sobota, 19 marca 2016

WĄTEK GRUPOWY 2 - DAWNO, DAWNO TEMU...

Moi drodzy, dokładnie rok temu Fabletown pojawiło się ponownie w blogsferze. I z dumą stwierdzam, że poradziło sobie o wiele lepiej niż za pierwszym razem. Przez ten czas progi bloga przestąpiły dziesiątki najznamienitszych bohaterów bajek, baśni i legend z całego świata. Nie obyło się bez dramatów, zdrad, krwawych morderstw, alkoholowych libacji, kradzieży i rozbojów, rodzinnych spotkań po latach, prawdziwych przyjaźni i miłości na wieki. Bo czego więcej mógłby pragnąć każdy Autor?
To właśnie Wam, drodzy Autorzy, i Waszej chęci do uczestniczenia w codziennym życiu Fabletown, zawdzięczamy tak długi czas wspólnej zabawy. Mamy nadzieję, że pomimo zmian, zarówno w gronie administracyjnym (chociaż muszę się pochwalić, że jestem z Wami od samego początku) jak i autorskim (brawa dla autorki Haczka, która podobnie jak ja urzęduje tutaj od pierwszego dnia) będziemy w podobnym gronie świętować kolejne rocznice.


FABUŁA

Każdy bohater spędził w Fabletown sporą część swojego życia. Niektórzy tęsknią za dawnym baśniowym światem, inni dziękują losowi za możliwość ucieczki do Nowego Jorku i rozpoczęcia wszystkiego od nowa. Bez względu na to, jak wspominają tamten czas, przeżyli wówczas wiele ciekawych przygód. Spotkania z niebezpiecznymi bestiami, podróże w nieznane, zwiedzanie komnat własnych zamków czy łowy w magicznych lasach były przecież na porządku dziennym!
Cofnijmy się zatem w przeszłość. Nikt nie słyszał jeszcze o Fabletown i nie sądzi, że kiedykolwiek może zamieszkać w innym miejscu niż to, w którym się obecnie znajduje. Nikt nie przypuszcza, że księżniczka z sąsiedniego królestwa może w przyszłości pracować w nowojorskim barze, a czarownik z leśnej chaty sprzedawać ciasteczka w cukierni. Liczy się tylko tu i teraz, problemy dnia dzisiejszego i własna baśń, w której wciąż tkwimy.      
DLA UŁATWIENIA: Biorąc pod uwagę pochodzenie Waszych postaci (różne okresy czasu czy zakątki ziemi) nie w każdym przypadku mogły się one spotkać. Dlatego, żeby wątkowanie było możliwe, ustaliłyśmy dla wszystkich jedną wspólną lokację. Jest to oczywiście las, Zaczarowany Las, ogromny i pełny starych drzew oraz niezbadanych zakamarków. Myślę, że tutaj każdy znajdzie coś dla siebie. Oczywiście, wątki nie muszą odbywać się tylko w lesie, możecie dopowiedzieć sobie do tej wspólnej lokacji wszystko, jak miasto na obrzeżach, wieś w samym centrum lasu czy jakiś zamek. Chodzi nam o to, żeby jednak wspólna lokacja była odniesieniem, i ułatwiła wam prowadzenie gry.

ZASADY

Być może nie każdy z Was miał wcześniej możliwość uczestniczenia w wątku grupowym, dlatego przedstawiamy kilka głównych zasad:
  • Wątek Grupowy prowadzimy w komentarzach pod tym postem.
  • Każdy autor może rozpocząć wiele nowych wątków, jednak powinien mieć czas, by odpisywać w każdym z nich.
  • Odpisy na dany wątek umieszczamy w odpowiedziach na dany komentarz.
  • Każdy Autor może brać udział („podczepiać się”) w dowolnej ilości wątków.
  • W każdym wątku może brać udział nieograniczona ilość Autorów.

Wszystkie pytania prosimy kierować pod zakładkę Administracji.

UWAGA! 
Mistrz Gry może pojawić się w każdym momencie i nieźle namieszać w każdym wątku! Miejcie się na baczności! ;)

START – 20 marca 2016, godz. 20:00

Czas trwania wątku jest nieograniczony i zależy tylko od aktywności Autorów.

