą rzeczy zaczął ją więc pytać, co się tak właściwie wydarzyło, ale jej odpowiedź wcale mu się nie podobała: to, że się przewróciła, nie wystarczało mu bowiem ani trochę. – To nigdy nie jest po prostu – obruszył się więc na jej słowa. – Krzyczałaś tak mocno, że… Chryste, Belle, to nie było nic! – Zawołał z przejęciem, ale ona najwidoczniej nie miała ochoty o tym rozmawiać ani przyjąć jego punktu widzenia. – Powinnaś zobaczyć się z lekarzem, powinnaś… – urwał, mając miliony pomysłów na sekundę i widząc masę rzeczy, które powinni obecnie zrobić. Wciągnął gwałtownie powietrze, słysząc, jak go wygania. – C-co? – Otworzył szeroko oczy, nie wyobrażając sobie, że miałby ją zostawić taką osłabioną samą; jej babcia, jakkolwiek wspaniała, nie była przecież na tyle silna, aby jej pomóc, gdyby coś się działo. – Nie! – Zaprzeczył szybko. – Nie zostawię cię tak. Po moim, cholera, trupie! – Zawołał.
    Pani Chevalier i o tym jednak nie chciała rozmawiać: zapewniła go za to, że nic jej nie będzie, po czym nagle zmieniła temat na taki, którego absolutnie się nie spodziewał. Zadała mu jednak swoje pytanie tak uroczo i była przy tym tak niesamowita, że kompletnie go tym rozczuliła. Instynkt nakazał mu więc uśmiechnąć się szeroko na widok jej miny oraz spojrzenia, które samo w sobie było wspaniałe – nie było w nim bowiem ani dystansu do niego, który cechował jej wzrok przez ostatnie tygodnie, tylko dużo zaciekawienia. To zaś było dla Lucasa na wagę złota, bo od dawna nie doświadczył czegoś tak wspaniałego – wcześniej tego dnia w końcu Belle cieszyła się na jego widok i wręcz prosiła go o pomoc. Poniekąd był więc w siódmym niebie – oddałby jednak wiele za to, aby miało to miejsce w zupełnie innych okolicznościach.
    — J-ja… e-e… – Nagle poczuł, jak robi mu się głupio: wszystko dlatego, że w pierwszej chwili nie znał odpowiedzi na jej pytanie; nie potrafił powiedzieć, jak się dostał na piętro. Dopiero po paru sekundach wspomnienia z tego, co się wydarzyło, zaczęły do niego wracać i wówczas zaczerwienił się jeszcze mocniej, uciekając wzrokiem od Belle, bo wiedział, że prawda jej się absolutnie nie spodoba. – E-ee… no cóż… um… – Nie miał pojęcia, jak ma jej powiedzieć o drzwiach, które wyważył. – B-bo widzisz… n-no ja… hm… nie mogłem jakoś tak usiedzieć w domu. Martwiłem się i w ogóle – zaczął pokrętnie, chcąc jak najdłużej podświadomie zwlekać z konkretną odpowiedzią. – Więc poszedłem na spacer – nie musiała przecież wiedzieć, że przyszedł specjalnie do niej, żeby nie uznała go czasem za wariata, prawda? – i trafiłem do ciebie tak jak… co noc – szepnął jednak cicho sekundę później, zdradzając dosłownie wszystko – i byłem na dole i paliłem – ciągnął – kiedy usłyszałem, jak… jak no… – zmieszał się. – Krzyczałaś i nie mogłem… nie mogłem tam tak po prostu stać. Przepraszam, ja oczywiście odkupię. Odkupię, obiecuję – spojrzał na nią ze szczerością w oczach – ale w tamtej chwili naprawdę o tym nie myślałem. Zostanę też tam na noc, żeby było bezpiecznie, zobaczysz – ciągnął, mówiąc z tego wszystkiego coraz szybciej, bo się denerwował. – Naprawdę nie chciałem, Belle, ale… – urwał, wpatrując się w nią niespokojnie i czując, jak wali mu serce. – Oj, no cholera! – Wściekł się sam na siebie. – Wyważyłem drzwi! – Zawołał zaraz potem i znów się zmieszał, patrząc na nią z popłochem. – Przepraszam… ale… ale no, nie mogłem cię tak zostawić. Krzyczałaś i bałem się i… i no wyważyłem – szepnął, po czym opadły mu ramiona. Jakby bowiem nie patrzeć: nabroił.

    kochająca Bestia, która troszkę przesadziła

    OdpowiedzUsuń
  20. — Wyważyłem drzwi… – powtórzył z ogromnym zażenowaniem w momencie, w którym zapytała go wprost, co zrobił. – N-no… no tak… – przytaknął, kiedy to ona wypowiedziała te słowa jeszcze raz. – Przepraszam. Naprawdę przepraszam. Nie myślałem nad tym, co robię. Po prostu działałem – wyznał cicho, czując się coraz gorzej, aż w pewnym momencie jęknął, kiedy się poderwała, zadając mu jedno z najgorszych pytań, jakie mogły mieć miejsce. Nazwanie bowiem tego, jak mocno się nią przejmował, stalkingiem, dosłownie złamało mu serce. Przez chwilę oddychał z trudem.
    Słuchał jej przy tym jednak bardzo uważnie, patrząc na nią ze smutkiem, kiedy kpiła z niego i podnosiła się z ziemi, aby przejść na łóżko. Była na niego wściekła i naprawdę to rozumiał: jakby bowiem nie patrzeć, zniszczył własność jej babci i coś, o co ona mocno dbała, ale miał chyba niewielką nadzieję na to, że jego dobre intencje będą miały w tym wszystkim znaczenie. Niestety, tak się nie stało i zamiast tego Belle skupiła się na tym, że wpadał do niej niemal co noc i na tym, jakie zniszczenia po sobie pozostawił. Nie o to mu chodziło, kiedy wyjaśniał jej to wszystko ani kiedy zdradzał prawdę – pożałował więc przez chwilę, że nie oszczędził jej prawdy do rana, kiedy sama by ją odkryła. Może bowiem przynajmniej zyskałby kilka chwil jej dobrego nastawienia do niego w gratisie…
    Szybko jednak zbeształ samego siebie za podobne myśli: ukrywanie przed nią czegokolwiek nie mogło być dobrym pomysłem. Zamiast tego skupił się więc na jej oczekiwaniach.
    — Odkupię je – powtórzył z determinacją. – Odkupię ci te drzwi i wstawię je, cholera, własnymi rękoma – zapewnił ją szczerze – z samego rana, jak tylko otworzą sklep. Do tej pory usiądę na dole i przypilnuję, aby nikt was nie okradł, bo to moja wina – podkreślił – za co przepraszam cię z całego serca – wyznał zgodnie z prawdą. – Odkupię je i wszystko będzie w porządku, zobaczysz – szeptał, błagając ją spojrzeniem, aby mu to wybaczyła. – Cholera jasna, co miałem zrobić, co?! – Wybuchł jednak chwilę później. – Stałem tam, bo cię kocham i wyważyłem te pieprzone – nie panował już nad sobą, ale tylko pod kątem używanego języka – drzwi, bo krzyczałaś i bo się bałem, rozumiesz?! Bałem się, do cholery! – Zawołał z przejęciem. – Stałem tu z tego samego powodu. Stałem pod twoim domem, bo się o ciebie martwię. Szanuję to, że nie chcesz ze mną rozmawiać o swojej chorobie – jasnym było, że nie mówił o tym konkretnym dniu, bo przecież przed chwilą Belle powiedziała mu o tym, jak długo była świadoma swojej choroby – i szanuję, że nie chcesz mnie, cholera, widzieć, ale nie mogę spać spokojnie wiedząc, że dzieje ci się krzywda, więc tutaj stoję. Nie śpię, tylko stoję i pilnuję, bo boję się ciebie zostawić samą, rozumiesz? Boję się. Boję, bo nie wyobrażam sobie, jak miałbym sobie poradzić na tym świecie bez ciebie. Nie wyobrażam sobie, do cholery, więc tu stoję, ale jestem idiotą i to wszystko spieprzyłem, więc nawet nie proszę, żebyś mnie wpuściła do środka! – Przemawiały przez niego silne emocje. – Niczego nie stalkuję, nawet nie zaglądam przez okna, tylko… tylko po prostu jestem, Belle. Jestem i modlę się, żeby nic ci się nie działo i… i jestem tutaj, i dobrze, że jestem, bo spójrz! – Zawołał z bólem. – Kocham cię i mi na tobie zależy więc… więc nie mów tak… – poprosił żałośnie cicho, ze świadomością, że to wszystko wydarzyło się na jego życzenie. To on był idiotą.

    Luke, którego poniosły emocje, ale chce dobrze

    OdpowiedzUsuń
  21. — Nagle… – powtórzył po pani Chevalier z niebywałym smutkiem i wielką goryczą.
    Podczas kiedy ona bowiem twierdziła, że nagle zaczął się nią przejmować, on doskonale wiedział, jaka była prawda. Niestety jednak w pewnym sensie się jej wcale nie dziwił – z całą bowiem pewnością nie był typem przyjemniaczka przez te trzy lata. Z drugiej jednak było mu niebywale przykro, bo zawsze wydawało mu się, że zna go najlepiej na świecie – że potrafi przez niego przejrzeć i że dostrzega ból, który krył się w jego sercu od dnia, w którym umarło ich dziecko.
    Słowa Annabelli stanowiły natomiast dowód na to, że zniszczenia, jakie wywołał przez ten czas, były o wiele potężniejsze, niż początkowo przypuszczał. Słuchanie więc o tym, jak mocno ją skrzywdził i jak zniszczył te niegdyś pełną życia, odwagi i energii kobietę, dosłownie go wyniszczało, bo miał świadomość tego, że to wyłącznie jego wina – że przez to, czego się dopuścił, naprawdę zasługiwał wyłącznie na potępienie, a nie na spędzanie z nią czasu. Jego była żona mocno podkreśliła bowiem to, jak na nią działał – to, że był dla niej gorszą trucizną niż rak, który tak śmiertelnie go przerażał.
    Siłą rzeczy nie znalazł więc żadnych wyjaśnień, którymi mógłby to skwitować i w głębi serca poczuł ulgę, gdy nawiązała do drzwi, urywając temat.
    — O-oczywiście, Belle – przytaknął nieco machinalnie. – Zaraz… zaraz się tym zajmę… – Wszystko to, co powiedziała, sprawiło, że nie do końca potrafił odnaleźć się w tej sytuacji i mówił z niemałym opóźnieniem. – J-ja… wstawię je, tak jak mówiłaś, a rano… – Oszołomiony rozglądał się po pomieszczeniu, nie umiejąc sobie znaleźć w nim miejsca przez poczucie, że na nią wcale nie zasługuje, gdy nagle coś dziwnego przyciągnęło jego uwagę. – C-co… – Zmarszczył brwi, urywając poprzedni temat i kompletnie o nim zapominając, a potem zmrużył oczy, próbując to coś zidentyfikować z daleka. – C-co… co to jest – wyszeptał jednak ostatecznie sam do siebie, zbliżając się do łóżka kobiety, nad którym na tablicy korkowej wisiał owy dziwny, czarno-biały kwadracik, który go zaintrygował. Wreszcie zatrzymał się tuż przy łóżku, jeszcze bardziej wysilił wzrok i nagle gwałtownie wciągnął powietrze do płuc, chwiejąc się aż od tego na nogach. Sekundę później, zupełnie tego nieświadomy, wyciągnął przed siebie rękę i zerwał karteczkę z tablicy, wytrzeszczając oczy i nie mogąc uwierzyć, w to, co widzi. Nieważne jednak, ile razy obrócił ten przedmiot, wciąż był tym samym: zdjęciem USG. – Chryste… – sapnął więc wreszcie, czując jak robi mu się gorąco i z trudem przełknął ślinę. Coś jednak nakazało mu palcem przeciągnąć po malutkiej, zaznaczonej na owej kartce plamce, od której zrobiło mu się ciepło na sercu. – To niemożliwe… – dodał sam do siebie z niemałą czułością, nagle jednak przypominając sobie, że Anabella była tuż obok. W mgnieniu oka, zdając się na instynkt, obrócił się i doskoczył do niej z odrobiną szaleństwa w oczach. – C-co… co to jest? – Zapytał, z trudem oddychając, kiedy prosił ją o odpowiedź. – Belle, co to jest? – Błagał, chwytając ją bardzo delikatnie za ramię. – Błagam, Belle. Odpowiedz mi. Odpowiedz mi, co to jest. J-ja… – Pokręcił głową, nie umiejąc opowiedzieć o tym, co czuje. – T-to… to twoje? – Wyrzucił więc z siebie pewnie najgłupszą rzecz, jaką mógł, ale myśli krążyły po jego głowie z prędkością światła i zupełnie nie umiał ich opanować. To zaś było jeszcze nic: jego umysł nie doszedł bowiem jeszcze do najgorszego, czym były okoliczności, w jakich mogła zajść w ciążę; nie doszedł do gwałtu.

    zdezorientowana Bestia

    OdpowiedzUsuń
  22. [Dzień dobry! Dziękuję za miłe słowa :) Może i Lise lubi swój fach, ale z natury nie jest wredna, także raczej gnębić Bells nie będzie. Będzie wolała raczej utrzymywać z nią jak najbardziej neutralne stosunki, bo Lake tylko wykonuje to, co do niej należy, nie mówiąc już o tym, że zapewne wie, iż Luke i Belle nie są już małżeństwem, więc czemu miałaby mieć jakiekolwiek poczucie winy? ;) Niestety i ja na ten moment nie mam żadnego konkretnego i ciekawego pomysłu na watek, więc życzę na razie dalszej dobrej zabawy.]

    ANALISE

    OdpowiedzUsuń
  23. Spodziewał się tak właściwie wszystkiego i chyba nawet słoń, który wyskoczyłby z szafy Belle nie zdziwiłby Lucasa ani trochę, ale jakoś do głowy mu nie przyszło, że na tablicy korkowej tuż nad łóżkiem Pięknej, znajdzie coś takiego. Poniekąd wynikało to z tego, że po utracie ich maluszka nie przypuszczał, że jeszcze kiedykolwiek poczuje motyle w brzuchu i ciepło w sercu na myśl o dziecku, które dopiero przyjdzie na świat, a poniekąd z tego, że w tym wszystkim, co się działo – w całym tym jego obwinianiu się o całe zło tego świata – nie przypuszczał, że dane mu będzie zaznać czegoś tak wspaniałego. Nie mógł więc uwierzyć własnym oczom i w całym tym roztrzęsieniu patrzył na Annabellę błagalnie, desperacko potrzebując, aby mu to rozjaśniła.
    Jednocześnie nie umiał rozstać się z czarno-białym obrazkiem.
    — Jesteś najpiękniejsza… – szepnął natomiast odruchowo i w pełni szczerze, kiedy zironizowała, czego w obecnym stanie w ogóle nie pojął. Czuł się kompletnie zagubiony w całej tej sytuacji i też nie dotarło do niego, że kobieta próbuje mu zabrać ogromnie dla niej cenną fotografię: naprawdę kontakt z nim był w tym momencie mocno utrudniony, czemu trudno się było zresztą dziwić. – Twoje dziecko – powtórzył więc po niej z głośnym sapnięciem, otwierając jeszcze szerzej oczy i przenosząc ponownie wzrok na trzymany wydruk z badania USG. – Dz-dziecko… – szepnął sam do siebie cicho, próbując to jakoś ułożyć sobie w głowie, ale się nie dało: to, że patrzył na nowe życie, jakoś nie chciało do niego dotrzeć. Wydawało się nieprawdopodobne. – T-to… to znaczy… t-to znaczy, ż-że… – Przeniósł pełen oczarowania wzrok na nią, wciągając gwałtownie powietrze do płuc. – O mój Boże – westchnął zaraz potem i nim zdał sobie sprawę z tego, co robi, już był przed nią na kolanach, wyciągając rękę, aby dotknąć jej, niestety jeszcze płaskiego, brzuszka. Najpierw jednak oddał jej zdjęcie. – Chryste… t-to… to niesamowite – mamrotał w oszołomieniu, drżąc z poruszenia, bo myśl o niewinnym maleństwie skrytym w łonie dziewczyny, była dla niego naprawdę istnym cudem. Niestety jednak, szybko stan ten uległ zmianie i z rozkosznej euforii przeszedł we wspomnienie o innym maluszku, który krył się w tym samym miejscu przed trzema laty. Siłą rzeczy, bo przecież wciąż jeszcze tego nie przebolał, do oczu napłynęły mu łzy. Nie były to jednak krople wynikające ze smutku czy złości, nie były też symbolem zranienia. One brały się z tęsknoty, której nie dało się opisać. Rodzice przecież nie powinni być zmuszeni do pogrzebania własnych dzieci… – J-ja… – Bardzo chciał umieć opisać Anabelli w tym momencie, jak się czuje i co o tym wszystkim myśli, ale nie potrafił: brakowało mu słów, przynajmniej do czasu, aż naszła go paskudna, przerażająca myśl. – Cholera jasna, nic ci nie jest?! – Zawołał więc, podrywając się na nogi i patrząc na nią z troską. – Dobrze się czujesz? – Dopytał szybko z niemałym popłochem. – Przewróciłaś się i… cholera, Belle, mam cię zawieźć do szpitala?! – Naprawdę się martwił, jednocześnie wciąż wypierając ze świadomości tę straszną prawdę na temat okoliczności, w których owe dziecko pojawiło się na świecie. Zadziałał w nim mechanizm obronny, który jednak lada moment miał upaść: w jego sercu już bowiem zaczął narastać niepokój.

    Luke, który trochę nie ogarnia :<

    OdpowiedzUsuń
  24. — Z-z… z rakiem… – Błękitne oczy Bestii otworzyły się szeroko z wrażenia, kiedy pani Chevalier uprzytomniła mu, z czym się zmaga i jak ciężki jest stan jej zdrowia. – Boże… – Wpadł więc w panikę. – C-co… co mówią lekarze?! – Zawołał prędko. – N-na pewno?! – Pytał też, kiedy go zapewniała, że wszystko z nią w porządku, w co nie wierzył: bał się jak cholera.
    Gdyby więc nie świadomość, jak ważna jest dla Annabelli zawartość jej księgarni, Luke w ogóle nie ruszyłby się z miejsca, mimo jej próśb, bo za swój obowiązek uznał troszczenie się o nią. Tak jednak opuścił ostatecznie jej sypialnię i faktycznie zszedł na dół, aby była spokojniejsza o „Dr du Savoir”, bo chciał, aby spała spokojnie – zwłaszcza, w tak cudownym, odmiennym stanie. Najpierw więc rozejrzał się wokół, czy wszystko jest na swoim miejscu, a potem podszedł do wyważonych drzwi i zaczął je na nowo wstawiać w otwór, do którego pasowały. Robił to jednak bezwiednie: jego myśli krążyły bowiem jak szalone wokół tego, o czym się właśnie dowiedział i uśmiechał się z tego powodu szeroko. Nagle bowiem zalały go wizje, w których to maleństwo przychodzi na świat i otoczone opieką dorasta: szczęśliwe i piękne, a przede wszystkim kochane. Jednocześnie więc w jego sercu pojawiła się determinacja, aby zapewnić mu bezpieczeństwo od pierwszych chwil – rozmyślanie o tym z kolei poprowadziło go do wspomnienia o dniu, w którym połączył się z Belle w jedność.
    W tej samej chwili spuścił sobie na nogę drzwi, ale nawet nie poczuł bólu – stał tam w przerażeniu przez dobrych kilkanaście sekund, błagając Boga, aby to był tylko koszmarny sen, ale nic się nie zmieniło. Nadal był ojcem-gwałcicielem. Ojcem, który skrzywdził matkę tego maleństwa. Ojcem, który powołał je do życia siłą.
    Zrobiło mu się niedobrze i choć rzucił się od razu na piętro do Belle, to z każdym krokiem było gorzej. W chwili zaś, w której stanął u progu jej sypialni, miał wrażenie, że umiera.
    — O-ono… – Przełknął głośno ślinę, patrząc na swoje stopy. – O-ono… dz-dziecko… – poprawił się, wyjaśniając, o co mu w ogóle chodzi – j-jest… o-ono… ono jest m-moje prawda? – Zapytał, ale w jego głosie nie było wątpliwości, tylko bezdenny smutek. – T-to znaczy… – dodał szybko: na tyle szybko, żeby Belle w ogóle nie mogła uznać, że posądza ją o jakiekolwiek romanse – ż-że… ż-że ono… że j-ja… ż-że tamto popołudnie, p-prawda? – Dokończył wreszcie i uniósł na nią wzrok, a po jego policzkach potoczyła się masa słonych łez. – Z-zaszłaś w ciążę p-po tym j-jak… jak ja… – Pobladł, wyglądając tak, jakby zobaczył ducha. – Mój Boże, Belle – sapnął bezgłośnie i chwilę nie mógł złapać w ogóle tchu, aby następnie jęknąć żałośnie, osunąć na kolana i zanieść się szlochem. – Nie… nie… nie – łkał przy tym, kręcąc gwałtownie głową i brzmiąc coraz smutniej. – Nie… Boże, nie… j-ja… – Jego przeciągłe wycie rozbrzmiało w pomieszczeniu. – Boże, przepraszam… przepraszam… jak… jak bardzo potępionym… jak bardzo… jakim trzeba być potworem, żeby… – Oddychał spazmatycznie. – Żeby spełniać swoje największe marzenie – nie żartował: pragnął przecież tego dziecka – takim kosztem? Jak… jak można… – urwał, zakrywając usta dłonią. – Przepraszam, Belle… Boże, tak bardzo cię przepraszam. To nigdy nie powinno było mieć miejsca. Nie tak. Nie w taki sposób. N-nie… – Ból wprost z niego promieniował. – Jako owoc miłości, owszem, ale nie tak… nie tak jak to zrobiłem… powinienem był cię najpierw odzyskać, odbudować zaufanie, a nie… Boże, tak bardzo cię przepraszam! – Spojrzał na nią z udręką, a z jego słów, nawet jeśli odrobinę nieskładnych, jasno wynikało, że to nie zapłodnienia jej żałuje, a gwałtu. – Na to… na to nie ma usprawiedliwienia. J-ja… tak bardzo was przepraszam – załkał, ale brzmiał szczerze: to, co się bowiem wydarzyło, mocno w niego uderzyło. – To powinna była być miłość, a n-nie… tak bardzo przepraszam – powtórzył się, wiedząc że nie zasługuje na wybaczenie.

    pogrążony w wyrzutach sumienia i rozpaczy Bestia

    OdpowiedzUsuń
  25. Ciężar odkrycia, którego dokonał, był tak niewyobrażalnie wielki, że Lucas nawet nie śmiał pomyśleć o zirytowaniu się, gdy Annabella milczała w odpowiedzi na jego pytania, jego błagania i jego przeprosiny. Po prostu trwał tam przy niej, czując się coraz paskudniej i mając pełną świadomość tego, że zasłużyła sobie na coś o wiele lepszego, a jednocześnie pielęgnował w sercu nadzieję, że może kiedyś – jakiegoś odległego, lecz naprawdę pięknego dnia – pani Chevalier mu zdoła to jakoś wybaczyć. To więc, że nagle wstała i odezwała się do niego tak obco i chłodno, jak nie ona, było dla niego pierwszym ciosem – w pełni zasłużonym, ale i tak trudnym do zniesienia, choć, jak się miało okazać, nie najgorszym. Dużo bardziej bowiem zabolała cała reszta, od której nie tylko się zapowietrzył, ale i pobladł, modląc się, aby to był zły sen już po raz kolejny tej nocy. Przebudzenie jednak nie nadchodziło – pojawiały się za to kolejne decyzje, które go zabijały, bo choć rozumiał, co nią kierowało, naprawdę trudno mu było się z tym pogodzić.
    — Więc tak to widzisz? – Zapytał, a jego głos brzmiał tak słabo, że aż dziwnym było, że nie padł tam przed nią bez życia, poturbowany jej słowami. – T-tak… tak widzisz moją rolę w jego życiu? Jako… jako bankomat? – Nie przemawiał przez niego żal, lecz ból, co było zrozumiałe: miał przecież świadomość tego, jak wiele zrujnował w ich relacji i niestety konsekwencje tego dopadały go z wielką mocą. Dopiero zresztą przepraszał ją za to, co zrobił ze świadomością, że ona mu nigdy nie wybaczy: naprawdę więc ostatnim, co było mu w głowie, były pretensje do Belle. Po prostu cierpiał: nad tym nie miał kontroli. – N-nikim… nikim więcej? – Przełknął z trudem ślinę. – J-ja… n-naprawdę na to zasługuję w twoich oczach? – W jego oczach lśniło przerażenie. – N-naprawdę… naprawdę lepiej dla niego albo… albo dla niej – przez moment w jego głosie słychać było czułość, która przezwyciężyła wszystko inne; to była jednak tylko chwilka – być pół… pół-sierotą – mówił to wszystko z ogromnym trudem – niż… niż mieć mnie za ojca? – Szloch zdławił jego głos; uniósł jednak rękę do ust, czując, że nie może się z nią wykłócać; że nie ma do tego praw. Wciąż żal miał wyłącznie do siebie, nawet jeśli mocno to przeżywał. – Nie chcę tak, Belle – jęknął jednak, nie do końca nad tym panując. Po prostu mu się to wyrwało, bo jego serce nie poradziło sobie z bólem, jakiego dostarczyła mu myśl, że miałby w pewnym sensie nigdy nie poznać własnego dziecka. Że nie mógłby go kochać, bo wówczas złamałby jedną z zasad narzuconych przez Annabellę. – Nie chcę… nie chcę patrzeć na nie każdego dnia i nie móc go przytulić. Nie móc jej – nie wiedział, co przyjdzie na świat, więc mówił różnie – przytulić jej, kiedy zapłacze albo jemu pomóc uporać się ze światem. Nie chcę być tylko bankomatem i kimś odległym. N-nie… – zapowietrzył się. – Nie chcę znów czuć, jak umiera część mnie, tak jak przed trzema laty, bo… Belle, byłem gotów rzucić świat do stóp tego malucha. J-ja… ja wiem, że go zawiodłem. Wiem, że zawiodłem ciebie. Wiem, że gdybym był mądrzejszy, nigdy… ono nigdy… – urwał, bo agonia stała się nie do zniesienia. – A-ale… ale ja je kochałem. Kochałem je tak mocno – zapłakał gorzko, wciąż nie uporawszy się ze swoją żałobą. – Kochałem je i zawiodłem i nigdy sobie tego nie wybaczę, więc… więc błagam… błagam, Belle, nie każ mi zawieść i tego malucha. Nie każ… nie każ mi być ojcem, do którego będzie miał żal, że go nie ma. Nie każ… nie każ mi go porzucać – prosił, przez sekundę czując się znowu tym małym, bezradnym chłopcem, którego ojciec nie potrafił okazać mu miłości. – Nie każ mi – ponowił więc, a w jego oczach znów pojawiły się łzy. Kompletnie sobie tego nie wyobrażał.

