czwartek, 10 września 2015

Umiera się nie dlatego, by przestać żyć, ale po to, by żyć inaczej



Przeciągnął się leniwie i otworzył oczy. Wigwamy Indian okazały się nader dobrym miejscem do spędzania zimowych nocy. Wystarczyło rozpalić w środku ognisko, a przez całą noc nie musiał obawiać się chłodu. Podniósł się na łokciach i westchnął cicho. Sen nie był sposobem na powrót do Fabletown, przekonał się o tym boleśnie już któryś raz. Wciąż liczył, że obudzi się w swoim przytulnym mieszkanku i poczuje woń zatrutego dymem i spalinami powietrza.  
W Nibylandii przez te kilka dni nie działo się nic. Hak przemierzał znane sobie połacie wyspy szukając znaku życia, ale trafiał tylko na śnieg i pustkę. Zima panowała najlepsze, ale ostatniego wieczora zza szarych chmur wyjrzało słońce, a on przez chwilę mógł podziwiać skąpanego w ostatnich promieniach Jolly Rogera ze wzniesienia, na którym się znajdował. Wcześniej nawet nie był świadom, że Indianie mieli tak dobry widok na jego ulubiona zatokę.  
Podniósł się na nogi i zasypał ognisko piaskiem. Znów zamierzał wybrać się na spacer i może wrócić na swój okręt. Czuł się dobitnie sam i nie wiedział, co ze sobą poczuć. Nagle myśl, że w Fabletown był samotny wydała mu się bardzo głupia, więc uśmiechnął się sam do siebie. Tam przynajmniej miał do kogo gębę otworzyć i z kim się pośmiać. Nie starczyło mu palców u dłoni, by zliczyć ludzi, z którymi zadawał się na co dzień. Może i tak bardziej pragnąłby zacząć swoje życie od nowa, dostać drugą szansę i cofnąć czas, ale z dwojga złego Fabletown wydawało się lepsze. Co prawda i wśród ludzi można czuć się samotnym, ale bycie jedyną żywą istotą na wyspie jest o wiele gorsze. Do tej pory nie zdawał sobie z tego sprawy.  
Wyszedł z wigwamu i rozejrzał się dookoła. Wszędzie leżał biały puch, jak i dnia poprzedniego. Hak postąpił kilka kroków do przodów i rozciągnął się. Spanie na ziemi mu nie służyło i wzmagało tęsknotę za wygodnym łóżeczkiem z Fabletown. W całym tym porannym zamyśleniu nie zauważył intrygującego faktu. Otóż to tam, gdzie stawiał swoje odziane w pirackie buty stopy, śnieg topniał i ukazywała się soczyście zielona trawa. Onegdaj działo się tak tylko wtedy, gdy rudowłosy chłopiec imieniem Piotruś raczył zjawić się na tej piekielnej wyspie. Przyzwyczajony do tej myśli Jones ruszył przed siebie truchtem, by rozgrzać i rozbudzić obolałe ciało. Po jego srebrnej protezie błąkały się odbicia pierwszych promieni słońca. To także pirat zignorował, jakby obecność tej wielkiej gwiazdy, jaką było słońce i w tych niezwykłych okolicznościach było normalne. Okrążył wielki totem i zagłębił się w las. Tymczasem ścieżka, którą przebiegł znaczyła się szlakiem topiącego się śniegu.  
W pewnym momencie Hak był przeświadczony o tym, że coś dzwoni mu w uszach. Potrząsnął więc stanowczo głową i zwolnił do marszu. Dźwięk jednak nie ustąpił. Przeciwnie, nabrał na sile. Były kapitan odwrócił się gwałtownie, ale ujrzał tylko drzewa i trawę... Dopiero po chwili zorientował się, że śnieg topnieje. Zmarszczył brwi i z powrotem spojrzał przed siebie. Tuz przed jego twarzą unosiło się małe stworzonko, które na pierwszy rzut oka przypominało motyla. Hak wiedział jednak, że była to wróżka. Nie znał jej, jak większości wróżek. Wiedział tylko, że nie była ona dobrze mu znanym Dzwoneczkiem. Jednakże nie obchodził go w tamtej chwili fakt, że wróżka była mu obca. Bardziej poruszyło go to, że BYŁA. Tyle dni bezskutecznie szukał żywej duszy, zaglądał nawet do Domku Wróżek. Wedle tej pretensjonalnej nazwy to właśnie tam winny mieszkać wróżki. 
