sobota, 29 kwietnia 2017

I guess that I knew I was warned

trzydziestosiedmioletni właściciel kasyna 
prawdziwa Bestia w ludzkiej skórze
Podobno najlepiej patrzy się sercem, bo najważniejsze jest to, co niewidoczne dla oczu. Rzecz jasna, nie żebyś tak twierdził, absolutnie: ty po prostu przeczytałeś to w jednej z tych absurdalnie cienkich książeczek – zupełnie nie jak te z twoich czasów, którymi dosłownie można było zabić – jakie teraz można zdobyć na prawie każdym rogu i jakoś tak zapadło ci w pamięć, nie wiedzieć jak ani tak właściwie po co. Siedzi tam sobie jednak i kokosi się jak szalone, działając ci nieustannie na nerwy, bo stanowisz przecież żywy, chodzący i niemal malowany przykład na to że gówno, za przeproszeniem, prawda. Nie żebyś bowiem był pamiętliwy, skądże, ale jakby nie patrzeć, historii to ty chłopie nie masz usłanej różami: ludzie omijali cię szerokim łukiem z powodu twojej paskudnej mordy i jakoś nie kwapili się szczególnie do poznania ciebie bliżej, wystarczająco długo, aby odcisnęło to na tobie piętno. Wszystko więc ładnie i pięknie z teorią, ale gorzej z praktyką, dlatego całe szczęście, że w tym życiu oszczędzono ci futerkowego problemu, bo inaczej byś tego prawdopodobnie nie zdzierżył.
Problem w tym, że chociaż otrzymałeś nową szansę, tak naprawdę nie zmieniłeś absolutnie niczego. Wciąż jesteś tą samą kwintesencją bycia gburem, co niegdyś – nie tylko nie potrafisz zawierać normalnych, zdrowych relacji, ale i nie jesteś w stanie ich utrzymać, zawodząc na dosłownie każdej linii. Nie radzisz sobie jednak nie tylko z ludźmi – tak naprawdę nie potrafisz uporać się bowiem sam ze sobą i notorycznie padasz ofiarą własnych emocji, nie umiejąc ich okiełznać. Wzbudzasz więc niemały postrach, wpadając w szał z prędkością światła i będąc kompletnie nieobliczalnym – nie panujesz bowiem nad sobą ani nad swoimi reakcjami, a przy tym posiadasz kasy, jak lodu, więc jesteś kompletnie niedotykalny, co cholernie cię cieszy.
Uwielbiasz bowiem górować nad innymi: widzieć, jak kulą się z szacunku przed tobą i kajają się, ilekroć czymś cię zawiodą. Podoba ci się, że nierzadko wchodzisz właściwie w rolę Boga: że to ty podejmujesz stosowne decyzje i że to od ciebie zależą losy innych. Lubisz poczucie władzy, które ci to daje i czerpiesz niemałą satysfakcję, gdy przed twoje oblicze trafiają klienci kasyna, którego jesteś właścicielem, prosząc o ułaskawienie, kiedy długi dosłownie ich zżerają. Byłeś skurwysynem kiedyś, jesteś i teraz – nie obchodzi cię dobro innych, jak długo twoje nie zaznaje uszczerbku.
Twój największy problem polega więc na tym, że ty nie znosisz innych ludzi. Nie interesuje cię, co mają do powiedzenia ani co mogą ci zaoferować, bo masz już tak naprawdę wszystko: sławę, pozycję w mieście i bogactwo. Nie lubisz ich, bo tak naprawdę nie musisz: stanowią wyłącznie marionetki w grze, którą nazywasz życiem i wcale nie jest ci z tym źle. Tak naprawdę bowiem nie lubisz przede wszystkim samego siebie i to od tego należałoby zacząć: od obrzydzenia, które czujesz do własnej osoby, ilekroć wybuchasz gniewem, jak na furiata przystało i od zawodu, który cię obezwładnia, gdy dzień po dniu coraz bardziej oddalasz się od tego, kim chciałeś być – od prawego, dobrego i sprawiedliwego mężczyzny, którego niegdyś widziała w tobie miłość twojego życia, a którym nie potrafisz być. Jesteś po prostu skurwielem bez serca, bo tak ci najwygodniej i bo to sprzyja interesom – zachowujesz się jak taki i takiego też grasz, choć w gruncie rzeczy jesteś wciąż tym samym, zagubionym i złaknionym miłości Bestią, co niegdyś…
Jak długo jeszcze zamierzasz udawać, Luke?
 Powiązania –––– Więcej ––– Miejsca  

Cześć! Na zdjęciach wspaniały Chris Evans, w tytule Vancouver Sleep Clinic (ich piosenka jest zalinkowana w imieniu), a poniżej moja radosna bądź mniej twórczość. Z rzeczy ważnych: Bestia przybył do Fabletown w 2014 roku, a ja hołduję zasadzie handlu wymiennego i chciałabym bardzo podziękować piratowi w internetach za pomoc ze zdjęciami i postacią (<3). Poszukujemy przyjaciela, który spróbowałby ustawić go do pionu oraz kochanek, z którymi spróbuje zapomnieć o tym, jak mu źle. Po więcej informacji zapraszam do powiązań albo na maila: lyne.akkarin@gmail.com. Chodźcie! :3

86 komentarzy:

  1. [Cicho tu strasznie... W każdym razie życzę dobrej zabawy i wielu ciekawych wątków, bo ta Bestia naprawdę Ci się udała. :)]

    Terrence Burton & Sygurd Fafnesbane

    OdpowiedzUsuń
  2. [Witam serdecznie na blogu :)
    Życzę wielu ciekawych wątków i weny przede wszystkim.
    W razie chęci na jakiś wątek, zapraszam do siebie ;) ]

    Alexander

    OdpowiedzUsuń
  3. [Dzień dobra :)
    Niecierpliwie czekałam na Bestię, czas jednak jest wredny i kiedy go potrzebuje, ucieka, więc jak tylko wróci z chęcią zagłębię się w lekturę XD.
    Życzę dużo weny, chęci i czasu, a także ludzi do wątków (Ja też się zaliczam!)]

    Feliks Domagacki

    OdpowiedzUsuń
  4. [Witam cudowną Bestię. ♡ Nie wiem gdzie powinnam zostawić swoją pierwszą pochwałę, czy pod wizerunkiem, którym znowu bezbłędnie trafiasz w mój gust czy całością karty, która bardzo mi się podoba! Myślę, że wyszedł Ci idealny; wspaniała kreacja postaci. Jeśli nie przeszkadza Ci zmiana Anette na Lolę - to przyjmę rolę asystentki. W razie chęci wiesz gdzie możesz mnie znaleźć <3]

    Czerwony Kapturek, jeszcze w szkicach

    OdpowiedzUsuń
  5. [Witamy ponownie na blogu i życzymy całej masy dobrej zabawy z Bestyjką. :)
    W kwestii organizacyjnej mam jeszcze dwie sprawy. Pierwsza - bardzo proszę o stosowanie etykiet zgodnie z Regulaminem. Druga - bardzo prosimy nie używać wizerunków postaci, które funkcjonują na blogu. W tym celu odsyłam do zakładki z zajętymi wizerunkami.
    Pozdrawiamy serdecznie i jeszcze raz życzymy dobrej zabawy.]

    - Administracja

    OdpowiedzUsuń
  6. [No siemson, ziomku! ♥ Ostrzegam – przez moment możesz rzygać tęczą i pierdzieć motylkami Triss Merigold… XD Chciałam powiedzieć (napisać), że po pierwsze dziękuję za wspólny seans, który nas tak cudownie zainspirował – nie ma co ukrywać – i że czasem się zastanawiam, jak to jest, że potrafisz stworzyć tak świetne teksty i być z nich niezadowolona . Strasznie mnie to wkurza, bo oto wisi na stronie głównej (kolejnego-starego, he-he, ciekawe kiedy mnie zabijesz za te „podróże małe i duże”) kolejny na dowód na to, że świetnie piszesz i to w taki sposób, że czytając kartę, natychmiast chce się przejść do zakładek: do więcej, do dwóch cudownych historii, które zaskakują i wzruszają, mimo że jedna jest powszechnie znana, do powiązań (borzeThorzeszumiący, tak pięknie stworzyłaś tam Bells…) i opisu miejsc (obiecałaś mi migające fotki i nazwę zmienić, kłamliwo-niezdecydowany lakłaku :<). Sprawiasz, że czuję Lucasa (w ogóle Eavnsa to bym chętnie poczuła na sobie, lel) – czuję wszystko, co stracił, jak cierpi i to, że Bestia przejmuje nad nim kontrolę, mimo że tego nie chce, ale też nie wie, jak z tym walczyć, bo przecież tak jest łatwiej. Nie bój jednak nic!, była żonka wciąż – chociaż mejbi niedługo, bo jestem sick fuck, ale to wiemy XD – tuła się po Fabletown, w głębi swojego złamanego serduszka, wciąż kochająca i gotowa pomóc. Dlatego też oto przesyłam Ci rozpoczęcie, za które jednocześnie przepraszam, bo jest słabe tak, żeojapierdole, ale moje miliony pomysłów na nie pozwoliły mi ostatecznie napisać niczego zwięzłego (i normalnego też). Także: lol, ból egzystencjalny taki wielki i przerost formy nad treścią również. Uważaj, bo to, kurdebalans, zaraźliwe jest. ♥ A tak w ogóle i oficjalnie: cześć cudowny mężu, baw się dobrze na FT (znowuuu), miej dużo weny (jak zawsze) i wytrzymuj ze mną i innymi. Degrengolada, śmierć, krew, pot i łzy są fajne i nikt nam tego nie odbierze – chodź, róbmy „w” dramy, okej? ;]

    _________________________________


    Pamiętała doskonale, jak trzymał ją mocno w ramionach po poronieniu, tak kurczowo, jakby bał się, że zaraz się rozpadnie na miliony kawałeczków – jak zapach intensywnego dębowego mchu, odświeżające, acz ostrej mięty oraz słodko-kwaśnej cytryny, otulał ją mocno i mieszał się z zapachem kurzu książek, herbacianych róż i kobiecej, nieuchwytnej ambry jej drobnego ciałka; jak jego głęboki głos szeptał jej, że wszystko będzie dobrze, a ona mu bezsprzecznie, mimo żałosnego szlochu, duszącego płaczu oraz poczucia beznadziei i żałosności, całkowicie wierzyła. Pamiętała, jak wycierał jej uda z krwi i jak ronił gorzkie łzy razem z nią, całując jednocześnie drżące dłonie i mówiąc, że się ułoży, że to nie jej wina, że nic nie mogła poradzić, a ona mimo wszystko czuła, że cała odpowiedzialność leży na niej właśnie – przecież już wtedy, lutowego, mroźnego wieczora, trzynastego dnia tego miesiąca, była przyzwyczajona do myśli, że zostaną rodzicami: pokochała tego parunastu-tygodniowego maluszka. Czuła także, że coś się jednak zmieniło – coś w nim umarło i od tamtej chwili jego błękitne tęczówki nie były już tak radosne jak kiedyś, a uśmiech powalający na kolana stał się niemrawy, jakby wyrażany półgębkiem: wydawało się, iż zagościł w nim smutek tak wielki, że nakazywał mu trzymać swoje idealnie wykrojone wargi wygięte w podkówkę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pamiętała więc też doskonale, co to był za dzień – środa, jak na złość; pamiętała że strasznie sypało, a oni poszli na śnieżki, aby później zaszyć się z herbatą w bibliotece, siedząc wtulonymi w siebie przed kominkiem i czytać książki; pamiętała, że strasznie zmarzły jej stopy, a on je rozmasował. Pamiętała, jak bardzo Adwersarz ich zaskoczył – co, z perspektywy czasu, wydaje się jej być całkowicie nie do pomyślenia, bo to był jego trzeci, i najbardziej skuteczny, szturm na Château de Josselin, nieopodal miasteczka Rochefort en Terre, gdzie się wychowała, w osiemnastowiecznej Francji – i że w zasadzie cudem uniknęli śmierci. Pewnie, byli głupi i naiwni, wierząc, że skoro odepchnęli próby przejęcia ich włości, to zrobią to po raz kolejny, a przez to przyszło im oglądać, jak ich zamek – ledwie dwa lata wcześniej wrócony do pełni blasku – rozpada się na kawałki i jak ich bliscy, jeden po drugim, umierają. Do tej pory przecież opłakuje Promyka, który uratował ją przed przygnieceniem na klatce schodowej, a za co nigdy nie mogła mu podziękować – a może po prostu nie była pewna, czy powinna być mu wdzięczna, czy go nienawidzi: gdyby wtedy nie przetrwała, nie poczułaby bólu matki płynącego z utraty wymarzonego dziecka. Była pewna, że to oni zawiedli – nie los, nie siły wyższe: a oni, ich pycha i pewność, że są najsilniejsi.
      Pamiętała jednak także te dobre chwile, chociażby ten dzień, kiedy na jego – będącej jeszcze wówczas objętej klątwą – twarzy zabłysł pierwszy uśmiech, odkąd pojawiła się w jego posiadłości; pamiętała, jak wtedy i jej serce poruszyło się tak, że trudno było jej chwycić oddech i zrobić cokolwiek, bo po raz pierwszy w życiu ogarnęła ją taka olbrzymia radość, która pociągnęła za sobą lawinę samych cudownych przeżyć. Pomijając nawet pierwsze wyznanie miłości – chociaż dokonane w mało sprzyjających okolicznościach – czy ich wspaniałe weselisko – co prawda, dla niej nieco zbyt wystawne, ale przecież z zakochanym po uszy księciem nie wypada dyskutować, prawda? – ale pamiętała, jak po raz pierwszy ją rozebrał, jak adorował jej ciało, jak niemalże gestami i czułymi, subtelnymi pocałunkami wynosił ją na ołtarze i piedestały, sprawiając, że po raz pierwszy w życiu czuła się prawdziwie piękna, ważna i kochana; jakkolwiek przecież ojciec darzył ją miłością, był to zgoła inny rodzaj uczucia, jaki otrzymała od swojego męża, który przez dwa lata dał jej więcej, niż mogłaby kiedykolwiek marzyć. Dosłownie wtedy, u jego boku, w tym olbrzymim, kamiennym zamku – chociaż równie dobrze mógłby to być stary, wiejski młynek – poczuła się, jak w prawdziwej bajce i chyba też przez to jej cierpienie było po stokroć większe.
      Pamiętała więc wiele – może za dużo, traktując swój umysł, jako pałac: skarbnicę wszystkich obrazów, jakich była uczestnikiem oraz świadkiem – i to chyba ją definiowało, jako istotę żywą. Tylko wspomnienia, te bolesne i te radosne, pozwalały jej wciąż zaczerpnąć powietrza, niemniej to, co przeżyła w swojej – jak się później miało okazać – przerysowanej historii. Pomagało jej to również przetrwać wszystko to, z czym zderzyła się w całkowicie nowe, nowojorskiej, obcej, neonowej i kompletnie oderwanej od jakichkolwiek praw logiki, rzeczywistości, do której musieli trafić, aby przetrwać – czasem się jednak zastanawiała, czy w takim wypadku śmierć nie byłaby wybawieniem i luksusem, biorąc pod uwagę, w jakim agonalnym stanie się znalazła. Patrzyła na Stany Zjednoczone i nie mogła nie płakać – po czasie miała uznać swoje słabości za powód, dla którego straciła wszystko, co dla niej było najważniejsze – szczególnie, gdy musiała pozwolić zabrać swojego rodziciela do zakładu zamkniętego, gdy stał się niebezpieczny dla siebie i otoczenia; jakże jednak mogła się mu dziwić, skoro jako pierwszy obcował z magią, napadły go wilki i przytrafiła mu się seria doprawdy mało fortunnych, trudnych do wyjaśnienia zdarzeń, a na koniec musiał uciekać przed Adwersarzem właśnie? Fabletown więc zniszczyło ich bezsprzecznie i nieodwołalnie.

      Usuń
    2. Pamiętanie zaś samo w sobie sprowadzało się do tego, że ostatecznie upodliła się niewiarygodnie – zdegradowała się do pozycji dosłownie niczego, obiektu, rzeczy, którą można przestawiać, odstawiać i wyrzucić, kiedy się zakurzy lub zepsuje; była praczką, sprzątaczką i kucharką, ale przestała być żoną, ba!, w jego oczach przestała być najwidoczniej kobietą, pomimo najszczerszych zapewnień, że utrata maluszka z jej łona, na nic nie wpłynie. Owszem, nie mogła mieć mu za złe – też cierpiał, ale przecież i ona miała swoje granice, których przekroczenie stało się dla niej dosłownie końcem samej siebie: dopiero, kiedy pewnego dnia, jak wiele przed nim, wrócił w pijanym, w furiackim nastroju, cuchnący kochankami: nie wytrzymała. Nie wytrzymała tym bardziej, że latała za nim, powtarzała, że go kocha – nie otrzymując zapewnienia zwrotnego, jakby to, co się między nimi wydarzyło, nie miało miejsca – była obok, trwała dzielnie, gotowa go pomóc, podnieść, a nawet wesprzeć w interesie, który zapoczątkował, a który się jej absolutnie nie podobał. Sądziła, że nadal są dla siebie – nadal do siebie należą, a uświadomienie sobie porażki małżeńskiej i w zasadzie końca tej relacji, niemalże ją zabiło. Co gorsza, wcale nie czuła, że chociaż przez moment o nią zawalczył – ewidentnie była problemem na jego drodze do jakiegoś chorego szczęścia.
      Zmienili się więc. Czasem miała wrażenie, że zmienili się do tego stopnia, że już nigdy nie mieli wrócić do tego, co było kiedyś – że naprawdę rozdzieliła ich tak szeroka, głęboka i mroczna, a na dodatek najeżona pułapkami, przepaść, której nigdy nie zdołają pokonać. Cóż, nie mogła być też pewna, czy on by tego w ogóle chciał, bo przez dwa lata życia w Nowym Jorku prezentował zgoła inne postawy – jakby jego celem, odkąd przekroczyli portal w Rochefort, stało się uprzykrzenie jej życia, w najgorszy z możliwych sposobów: wykorzystania samego siebie i jej niesłabnącej miłości do niego, pomimo wszelkich paskudztw, jakich się dopuszczał; pomimo traktowania jej jako czegoś kompletnie zbędnego w swoim życiu, jak właśnie obiektu, który nie podołał najważniejszym zadaniom, jakie los przed nią postawił. Byciu żoną i byciu matką. Przez niego, dlatego też, poczuła się jak kompletne, żałosne i niemające prawa bytu „zero” i o ile wcześniej jakoś sobie radziła z krzywymi spojrzeniami, z niemiłymi podszeptami i tym, że zawsze spychana była na nieprzyjemny margines małej, zaściankowej społeczności rodzinnej wsi – z której jej ojciec cudem się wyrwał – tak wrzucona do nowych, jaskrawych i głośnych realiów, odrzucona przez kogoś, na kogo najmocniej liczyła: kompletnie się załamała i zamknęła w sobie.
      Z tej uroczej bajkowej Belle została ledwie ładna buzia – parę piegów, malinowe usta, czekoladowe oczy i karmelowe włosy. Problem w tym, że owa buzia jest tylko ładna – nie widać na niej żadnych emocji, oprócz smutku – usta są tylko malinowe, chociaż smaku ich można się jedynie domyślać – nie unoszą się do góry, nie rozwierają się w perlistym śmiechu, czy egzaltowanym pisku, gdy widzi białe myszki, których boi się bardziej niż pająków – oczy są tylko czekoladowe – wypełnione bezdenną pustką, sprawiają iż patrzenie w nie może sprawić fizyczny ból – a włosy są tylko karmelowe – nie lśnią, nie falują książęcą elegancją: po prostu są na głowie i każdego poranka niemiłosiernie ją denerwują, gdy nie chcą się w żaden sposób ułożyć, mimo że kiedyś to, czy odstawały, czy nie, nie czyniło jej większej różnicy. Wtedy jednak potrafiła czerpać radość z małych rzeczy – obecnie nie potrafi z niczego. Oczywiście, w tym wszystkim ma tę bolesną świadomość, że dzień po dniu – przy każdym wschodzie słońca, który niesie ze sobą godziny udręki i zachodzie, który przypomina jej, że jest tak wielkich tchórzem, że owej udręki sama nie skończy – wpędza sama siebie w coraz większą rozpacz i nic nie jest w stanie na to poradzić: czuje się kompletnie bezsilna wobec planu wielkiego Demiurga, który skazał ją na potępienie.

      Usuń
    3. Rzecz jasna, to też nie tak, że z góry skreśliła Fabletown. Kiedy tam trafili w dwa tysiące drugim roku, naprawdę chciała się odnaleźć w tej wielkomiejskiej rzeczywistości, ba!, stworzyła swój własny profil, w ciągu kilku nocy pochłaniająca – fatalnie swoją drogą napisane – książki dotyczące Ameryki, świata i tego, jak był on skonstruowany; szybko poznała się na polityce Stanów Zjednoczonych i odkryła, na czym może podeprzeć swoje, niejako drugie, nowe „ja” . Tym sposobem narodziła się, jako urocza pracownica księgarni, która przyszła na świat w osiemdziesiątym piątym roku, wnuczka Liliane Faucheux – w rzeczywistości słynnej Agathè, czarodziejki, którą również udało się uratować przed Adwersarzem – matki jej matki, która założyła „Dr du Savoir” na Sesame Street 28B, córka Hugo Chevaliera, wytwórcy zabawek, który postradał zmysły i został zamknięty w Fable Mental Asylum i szybko przestał ją poznawać – w rzeczywistości Mauricè’a, który nie zasłużył sobie na taki los – i żona Lucasa Maëla Neuvica – swojej dobrodusznej Bestii o wielkim, jeszcze wtedy, sercu – któremu również spisała nowe dane, uważając, że drugie imię tłumaczone, jako „książę” będzie zabawne, dzięki czemu mógł przejąć – niechlubnie, co prawda – okoliczne kasyno. Przez krótką chwilę wierzyła nawet, że i t u im się ułoży.
      Jej marzenia niestety szybko legły w gruzach, nie tylko dlatego, że okazało się, iż w tym świecie żyje także Gaston, będący już Felixem Grailly – jako że lubił opowiadać o sobie, szybko okazało się, że w czasie upadku z wieży Château de Josselin, automatycznie wpadł w portal – ale przede wszystkim z powodu chłodu bijącego od mężczyzny, któremu oddała wszystko, co miała: swoje ciało, swoje serce, swoją niewinność i swoją miłość; cierpiała tym bardziej, bowiem dawna pewność, że właśnie miłość pokona wszelkie przeciwności losu, w późniejszym czasie całkowicie ją wyniszczyła, bo nakazała jej tak długo znosić upokorzenia. Wynikiem zaś tego był brak drżenia dłoni, kiedy w sierpniu dwa tysiące szóstego podpisywała papiery rozwodowe. Dlatego tak bardzo się znienawidziła, gdy trzy miesiące później, po wysłaniu przez babcię – jakoś tak się utarło, że się do niej w taki sposób zwracała – do lekarza, ten stwierdził, że dosłownie umiera – że jej wątłe ciało, wyniszczone przez wojny z Adwersarzem, nie zniosło zimy, która zapanowała w jej duszy bezpowrotnie; tak jak kiedyś wokół włości jej ukochanego – pierwszym, czego zapragnęła, to skryć się w jego silnych, pachnących intensywnym mchem dębu, odświeżającą mięta i słodko-kwaśną cytryną. Tak bardzo była żałosna, tak bardzo była słaba, tak bardzo go kochała…
      Tym razem więc to ona marniała samotnie w swojej wieży – tę jedynie zamieniła na stryszek nad księgarnią „Doktorem Wiedza”, gdzie się przeprowadziła na niemal rok przed oficjalnym rozstaniem, które wcale nie wróciło jej oddechu i wolności; w zasadzie miała wrażenie, że jej istnienie stało się jeszcze cięższe, jakby owe schowane na dnie szuflady starego kredensu, w jej jasnej sypialni, dokumenty, ciążyły jej jak kula u szyi, dosłownie niemalże niczym stryczek kata, dzień po dniu zaciskając mocniej swoje pęta wokół niej. Co gorsza, owa wieża była nawiedzana niemalże dzień po dniu, przez jej największy koszmar i najcudowniejsze marzenia – Luke’a Neuvica, właściciela kasyna „Tour de Plaisir”, który, pomimo jasno wyrażonej przez niej chęci, wciąż pojawiał się w progu jej miejsca pracy i potrafił tam przesiadywać niemalże od rana do wieczora. Przynajmniej w dni wolne. Nie matkowała mu już jednak – nie mówiła, co złe, a co dobre, bo przecież tego nie chciał; nawet nie nalegała już, aby opuścił jej malutki azylek, bo wiedziała, że tego nie zrobi, bowiem pod tym względem był równie upierdliwy, co Felix, który notorycznie ją nachodził. Ostatecznie więc pogodziła się z tym – jak i ze wszystkim, bo przecież taka już była: dobra i grzeczna, zapomniawszy, jak kiedyś była silna – oraz jego mącącą jej w głowie obecnością obok.

      Usuń
    4. — Oho, dzisiaj się spóźniłeś – skwitowała, kompletnie wyprana z emocji, już bez żalu, czy złości, ot, zwyczajnie pusta i obojętna wobec tego, co stawiał na jej drodze los. Kiedy nie przychodził: był „zajęty” swoim przybytkiem, a kiedy się spóźniał, to najpewniej wypijał zbyt dużo poprzedniego dnia i bawił się z dziewczynami. Smród sfermentowanego, drogiego alkoholu, uderzył ją mocno w nozdrza. – Herbata czeka – wskazała, dalej nie okazując żadnych uczuć, głową na stolik przy oknie, który zawsze zajmował, gdzie ona donosiła mu herbatę; na blacie leżała książka, którą zaczął ostatnim razem oraz okulary, które zawsze „przypadkiem” zostawiał i grał przed innymi, że wcale ich nie potrzebuje. Ona natomiast służalczo wszystkim się zajmowała, milcząc ostentacyjnie i manifestując swój smutek. On natomiast mógł siedzieć obok, ale granica była jasna: żadnego dotyku, żadnych rozmów i żadnej uprzejmości; każdy normalny już dawno porzuciłby chęć przesiadywania w „Dr du Savoir”, ale nie on; był zbyt uparty, butny i dumny. Dlatego też, powiadomiwszy go o tym wszystkim, wróciła do swoich obowiązków: do segregowania książek, do pilnowania archiwów, do kompulsywnie dokładnego układania kategorii w szufladkach; owszem, powinny były się z Lile zaopatrzyć w komputer, aby było im łatwiej, ale jakoś te urządzenia je przerażały. – Przesuń się. – Nie rozumiała, czemu czasem stawał jak wryty i wgapiał się w nią, jak w jakiś słodki kawałek tortu, bo przecież jej nie chciał. – Zagradzasz przejście. – Burknęła, z dziwnym trudem unosząc parę tomiszczy i przekładając je na ladę; miała naprawić ich obwoluty, a była tak słaba po lekach, do których brania zmusiła ją babcia, że coraz trudniej się jej poruszało, a niedługo luźne swetry miały przestań ukrywać jej chudość.

      cierpiąca i smutna, bo po skrzywdzona i upodlona, była żona, BELLE CHEVALIER, która dzielnie ukrywa, jak bardzo jest jej źle i cudem tylko trzyma się swoich postanowień oraz jej kompletnie zachwycona „ałtorzyna”, która kocha mocno i jara się jak sucha łąka w lato na ten wątek, o ♥

      Usuń
  7. Czasem naprawdę miała ochotę go zdzielić. Annabella rzadko – ba!, niemalże nigdy – okazywało swoją złość – zresztą, nawet jeśli to robiła, czyniła to w zgoła inny sposób, niż każdy inny normalny człowiek: stawała się chłodna, wycofana i apodyktyczna, bo krzyczała tylko ze szczęścia, nie ze złości; były mąż, jakkolwiek to abstrakcyjnie brzmiało, jednak wyzwalał w niej tak silne emocje, że miała ochotę dosłownie wyć z rozpaczy i niszczyć wszystko wokół, mimo że kiedyś kochała to, co ją otaczało: przedmioty martwe i istoty żywe, niezależnie od statusu, płci, czy wyglądu, a w tym oczywiście najmocniej kochała j e g o – Lucas jednak był mistrzem wytrącania jej z równowagi, zaburzania jej porządku życia i wprowadzenia w stan rozchwiania, którego długo nie potrafiła opanować. Wówczas niewiele rzeczy jej pomagało – nawet słynna herbata Pani Imbryk, która zawsze powtarzała, że ten napój łagodzi wszelkie obyczaje. Co gorsza, nie musiał przy tym robić niemalże niczego: wystarczyło, że był obok i roztaczał wokół swój cudowny zapach, przypominający jej, że kiedyś byli szczęśliwi: świadomość natomiast, że jej radość i spokój oraz bezpieczeństwo, zamknięte były w sferze „kiedyś”, a nie „teraz i obecnie”, tylko mocniej ją dobijała. Możliwe więc, że zwyczajnie na jego zachwycający widok sama się nakręcała.
    Nie ulegało jednak wątpliwości, że nawet jeśli robiła to sobie sama – krzywdziła się i sprowadzała do coraz niższej pozycji, bardziej się degradując – niekiedy wpadała w taki wewnętrzny szał, że jej największym marzeniem było rozszarpanie jego przystojnej twarzy, wyłupanie tych intensywnie się w nią wpatrujących, błękitnych tęczówek, przypominających letnie niebo w słoneczne popołudnie – z których od wielu miesięcy biło chłodem, a ona katowała się ich wspomnieniem, wspomnieniem radosnego uśmiechu, tego bezczelnego, chłopięcego błysku i chytrych ogników pewnego siebie mężczyzny, jakby to cokolwiek miało zmienić – przez ostatecznie tylko mocniej sobą pogardzała. Ostatecznie, dlatego też, zawsze – nieważne, jak mocno swoją postawą, zachowaniem, czy słowami ją ranił – ona bojkotowała: potulnie milczała, ze zwieszoną głową, a on mógł się na niej wyżywać, niczym na worku treningowym i chociaż doskonale wiedziała, że tym samym tylko podjudza go do gorszych kroków, nie potrafiła tego zmienić. Taka już była i najwidoczniej nigdy nie miało się to zmienić – liczyć jedynie mogła na to, że ostatecznie kostniakomięsak ją pokona i zabierze z tego nędznego świata, bo sama była zbyt wielkim tchórzem, aby uwolnić się od bólu doczesności, który dzień po dniu wyrywał kawałek jej duszy i miażdżył naiwne serce.
    W związku z tym, kiedy po raz kolejny pojawił się w „Dr du Savoir”, po prostu powitała go bez zbędnych uwag – był to jeden z tych beznadziejnie ciężkich dni, po ciężkiej nocy, kiedy to śniła koszmary o tym, jak traci ich dziecko i jego samego, a rano obudziła się z takim bólem ciała, który był dosłownie niemożliwy do zniesienia; terapia kompletnie ją wykańczała, ale i w tym wypadku nie mogła przestać: jej babci za mocno na tym zależało. Zazwyczaj rzucająca więc czymś kąśliwym w stosunku do jego osoby – tego wtorkowego przedpołudnia milczała, mimo że miała ochotę skomentować jego wygląd, odór sfermentowanej wódki i smród kolejnych kochanek; nie pojmowała, jak mógł być tak okrutnym, aby pojawiać się przed jej czekoladowymi oczyma w takim stanie, co tylko mocniej ją osłabiło. Nie spodziewała się jedynie, że Luke zareaguje na jej trudy i pomoże przenieść kilka wielkich książek na ladę – również i tego postanowiła nie okraszać żadnym słowem, a jedynie krótkim spięciem się i głuchym sapnięciem, gdy wykonał wobec niech ruch: przez moment bała się, że ponownie wyrządzi jej fizyczną krzywdę. Nie podziękowała mu jednak, nawet nie uraczyła go spojrzeniem – skryła się kilkoma puklami karmelowych włosów, przytrzymywanych przez kwiecistą apaszkę. Westchnęła ciężko i rozdzierająco.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Kiedyś… – szepnęła po chwili, nie kryjąc bólu oraz żalu; uśmiechnęła się gorzko i pokręciła głową, aby następnie zaśmiać się krótko i chłodno: mogła się spodziewać, że ten, miły jak na jego i na pewno niespotykany od długiego czasu, gest, nie pozostanie bez długu: jego spłatą zaś miało być kolejne słowne zranienie jej, które robił z niebywałą wręcz lubością, jak przynajmniej się jej wydawało; gdyby nie sprawiało mu to przyjemności, to by sobie odpuścił, prawda?, nie przychodziłby do jej księgarni, prawda?, w końcu by się znudził gnębieniem tym samym ciągle jednej osoby, prawda? Tym razem zaś uderzył w nuty przyjaciół, przy czym najpewniej miał na myśli jej sąsiada: dwudziestopięcioletniego piekarza Christiana Andersena, brata bliźniaka Christiny, kierowcy taksówki, którzy pochodzili z wielodzietnej rodziny, gdzie wszyscy byli o niesamowicie rudym odcieniu włosów. – Nie potrzebuję żadnego mężczyzny i doskonale o tym wiesz – skwitowała lodowato. – Jakbym potrzebowała zostałabym żoną Felixa – zazgrzytała zębami – co może nie jest takim głupim pomysłem. Może nawet powinnam go wybrać, heh, wieki temu – zakpiła, chociaż doskonale wiedziała, że wspomnieniem o Gastonie przekroczyła wszelkie możliwe granice. – Mam pracę – zorientowawszy się zaś o tym, szybko próbowała czym prędzej uciąć temat.
      — Ana? – Jak na złość niestety, w progu sklepu pojawił się właśnie Chris; jak zawsze szeroko uśmiechnięty, jak zawsze z rozczochraną, płomienistą czupryną, jak zawsze z naręczem ciepłego pieczywa i jak zawsze używający zdrobnienia jej imienia, którego szczerze nienawidziła. Jęknęła cichutko, bowiem wiedziała, że konfrontacja między panami na pewno nie skończy się dobrze i o ile Andersen był spokojny i ułożony, to też próbował zgrywać rycerza w srebrnej zbroi i bronić swojej „koleżanki”, co mogłoby się dla niego skończyć tragicznie, gdyby Neuvic dał się ponieść furii, a robił to przecież nad wyraz często i niebywale malowniczo. – Dzisiaj wtorek – podjął, udając, że obecność byłego męża Belli w ogóle go nie ruszyła – więc przyniosłem bułeczki z budyniem – położył je na ladzie i wbił w nią maślane spojrzenie. – Pomóc ci? – Natychmiast się zaofiarował, pełen werwy.
      — Cześć, dziękuję – mruknęła, nie tyle niezadowolona z jego obecności, ale z tego, że dwóch samców ścierających się na tak małej powierzchni, jak „Doktor Wiedza” mogłoby doprowadzić do prawdziwej tragedii, której zdecydowanie nie chciałaby być świadkiem ani uczestnikiem. – N-nie… nie tutaj, czekaj – nie udało się jej powstrzymać i szybko wypieki chłopaka zabrudziły jeden z grzbietów, już odnowionej książki, którą chciała postawić na honorowym, reprezentacyjnym miejscu na półce, aby każdy, kto wchodził do jej przybytku, mógł ją zobaczyć i ewentualnie kupić; oczywiście, po poprzedniej, dokładnej weryfikacji przez sprzedawczynię, bo przecież swoich „dzieci”, nie oddawała byle komu; skoro zaś nie mogła mieć własnych, nieważne, jak o nich marzyła, to całą matczyną miłość przeniosła na te przeróżne tomiszcza. – Och… zaraza – burknęła, ale Christian zdawał się nie słuchać: wbijał w nią pełne uwielbienia, zielone tęczówki i wzdychał co chwilę, wzbudzając w niej zażenowanie, niż sprawiając, że mile łechtane było jej kobiece ego. Wynikało to zaś z tego, że mimo wszystko, tylko właściciel kasyna, chociaż się rozwiedli, miał jako jedyny prawo, tak na nią patrzeć, a w tamtej chwili jego obecność intensyfikowała to. Odetchnęła jednak ciężko. – Tak… chodź, na zapleczu mam parę rzeczy – odparła ostatecznie łagodnie.

      mocno spięta, trochę przestraszona i na pewno skonfundowana BELLA, która zdecydowanie wolałaby uciec…

      Usuń
  8. [Heloł! Przepraszam za takie spóźnione powitanie, ale to ja (nic dodać nic ująć). Mocny leń mnie ostatnio wziął, ale jakoś się trzymam. XD Fajna ta bestyja tobie wyszła! Chociaż nie widzę Chrisa jako takiego złowieszczego pana, bo to przecież taki cudowny precious cinnamon roll to i tak kocham za wizerunek bo uwielbiam tego pana. <3 Mam nadzieję, że się coś tam chociaż z żonsią ułoży i w ogóle trzymam kciuki, aby się tu twoja bestia super bawiła. Także dużo pomysłów, owocnych wątków, dobrze spędzonego czasu i mam nadzieję, że zostaniesz z nami na długo! :)]

    Valerie Rabinow

    OdpowiedzUsuń
  9. Problem z Christianem był taki, że kiedy już się raz pojawił w „Dr du Savoir”, to raczej nieśpieszno mu było do wyjścia – zawsze zostawał na znacznie dłużej niźli powinien i niesamowicie to Belle niekiedy irytowało; owszem, był miły i pomocny, ale niemalże równie przy tym upierdliwy, co Felix, chociaż przynajmniej był miły i nie myślał oraz nie mówił o sobie, a interesował się nią, co było wspaniałą odmianą po dwóch latach bycia nikim w relacji z Lucasem. Szczególnie jednak tego wtorkowego, słonecznego przedpołudnia pod koniec kwietnia – właśnie z winy jej byłego męża – była niesamowicie rozkojarzona i zdenerwowana – zwyczajnie pozwoliła, aby właściciel kasyna „Tour de Plaisir” namącił jej w głowie, poruszając temat właśnie jej przyjaciół i sprawiając, że czuła się tak, jakby go zdradzała: jakby to ona przez ponad dwadzieścia cztery miesiące chodziła do kochanków i wracała nimi śmierdząca i jakby to ona traktowała go wówczas, jak śmiecia, bezczelnie pijana i cuchnąca innymi mężczyznami, ładowała się do ich małżeńskiego łóżka. Co gorsza, od pierwszej chwili, kiedy Andersen przyniósł bułeczki z budyniem, była pewna, że tak łatwo się go nie pozbędzie – pewnie, miał się jej przydać do przenoszenia kartonów na zapleczu, ale obecność byłego księcia kompletnie ją rozpraszała i doprowadzała do istnego szaleństwa.
    Cudem więc było, że nie skomentowała jego pełnych nienawiści i ironii słów dotyczących właśnie bajkowych adoratorów – zmroziła go jedynie wzorkiem; tym rodzajem spojrzenia, których kiedyś, nawet rycząc na nią pod postacią Bestii, nie uświadczył w jej czekoladowych tęczówkach, które spoglądały na niego lub z zainteresowaniem, lub po prostu z nadzieją, że faktycznie się zmieni; obecnie zapomniała całkowicie, czym właściwie była nadzieja. Co gorsza – doskonale wiedziała, że jego dziecinne, pełne pogardy i niby-rozbawienia odzywki są ledwie preludium do tego, co dopiero im zaprezentuje, a po tym pewnie nie tylko Sesame Street 28B miała się nie podnieść, ale i pół Fabletown w Nowym Jorku. Niestety, o ile kiedyś jeszcze jej chrząknięcie, uniesienie w geście zaskoczenia i niezadowolenia brwi lub wymowne skrzyżowanie ich oczu cokolwiek działo, tak w tamtej chwili w ogóle n i c na niego nie działało – była dla niego nikim, ledwie workiem treningowym, który nie zasługiwał na nic dobrego, co oznaczało mniej więcej tyle, że w ogóle nie miała szans wpłynąć na jego beznadziejnie okrutne i nieprzyjemne zachowanie. Doprawdy, zachowywał się gorzej niźli przysłowiowy pies ogrodnika, który nie chciał jej u swego boku, ale nie miał jej zamiaru pozwolić szczęścia u boku kogoś, kto by ją docenił.
    W związku z tym więc nie odezwała się także, kiedy rzucił kolejne ironiczne uwagi dotyczące bułeczek, które ubrudziła brzeg książki – rzecz jasna Chris bardzo chciał naprawić swój błąd, co tylko zakończyłoby się jeszcze większą dewastacją okładki; szybko ją pochwyciła w drżące, chude dłonie, zapewniając że sobie poradzi – i pokręciła do rudowłosego chłopaka przecząco głową: nie było sensu poprawiać Neuvica w tym, jak miał na imię, bo robił to ewidentnie specjalnie. Dlatego też ostatecznie pociągnęła piekarza na zaplecze, gdzie faktycznie zabrali się do pracy, ostentacyjnie ignorując mężczyznę w księgarni – nawet kiedy przychodził klient, nie spoglądała w jego stronę, tylko robiła swoje, od czasu do czasu śmiejąc się z beznadziejnie słabych dowcipów Andersena, bowiem była zbyt miła, aby je zignorować. Wszystko to zaś sprowadziło się do tego, że dwudziestopięciolatek zdecydowanie na mocno się rozgościł w „Doktorze Wiedzy” i nawet postanowił zaczął patrzyć jej herbatę – co, jak zawsze, miało mu wyjść wprost fatalnie. Na złość jednak Luke’owi, udała, że lura, którą otrzymała, była jedną z najlepszych, jakie kiedykolwiek piła, wcześniej rzucając pełne chłodu stwierdzenie, aby ignorował jej byłego małżonka – co wcale nie było takie proste, podobnie, jak pozbycie się go.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Musisz, prawda? – Rzuciła więc pełna wściekłości, aż drżąc z zażenowania i złości, kiedy zamknęła za Christianem drzwi, a perlisty dzwonek nad nimi się uspokoił. Dyszała się ciężko, bo tak naprawdę tak rozpaczliwe pragnęła wyrzucić z księgarni piekarza, bo wiedziała, że i jego cierpliwość się kończyła, a on tak bardzo chciał jej zaimponować, że mógłby faktycznie wdać się w bójkę z właścicielem kasyna, której by nie przeżył; poznała przecież ledwie namiastkę jego siły na sobie, a i tak ciężko jej było się po tym pozbierać, chociaż równie dobrze wpływ na to mogła mieć psychika: w końcu podniósł na nią rękę ukochany mężczyzna. – Naprawdę, do cholery, nie możesz się opanować, prawda? Musisz – podkreśliła z emfazą – ciągle niszczyć mi życie? Musisz! – Nie pytała, ona stwierdzała fakt z pełnym przekonaniem; w rozedrganiu cisnęła w niego książką, przed którą ledwo się uchylił. – Nie masz prawa tu przychodzić, nie mas prawa rościć sobie jakichkolwiek praw w stosunku do mnie, bo mnie nie chciałeś! Nigdy mnie nie kochałeś! – Ryknęła, przekraczając wszelkie granice, mimo ze wiedziała, że jej słowa nie są prawdą. – Wszystko niszczysz! – Wrzasnęła wściekle i piskliwie. – Nienawidzę cię! – Dodała jeszcze nieprawdę, i rzuciła się z powrotem na zaplecze, nie potrafiąc opanować łez, spływających po jej piegowatych policzkach.

