poniedziałek, 1 stycznia 1990

Pomyliłeś niebo z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu.

Strzeżcie się rozczarowań, bo pozory mylą.
Takimi, jakimi wydają się być, rzeczy są rzadko. 
A kobiety nigdy.
bruxanowa pielęgniarka ♦ w Fabletown od ok. miesiąca 
wiecznie chłodna skóra • heterochromia • śpiewny głos
emerytowany krwiopijca • przeszłość pełna dziwactw 
nocne spacery • miłość do księżyca • dobra dusza 
słabość do ptaków • nauka bycia człowiekiem?
cisza • wszędzie i nigdzie • niewinna i urocza
pozory mylą! •  obłąkana psychopatka 
brak strachu brak sercabrak duszy
telepatiapolimorfia w nietoperza
 nieznane miejsce pochodzenia
 kocha się przytulać
Kiedyś...
Stoję w wodzie.  Uśmiecham się, podnoszę wzrok. Zsuwam kaptur, a rude włosy łopoczą na wietrze. Kraniec granatowej peleryny przechodzi wilgocią, czyniąc ją ciężką. Zbyt ciężką. Uśmiecham się i patrzę. 
Rozwiązuje ją i zsuwam. Kuszę. Widzę obłęd w Twoich oczach, nienaturalnie rozszerzone źrenice. Widzę jak patrzysz na światło, błądzące po mojej nagiej talii. Widzę jak chłoniesz  wzrokiem każdy cal mojego ciała. Widzę jak Twój wzrok powoli zatrzymuje się na biodrach, zawisa na talii, zachłannie otacza piersi. Widzę jak wciąż patrzysz, wędrując wyżej i wyżej. Widzę jak pożerasz wzrokiem usta, które przygryzam i lekko rozchylam, ukazując ostre kły.
Widzę jak przerażony jesteś, gdy spomiędzy warg wydobywa się syk. Widzę jak oczy zachodzą Ci mgłą, a twarz wykrzywia grymas strachu. Widzę jak nieudolnie rzucasz się do ucieczki. Ale ja jestem szybsza. Jestem silniejsza. Czuję jak wiotczejesz  i nawet twa śmieszna kuśka opada, gdy wysysam z Ciebie krew. Skóra. Twoja skóra. Biała jak śnieg, zimna jak lód. Oczy. Lodowate. Martwe... 
Jestem bestią.
Potworem, krwiopijcą... 
Krwiopijcą?
A ty jesteś...
Ofiarą.
Moją ofiarą.
Moją ofiarę?
Dziś...
Uśmiecham się. Wspinam. Spoglądam przez okno. Układam wygodnie, przerzucając jedną nogę. Siedzę okrakiem na parapecie. Opieram się o ścianę, Wyciągam i zamykam oczy. Myślę. Myślę o nicości, która majaczy mi, gdy nie widzę. Podnoszę powieki. Obserwuję. Obserwuję ten gwar i szmer, te zatłoczone ulice, nieznajome twarze, pędzących ludzi?. Unoszę kubek.  Siorbię łyk i znów opuszczam wzrok. Znów patrzę. Obserwuję. Myślę i rozważam. Zatapiam się w nicości, bezsensie, pustce. Nie widzę szkarłatu. Nie widzę czerwieni, której moje wargi oczekują. Nie czuję słodkiego smaku, rozlewającego się po moim gardle. Nie czuję drażniącego zapachu, ostro dającego po nozdrzach. Wzdycham. Milczę. Rozchylam usta. Kręcę głową. Odkładam kubek i obserwuję. Podnoszę wzrok. Niebo. Tylko niebo się nie zmieniło. Tylko niebo jest wciąż takie samo, wciąż rozgwieżdżone, wciąż niezbadane, odległe i nieosiągalne. Wciąż magiczne, nieobdarte z tajemnicy. Nieobdarte z...
Nie jestem bestią. 
Potworem, krwiopijcą...
Nie jestem?
Nie ja.
Ja nie piję krwi.
Nie piję.
Nie piję?

powiązaniahistoriainne 

.....................
Wizerunek to...
Postać wygenerowana komputerowo dla potrzeb trailera do Wiedźmina! Bang.
Cytaty z książek Sapkowskiego.
To moja druga postać. Bigby czuwa i pilnuje.
Postać jest obłąkana psychicznie i nie biorę odpowiedzialności za ewentualnie urazy.
Nie ma nic do ukrycia. 
W razie pytań/problemów/czegokolwiek można mnie znaleźć pod GG: 42563894.

29 komentarzy:

  1. [Witam cię po raz drugi. Nie wiem, czy chcę mieć z Tobą wątek, bo obawiam się o swoje życie...czy też życie i zdrowie Lucka, albo Willa.
    Jeśli jednak nie mam sie czego obawiać... to może masz ochotę na jakiś wątek?
    Karty nie chwalę, bo chyba już chwaliłem...weny ci nie będę życzył, bo chyba masz jej jakiś nadmiar...ale życzę ci sporo czasu aby spokojnie ogarnąć dwie postaci :)]

    Lucek
    Will

    OdpowiedzUsuń
  2. [ Hej, Klucho. :D W końcu ta obiecana zła Pani. Spodziewałem się, że jednak dasz jej wiesz jaki zawód, szczególnie po akcji z Luckiem... XD
    No ale cóż, karta fajna, postać super ruchable, jeśli masz ochotę na jakiś wątek to małpa czeka. :D ]

    Terrence & Matthew

    OdpowiedzUsuń
  3. [ Jak dla mnie gra i buczy, mogłaby się nawet relaksować po odcięciu kuśki Lucka. XD No, powiedziałaby mu, potem mogliby iść na kawę, wódkę, seks, cokolwiek. XD ]

    Burton & Collins

    OdpowiedzUsuń
  4. [Powodzenia z drugą postacią szeryfie! :D]

    Amara

    OdpowiedzUsuń
  5. [Okej...nie żebym nie miał jakichkolwiek wątpliwości...
    Oj tam raz dziennie...raz dziennie to wtedy kiedy jest chory, norma to dwa razy, rano i wieczorem xD. I fakt może go łatać, możemy zrobić z nich bff.
    Jak dla mnie to możemy nawet zrobić taką ładną akcję, że jakiegoś ludzika Lucek napada, zabiera jego dusze pod pachę i zostawia truchło na pastwę Leslie (ale to może później). Chyba zrobimy zaczęcie w tym szpitalu, jak to Lucek po ostrej napierdalance wyląduje na równie ostrym dyżurze (już widzę ich miny, że pacjent krwawi wódką). I chyba na mnie spocznie zaczęcie, prawda?]

    Lucek

    OdpowiedzUsuń
  6. Zapowiadało się na spokojny wieczór w szpitalu. Nic nie zwiastowało, że stanie się coś ponad normę. Żaden wypadek drogowy, żaden mecz wrogich klubów, żaden atak terrorystyczny. Spokój i istna sielanka panowały w szpitalu. Pewnie cały personel miał w pogotowiu widły i pochodnie, gdyby ktokolwiek zechciał naruszyć ten spokój. To przecież istne bestialstwo ze strony takiej osoby. No może, gdyby to była ofiara wypadku, czy ataku terrorystycznego, to pewnie nie nadzialiby go na pal, ani nie spalili na stosie. Jednak zapewne głupoty nie należy pochwalać, ani tym bardziej dopingować. Chociaż na tym świecie, po tym globie chadzają wyjątki. Wyjątki tak wyjątkowe, przez swoją wyjątkowość, że są tak wyjątkowe, że powinny mieć osobną klasyfikację gatunkową, oraz dodatkowy status na facebooku głoszący „Jestem wyjątkowym wyjątkiem, stworzonym z wyjątkowej wyjątkowości”, czy coś w tym właśnie stylu.
    Do takich właśnie stworzeń bez wątpienia zaliczał się Lucyfer. Istota posiadający ponadprzeciętny próg bólu, odporność na alkohol niejednokrotnie przewyższającą normy Słowian – bogów szlachetnej dyscypliny sportowej zwanej wudżistsu, polegającej na wypiciu całej flaszki Finlandii z sylwestra i napierdzielaniu się…chociaż niekoniecznie musi to być Finlandia….i nie koniecznie alkohol z sylwestra. A także mistrzów wychodzenia cało z większości opresji i wypadków. Pan diabeł Lucyfer Boruta zawstydził wszystkich przedstawicieli pochodzących z plemion słowiańskich. Oczywiście czyni to w pięknym – jak na jego gust – stylu, powodując u tych ludzi tak zwany „żalodupościsk”. Jednak co oni mogą na to poradzić? A no niestety nic. Mogą tylko podziwiać z piekła progu poczynania Lucyfera. Mogą też zasiąść przy jakimś telebimie, gdzie zamiast meczu niepokonanej reprezentacji Polski, emitowane będą poczynania diabła, którego wszyscy Lucjanem bądź Luckiem nazywają.
    Podszedł więc nieco zataczający się diabeł do recepcji, aby dokonać rejestracji. W końcu biurokracja to jeden ze szpitalnych atrybutów. Prawdopodobnie lekarze myślą, że potencjalny pacjent zejdzie im w poczekalni, albo podczas oczekiwania na badania, które mają być przeprowadzone w najbliższym millenium. No chyba, że wybierze opcje „leczenie prywatne”, to wtedy ma badanie przeprowadzone od strzała i czuje przy okazji jakąś ulgę… niestety nie jest to ulga na sercu spowodowana tym, że okazało się, że jest zdrowy, ani też nie jest to ulga w podatkach. Ulga portfelowa, w końcu portfel staje się lżejszy o trzy stówki, w końcu noszenie takich ciężarów nie jest zdrowe dla kręgosłupa.
    — Dzień dobry wieczór pani…bo mnie pobili – powiedział spokojnym tonem Lucyfer. Może o tyle dobrze dla tych, którzy tak go urządzili….może dobrze, że Lucyfer po wczorajszym i nie kontaktował. Pewnie gdyby był pijany, albo trzeźwy to nie byłoby co po nich zbierać. A tak to skończyło się tylko na tym, że pewnie leżą w tamtym zaułku i boją się poruszyć, żeby przypadkiem nie uszkodzić się bardziej. – I chciałbym… - pewnie powiedziałby „chciałbym żeby jakiś lekarz mnie obejrzał”, jednak nie było mu to dane ponieważ osunął się na podłogę i tam zemdlał. W końcu tutaj w recepcji mógł, jakąś pomoc może mu dostarczą. Może chociaż ocucą go? Albo zabiorą na salę segregacji, czy coś w tym stylu?
    Lucyferowi było tak właściwie wszystko jedno. Znając jego to pewnie obudziłby się w trakcie operacji i powiedział lekarzom, że jest głodny. Albo obudziłby się na Sali segregacji, podczas zakładania opatrunków albo rutynowych badań i powiedział, że całkiem przyjemnie tutaj mają, że może częściej zacznie wpadać w odwiedziny na salę segregacji. Chyba by go zabili…