-Jakim cudem... - wydukał tylko, unosząc hak, a którym przycupnęła mała istotka.  
-A ja nie wierzę w piratów! - wrzasnęła złotoskrzydła wróżka i wystawił swój mini języczek.  
Jones miał ochotę przetrzeć oczy i uszy, bo właśnie usłyszał, co powiedziała wróżka. USŁYSZAŁ. Wszystko zaczynało tracić całkowicie sens. Śnieg topniał pod jego nogami, pojawiła się gadająca wróżka, choć dotąd Nibylandia była pusta. Do tej pory te czarodziejskie ludzki ze skrzydłami robiły jedynie typowe: "dzyń - dzyń". W dodatku każdy z tych dźwięków miał typowe brzmienie dla danej wróżki i prawdziwe: "dzyń - dzyń" robił tylko Dzwoneczek.  
- Ty mówisz...  
- Inteligentnyś jak na dupka i egoistę - stwierdziła wróżka i uniósłszy się kilka centymetrów przywaliła Hakowi z kopniaka w nos.  
Mężczyźnie jedynie zakręciło się w nosie od czarodziejskiego pyłku, więc kichnął w odpowiedzi. Złotoskrzydła istotka porwana tym nagłym podmuchem przefikołkowała w powietrzu. Poprawiła swoją sukieneczkę i odleciała naburmuszona w stronę zielonych liści drzew. W Nibylandii zaczęła się wiosna. Hak nie wierzył własnym oczom.  
- Co się dzieje do cholery? - spytał samego siebie i puścił się biegiem ku plaży.  
Nie dotarł jednak na miejsce, bo na jego drodze stanęła banda poubieranych w zwierzęce skóry dzieciaków. Byli to sami chłopcy i wszyscy dzierżyli prymitywną broń. Były pirat znalazł się w o tyle kiepskiej sytuacji, że oni mogli atakować na odległość, a on potrzebował zmniejszyć dystans, by dosięgnąć ich swoim hakiem lub rapierem.  
- Pieprzeni piraci. Wszędzie musisz wściubić ten swój długi nochal, Hak? Nie dość nam krwi napsułeś? Ale skoroś tu trafił, to dobra nasza. Piotruś wygrał...  
Banda chłopców, zagubionych chłopców. Tylko że jakaś taka dziwna. To nie te dzieciaki widział podczas swoich ostatnich dni w tym Piekle. Części z nich nigdy nie widział razem. Nie mniej zdawało mu się, że wszystkich zna. Że zna ich słabości... Dopiero po chwili spostrzegł blizny biegnące przez twarze, ramiona, szyje i inne części ciała. Dopiero wtedy sobie przypomniał. Ci chłopcy nie żyli. Zginęli z jego ręki. Do tego wszystkiego słowa jednego z nich... Skoro on tu jest... Czyżby tez umarł? Ale jak? I kiedy? Przecież to on ostatecznie wygrał, nie Piotruś. Przenieśli się do Fabletown, ten wieczny dzieciak dorósł. Przynajmniej fizycznie. To on, Huckelberry Jones, mógł w każdej chwili skończyć żywot swego wroga. Prawda?  