      kompletnie załamana, rozwścieczona i zwyczajnie smutna BELLE CHEVALIER, która marzy o spokoju, a nawet śmierci

      Usuń
  10. Znowu ją zranił. Zranił ją tak, że nie mogła oddychać i wiedziała – co gorsza – że zrobi to znowu: że znowu pojawi się w progu jej miejsca pracy i ją spróbuje zniszczyć. Znowu zrobi wszystko, aby poczuła się, jak kompletne nic – jak zero, które pod żadnym pozorem nie zasługiwało na życie i należało je eksterminować, bo tylko przeszkadzało. Znowu miał przesiadywać godzinami „Dr du Savoir” na Sesame Street 28B, cuchnąc swoimi dziwkami, drogim alkoholem i papierosami, udając przy tym, że nic zupełnie się nie stało – że wszystko jest w porządku, bo przecież taki ich los: Piękna i Bestia, prawda?Takie role otrzymali i ich mieli się trzymać – szkoda, ze on swoją wziął zbyt dosłownie i trzymał się jej zdecydowanie zbyt kurczowo, za mocno się w nią wczuwając, podczas gdy ona cierpiała niewysłowione katusze, mając ochotę ze sobą skończyć; notabene, jego zachowanie jasno wskazywało na to, że to byłoby z pożytkiem dla dosłownie wszystkich. Była jednak tylko człowiekiem i też miała swoje granice – on je przekroczył, po raz kolejny, co już nie powinno być dla niej żadnym zaskoczeniem, bo przecież do tego był stworzony. Istniał po to, aby ją niszczyć – ona zaś istniała po to, aby być jego workiem treningowym, czego nic nie mogło powstrzymać: nawet jej płacz i błagania, czy ucieczka, jasno wskazująca na jej ból.
    — Odejdź! – Krzyczała więc, w ogóle nie przejmując się tym, ze ją ostrzegał, kiedy usłyszała, jak wstaje gwałtownie i przewraca krzesło; słyszała kroki jego butów, ale do jej uszu nie dobiegł dźwięk dzwoneczka nad drzwiami księgarni, co mogło oznaczać tylko jedno: wciąż tam był, mącąc jej w głowie i chyba za cel stawiając sobie gnębić ją tak długo, aż sama poprosi go o zabicie jej; naprawdę, była tego bardzo bliska. Na tyle bliska, że ciężko stało się jej nogach: opierała się o starą, bogato rzeźbioną komodę i dyszała ciężko, mając przed oczami czarne mroczki; najpewniej, duży wpływ na to miała jej beznadziejna, mało elegancka i na pewno nie-książęca choroba, która sprawiała, ze gniła od środka dzień pod dniu. Czy była jednak jakakolwiek różnica, skoro jej dusza i serce znajdowały się w fazie ostatecznego rozkładu? – Wynocha! – Wrzasnęła w związku z tym raz jeszcze, trzęsąc się coraz mocniej, ale zamiast uzyskać upragniony spokój i samotność, poczuła, jak jego zapach rozsiewa się blisko: wpadł do jej świętego miejsca, na zaplecze. Zszokowana odwróciła się do niego gwałtownie, aby później być mocno, zdecydowanie zbyt mocno, chwyconą za ramię, i zmuszoną do pocałunku. Jego idealnie wykrojone wargi, miażdżyły jej malinowe usta, w namiętnym i władczym pocałunku, który jednak niósł w sobie coś z j e j Lucas: słodko-kwaśną cytrynę i czułością, tożsamą tylko z nim. Pozwoliła mu więc na więcej, językiem zaprosiła go do bardziej gorącego tańca, przymknęła powieki, tak jak on wplótł palce w jej włosy, ona też ciągnęła za jego, pozwalając przygwoździć się do ściany. Jej dłonie następnie sunęły po jego karku, po jego silnych, kiedyś zapewniających jej bezpieczeństwo ramionach, wsuwały się bezczelnie pod koszulkę, doskonale wiedząc, gdzie dotknąć, aby zwariował. Magia chwili trwała i przerwanie jej graniczyło z cudem, ale kiedy już on ściągnął z niej sweter, odsłaniając chude ramiona i wsuwał się pod wełnianą spódnicę rozrywając rajstopy, a jego spodnie skotłowały się w kostkach: Belle uświadomiła sobie, że upadla się jeszcze bardziej. Moment cudownej rozkoszy pękł i ustąpił miejsca wstydowi, nienawiści i pogardzie do samej siebie. – Nie! – Sapnęła więc gwałtownie, szarpiąc głową i z trudem zaczerpując tchu. – N-nie… nie… nie! – Krzyknęła raz jeszcze, rzucając się niczym ryba wyciągnięta brutalnie na brzeg i niemogąca oddychać. Niestety, nie posiadała najmniejszej możliwości ucieczki, bo on nie widział jej ani nie słyszał: sama doprowadziła go na skraj przyjemności, sprawiając, że spowił się mgłą przyjemności i w zasadzie nie mogła oczekiwać, że odpuści. Miała jednak przez chwilę złudną nadzieję, ze to zrobi. – L-Luke… p-puść… – błagała.

    BELLE CHEVALIER

    OdpowiedzUsuń
  11. Błagając byłego męża, aby ten przestał na nią napierać, zmuszać do robienia rzeczy, których nie chciała robić oraz wciskając dłonie wszędzie tam, gdzie od sierpnia dwa tysiące szóstego roku nie miał prawda – Belle nie chodziło wcale o to, że nie chce, sensu stricte znaczenia tego stwierdzenia. Owszem, czuła wewnętrzne obrzydzenie wobec jego palców – które pewnie poprzedniego dnia czule obracały kilka dziewcząt, kiedy był pod wpływem silnego alkoholu, doprowadzając je do szaleństwa – czy pocałunków – bo te, jakkolwiek były cudowne, przyjemne i sprawiające, że całkowicie się zatracała w jego smaku, to przecież dotykały ust tak dużej ilości kobiety, że robiło się jej słabo – oraz tego wyjątkowego spojrzenia, którym sprawiał, że uginały się pod nią nogi w kolanach – głównie dlatego, że na dnie tych cudownych tęczówek przypominających letnie niebo w słoneczne popołudnie, dostrzegła s w o j e g o Lucasa; nie właściciela kasyna w Fabletown, nie tego gbura z nieodłączonym papierosem, nie tego okrutnika, który traktował ją jak śmiecia, znęcając się nad nią fizycznie oraz psychicznie: ale swojego księcia z bajki, który przez krótki moment był dla niej naprawdę czuły i chociaż porywczy, to każdy jego gest był przemyślany tak, aby nie wyrządzić jej najmniejszej krzywdy. Tym samym – oszołomił ją całkowicie.
    Opamiętanie więc, które przyszło z nagła i niespodziewanie – a samo w sobie wynikało z poczucia, że znowu się korzy; znowu pozwala się upadlać; znowu robi wszystko tak, jak on tego chciał, aby na koniec zostać zranioną, skrzywdzoną i wyrzuconą, niczym zużyta szmata – było niczym uderzenie obuchem w głowę i kompletnie ją powaliło swoja siłą, ale także związanym z tym strachem – w końcu, jakby nie patrzeć, sama siebie postawiła w tak beznadziejnej sytuacji, rozochocając Lucasa swoim słodkim dotykiem i oddawaniem pieszczot, ba!, zsuwaniem z niego instynktownie ubrań również. Nie potrafiła się jednak opanować – działał na nią niczym afrodyzjak, co niestety doprowadziło do sytuacji, w której było w zasadzie za późno na cokolwiek. Podjęła jednak – rozpaczliwą i desperacką – próbę odsunięcia go od siebie, która od początku skazana była na porażkę: nie była w stanie walczyć z jego siłą, z żelaznymi mięśniami oraz pasją, która zatkała mu uszy i przysłoniła oczy. Mogła jedynie żywić – naiwną i głupią – nadzieję, ze jeśli jest dla niego ważna – co zresztą próbowała mu przekazać, ale on co chwilę miażdżył jej usta w pocałunku zabierającym dech, nie dając dojść do słowa – to ją przecież puści: nie zmusi jej do robienia czegoś, czego nie chciała; czegoś, co zdegradowałoby ją jeszcze mocniej i boleśniej.
    Przeliczyła się i w zasadzie to, co nastąpiło w ciągu następnych kilkunastu minut najchętniej wyrwałaby gołymi rękoma ze swojego umysłu, aby nigdy nie musieć do tego wracać – zdecydowanie było to jedno z najgorszych wydarzeń, jakich kiedykolwiek doświadczyła; plasowało się na jej liście zaraz po utracie dziecka, ale na długo przed dowiedzeniem się o tym, że jej kości niedługo się rozpadną, niczym antyczne kolumny z powodu kostniakomięsaka. Miała jednakowoż przy tym miała wrażenie, że nie była uczestnikiem haniebnego aktu – zupełnie, jakby opuściła swoje drobne, wymęczone przez chorobę i leki ciałko, które przybrało postać marionetki do zaspakajania potrzeb fizycznych prawdziwej Bestii, a sama całość oglądała z pozycji obserwatora; stojąc gdzieś obok i mając wrażenie, że zaraz zwymiotuje, widząc bezradność jej organizmu oraz przyjemność malującą się na przystojnej twarzy Neuvica. Ostatecznie więc nie krzyczała, nie szarpała, nawet nie miała sił protestować, kiedy podwinął jej spódniczkę i pchnął ją na biurko, aby wziąć ją od tyłu – tak, jakby faktycznie należała do niego. Pozostała bierna, obawiając się, że jej opór może wzbudzić w nim agresję, która mogłaby się dla niej skończyć tragicznie – później tego miała żałować, bo śmieć mogłaby być cudownym wybawieniem ze stanu, w jaki ją wpędził.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W duchu jedynie modliła się, aby się pospieszył i to było jedyne, co przez długi czas przebijało się do jej świadomości: aby czym prędzej otrzymał to, co chciał i puścił ją wolno – miała bowiem wrażenie, że trzyma ją mocno, tak bardzo, że nie jest w stanie uciec, ale tak naprawdę: ona zwyczajnie się poddała, toteż on mógł zrobić z nią wszystko, co zechciał, nawet wkraść się pod jej stanik i uwolnić jej pełne piersi z jego okowów. Ostatecznie jednak, kiedy doszedł, a jego sperma zalała jej wnętrze – rozpłakała się, jak małe dziecko, bo wtedy też w pełni dotarło do niej, co się stało: zgwałcił ją – co gorsza, on jęczał, drżał z rozkoszy i dyszał ciężko, a ona chciała siebie zabić, zapłakana, dusząca się własnym szlochem i trzęsąca się z obrzydzenia do siebie i do niego, w równym stopniu. Była zwykłą kurwą – inaczej nie mogła tego nazwać. Dotychczas zaś pozostawiona w całkowitym marazmie, dopiero wtedy wyrwała się niejako z letargu i pozwoliła sobie na żałosny szloch, pochodzący z trzewi jej wycieńczonego ciałka, które zsunęło się na skrzypiący parkiet zaplecza „Dr du Savoir” na Sesame Street 28B, gdzie straciła resztki swojej godności – krew, bo przecież nie zwrócił uwagi na to, czy była gotowa, czy nie, oraz jego nasienie spływające po udach tylko dopełniały obrazu nędzy i rozpaczy, jaki sobą prezentowała. Skuliła się.
      — Wynoś się – sapnęła rozdygotana, zakrywając rękoma karmelową głowę i zaciskając lekko piegowate powieki; na firankach jej karbonowych rzęs osiadły błyszczące, słone krople, których nie mogła powstrzymać, mimo że czuła, że tym samym tylko bardziej się upadla. On natomiast coś mówił, chyba dopiero wtedy orientując się, jak paskudnego zachowania się wobec niej dopuścił: nazywał ją „kochaniem”, nawoływał, aby pozwoliła mu sobie pomóc, a dla niej, a dla niej każda myśl o jego dotyku była gorsza niż wyrok śmierci. Jęknęła żałośnie słabo i załkała. – Wynocha! – Nagle jednak wrzasnęła, nie mogą nawet znieść jego głosu. – Wynoś się w tej chwili! Wynocha! – Zawodziła, drżąc coraz mocniej i blednąc do tego stopnia, że jej skóra przybrała odcień kredy. – Zostaw mnie – dodała znacznie ciszej, z trudem łapiąc oddech i jeszcze mocniej się kuląc na zimnej podłodze.
      Zostawił ją tak. Zresztą, tak jak sobie życzyła; uciekł, niczym tchórz, a ona wiedziała, ze to zrobi: przecież Fabletown właśnie to z nim zrobiło – pozbawiło go jakiegokolwiek człowieczeństwa, a w tym ciepłych uczuć, poczucia odpowiedzialności, czy właśnie heroizmu, którym kiedyś się odznaczał, stojąc w pierwszym rzędzie podczas bitew z Adwersarzem. Dźwięk dzwoneczka nad drzwiami przyniósł jej lekką, acz krótkotrwałą ulgę – nie pamiętała, ile leżała w bezruchu i jakim cudem udało się jej, na sztywnych nogach, doczłapać do tabliczki i przekręcić ją z „otwarte” na „zamknięte”. Wiedziała, że tamtej nocy spędziła wiele godzin w wannie, próbując zmyć z siebie hańbę, aby ostatecznie pojąć, ze to nigdy się jej nie uda – że już zawsze będzie nosiła brzemię tego aktu, niezależnie, co zrobi. Oczywiście, nie powiedziała nikomu – kryła to w sobie, uważając, że to zbyt wstydliwe, aby o tym rozpowiadać – i tym samym dzielnie – chociaż wewnętrznie wyniszczająco – udawała, że jest dobrze. Było jej o tyle łatwiej, że Lucas nie pojawił się w jej księgarni przez najbliższy tydzień i jedynie spłoszone spojrzenie za każdym razem, gdy mijała jakiegoś mężczyznę, można było uznać za jakiś zły znak; wszyscy jednak wiedzieli, że jest lekką dziwaczką i nie ma się co nią przejmować. Umarłaby przecież, a świat by tego nie zauważył i się nie przejął.
      Niestety, siedem dni trwał jej pozorny spokój – tyle miała czasu, aby pogodzić się z tym, co się stało i oczywiście nie zrobiła tego: było to ponad jej siły – bowiem wówczas już w jej progu pojawił się Bestia: jak gdyby nigdy nic wparował do „Doktora Wiedzy”, wziął książkę i czytał, udając, ze nic się nie stało, a ona bała się go tak bardzo, że nie pisnęła chociażby słówkiem –

      Usuń
    2. – nie spojrzała nawet na niego, w obawie że dostrzeże w jego oczach tryumf. Widocznie uznał, że nic się nie stało, mimo że zmieniło się wszystko – Belle przestawiła stolik, przy którym zwyczajowo czytał i nie podawała mu herbaty, a po jego okularach, jakkolwiek było to dziecinne, to jej dodające otuchy, pozostały jedynie horrendalnie drogie, połamane oprawki. Doba po dobie nawiedzał ją, przypominając stan bezdennego upodlenia i nienawiści do siebie, przez który wymiotowała wiele razy, przez który nie mogła jeść ani spać – nie mogła, dlatego też, w finalnym rozrachunku dziwić się, że babcia, również niemająca o niczym pojęcia, nakazała jej wizytę lekarską w pierwszy piątek maja; dziewięć dni i osiemnaście godzin po tym, jak stała się dosłownie niczym. Ten jednak raz to pani Faucheux przejęła pieczę nad księgarnią, a jej wnuczka poddawała się wszystkim testom, które wyniki miała otrzymać w najbliższy wtorek. Niestety, i ten dzień nie zaczął się dla niej najlepiej, również dlatego, że Gaston – który w ogóle nie dostrzegał, jak spanikowana i smutna była oraz że ledwo trzymała się o własnych siłach przez leki i inne, paskudne czynniki – próbował od rana przekonać ją do pójścia z nim na kolację, na co ostatecznie przystała, aby mieć w końcu odrobinę ciszy. To oczywiście zaowocowało tym, że pan Grailly wyszedł dumny, niczym paw, a ona pognała na górę, aby łyknąć leki na uspokojenie.
      — Szlag by to wszystko trafił… – warczała jednak już sekundę później, kiedy to wbiegając po schodach, usłyszała dzwonek nad drzwiami „Dr du Savoir”. – Zaraz zejdę! – Krzyknęła chcąc brzmiąc całkiem miło, ale raczej jej to nie wyszło. Co gorsza, jej stan znacząco się pogorszył, kiedy to wpadłszy do łazienki, nie mogła odnaleźć odpowiedniej ampułki, która miała przywrócić jej wcześniej utraconą równowagę psychiczna. Nim się więc zorientowała, całe pomieszczenie zarzucone było różnymi opakowaniami, a i tak nie znalazła tego, co szukała. Co gorsza, wówczas też zorientowała się, że dochodzi dwunasta, a więc godzina, kiedy przemiła pielęgniarka Gabriela, ze szpitala V. Frankensteina, miała zadzwonić w kwestii jej wyników, toteż musiała porzucić swoje poszukiwania i wcześniejsze założenia. – Zaraza… gdzie ten pieprzony telefon… – burczała w związku z tym pod nosem, macając kieszeni obcisłych dżinsów, kiedy schodziła na dół. – Gdzie… co? – Zaszokowana, będąc w połowie zawijanych schodów, zobaczyła, że aparat trzyma nie kto inny, jak Lucas, ale coś w jego przerażonej, bladej twarzy nakazało jej zamilknąć i nie drzeć się na niego, że dotyka jej rzeczy. Fakt zaś, co się stało później, jak wypadła mu z rąk komórka, sprawił, że wciągnęła głośno powietrze w płuca: szybko do niej dotarło, co się stało. Przełknęła głośno ślinę i obydwoje dłuższy czas milczeli, wymieniając się spojrzeniami, w których pojawiała się cała feeria emocji: od wściekłości, poprzez ból, na chorej czułości skończywszy. Annabella jednak była pierwsza, która się opanowała. – Co ty sobie, do cholery, myślisz?! – Uniosła się na niego piskliwie, co było jeszcze bardziej absurdalne i przerażające, bowiem to było pierwsze, co powiedziała do niego od dwóch tygodni. – Co ty sobie wyobrażasz?! – Zbiegła i zaczęła zbierać roztrzaskany telefon, udając, tak jak i on wcześniej, że nic się nie stało; że nie wie, że właśnie usłyszał, że jego żona jest chora. – Co stoisz?! – Ryknęła na niego z podłogi, wiedząc, że już nic nie zrobi i nie oddzwoni do placówki medycznej. – Wynoś się! Wynoś się w tej chwili! – Uniosła się gwałtownie, lekko się zataczając, ale szybko odzyskała rezon: buzowała w niej tak adrenalina, powodowana czystą złością, że nie dała się pokonać słabości.

      bardzo wściekła i trochę spanikowana, że były mąż zna jej sekret, BELLE, która kompletnie nie panuje nad sobą w sytuacji wielkiego stresu

      Usuń
  12. To, co się działo, było dla Annabelli kompletną abstrakcją: oto stała na przeciwko swojego byłego męża – kiedyś sensu życia, jej wszystkich gwiazd i księżyca oraz słońca, odganiającego najciemniejsze, najbardziej burzowe chmury, a od kilkunastu miesięcy synonimu bólu, cierpienia i wiecznego upodlenia, degradacji jej do poziomu dosłownie niczego, a nawet istoty, która mu przeszkadza, chociaż ostatecznie, łaskawie, może zostać mianowana workiem na jego spermę, niezależnie, czy wyraża do tego chęci, czy też nie – który w bardzo niesprzyjających okolicznościach – nie, żeby chciała mu w ogóle powiedzieć, bowiem to nie był jego interes: nie chciał jej w swoim życiu i zachowywał się zresztą tak, jakby jego nadrzędnym celem było zniszczenie jej, więc uznawała, że wiadomość o kostniakomięsaku spotkałaby się z jego radością, a takiej satysfakcji dawać mu nie chciała – o tym, że de facto, umiera. Nie miała pojęcia, jak się przy tym zachować, co zrobić i jakich słów użyć – jednocześnie bowiem chciała go objąć, przytulić i słodkim szeptem zapewnić, że „przecież sobie poradzą”, tak jakby to zrobiła w innych okolicznościach, które niestety dawno temu zakopał za sobą i przykrył grubą warstwą kurzu. Z drugiej jednak strony: pragnęła go czym prędzej wyrzucić, wiedząc, że jakikolwiek przejaw czułości z jej strony jest zły.
    Nie dlatego, że bycie miłym ogólnie miało w sobie coś złego – w końcu była chodzącym przykładem dobroci, altruizmu i empatii dosłownie do wszystkich, nawet tych najgorszych, o czym niejednokrotnie się przekonano, a co nierzadko sprawiało, że zbierała porządne, niesprawiedliwe baty, tylko dlatego że miała zdecydowanie zbyt mocno przerośnięte serce, które czyniło ją beznadziejnie słabą, bowiem podatną na wszelkie okropieństwa. W przypadku zaś pana Neuvica, rozchodziło się o coś zgoła innego: o to, że nie chciała się bardziej upadlać ani nie potrzebowała jego litości. W sposób jasny i klarowny zaznaczył linię między nimi – postawił mur, którego nie dała rady przebić, nieważne, jak bardzo by o to zabiegała. Nie wiedziała, co prawda, co usłyszał przez telefon – przy czym buzowała w niej czysta wściekłość na to, że dotyka jej prywatnych rzeczy i odbiera wiadomości, absolutnie nieprzeznaczone dla jego uszu: sam sobie do tego prawo, gdy zaczął ją gnębić psychicznie, znęcać się nad fizycznie i zabawiać się nocami z kochankami, podczas gdy ona zwijała się agonalnie w łóżku, płacząc za ich dzieckiem, za swoim ojcem, za utraconym, szczęśliwym życiem – i jakoś niespecjalnie ją to obchodziło; zresztą, trudno było się nie domyślić po jego minie, zwłaszcza, że jej inteligencja raczej przewyższała inteligencje innych ludzi. Jej celem bowiem stało się odwiedzenie go od tego, co do niego dotarło i pozbycie się ze swojej księgarni. Ostatnim, czego pragnęła, to przebywanie w jego otoczeniu, po tym, co jej zrobił, a na dodatek uważała, że całe to jego przerażenie słowami pielęgniarki Gabrieli, wynika z okrutnej gry – uważała go za prawdziwą Bestię i takie monstrum, które gotowe było się bawić uczuciami biednej, umierającej i zgwałconej dziewczyny.
    Uczucie to intensyfikowała właśnie świadomość, że tylko jej najwyższe zagrożenie poruszyło jego sczerniałym sercem. Ponadto – z niewiadomych niestety przyczyn – strasznie irytował ją fakt, że to właśnie o n wie o o jej największym sekrecie: o tym, co od listopada dwa tysiące szóstego roku skrzętnie skrywała w sobie, aby nikt o tym nie wiedział; nawet jej dobroduszna, przyszywana babcia nie miała pojęcia, jak okrutna i straszna była cała prawda, bowiem Belle przekazała jej tylko pobieżne informacje oaz przekazała wiadomość, że musi się leczyć, jednocześnie racząc starszą panią pięknym, białym kłamstwem, że tabletki i szpitalna kuracja, w którą również nie prowadziła Lilii, na pewno jej pomoże. Z tego też właśnie wynikał jej gwałtowny wybuch i chęć wyrzucenia go za drzwi w trybie natychmiastowym i narastająca złość, kiedy z głupią miną nie ruszał się w ogóle z miejsca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Ogłuchłeś?! – Nakręcała się jeszcze bardziej, dosłownie buzując przed nim. – Wynoś się! – Wskazała na drzwi; bała się jednak go tak bardzo, że zachowywała dość spory, bezpieczny dystans, nie odważając się podejść bliżej. – Wynocha! – Powtarzała więc z uporem maniaka, ale on z równie wielkim zacięciem wciąż tkwił w „Doktorze Wiedzy”, z dłonią zastygłą nieopodal ucha, zupełnie jakby wciąż trzymał w niej telefon, i oczami pełnymi przerażenia, w które ani trochę mu nie wierzyła: nie po tym, czego wobec niej się dopuścił. Naprawdę, miała dość jego widoku i oszałamiającego zapachu oraz pytań, jakich nie miał prawa jej zadawać, co sprowadziło się do tego, że zdenerwowała się jeszcze mocniej. – Nie twój zasrany interes – warknęła na początek, dysząc ciężko, aby nagle zaśmiać się z goryczą i kpiarsko. – No co? Może czekałam… tak! Tak, czekałam! – Nagle zaczęła rozpinać koszulę.- Jak chce mnie znowu siłą zerżnąć – szarpała za guziczki histerycznie i nerwowo, nie przejmując się, że ktokolwiek może ją zobaczyć – to się pospiesz. – Już mógł podziwiać jej przeraźliwie mocno zarysowane żebra pod niemalże papierową skórą i kremowy stanik w białe groszki. – Wieczorem umówiłam się z Felixem – specjalnie go prowokowała, z głupią butą i nagłą odwagą, zbliżając się do niego; ułożyła dłoń na jego męskości, szarpnęła za pasek od spodni. – Co? – Zironizowała, z wrednym, nieładnym uśmieszkiem, kiedy wciąż nie reagował. – Nagle ci nie staje na myśl, że umieram? – Atakowała dalej, jednocześnie przyznając, że wszystko, co usłyszał, było prawdą, a tym samym nie przypominając ani trochę jego słodkiej i uroczej Pięknej; właśnie to z nią z nią zrobił: złamał ją, upodlił, zdegradował i sprawił, że nie wierzyła, że zasługuje na cokolwiek dobrego i spokój.

      rozdygotana, rozwścieczona i rozżalona BELLA CHEVALIER, która zdaje się z tego wszystkiego tracić zmysły, ale naprawdę potrzebuje bardzo pomocy

      Usuń
  13. Podświadomie, na dnie swojego przerażonego i smutnego, pękniętego zdawałoby się wpół, serca, Annabella doskonale wiedziała, że przesadza – że nie powinna była się w taki sposób zachowywać, bo tylko bardziej się upadla i pokazuje, jak niewiele z niej zostało; toteż tym bardziej: nie powinna była tego robić przed Lucasem, a więc kimś, kto za życiowy cel zdawał sobie postawić kompletnie wyniszczenie jej, w czym notabene pomóc mu miała jej straszliwa choroba. Wszystko to natomiast złożyło się na prawdziwa obraz nędzy i rozpaczy – na kompletnie załamaną dziewczynę, która z niczym sobie nie dawała rady i nie wiedziała, jak powinna była podejść byłego męża, aby zostawił ją w spokoju. To, oraz zintensyfikowane przekonanie, iż ten doskonale bawi się jej kosztem i wykorzysta jej słabości przeciwko w niej na kolejne wyrafinowane i okrutne sposoby, sprawiło zaś, że zwyczajnie wybuchła – miała dość. Jak każdy normalny człowiek – zwyczajnie przekroczyła swoje wszelkie granice i stała przed nim, przez swoją Bestią, którą kiedyś wyciągnęła z mroku i uwolniła z oków demoniczności, w malutkiej księgarni „Dr du Savoir” i zwyczajnie rozpadała się na kawałki. Robiła to zaś jeszcze bardziej spektakularnie i malowniczo, niźli wówczas, gdy poczuła pierwsze skurcze przepowiadające poronienie – były to jednak zgoła inne rodzaje bólu: tamten wynikał z matczynej miłości, ten z utraconej kobiecości, wiary w siebie i uznanie własnej osoby za w ogóle niegodną życia. Co gorsza, mając w głowie tak świeży obraz tego, czego jej były małżonek się na niej dopuścił, jaki akt czystego barbarzyństwa na wykonał na niej i jak mocno zhańbił ją – pozwoliła wszystkim negatywnym emocjom przejąć nad siebie kontrolę, nie myśląc o konsekwencjach. W ogóle chyba nie myśląc w tamtym momencie.
    — No hej… przecież tak mnie chciałeś… chciałeś nawet wtedy, kiedy ja bardzo – podkreśliła – nie chciałam – kontynuowała swój ostry, lodowaty monolog, będący tak naprawdę jedynie przykrywką do jej wnętrza: do tego, jak bardzo złamana, załamana i zwyczajnie smutna była; co z nią uczynił i jak bardzo ją zniszczył, nie tylko wydarzeniem sprzed dwóch tygodni, ale sukcesywnym podkopywaniem jej od dnia, w którym trafili z francuskiego Rochefort en Terre do Fabletown w Nowym Jorku – teraz nie dasz rady? – Kpiła dalej, wciąż dotykając jego męskości, drżącymi palcami, przez materiał spodni; była gotowa na cios, na ciśnięcie ją na ścianę, ba!, była święcie przekonana, że zwyczajnie ją tego dnia zamorduje, a on zamiast tego po prostu chwycił ją mocno i przytulił do siebie. Tak kurczowo, tak czule i tak ściśle, że od tej bliskości i jego cudownego zapachu, zakręciło się jej w głowie. Wydała z siebie jednak coś pomiędzy jękiem rozpaczy, agonalnym wyciem, a wrzaskiem wściekłości: coś, co obrazowało, jak bardzo zagubiona była. Nieco ubezwłasnowolnionymi rękoma zaczęła go okładać po plecach: bała się, że ta czułostka zaważy na tym, jak go postrzegała i na terapii odwykowej, jaką przeprowadziła na sobie, aby poradzić sobie z uzależnieniem od właściciela „Tour de Plaisir”. Z jej pustych, czekoladowych i podkrążonych oczu popłynęły gorzkie łzy, po jej bladych, piegowatych i nieco zapadłych policzkach. – Puść mnie… puść… puszczaj… – zawodziła żałośnie, ale tak naprawdę gdyby ją puścił, ona naprawdę rozkruszyłaby się na miliony kawałeczków, niczym filiżanka z najcieńszej porcelany. – Nie chcesz mi zrobić krzywdy – zaśmiała się, zapłakana i ledwo chwytająca oddech przez szloch, chwilę później, gdy lekko ją odsunął; wykorzystała to i odskoczyła od niego. – Robisz mi ciągle krzywdę. Ciągle – wyszeptała; nie była w stanie już krzyczeć, bowiem jej zachrypnięte gardło odmawiało posłuszeństwa. – Robisz mi krzywdę każdego dnia, kiedy tu przychodzisz… zrobiłeś… z-zrobiłeś mi tyle niewyobrażalnych krzywd – dukała dalej, całkowicie szczerze, po raz pierwszy od dawna tak się otwierając, a przecież był to ledwie wierzchołek góry lodowej jej uczuć. – Zostaw – strzepnęła jego dłonie i sama zapięła guziczki bluzki, co chwilę żałośnie pociągając nosem. –

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – Normalnie – burknęła obojętnie, gdy zapytał, jak to możliwe, że rak ją zaatakował. – Stało się – wzruszyła obojętnie ramionami, całkowicie z tym pogodzona. Zamilkła na dłuższą chwilę i skierowała się do kontuaru, o który ciężko się oparła, wciąż nie mówiąc ani słowa, aby wybuchnąć gorzkim, smutnym śmiechem na jego zagwozdkę. – Miałam ci powiedzieć, żeby zobaczyć satysfakcję w twoich oczach? – Nie patrzyła na niego; nie potrafiła. – Przecież… tobie o to chodziło. O zniszczenie mnie. O moją śmierć, a tego, mój drogi, nie mogłam ci dać – odetchnęła z trudem. – Dałam ci siebie, dałam swoje ciało i dałam serce, ale… ale nie. Nie miałam zamiaru dać ci tak łatwo wygrać, no ale – znowu zaśmiała się, trochę jak szaleniec – skoro już wiesz – odwróciła się do niego gwałtownie – idź i świętuj! Umieram! Tak, jak chciałeś! – Była święcie przekonana, że to był jego plan od początku. – Pewnie czeka na ciebie jakaś twoja dziewczyna – dodała jeszcze oschle i niepewnie, powolutku zbliżyła się do niego. – Idź już, Luke – poprosiła, kładąc dłoń na jego lewej piersi; nie czuła już tam serca – i nie wracaj, dobrze? Daj mi chociaż umrzeć w spokoju. Daj mi umrzeć nawinie wierząc, że chociaż przez chwilę mnie kochałeś – wyszeptała, ponownie zalewając się łzami. Skierowała się na piętro.

      smutek, żal, degrengolada i w ogóle żałość, więc niech lepiej Bestyja się ogarnie, co?