    [Przepraszam, za to coś u góry. Chyba nie potrafię w zaczęcia]

    Lucek

    OdpowiedzUsuń
  7. [ Eeej, dobre by to było. :D I on by miał taki lekki midnfuck, bo ogólnie uważa Baśniowców za dziwnych, ale nie aż tak. ]

    Matthew

    OdpowiedzUsuń
  8. [Właśnie sobie uświadomiłam, że nie przyszłam Ci tradycyjnie posłodzić. A taka piękna pielęgniareczka... ;) Jak mówiłam Sapkowskiego nigdy dość! A kartę podglądałam i jest przepiękna, jak zresztą sama Leslie. Uwielbiam takie nietypowe postacie, więc dołączam do grona zachwytów nad bruxą. :)
    Życzę powodzenia z drugą postacią i równie dużo frajdy, weny i wątków, co u Bigbiego. No i w sumie niby coś tam zaczęliśmy myśleć przy Bigbim, ale możemy pomyśleć też nad czymś z Leslie, zobaczymy gdzie lepszy pomysł wpadnie.]

    - Kochająca Administracja
    (& Hagen Alder)

    OdpowiedzUsuń
  9. [ Tydzień powinien wystarczyć. :D Ale uprzedzam, że w zaczynaniu nie jestem najlepszy, dlatego przepraszam, jeśli będzie krótsze niż Twoje typowe odpisy. :D ]

    Małpa

    OdpowiedzUsuń
  10. Obudził się najprawdopodobniej po całym zabiegu. Właściwie było to więcej niż pewne, normalnie nie miał na sobie żadnych opatrunków, a przynajmniej przed przyjściem do szpitala nie posiadał takowych. Pierwsze co czynił, to powolne wstanie, albo też przemieszczenie się do pozycji siedzącej. Przecież nie będzie tak leżał, kiedy „nic” mu nie jest!
    Uśmiechnął się pod nosem, słysząc ten głos. Był taki…inny. Przynajmniej on nie przypuszczałby, że ktoś o takim na swój sposób melodyjnym głosie, pracowała w takim miejscu. Było to dla niego po prostu chore. Mogłaby przecież robić karierę w aktorstwie, albo innej gałęzi show-biznesu.
    Nie spodziewał się tego, że pielęgniarka podejdzie do niego i każe mu jednak leżeć. Nie spodziewał się też tego, że pchnie go po prostu na łóżko. Chyba była nowa…ale zupełnie nowa w tym szpitalu. Przecież nie pierwszy i nie ostatni raz tutaj wylądował i jak przy pierwszych dwóch razach kazali mu leżeć tak za każdym następnym razem go po prostu olewali. A ona? Ona tak po prostu kazała mu leżeć i nie wnosiła sprzeciwu. Spojrzał na nią z nieco uniesioną brwią. Była dziwna…jeśli on był dziwny, to ona zdecydowanie biła go swoją oryginalnością na głowę.
    — Zależy czyich. Bo pewnie wampir-alkoholik się na taką połasi – puścił do niej oczko. – Poza tym mnie bardzo ciężko jest zabić, uwierz mi. Prościej mnie o…poharatać, ale z zabiciem mnie to już wyższa szkoła jazdy – powiedział pół żartem pół serio.
    Jednak nie wstawał. Poczeka aż sobie pójdzie i wtedy wstanie, wyjdzie z Sali, wypisze się na własne żądanie i podziękuje za połatanie go…a nie chwila moment. Nie będzie dziękować, bo to był ich obowiązek. To tak jakby podziękował pilotowi za lot z punktu A do punktu B. Może gdyby był jedynym pasażerem Boeinga 747 to wtedy wypadałoby, ale jeśli normalnie wykupiłby bilet wraz z setką innych pasażerów to nie dziękowałby, bo zapłacił za to i tak dalej…
    — Jesteś tutaj nowa? – zapytał. Nieco się obrócił tylko tak, żeby mieć pielęgniarkę w polu widzenia. Zawsze tak było, że musiał widzieć swojego rozmówcę. Jednak rozmówca nie musiał koniecznie jego widzieć.
    Uśmiechnął się na ten swój diabelski, nieco szyderczy sposób. Ale nie należało się temu dziwić, w końcu to Lucyfer. On zawsze się tak uśmiechał. Na pół szyderczo, na pół wyzywająco. To nic nowego w jego wykonaniu i każdy, kto obcował z nim dłużej miał to na uwadze i przyzwyczajał się do czegoś takiego.
    — Zastanawiam się nad jednym. Co wampir robi tutaj w szpitalu? Liczy na łatwy łup wśród baśniowców, czy po prostu taki kaprys? – mówić mu nie zakazała. Miał leżeć, to leżał. Nie naginał żadnych zasad. A porozmawiać może, najwyżej powie, że kiedy rozmawia z kimś ma lepsze samopoczucie, albo wymyśli coś innego. Chociaż czy zadnie kilku krótkich pytań można nazwać gadulstwem?