Wyciągnął swój rapier z pochwy i wycelował go w chmarę swoich przeciwników. Tamta wróżka... Wszystko zaczynało się układać. Niejedno stworzenie jej podobne zabił prostym stwierdzeniem. Nie wierzę we wróżki. Śmiał się mówiąc te słowa, a wypowiedział je nie raz... Z sercem łomocącym ze strachu uniósł twarz ku niebu i ku swemu przerażeniu na gałęziach drzew zauważył setki maleńkich, skrzydlatych stworzonek. Prędko zaczął zastanawiać się, kogo jeszcze zabił i z niezadowoleniem stwierdził, że nie mało osób. Nawet jeśli ograniczyć ich wszystkich do tych, których zabił w Nibylandii, to liczba była przerażająca. Syreny, Indianie, zagubieni chłopcy, wróżki, morskie stworzenia i inne dziwadła. Nagle mocniej niż dotąd zapragnął powrócić do Fabletown. Po tak wielu dniach prób i szukaniu rozwiązania w nieskończoność niemal stracił na to nadzieję. Tymczasem jego sytuacja miała się coraz gorzej. 
Odetchnął głęboko i przywołał na twarz opanowanie. Już raz ich wszystkich zabił, czemu miałby mieć problem by zrobić to drugi raz? Chyba że...  
- Chcesz nas zabić? - spytał któryś z chłopców i roześmiał się złowieszczo - My już nie żyjemy!  
Racja, pomyślał i przygryzł dolną wargę. Cóż mógł zrobić w tej sytuacji? Sam przeciw całej chmarze umarlaków? Wśród drzew czaili się jeszcze zapewne Indianie. Nagle go oświeciło. Przecież w Nibylandii nie zginęli tylko ci, których on i jego piraci zabili. Piotruś i chłopcy też nie szczędzili swoich prymitywnych zabaweczek na jego ludzi. I jeszcze odchodziło do tego to, co kiedyś wyznał mu Davy... Oni wszyscy nie żyli... Jolly Roger. To był jego cel. Może znów poczuje się jak dawniej, wśród swoich ludzi. Schował jednym ruchem rapier do pochwy i rzucił się biegiem w bok. Wyminął swoich przeciwników i już po chwili przemykał przez gęsty las ku plaży. Po śniegu nie było ani śladu. Z nieba lał się żar. To wróżki dogoniły go najprędzej i zbombardowały błyszczącą substancją. Nie rozumiały, że mu brakowało wiary i nadziei...  
Wreszcie wybiegł na plażę i momentalnie zatrzymał się w miejscu. Pojawiły się nowe zmienne, które nie pasowały do reszty układanki. Rozchodziło się o to, że w powietrzu leżał sobie rudowłosy chłopak w zielonym stroju z czapką zasuniętą na oczy. Hak nigdy nie pomyliłby tej postaci z żadną inną.  
- Witaj Hak - odezwał się młodzieniec, rozwiewając złudzenie, że śpi - W niezłą kałabanę się wpakowałeś stary piracie.  
- Nie jestem stary... - burknął Jones - Ale co ty tu robisz? Nie zabiłem cię, więc czemu trafiłeś do krainy umarłych?  
- Krainy umarłych? Ło... - chłopak zsunął czapkę z oczu i przewrócił się na bok, twarzą do pirata - Po czym masz takie odjazdy kapitanie? Czy to na starczy czerep rzuciło się szaleństwo?  
Jones był zbity z pantałyku. Zupełnie nie rozumiał, co się działo. Z lasu za jego plecami dochodziły go odgłosy pościgu. Jolly Roger był daleko od brzegu.  
- Nie jestem stary! - powtórzył agresywnie.  
- Czas jest nieubłagany, nie oszukasz śmierci - odparł na to Pan, wyciągając z kieszeni stary, tykający zegarek.  
Tik-tak. Tik-tak. Dziś zginie kapitan Hak.  
Tik-tak. Tik-tak. Śmierci nie ucieknie Hak.  
Oczy Jonesa powiększyły się raptownie, gdy dotarło do niego z całą mocą, czym bawił się chłopak. Prezent od jego starszego brata, który działał. Działał w Nibylandii. Hak dosłownie poczuł jak się starzeje. Włosy mu posiwiały, broda się wydłużyła, a skóra pomarszczyła. Wyprostował się, a w kościach coś mu strzyknęło. Czas odbierał swój haracz. Wszystkie przeczekane lata.  
- Nie...  