    zrozpaczony Luke

    OdpowiedzUsuń
  26. Przestał, tak jak chciała. Tak jak sobie życzyła skończył mówić i błagać, a zaczął jej słuchać, czując tylko, jak z każdym kolejnym słowem ona zabija go coraz mocniej. Nie umiał jednak wydobyć z siebie żadnego dźwięku, nawet kiedy podeszła i dotknęła go, wyniszczając go swoimi czułymi gestami i pełnymi chłodu decyzjami. Po prostu tkwił na kolanach, drżąc i nawet nie umiejąc załkać gorzko, bo mu nie pozwoliła – po prostu na nią patrzył, zdegradowany do pozycji niczego, ale w pełni czujący, że na to zasłużył. Ona zaś nie przestawała, dopóki nie było w nim już niczego, oprócz odrazy do samego siebie i przekonania, że nie ma prawa do niczego.
    — Wezmę – odpowiedział jej więc tylko jednym słowem, nim kompletnie opadł z sił.
    Tego, co w tym momencie poczuł, nie dało się już nazwać bólem. To nie było niczym, co da się jakkolwiek opisać – było czystą agonią i to w jej najgorszej postaci, bo długotrwałej, trudnej i niemożliwej do zaakceptowania. Wiedział, że się do tego nigdy nie przyzwyczai – że myśl o tym, czego się w życiu dopuścił i co zrobił Annabelli, nie da mu spokojnie funkcjonować. Miał też świadomość tego, że sam sobie nie wybaczy tego, jakim będzie ojcem – obiecywał sobie przecież, że będzie kochający i czuły, zupełnie inny niż ten, który zrobił z niego Bestię w pierwszej kolejności. Nie dziwił się jednak Belle, że pragnęła go odciąć – że po tym, co jej zrobił, chciała najzwyczajniej w świecie chronić ich dziecko przed wszelkimi zagrożeniami.
    Jej dziecko, poprawił sam siebie w myślach, idąc do swojego mieszkania tego piekielnie paskudnego ranka, po całej nocy spędzonej na pilnowaniu „Dr du Savoir”, bo nie potrafiłby sobie spojrzeć w oczy w odbiciu lustrzanym, gdyby ktoś faktycznie połasił się na zbiory pani Chevalier. Nie było mu jednak łatwo – miał przecież świadomość, że ona pozostawała na piętrze, niemal na wyciągnięcie ręki, a on nie mógł jej dotknąć, objąć ani jakkolwiek jej pomóc. Mógł jedynie tkwić na dole i grać według jej zasad – naprawdę rygorystycznych i trudnych, ale jedynych, jakie w ogóle wchodziły w grę, o czym doskonale wiedział – chociaż chyba nie wiedziała ostatecznie, że wcale nie poszedł na noc do domu. Wydawało mu się bowiem, że była zaskoczona jego widokiem, ale równie dobrze mogła to być kwestia jego zmęczenia czy tego, jaki przedstawiał sobą obraz: a był on odzwierciedleniem nędzy i rozpaczy.
    Co gorsza, nie pomogło mu wzięcie lodowatego prysznica w domu ani położenie się do łóżka, bo pożerany przez wyrzuty sumienia, nie mógł zasnąć. Nie mógł jednak też się ruszyć, bo jego ciało odmawiało mu posłuszeństwa i w efekcie dopiero po wielu godzinach męczenia się, udało mu się zmusić samego siebie do jakiegokolwiek ruchu. Zrobił wówczas jedyną rzecz, jaka mu przyszła do głowy – pognał jak szalony na ostatnie dwie godziny pracy księgarni, po to, aby się upewnić, że u Belle wszystko jest w porządku i znów wypalić masę papierosów na widok piekarza, który wpadł do niej z jakąś sprawą. Siedział jednak potulnie na swoim miejscu. Tego przecież od niego żądała – to też musiał jej dać. Całym sobą pragnął jej bowiem udowodnić, że na nią w pełni zasłużył i że jest godny jej zaufania choć w niewielkim stopniu. Łudził się, że to coś zmieni…
    Jego kolejne dni nie różniły się więc od siebie jakoś znacząco. Wciąż przychodził do księgarni, gdy tylko zregenerował siły, a potem od razu z niej leciał do kasyna, skąd przybywał na kilka chwil na Sesame Street, ot tak, dla spokoju ducha i dopiero później leciał do siebie, przespać się ze dwie godzinki i wypić energetyka na śniadanie. Popadł w swoistą rutynę, ale nie narzekał – Belle nie wyrzucała go bowiem ze swojego terenu, a to było najważniejsze. W dodatku, wciąż od niego przyjmowała zakupy, do których dołączyło też kupowanie zgrzewek wody, których przecież nie mogła dźwigać, tak samo jak jej babcia. Siłą rzeczy uczestniczył więc w jej życiu w – co prawda – najmniejszym możliwym stopniu, ale jednak i ogromnie go to cieszyło.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uzależnił się bowiem od bycia blisko niej i zupełnie nie obchodziło go to, że się nie wysypia i że ledwo daje radę z wszystkim wyrobić, bo ona była tego warta. Miał zresztą świetną asystentkę i wspaniałą menedżerkę, które w tych chwilach podtrzymywały kasyno, gdy on już nie umiał.
      Sprawiło to jednak przy okazji, że był też cholernie nerwowy, dlatego ilekroć wpadał do księgarni, a w niej nie było Belle, pochłaniała go panika. Szybko, co prawda, mijała, bo Piękna do niego podchodziła i podawała mu herbatę, ale to, jak bardzo się o nią martwi – a przecież miał powody – było aż nadto widoczne. Tak też się stało dwudziestego pierwszego czerwca, w czwartek, kiedy później niż zwykle z powodu dostawy w kasynie, stawił się w „Dr du Savoir” i za kontuarem nie zastał ukochanej, lecz jej babcię. Było to o tyle szokujące, że Annabella nigdy nie rezygnowała ze swoich zmian, nawet kiedy nie czuła się najlepiej, tylko ewentualnie zamykała szybciej – nie znikała jednak w ciągu dnia. Momentalnie więc poczuł paskudny uścisk paniki w sercu, a potem doskoczył do kobiety i choć łączyła ich w sposób szczególny usłana różami relacja, widocznie ją przekonał swoim spojrzeniem, tonem głosu i urywanym oddechem, aby zdradziła mu, co się działo z panią Chevalier. Ewidentnie nie była przy tym jego fanką, ale nie stanęła mu na drodze – to jednak, co mu powiedziała, gruntownie nim wstrząsnęło.
      Sekundę później mu odbiło.
      Inaczej bowiem nie dało się wyjaśnić tego, że dziękując w biegu kobiecie, rzucił się na zewnątrz i stamtąd do pobliskiej kwiaciarni, gdzie wykupił wszystkie herbaciane róże, jakie mieli na stanie. Potem zaś z tą ogromną wiązanką kwiatów, znów jak głupi pobiegł przez miasto dalej – tym razem do szpitala, przez który przebiegł niemal z duszą na ramieniu, płuca tracąc gdzieś w połowie drogi, bo jak na zaczadzone papierosami przystało, nie lubiły przebieżek. Jego to jednak nie obchodziło – odnalazł jakoś odpowiednie skrzydło i wpadłszy na nie, zziajany wymusił na pielęgniarce, zadając jej pytania za pomocą urywków zdań, odpowiedź na to, gdzie znajdzie Belle. Ta zaś ani trochę mu się nie spodobała, bo nieco zaskoczona, ale uśmiechnięta kobieta, wskazała mu na konkretne drzwi, co znaczyło, że się spóźnił.
      Decyzję, co dalej, podjął w mgnieniu oka.
      — Boże, Belle! – Wpadł do środka jak burza, nie dając pielęgniarce nawet cienia szansy na zatrzymanie go. Zamknął drzwi, a bukiet w jego dłoni zachwiał się niebezpiecznie. – Kochanie, wybacz mi. Wiem, że mówiłaś, że mam być o jedenastej, ale sama wiesz, jak te nocne zmiany na mnie działają… – jęknął teatralnie ze skruchą, nie mając właściwie pojęcia, co robi. – Położyłem się tylko na pięć minut i… przepraszam, zaspałem! – Zawołał bezradnie, robiąc naprawdę pełną ubolewania minę, a jednocześnie orientując się w sytuacji, która przedstawiała się tak, że Belle leżała już przy aparacie do USG i czekała na specjalne badanie. Tym jednak, co przykuło uwagę Luke’a nie było to, kto się nią zajmował ani jak, tylko piękna, zachwycająca wypukłość jej brzucha. – E-ee… – Przez chwilę więc zapomniał języka w gębie i do porządku przywołało go dopiero skonsternowane spojrzenie lekarza. – Przepraszam… przepraszam za zamieszanie. Już… już możemy kontynuować – zapewnił go, kajając się grzecznie, a potem zbliżył się do Belle. – Wybacz mi, maleńka, nie chciałem – szepnął i brzmiało to zupełnie tak, jakby przepraszał za spóźnienie. – Spieszyłem się jak głupi, bo… bo nie powinnaś być tutaj sama – dodał jednak i mówił to szczerze, patrząc jej głęboko w oczy.

      Bestia, która liczy na to, że Belle jej nie zabije

      Usuń
  27. Pan tata zabrzmiało tak pięknie i napełniło go taką dumą, że nieważne, jak mocno Annabella z nim walczyła, kiedy usiadł obok niej i jak bardzo jej się nie podobało, że w ogóle do niej dołączył, był jak zaklęty: wpatrywał się w lekarza, który prowadził badanie, jak w obrazek i czekał na to, co nastąpi, aby w kolejnych minutach przejść przez gamę rozmaitych uczuć. Najpierw był to cichy, niemy zachwyt, który odebrał mu dech w piersiach, kiedy na ekranie USG pojawił się obraz, który doktor im pokrótce wyjaśnił – nawet to, że nie był miły, w tym momencie nie przeszkadzało – a potem coś, czego nie dało się opisać słowami. Serce mu bowiem stanęło z wrażenia, usta się rozchyliły, a z oczu popłynęły łzy; kolana zaś same osunęły się na ziemię, gdy pomieszczenie rozbrzmiało cichym, lecz miarowym stukotem, który określono jako serduszko. To małe, niewinne serduszko, za które był odpowiedzialny wystarczyło, aby nagle zapragnął obrócić swoje życie jeszcze mocniej do góry nogami i ze wszystkich sił udowodnić i maluszkowi, i pani Chevalier, że jest ich godzien.
    Najpierw jednak musiał uporać się z jej złością, którą mu okazała, gdy tylko lekarz na moment ich pozostawił, aby odebrać jej wyniki badań.
    — Belle… Belle, proszę! – Zdążył tylko zawołać, a potem nie mógł powiedzieć już nic: mógł tylko unieść ręce nad głowę i próbować jakoś ochronić się przed jej atakami, a te były dość silne, bowiem wymierzone mu bukietem róż od niego. Był jednak tak zachwycony, że nawet to nie mogło już popsuć mu humoru. – Ale już nie wkurwiona – zauważył rozsądnie, nie potrafiąc się do niej nie szczerzyć. Owszem, trochę zmaltretowała kwiaty, które jej kupił, ale przecież mógł nabyć gdzieś nowe; trochę mocno przesadziła z okładaniem go nimi, ale przecież podrapana przez kolce skóra miała się szybko zaleczyć; trochę ją poniosło, ale przecież miała do tego prawo, jako matka i ukochana, którą ktoś mocno zawiódł. Niemożliwym więc było, aby żywił do niej o to żal i wcale nie zamierzał. Nie po tym, co przed chwilą zobaczył na ekranie i usłyszał. – A to już punkt dla mnie, nie? – Ciągnął więc, niezrażony jej złością na niego, obserwując ją z uwagą. – Przyszedłem, bo matka mojego dziecka miała dzisiaj badania, na których powinienem być – odpowiedział jej następnie, bo wcześniej nie dała mu za bardzo możliwości. – Przyszedłem, bo jestem ojcem. Przyszedłem, bo mi na tobie… na was – zerknął na jej brzuszek – zależy i tu jest moje miejsce – kontynuował pewnie. – Ja wiem – dodał następnie, patrząc na nią jakoś tak smutniej – że zgodziłem się nigdy nie zdradzać mu prawdy o tym, kim jest jego ojciec i że obiecałem ci trzymać się od tego malucha z daleka, jak długo ty nie uznasz inaczej – zapewnił ją i po jego głosie łatwo było poznać, że wcale tych przysiąg łamać nie chciał – ale nigdy nie obiecałem, że nie będę go kochał, a on właśnie tego teraz potrzebuje. Kogoś, kto otoczy go bezwarunkową miłością – tu było oczywistym, iż referował do Belle – i kogoś, kto otoczy opieką nie tylko jego, ale i jego mamę – dokończył ciepło. – Prosiłaś mnie, abym kiedy na to przyjdzie pora, zrobił wszystko, aby zapewnić mu dobre warunki do życia i uważam, że teraz właśnie taka pora nadeszła – mówił z determinacją i powagą. – Nie możesz być z tym sama, Belle i nieważne, że masz do mnie żal. Nieważne, że mi nie ufasz. Nieważne, że mnie nie chcesz i że dla ciebie jestem potworem, bo ktoś ci musi pomóc. Ktoś, komu na tobie zależy. Ktoś, kto cię kocha – szepnął, odwracając wzrok i wzdychając ciężko. – J-jeśli… jeśli jednak przekroczyłem granicę i… i ty widzisz to inaczej, a-albo… albo miałby tu być k-ktoś… ktoś inny… – zawahał się, gdy przez myśl przemknął mu obraz Gastona i Christiana. – Przepraszam – dorzucił więc szczerze, czując że zdecydowanie przesadził, bo zbyt wiele decyzji podjął sam, a nie powinien był.

    pan tata <3

    OdpowiedzUsuń
  28. Tak właściwie mogło być o wiele gorzej, jakby się nad tym porządnie zastanowić. Bycie tak paskudnym skurwysynem, jakim był dla Belle przez ostatnie miesiące, zdecydowanie bowiem miało prawo ją pchnąć do rękoczynów znacznie gorszych niż bicie go bukietem róż, czy kopnięcie – mocne co prawda – w goleń, więc w gruncie rzeczy i to go ogromnie cieszyło. Rzecz jasna, nie miał złudzeń co do tego, że mocno ją zirytował i że nie powinien był, bo nie mogła się denerwować będąc w ciąży, ale w ogólnym rozrachunku naprawdę spodziewał się, że będzie bardziej na niego cięta. Szczerze też wolałby jej krzyk, gniew i okładanie go czym popadnie właśnie, niż to, co nastąpiło później – już po tym, jak wyjaśnił jej, że doskonale wie, jak mocno kocha swoje dziecko i to właśnie o niej mówił, jako o źródle miłości.
    Usłyszenie, że jego uczucia – czy też raczej mówienie o nich – są brudne, mocno bowiem zabolało, nawet jeśli przedstawiła to nie okrutnie i nie ze złością, tylko z bólem płynącym z doświadczenia. Zbyt wiele razy ją zawiódł, aby teraz mogła słuchać o jego miłości – domyślał się, że od razu wówczas zaczynała myśleć o okropieństwach z jego strony i siłą rzeczy nie chciała tego słuchać. Ponurą ironią losu było w związku z tym to, że był z nią absolutnie szczery.
    Nie był więc w stanie zrobić nic więcej, niż tylko kiwnąć głową, przełykając głośno ślinę z poczuciem kolejnej przegranej. Nie tak przecież wyobrażał sobie walkę o Belle – pasmo porażek powoli zaczynało go przerażać, bo nie był już pewien, czy mu podoła.
    — Nie – odparł natomiast szczerze na jej kolejne pytanie. – Nie myślę tak – powtórzył, bo rzeczywiście nie posądzał jej o to, że byłaby zdolna ciągać przypadkowych facetów po lekarzach. Miał jednak świadomość tego, że widziała w nim potwora, a co za tym idzie nawet wiecznie młody Gaston wydawał się wspaniałym, bo lepszym wyborem niż on. Nie zdążył tylko jej tego wyjaśnić: nagle bowiem powiedziała coś, co zaparło mu dech w piersi po raz kolejny tego popołudnia. – C-co… – szepnął bezgłośnie, kompletnie zaskoczony. – N-nasze… n-nasze – powtarzał sobie również bez dźwięku, wciąż jej się przyglądając i wahając się, czy to jego zmęczony umysł podsunął mu coś takiego, czy to wydarzyło się naprawdę. Nawet jeśli jednak było pomyłką, tchnęło w niego ogromne ilości nadziei i siły, o czym jednak ponownie nie miał jak jej powiedzieć: zmieniła bowiem temat. – Bo mu za to nie płacisz – rzucił z przekąsem, posyłając ponure spojrzenie w stronę drzwi, bo pierwszy zachwyt już minął i Luke zaczął myśleć nieco rozsądniej, a co za tym idzie: zdał sobie sprawę z tego, że warunki, w jakich przebywają, jak również i specjalista, z którym mieli do czynienia, nie są wysokich lotów. – Właśnie dlatego – dodał, przenosząc na nią wzrok i w tej samej chwili zdecydował się urwać, wciąż nie mając pojęcia, jakie tak naprawdę ma prawa i za co znowu może oberwać, a co będzie mile widziane. – Cóż… – ponowił więc znacznie ostrożniej. – Właśnie dlatego, jeśli kiedyś zdecydujesz się skorzystać z ulotek, poruszę niebem i ziemią, żebyś dostała jak najlepszą opiekę. I nie, Belle – pokręcił głową od razu – tu nie chodzi o to, że mydło w łazience będzie pachniało różami, a nie bananami, tylko o podejście. O to, że nikt się nie spóźni, nikt nie spojrzy na ciebie z taką miną i nikt nie zaniedba twojego zdrowia – wyjaśnił, nie chcąc mówić tego głośno, ale szczerze wątpiąc, aby lekarze z tej normalnej służby zdrowia, mieli zamiar jej jakkolwiek pomóc w jej stanie. W głębi serca czuł wręcz, że nie spodoba im się to, co niebawem nastąpi. Wszystkie te myśli zaś sprawiły, że kolejne słowa same opuściły jego usta. – Bez względu jednak na to, dokąd pójdziesz następnym razem… chciałbym wiedzieć, że idziesz Belle – szepnął, po czym wyjaśnił: – Chciałbym iść z tobą nie narażając się na twój gniew – wyznał jej nagle, drżąc lekko przy tym nie z zawstydzenia, ale z niepokoju: miał bowiem świadomość tego, jak mocno się przed nią otworzył i bał się odrzucenia, co chyba było w pełni zrozumiałe. Z drugiej strony wciąż dobrze wiedział, że w pełni na to zasłużył.

    Luke, który no... kocha

    OdpowiedzUsuń
  29. — Dziękuję… – szepnął, szczerze doceniając to, co powiedziała Annabella.
    Wiedział bowiem, że nie ma co liczyć na nic lepszego: że zapewnienie o tym, iż da mu znać, kiedy będzie miała kolejną wizytę lekarską, to i tak już niemały cud, bo jeszcze do niedawna w ogóle nie chciała mieć z nim do czynienia. I tak jednak bolało, bo czuł, że próbuje go trzymać od siebie jak najdalej, tak jakby był trędowaty, albo samo oddychanie tym samym powietrzem, miało ją zabić. Siłą rzeczy przypominał sobie, co mówiła o tym, co jej robi i cierpiał jeszcze mocniej – o żadnej jednak z tych rzeczy nie miał jak z nią porozmawiać, bo w tej samej chwili do gabinetu wrócił jej lekarz, który od pierwszej sekundy od razu go zirytował.
    Nie tolerował bowiem idiotów.
    — Zostaw, Belle – rzucił więc do ciężarnej, kiedy ta schyliła się do kwiatów. – To nie twój obowiązek – dodał stanowczo, wcześniej zgromiwszy lekarza wzrokiem, co jednak niczego go chyba nie nauczyło. Ledwo bowiem usiedli przy jego biurku, a on zaczął opowiadać o wynikach, nie tylko zachował się nietaktownie i gburowato, ale i mówił rzeczy, za które dosłownie zasługiwał na śmierć. – Co… – Sapnął wówczas Neuvic, czując jak w gardle staje mu gula, a oczy zachodzą czerwoną mgłą furii, jaką wywołać mogła wyłącznie sugestia o aborcji.
    W takich chwilach należało uciekać gdzie pieprz rośnie, byleby tylko nie narazić się na jego gniew. Nic bowiem ani nikt nie był w stanie się przed nim uratować, bo Lucas dosłownie wychodził wówczas z siebie. Stawał się bestią w pełnym tego słowa znaczeniu, o czym już na kilka sekund wcześniej świadczyły pociemniałe z wściekłości oczy, zaciskające się w pięści dłonie i znacząco przyspieszony oddech. Lekarz najwidoczniej jednak tego nie widział, a może i nie chciał widzieć: tak czy inaczej jednak doprowadził go w kilka chwil do stanu, w którym w jego żyłach krążyła żądza mordu, jakiej nie dało się łatwo opanować. Nic więc dziwnego, że wreszcie z gardłowym i przerażającym wrzaskiem, Luke poderwał się ze swojego miejsca, przesuwając przy tym krzesło, które wydało z siebie paskudny dźwięk i rzucił się przez biurko do doktorka, który momentalnie jakby stracił rezon.
    — Ty… – Wycharczał z nienawiścią, chwytając go za jego fartuch. – Jak śmiesz… jak śmiesz mówić w ten sposób… jak… – Zaciskał dłonie coraz mocniej na materiale, odbierając mu powoli zdolność do oddychania i ledwo powstrzymując się od wyrzucenia go przez pobliskie okno, albo uduszenia na miejscu. Myśl o Belle będącej obok podziałała jednak na niego skutecznie, jeszcze nawet zanim dziewczyna jakkolwiek w całym tym szoku zdążyła zareagować. Puścił mężczyznę, który z głuchym jękiem opadł na krzesełko, a potem w szale zgarnął ze stołu badania ukochanej. – Nie będziemy tak rozmawiać – oznajmił następnie z mocą, cały się trzęsąc. – Nie będziemy słuchać, jak konował skazuje to dziecko na śmierć i nie okazuje jego matce szacunku. Nie. Będziemy. Tego. Słuchać – nacisnął ostro, składając te kartki w jedną całość. – Nie będę też tego tolerować. Skończyłeś tę pracę. Skończyłeś ją, kurwa – warknął, obracając się do Belle. – A my wychodzimy. Nic tu po nas. Nie będziemy marnować czasu na pieprzonych morderców – warczał ze złością, wyciągając dłoń ku Annabelli. – Nie pozwolę, żeby cię tak traktowano. Nie. Pozwolę. Na. To – wycedził, wciąż pełen wściekłości na lekarza, ale względem ciężarnej niezwykle czuły. Był też jednocześnie mocno zdeterminowany, nie wyobrażając sobie, aby miał pozwolić jej zostać z tym całym Jungiem w tym samym pomieszczeniu choćby przez chwilę. On sam niewiele już potrzebował, aby przetrącić mu kark.

    rozwścieczona Bestia

    OdpowiedzUsuń
  30. — Jeszcze się z tobą policzę – zapewnił z mocą lekarza, kiedy ukochana chwyciła ku jego niebywałej uldze jego dłoń i pozwoliła zabrać się z gabinetu. Czym prędzej to zrobił.
    Doktorek z nowojorskiego szpitala mógł się odgrażać ile mu się tylko żywnie podobało: mógł krzyczeć i zapewniać Lucasa, że zrujnuje mu życie, ale prawda była taka, że Neuvic nie tylko się go nie bał, ale i zwyczajnie go lekceważył. Wystarczyło bowiem, żeby kiwnął palcem: podał jego nazwisko jednemu ze swoich znajomych, a wszelki słuch po doktorze Jungu – cóż, nikt, kto się tak nazywał, nie mógł być z zasady normalny… – zaginąłby w mgnieniu oka. To nie w interesie właściciela kasyna było więc denerwowanie się, tylko ginekologa – to zaś, czy ten zamierzał się przejąć groźbami Luke’a nie było już jego sprawą. On swoje powiedział i zamierzał dopilnować, aby ktoś tak paskudny, jak ten człowiek, nigdy nie dotknął już żadnej pacjentki, a na pewno nie Belle, której sam zresztą zamierzał zorganizować jakiegoś naprawdę dobrego i cenionego specjalistę. Tak bowiem być nie mogło, żeby chodziła na wizyty i wychodziła z nich roztrzęsiona, przerażona i gotowa rozpaść się na miliony kawałeczków.
    To w tej całej sytuacji było nawet gorsze niż słowa, jakie usłyszeli w gabinecie. Lucas jakoś zdołał się bowiem od nich odciąć – po prostu zamknął je w szczelnej szufladce w swoim umyśle i póki co do nich nie wracał, mając ważniejsze sprawy na głowie: opiekę nad Annabellą. To więc widok jej stanu emocjonalnego stał się jego priorytetem, a po opuszczeniu szpitala – największą zmorą, gdy ta piękna, niewinna kobieta zaniosła się płaczem, który łamał mu serce.
    — Belle… maleńka… – szepnął z bólem, posyłając jej pełne współczucia spojrzenie i wyciągnął, zupełnie instynktownie, swoje ramiona ku niej, nie do końca się jednak spodziewając, że ona w nie faktycznie zdecyduje się wpaść i poszukać w nich źródła swojego bezpieczeństwa. Ledwo to jednak zrobiła, cały targający nim gniew przepadł bez wieści, bo od tej pory liczyła się tylko ona. – Cśśś, kochanie, ćśśś… – wymruczał kojąco, przyciskając ją do siebie najmocniej, jak tylko się dało. – Bo jest pieprzonym konowałem, Belle. Kimś, kto nienawidzi swojej pracy i kimś, kto nie ma za grosz wyczucia. Kimś, do kogo nigdy nie powinnaś była trafić i przyrzekam ci – zapewnił ją szczerze – że więcej nie będziesz musiała go widzieć – rzucił z determinacją, po czym rozejrzał się wokół, dochodząc do wniosku, że na widoku innych ludzi pani Chevalier nigdy nie poczuje się lepiej. – Uważaj, kochanie – szepnął więc i podniósł ją, aby następnie zabrać ją sprzed budynku do parku oddalonego zaledwie o kilkaset metrów, ale dającego już większe poczucie prywatności i spokoju. Tam zaś wcale jej nie wypuścił z ramion: usiadł z nią po prostu na ławce i nadal ją tulił. – Nie umrze – przyrzekł jej cicho w dalszej kolejności. – Przyrzekam ci, maleńka, że nie umrze. Nie pozwolę na to, jasne? – Instynktownie złożył pocałunek na czubku jej głowy, czując jak łzy napływają mu do oczu. Jeszcze nie zdawał sobie z tego sprawy, ale jego ciało reagowało na jej bliskość oraz na dramat, jaki się właśnie rozgrywał: na tę przerażającą myśl, że mogliby musieć stracić drugie niewinne dziecko. – Nie pozwolę, żeby ktokolwiek was tknął i nie dam nikomu mówić o nim w ten sposób – zapewniał ją więc dalej z ogromną determinacją. – Tylko proszę… proszę, nie płacz, maleńka… nie łam mi serca, kochanie – błagał ją cichutko, nie wiedząc, jak ją uspokoić: gładził ją po plecach i tulił, ale jednocześnie czuł się bezradny. Wiedział, że tego, co ją spotkało, już nie cofnie.

