piątek, 10 lipca 2015

Cier­pienie wy­maga więcej od­wa­gi niż śmierć


Błękitne oczy świdrowały go na wylot, a widać w nich było morze. Obrazek ten był tak zwodniczy, że przez chwilę serce biło mu szybciej. Potem wszystko rozmyło się we mgle, która zasnuła mu oczy. Błysnęło srebro, trysnęła krew, a on znów czuł tamten ból. Takich przeżyć się nie zapomina, zwłaszcza gdy jest się skrzywdzonym przez jedyną istotę, której się ufało.
Obudził się zgrzany i wystraszony. Wszystko było takie realne, takie prawdziwe. Jego klatka piersiowa poruszała się szybko, a z czoła spływał mu pot. Kikut lewej ręki palił potwornym bólem, jak zawsze po tego typu snach. Jones odrzucił koc, którym był przykryty, na bok i bosymi stopami stanął na podłodze. Drewno zaskrzypiało, ale on nie zwrócił na to uwagi, tylko bezwiednie skierował się do wielkiego lustra zawieszonego w korytarzu. To co w nim zobaczył nie było nawet strzępkiem wielkiego kapitana Haka. Nie. Widział w odbiciu przestraszonego biedaka bez ręki. Człowieka, który żył tylko ze strachu przed śmiercią.
Próbując uspokoić oddech, przeczesał dłonią włosy. Dotknął blizny na policzku i kilku przecinających mu pierś. Tylko one upewniały go w tym, że kiedyś naprawdę żył gdzie indziej, że to nie był tylko sen. Że to nie była tylko bajka, którą opowiada się dzieciom na dobranoc. Potem, jak zawsze, westchnął ciężko i osunął się pod ścianę. Przyciągnął nogi pod brodę i objął je ramionami. Nie wiedział co powinien zrobić, co powinien myśleć, kim być i jak się zachować. Z jednej strony tęsknił, a z drugiej... Nie miał do czego wracać. Życie wystawiło go na wiele ciężkich prób, które zrobiły z niego pragnącego krwi potwora. Żywił się swoim własnym pragnieniem zemsty, a gdy nagle pozostało mu zwyczajne wbicie haka w szyję wiecznego chłopca i ucieknięcie długiemu ramieniu sprawiedliwości, zrezygnował. Potem została już tylko pustka, której nie potrafił wypełnić niczym. Rozpacz, żal i nienawiść były jedynymi uczuciami, jakie gościły w jego życiu. Te natomiast traktował jak zabawę, wieczną grę, choć nie wartą świeczki.
Wcisnął głowę pomiędzy kolana i zacisnął powieki. Co prawda był sam w domu, ale nawet przed sobą samym nie lubił okazywać słabości. A jednak łzy zdołały się pomimo to przecisnąć na zewnątrz i po wyżłobieniu sobie drogi po jego policzkach, spadły na drewnianą podłogę.
- Lucy – jęknął przez zęby Huck – krokodylu... - dodał z żalem po chwili.

Lustro stojące w kajucie kapitana odbijało sylwetkę dumnego mężczyzny w czerwonym płaszczu aż do ziemi z wielkim kapeluszem na głowie i srebrną szablą u boku. Szeroki uśmiech wymalowany na jego twarzy dodawał ciemnowłosemu uroku, tak samo jak kolczyk zawieszony w prawym uchu. Kapitan lewą dłonią przejechał po krawędzi kapelusza i zaśmiał się radośnie.
- Swądek... To będzie cudowny dzień – sierdził.
- Chłopcy się z panem zgodzą, kapitanie. Wczorajszy łup rozejdzie się raz dwa, gdy tylko pozwolisz im zejść na ląd – zachichotał pulchny mężczyzna z czerwoną czapką na głowie i podał kapitanowi manierkę z rumem.
- Zwariowałeś, Swądek? - oburzył się na to jego przełożony – Rum odstrasza kobiety. Skąd żeś wytrzasnął tę manierkę? Zapewne twoja, co Swądek? Wiem, że jesteśmy piratami, ale pierwszy oficer powinien być na tyle trzeźwy, żeby móc mi dopomóc w razie takiej potrzeby.
Swądek przemilczał tę uwagę i schował manierkę za pazuchę, a potem z pochyloną głową otworzył kapitanowi drzwi. Hak, bo taki właśnie imię nosił właściciel statku, opuścił swoją kajutę z zadartym nosem. Jedną dłoń położył na swojej szabli, a drugą podparł się pod bok. Zamierzał przygotować pokład na ten szczególny dzień i odesłać załogę do portu, by tam się zabawiła. Wszak zamierzał przedstawić bratu wybrankę swojego serca i poprosić ją, by żeglowała z nim na Jolly Rogerze po kres ich dni. Nic dziwnego, że był to dla niego bardzo ważny dzień.
Stanął na mostku zacumowanego już okrętu z zamiarem odprawienia części załogi z pokładu, gdy zobaczył wchodzącą na Jolly Rogera postać. Nie pomyliłby jej z żadną inną, tych błękitnych jak morze oczu nie dało się pomylić z niczym.
- Lucy! - zakrzyknął, podbiegając uradowany do kobiety i chwytając ją w ramiona – Mieliśmy się spotkać dopiero wieczorem, nie żeby mi to przeszkadzało. I skąd wiedziałaś, gdzie szukać Jolly Rogera? Ja sam nie wiedziałem, że zacumujemy akurat tu – wyrzucił z siebie uniesionym ze szczęścia głosem.
- Hak... - wydukała zdziwiona dziewczyna – To twój okręt... Jolly Roger?
- Aye...
- Jesteś bratem Davy'ego Jonesa?
- Aye...