Dłużej nie mógł czekać. Wyminął zawieszonego w powietrzu chłopca i ruszył ku wodzie. Mógł przecież popłynąć w pław. Albo chłopcy mogli go dostrzec z okrętu. Nie rozumiał, co właśnie się działo, ale wiedział, że chce byś na swoim okręcie. Nie chciał umierać. Parł więc dzielnie do przodu, choć wzrok mu się pogarszał, choć hak zaczynał rdzewieć, a ciało odmawiało mu posłuszeństwa. Czas płynął. 
Był już po pierś w wodzie, gdy stracił czucie w nogach. Ledwie słyszał krzyki dochodzące z plaży. Cała jego nadzieja pozostała w słabych rękach. Płynął. Lecz z każdą chwilą tracił siłę, aż w końcu i ręce odmówiły mu posłuszeństwa.  
Spadł.  
Tonął.  
W jego głowie wyraźnie rozbrzmiewało tykanie starego zegarka i chłopięcy głos. Trzy słowa, które prześladowały go od dawna. Błękitne oczy zerkały ku niemu z morskiej otchłani. Bał się śmierci, ale nie miał siły walczyć.  
- Sam. Stary. Skończony - powtarzał głos Piotrusia.  
Umierał.  
Powietrze prawie całkowicie uleciało już z jego płuc, gdy zapaliła mu się lampka w starym, posiwiałym czerepie. Nibylandia rządziła się swoimi prawami. Wystarczyło parę nie tak trudnych do spełnienia warunków.  
Wiara. Nadzieja. I magiczny pył.  
Trzecim obdarzyły go rozzłoszczone wróżki. Dwa pierwsze odzyskał ostatkiem sił, a potem nastąpiła ciemność i przyjemne ciepło.  
~*~ 
Nabrał gwałtownie powietrza w płuca, jednocześnie otwierając oczy i podnosząc się do pozycji siedzącej. Cały był mokry. W pierwszej chwili pomyślał, że od słonej wody. Mylił się.  
Był w małym, przytulnym pokoiku. Zdążył go dobrze poznać w przeciągu pięciu lat. Marynistyczne motywy były praktycznie wszędzie. Filcowa okładka dookoła włącznika światła, koliste okno w drewnianej framudze, ściany w morskim kolorze, małe modele statków ułożone w rządkach na półkach regału z książkami i wiele innych dupereli. Huck siedział na łóżku, bardzo wygodnym i ciepłym łóżku. Koc, którym był przykryty leżał na podłodze. Za oknem huczało budzące się do życia miasto.  
Dom. Fabletown.  
Pomyślał o tych dwóch rzeczach w dokładnie tej kolejności i odetchnął głęboko. W pierwszej chwili ogarnął go spokój. Dopiero potem przyszedł żal i zwątpienie. Znów stracił Jolly Rogera. Jakoś w tamtej chwili nie pamiętał o wszystkich wnioskach, do których doszedł podczas odwiedzin w Nibylandii. Zawładnęła nim rezygnacja, może i wrócił, tak jak chciał, ale nadal nie wiedział, co powinien zrobić z życiem i czemu właściwie był w Nibylandii. Nie mógł też mieć pewności, że nie śni. A może umarł? Wszak tonął...  
Podniósł się z łóżka i ruszył ku lustru, które wprawione było w jedne z drzwi jego szafy. Znów widział tylko bezrękiego faceta w gatkach. Nie mniej młodego faceta bez najmniejszego, siwego włosa. Uśmiechnął się pod nosem. Może wcale nie było tak źle? Przecież zdążył już przywyknąć. Trip Trap, pianino, picie po pracy i podczas niej, czytanie gazety i rozgryzanie bajkowych tożsamości nowo poznanych ludzi. Nawet wizyty u psychologa nie były takie złe. Mógł się przynajmniej wygadać.  