    Bestyja, która kocha i obroni, ale bardzo ją boli, że Belle cierpi...

    OdpowiedzUsuń
  31. — Belle… – szepnął z bólem.
    Nie dodał jednak niczego więcej, bo nie mógł: pani Chevalier właśnie uciekła mu z kolan, oddalając się od niego w rozdygotaniu, które całkowicie rozumiał. Jednocześnie jednak czuł się okropnie z myślą, że nie potrafi jej już pomóc – że nadal jest jej lepiej z daleka od niego, co mocno łamało mu serce. Słysząc jednak jej ton i jej życzenie, nie wykłócał się, tylko zabrał ją na parking, gdzie złapał taksówkę, aby następnie podać adres księgarni, w której pracowała i przez całą drogę przyglądał się Annabelli zmartwiony. Nigdy bowiem nie widział jej w tak koszmarnym stanie i nigdy też nie czuł się tak paskudnie bezradny – jedynym, co mógł tak naprawdę zrobić, było opłacenie ich przejazdu, co niekoniecznie jej się spodobało. Pod tym względem był jednak nieubłagany.
    — Mogę być kretynem, ale nie jestem gburem, Belle – odpowiedział swobodnie, nie wyobrażając sobie, że miałby pozwolić jej płacić. – Po co miałbym zarabiać te wszystkie pieniądze, jeśli nie po to, aby pomagać moim bliskim? – Dla niego sprawa ta była jasna. Tym zaś, co go martwiło, było to, jak przekonać Annabellę do tego, żeby nie uciekała od niego w tym momencie i nie zamykała się w sobie. Jego zdumienie było więc niemałe, kiedy okazało się, że wcale nie zamierzała i nagle zadała mu jedno z najpiękniejszych pytań, jakie mógł sobie wymarzyć. Uśmiech od razu pojawił się na jego twarzy, zdradzając jego rozanielenie. – Wprosiłbym się, nawet gdybyś nie zapytała… – odparł jej, posyłając jej równocześnie czułe spojrzenie, po czym poszedł za nią do jej mieszkania, dla bezpieczeństwa idąc z tyłu, gdyby choć na moment się zachwiała. Potem zaś, gdy byli już w środku, pokazał jej, aby usiadła na łóżku, a sam zniknął w jej kuchni, gdzie zaparzył jej ulubioną herbatę. Wkrótce więc wrócił do niej z parującym naparem, zgarniając po drodze koc złożony w idealną kostkę i podał jej kubek, a sam okrył ją pledem i dopiero potem usiadł obok niej bokiem, podwijając jedną nogę pod kolano i zerkając na nią z troską oraz uwagą. – Mogę zrobić coś jeszcze? – Zapytał następnie, gotów pognać nawet i na koniec miasta, byleby zdobyć dla niej wszystko, co poprawi jej humor, o czym zresztą dobitnie świadczyło to, że wcześniej do szpitala faktycznie pognał bez zastanowienia. – Masz na coś ochotę, Belle? Coś ci przynieść? Podać? – Ciągnął łagodnie, nie do końca wiedząc, czego ona od niego w tym momencie potrzebuje. Wreszcie jednak nie wytrzymał. – Belle, uważam, że zanim w cokolwiek uwierzysz i zanim się zaczniesz tym zamartwiać – ostrożnie dobierał słowa – powinnaś pójść do jakiegoś specjalisty. Wiem – podkreślił od razu – że wspominałaś o pieniądzach, ale one nie grają roli. Sama powiedziałaś, że mam dać temu dziecku wszystko, co najlepsze – zauważył, odrobinę ją podchodząc i czując się z tym źle, ale nie widział za bardzo innego wyjścia – i właśnie to chcę teraz zrobić. Zadbać o jego dobro, a tym, czego teraz potrzebuje, jest niewątpliwie dobry lekarz, który zadba o nie i o jego czy jej mamę – przekonywał łagodnie. – Wiem, że nie chcesz… być mi niczego dłużna, ale… ale pozwól mi Belle sobie pomóc. Pozwól mi pomóc temu dziecku – poprosił ją szczerze i ciepło, ostrożnie wyciągając rękę przed siebie i dotykając delikatnie jej palców. – Proszę – powtórzył.

    zaniepokojony, pragnący dobrze Luke

    OdpowiedzUsuń
  32. W odpowiedzi na cholernie trudne pytanie, które zadała mu Belle, wciągnął głośno powietrze do płuc i otworzył nieco szerzej oczy, nie będąc w głębi serca gotowym na to, aby tak otwarcie mówiła o swojej śmierci, zupełnie jakby to był jakiś pewnik. To znaczy, oczywiście, wiedział, że i tak kiedyś wszyscy umrą – że kres wydarzeń po prostu musi nastąpić dla każdego. Nie wyobrażał sobie jednak ponurej Kostuchy wiszącej nad panią Chevalier już teraz – cholera, nawet za milion lat, wciąż byłoby za wcześnie – i to w chwili, w której nosiła pod sercem dziecko. Świat nie mógł być przecież taki zły – nie mógł być miejscem, w których tych najlepszych spotykają najgorsze rzeczy. Szczerze więc wierzył, że odpowiedni specjalista – tak, pod tym względem Luke wierzył w magię pieniądza, wiedząc że służba zdrowia wygląda zupełnie inaczej, kiedy pracuje bo musi, a kiedy bo chce – weźmie ich za rękę i przeprowadzi przez mgłę, która otoczyła ich gęsto, nie pozwalając im dostrzec nigdzie drogi do szczęścia, którą próbowali kroczyć.
    — Mogę cię zapewnić – odparł jej w związku z tym dopiero kiedy ona skończyła mówić: gdy wyznała mu już wszystko, łącznie z tym, jak samą siebie postrzega i dotykała aktualnie swojego brzuszka na jego oczach, co było najlepszą motywacją do działania – że dopóki żyję i oddycham, a w mojej piersi bije dla was serce – mówił całkowicie poważnie – nie spocznę i nie poddam się w walce o twoje życie – wyszeptał szczerze. – Nie obchodzi mnie, dokąd będę musiał pojechać, ile i komu zapłacić ani gdzie dopuścić się jakich czynów, bo liczysz się tylko ty, Belle i to, abyście byli bezpieczni. – Spojrzał wymownie na jej brzuszek. – Nie pozwolę ci umrzeć na mojej warcie, Annabello, tak jak i nie pozwolę skrzywdzić tego dziecka – przysiągł z mocą, aby później patrząc jej głęboko w oczy, dodać: – Jeśli i ten lekarz okaże się konowałem, to wtedy pójdziemy do kolejnego – odrzekł – i znajdziemy takiego, który da nam nadzieję. A później będziemy się jej kurczowo trzymać – ciągnął – i działać zgodnie z jego słowami – obiecywał jej solennie – bo my damy sobie radę – podkreślił z przekonaniem. – Damy sobie radę i nic nas nie pokona, Belle – kontynuował, zsuwając się z łóżka tak, aby uklęknąć przed nią – i gwarantuję ci, że każdy lekarz, który nas zobaczy, który ciebie zobaczy – poprawił się – ujrzy silną, młodą i piękną kobietę, dla której warto walczyć. Każdy lekarz, który ciebie zobaczy, zrobi wszystko, aby umożliwić ci normalne życie. – Był tego pewien jak mało czego w swoim życiu, za wyjątkiem jeszcze jednej wspomnianej przez nią kwestii. – Nie jesteś dzieciobójczynią, Belle – wyszeptał więc miękko, nawiązując do tej sprawy. – Jesteś żoną, którą spotkało ogromne nieszczęście, bo wyszła za dumnego idiotę, któremu wydawało się, że zdoła ochronić swój zamek – mówił to bez najmniejszego zająknięcia się, przedstawiając jej fakty. – Jesteś kobietą, która przeżyła prawdziwą tragedię, na jaką nie zasłużyła. Jesteś matką, która musiała pochować swoje maleństwo, mimo że tak się nie godzi. Jesteś tym wszystkim: smutkiem, cierpieniem i bólem, ale nie dzieciobójczynią, Belle. Kochałaś to dziecko najmocniej, jak tylko się dało – wspominanie tego sprawiło, że miał łzy w oczach – i dbałaś o nie. Jak cokolwiek mogłoby być w tym niewłaściwego? – Zapytał łagodnie, sięgając po jej dłoń, którą trzymała na brzuszku; ścisnął ją lekko. – Będziesz wspaniałą, śliczną, dzielną i silną mamą, Belle. Przysięgam – szepnął później, patrząc jej w oczy. W jego widać było determinację.

    Bestia, która wierzy

    OdpowiedzUsuń
  33. — Wtedy znajdę jakieś rozwiązanie – odpowiedział z determinacją ani myśląc się poddawać. Nie w przypadku Annabelli, która zasługiwała na życie. – Dla dobra tego maluszka, który cię potrzebuje i dla twojego dobra, znajdę jakieś rozwiązanie – powtórzył z mocą, składając jednocześnie bardzo swoistą przysięgę, której nie zamierzał złamać.
    Nie potrafił jednak nic poradzić na to, że cała ta sytuacja mocno go wzruszała – że kiedy przyszło co do czego i rozpoczęli rozmowę o dziecku, które już utracili, ogarnął go bezbrzeżny smutek. Nie umiał też nic wskórać w kwestii tego, jak jego ciało reagowało na Belle, której sam dotyk sprawiał, że dosłownie roztapiał się przed nią, pragnąc więcej i więcej, choć jednocześnie wiedział, że nie ma do tego żadnych praw. Nie mógł też jej prosić o wiarę, więc milczał, przyglądając jej się, dopóki nie zechciała podjąć tematu – ten jednak wprawił go w niemałe zdumienie.
    — Nie powinnaś? – W pierwszej chwili zabrzmiało to tak abstrakcyjnie, że Luke wytrzeszczył oczy, nic nie pojmując. Udało mu się dopiero po paru sekundach intensywnego rozmyślania i wciągnął wówczas gwałtownie powietrze do płuc w zrozumieniu. – N-nie… nie powinnaś… p-przeze… przeze mnie tak? – Wybąkał zaraz potem, ale nie potrzebował przytaknięcia: to było oczywiste. Belle bez wątpienia nawiązywała bowiem do tego, w jaki sposób poczęty został ten maluch i do tego, jak bestialsko ją wówczas potraktował. Zasłużył. – Belle… – sapnął, opadając na pięty z nagle tak wypełnionymi smutkiem oczami, że choćby chciał, to nie był w stanie ukryć, jak mocno go to wszystko zabolało. – To ja nie powinienem był wtedy traktować cię w ten sposób – szepnął następnie, pogrążając się w koszmarnych wspomnieniach, w których może i Annabella pomogła mu się rozochocić, ale zaraz potem prosiła go tak usilnie, aby ją puścił, że powinien był od pierwszej sekundy uwolnić ją ze swojego uścisku i upewnić się następnie, że nic jej nie jest. – I to ja powinienem był przyjść znacznie, znacznie szybciej – dodał, unosząc głowę i z żałosnym westchnieniem spojrzał w sufit, jakby szukał pomocy u Boga. – Przepraszam, Belle – wyrzucił z siebie cicho w dalszej kolejności; zadrgała mu grdyka tak, jak zawsze, gdy ledwo się trzymał. – Przepraszam, bo choć próbowałem… choć… choć starałem się… nie umiałem przyznać się do winy. Nie umiałem cię przeprosić, bo na sam twój widok czułem, że nie ma odpowiednich słów. I zachowywałem się jak kretyn. Jak idiota. Jak debil. Jak śmieć… – mówił cicho, bo była to jedna z tych rzeczy, których żałował w życiu najmocniej. – Zachowałem się wobec ciebie okropnie, Belle – jęknął – i nigdy nie zdołam ci tego wynagrodzić, ale… ale jeśli jest coś, czego jestem pewien, to tego, że… że nie powinnaś w ten sposób myśleć. – Zatonął w jej pięknym spojrzeniu. – To dziecko… ten maluszek – uściślił. – Nie ma nic złego w tym, że je kochasz i że chcesz je chronić, bo ono niczym nie zawiniło. Nie prosiło o takiego ojca. I trafiło najgorzej jak mogło – nienawiść, jaką żywił do samego siebie, głośno przez niego przemawiała – ale ma najcudowniejszą matkę na świecie. I jej miłość, akurat jej miłość – podkreślił – to z kolei najlepsze, o czym mógł albo mogła – po jego tonie łatwo było poznać, że akurat płeć nie miała znaczenia: maluch miał być uwielbiany i tak, i tak – marzyć – wyszeptał, wpatrując się w nią bardzo intensywnie, mówiąc to wszystko jak najbardziej szczerze.

    mocno żałujący Luke

    OdpowiedzUsuń
  34. [ Skoro jako tako odżywam, to nie mogłam do Ciebie nie wpaść :D Matko co za genialna Bella <3 No i Emma na zdjęciach! Kocham <3 No i jak zwykle zachwycam się kartą, bo uwielbiam Twój sposób pisania. A do samej Belli zawsze miałam słabość, bo choć to takie proste, to takie wspaniałe i wzruszające. Cała jej historia. O tym, ze jest to księżniczka z zamiłowaniem do książek nie wspominając!
    W każdym razie. Nie miałabyś ochoty na wątek ze starym ( choć tego przecież nie widać! ) kapitanem? :) ]

    Huckleberry

    OdpowiedzUsuń
  35. Świadomość tego, że nie istnieją słowa, które mogłyby cokolwiek wynagrodzić Annabelli oraz pewność, że nie ma nic, co choćby w maleńkim stopniu usprawiedliwiało jego czyny, nie była ani trochę pomocna w całej tej sytuacji. Trwając bowiem na kolanach przed ciężarną, Lucas nie mógł zrobić tak naprawdę nic, oprócz wysłuchania jej od początku do końca i przyjęcia na klatę kolejnych – całkowicie słusznych zresztą, bo zniszczył to wszystko – zarzutów. Nie mógł się bronić ani nijak jej odpowiadać: mógł jedynie pozwalać, aby raniła go do żywego raz za razem i łudzić się, że tym samym choć trochę odkupi swoje winy; że wycierpi choćby maleńką część tego, co ona i będzie choćby nieznacznie lepiej między nimi. Nie znaczyło to jednak, że słuchanie o tym, jakim okropnym czymś jest dziecko, które dzięki nim powstało oraz o tym, że Belle bez wahania dałaby mu to, czego potrzebował – dałaby mu siebie – stało się choćby odrobinę łatwiejsze. Wręcz przeciwnie: z każdą mijającą sekundą brakowało mu coraz mocniej tlenu, a widok jej łez oraz jej podsumowanie mówiące o tym, co jej zrobił i jak się przez niego czuła, było właściwie jego gwoździem do trumny. Nie było przecież nic, czym mógłby jej tę godność przywrócić, tak samo jak wiarę czy szacunek do samej siebie. Odebrał jej wszystko i miał tego pełną świadomość, a ta go wyniszczała: skrupulatnie moment za momentem doprowadzała go do ruiny. Co jednak było w tym wszystkim najgorsze: wiedział, że nie ma prawa do łez ani do okazywania cierpienia. To on był przecież oprawcą, a nie Annabella. To on podjął najgorszą decyzję swojego życia i to on powinien był ją jakoś naprawić. To on wreszcie nieustannie tylko zmieniał ich relację w piekło, zamiast jakkolwiek tej wspaniałej kobiecie pomóc…
    — Nie mów tak. – Ośmielił się jednak poprosić, zarówno kiedy referowała do siebie jako do szalonej kobiety, jak i wtedy, gdy zasugerowała, że nie może być matką. – Proszę, Belle, nie mów tak – ponowił błagalnie i wcale nie chodziło mu o jego samego, bo wyrządzonych jej krzywd wcale się nie wypierał. Nie, jemu chodziło o nią samą. – Nie deprecjonuj siebie w ten sposób przeze mnie, Belle – wyjaśnił z bólem i posłał jej odpowiednie spojrzenie, mając wrażenie, że wszystko w nim płonie z powodu tego, które ona rzucała jemu. Zupełnie nie radził sobie z jej chłodem i żalem, nie umiejąc ani go okiełznać, ani w żaden sposób jej ulżyć. – I nie deprecjonuj tego dziecka, które niczym – podkreślił to po raz kolejny, ale czuł, że jakoś musi się przedostać przez jej mury i jej to uświadomić – nie zawiniło. To nie jego nienawidzisz, Annabello – szepnął więc z trudem, musząc potem zaczerpnąć parę płytkich oddechów, bo inaczej by sobie nie poradził. – To ja tutaj zawiniłem i to mnie nienawidzisz. To ja cię skrzywdziłem – nacisnął, mimo że siebie tym niszczył. – Ja nie powinienem był ciebie tak traktować: ani w tamten wtorek, ani później, kiedy byłem tchórzem. Ja powinienem był być silniejszy. Ja… – urwał, znów potrzebując tchu. – Ja nie powinienem był się od ciebie odsuwać… – dokończył cichutko i przymknął oczy, pocierając dłońmi twarz. – Przepraszam, Belle – wyszeptał następnie. – Wiem, że to nic nie zmienia. Wiem, że to niczego nie odkupi i wiem, że to ci nie pomoże, ale… ale chcę, żebyś wiedziała, że przepraszam – spojrzał na nią ponownie – za wszystkie krzywdy, które ci wyrządziłem. I błagam cię. Tu i teraz. Nienawidź mnie: nie siebie i nie to maleństwo. – Dosłownie ją o to błagał.

    Bestia, która chce ponieść konsekwencje i bardzo przeprasza, ale jednocześnie błaga, aby tak o sobie nie myślała...

    OdpowiedzUsuń
  36. — To nieprawda, że nic nie masz – zaprzeczył słowom ukochanej, czując jak rozsadzają mu serce. – To nieprawda, Belle. Nie jesteś sama i nie jesteś niekochana. Spójrz ile osób cię uwielbia. Ile… ile cię potrzebuje… – szepnął, myśląc nie tylko o sobie, ale i o jej babci, jej ojcu czy nawet tym nieszczęsnym Gastonie albo Christianie. – Proszę, nie mów tak… – powtórzył więc swoje błaganie, jednocześnie obserwując ją bezradnie, jak wstawała i oddalała się od niego, przerażając go swoją miną, postawą i emanującym od niej smutkiem.
    Sam już więc nie wiedział, co robić. Z jednej strony bowiem pragnął podbiec do niej, mocno ją przytulić i wybić jej z głowy wszystkie te okropne myśli, którymi się zadręczała, a z drugiej ciągle sobie powtarzał, że nie ma do tego prawa. Potaknął w związku z tym głową, kiedy odnosiła się do jego słów, bo na nic więcej nie było go stać – przyznanie głośno, że jest pieprzonym egoistą, który po prostu nie umie być z daleka od niej, nie wydawało mu się dobrym rozwiązaniem. Tym bardziej więc zabolało to, co mu wykrzyczała – to, że ją wykańczał i sprawiał jej ból, bo wcale tego nie chciał. Próbował jej pomóc i jakoś to odkręcić, ale jak widać marnie mu szło, choć musiał przyznać, że mocno mu ulżyło, gdy pomimo swoich słów, Belle wróciła na łóżko i wyznała mu swój strach.
    — Nie wiesz? – Na jego ustach po raz pierwszy od naprawdę wielu godzin, pojawił się delikatny, aczkolwiek pełen czułości uśmiech, który nie wyśmiewał ani nie kpił, tylko po prostu był i płynął z wiedzy, jaką posiadał. Jednocześnie jednak nadal było w nim mnóstwo smutku. – Przecież to oczywiste, Belle – kontynuował łagodnie. – To oczywiste – powtórzył – że chcesz tego dziecka, bo inaczej kiedy siedzieliśmy w gabinecie tego skurwysyna – na krótką chwilę jego oczy wypełniła nienawiść, a głos zmienił się nie do poznania – nie objęłabyś swojego brzuszka – w tym momencie ponownie wszystko się zmieniło: tym bowiem razem widać było u niego kompletny zachwyt; można z niego było czytać jak na dłoni – tak opiekuńczo. Kiedy wyszliśmy, nie załkałabyś tak rzewnie ze strachu o los swój i tego maluszka. A kiedy usłyszałaś jego serce, nie zapłakałabyś z zachwytu nad tym maleńkim cudem – zauważył, nie mając wątpliwości co do tego, jaka powinna być decyzja Annabelli. – Wiem, że się boisz – dodał, doskonale zdając sobie z tego sprawę. – Ale wiem też, że wbrew temu, co teraz się dzieje w twojej głowie, podołasz temu wszystkiemu – szepnął ze szczerą wiarą w to, co mówił. – Jesteś silna i dzielna; jesteś uparta i ambitna, ale przede wszystkim jesteś dobra i ciepła, a tego ten maluch potrzebuje najmocniej. Ty natomiast potrzebujesz kogoś, kto się o ciebie zatroszczy i jak długo nie znajdzie się nikt, kto… kto… – zająknął się i nie mógł wykrztusić tego, co miał na myśli, patrząc na nią przez kilka dobrych sekund w popłochu, zanim cichy głos w jego głowie podpowiedział mu: zasłużyłeś na to… – Kto okaże się ciebie godny – dokończył więc, ale tak, jakby każde słowo było kolejnym ciosem w jego serce – ja będę obok. Będę o ciebie dbał, będę o was walczył i będę przy tobie podczas każdego problemu, z jakim się zmierzysz, bo nie masz racji, Belle – wyznał jej i przez chwilę po prostu na nią patrzył. – Nie jesteś sama. I bez namysłu mogę ci wskazać faceta, który bez ciebie nie będzie w stanie tu żyć – oznajmił cicho, po czym znów delikatnie się uśmiechnął. – Chcesz tego dziecka, Annabello, prawda? – Tym razem się upewniał, po prostu jej się przyglądając.

    Bestia, która dobrze wie, jaka jest odpowiedź na to pytanie

    OdpowiedzUsuń
  37. Oddałby naprawdę wiele za to, aby każde wypowiedziane przez niego słowo nie było przez Annabellę wykorzystywane przeciwko niemu. Ogromnie mocno chciałby, żeby skupiała się na tym, co próbował jej przekazać, a nie na przeszłości, która ich łączyła, ale w dalszym ciągu nie miał złudzeń, że sobie na to wszystko zasłużył. Każde jej słowo wymierzone w niego, mające mu uświadomić ogrom poczynionych przez niego szkód i dać mu coś do myślenia, trafiało więc do niego bez najmniejszych przeszkód. Rozumiał w związku z tym, co próbowała mu powiedzieć: że wspomnienia z życia z nim, tego szczęśliwego, obecnie udręczały ją do granic możliwości; że jego idiotyczne wybory wywarły na nią tak wielki wpływ, że właściwie nie było w niej już sił do niczego; że gwałt, którego się dopuścił na jej ciele, zniszczył ją doszczętnie i tak właściwie ją zabił, czego nie powiedziała mu, co prawda, dosłownie, ale jej wymowne spojrzenie wystarczyło, aby poczuł się w pełni za to odpowiedzialny. Nie było więc dziwnym, że w tym wszystkim łzy w jego oczach nie ustępowały ani na moment ani że słysząc jej pytanie, cały zadrżał, po raz kolejny się przekonując, w jak beznadziejnym była przez niego stanie.
    Co gorsza, odpowiedź doskonale znał – rzecz w tym, że wcale mu się nie podobała.
    — Wtedy… – Przełknął głośno ślinę, dodając sobie odwagi. – Wtedy – powtórzył więc po odchrząknięciu – miałabyś prawo podjąć każdą decyzję – podkreślił całkowicie poważnie, wiedząc że on sam nie ma żadnych praw do dokonywania jakichkolwiek wyborów – jaką uznałabyś za słuszną – wyznał całkowicie poważnie, mimo że wcale nie przyszło mu to z łatwością. Myśl o tym bowiem, że mogłaby zdecydować się na aborcję wyłącznie dlatego, że dziecko to powstało na skutek jego paskudnego zachowania, była okropne: dosłownie rozrywała go na części, ale nawet nie śmiał się na to żalić. Bądź co bądź, jego ukochana przeszła z jego winy przez piekło. – Cokolwiek byś natomiast wybrała – podjął, chociaż nie wiedział, skąd wziął na to siły – ja byłbym obok i bym ci w tym pomógł. Wsparłbym cię w każdej decyzji, Belle, nawet jeśli miałaby mnie złamać – szepnął i pozwolił sobie mieć nadzieję na to, że chociaż nie wierzyła mu dla zasady, głównie przez to, czego się dopuścił wobec niej odkąd pojawili się w Fabletown, tym razem nie podda jego słów w wątpliwość. Powoli już bowiem przestawał tracić siły do czegokolwiek, widząc jak fatalne w skutkach są jego decyzje. – Po prostu byłbym obok i ułatwiłbym ci to, bo to ty tutaj rządzisz. To ty podejmujesz decyzje. I to ty masz ostateczne prawo głosu – ciągnął potulnie. – Uważam jednak, że na to nie byłoby szans. Możesz mówić, że… – urwał, biorąc głęboki wdech. – Możesz mówić – podjął znacznie ciszej – że zabiłem w tobie wszystko, co dobre – ledwo to wypowiedział; jasnym było, że go to niszczyło – ale ja wiem… ja wiem, Belle, że to się akurat w tobie nie zmieniło. I wiem, że ten maluch niczym nie zawinił. Tak jak i wiem, że ty też doskonale zdajesz sobie z tego sprawę – dokończył z sapnięciem, szczerze nie mając już pojęcia, co robić. Z jednej strony bowiem nie wyobrażał sobie, że miałby wyjść obecnie z jej mieszkania, bo przecież sama prosiła go o jego towarzystwo, a z drugiej każda kolejna chwila jej niedowierzania, złości i tego lodowatego wręcz chłodu, którym się do niego zwracała, dobijała go coraz mocniej.

    Wasza Bestia, która naprawdę już nie ma złudzeń co do tego, co zrobiła...