Zacisnął dłoń w pięść i wstał z ziemi, nie mógł przecież przesiedzieć nocy pod ścianą. Otarł pot z piersi i ruszył do kuchni, gdzie na blacie stołu czekała na niego butelka rumu. Sięgnął po nią bez żadnych oporów i otworzył zębami. Po chwili bursztynowy płyn zwilżył mu gardło, a w przełyku  mężczyzna poczuł przyjemne ciepło. Kolejne łzy cisnęły się do jego oczu, złość wypełniała każdą jego komórkę, więc wreszcie się jej poddał. Z krzykiem rzucił butelką przez pomieszczenie, a ta rozbiła się o lodówkę tylko po to, by skończyć w kawałkach w kałuży alkoholu na podłodze. Jones o to nie dbał, bo bezmyślnie okładał pięścią ścianę tak długo, aż zrobił w niej spore wgniecenie, a dłoń zaczęła mu krwawić. Przy wtórze kolejnych uderzeń wyrzucał z siebie wściekły ryk, który nie podobny był do niczego. Chciał po prostu sobie ulżyć, dać upust skotłowanym emocjom.
Od dawna nie wspominał tamtego dnia. Co prawda nosił go w sercu z żalem i w każdej chwili gotów był wyciągnąć zeń oskarżycielskie wnioski, wyrzucić je w twarz którejś z tych dwóch osób, które zrujnowały mu życie. Ale nie wspominał, nie rozdrapywał tej rany i nie pozwalał jej się zasklepić. Tym razem jednak nie potrafił powstrzymać zalewającej go fali wspomnień. Zdecydowanie nieprzyjemnych wspomnień. W końcu dzień, który miał być najpiękniejszym w jego życiu, okazał się tym najgorszym, a po nim wszystko zaczęło staczać się w dół samo. Coraz gorzej i gorzej, aż w końcu wylądował w Piekle.
Podniósł doniczkę z kwiatem stojącą nieopodal i cisnął nią przed siebie. Z dłoni ciekła mu krew, ale nie przejmował się tym. Robił już głupsze rzeczy. O wiele głupsze, przez co o mało nie stracił życia... O ścianę rozbił się talerz, który wieczorem Jones tylko włożył do zlewu. Podobny los spotkał napełnioną do połowy kozim mlekiem szklankę. Huck skopał stół, połamał krzesło, zbił lustro stojące w korytarzu i okno, przez które wyleciały wyrwane z szafki wiszącej drzwiczki. Tymczasem po twarzy Jonesa spływały łzy, których nie zatrzymywały zaciskane powieki, czy kolejne przekleństwa padające z ust byłego pirata.