      Usuń
  14. Czuła się naprawdę paskudnie i to nie tylko dlatego, ze poznał jej największy sekret, ale także – i przede wszystkim dlatego – przez to, że przez moment – sekundę dosłownie – jej naiwne, wielkie i dobre serduszko zbiło szybciej, gdy pomyślała sobie, że mógłby się nią naprawdę przejąć: że panika i smutek na jego twarzy były szczere, a strach w głosie świadczył o tym, że wcale nie chciał jej krzywdy. Annabella jednak szybko odrzuciła od siebie ten tok rozumowania – to był Lucas, a on się nie przejmował nikim, oprócz siebie; nie liczyło się dla niego nic, oprócz własnej radości, satysfakcji i zadowolenia, toteż brał wszystko, co chciał, bez zastanawiania się nad konsekwencjami, a już na pewno nie nad tym, czy swoim zachowaniem może kogoś skrzywdzić. Był najgorszym – bowiem najbardziej wyrafinowanym – rodzajem potwora: diabelnie przystojny, niebywale inteligentnym, a przy tym okrutnie cynicznym, niecofającym się przed niczym, aby osiągnąć swój cel, a na jego drodze do szczęścia – jak uważała – miał zalec jeszcze jeden trup: ona sama. Z tego też powodu chciała czym prędzej uciąć tę rozmowę, bo jeszcze chwila kontynuowania jej, mogłaby się dla niej skończyć całkowicie tragicznie: mogłaby przecież jeszcze bardziej zatracić się w głupiutkiej wierze, że gdzieś na dnie tego monstrum, jak jawił się jej właściciel kasyna w Fabletown, kryje się jej jeszcze ukochany książę, który tulił ją do snu, adorował bez końca i uśmiechał się tak, że zawsze wokół panowało cudowne ciepło. Zamiast jednak urwać to nieodwołalnie – odpowiadała na jego pytania, mimo że zdawała sobie sprawę, że ani trochę na to nie zasługuje. Nie chciał jej w swoim życiu i stracił do niej wszelkie prawa – dlatego z jej słów wyzierało tylko chłodu i zwykłego smutku oraz, po prostu, ludzkiego zmęczenia.
    — Jak mogę mówić, że chciałeś mojej śmierci? – Zapytała ze smutnym uśmiechem, mimo wszystko, kontynuując swój wywód. – Hm… pomyślmy – nie powstrzymała się od okrutnej kpiny. – Może wtedy, kiedy wyzywałeś mnie od najgorszych w pijackim amoku? – Zasugerowała. – A może… hm, wtedy, kiedy powiedziałeś, ze mam przestać ryczeć, bo jestem żałosna i robię się brzydka, a ja tylko sobie nie radziłam z żałobą po moim dziecku i potrzebowałam mojego męża, który znikał na całe noce i wracał śmierdzący kochankami? Nie… nie wtedy? – Zironizowała. – To może wtedy, kiedy po raz pierwszy, drugi i dziesiąty cisnąłeś mną o ścianę, gdy chciałam się powstrzymać przed wyjściem, bo… bo musiałam z tobą porozmawiać – załkała gwałtownie. – Jeśli nie wtedy, to… hej, na pewno wtedy, kiedy mnie na zapleczu zgwałciłeś – wyszeptała, a na wspomnienie tego aktu i brzmienie słowa, aż zrobiło się jej słabo; zachwiała się niebezpiecznie. Cudem więc udało się jej do niego zbliżyć i powiedzieć całą resztą, prosząc jednocześnie, aby nie wracał do jej księgarni. – Przez chwilę, Luke… – próbowała coś powiedzieć, ale jej przerwał. Przerażona jego szałem cofnęła się i nie miała innego wyjścia, jak go wysłuchać; strach ją paraliżował. – Jeżeli to jest twoja miłość, to ja jej nie chce – skwitowała jego słowa, z trudem urywając to, jak nią poruszyły. Odetchnęła ciężko, zamilkła na moment. – Nie – pokręciła przecząco głową. – Nie powinno cię tu być. Wyrzuciłeś mnie ze swojego życia. Nie należy do siebie i nic, co się z nami dzieje, nie leży w kręgu zainteresowań drugiej osoby – powiedziała nadzwyczaj spokojnie, trochę jak nie ona. – Nie jesteśmy razem i… – urwała gwałtownie, cofając się jeszcze mocniej, gdy w szale zbliżył się do jednej z półek, aby później wpaść w jeszcze większy szok: nie zniszczył jej. Oszołomiona zamrugała powiekami, niedowierzając. Wycofała się ku schodom. – Proszę wyjdź – poprosiła, tak zagubiona w sytuacji, że z trudem chwytała oddech. – Proszę… Luke… wyjdź – umykała mu bardziej, mimo że jego płacz łamał jej serce. – Nie wracaj, nie pytaj… nie należymy do siebie, więc… daj mi odejść na moich warunkach – błagała zrozpaczona.

    smutna, spłoszona, ale wciąż w głębi serca kochająca, BELLE

    OdpowiedzUsuń
  15. — Nie jesteśmy – referowała do małżeństwa – na twoje własne życzenie – jakkolwiek pragnęła zachować spokój, Annabella nie potrafiła nie wbić Lucasowi tej jeszcze jednej szpili: zaznaczyć, że przecież ona walczyła i gdyby to tylko od niej zależało, trawiliby nadal, bowiem gotowa była nieść ich miłość na swoich chudych, zmęczonych ramionach samotnie. On jednak na to nie dał jej szansy, zwyczajnie ją odrzucając i robiąc wszystko, dosłownie każdą, najbardziej podłą rzecz, jaką mąż może zrobić żonie, aby ją zniszczyć; aby zwyczajnie to, co zbudowali w pięknym i majestatycznym Château de Josselin, legło brutalni w gruzach. Dlatego też, niezależnie od swojej decyzji związanej z chorobą, nieważne, jak bardzo potrzebowała jego wsparcia, co czyniło ją skrajnie żałosną, o czym zdawała sobie sprawę, nie miała zamiaru mu niczego mówić. – Idź już, proszę – nacisnęła więc jedynie raz jeszcze, zerkając wymownie na drzwi i uśmiechając się smutno; był to ten rodzaj uśmiechu, który pokazywał, jak bardzo jest złamana. – Wyjdź i… i naprawdę – podkreśliła z mocą, krzyżując na krótki moment ich tęczówki – nie wracaj – była pewna tego postanowienia. Powoli zaczęła kierować się na schody, nagle śmiejąc się gorzko. – Nie, nie pozwolisz. Wiem o tym. Prędzej mnie zabijesz, niż pozwolisz mi sobie ułożyć życie – wyszeptała pod nosem.
    Nie wiedziała, czy usłyszał jej ostatnie zdanie, czy też nie – w zasadzie chyba nie bardzo ją to nawet obchodziło, bo to nie do końca miało być przeznaczone do jego uszu. Chciała czym prędzej po prostu skryć się w swojej sypialni, gdzie jej celem było skulenie się w kłębek i pozwolenie sobie na zatracanie się w swojej własnej beznadziei; dobrze, że na piętrze akurat przebywała jej babcia, toteż „Dr du Savoir” nie musiał być zamknięty. Dziewczyna w związku z tym mogła w pełni poświęcić się temu, co działo się z jej sercem oraz umysłem – a działo się doprawdy wiele, toteż i czas, jaki miała temu poświęcić miał być na tyle długi, że ostatecznie nie była w stanie przespać nocy. Oto bowiem widziała swojego męża – kiedyś księcia z bajki zaklętego w ciele Bestii, obecnie Bestię, zaklętą w ciele księcia z bajki – który po tym, jak przyniósł jej całą masę upokorzeń i zdegradował do pozycji niczego, nic niewartego śmiecia, który nie miał prawa bytu, płakał, kiedy się dowiadywał, że umiera. Owszem, był świetnym aktorem, o czym przekonała się wielokrotnie – gdy chociażby przed obcymi, już w Fabletown, potrafił udawać, że w ich relacji dzieje się doskonale – ale z drugiej strony: czy ktokolwiek, kto nie czuje lub nie czuł takiego rodzaju bólu, byłby w stanie go odegrać? Czy ktoś taki jak właściciel kasyna pozwoliłby sobie na łzy – nawet udawane?
    Przerażało ją, w związku z tym, że naprawdę była w stanie spojrzeć na niego znacznie przychylniej, niźli powinno – było to o tyle zaskakujące, że wciąż czuła na sobie jego władczy, paskudny i brutalny dotyk, kiedy zrywał z niej ubrania i brał tak, jakby była jego rzeczą: bez czułości i przejmowania się, jak się czuje. Co gorsza, sprawy tej nie ułatwiała ani wizyta, którą złożyła Gabrieli – której już telefonicznie wyjaśniła, że telefon odebrało jakieś złośliwe, psotliwe dziecko, kiedy była na zapleczu; cóż, niewiele się pomyliła, prawda? – w szpitalu imienia Victora Frankensteina następnego dnia – okazało się bowiem, że chociaż rokowania nie są najlepsze, to lepiej będzie przystąpić do przygotowań do chemioterapii, która jako jedyna mogła pomóc; Belle zaś trochę przerażało, co może stać się z jej organizmem i że wcale nie musi przynieść zamierzonych skutków – ani fakt, że znalazła w progu księgarni siatkę ze świeżymi warzywami, a w skrzynce na listy: foldery dotyczące kostniakomięsaka oraz daty, godziny i miejsca zaplanowanych wizyt u jakiś wybitnych onkologów; wszędzie poznałaby zamaszyste, eleganckie pismo swojego męża. Z jednej strony wściekała się, że trąca się w nieswoje sprawy, a z drugiej – ogarnęło ją głupie poczucie, że jednak coś dla niego znaczy, bo przecież w innym razie świętowałby jej śmierć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, wcale to nie oznaczało, że miała zamiar cokolwiek z tym robić – tylko jedzeniu nie pozwalała się marnować – mimo że mocno jej sercem poruszył widok pana Neuvica siedzącego na krawężniku po drugiej stronie Sesame Street. Kompletnie nie dowierzała, że nadal, niezmiennie tam jest i szanuje jej prośbę, aby nie nachodził jej więcej w miejscu pracy. Rzecz jasna, sądziła, że to jest działanie krótkofalowe i że po paru dniach się znudzi – on jednak był nadal obok, mimo że się przeniósł na schodki „Doktora Wiedzy”, nikomu nie wadząc, tylko paląc papierosa za papierosem, tydzień, a nawet dwa później, ciągle próbując ją skontaktować z jakimś genialnym specjalistą i sugerując za pomocą ulotek specjalne diety, mające pomóc jej organizmowi poradzić sobie z rakiem. Wówczas też – czternaście dni jego ciągłego wystawiania pod jej oknami – nie mogła go nie zaprosić do środka. Zbierało się na deszcz, a ona dopiero postawiwszy na swoje miejsce jego dawny stolik i naparzywszy jego ulubioną herbatę poczuła, że coś w jej żałosnym życiu wróciło do normy, a kiedy zasiadł standardowo przy oknie: odetchnęła z dziwną ulgą. W ciągu kolejnych dób natomiast udało się jej nawet załatwić parę książek o rycerzach i okulary w niemalże identycznych oprawkach, które pobiła – wiedziała doskonale, jaką miał wadę.
      Wszystko jednak cały czas odbywało się na jej warunkach. Oznaczało to ni mniej, nie więcej, że od chwili, kiedy pozwoliła mu przekroczyć próg księgarni mógł w niej przebywać, ale bez zagadywania jej ani niepokojenia klientów – ona natomiast poczuła dziwną siłę i nawet wielce urażony Gaston, który po tym, jak bez słowa nie pojawiła się na umówionej kolacji, nie był w stanie wyprowadzić jej z równowagi, jak długo czuła zapach intensywnego mchu dębu, orzeźwiającej mięty i słodko-kwaśnej cytryny. Oczywiście, aby nie było zbyt łatwo, mniej więcej w tym samy czasie zaczęły ją męczyć dziwne zawroty głowy i wymioty, które nie zapowiadały niczego dobrego – brakiem krwawienia miesięcznego w ogóle się nie przejmowała, bowiem doskonale wiedziała, że to standardowy skutek uboczny terapii, którą prowadziła z niewiadomego sobie powodu, a przynajmniej ten od siebie odrzucała– biorąc pod uwagę jej chorobę. Ostatecznie, musiała więc pogodzić się z faktem, że musi jednak wybrać się na kolejne badania kontrolne i sprawdzić, czy leki za bardzo jej nie zaszkodziły – wybrała taki dzień, kiedy jej babcia jeszcze była przed umówionym wyjazdem z koleżankami do sanatorium Nowym Orleanie, i niestety: ten dzień okazał się chyba najbardziej szalonym dniem, jaki kiedykolwiek miała wątpliwą przyjemność przetrwać.
      Z perspektywy czasu zaś, nie była w stanie powiedzieć, jak właściwie wówczas nie straciła życia, bowiem niewiele z tego wszystkiego pamiętała. Wiedziała, że rano oddała krew, później poszła na mierzenie, ważenie i kiedy czekała na rezonans – doktor Stevens poprosił ją do gabinetu i oznajmij jej, że nie mogą jej zrobić prześwietlenia, bo jest w ciąży, co skwitowała histerycznym śmiechem: nie mogła uwierzyć, że los z niej tak kpi, że daje jej wymarzone dziecko w momencie, kiedy umiera, a na dodatek dziecko będące owocem gwałtu. Ta kompletna abstrakcja nie pozwoliła jej więc odnotować wiele z tego, co działo się później – wiedziała, że coś do niej mówiono, coś zalecano, wysłano nawet na USG, z którego dostała zdjęcie i informację, że płód ma około pięciu do sześciu tygodni, a przy tym odnotowała sugestię, że należałoby go terminować, jeśli chce przeżyć. Nie skomentowała tego, nie dlatego, że w ogóle brała to pod uwagę, ale zdawała sobie sprawę z tego, że jest to najbardziej logiczne i odpowiednie rozwiązanie – jednocześnie całkowicie niezgodne z jej przekonaniami i dziwnym ciepłem, rozlewającym się po sercu. Niczym, w związku z tym, zaskakującym nie było, iż kolejne dni spędziła miotając się pomiędzy świadomością, że może nie dożyć terminu porodu, a tym samym zabić i siebie i swojego potomka, a wielką matczyną miłością, która –

      Usuń
    2. – pomimo świadomości, w jakich okolicznościach owy maluch był powołany na świat – natychmiast nią, podświadomie nieco, owładnęła; to też z jej powodu odstawiła na własnych warunkach wszystkie tabletki, odrzucając od siebie konsekwencje, jakie mogło to mieć. Te, rzecz jasna, musiały przyjść – cholera, to była Belle: magnes na nieszczęścia – w parną i duszną, bardzo burzową, pierwszą czerwcową środę dwa tysiące siódmego roku.
      — Też nie czujesz się najlepiej, co, Voldetort? – Zagaiła swojego żółwia, wrzucając mu kolację do terrarium, które stało w jej pokoju. Obydwoje wyglądali na doprawdy zmarnowanych, pomimo tego, że „Dr du Savoir” zamknęła już godzinę wcześniej, o siedemnastej, nie będąc w stanie ustać na nogach, bowiem ciśnienie dosłownie ją powalało, a bóle w kościach nasilały z każdą minutą, przepowiadając zbliżający się deszcz. – Ciekawe, jak ty się czujesz… – nagle musnęła wskazującym palcem czarno-białe zdjęcie z badania ultrasonograficznego, przedstawiające jej latorośl. – Ech, jedz Voldie, proszę – nagle zwróciła się do zwierzątka, które niechętnie spoglądało na sałatę i już miała się odwrócić po kilka ususzonych świerszczy, gdy ni z tego ni z owego w prawej nodze złapał ją taki skurcz i przeszył ból, bo to też tam znajdowało się największe ognisko jej chorby, na tyle silne, że nim się opanowała, z wnętrza jej drobnego, słabego ciałka dobył się żałosny wrzask, a ona padła na ziemię z jedyną myślą: „Boże, jeśli istniejesz, nie zabieraj mi mojego maleństwa”. Przeżycie to było natomiast na tyle agonalne, że Annabella nie słyszała niczego: ani wrzasku Lucasa, ni wywarzanych drzwi, ani jego żałosnych nawoływań jej imienia. Leżała po prostu skulona, drżąc z cierpienia i mając wrażenie, że zaraz zwymiotuje. – J-Jezu… m-matko… J-Jezu… – dopiero po chwili udało się jej nabrać powietrza w płuca i wydusić z siebie cokolwiek, co zaowocowało, że zorientowała się, iż jej były mąż, z niewiadomych jej przyczyn, znalazł się w jej sypialni; przymknęła powieki i otuliła się jego zapachem. – L-Luke? – Nie wierzyła za bardzo, że to on: uważała, że ma już omamy. – Luke… – jęknęła rozpaczliwe: trochę z nadzieją, trochę z ulgą i spróbowała wysunąć do niego dłoń, proszkując wsparcia. – P-pomóż… pomóż mi… – wydyszała i znowu sapnęła z bólu; mocniej się skuliła i załkała. – B-boli… noga boli – mówiła tak, jakby nic złego się między nimi nie wydarzyło: jakby nie było kłótni, upokorzeń i rozwodu; jakby cały czas mogła na niego liczyć. Wpływ oczywiście miała na to beznadziejna sytuacja, w jakiej się znalazła oraz ostatnie tygodnie, podczas których był obok. W oddali zagrzmiało, a błyskawica przecięła ciemne niebo.

      obolała, zaskoczona i zwyczajnie przerażona BELLE CHEVALIER, która potrzebuje swojego księcia i pomocy.

      Usuń
  16. [ możemy tak zrobić :D Lex czasem robi pewne zadania na zlecenia tych z góry i tych z dołu, bo właściwie dla niego nie ma rzeczy niemożliwych. Ale jest na emeryturze obecnie i szuka spokoju, chociaż tak na prawdę nudzi mu się. Szuka rozrywki i wyzwań. Zatem mogliby coś razem wykombinować ;) ]

    Lex

    OdpowiedzUsuń
  17. Wiedziała, że nie powinna się była cieszyć, ze to akurat o n przyszedł jej pomóc – wiedziała przecież, że Bestia jest w nim zamknięta i tylko czeka na bodziec, aby zaatakować i wiedziała też, że najpewniej konsekwencje tego wszystkiego będą tragicznie i niemożliwe do przeskoczenia; że po tym wszystkim upodli się najmocniej na świecie. Niestety, Annabella była w takim stanie, że nie myślała logicznie – potrzebowała Lucasa: swojego wspaniałego męża, który zawsze pomagał jej wstać i sprawiał, że jej życie stawało się piękniejsze; mężczyzny, który nauczył ją patrzeć na siebie jego oczami i widzieć silną, inteligentną oraz piękną dziewczynę; ojca nieżyjącego maluszka, który zbierał ją z podłogi, gdy krwawiła i pomagał stanąć na nogi. Nawet więc dostając ledwie namiastkę tego – cieszyła się i wierzyła, że może i tym razem uda się zebrać jej ciało i duszę rozbite na miliony, równie bolących kawałeczków, rozrzuconych na parkiecie jej sypialni na piętrze księgarni „Dr du Savoir” na Sesame Street 28B – była zwyczajnie szczęśliwa i ufnie wystawiała ku niemu swoje chude, drżące i blade dłonie. O dziwo, zamiast bycia odepchniętą, czy wyśmianą – naprawdę wierzyła, że mógłby zwyczajnie czuć wobec niej obrzydzenie, bo jakby nie patrzeć: cierpiała na mało książęcą chorobę – on po prostu wziął ją delikatnie w swoje silne ramiona i trzymał, tak kruchą i cierpiącą mocno, acz tak, aby nie zrobić jej krzywdy. Zapach intensywnego mchu dębu, orzeźwiające mięty i słodko-kwaśnej cytryny zaś otulał ją szczelnie i przynosił ukojenie w tej strasznej dla niej chwili, w której naprawdę nie była w stanie myśleć logicznie, bowiem cierpienie dosłownie ją rozsadzało – wiedziała, że jest beznadziejna, ale na Boga, jakże ona go kochała; jak bardzo potrzebowała na zawsze…
    — D-dobrze… – powtórzyła po mężczyźnie, w związku z tym, wtulając się w niego ufnie i kurczowo, zapominając przy tym, ile złego jej wyrządził, bowiem rzeczywiście jego blisko była jej bardzo pomocna. Nie przejmowała się również sposobem, w jaki się do niej zwraca, bowiem ten wydawał się jej dziwnie naturalny i odpowiedni: rzeczywiście czuła się w tamtym momencie tak, jakby zawsze było między nimi dobrze. Szkoda, ze późniejsze uświadomienie sobie, iż to nie była prawda, miało być dla niej aż tak bolesne. – Oddycham – sapnęła żałośnie słabo i z ulgą przyjęła poduszkę pod plecami, a następnie dodała: – P-prawa – wyjęczała, nie mogąc nawet wyprostować kończyny, którą następnie przeszedł nieopisany wręcz ból, kiedy pan Neuvic dotknął nogi w sposób nieodpowiedni; przekręciła się na bok i skuliła jeszcze mocniej, szlochając żałośnie; dosłownie wyjąc tak rozdzierająco, że nawet największym twardzielom mógłby się zjeżyć włos na głowie. – Nie odchodź! – Wrzasnęła zaś zrozpaczona, kiedy właściciel kasyna nagle się poderwał na równe nogi i nawet jego zapewniania, że zaraz wróci, nie miały jej przynieść spokoju: dopiero rzeczywiście jego znalezienie się obok, pozwoliło jej zaczerpnąć tchu. W całym więc swoim rozbiciu i cierpieniu, nie zwróciła nawet uwagi, że podwinął jeszcze kawałek wyżej flanelowe spodenki jej piżamy i przyłożył do jej uda mrożonki: zorientowała się w tym dopiero wtedy, kiedy poczuła przyjemne chodzenie. – J-jak dobrze… – wtedy przewróciła się na plecy, zakryła na moment ręką oczy i dysząc ciężko, próbowała się uspokoić. – Przewróciłam się – odparła w związku z tym znacznie bardziej opanowana. – Po prostu, Luke – uśmiechnęła się niebywale wręcz smutno, z ewidentną pogardą wobec siebie – przewróciłam się – zakpiła i uniosła się na łokciach. Chwilkę milczała, mieląc w zębach dolną wargę. – Możesz już iść – szepnęła nagle; faktycznie rwanie ustępowało. – Nic mi nie będzie – dodała jeszcze, aby nagle zorientować się w pewnej bardziej ważnej kwestii. – J-jak… jak tu wszedłeś? – Musiała brzmieć nadzwyczajnie głupio, a przy tym niesamowicie uroczo w swoim zagubieniu; w zabawny sposób ściągnęła brwi, lustrując byłego męża uważnie czekoladowymi, bystrymi tęczówkami.

    nadal nieco cierpiąca, ale przede wszystkim zaskoczona, BELLE

    OdpowiedzUsuń
  18. — To od ośmiu miesięcy – dokładnie liczyła każdy dzień, jakby to cokolwiek miało zmienić – jest… – głos jej zadrżał od emocje – to jest – podkreśliła z emfazą Annabella, uśmiechając się bardzo smutno – po prostu – wyznała, jednocześnie dzieląc się z Lucasem, jak długo wie o swojej chorobie; naprawdę uważała, że nie ma się czym przejmować, skoro zdarzało się to na tyle często, że można było się do tego przyzwyczaić, mimo że nigdy ból nie był tak silny, jak tamtego wieczoru, na co wpływ pewnie miało nagłe przerwanie przed tygodniem terapii, aby chronić maluszka pod jej sercem, którego nie mogła stracić za żadne skarby świata: był wszystkim, co miała. – Co tak patrzysz? – Zaśmiała się jednak serdecznie na widok jego miny, bo ta naprawdę była przezabawna. – Powiedzieli mi w listopadzie – nie miała pojęcia, dlaczego się z nim z tym dzieli, skoro nie miał od niej żadnych, najmniejszych praw, a więc i kwestia jej raka nie powinna leżeć w kręgu jego zainteresowań. – Nie ma o czym mówić – dodała w związku z tym szybko i natychmiast zapragnęła, aby sobie poszedł: naprawdę bała się, że cała jej silna wola zniknie, a ona pozwoli sobie mu zaufać, co najpewniej skończyłoby się dla niej tragicznie, a w tamtej chwili nie mogło: chodziło przecież o j e j dziecko. – Proszę, idź już sobie – dodała więc twardo.
    On jednak ani myślał słuchać i w zasadzie nie musiał odpowiadać: widziała tę upartą zaciętość wymalowaną na jego przystojnej twarzy, która oznaczała tylko jedno – chciał przy niej zostać. Nie wiedziała, z jakich powodów i jak rycerskich pobudek – o ile takie w ogóle nim kierowały – ale ona zwyczajnie chciała się go pozbyć, bo tak po ludzku, prosto i zwyczajnie, bała się go; nie jednak stricte jego fizyczności, mimo że ta, odkąd dopuścił się na niej gwałtu, była dla niej mocno przerażająca, ale właśnie faktu, że jej naiwne i spragnione miłości serduszko ponownie dla niego przepadnie, a on to wykorzysta brutalnie i skrzywdzi ją tak, że umrze. Nie mogła zaś umrzeć, bo była odpowiedzialna za jedno malutkie i niewinne życie, którego okoliczności powołania na świat nie były dla niej istotne, bo niemalże natychmiast obdarzyła je uczuciem. Niestety, zamiast być asertywną – przejęła się drzwiami.
    — Co przepraszam zrobiłeś? – Milczała tak długo, aż wreszcie wyartykułował swoje słowa, a ona od początku wiedziała, że wcale się jej nie spodobają. Pewne rzeczy bowiem ani trochę się nie zmieniały, toteż nieważne, czy pan Neuvic był księciem pod postacią Bestii, czy Bestią w ciele księcia, zawsze kiedy coś nabroił jąkał się i mieszał, nie potrafiąc wydobyć z siebie żadnego logiczne ciągu wyrażeń, które mogłyby prowadzić do jakiejkolwiek konkluzji. Był przy tym, jak zawsze, tak bardzo uroczy, że Belle aż uśmiechnęła się delikatnie, prawym kącikiem ust; tym samym, w którym skryty miała swój dziewiczy pocałunek, ukradziony przez niego dawno temu. Niemniej, nie przypuszczała, że to, co z siebie ostatecznie wyrzuci, tak mocno ją zszokuje. – Wyważyłeś… – powtórzyła ogłupiała. – Och… ojej… – skwitowała jeszcze mniej inteligentnie, mocniej ściągając brwi. – Mam nadzieję, że polisa to pokryje – mruknęła pod nosem, oszołomiona, jakby nie słysząc wcześniejszej części jego wypowiedzi. – Zaraz – usiadła, wyprostowana i spięta, patrząc na niego z niedowierzeniem. – Co noc? – Powtórzyła. – Stlakujesz mnie co noc? – Zapytała, uchylając z wrażenia usta. – Nie, no!, pięknie, wspaniale! – Zakpiła i odrzuciwszy mrożonkę oraz jego rękę, władowała się na łóżko. – Idź i napraw te cholerne drzwi! – Wybuchła nagle.

    rozkojarzona i zagubiona BELLE, która nie wie, co czynić

    OdpowiedzUsuń
  19. [Trochę późno, ale przyszłam Cię powitać na blogu, znowu :)
    Chris wyjątkowo dobrze wygląda jako Bestia, zwłaszcza podoba mi się drugie zdjęcie w karcie, piękne jest. Sama postać opisana w ciekawy sposób, a karta, jak zawsze, dobra i intrygująca. Czytałaś może komiksy? Troszkę podleciało mi do komiksowej Bestii, więc jeśli tak i to była inspiracja, bardzo Ci się to udało. Cóż mogę więcej powiedzieć, życzę dobrej zabawy, wielu wątków, i poukładania spraw z Bells, bo chyba warto :)]

    Oscar Wielki i Potężny

    OdpowiedzUsuń
  20. — Nie masz ich dokupywać, tylko weź coś zrób tam na dole, żeby mi nie ukradli książek! – Wykrzyknęła ewidentnie rozgorączkowana Annabella, przejmując się najmocniej właśnie „Dr du Savoir”, w którym trzymała swoje największe skarby: właśnie te stare tomiszcza, nierzadko zapomniane przez innych właścicieli, którymi ona z największa pieczołowitością się opiekowała i o nie dbała. Dlatego też patrzyła na Lucasa z determinacją, nie wiedząc, czy jest na niego zła, za to, że otworzył de facto złodziejom drzwi, czy może podziwia jego hart ducha oraz jest zachwycona faktem, że przejął się nią na tyle mocno, że odnalazł taką siłę, aby wyłamać zawiasy. – Na Boga i Ojca! – Zawyła zaś, kiedy jej nie słuchał. – Nie masz mnie przepraszać, tylko weź je chociaż prowizorycznie przyłóż – tłumaczyła dalej, jak małemu, mocno nierozgarniętemu dziecku, jednak nic do niego nie trafiało. – Dobra – sapnęła, wypuszczając ze świstem powietrze z płuc ustami. – Zrobię to sama – zapowiedziała i z olbrzymim trudem oraz niepewnością, uniosła się i stanęła o własnych nogach, chwiejąc się niebezpiecznie, aby przy kolejnych słowach właściciela „Tour de Plaisir”, ponownie paść ciężko na materac. – Co? – Wydusiła z siebie gwałtownie, mrugając gwałtownie powiekami i przekręcając głowę z zainteresowaniem, niczym pies. Miała wrażenie, przez dłuższą chwilę, że się przesłyszała: niemożliwym przecież było, aby taki sukinsyn, jak on, wyznał jej właśnie, że ją kocha. To było bowiem zdecydowanie zbyt mocno ab abstrakcyjne, aby mogło być prawdziwe, dlatego też zwyczajnie tego nie była w stanie skomentować. Próbowała natomiast zmusić swój umysł do działania i uświadomienia sobie, może trochę na siłę, że na pewno to sobie wymyśliła. Wtedy jednak on to powtórzył po raz kolejny, a pani Chevalier zrobiło się jeszcze bardziej słabo: nie jednak dlatego, że wiedziała, iż to było kłamstwo, ale dlatego, że podejrzewała, iż to mogła być prawda. Wciągnęła gwałtownie powietrze w płuca. – Nie jestem zła o drzwi – szepnęła. – Ja tylko proszę, abyś je zabezpieczył – wyjaśniła cichutko, zaciskając palce na flanelowych spodenkach piżamy. Chwilę milczała. Przełknęła głośno ślinę. – Bałeś się? – Podjęła w końcu, zerkając na niego nieśmiało. – Po tym wszystkim, co mi zrobiłeś… chcesz mi powiedzieć, ze nagle – podkreśliła wymownie – bałeś się o mnie? M-mam… mam rozumieć, że te wszystkie niedopałki, które co rano wyrzucałam, t-to… to były twoje? – Przetarła drżącymi dłońmi piegowatą twarz. Znowu bardzo długo trwali w ciszy, zanim Belle zapytała niemalże niedosłyszalnie: – Jak można kogoś kochać i tak go ranić, jak ty krzywdzisz mnie? – Pozwoliła, aby to pytanie zawisło między nimi i raniło ich oboje. – P-po prostu… po prostu boje się ciebie. Bardzo – dodała jeszcze. – Boję się ciebie tak, ze samo przebywanie w jednym pomieszczeniu, sprawia, że zabijasz mnie bardziej niż rak: budzisz te wszystkie wspomnienie upokorzeń, wyzwisk i… i degradowania do tego stopnia, że ja nie miałam prawa cierpieć i być zagubioną, kiedy się przenieśliśmy tutaj… budzisz wspomnienie… tej popołudnia i – urwała, zaciskając powieki. Po jej piegowatych policzkach popłynęły łzy. – Największą krzywdę ty mi wyrządziłeś. Sprawiłeś, że… że nie jestem kobietą. Jestem rzeczą, którą można zastąpić kochankami i wykorzystać, kiedy się zechce – odetchnęła rozdzierająco i ponownie się podniosła. Powoli podeszła do okna i oparła się o parapet. – Mógłbyś jednak zająć się tymi drzwiami, proszę? – Nacisnęła raz jeszcze, licząc, że jej posłucha.

    roztrzęsiona BELLE, kompletnie zagubiona w tej sytuacji

    OdpowiedzUsuń
  21. Pozwoliłam sobie skrobnąć maila odnośnie wolnej postaci :)

    OdpowiedzUsuń
  22. [Troszkę spóźnione, ale witaj, już oficjalnie! :D
    TeamCap4ever, więc nie mogę zrobić nic innego, jak tylko pochwalić wizerunek, bo z Chrisa całkiem ciekawa Bestia ci wyszła ;)
    Życzę samych ciekawych wątków i zostań z nami jak najdłużej!]

    Administracja & Lucy

    OdpowiedzUsuń
  23. Annabelli zdecydowanie łatwiej było kategoryzować w taki sposób byłego męża, bowiem ten chronił ją przed ewentualną krzywdą, której mogła z jego strony doświadczyć – ta zaś była bardzo prawdopodobna, szczególnie zważywszy na fakt, że przecież Lucas nie przebierał niekiedy w środkach, a wziąwszy pod uwagę ostatnie trzy lata, o ironio, będące większym odcinkiem czasu, niż ich znajomość i małżeństwo w ogóle, mogła się spodziewać po nim wszystkiego najgorszego. Dlatego też uważała, że gdyby tylko mógł, to by wykorzystał każdą jej słabość, aby ją zranić – aby doprowadzić ją do stanu, w którym faktycznie upadłaby tak, że nie mogłaby się podnieść. Nie mógł jej więc winić, bo na własnej skórze poznała jego bestialskie okrucieństwo, które zmieniało jego serce w zimny kamień – jednocześnie natomiast: była tak naiwna, głupiutka i wciąż szczerze w nim zakochana, że każdy, nawet najmniejszy, ciepły i miły gest z jego strony, był dla niej niczym dawka ulubionego narkotyku dla kompletnie uzależnionej, leżącej na dnie, osoby, która bez swej działki nie była w stanie funkcjonować. Ostatni miesiąc więc – może słusznie, a może nie: czas miał to pokazać – sprawił, iż pracownica małej księgarni w Fabletown ponownie spojrzała na właściciela kasyna przychylniej, a gdyby nie to: w ogóle by z nim nie rozmawiała, a wcześniej nie wpuściłaby go z powrotem do „Doktora Wiedzy”, proponując herbatę. Pewnie, inni mieli ją nazwać skończoną kretynką, ale nawet jeśli miała skończyć właśnie, jako idiotka, ale z chwilowym poczuciem, że wszystko jest na swoim miejscu – to wolała umrzeć, niźli żyć wiecznie z pustką, zimnem i szarością wokół. Dyskutować jednak o tym nie miała zamiaru: ani sama ze sobą, ani tym bardziej z nim. Nie miała na to sił.
    — Proszę… moje książki – powtarzała więc co chwilę, martwiąc się o przybytek, który własnymi, chudymi rękoma zbudowała wraz z babcią, a który był wystawiony na zagrożenie ze strony potencjalnych złodziei, a tego by chyba nie przeżyła; nie po tych wszystkich okropieństwach, których już doświadczyła. Dlatego z niemałą ulgą przyjęła fakt, że jednak wstał i zapewnił, że zajmie się wywarzonymi drzwiami, chociaż w sposób prowizoryczny, a ona znowu widziała w nim przez chwilę tego cudownego mężczyznę, który był prawdziwym rycerzem o szlachetnym sercu. – Dziękuję – uśmiechnęła się nawet do niego tak, jak kiedyś: z wdzięcznością i czułością. – Nie musisz nic robić, poradzimy sobie – dodała szybko, bo mimo wszystko nie chciała być w żaden sposób od niego uzależniona – po prostu… co? – Zaskoczył ją nagłą zmianą tonu. Natychmiast spróbowała zrozumieć, o co chodzi, ale niestety jej odkrycie kompletnie ją zmroziło. Zapowietrzyła się gwałtownie. – Luke? – Zapytała głucho, głośno przełykając ślinę. – L-Luke… Luke, nie… nie! – Wrzasnęła, rzucając się do niego, dziwnie przerażona, kiedy zerwał zdjęci USG jej dziecka z tablicy korkowej. – Nie niszcz go, błagam – wydusiła spanikowana, stojąc przed nim, całkowicie roztrzęsiona, a tym samym chyba nie musiała już odpowiadać na jego dalsze pytania: całą sobą prezentowała, jaka była prawda; z tego też powodu zignorowała jego rozpaczliwie nawoływania. Cudem się więc opanowała, a to sprawiło, ze nie powstrzymała się od zadziornej, acz inteligentnej, ironii: – Nie, nie moje. Aż tak urodziwa to nie jestem – próbowała mu zabrać papierek, ale się nie dało. – Oddaj mi je – nakazała ostro. – Oddaj mi moje – podkreśliła z emfazą, bo nie było już sensu niczego ukrywać – dziecko. Teraz.

    trochę-bardzo zagubiona BELLE, która chce i nie chce mu mówić prawdy, kocha, a jednak się boi; słowem: pszypeł

    OdpowiedzUsuń
  24. — Poeta się znalazł – nie potrafiła powstrzymać okrutnej kpiny, kiedy została uraczona komplementem; naprawdę, nie wiedziała, z czego to wynikało, ale może to właśnie był jej mechanizm obronny na to, co się działo, ale Annabella naprawdę mało przypominała tę samą dziewczynę, którą była w Rochefort en Terre. Nieważne więc, czy słowa Lucasa były prawdą, czy też nie, czy powiedział je z głębi serca i rzeczywiście tak uważał, ona zwyczajnie wolała budować wokół siebie mur obronny, który może, jakimś cudem, odciągnąłby od tego nieszczęsnego zdjęcia USG, które trzymał w dłoni. Z niewiadomych przyczyn bowiem uważała, że jeśli dowie się, że nosi pod sercem jego dziecko, to jeszcze bardziej się upodli; to da mu powód do radości, na którą przecież nie zasługiwał. Dlatego tak rozpaczliwie próbowała go odwieść od tej kwestii, a następnie okrutnie drwiła. – Moje – podkreśliła w związku z tym jeszcze – dziecko. Moje – dodała, drżąc ze zdenerwowania oraz stresu, bowiem naprawdę nie miała pojęcia, co powinna była robić w tej patowej sytuacji, w której została postawiona, bo oto z jednej stron widziała w jego błękitnych tęczówkach zachwyt, a z drugiej wiedziała, a przynajmniej miała pełne prawo właśnie tak uważać, że kompletnie nie jest materiałem na ojca. – Proszę, przestań – sapnęła jeszcze, kiedy on dalej mówił.
    Kompletnie zagubiła się w całej sytuacji, naprawdę mając wrażenie, że zaraz zwariuje z rozpaczy, bo przecież jednocześnie nienawidziła pana Neuvica oraz kochała go całym sercem – potrzebowała go rozpaczliwie i pragnęła wyrzucić ze swojego życia raz na dobre; wiedziała, że sama sobie z niczym nie da rady, ale bała się go prosić o jakąkolwiek pomoc, czy przysługę. Oczywiście, widziała przecież, co robił przez ostatni miesiąc – jak się okazywało: nie tylko za dnia, kiedy to próbował jej, w dość co prawda, mało subtelny, acz na pewno zakrojony na szeroką skalę, o czym świadczyć miały te niedopałki papierosów, które codziennie wyrzucała, a sądziła, ze należały do okolicznych dzieciaków, które paliły sobie „Dr du Savoir” skryte przed rodzicami; i o dziwo, wcale nie była o to zła – i to rzecz jasna całkowicie działało na jego korzyść: bała się jedynie, że to jego gra lub zwykła litość.
    — Jestem w ciąży, Luke – szepnęła w końcu, zrobiwszy wcześniej rachunek sumienia; jakby nie patrzeć, miał prawo wiedzieć, chociaż to wcale nie znaczyło, ze chciała go w otoczeniu swoim lub dziecka, bo zwyczajnie mu nie ufała, co również było wyjątkowo logiczne. Nie spodziewała się tylko, że kiedy mężczyzna to sobie uświadomi, padnie przed nią na kolana; w taki sam sposób, jak wtedy, kiedy mówiła mu o swoim odmiennym stanie w Château de Josselin. Wciągnęła gwałtownie powietrze w płuca i zadrżała, ale nie ruszyła się z miejsca: dziwne ciepło zalało jej serduszko, a nią samą ogarnęło wzruszenie. To jednak równie szybko, jak się pojawiło, ustąpiła miejsca szokowi. – Luke? – Zagaiła, spostrzegając łzy w jego oczach. – C-co… co się dzieje? – Wiedziała, że jest beznadziejnie żałosna i że nie powinna była zachowywać się tak w stosunku do swojego tyrana, ale jakoś nie potrafiła nie zareagować na jego cierpienie, co najpewniej było wynikiem miłością, którą wciąż jego, głupio, darzyła. – Co? – Sapnęła zaś oszołomiona, gdy nagle krzyknął; cofnęła się pół kroku, mrugając gwałtownie powiekami. – C-co… co… o-o… czuję się… czuję się, jak ciężarna kobieta z rakiem – powiedziała, naprawdę nie potrafiąc znaleźć lepszej odpowiedzi. – O co ci chodzi? – Dopytywała i dopiero kiedy wspomniał o przewróceniu się i ona pobladła: referował do ataku Adwersarza i całego zdarzenia na klatce schodowej. Zagryzła policzek od środka i przeszła się niespokojnie po pokoju. – Nic mi nie jest – powiedziała w końcu, chociaż w zasadzie nie była tego pewna stuprocentowo. – Wstań, proszę – rzuciła jeszcze, a sama zajęła miejsce na łóżku. – Napraw te drzwi, wyjdź i… i zapomnij, dobrze? – Błagała, jeszcze bardziej błądząca w swoich uczuciach i obserwacjach; chaos rozsadzał jej czaszkę.

    BELLE CHEVALIER

    OdpowiedzUsuń
  25. Bardzo chciałaby mieć na tyle siły, aby ot tak, po prostu, wyrzucić go ze swojego pokoju, mieszkania i księgarni, a ostatecznie życia w ogóle. Bardzo chciałaby mieć na tyle samozaparcia, aby postawić się jego niewątpliwemu urokowi osobistemu, hipnotyzującemu spojrzeniu błękitnych tęczówek, zadziornemu uśmiechowi i bezczelnej pewności siebie, emanującej z jego wielkiego, pociągającego cielska. Bardzo chciałaby być na tyle odważna, aby wprost mu powiedzieć, że nie ma praw do tego dziecka lub skłamać, ze nie jest jego – zrobić to, pomimo pewności, że wówczas najpewniej wpadłby w taki szał, że z całej Sesame Street nie zostałby kamień na kamieniu. Bardzo chciałaby nie być sobą – małą, piegowatą i zdecydowanie zbyt dobrą Annabellą, która zawsze mówi prawdę, będąc fizycznie zbudowaną tak, że nie jest w stanie inaczej, nawet jeśli wymaga tego sytuacja, a później żałuje, kiedy ta rani drugą osobę; tą zakochaną w książkach dziewczynką, która wciąż największe podróże przeżywała w swojej głowie, bo jakoś nigdy się nie złożyło, a nawet, jeśli miałaby sposobność zaraz po rozstaniu z Lucasem, to była zbyt wielkim tchórzem, aby wyjechać; tą złamaną kobietą, żałosną rozwódką, matką nieżyjącego dziecka, a jednocześnie ciężarną z kostniakomięsakiem w pakiecie – obrazem nędzy i rozpaczy, który ewidentnie nie zasługiwał na nawet odrobinkę szczęścia. Najbardziej jednak chciałaby, aby nigdy nie doszło ani do tamtego wtorku – nie dlatego, że popołudnie to ofiarowało jej potomka pod sercem, ale z powodu sposobu, w jaki maluch został poczęty – a na pewno nie do tej cholernej, czerwcowej nocy, kiedy została pokonana przez raka. Gdyby bowiem miała w sobie więcej zdrowia – nie musiałaby siedzieć przez byłym małżonkiem i prowadzić z nim tej traumatycznej rozmowy.
    — Nie pytaj – błagała więc, aby przestał i przez jedną krótką chwilę, kiedy wstał i zszedł na dół, celem prowizorycznego zamontowania drzwi, co doskonale słyszała, ona naiwnie wierzyła, że jej posłuchał, że skoro spieprzył już dawno temu, to wie, że nie ma prawa prosić ją o cokolwiek. Przeliczyła się jednak dość szybko, kiedy ponownie pojawił się w progu jej pokoju; jęknęła, nie zwracając w pierwszej chwili uwagi, jak dziwnie blady i zziajany był. Nie zdążyła jednak zareagować w żaden inny sposób, zagłuszona przez mało składne, chaotyczne wypowiedzi właściciela kasyna; przekręciła głowę i zmarszczyła brwi, próbując zrozumieć, ale kiedy to zrobiła: uświadomiła sobie, że wolałaby chyba nie wiedzieć, o co pytał. Przełknęła głośno ślinę, skonfundowana przez jego łzy oraz przejęcie, a jednocześnie cierpiąca agonalny ból z powodu świeżo otwartych, jeszcze dobrze niezagojonych ran popołudnia gwałtu. Westchnęła rozdzierająco i milczała, próbując znaleźć odpowiednie słowa i wszystko sobie ułożyć w głowie: milczała tak długo, że każdy inny człowiek zirytowałaby się i wyszedł, ale nie Bestia. On stał w bezruchu, wyjątkowo smutny, co przecież nie mogło być grą, prawda? – Zrobimy tak – wstała nagle, zwracając się do niego rzeczowym tonem – ono nigdy się nie dowie, jak zostało poczęte. Nigdy – podkreśliła – nikt o tym nie wspomni. Nie może wiedzieć – zapewniła. Wciągnęła powietrze w płuca ze świstem. – Nie masz do niego praw, dopóki ja na to nie pozwolę – uznała, że lepiej będzie po prostu wyrazić swoje decyzje, niż odnosić się do jego monologu, mimo że ten łamał jej serce. – I ono nigdy nie powie do ciebie „tato” – kontynuowała z przekonaniem. – Będziesz się z nim widywał, a kiedy umrę, będziesz łożył na niego pieniądze, zajmiesz się nim, ale nie będziesz rodzicem – była przekonana co do słuszności takiego podejścia, bowiem jeszcze wtedy, kiedy stali na przeciwko siebie, absolutnie mu nie ufała. – Nie wtrącasz się w żadną rzecz z nim związaną i nie przekraczasz granic, jakie wyznaczyłam, bo nigdy – znowu nacisnęła – go nie zobaczysz. – Dosłownie umierała wiedząc, że nie może go przytulić, pomimo całego jego cierpienia i łez oraz mówiąc tak okropne, ale całkiem rozsądne w ich sytuacji, rzeczy.