    OdpowiedzUsuń
  38. Zupełnie już nie wiedział, co robić. Nie umiał już bowiem wtrącić żadnego słowa ani na swoją obronę, ani ku pokrzepieniu Annabelli, bo na własnej skórze, wyjątkowo boleśnie odkrywał, że nie przynosi to nawet najmniejszych dobrych efektów. Nie można niby było przecież nazwać tego, co o nim mówiła: tego, jak wprost oskarżała go o to, że był nawet gorszy od własnego ojca i nie zwracała absolutnie uwagi na to, jak mocno go tym rani. Widocznie w jej oczach na to zasłużył – na życie w pogardzie i poczuciu beznadziei; na to, aby nigdy więcej, niezależnie od tego, co miała przynieść przyszłość, nie być w stanie spojrzeć sobie w oczy w lustrze, które jeszcze tego dnia miał rozbić wróciwszy do domu i gorzko zapłakać. Pewnie tak zresztą było – spieprzył w końcu wręcz doszczętnie ich małżeństwo i skazał ją na tyle cierpienia, że teraz nie mógł się nawet wzbraniać przed okrutnymi słowami, które jego doprowadzały do prawdziwej rozpaczy. Kiedy więc Belle mówiła o tym, że nic nie ma, on odkrywał, że jemu nie przysługują żadne prawa. Że może tylko tkwić przed nią na kolanach i obrywać coraz mocniej i mocniej, aż w końcu sam nie był już w stanie wytrzymać we własnej skórze, o oddychaniu nie mówiąc. Co gorsza, słyszał ton głosu tej, którą tak szaleńczo kochał i zdawał sobie boleśnie sprawę z każdego jej westchnienia, którym mu dawała do zrozumienia, że przez niego umiera – że mógłby się zabić właśnie tu i teraz, ta to i tak nic by jej nie dało, bo ją zniszczył. Bo był gównem, które nie wiedzieć czemu się jej uczepiło i nie dawało jej spokoju – w tym wszystkim sam już nie miał pewności, czy jest się w stanie zmienić. Skoro bowiem ona w to nie wierzyła, to jak miał wierzyć on?
    Już miał się więc zrywać, ledwo powstrzymując szloch, kiedy uświadomiła mu, że to nie tak, że nie powinien być obok niej w tym momencie – w jakiś dziwnie zawoalowany sposób dawała mu więc chyba do zrozumienia, że powinien pozostać, w związku z czym opadł nieznacznie na ziemię i nic już nie wiedział ani nie rozumiał. W chwili zaś, w której objęła jego twarz i się do niego uśmiechnęła, kompletnie już postradał rozum – z jednej strony nie był bowiem w stanie poruszyć się choćby o milimetr, a z drugiej miał poczucie, że powinien przerwać ten kontakt, bo wcale na niego nie zasłużył. On też już nie miał sił: nie miał sił być odpychany i atakowany raz za razem, bo starał się przecież tylko dla Annabelli. Skoro zaś zawodził…
    — P-pieprzyki? – W oszołomieniu w ogóle więc nie wiedział, o czym ona mówi. Nie miał też pojęcia, jak ma się do tego odnieść ani co zrobić, bo nie umiał się zdobyć na żadne słowa. Bał się, tak zwyczajnie po ludzku się bał, że jeśli zrobi cokolwiek, ona znów zmieni nastrój i powie coś, co go doprowadzi do jeszcze gorszego stanu. Był więc pewnie egoistą: paskudnym, okropnym egoistą, ale chciał, żeby ta chwila trwała i przez to nawet nie próbował oddychać. Zamarł, czując tylko jak po jego policzkach spływają łzy, których nie umiał pohamować: łzy bólu, wstydu i tego, jak wiele nienawiści czuł do samego siebie, a przede wszystkim ogromnej tęsknoty za kobietą, która wydawała się go nienawidzić. – Nigdy nie mówiłaś – szepnął jednak nagle, kompletnie tego nieświadomy i przymknął powieki. – Proszę, nie zabieraj rąk… – dodał następnie. – Wiem, że na nie nie zasługuję. Wiem, że mnie nienawidzisz – dopowiadał szybko, na wydechu, jakby bojąc się, że zabraknie mu czasu – ale proszę. Nie zabieraj ich. Nie zabieraj, dobrze? – Brakowało mu tchu, a głos mu się łamał. – Tak bardzo… tak bardzo mi tego brakowało, Belle, że… że błagam. Jeszcze choć przez chwilę, nie zabieraj ich – wyszeptał bez sił, oddając jej się w pełni i nie mogąc nadal zapanować nad łzami wzruszenia oraz ulgi. – To takie wspaniałe uczucie… – wyznał nagle.

    Bestia, której jest bardzo ciężko...

    OdpowiedzUsuń
  39. Przed dosłownie chwilą wydawało mu się, że słowa z ust Annabelli, mówiące o tym, jak wiele spieprzył i tak naprawdę zaprzepaścił ich jakiekolwiek szanse na szczęście, są najgorszym, co mogło go spotkać. Raniły go bowiem – i słusznie – do żywego, pozbawiając go jakichkolwiek sił, ale teraz, trwając nadal na kolanach przed miłością swojego życia, miał odkryć coś dużo gorszego. Niezależnie jednak od tego, jak mocno jego instynkt przestrzegał go, że nie powinien tak po prostu oddawać się temu poczuciu ulgi i łagodności, które go ogarnęło, gdy pani Chevalier dotknęła jego policzków, i tak miał przy niej pozostać. Kiedy ją więc błagał o to, aby go nie wypuszczała ze swoich rąk, był śmiertelnie przy tym szczery i poważny – karmił się tymi, jak je nazwała, ulotnymi chwilami, niczym narkoman.
    — W-w czym? – Czuł, że nie powinien jej o to pytać po tym, jak złamała mu serce, tak intensywnie podkreślając, że nigdy nie będą razem, ale nie umiał się oprzeć pokusie. Nie chciał ryzykować, że Belle zabierze ręce i faktycznie: nie zrobiła tego. Powiedziała mu natomiast o swoich uczuciach względem niego i od tej pory owy wieczór miał już na zawsze być zarówno jednym z najlepszych, jak i najgorszych jego życia. Nie mógłby bowiem z jednej strony marzyć o tym, aby usłyszeć piękniejsze słowa, niż te, w których Annabella podkreślała, że wcale nie czuje do niego nienawiści. Niepokoiło go to przecież od tak dawna, że ulga, która go w tym momencie zalała, była nie do opisania. Z drugiej jednak strony po kilkunastu sekundach euforii przyszła kolej na ból nie znający granic, kiedy nie dość, że ponownie zarzuciła mu egoizm i krzywdzenie jej, to jeszcze odsunęła się od niego, zabierając mu dotyk, którego tak rozpaczliwie pragnął. Nie miał do niej o to żalu, oczywiście, że nie, ale i tak miał wrażenie, że rozerwało go to na strzępy. Zwłaszcza, że w ogóle się nią nie nasycił. – Belle… – Spróbował jej odpowiedzieć, otwierając oczy i posyłając jej pełne rozpaczy spojrzenie. Jego głos jednak wcale z nim nie współpracował: był dziwnie cichy i złamany, dokładnie obrazując to, w jak beznadziejnym Luke znalazł się stanie. Drżał bowiem z powodu nadmiaru uczuć i pewności, że znowu dostał za swoje: przecież gdyby był dla niej innym mężem, to ani ona nie musiałaby rezygnować z możliwości przyglądania mu się codziennie rano, ani on nie musiałby teraz od niej odchodzić. – Belle, proszę – ponowił, ale brzmiał jeszcze gorzej: żałośnie smutno, jak mały bezradny chłopiec. – J-ja… – podniósł się lekko i spróbował wyciągnąć w jej stronę dłoń, czując gwałtowną potrzebę zaopiekowania się nią, ale zamarł w bezruchu, mając pewność, że już by sobie tego nie życzyła i nie zniosłaby tego najlepiej. – W-wbrew temu… wbrew temu, co myślisz, nie przychodzę już tutaj dla siebie, choć… choć tęsknota za tobą mnie zabija, Belle… – Nie wiedzieć skąd wziął nagle siły do zdobycia się na to wyznanie, nad którym zupełnie nie panował. Słowa po prostu z niego wypływały. – J-ja… ja przychodzę tutaj dla was. Wiem… wiem, że spieprzyłem między nami wszystko, ale nie pozwolę, aby czegokolwiek wam zabrakło. Nie pozwolę, żebyś cierpiała albo żebyś została z tym sama. J-ja… chcę wam po prostu pomóc, Belle. Chcę pomóc i się wami zaopiekować – powiedział szczerze, stając przy jej łóżku i patrząc na nią z bólem w oczach. – J-jesteś… jesteś pewna, że chcesz zostać sama? – Głos mu się łamał, a on sam stanowił obraz nędzy i rozpaczy, ale naprawdę troszczył się o nią, nie o siebie.

    smutna Bestia

    OdpowiedzUsuń
  40. [Nie ma to jak witać kogoś, kto już natrzaskał 50 komentarzy... Ale i tak witam ponownie, bo pamiętam Twoje poprzednie wcielenia. Choć wątku chyba nie miałyśmy. Powodzenia z uroczą Bellą i w razie chęci zapraszam do siebie.]

    D&D czyli Duncan&Drake

    OdpowiedzUsuń
  41. Biorąc pod uwagę to, że kiedy wreszcie w swoim życiu postanowił zrobić coś dobrze i naprawić wszystkie błędy, które popełnił, ludzie, którym chciałby wynagrodzić swoje przewinienia, zupełnie mu nie wierzyli, życie cholernie musiało go nienawidzić. Widocznie spieprzył wszystko do tego stopnia, że musiał przechodzić piekło już na ziemi – nie starczyłoby wieczności na to, żeby za to wszystko zapłacił.
    — Kiedyś… kiedyś tak – przyznał ze smutkiem, bo oddałby w tym momencie wszystko za to, aby móc przekazać jej zupełnie coś innego. Chciałby bowiem mieć coś, cokolwiek, co uratowałoby jego sytuację: sprawiłoby, że Belle spojrzy na niego przychylniej. – Kiedyś przychodziłem dla siebie. Ale to już nieprawda, kochanie. Przyrzekam ci, nieprawda – zapewniał ją najszczerzej, jak tylko umiał, bo niczego nie próbował przed nią ukrywać. Naprawdę nie było w ich relacji już miejsca na kłamstwa. – To nie wyrzuty sumienia, maleńka. To… to… – Przełknął głośno ślinę, ale zdał sobie sprawę z tego, że pani Chevalier już postawiła na nim krzyżyk i wcale nie zamierza zmieniać swojego zdania. Po prostu go odrzuciła. – To miłość, Belle – dopowiedział więc tak cicho, jak mówić się powinno o miłości, ale jakoś nie czuł się z tym wcale dobrze: miał bowiem tę przykrą świadomość, że jego słowa odbijają się od niej niczym od ściany. – W porządku… j-ja… – zamarł jednak, gdy krzyknęła. – D-dobrze, Belle. Już idę… – zapewnił ją, wycofując się od razu i drżąc z przerażenia, bo jeszcze nie słyszał jej w takim stanie. – P-proszę… uważaj na siebie – dodał więc już tylko, a potem odwrócił się i wyszedł, nie chcąc jej już mocniej denerwować.
    Miał jednak wrażenie, że za swoimi plecami pozostawia swoje serce i to było koszmarne.
    Tej nocy nie zasnął. Zbyt wiele się wydarzyło i zbyt wiele myśli zaczęło krążyć po jego głowie, aby był do tego zdolny. Chociaż więc wrócił posłusznie do domu, targany tym razem faktycznie wyrzutami sumienia, to i tak po godzinie był już z powrotem na Sesame Street. Wyjątkowo jednak nie palił – nie chciał pozostawić po sobie śladu, który zdenerwowałby jego ukochaną. Nie umiał jednak pozostać z daleka od niej i z tego samego powodu wrócił do niej kolejnego dnia, zajmując swoje miejsce przy stoliku w księgarni. Nie oczekiwał przy tym od niej absolutnie niczego: nawet głupiego „cześć” rzuconego na jego widok, ale po prostu musiał być przy niej. Nic na to nie mógł poradzić. Fakt jednak, że go nie wyrzuciła, ogromnie docenił.
    Nie zaprzestał więc dawnych zwyczajów: nadal przywoził jej ciężkie zakupy i od czasu do czasu pytał, jak się czuje – co było niemałym sukcesem z jego strony, bo chęci ku temu miał dosłownie przez cały czas. Niezależnie jednak od tego, jak bardzo cierpiał, wariując dosłownie z tęsknoty za jej bliskością, której zaznał, pozostawał w układzie, którego zażądała, nie narzucając jej się w miarę swoich możliwości. Tego jednak pewnie nie zdołałby pociągnąć na dłuższą metę, gdyby nie to, że Belle na różne sposoby go nagradzała: owszem, z jednej strony nigdy nie mówiła o sobie, ale z drugiej zgodziła się z nim pojechać na badania do prywatnego ginekologa, który nie miał dla nich najlepszych wieści, bo sytuacja nie była najlepsza, ale przynajmniej nie mówił o aborcji jako o jedynym wyjściu. Powiedział za to, że przy odpowiedniej trosce o zdrowie matki i częstych kontrolach, jest spora szansa na sukces. Tego się trzymali.
    Oczywiście oznaczało to, że dbał o ukochaną jeszcze więcej niż zwykle, nie opuszczając ani jednego dnia w księgarni i nie znikał przed zamknięciem, o ile coś się metaforycznie nie paliło i waliło. Generalnie był i to właśnie taką technikę obrał sobie na udowodnienie Annabelli, że się zmienił. Codziennie też modlił się, aby to dostrzegła i cieszył się jak dziecko z każdego drobnego okazania mu przez nią ciepła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedy więc przypomniała mu o urodzinach swojego ojca, a potem pozwoliła się do niego zabrać, skakał z radości dosłownie do nieba – przynajmniej do czasu aż nie musiał wziąć jej w swoje objęcia i zapewnić jej wsparcia, gdy okazało się, że z Hugo nie jest tak dobrze, jak miała nadzieję. Tego dnia przypomniał sobie o co walczy i tym większa stała się jego determinacja, z którą w tygodniu przybywał do księgarni, a w weekendy – starał się choćby podrzucić jej zakupy, gdy praca wciągała go swoimi mackami. Każdy jego dzień rozpoczynał się jednak i kończył na myślach o niej.
      Dziesiąty dzień lipca nie miał się różnić od innych i taki też wydawał się od samego rana. Luke obudził się bowiem o tej samej porze co zwykle i po ogarnięciu się pojechał do kasyna, aby zadbać o to, aby dostawa asortymentu poszła bez żadnego problemu. Nie był to jego pierwszy taki dzień, bo przecież interes ten prowadził już od dawna, ale bez wątpienia miał się okazać tym, który zapamięta do końca swojego życia. Po budynku jak zwykle kręciło się bowiem tylko kilka osób: ochroniarze, barman, menedżerka, jego asystentka i kilka kelnerek, które pomagały ogarnąć sale. To wieczorami ludzi robiło się tłoczno – wówczas ludzi zatrudnionych w „Tour de Plaisir” robiło się odpowiednio więcej. Rankami Lucas starał się otaczać tylko tymi najbardziej zaufanymi. To jednak, jak się okazało, miało być powodem jego cierpienia – okazało się bowiem, że układ ten może i sprawdzał się pod kątem zarządzania, ale nie zapobiegał napadom ani grabieżom. Wręcz przeciwnie: dosłownie je przyciągał.
      Bestia jednak zupełnie nie przypuszczał, że ktokolwiek może się ośmielić zasadzić na jego interes. Nie dało się bowiem ukryć, że wzbudzał postrach: wszem i wobec było wiadome, że nie wybacza absolutnie nikomu i że zadzieranie z nim kończy się zawsze źle. Nikt nigdy niczego nie zdołał mu udowodnić i policja nigdy go nie zaczepiała, ale plotki jakie były, takie były – i dobrze. Przez to jednak opuścił gardę i wcale nie był gotów na to, że pewnego dnia ktoś, kto dokładnie obserwował funkcjonowanie kasyna, podejmie kroki ku obrabowaniu kasy w momencie, w którym wszyscy będą zajęci dostawą. Kiedy więc stojąc na zapleczu usłyszał strzał, krzyki i wrzaski, dosłownie oniemiał – sprawy zaś potoczyły się tak błyskawicznie, że nawet ochroniarze nie zdążyli niczego zmienić, mimo że zatrudniał najlepszych specjalistów w swoim fachu i nigdy go nie zawiedli. W jednej chwili barmanka przeliczała pieniądze, a w drugiej już leżała na ziemi, postrzelona w bok. Zanim zaś Bestia dobiegł na miejsce, było już po wszystkim: zdążył tylko dostrzec sylwetkę uciekającego przez drzwi mężczyzny, który wcześniej znokautował jednego z ochroniarzy, przewracając część stolików i krzeseł, w czasie gdy drugi z chłopaków tamował krwotok pracownicy. Wówczas rozpoczął się horror.
      Choć bowiem wybiegł na zewnątrz, rozwścieczony do granic możliwości i przypominający Bestię równie mocno, co w dniu rozmowy z doktorem Jungiem, niczego nie zdziałał – ślad po tym, który ośmielił się napaść na jego biznes, zaginął i miało minąć kilka dobrych dni, zanim policja, którą jego ludzie od razu wezwali, dopadnie. Niestety, tym samym ruszyła machina ogarniania spraw, od których robiło mu się słabo: tych wszystkich papierkowych obowiązków, jakich musiał dopełnić, jako właściciel przybytku, w którym doszło do zbrodni. Miał wrażenie, że ten dzień, to jakiś przeklęty koszmar – albo to, albo kolejny etap jego niekończącej się pokuty, której szczerze mówiąc, miał już naprawdę serdecznie po dziurki w nosie.
      W tych wszystkich nerwach, które doprowadzały go do szaleństwa, pośród miliona zeznań, burzliwych dyskusji i gorączkowych prób uspokojenia wszystkich pracowników, Luke dotarł do tego momentu, w którym naprawdę nie wiedział nawet, jak się nazywa – nie miał bowiem czasu nawet spokojnie pomyśleć ani przeanalizować tego, co się stało.

      Usuń
    2. Działał już automatycznie, ale na takiej zasadzie, że gdyby ktokolwiek zapytał go, co dokładnie robił krok po kroku, nie umiałby udzielić takiej odpowiedzi. To był jakiś horror i absolutnie nie bał się tego słowa: to, co się działo, naprawdę przekraczało wszelkie, ludzkie pojęcie. Fakt więc, że w pewnym momencie zdołał spośród harmidru panującego w kasynie usłyszeć ten konkretny krzyk ukochanej, a potem się odwrócić i w dodatku otworzyć swoje ramiona w ostatniej chwili, zanim wpadła w nie Belle, było istnym cudem. A może wcale nie – może to po prostu miłość przez niego przemówiła?
      — Annabella – wyszeptał ze zdumieniem, kompletnie nie mając pojęcia, co się właśnie stało, bo jej pojawienie się w „Tour de Plaisir” było dla niego niemałym zaskoczeniem. Ostatnim, czego by się bowiem spodziewał, było to, że po wszystkim, co ich spotkało, w tak ważnej dla niego chwili, ona będzie obok: że przybiegnie do niego, padnie mu w ramiona i okaże swój niepokój, który był dla niego czymś tak pięknym i niesamowitym, że stał się kolejnym powodem, dla którego zamilkł, czując jak jego serce staje mu w piersi z wrażenia. – Belle… – powtórzył ze wzruszeniem i patrzył na nią z oczarowaniem. Słyszał, oczywiście, przy tym jak jego ukochana zadaje mu masę pytań, ale nie umiał się zebrać w sobie, aby jej odpowiedzieć. Przyglądał jej się po prostu z miłością, czując w gardle potężną gulę, która nie chciała mu dać spokoju. Dopiero w momencie, w którym jakiś nachalny sanitariusz próbował ją od niego odciągnąć, zawarczał groźnie, przyciągając ją do siebie mocno. – Jezu, Belle – sapnął przy tym i coś się w nim odblokowało. – Moja maleńka, co ty tu robisz? – Zapytał, kryjąc twarz w jej włosach i zaciągając się jej zapachem. – Tak, maleńka, tak – szepnął następnie – wszystko w porządku. Tak – powtarzał jak mantrę, znów warcząc na kogoś, kto chciał im przeszkodzić. – Cholera, kochanie – westchnął i objął ją tak, aby móc ją bez problemu podnieść, a potem bez zastanowienia obrócił się z nią i odszedł o parę kroków prosto do swojego gabinetu, zatrzaskując drzwi tuż przed nosami tych, którzy ciągle zawracali mu głowę. – Belle… – ponowił z oczarowaniem, opierając ją o ścianę, a swoje czoło o jej. – Mój Boże, maleńka… skąd… jak… – Nie umiał się wysłowić. – Tak bardzo cię potrzebowałem – wyrwało mu się jednak zaraz potem i nagle całe powietrze, napięcie i podenerwowanie z niego uszły; zrobił się więc mniejszy i słabszy, bo przy niej czuł, że nie musi niczego udawać. To było cudowne.

      Luke, który ma naprawdę koszmarny dzień i takie miłe zaskoczenie jest najlepszą niespodzianką ever, więc kochamy mocno <3

      Usuń
  42. — Nie powinnaś była tak się dowiedzieć…
    Nie ukrywał, że jej słowa mocno nim wstrząsnęły, bo nawet nie chciał próbować sobie wyobrazić, co musiała czuć, skoro tak prędko do niego przybiegła. Nieważne więc jak bardzo cieszył się, że była obok i jak ważne były dla niego jej słowa o tym, że nie przeżyłaby jego krzywdy, ogromnie się przejmował tym, na co ją naraził. Nie dało się jednak ukryć, że całym sobą łaknął jej towarzystwa i tego, aby pomogła mu odnaleźć wewnętrzny spokój. Już bowiem sam jej głos – ten piękny, aksamitny głos – sprawiał, że czuł się o niebo lepiej. Jak zawsze zresztą wiedziała, co zrobić, aby go opanować i jak nakłonić go do działania.
    — T-tak… tak, kochanie… wszystko w porządku – zapewnił ją więc bez szemrania, kiedy go o to poprosiła, aby zaraz potem, mimo że nie chciał, odstawić ją na ziemię: po jej wzroku poznał bowiem, że coś się działo, a nie chciał jej sprawić bólu. Widząc ją jednak stojącą obok, poczuł jak robi mu się lodowato zimno. – Jesteś za daleko… – szepnął z żalem, posyłając jej najsmutniejsze spojrzenie świata, po czym zrobił coś, przed czym wahał się tylko sekundkę, poświęconą na zagryzienie dolnej wargi i zerknięcie na bok: splótł ze sobą ich dłonie, a później pociągnął ją w stronę skórzanej kanapy, przy której znów spojrzał jej w oczy. – Potrzebuję cię – wyznał wówczas tak bezbronnie, jak jeszcze nigdy dotąd i nie dając ani sobie, ani jej czasu na dodanie czegokolwiek więcej ze strachu, że mógłby tym coś spieprzyć, padł na mebel i pociągnął sobie Belle na kolana, tak aby siedziała na nich bokiem. – Przepraszam – wymamrotał przy tym, opierając czoło o jej czoło. – Przepraszam, Belle, ale… ale n-nie… nie mógłbym… nie mogę… – Próbował powiedzieć jej to, co kotłowało się w jego sercu, ale stres był zbyt wielki. – Nie chcę, żebyś stała tak daleko – wyszeptał wreszcie i mocno ją objął, przełykając z trudem ślinę. Wciąż nie mógł uwierzyć, że naprawdę przy nim była: że do niego przybiegła ze strachu o niego i ewidentnie się o niego martwiła. – To moja wina – sapnął nagle i tak naprawdę trudno było powiedzieć, o co mu chodzi. Jednocześnie bowiem myślał o tym, do czego doszło w kasynie i o swojej poturbowanej pracownicy, która na to nie zasłużyła; o małżeństwie z Annabellą, które zrujnował i o tym, do jakiego stanu ją doprowadził. Powinien był przecież do niej zadzwonić: zapewnić ją, że nie zapomniał o niej i nie przyszedł nie dlatego, że miał ją gdzieś, a dlatego, że miał kłopoty. Wszystko mu się jednak zamazywało. – To wszystko moja wina… – Gdy więc powtarzał swoje słowa, było w nich mnóstwo goryczy i żalu: naprawdę cierpiał. – Myślałem, że jestem niezniszczalny. Wtedy i dziś – podjął wkrótce potem z bólem. – Myślałem, że nikt mi nie może wyrządzić krzywdy. Myślałem, że nikt nie zrujnuje tego, co udało mi się stworzyć, ale… ale ja się nigdy nie nauczę, Belle – jęknął z żalem. – Tak bardzo chciałem udowodnić ci, że się zmieniłem. Tak bardzo… bardzo chciałem, żebyś znów na mnie spojrzała z miłością, ż-że… że całkiem zapomniałem, że nie jestem nie do pobicia… – Pokręcił głową. – Cholera, powinienem był zatrudnić więcej ochroniarzy. Wtedy… wtedy ten skurwysyn… on… – Przełknął głośno ślinę. – On nikomu nie zrobiłby krzywdy. Nie postrzeliłby jej, nie pobiłby chłopaków, nie… – Zachłysnął się powietrzem. – Belle… zawiodłem – przyznał wreszcie, bliski ataku paniki. – Tak bardzo zawiodłem i… błagam, wybacz mi. Wybacz… – wyjąkał, bo to w jej oczach chciał być świetnym facetem: tym, z którym chciałaby spędzać czas i przy którym czułaby się bezpiecznie. Obecnie zaś panika, że przez to, do czego dopuścił, uzna go za nieodpowiedzialnego, dosłownie go pochłonęła.

    smutna Bestyja

    OdpowiedzUsuń
  43. — Jest – upierał się jak dziecko, ale niestety: tak właśnie czuł. Był też niemal w stu procentach przekonany, że to nie tylko jego wina, ale i dodatkowo dalszy etap kary, który musiał ponosić za swoje błędy. – Powinienem był… – powtarzał więc bezradnie, nie mogąc się pozbyć poczucia, że gdyby wziął się w garść w odpowiednim momencie, być może nadal mieszkaliby w swoim małym, lecz pięknym królestwie i wychowywaliby obecnie swojego maluszka.
    Owe myśli doprowadzały go do szału i sprawiały, że przestawał zachowywać się jakkolwiek racjonalnie, ale kiedy Annabella postanowiła go objąć i zaczęła przemawiać do niego swoim pełnym czułości oraz łagodności tonem, podświadomie odpuścił. Przestał się napinać, a zaczął jej słuchać, kierując na nią swoje spojrzenie, gdy ujęła jego twarz w swoje drobne dłonie, co było w równie wielkim stopniu przyjemne, co obezwładniające. Nie miał pojęcia, jak miał sobie poradzić z taką czułością – w końcu marzył o niej naprawdę od dawna – ale niewątpliwie wiele mu dawała. Nie umiał jednak nic jej odpowiedzieć, nawet kiedy się do niego uśmiechała, bo potrzebował paru chwil na uporanie się z tym wszystkim we własnym zakresie. Z jednej strony czuł bowiem, że jego ukochana jest z nim absolutnie szczera, a z drugiej nadal miał poczucie beznadziei, które nie chciało zgasnąć, dopóki nie poczuł Annabelli jeszcze bliżej, kiedy postanowiła przytulić go mocno i zakołysać nim lekko, sprawiając że już dawno utracony przez niego grunt pod nogami, znów znalazł się na swoim miejscu. Wszystko to mocno go oszałamiało.
    — N-nie… – odezwał się, kiedy go upomniała, ale wyszło to niemrawo: słowo nie chciało bowiem opuścić jego gardła i zabrzmiało chrypliwie. Odchrząknął więc. – Nie… nie chcę. – Kosztowało go to wiele wysiłku, ale zebrał się w sobie. – Nie chcę, żebyś mnie zostawiała – dopowiedział cicho, bo nawet jeśli chciało mu się pić, a jego ciało właśnie przechodziło swój kryzys, bo tygodnie ciągłego myślenia o wszystkim oprócz siebie, dały mu się we znaki, nie zamierzał wypuszczać jej z rąk. Nie teraz, kiedy go obejmowała. Nie po tym, jak czule do niego przemawiała. Nie po tym, co właśnie przeżył. – Wiem, że nie mam do tego prawa, ale… proszę, zostańmy tak – szepnął na tyle błagalnie, że nie dało się go oskarżyć o jakiekolwiek kłamstwa. Potem zamilkł, przyglądając jej się po prostu z wielką mocą i czując, jak w piersi wzbiera mu wzruszenie: miłość, którą ją darzył, stała się obezwładniająca. To ona jednak sprawiła również, że dostrzegł coś w oczach ukochanej: coś nieuchwytnego, co z całych sił starała się przed nim ukryć. Chwila obserwacji wystarczyła, aby ujrzał także drgnięcie jej nogi: tej samej, którą niegdyś nieopacznie dotknął, sprawiając jej ból. – Belle? – Jego szept, pełen niepokoju, przerwał ciszę między nimi. – Belle, co się dzieje? – Jego ciało natychmiast się napięło, a oczy otworzyły się szerzej. – Belle? Błagam… – poprosił cicho, czując jak serce wali mu w piersi, co pewnie mogła usłyszeć i ona, bo czegoś takiego w życiu nie przeżył, ale nie ukrywał, że się martwi. Był zaś boleśnie świadomy tego, od jak dawna nie mówiła mu o sobie, zawsze udzielając mu odpowiedzi na temat stanu zdrowia dziecka w jej łonie. – Mów do mnie – powtórzył jej własne słowa, co chyba najlepiej dowodziło, jak mocno za sobą szaleli, niezależnie od tego, które w danym momencie próbowało temu zaprzeczyć.