Nie potrafił zrozumieć zmieszania Lucy, która zachowywała się tak, jakby się go bała. Cofała się, gdy tylko znajdował się na wyciągniecie ręki. Z jej ust padały tylko nieskładne zdania. Mówiła coś o poczuciu winy, o przebaczeniu, o miłości i błędach. Hak niewiele z tego rozumiał, ale z sekundy na sekundę uśmiech znikał z jego twarzy, a zastępowało go rozgoryczenie. Jego dłonie zacisnęły się w pięści, tęczówki zabarwiły się na czerwono. Z błękitnych oczu Lucy popłynęły łzy, a kobieta stanęła przy podeście prowadzącym ze statku na ziemię.
- Przepraszam Hak – jęknęła – Ja naprawdę nie chciałam. Ja... ja... Zależy mi na tobie, to było... Ja... Nie myślałam, że to się tak skończy...
W milczeniu chwycił ją za ramię tak mocno, że pobielały mu kostki. Bał się tego, w jakim kierunku zmierzała ich rozmowa. Kochał Lucy. Całym sercem, całym sobą. Wszystko dobre w nim wiązało się z jej osobą. Sprawiła, że stał się lepszym człowiekiem, a teraz... Teraz miała to wszystko zniszczyć.
- Davy... On był taki... Jesteście podobni, wszystko co w tobie mnie urzekło, było wtedy i w nim. Ale dopiero po kilku kuflach. Ja... Nie wiedziałam, że to się tak skończy... Cały czas myślałam o tobie... Przysięgam. Hak! Odezwij się! - błagała przez łzy, nadal się cofając – Zbesztaj mnie, uderz! Wyzwij! Tylko nie milcz już! Wiem, że jestem głupia... Ale on był taki... Nie wiem czemu mu uległam... Teraz już nic nie poradę. Ale nie potrafię żałować. To były piękne chwile... Ale wciąż myślałam o tobie. Myślę, że cię kocham... Hak... Proszę...
- Lucy – odezwał się wreszcie władczym tonem – Jestem zupełnie inny niż brat, a ty masz czelność mi wmawiać, że uwiódł cię przez podobieństwo do mnie? Mówisz o miłości, a nie potrafisz żałować nocy spędzonej z moim bratem? Przecież... - zaczął, a potem na chwile zamknął oczy - Przyszłaś tu przez niego, tak? Chciał ci przedstawić brata? Tego zakochanego głupca, który gotów był zaproponować ci byś odpłynęła z nim siną w dal. Tego, który chciał prosić cię, żebyś była zawsze przy nim. Który chętnie wyrzekłby się wszystkich innych kobiet. Właśnie dla ciebie. Przyszłaś tu, bo Davy chciał ci go przedstawić, a potem albo strugać idiotę, że nie chciał wcale zabawić się właśnie z tobą, albo zaśmiewać w twarz temu zakochanemu idiocie, który opowiadał mu o kobiecie, która kocha go równie mocno.
Lucy nie odpowiedziała, tylko schowała twarz w dłoniach i padłszy na kolana, łkała. Chwyciła skraj płaszcza Haka i w niego wytarła oczy. Nie przepędził jej, nie wyzwał, nie pocieszył. Zamierzał zrobić coś innego.
- Lucy... Dam ci wybór – przemówił – Przyjmij ofertę tego zakochanego głupca i rusz z nim w morze, wyrzekając się wszystkich innych mężczyzn lub... Wróć na ląd, gdzie będziesz mogła szczęśliwie wyjść za jakiegoś bogacza i równocześnie zdradzać go z wszystkimi chętnymi na ciebie młodzikami. Mówiłaś że mnie kochasz...

W łazience duszno było od pary unoszącej się nad gorącą wodą w wannie. Huck zacisnął dłoń na jej brzegu i odetchnął kilka raz głęboko. Potem bez zastanowienia wszedł do środka. Zaraz też jego ciało ogarnęło przyjemne ciepło. Nie przygotował jednak tej kąpieli w środku nocy dla własnej przyjemności. Po ciele przebiegły go nieprzyjemne dreszcze. Nadal się bał, ale gdzieś wyczytał, że żyły przecięte w gorącej wodzie nie przysparzają bólu. Zresztą śmierć w wodzie całkiem mu pasowała. Takie wyjście wydawało się łatwiejsze, niż na nowo szukanie szczęścia. Mógłby uniknąć kolejnych rozczarowań i nowego bólu. Prawdopodobnie niewiele osób przejęłoby się w ogóle faktem, że odszedł. Niewiele, choć może tych kilku by się znalazło. Bo przecież już raz go uratowano przed śmiercią. Haniebną i bolesną. Nie mniej żył, bo komuś jednak zależało.
Przepędził nieprzyjemne myśli zarzuceniem głowy i odprężył się. Postanowił rozkoszować się tą ostatnią kąpielą, nawet jeśli oznaczała ona kolejną fale wspomnień. Wspomnień, które były przyczyną decyzji, jaką podjął.
- Nie cofnę się przed tym – zapewnił samego siebie – Wreszcie przestanie nachodzić mnie wspomnienie... Tych błękitnych oczu...