    Lucek

    OdpowiedzUsuń
  11. Uśmiechnął się słabo. Kim trzeba było być żeby stwierdzić, że mówi więcej niż kobiety? Jak żył… jeszcze żadnej, ale to żadnej przedstawicielki płci pięknej nie udało mu się przegadać. Nie powiedział nawet w połowie tyle co przeciętna kobieta. Chociaż być może dlatego dostał pracę w telewizji? Bo potrafi mówić sporo i nie koniecznie z sensem. Pewnie zrobiłby też karierę w polityce. Ale to może nie w tym dziesięcioleciu. Może później, za jakiś czas kiedy już naprawdę będzie mu się nudzić.
    Musiał przyznać, że w pielęgniarce było coś co pozwalało na pewien sposób czuć się bezpiecznie. Przynajmniej jeśli było się kimś „spoza” i do momentu w którym nie odezwała się. Wtedy było okej, pewnie wielu mężczyzn potraktowałoby ją jako łatwy łup. On, może i też, ale chyba nie chciał za bardzo zbliżać się do niej. Jeszcze nie był pewny w stu procentach z kim dokładnie…czy też raczej z czym ma do czynienia. Wystarczyłoby mu może nawet jakieś… osiemdziesiąt procent. Ale wolałby mieć większą pewność, niż mniejszą. Chyba każdy tak by wolał.
    — Wiesz nie spodziewałem się tego…ale to ma sens – przybrał zamyślony wyraz twarzy. W końcu tak to wyglądało, robił z siebie jakiegoś idiotę. W końcu idiota nie stanowi żadnego zagrożenia. Poza tym lubi takie różne głupie teksty, zazwyczaj śmieszą też kogoś, kto ma poczucie humoru…o ile słowa nie są skierowane do niego.
    Spojrzał na nią. No to zagadka się wyjaśniła. W końcu wie z kim ma przyjemność. Chyba w takich chwilach mógł mówić o szczęściu, że nie posiada krwi. A gdyby za dużo stracił swojej „krwi” to należało podać mu wódki. Stan natychmiast by się poprawił a i samopoczucie byłoby lepsze. Lekarze nie musieliby kłamać, że ten alkohol co trzymają to tylko do dekoracji, czy też nie musieliby kłamać, że piją podczas dyżuru, bo powiedzą, że sprawdzali krew dla pacjenta. Same pozytywy i Lucyfer szczęśliwy i lekarz też.
    — Wiesz, nie zauważyłem. Jak dla mnie to wyglądasz jak taki mężczyzna, tylko z długimi włosami, bez zarostu i z delikatniejszymi rysami twarzy – powiedział ironicznie. Może był inny, ale nie ślepy i kobietę od mężczyzny spokojnie odróżniał.
    — To mnie zaciekawiłaś. Powiedz mi dlaczego nie pijesz krwi. Kaprys, czy coś innego? – chyba dostanie jakiegoś głupiego oczopląsu jak będzie za nią tak wodził wzrokiem. Chociaż nie spoglądał na nią z jakimkolwiek pożądaniem, ani z obawą o soje życie. Może był obolały i tak dalej, ale chyba nie zaatakowałaby go? Przecież nie miał krwi…nic jej nie zrobił. – A tak właściwie to dlaczego mam leżeć? Nie czuję się tak źle, dam radę normalnie funkcjonować, poza tym wątpię, żebyś chciała „niańczyć poharatanego księcia piekieł”. Więc, może zamkniesz oczy, ja wstanę, pójdę poprosić o wypis i zapomnimy o tym wszystkim? – była niewielka szansa, że to się powiedzie. I szczerze mówiąc Lucek miał nadzieję, że bruxa pójdzie na taki układ.

    Lucek

    OdpowiedzUsuń
  12. Może miała nieco racji. Fakt, bali się go, ale mieli szansę, chociaż nie zawsze im takową dawał, jednak czynił to pewnie zbyt często. Obrosło to tak właściwie niemalże mitem. Może niektórzy politycy podpisali z nim pakt, może niektórzy byli przywódcy też. Ale zwykłe szare myszy narodu też podpisywały. I właściwie cyrografy z takimi były zdecydowanie ciekawsze, chcieli tak dużo, potrafili się zachłysnąć tym, że mogą mieć wszystko, że zapominali o cenie, która nie była wcale taka mała. W końcu duszy nie idzie kupić na pierwszym lepszym bazarze.
    Nie podobało mu się to spojrzenie. Przypominało mu takie jakie miał Hopkins w „Milczeniu Owiec”, kiedy to wcielał się w kanibala o wdzięcznym imieniu Hannibal. Teraz z rozbawieniem stwierdził, że to bardzo podobnie brzmi. Kanibal i Hannibal… Miał jednak nadzieję, że ona nie zechce go skonsumować. Nie był co prawda w stu procentach pewny, bo to że krwi nie pije…to że on nie ma krwi…ale mięsko to mięsko. Tutaj się nie wybrzydza i je takie jakie się dostanie. Miał tylko nadzieję, że nie dość że nie pije krwi, to jest wegetarianką, albo weganką.
    Dlaczego z wszystkich ludzkich nowości żywieniowych zapamiętał najszybciej te dwie? Bo to kuchnia bez mięsa. A obiad bez mięsa to nie obiad. Poza tym udało mu się zapamiętać oraz ogarnąć kilka innych rzeczy takich jak Internet, Snapchat, Facebook, Instagram i tym podobne rzeczy. Musiał przyznać, że całkiem ciekawe rozwiązania są to.
    — A tam zaraz śmierdzę – spojrzał na nią z jakimś takim niedowierzaniem. – Po prostu przesadziłem z perfumami, które mają w sobie zbyt dużo alkoholu – wyjaśnił. Stara jak świat wymówka, ale zazwyczaj działała. W końcu jakoś to wszystko szło…sam miał tą świadomość, że śmierdzi wódką… czy też raczej pachnie nią. Wódka to napój bogów, a nawet nie tyle bogów co diabłów. Albo tego konkretnego diabła.
    Spojrzał na nią i niemrawo się uśmiechnął na wzmiankę o tym, że wygląda jak siedem nieszczęść. Mógł coś odpowiedzieć pokroju, że bardzo się stara, ale byłoby to okropne kłamstwo. Chociaż nie brzydził się kłamstwem, to nie przepadał za kłamaniem, bo musiał zapamiętywać te kłamstwa później wymyślać jeszcze nowsze i lepsze… Nie, to za dużo. A jeszcze jak sobie czasami przypomniał jakieś kłamstwo sprzed…pięciuset lat, to śmieje się i przypomina sobie, że takie kłamstwo powtarzał przez sto, czy może i dwieście lat.
    A mogło być tak pięknie! A mogło być tak cudownie! Przecież znając jego przyzwyczajenia…aha nie znała go i jego przyzwyczajeń. Nie mogła wiedzieć, że pewnie wróciłby w przeciągu kilkunastu minut, albo trzech godzin. Chociaż różnie to bywało, bo mimo wszystko starał się nie zjawiać się zbyt często w szpitalu. Czasami jednak tak jak dzisiaj należało dać znak życia i rozruszać nieco to szpitalne towarzystwo.
    — Aha…to teraz powinienem powiedzieć, że właściwie to w normalnych warunkach to może bym się z tobą umówił, ale nie koniecznie tylko po to aby poruchać – powiedział. – Bo w sumie, nie oszukujmy się, do brzydkich nie należysz…ale – przerwał widząc w jej dłoniach skalpel. – Ale chyba nie dokończę, bo obawiam się o swoje życie.
    Wodził wzrokiem za skalpelem. W sumie to może udałoby mu się całkiem szybko spaść z tego łóżka i jakoś przenieść się w inne miejsce, które było poza murami szpitala. Nie wiedział co jej strzeli do głowy, w końcu to dzika bruxa, nieoswojona taka jest. Chociaż może udałoby mu się ją „wychować”? Czy też raczej zrobić z niej swojego poplecznika? Taką może maszynkę do zabijania? Przecież z jednego austriackiego malarza zrobił takiego „potwora”.
    Musiałby tylko zrobić tak aby napiła się krwi człowieka. Doczesnego najlepiej, bo baśniowca nie należy brać pod uwagę, jeszcze później problemy z szeryfem będą, a tego nie chciał. W końcu jakoś do więzienia nie spieszyło mu się. Chyba nikomu nie spieszyło się akurat w tamto miejsce.

    Lucek

    [Takie mam pytanko, czy mam prawo upominać się o odpis od Bigbiego? ;)]

    OdpowiedzUsuń
  13. [No przepraszam, że zakryłem, przepraszam. I tak czekałem i czekałem :D. '
    Do Bigbyiego raczej Odysem się nie zgłoszę,gdyż to porządny facet (choc zapewne gdy powrócę z Samantom,ta sama będzie pakowała się w kłopoty, licząc na karę od szeryfa :D), jednak do Leslie, pomimo nutki strachu o własne osocze, z chęcią zawitam (piękne imię, bardzo mi się podoba). Pomysł szwędania się z tak złą kobietą po ruinach, hmmm, kuszące. Tylko po co mieli by się tam udać? Jakiś artefakt? Na jakiś rytuał? Czy po prostu wpaść na przyjęcie rodzinne tego rudzielca o północy, gdzie Odys będzie daniem głównym? :D]

    Odys

    OdpowiedzUsuń
  14. [Genialna <3 Jakbyśmy już nie mieli zajebistego pomysłu na wątek pieseła i smoka, to bym ją porwała do wątku. <3
    Powodzenia z drugą postacią!]