9 komentarzy:

  1. W środku Zaczarowanego Lasu przed domem w kształcie wielkiego, topornego buta, na nizinie ustawiony był stół. Znajdował się na brukowanym placu, którego część przykryta była wyleniałymi perskimi dywanami. Przy stole siedział Marcowy Zając
    i Szalony Kapelusznik. Pomiędzy nimi, na wpół uśpiony, kiwał się Suseł, który opierał się łokciami na ręcznie wyszywanej poduszce. Co chwila głowa wypadała mu z łapek, a Suseł mlaskał i zasypiał dalej. Dookoła nich tuż nad ziemią unosiła się gęsta mgła, nadając popołudniowej herbacie dziwnego, nieco mrocznego klimatu. Marcowy Zając ciągle mieszał ciasto na swoje ciasteczka w opętańczym szale, mamrocząc coś pod nosem, a Kapelusznik na wpół leżał, a na wpół siedział w fotelu z wysokim oparciem. Prawą nogę miał przewieszoną przez jedno ramię, a lewą ręką podpierał ukrytą w dłoni twarz. Jego cylinder leżał na brzegu stołu i wyglądał na mocno zaniedbany. W atmosferze pół sennej, jednak przerywanej hałasami tłuczonej porcelany raz po raz przez Marcowego Zająca, trwało to przyjęcie bez końca. Ktoś wcześniej ustawił pośrodku stołu pozytywkę, która wygrywała tajemniczą melodię, niosącą się po okolicy. Nikt z nich nie spodziewał się nadchodzącego z wnętrza Lasu gościa.

    [Zaczynam ogólnikowo bez narzucania nikomu fabuły. Zapraszam ;)]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedy od najmłodszych lat mieszkasz w mieście, tereny poza nim zdają ci się odległe i z biegiem czasu zaczynają przypominać gwiazdy na nieboskłonie – ot, ładny widoczek, do którego nie przywiązujesz żadnej wagi, którego tak naprawdę nie znasz. Odległy pas drzew za Petersburgiem wydaje ci się jedynie cienką wstążką, smużką natury, przytłoczoną przez rozbudzoną cywilizację. Dopiero, gdy opuścisz brukowane uliczki i wstąpisz między pierwsze, rachityczne drzewa, zdasz sobie sprawę, że zieleni jest więcej, a to, co wcześniej brałeś za równy sznur sztucznie sadzonych drzew, w istocie jest bramą do najprawdziwszego lasu.
      Dymitr snuł się między drzewami. Przez zawieszone w przestrzeni między omszałymi pniami strzępki mgły przedzierał się chrzęst jego kroków. Wciąż było chłodno, oddech zmieniał się w ulotny opar, choć zleżałej ściółki leśnej od dawna nie pokrywał już śnieg. Rosjanin prawie się nie rozglądał. Potrzebował wytchnienia, chwili namysłu. Znów im się nie udało. Kolejna „prawdziwa Anastazja” nie przeszła próby. Kolejna szansa od losu, szansa na nagrodę, przeszła im koło nosa. Gdyby tak… Prawdziwa księżniczka? Nonsens. Historia ma to do siebie, że nie zawraca. Nie ma się co łudzić. Może wcześniej była jakaś szansa. Dziś… Bezwiednie pokręcił głową. Trzeba myśleć racjonalnie. W mieście wrzało, bieda aż piszczała… Trzeba było jakoś żyć. Jakoś… jego problem polegał na tym, że zamiast „jakoś”, chciałby dobrze. Żeby tak zgarnąć wystarczająco papierków, wyjechać gdzieś, choćby i do Paryża… Eh.
      Wołodia miał rację, trzeba było złapać inny interes. Gdyby w tej chwili ktoś zleciłby mu zdanie… jakiekolwiek zadanie, za które dostałby trochę grosza, podjąłby się go bez wahania.
      Pochłonięty własnymi myślami, na początku nie zauważył dziwnego zagęszczenia mgły. Kiedy wreszcie zwrócił na nią uwagę, nie był już pewien, gdzie właściwie się znajduje. Zabłądził. Cudownie. W życiu nie przyszłoby mu do głowy, że w nędznym podpetersburskim lasku da się zabłądzić.
      Zaraz. W nędznym… Poczuł, jak zimny powiew muska skórę na jego karku. Las wokół był stary, gęsty jakby… silny? Coś było nie tak. Las… lasek, który znał, wyglądał inaczej. Odetchnął. Z ust nie podniosła się para. Wokół było cieplej. Tylko ta mgła. Gęsta. Lepka.
      Nie panikuj, mieszczuchu, skarcił się w duchu.
      Kiedy usłyszał tajemniczą melodię, ostrożnie podszedł bliżej. Zobaczył siedzące przy stoliku towarzystwo, jakiś dziwny dom w oddali… Zamarł.