    BELLE CHAVALIER

    OdpowiedzUsuń
  26. Owszem to, co mówiła Annabella była okrutne i nie powinno paść – na pewno nie w innych okolicznościach – oraz całkowicie do niej nie pasowało. Niemniej, w tamtej konkretnej chwili naprawdę myślała jedynie w egoistycznych kategoriach oraz o przyszłości swojego dziecka, którego jednak nie chciałaby wystawiać na szwank ze strony Lucasa, który przecież był nieobliczalny – mógł się wściec i zrobić mu krzywdę. Była jednak przy tym względnie rozsądna i doskonale wiedziała, że potrzebuje pana Neuvica w swoim życiu, bo bez niego sobie nie poradzi – szczególnie finansowo; a tak przynajmniej sobie wmawiała, aby jakoś uciszyć fakt, że chodzi o potrzeby serca. Dlatego wygłaszała takie, a nie inne opinie i nie można było się jej dziwić – jej były mąż wcale nie namalował obrazu samego siebie, jako kogoś odpowiedzialnego i dobrego na ojca, a wręcz zgoła przeciwnie: był potworem, przynajmniej w jej oczach; przynajmniej po tym, co jej zrobił, nie tylko wtedy, kiedy umieścił w jej łonie tego niewinnego maluszka, ale także przez ostatnie trzy lata w ogóle, gdy zdegradował ją do pozycji niczego dosłownie. Oczywiście, gdyby nie jego próby naprawienia tego – dość koślawe – w ostatnim czasie, to wcale by ze sobą nie rozmawiali, a ona udawałaby, że jego nasienie w ogóle nie przyłożyło się do tego, ze została matką. W momencie jednak, gdy się już dowiedział o jej odmiennym stanie – zdecydowała, że wszystko ma się odbywać na jej warunkach, bo te wydawały się najbardziej rozsądne, ale także najbezpieczniejsze. Naiwnie zaś liczyła, że mężczyzna je uszanuje, bo przecież jednakowoż nie mógł sobie rościć wobec niej ani kruszyny w jej brzuchu, żadnych praw – niestety, srogo się przeliczyła i wiedziała, że czeka ją długa i ciężka dyskusja, która ją wykończy.
    — Nie, nie bankomat. – Wpadła mu w słowo, pragnąc ukrócić tego typu domysły. – Wsparcie w razie kryzysu, ale jeśli nie czujesz się na siłach: nie ma problemu – powiedziała całkowicie szczerze. – Mam swoje oszczędności, a babcia na pewno pomoże, ale… ale tak, Luke – przyznała mu całkowitą rację – wolę, aby nie miało ojca, niż miało za ojca ciebie, a za mamusie kolejne twoje dziwki – wyszeptała z bezdennym smutkiem, zerkając na niego spod byka, a jednocześnie mając ochotę go tulić bez końca, kiedy tak płakał i szlochał; bała się jednak, że to element jego gry. – Ja nie chciałam tracić swojego księcia – doparła mu jednak, jeszcze bardziej pusto, z żalem oraz wyrzutem, na moment odwracając się do niego plecami i wzdychając ciężko. Objęła się chudymi ramionkami. Chwilę milczała, ponownie pozwalając mu mówić. – Przestań – warknęła w końcu. – Na Boga, Luke, skończ – zbliżyła się do niego z płomieniem determinacji w czekoladowych oczach. – Gdyby nie moja choroba, nigdy byś się mną nie zainteresował. Nigdy byś się nie przejął. Nie stałbyś tutaj, więc proszę cię, nie mów mi, że ty czegoś nie chcesz. – Mówiła ostro, donośne. – Podjąłeś swoje decyzje i to bardzo, bardzo dawno temu i trzymaj się ich. Nauczyłam się żyć bez ciebie i to dziecko tez będzie żyło bez ciebie, albo doprowadzę do tego, że nigdy – podkreśliła z emfazą – nawet nie spojrzysz na nie – mówiła całkowicie poważnie. Nagle pochwyciła jego przystojną twarz w swoje zimne drące dłonie. Uśmiechnęła się czule, ale to, co powiedziała, mroziło krew w żyłach i w ogóle nie współgrało z gestami, jakimi go obdarowywała; tworzyła ten bolesny dysonans specjalnie. – Nigdy więcej nie wspomnisz o tamtym – referowała do nieżywego maluszka – dziecku w mojej obecności. Nigdy, Lucasie – nie prosiła, tym razem żądała, bo to był jej czas na stawianie warunków. – Możesz mi grozić. Możesz wysyłać mnie do sądów. Możesz mnie nawet pobić – zaśmiała się gorzko, naprawdę uważając, że byłby do tego zdolny – ale ja zdania nie zmienię. – Nieważne, że serce jej pękało: nie było innego wyjścia; tak przynajmniej uważała. – Weźmiesz, co daję, albo zniknij na dobre – zapowiedziała, wycofując się w głąb pokoju i padając ciężko na łóżko. – Jak będziesz? – Nie miała już sił.

    smutna, wykończona i obolała BELLE CHEVALIER

    OdpowiedzUsuń
  27. [Taaak, wspaniały Sassy :D Pasował mi na byłego męża Lise, szczególnie zdjęcie, które dałam w powiązaniach, więc nie mogłam wybrać inaczej :D
    Dziękuję bardzo i również witam! Cieszę się też, że Analise się podoba. A co do wątku, na mailu faktycznie będzie wygodniej wszystko dogadać, więc zaraz się pojawię!]

    ANALISE

    OdpowiedzUsuń
  28. Gdyby ktoś spojrzał z tamtej chwili z boku na Annabelle – nie znając jej długiej i całkiem kwiecistej oraz zwyczajnie szalonej historii – mógłby uznać, że dziewczyna jest fatycznie przeszyta złem do szpiku kości, a to co robi jest skrajną podłością, za którą powinna być surowo ukarana, bo przecież oto stał przed nią mężczyzna marzeń – taki, o którym marzyła każda kobieta: wysoki, przystojny, o powalającym uśmiechu i ciepłym spojrzeniu błękitnych tęczówek; taki, który po nocy kręci się pod oknami mieszkanka swojej ukochanej, aby mieć pewność, że nic jej nie jest; taki, który na myśl, że mógłby nie mieć praw do dziecka, zwyczajnie się rozkleja i nie wstydzi się swoich łez – a ona bezczelnie i wyjątkowo okrutnie odrzucała, zabierając mu prawa dosłownie do wszystkiego. Niestety, ta bajka była nieco inna i ona, tak jak i Lucas, doskonale zdawali sobie z tego sprawę – problem leżał w tym, że ona uważała, że zniszczył i zaprzepaścił wszystko tak bardzo i dokumentnie, że nie mają już szans na naprawienie czegokolwiek, zresztą chyba bałaby się po raz kolejny weź do rzeki noszącej jego nazwisko, a on najwidoczniej uważał, że skoro ma raka, jest w ciąży, a on jej kupił włoszczyznę na pomidorową, to wszystko się między nimi ułoży. Problem w tym, że nie mogło się ułożyć, bo gdzie nie było zaufania, nie mogło być żadnych ciepłych uczuć.
    Dlatego też pracownica „Dr du Savoir” tak rozpaczliwie próbowała pozbyć się pana Neuvica ze swojego pokoju – zwyczajnie nie potrafiła czuć się przy nim dobrze i swobodnie, tak do końca; nie tak, jak kiedyś, kiedy jego silne ramiona zapewniały jej bezpieczeństwo i radość, a od trzech lat coraz bardziej stawały się synonimem bólu i upokorzeń, których już nie mogła dłużej znieść. Ponadto, w głębi swojego naiwnego i dobrego serduszka doskonale wiedziała, że może ulec jego urokowi osobistemu – ten był bowiem jego największą zaletą i te niemal dwadzieścia cztery miesiące upodleń w Fabletown wytrzymywała z nim tylko właśnie dlatego, że wystarczyło, iż raz zerknął na nią czulej lub chwycił ją za rękę; nieważne, że robił to w znakomitej większości, jak sądziła, na pokaz: ona wtedy kasowała z umysłu wszystkie złe rzeczy. W związku z tym, niebywale wręcz ciężko było jej patrzeć, jak właściciel „Tour de Plaisir” rozpada się przed nią na miliony kawałeczków, ale dzielnie wytrwała w swoim postanowieniu – nie mogła pozwolić na to, aby zagościł w życiu tego niewinnego maluszka, bo szczerze wierzyła, że mógłby i jego skrzywdzić. Kiwnęła więc głową na pożegnanie, a następnie odwróciła głowę – jakoś nie mogła, pomimo wszystkiego, patrzeć, jak wychodzi i musi zostawić ją za plecami.
    Co prawda, nie tak do końca go odcięła, bo jednak dała mu możliwość widywania się z dzieckiem – nie można było być jednak pewnym, czy to nie była gorsza kara, niźli gdyby uciekła na drugi koniec świata i w ogóle zabroniła mu kontaktu, skoro i tak ta kruszyna nigdy nie miała poznać prawdy, podczas gdy Luke miał się nią katować do swojej śmierci. Prawdą też niestety było, że Belle perfidnie go wykorzystywała – wykorzystywała swoje położenie, właśnie fakt ciężkiej choroby, przy czym wciąż miała wrażenie, że robi to z litości, a nie dobroci, oraz odmiennego stanu, a także to, że gotów był jej pomóc, do tego, aby zapewnić swemu potomkowi dobrą przyszłość. Nie była przecież głupia, wiedziała, że prędzej, czy później kostniakomięsak ją wykończy, a jej babcia nie poradzi sobie z małym dzieckiem – o ile fizycznie może dałaby radę do czasu, kiedy to będzie względnie samodzielne, tak finansowo już raczej nie – dlatego potrzebowała swego rodzaju stabilizacji. On zaś wydawał się być najlepszą podporą w tej sytuacji, ale faktycznie – na odległość: nie wyobrażała sobie, aby zajął się swoim synem lub córką, bił je, gdy zaczną płakać lub sprowadzał do domu dziwki, które byłyby kolejnymi „mamusiami”. Wyobrażanie sobie tego było ponad jej siły, ale to jednak jego zgoda wprawiła ją w kompletny, bezdenny szok.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przyjęcie tego, co mu dawała było, oczywiście, niejako testem, który zdał znakomicie, ale jednocześnie spłoszył ją niemiłosiernie – poczuła, jak jej drobne ciałko zalewa fala ciepła, która nie powinna była się pojawić w stosunku do Bestii: nie po tym wszystkim, co jej zrobił. Nie mogła uwierzyć, że faktycznie nie kłócił się z nią, nie groził, nie szarpał i nie klął – przyjął to, co mu dawała i zszedł na dół, aby, jak się okazało o poranku, spędzić całą noc pilnując jej książek, a po południu rzeczywiście przywieść nowe, niemalże takie same drzwi, które poprzedniej nocy wyważył; podziękowanie za to zostawiła mu następnego dnia na jego prawie prywatnym stoliku w postaci małej karteczki ze słowem „dzięki”. Tym samym sprawił, że w sercu Annabelli tornado zderzyło się z wulkanem, a w zmęczonym umyśle zapanował chaos niemożliwy do opisania. Co gorsza – rozpaczliwie wręcz pragnęła go przytulić, pocałować i odwołać wszystkie swoje słowa, przy czym tylko strach, że to kolejna jego gierka, skutecznie powstrzymywały ją przed takimi decyzjami. Najbardziej jednak niesamowitym w tej całej sytuacji było to, ze Lucas wcale nie zrezygnował – nie wycofał się, nie poddał, a zdawał się wciąż o nią walczyć, co kompletnie nie mieściło się w jej głowie, zważywszy na to, jak ją traktował po przeprowadzce.
      Kolejne dwa tygodnie więc spędziła de facto w jego towarzystwie. Oczywiście, nie przekraczał wyznaczonej przez nią granicy, ale ciągle był gdzieś obok – ciągle robił jej zakupy, za co była mu niebywale wdzięczna, ale jakoś nie potrafiła okazać, a co sprawiało, że pani Faucheux, mimo całej niechęci wobec niego, spoglądała nań przychylniej; czasem nadal podrzucał jej różne broszury i foldery, które powiększyły się o informacyjne ulotki dotyczące cierpiących na raka ciężarnych i generalnie: ciągle był obok. Na dłuższą metę więc przyzwyczaiła się do tego – stał się jakby stałym elementem wystroju „Doktora Wiedzy”, bez którego otoczenie wydawało się dziwnie puste; nie przyznawała się sama przed sobą, ale dopiero czując jego cudowny zapach obok, była w stanie się uspokoić i obsługiwać klientów z uśmiechem, mimo coraz bardziej słabnących sił. Nawet nachodzenia Gastona nie były dla niej wówczas tak upierdliwe – może dlatego że ten, widząc dawnego rywala, starał się ograniczać wizyty w księgarni na Sesame Street 28B – czy nawet Christiana – chociaż ten ostatni już parokrotnie zapewnił ją, że chętnie zaofiaruje się jako jej małżonek, nie licząc nic w zamian: chciałby jej po prostu pomóc. Nie wiedzieć czemu, ale cieszyła się, że jej były partner nie słyszał takowych deklaracji; wiedziała, że to głupie, ale nie panowała nad tym uczuciem.
      Nie ulegało przy tym najmniejszym wątpliwościom, że w pewien bardzo mocno skomplikowany sposób, Belle uzależniła się na powrót od niego i to ją niesamowicie przerażało – z tego też powodu czasem wydawała się być mocno przybita, a jej milczenie można było odczytać, jako brak odpowiedniego wychowania. Ona jednak zdecydowanie wolała odcinać się, niż dać się porwać narastającym w niej, ciepłym uczuciom wobec właściciela kasyna. Preferowała także skupienie się na innych kwestiach, takich jak odwiedziny w Fable Mental Asylum, gdzie przebywał jej ojciec – który wciąż jej nie rozpoznawał i podczas jej wizyt musiał był uziemiony za pomocą specjalnego kaftana, aby nie zrobić ani sobie, ani jej krzywdy; nie podobało się jej to, ale powtarzając nieskładnie różne słowa w języku francuskim, faktycznie przypominał kogoś, kto jest chodzącą, tykającą bombą zegarową, która na domiar złego nie poznaje własnej, jedynej córki ani nie reaguje na fakt, że zostanie dziadkiem – oraz na swoim maluszku, którego ponownie miała zobaczyć – a może nawet usłyszeć! – dwudziestego pierwszego czerwca na wizycie u ginekologa; musiała często się badać, również robiąc teksty krwi, aby nikt niczego nie przegapił. Zresztą, sama chętnie to czyniła, pomimo że nie przepadała za szpitalami i lekarzami – dla spokoju ducha.

      Usuń
    2. W wyznaczony czwartek pozostawiła więc „Dr du Savoir” pod opieką babcia, a sama wybrała się do publicznego ginekologa, bo przecież na prywatnych specjalistów nie było jej stać. Przez moment, co prawda, wahała się, czy aby nie powiedzieć o wszystkim Luke’owi, ale ostatecznie porzuciła ten pomysł, w obawie, że jeszcze mocniej się do niego przywiąże lub co gorsza – zmieni swoje postanowienia. Pojechała w związku z tym sama, spędzaj kilka godzin w samotności na korytarzu lub kursując pomiędzy kolejnymi gabinetami, aby dopiero chwilę po jedenastej zostać poproszoną do pomieszczenia, gdzie znajdowała się aparatura USG, na której widok uśmiechnęła się czule, kładąc dłoń na brzuchu: już słodko zaokrąglonym, czego jednakowoż nie było widać pod jej luźną bluzką. Szybko więc rozłożyła się wygodnie – nie zwracając uwagi na ospałego, grubego doktora nazwiskiem Jung, który wyglądał tak, jakby był za karę w placówce medycznej – na kozetce, podwijając materiał stroju tak, aby był dobry dostęp do jej maluszka i już miał być na jej skórę nakładany żel, gdy drzwi rozwarły się gwałtownie, a w progu stanął nie kto inny, jak pan Neuvic: blady, zdyszany i chwiejący się, z naręczem herbacianych róż w ręku. Prze moment miała wrażenie, że zwariowała i milczała, całkowicie oszołomiona i zagubiona.
      — C-co… co… – uchyliła z wrażenia usta, ale jej szok był tak wielki i silny, że mogła jedynie mrugać piegowatymi powiekami, nie będąc w stanie nawet go wyrzucić, ba!, nie mała, bowiem lekarz burknął coś o tym, żeby „pan tata” siedział cicho, bo ma też inne pacjentki, toteż nie może przedłużać. Ona natomiast w całej absurdalności tej sytuacji pozwoliła mu przycupnąć obok i tylko subtelnie starała się wyrwać swoją dłoń z jego uścisku, co przypominało walkę dwóch wściekłych węgorzy. Jedyną zaś jasną chwilą tego wszystkiego była ta, w której obydwoje dosłownie popłakali się ze szczęścia, słysząc bicie serduszka maluszka w łonie pani Chevalier; owa radość jednak minęła w tym samym momencie, kiedy po całym badaniu i okrutnym milczeniu, pan Jung opuścił na moment gabinet, aby wziąć wyniki badań dziewczyny z laboratorium. Wtedy też znowu się w niej zagotowało. – Czyś ty oszalał?! – Ryknęła więc na wciąż głupio uśmiechającego się Luke’a, który wręczył jej bukiet; tym samym bukietem został natychmiast zdzielony po głowie. – Zwariowałeś?! Co tu robisz? Czemu tu przylazłeś?! – Unosiła się, okładając go nadal pięknymi herbacianymi różami, zanim nie połamała części i się opanowała. – Dzięki – przytuliła zmaltretowane kwiaty. – To nie znaczy, że nie jestem wściekła – zapowiedziała.

      oburzona, skonfundowana i mocno zagubiona BELLE CHEVALIER, która w głębi serca jest w sumie szczęśliwa

      Usuń
  29. Zdecydowanie uniosła się zbyt mocno. Nie chodziło nawet o to, ze Annabella cisnęła kwiatami w twarz Lucasa – bo ewidentnie na to zasłużył – ale o fakt, że nie powinna była się tak denerwować, zważywszy na jej odmienny stan, w którym absolutnie nie pomagał kostniakomięsak, wyżerający ją od środka. Powinna była zachowywać spokój i równowagę, aby nie zaszkodzić ani sobie, ani przede wszystkim dziecku – to natomiast stało się jej priorytetem i chyba tylko dla niego udało się jej względnie opanować i nie rozszarpać byłego męża na kawałki. Ten bowiem absolutnie nie pomagał jej stosować się do zaleceń lekarzy i o ile jeszcze w „Dr du Savoir” względnie odpowiednio podchodził do całej sprawy – słowem: siedział cicho w kącie, czytając książki, które później ona mu odkładała na następny dzień i raz lub dwa razy, w zależności, jak długo przebywał w księgarni, donosiła mu herbatę w ulubionej filiżance, nigdy jakoś nie będąc w stanie go wyrzucić, nawet wówczas, kiedy nie było wolnych miejsc, a przychodzili kolejni klienci; nie chciała się przyznawać, ale lubiła jego zapach wokół i ciepło bijące z wielkiego cielska – tak czasem przekraczał wszystkie ludzkie granice. Zrobił to właśnie w czwartkowe, czerwcowe popołudnie, kiedy bezczelnie wtargnął do gabinetu ginekologa w szpitalu imienia Frankensteina na jej badania.
    Co prawda, mogła go wyrzucić – oczywiście, że mogła. Dobro ciężarnej pacjentki – niezależnie, jaki doktor Jung by nie był; a był prawdziwym sukinsynem bez serca: niski, o szczurowatych oczach, schowanych za okrągłymi, małymi okularami, z nalaną twarzą, która pozostawała bez wyrazu i ciągle zdawała się być nieopanowana mięśniowo przez właściciela – było najważniejsze, toteż gdyby tylko pisnęła słówko, ze nie życzy sobie obecności Neuvica obok: jej prośba musiałaby zostać wykonana w trybie dosłownie natychmiastowym, nawet przy wykorzystywaniu wszystkich znajdujących się akurat w tamtej chwili w placówce medycznej ochroniarzy. Nie zrobiła jednak tego i wcale nie mogła zrzucić owego faktu tylko na zaskoczenie – to, owszem, było potężne i kompletnie odebrało jej na dobrych kilka minut zdolność do racjonalnego myślenia; o mówienia w ogóle mogła zapomnieć. Opanowanie jednak przyszło i było dość brutalne, bowiem odezwał się w niej od razu głos rozsądku, podkreślający właśnie, że zachowuje się jak skończona kretynka, pozwalając komuś, kto tak b bardzo ją skrzywdził – i mógł skrzywdzić jej maluszka – wałęsać się obok; na dodatek tak blisko. Z drugiej jednak strony przemawiało jej serce – to zaś, jak zawsze, było donośne niczym kościelny dzwon – i szeptało, że przecież jest jednocześnie o j c e m i chociaż sytuacja, w jakiej umieścił tę niewinną kruszynę w jej łonie wołało o pomstę do nieba, to pomimo wszystkiego, w jakiś dziwny sposób starał się i emanował tym cholernie silnym urokiem osobistym, przez który trudno jej było się mu oprzeć. Dlatego też jej atak na niego nie był do końca spowodowany jego obecnością, a złością na siebie samą – na swoją słabość i na to, że wciąż, go kocha i nie potrafi odwdzięczyć się pięknym za nadobne. Była żałosna.
    — Nie prowokuj mnie – warknęła więc, aby nieco podnieść swoje morale, kiedy z bezczelnym, chłopięcym i powalającym na kolana uśmieszkiem, zauważył, że jest „tylko” na niego wściekła, a nie wkurwiona. Kopnęła go w goleń i musiała przyznać, że całkiem miło było zobaczyć, że się na to krzywi, mimo że podświadomość podpowiadała jej, że udawał tylko po to, aby poczuła się lepiej; niezależnie od prawdy, była mu za to wdzięczna. – Zamorduję się, Neuvic, jak słowo daje – zapowiedziała, brzmiąc całkiem poważnie. – C-co… j-ja… jak… j-jaki… c-co… – zapowietrzyła się z wrażenia, przybierając zabawną minę, jak zawsze, kiedy się denerwowała, ale była tal skonfundowana, że nie miała w zanadrzu żadnej ciętej riposty; zabawnie wówczas marszczyła brwi i piegowaty nosek, a jej policzki robiły się słodko-czerwone z wściekłości;

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. która ostatecznie, co prawda, mogła przerodzić się w prawdziwy Armagedon, nawet jeśli nie w szpitalu, to już poza nim, bo Belle była przecież cierpliwa, inteligentna i wytrwała, a posiadając te cechy: mogła stać się naprawdę godnym i niebezpiecznym przeciwnikiem, o ile miałaby w sobie chociaż pierwiastek zła. – Ugh! – Warknęła więc głośno, tylko w taki sposób będąc w stanie skwitować przez dłuższą chwilę jego wywód; okręciła się w koło, przeszła, dwa razy otworzyła usta i raz na niego wskazała dłonią, ale ostatecznie nic nie powiedziała, co mógł wykorzystać do kontynuowania swojej wypowiedzi. – Ja go kocham! – Wybuchła nagle, czując, jakby insynuował, ze jest zgoła inaczej i dopiero po chwili zorientowała się, jak bardzo to było głupie, bowiem przerwała mu w połowie zdania. Znowu nastała między nimi cisza. – Nie chciałam ci dawać nadziei – szepnęła nagle. Westchnęła ciężko i rozdzierająco. – Luke… kochasz mnie? – Spojrzała na niego smutno, równie blado się uśmiechając. – Nie mów tego, dobrze? W twoich ustach te słowa brzmią… brudno. Nieprawdziwie – jęknęła i wciągnęła gwałtownie powietrze w płuca, ze świstem. – Po prostu… nie mów tego, dobrze? – Poprosiła łagodniej, bo faktycznie, każde wspomnienie o jego rzekomej miłości, sprawiało jej fizyczny ból, bo biorąc pod uwagę to, co jej zrobił, trudno było wierzyć w to zapewnienie. – Naprawdę myślisz, ze wzięłabym tutaj pierwszego lepszego faceta? – Zapytała, siadając na niewygodnym krzesełku. – Aż tak nisko mnie cenisz? – Zapytała na poły żartobliwie. – Uważasz, ze każdy mógłby być ojcem dla naszego – nieświadomie, mimo że przyszło jej to całkowicie naturalnie, użyła tego określenia – dziecka? – Uniosła brwi, po czym zerknęła na mały zegarek na skórkowym pasku. – Coś się mu nie spieszy… – mruknęła niezadowolona z takiego dłużącego się obrotu spraw.

      mocno zagubiona, jeszcze zaskoczona i w sumie to nawet lekko wzruszona BELLE, która chciałaby wiedzieć, co powinna, a czego nie powinna robić

      Usuń
  30. Nie można się było absolutnie dziwić Annabelli, że ta uważała, że mówienie o tym, że Lucas kocha – przez niego samego na dodatek – było zwyczajnie brudne, bowiem po prostu wydawało się całkowicie nieprawdziwe i abstrakcyjne, szczególnie iż zapewniał, że ta miłość, która podobno w nim tkwiła, skierowana była na nią. Cóż, ostatnie lata dowodziły raczej czegoś zgoła innego – bardziej nienawiści, niechęci i pogardy oraz pragnienia totalnego i nieodwracalnego unicestwienia jej, upodlenia do tego stopnia, aby nie mogła już nigdy wstać i zwyczajnie się załamała, w konsekwencji nawet znikła. Kiedyś na pewno by jednak tego nie powiedziała – kiedyś wierzyła w jego wielkie, silne uczucie względem niej i chyba dlatego też tak bardzo się w tamtej chwili: nie chciała przechodzić przez całe to cierpienie i długi, bolesny proces godzenia się z tym, że ich relacja była najwidoczniej ułudą, bo przecież gdyby nie była, nigdy nie zakończyłaby się w tak beznadziejny sposób. W związku z tym też wolała zachowywać bezpieczny dystans – nie dać się ponieść emocjom, chociaż te i tak już w niej walczyły: w jej sercu ścierał się rozsądek z tą magiczną nicią, która kiedy ją połączyła z pewnym francuskim księciem. Wprowadzało to natomiast olbrzymi mętlik do jej umysłu, od którego powoli pękała jej głowa – wykończona więc padła na krzesełko, wyczekując lekarza.
    — Mam nadzieję – skwitowała jeszcze jedynie, kiedy zapewnił, że nie uważa, że byle jaki mężczyzna mógłby być ojcem dla maluszka pod jej sercem, w ogóle nie orientując się, jakiego określenia w zasadzie użyła, co zmroziło ją, gdy do niej finalnie dotarło. Przełknęła głośno ślinę, w obawie, że będzie musiała kontynuować tę dyskusję, ale na szczęście: zmiana tematu i przeniesienie na bezpieczne, jak sądziła, obszary, dotyczące ginekologa, okazały się być słusznym posunięciem. – No tak, w twoim świecie wszystko można załatwić pieniędzmi – rzuciła drwiąco, spoglądając na niego spod byka, ale nie było w jej czekoladowych oczach pogardy, a jedynie ta sama, co kiedyś, wesołość, trochę ironiczna, ale czuła i ciepła, kiedy karciła go, gdy za mocno przejmował się funduszami. – Och, Luke… – jęknęła chwilę później, przecierając dłońmi twarz; mogła się tego spodziewać. – Poradzę sobie, naprawdę – zapewniła szybko. – Nie potrzebuję pomocy, zresztą… mam dobrych lekarzy i nie musze na nich wydawać milionów, których zresztą nie posiadam – zaśmiała się nerwowo, aby następnie wciągnąć ze świstem powietrze przez usta. – Powiadomię cię o kolejnym badaniu USG – zapewniła jednak w końcu, w sposób najmocniej dyplomatyczny, dając mu do zrozumienia, że jej rak nie leży w kręgu jego zainteresować, tylko dziecko.
    — Co to za bałagan? – Nie zdążyła jednak dodać nic więcej, bowiem piskliwy i mocno niemęski głos doktora Junga rozbrzmiał nieprzyjemnymi falami po pomieszczeniu, gdy ten wrócił, obrażony, że w ogóle musiał się ruszyć, co oznaczało, że mógłby spalić trochę z mocno nadprogramowej tkanki tłuszczowej. Oczywiście, nie bardzo przejął się pacjentką: znacznie bardziej wolał się skupić na płatkach i listkach herbacianych róż. – Mili państwo, trochę kultury – rzucił przesłodzonym, wrednym tonem, wymownie spoglądając na resztki kwiatów i wymagając, aby do sprzątnęli. Rzecz jasna: Belle rzuciła się już na ziemię i pewnie zrobiłaby to, gdyby pan Neuvic jej nie powstrzymał i nie zgromił lekarza ostrym spojrzeniem. Ten sarknął oburzony, ale ostatecznie podjął: – Pozwolę sobie przejść do rzeczy – rozłożyła papiery, zdjęcia z badania ultrasonograficznego, wyniki badań pani Chevalier i jej historię choroby – i nie będę owijał w bawełnę – uśmiechnął się tak ohydnie, że dziewczynie zrobiło się słabo. – Jeśli nie przerwie pani ciąży i nie podda się leczeniu, zabije pani siebie, jak i płód – wyrecytował całkowicie obojętnie, podkreślając, że maluch w jej łonie z medycznego punktu widzenia, nie jest jeszcze dzieckiem. – Sugeruję terminować się do dziesiątego tygodnia, bo pani szanse lecą na łeb na szyję. Słowem: jest źle – rzucił bez emocji.

    przerażona BELLE i dobijający ją lekarz

    OdpowiedzUsuń
  31. — Sytuacja ma się tak, droga pani… – każde, pseudo-ciepłe określenie, jakie wyrzucał z siebie doktor Jung sprawiało, że na ciele Annabelli pojawiała się gęsia skórka, a ona sama zaczynała dygotać niesamowicie mocno: jakby w tych słowach zaklęte było coś kompletnie przerażającego, czego nie dawało się w żaden sposób opisać ani skategoryzować. Cóż, nie ulegało najmniejszym wątpliwościom, że ginekolog w równym stopniu ją przerażał i obrzydzał: wyglądał na kogoś, kto byłby gotów przeprowadzać na noworodkach eksperymenty medyczne, a jednocześnie za bardzo interesować się małymi dziewczynkami. Wszystkie zaś miłe zdania, jakie padały z jego ust, odczytywane były przez nią jako chęć zadrwienia, wyrażenia pogardy i pokazania obojętności, wobec stanu przerażonej o życie swojego maluszka matki, niźli z pragnienia pocieszenia jej; uważała notabene słusznie. – Ma się tak – podjął, zerkając jeszcze raz w dokumenty – że przerywanie takiej terapii, jak ta, którą pani stosuje jest idiotycznym samobójstwem w imię niewykształconego płodu, których może pani sobie jeszcze zrobić – nie była pewna, w którym momencie się wyłączyła: wiedziała jedynie, że zwyczajnie się panicznie bała. – Liczę, że wykaże się pani rozsądkiem i kiedy pojawi się pani następnym razem, terminujemy ciążę – kontynuował obojętnie.
    Nie widział – i chyba kompletnie go to nie obchodziło – że jego pacjentka przezywa w tamtej chwili katusze, a siedzący obok niej mężczyzna daje się ponieść furii i szałowi w najczystszej postaci – to akurat lekarz, bardzo nierozsądnie, zignorował. Mówił więc dalej i dalej, i dalej, a Belle zbierało się coraz mocniej na wymioty i płacz – trzymała jednocześnie w opiekuńczym geście dłonie na lekko okrągłym brzuszku, jakby w każdej chwili ten potwór, bo nie było chyba bardziej adekwatnego określenia wobec niego, mógł wyrwać z jej łona to niewinne maleństwo. W całej swojej panice więc i oszołomieniu przy okazji również – nie była się w stanie chociażby o kawałeczek poruszyć, siedzą w całkowitym ogłupieniu i osłupieniu. Nie mogła uwierzyć, że trafiła to kogoś tak okropnego i podłego, przez co nawet nie spostrzegła, jak jej były mąż ponownie przeradza się w prawdziwą Bestię.
    — C-co… co… – wybąkała, wyrywając się ze swojego strasznego letargu dopiero wtedy, kiedy spostrzegła, co właściciel kasyna wyczynia. – L-Luke… d-dość… dość – poprosiła; nie chodziło jednak o to, że broniła lekarza, ale nie chciała, aby jej ukochany miał jakieś przez to kłopoty, bo w tamtej chwili faktycznie jako takowy się jej jawił: potrzebowała go niemalże rozpaczliwie, aby się opanować. O dziwo jednak, nim się zorientowała, on nie tylko puścił Junga, mimo że w zasadzie sama miała ochotę tego, jak słusznie Neuvic go określił, konowała udusić, i zaczął zbierać jej dokumentację medyczną. Dlatego też kiedy wystawił do niej dłoń, ona po prostu ją chwyciła i dała się wyprowadzić przed szpital, odprowadzona w akompaniamencie wrzasków ginekologa, odgrażającego się, że nie pozwie właściciela kasyna, zniszczy mu życie, a ta „głupia, ciężarna bździągwa” umrze wraz z tym dzieckiem, o którego niepotrzebnie walczy, bo jej za słaba. Tego, dla pani Chevalier było zbyt wiele i kiedy opuściła mury budynku, zatrzymała się nagle gwałtownie i wybuchła płaczem, zalewając się łzami i szlochając tak żałośnie, że serce się krajało. – N-nie… nie… nie umrze… nie… – w zasadzie nie można było być pewnym, czy „nie” kierowane było do pożal się Boże specjalisty, czy do jej byłego męża, który chciał ją przytulić i na co ostatecznie mu pozwoliła, całkowicie rozegnana. Z zaskoczeniem odkryła, że jego wielkie, silne ramiona, wciąż, pomimo tylu lat i paskudnych doświadczeń, jakie na nią zrzucił, zapewniają jej bezpieczeństwo, a zapach intensywnego mchu dębu, orzeźwiającej mięty oraz słodko-kwaśnej cytryny otula ją szczelnie i przynosi ukojenie. – Dlaczego on to powiedział?! – Zawyła nagle, mimo że podświadomie czuła, że faktycznie miał racje i to było jedyne, słuszne rozwiązanie.

    totalnie na maksa przerażona i rozegnana BELLE, która potrzebuje swojej Bestyjki

    OdpowiedzUsuń
  32. Annabella nie miała zielonego pojęcia, jak Lucasowi udało się ją wyprowadzić z gabinetu doktora Junga w szpitalu imienia Victora Frankensteina w Fabletown, ukrytej dzielnicy Nowego Jorku, bo chyba w tamtej chwili nawet nie miała pojęcia, kim jest, gdzie i co robi – przypomnienie sobie zaś, że rzeczywiście, nie jest w swoim pachnącym lawendą i winogronami Rochefort en Terre, jeszcze bardziej ją rozbiło, sprawiając, ze z trudem chwytała oddech: było zupełnie tak, jakby powietrze nie pozwalało jej nabrać powietrza; zatrute czymś, jakimś jadem, najpewniej wspomnieniem okrutnych słów, jakie skierowane były pod adres jej niewinnego maluszka, który rozwijało się pod jej sercem. Stała więc pod placówką medyczną i rozklejała się coraz mocniej, poszukując ukojenia w ramionach kogoś, kto upodlił ją i zdegradował do pozycji nic niewartego śmiecia, a mimo to swoich zapachem otulał ją szczelnie, że czuła się bezpieczna – że miała pewność, której rozpaczliwie potrzebowała, że nikt ani nic nie skrzywdzi ani jej, ani jej dziecka; które, notabene, w myślach nazywała i c h dzieckiem, ale od momentu, w którym wyrwało się jej to przypadkowo, gdy czekali na tego lekarza-potwora, wolała się pilnować, chociaż biorąc pod uwagę jej stan emocjonalny, trzymanie się w ryzach niekoniecznie mogło się jej udać. Świadczyło o tym zaś chociażby to, jak bardzo mocno wtuliła się w pana Neuvica, kurczowo chwytając go za ciemna koszule na plecach i nie chcąc go puścić – potrzebowała go, mimo ze wcale nie chciała się do tego przyznawać ani przed sobą, ani przed nim. Jednakowoż, niekoniecznie musiała używać słów – jej gesty mówiły same za siebie, podobnie jak to, na co mu pozwalała: na gładzenie jej, całowanie we włosy, mocne obejmowanie drżącego ciałka.
    — D-dlaczego… dlaczego on to powiedział… d-dlaczego… – szlochała dalej, naprawdę nie mogąc pojąć okrucieństwa ginekologa, do którego trafiła: sądziła, ze tacy ludzie zawsze walczą do końca o swoich pacjentów, a fakt specyfikacja ich zawodu sprawiała, ze na raz mieli dwóch podopiecznych, nic nie zmieniała w ich podejściu i nie dokonywali wyborów; chyba że w naprawdę skrajnych przypadkach. – Nie stać mnie na nic innego… nie mogę sobie pozwolić… babcia ma problemy, j-ja… a co jeśli on ma rację? – Wyrzuciła z siebie nagle. – On ma rację… zabiję siebie i to dziecko… z-zabiję nas oboje, bo jestem słaba, bo jestem beznadziejnie słaba… bo jestem chora, bo mam pieprzonego raka! – Zawyła nagle rozdzierająco i pewnie dalej pozwoliłaby swojej rozpaczy przejmować nad nią kontrolę, gdyby nie czułe gesty właściciela kasyna, który, kolejny dziwnym cudem, przeprowadził ją w bardziej intymne miejsce, z dala od nieprzychylnych jej spojrzeń innych pacjentów i reszty personelu. – Nie mogę – wydyszała jednak niemalże bezgłośnie, kiedy poprosił ją, aby nie płakała i nagle wyrwała się z jego uścisku, z trudem wstając na nogi. – Zabierz mnie do domu – nakazała nagle takim tonem, że trudno było się z nią kłócić. Belle przypominała w tamtym momencie kogoś, nad kimś zawisł czarny cień czystej, lodowatej rozpaczy oraz chmura burzowa, zalewająca ją deszczem. Dawno, nawet wtedy, kiedy zorientowała się, że ich małżeństwo umarło, nie była w tak beznadziejnym stanie. Skierowała się następnie bez zbędnych słów na parking, gdzie nie zareagowała na żadne próby nawiązania dialogu ze strony Neuvica i milczała również całą trasę na Sesame Street 28B, pogrążając się w swoim bólu, gdy już zamówił taksówkę. – Proszę zajechać od tyłu – rzuciła jedynie, nie chcąc konfrontować się z Lile, pragęła wślizgnąć się do swojej sypialni od strony ogródka, do którego prowadziły drzwi z zaplecza „Dr du Savoir”. Obydwoje stanęli przed kamienicą, przy czym pan i władca „Tour de Plaisir” kategorycznie odmówił, aby zapłaciła za podróż. – Nie musiałeś – burknęła zawstydzona. Milczała zagryzając dolną wargę, aż nagle wypaliła: – Wejdziesz ze mną? – Poprosiła szeptem. – Nie chcę być sama… – dodała jeszcze ciszej.