    Duncan & Drake (D&D ^^)

    OdpowiedzUsuń
  15. Kiedy tak sobie na nią spoglądał, kiedy ją obserwował zaczynał zastanawiać się czy przypadkiem nie przesadziła z jakimiś lekami, albo czy nie ma jakiegoś ADHD, czy innej choroby wymyślonej przez doczesnych. Przecież obie opcje wydawały się bardzo prawdopodobne! Chociaż Lucek chyba wolałby żeby przesadziła z lekami, może dowiedziałby się co takiego zażyła, on też by zażył i jego życie w cudowny sposób stałoby się ciekawsze…przynajmniej na te kilka godzin.
    Nieco zezował na przyklejone plastry. Nie spodziewał się takiego „upięknienia”. Szczerze mówiąc to mogła sobie to wszystko darować, ale chyba Leslie miała na ten temat inne zdanie. W końcu chyba do normalnych nie należała. Bo kto normalny podczas kilku minut rozmowy będzie niemalże biegał po całej Sali, bawił się skalpelem i na dodatek jeszcze przykleiłby na pacjenta kolorowe plasterki? Kto normalny? Zrozumiałby jeszcze te kolorowe plasterki, gdyby był dzieckiem…ale chyba na dziecko nie wyglądał. Słyszał, że i tak wygląda na coś pomiędzy trzydziestką a dwudziestką szóstką… Zalety bycia diabłem…nie starzeje się. I nie może umrzeć.
    Chyba odruchowo odwzajemnił uścisk i nieco podniósł się na łokciu.
    — Też cię lubię – powiedział po krótkiej chwili. Miał nadzieję, że nie strzeli jej nic do głowy i nie zechce udusić go za te słowa, czy za ten gest. Niby powiedziała, że go nie skrzywdzi, ani nic, ale zasada ograniczonego zaufania podświadomie obowiązywała. Nie wiedział, czy nagle jej się nie odwidzi i nie stwierdzi, że diabeł przyjacielem być nie może.
    Po tym uścisku powoli zdjął z ciała Leslie swoją rękę i położył się. Chyba pierwszy raz od dawien dawna, Lucyfer był grzeczny. Ciekawiło go kilka faktów, odnośnie tej osobliwej pielęgniarki. Mogła mówić, czy też myśleć, że on był dziwny dla niej. On będzie tak czy siak myślał to samo o niej. A może by tak ją jednak spróbować oswoić? I nauczyć kilku zachowań? Chociaż może okazać się, że będzie to istna walka z wiatrakami i nic nie zrozumie z tego co do niej mówi. Ale chyba lepiej jest być świadomym co do kilku faktów, prawda? Chyba warto, żeby wiedziała, że nie każdy człowiek jest miły i przyjaźnie nastawiony, oraz to że nie każdy jest zły…
    Chociaż dla Lucka wszyscy ludzie…no dobrze nie wszyscy ale większość ludzi to byli wrogowie, których należało wytępić. Prawdopodobnie gdyby nie fakt, że Bóg miał mimo wszystko potężną armię aniołów oraz innych popleczników to pewnie zniewoliłby ludzi kilkaset lat temu. Ale spokojnie, co się odwlecze to nie uciecze. Najpierw mimo wszystko wypadałoby pokonać tego całego Adwersarza, później przez jakiś czas popławić się w glorii i chwale, a następnie zebrać tą cała piekielną ekipę i zrobić szturm na niebo. Albo chociażby na świat doczesnych. Baśniowcy wróciliby do siebie i byliby zadowoleni, bo ich to nie dotyka. Wszyscy byliby szczęśliwi…no dobrze prawie wszyscy.
    — A wracając do poprzedniego pytania. Nie wiem, dla mnie lekarze są nienormalni…kto chciałby się babrać w cudzych wnętrznościach i ratować czyjeś życie? – zapytał retorycznie. Nawet nie tyle chodziło mu o same flaki, co o szczytna ideę ratowania cudzego życia. W tej chwili najprawdopodobniej można oficjalnie uznać go za hipokrytę. Przecież nie dalej jak godzinę temu lekarze go połatali.
    Ale nie był umierający! I chyba może nawet o to mu chodziło? Przedłużają cudze życie, które nie jest warte przedłużenia. Bo po co ratować jakiegoś mordercę? Przecież w piekle czekaja na niego z otwartymi ramionami…ale z drugiej strony przecież jak go uratują to może popełni więcej zbrodni? I wtedy jego dusza będzie „więcej warta”…ale przecież może się po tym nawrócić i czynić dobro. Wtedy byłaby szansa na czyściec a z czyśćca to tylko do nieba. Trochę zawiłe to wszystko…musi pogadać z Bogiem, kiedy będzie trzeźwy i muszą jakiś nowy system stworzyć.
    — Tak właściwie to długo jesteś tutaj? W tym mieście? – zapytał. Może takim oto sposobem dowie się o niej czegoś więcej. Wydawało mu się, ze należy pociągnąć ją nieco za język i powie kilka interesujących rzeczy o sobie. Chciał ja lepiej…poznać.

    Lucek

    OdpowiedzUsuń
  16. [Mam sobie taki pomysł, że może nasze postacie znały się zanim wyladowaly tutaj. Kiedyś Leslie mogła chcieć polować na Olivera, bo jego krew była dla niej bardzo kuszącym kąskiem. Teraz też może chcieć. I Leslie może też znać prawdę dotyczącą towarzyszy Olivera- ci zostali wszyscy zabici przez Adwersarza. Ale (prawie) wszyscy (basniowcy, piekło i niebo) dogadali się, że nic o tym nie powiedza Oliverowi, bo ten w napadzie szalu, gniewu i złości mógłby zrobić coś głupiego i niekorzystnego w skutkach dla basniowcow i ludzi. Co do miejsca spotkania... Może Azazel poprosiłby ja o to, aby raz na jakiś czas Leslie sprawdalaby jak się Oliver zajmuje siostrą. Przy okazji mogłaby chcieć nadal skosztować jego krwi;)]

    OdpowiedzUsuń
  17. Im dłużej przebywał w jej towarzystwie, czuł się coraz bardziej…normalny. Dziwne, bo większość mówiła mu, że jest wariatem. Ale on to olewał, bo kto przejmowałby się opinią innych? Zważywszy na to, że ci „inni” bili ludźmi, którzy najprawdopodobniej zbyt szybko przenieśli się na tamten świat. Ale mogli nie zarzucać Lucyferowi, że jest wariatem…oczywiście „wariat” to było najłagodniejsze określenie użyte przez nich. Jednak zawsze kiedy się przedstawiał i mówił kim jest, to tym nędznym śmiertelnikom miękły nogi, bali się go. I to było najpiękniejsze w tym wszystkim…ich strach. Strach, który podwyższał jego mniemanie o sobie…w końcu co może zwykły mały szary człowieczek wobec potęgi samego diabła?
    Nie do końca ogarnął dlaczego ona tak nagle się odsunęła od niego i uciekła gdzieś dalej. Było to dziwne, ale chyba przyzwyczaił się do tej inności pielęgniarki o dwóch oczach, które każde z nich ma inny kolor. Docześni stwierdzili, że to jakaś choroba…ale jego to tam nie interesowało za bardzo. Zapamiętał tylko kilka najważniejszych rzeczy z medycyny doczesnych. Kilka najważniejszych chorób (co z tego, że większość pandemii sam wywołał?). Jakoś nie miał głowy do pamiętania wszystkiego. Nie zapamiętywał wielu rzeczy, które w jego mniemaniu były mało istotne. Jednakże to wszystko co nosiło zaszczytne miano „ważne” pamiętał przez długi okres czasu.
    Spoglądał na to całe przedstawienie z wilgą, która przyleciała tutaj, jakby zwabiona śpiewem pielęgniarki, ze sporym podziwem. On osobiście uważał, że takie małe ptaki pokroju wilgi są… nie przepadał za nimi. Wolał zdecydowanie patrzeć na majestatycznego orła, który panował w przestworzach, albo niezrównanego w polowaniach jastrzębia, przed którym czuło się respekt. Sowy też były fajne, ale tylko i wyłącznie dlatego, że mogły swoją szyję obrócić o 180 stopni i widziały też całkiem dobrze w nocy. To było fajne. A nie takie…całkiem zwyczajne wróble, sroki, czy wilgi. Z niejakim rozbawieniem stwierdził, że ludzie tresują psy, albo próbują ujarzmić dzikie tygrysy podczas przedstawień w cyrku. A ta bruxa oswaja od tak ptaki. Ciekawiło go tylko, czy z każdym przedstawicielem tego rodzaju istot egzystujących na ziemi sobie poradzi, czy tylko z wilgami sobie radzi. Bo chyba nie pogardziłby własnym orzełkiem, albo jastrzębiem… Ale czy się tak dało?
    — To…długo – powiedział niemalże automatycznie. W głowie natomiast próbował to obliczyć. Kto…kto używał w tych czasach takich liczb? Jakby nie prościej było powiedzieć, że jest tutaj tyle a tyle dni. Czy tylko jemu ten sposób, którego użyła bruxa wydał się skomplikowany? I do tego tyle dzielenia, tyle matematyki! Już chyba wolałby stare określenie „tyle i tyle zachodów słońca”. Przynajmniej zorientowałby się ile dni…bez jakiegoś wielkiego liczenia w pamięci. Najwyżej później sprawdzi na kalkulatorze ile dni, czy tez tygodni tutaj jest. Naprawdę, chyba wariat użyłby takich liczb…albo student matematyki. Ale ona na takowego studenta nie wyglądała.
    — Nie przesadzaj. Gdyby moje nogi były miękkie nie mógłbym chodzić – wyjaśnił jak dziecku. Właściwie to znalazł kilka podobieństw do takiego dziecka. One też nie potrafią usiedzieć zbyt długo w jednym miejscu, mówią wiele rzeczy prosto z mostu i zachwycają się byle czym. Zastanawiał się przez krótką chwilę, czy gdyby wyciągnął królika z kapelusza to też zachwycałaby się tym. A może w jej przypadku wystarczyłoby wyciągnąć jakąś wilgę, albo kolibra z kieszeni? Efekt najprawdopodobniej byłby ten sam…
    Mógł też pokazać jej to jak rzuca cień…
    Czego jak czego, ale tego to się w zupełności nie spodziewał. Przecież większość rzucała cień…chociaż wampiry nie, bruxa to chyba taka pochodna wampira…więc na upartego mógł zrozumieć jej zachwyt. Chociaż przychodziło mu to dosyć ciężko. On przynajmniej udawałby, że rzucanie cienia to coś normalnego.
    Czy już była mowa o tym, że w mniemaniu Lucyfera pomiędzy nią a dzieckiem jest wiele podobieństw?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Ładne imię – powiedział tylko. Czego jak czego, ale za zgadywankami to nigdy nie przepadał. Uważał je za coś bezsensownego i niepotrzebnego. – Powiedz mi Leslie, czy ty tak potrafisz z każdym zwierzakiem? W sensie, że taki kot to usłuchałby ciebie? Czy tylko wilgi? – czy była to część jakiegoś szatańskiego planu? Czy może zwykła ciekawość? Chyba bardziej to drugie. Chociaż nie wykluczone, że miał jakąś myśl i mógł zechcieć wykorzystać bruxę do swoich celów.