Ręka nawet mu nie zadrżała, gdy wyciągnął ją wraz z mieczem w kierunku brata. Jego oczy lśniły czerwienią, a serce biło mu tak, jak gdyby chciało uciec z jego klatki piersiowej. Czerwony płaszcz zaszeleścił, gdy zbliżył się do tego, który odebrał mu miłość. Sprawnym ruchem zrzucił z głowy kapelusz, który tylko by mu przeszkadzał.
- Ty... Podła, niewdzięczna bestio – wysyczał złowrogo – Nie wystarczył ci, że zawiodłeś mnie w dzieciństwie. Musiałeś jeszcze teraz. Zachciało ci się ponabijać z młodszego, naiwnego braciszka? Przeszkadzało ci, że się zakochałem?! Nie odpowiadaj! Zabrałeś mi ją! - krzyknął, atakując z lewej – Upiłeś i zaliczyłeś, co?! Żeby ponabijać się z małego Haka, żeby udowodnić mu, że miłość nie istnieje. Że wszystkie kobiety są jak nasza matka. Że nie zasłużył na szczęście! - darł się, blokując i zadając kolejne ciosy.
Walka jednak nie zapowiadała się na długą, bo choć jeszcze rano Hak stronił od rumu, to po wizycie Lucy rzucił się na alkohol jak wygłodzone zwierze na mięso. Co prawda nie wtłoczył go w siebie wiele, ale rozpacz i złość zrobiły z niego niezdarę. Atakował sprawnie, a jego ciało samo wykonywało wyuczone ruchy, nie mniej brakowało mu trzeźwego oceniania sytuacji i wyrozumienia. Zapomniał, że czasem trzeba się wycofać się, żeby wygrać. Odpuścić, odsunąć się, zwieść. On tylko naskakiwał na brata.

Otworzył gwałtownie oczy i zamachnął się prawą ręką, tym samym rozchlapując wodę. Wizja, jaka naszła go, gdy tylko zamknął oczy, była zbyt realistyczna. Miał wrażenie, że za chwilę na nowo straci rękę, której jednak już od dawna nie było. Spojrzał zrezygnowany na swój kikut i postanowił pożegnać się ze światem. Na ślepo sięgnął do krzesła stojącego za nim. Nie znalazł na nim jednak nic prócz ręczników. Odwrócił się i ze zdumieniem stwierdził, że nie przygotował żadnego ostrza, które odebrało by mu życie.
- Pieprzyć to – wymamrotał i najzwyczajniej w świecie wylazł z wanny.
Zostawiając za sobą mokry ślad ruszył w kierunku swojej szafki nocnej, na której obok telefonu leżał jego hak. Dłonią odgarnął opadające mu na czoło, mokre włosy i zbliżył się do swojej metalowej protezy. Wydała się mu ona najlepsza do tego, co zamierzał. Chwycił hak z zamiarem powrócenia do wanny z gorącą wodą. Rzucił jeszcze ostatnie spojrzenie na telefon, na którym była jedna nieodebrana wiadomość.
- Przykro mi... Jones już nikomu nie odpisze – wymamrotał.

Kolejny zamach i szabla Haka prawie już sięgnęła jego brata, gdy błysnął metal. Zanim młodszy Jones poczuł, to najpierw zobaczył tryskającą krew. Jego lewa dłoń leżała na pokładzie w rosnącej czerwonej kałuży. Momentalnie kapitan Jolly Rogera puścił swoją broń i z krzykiem zacisnął zdrową dłoń na kikucie, z którego ciekła krew. Zgiął się w pół, przyciskając rękę do piersi.
- Odejdź krokodylu! - wydarł się pod wpływem chwili – Znikaj! Nie chcę cię widzieć na oczy! W tej chwili!
Dopiero po chwili podniósł wzrok, by sprawdzić, czy brat go posłuchał. Nie zawiódł się, bo po Davy'my Jonesie nie było już ani śladu. Hak zacisnął zęby i podniósł się do pionu. Jego załoga, która przypatrywała się wszystkiemu od początku, milczała. Tylko Swądek odważył podejść do kapitana.
- Kapitanie Hak? - odezwał się.
- Swądek! Przynieś mi hak... Nadajmy temu sens – odezwał się przesiąkniętym od nienawiści głosem.

Miał zamiar zignorować wiadomość, która do niego przyszła, ale mimowolnie spojrzał na ekran telefonu. Nie spodziewał się tego, co zobaczył. Nie potrafił powstrzymać uśmiechu, który też zaraz wstąpił na jego twarz. Napisała do niego ta jedna osoba, z którą wiązał same ciepłe uczucia. Nawet bardzo ciepłe.
Wrócił do łazienki tylko po to, by spuścić wodę z wanny i owinąć się granatowym, świeżo upranym ręcznikiem. W miejsce lewej ręki wkręcił sobie hak i ubrawszy się na powrót w bokserki, w których spał, wrócił do łóżka. Raz jeszcze przeczytał wiadomość od Gretel i zasnął z błogim uśmiechem na ustach. Śnił o tej ciemnowłosej istocie, przeszłość zostawiając za sobą. Jego uwolniona fantazja planowała cudowną przyszłość pełną miłości i szczęścia. Do tej pory nie myślał nawet, że to możliwe. Wystarczyła na szczęście jedna osoba, żeby uświadomić mu, że jeszcze może zdobyć swoje szczęśliwe zakończenie. Może żyć długo i szczęśliwie. Co nie zawsze oznacza całkowicie uczciwie.
Natomiast na jego telefonie wciąż wyświetlało się tych kilka prostych słów.