    Bestyja, która marzy o wybaczeniu

    OdpowiedzUsuń
  44. — Nie okłamuj mnie, Annabello – poprosił z głębi serca, kiedy powiedziała mu, że nic jej nie jest. – Bardzo cię o to proszę – podkreślił z mocą, aby potem jęknąć w duchu, gdy z powodu jego nacisków nie tylko wstała, przerywając ich kontakt, ale i zdenerwowała się na niego, do czego nie chciał wcale dopuścić. – Nic nowego? – Przykuła szybko jego uwagę swoimi słowami, zaraz potem sprawiając, że gwałtownie wciągnął powietrze do płuc. – Jezu, maleńka, przepraszam! – Zawołał z przejęciem, wytrzeszczając oczy, bo dotarło do niego, że gdyby nie wydarzenia w kasynie, Belle nigdy by się nie naraziła. Teraz zaś cierpiała z powodu jego głupoty. – Cholera, kochanie… tak mi przykro. Przepraszam, usiądź dobrze? Usiądź, a ja zaraz…
    Chciał powiedzieć, że zaraz zorganizuje jakąś pomoc albo zadba o nią inaczej, ale w tym samym momencie pani Chevalier powiedziała coś, co wyrwało z jego piersi zduszony jęk i przywołało do jego oczu krokodyle niemal łzy. Zaparło mu też dech w piersiach i sprawiło, że jego mina stała się tak żałosna, jak to tylko było możliwe. Miał bowiem wrażenie, że swoimi słowami rozdarła całe jego serce na miliony małych kawałków.
    — Dlaczego musisz to mówić? Dlaczego… – Natłok emocji sprawił, że Lucas zwyczajnie nie wytrzymał. – Cholera jasna, dlaczego musisz tak mówić?! – Nie krzyczał ani nawet nie podnosił głosu: on po prostu patrzył na nią z bólem. – Przecież… Belle, masz wokół tyle osób… tyle, kurwa, osób, które dałyby się zabić za ciebie. Masz to dziecko, masz babcię, masz ojca, który choć cierpi, zawsze, ale to zawsze – podkreślił z mocą – cię kochał i walczył o ciebie nawet wtedy, kiedy inni się poddali – referował do sytuacji z ich miasteczka, gdy jej rodziciel szukał dla niej pomocy pośród sąsiadów po tym, jak zamieniła się z nim na miejsca w więzieniu Bestii – masz przyjaciół i klientów, którzy cię uwielbiają. Masz tysiące powodów do tego, aby żyć i walczyć i… cholera jasna, Belle, masz mnie. Masz mnie, rozumiesz? – Wbił w nią spojrzenie pełne łez. – Masz mnie. Na dobre i na złe. Masz mnie – powtórzył z bólem. – Wielkiego, głupiego, zazdrosnego jak sto diabłów, pozbawionego mózgu mnie – mówił bez krztyny choćby najcichszej nutki żartobliwości w głosie – który prędzej wyrżnie pół tego miasta w pień, niż zgodzi się, żeby coś ci się stało. Masz mnie: tego kretyna, który cię odrzucił, bo od trzech lat nie może się pozbyć z myśli wizji, w której dzieje ci się przez niego krzywda. Masz mnie: tego cholernego gościa, który niszczy wszystko, czego się dotknie, ale cię kocha. I wiem… ja wiem! – Podkreślił z emfazą – że nie zasługuję na nic dobrego i nie mam do tego prawa, ale… Belle, błagam… rozumiesz? – Nie do końca świadomie osunął się na kolana. – Błagam cię, żebyś tak nie mówiła. Walcz. Walcz, maleńka, bo masz o co i o kogo. Błagam – powtarzał żałośnie słabo. – Błagam cię, bo ja nie jestem w stanie bez ciebie żyć. Próbowałem. Dla twojego dobra próbowałem, uciekając sam przed sobą; wmawiając sobie, że nie jestem ciebie godny i niszcząc nas oboje. Próbowałem i wszystko spieprzyłem, ale… ale Belle, nie jestem już tamtym kretynem. Nie jestem idiotą, który boi się własnych uczuć, więc… więc błagam, walcz… – Głos utknął mu gdzieś w gardle. – Jeśli nie dla mnie, jeśli nie dla babci czy ojca, to dla tego dziecka. Błagam. Walcz… – szepnął częściowo pokonany: czuł bowiem, że jest na przegranej pozycji. – Pozwól mi sobie pomóc – poprosił jednak w dalszej kolejności i wskazał na kanapę. – Proszę, usiądź. I… błagam, powiedz mi, co mam zrobić, żeby… żeby przestało cię boleć. T-to… to przecież moja wina. Błagam… – Chyba nigdy wcześniej w całym swoim życiu nie walczył o nic równie szczerze i zaciekle, co o nią.

    Bestia, która bardzo kocha i mocno się martwi, a jeszcze mocniej przeżywa (ale nie jest taki poturbowany, jak na gifie)

    OdpowiedzUsuń
  45. [Dziękujemy ślicznie razem z Elphabą, zachwycone, jak zawsze, kartą i zdjęciami (bo Emma to nieodmienne wow prosto z serca), no a poza tym to nasza ulubiona postać z bajek disneyowskich, choć filmem również byłyśmy oczarowane i, no, mamy nadzieję na miłą zabawę! c:]

    Elphaba Harding

    OdpowiedzUsuń
  46. [ Ja tu byłam od początku i wytrwam do końca ;) Tak łatwo się mnie nie pozbędą!Ot co.
    Co do samego wątku...
    Tak zerkam i zerkam do historii Belli i coś tam nawet wykombinować się da, chyba. Bo skoro Bellcia to z XVIII wieku pochodzi, to można by ją zapoznać nawet z młodziutkim Hakiem, który to pracował jeszcze uczciwie, a raczej robił za tanią siłę roboczą na angielskim okręcie. Można by więc pokombinować w tę stronę, że chłopaczyna zbłądził do wioski, w której Bella mieszkała z tatusiem. Wtedy mamy ich obojga na początku swoich opowiastek.
    Albo możemy pokombinować w trochę późniejszym czasie. ( Tak z innej beczki, bo w historii masz, że Bella urodziła się w 1745, a w 1754 przybył Adwersarz, a ona już była panią na zamku i jeszcze matką. Błąd się wkradł, czy czegoś nie rozumiem? XD ) Chodzi mi o to, że mogli się spotkać, gdy Bella już była panią na zamku, a on piratem. W takim wypadku to już obojętne gdzie się spotkają, bo w sumie oboje staja się bardziej... mobilni XD
    No i jest zawsze trzecia opcja, że poznajemy ich dopiero w Fabletown.
    Co do samych relacji, to w pierwszej wersji pewnie by się polubili. Ona by mu pomogła, on opowiedział by jej trochę o szerokim świecie...
    W drugiej opcji pewnie już by się tak nie lubili XD W końcu księżniczka i pirat. Tu można pokombinować bardziej w stronę uprowadzenia i żądania okupu ( nie ma to jak narazić się bestii :3 ), a przy okazji dorzucić im jakąś przygodę po drodze.
    W trzecim wypadku... To już wszystko jest możliwe ;)
    Trochę chaotycznie, ale nie wiem, w którą stronę miałoby to pójść, więc na razie tylko rzucam pomysły. <3 ]

    Huck

    OdpowiedzUsuń
  47. Gdzieś w tyle głowy ciągle świtało mu, że nie powinien był tak zareagować. Że przesadził, bo nie miał żadnych praw do mówienia do Annabelli w ten sposób a poza tym był przecież tak naprawdę nikim: ani jej mężem, ani kochankiem, ani nawet przyjacielem – ot brutalem, który sprawił, że zaszła w ciążę.
    Było mu więc źle – bo nie powinien był tego wszystkiego mówić – i dobrze – bo była to prawda i świadomość, że to wreszcie z siebie wyrzucił, przyniosła mu olbrzymią ulgę – jednocześnie, przez co nawet nie wiedział, czy bardziej chce przepraszać Belle, czy kontynuować swój wywód. Ostatecznie w związku z tym nie zrobił nic: klęczał tylko żałośnie na ziemi, wpatrując się w nią błagalnie, podczas gdy ona przewędrowała przez pomieszczenie i chociaż tyle dobrego z tego wynikło, że usiadła na brzegu biurka. Niestety jednak towarzyszyły temu jej łzy, a to już mu się ani trochę nie podobało, chociaż nijak na to nie zareagował. Wyczuł bowiem jakimś dziwnym sposobem, że nie powinien – że Annabella nie tego od niego w tym momencie potrzebuje.
    Zamiast więc do niej pomknąć, pozostał na swoim miejscu czekając na jakąkolwiek jej reakcję – za żadne skarby tego świata nie powiedziałby jednak, że kiedy przyjdzie co do czego, słowa Pięknej dosłownie wbiją go w ziemię. W jednej chwili zabrakło mu tchu, serce zamarło mu w piersi, a ściany gabinetu zaczęły na niego napierać z każdej strony, bo jego oszołomienie dosłownie nie znało granic. Tuż za nim czaiła się jednak olbrzymia euforia: coś tak nieprawdopodobnie wielkiego, że nie było w ogóle mowy o tym, aby mógł okiełznać ją w jakikolwiek sposób.
    — O-ożenić… ożenić? – Wytrzeszczył oczy, mając wrażenie, a raczej panicznie się bojąc, że się przesłyszał i pomylił. – T-ty… – urwał, wpatrując się w nią coraz bardziej intensywnie i nadal nie mogąc zaczerpnąć tchu. W głowie mu się to wszystko nie mieściło i kotłowało się po niej milion pytań, bo przecież jak, dlaczego, po tym co jej zrobił, jest pewna? – Cholera jasna, maleńka… – Nie krył, że jej kolejne wyznanie zwaliło go z nóg jeszcze mocniej niż jej propozycja-żądanie, bo w nim czaiło się to, czego tak desperacko potrzebował: zapewnienie, że jest dla niej ważny. – Nic mi nie jest, kruszyno – przypomniał jej łagodnie, podnosząc się ostrożnie, bo nogi miał jak z waty i równie ostrożnie się do niej zbliżając. Nic więcej już nie mówił: po prostu do niej podszedł, obserwując ją z wielką uwagą i wsłuchując się uważnie w jej słowa. Nawet kiedy skończyła mówić, stał przez chwilę dosłownie kilka centymetrów od niej, a jego twarz wyrażała coraz większą determinację, bo chociaż to, co mówiła, łamało mu serce za pomocą wizji, w której umierała, on wiedział i nawet nie musiał się zastanawiać nad tym, jaka jest jego odpowiedź. – Tak – odparł więc ostatecznie, a jego głos brzmiał nie tylko pewnie, ale i ciepło: naładowany był miłością, wdzięcznością i ulgą. – Tak, Belle – powtórzył, nawet nie przejmując się tym, że lekko zaburzyli tradycyjny wygląd takiej chwili, bo to nie ona powinna go o to prosić. – Mój Boże, tak… – powtórzył wzruszony, aby potem gwałtownie zaczerpnąć tchu. – Tak, ożenię się z tobą – w jego oczach pojawiły się łzy – i… tak, zajmę się naszym dzieckiem. Zajmę się wami – przysiągł z mocą, mówiąc naprędce: kompletnie oszalał – i nie pozwolę, aby stała się wam jakakolwiek krzywda. I stanę się lepszym człowiekiem. Ja już próbuję. Ja… tak, Belle. Ich już nie ma. I nie będzie. – Nie kłamał. – I… j-ja… Boże – sapnął, nagle znów tracąc oddech, bo powaga tej sytuacji w pełni do niego dotarła. – J-ja… – Nie zdołał dokończyć: zaniósł się płaczem pełnym ulgi, ale i wdzięczności, który odebrał mu zdolności do mówienia. – Dz-dziękuję… dziękuję, Belle. Ja… dziękuję… – sapnął, osuwając się znowu na ziemię i wtulając w jej nogi, nie umiejąc okiełznać tego, co się w nim działo: czuł się jak ktoś, kogo uratowano przed śmiercią.

    naprawdę przeszczęśliwy i płaczący z tego powodu Luke

    OdpowiedzUsuń
  48. — Nie ma… Belle, przysięgam ci. Od dawna żadnej nie ma. Nie ma! – Zawołał z emfazą i naprawdę wcale nie kłamał: nie potrafił spojrzeć na inną kobietę, a od czasu tego, co zrobił ukochanej, nawet nie śmiał myśleć o jakichkolwiek zbliżeniach. Był na siebie zbyt wkurzony i uważał, że nie zasługuje na żadną przyjemność. Taka była zresztą prawda. – Nie ma i nie będzie… ja… Belle, ja nie chcę… nie chcę już nigdy więcej tego spieprzyć. Zniszczyłem… zniszczyłem wszystko między nami, ale… – mówił z głębi serca. – Kochanie, byłem ślepy, ale nareszcie wiem, co jest ważne. I już nie zapomnę. Nigdy – nacisnął szczerze, przysięgając jej to i będąc całkowicie szczerym. Prędzej miał się zabić, niż dopuścić, aby dawne błędy znów zostały popełnione. Nie dziwił się jednak temu, że mu nie wierzyła. Rozumiał to w pełni. – Spróbuj… – poprosił ją więc cicho, bo naprawdę dla niej walczył o bycie lepszym, ale nie śmiał tego od niej wymagać. – A ja zrobię wszystko, aby ci udowodnić, ze warto – dodał, zanim emocje go poniosły.
    Reakcja Luke’a zaskoczyła jego samego i naprawdę nie była ani kontrolowana, ani intencjonalna, ani tym bardziej racjonalna. Nie da się przecież ukryć, że facet, którego miłość życia właśnie poprosiła go o ślub, mimo wszystkich podłości które jej uczynił, nie powinien płakać nad tym faktem, tylko cieszyć się jak głupi, dziękować jej i całować ją po rękach za ten gest. Bestią jednak zawładnęły uczucia, które nie kierowały się żadną logiką – one po prostu były i już. W jego przypadku pokazywały, jak niesamowity był to dla niego moment – skoro coś bowiem było w stanie rozłożyć go na łopatki i z na ogół opanowanego, zimnokrwistego mężczyzny zrobić z niego wzruszonego, nieradzącego sobie zupełnie z całą tą sytuacją gościa, to naprawdę musiało być ważne. I było – wszak znalezienie się ponownie blisko Annabelli stanowiło największe marzenie Lucasa, tuż obok jej całkowitego wyzdrowienia i pomyślnych narodzin ich dziecka. Jednocześnie było jednak tym, o którego spełnienie nawet nie śmiał się modlić – wydawało mu się kompletnie nieprawdopodobnym, aby tak szybko, skoro jeszcze do niedawna Piękna w ogóle nie chciała mieć z nim do czynienia, co wcale dziwne nie było, miało ono szansę się zrealizować.
    W tym wszystkim jednak ona pozostawała najważniejsza, gdy więc usłyszał jej sapnięcie, od razu zareagował.
    — Belle? – Zaalarmowany dziwnym dźwiękiem, który z siebie wydała, poderwał głowę, rzucając jej zaniepokojone spojrzenie. Sam przy tym wyglądał doprawdy cudacznie: miał zapłakaną twarz, czerwone policzki i oczy, z których bił niesamowity blask radości, ale wszystko to nie miało dla niego znaczenia. – Belle? – Powtórzył i poderwał się, ujmując jej twarz w swoje dłonie w nagłym przypływie troski. Nie zastanawiał się czy może i czy powinien. Po prostu to zrobił. – Cholera jasna, kochanie, co się dzieje?! – Zapytał natychmiast, tężejąc mocno z nerwów, po czym nagle pobladł, uświadamiając sobie, co może być problemem. – Och… – sapnął, momentalnie zaczynając wyglądać tak, jakby zmalał o kilka rozmiarów. – Belle… maleńka… ee… – Oddychał coraz wolniej i z coraz większym przestrachem. – Kochanie… cz-czy… czy ty masz… masz jakieś… – Nie umiał się wysłowić: strach przed tym, że wycofa swoją propozycję był w nim ogromny i poczuł pokusę, aby nie pytać jej o to. Wygrała w nim jednak miłość. Wziął więc głęboki oddech, na moment przymknął oczy, a potem zapytał wprost: – Jesteś tego pewna? – Spojrzał jej głęboko w oczy. – Cz-czy masz… masz wątpliwości, Belle? – Głos mu zadrżał, ale prosił ją o prawdę: widać to było w całej jego postawie.

    przysięgający szczerość Luke

    OdpowiedzUsuń
  49. Braku wytrwałości nie można mu było zarzucić w żadnym wypadku, bo dosłownie wszystkim, co robił, dowodził, że jego determinacja potrafi zdziałać cuda. Niemożliwym było natomiast uznanie, że potrafił znieść absolutnie wszystko, bo gdyby tylko zatrzymać się na chwilę i skupić wyłącznie na zmianach w nim zachodzących, a nie na milionie wrogich uczuć, które wciąż wokół niego krążyły niczym sępy, z łatwością można by było dostrzec nieco poszarzałą skórę, szczuplejszą niż zwykle sylwetkę czy nieobecny, wręcz przybity wyraz twarzy Lucasa, ilekroć nie było wokół niego Belle. Przy niej starał się jak mógł, bo wiedział, że nie może sobie pozwolić na słabość, ale prawda była taka, że był coraz słabszy. Napotykanie ciągle na mury i odbijanie się od nich, przysłuchiwanie się kolejnym zapewnieniom, że nic nie znaczy i tak naprawdę nigdy nie przestał być Bestią – to wszystko sprawiało, że powoli uginał się pod ciężarem własnych win i chociaż dawał z siebie wszystko, stawianie kolejnych kroków zajmowało mu coraz więcej czasu i zabierało coraz więcej energii. Nie pił już i nie imprezował, bo nie chciał zawieść ukochanej i pewnie gdyby kazała mu rzucić palenie, to też by uczynił. Dla niej zrobiłby wszystko – nawet kosztem własnego zdrowia i samego siebie, dlatego jej brak wiary w niego i jego zapewnienia naprawdę ogromnie go bolał. Jeszcze bardziej zaś jej słowa o tym, co dla niej znaczy i jak wyobraża sobie ich wspólne życie. O ile bowiem jakoś zniósł to, że nie chciała nawet wziąć pod uwagę wspólnego mieszkania, o tyle usłyszenie, że nie obchodzi ją, czy się zmienił, poważnie go ubodło. Zrobił to przecież dla niej…
    Chociaż na usta cisnęło mu się pytanie, jak inaczej niż kochaniem ma nazywać kobietę, którą tak mocno kocha, nie zadał go. Kiwnął tylko głową na znak, że rozumie i wymamrotał przeprosiny, aby potem stłumić jęk, kiedy potwierdziła jego obawy.
    — Rozumiem – szepnął dziwnie głucho, a cała euforia, którą wcześniej tryskał, obecnie uleciała z niego jak powietrze z przekłutego balonika. – Nic… – zachłysnął się jeszcze powietrzem, kiedy jej słowa zabolały jeszcze mocniej, ale potem pogodził się z tym, co przyszło mu znieść. Bycie najlepszym z najgorszych rzeczy, jakie mogły ją spotkać, wcale go jednak nie ucieszyło. – Dobrze – zgodził się bez szemrania na jej warunki. – Dobrze… rozumiem – mówił cicho, aby jakoś wypełnić pustkę, którą nagle poczuł; nic jednak nie pomagało. – Wspomniałaś o… o urzędzie – przypomniał sobie, cofając się z zakłopotaniem. – J-ja… wybierz tylko dzień, a pojadę z tobą – ciągnął, rozpaczliwie próbując wejść w rolę, do której się zobowiązał: faceta, który zrobi dla niej wszystko i zapomni o samym sobie. – Dołożę też wszelkich starań, żeby nasze dziecko jak najszybciej zostało zabezpieczone finansowo na wszelki wypadek – mówił tutaj o rzeczach nawet tak prozaicznych jak nagła utrata pieniędzy, jakiś kataklizm, który by mu odebrał dach nad głową; słowem cokolwiek, co mogło się przytrafić i na nim odbić. – Zajmę się sprawą kasyna – kontynuował, potrzebując skupić się na zadaniach. – I jeśli pozwolisz… chciałbym się zająć również sprawą twojego leczenia – wyznał, patrząc na nią z uwagą. – Wiem – dodał szybko – że wcale nie chcesz być ode mnie zależna, ale… ale sama wspomniałaś o porodzie, a ja… ja uważam, że jeśli mam mu zapewnić godne życie, to przede wszystkim miłość i obecność jego matki. Nie mówiąc już o tym, że… – zawahał się, ale dokończył: – Belle, martwię się o ciebie – wyszeptał, znów okazując emocje. – Nie proszę cię o miłość, bo wiem, że ją straciłem – ledwo wyszeptał te słowa; oczy zaszły mu łzami – tylko o to, żebyś mi pozwoliła sobie pomóc. Dla waszego dobra – poprosił, po czym odwrócił wzrok, żeby ukryć swój płacz. – Powinniśmy wybrać datę – dodał cichutko, zerkając na kalendarz z widokiem na trzy miesiące, na którym ósmy sierpnia był specjalnie zaznaczony. Nigdy nie zapomniał.

    Luke, który stara się robić dobrą minę do złej gry

    OdpowiedzUsuń
  50. Spodziewał się wszystkiego. Naprawdę dosłownie wszystkiego, co tylko przyszło mu do głowy jako możliwa reakcja Annabelli na jego słowa. Ale nie docenił jej możliwości ani tego, jak wielką moc miały jego dotychczasowe działania. Aż sapnął i cofnął się o krok zupełnie zaskoczony jej nagłym wybuchem, a jeszcze bardziej – jego treścią, jednocześnie tak bardzo upragnioną przez niego i cholernie bolesną.
    — Powinnaś… – przyznał cicho i to było pierwsze, wyszeptane kompletnie odruchowo słowo, które wypowiedział w odniesieniu do jej słów, bo tak też uważał: powinna go nienawidzić. Na to przecież zasłużył. – J-ja… Belle… ja… – próbował coś powiedzieć, jakoś się odnieść, ale nic mu nie przychodziło do głowy: nie umiał się jeszcze z tym uporać i tylko stał, próbując się jakoś w tym odnaleźć, podczas gdy ona maszerowała, kpiąc i drwiąc, co jednak tym razem wcale nie bolało. W głowie huczały mu jej słowa o tym, że go kocha, a on się myli i przez to nie zdążył nawet prosić jej, aby nie wychodziła, gdy nagle zachwiała się i uderzyła o ścianę, mrożąc mu krew w żyłach. – Cholera jasna, Belle! – Syknął i w mgnieniu oka był przy niej, mając początkowo ochotę zapytać, co się stało, ale jeden rzut oka na jej sylwetkę wystarczył, aby domyślił się, że to nadal noga jej dokuczała. – Kurwa mać – zaklął więc szpetnie pod nosem – idiota ze mnie, psiakrew – dodał, po czym już nie pytał ani nie bawił się w bycie dżentelmenem. Po prostu obrócił się, zgarnął z biurka klucze od samochodu, a potem wziął panią Chevalier na ręce i otworzył zamaszystym ruchem drzwi. – Zabieram cię do domu – oznajmił zdecydowanie i wyszedł z gabinetu.
    — Panie Neuvic, musi pan… – Od razu doskoczył do nich jakiś funkcjonariusz, pojawiła się też jego pracownica i gdzieś w oddali zamajaczyła mu również menedżerka, ale nikt z nich go nie interesował.
    — Nic nie muszę – warknął, nie przystając ani na chwilę: szedł ku tylnemu wyjściu prowadzącemu na parking. Odnalazł jednak wzrokiem swoją asystentkę i poprosił, aby się wszystkim zajęła. – Nie mam na to czasu – syknął ponownie, kiedy ktoś nadal zawracał mu głowę. – Powiedziałem: NIE! – Wrzasnął i wypadł z budynku, oddychając ciężko z nerwów, bo stan ukochanej wcale mu się nie podobał. Uspokoił się więc dopiero wtedy, kiedy pomógł jej wsiąść do samochodu, a sam usiadł za kierownicą i oparł o nią ręce. Wpatrywał się chwilę przed siebie. – Kiedy myślę… kiedy… kiedy ktoś staje mi na drodze, żeby ci pomóc… – Próbował jej wyjaśnić, jakie uczucia nim targały. – J-ja… – Pokręcił głową. – Przepraszam, nie panuję nad sobą, Belle – wyznał ze szczerą skruchą. – Wiem, że powinienem. I Bóg mi świadkiem, że naprawdę się zmieniłem. Mam… mam nadzieję, że widzisz to na co dzień. Że… że staram się… że nie wybucham… że kontroluję, nawet jeśli… – urwał, nie umiejąc o tym mówić. – Nawet jeśli zżera mnie zazdrość – dokończył jednak i było to wymowne: wspominał o mężczyznach, którzy ją odwiedzali. – Ale… ale kiedy tak, jak dzisiaj, ktoś próbuje… nie umiem, Belle. Nie umiem – powtórzył z bólem. – Przepraszam. Przepraszam, moja maleńka – wyszeptał wreszcie cicho. – Przepraszam, jeśli… jeśli cię spłoszyłem – wymruczał, czując że jest jej winien przeprosiny. – M-mogę… mogę cię zabrać do domu i… i się o ciebie… czy mogę… czy mogę się zatroszczyć, Belle? – Jąkał się i denerwował, nie będąc już pewnym niczego. Nagle zapytał: – Naprawdę… kochasz? – Zrobił to jednak niemal bezgłośnie, zupełnie przerażony. Odwoływał się do jej wcześniejszych słów, które wciąż huczały mu w głowie.