Skinął głową do swojego odbicia, zasalutował mu jak kapitanowi i skierował się ku szafce nocnej, na której czekał jego srebrny hak. Ten po chwili trafił na swoje miejsce w lewym kikucie ręki byłego pirata. Huck przyjrzał mu się z dumą i bez ubierania się w cokolwiek więcej ruszył do kuchni, która w jego mieszkaniu łączyła się z salonem. Odgrodzona była tylko długim blatem. Włączył telewizor, który mógł spokojnie oglądać podczas robienia sobie śniadania i wybrał przypadkowy kanał. Fables TV. Już kilka razy wcześniej coś na nim oglądał. Prowadziły go bajkowe postacie i podawano w nim wiadomości dla takichże przeznaczone. Właśnie zaczynał się program informacyjny. Jones postanowił darować sobie pójście od pracy i przez cały dzień polenić się w domu. Zasługiwał na to po takich przeżyciach, jakie miał za sobą. Zresztą nie wiedział nawet, jaki był dzień. Liczył na to, że dowie się z wiadomości. Zrobił sobie herbaty z rumem i zaczął przygotowywać jajecznicę, przy tym cały czas spoglądał ku ekranowi telewizora. Młoda prezenterka właśnie mówiła coś o nielegalnych czarownicach. Huckelberry z zainteresowanie pogłośnił i pochylił się nad blatem oddzielającym go od salonu.  
- Poprzedniej nocy jedna z wcześniej wspomnianych nielegalnych wiedźm postanowiła się zabawić. Uprasza się o nie wpadanie w panikę i zachowanie trzeźwego myślenia. Okazuję się bowiem, że owa "zabawa" polegała na rzuceniu klątwy snu na całą naszą dzielnicę. Sprawczyni nie została jeszcze ujęta, lecz wszczęto szczegółowe dochodzenie. Na razie nie wiemy nic więcej, będziemy państwa informować na bieżąco.  
Zamarł na dłużą chwilę. Klątwa snu. Taka prosta odpowiedź. Ta nielegalna wiedźma załatwiła mu wizytę w koszmarze. Rozmyślał nad tym jeszcze chwilę, trwając w bezruchu. Z tego odrętwienia wyrwał go dopiero smród spalenizny. W pierwszym odruchu Huck tylko zmarszczył nos, ale zaraz potem odwrócił się do kuchenki i do patelni z jajecznicą, z której ów smród się unosił.  
- Cholera! - krzyknął - Moje śniadanie!  

--------------------------------------------------------------------------------------
No to bum skarbie! Ktoś zawsze musi być pierwszy. Mój Haczek jako weteran już tego bloga ( hah, kiedy ja przestanę się przechwalać, że jestem tu od początku? :') ) nie mógłby nie dotrwać do końca zabawy. Kto chce wiedzieć ile słów, niech sobie policzy XD Powiem tylko tyle, że na pewno więcej niż 1500. To tyle. Mam nadzieję, że w miarę przyjemnie się te bzdety czytało. 

2 komentarze:

  1. A co tu tak cicho, skoro notka, jak zawsze u Ciebie, taka cudna? :)
    Po pierwsze, muszę pochwalić za tak szybkie dodanie pracy konkursowej, strasznie mi z tego powodu miło, patrząc na to jak poprzedni etap został nieładnie pominięty przez niektórych. Po drugie, chwalę za pomysł, bo o Nibylandii i Piotrusiu mogłabym czytać wiele a i tak mi się nigdy nie znudzi. U Ciebie w tej notce tak fajnie to widać, z perspektywy Haka, że no cud, miód i orzeszki. Po trzecie, mam nadzieję, że bawiłaś się przy pisaniu swoich wszystkich prac do zadania tak dobrze, jak ja przy ich czytaniu :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jakie tam bzdety?! xD <3
    Na bieżąco czytałam wszystkie twoje prace z konkursu i, kochana, wymiatasz! Ale to już ci mówiłam ze 100 razy :D Ta ostatnia jest po prostu cudowna, tyle tu magii... Uwielbiam taki nibylandzki klimat ;) Trzymaj tak dalej, bo bez ciebie blog nie byłby taki sam!

    OdpowiedzUsuń

Szablon wykonała Night Tear. Źródło: WallPaper. Obsługiwane przez usługę Blogger.