    mocno smutna i załamana BELLE, która potrzebuje swojego męża

    OdpowiedzUsuń
  33. Naprawdę nie miała zielonego pojęcia, co powinna była robić i jak się zachować. Z jednej oto strony Annabella pragnęła rozmowy, potrzebowała czułych słów oraz ciepłych gestów, które pocieszyłyby ją w tej jakże ciężkiej chwili, a z drugiej: na pewnie nie chciała konfrontować się ze swoją prawie-babcią. Nie wiedzieć czemu, nie była gotowa na dyskusję ze starszą panią, a na pewno nie na powiedzenie jej prawdy – o raku, o ciąży, o samej sobie; o tym, że dopuściła się niemalże kłamstwa wobec niej, co było kompletnie niewybaczalne, skoro przysięgały sobie szczerość. Oczywiście, zrobiła to w dobrej intencji, ale na tłumaczenia nie miała sił – musiała się naładować, a najlepszym rozwiązaniem wydawała się jej obecność Lucasa, również dlatego, że nie miała nikogo innego; Felixa obchodził tylko on sam, a Christiana nie chciała absolutnie mieszać w swoje sprawy. Zostawał więc jej były mąż, mimo że na kompana się nie nadawał, biorąc szczególnie pod uwagę wszystko to, co jej zrobił – generalnie powinna była go czym prędzej odprawić z kwitkiem i sama się uporać z tym, z czym przyszło się jej zmierzyć, ale jakoś nie potrafiła: wciąż czuła na sobie jego cudowny, powalający na kolana zapach oraz silne ramiona, owijające się mocno, acz delikatnie wokół jej drobnego, wycieńczonego ciałka. Niewątpliwie była żałosna – ale to wynikało z samotności, której zdecydowanie miała już dość: dość gapienia się w sufit i katowania strasznymi, w zasadzie najgorszymi scenariuszami; dość czytania po raz kolejny tej samej książki, tylko po to, aby rozmyślać o wszystkim, co powinna była zrobić inaczej; dość notorycznego marazmu, tkwienia w beznadziejnym, martwym punkcie, z którego nie potrafiła się wyczołgać. Chciałaby zacząć żyć – tak, jak się jej marzyło; tak jak to sobie planowała.
    — Nie, nie wprosiłbyś się – mruknęła jednaj nadzwyczaj ostro, kiedy zauważył, że gdyby go nie zaprosiła na piętro, sam by do niej przyszedł – bo to ja ustalam zasady – przypomniała mu, kto rządzi i chociaż najpewniej nie byłaby w stanie mu odmówić, wolała sobie wmawiać, że było zgoła inaczej. Niemniej, poczłapała do swojej sypialni, gdzie przycupnęła na łóżku, natychmiast chwytając w drżące dłonie zdjęcie USG i wpatrywała się w nie, nie zauważając upływającego czasu ani tego, że Neuvic zaparzył herbatę i okrył ją kocem. Dopiero kiedy się odezwał, zareagowała. Spojrzała na niego udręczona. – A możesz mnie zapewnić, że nie umrę? – Zapytała cichutko, z bladym, pogardliwym wobec siebie uśmieszkiem. Zamilkła na moment. – Co jeśli ten… t-ten świetny i bajecznie drogi – nie powstrzymała się od drwiny; niemniej, nie kłóciła się z nim o pieniądze, bowiem udało mu się całkiem skutecznie ją podejść: do tego stopnia, że faktycznie miała zamiar mu pozwolić zrobić jedno podejście u jakiego prywatnego lekarza – specjalista, powie mi, to samo, co Jung? – Szeptała, drżąc coraz mocniej. – Co wtedy, Luke? Usunąć ciążę? Modlić się o cud? Tkwić w tym dalej i błagać wszystkie siły, aby wytrzymać chociaż do tego cholernego siódmego miesiąca, żeby… ż-żeby do wtedy chociaż tak odpuścił i dał mi urodzić? – Wbijała w niego intensywny, acz bezdennie smutny, wzrok czekoladowych tęczówek. Znowu zapanowała pomiędzy nimi ciężka cisza. – Umieram, Luke – odstawiła kubek z herbatą na nocną szafeczkę. – Umieram – powtórzyła rozedrgana i wciągnęła gwałtownie powietrze w płuca. – Co gorsza… mogę zabić też tego maluszka – nagle lekko podwinęła bluzkę i dźgnęła się w leciutko zaokrąglony brzuszek. – Znowu będę dzieciobójczynią, co za ironia…

    bardzo załamana BELLE, która potrzebuje pomocy i swojego ukochanego

    OdpowiedzUsuń
  34. Świat był beznadziejnie okrutnym miejscem i Annabella przekonała się o tym doprawdy wielokrotnie – nieważne, czy akurat przebywała w tej bajkowej rzeczywistości, czy tej nowojorskiej, dokąd musieli się uciekać; sama ucieczka byłą w ogóle dla niej policzkiem i wiedziała, że i dla Lucasa była mocno deprymująca, ale prawda była taka, że gdyby nie ona, na pewno już by nie żyli, pociągając przy okazji na dno jeszcze większą ilość swoich poddanych; jasnym więc było, ze to pycha i przekonanie o swojej sile, która okazywała się nie być wcale aż tak wielką w starciu z Adwersarzem, które w swej pysze zbyt długo lekceważyli. Niemniej, wszystko to sprowadzało się do tego, że pracownica „Dr du Savoir” nie wierzyła ani trochę w to, że kiedykolwiek, cokolwiek się w jej życiu ułoży – nie po tym, jak raz po raz otrzymywała dowody na to, że świat kochał z niej kpić, a los obrał ją sobie jako worek treningowy, bowiem inaczej nie dało się nazwać tego, co wyczyniał: tego, że ofiarowywał jej dziecko z gwałtu, które mimo wszystko kochała całym sercem, akurat w chwili, w której umierała na raka i kiedy sądziła, że sobie poradzi, że się pogodziła ze wszystkich i że podejmie walkę, to na jej drodze stawiał kogoś równie strasznego jak doktor Jung, który chwiał jej światem w posadach. Zwyczajnie – dla niej nie było szczęśliwego zakończenia i coraz bardziej w to wierzyła, pogrążając się w swoim żalu i dając się ponieść czarnej rozpaczy, która zaciskała wokół niej swoje zimne, wielkie łapska, dobierając jej dostęp do tlenu i możliwość normalnego funkcjonowania. Naprawdę nie wierzyła, że przytrafi się jej coś dobrego i nieważne, co w tamtej chwili miał jej powiedzieć właściciel „Tour de Plaisir”, ona i tak miała trwać przy swoich bardzo kasandrycznych przekonaniach.
    — I co zrobisz, co? – Zaatakowała go nawet nagle, nie mogą wytrzymać, bo takie banialuki „jak walka do ostatniego tchnienia”, nie pasowały do niego; do jego profesji, do zachowania, jakie prezentował sobą ostatnie trzy lata; do tego świata, do którego trafili, bo przecież on, cały ten śmierdzący, neonowy Nowy Jork zabijał wszystkie marzenia i wiarę w jakiekolwiek dobro. – Przepraszam – dodała jednak po chwili, orientując się, jak nieprzyjemna w obyciu musiała być; jak zawsze, stawiała samopoczucie innych ponad swoje, nawet jeśli ci w ogóle nie zasługiwali na takie ciepłe podejście, jakie sobą reprezentowała. Odetchnęła ciężko i podjęła: – Będziesz nas tak targał: od lekarza do lekarza… a co… c-co… nie, czekaj, Luke – uciszyła go, widząc, że chce jej przerwać. – Taka możliwość istnieje. Istnieje możliwość, ze wszyscy zgodnie orzekną, że nie ma dla mnie szans. Co wtedy? – Odwzajemniła jego głębokie, intensywne spojrzenie, zagryzając w zdenerwowaniu i stresie dolną wargę i z trudem ukrywając zaskoczenie, gdy nagle przed nią uklęknął. Odetchnęła ciężko, aby się opanować. – Nie płacz – nie dała rady powiedzieć nic więcej: mogła go tylko o to prosić i w mimowolnym, czułym geście, gładzić kciukiem po policzku. Przełknęła głośno ślinę i pociągnęła nosem. – Chciałabym ci móc uwierzyć – wyszeptała i na moment zamilkła. Oddychała miarowo, powoli, bo to nieco łagodziło jej nerwy i pomagało się zrelaksować mięśniom, napiętym niczym postronki. W końcu zaś przetarła drżącymi dłońmi twarz i ponownie zerknęła na byłego męża. – Wiesz… wiesz, co jest niesamowite? – Zapytała cichutko. – Nie powinnam była pokochać tego dziecka… nie powinnam… – pociągnęła nosem. – Kocham je, Luke… kocham i nie mogę go stracić. Nie mogę! – Zawyła.

    roztrzęsiona BELLE

    OdpowiedzUsuń
  35. Annabella nie bardzo wiedziała, z której strony powinna zacząć tę rozmowę, ba!, czy w ogóle powinna była ją rozpoczynać, bo jakby ni patrzeć – dotyczyła ona chyba najgorszego wydarzenia w całej serii niechlubnych czynów, jakich Lucas się na niej dopuścił; tych natomiast była cała masa i co prawda, zmuszenie jej do fizycznego obcowania i przyniesienia my erotycznej satysfakcji, nie mogło się równać ze śmiercią ich dziecka, co akurat absolutnie nie było jego winą, czy zabiciem ich miłości oraz małżeństwa, co już tylko i wyłącznie spoczywało na jego silnych barkach, ale i tak było niebywale ciężkim doświadczeniem, z którym nadal się nie uporała. Zwyczajnie nie potrafiła. Pewnie, czyniło ją to żałosną, szczególnie, że jako ofiara – bo tutaj nie było najmniejszych wątpliwości, że została pokrzywdzona i chociaż mogła faktycznie odsunąć go od razu i nie oddawać pieszczoty, jaką ją obdarzył, to i tak nie miał najmniejszego prawa zmuszać jej do tak bestialskiego aktu seksualnego – pozwalała swemu oprawcy przebywać tak blisko siebie: dotykać się, pomagać jej i po prostu być obok, mimo że powinna byłą go już dawno odprawić z kwitkiem przynamniej; generalnie jednak powinna była go pozwać i zniszczyć za to, jak on zniszczył ją. W całej swej beznadziejności natomiast kochała go i mimo wszystko – mimo że rozpaczliwie z tym walczyła – okazywała to na wszelkie możliwe sposoby i możliwe, że to był kolejny powód, dla którego pan Neuvic trzymał się jej tak blisko i nie odpuścił: ciągle mąciła mu w głowie. Doszła więc do takiego etapu, w którym to siebie obwiniała za całe zło tego świata i była pewna, że jeśli dłużej będzie dusić w sobie cierpienie, to uzna, że nie przez niego została zgwałcona: że to na pewno ona zrobiła coś, co do tego doprowadziło.
    — Nie powinnam – przyznała w związku z tym, z olbrzymim trudem. Bowiem mówienie, że nie powinna była pokochać swojego dziecka było okropne, ale w tym wypadku bardzo prawdziwe: był owocem napaści, a nie miłości; a przynajmniej nie miłości w pełnym tego słowa znaczeniu, bo chociaż ona czuła do niego coś więcej i on ją o tym zapewniał, to nie było możliwości, aby to ze sobą współgrało: ona nie przyznałaby się do tego, a jemu nie można było do końca wierzyć, biorąc pod uwagę jego działania. – Wiem, jak to brzmi – dodała szybko, aby nie miał wątpliwości, że boli ją bardzo takie podejście – a-ale… ale taka jest prawda: nie powinnam – powtórzyła i pozwoliła mu w ciszy przetworzyć tę informację. Jej spojrzenie było nader wymowne: doszedł do słusznych wniosków. – Zacznijmy od tego, że w ogóle nie powinieneś był tego robić – szepnęła z wyrzutem i ponownie na bardzo długo zamilkła. – Oddałbym ci się, wiesz? – Szepnęła nagle. – Gdybyś… g-gdybyś nie był tak okrutnie władczy… t-tak… zaborczy… oddałbym ci się, gdybyś poprosił, ale ty nie prosisz, prawda? – Zaśmiała się gorzko. – Ty zawsze bierzesz to, co chcesz – dodała z bólem. Pociągnęła nosem, ale nie powstrzymała kilku łez, które potoczyły się po jej piegowatych policzkach. – To dziecko mojego gwałciciela. – Powiedziała w końcu na głos, kim dla niej był i co jej zrobił. – Żadna kobieta o zdrowych zmysłach nie powinna czegoś… takiego – raniła sama siebie takimi określeniami – kochać – powiedziała poważnie, nie będąc pewną, czy w ogóle Luke zdaje sobie sprawę z ogromu zniszczeń, jakich na niej dokonał tego cholernego, majowego popołudnia, w jeden z wielu wtorków, jakie sądziła, że przetrwa. – Jak mogę być matką, skoro obdarłeś mnie z kobiecości? – Dzielnie utrzymała jego spojrzenie.

    kompletnie załamana i rozdygotana, bezbrzeżnie smutna, BELLE

    OdpowiedzUsuń
  36. Naprawdę, nie sądziła, że jeszcze kiedyś będzie tak cierpiała, jak cierpiała tamtego wtorkowego popołudnia, na początku maja dwa tysiące siódmego roku – sądziła, że mając te przeżycia za sobą, opowiadanie o nich będzie łatwiejsze, a przynajmniej, nie aż tak bolesne. Niestety, srogo się pomyliła i jedyne, co mogła zrobić, to przyjąć na siebie kolejną falę agonii – niczym gangrena, zakażenie, ostry, cuchnący jad, wyzierający się z otwartej rany, która pozostawił jej były mąż; rany, która nigdy chyba nie miała się zalepić i ciągle sączyła truciznę do jej drobnego, wyczerpanego organizmu, wymęczonego całkowicie przez jej odmienny stan oraz wszystkie paskudne przeżycia, jakich doświadczyła na przestrzeni ostatnich trzech lat. Falę agonii tak wielką oraz silną, że zwyczajnie czuła się, jak ulatuje z niej życie – co gorsza, owa fala uderzała w nią raz po raz, w równych odstępach czasu, z każdym słowem, jakie padało z jej ust; słowem, które miało ją oczyścić, miało sprawić, aby pamiętała, ale wybaczyła: miało postawić ją w kategorycznej ramie ofiary, a Lucasa – na piedestale oprawcy, gdzie tylko ona, Annabella, mogłaby mu wybaczyć, jako właśnie ta pokrzywdzona. Szkoda tylko, że przebaczenie nie chciało nadejść, naprawdę się starała, ba!, czuła się tak, że jakby opowiedzenie o tym, przypomnienie sobie tego bestialskiego aktu seksualnego, jedynie podburzyło jej niechęć do właściciela „Tour de Plaisir” oraz jej nienawiść i pogardę wobec siebie, a nie była przecież za nic odpowiedzialna; prawie za nic, bo gdyby nie oddała w początkowej fazie jego pieszczot, możliwe, że do niczego by nie doszło i owo „prawie” chyba właśnie również sprawiało, że nie mogła przepracować tego paskudnego wydarzenia w żaden sposób. Ostatecznie więc pozostał jej jedynie smutny płacz.
    — Jak mogę siebie nie deprecjonować, skoro… skoro… Boże, ja nie mam nic – najpierw się uniosła, a później opadła z sił, niczym przebity igiełką balonik, który pękł z hukiem. Wzruszyła nawet całkowicie obojętnie chudymi, drżącymi ramionkami, jakby szczerze o tym fakcie przekonana i kompletnie z tym pogodzona. – Nie mam niczego ani nikogo. Nie ma za czym ani za kim tęsknić i nikt… nikt nie będzie tęsknił za mną… n-nikt… – dukała, mimo wszystko nieco nagle przerażona swoim odkryciem, ale także całkowicie o nim przekonana: nie brała pod uwagę swojej babcia, bo przecież de facto nie były rodziną ani ojca, bo ten przecież jej nie pamiętał. – Nic nie mam – skwitowała i nagle wstała, podchodząc do okna, a tym samym wymijając klęczącego Neuvica, które otworzyła na oścież, zastanawiając się, czy gdyby skoczyła z tego drugiego piętra, to by się zabiła. Odetchnęła ciężko, z trudem. – Wiesz, że skrzywdziłeś mnie, wiesz, że zawiniłeś, wiesz… wiesz, że powinnam cię nienawidzić, a jednak… jednak tu jesteś. Ciągle jesteś, mącisz mi w głowie i… i ciągle sprawiasz, że nie wiem, jak mam się czuć. Twoja obecność mnie wykańcza, Luke, rozumiesz?! – Krzyknęła, odwracając się do niego gwałtownie: patrzyła na niego z płomieniem szaleństwa w czekoladowych oczach. – Dobrze, ze wiesz, że twoje przeprosiny nic nie zmieniają… to dobrze – dodała znacznie spokojniej i wróciła na swoje stare miejsce: na łóżko. Długo milczała, po prostu siedzą i skubiąc rąbek koszulki. – Boję się, Luke – podzieliła się z nim nagle, tak jakby nic złego się między nimi ni wydarzyło: powiedziała to równie naturalnie, jak wówczas, gdy dzielili się swoimi problemami będąc szczęśliwymi w Rochefort en Terre. – Boję się i… i nie wiem, czy chcę tego dziecka – wyznała poważnie.

    very bardzo roztrzęsiona BELLS, która serio nie wie, co robić i dlatego opowiada banialuki

    OdpowiedzUsuń
  37. Naprawdę czuła się tak, jakby nie miała niczego ani nikogo, co było generalnym, okropnym nadużyciem – Annabella, relatywnie przecież, posiadała naprawdę wiele. Posiadała wspaniałą babcię, która się nią opiekowała, potrafiła służyć dobrą radą, a kiedy było trzeba, waliła pięścią w stół i wysyłała ją do lekarza – nieważne, że nie była prawdziwą babcią, tylko czarodziejką, która kiedyś rzuciła zły urok na Lucasa, pana na włościach Rochefort en Terre. Posiadała względnie stałą i satysfakcjonującą pracę w księgarni „Dr du Savoir”, którą naprawdę lubiła, bowiem mogła zajmować się reperowaniem starych książek i przebywać wśród nich, a więc robić to, co najbardziej lubiła – nieważne, że ponownie zamykała się w swoim malutkim światku, odgradzając swój umysł od realnych doznań i skupiała się na wyimaginowanych podróżach, które w ostatecznym rozrachunku przynosiły jej tylko zawód.
    Posiadała również ojca, wybitnego lalkarza, który zastępował jej matkę i była wspaniałym przyjacielem oraz nauczycielem – nieważne, że już jej nie rozpoznawał. Posiadała także wspomnienie smaku miłości i małżeństwa, które zdawało się być naprawdę udane, co oznaczało mniej więcej tyle, że należało, pomimo wszystkiego, do tego nielicznego grona szczęściarzy na tym nędznym padole, którzy przez moment należeli do kogoś i owa świadomość, owe poczucie przynależności, miało pomagać jej iść samotnie przez resztę życia – nieważne, że to wszystko zostało odebrane jej w sposób przynajmniej okrutny, na który absolutnie nie zasługiwała i czasem zdecydowanie wolałaby nie zaznajomić się z owymi doznaniami, niźli je w tak nieprzyjemnych okolicznościach stracić. Posiadała w tym wszystkich też dziecko, które było malutkie, niewinne i słodkie, całkowicie od niej uzależnione i które na swój sposób kochała – nieważne, że to zostało umieszczone w jej łonie w wyniku gwałtu, którego dopuścił się na niej jej były małżonek, co samo w sobie było taką cholerną, chorą abstrakcją, że pewnie według wielu w ogóle nie powinna była się zastanawiać nad sensem istnienia tej kruszyny w jej łonie. Miała jednak te cholerne rozterki wbrew wszystkiemu i zdrowemu rozsądkowi – miała je i szczerze się za to nienawidziła.
    — Masz rację, Luke – przyznała jednak w końcu. – Mam coś. Mam – przyznała głucho. – Mam tylko swoją pamięć, której wcale bym nie chciała mieć – spojrzała na niego aż nadto wymownie: referowała do tych słodkich, szczęśliwych chwil, którymi ją obdarował, a które później jej w tak ohydny i upadlający sposób odebrał, jednocześnie będąc takim sadystą, że nie wyrwał ich całkowicie z jej serca i umysłu, przez co się nimi katowała. – Mam te wszystkie wspomnienia, które przypominają mi, jak wiele utraciłam… – kontynuowała z bezdennym wręcz smutkiem. – Dlatego nie… nie wiem, czy chce tego dziecka. Nie wiem, czy chce się leczyć… nie wiem, czy mam się po co leczyć… w ogóle nie wiem, czego chcę – zakończyła z niebywałym wręcz żalem do świata, że postawił ją w tak beznadziejnej sytuacji, z którą sobie w ogóle nie radziła. – Nie wiem, czego chcę – powtórzyła, aby następnie zamilknąć, co oczywiście pan Neuvic wykorzystał, aby przedstawić jej swój monolog. Słuchała go zaś uważnie, mimo że nie wierzyła do końca w jego słowa; może także przez fakt ich nonsens, jeśli brało się pod uwagę szerokie spectrum tego, co jej dotknęło z jego ręki, oględnie rzecz ujmując. – Nie słyszałeś, co powiedziałam? – Uśmiechnęła się zaś na koniec blado, tak jakby w ogóle nie słyszała jego słow. – To co powiedziałam dobitnie świadczy, że nie jestem ani silna, ani dzielna, ani uparta, czy ambitna, albo ciepła. Nie ma we mnie starej Belle. Ona nie żyje, Luke – intensywnie spojrzała mu w oczy, katując go zaszczepieniem w jego jasnej głowie świadomości, że to jego wina. Zamilkła następnie na moment. Zagryzła dolną wargę. Jęknęła. – Co jeśli naprawdę bym go nie chciała? – Zapytała w końcu i, jak sądziła, tylko dlatego, że zamącił jej w głowie deklaracjami troski, pomocy oraz oddania.

    zagubiona, smutna i podłamana BELLE, potrzebująca wsparcia…

    OdpowiedzUsuń
  38. Podejście zagubionej i smutnej Annabelli było na poły świadome, a na poły wynikało z ewokacji jej podświadomości, która notorycznie – i na przeróżne, głównie niebywale wręcz paskudne i bolesne sposoby – przypomniała jej nieprzyjemnie, jakiego ogromu cierpień, upokorzeń i degradacji do pozycji nic nieznaczącego śmiecia, który nie ma prawa do własnej żałoby i miłości, doznała ze strony Lucasa. Tego samego mężczyzny, który najpierw sprawił, że jej życie zakwitło – dosłownie, rozbłysło feerią kolorów i rozbrzmiało gamą wszystkich możliwych, cudownych dźwięków, które sprawiały, że szła przez świat niemalże z piosenką na ustach, unosząc się kilka centymetrów nad ziemią ze szczęścia; tego samego mężczyzny, który dał jej dom, rodzinę, dziecko i poczucie, że jest pełnowartościową kobietą: inteligentną, dobrą i odważną, która ma o co walczyć do swego ostatniego tchu. Tego samego mężczyzny, który później sprawił, że jej życie obumarło – dosłownie, zaczęło nagle gnić, wydzielając ten smród, oznaczający, że zwyczajnie jej świat wali się w posadach, i czernieć, a wszystko wokół straciło jakiekolwiek barwy, a panujące wokół nuty, zaczęły drażnić jej uszy, doprowadzając do migren, a w konsekwencji do szaleństwa; tego samego mężczyzny, który odebrał jej wiarę w siebie, kobiecość, radość i poczucie, że cokolwiek uda się jej w życiu osiągnąć. Tego samego mężczyznę, który doprowadził do ich rozwodu – bo gdyby nie jego zachowanie nigdy by o niego nie wystąpiła – wyrzucił ją ze swojego domy, zgwałcił i w czasie tego bestialskiego aktu umieścił w jej łonie potomka – o ironio!, którego kiedyś tak pragnęli – aby na koniec klęcząc przed nią, błagać o wybaczenie, zapewniać o swojej miłości i mówić, że jest gotów na wszystko, aby ją uratować. To b y ł absurd.
    — Mam uwierzyć, że pozwoliłabyś mi na to? – Kpiła więc i kąsała, niczym właśnie to mocno zranione zwierzę w potrzasku, zapędzone w róg przez wygłodniałego, kierowanego żądzą krwi myśliwego. – Mam uwierzyć, że wsparłbyś mnie jak mówisz – drwiła dalej, spoglądając na niego z niedowierzaniem, ale i pogardą: uważała, że chce ją nabrać na jakieś swoje sztuczki – w każdej – podkreśliła wymownie – decyzji i wcale byś mnie nie skatował, a ostatecznie zamknął pod kluczem, czekając, aż dziecko będzie mogło żyć poza moim organizmem, aby je stworzyć na swój potworny wzór i podobieństwo? – Uniosła wymownie brwi, naprawdę wierząc, że skłonny byłby do zastosowania takich właśnie środków. – Ja rządzę? Ja podejmuje decyzje? Ja mam prawo głosu? Nie, Luke, ja nic nie mam. Nic – przerwała mu, najpierw drwiąc, a później zwyczajnie poddając się swojej beznadziei oraz żalowi. – Nigdzie nie rządze, nie podejmuje żadnych decyzji i nie mam prawa głosu: moje serce wybiera, ono niszczy mój rozsądek, a mój głos się w ogóle nie liczy, biorąc pod wagę, że nadal tu jesteś – wypomniała mu, skądinąd, dość okrutnie, po czym odetchnęła ciężko, rozdzierająco, co brzmiało jak coś pomiędzy westchnieniem, a jękiem agonii. – Żebyś nie miał wątpliwości – podjęła nagle po chwili – nie mówię, że nie powinno cię być tutaj teraz – podkreśliła wymownie – ale mówię o tych wszystkich dniach, kiedy przesiadywałeś wbrew mojej woli w „Dr du Savoir” – uściśliła, aby następnie ponownie na niego spojrzeć i ni z tego, ni z owego uśmiechnęła: ciepło, czule, tak jak wtedy, gdy byli w Rochefort en Terre. Odetchnęła jego zachwycającym zapachem, który szczelnie ją otulił i wbrew wszelkiej logice, przyniósł ukojenie, i pochwyciła delikatnie przystojną twarz Bestii w swoje drobne dłonie. Chwilę milczała. – Zawsze kochałam te twoje pieprzyki – wyszeptała z olbrzymim ładunkiem miłości, trochę jak szaleniec; dwie, niemalże idealnie symetryczne kropeczki na prawym i lewym policzku, tuż nad nią jego uśmiechu, kiedy unosił kąciki ust do góry; zaraz przy końcu zarostu. Dysonans w jej zachowaniu świadczył, jak bardzo sobie nie radziła z sytuacją, w jakiej została postawiona. – Zawsze – dodała jeszcze ciszej, jeszcze mniej przytomnie.

    ja już nie mam pomysłów na odpisy, bo BELLE to lekka flegma, kurdebalans

    OdpowiedzUsuń
  39. Ot tak, całkiem zwyczajnie, Annabella zapatrzyła się beznadziejnie mocno, z bezdennym zachwytem i bezbrzeżnym oczarowaniem w Lucasa i nie potrafiła odwrócić od niego wzorku – po raz pierwszy bowiem od trzech lat nie widziała w nim Bestii i potwora, który kompletnie ją zniszczył, upodlił i zdegradował do pozycji śmiecia, którego należało eksterminować na najgorszy, możliwy sposób: poprzez tortury psychicznie i odbieranie mu prawa do miłości, szczęścia, czy nawet żalu oraz smutku, związanego ze wspomnieniami o własnym dziecku. Znowu, w tamtej krótkiej, jasnej relatywnie – wziąwszy pod uwagę resztę jej życia z ostatnich miesięcy – widziała w nim swojego ukochanego – tego samego, który ofiarował jej bibliotekę, tego samego, który doceniał jej walkę o emancypację kobiet, tego samego, z którym z uśmiechem na ustach założyła rodzinę – i uczucie to – tak cudowne i lekkie – całkowicie nią zawładnęło i sprawiło, że nie potrafiła w żaden logiczny sposób oceniać sytuacji, w jakiej się znalazła. Mogła go jedynie podziwiać i zatracać się w tym coraz mocniej, zapominając przy tym, o czym rozmawiali jeszcze przed paroma minutami i co w ogóle jej uczynił – jak bardzo ją zranił. Była w stanie tylko ginąć w jego chmurnym spojrzeniu i coraz trudniej chwytać oddech – z każdą sekundą widziała w jego twarzy coraz więcej pięknych rzeczy które całkowicie ją oszałamiały do tego stopnia, że trudno jej było się pozbierać. Może więc zachowywała się idiotycznie – ba!, niewątpliwie tak było – ale nie chciała, aby ten moment się kończył: nie chciała wracać do smutnej, pełnej samotności, szarej rzeczywistości, w której jest dosłownie nikim. Kiedy bowiem trzymała go w swoich drobnych dłoniach, znowu była kimś – była jego żoną, była jego kochanką, była jego przyjaciółką.
    — Pieprzyki – przytaknęła więc cichutko, uśmiechając się leciutko. Jakkolwiek to było żałosne, to właśnie pan Neuvic determinował ją, jako k o g o ś ; zwyczajnie, była całkowicie od niego uzależniona i w zasadzie, w głównej mierze, wcale jej nie było z tego powodu źle. Przynajmniej na razie nie było jej źle, bo później uwiadomienie sobie, czego się dopuściła, miało jeszcze bardziej podłamać. Na razie jednak po prostu cieszyła się tym, co miała: jego obok siebie. – No… nie mówiłam… ale kiedyś mogłam bezkarnie na ciebie patrzeć. Mogłam patrzeć codziennie i… i nie myśleć o tym. Po prostu się tym zachwycać w głębi siebie, a teraz… teraz przecież nie mamy siebie. Nie możemy siebie i nigdy siebie nie będziemy mieli, dlatego wykorzystuje te ulotne chwile – wyszeptała łagodnie, spoglądając na niego smutno, ale nie puszczając go i chichocząc cichutko, kiedy przymknął powieki; lubiła ten jego wyraz rozanielenia. Później milczała dłuższą chwilę. – Wiesz, w czym rzecz? – Zapytała nagle zrozpaczona, zsuwając się na kolana przed niego. – Ja cie nie nienawidzę. Nienawidzę siebie, bo ciebie nie umiem nienawidzić – wydukała, ponownie zapłakana, drżąc leciutko, ale nie cofając dłoni do siebie. – Nie umiem cię nienawidzić, a moje życie byłoby o wiele prostsze, gdyby tak było, a ty… ty – odetchnęła ciężko. – Ty to wiesz. Podświadomie, czy świadomie: wiesz, że ja ciebie nie nienawidzę; że gdybym cię nienawidziła, to byś tutaj nie siedział – skwitowała, pociągając nosem i ponownie się uśmiechając. Nagle jednak się wycofała. – Powinieneś już iść – wyszeptała i z trudem wgramoliła się na łóżko. – Powinieneś… – odetchnęła ciężko i podjęła nieco pewniej: – Powinieneś wyjść i nie wracać, ale nie łudzę się, ze mnie posłuchasz – skuliła się w kłębek. – Proszę – dodała słabiutko.

    rozkojarzona, rozżalona, rozmemłana (???) BELLE i ja

    OdpowiedzUsuń
  40. [Tak jak i z Bellą, 50 komentarzy a ja dopiero witam, ale co tam. Kojarzę Ciebie i Twoje poprzednie postacie, chociaż wątku chyba nie miałyśmy. W każdym razie witam ponownie i życzę dobrej zabawy. W razie chęci zapraszam do siebie.]

    D&D czyli Duncan&Drake

    OdpowiedzUsuń
  41. Rzecz jasna, podświadomie Annabella czuła, że to, co zrobiła tamtego wieczora Lucasowi było szczytem okrucieństwa – tak wielkim, że aż niemożliwym do przyjęcia, bowiem dała mu ciepło, nadzieję i złudną wiarę w to, że może jeszcze między nimi się ułoży i jakkolwiek pragnęła, aby to była prawda: aby rzeczywiście udało się jej zapomnieć o wszystkim złym, czego się wobec niej dopuścił, to jednakowoż wolała nie ryzykować. Po więc momentach czułości i ewidentnego okazywania – tego werbalnego i niewerbalnego – miłości, nadeszły chwile smutku i żałości: odrzucenia, które bolało ją samą, toteż i jego musiały zranić do żywego. Owszem, wiedziała, jak podłe to było z jej strony, że ni z tego, ni z owego go odrzuca, ale nie potrafiła inaczej – nie miała odwagi kontynuować tonu, w jakim rozpoczęła rozmowę o jego pieprzykach, doskonale zdając sobie sprawę z faktu, że gdyby to zrobiła, to najpewniej doszłoby do tego, że wpuściłaby go z powrotem do swojego życia, skoro już się zbliżała do tej niebezpiecznej granicy. Dlatego też ostatecznie, pomimo całej nienawiści do siebie i wielkiego cierpienia – zakłóciła ten obrazek; tę jedną od wielu miesięcy, cudowną sytuację, która wprowadziła mętlik do jej zmęczonego umysłu i całkowity chaos w głowie. Autentycznie była wycieńczona, równie mocno fizycznie, co psychicznie.
    — Proszę, wyjdź – naciskała więc, mając ochotę wyć z rozpaczy; także przed wizją zbliżającej się samotności, która miała ją ogarnąć, gdy tylko były mąż miał opuścić jej mieszkanko. – Wyjdź – powtarzała, niczym mantrę, która zdawała ją jednocześnie dusić do tego stopnia, że z trudem chwytała oddech; jego wspaniały zapach, rozchodzący się po jej pokoju miał jej towarzyszyć i niszczyć przez następne godziny. – Nie tłumacz się, proszę – próbowała mu też przerwać, ale na nic się to zdało: ponownie zdawał się w ogóle nie słuchać tego, co do niego mówiła, tylko sam wyrzucał z siebie wszystko, co chciał, nie zwracając uwagi na jej potrzeby; ponownie podchodził do całej sprawy skrajnie egoistycznie i chociaż w głębi swojego, wciąż kochającego go, serca, potrafiła zrozumieć, dlaczego wybrał taką drogę do komunikacji z nią, to i tak nie miała już energii, aby dłużej tego słuchać: nie miała energii ciągle zmuszać swojego rozsądku do tego, aby wygrywał nad jej potężnymi uczuciami. – Nie, nie Luke, nie przychodzisz dla nas. Nigdy nie przechodziłeś tutaj z myślą o mnie, czy o tym dziecku. Zawsze, ale to zawsze – podkreśliła z emfaza, zaciskając mocno szczęki, aby nie zacząć wyć z rozpaczy – przychodziłeś tutaj dla siebie, żeby uciszyć swoje wyrzuty sumienia, żeby poczuć się lepiej, żeby… och… – urwała i nagle ryknęła: – Tak, jestem pewna!
    Jej wrzask poniósł się po całej Sesame Street i chociaż później miała z jego powodu odczuwać wielki wstyd, to w tamtej chwili kompletnie się nim nie przejęła – liczyło się tylko to, ze pan Neuvic ostatecznie jej posłuchał i opuścił jej sypialnię, jej mieszkankę, jej malutki sklepik. Niestety, chociaż skorzystał z tyłów „Dr du Savoir” – toteż wymknął się tak, jak się wsunęli po cichu, przez ogródek – to i tak Lile została zaalarmowana i w ciągu chwili znalazła się na piętrze – będąc przy tym pewną, że jasna czupryna, która znikała za rogiem, należała do właściciela „Tour de Plaisir”. Niemniej, natychmiast dobiegła do pani Chevalier i objęła ją mocno, po prostu będąc – o nic nie pytała, niczego nie oczekiwała, nie zadawała także żadnych pytań, a jedynie pozwalała dziewczynie się wypłakać; robiła więc wszystko to, czego Belle w tamtym momencie potrzebowała. Później natomiast, kiedy emocje nieco opadły, obie szybko zamknęły księgarnie, naparzyły herbatę i po raz pierwszy młodziutka rozwódka wyznała swojej babcia całą prawdę – bez udawania, bez przemilczania, bez wybielania oraz wygładzania, dzieliła się wszystkim dosłownie, nawet tymi najgorszymi szczegółami, po raz pierwszy od bardzo dawna czując się lekką. Zrzuciła z siebie okowy tajemnicy i była wolna od kłamstw – te jednak, niestety, niosły ze sobą konsekwencje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Skutki jej fałszowania rzeczywistości, co prawda, nie były jakoś wielce nieprzyjemne i długotrwałe, ale były – i bardzo ją samym faktem swojego istnienia dobijały: niezależnie bowiem od wszystkiego, czuła się zwyczajnie okropni, że tyle czasu ukrywała przed babcią, a więc, co nie ulegało najmniejszym wątpliwościom, najbliższą i najbardziej jej przychylną osobą, tak istotne fakty ze swojego życia. Nie dziwiło jej w związku z tym absolutnie, że pani Faucheux była równie zła, co załamana jej postawą – czuła się, i słusznie, oszukana i odrzucona, a przecież mogłaby Annabelli pomóc od początku; nie naciskałaby, co zresztą udowodniła, nie pytałaby, co także pokazała i nie domagałaby się szczegółowych informacji tak długo, jak dziewczyna nie byłaby gotowa się z nią nimi podzielić: po prostu chciałaby być obok, aby ją wesprzeć i zapewnić, całą sobą, że podejmą walkę i będzie dobrze. Nie mogła zaś tego zrobić po tak wielu tygodniach życia w ułudzie, ze jest dobrze – podczas których nie miała pojęcia o Lucasie, o dziecku, które zostało powołane na świat w wyniku gwałtu oraz o kostniakomięsaku, co było chyba mimo wszystko, w całej tej sytuacji, najmniejszym problemem: najbardziej martwiła się o sferę psychiczną dziewczyny po kolejnych okropieństwach, jakich doświadczyła – bowiem musiała to najpierw przetrawić.
      Młoda pracownica księgarni, oczywiście, to zaakceptowała i dała starszej pani całkowicie wolną rękę – to ona decydowała, kiedy i jak dyskutują oraz o czym i to ona miała mieć ostateczne zdanie w kwestii wybaczenia jej lub też; o dziwo: zrobiła to wyjątkowo szybko, oświadczając jednocześnie, że będą o b i e walczyć i pani Chevalier n i g d y nie będzie już sama, nie tylko dzięki niej, ale także temu maluchowi, które nosi pod sercem. Wówczas też Belle całkowicie przepadła dla tej niewinnej kruszyny i zadecydowała, że je urodzi, niezależnie od wszystkiego. Nabrała tej niesamowitej pewności właśnie dzięki Lile, która spojrzała na nią spojrzeniem zmęczonej, dobrej kobiety, która w swej mądrości wiedziała, co robić – dała jej siłę, której tak rozpaczliwie potrzebowała, a której nic nie mogło zachwiać ani zniszczyć, nawet jej ciągle powracający, niczym bumerang i ciążące nad nią fatum, były małżonek, który regularnie, pomimo wszystkiego, pojawiał się w „Doktorze Wiedzy”. W zasadzie jednak nie robił wiele – po prostu zajmował miejsce, wcześniej podrzucając jej zgrzewki z wodą, czy warzywa, ona przynosiła mu herbatę i ostatnią książkę, którą czytał, a później nawet nie rozmawiali; czasem jedynie pytał, jak się czuje, a ona wymijająco odpowiadała, że „jej dziecko czuje się dobrze”. Nigdy nie mówiła o sobie.
      Cóż, nie kłamała – wydawało się wszystko być doskonale z tą drobiną w jej łonie, chociaż pewności mogła nabrać dopiero w połowie lipca, kiedy to obiecała wybrać się z Luke’m na badania do prywatnego ginekologa, które zdecydował się opłacić; ona zaś po konsultacji z babcią zdecydowała się tę pomoc przyjąć, bo nie chodziło w niej o nią, a o niewinną istotkę, którą należało się zając jak najlepiej. Co prawda, pani Faucheux nadal patrzyła na Neuvica tak, jak na samego Hitlera, Stalina i Tito w jednej osobie, ale była też rozsądna – nie było ich stać na terapię dla jej wnuczki. Tymczasem natomiast Belle patrzyła na byłego małżonka coraz przychylniej – jakby opadła dziwna kurtyna, jakby zdjął maskę ze swojej twarzy i nie było już Bestii: był ten sam wspaniały mężczyzna, który przenosił ją do łóżka, gdy zasnęła nad książkami; który zabierał ją na konne przejażdżki, tylko po to, aby kochać się z nią wśród stokrotek; który czasem po prostu stawał w miejscu i przyglądał się jej, a ona czuła się piękna i kochana. Miała przez to wrażenie, że przechodzi niejako syndrom sztokholmski i uzależnia się coraz mocniej od swojego oprawcy i nadeszły nawet takie dni, że nie wyobrażała sobie jego nieobecności. Nadal, co prawa, zachowywała duży i bezpieczny dystans fizyczny, ale ostatecznie powiedziała mu nawet o urodzinach swojego ojca.