    Luke najpierw z niemądrą miną, a potem mocno przejęty

    OdpowiedzUsuń
  51. W tej samej chwili, w której zadał ukochanej swoje pytanie, zdał sobie sprawę z tego, że to był błąd – że nie powinien był na nią naciskać ani wymagać od niej takich odpowiedzi.
    — O-oczywiście… tak… tak, masz rację… – przytaknął więc nerwowo, bo zupełnie nie przewidział, że tak się to skończy i teraz bał się, że to wszystko pomiędzy nimi spieprzy. – J-ja… j-ja przepraszam, nie powinienem był… masz rację, tak – szeptał, coraz bardziej szaleńczo starając się ukryć swoje faux pas. – Zabiorę… tak, to… to dobry pomysł. Zabiorę – kiwnął wreszcie głową, zachowując się nienaturalnie, ale to wszystko wynikało z jego spłoszenia, co zresztą było widać. – Już… już zabieram – wymamrotał za szybko, aby nie dało się wyczuć jego podenerwowania i zły sam na siebie więcej już nie powiedział, zastanawiając się tylko co dalej.
    Obawiał się bowiem momentu, w którym zatrzymają się pod domem Annabelli, bo nie wyobrażał sobie, że miałby ją tak po prostu zostawić, a jednocześnie nie śmiałby się wprosić do niej do środka. Przewidywał zaś, że po jego wszystkich wygłupach z tego dnia, nie będzie chętna do zacieśniania więzi i pod tym względem czekało go niemałe, acz przyjemne zaskoczenie. Na miejscu okazało się bowiem,że martwił się zupełnie niepotrzebnie, bo nie tylko został zaproszony na górę, ale i po raz pierwszy od dawna dopuszczony do niej blisko, co miało uczynić ten dzień jeszcze bardziej niezwykłym. Piękna, aby nie cierpieć tak mocno z powodu nogi, potrzebowała maści i to jemu przypadło w udziale rozsmarowanie jej, a później otoczenie Belle opieką, na którą opiewało przyniesienie jej herbaty i dotrzymanie towarzystwa w czasie, kiedy próbowała zrobić wszystko, aby ból ustąpił. Sam zaś fakt, że życzyła sobie jego bliskości, był dla niego tak niesamowity, że kiedy koniec końców zasnęła mu z głową na udach, miał wrażenie, że pofrunął z radości do nieba. Wówczas też poczuł, jak wypełnia go nadzieja, że jeszcze nie wszystko jest stracone.
    Oczywiście, musiało jeszcze upłynąć wiele wody w rzekach, zanim powróci do łask, ale on o tym doskonale wiedział, choć los i tak postanowił mu o tym przypomnieć za pomocą babci jego ukochanej, która nakrywszy go w sypialni wnuczki, czym prędzej go przepędziła. On zaś nie próbował się z nią nawet wykłócać i to nie przez wzgląd na to, co mu kiedyś zrobiła, ale dlatego, że w pełni rozumiał i szanował jej troskę o tę kobietę. Poprosił więc jedynie o ostatnich parę minut z Belle, podczas których zsunął ją sobie ostrożnie z nóg, nie powstrzymując się jednak od podłożenia jej pod głowę swojej marynarki w egoistycznym pragnieniu, aby pamiętała, że był przy niej, po czym dotknął jej policzka w delikatnym geście, żałując że nie może to być pocałunek, a potem wyszedł, stając przed jej babcią i składając obietnicę, że nigdy więcej nie skrzywdzi jej skarbu.
    Jego intencje były bowiem szczere, a determinacja ogromna, bo choć jeszcze tego samego wieczora musiał pojechać do kasyna, żeby ogarnąć szaleństwo, które się tam toczyło, a od rana składać zeznania, rozmawiać z ubezpieczycielami oraz wspierać pracowników, to i tak gdy tylko mógł, pojechał do Pięknej, wcześniej przed południem wysyłając jej esemesa. Było już, co prawda, późno i wkrótce miała zamknąć, ale każda chwila z nią była dla niego cenna, zwłaszcza w momencie, w którym tak wiele się działo. Żałował jednak niepomiernie, że tak naprawdę czas dla siebie mieli mieć dopiero w piątek, ale przynajmniej zdążył się do tego czasu uporać ze sprawami o największej wadze w kasynie i móc w pełni poświęcić się jej oraz ich maleństwu w związku z zaplanowaną na ten dzień wizytą u ginekologa-onkologa, który nie miał dla nich wspaniałych wieści, ale nie miał także złych, co dla nich było ogromnie ważne. To jednak to, że pozwolił im po raz kolejny usłyszeć i zobaczyć swoje dziecko, podbiło najmocniej ich serca – Lucas zaś dosłownie oszalał, gdy po wszystkim jego ukochana pozwoliła mu zatrzymać fotografię.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Jest idealne… – powtarzał to już chyba po raz czterdziesty, odkąd wyszli z gabinetu, gdy godzinę po konsultacjach siedział przy stole w mieszkaniu Annabelli i przyglądał się zdjęciu; był dumnym ojcem, który wcale się tego nie wstydził. – Przepiękne… – wzdychał. – Nasze… nasze niewinne maleństwo. Nasze dziecko… – szeptał oczarowany, unosząc wzrok na Piękną, gdy się do niego zbliżyła z herbatą. – Usiądź już, hm? – Poprosił ją wówczas, nie chcąc aby się przemęczała, ale ona i tak gdzieś zniknęła, wracając dopiero po chwili z dziwnym przedmiotem w ręku. Małym pudełkiem, jak się później okazało. – Co tam masz? – Jej mina oraz tajemniczość sprawiły, że nieco zmarszczył brwi, aby następnie chwycić za nie, kiedy mu je podsunęła. Zabrzęczało przyjemnie, gdy ostrożnie zaczął je otwierać, aby w następnej chwili zamrzeć w kompletnym bezruchu. Zabrakło u tchu, jego serce zapomniało, że powinno być, a ciało zadrżało, nie umiejąc uporać się z widokiem, od którego jednocześnie zrobiło mu się gorąco i lodowato. Cudownie. – Chryste… – sapnął w zdumieniu i przez dłuższy czas była to jego jedyna reakcja.
      Trudno mu się było jednak dziwić, biorąc pod uwagę to, że patrzył na dowody miłości, która ich niegdyś łączyła. Dwie przepiękne, jednocześnie różne – bo wykonane zupełnie inaczej – i idealnie dopasowane do siebie obrączki ze złota, którymi przypieczętowywali swoje małżeństwo, a których on sam nie widział od trzech lat – od dnia, w którym po rozwodzie przyszło im je zdjąć i swoją oddał Annabelli, nie czując się godnym jej posiadania, a ona i tak już posiadała jego serce: równie dobrze mogła więc mieć to, co wówczas było dla niego najcenniejsze. Obok nich leżał jeszcze jeden dowód: czarny diament oprawiony w złocie, umieszczony w koszyku z brylantów, których kilka wtopiono również w obrączkę – ich pierścionek zaręczynowy.
      — N-naprawdę… – Nawet nie wiedział kiedy w jego oczach pojawiły się łzy, przez które patrzył teraz na panią Chevalier, uniósłszy głowę. – Naprawdę przez… przez ten cały czas… – urwał, nie mogąc uwierzyć w to, że je zachowała. – Naprawdę je ciągle miałaś? – Szepnął jednak w końcu i choć odpowiedź była oczywista, on w ogóle nie myślał logicznie. – Boże… – wzdychał natomiast, drżącymi dłońmi wyciągając obrączki i pierścionek na swoją lewą dłoń. – Tyle lat… – mruczał zachwycony, aby w chwili, w której ujął swoją obrączkę, dosłownie jęknąć. – Tak bardzo mi jej brakowało… tak bardzo czułem się bez niej nagi – wyznał nie do końca świadomie i znów zaczął się im przyglądać, a im dłużej to trwało, tym silniej zaczęło go rozpierać pewne uczucie, którego nijak nie umiał wyjaśnić. Zdawało się jednak wypełniać go od stóp do głów i mąciło mu w głowie tak długo, że gotów był oszaleć, gdy nagle poczuł, że już wie. – Ósmego – wyszeptał, znów na nią zerkając, a jego oczy zaczęły błyszczeć od podekscytowania. – Ósmego sierpnia – powtórzył coraz bardziej przekonany do swojego pomysłu. – Pobierzmy się ósmego sierpnia, Belle – ponowił jeszcze i wbił w nią intensywne spojrzenie, wiedząc że pani Chevalier zrozumie jego intencje, jak również mając świadomość, że może go wyśmiać. Zaryzykował jednak, czując że tak powinno być: że tak właśnie należy postąpić.

      Bestyja, która bardzo chciałaby usłyszeć tak i móc się uśmiechnąć z dumą

      Usuń
  52. Propozycja, którą złożył ukochanej, powodowana była chwilą. Ot, na widok ich obrączek oraz jej pierścionka zaręczynowego po prostu poczuł, że to właśnie to powinien powiedzieć – że tak będzie dobrze i tak naprawdę się nad tym nie zastanowił. Owszem, ryzykował wiele i szczerze miał tego pełną świadomość, ale nie wyobrażał sobie, że mógłby postąpić inaczej. To był jeden z tych momentów, w których wszystko albo nic jest jedyną możliwą opcją – rzeczywistość wyglądała więc tak, że właśnie oddał Annabelli całkowitą władzę nad sobą. Od niej w związku z tym zależało, czy z misji ustalenia daty ich ślubu wróci z tarczą czy na tarczy; czy ośmieszy się przed nią i znowu zniszczy tę nić porozumienia, którą udało im się nawiązać, czy wręcz przeciwnie postawi w ten sposób krok ku ich lepszym relacjom.
    Nie ukrywał, że mocno się obawiał, jaki odniesie efekt i przez to każda sekunda jej – okropnie mu się dłużącego… – milczenia wprawiała go w coraz gorszy stan emocjonalny. Z jednej bowiem strony w głowie dźwięczało mu to, co powiedziała: te piękne słowa o wrażeniu, jakie na niej wywarł wyznaniem towarzyszącym oddaniu jej obrączki i jej wymowne spojrzenie, którym go obdarowała, kiedy wspominała pokrętnie o łączących ich uczuciach. Z drugiej natomiast wiedział, do jakiego stopnia zrujnował ich małżeństwo i że dla Belle wybranie tej samej daty może nie być wcale symbolem nowego początku, tak jak dla niego, tylko bezczeszczeniem tamtych chwil albo zapowiedzią powtórki z – wątpliwej – rozrywki. Miał więc dosłownie wrażenie, że cisza, która zapadła po jego słowach, zabija go: powoli i boleśnie.
    — Jeśli chcę… – Otworzył szeroko oczy i tak jak i ona przełknął głośno ślinę, wpatrując się w nią na poły błagalnie, na poły desperacko, próbując odkryć, co czaiło się za tymi słowami. Niestety, nie potrafił powiedzieć czy to z jej strony ekscytacja, czy raczej niechęć. – Jeśli ja chcę… – sapnął, czując jak robi mu się słabo, bo brzmiało to dziwnie tak, jakby spodziewała się, że znów postanowi podejmować wszystkie decyzje w ich związku, a przecież to zupełnie nie miało być tak. – J-ja… nie, masz rację. T-to… to no, to tylko taki głupi poryw serca… – wybąkał więc dziwnie szybko i nerwowo, jakby gadatliwością i tempem chciał sprawić, że o tym zapomną. – Pomyślałem po prostu… że no… że to byłaby dobra data, żeby zacząć od nowa… wymazać, zmienić… coś ci udowodnić… – mamrotał, spuszczając wzrok. – No i… to nasza data… jakoś tak… jakoś tak trudno mi sobie wyobrazić, że… że moglibyśmy… – urwał, uzmysławiając sobie nagle, że w ten sposób Belle może poczuć, że jej coś narzuca. Jasnym było jednak, że próbował jej powiedzieć, iż nie wyobrażał sobie, że ich ślub mógłby mieć miejsce w inny dzień niż ten, w którym wszystko się zaczęło. – Ja… – ponowił więc. – Przepraszam – potrząsnął głową. – Przepraszam, za dużo mówię. Nie powinienem był – szepnął ze szczerą skruchą. – I to nie ma być tak jak chcę, tylko tak jak my chcemy, a ja chcę… ja chcę, żebyś była zadowolona i żebyś była szczęśliwa, i żebyś nie czuła się do tego zmuszona, bo nie przeżyję, jeśli… jeśli znowu będziesz przeze mnie smutna i… – Aż się zapowietrzył z wrażenia. – Cholera – wyrwało mu się więc, gdy odzyskał nad sobą panowanie. – Znowu to samo – zbeształ samego siebie. – Za dużo mówię, Belle, przepraszam. Po prostu… po prostu wybierzemy inną datę, jeśli wolałabyś tej nie ruszać, dobrze? – Dosłownie ją błagał, zarówno spojrzeniem jak i tonem, przerażony że popełni jakiś błąd. Czuł się bowiem trochę tak, jakby ich relacja obecnie stanowiła dla niego pole minowe, po którym musi się przedostać do celu, ale choć bywało niebezpiecznie, nie zrezygnowałby z tej misji za żadne skarby świata. Nie, kiedy nagrodą była miłość jego życia.

    Bestyjka, która się wystraszyła

    OdpowiedzUsuń
  53. [Dziękuję, cieszę się, że mój Aragorn się podoba. :) Wątku wcześniej nie miałyśmy, ale kojarzę Cię z widzenia, bo obie się na Fable pojawiałyśmy i znikałyśmy. A że zawsze masz bardzo rozbudowane i dopracowane karty - zapadłaś mi w pamięć. ;)
    Za to jak masz chęć tym razem coś ze mną napisać i nie straszne Ci moje ślimacze tempo to wpadnij. ;)]

    Duncan&Drake&Walter

    OdpowiedzUsuń
  54. Przez chwilę – kilka sekund, parę mrugnięć powiek zaledwie – Luke myślał, że oto spełniły się jego najgłośniejsze modlitwy niesione do Boga – że Belle naprawdę patrzy na datę ósmego sierpnia tak, jak i on. Ten krótki moment był jednym z najlepszych, jakie mu się ostatnio przytrafiły, ale niestety – szybko przeminął, sprawiając że radość widoczna w jej oczach przestała mieć znaczenie. Ważne stały się jej kolejne słowa: te, w których nie pozostawiała złudzeń co do tego, czemu się cieszy…
    — Ee… no tak, tak… tak, masz rację. Tak – pokiwał głową, robiąc dobrą minę do złej gry, kiedy Belle mówiła o dobrych stronach wzięcia ślubu ósmego sierpnia: dałby bowiem wiele za to, aby to nie było dla niej najważniejsze to, czy ktoś coś zobaczy, lecz to, do czego miało pomiędzy nimi dojść. Widocznie jednak marzył o czymś, na co nie było szans, co brutalnie mu uświadomiła, jasno dając mu do zrozumienia, że nawet nie ma się po co starać: nie zmieni tego, co było. – Fajnie, tak – uśmiechnął się, jednocześnie mając wrażenie, że lada moment wybuchnie żałosnym płaczem, więc z jednej strony cierpiał, kiedy zaraz potem poderwała się od stołu i zostawiła go samego z poleceniem zadzwonienia do urzędu, a z drugiej cieszył się, bo miało mu to dać kilka chwil na opanowanie się. A naprawdę nie było z nim dobrze. – W porządku, zadzwonię – przytaknął więc, udając dzielnego, aby następnie odprowadzić ją wzrokiem i tej samej chwili, w której wyszła, poczuć jak zaczyna brakować mu powietrza. Musiał więc podejść do okna, otworzyć je i wyjrzeć przez nie, ale nawet powiew wiatru niewiele mu dał. Łzy wyłącznie napłynęły mu do oczu i ból zalał go od stóp do głów, lecz wiedział, że nie może sobie pozwolić na jego okazanie. Musiał być twardy, nawet jeśli przy najbliższej okazji jego wszystkie starania miał trafić szlag, a on sam rozpaść się na kawałeczki i nigdy więcej nie pozbierać. Naprawdę brakowało mu już bowiem sił. Zadzwonił jednak do urzędu, tak jak prosiła i skontaktował się z odpowiednim działem, który jednak nie mógł mu udzielić od razu odpowiedzi. Miał zadzwonić kolejnego ranka, albo najlepiej tam podjechać i dopilnować formalności, bo przecież musi najpierw pobrać druk taki i taki stamtąd, zanieść do okienka na tym i tamtym piętrze, skąd wziąć potwierdzenie takie to a takie i z nim udać się do… Cóż, najwidoczniej i z tym nie miał sobie dać rady, więc akurat walczył z wielką potrzebą zapalenia papierosa po powrocie do stolika, kiedy wróciła Annabelle. – W-w kasynie? – Pytanie, które mu zadała, było tak oderwane od wszystkiego, że przez moment spoglądał na nią tak, jakby mówiła do niego w obcym języku. Raczej nie spodziewał się bowiem rozmów o jego pracy, której przecież tak nie znosiła. – D-dobrze. No… dobrze – przyznał jednak, bo zasługiwała na odpowiedź. – Barmanka czuje się dobrze, a chłopcy – mówił o ochroniarzach – wrócili do pracy. Na wszelki wypadek zrezygnowaliśmy z kilku umów i wycofaliśmy się z paru interesów, które mogłyby znów do czegoś takiego doprowadzić… – referował, rzecz jasna, do tych szemranych, nie wspominając jednak, ze to właśnie odejście od nich było niebezpieczne; nie chciał jednak więcej sprowadzać zagrożenia na nikogo i uznał, że to mniejsze ryzyko – więc… jest dobrze – powtórzył nieco nieporadnie. – Może i pieniądze będą z tego mniejsze, ale powinno być lepiej. Bezpieczniej. Są też nowe kamery i w ogóle – ciągnął, nie wiedząc o czym opowiadać. – Nie warto przecież ryzykować niektórych rzeczy, prawda? – Zerknął na nią ze smutnym uśmiechem, mając wrażenie, że dowiedział się tego wszystkiego za późno. Powinien był już dawno temu podjąć odpowiednie decyzje: teraz, jak sama powiedziała, nie dało się wymazać jego win.

    okularkowy Bestia, który trochę się już gubi w tym, co czuje do niego Belle...

    OdpowiedzUsuń
  55. — No dobrze – przytaknął, trochę opadając przy tym z energii, gdy wiadomość o tym, że przeszedł na dobrą stronę mocy i nie miał już żadnych szemranych klientów, wcale jej nie ucieszyła tak, jak się tego spodziewał. Ponownie jednak doszedł do wniosku, że wymagał zbyt wiele, więc nie dał po sobie poznać, że jest mu przykro. Po prostu wziął się w garść i spokojnie przeszedł do kolejnego tematu, jakim był urząd. – Dzwoniłem tam – odpowiedział na jej pytanie, biorąc głęboki oddech, bo na samo wspomnienie tej rozmowy coś się w nim gotowało.
    Już więc zaczął odpowiadać: wyjaśniać, że niewiele zdołał załatwić i resztą zajmie się kolejnego ranka, bo urzędowy bajzel nie pozwala na dopięcie wszystkiego telefonicznie, kiedy Belle nagle dodała coś, co najpierw zmroziło mu krew w żyłach, a potem… potem, cóż. Ni stąd, ni zowąd mocno go rozjuszyło. Nie wybuchł jednak złością, ani nie krzyczał: przemawiała przez niego bezradność i frustracja, które pojawiły się w jego oczach, ledwo popłoch i niedowierzanie – spowodowane tym, co mu wyznała – zniknęły. Najpierw bowiem była panika, że wyrzuca go z domu i nie chce się z nim widywać; że zmieniła zdanie – potem była już tylko rozpacz.
    — Nie umiesz? – Powtórzył, w pierwszej chwili wyglądając trochę tak, jakby go zdzieliła obuchem w łeb. – Nie umiesz, Belle? – Jego oczy jasno pokazywały, jak bardzo go to ubodło. – Jesteś pewna? – Zerknął na nią z bólem i uwagą, myśląc o tych wszystkich momentach przez ostatnie tygodnie, kiedy się wcale nie krępowała i kiedy wcale im nie wychodziło tak źle całe to rozmawianie. – Jesteś pewna, że nie umiesz? – Naciskał. – Czy po prostu: nie chcesz? – Cierpiał i jego ból był dosłownie namacalny. – Wybacz, Belle. Wybacz, że to powiedziałem – dodał szybko, bo nie chciał jej urazić – ale, cholera. Cholera, Belle! – Jęknął. – Mam wrażenie, że co robimy dwa kroki w przód, to ty każesz nam się cofnąć i ja… ja nie wiem. Nie wiem, ok? Nie wiem, z czego to wynika. Nie wiem, czy się mnie boisz. Czy mi nie ufasz. Czy nie chcesz mi ufać. Czy… nie wiem, ja po prostu nie wiem – wyznał bezradnie i rozłożył ręce. – Przede wszystkim jednak nie wiem już, co mam robić i to mnie zabija, wiesz? – Spojrzał jej głęboko w oczy. – Nie wiem, jak mam ci jeszcze inaczej dowieść, że się zmieniłem. Nie wiem, bo… bo nawet fakt, że zrezygnowałem dla ciebie z tych pieprzonych interesów, wydaje się nie mieć znaczenia w obliczu tego, że przed trzema laty cię zawiodłem. I tak, ja wiem, że zawiodłem. Ja wiem, Belle, bo od trzech lat codziennie patrzę na siebie w lustrze i brzydzę się sobą z tego powodu – mówił kompletnie szczerze – ale to nie zmienia tego, że codziennie też o ciebie walczę. I jeśli… jeśli to nie ma sensu. Jeśli nadal… mimo tych wszystkich tygodni uważasz, że się nie zmieniłem… ok, w porządku. Wyjdę stąd i nigdy więcej nie będę cię nękać, dopóki mnie nie zaprosisz – wyznał i widać było, że wcale nie ma ochoty na to, co sugerował. Zrobiłby to jednak dla niej. – Ale… ale ja chcę… ja wolę się łudzić, że… że to widzisz. Że widzisz prawdziwego – nacisnął – mnie i że nie jest ci to obojętne. Wolę się łudzić, bo tylko to mnie trzyma przy życiu i cholera… Belle, ja się zmieniłem. Zmieniłem się i nic z tego, co się działo, już się nie powtórzy. Bo cię kocham, rozumiesz? – Właściwie wyrwał sobie serce z piersi i dał je jej na wyciągniętej ręce. – Kocham cię całą swoją duszą. Naprawdę. Całym sobą i… ja już nie wiem, co robić. Nie wiem… ale jeśli tylko mi powiesz, jeśli dasz mi znak, ja… ja zrobię wszystko, żebyś była szczęśliwa. Wszystko… – szepnął smutno i bezsilnie.

    Luke, który naprawdę chce, żeby było dobrze...