      Lucyfer, który po raz pierwszy od jakiegoś czasu przekroczył limit

      Usuń
  18. Czasami zastanawiał się co siedzi w głowach takich ludzi…czy też istot jak Leslie. Kiedyś, w średniowieczu spotkał się z określeniem, że to Bóg sprowadził na niektórych ludzi karę w postaci różnych chorób. To nie była prawda! Bogu był na to za słaby. To on Lucyfer! On sprowadzał na ludzi choroby…ale nigdy te psychiczne. Dżuma, ospa, hiszpanka, tak. Ale nie ADHD, zespół Downa. Po wielu, wielu latach śmiertelnicy wpadli na pomysł, żeby poszperać w czymś co nazywa się DNA i tam szukać przyczyn. Musiał przyznać, ze to dobry krok w ich nędznym rozumowaniu. Żałował jednej rzeczy. Że w średniowieczu tak mało razy się pokazał ludziom osobiście. Przecież wtedy byłoby zdecydowanie ciekawiej. Bo skoro prawie każdy widziałby diabła, to oznaczałoby, że Bóg ich pokarał? A może oznaczałoby to coś zupełnie innego? Albo jego wzięliby za wysłannika niebios…tylko szkoda że ten wysłannik niebios śmierdziałby na kilometr siarką i pojawiłby się w towarzystwie ognia z piekła.
    To byłoby szalenie ciekawe widowisko! I być może księża na wieść o dokonaniach Kopernika, albo Keplera nie powiedzieliby, że to dzieło szatana! Być może gdyby ukazywałby się częściej i nie robił ludziom nic, to ugrałby znacznie więcej? A może nawet udałoby się mu ich przekonać, że Bóg jest tym złym? A kiedy ludzie uwierzyliby w to, to wtedy zaczęłoby się robić ciekawie. Najpierw pozbawiłby ich wolnej woli, czyniąc z nich marionetki, niezdolne do własnych działań. Opanowałby ziemię, a później zabrałby się za niebo… Ale pewnie ktoś szepnąłby kilka słów Bogu i ten wiedziałby co planuje, więc…więc pewnie to wszystko skończyłoby się tak jak zawsze. Dobro wygra ze złem. Ale kto powiedział, że to on jest tym złym?
    Uśmiechnął się słabo kiedy w pomieszczeniu zjawił się orzeł. Jego majestat, oraz dostojność przypadły do gustu Lucyferowi. Chyba już wiedział dlaczego orzeł jest nazywany ptakiem królów. Chociaż on nie potrzebował bogactw, ani drogich szat, czy też tłumu służących by być lepszym od innych ze swojego gatunku. On miał królewskość samą w sobie i to zapewne czyniło go wyjątkowym. Diabeł tez był poniekąd wyjątkowy. Królowie też…może dlatego czuł, że akurat orzeł jest dostatecznie dobry jako „zwierzątko” domowe. Chociaż chyba wolał zostać przy psie, albo kocie.
    Najprawdopodobniej on jako jedyny wpadł na naprawdę „genialny” pomysł aby nazwać psa „Belzebub” i kota „Behemot”. Później łazić po całym piekle jak głupi i wołać na zmianę „Belzebub” i „Behemot”. A kiedy zjawią się jego bracia wystarczy powiedzieć, że szuka psa i kota. Było to świetne. Ale wiadomo, później się do tego przyzwyczaili i już nie było tak śmiesznie. Jednak, po jakimś czasie zapomniano i o tych zwierzakach. To znaczy się inni zapomnieli, ale nie Lucyfer. W końcu o swoich pupilach się nie zapomina, prawda?
    Nie podobał mu się pomysł z tym aby ptaszystko ściągnęło mu spodnie. Jednak chyba wolał nie rzucać się, czy też nie zabijać zwierzaka. W końcu, gdyby się zaczął rzucać, to zwierzę, zaczęłoby go jeszcze bardziej uszkadzać… Chociaż jeszcze nigdy nie widział pijanego lecącego orła. Ciekawe czy latał zakosami? No i oczywiście wolał nie zabijać zwierzyny, w końcu musiałby coś zrobić z tym pierzastym ciałem; jakoś się go pozbyć. No i też miałby na głowie wściekła pielęgniarkę o imieniu Leslie, po której nie można było się niczego spodziewać. Toż to bruxa, którą spokojnie można nazwać „Hiszpańską Inkwizycją”, w końcu jej też się nie spodziewano. Na upartego można szukać kolejnych analogi do tej formacji, ale chyba mijałoby się to z celem. Chyba nawet na pewno.
    Jednak o dziwo obeszło się bez rozlewu czyjejkolwiek krwi. Był w szoku. Orzeł nawet go nie zadrapał. To zakrawało o coś na pograniczu jawy i snu. Przecież jakby powiedział o tym komukolwiek, to wyśmiano by go. No bo przecież jak to tak? Orzeł, który zdejmuje komuś spodnie… Na całe szczęście nie miał komu powiedzieć czegoś takiego. W końcu nie miał jakiegoś takiego kogoś, kogo mógłby nazwać przyjacielem, czy kimkolwiek takim. Starał się nie utrzymywać zbędnych zażyłości, bo po co?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Cyrograf za spodnie? – zapytał szczerze zdziwiony i rozbawiony. Nawet dzieci wiedziały, że diabeł jest czymś złym i że to on zabiera komuś duszę…a nie spodnie. No czasami w ostateczności i odbierze komuś życie…co zdarza się jednak dosyć często. Ale nie zabił jeszcze żadnego baśniowca i chyba nawet nie chciał zmieniać tej statystyki. Niby sumienia nie miał, ale nie miał zamiaru wylądować w studni czarownic, czy w więzieniu na dożywocie, które trwałoby dosyć długo. – Nie możemy. Nie podpisuję cyrografu w zamian za coś co do mnie należy – dodał nieco rozbawiony. Nie chcąc jednak aby bruxa się zezłościła, czy cokolwiek wpadł na genialny pomysł. – Poza tym przyjaciele nie podpisują cyrografów. Nie potrzebują tego.
      Przypuszczał jednak, że za chęcią podpisania cyrografu wiązała się jakaś głębsza myśl. Przesłanie jakieś, czy coś w tym stylu. Przecież nie prosiłaby o to, gdyby nie chciała czegoś zrobić. A że musiała wiedzieć, że on cyrografy podpisuje z ludźmi, kiedy ci obiecają dać mu duszę…może myślała, że ludzie oprócz duszy nic cennego nie mają? A ona ma spodnie, które mogą być na niego cenne? Chyba tak to mogło być…chyba nigdy nie ogarnie toku myślenia dzieci i tej bruxy.
      — Ale powiedz, dlaczego chcesz podpisać ze mną cyrograf? – zapytał po chwili i delikatnie się podniósł. – Masz jakieś marzenie, które chcesz spełnić? Czy po prostu chcesz zobaczyć jak to jest podpisywać cyrograf? Bo jeśli to jest jakież marzenie, labo życzenie to spokojnie. Żeby je spełnić nie potrzebny będzie cyrograf.