      ~ Dimitrij Iljanow

      Usuń
    2. Kiedy Marcowy Zając spostrzegł zbliżającego się człowieka, zawołał głośno:
      - Nie ma miejsca! Nie ma miejsca!
      Po czym wyjął brudne od ciasta łapki z miski, chwycił jedną z filiżanek i cisnął nią w stronę nieznajomego. Suseł w tym samym momencie podskoczył i całkowicie się wybudził, chociaż oczy dalej miał małe i wyglądał jakby znowu zamierzał pójść spać. Przetarł je jeszcze i skupił całą uwagę na nowo przybyłym mężczyźnie zupełnie jakby nigdy nie widział tak interesującego człowieka. Pozytywka kręciła się dalej, wygrywając w kółko tę samą melodię, zupełnie jakby nigdy nie miała się skończyć. Kapelusznik dalej trwał w dziwnie zamyślonej, półśpiącej pozie, nie zwracając uwagi na całe zajście.
      - Może wina? – spytał uprzejmie Marcowy Zając, zwracając się do gościa i wskazując mu miejsce na szczycie stołu. By to zrobić, wyjął prawą łapkę i poklepał odpowiedni stołek, zachlapując go klejącymi kawałkami ciasta. Nie widział w tym problemu. Tak samo jak w tym, że zaproponował mu wina, a żadnego alkoholu na stole nie było. Gdy Suseł zaczął otwierać wolno usta, ten rzucił w niego zakalcowatym ciasteczkiem. Zwierzątko upadło na ziemię i ze zmarszczonym ryjkiem, wdrapało się ponownie na stos poduszek.
      - Podałbyś mi cukru? – spytał szaraka, który nagle zupełnie zapomniał o nieznajomym i z niezwykłą uprzejmością przekazał cukiernicę Susłowi. Następnie na powrót zajął się swoim ciastem, mrucząc pod nosem wymyśloną melodię.

      Usuń
    3. [Hej. Niestety, ale muszę zrezygnować z naszej części wątku grupowego. Przepraszam, liczyłam, że podołam, ale stricte baśnie, w dodatku specyficzny klimat "Alicji w krainie czarów" to jednak nie moja działka. Nie chodzi o ciebie ani o twój styl, bo ten mi się podoba, tylko o klimat. Po prostu nie jestem w stanie się wczuć. Jeżeli ktoś będzie chciał dołączyć do linii fabularnej, którą zaczęłaś, po prostu uznajcie, że akcji z moją postacią nie było. Naprawdę przepraszam.]