      Usuń
    2. Tym sposobem zaś, dwudziestego szóstego czerwca, to właśnie on zwiózł ją do Fable Mental Asylum i cały czas kręcił się blisko, podczas gdy ona próbowała nawiązać jakiś kontakt z Hugo – z miernym niestety skutkiem, który całkowicie ją załamał i co gorsza: to w silnych ramionach właściciela kasyna odnalazł ukojenie, kiedy to nie mogła liczyć nawet na chociażby spojrzenie ze strony rodziciela, którego z letargu nie wyrwała nawet książka dotycząca konstruowania zabawek, coraz mocniej się do niego uzależniając i mając tego coraz silniejszą świadomość z minuty na minutę. Przez to natomiast coraz brutalnej odrzucała, coraz bardziej zdeterminowanego i upierdliwego Christiana, który swoim nachodzeniem przebił nawet Gastona – ten bowiem, dostrzegłszy, że obiekt jego westchnień, jakim była pracownica księgarni, nieco przytył, stracił nią tak wielkie zainteresowanie; ona natomiast nie wyprowadzała go z błędu, w końcu mając spokój, że to nie tabliczka czekolady zjedzona po północy, a słodki maluszek, który każdego dnia rósł i coraz mocniej zachwycał swoją matkę. Ojca zresztą też, ale jeszcze się nie odważyła zaprosić Lucasa do dotknięcia tej uroczej wypukłości – zdecydowanie jednak byli coraz bliżej mentalnie, co jednak nie bardzo podobało się Lilii. Młoda ciężarna jednak nic nie potrafiła na to poradzić.
      Nim się więc zorientowała – te wszystkie chwile, bez Neuvica w pobliżu były dla niej wyjątkowo ciężkie. Tak mocno przyzwyczaiła się do jego obecności i zapachu w księgarni, że kiedy nadchodziły weekendy, a więc dni, kiedy musiał pilnować kasyna – i niewątpliwie zabawiać wszystkie te samotne, bajecznie bogate panienki, którymi zajmował się równie dogłębnie w swoim mieszkaniu, co notorycznie od siebie odrzucała, jakby to miało cokolwiek zmienić – było jej tak zwyczajnie i po ludzku smutno. Przychodził jednak zawsze później i spędzał z nią cały tydzień, dlatego kiedy dziesiątego lipca we wtorek nie zjawił się o określonej godzinie – coś ją w głębi serca ukłuło; nie wiedziała, co to i chyba nie chciała wiedzieć, dlatego to przejmujące uczucie strachu i niepewności zwyczajnie zbagatelizowała i powstrzymała się od wysłania wiadomości tekstowej do byłego męża. Miała wrażenie, że byłoby to zwyczajnie głupie i upokarzające, mimo że z minuty na minutę czuła coraz większą potrzebę, aby się z nim skontaktować. Około zaś godziny czternastej, kiedy dosłownie nosiło się po „Dr du Savoir”, usłyszała przez otwarte drzwi, jak dwie panie rozmawiają o napadzie na Tour de Plaisir”. Annabella w tamtej chwili poczuła jak serce staje jej w piersi. Nie namyślała się jednak wiele – krzyknęła do babci, że wychodzi, nawet nie sprawdziła, czy staruszka zareagowała i miała zamiar się zająć ich przybytkiem, po prostu rzuciła się jak szalona przez całe nowojorskie Fabletown, nie zważając na nic ani na nikogo, a w szczególności na siebie – na miejscu bowiem była blada i zziajana, co nie było dziwnym, biorąc pod uwagę jej chorobę i odmienny stan. Nic jednak nie mogło jej powstrzymać – nawet taśmy policyjne, sami funkcjonariusze, czy tłumek ludzi zebrany pod budynkiem.

      Usuń
    3. — T-tam… tam jest mój mąż… mój mąż jest w środku! – Sapała, krzyczała i nawoływała rozpaczliwie, przedzierając się przez innych zgromadzonych, aby ostatecznie nawet umknąć jakiemuś detektywowi, który chciał ją powstrzymać i rzucić się jak szalona do wnętrza, gdzie, ponownie działając instynktownie, skierowała się szybko ku barowi, natychmiast widząc jasną czuprynę ukochanego. – Luke! – Zawyła rozpaczliwie, co na szczęście zmusiło go, aby się do niej odwrócił, dzięki czemu w konsekwencji mogła paść w jego wielkie, silne ramiona, pachnące mchem dębu, miętą i cytryną. Odetchnęła ciężko i pozwoliła sobie na płacz, obejmując go i ściskając kurczowo koszulę na jego plecach, jakby w obawie, że zaraz rozpłynie się w powietrzu. – L-Luke… Luke, nic ci nie jest? Nic ci nie jest? – Dopytywała żałośnie, nie dając sobie przemówić do rozsądku przez osoby zbierające zeznania oraz lekarzy: liczył się tylko on. – S-słyszałam o napadzie… słyszałam… na Boga, Jezu, tak się bałam – wyznała całkowicie poważnie, ale jak tylko spojrzała w jego błękitne tęczówki, natychmiast ponownie przycisnęła twarz do jego torsu, wsłuchując się w bicie jego serca i to w tym cudownym rytmie odnajdując ukojenie. – Powiedz mi, czy wszystko dobrze! – Uniosła się nagle, kiedy wciąż nie otrzymywała konkretnej, satysfakcjonującej odpowiedzi.

      kompletnie przerażona, totalnie rozdygotana i całkowicie spanikowana BELLE CHEVALIER, która w całej swej miłości zapomina o wszystkim, co złe oraz jej autorka, która próbowała inaczej podzielić odpis, ale nie wyjszło

      Usuń
  42. Nie mogła uwierzyć, że w ciągu miesiąca jej podejście tak diametralnie się zmieniło – a może ono nigdy nie uległo zmianie; może wróciło na właściwy tor; może po prostu na moment się zgubiła; może… – a jemu udało się w tak krótkim czasie okazać, ile ciężkiej pracy włożył nie tylko w siebie – w to, aby panować bardziej nad emocjami, ważyć słowa i znowu zmierzać ku bycia jej wymarzonym księciem z bajki – ale także w to, co było między nimi – czy raczej w próby zbudowania czegoś zgoła innego, gdzie jednak nie chodziło o postawienie grubej kreski pomiędzy tym, co było, a tym, co będzie, a o to, aby zwyczajnie się z tym rozliczyć: przepracować to tak, aby nigdy do nich to więcej nie wracało, o ile jakieś „więcej” ich w ogóle czekało; biorąc zaś po uwagę jej stan, o którym wspomniał przecież też prywatny ginekolog- onkolog, specjalista od tak zwanych beznadziejnych przypadków, takich właśnie jak ona, do którego pozwoliła się zabrać niedługo po wizycie u Junga i do którego miała się wybrać ponownie za parę dni, jej sytuacja była wprost beznadziejna, chociaż to wcale nie oznaczało, że ktokolwiek ma zamiar się poddawać. Niemniej, to właśnie to, co prezentował sobą Lucas przez ostatnie tygodnie, sprawiło że Annabella zwyczajnie się od niego uzależniła – nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości już w momencie, w którym wpadła do kasyna, którym zarządzał, panikując jak skończona wariatka, że coś mogło się mu zdarzyć. Nie wyobrażała sobie świata bez niego – ten byłby zwyczajnie straszny, toteż cała jej postawa tym emanowała i podkreślała nie tylko wielką troskę, ale i potężne przywiązanie, będące już nie cienką niteczką i pozostałością po ich małżeństwie, ale czymś, co formowało się na kształt mocnej cumy, która ich jednoczyła. Dlatego tak panikowała.
    — Mów do mnie na Boga i Ojca! – Namawiała więc nadal, tracąc powoli oddech i wszelkie siły oraz zmysły, przy czym nie można było się jej absolutnie dziwić, biorąc pod uwagę, jak w bardzo niedobrej kondycji fizycznej, jak i psychicznej, z powodu przerażenia o pana Neuvica, była. – Co z tobą?! – Z trudem chwyciła kolejny oddech, blednąc jeszcze bardziej; zdecydowanie takie biegi długodystansowe nie sprzyjały poprawie jej stanu zdrowia, a raczej poważnie je nadszarpywały. Niestety, i jej kołatające ze skrajnej paniki serce również nie miało być opanowane, bowiem mężczyzna zdecydował się nie odpowiadać na zadawane mu pytania. Zamiast tego zaś, po prostu chwycił ją na ręce, przy czym ona mu pomogła, obejmując go mimowolnie i machinalnie bez trudu chudymi ramionkami za szyję, a nogami w pasie, i przeniósł do swojego gabinetu, odganiając od nich policję, sanitariuszy i jego pracowników. Tam natomiast chwilę milczeli, po prostu stykając się czołami i dłuższą chwilę zajęło Belle zebranie swoich myśli i opanowanie się na tyle, aby odpowiedzieć mu względnie logicznie i składnie. – U-usłyszałam plotkę – wyjawiła bez owijania w bawełnę. – Usłyszałam – odetchnęła, aby zdobyć pewność siebie – jak ktoś rozmawiał przy księgarni i… i nie mogłam… nie mogłam… Boże, Luke – spojrzała mu głęboko w oczy, chwytając w trzęsące się dłonie jego przystojną twarz – nie przeżyłabym, gdyby coś ci się stało – wyrwało się jej całkowicie poważnie, mimo że rozsądek w niej dosłownie krzyczał, aby tego nie robiła: serce jednak biło mocniej i szybciej w jej piersi, zagłuszając głos umysłu. – Och, Luke – jęknęła natomiast moment później, mocniej go obejmując, kiedy wyznał jej, że jej potrzebował. – Jestem… już jestem – zapewniła cichutko, acz czule. – Nie musisz już udawać, że wszystko dobrze, porozmawiaj ze mną – dosłownie gotowa była błagać, mając bowiem wrażenie, że to właśnie brak rozmów po tym wszystkim, co wydarzyło się w Rochefort en Terre był częścią składową rozpadu ich relacji. – Postaw mnie tylko – poprosiła, czując, jak noga, w której miała największe ognisko komórek nowotworowych zaczyna ją rwać – i mów, ile potrzebujesz – zachęciła, aby nagle jeszcze dorzucić. – Pewien jesteś, że nic ci nie jest?

    bardzo mocno przejęta, bo bardzo mocno kochająca, BELLE

    OdpowiedzUsuń
  43. — Ty sobie żartujesz, prawda?! – Krzyknęła rozdygotana Annabella w odpowiedzi na szept Lucasa, w którym mówił, iż nie powinna była się w ogóle dowiedzieć o tym, co wydarzyło się w jego kasynie. Dla niej to było zbyt wiele, bowiem zachowywał się tak, jakby chciał ją trzymać pod kloszem, a na dodatek: jakby w ogóle nigdy nie miało do niej trafić, że w „Tour de Plaisir” stało się coś niedobrego. Poczuła się tak, jakby wymierzył jej mentalny policzek i aż zachłysnęła się z wrażenia. – Chciałbyś mnie oszukiwać, tak? – Natychmiast, chociaż pewnie niepotrzebnie, oskarżyła go, zwyczajnie spanikowana myślą, że faktycznie, gdyby nie te dwie plotkary pod „Dr du Savoir”, to przenigdy nie dowiedziałaby się prawdy. – Cały czas kłamać, że wszystko jest dobrze, tak?! – Uniosła się i uderzyła go piąstkami w tors, dysząc ciężko. – Jak możesz?! – Załkała, ale na szczęście szybko się opanowała: natychmiast w zasadzie po tym, gdy po raz kolejny zapewnił ją, że nic się mu nie stało i jest w jednym kawałku. Odetchnęła wówczas bardzo ciężko i spojrzała na niego, pociągając nosem; nie otarła jednak swoich łez, bowiem bała się, że jeśli puści koszulę ze swoich paluszków, on nagle się rozpłynie. Pewnie zachowywała się niego paranoidalnie, ale nie codziennie jest się postawionym w sytuacji, w której można stracić ukochaną osobę. – Na pewno… dobrze… na pewno – wciągnęła głośno powietrze w płuca i dopiero wtedy poruszyła niespokojnie chorą nogą, która ją przejmująco kuła. Nie dała jednak tego po sobie poznać. – Z-za… za daleko… co? – Mruknęła nieco zdezorientowana, spoglądając na niego zaskoczona, dopóki nie chwycił jej ręki i nie zaprowadził ich ku kanapie, gdzie pojęła, że chodzi mu o jej bliskość: potrzebował tego, tak jak i ona potrzebowała jego. Pozwoliła więc mu pociągnąć siebie na kolana, mimo że nie ułożyła dobrze kończyny, gdzie znajdowało się ognisko nowotworowe, co zaowocowało wzmożeniem bólu w niej. Ponownie jednak: dzielnie to ukryła i skupiła się w pełni na były mężu, który w tamtej chwili ponownie był jej księciem, a nie żadną bestią. – Rozumiem… spokojnie, oddychaj – objęła go za szyję, dodając mu otuchy. – Nie, kochanie, nie, nic nie jest twoją winą – wyszeptała czule i łagodnie, kiedy zaczął się oskarżać: szybko mu przerwała, aby się nie nakręcał. – Nie mogłeś nic na to poradzić – zapewniała, rozumiejąc, że referował nie tylko do ataku na kasyno, ale i tego przeprowadzonego przez Adwersarza przed trzema laty na Château de Josselin, gdzie mieszkali. – Hej… hej – ponownie wpadła mu w słowo i chwyciła jego przystojną twarz w swoje drobne dłonie. – Spokojnie, nie mogłeś nic zrobić. Nie mogłeś tego przewidzieć – przekonywała, naprawdę tak uważając. – Luke – zmusiła go, aby ich spojrzenia się ze sobą skrzyżowały. – Nie jesteś temu winien – dodała, aby nie miał co do tego najmniejszych wątpliwości. – Skąd mogłeś wiedzieć, że ktoś zdecyduje się obrabować ten przybytek? Przecież to jest istna warownia! Jakbyś wziął kilku dodatkowych ochroniarzy, to byłoby ich więcej niż klientów – uśmiechnęła się niemrawo, mając nadzieję, że go pocieszy i rozweseli. – Proszę, nie myśl o tym w takich kategoriach. Nie myśl, proszę – ponownie go mocno do siebie przytuliła i nieco nim zakołysała: niczym małym, niespokojnym dzieckiem, któremu w nocy śniły się paskudne koszmary i które nie mogło sobie z tym poradzić. – Już lepiej? – Zapytała po chwili milczenia, wciąż udając, ze z nią nic się nie stało. – Może przyniosę ci wody, hm? A-albo… albo kawy… Luke, mów do mnie – upomniała go, gdy milczał.

    mocno przejęta BELLE, dla której były mąż do priorytet

    OdpowiedzUsuń
  44. Annabella szczerze uważała, że w zaistniałej sytuacji – tej, która miała miejsce w kasynie „Tour de Plaisir” w nowojorskim Fabletown – nie było ani odrobiny winy Lucasa. W jej opinii bowiem, naprawdę nic nie mógł zrobić, aby zapobiec napadowi – jak się okazało i co udało jej się wyciągnąć ze strzępków dochodzących do jej podświadomości informacji – na tle rabunkowym. Owszem, takie miejsca były gratką dla przestępców, ale zdecydowanie nie dla pojedynczych desperatów – dla nich przeznaczeni byli jednoręcy bandyci w zatęchłych piwnicach, gdzie bezdomni tracili swoje ostatnie centy na kolejne, oszukańcze, bowiem niepozwalające wygrać, losowanie. Przybytek zaś, który prowadził pan Neuvic, mógłby stać się celem dla grupy przestępczej, z nie tylko wyjątkowo inteligentnymi liderami, ale także możliwościami finansowymi oraz technologicznymi – i to też tylko wtedy, gdyby akurat właściciel zalazł im za skórę, bo raczej posiadając tak potężne zasoby mądrości, gotówki i sprzętu, celowaliby raczej w banki i ambasady – którzy i tak najpewniej ostatecznie zostaliby wytropieni, bo faktycznie: zatrudniał najlepszych ochroniarzy, którym żadne, dziwne i podejrzane zachowanie, nie umykało. To natomiast, co się stało przed kilkudziesięcioma minutami było wynikiem raczej głupiego gówniarza i jego nieroztropnego posunięcia – było czymś całkowicie abstrakcyjnym i niemożliwym do zatrzymania, bo przecież musieli mieć do czynienia z jakimś szaleńcem. Dlatego też, pani Chevalier, nie miała najmniejszych wątpliwości, że jej były małżonek rzeczywiście nie miał szans przewidzieć tego zdarzenia – nie była tylko pewna, czy świadomość tej bezsilności mocniej go nie załamie. Tego natomiast nie chciała – zdecydowanie wolała oglądać jego cudowny uśmiech.
    — Może ja faktycznie coś ci przyniosę, co, Luke? – Zasugerowała więc raz jeszcze, naprawdę licząc, że może filiżanka herbaty ukoi jego zszargane nerwy. Nie przypuszczała jedynie, iż zareaguje na jej propozycję z tak wielką egzaltacją, która nie znała granic, bowiem wymieszana była z prawdziwą paniką: nie chciał, aby go zostawiała i potrafiła to zrozumieć. Dlatego porzuciła swój pomysł, mocniej go objęła i zapewniła: – Skoro nigdzie mam nie iść, to nie idę – wyszeptała mu czule i nie skomentowała jego kolejnych słów: nie miała odwagi. Z jednej przecież strony miał całkowitą rację, bo absolutnie nie zasługiwał na to, aby w ogóle się nim przejmowała, a tym bardziej opiekowała się, o wspieraniu w ogóle nie wspominając; nie po tym, co jej uczynił. Powinna była raczej całkowicie go zignorować i zająć się swoimi sprawami, ba!, nawet życzyć mu śmierci, biorąc pod uwagę, jak barbarzyńskiego aktu się na niej dopuścił. Nie umiała jednak tak się zachować, z prostego powodu: kochała go ponad wszystko, cierpiąc na wyjątkowo beznadziejną odmianę syndromu sztokholmskiego, z którym w żaden sposób nie mogła sobie poradzić; możliwe tez, że po prostu nie chciała. Resztkami rozsądku jednak powstrzymywała się od powiedzenia mu tego wszystkiego, jakby obawiając, że owa prawda może wszystko zaprzepaścić. Dlatego zamilkła, czego później żałowała, bowiem ta rozmowa na pewno miałaby być łatwiejsza niż ta, która nadeszła, gdy właściciel kasyna zorientował się, że było z nią „coś” nie tak, jak trzeba. Przełknęła głośno ślinę. – Nic – odparła i nie do końca kłamała: w końcu, juz nic się nie działo; a przynajmniej nie nic, co nie towarzyszyłoby jej każdego dnia: ból, złość na swoją słabość, ogólny brak sił wykończone rakiem i ciążą organizmu. Odetchnęła ciężko, gdy nacisnął. – Mówię – mruknęła niezadowolona, że atakuje ją jej własna bronią. – Luke, cholera, nic mi nie jest! – Upierała się i wstała gwałtownie. – Nic. Nic nowego przynajmniej – niespokojnie kręciła się po jego gabinecie. – Po prostu… biegłam i mnie boli noga. To nic takiego – zapewniła poważnie i spojrzała na niego błagalnie, mając nadzieję, że jej odpuści. – Boli mnie noga – uściśliła – i będzie bolała, jak długo umieram…

    mało optymistycznie nastawiona do życia BELLE, która ma dość karuzeli emocji

    OdpowiedzUsuń
  45. Tak w zasadzie, to Annabella nie miała pojęcia, co powinna była odpowiedzieć Lucasowi w tamtej chwili – nie miała zielonego pojęcia, jak się zachować i jakich słów użyć, bo cała ta sytuacja była całkowicie abstrakcyjna i niemożliwa, szczególnie, gdyby spojrzeć na nią z boku. Oto bowiem zgwałcona, ciężarna i chora na nowotwór dziewczyna biegła jak szalona przez całą, potężną dzielnicę zamieszkiwaną – o ironio! – przez bajkowe postaci, tylko po to, aby sprawdzić, czy jej oprawcy – temu samemu, który złamał jej serce, zmiażdżył ducha walki i zbezcześcił ciało – nic się nie stało, bo usłyszała plotkę o tym, że był napad na jego kasyno. Obrazek ten kompletnie nie mieścił się w żadnych, zdroworozsądkowych ramach i oczywiście, pracownica „Dr du Savoir” doskonale zdawała sobie z tego sprawę – nie potrafiła jednak, pomimo głosu umysłu, który krzyczał do niej, aby się opanowała, zachować się inaczej. Mimo wszystko jej kochające, wielkie serce zawsze miało wygrywać, niezależnie od sytuacji i tak też było w tamtej chwili – szkoda tylko, że owo serce nie mogło jej pomagać, kiedy tematy rozmów schodziły na tak ciężkie kwestie, jak chociażby jej defekt, niedogodność, czy jakkolwiek inaczej nazwać jej kostniakomięsaka, który pożerał ją od środka. Było to bowiem coś, o czym nie umiała mówić ani nawet myśleć – coś tak oderwanego od rzeczywistości, że w ogóle nie brała tego pod uwagę podczas wymian zdań.
    — Nic mi nie jest – zapewniała, naprawdę nie chcąc więcej być doświadczaną przez litość; nie potrafiła jeszcze dobrze oceniać różnicy między litością, a prawdziwą miłością, jakoś nie przyjmując tej drugiej opcji w pełni do siebie. Z tego też powodu wyrwał się jej tak beznadziejny żart, który miał, jak się okazało, olbrzymią siłę rażenia, chociaż w pierwszej chwili jej nie dostrzegła. – S-słucham? – Wybąkała oszołomiona, marszcząc czoło; zatrzymała się w miejscu i spoglądała oszołomiona na właściciela „Tour de Plaisir”. – O-o czym… – urwała gwałtownie, cofnęła się: przerwał jej jego nagły wybuch. Głośno przełknęła ślinę, nie będąc pewną, czy jest bardziej przestraszona, czy może zachwycona przejawem oddania, jakiego była świadkiem. Nie potrafiąc tego natomiast ocenić, uznała, że najlepszym będzie zamilknąć: i dobrze zrobiła, bowiem to, co mówił jej pan Neuvic, chociaż dość ostro i oskarżycielsko, było mocno podbudowujące. Pozwoliła więc mu dokończyć i nie wchodziło w słowo, dopóki jego płomienny, emocjonalny monolog, nie zszedł na jego osobę. – Mam ciebie? – Zapytała cichutko, co chyba samo w sobie było na tyle zaskakujące, że zamilkł, ale tylko na moment. Nim się zorientowała, jeszcze głośniej wyrażał swoje opinie, a ona zamiast jakkolwiek się do tego odnieść, po prostu przycupnęła na brzegu jego biurka i załkała rzewnie. Bardzo długo milczała, pozwalając szlochowi roznosić się po jego gabinecie, a łzom płynąć strumieniami po bladych, piegowatych policzkach, zanim wyszeptała: – Wyjdź za mnie – nie prosiła, nie pytała, ona w zasadzie nakazywała. Nie miała pojęcia, skąd jej się to wzięło i chociaż podświadomie czuła, że mógł równie dobrze kłamać, składając je te wszystkie piękne zapewnienia i obietnice, to jakoś nie mogła się powstrzymać, co, oczywiście, początkowo tłumaczyła sobie kalkulacją materialistyczną, a nie wielkim uczuciem, które ich połączyło i którego nic nie mogło zabić. – D-dzisiaj… dzisiaj, kiedy myślałam, że nie żyjesz… nie – nie dała rady dokończyć: obraz tego, jak umiera, był dla niej zbyt zabijający i straszny. – Chcesz się mną zająć, to wyjdź za mnie – brzmiała na całkowicie przekonaną, mimo że zachowywała się jak niespełna rozumu; i chyba też taka była, skoro właśnie prosiła o rękę mężczyznę, który de facto zrujnował jej życie. – Wyjdź za mnie i złóż mi przysięgi, że jak umrę, zajmiesz się naszym dzieckiem, że znajdziesz sobie dobrą i ładną żonę, która będzie je kochała i nie będziesz prowadził tego cholernego kasyna. Zajmiesz się czymś uczciwym, skończysz z alkoholem i dziwkami, ale… a-ale jeśli nie możesz tego przysiąść i nie dotrzymasz słowa, to zniknij na dobre.

    całkowicie poważna i zwariowana BELLS

    OdpowiedzUsuń
  46. Niewątpliwie to, co sugerowała Annabella – po raz kolejny zresztą – nie mieściło się w żadnych, najmniejszych nawet, ramach zdrowego rozsądku. Oto bowiem sugerowała Lucasowi – a wiadomym było, jaka relacja, jak bardzo ciężka i nieprzyjemna, łączyła ich przez ostatnie trzy lata i w tej konkretnej chwili nie powinno się liczyć tę paręnaście szczęśliwych, kolorowych i ciepłych miesięcy, które wspólnie spędzili w Rochefort en Terre, gdzie zdjęła z niego klątwę siłą swej miłości: tej miłości, która również pachnęła ją do tej idiotycznej najpewniej, szczególnie z punktu widzenia postronnych, decyzji – małżeństwo, mimo że poprzednie okrutnie i brutalnie zniszczył swoimi zdradami i traktowaniem jej w sposób wyjątkowo nieodpowiedni. Próbowała sobie jednak wmówić, że robi to ze względu na dziecko i z egoistycznych pobudek – takich właśnie, jak wikt, opierunek, prywatni i najlepsi specjaliści dla siebie i tego maluszka pod jej sercem, bo przecież pan Neuvic musiał jakoś zadośćuczynić swoim czynom – a nie z tego, co podpowiadało jej serce. Owszem, na pewno nie zdecydowałaby się na taki krok, gdyby była zdrowa i miała odpowiednio dużą ilość pieniędzy, ba!, pewnie wówczas uciekałaby jak najdalej, o ile byłaby możliwość opuszczenia Fabletown, bo słyszała różne plotki na ten temat – i te raczej nie dotyczyły słynnego żyli długo i szczęśliwie poza dzielnicą, a czegoś zgoła przeciwnego – najpewniej zrobiłaby to – a przynajmniej tak sobie powtarzała, bo prawa była inna: ona naprawdę nie chciała go tracić, niezależnie, czy kochał ją szczerze, czy nie, to jej uczucie niemal absolutnie się nie zmieniło, nie licząc głosu rozsądku, który powstrzymywał ją dotychczas przez głupimi decyzjami. Tym jednak razem jej umysł przegrał i oto oświadczała się swojemu paskudnemu oprawcy.
    — Tak, ożenić – po nabraniu głośno i rozpaczliwie niemal powietrza w płuca, potwierdziła więc swoje słowa, ewidentnie zagubionemu, byłemu mężowi. Spojrzała na niego intensywnie, nie bardzo wiedząc, co powinna o jego reakcji uważać i o ile rozumiała, że mógłby być zaskoczony, bo sama była swoją odwagą oraz determinacją, to chyba liczyła na coś nieco odmiennego od tego, co w początkowej fazie zaprezentował. Nie skomentowała tego, nie dala po sobie niczego poznać, ale pozwoliła mu zbliżyć się do siebie, mimo że przez karmelową głową przeszło jej, że oto szykuje na jakąś szyderczy cios, ten słowny, jak i stricte fizyczny. Odetchnęła z trudem. Wykorzystała to zaś na wyjaśnienie swojego punktu widzenia, jakby naiwnie wierząc, że dzięki temu zbuduje wokół siebie jakąś tarczę ochronną, ale ostatecznie mogła odetchnąć z ulga: nie tylko bowiem nic jej nie zrobił, ale zapewnił, że się z nią ożeni. – Świetnie – skwitowała głucho, dusząc w sobie nagłą falę eufonii i szczęścia, które z niewiadomych przyczyn się w niej pojawiły; wciąż przecież wmawiała sobie, że nie robi tego z miłości, bo nie ma prawa go kochać, po tym, co jej uczynił. – Dobrze, wspaniale – dukała dalej, równie mocno oszołomiona co on, ale dzielnie udająca, że w ogóle nic jej nie rusza. – Okej, to… to w takim razie musimy to załatwić w Urzędzie Stanu Cywilnego – podjęła nagle. – Nie musimy razem mieszkać – dodała szybko – ale wiesz, jakie mogą być problemy… lepiej, żebyś miał papierek. – Mówiła, nieco zagubiona. Spojrzała w jego cudowne oczy. – Proszę, nie kłam – nacisnęła, a kiedy powtórzył, że się nimi zajmie i nie ma żadnych kochanek, westchnęła ciężko, rozdzierająco. – Chciałabym ci uwierzyć, Luke – uśmiechnęła się przejmująco smutno, ale nie była w stanie już mocniej na niego nacisnąć: wybuchł niespodziewanym szlochem i zaczął ronić łzy, który sprawił, że coś poruszyło jej sercem. Zbliżyła się tym razem ona do niego i ułożyła dłonie na jego wielkich, silnych ramionach. – Nie płacz, to tylko oświadczyny – próbowała zażartować, ale raczej z miernym skutkiem. Cofnęła się nieśmiało, uświadamiając sobie równocześnie w pełni, co zrobiła. – Ojej… – sapnęła otumaniona i przysiadła z wrażenia z powrotem na jego biurku.

    w zasadzie chyba nie bardzo wiedząca, co się wyrabia, BELLE…

    OdpowiedzUsuń
  47. Tak po prawdzie, to kiedy to wszystko – jej nagłe poruszenie słowami byłego męża, zrozumienie, że jego zachowanie miało na celu pokazanie jej, ze się zmienia i próbuje zbudować z nią coś od nowa, bo przecież nie mieli czego naprawiać ani odbudowywać, bowiem po ich wcześniejszej relacji nie został nawet pył, rozwiany przez lodowate wiatry samotności, a w konsekwencji uświadomienie sobie, ile on dla niej znaczy oraz że sama rzeczywiście sobie nie poradzi, co doprowadziło natomiast do oświadczyn, w których prosiła prawdziwą Bestię o rękę, co samo w sobie było skończonym absurdem – się zadziało, Annabella kompletnie nie była pewna, jak powinna była się zachować: co mówić i co robić. Nagle się zagubiła. Co gorsza, nie miała pojęcia, z czego to wynikało, bo przecież dosłownie parę sekund wcześniej była pewna, że to był najlepsze rozwiązanie – przynajmniej połowicznie dla niej i połowicznie dla jej dziecka, bo owszem, zdawała sobie sprawę, że Lucas może zwyczajnie kłamać w związku z kochankami, czy zajęciem się czymś bardziej odpowiednim, a przynajmniej nieszemranym i bezpiecznym – zresztą, i tego jej nawet nie obiecał, ale widocznie nie mogła oczekiwać zbyt wiele; już dawno pogodziła się z tym, ze jej zdanie nie ma najmniejszego znaczenia – ale liczyła chociaż, że zapewni temu maluszkowi pod jej sercem wszystko, co najlepsze; że faktycznie chociaż jemu okaże odrobinę miłości i czułości, a nie otoczy go niańkami i służbą, mając w pamięci to, co się z nim stało, gdy ojciec po śmierci matki go odrzucił. Najpewniej była naiwna, ale w zasadzie nie było innej opcji – jej babcia nie mogła się zajmować oseskiem, bo ani nie miała zdrowia, ani też środków i chociaż chciałaby wierzyć, ze choroba jej nie pokona, to od dawna nie była optymistką.
    — Inaczej – podjęła jednak nagle. – Nie zabronię ci kontaktów z innymi kobietami – wyjaśniła. – Masz swoje potrzeby, nas nic nie łączy, a połączy jedynie kwitek, który zapewni temu maluchowi godny – podkreśliła z emfazą, ładując w to słowo wszystkie swoje nadzieje, jakie pokładała we właścicielu kasyna – byt, dlatego… baw się. Baw się dobrze, ale zajmuj się nim. Niech nigdy nie widzi cię w towarzystwie dziwek ani pijanego, czy… czy wściekłego, dobrze? – Naprawdę jej na tym zależało. – To, co robisz poza moim i jego wzorkiem, w ogóle mnie nie obchodzi ani nie dotyczy. Bylebyśmy byli bezpieczni – podkreśliła, nieco kłamiąc, bo w rzeczywistości przejmowała się panem Neuvicem bardzo, ale nie chciała tego okazać, obawiając się, że faktycznie ich relacja może wejść na nieco wyższy poziom, który ponownie mógłby być zostać zaprzepaszczony, a z tego rodzaju bólu, Belle już by się nie wykaraskała. – Nie mów tak – przerwała mu więc ostro, gdy zapewniał, że wie, co jest ważne i się nauczył na własnych błędach. – Nie chcę ani tego nie potrzebuję. Potrzebuję natomiast dożyć do porodu i zapewnienia, że to dziecko będzie otoczone miłością – wyjaśniła chłodno i przycupnęła na jego biurku, wzdychając. Nie spodziewała się tylko, że jej reakcja, przypominająca raczej dźwięk ulatującego powietrza z balonika, co świadczyło o braku jej sił, tak mocno zaalarmuje mężczyznę. Nim się zaś obejrzała, już był przy niej i trzymał jej twarz w swoich dłoniach. Zmarszczyła zabawnie brwi. – Nic mi nie jest – odparła powoli, chociaż jakby się dobrze zastanowić, to wciąż miała trudności z oddychaniem, a noga nadal ją bolała. – Nie nazywaj mnie proszę „kochaniem” – przymknęła powieki i sapiąc przez nos, co pokazywało jej skrajne wzburzenie. – Och… czy mam? Oczywiście, że mam, całą masę! – Odparła, jakby to była najbardziej logiczna rzecz na świecie. – Wiem też jednak, że jesteś moją ostatnią deską ratunku – wiedziała, że zasłużył sobie na takie określenia, a mimo to, coś ją w sercu ścisnęło, gdy to powiedziała. – Nic lepszego mnie nie czeka, dlatego… dlatego nie pytaj. Nie pytaj nigdy więcej, bo ja nie mogę się rozmyślić ani unieść się dumą – powiedziała, wciąż grając wycofaną i nieprzyjemną w obyciu, bo tak było łatwiej.

    rozedgana, zagubiona, ale w głębi duszy przekonana, że dobrze robi, BELLE

    OdpowiedzUsuń
  48. Naprawdę, trzeba było być mało normalnym człowiekiem, aby odrzucać od siebie miłość – aby decydować się na wieczne cierpienie, na potępienie i na poczucie samotności, zamiast przyjąć do siebie najprawdziwsze, najsilniejsze i zwyczajnie najcudowniejsze uczucie na świecie, z nieważne jak silnych pobudek. Owszem, może życie w nowojorskim Fabletown nie było czymś, co można było nazwać „bajką” i może w tym świecie miłość nie zawsze pokonywała wszystkie przeciwności losu oraz może rzeczywiście kochanie Bestii nie należało do najprostszych zadań – ale jednak to była miłość, ten jej rodzaj, który zabijał i jednocześnie wskrzeszał, który dusił, ale w natychmiast pozwalał zaczerpnąć tchu, który pchał do najgorszych czynów, ale jednocześnie uszlachetniał, jak nic innego. Ewidentnie więc Annabella była szalona. Co gorsza, swoje szaleństwo definiowała poprzez pryzmat tego, że w ogóle rozmawia z Lucasem – poprzez to, że przybiegła do niego, przerażona wizją świata bez niego w nim, nawet mając w głowie nadal wszystko, co złe, czego się na niej dopuścił; tego, że w ogóle mu zaproponowała małżeństwo i wcale nie zrobiła tego z egoistycznych pobudek, a z tego, co tliło się w jej sercu, a co ją bezdennie wręcz przerażało; tego, że naprawdę nie umiałaby bez niego istnieć, bo przecież, nieważne co się między nimi wydarzyło, było historią dłuższą niż czas, połączeniem dwóch serc w silnym splocie doprowadzonym do siebie przez przewrotny los na wieczność. Uznała jednak, że granie i przybieranie masek obojętności będzie znacznie bardziej bezpieczne – przynajmniej dla jej własnego zdrowia psychicznego, chociaż w rzeczywistości, takie zachowanie tylko bardzie ją męczyło i dobijało, bo nienawidziła kłamać, a oszukiwała wówczas nie tylko byłego męża, ale i siebie.
    — J-ja… ja… – widząc jednak, jak mocno go zraniła, bo ślepa nie była i, cholera, znała go lepiej niż własną kieszeń, toteż zawsze potrafiła rozpoznać jego stany emocjonalne, zalała ją fala nienawiści do samej siebie. Miała więc wrażenie, że zaraz zwymiotuje od natłoku paskudnych uczuć, które ją obsiadły, niczym komary i wysysały z niej wszelką możliwą energię. Nim się zaś obejrzała, stała oparta pośladkami o biurko w gabinecie pana Neuvica i płakała żałośnie oraz rzewnie, roniąc wielkie, gorzkie łzy zalewające jej blade policzki i dusząc się własnym szlochem. Najpierw jednak była na tyle cicha, że nie musiał zwrócić na nią uwagi: eskalacja jej wybuchu przypadła na moment, kiedy wspomniał o dacie ślubu, a ona kątem smutnego, pustego oka spostrzegła, jaki dzień miał zakreślony na naściennym kalendarzu. Zawyła zrozpaczona. – Wszystko zniszczyłeś – sapnęła nagle oskarżycielsko, cała się trzęsąc. – Zniszczyłeś mnie, nasze małżeństwo, to co nas… połączyło… zniszczyłeś, więc tak: nie powinieneś mnie obchodzić! – Krzyknęła nagle. – Powinnam cię nienawidzić, a nie kochać i chcieć za ciebie wyjść! Powinnam była cię zabić za wszystko to, co mi zrobiłeś! – Wyrzucała z siebie cały żal, jaki w niej siedział. – Powinnam na ciebie pluć i unikać, jak ognia, a ja… ja nawet nie umiem cię okłamać, że nic dla mnie nie znaczysz… – dodała znacznie ciszej. – Więc nie mówi mi, że cokolwiek wiesz, albo rozumiesz, bo nie wiesz i mówiąc, że straciłeś moją miłość, właśnie to udowodniłeś – zakończyła, pociągając żałośnie nosem. Chwilę maszerowała sztywno po pomieszczeniu, zanim podjęła głucho: – Wybierz jakiś dzień – machnęła obojętnie ręką – i… i tak… tak, właduj we mnie miliony, których ci nie zwrócę i zabiorę ze sobą do grobu. Świetny plan – zakpiła okrutnie, naprawdę nie mając wiary w to, że uda się ją wyleczyć. – To twoje pieniądze, rób co zechcesz – dodała jeszcze, przecierając twarz dłońmi. – T-to… to może ja już pójdę, co? Dobrze, że nic ci nie jest i… oj… – zaczęła się wycofywać, ale potknęła się o własne nogi: zachwiała się, obiła plecami o ścianę i syknęła, gdy źle stanęła na tej kończynie, w której znajdowało się ognisko jej choroby. – Zaraza. – Warknęła wściekle pod nosem.

    skonfundowana całkowicie, przerażona sama sobą i mocno obolała, BELLE

    OdpowiedzUsuń
  49. — Powinnam – przytaknęła cichutko Annabella, uciekając wzorkiem od Lucasa, mimo że przecież mówiła prawdę. Każda inna, rozsądna kobieta na jej miejscu, a za rozsądną i inteligentną kobietę na dodatek się uważała, załatwiłaby sprawę ze swoim byłym mężem zgoła inaczej. Przede wszystkim, od początku bowiem powinna była wystąpić o zakaz zbliżania się dla niego do niej, co byłoby słusznie argumentowane jego niepoczytalnością i skłonnościami do furii, których nie dało się przewidzieć, a które wielokrotnie odczuwała na sobie nie tylko w sposób psychiczny, ale również i fizyczny, a biorąc pod uwagę, że temperament właściciela „Tour de Plaisir”, nie było wątpliwości, że nie potrzebowałaby dowodów w postaci nagrań, czy zdjęć tego, co jej uczynił. Następnie, nawet jeśli nie podjęłaby tego kroku, to na pewno jej zadaniem było zrobić wszystko, aby jej nie nachodził, co mogła załatwić na wiele rożnych sposobów, czego konsekwencją najpewniej byłoby uniknięcie gwałtu i ciąży, chociaż dziecko w tym wypadku było jej wybawieniem i powodem, dla którego chciała jeszcze żyć. – Bardzo powinnam – dodała słabo, w związku z tym, raz jeszcze i zaczęła się wycofywać, co niestety, po raz kolejny, skończyło się porażką jej pięknego umysłu ze słabym organizmem. – Ajajaj… – wyjęczała, nie panując nad sobą.
    Ból jednak był na tyle na duży – i niespodziewany – że tym razem nie umiała zrobić dobrej miny do złej gry – nie po tym, jak przeszła przez istne, emocjonalne piekło i nie po tym, jak biegła, jak szalona, sądząc, że straciła swojego ukochanego, tym samym nadwyrężając sobie chorą nogę; nie po tym, jak zwyczajnie kompletnie opadła ze wszystkich sił. Wynikiem natomiast tego była natychmiastowa reakcja mężczyzny znajdującego się obok w gabinecie, z którą nie mogła i nie chciała walczyć – zdawała sobie sprawę ze swojej beznadziejności i okrutnych słabości, toteż postanowiła skorzystać z jego pomocy. Co prawda, w pierwszej chwili, kiedy rzucił paroma przekleństwami, zapowiedział, że zabiera ją do domu, chwycił kluczyki od samochodu i ją bez trudu – była dość mocno zagubiona. Nie protestowała jednak – również dlatego, ze zwyczajnie nie miała do tego najmniejszej energii.
    — Och… – mruknęła jedynie na huk otwieranych z impetem drzwi, po czym zacisnęła powieki i mocno się w niego wtuliła, nie wyłączając się jednak od dźwięków panujących wokół; słyszała więc doskonale wymianę zdań, jaką przeprowadził, a która nieco ją faktycznie spłoszyła: naprawdę miała złe skojarzenia z jego uniesionym tonem i niecenzuralnymi słowami, bowiem te prowadziła wprost do obrazów, kiedy traktował ją zwyczajnie podle po tym, jak uciekli przed Adwersarzem do Fabletown. Nie skomentowała tego, ale było po niej, szczególnie kiedy już siedziała w aucie, że wcale nie czuje się z tym faktem dobrze i jest mocno zagubiona w całej sytuacji. Przełknęła głośno ślinę, gdy były mąż do niej zagaił, a w zasadzie: zaczął swój monolog, którego ona nie miała szansy ani nawet ochoty przerwać. – Nie każ mi o tym rozmawiać, dobrze? – Dosłownie zaczęła go błagać jedynie na koniec, nie odnosząc się na początku do żadnych innych jego słów; referowała rzecz jasna do jego pytania o to, czy naprawdę go kocha: cóż, chyba jej reakcja na wieść o napadzie w kasynie mówiła sama przez się. – Nie każ mi… nie mogę… – przymknęła powieki i odetchnęła ciężko. – Tak – przytaknęła w końcu. – Zabierz mnie do domu – poprosiła i postanowiła do niczego się nie odnosić, bo w pewnym sensie go rozumiała.

    wiedząca, że mąż ją kocha, ale wciąż naprawdę mocno zszokowana, zagubiona i przytłoczona BELLE, która niedługo się ogarnie ze wszystkim, no ale lekko ni jest, nie?