      Lucek

      Usuń
  19. Spojrzał na nią. Nie rozumiał o co jej teraz chodziło. Przecież wydawało mu się, że to co powiedział to było dobre. Normalnie to chyba każdy ucieszyłby się na taką wieść! Ale jednak…nie każdy. Chociaż wiedział, że Leslie ma nie do końca równo pod sufitem, to nie spodziewał się takiej reakcji. Jakoś należało to wszystko załagodzić. Załagodzić tą całą sprawę…bo jakoś tak głupio się czuł…w szpitalu bez spodni, z obrażoną na niego bruxą na drugim łóżku, która ściskała jakąś szmacianą lalkę i była opatulona szpitalną kołdrą. Westchnął cicho. Niby mówił, że będzie leżeć (oczywiście pod groźbą), ale teraz, w tej właśnie chwili nie widział innego wyjścia.
    Usiadł na łóżku, odpiął się od kroplówki, podszedł boso w samych bokserkach do wieszaka, gdzie wisiały jego spodnie, które niemalże natychmiast włożył. O dziwo nie były one poniszczone i nie widać było śladów, aby kiedykolwiek orzeł miał je w swoich szponach. Widocznie opłacało się zapłacić nieco więcej i kupić z dobrego sprawdzonego sklepu o dobrej renomie, a nie jakieś chińskie gówno, które nie dość że rozmiary są jakieś takie dziwne, to jeszcze mało wytrzymałe. Ale czemu dziwić się, jeśli takie spodnie u chińczyka kosztują 40$ a w normalnym sklepie 100$. Oczywiście nie do końca orientował się w cenach na rynku, dawno nie był na zakupach. A jeśli nawet to szybko zapominał ceny, bo uważał je za mało istotny szczegół. Poza tym jeszcze nigdy nie spotkał się z czymś takim, żeby ktokolwiek kiedykolwiek się pytał ile dał za te spodnie. Prędzej, to gdzie coś kupił. Na ludziach zazwyczaj marka robiła wrażenie. Bo jak powie się, że ma się garnitur od Hugo Bossa to większość wie, że to drogie rzeczy i raczej o cenę się nie pyta.
    Nieco nieśmiało przysiadł się do Leslie i objął ją ramieniem. Delikatnie pocałował ją w czoło i po tym przyciągnął ją delikatnie do siebie. Delikatnie pogładził ją po włosach, ale uważając, żeby nie naruszyć jej warkoczy, które jakiś czas temu uplotła wilga. Jeszcze by mu brakowało tego aby obraziła się o to, że zniszczył jej fryzurę. Nie dość że nie zrównoważona bruxa to jeszcze kobieta…normalnie kumulacja się mu trafiła! Nic tylko pogratulować szczęścia i namówić aby Lucyfer wziął udział w loterii jakiejś. Taki talent przecież nie może się marnować!
    — Długo zamierzasz się gniewać? – zapytał czule nie przestając jej głaskać po głowie. Może gdyby miał koszulę i wyglądał na nieco starszego, a Leslie wyglądała na małą dziewczynkę, można by pomyśleć że Lucyfer to ojciec, który próbuje dociec co dzieje się z jego małą księżniczką. Albo próbuje uspokoić swoją pociechę przed jakimś zabiegiem…no bo skoro to szpital, to tak by pasowało. Chociaż Lucyfer na troskliwego tauśka nie wyglądał, ani też pewnie nikt sobie go w roli rodzica nie zamierzał wyobrażać. Przecież…Lucyfer?! Rodzicem?! I do tego troskliwym?! Wtedy nastąpiłaby prawdziwa apokalipsa. Każdy złapałby się za głowę i zastanawiałby co to się stało, że książę piekieł się zmienił i nie jest denerwujący dal innych. Tylko taki spokojny, troskliwy…inny. Taki niby on ale jednak nie on.
    — Jak chcesz to wymyślę jakąś…inną grę. Specjalnie dla ciebie – zaproponował. Bo skoro Leslie jest jak dziecko, to może w taki sposób zacząć z nią rozmawiać. Jak z dzieckiem. Nie powie, będzie to ciekawe doświadczenie. – Grę, w którą będziesz grać tylko ty i ja…jeśli będziesz mieć ochotę. Mogą nawet inni zagrać, o ile będziesz chciała żeby zagrali – zastanawiał się czy to dobry pomysł i czy to się uda. Może miał nadzieję, że już więcej się z nią nie zobaczy, ale jednak Fabletown było małym miastem…czy też raczej dzielnicą. Były raczej marne szanse na to. Więc chcąc nie chcąc musiał wymyślić nową „grę”. Specjalnie dla Leslie.
    W końcu może bycie miłym dla kogoś się opłaci. Może uratuje mu to kiedyś tyłek?

    Lucek

    OdpowiedzUsuń
  20. Nienawidził swojej pracy. Głównym powodem było chyba to, że codziennie rano musiał zwlekać się z łóżka z myślą, że większość normalnych ludzi jeszcze śpi. A, no i do tego dochodziło użeranie się z milionem niezadowolonych, wybrednych klientów, którzy zawsze mieli miliony pytań, nawet o te najbardziej oczywiste rzeczy. Cóż, jakoś jednak trzeba było zarabiać na życie. Nawet, jeśli było się nieśmiertelnym.
    Jego sklep znajdował się tuż na skraju Fabletown. Wystawa nie była zbytnio zachęcająca: na półce za szybą znajdowało się kilka płyt, w tym winylowych, do tego dwie pierwsze lepsze gitary. Nad drzwiami natomiast dumnie świecił czerwony neon z nazwą sklepu.
    „The Sound Hole”, bo tak nazywał się lokal, należał wcześniej do schorowanego dziada, który podobno był jednym z Baśniowców, ale jego pochodzenie było mało wiarygodne. Facet ledwo się poruszał, więc tak naprawdę nie mógł już nic zdziałać, ale sentyment do sklepu nie pozwolił mu go zamknąć. Ba, był tak uzależniony, że nie chciał zamykać go nawet na noc. Dlatego też Matthew okazał się zbawieniem, razem ze śmiercią, która dopadła pierwszego właściciela parę dni po przekazaniu sklepu małpiszonowi.
    Collins nie zrobił tak naprawdę wiele, jeśli chodzi o wystrój. Zmienił jedynie kolor ścian, na jaśniejszy, bardziej zachęcający do wejścia, usuwając przy tym wszechobecnego dawniej grzyba. Przedpotopowe płyty zostały zastąpione nowszymi, a zapach stęchlizny w końcu przepadł na dobre. No i do tego pojawiły się niewielkie głośniki, z których nieustannie cicho leciała muzyka. Półki uległy jedynie generalnemu odświeżeniu i zmianie koloru. To samo stało się z ladą. Wystrój był, można powiedzieć, domowy. A przynajmniej tak wydawało się małpie.
    Tego dnia nie robił tak naprawdę nic. Miał zająć się naprawą starej pozytywki, którą podrzucił mu jakiś zakapturzony typ, ale ostatecznie zdecydował, że po prostu mu się nie chce. Chyba, że akurat pojawią się jacyś klienci — wtedy będzie udawał bardzo zapracowanego, byle tylko jak najdłużej móc ignorować ich obecność. Te plany dość szybko stały się rzeczywistością.
    Drzwi otworzyły się, wpuszczając do środka powiew chłodnego powietrza, razem z którym wkroczyła kobieta, ubrana raczej jak ktoś, kto dopiero co zwiał z psychiatryka. No, ewentualnie z cyrku. Matt prawie od razu poderwał się z miejsca i chwycił leżący obok pozytywki śrubokręt. Uśmiech rudowłosej był swego rodzaju nieobecny, może nawet odrobinę obłąkany. Tym bardziej wolał uniknąć bliższego kontaktu.
    Nakręcił pozytywkę, a laleczka zaczęła się kręcić. Jego uszu dobiegło coś, co w założeniu miało chyba być muzyką, a okazało się jazgotem, na dodatek zacinającym się co jakiś czas. To chyba był problem, o którym wspominał jej właściciel.
    — Gdybyś jeszcze znała sposób na naprawienie tego cholerstwa. — rzucił przez zaciśnięte zęby, próbując trafić krzyżakiem śrubokrętu w ten odpowiadający mu na śrubce. Nie miał pojęcia o pozytywkach, nigdy wcześniej nawet nie widział żadnej na oczy. Naprawdę nienawidził tej roboty.