      Usuń
  2. Jolly Roger kołysał się na falach zacumowany przy zalesionej plaży w małej zatoczce. Jak oko wykol widać było tylko wielkie drzewa i ani śladu cywilizacji. Kapitan Hak stał na niewielkim wzniesieniu i spoglądał ku swojemu okrętowi z niejaką tęsknotą. Na morzu zawsze czuł się lepiej, bezpieczniej i pewniej. Stały ląd pod stopami aż tak mu nie leżał. Chyba że mowa była o portach gdzie i dziewki, i rum, i inne uciechy dla duszy i ciała. Jednakże lasy… To nie był jego klimat. Ale umowy na czarno z podłymi władcami, którzy potrzebowali pośrednika do wykonania niemiłego zadania i gotowi byli zapłacić za to nie mało… to już było całkiem w jego guście.
    Naszykował się więc odpowiednio, ubrał jak na groźnego pirata przystało i ruszył samotnie w las, by dotrzeć do zamku, gdzie czekało na niego zadanie i wielka nagroda. Odziany w czerwony płaszcz z kapeluszem o szerokim rondzie i z piórem na głowie, z szablą u boku wyruszył w las. W jedynej dłoni trzymał swój ukochany kompas i zawierzając mu swe życie, postanowił zaryzykować. Ogólnie jako nawigator na lądzie był cholernie nieprzydatny, bo Jones potrafił się zgubić w mgnieniu oka bez fal, horyzontu i gwiazd. Miał jednak cichą nadzieję, że tym razem mu się uda.
    Stracił ją późnym wieczorem, gdy panująca w wielkim Zaczarowanym Lesie ciemność zgęstniała. Korony drzew przysłaniały mu niebo i uniemożliwiały nawigację za pomocą gwiazd. Był wściekły na samego siebie.
    - Cholera – syknął i zatrzymał się w miejscu.
    Naszło go dziwne wrażenie, że trzeci raz mija to samo drzewo. Niestety nie potrafił nic z tym fantem zrobić. Wyciągnął wiec zza pazuchy manierkę z rumem i pociągnął z niej długi łyk. Jedyne co mu zostało, to czekać na cud. Cud, którym byłoby pojawienie się kogokolwiek w pobliżu. Do diabła z tym, ze nie wzbudzał zaufania. Niech no tylko zobaczy człowieka, a wydostanie się z tej przeklętej siły. Z przewodnikiem z wyboru lub z przymusu. To już było bez znaczenia.

    [ Zaczynam tak niezobowiązująco :) Chętny ktoś na wątek z Kapitanem? Wbrew pozorom nie gryzie, co najwyżej dziabnie hakiem. Tu z pewnością jest bardziej żywiołowy niż w Fabletown, wiec dajcie mi się z nim pobawić i dołączcie :D ]
    Kapitan Hak

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ach, Anglia. Tak pełna kolorów, zapachów, głosów. Tak wiele odmienności, rozmaitości. Tylko, że.. brakowało jej plemiennych ziem. Szumu drzew, nocnych wypraw po lesie i babci Wierzby. Tutaj jej nie było, a odkąd John wyjechał w interesach, czuła się jeszcze bardziej samotna.
      Pokochała to miejsce, lecz jej serce wierne było naturze. Nie potrafiła się tego wyrzec, pomimo pięknych sukni, którymi została obdarowana, pomimo sympatii ludzi wokół. Spokoju, to wewnętrznego spokoju potrzebowała. A jak to Pocahontas- gdy raz coś postanowi, to zrobi wszystko by to osiągnąć. Spakowała więc kilka drobiazgów do płóciennej torby, i uważając na to, aby nie obudzić pani Jenkins, wymknęła się z domu. Miała nadzieję wrócić nad ranem, gdy będzie jeszcze spać, tak aby nikt nie wiedział o jej nocnej eskapadzie. Nie chciała bowiem nikogo martwić swoją nostalgią.
      Droga do celu nie należała do najkrótszych, lecz czując we włosach powiew świeżego powietrza, nogi jakby same ją niosły. Nim się spostrzegła, otulił ją mrok lasu, a po skórze przebiegł dreszcz. Coś było nie tak. Gdy się obróciła, nie była w stanie dostrzec drogi, którą się tu dostała. Ale jak to? -przebiegło jej przez myśl. Przecież nie mogła odmówić sobie świetnej orientacji w terenie, to blisko natury czuła się najswobodniej. Zagłuszyła jednak uczucie niepokoju, idąc głębiej, w mrok.
      -Cholera - dobiegło do jej uszu, więc zatrzymała się. Ktoś tu był. Poza nią.. w nocy? Dlaczego? Ciekawość nie pozwoliła jej się oddalić, a wręcz popchnęła ją ku temu by zbliżyć się do nieznanego jej głosu.
      Starała się zachować ciszę, by nie narazić się na niebezpieczeństwo. Głos należał do mężczyzny, i choć chciała wierzyć, że wszyscy ludzie są dobrzy, to niejednokrotnie Rolf ostrzegał ją, aby uważała. Jej oczy ujrzały kapelusz o szerokim rondzie, i czerwony płaszcz -Cóż, za zabawny widok, pomyślała, a z jej ust wydobył się chichot. Zatkała usta dłonią, gdy zdała sobie sprawę, że nieznajomy mógł ją usłyszeć.. i miałaby szansę na pozostanie w ukryciu, gdyby nie to, że wycofując się, potknęła się o kamień, a jej ciało wylądowało na ziemi. Cóż za kompromitacja, panienko Pocahontas.