    OdpowiedzUsuń
  50. — Dziękuję – szepnęła jeszcze, niemalże niedosłyszalnie Anabella, kiedy Lucas powiedział jej, że ma całkowitą rację, a następnie przeprosił, że w ogóle poruszył temat jej uczuć wobec niego. Cóż, niewątpliwie nie zasługiwał na tego rodzaju wdzięczność, bowiem przecież nie miał prawa zadawać jej takich pytań, niezależnie od wszystkiego, ale też nie chciała go zostawiać bez słowa: nie chciała, aby pomyślał sobie, że jest na niego zła, bo przecież nie była. Owszem, temat był trudny i mocno nieprzyjemny, przynajmniej dla niej, bo oznaczał uzewnętrznianie się, a tego się przecież panicznie wręcz obawiała, ponieważ nie tylko nie umiała mówić o swoich uczuciach, ale i w głowie nadal miała te wszystkie chwile, kiedy wykorzystał jej słowa przeciwko niej samej. Wolała więc zdecydowanie zachowywać tak istotne kwestie tylko dla siebie; przynajmniej na razie, a biorąc pod uwagę, że naprawdę widziała, jak się zmienia i ile pracy w to wkłada: nie wierzyła, aby to trwało zbyt długo, szczególnie, jeśli dodało się do tego jej olbrzymią słabość wobec niego. – Nic się nie stało – dodała jeszcze tylko, chociaż również absolutnie nie miał prawa doświadczać z jej strony takiej dobroci i czułości; nie umiała jednak przejść obojętnie obok jego zmieszania i zagubienia. – Tak… dom – powtórzyła, w związku z tym tylko i zamilkła na dobre.
    Nosiła w sobie lekką obawę, że jeśli ponownie się odezwie, albo zostanie zgadana – powie zbyt wiele. Wiedziała zaś, że nie powinna, bo to, co ich łączyło było może i piękne, ale zniknęło przed trzema laty i to z jego winy. Ponadto, wciąż w głowie jej huczały jego paskudne słowa, którymi ją katował oraz nadal na sobie czuła każdy czyn, jakiego się na niej dopuścił. Owszem, z dnia na dzień wspomnienia owe zdawały się coraz bardziej zacierać, ale nie chować pod grubą warstwą kurzu, który je po prostu przykrywał i dawał im się rozwijać w ciemności i duchocie smutku oraz żalu, ale zwyczajnie – blakły, wymazywały się, niczym za dotknięciem magicznej gumki. Nie bardzo, co prawda, wiedziała, co to może oznaczać, ale im dłużej to trwało – tym czuła się lżejsza, jakby szczęśliwsza. Pewnie też dlatego w ogóle pozwoliła panu Neuvicowi w ogóle wejść z nią „Dr du Savoir”, ba!, sama poprosiła go o pomoc – tłumaczyła to sobie, rzecz jasna tym, że po prostu z powodu rwania w nodze wolała mieć jakieś oparcie i wsparcie, zwłaszcza, że ciąża nieco utrudniała jej poruszanie się, ale tak naprawdę zwyczajnie chciała czuć jego cudowny zapach i wspaniałe ciepło wielkiego ciała. Okazało się zresztą, ze dobrze zrobiła, bowiem jego wielkie palce znacznie łatwiej i skuteczniej wcierały maść w ognisku największego bólu, a głos zachwycająco uspakajał.
    Uspakajał zaś na tyle mocno, że nim się zorientowała, po prostu zasnęła, rozgrzana herbatą i znacznie mniej cierpiąca – nie spodziewała się tylko, ze zaczęła odpoczywać na jego udach, tak jak to miała kiedyś w zwyczaju; nawet wówczas, gdy jeszcze tkwił pod postacią bestii. Obudziła się jednak dziwnie – jak od dawna się nie czuła – wypoczęta i nawet uśmiechnięta, mimo że Luke’a nie było obok: szybko jednak zorientowała się, dlaczego właśnie ogarnęło ją takie silne przeświadczenie, że jest zwyczajnie dobrze, a powodem tego była przesiąknięta wonią dębowego mchu, odświeżającej mięty i słodko-kwaśnej cytryny, marynarka mężczyzny, którą zwinął w kłębek i podłożył pod jej głowę, co później wyczytała z jego esemesa, w którym tłumaczył się ze zniknięcia. O dziwo, wcale nie podobało się jej, że babcia go wyprosiła i nie omieszkała jej tego powiedzieć – wtedy też po raz pierwszy widziała tak wściekłą Lilę, której złość notabene narosła, gdy tylko dowiedziała, że jej wnuczka pragnie po raz kolejny wejść do tej samej rzeki i wyjść za mąż za byłego męża, co faktycznie brzmiało wyjątkowo abstrakcyjnie, gdy się wypowiedziało na głos. Belle była jednak tego jeszcze pewniejsza, niż w chwili, w której to sugerowała w „Tour de Plaisir”, toteż ostatecznie wymiana zdań między kobietami zakończyła się poważną awanturą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie podzieliła się jednak tym wydarzeniem z właścicielem kasyna, nie tylko dlatego, że nie miała jak – okres od wtorku do piątku spędzili z dala od siebie, bowiem w związku z napadem, miał pełne ręce roboty i niemal w ogóle się nie widywali, co zaczęło jej, ku jej wielkiemu zaskoczeniu, mocno doskwierać – ale również nie chciała go niepotrzebnie martwić. To było w końcu jej kłopoty, nie jego, a wiedziała, że czułby się za nie odpowiedzialny i chciałby je naprawić – skąd jednak miała tę pewność: nie wiedziała. Wiedziała natomiast, że bardzo się ucieszyła na wyjazd do ginekologa-onkologa, mimo że ten ostatecznie wcale nie miał dla nich dobrych wieści: na takie jednak chyba nie do końca pani Chevalier liczyła, będąc okrutna realistką i doskonale zdając sobie sprawę z tego, jak bardzo niedobry był stan jej zdrowia; cudów nie oczekiwała, chyba jednak w przeciwieństwie do pana Neuivca. Przynajmniej jednak obydwoje mogli posłuchać w spokoju bicia serduszka ich dziecka oraz je dokładnie obejrzeć – podekscytowała ją także myśl o tym, że niedługo będzie mogła poznać płeć tego słodkiego intruza, który, jak zapewniał specjalista, doskonale rozwijał się pod jej sercem. Finalnie natomiast, na pocieszenie, ofiarowała Bestii zdjęcie USG, widząc, jak bardzo nim poruszyły te dobre i te złe wiadomości, zasłyszane od prywatnego lekarza, próbując to zbagatelizować, ale raczej miernie jej to wyszło: jasnym było, że zwyczajnie pragnęła go uszczęśliwić, czego następstwem był wspólny powrót na Sesame Street i zaszycie się na piętrze, w jej mieszkanku; księgarnia tego dnia była zamknięta, bowiem pani Faucheux również znajdowała się poza zasięgiem. Mieli więc chwilę spokoju na to, aby porozmawiać – chociaż jeszcze miała pojęcia o czym – pobyć o b o k siebie i zjeść coś na kształt deseru.
      — Tam przecież nic nie ma – po raz pierwszy od bardzo dawna, Annabella śmiała się i chichotała, jak podlotek, tak szczerze i swobodnie, spoglądając na Lucasa z czułością, ale także lekkim pobłażaniem: był niewątpliwe uroczy w całym swoim ojcowskim zagubieniu, ale także dosłownie namacalnej miłości do tej drobniutkiej istotki, którą umieścił w jej łonie; już nie określała tego mianem gwałtu. – O matko, co ja się z tobą mam… – skwitowała jeszcze radośnie, krojąc ciasto śmietanowe, które przygotowała o poranku, gdy najpierw zerwał ją ból, a później podniecenie nie dało jej zasnąć. – Przestań już – namawiała, ale on się zdawał tylko mocniej nakręcać, a ona w ogóle nie czuła potrzeby poprawiania go, rozgraniczania, czy to jego, czy to jej, czy może ich dziecko, bo było i c h , niezależnie od wszystkiego, z tym, że jej było z przypisania i zasady, a jego: dzięki ciężkiej pracy i udowadnianiu, że jest jego godzien. – Taak… tak… zaraz… z-zaraz usiądę… – nagle się zmieszała i jakby zagubiła w tym, co chciała robić. Odłożyła nóż, otarła dłonie o szmatę i skierowała się do swojej sypialni, gdzie z szufladki nocnej wyciągnęła małe, aksamitne pudełko. Chwilę wpatrywała się w nie, sunąć palcem po miękkim, czarnym materiale, nie wiedząc czemu, ale mając potrzebę pokazania go byłemu mężowi. Po prostu: ot, chwila zadecydowała o tym, że jednocześnie uderzyła w nią jego troska, ich zaręczyny oraz planowany ślub, co natychmiast sprowadziło się do tego puzderka, które minutę później wylądowało przed właścicielem kasyna. Milczała cały ten czas, kiedy on pytał, podziwiał, dotykał i się zachwycał: milczała, siedziała i słuchała, zastanawiając się, czy dobrze uczyniła. Co prawda, już dużo wcześniej myślała o ich obrączkach i swoim pierścionku zaręczynowym, które zawsze trzymała blisko siebie, ale nigdy nie była tak przekonana, że czas je wyciągnąć na światło dzienne. – Na początku nie rozumiałam, o co ci chodzi, wiesz? – Podjęła ni z tego, ni z owego, jakby nie słysząc jego wcześniejszego wywodu. Odetchnęła ciężko. – Nie wiedziałam, dlaczego wtedy… gdy oddawałeś mi – spojrzała wymownie na plecione kółeczko będące jej dowodem miłości do niego – obrączkę powiedziałeś o swoim sercu… nie wiedziałam tez, dlaczego poczułam się…

      Usuń
    2. naga, obdarta ze wszystkiego, kiedy schowałam go – uniosła złoty pierścionek z czarnym diamentem w koszyku z brytanów – do szuflady. – Zaśmiała się krótko. – Teraz wiem – wymownie na niego spojrzała, ale nic nie powiedziała; jasnym było, że referowała do ich miłości, która wbrew wszystkiemu, nadal utrzymywała się przy życiu w okrutnym wszechświecie. Ponownie między nimi zapadła cisza, przerwana nagłą propozycją pana Neuvica, która była dla Belle niczym uderzenie obuchem w głowę. Przełknęła głośno ślinę i włożyła całe swoje siły, aby nie rozpłakać się ze wzruszenia. – J-jeśli… jeśli chcesz… – potaknęła karmelową głową. – Okej… jeśli tego właśnie chcesz… – nie mógł wiedzieć, jak wielkie szczęście nią ogarnęło w tamtej chwili. – O ile, oczywiście, będzie wolny termin w Urzędzie – dodała szybko, próbując radzić sobie z własną radością.

      janiemogę, ona (BELLE jeszcze-CHEVALIER, żebyście nie mieli z bestyją wątpliwości, lol) jest zajebiście szczęśliwa, ale sobie pogrywa, bo jest głupia, no ale kocha i w sumie nie może się doczekać i ja tez nie, o losie, jak się cieszę, o ♥

      Usuń
  51. Tak po prawdzie, z ręką na sercu, gdybyś ktoś zapytał Annabellę, dlaczego zatrzymała pierścionek zaręczynowy z czarnym diamentem – tak bardzo zbliżonym kolorem do jej oczu – oraz obrączkę ślubną wysadzaną brylantami, zrobioną z tego samego kawałka złota, z której wykonana splot, jaki nosił swego czasu na serdecznym palcu prawej dłoni Lucas, to nie potrafiłaby odpowiedzieć w żaden sposób logiczny. Ot, po prostu – schowała je do aksamitnego puzderka i o ile to samo w sobie nie byłoby dziwne, bo jednak były to symbole niegdysiejszej wielkiej miłości, olbrzymiego oddania i bezbrzeżnej czułości, które połączyły ją świętym węzłem z byłym już małżonkiem, toteż swoisty sentyment nie był zaskakujący: tak już fakt, że pozwoliła sobie na zatrzymanie kółka, które należało właśnie do jej oprawcy oraz to, że trzymała je, jakby nie patrzeć, bardzo blisko siebie, bo szafeczce nocnej, gdzie mogła zawsze sięgnąć, niezależnie od zmęczenia, czy zaspania, juz nieco nie mieściło się w ramach „normalności”. Było w nich jednak coś, co sprawiało, że pani Chevalier, niezależnie, jak bardzo chciała się pozbyć wszelkich wspomnień z pseudo-bajkowym życiem w Rochefort en Terre, czy tych związanych już z pasmem upokorzeń, bólu i poczucia beznadziejności, jakie zostało jej zgotowane w małym piekiełku zwanym Fabletown – zwyczajnie nie umiała się ich pozbyć. Niemniej, tak jak nie miała pojęcia, czemu je trzymała – tak nie wiedziała, dlaczego postanowiła je piętnastego lipca dwa tysiące siódmego roku, po badaniu ginekologicznym, nagle pokazać je panu Neuvicowi. Po prostu: pchnęła ją do tego siła, której nie potrafiła – lub nie chciała – się postawić, czego później musiała zbierać żniwo: siedzieć ponownie zagubiona i nieco spłoszona we własnej kuchni.
    — Tak, jeśli chcesz – przytaknęła szybko, zdecydowanie zbyt szybko, jak na „small talk”, co ewidentnie było objawem jej zażenowania i niemożności odnalezienia w sytuacji, którą sama sprowokowała: z jednej strony cieszyła się jak dziecko, że dzieli się czymś tak istotnym z właścicielem kasyna, z drugiej niestety nadal w głowie jej huczała myśl, że mógłby to wykorzystać przeciwko niej i ponownie skrzywdzić. Niestety, nie potrafiła zachowywać chłodu i dystansu, kiedy on, ten jeden konkretny mężczyzna na całej ziemi, ewidentnie był raniony i niezadowolona. Odetchnęła ciężko i mimowolnie, prawie że krzyknęła: – Nie, nie ma problemu… nie ma… to w sumie dobry pomysł – przyznała całkowicie szczerze, a jej czekoladowe tęczówki zabłysły radością i trwały tak rozjarzone cudownie, nawet wówczas, kiedy postanowiła dodać coś, co w jej opinii miało nie uczynić jej tak żałosną i beznadziejnie zakochaną: – Nie będzie trzeba się tłumaczyć, jak ktoś zobaczy coś… wiesz… no i łatwo zapamiętać… – mieszała się, aby nagle stężeć. Długo milczała, wcześniej delikatnie chwytając go za rękę, jakby w geście pocieszenia. – Pewnych rzeczy nie da się wymazać, Luke – wyszeptała w końcu z nieopisanym smutkiem. Następnie pozwoliła mu się uzewnętrznić, co ostatecznie skwitowała: – Ósmy sierpnia brzmi naprawdę… fajnie – przyznała poważnie, z głębi serca, wciąż jedynie cudem powstrzymując się od egzaltowanego wybuchu wesołości i skorzystania z wielkich, pięknych słów; nie chciała już nigdy więcej okazywać przy nim słabości, co oczywiście prowadziło do szalonych skrajności, czego jeszcze niestety nie dostrzegała. – Zadzwoń do urzędu – rzuciła nagle, wycofując się – a ja… ja dokończę to ciasto i… i-i herbatę – wydukała, wstając gwałtownie od stołu i kierując się do kuchni. Tam, co prawda, zeszło jej znacznie dłużej, niż przypuszczała, bowiem dużo myślała nad tym, co się stało, czego ostatecznie musiała zaniechać, bo tylko bardziej się denerwowała i wprowadzała większy chaos w swój umył. – Jestem – zaanonsowała się więc sztucznie i nienaturalnie podjęła: – Jak tam w kasynie? Wszystko dobrze? – Niełatwo było udawać, że zawiódł ją na tym polu, ale przecież nie miała praw wymagać od niego tak wielkich kroków.

    naprawdę zagubiona, ale bezdennie kochająca BELLS, która po prostu nie bardzo umie w kontakty z byłymi mężami

    OdpowiedzUsuń
  52. Miłość zdecydowanie była uczuciem, które najbardziej ze wszystkich możliwych uczuć – tych istniejących i zdefiniowanych oraz nawet tych, które jeszcze nie miały swojej nazwy – była najbardziej skomplikowana; jakkolwiek beznadziejnie to brzmiało, bowiem takie słowo wydmuszka, zdawało się nie pasować absolutnie do tak potężnej emocji, mimo że z drugiej strony: było najbardziej adekwatne. Potrafiła być piękna, a jednocześnie niebezpieczna w swojej siły; potrafiła równie mocno – i jednocześnie! – uszczęśliwiać, jak i krzywdzić; potrafiła pchać do robienia najcudowniejszych rzeczy na świecie, nie oczekując niczego w zamian, ale czasem podsuwała straszliwe wizje, które w konsekwencji wprowadzono w życie i raniono nierzadko innych. Miłość więc bywała zaborcza, bywała zazdrosna, bywała żądna uwagi – wbrew temu, co głosiła obiegowa opinia: miłość taka była, obok swojej mocy, swojego uroku, swojego poczucia bezpieczeństwa w obecności tej drugiej, ukochanej osoby, ale trzeba było znaleźć w niej po prostu idealny, złoty środek, korzystać z jej wszystkich dobrodziejstw, ale jednocześnie wystrzegać się pokus., jakie ze sobą niosła. Jedno jednak było całkowitą bzdurą: od miłości do nienawiści, wcale nie było tak prosto przejść, a Annabella była tego chodzącym dowodem, mimo że to przecież właśnie powinna nienawidzić Lucasa, przez to, co jej uczynił, a jednak – cały czas, niezmiennie za nim szalała. Owszem, był to trochę inny rodzaj miłości, niż ten, który odczuwała, na początku ich znajomości – był dojrzały, był przepełniony smutkiem, był bardzo statyczny i raczej płochliwy w chęci swojego okazywania, co wynikało ze strachu, że mógłby to wykorzystać przeciwko niej. Podobno bez zaufania nie było miłości – ona była tego zaprzeczeniem.
    Oto przecież rozmawiała ze swoim byłym mężem, największym oprawcom, kim, kto kompletnie ją złamał i ustalała z nim datę ich ponownego ślubu, z trudem ukrywając fakt, jak bardzo ją to cieszy – pryzmując maskę egoistki i materialistki, która decyzje podejmuje tylko ze względów wygodnictwa. Było jej naprawdę źle, ale zwyczajnie obawiała się tego, co mogłoby nastąpić, gdyby faktycznie pan Neuvic spostrzegł jej potężną radość w sercu.
    — Zadzwoń – przytaknęła więc w sztywno, w całym swoim zagubieniu naprawdę nie wiedząc, jak powinna była się zachować. Przy okazji zaś, czuła się doprawdy paskudnie, bo znała właściciela kasyna na tyle dobrze, aby odczytywać u niego różne emocje, nieważne, jak bardzo próbował je ukryć. Uznała jednak, że najlepiej będzie go zostawić z prostym zadaniem i wrócić po dłużej chwili walki ze sobą, co niestety zaowocowało wyjątkowo głupim pytaniem z jej strony. – Tak… w kasynie… – przytaknęła bardzo powoli, mając wrażenie, że jeszcze moment, a zwyczajnie przytuli go do siebie mocno, spostrzegając jak jego błękitne tęczówki dziwnie się błyszczą: miał w oczach łzy, najpewniej spowodowane jej okrutnymi, chłodnymi i zdystansowanymi słowami. – W kasynie – powtórzyła nieco głośniej, nie bardzo czując się dobrze w tych obszarach ich rozmowy. – O, to dobrze… to bardzo dobrze – wszeptała, kiedy wspomniał o rezygnacji kilku umów; wciąż jednak absolutnie nie podobał się jej rodzaj pracy, jaki wykonywał, czego był właścicielem i jakie usługi, nie tylko oficjalnie, świadczył jego lokal. – Jest dobrze – powtórzyła po nim i zacisnęła usta w wąską linię, podsuwając mu pod nos talerzyk z ciastem. Długo milczała. – Co z urzędem? – Było sztywno, było nieprzyjemnie i było bardzo ciężko: chyba nie potrafili ze sobą rozmawiać i to przerażało panią Chevalier bardziej, niż cokolwiek innego na świecie: zalewał ją zimny pot paniki, gdy myślała o tym, ze przed jej śmiercią nie zdążą normalnie porozmawiać; tak jak kiedyś. – Przepraszam – szepnęła nagle zażenowana. – J-ja… ja… to nie był chyba dobry pomysł, wiesz? To, żebyś tu przychodził… – sprostowała szybko i wyjaśniła: – nie umiem z tobą rozmawiać – spojrzała mu głęboko w oczy, uśmiechając się bezdennie pusto.

    mocno przejęta BELLE, która chciałaby, aby było lepiej, wiecie?

    OdpowiedzUsuń
  53. Było jej naprawdę źle. Chyba tak źle nie było jej nigdy – nawet wtedy, kiedy Lucas traktował ją jak najgorszą szmatę ani wtedy, kiedy czuła na nim zapach kochanek, ani nawet wtedy, gdy się rozwodzili. Może dlatego, że wówczas nie łudziła się, że będzie lepiej – oto stała przed zerowym wyborem: musiała przyjąć to, że jest beznadziejnie i pogodzić się z tym; nie mieć cienia szansy na to, aby zawalczyć o to, na czym najmocniej jej zależało ani tym bardziej mieć ten luksus, aby uwierzyć, że kiedy na jej drodze zapali się światełko na końcu ciemnego, zimnego tuneli, jakim było jej żałosne życie, no chyba że formie sprzedawanej przez popkulturę, a więc śmierci. Annabella jednak siedząc na przeciwko byłego męża na poddaszu „Dr du Savoir” na Sesame Street 28B, patrząc, jak zachwyca się i obraca w wielkich – i potrafiących być przecież czułymi – palcach zdjęcie USG ich dziecka – o którym już nie myślała, jako o istotce z gwałtu, bo to zwyczajnie uwłaczało temu idealnemu maleństwu – i częstując go swoim ciastem oraz pyszną herbatą, której parzenia nauczyła się od pani Imbryk, co chwilę atakowana była wizjami ich wspólnej, szczęśliwej i spokojnej przyszłości. Wracała jej nadzieja – najsilniejsze i najbardziej zdradliwe uczucie zaraz po miłości, bowiem karmione marzeniami, pragnieniami i zapominające o rzeczywistości oraz realnej ocenie okrutnego świata, co nierzadko kończyło się niemałymi tragediami: złamanymi sercami i zawiedzionymi pragnieniami. To natomiast było naprawdę dla niej przerażające, bo nie chciała dawać sobie złudzeń ani też byłemu małżonkowi – nie wiedzieć czemu, to bolało ją równie mocno, co wewnętrzne, własne cierpienie, z którym sobie żałośnie nie radziła. Z tego też wynikało jej podejście – jej słowa, jej wycofanie i jej mimowolne wyznanie obaw.
    — Nie umiem – przytaknęła w związku z tym cichutko, z lekkim nawet wstydem, pochylając głowę do przodu i pozwalając, aby jej karmelowe włosy nieco przykryły jej smutne, czekoladowe oczy; w zasadzie to było jej głupio w równym stopniu, co była przerażona, że faktycznie nigdy się nie dogadają: że ona umrze, a oni wciąż będąc sobie obcy, co było przecież skrajną głupotą, biorąc pod uwagę fakt, co też właściciel „Tour de Plaisir” jej uczynił w przeszłości. Co gorsza, on zamiast przyjąć to do wiadomości i chociażby spróbować jej to wyjaśnić w łagodny i spokojny sposób, postanowił się na nią unieść, naciskać na nią i zmuszać ją do odpowiedzi, której przecież tak naprawdę nie znała: nie wiedziała, na ile niemożność dyskutowania z nim wynika rzeczywiście z braku jej umiejętności oratorskich, a na ile z blokady i strachu przed nim, przełamywanej tylko w chwilach wielkiego szczęścia i niemyślenia o tym, co ją dotknęło z jego strony. Tym sposobem więc tylko mocniej zepchnął ją za wysoki, gruby mur, za którym się kryła i sprawił, że kompletnie zamknęła się w sobie. Bardzo długo milczała, zanim szepnęła całkowicie poważnie i szczerze: – Tak, boję się ciebie – przyznała niewyraźnie i bardzo nieśmiało, a następnie ponownie zapadła między nimi trudna do zniesienia, ciężka cisza. – Boję się ciebie – podjęła, powtarzając wcześniejsze wyznanie. – Boję się ciebie kochać, bo boję się, że wykorzystasz to przeciwko mnie – dodała i kontynuowała: – Boję się tobie ufać, bo boję się, że zawiedziesz to zaufanie. Boję się… boję się z tobą być, bo ja wciąż pamiętam twoje wybuchy… twoje słowa, twoje… gesty – nie wiedziała, jak inaczej nazwać to, że unosił na nią rękę – i… i smród kochanek. Boję się – przytaknęła, wzdychając ciężko i rozdzierająco. – Rozumiem też, ze nie masz ochoty już walczyć ani… ja rozumiem. Nie oczekuję tego. Będziemy tylko papierowym małżeństwem dla dobra tego dziecka, niczym więcej – zapewniła, łamiąc sobie serce. Dłuższy moment nic nie mówiła, aż wreszcie, z nadzieją, z żalem i cierpieniem zapytała: – A mógłbyś cofnąć czas? – Uśmiechnęła się niepomiernie smutno i chwyciła go za rękę. – Cofnij go… błagam… – wyjęczała żałośnie.

    kochająca, ale naprawdę się bojąca, dlatego zdystansowana, BELLE

    OdpowiedzUsuń
  54. — Czyli nie masz sił – skwitowała z nieopisanym wręcz smutkiem Annabella, spoglądając na Lucasa pustymi, czekoladowymi tęczówkami. – Nie, czekaj – powstrzymała go, zanim zdążył jej wpaść w słowo. – Może to źle odczytuję – nadmieniła na sam początek, aby nie było wątpliwości, że tak naprawdę o nic go nie oskarża, ale pragnie przedstawić mu swój punkt widzenia, który był niezbyt, niestety, przyjemny, przy czym absolutnie nie można było się jej dziwić – ale… a-ale to wszystko… – odetchnęła ciężko, zamilkła na moment i dopiero wówczas podjęła raz jeszcze: – Po tym, co się wydarzyło nie masz prawa oczekiwać, że jeden miesiąc mojego cudownego, słodkiego męża – uśmiechnęła się czule, ale było coś w tym uśmiechu pełnego tęsknoty, rozpaczliwego pragnienia, aby obraz mężczyzny siedzącego przed nią nie jawił się jej jako sen, ale był na wieczność już rzeczywistością – sprawi, że ja ci się rzucę w ramiona. Mówienie też, że nic nie przynosi efektów… jest po prostu uwłaczające i okrutne, bo jeśli tak uważasz… to wyjdź – cofnęła do siebie dłoń i zadrżała gwałtownie, marszcząc brwi. Chwilę milczała. – Uważasz się za lepszego – skwitowała nagle. – Uważasz, że ty wiesz jak jest skonturowany świat, że wiesz, że nie jest ani czarny, ani biały, ale w rzeczywistości… ty nie wiesz. Zupełnie nic… – zakończyła cichutko, z bólem i żalem.
    Patrzyła na niego tak, jakby zobaczyła go po raz pierwszy w życiu i tak niejako było. W tamtej bowiem chwili uświadomiła sobie, że pan Neuvic, pomimo całej swojej mądrości – nabytej poprzez setki przeczytanych książek oraz doświadczenie życiowe, jakby nie patrzeć, piętnaście lat większe, niźli jej – naprawdę nie miał pojęcia, jak się czuła, ba!, zdawał się nawet nie chcieć objąć tego swoim umysłem. Uznawał natomiast – przynajmniej w jej, nieco zakrzywionej najpewniej, ocenie – że nie tylko wie lepiej od niej, ale i ona powinna mu w pełni wszystko w ciągu chwili wybaczyć, jakby naprawdę boczyła się o plamkę na sukience, a nie o zniszczone życie. Deprecjonowanie jej uczuć, odnoszenie się do sfery psychicznej i niejako siłowa próba zablokowania jej emocji przed niego, były ponad jej siły – dlatego tak bardzo się zdenerwowała i postanowiła się wycofać gwałtownie; znowu zresztą.
    — Nie możesz cofnąć czasu, nie możesz nic więcej zrobić, zderzasz się z ciągłym oporem z mojej strony… – wymieniała szorstko – no naprawdę, Luke, masz takie ciężkie życie – skwitowała kpiarsko i okrutnie na sam koniec, w pewien sposób wykluczając go z chwil cierpienia po utracie dziecka i zakrywając oczy, gdy ewidentnie odczuwał nieopisany ból na myśl, że mógłby stracić ją z powodu choroby lub tego niewinnego maluszka pod jej sercem. Długo milczała zbierając myśli. – Jesteś pewien… jesteś tak stu procentowo pewien, jesteś tak pewien, że możesz przysiąść na nasze – podkreśliła – życie, że robisz wszystko – nacisnęła – zmienić naszą sytuację? – Patrzyła mu głęboko w oczy. – Naprawdę… jesteś w stanie to zrobić? – Naciskała, ale już była znacznie łagodniejsza. Uśmiechnęła się smutno i zapłakała krótko, acz rozdzierająco. – Kocham cię, Luke – szepnęła ni z tego ni z owego, roniąc cały czas gorzkie łzy. – Bardzo cię kocham, ale jak bardzo cię kocham… tak mocno się ciebie boję. Tak bardzo powinnam cię nienawidzić – dodała i wciągnęła głośno powietrze w płuca. – Spróbuj – nagle podsunęła mu filiżankę z herbatą. – Kupiłam nową, z miętą i cytryną – ponownie skrzyżowała linie ich wzroków; jasnym było, że referowała do jego oszałamiającego zapachu. Sama rozsiadła się wygodnie, gładząc swój brzuszek. – Myślisz, że to chłopiec, czy dziewczynka? – Zagaiła niespodziewanie, wbijając uważne spojrzenie w słodką wypukłość pod jej piersiami; nie jakoś zatrważająco widoczną, ale jej: a więc najukochańszą na świecie. – Ciekawe jakie będzie – wymruczała, jakby wcale jej byłego męża nie było obok. – Heh… czasem… w nocy, jak nie mogę spać, a-a… a często nie mogę – nie przyznawała się jednak, że z fizycznego bólu – to o tym myślę, wiesz? – Szepnęła.

    kochająca ponad wszystko, ale nadal wybitnie zagubiona, BELLE

    OdpowiedzUsuń
  55. Gdyby Annabella nie rozumiała punktu widzenia Lucasa, nigdy nie zdecydowałaby się na porzucenie rozmowy dotyczącej swoich własnych uczuć i skierowania pełni ich uwagi na bezpieczny obszar dyskusji na temat ich dziecka – tego niewinnego maluszka, które zasługiwało na pełnię spokoju i bezpieczeństwa, które postanowili mu za wszelką cenę zapewnić. Wspólny cel zaś niewątpliwie ich jednoczył, co dawało jej nikłą nadzieję – bardzo niewyraźną, ulotną niczym mgiełka i najpewniej kompletnie niepotrzebną, która miała ją w konsekwencji mocno zranić; a przynajmniej tak się nastawiała, woląc obrać pozycję zawsze gotowej na cierpienie męczennicy, niźli dać się ponieść urokowi chwili, po której ostatecznie miał przyjść zawód, bo tych zdecydowanie miała już dość w swoim niezbyt długim, a jednak wyjątkowo wyczerpującym, dwudziestodwuletnim życiu – na to, że może jednak się ze sobą pewnego dnia dogadają. Bolało ją więc niemiłosiernie, że były mąż ciągle podkreślał, że jego próby nic nie zmieniają – jakby faktycznie oczekiwał natychmiastowym cudów, których ona nie mogła mu ofiarować. Jedynym bowiem, co była w stanie zrobić, to próbować i krok po kroczku – chociaż owe kroczki były doprawdy maleńkie – starać się spojrzeć na niego nieco przychylniej. Niestety, najwidoczniej wciąż jeszcze nie byli w pełni gotowi na tę rozmowę, więc po prostu zamiast ich zmuszać do poruszania tak nieprzyjemnych kwestii – postanowiła zagaić o maluszka pod jej sercem; o tę kruszynę, która całkowicie nią zawładnęła i zdawała się równie mocno oddziaływać na pana Neuvica, co było równie piękne, co niepokojąca: miała nadzieję, ze nie jest przy niej tylko ze względu na swojego potomka, bo bycie inkubatorem absolutnie się jej nie podobało i nie miała zamiaru tego akceptować.
    — Och – dlatego też usłyszawszy zapewnienie, iż wcale jej ciąża, notabene poczęta w mało sprzyjających okolicznościach, nie jest powodem, dla którego ciągle przebywał w „Dr du Savoir”, aż zapowietrzyła się z wrażenia: z jednej strony było to coś, o czym marzyła usłyszeć od dawien dawna, a z drugiej bała się mu uwierzyć w prawdziwość tych słów, co absolutnie nie było dziwne, biorąc pod uwagę, jak wiele złego jej wyrządził. Niemniej, odrzuciła od siebie ewentualność, że mógł ją oszukiwać. – Budujesz – wpadła mu więc nagle w słowo, uśmiechając się lekko i mimowolnie dotykając jego policzka, aby ściągnąć z niego łzy. – To będzie trwało… musisz dać mi czas, Luke… musisz – nacisnęła z emfazą, patrząc głęboko w jego oczy. – Nie mogę ci jednak niczego obiecać – dodała szybko, widząc w jego pięknych, błękitnych tęczówkach zdecydowanie zbyt wielki zapał: musiał wiedzieć, że nie może sobie pozwolić na porwanie się pięknym wizjom, bo ona naprawdę nie miała pojęcia, jak miała wyglądać ich przyszłość, nawet jeśli mieli się pobrać ósmego sierpnia, tak jak udało się im ustalić. – Nie mów – przerwała mu gwałtownie – a rób. Wdrażaj plan w życie, bo ja nie potrzebuję słów – zapewniła łagodnie, podsuwając mu nieśmiało serwetkę, gdy zapłakał. – Nie ma problemu – ucięła jeszcze raz temat ich rozmów na temat prób, błędów, starań i oporu, bo to nie był odpowiedni czas na takie dyskusje. Ważniejsze było ich dziecko i to na nie Belle przeniosła środek ciężkości w ich wymianie zdań. – Cudowne – powtórzyła rozmarzona i na moment zamilkła słuchając uważnie właściciela „Tour de Plaisir”, aby ostatecznie ponownie skrzyżować linie ich wzroków. – Chciałabym się móc nim opiekować – wydusiła głucho, drżąc gwałtownie, bo naprawdę przerażała ją myśl, że mogłaby nie doczekać momentu chociażby jednego spojrzenia na swojego maluszka. Zacisnęła usta w wąską linię i ściągnęła brwi, milcząc chwilę. – Chciałbyś dotknąć? – Zasugerowała ni z tego, ni z owego, ze wstydem uciekając wzorkiem w bok. – Wiem, że to głupie, bo… bo nic nie czuć, ale… no… zapomnij… dolać ci herbaty? – Wyrzuciła z siebie skrajnie wręcz speszona. Przełknęła głośno ślinę. – A m-może… może chcesz kanapkę?

    bardzo mocno zagubiona w swoich uczuciach i w sytuacji, niepewna BELLE

    OdpowiedzUsuń
  56. — O ile dożyję – skwitowała niepomierne smutno, naprawdę nie czując się na siłach, na tyle, aby móc przyznać, że naprawdę da radę i doczeka chwili, w której jej maluszek przyjdzie na świat. Tak naprawdę Annabella nie była nawet pewna, czy nie dojdzie do takiej kuriozalnej sytuacji, w której to Lucas będzie musiał podtrzymywać za pomocą sztucznych wspomagaczy jej ciało przy pseudo-życiu tylko po to, aby donosiła ich dziecko na tyle długo, aby mogło żyć poza organizmem matki. Wiedziała bowiem, że taka możliwość istnieje i ta zdecydowanie spędzała jej sen z powiek. – Mam nadzieję, że dopilnujesz – spojrzała mu więc bardzo głęboko w oczy, nie do końca referując do jego toku rozumowania, a do jej własnego, w którym skupiała się tylko na dobru kruszyny pod jej sercem; na niczym innym, siebie absolutnie nie biorąc pod uwagę. – Mam nadzieję… – powtórzyła ciszej.
    Później natomiast chwilę milczała i – co było niewątpliwie dowodem na to, że byli sobie przeznaczeni; ot, malutki gest, który jednak wpompował w panią Chevalier dziwne siły – podjęła dopiero wtedy, kiedy i pan Neuvic chciał coś dodać. Nie mogła jednak przerwać, więc przeforsowała swoje pierwszeństwo, doskonale zdając sobie sprawę z faktu, że jeśli ktokolwiek jej przerwie, ona już po prostu nigdy więcej nie zacznie tego tematu; który notabene wydawał się jej w tamtej chwili niebywale wręcz istotny. Oczywiście, jednocześnie – jak skończona idiotka – próbowała skierować jego myśli na zgoła inne tory, miotając się, pomiędzy chęcią posiadania prawdziwej rodziny i uwierzenia w zmiany zachodzące w swoim mężu, a strachem przed tym, że jej naiwność i wielkie, kochające serce zostaną wykorzystane przeciwko niej i zostanie niepomiernie wręcz skrzywdzona; po raz kolejny zresztą. Prawdą jednak było, że pracownica „Dr du Savoir”, pomimo całkiem feministycznego podejścia do świata i walki o emancypację kobiet oraz o możliwość rozwoju intelektualnego oraz zawodowego – co było jednym z pierwszych traktatów na rzecz Rochefort en Terre jej ukochanego, gdy zniknęła z niego powłoka Bestii – pragnęła mieć blisko siebie tych, których kochała najmocniej na świecie: mieć partnera, dać mu potomka, doczekać z nimi starości…
    — Wiesz… kupiłam taką dobrą kiełbasę… – wyrzucała więc z siebie bez ładu i składu, raz mówiąc o tym, że chciałaby, aby był blisko, a z następnie wycofując się z tego gwałtownie. Spięła się przy tym niemiłosiernie mocno, ale nie powstrzymała Lucasa, kiedy wstał i obszedł okrągły stolik wyłożony ozdobnym, robionym na szydełku obrusikiem przez babcię Annabelii. Odetchnęła ciężko, przełknęła głośno ślinę i zamilkła: czekała na rozwój wypadków, ale nie spodziewała się na pewno tak łagodne i spokojnego zachowania ze strony właściciela „Tour de Plaisir”, który po prostu padł przed nią na kolana i długo patrzył głęboko w jej oczy, jakby chcąc ją przekonać, iż wszystkie jego intencje są jak najbardziej dobrze; ona zaś mu uwierzyła i cofnęła ręce tak, aby miał łatwiejszy dostęp do jej okrągłego brzuszka. Przycisnęła je wówczas skrzyżowane do piersi, wciskając zaciśnięte piąstki pod brodę i wciąż wpatrując się w niego z uwagą. – J-ja… ja… j-ja… – zmieszana, trochę zagubiona i leciutko zawstydzona, przez dłuższy moment nie bardzo wiedziała, co powinna była powiedzieć, aby ostatecznie zapytać cichutko oraz nieśmiało: – Naprawdę będziesz zaszczycony? – Zadrżała, a kiedy to powtórzył, uśmiechnęła się delikatnie. – Możesz – zaprosiła go więc niejako do wykonania tego słodkiego gestu i z zaskoczeniem przyjęła fakt, że nagle się powstrzymał. – Nie mów nic więcej, proszę. – Przerwała mu ostro. – Nie wierzę w twoje słowa – wyjaśniła z bólem – ale uwierzę w dowody… uwierzę w gesty i zachowania – zapewniła poważnie, po czym chwyciła jego dłoń i przycisnęła do swojej wypukłości. – Nie rób jednak tego dla mnie… rób to dla swojego dziecka, które właśnie oficjalnie poznałeś – uśmiechnęła się i o mało nie popłakała się ze wzruszenia nad cudownością i magią tej drobnej, pięknej chwili.