    Matthew

    OdpowiedzUsuń
  21. Pokiwał nieco głową. Ona była niemożliwa. Chyba powoli zaczął żałować, że się tutaj zjawił…albo tego, że stracił przytomność. Wtedy to może od razu po zabiegu dałby radę się wypisać na własne życzenie i poszedłby do domu. Albo do baru pić dalej…przecież to nic takiego. Trochę zadrapań tu, trochę tam, jakieś rozcięcie, coś wbite chyba też było. To przecież nic takiego. Bywało gorzej.
    — Bardzom ładna korona – właściwie to chyba było najlepiej żeby mówił do Leslie jak do dziecka. Aby tak ją traktować jak dziecko…chyba tylko tak mógł przeżyć w tym całym wariatkowie…tak. Ten szpital chyba coraz bardziej zaczął przypominać mu wariatkowo. A Leslie jedną z pacjentek. A przecież z początku było na odwrót!
    — No widzisz… a ja nawet jak jestem spokojny to jestem niby brzydki i groźny – zażartował. On był piękny. Najpiękniejszy ze wszystkich ludzi i nie ludzi. Po prostu najcudniejszy w świecie, piękniejszy do Ronaldo, przeciętnego modela i mistera uniwersum razem wziętych i nic nie wmówi mu, że jest inaczej! Ale nie żeby miał jakieś zbyt wygórowane mniemanie o sobie…to były fakty.
    Naprawdę, z nią było jak z dzieckiem. Mnóstwo pytań zadaje…jakby było jej to potrzebne do szczęścia. Przecież i tak nie trafi do piekła bo nie może umrzeć! A on nie zabierze jej na wycieczkę krajoznawczą do piekła, bo jeszcze będzie siać tam zamęt i to wszystko co budował własnymi…rękami potępieńców przez tyle lat pieprznie w przeciągu kilkunastu minut. O nie! O nie! Tak być nie będzie! Piekło będzie istnieć w nienaruszonym stanie do końca świata i jeden dzień dłużej! Albo i 666 dni dłużej.
    Pominąwszy fakt, że nie zrozumiał o co jej chodzi, dlaczego tak bardzo chce się bawić „w cyrograf”… Przecież podpisywanie cyrografu z samym diabłem to nie jest zabawa! Ludzie najpierw mają ładnie i pięknie, diabeł spełnia życzenia a później należy płacić…słono płacić. Duszę…no chyba, że chce się ją zachować to należy wykonać kilka robótek dla „wierzyciela” w postaci Lucyfera. No ale dobrze, skoro chce cyrograf, to jakoś to zrobi, że „podpisze” z nią ten pieprzony cyrograf.
    — Nie w piekle nie ma kwiatków. Jest jeden pies o trzech głowach i to koniec zwierząt…chyba że dorzucimy do tego Belzebuba z rodziną to jest kilka – jak Belzebub to słyszał, to po prostu marny będzie Lucyfera los. Nawet nie chciał wyobrażać sobie napieprzania się w piekle razem z bratem. – Można patrzeć, ale nie giną i cała zabawa szybko się nudzi. Nie przypalam i ani palców ani dłoni, stóp też nie bo później nie mogą pracować – i go na L4 naciągają. – Nie wydłubuję im oczu, bo później miałbym tłumy ślepców, którzy siedzą na zasiłku. I nie, nie są szczęśliwi – znaczy się…kto był szczęśliwy ten był. Ale z natury na początku to nikt nie był szczęśliwy. Dopiero później zabawa w piekle się rozkręca…i największymi zadowolonymi zazwyczaj są Polacy i Ruscy. No i Niemcy też…czasami i Czesi ze Słowakami… A różnie to bywało. Ale Lucyfer i tak utrzymywał, że w piekle jest źle, okropnie i okrutnie.
    — Ah no tak zabawa – westchnął. Niewiele myśląc pstryknął palcami i przed Leslie pojawił się kawałek pergaminu, który delikatnie płonął na rogach. Zaraz też i pojawił się długopis… No co? Pióra są przestarzałe. A poza tym ktoś mógł podpisać się piórem, kiedy miał krew, bo tylko i wyłącznie wtedy pióro działało. – Podpisz a zacznie się ta cała zabawa – jeśli szybko czegoś nie wymyśli zapewne marny będzie jego los. Ale w końcu przecież jest diabłem. Da sobie radę ze zdziecinniałą bruxą. To przecież nie może być takie trudne, prawda?
    — Jak chcesz to możesz nawet na nim narysować serduszko, motylka, kwiatuszka…cokolwiek zechcesz – dodał widząc jak przygląda się tej kartce. Nie zdziwiłby się gdyby kobieta słabo czytała…a on jeszcze pewnie miał tam napisany jakiś przepis na ciasto po łacinie. Tak więc jak już wkręcać to po całości. Najwyżej później naniesie jakieś poprawki. Coś tam wytnie, coś przyklei i będzie „cyrograf”.

    Lucek

    OdpowiedzUsuń
  22. Collins nie wyglądał raczej zbyt zachęcająco, a już na pewno nie jak ktoś, do kogo można po prostu podejść i zacząć z nim normalną rozmowę. Sprawiał raczej wrażenie osoby, która wepchnie człowiekowi całą pięść do gardła, gdy tylko ten otworzy usta. A może to nie było tylko wrażenie? W sumie zawsze chciał poczuć jak to jest, gdy cały sznur zębów ustępuje pod naciskiem twojej dłoni, a ta jest następnie otaczana przez ciepło i wilgoć śliny, i przy tym spycha do środka język, którym następnie dusi się ofiara. Tak, to na pewno musiało być bardzo przyjemne uczucie. A uzębienie można by zabrać na pamiątkę i schować w jakiejś starej, zakurzonej szkatułce, najlepiej ozdobionej w kwiatki, którą ktoś kiedyś znajdzie i zacznie się zastanawiać, po co ktoś miałby trzymać takie dziwactwa w domu, na dodatek właśnie w tej konkretnej szkatułce. Chyba musi jakąś kupić, tak na wszelki wypadek.
    Nie był wariatem. Był całkiem normalnym osobnikiem człekokształtnym, a przynajmniej codziennie sobie to powtarzał, pamiętając jak jeszcze niedawno (tak naprawdę było to miliony lat temu, ale stracił poczucie czasu) wesoło skakał po drzewach i pożerał niezliczoną ilość bananów, co jakiś czas owijając ogon wokół gałęzi i zwisając głową w dół, rzucając skórkami w swoich pobratymców lub inne zwierzęta. Cóż, na pewno był normalny w porównaniu do tej dziwaczki, która właśnie karciła go za złe traktowanie pozytywki.
    — Na pewno kupię tej ładnej rzeczy kwiatki na przeprosiny. — wywrócił oczami, nawet nie protestując, gdy kobieta zabrała mu szmatkę i śrubokręt, i zaczęła coś majstrować przy tym ustrojstwie. Z pozoru wyglądała jak ktoś, kto nawet nie umiałby posłużyć się sztućcami, ale dość wprawnie poradziła sobie z naprawą przedmiotu. Już po chwili powietrze wypełniła melodia, odrobinę przyjemniejsza niż poprzednio.
    — Czy ja się... — miał powiedzieć „gniewam”, ale nie zdążył, bo dziwna istota właśnie owijała swoje drobne ramiona wokół niego. Robiło się... Dziwnie. Matthew nigdy wcześniej się nie przytulał, a już tym bardziej do kobiety, nawet tak porąbanej jak ta tutaj. Ba, jedyny kontakt, jaki miał z samicami, to wzajemne iskanie się członków jego dawnego stada.
    Niezręcznie objął ją i poklepał uspokajająco po plecach, rozdziawiając lekko japę pod wpływem niespodziewanego buziaka w policzek. Fuj. Czy to właśnie robili ludzie? W sumie widział już wcześniej pary wręcz zjadające sobie twarze na ulicach, podobno nazywali to całowaniem, ale on nie widział w tym sensu. Co było przyjemnego we wzajemnym wymienianiu się śliną, a przy tym tymi wszystkimi strasznymi bakteriami? Zdecydowanie wolał wprawnie wyłapać kilka pcheł z sierści swojego towarzysza, a następnie mu je pokazać — to było bardziej romantyczne, niż publiczne obmacywanie się.
    Matthew podążył wzrokiem za rudowłosą, gdy ta wróciła na drugą stronę lady i rzuciła mu ten lekko psychopatyczny uśmiech. W odpowiedzi on sam również wykrzywił usta, planując go odwzajemnić, jednakże ostateczny efekt przypominał bardziej grymas kogoś, kto jednym łykiem opróżnił całą szklankę soku z cytryny.
    — Mogę w czymś pomóc? — w końcu zdobył się na zadanie pytania, którego raczej unikał. Skoro i tak pozostało kilka godzin do zamknięcia sklepu, równie dobrze mógł sobie umilić czas. W ostatecznym rozrachunku kobieta była dość przyjemną towarzyszką. Przynajmniej była dość barwną postacią, a on takie lubił.