Dobranoc arogancki piracie.


Także oto i opowiadanko o Hakusiu.
Nie umiem pisać innych notek niż smutne, taki jakoś...
W każdym razie to tyle ^_^

12 komentarzy:

  1. Genialne! <3
    Biedny Hakuś... Wszystko miało być tak pięknie, a tu coś takiego. Aż chce się Hakusia przytulić i pocieszyć. Świetnie to napisałaś!
    Końcówka z Gretel przesłodka. Jak ja mu życzę szczęśliwego zakończenia. <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękować <3
      Ja tak jakoś mam, że moje postacie unieszczęśliwiam >.< Ale, ale. To pewnie dlatego, że chętnie sama bym je potem pocieszała ^^
      Miło mi słyszeć, że tak uważasz :3 I że życzysz Hakusiowi szczęścia *_*
      Więc jeszcze raz dziękować <3

      Usuń
  2. Co mogę więcej dodać? Po prostu bosko napisane! Jestem najbardziej zachwycony emocjami, jakie Hak przeżywał... takie ciarki na skórze... ^_^
    Aż mam ochotę napisać coś z Alice, może i Wilkiem?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło mi to słyszeć, choć tak po prawdzie, to wielce się nie starałam >.<
      Nie zmienia to jednak faktu, że bardzo to uprzejme i pochlebiające :D

      Usuń
  3. Ty dobrze wiesz co o tej notce myślę, więc nie będę się tu rozpisywać.
    Powiem tylko, że bardzo się cieszę, że się pojawiła. I niech Hakuś się nie martwi, będzie dobrze :3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hakuś, wie że będzie dobrze, a ja wiem, co myślisz :D

      Usuń
  4. Ej, aż dreszczy dostałam, jak czytałam o jego uczuciach. ;-; Tak pięknie to opisałaś. A potem była ta końcówka z Gretel, co wywołało na mojej twarzy taki bardzo szeroki uśmiech. :3
    Świetna notka!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuje <3
      Tak miło usłyszeć słowa uznania. To wiele dla mnie znaczy :D Aż uwierzyć nie mogę, że zdołałam kogoś przyprawić o dreszcze ^_^

      Usuń
  5. W końcu znalazłam chwilę, by przeczytać... I znów powiem to samo, co przy dawnej notce o Jane z Tarzana: jakie to piękne i smutne zarazem. Po prostu uwielbiam Haka w twoim wydaniu, a po tym opisie powyżej mam ochotę go przytulić i popłynąć z nim han hen daleko :) W dodatku u mnie dziś taki mroczny, dreszczowy dzień, więc klimat jest odpowiedni ;)
    Ty książkę wydaj, na co czekasz?! xD <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czekam aż mnie najdzie do skończenia opowiadania, które by się nadało xD I ogółem na wiele innych rzeczy czekam, nie mniej kiedyś spróbuję ;)
      Dzięki za wszystkie miłe słowa <3 I powiem Ci szczerze, że ja też bym go utuliła, choć to ja go tak tym "losem" i "życiem" męczę x3

      Usuń
  6. Smutne notki są najlepsze! Ta bardzo mi się podobała, cieszę się, że dowiedziałam się co nieco o historii Haka, o tym, jak stracił rękę, chociaż w głowie utkwiła mi wersja z Once Upon a Time (i Rumpelstiltskin <3) i nie chce stamtąd wyjść. Mam nadzieję, że Hak odnajdzie szczęście, a na blogu pojawią się kolejne posty Twojego autorstwa. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O jej! Miło mi to słyszeć :D Przyznam, że mi też wersja z Once wyjątkowo przypadła do gustu i nieubłaganie tkwi w głowie, ale bazując na obecnych wątkach Haka, wyszło na to, że to brat mu rączkę odciął :>
      I aż sie rumienię. Tyle cukru, nie mniej cieszę się, że notka się podobała.

      Usuń

Szablon wykonała Night Tear. Źródło: WallPaper. Obsługiwane przez usługę Blogger.