      [Mam nadzieję, że coś uda nam się zdziałać. Jak nie- no trudno ;)]

      Pocahontas

      Usuń
    2. Ciągnął właśnie kolejny łyk ze swojej prywatnej manierki, gdy usłyszał stłumiony chichot. Może by to nawet zlekceważył i uznał za igraszki wiatru, gdyby nie huk towarzyszący ciału upadającemu na ziemię i owo ciało należące do młodej, czerwonoskórej kobiety. Ostatnim czego Hak się spodziewał była Indianka, to też zachłysnął się rumem, wpatrując się przy tym w przypadkowo nadaną mu przez los kobietę, która mogła być dlań jedynym ratunkiem.
      Schował prędko pojemniczek z bursztynowym płynem za pazuchę i wyciągnął do Indianki hak. Nie czekając jednak na jej reakcję, ujął delikatnie stalową protezą dłoń nieznajomej, a zdrową dłonią przytrzymał jej plecy. Ostrożnie postawił kobietę do pionu i otrzepał jej ramiona z liści i mchu. Przez cały czas nie przestawał potulnie się uśmiechać. Choć jego oczy i pozostałe zmysły wciąż odnotowywały nieprawidłowości w Indiance. Chociażby jej strój, kompletnie nie pasujący do czerwonoskórych mieszkańców wigwamów, albo niosący się od niej zapach perfum, niewyraźna woń miasta. Nie rozumiał tego, ale też nieśpieszno mu było do poznawania odpowiedzi. Chwilowo jego priorytetem było wydostanie się z pułapki, jaką okazała się Zaczarowany Las.
      Skłonił się delikatnie i zamiótł kapeluszem ziemię. Wbrew powszechnej opinii, która goniła go po siedmiu morzach wszystkich światów, wiedział czym są dobre maniery i kiedy warto ich używać. Wiedział też, co znaczy być dżentelmenem, bo przed wieloma dekadami sam nim był. A wszystko to przed paroma brzemiennymi w skutki wydarzeniami, które dawno już zepchnął w ciemny kat pamięci.
      - Kapitan Hak Jones. Można spytać co robi w środku tego przeklętego lasu tak urocza istota jak pani? – spytał z uśmiechem, nieśmiało spuszczając wzrok ku ziemi.
      Znał się na grze pozorów, a tym razem nie mógł na niej nic stracić. Jeśli dziewczę nigdy o nim nie słyszało, bo kobietom zdarzało się nie znać morskich diabłów, to miał szansę na brak oporów i potulne odprowadzenie go do cel w miłej atmosferze. Natomiast jeśli Indianka miała o nim choć jako takie pojęcie, to prędko będzie o tym wiedział i nic już nie powstrzyma go przed użyciem siły i popisaniem się brutalnością. Lepiej więc było dla nieznajomej pozostać w niewiedzy lub takową zgrywać.

      [ Czemu miało by się nie udać :D Cieszę się, że ktoś wreszcie się włączył ^^]
      Kapitan Hak