    OdpowiedzUsuń
  56. [ Ciii, mam słabość do zdrabniania XD Co do dat to właśnie tak podejrzewałam, że coś tam się musiało zadziać ;)
    Czyli powiadasz, ze pierwszy pomysł. Niech będzie i tak. Przyda mi się dla Hakusia jakaś znajomość ze starych, dawnych czasów. I ktoś kto go wreszcie złaja za bycie piratem, bo jakoś mu się jeszcze za to po uszach od nikogo nie oberwało :D
    I jak rozumiem wątek chciałabyś już wtedy zacząć od ich ponownego spotkania w Fable i nad tym teraz myślimy? :) ]

    Hakuś

    OdpowiedzUsuń
  57. — Nigdy nie powiedziałem, że nie mam sił – zaprzeczył niemal bezgłośnie, mając wrażenie, że wszystkie jego słowa trafiły na dźwiękoszczelną ścianę, co było paskudnym uczuciem. – Powiedziałem tylko, że zabija mnie fakt, że nic – nacisnął – nie działa… – wyjaśnił, aby później zamilknąć, bo i tak jego wyznania nie miały przynieść niczego dobrego. Tak mu się przynajmniej wydawało, bo do tej pory nic nie wskórały, a wręcz, jak widać, skomplikowały sytuację.
    Prawda była jednak taka, że Luke naprawdę nie wiedział już, co ma robić. Próbował czekać, aż Belle będzie gotowa na rozmowy z nim, ale to nie poskutkowało; próbował być obok i nie dawać jej szans na ucieczkę, ale wówczas czuła się osaczona; próbował ignorować swój ból i swoją gorycz, ale to tylko sprawiało, że wszystko było coraz trudniejsze; próbował wreszcie jakoś jej wykrzyczeć swoje emocje i uświadomić jej, że ich świat nie jest czarno-biały, tylko znacznie bardziej skomplikowany, lecz wszystko co tym uzyskał, to jej długie wyznanie o tym, jak mocno się go boi i jak bardzo w domyśle wszystko spieprzył. Problem w tym, że Lucas doskonale o tym wiedział – inaczej nie działałby tak aktywnie na rzecz poprawy swojego wizerunku w oczach pani Chevalier. Usłyszenie o tym sprawiło zaś, że niemal zakwilił z bólu. Nie wiedział, czy jej zdaniem naprawdę zasłużył na kolejne słowa, które go wyniszczały, bo kreowały obraz, w którym był po prostu złem wcielonym, czy Belle po prostu się w tym wszystkim zgubiła – nie wiedział i pewnie nigdy nie miał się dowiedzieć, ale pewnym było, że jego próg bólu został przekroczony.
    Może to kwestia tego, że prawda w oczy kole, a może czegoś innego. Pewności nie miał – czuł się jednak tak, jakby jego tygodnie starań poszły na marne i fakt ten naprawdę paskudnie go dobił. Jakby bowiem nie patrzeć, Annabelle wciąż patrzyła na niego tak, jak przed laty, a nie tak, jak starał się jej obecnie pokazać. Widocznie więc nie miał daru przekonywania – a może, co byłoby znacznie gorsze, wcale nie zmienił się tak bardzo, jak mu się wydawało? Miał nadzieję, że nie, bo to oznaczałoby jego całkowitą klęskę.
    Zadrżał czując jej dłoń na swojej.
    Owy gest z jej strony był zupełnie niespodziewany. Po wszystkim, co powiedziała, a co bardzo uważnie słuchał i wziął sobie do serca, nie sądził bowiem, że kobieta zdecyduje się go dotknąć ani że na jego zadane przed dłuższą chwilą pytanie odpowie uśmiechem i zrewanżuje się własnym. Nie przypuszczał także, że będzie wówczas przez nią przemawiać tyle emocji.
    — Niestety, Belle – dosłownie czuł, jak coś w nim pęka, kiedy jej odpowiadał. – Nie mogę cofnąć czasu. Nie mogę… – urwał, a w jego głosie pojawiły się ponownie nutki bólu. – Nie mogę cofnąć czasu ani wymazać… wymazać tego, co było złe. Nie mogę, choćbym nie wiadomo jak bardzo próbował – wyrzucił z siebie niemal z nienawiścią do swojej osoby, co nie mogło ujść niczyjej uwadze. – Nie mogę, bo nie mam takiej mocy, ale… – Spojrzał jej głęboko w oczy. – Cholera, Belle, od tygodni robię wszystko, żeby wrócić do początku w inny sposób. Ja… – ucichł, a przez jego twarz przebiegł grymas agonii, gdy próbował opanować swoje emocje. – Ja walczę o ciebie… o was – poprawił się, przenosząc na moment wzrok na jej brzuszek – z całych swoich sił. Robię, co mogę, abyś spojrzała na mnie przychylnie i… – Przełknął głośno ślinę. – Próbuję zmienić to, co kiedyś spieprzyłem. Zastąpić złe rzeczy dobrymi. Próbuję wymazać z twojej pamięci obraz Bestii i wsadzić w nią Luke’a, który stoi co noc pod twoim domem, bo się o ciebie boi. Staram się zmienić przeszłość w ten sposób i… przykro mi, jeśli tego nie widzisz. Ja… – Pokręcił głową. – Ja jednak nie przestanę. Za bardzo cię kocham – szepnął z determinacją i ucichł, spuszczając wzrok.

    smutna Bestyja

    OdpowiedzUsuń
  58. Nie było lekko. Naprawdę nie było mu łatwo i niestety fakt, że Belle z tego drwiła, wcale nie był przyjemny. Luke bowiem spieprzył w ich wspólnym życiu naprawdę wiele: zawalił na wielu płaszczyznach i nie ulegało wątpliwościom, że powinien był mnóstwo spraw załatwić inaczej, lepiej, bardziej przemyślanie. Żałował tego jednak bardziej niż czegokolwiek innego w swoim życiu i wszystkimi swoimi gestami, słowami i czynami próbował to udowodnić. Oczywiście, być może nie powinien był tego mówić, może nie powinien był naciskać na to, że nie jest z nim najlepiej, ale tłumienie w sobie emocji naprawdę go wycieńczało. Może więc popełniał błąd w tym momencie, gdy mówił jej, co czuje – może trzeba to było załatwić inaczej, ale chwilowo nie umiał. Był widocznie głupi, albo aż tak prosty – dla niego nie było w jego słowach ataku wobec Belle, a jedynie próba wyjaśnienia jej tego, jak to wszystko wygląda.
    — Nie kpij, proszę – westchnął tylko, nie buntując się ani nie narzekając. Po prostu uznał swoją przegraną i tylko miał nadzieję, że jego ukochana wysłucha jego błagania. To było bowiem dla niego nie do zniesienia: jej lodowaty ton oraz świadomość, że ciepła Piękna zniknęła z jego powodu naprawdę go wyniszczały. Docenił, że przez chwilę zapadła cisza, podczas której błagał Boga, o ile ten istniał, ze wszystkich swoich sił, aby się nad nim zlitował i pozwolił mu znaleźć porozumienie z ukochaną. Naprawdę mu na tym zależało, dlatego też w momencie, w którym ciemnowłosa zadała mu swoje pytanie, mimo wszystko poczuł ogromną ulgę. – Jeśli jest jeszcze coś, czego nie robię, chciałbym o tym wiedzieć. I chciałbym to zrobić. Bo tak, Belle – odpowiedział jej całkowicie szczerze, o czym świadczyło jego uważne spojrzenie, jakie jej rzucił – ja robię wszystko, co w mojej mocy, wszystko, na co wpadnę; wszystko, co widzę, żeby było lepiej. Żeby zmienić tę sytuację i stworzyć naszą relację na nowo – potwierdził z mocą. – I nie robię tego dlatego, że masz pod sercem nasze dziecko, chociaż, cholera, oddałbym za nie życie – przemawiały przez niego emocje – ale przede wszystkim dlatego, że mi na tobie zależy i chcę cię odzyskać. Nie chcę wrócić do tego, co było – podkreślił – chcę zbudować coś lepszego. Bo nauczyłem się na swoich błędach – zapewnił ją, po czym jej wysłuchał, a po jego policzkach popłynęły łzy radości, kiedy wyznała mu swoją miłość. Od tak dawna na to czekał… – Mam nadzieję, że niebawem przestaniesz się mnie bać, maleńka – skomentował cicho jej słowa, wiedząc że ma do nich pełne prawo. Niestety, był wobec niej brutalem i nie dało się temu zaprzeczyć. Naprawdę się jednak zmienił. – Zrobię wszystko, abyś przestała się bać – dodał cicho w formie obietnicy, a później znów zapłakał, tym razem z powodu herbaty: te małe rzeczy, jak smak, jaki dobrała, sprawiały, że jego serce napełniało się ciepłem. – Przepraszam – wyszeptał wówczas. – Przepraszam za to, co powiedziałem – mówił cicho, lecz szczerze. – To nieprawda, że natrafiam na opór – przyznał, czując się okropnie, bo nie powinien był ignorować tak ważnych rzeczy. – Hm? – Pogrążony w myślach, zupełnie nie pojął, o co go pyta ukochana. Potem jednak się uśmiechnął: czule i z rozmarzeniem, patrząc na gładzącą się po brzuchu Annabelle. – Myślę, że bez względu na to, czy jest chłopcem, czy dziewczynką, będzie najbardziej kochanym dzieckiem na świecie – wyszeptał zgodnie z prawdą i pociągnął nosem, kryjąc to cichym śmiechem. – Jakie? – Westchnął. – Cudowne, Belle. – Nie miał co do tego żadnych wątpliwości. – Będzie silne jak jego mama. Będzie piękne i dobre, a przede wszystkim będzie szczęśliwe, bo znajdzie się pod opieką najwspanialszej kobiety na świecie. Takiej, która je kocha całym sercem. Będzie też mądre, zabawne i troskliwe; czułe i wrażliwe. I mam nadzieję… mam nadzieję, że nie będzie popełniało błędów, jak jego czy jej ojciec – zakończył cicho.

    Lukeł, który kocha i trochę sobie płacze, ale to z radości <3!

    OdpowiedzUsuń
  59. — Zaopiekujesz się nim – odpowiedział ukochanej z mocą i przekonaniem, kiedy, o czym był przekonany, jej myśli poszybowały w kierunku jej choroby. Absolutnie nie brał pod uwagę scenariusza, w którym mogłaby nie dotrwać porodu czy ślubu ich maleństwa. Po prostu nie. – A ja tego dopilnuję, Belle – obiecał jej więc z determinacją i choćby miał stanąć do walki z całym światem, pewnym było, że dopnie swego. Nawet jednak w najśmielszych snach nie przypuszczał, że swoistą nagrodą dla niego za tę przysięgę będzie najwspanialsza z możliwych propozycja jego pięknej partnerki, przez którą zamarł w oszołomieniu, czując jak robi mu się gorąco. Jego oczy natomiast od razu zapłonęły radośnie, bo dotknięcie jej brzuszka było przecież jego marzeniem. – Belle, ja… – Zanim jednak zdążył jej odpowiedzieć, ona wyrzuciła z siebie kolejne zdania.
    Zajęło mu krótką chwilę, zanim dotarło do niego, że cały ten natłok słów jego ukochanej, miał za zadanie w pewnym stopniu ukryć propozycję, jaką mu złożyła. Akurat pod tym względem wcale nie byli tak bardzo od siebie różni: oboje zachowywali się w takich sytuacjach niemal identycznie, starając się zagadać drugą osobę niemal na śmierć, byleby tylko uciec od tego, co ich stresowało i przez co czuli się odsłonięci, a przez to mocno zagrożeni. W jego interesie nie było jednak pozwolenie, aby Belle i jej propozycja przepadły gdzieś w odmętach ich pamięci. On chciał i wręcz potrzebował, żeby o nich porozmawiali – żeby te słowa rozbrzmiewały pomiędzy nimi, uświadamiając im obojgu, że niezależnie od tego, ile razy próbowali uciekać od łączącego ich uczucia, w gruncie rzeczy zawsze mieli siebie potrzebować bardziej niż czegokolwiek innego.
    Podniósł się powoli od stołu, nie chcąc jej wystraszyć żadnym gwałtownym ruchem, a potem obserwując ją uważnie – absolutnie nie jednak tak, jak drapieżnik spoglądający na ofiarę, tylko bardziej jak ktoś, kto za nic w świecie nie chce skrzywdzić swojej towarzyszki i podchodzi do niej jak do najcenniejszego skarbu na świecie – obszedł stół, zbliżając się do niej. Pokręcił przy tym głową dwukrotnie: raz na jej pytanie o herbatę, którą jeszcze miał w kubku, a raz w ramach odpowiedzi na pytanie o jedzenie. Dla niego była to również nowa i nietypowa sytuacja: dobrze ją więc rozumiał, ale gdzieś w głębi serca chciał, aby bali się razem, a nie siebie – miał więc nadzieję, że jego ostrożne zachowanie pozwoli jej postąpić kolejny krok ku niemu w kwestii zaufania.
    Dotarłszy do niej, opadł na kolana przed jej krzesłem i przez chwilę tak po prostu trwał, patrząc jej głęboko w oczy. Nadal nie mówił, bo działo się zbyt wiele, żeby jego organizm umiał sobie poradzić ze ściśniętym gardłem, ale promieniała od niego aura radości i determinacji, która powoli zwracała mu kontrolę nad jego ciałem i determinowała wszystko, co się potem działo.
    — Był… – Zebrał się w końcu w sobie i spróbował wyznać swoje uczucia, ale niespodziewanie uniemożliwiła mu to chrypka. Odchrząknął więc. – Byłbym – powiedział z trudem, bo gardło nadal sprawiało mu problemu – zaszczycony, gdybyś mi na to pozwoliła – wyznał jednak wreszcie: cicho i spokojnie, a jednocześnie całym sobą dając jej do zrozumienia, że to od niej wszystko zależy. Belle rozdawała karty, nie on. – Mogę? – Zapytał ją więc w sposób, który jasno dawał do zrozumienia, że w pełni uznaje to, iż jest to wyłącznie jej decyzja. Powolutku wyciągnął dłoń w kierunku jej brzuszka, ale zatrzymał ją dosłownie kilka milimetrów od niego, patrząc na nią i zagryzając lekko wargę. – Belle… chciałbym… – Przełknął głośno ślinę. – J-ja… chciałbym, abyś wiedziała, że żaden z dawnych błędów się nie powtórzy. To ty… ty decydujesz. Ty decydujesz czy chcesz i jak długo i… ja proszę po prostu o szansę. Tylko… tylko tyle – szepnął, nie chcąc aby kiedykolwiek więcej bała się, że nie posłucha jej, gdy powie mu, że dość. Popełnił ten błąd co prawda niedawno, ale naprawdę go żałował.

    Luke, który naprawdę dużo rzeczy przemyślał!

    OdpowiedzUsuń
  60. — Będę zaszczycony – powtórzył z mocą, patrząc na nią uważnie i ani trochę nie kłamiąc: dla niego to, że dopuszczała go do ich dziecka, naprawdę wiele znaczyło. Umiał też dostrzec i docenić wagę tego wydarzenia, więc miano zaszczytu absolutnie nie było tu przesadą. Sprawiło też, że postanowił uprzedzić Belle o zasadach gry i zapewnić ją, że to ona je narzuca. Kiedy mu jednak przerwała, posłusznie umilkł i jej wysłuchał. – W porządku – szepnął.
    Mając nadzieję, że kiedyś nadejdzie taki dzień, gdy Annabelle przestanie reagować na jego słowa tak, jakby parzyły i wzbraniać się przed nimi na wszelkie możliwe sposoby, Luke po prostu przyjął do wiadomości to, co starała mu się przekazać. Całkiem zrozumiałym było bowiem to, że nie chciała być dłużej tą, którą się okłamuje – że chciała widzieć dowody jego czynów. Skoro zaś był pewien tego, że zachowa się wobec niej odpowiednio i swojej obietnicy dotrzyma, to realizacja jej w tym momencie nie była wcale trudna. Musiał po prostu przyjąć do wiadomości, że jego przyszła żona nie wierzy mu w dalszym ciągu i że jego zadaniem jest to zmienić.
    Zamiast się więc denerwować, zwyczajnie kiwnął jej głową na znak, że rozumie, o co jej chodzi, a potem uśmiechnął się lekko i… i wówczas wydarzyło się coś, czego się nie spodziewał. Owszem, wiedział bowiem, że Belle nie zaproponowałaby mu nigdy dotknięcia siebie, gdyby tego nie chciała albo nie czuła, że powinien mieć kontakt z ich dzieckiem, ale do tej pory przez myśl mu nawet nie przeszło, że to ona sama postanowi go sprowokować. Fakt zaś, że ujęła jego dłoń w swoją, był już wystarczająco mocno oszałamiający, aby Luke zapomniał, jak się oddycha – kiedy więc sprawiła, że jego palce musnęły jej brzuszek, kompletnie zdębiał i pobladł, jednocześnie jednak robiąc jedyną rzecz, na którą w tym momencie miał wielką ochotę: uronił łzy szczęścia.
    Słyszał oczywiście, co mówiła jego ukochana i rozumiał, do czego w ten sposób dążyła – pojmował, że zależało jej na tym, aby okazywane przez niego uczucia były szczere, a nie w jakiś sposób wymuszone. To jednak nie było w tym momencie możliwe i chyba nie można było mieć co do tego wątpliwości – on nawet gdyby bardzo chciał, nie umiałby zagrać takiego poruszenia i takiego zachwytu, jak ten, który ogarnął go właśnie w tym momencie.
    — O mój Boże… – sapnął tylko cicho i zamarł, bojąc się poruszyć dłonią, która nagle zaczęła mu się wydawać jak z kamienia, a jednocześnie nie mogąc oderwać wzroku od miejsca, w którym jego skóra dotykała jej brzuszka. Nie wiedział, czy minęło kilka sekund, czy minut, a może nawet godzin, nim zdołał unieść spojrzenie na Belle, poszukując w nim odpowiedzi na niemo zadane pytanie, czy to się dzieje naprawdę. Dla niego to było bowiem niczym bajka. – J-ja… t-to… – Nie umiał znaleźć odpowiednich słów, a może po prostu nie chciał, wiedząc że i tak nie będą w pełni oddawały tego, co czuł. – Kochanie, to… – Zadrżał cały. – To niesamowite – szepnął później, a jego głos był mocno zduszony przez emocje. – Tylko pomyśleć, że tam… że tam rośnie maleństwo. Że lada moment… że jeszcze trochę… że będzie je czuć i… – Pokręcił głową z zachwytu. – Mój Boże, Belle, tak bardzo ci zazdroszczę – wyznał nagle, a potem podniósł na nią wzrok i dodał: – Dziękuję… to… nawet nie wiesz… nawet nie wiesz, ile to dla mnie znaczy – dodał szczerze, nim się skupił na kontakcie z dzieckiem. – Cześć, maluszku… – rzucił przez śmiech i łzy, kompletnie nie umiejąc się opanować.

    wzruszony Luke, który zgodzi się na wszystko!

    OdpowiedzUsuń
  61. — Warto czekać – westchnął, naprawdę zazdroszcząc ukochanej tego, co przeżywała. – Tego, że je czujesz – odparł w związku z tym spokojnie i szczerze. – Tego, że w każdej chwili możesz go dotknąć: o tak – szepnął i naśladując pieszczotliwy gest, który widział niejednokrotnie u ukochanej, kiedy czasem nawet nieświadomie pragnęła kontaktu z maluszkiem. Traktował to poważnie i choć zażartowała, jego uśmiech pełen był dojrzałości i odpowiedzialności, a jednocześnie zauroczenia i zachwytu. – Takim idiotą mogę być, Belle – wyznał jej szczerze, po czym spojrzał jej głęboko w oczy na dowód tego, że mówi prawdę.
    Jeszcze długo trwał na klęczkach przed ciemnowłosą, w milczeniu bądź nie, w zależności od tego, na co mieli akurat ochotę, celebrując przełomowy moment, od którego wolno mu było dotykać brzuszka przyszłej żony. Potem zaś wspólnie z Belle wypił herbatę i omawiał ich plany, przy czym oboje chyba czuli, że coś pomiędzy nimi zmienia się na dobre. Nic więc dziwnego, że Lucas w związku z tym wcale nie chciał opuszczać mieszkania pani Chevalier i że wyszedł dopiero wtedy, kiedy ta usnęła, nie chcąc denerwować jej babci. Najpierw jednak standardowo okrył ją kocem, pocałował w czoło i krótko się zawahał, ale na sam koniec dotknął także jej brzuszka.
    — Tatuś pewnego dnia to wszystko naprawi, kochanie – szepnął przy tym do dziecka. – Pewnego dnia odzyska mamusię i będziemy rodziną, obiecuję ci to. Bo naprawdę was kocha, wiesz? – Mówił cichutko. – Jesteście jego wszystkim…
    Tego wieczoru długo nie mógł zasnąć po powrocie do swojego domu i raz za razem szczypał się, pragnąc się przekonać, czy to wszystko nie jest snem. Z samego rana jednak zerwał się z łóżka i pobiegł do urzędu, aby dopełnić formalności, z zamiarem zagrożenia samobójstwem albo Bóg wie czym jeszcze, gdyby ktoś robił mu pod górkę. Szczęśliwie jednak: chociaż nalatał się z dokumentami od okienka do okienka, wszystko udało mu się załatwić. Był z siebie dumny.
    Im więcej jednak myślał o nadchodzącej uroczystości, tym bardziej czuł się zdenerwowany. Jakby bowiem nie patrzeć, był to dla niego krok milowy, o którym marzył od dawna. Otrzymywał w ten sposób szansę, o jakiej śnił i spadała na niego ogromna odpowiedzialność, bo nie miał wątpliwości co do tego, że Belle kolejnej szansy już mu nie da. Jeśli w jakikolwiek sposób by ją ponownie skrzywdził, mógł zapomnieć – powrotów nie będzie i zasada ta, choć niewypowiedziana, wisiała w powietrzu niczym swoista groźba, która dobrze jednak na niego działała. Mobilizowała go bowiem do działania i do zrobienia wszystkiego, co w jego mocy, a nawet jeszcze więcej.
    Jednocześnie jednak czuł, że poprzez ślub zyska większe pole do popisu, jeśli chodzi o opiekę nad ukochaną czy ich maleństwem, co w pewnym sensie miało być od tej pory jego obowiązkiem. On jednak postrzegał to – podobnie jak możliwość dotykania brzuszka Belle – jako zaszczyt, także nie było w nim żalu czy znużenia, tylko masa energii i pomysłów do działania. Siłą rzeczy myślał więc o tym niemalże cały czas – z przerwami na sen, choć ten był krótki: Luke bowiem mocno przeżywał nadchodzący ślub – także nie było niczym specjalnie dziwnym czy zaskakującym, że w końcu zaprowadziło go to do bardzo ważnej kwestii domu dla ich rodziny.
    Zdawał sobie, rzecz jasna, sprawę z tego, że pani Chevalier nie będzie szczególnie chętna – a przynajmniej tak mu się wydawało – póki co wracać do wspólnego mieszkania, ale wydawało mu się, że jeśli się tym teraz zajmie i wszystko przygotuje, będzie mu to poczytane za plus. Planował bowiem dać swojej byłej-przyszłej żonie – co mogło brzmieć jak absurd, lecz dla niego było cudem – wolność wyboru i czas na podjęcie decyzji.
    Tego zresztą dowodził już fakt, że w jednym z banków otworzył konto dla ich dziecka, mające pełnić funkcję funduszu powierniczego dla niego, gdyby kiedykolwiek, cokolwiek im się stało. Były to pieniądze, na których nikt nie mógł położyć łap, więc jednocześnie były czymś pewnym. W jego mniemaniu było to jednak za mało – ich potomek potrzebował spokojnego domu, w którym mógłby dorastać i czuć się w nim zawsze najlepiej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla zabicia więc czasu i ukojenia nerwów związanych ze ślubem, Bestia rozpoczął więc dość szaloną podróż po całym Nowym Jorku i jego okolicach, poszukując posiadłości idealnej. Nie tyle dużej, co po prostu pięknej, położonej w spokojnym miejscu i przestronnej, z ogrodem, który mógłby pewnego dnia zaaranżować dla ukochanej na bazie wspomnień z ich zamku. Poszukiwania te szybko nim zawładnęły, w związku z czym jego codzienność zaczęła się ograniczać do rutyny w postaci porannego sprawdzania, co w kasynie, późniejszego sprawdzania co u ciężarnej, znikania pod pozorem załatwiania spraw, które opiewały na dom-niespodziankę i wracania do niej popołudniami, aby później zasiedzieć się aż do wieczora i wyjść dopiero wówczas, gdy usypiała.
      Dni zlatywały jednak dosłownie w mgnieniu oka i nim się obejrzał, data wyznaczona przez nich na ceremonię, znalazła się na wyciągnięcie ręki. Wówczas do głosu w nim doszedł kolejny czynnik wywołujący stres: kwestia stroju. Owszem, miał bowiem garnitur, który kupił od razu, jak ustalili, że wezmą ślub, ale… ale im bliżej do niego było, tym bardziej czuł, że to nie jest to. Był elegancki: ciemnoszary, dopasowany i wyglądający na nim świetnie, ale kompletnie do niego nie przemawiał i jeszcze w przeddzień ślubu nie był do niego przekonany. I właśnie wówczas, przed południem, kiedy przechadzał się przez miasto, próbując jakoś oczyścić umysł z natłoku wrażeń, na jednej z wystaw sklepowych uderzył go pewien widok. Wtedy też pojął, czego naprawdę potrzebował.
      Oczywiście, nie obyło się bez wątpliwości – które napadły go już po tym, jak przymierzył ubranie i doszedł do wniosku, że jest idealne, jakby czekało na niego – którymi zadręczał się przez cały dzień, a później wieczór i noc – od babci ukochanej otrzymał bowiem surowy zakaz zbliżania się do niej w ciągu tych ostatnich dwudziestu czterech godzin i zobaczyć miał Piękną dopiero w urzędzie – ale nad ranem doszedł do wniosku, że raz się żyje. Nie wyobrażał sobie, że miałby stanąć obok niej ubrany inaczej niż w granat, a że marynarka, którą kupił, ze względu na złotą lamówkę do złudzenia przypominała tę, w której już raz był u boku Annabelle, tyle że jako Bestia… cóż, wiedział, że ryzykuje rozjuszenie jej bądź oczarowanie, ale nie czuł, że ma inne wyjście.
      Z nerwów i tak już ledwo się trzymał, przez co na miejscu był niemal półtorej godziny przed czasem. Mnóstwo razy upewnił się też, że wszystko jest dobrze: że urzędnik się pojawi, że sala jest przeznaczona dla nich, że kwiaty – w postaci róż – które zamówiła z jego polecenia jego asystentka dotarły i już zdobiły dość surowe wnętrze pokoju, w jakim mieli zostać z Belle małżeństwem. Sprawdzał też, czy sam się prezentuje godnie i zasypał przyjaciółkę miliardem pytań, czy ten garnitur to nie przesada, aby wraz ze zbliżaniem się godziny czternastej, szaleć coraz mocniej. Nagle bowiem wpadł w panikę, że jego ukochana się rozmyśli i choć wiedział, że nie zdecydowała się na ślub z miłości, złamałoby mu to serce.
      Wiem, że rozmawialiśmy o tym już milion razy – odezwał się więc tonem pełnym niepokoju, krążąc akurat przy oknie, kiedy otworzyły się drzwi; pewien był, że to Dolores – ale… ale cholera, a co jeśli się rozmyśliła? Co jeśli… co jeśli nie przyjedzie? – Zżerały go nerwy. – Co jeśli jednak uznała to za zły pomysł i nigdy jej nie udowodnię, jak bardzo ją… – odwrócił się, szukając kontaktu ze swoją asystentką, nieco zaniepokojony jej milczeniem, ale widok, który ukazał się jego oczom, był oszałamiający. – K-kocham… – wydukał jeszcze jakimś cudem, ale później już zamilkł, otwierając szeroko oczy i przełykając głośno ślinę. Następnie zaś opadła mu szczęka, a całe ciało zadrżało: w drzwiach stała bowiem jego piękna Belle, we wspaniałej żółtej sukience, na której widok kompletnie oszalał. – O mój Boże – sapnął, kręcąc delikatnie głową. Nigdy chyba nie widział piękniejszego widoku.

      super zachwycony oraz zdumiony Luke i najszczęśliwszy dzień jego życia

      Usuń
  62. Tego, jak wyglądała tego dnia Belle, nie dało się opisać żadnymi słowami. Nie istniały bowiem określenia, które choćby w niewielkim stopniu odzwierciedlały to, co czuł na jej widok. Ona nie była piękna. Nie była ładna. Nie była nawet idealna. Ona przekraczała te wszystkie pojęcia i jeśli do tej pory Luke wątpił w to, czy ma w życiu szczęście, to obecnie sprawa była jasna. Skoro miał niebawem zostać ponownie mężem istoty tak zjawiskowej, musiał mieć ewidentnie jakieś chody u tego u góry. Inaczej to wszystko nie byłoby możliwe.
    Z wrażenia był w stanie jedynie głupawo jej przytaknąć, kiedy zwróciła uwagę na to, że ludzie, którzy mają iść razem przez życie, powinni darzyć się ciepłymi uczuciami. Jego ciepłymi jednak nie można było nazwać – jego dosłownie wrzały, przekraczając wszelką skalę.
    — W-widzę… – wydukał później, choć był to nie lada wyczyn.
    Nie mógł jednak przy tym uwierzyć we własne szczęście, co poniekąd było małym absurdem. Najpierw bowiem bał się, że pani Chevalier nie pojawi się w urzędzie, a obecnie, kiedy stała niemal na wyciągnięcie ręki, zupełnie w tego nie przyjmował do wiadomości – bał się wręcz, że to tylko sen. Słuchał jej w związku z tym uważnie, bo jej słowa były niczym miód na jego serce – sprawiały, że powoli zaczynał wracać do siebie, mimo że jednocześnie nadal dosłownie się do niej ślinił. Trudno mu się było jednak dziwić: stojąc przed tak wspaniałą kobietą, każdemu odjęłoby rozum. Zwłaszcza komuś tak szaleńczo w niej zakochanemu jak Neuvic.
    Problem w tym, że przez to wszystko nie bardzo rozumiał, o czym mówiła – dotarło do niego jedynie to, że jej nie przeszło, co wywołało u niego westchnienie pełne zachwytu i ulgi. Reszta natomiast mocno go skonfundowała.
    — U mnie… u mnie… ale co u mnie? – Luke w tym momencie był w takim stanie, że pewnie nawet gdyby Annabelle rozpisała mu to wielkimi literami, to i tak miałby problem ze zrozumieniem, o co go pyta. Musiała więc minąć spora chwila, zanim przez jego zamglony z powodu jej zjawiskowego wyglądu umysł przedostały się stosowne informacje. Wówczas wytrzeszczył oczy. – T-ty… ty myślisz, że… że ja… – dukał, aby później roześmiać się nerwowo, pokręcić głową i uśmiechnąć się do niej szeroko i czule. – Mój Boże, Belle, przecież… przecież ja tu jestem już od dwóch godzin. Ja… ja… – Brakowało mu słów. – Ja już wkurzyłem Dolores, pytając ją ciągle, co jeśli nie przyjedziesz i… i milion razy sięgałem z podenerwowania po papierosy – wyznawał – ale nie zapaliłem! – dopowiedział szybko, niejako się chwaląc, bo jednak był to u niego wyczyn; nie chciał jednak śmierdzieć na własnym ślubie – i sprawdziłem po parę razy sale i urzędnika, i czy są kwiaty i czy samochód… – ciągnął. – Ja… ja nie spałem całą noc, czekając na ten moment, a teraz szalałem ze strachu, że się rozmyślisz i… – urwał, a potem rozłożył bezradnie ręce, czując jak szklą mu się oczy; było to jednak wzruszenie. – Cholera, jak miałbym się rozmyślić, skoro od dnia, w którym cię straciłem, marzę o tym, aby cię odzyskać? – Zapytał, bo choć wiedział, że to jest ślub z rozsądku i dla dobra ich dziecka, on swoich uczuć nie ukrywał. – A teraz jesteś tutaj. W żółtej sukience i z różami i… – Zasłonił na moment ręką usta. – Naprawdę tu jesteś? – Zapytał następnie, ledwo się trzymając z wrażenia, aby później zdecydowanym krokiem pokonać dzielącą ich odległość i drżącą od emocji, a nie ze strachu, ręką ująć jej dłoń. – Wyglądasz…. – Próbował ubrać w słowa to, co działo się w jego sercu, ale nie potrafił. – Wyglądasz… – Starał się jednak wytrwale. – Jesteś przepiękna… zjawiskowa… niezwykła. Jesteś… jesteś… – Przełknął głośno ślinę. – Jesteś wszystkim – dokończył i widać było jak na dłoni, że gdyby się nie pojawiła, on by tego nie przeżył.