    Matthew

    OdpowiedzUsuń
  23. Spojrzał na nią z lekkim zdziwieniem na twarzy. Naprawdę? Naprawdę? Tak sobie ktoś tam pogrywał z nim? No to świetnie pozostawało mu tylko jedno…
    Lucjan, ty idioto! Ty debilu! Ty pacanie! Ona przecież ma tyle samo lat co ty! Poza tym przacuje w szpitalu więc z cała pewnością zna łacinę. Należało dać chiński uproszczony, albo staroafgański w syryjskim dialekcie!- pomyślał rozgoryczony. W tej chwili najchętniej wziąłby kawałek deski i palnął się nią w łepetynę. Dlaczego o tym nie pomyślał?
    Ah no tak. Przyzwyczaił się że współcześnie ludzie raczej łaciną się nie posługują. Więc z przyzwyczajenia dał tą łacinę. Teoretycznie mógł dać staropolski zapisany głagolicą. Ciekawe, czy to znała. Albo w jidysz. Jidysz to też była opcja.
    — Prezerwatywy owszem…viagra nie dla mnie – powiedział. W myślach już popełniał seppuku i harakiri. Należało się zabić zanim ktokolwiek go uprzedzi…a nie chwila. On przecież już był martwy. Nie mógł się zabić…a szkoda.
    Nie skomentował niczego więcej. Cóż…było pierdyliard opcji… Dlaczego łacina? Powinien się zabić. Powinien się zabić za swoją krótkowzroczność…albo wybrać się do lekarza okulisty.
    — Yhmm… - mruknął tylko na odczepkę. Średnio to widział. Naprawdę, bardzo średnio. Chyba pomysły opuściły jego głowę.
    — Czy jest jeszcze coś co powinienem o tobie wiedzieć? – zapytał po chwili i odebrał pseudo cyrograf. Odwzajemnił jednak te wszystkie czułości…bo jeszcze się znowu na niego fochnie. A tego chyba nie chciał. Spojrzał na Leslie i spojrzał też nieco ukradkiem w kierunku okna. Było późno. —To może jutro wykonasz pierwsze zadanie? Teraz jest już nieco późno – zaczął ostrożnie. Widząc jednak minę Leslie cicho westchnął. – Albo i nie. Może na teraz coś łatwego, dobrze? Tak na rozgrzewkę. – nachylił się do jej ucha i uśmiechnął się delikatnie. – Przynieś mi wypis ze szpitala…jutro zjawię się tutaj i przekaże ci kolejne zadanie do wykonania. Zjawię się o tej samej porze i ci je podam. Może tak być? – zapytał na wszelki wypadek.
    Poza tym będzie musiał wymyśleć coś konkretnego na zadanie, bo teraz to nie miał pomysłu na nic. Późna pora, miejsce i osoby nie sprzyjały myśleniu. Cóż, niektórym to mogło odpowiadać, ale nie Lucyferowi. Musiał na spokojnie wymyślić do przodu kilka zadań, tak w razie czegoś. Zawsze lepiej mieć coś w zapasie, nieprawdaż?

    Lucek

    OdpowiedzUsuń
  24. [ Może rzeczywiście z Leslie :D My z Hakusiem uwielbiamy rude <3
    Dla tej dwójki to mam w sumie dwa pomysły. Bo albo spotkaliby się w szpitalu ( łatwo Haka uszkodzić, bo on się lubi wplątywać tam, gdzie nie powinien) albo podczas nocnego spaceru, bo twoja pani rozkochana w księżycu, a mój pan w gwiazdach.
    I nie wiem czemu, ale ja widzę ich tulących się <3 Kocham przytulasy. Hak najpierw by się opierał, bo nie lubi okazywać swojej wrażliwej strony, ale przytulas gdzieś musimy wcisnąć <3 ]

    Huckelberry

    OdpowiedzUsuń
  25. [Normalnie muszę Ci to wysłać, ale poziom nietoperzowej słodkości mnie rozbroił: http://68.media.tumblr.com/7cb31e10e1dec6e777ab210215a6e4d2/tumblr_oj72rnVErZ1qj88rjo1_400.gif <3]

    Oberon

    OdpowiedzUsuń
  26. Nieco uniósł brwi, kiedy usłyszał przeczącą odpowiedź. Myślał, że to jakoś ładnie pójdzie a tutaj taka niespodzianka wyszła. Średnio to widział…i chyba raczej nie da rady namówić Leslie na to wszystko. Będzie musiał to wszystko wykminić i ogarnąć. Wcale nie podobało mu się to, że bruxa tak się o niego troszczy. Większość to pozwoliłaby mu się wypisać na własne żądanie i byłby spokój. Bo przecież szpital bez Lucyfra to dobry szpital. I co najważniejsze wesoły szpital.
    Wolałby być teraz w domu i robić pierdyliard innych rzeczy. Przecież nie potrzebował pełnej opieki lekarskiej i nie był umierający ani ciężko ranny. To tylko kilka zadrapań, których praktycznie nie czuje. Ten cały pobyt w szpitalu wydawał mu się zbędny. Nie musiał tutaj siedzieć…ech…chyba jednak musiał, bo przed tą bruxą nie może na razie uciec. Ale i na nią znajdzie się sposób.
    — Nie. Jakoś nigdy mnie to nie ciekawiło, wiesz? – odpowiedział po chwili. Jakoś to wszystko przyjął, że przykryła go i głaskała po włosach. Nie przywykł do tego… To było co najmniej dziwne.
    — Chociaż… - przerwał na chwilę. – Nie, nie ciekawi mnie to. Nie jestem typem jakiejś ofiary, która podpisuje cyrografy – zaśmiał się cicho. To z nim się podpisywało cyrografy, to on był tym złym i niegodziwym. Lucyfer, niegdyś dziecko światłości, dzisiaj stworzyciel niegodziwości i podłości. Tak być musiało i dobrze o tym wiedział. Zawsze za każdym razem zrobiłby to samo, zawsze będzie się buntować. Taka to już jego rola.
    Bunt, prowadzenie na ścieżkę zepsucia…i tak dalej i tak dalej.
    — Chyba, że ty masz jakiś pomysł na to wszystko? Może jest coś, co chciałabyś… - przerwał wpadł na genialny pomysł. – Mam dla ciebie zdecydowanie lepsze zadanie. Tylko musimy nieco poczekać do rana…albo do najbliższego deszczu – powiedział z lekkim uśmiechem. Ciekaw był czy to wszystko wypali. Chociaż przypuszczał, ze efekt powinien być zadowalający.
    To zadanie było fizycznie niemożliwe do wykonania. Bo przecież nie można dotrzeć do końca tęczy! Zastanawiał się tylko dlaczego pomyślał akurat o tęczy? Dlaczego pomyślał o czymś co ludziom kojarzy się z czymś przyjemnym? Dlaczego akurat o tym?
    Najprawdopodobniej pomyślał o dzieciakach, które wierzą w to, ze na końcu tęczy jest saganek złota. A Leslie była takim dzieckiem przecież. To może i uwierzy w to wszystko? Jeśli tak, to będzie miał ja z głowy na jakiś czas…przynajmniej do tego czasu powinien wymyśleć jakiś inny pomysł na zadanie. Pytanie brzmiało: ile to wszystko ma potrwać?
    Ile ma trwać ta cała „zabawa”? I dlaczego Leslie tak bardzo chciała podpisać ten pieprzony cyrograf?

    Lucek

    OdpowiedzUsuń
  27. Nie przepadał za tym kiedy ktokolwiek gładził jego włosy, które zazwyczaj miał niemalże nienagannie ułożone. Jego włosy to była niemalże świętość, nawet sam Pan Bóg, stwórca tego świata nie miał prawa go po nich dotykać i macać.
    Ale chyba dla Leslie zrobi wyjątek, zważywszy na to, że ta dosyć niebezpieczna piosenka mu się na swój sposób podobała i chyba powoli przyzwyczajał się do nieobliczalnej Leslie, która gotowa jest go rozszarpać na strzępy, gdyby coś jej się nie spodobało. Chociaż zabicie baśniowca nie należało do łatwych zadań…a do tego jeszcze unicestwienie Lucyfera byłoby nie lada wyczynem…
    — Bo działa na niego grawitacja. Dzięki niej ty też jesteś w stanie chodzić po ziemi, gdyby nie ona wszystko by latało w powietrzu i uprzedzając twoje pytanie, nie, nie idzie jej wyłączyć. To nie moja broszka – wzruszył lekko ramionami. Naprawdę z nią było jak z dzieckiem, dzieckiem któremu należy wszystko tłumaczyć…ale dzieckiem idzie też łatwo manipulować, więc może…
    …Ale chyba nie chciałby mieć w mieście wściekłej i krwiożerczej Bruxy.
    — Możesz zadawać ludziom zadania, tylko że wiesz…oni... Ludzie są nie mili. Ludzie są źli, nie warci naszej uwagi. Ty, ja, oraz inni baśniowcy. My wszyscy jesteśmy od nich lepsi pod każdym względem. Zobacz, ludzie umierają, a baśniowca ciężko jest zabić, oni się starzeją, a my nie. Do tego są krusi i w ogóle – powiedział. Może czymś takim ją przekona i zaszczepi w niej nienawiść do ludzi? – Jeśli chcesz to spełnię twoje trzy życzenia. I to nie jest tak, że ciebie nie lubię. Lubię i to bardzo – nieco skłamał. Jak miał wytłumaczyć osobie z mentalnością dziecka, że nikogo nie lubi, że on co najwyżej toleruje innych.

    Lucek

    OdpowiedzUsuń

Szablon wykonany przez drama queen. Obsługiwane przez usługę Blogger.