      Usuń
    3. Nie bardzo wiedziała, co się właśnie stało. Jeszcze chwilę temu, chichotała w krzakach, a już moment później stała na nogach, uzyskując pomoc od nieznajomego. Wielki hak wystający z rękawa zaskoczył ją do tego stopnia, że gdy zetknął się z jej dłonią, jej oczy znacznie się powiększyły. Cóż to za człowiek?
      Och, już by jej pani Jenkins natarła uszu. Gdzie jej maniery?. Uch, te wszystkie wymuszone zachowania, choć minęło sporo czasu odkąd ich się nauczyła, nadal wydawało się jej to nienaturalne.
      -Miło mi pana poznać.– zreflektowała się w końcu, odwzajemniając skromny ukłon, i uśmiechając się łagodnie.- wołają mnie Pocahontas. A w rzeczywistości nazywała się Matoaka.. To dusza łobuza, popchnęła ją do lasu. Kobieta nie należała do tych, które grały. Była szczera broniąc swoich przekonań - dzięki temu ludzie ją kochali. Ale tego tutaj nie znała, a wielki kapelusz i hak dalej niepokoiły jej myśli.
      -Nigdy przedtem nie miałam przyjemności widzieć Pana w okolicy. -Dodała, skupiając uśmiechnięte spojrzenie na Kapitanie. Dobre maniery skierowały jej myśli ku pozytywnym przeczuciom. Przecież nie chciał zrobić jej krzywdy, gdyby chciał, już by to zrobił, prawda? -Las pozwala mi zebrać myśli. Wybrałam się na spacer. -Odpowiedziała, zaraz jednak odwzajemniając się pytaniem: A co pan, panie Kapitanie robi tutaj, w środku lasu? Czyż nie powinien być pan na statku lub w porcie? -Była ciekawska, a ciekawi ludzie przyciągali ją. Miała przecież doświadczenie w poznawaniu nieznajomych w lesie. Tak poznała Johna. Może i kolejna znajomość okaże się być niesamowitą przygodą?

      [No to działamy :D]

      Pocahontas

      Usuń
    4. Uważnie przysłuchiwał się słowom dziewczyny. Nie wyczuł w nich fałszu, a w tej sprawie był ekspertem. Wszak osobiście kłamał przy byle okazji i to z nie małą przyjemnością. Uwielbiał bawić się słowami, to była jedna z jego ulubionych broni. Niepozorna, a jak skuteczna. Bo Kapitan Hak zawsze dotrzymywał słowa, choć nie zawsze tak, jak spodziewała się druga strona.
      Pocahontas. Imię godne dzikuski, którą ze skóry i urodzenia zapewne była jego rozmówczyni. Jednak maniery i cała masa innych szczegółów wyraźnie zaprzeczały jej pochodzeniu, urodzeniu. Nie dbał jednak o to. Liczyło się, że kobieta go nie znała i mogła mu pomóc. Nie pozostawało mu wiec nic innego jak uprzejmość i dalsza zabawa w dżentelmena. Kiedyś, dawno, dawno temu był to jego chleb powszedni.
      - To prawda, pierwszy raz tu jestem. Nic więc dziwnego, że mnie pani nie widziała – odparł z uśmiechem, a oczy świeciły mu się figlarnie.
      Zresztą zawsze tak było, gdy miał do czynienia z ładną kobietą. Miał wielki dystans do płci przeciwnej, więc sprawiało mu wielką przyjemność pogrywanie z białogłowymi, niewinne flirty i zadziorne teksty. Nigdy mu nie zależało, a jeśli jednak to brał, co chciał. Pocahontas miała doprawdy szczęście, że Hak w tamtej chwili miał ochotę jedynie wydostać się z lasu, a rozmowę z nią postanowił traktować jak dziecko zabawkę. Bo w rzeczywistości był to wyrośnięty dzieciak.
      - Ja, moja droga Pocahontas, najzwyczajniej się zgubiłem – odpowiedział na jej pytanie, niewinnie wzruszając ramionami i robiąc sarnie oczy – Miałem zamiar dotrzeć do tutejszego zamku, ale kompletnie straciłem orientację i już nie wiem, gdzie jestem. Nie mam też poj ęcia jak długo błądziłem. Spadłaś mi więc jak anioł z nieba. Mogę liczyć na twoją pomoc? Odwdzięczę się jak umiem – dodał słodkim głosikiem, chwytając niepewnie dziewczę za rękę – Poratuj zagubionego – dorzucił, okraszając tych parę słów delikatnym uśmiechem.

      [ Działamy i bawimy się ^^ ]
      Hak

      Usuń

Szablon wykonany przez drama queen. Obsługiwane przez usługę Blogger.