    Bestia, której trochę brakuje słów z wrażenia... <3

    OdpowiedzUsuń
  63. [ Zgadzam się, że w bajkowym świecie mogliby się lubić. Pomoc ze strony Belle Jak najbardziej wskazana : ) Hahaha! Piratowa incepcja XD
    W każdym razie można rzeczywiście pomyśleć nad porwaniem przez innego pirata…
    Tak sobie myślę, efekt „wow”… Ciężka sprawa. W sumie to kiedyś miałam zaczęty wątek, ale oczywiście przerwany nawet nie w połowie, z motywem porwania właśnie. Jakieś zbiry porwałyby obydwoje naszych bohaterów i zamknęły w jednym miejscu. Tam mogłoby się odbyć całe to nieprzyjemne spotkanie, ale byliby zmuszeni współpracować żeby się wydostać i wykminić dlaczego w sumie ich uwięziono. Tylko właśnie wtedy nie wiem, dlaczego te zbiry by ich porwały. U Haka to teoretycznie nie jest wielki problem, bo on sobie wrogów w życiu sporo narobił, a Belle… No właśnie. Czemu porwaliby bibliotekarkę? Może masz jakiś pomysł?
    W każdym razie na tą chwilę tylko to mi przychodzi do głowy. Ewentualnie akcja równie tajemnicza i kłopotliwa, ale bez zbirów. Typu że budzą się na jakimś odludziu z dala od miasta i nie pamiętają poprzedniego dnia. Budzą się razem w małym pokoiku w jakimś hotelu czy czymś. No i wtedy znowu akcja ze spotkanie po latach i przymus współpracy by wrócić i ogarnąć, co się stało.
    Co myślisz o takich opcjach?
    Mi się tylko zdaje czy zniknęłaś z linków? 0.0]

    Hakuś

    OdpowiedzUsuń
  64. [Dziękuję za przemiłe powitanie!
    Chcę powiedzieć na wstępie trzy rzeczy:
    1. Wycofanie "Przygód Sindbada Żeglarza" z kanonu lektur to niekwestionowana szkoda dla edukacji. Bo potem dzieło znają tylko hipsterzy, fani Leśmiana i ci, co grali w inscenizacji.
    2. Wolę karmelowy smak kremu wedlowskiego.
    3. Bella była zawsze tą moją-najmojszą księżniczką. Więc piszmy wątek.
    Tak myślę, że do tej wizyty w księgarni (który to pomysł mi się podoba), możemy dodać odrobinę tła. Na przykład, że Belle została wcześniej uprzedzona, że o tej i o tej wpadnie ten dziwny ważny człowiek, który ma za złe, że go traktują jak ważnego człowieka. Ale i tak należy mu się specjalne traktowanie. Żeby to Sindbad został wzięty z zaskoczenia.
    Inna sprawa, że on jeszcze nie bardzo umie czytać od lewej.
    Mogę zacząć, chyba, że Ty chcesz czynić honory.]

    Shandar Bhandari

    OdpowiedzUsuń
  65. Takie drobne rzeczy jak to, że Belle była z niego dumna, bo zapanował nad swoim nałogiem, miały dla niego naprawdę olbrzymie znaczenie. I nie, nie były to słowa rzucane na wiatr, ot tak, aby sprawić ciemnowłosej przyjemność, tylko prawda – Luke szczerze bowiem karmił się takimi chwilami, odnajdując w nich siłę do dalszej walki o nich i ich rodzinę, którą przez własną głupotę rozwalił od środka. Uśmiech, który pojawił się na jego twarzy, był więc jednym z tych od ucha do ucha, a tylko poszerzył się, gdy przyznała, że i ona nie mogła spać. Jej piękny śmiech, który zaraz potem usłyszał, był zaś najwspanialszą nagrodą za to, że dzielnie radził sobie ze stresem bez papierosów i bez alkoholu – za to, że z całych swoich sił robił wszystko, aby odzyskać Annabelle.
    Nic więc dziwnego, że przez to wszystko zaparło mu dech na jej widok ani że dosłownie odjęło mu mowę, gdy próbował powiedzieć jej, jak pięknie wyglądała. Inną sprawą było to, że jej uroku i tego, jak niezwykła była, nie dało się tak po prostu opisać słowami. Niewątpliwie jednak stała przed nim obecnie jego Piękna – ta sama niezwykła dziewczyna, jego księżniczka, która niegdyś zdjęła z niego zły urok i pomogła naprawdę wielu ludziom odnaleźć szczęście. Ta, którą wszyscy kochali ta, którą to on kochał z całego serca – ta, dla której skoczyłby nawet w ogień.
    — Nie dziw się zakochanemu, że woli się upewnić… – szepnął z uwielbieniem, kiedy zapewniła go, że faktycznie przyszła tego dnia do urzędu i zostanie jego żoną; że się nie rozmyśliła, mimo że się tego tak mocno obawiał. Potem zaś pokręcił głową, wpatrując się w nią ciepło, lecz gest ten wykonując stanowczo. – Nie przestanę – odpowiedział jej z determinacją. – Nie mów tak – poprosił następnie, przełykając głośno ślinę w momencie, w którym pozwoliła mu dotknąć brzuszka. – Boże – westchnął wówczas i uśmiechnął się czule, nieco nieobecnie, bo w tym momencie myślami był wyłącznie przy ich maleństwie. Zamilkł więc, w pamięci mając jednak, że powinien odnieść się do jeszcze jednej kwestii wspomnianej przez Belle, lecz w tej chwili nie potrafił. Stać go było tylko na powolne osunięcie się na ziemię, aby położywszy obie dłonie na jej brzuszku, następnie ułożyć na nim również swoją głowę. W ten sposób przytknął do niego ucho, czując się jeszcze bliżej swojej pociechy i nagle jego serce wypełniła paląca potrzeba, aby tak było już zawsze. Gwałtownie poprosił Boga o to, aby pomógł mu i przekonał Annabelle do wspólnego mieszkania. I chociaż przez cały ten czas, zwiedziwszy tyle wolnych domów, nie wiedział, co ma robić, w tym momencie zobaczył obraz tego jednego, konkretnego, a wraz z nim wizję, jak biega z dzieckiem po ogrodzie, bawiąc się z nim, a Belle patrzy na nich z tarasu z delikatnym uśmiechem na twarzy. Już wiedział, dokąd ją niebawem zabierze. – Jesteś idealna – szepnął nagle, referując do jej rzekomej grubości. – Jesteś cholernie idealna i… i nie mów nigdy, że jest inaczej. To… – Przesunął dłońmi po jej brzuszku. – Cholera, maleńka. Nie masz pojęcia, jak to na mnie działa. Jak… jak wiele ciepła, jak wiele miłości… jak mnóstwo oddania u mnie wywołuje. Jak… jak bardzo za wami szaleję – wyznał cichutko, po czym uniósł głowę, aby na nią spojrzeć. – Potrzebuję was, Belle – dodał. – Potrzebuję was bardziej niż powietrza i w tym momencie… od tej pory to od was wszystko zależy. Żyję tylko dzięki wam. I dla was – powiedział cicho, ale w pełni szczerze.

    oczarowana Bestia, której marzenie się właśnie spełnia

    OdpowiedzUsuń
  66. — Nie chcę! – Zawołał prędko i radośnie, słysząc o możliwości uszczypnięcia go, ale oczywiście i tak tego nie uniknął; dla zachowania pozorów syknął więc z udawanego bólu i spojrzał na nią tak, jakby mocno go zasmuciła. Oczy go jednak zdradzały: był szczęśliwy.
    Tak naprawdę nie istniało więc chyba nic, co mogłoby zepsuć mu ten dzień i sprawić, że przestałby się cieszyć. Nic nie mogło go również odwieść od powitania jego dziecka i zapewnienia zarówno Belle, jak i ich latorośli, że kocha ich najmocniej na świecie. To bowiem była prawda i to czuł – to mu podpowiadało serce, które biło żywiej i mocniej, ilekroć w pobliżu pojawiała się miłość jego życia. Absolutnie więc nie planował jej pozwolić, aby mówiła o sobie, że wygląda grubo, skoro on za nią szalał i dosłownie zabiłby za możliwość przyglądania jej się każdego dnia: każdego ranka, południa, popołudnia i wieczora. To było kolejne z jego małych-wielkich marzeń i zamierzał zrobić wszystko, aby doprowadzić do jego spełnienia. Póki co jednak rozkoszował się tym, że go dotykała, że z nim żartowała i że patrzyła na niego, jak na swojego partnera, a nie na oprawcę. Musiał jednak przyznać, że przeżył mały zawał w chwili, w której sapnęła dziwnie – mocno go tym bowiem wystraszyła i przejął się, że zrobił coś źle. Tymczasem po prostu będąc razem zapomnieli o czasie, który wciąż płynął.
    — Cholera by to wzięła – wyburczał, niby to niezadowolony. – Nawet własną żoną człowiekowi nie dadzą się pozachwycać, bo już goni czas! – Pomstował, ale złożywszy ostatni pocałunek i szepnąwszy: – Nie martw się, maluszku, wrócimy do tej rozmowy! – wstał, uśmiechając się do swojej pięknej narzeczonej i podał jej szarmancko ramię, patrząc na nią z miłością i uwielbieniem, których nie zamierzał już nigdy ukrywać, choćby nie wiadomo co się działo. – Można więc prosić? – Zapytał przy tym łagodnie i czule, aby później poprowadzić ją do sąsiedniej sali: tej, w której ich najbliżsi już na nich czekali. Co prawda, zdecydowanie więcej osób towarzyszyło Annabelle, ale nie było to specjalnym zaskoczeniem: Bestia i tak był wdzięczny za to, że miał dwoje wspaniałych przyjaciół, którzy z nim wytrzymywali, nawet jeśli Dolores puszyła się obecnie i patrzyła na niego z miną a nie mówiłam?, jako że od dawna robiła wszystko, aby się zeszli. Cóż, miała rację, ale on tego jej przyznać nie zamierzał. – Tylko my, Belle – szepnął, wprowadzając ją do sali. – Tylko my, maleńka – dodał, w głębi serca czując niebywałą ekscytację na myśl o tym, że ponownie zostanie jego żoną: tym razem zamierzał zadbać o to, aby stan ten utrzymał się już na zawsze, nawet jeśli nie był to jeszcze ślub kościelny. Był to jednak wspaniały początek, dający mu możliwość wykazania się zmianami. – Wszystko w porządku? – Zerknął na nią jeszcze z czułością, gdy przemaszerowali przez wystrojoną specjalnie zamówionymi przez niego czerwonymi różami salę, obdarowani masą uśmiechów i westchnień ze strony swoich gości, a potem stanęli przed urzędnikiem, który powitał ich z radością. Mieli jednak jeszcze kilka sekund dla siebie, nim ten uporządkował dokumenty. – Na pewno, moja piękna? – Zapytał łagodnie, dotykając czułym gestem jej policzka. On przepełniony był masą emocji, więc przypuszczał, że i jej nie jest wcale łatwo. To, co się w nim kumulowało, było jednak w pełni powodowane radością.

    Luke, który chce, żeby było idealnie dla niej i jego autorka, która postanowiła z tej okazji przypomnieć, że z niego jest cholernie dobra partia <3

    OdpowiedzUsuń
  67. Nawet nie przypuszczał, jak mocno się denerwuje i martwi tym, czy Belle na pewno nie zmieniła zdania i czy nic nie dzieje się dla niej za szybko, dopóki mu nie odpowiedziała. Aż zamarł z wrażenia, wpatrując się w nią z niekłamanym i absolutnie nieudawanym zachwytem, aby koniec końców posłać jej najszczerszy uśmiech, jaki potrafił.
    — W takim razie zróbmy to – odszepnął jej przy tym, żałując że nie może ona poczuć tej samej radości, z którą mierzył się on, gdy wypowiedziała do niego owe magiczne słowa. Jego serce dosłownie zapłonęło wówczas z miłości.
    Ta zaś towarzyszyła mu już bez przerwy, nieustannie przybierając na swojej sile, bo w miarę jak rozpoczęła się ceremonia, poczuł, że wszystko – każdy jeden zagubiony element układanki, którego mu dotychczas brakowało – wraca na swoje miejsce. Zniknął gdzieś strach, przepadła również panika i niepokój, zaginęły wszelkie wątpliwości oraz obawy czy podoła złożonym obietnicom. Niby nie działo się nic szczególnego – niby to była jedynie czysta formalność, bo przecież Belle i on należeli do siebie już od dawna, więc to, że wcześniej wyrwało mu się żona, gdy do niej mówił, wynikało również z tego, że dla niego zawsze miała być jego drugą połową. Choć jednak przeżyli to już kiedyś wcześniej, kompletnie go to oszołomiło i wręcz powaliło na kolana do tego stopnia, że i on nie byłby w stanie opowiedzieć o tym, co się działo. Owszem, zdawał sobie sprawę z tego, że stoją we dwoje przed urzędnikiem, który z uśmiechem przeprowadził ich przez formalności i był pewien, że złożyli sobie przysięgę, podczas której drżał mu z wrażenia głos, a nawet wiedział, że na twarzy jego ukochanej cały czas igrał uśmiech, ale to wszystko docierało do niego z opóźnieniem. Miał wręcz wrażenie, że unosił się w jakiejś bańce, której nic ani nikt nie było w stanie ruszyć. Spłynęła przecież na niego najpiękniejsza z możliwych łaska, dzięki której Annabelle Chevalier znów należała w pełni do niego.
    Ledwo więc powstrzymał odruch porwania jej w objęcia i zabrania gdzieś daleko od całego świata. Wiedział jednak, że dla niej ważny jest czas spędzony z najbliższymi, więc okiełznał tę potrzebę i postąpił tak, jak należało: zabrał ją do domu jej babci, w którym miało odbyć się wesele.
    — Tego dnia nic nie zepsuje, Belle – zapewniał ją w związku z tym już kilkanaście minut później, spoglądając na nią z miłością i nie żartując: absolutnie nie wierzył, że cokolwiek mogło pójść nie tak i szczerze mówiąc, nawet gdyby miał jeść ciasto z zakalcem, to i tak byłby najszczęśliwszy na świecie. – A sos stoi tam, kochanie – podpowiedział jej, wskazując odpowiednią półkę i nawet nie przypuszczając, jakie wzbudzi to emocje. Absolutnie bowiem nie przewidział, że tym samym uruchomi machinę, przez którą Annabelle uświadomi sobie, co stoi na cieście, a zaraz potem wpadnie w panikę, którą trudno było jakkolwiek racjonalnie wytłumaczyć. Poczuł, że nie może tak tego zostawić. – Miałaby pani coś przeciwko temu, żebym ją na moment porwał? – Zapytał więc Lile, mając nadzieję, że jego spojrzenie było na tyle wymowne, aby pojęła, że pragnie uspokoić żonę, po czym odstawiwszy miskę, którą mu wcisnęła i pociągnął ją na korytarz, aby choć na trochę odciągnąć ją od przygotowań. Ujął wówczas jej twarz w swoje dłonie i spojrzał na nią ciepło. – Hej, co się dzieje? – Potarł kciukami po jej policzkach, zwracając się do niej czule. – Belle, kochanie, dlaczego się tak denerwujesz? Przecież wszystko – podkreślił – udało się idealnie – zauważył, ogromnie doceniając niespodziankę, jaką dla niego miała. – Należę do ciebie, a ty do mnie – ciągnął – i już samo to sprawia, że ten dzień nie może być lepszy. My natomiast mamy do tego wielką lodówkę wypełnioną żarciem – uśmiechnął się lekko. – Co się dzieje? – Ponowił.

    kochająca Bestia, która mocno się uśmiecha, bo to jest super dzień

    OdpowiedzUsuń
  68. Był tylko facetem. Tylko. Prostym, nieskomplikowanym w obsłudze, potrzebującym do szczęścia zaledwie kilku rzeczy, w tym kontaktu z Belle i raczej patrzącym trzeźwo na świat, niż mającym przesadne skłonności do dramatyzowania. Owszem, zdarzało mu się popadać w okropne stany – takie jak te, które doprowadziły do rozłamu w ich małżeństwie i przez które się rozstali; to jednak było spowodowane żałobą, przez którą żaden rodzic nie powinien przechodzić – ale tak generalnie, to nie było z nim większych problemów. Coś takiego, jak strach, że wesele nie wyjdzie idealnie, bo nigdy wcześniej go nie przygotowywali – pomijając to, że nie powinni musieć, co nadal było jego winą: to on sprawił, że ta uroczystość stała się koniecznością – w ogóle mu więc nie przyszło do głowy i to nie dlatego, że go to nie obchodziło, bo wręcz przeciwnie: ten dzień miał dla niego ogromne znaczenie. Luke po prostu myślał nieco innymi kategoriami i dla niego tym, co go stresowało najmocniej, było nie to, czy innym się spodoba, lecz to, czy oni są szczęśliwi i czy Belle – co jednak szczęśliwie mieli już za sobą – nie postanowiła zmienić zdania.
    Siłą rzeczy, w pierwszej chwili poczuł się naprawdę oszołomiony wybuchem ukochanej i tym, co mu przekazała: jej uniesieniem, a potem – chyba nawet w jeszcze większym stopniu – jej śmiechem, którego już kompletnie się nie spodziewał. Odruchowo się jednak odezwał.
    — Nie masz mnie za co przepraszać – zapewnił i mówił to całkowicie szczerze; nic się przecież nie stało, a jedynie go trochę zaskoczyła. – Wiem… – przyznał następnie z delikatnym uśmiechem, przyglądając się jej ciągłym zmianom emocji z odrobiną oczarowania i strachu jednocześnie, bo nie był pewien, co nadejdzie jako następne. – Widzę, że przeżywasz, maleńka – westchnął, nie przestając patrzeć na nią z olbrzymim uczuciem, którego napływ spotęgowało to, że ujęła jego przeguby. – Nie mamy? – Nie do końca jednak pojmował wszystko, co mówiła i chyba było to po nim widać, bo mimo że bardzo się starał, ogarnięcie tego całego tematu nie szło mu najlepiej. Pokręcił jednak głową, dając do zrozumienia, że nieważne; że nie pytał, bo woli się skupić na czymś innym. – Kochanie, ale… – zaczął, lecz jej mina powaliła go na łopatki. – Belle, moja piękna, oczywiście, że ten obiad jest ważny – przytaknął jej więc, kompletnie przez nią oczarowany; w tej chwili po raz kolejny uświadomił sobie, że zrobiłby dla niej absolutnie wszystko. – Jest bardzo, ale to bardzo – podkreślił – ważny, bo jednoczy naszych bliskich, tak jak ślub zjednoczył, całe szczęście! – wtrącił i mówił poważnie – nas, ale – zawiesił na moment głos, żeby podkreślić, że to, co chce powiedzieć, jest nie mniej ważne – zapewniam cię, moja śliczna żono – wymruczał to z lubością, uwielbiając brzmienie tego określenia – ze dla nich ważniejsze jest to, aby spędzić ten czas z nami, celebrując te chwile, niż to, czy na stole będą dwa rodzaje mięsa, czy może osiem – zaznaczył łagodnie. – Tak – kontynuował spokojnie – przygotowywałyście to same z Lile, ale to nie czyni tego jedzenia gorszym, a wręcz przeciwnie. Przygotowywałyście je z miłością, z zaangażowaniem. Robiłyście to we dwie: ty i twoja babcia, a to czyni je o wiele bardziej wartościowymi, wiesz? – Zauważył. – Przede wszystkim jednak… Belle, dla mnie – postanowił jeszcze dodać – to jak się uda obiad i co na nim będzie, nie jest tak ważne jak to, że cię po tylu latach, po tylu próbach i po tylu głupotach, jakie zrobiłem, odzyskałem. To, że na twoim placu lśni pierścionek ode mnie i to, że ja się wreszcie – ponownie w jego głosie słychać było szczerość, a nawet ulgę – mogę chwalić swoim. To, że dałaś mi szansę. Jeśli więc pytasz mnie… – podsumował, patrząc jej głęboko w oczy – to dla mnie już teraz jest idealnie. A może być tylko lepiej, wiesz? – Uśmiechnął się, a potem ujął jej dłoń. – Obiecaj mi, że nie będziesz się już martwić, tylko cieszyć tym, co mamy – poprosił.

    Bestia, która osiągnęła pełnię szczęścia

    OdpowiedzUsuń
  69. [Heeeej! Czy Piękna chciałaby wątek z Frostem? Może mógłby jakoś umilić jej siedzenie w księgarni i rozbawiać? Możemy pomyśleć nad wątkiem, jeśli masz chęci~!]


    Jack Frost

    OdpowiedzUsuń
  70. — Nie masz mi za co dziękować, Belle – odpowiedział jej czule, mając wrażenie, że sam podniósł się o milion metrów do góry w związku z jej tonem głosu i spojrzeniem. – Znam – potwierdził więc następnie z lubością – ale to nie zmienia faktu, że pieczeń też jest nasza. Warto się nią cieszyć, wiesz? – Wyszczerzył się, jeszcze raz ją przytulając, nim z westchnieniem przyznał jej rację: musieli iść, choć tak szczerze mówiąc, to najchętniej odwołałby całe to wesele.
    Najważniejszym było jednak, że udało mu się ją opanować i że już wkrótce potem siedzieli przy wspólnym stole, a on mógł objąć jej krzesło ramieniem, delektując się myślą, że znów jest jego. Nie jako rzecz czy własność, ale jako jego partnerka, przyjaciółka i kobieta – jako ktoś, u kogo boku on spędzi resztę życia. Oczywiście, jednocześnie się okazało, że miał rację i potrawy, które Belle z Lile przygotowały na tę okazję, były wręcz wyśmienite i wszystkim smakowały, Luke’a napełniając dumą.
    Niestety, jego radość nie trwała długo, bowiem nagle Christian postanowił ukraść mu żonę, a on sam ni stąd ni zowąd odkrył, że stoi w oknie i ich pilnuje.
    Nie był typem faceta, który wszystko musi desperacko wręcz kontrolować. Nigdy nie miał odruchu śledzenia Annabelle na każdym kroku, tak jak i nie starał się panować nad każdą jej decyzją. Owszem, przez ostatnie tygodnie szczególnie jej pilnował, ale to wynikało z jego strachu o nią – nie zamierzał jej niczego narzucać ani niczego też od niej żądać. Po prostu starał się być obok, gdyby tylko tego potrzebowała i jasne, czasami przesadzał, ale bywało również, że jego pomoc okazywała się wręcz niezbędna. Tym jednak razem coś wręcz pchało go do firanki, przez którą mógł widzieć to, co działo się w ogródku. Nie umiałby tego wyjaśnić: to była jakaś tajemnicza siła, niemożliwa do wytłumaczenia w żaden logiczny sposób. Po prostu czuł w trzewiach, że coś jest nie tak.
    Och, jakże by chciał się pomylić…
    W jednej chwili bowiem wszystko było w porządku i Belle tylko rozmawiała z Andersenem, on zaś dawał z siebie kpić Dolores – w drugiej zaś obudziła się w nim bestia. Z wściekłym warkotem rzucił się przed siebie, odpychając wszystkich i wyskoczył do ogrodu w takim tempie, że to, co zaczął przyjaciel jego żony – co było chyba najbardziej w tym absurdalne – nawet nie zdążyło się jeszcze skończyć.
    — SPIERDALAJ OD NIEJ! – Zawył, odpychając go i rzucając przez ogródek; nie panował ani nad swoją siłą, ani nad emocjami, ani tak naprawdę nad niczym. Po prostu wariował, nie mogąc się uwolnić od widoku, którego dopiero co doświadczył, a który powrócił do niego z tym większą mocą, gdy jego wzrok padł na ukochaną, co do której bezpieczeństwa chciał się upewnić, a której wargi były napuchnięte od pocałunków. Od tego, co powinno było w pełni należeć wyłącznie do niego, a co ktoś inny mu bestialsko ukradł w dniu jego ślubu. – Ty sukinsynu! – Z nową furią odwrócił się do zbierającego się z ziemi mężczyzny. – JAK ŚMIAŁEŚ?! – Doskoczył do niego i w tym momencie faktycznie przypominał Bestię: poruszał się zwinniej i szybciej niż zwykle. Jego twarz była jednak twarzą człowieka, którego serce pękło. – JAK ŚMIESZ DOTYKAĆ MOJEJ ŻONY?! – Wrzeszczał, chwytając go za kołnierz jego koszuli i podrywając do góry. – JAK ŚMIESZ JĄ CAŁOWAĆ?! – Przemawiała przez niego i wściekłość, i wielki ból. – Zabiję cię, skurwysynie, zabiję, słyszysz?! – Chociaż groził, jego głos się załamywał: to wynikało wyłącznie z tego, że widok Belle w ramionach innego dosłownie go złamał. Wcale jednak nie żartował: w tym momencie nie było w nim ani krztyny zdrowego rozsądku. Stawał w obronie swojej kobiety i absolutnie mu nie przeszkadzało, że z nosa jego przeciwnika polała się krew.

    pan Neuvic na skraju wytrzymałości

    OdpowiedzUsuń

Szablon wykonała Night Tear. Źródło: WallPaper. Obsługiwane przez usługę Blogger.