    oczarowana do granic możliwości, zakochana i dziwnie spokojna o przyszłość, BELLE

    OdpowiedzUsuń
  57. Najmniejszym wątpliwościom nie ulegał fakt, że Annabella nie zachowywała się roztropnie ani rozsądnie z wielu powodów, powszechnie zresztą znanych, ale zwyczajnie nie umiała inaczej i wcale nie chodziło tylko o rozpaczliwą potrzebę bycia kochaną i docenioną – co było oczywiście ważne i najpewniej mocno zakrzywiało jej osąd – ale także po prostu o to, że Lucas dawno temu stał się sensem jej istnienia, co wiązało się z tym, że nie umiała z niego zrezygnować, niezależnie od tego, jak mocno przez niego cierpiała. Potrzebowała go – potrzebowała niczym powietrza do oddychania, niczym słońca do życia, niczym odpoczynku do regenerowania energii; był jej więc największym koszmarem, ale jednocześnie całkowitym centrum wszechświata, wokół którego chciała budować swój malutki światek, jakkolwiek to mogło być w ostatecznym rozrachunku niebezpieczne. Dlatego też wmawiała sobie, że będzie lepiej, jeśli się od niego odsunie, bo przecież nie mogła wiedzieć, co przyniesie przyszłość. Problem leżał w tym, że n i g d y nie mogła tego wiedzieć – niezależnie od tego, czy była w bliskich, czy w dalszych relacjach z panem Neuvicem: przyszłość zawsze pozostawała enigmą i nie miała prawa oceniać go tylko przez pryzmat przeszłości. Powinna też spojrzeć na teraźniejszość, co niekiedy robiła, przez co właśnie dochodziło do takich kuriozalnych sytuacji, w których z jednej strony pokazywała, że nie umie bez niego funkcjonować, z a drugiej – manifestowała ostentacyjnie panikę, która wcale nie miała podłoża w jej sercu, a umyśle. Szkoda, ze nie umiała się przyznać przed nikim – nawet przed samą sobą, co zakrawało o ponury absurd – że naprawdę pragnęła, aby jej były małżonek był obecny w jej i ich niewinnego dziecka życiu nie z doskoku, ale na co dzień, blisko; możliwie jak najbliżej.
    — N-no… no to zapraszam… – wymruczała jeszcze nieśmiało, robiąc mężczyźnie jeszcze więcej miejsca i milknąc na moment; pragnienie, aby nawiązywał więź z maluszkiem pod jej sercem wynikało także z tego, aby się znali, czuli siebie i rozumieli już na tak zwanym starcie, gdyby jej zabrakło, pomimo tego, że w pierwotnym założeniu, właściciel kasyna miał być jedynie „wsparciem finansowym” dla tej niewinnej kruszyny, to w ostatecznym rozrachunku Belle coraz mocniej się do niego przekonywała; może nawet zbyt mocno, jak najpewniej oceniliby ją inni. Nie spodziewała się jednak przy tym, że cały ten zabieg, w którym Luke kładł swoje wielkie, silne dłonie na jej zaokrąglonym brzuszku, będzie aż tak przyjemny. Dosłownie zapowietrzyła się z wrażenia, długo poszukując spojrzenia mężczyzny, aby się upewnić, czy poczuł to samo: jego błękitne tęczówki mówiły, że owszem. Ona zaś uśmiechnęła się rozmarzona. – N-no wiesz… – podjęła cichutko, nieśmiało, z obawą, że zniszczy tę cudowną chwilę – jeszcze trochę… w-w sumie to nie wiem ile – zrozumiała nagle, ściągając w zabawny sposób brwi. – Hm… pewnie parę tygodni, a-ale to wiesz… to wszystko zależy – plątała się, mimowolnie układając swoją drobną dłoń na jego i przesuwając po napiętej skórze. – Na razie wygląda na to, że mam po prostu wzdęcia – zażartowała ni z tego, ni z owego, szczerząc się radośnie. – Zazdrościsz mi? Czego? Tego, że niedługo będę się toczyła jak piłka – dalej dowcipkowała w najlepsze, jakby nic złego między nimi przed paroma laty się nie wydarzyło i wciąż byli tych zakochanym w sobie po uszy, młodym małżeństwem. – Nie krępuj się. Wyglądasz trochę jak idiota mówiąc do mojego brzucha, ale obiecuję cię nikomu nie sprzedać – zapewniła radośnie i bardzo swobodnie.

    kompletnie zachwycona i zakochana BELLE, która na moment zapomina o wszystkim, co złe

    OdpowiedzUsuń
  58. — Jeszcze nic nie czuję – uściśliła z szerokim uśmiechem Annabella, spoglądając radośnie na Lucasa, wciąż będąc w doskonałym nastroju, naprawdę zachowując się tak, jakby rzeczywiście nic złego się nie wydarzyło: jakby byli tym samym młodym małżeństwem oczekującym przyjścia na świat ich wymarzonego maluszka i zupełnie nic złego między nimi nigdy nie zaszło i niczym nie musieli się przejmować, tylko cieszyli się z każdego dnia razem, dosłownie szalejąc ze szczęścia na każde namacalne dowody tego, że pod sercem pani Chevalier rozwija się nowe życie. – Jeszcze chwilę to potrwa, a wtedy będę wielka, tocząca się i mało apetyczna, a na dodatek będę piszczała, jak skończona kretynka, kiedy tylko się poruszy – dodała jeszcze, oczywiście żartując i nadal świetnie się bawiąc, gdy się tak przekomarzała ze swoim ukochanym; niewątpliwie miał nim pozostać niezależnie od wszystkiego, na całe jej życie, nieważne, jak długie czy też krótkie miało być. W całym więc tym spokoju, który ją opanował, pozwoliła sobie na kilka odważnych uwag, oczywiście wciąż trzymających się ram dowcipu, o których nie odważyła się wspomnieć przez ostatnie trzy lata, w obawie, że mogłaby być za nie fizycznie lub psychicznie zgnębiona. W tamtej jednak chwili czuła się na tyle swobodnie, aby zwyczajnie się naigrywać z pana Neuvica.
    Nie spodziewała się tylko, że ten zdecyduje się na tak przyjemny komentarz wobec swojej – i pośrednio jej – osoby i stwierdzi, że właśnie takim rodzajem idioty mógłby być; trudno było się z nim nie zgodzić w zaistniałej sytuacji. Nie ulegało też przy tym najmniejszym wątpliwościom, że chyba to ją najmocniej przekonało do tego, aby w ogóle mu pozwolić dalej trwać na klęczkach i dotykać jej okrągłego brzuszka – nie tylko jednak przy tym rozmawiali, ale także milczeli, a w owym milczeniu od dawien dawna nie było tyle swobody, jak wówczas, co wyjątkowo podniosło na duchu pracownicę „Dr du Savoir”, która spostrzegła światełko nadziei na końcu ciemnego tunelu i uwierzyła, że faktycznie może być lepiej; owej nadziei już się, o dziwo, przestawała powoli bać, jakby pozwalając, aby do jej świadomości doszło, iż właściciel „Tour de Plaisir” nie miał wobec niej, a przede wszystkim wobec maluszka w jej łonie, żadnych słych intencji. Tego wieczoru też już ani razu nie pomyślała, że mężczyzna wykorzysta przeciwko niej jej słabości i chyba też był to powód dla którego nie wyrzuciła go z mieszkania, a w zasadzie nawet nie zorientowała się, kiedy nastał wieczór, a ona po prostu odpłynęła do krainy snów, całkowicie zrelaksowana i niebojąca się niczego – w końcu usnęła z poczuciem bezpieczeństwa i zapachem ukochanego wokół.
    Niczym dziwnym więc nie było, że następnego dnia obudziła się pełna sił i energii oraz gotowości do działania – co prawda, cały ten czas, kiedy krzątała się z samego rana po kuchni, miała wrażenie, że miała cudowny sen, którego jednak nie potrafiła do końca zdefiniować; wydawało się jej jednak, że Lucas w nim otulił ją do snu, a następnie rozmawiał z ich dzieckiem, zapewniając o swojej miłości. Nie dałaby sobie jednak za to ręki uciąć i jakoś tak się złożyło, że nie poruszała tego tematu – wystarczyła jej woń dębowego mchu, orzeźwiającej mięty i słodko-kwaśnej cytryny unosząca się w jej malutkiej sypialni. Co prawda, tego dnia rozmawiała jeszcze przez telefon z były mężem, który pochwalił się jej, ze udało mu się wszystko załatwić w Urzędzie Stanu Cywilnego, z czego była niebywale dumna i nie można było się jej dziwić – naprawdę stawał na wysokości zadania i robił wszystko, byleby tylko ułożyło się im. Dostrzegała to zaś coraz wyraźniej – w drobnych gestach, w szanowaniu jej zdania oraz decyzji, w rozmawianiu z nią i sugerowaniu różnych rzeczy, a nie w stawianiu jej przed faktem dokonanym i wymagania od niej, aby się dostosowała: tym razem to on dostosowywał się do niej i do jej potrzeb, czego, oczywiście, absolutnie nie wykorzystywała, uważając, że byłoby to nie w porządku. Nie odrzucała już jednak pomocy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co prawda, im mniej czasu ich dzieliło do ślubu – ósmego sierpnia dwa tysiące siódmego roku, czyli niejako powrotu do przeszłości, na który zaplanowali skromną uroczystość w gronie najbliższych i kolację w księgarni na Sesame Street 28B – tym mniej się widywali. Oczywiście, dla Annabelli powinno być to podejrzane – wyglądało to trochę tak, jakby mężczyzna chciał się wycofać z całego przedsięwzięcia i podskórnie ewidentnie czuła, że coś kombinuje, jednak nie było to nic zdrożnego, jak słusznie sądziła. Wiązało się to jednak również z tym, że nie udało im się już do dnia ślubu – wpadli w całkiem uroczą, przyjemną rutynę z dnia na dzień – ustalić niestety kwestii mieszkania: wspólnego lub realizowania jej pierwotnego założenia – pani Chavelier co prawda, skłonna byłaby zmienić swoje zdanie, ale nie miała śmiałości, aby to powiedzieć na głos, ba!, aby w ogóle poruszyć ten temat. Zresztą – faktycznie i ją pochłonęły wszelkie możliwe przygotowania. Oto przecież musiała dobrać sukienkę, co przecież łatwe nie było, zważywszy na fakt, iż każdego dnia się lekko powiększała; no i była przy okazji niesamowicie wybredna. Dobrze, że ostatecznie jej babcia zdecydowała się pomóc – ostentacyjnie, rzecz jasna, manifestując swoją niechęć do pomysłu wnuczki, aby ta ponownie wyszła za mąż za byłego męża tylko po to, aby zapewnić godny byt swojemu dziecku na wypadek pogorszenia stanu zdrowia; problem w tym, że pod koniec lipca już nie t y l k o o to w tym wszystkim się rozchodziło – czym nieco przyspieszyła cały proces dobierania odpowiedniego stroju, bo zainspirowała młodą ciężarną do kolejnego nawiązania do dawnego okresu: do pierwszego wspólnego tańca na Château de Josselin, kiedy jeszcze znajdował się pod wpływem skomplikowanej klątwy.
      Tym sposobem w jej szafie zawisła żółta, krótka sukienka, przypominająca swoim kolorem letnie słońce, na tyle luźna, że nawet gdyby miała jeszcze nieco bardziej się zaokrąglić – nie byłoby z tym problemu. Nie wiedzieć czemu, ale bardzo cieszyła ją myśl, że właśnie tak pójdzie ubrana do ślubu, pomimo że burzyła ogólnie przyjęte konwenanse – cóż, cała jej relacja z Lukiem nieco je burzyła. Niemniej, absolutnie się tym nie przejmowała i liczyła, że ojcu jej dziecka – nie bardzo jeszcze udało się odnaleźć odpowiednie określenie na ich relację; na to kim dla niej był, toteż nie miała zielonego pojęcia, jak powinna się o nim wypowiadać – przypadnie ta kwestia do gustu, zwłaszcza, że w ogóle nie odpowiadało mu to, kto miał się pojawić na ich ceremonii; w tej kwestii jednak była absolutnie nieugięta i powiadomiła o uroczystości Andersenów, a sam Christian, który zdawał się sądzić przez moment, że sąsiadka chce mu wyznać miłość, poproszony został na jej świadka. Musiała jednak przecież dobrać jakiegoś mężczyznę – a przynajmniej tak sobie to tłumaczyła, przy czym Gaston nie wchodził w grę, głównie dlatego, że wiedziała, iż jeśli dowie się o imprezie, najpewniej zechce ją sabotować, czego zdecydowanie wolałaby uniknąć – skoro pan Neuvic brał swoją asystentkę z kasyna. Na weselu ostatecznie miało być w sumie osiem osób.
      Nie miało być jednak tej dla Belli, jako dziewczyny oczekującej dziecka i ciężarnej, a także córki, najważniejszej – jej własnego ojca. Przeżyła to wyjątkowo mocno i pewnie gdyby nie pani Lile – niechybnie nie poradziłaby sobie z tym. Ostatecznie jednak wyznaczonego dnia, ubrana w swoją idealnie pasującą do niej i do historii jej miłości sukienkę, z karmelowymi lokami spiętymi w niski kok, ozdobiony trzeba soczystym, czerwonymi różami – nawiązującymi do tego słynnego kwiatu z Rochefort en Terre, który zmienił księcia w Bestię – i trzymając w drżących dłoniach bukiet również z nich wykonany. Całości dopełniały złote balerinki i radość malująca się w czekoladowych oczach młodej-starej panny młodej, która do Urzędu Stanu Cywilnego w Fabletown weszła na drżących nogach, będących jednocześnie z waty – tak miękkich – i ołowiu – niedający się poruszyć: wynikało to w równej mierze ze strachu, co i z ekscytacji tym, co miało nastąpić.

      Usuń
    2. Stojąc jednak już wewnątrz gmachu, zrobiło się jej jeszcze słabiej i wspanialej jednocześnie – wokół stały i c h rośliny, cudowne, pachnące intensywnie i oszałamiające, które sprawiły, o dziwo, że postanowiła złamać zakaz babci, który opiewał na niespotykanie się z przyszłym mężem na dwadzieścia cztery godziny przed ślubem: musiała się upewnić, ze to nie był sen.
      — Luke? – Bez pukania więc wsunęła się do pomieszczenia, w którym miał przebywać właściciel kasyna; tak wskazała jej Dolores. Niestety, wyglądało na to, że nie usłyszał jej, bowiem prowadził jakąś w pierwszej chwili całkowicie przez nią niezrozumiałą tyradę, dotycząca wątpliwości, czy to ona pojawi się na „ślubnym kobiercu”. Stanęła w związku z tym jak wryta, lekko uchylając z wrażenia usta i dokładnie wsłuchując się w jego słowa, a jednocześnie podziwiając garnitur, jaki miał na sobie: tak idealnie pasujący do jej stroju, że aż zrobiło się jej z wrażenia słabo. Oto miała naoczny dowód na to, że pasowali do siebie idealnie i byli sobie przeznaczeni: że naprawdę los splótł na dobre ich ścieżki i dosłownie nic nie mogło ich rozdzielić. Dlatego też kiedy się do niej odwrócił: ona wpatrywała się w niego maślanym wzrokiem, z szerokim, pełnym zachwytu uśmiechem na ustach. – To w sumie dobrze się składa. Miło, jeśli ludzie w małżeństwie darzą się ciepłymi uczuciami – skwitowała na poły żartobliwie, na poły poważnie, postępując krok do przodu i mając wrażenie, że dosłownie oczarowuje ją swoją aurą i wyglądem. – Jak widzisz: nic mi nie przeszło – dodała jeszcze i pewniej zbliżyła się do niego. – N-no… no chyba że u ciebie – rzuciła nagle skonfundowana i kompletnie, zaskakująco przerażona, tą myślą.

      zakochana, zachwycona i zniecierpliwiona nieco BELLE (jeszcze-znowu-niewiemconapisać) CHEVALIER, która jest naprawdę szczęśliwa i pewna swego

      Usuń
  59. W życiu Loli wszystko miało swoje odpowiednie miejsce i rytm; wszystko musiało mieć swój własny porządek i wszelki bałagan czy chaos był niepożądany. I tak bardzo jak wkradał się w jej prywatne życie, w jej sprawy miłosne czy uczuciowe; tak bardzo nie mogła pozwolić by zapanował także w pracy. Kiedy trzeba było przesiadywała w niej kilka godzin za długo, poświęcając weekendy i swoje życie prywatne dla kasyna. Z każdym dniem popadała w coraz głębszy pracoholizm. I naprawdę, lubiła to. Cholernie mocno lubiła swoją pracę lecz w ten sposób także uciekała od niepokornych myśli i niebezpiecznych porywów serca, które nie do końca rozumiała i którymi czasami się poddawała; co niszczyło cały jej system wartości i mocno haczyło o mocny kręgosłup moralny którym na co dzień tak się szczyciła. Lata mijały a jej pozycja się umacniała; choć nie zdobyła tu zbyt wielu przyjaciół. Wyjątkiem był Luke Neuvic, właściciel i ktoś przy kim idealnie udawało jej się zapominać o własnych problemach. Dolly co prawda nie była do końca pewna czy na tym polega przyjaźń ale za każdym razem kiedy tylko pojawiła się okazja to wyciągała go z wszelkiego rodzaju tarapatów, wściubiała nos w jego sprawy, pouczała go i umoralniała choć tak naprawdę, nie miała ku temu żadnego prawa; to zdecydowanie powiewało hipokryzją. Miała to jednak gdzieś, bo intensywnie kibicowała mu i Belle, wiedząc jak idealnie są dopasowani i stworzeni dla siebie! Nie mogła więc patrzeć na to jak mężczyzna pieprzy sobie życie, wynajmując prostytutki czy angażując się w liczne romanse. To było dla niej całkowicie bezsensowne i po prostu ona, Dolores Mikkalsen nie mogła na to pozwolić. Dlatego też kiedy znowu umówił się na spotkanie na które nie powinien był iść, Lola wszystko ładnie anulowała. Co prawda zdawała sobie sprawę że kiedy prawda wyjdzie na jaw Lucas się wścieknie; jednakże w tej chwili mało się tym przejmowała. Właśnie przewracała stos kolejnych papierów, całkowicie pochłonięta pracą; kiedy do jej biura wparował wściekły szef. Nie podniosła jednak wzroku znad papierów nawet kiedy zaczął na nią wrzeszczeć. Dopiero kiedy zamknęła kolejną teczkę, odkładając ją na odpowiednią półkę uraczyła go bystrym spojrzeniem. Naprawdę hamowała nieco przebiegły, okrojony satysfakcją uśmiech ale nie potrafiła - co dodatkowo go rozwścieczyło.
    — Nie rozumiem dlaczego się tak złościsz — wzruszyła z obojętnością ramionami, powoli wstając i do niego podchodząc. Zmrużyła oczy i orzechowymi tęczówkami wpatrywała się w niego z uwagą, zupełnie jakby próbowała odgadnąć skąd ta wściekłość. Nie powinien skupiać się na spotkaniach z dziwkami tylko na innych rzeczach co zresztą miała mu zaraz zamiar uświadomić. — Właściwie nie wiem skąd ta złość. Powinieneś mi dziękować, że uchroniłam cię przed popełnieniem katastrofalnego błędu. — uśmiechnęła się życzliwie, odgarniając pasma czekoladowych włosów na plecy. — Nie martw się, Luke. Odwołam każde twoje spotkanie z ladacznicami. — pośladkami oparła się o biurko, świdrując go spojrzeniem. Przez cały ten czas nie spuszczała z niego swojego wzroku; nie bała się konfrontacji z nim a wręcz jej pragnęła, chciała mu uświadomić co tak naprawdę było ważne. — Nie zapomniałeś przypadkiem o swoim priorytecie? O Belle? — mruknęła z przekąsem. Choć wspomnienie o niej mogłoby zdawać się okrutne to Lola bardzo chciała by mężczyzna otrzeźwiał. Nie pierwszy i nie ostatni raz bawiła się w ich swatkę.

    „kochana”, zawsze skora do pomocy asystentka i przyjaciółka, DOLORES MIKKALSEN

    OdpowiedzUsuń
  60. Cały ten dzień był dla Annabelli lekką abstrakcją, z którą chyba nie do końca umiała sobie poradzić – było w nim coś, co czyniło go równie pięknym co przerażającym. Tym, co niewątpliwie było piękne, była jej wielka miłość do Lucasa, a tym, co przerażające – świadomość, że tak samo czuła się na ich pierwszym ślubie przed pięcioma laty, który ostatecznie zakończył się paskudnymi latami wiecznego bólu, ciągłych upokorzeń i paskudnego odrzucenia, które wydawać się mogły ją całkowicie zniszczyć; na szczęście nie zrobiły tego i mogła ósmego sierpnia dwa tysiące siódmego roku stanąć w żółtej sukience w Urzędzie Stanu Cywilnego w Fabletown. Nie dziwne więc było, że na ten wspaniały moment, kiedy wglądali jak wyjęci ze swojej bajki, gdy pierwszy raz wspólnie zatańczyli i pojęli, jak siebie kochają – mimo że ona była prostą dziewczyną z Rochefort en Terre, a on księciem zaklętym pod postacią Bestii – przypadało tyleż samo strachu, że historia zatoczy koło. Owszem, pan Neuvic zdawał się całkowicie zmienić – i ona również została poddana wielości czynników, które odcisnęły na niej swoje piętno i doprowadziły do drobnych lub większych metamorfoz w jej podejściu do świata – ale i tak pani Chevalier nieco się tego wszystkiego obawiała. Najbardziej chyba jednak bała się i tak tego – co było jeszcze większy absurdem – że po prostu się rozmyślił: że zagrał sobie perfidnie i okrutnie na jej emocjach; że uznał, iż jednak nie jest gotowy na to, aby zająć się umierającą ciężarną kobietą, którą zgwałcił, wcześniej porzucając: wyrzucając ze swojego życia niczym zużytego śmiecia, który nie zasługiwał na nic dobrego; że nie jest gotowy, aby opiekować się samotnie małym dzieckiem, bo taka ewentualność też przecież istniała. W tym wypadku, nie przeżyłaby niechybnie.
    — N-no… no u ciebie… przeszło… – wybąkała więc cichutko, speszona i nieco przerażona; skuliła się dość mocno i uciekła na moment wzorkiem w bok, dopiero p chwili odnajdując w sobie siłę, aby po ciężkim westchnieniu, ponownie skrzyżować linie i wzorków. Wciąż uśmiechała się czule, również dlatego, ze całkowicie zrozumiałaby jego decyzję, nawet gdyby na opiewała na rezygnację z jej ślubu. Wolała jednak, aby powiedział jej to w tamtej konkretnej chwili wprost, niźli żeby ją zwodził kolejne ciężkie minuty lub, co gorsza, aby w finalnym rozrachunku zobaczyła z tytułu jego poświęcenia, którym było poślubienie jej, zawód i pogardę w jego błękitnych tęczówkach za parę tygodni, czy miesięcy; o ile by tego etapu dożyła. – N-nie myślę… j-ja… nie, nie myślę, p-po prostu się zastanawiam… – błądziła dalej, dukała, jąkała się i nie bardzo wiedziała, jak ubrać swoje wizje w słowa, ale na szczęście: nie musiała. Pojął, co chodziło po jej karmelowej głowie. Następie, w związku z tym, zamilkła i pozwoliła mu mówić, mając wrażenie, ze z każdym jego słowem, coraz więcej kamieni spada z jej wypełnionego strachem serca. – Jestem z ciebie dumna – szepnęła jedynie, kiedy wspomniał o papierosach, uśmiechając się szeroko. – Też nie mogłam spać, wiesz? – Zauważyła, po czym zaśmiała się słodko, perliście i dziwnie swobodnie; jego wyznanie naprawdę podniosło ją na duchu i sprawiało, że znacząco się uspokoiła. – Jestem, Luke, jestem… – wyszeptała zaś ze wzruszeniem chwilę później, mocno ściskając w palcach jego wielką dłoń. – Oj, przestań… – zarumieniła się słodko. – Taka tam luźna, żółta szmata, żeby ukryć, jaka jestem gruba – zaśmiała się i przyłożyła jego rękę do swojego okrągłego brzuszka. – Jesteśmy tutaj – sprostowała dlatego też, milknąc i rozkoszując się chwilą.

    mocno przejęta, ale w gruncie rzeczy zachwycona i szczęśliwa BELLE, która serio mocno kocha…

    OdpowiedzUsuń
  61. Tak jak w przypadku Lucasa, tak i w przypadku Annabelle właśnie t a k i e drobne rzeczy, jak to, że postanowił zapanować – przynajmniej na czas ich ślubu – nad swoim nałogiem, były dla niej niebywale ważne i zwyczajnie wspaniałe: pokazywały, że zmienia się w każdym aspekcie swojego życia i nie robi tego na pokaz. Co jednak ważniejsze – jasno podkreślały, iż wszystko, co robił – robił tylko dla niej: aby go zaakceptowała, aby spojrzała na niego przychylniej, aby ponownie wpuściła go do swojego życia i pozwoliła mu patrzeć na to, jak ich dziecko rośnie. Owszem, mogło być w tym wiele jej niebezpiecznej naiwności, która mogła się w ostatecznym rozrachunku skończyć dla niej naprawdę tragicznie, ale w tamtej chwili – ósmego sierpnia dwa tysiące siódmego roku, kiedy patrzyła jak jej były-przyszły mąż, co samo w sobie było potężną abstrakcją, ledwo mieszącą się w jej karmelowej głowie, przyodział kolory, w których zatańczyli swój pierwszy taniec kiedykolwiek, tożsamo zresztą z nią – nie potrafiła myśleć w kategoriach zdroworozsądkowych i chłodnej kalkulacji. Była zwyczajnie za bardzo oczarowana całą oprawą, jaką zorganizował w Urzędzie Stanu Cywilnego w Fabletown i na moment zapomniała całkowicie o ich waśniach i problemach: liczyło się tylko to, że znowu mieli być rodziną, a maluszek pod jej sercem miał się wychowywać w pełnej – a przynajmniej posiadając ojca, co było dla niej naprawdę ważne, szczególnie że sama żadnej stabilizacji przyszłościowej nie mogła nikomu, nawet sobie, zapewnić – rodzinie. Dlatego też jedynym, na czym mogła się w tamtej chwili skupić, były cudownie niebieskie oczy pana Neuvica i jego powalający na kolana uśmiech, który niezmiennie sprawiał, ze na jej piegowatych policzkach pojawiał się uroczy rumieniec.
    — Mogę cię uszczypnąć, jeśli chcesz – zdobyła się nawet na kolejny żart, uśmiechając się szeroko i słodko, a następnie faktycznie ściskając między opuszkami palców skórę na jego przegubie, chichocząc, niczym podlotek, kiedy zasyczał. Dobry humor zdawał się z niej dosłownie emanować i od dawna nie czuła się tak dobrze oraz swobodnie, jak w tamtym właśnie momencie: w tym, w którym stała na przeciwko miłości swojego życia i widziała w nim tego dobrego, acz mocno zagubionego człowieka pod postacią Bestii; do tamtego popołudnia, od tego, w którym postawili po raz pierwszy swoje stopy w świecie Doczesnych, uciekając przed Adwersarzem z Rochefort en Terre, szczerze niekiedy, w długie, bezsenne noce żałowała, że nie miał powłoki monstrum i wielkodusznego, wspaniałego serca, zamieniając się miejscami: stał się znowu zachwycająco przystojny, ale jego wnętrze było zwyczajnie zgniłe. W dniu ich drugiego ślubu zaś był piękny nie tylko na zewnątrz, ale i w środku; liczyła też, że taki już pozostanie: najlepiej na słynne „dłużej”, niż na zawsze. Niczym więc zaskakującym nie było, że pozwoliła się mu również przywitać z ich dzieckiem, którego już od dawna nie rozdzielała na jego i na jej. – Och… ojej… – jego nagłego osunięcia się na ziemię jednak absolutnie się nie spodziewała; bardziej ją, co prawda, oczarowało, niźli zaskoczyło, ale i tak chwilę stała lekko zszokowana. – Jestem gruba – z uporem maniaka niemalże, poprawiała go, uważając, że jeszcze nie wygląda na kobietę w ciąży, a kogoś, komu znacząco się przytyło. – No dobrze, dobrze – rzuciła wesoło, gdy przekonywał ją, że nigdy więcej nie powinna tak o sobie mówić. – Dobrze, Luke, dobrze… – dodała czulej i pogładziła go po jasnych włosach. – Nie przeszkadzaj sobie – skomentowała jeszcze, kiedy zapewniał, że sobie bez nich nie poradzi: tym samym, w dość zawoalowany sposób, dawała mu do zrozumienia, że może spokojnie tulić się do niej ile chce; przynajmniej tak sądziła, zanim nie zerknęła na ścienny zegar. – O cholera! – Sapnęła oszołomiona. – Cholera, spóźnimy się na własny ślub! – Ni to spanikowała, ni to się histeryczno-wesoło zaśmiała, ale odsunęła się od właściciela kasyna. – No wstawaj! – Ponagliła go, wygładzając sukienkę i poprawiając włosy.

    roztrzepana, oczarowana i zakochana BELLE, która w sumie też nie może się doczekać!

    OdpowiedzUsuń
  62. — No, no, jeszcze nie żoną! – Sprostowała nad wyraz radośnie Annabella, kiedy Lucas burzył się przeciwko zaprzestaniu pieszczot jej okrągłego brzuszka, skrytego pod żółtą sukienką, w której po raz kolejny miała mu się oddać; przynajmniej w pewnym sensie, bo jednak pewne kwestie pozostawały niezmiennie: on miał mieszkać w budynku, gdzie mieściło się kasyno „Tour de Plaisir”, a ona na piętrze księgarni „Dr du Savoir” i co prawda było to dziwne i trudne do ogarnięcia wzorkiem, ale jednak nie udało im się dotychczas niczego przedyskutować, a w tamtym momencie nie mieli już na to czasu. Zdecydowanie wolała się skupić na tym, co nadchodziło. – Ano można – odparła więc wesoło i chwyciła go pod wielkie, silne ramię i skierowała się, na nieco drżących nogach, do sali ślubów Urzędu Stanu Cywilnego w Fabletown, trochę wieszając się na swoim narzeczonym, w obawie, że się przewróci, co w jej stanie nie byłoby wskazane; nie tylko ze względu na ciążę, ale i chorobę, o której, o dziwo, całkowicie w tamtej chwili zapomniała. Ogarnęła ją tak wielka ekscytacja, iż z trudem chwytała oddech, ale cały czas uśmiechała się szeroko, przy czym niewątpliwie mocno pomagały jej zapewnienia pana Neuvica, toteż na jego pytanie, kiedy już przeszli wśród czerwonych róż i życzliwych im osób mogła odpowiedzieć jedynie: – Na pewno.
    Chyba nie do końca pamiętała, jak wyglądała cała ceremonia – nie potrafiłaby jej opisać krok po kroku i też nie pamiętała całej formułki, którą musieli powtórzyć po prowadzącym zaślubiny, eleganckim panu z siwym wąsem, ale czuła cały czas rozpierające ją, wewnętrzne szczęście, z którym nie dało się walczyć. Cały czas kąciki jej ust, w związku z tym, uniesione były ku górze, i w zasadzie – można było to uznać to za dość zaskakujące; przynajmniej tak uważała jej babcia, wciąż mocno sceptycznie nastawiona do całego pomysłu, notabene, równie mocno co Christian Andersen, który został poproszony, wbrew swemu sercu i uczuciom, na świadka pani jeszcze-Chevalier. Ostatecznie więc Belle wiedziała, że w końcu, po wielu miesiącach mroku i cierpienia, ogarnął ją błogi spokój, na który całkowicie zasługiwała. Dlatego też, kiedy wszystko dobiegło końca, a ona mogła postawić ostatni podpis w wyznaczonym do tego miejscu, który czynił ją żoną tego potężnego mężczyzny, który maślanym wzorkiem wpatrywał się w nią całą ceremonię, ponownie miała wrażenie, że jest bezpieczna – że znowu do kogoś należy i nic jej nie zagraża; jakkolwiek to było naiwne. Niemniej, oznaczało to, iż do przybytku pani Faucheux skierowała się, wraz szóstką gości, całkowicie rozanielona i dosłownie niemogąca się doczekać obiadu.
    — Ojej, mam nadzieję, że nic się nie stało… och… – szeptała zdenerwowana panna młoda, co chwilę wycierając z czekoladowych oczu łzy wzruszenia, które jej nie opuszczały od pocałunku, pieczętującego zawarcie w obliczu prawa małżeństwa, kiedy już znaleźli się na Sesame Street 28B, oczywiście wcześniej pozwalając swojemu nowemu-staremu mężowi przewieść ją swoim samochodem, odpowiednio udekorowanym na tę okoliczność; w ogóle przy tym nie zachowywali się, jakby to był owy „ślub z rozsądku” dla dobra ich dziecka, o którym tyle mówili: była to zwykła celebracja relacji dwojga zakochanych w sobie ludzi. – Babciu… babciu, gdzie włożyłaś sos do pieczeni? – Rozglądała się niespokojnie po półkach w wypchanej po brzegi lodówce, którą sukcesywnie od tygodnia zapełniała z Lile; same przygotowały wszystkie pyszności na ten posiłek, który w swoim założeniu miał skromny, bo też przeznaczony dla ośmiu osób; z czego pięć siedziało na dole, przy stole postawionym po środku księgarni, zasłanym białym obrusem i ozdobionym korą dębową i intensywnie czerwonymi różami; ona też miała dla swojego partnera taką niespodziankę. – Cholera… och, o nie, położyłam sałatkę na kartonie z ciastem! – Dosłownie załkała. – Trzymaj – burknęła rozdygotana, wciskając właścicielowi kasyna miskę.

    rozdygotana i podniecona BELLE, która bardzo się cieszy i kocha

    OdpowiedzUsuń
  63. Tak w zasadzie, to Annabella miała wrażenie, że dosłownie unosi się ze szczęścia nad ziemią, mimo że tak po prawdzie nie miała najmniejszego powodu. Jakby bowiem nie patrzeć została żoną Lucasa – mężczyzny, który całkowicie ją złamał; który sprawił, że poczuła się jak dosłowne nic; jak zwykły śmieć, który nie miał prawa do życia, bowiem nawet nie mógł urodzić dziecka, a więc zrobić czegoś, do czego była z definicji przeznaczona, jako kobieta. Niemniej, od dawna nie była tak radosna i podniecona, ale jednocześnie zwyczajnie nerwowa – pragnęła, aby wszystko ósmego sierpnia dwa tysiące siódmego roku było idealne, pomimo faktu, iż przecież zostawała po raz kolejny partnerką Bestii, z którym wcześniej przeżyła jakimś dziwnym cudem wyjątkowo bolesny rozwód i przecież w pierwotnym założeniu to, co się działo miało być jedynie umową: prawdziwie instytucjonalnym związaniem urzędowym, które nie miało mieć w sobie żadnego podszycia uczuciowe; bo też przecież nie miało takie prawa, jakby nie patrzeć. Kompletną abstrakcją było to, że w ogóle pani – już i znowu – Neuvic – przynajmniej w świetle prawa, ale chyba również w głębi swego serca: była nią zawsze, niezależnie od tego, że przed trzema laty musiała podpisać odpowiednie papiery, które wróciły jej nazwisko Chevalier – była zwyczajnie bezpieczna i spokojna o bezpieczeństwo i przyszłość: i wcale nie chodziło o zaplecze finansowe dla maluszka w jej łonie, ale tak ogólnie. Nie wiedziała, z czego to wynikało, ale przyjmowało to w postaci, w jakiej do niej trafiało – jednocześnie, oczywiście, stresując się mocno o to, czy na pewno wesele, jakkolwiek niesamowicie i niepoważnie to brzmiało, wyjdzie perfekcyjnie. Po prostu tak się zdarzyło, ale chyba też nie miała zamiaru narzekać, zwyczajnie radosna.
    — N-nic… nie, nic… nie… – bąkała nadal lekko oszołomiona, wciąż rozglądając się rozhisteryzowana nieco za sosem do pieczeni i przerzucając w nieco nerwowy sposób wszystkie rzeczy w lodówce, jednocześnie załamując się, gdy spostrzegła, iż nie dopilnowała tego, gdzie wsadzała sałatkę i ta mogła zwyczajnie zniszczyć ciasto, które przeznaczone było na deser weselny. Nie miała jednak pojęcia, dlaczego w ogóle przejmuje się tak mocno czymś, co w swym założeniu miało być tylko i wyłącznie wygodnym kontraktem i czemu tak w zasadzie zaprosiła na celebrowanie tego wydarzenia tak wiele, relatywnie przynajmniej rzecz ujmując, osób. Chyba więc po prostu nieco ją to wszystko przytłoczyło. – Tam. Tak. – Powtórzyła nawet głucho po swoim mężu-niemężu, bo jeszcze nie zadecydowała, jak powinna się do niego zwracać. – C-co… co… n-nie… nie. – W pierwszej chwili nie zrozumiała, zbyt sobą zaaferowana, co tak w zasadzie usłyszała, a kiedy to w pełni do niej dotarło: nie do końca z owego faktu była zadowolona. – Nie, Luke, ha-ha – zaśmiała się tak nerwowo i tak sztucznie, że aż ją samą zabolały zęby – jest dobrze, nie zawracaj sobie nim głowy babciu, ja tu pomogę, ja… – nie udało się jej dokończyć, bowiem Lile zgodziła się definitywnie z właścicielem kasyna, że czas zabrać jej wnuczkę z kuchni, przez co nim Belle się zorientowała: już była w małym korytarzyku. – Dzieje się? Nic, no co ty… nic się nie dzieje… – rozglądała się nerwowo, zdecydowanie nie potrafiąc grać. Zamilkła, wciągnęła głośno powietrze w płuca i wyparowała: – Bo chcę, żeby było dobrze i się stresuję, bo nigdy nie organizowałam wesela, bo chce ci przypomnieć, że robiła je pani Imbryk i Płomyk z Trybikiem, więc mi nie mów, że mam być spokojna! – Uniosła się, zadyszała i ni z tego, ni z owego, zaśmiała się perliście. – Boże, przepraszam – sapnęła, oddychając miarowo. – Przepraszam, ale… ale no trochę to przeżywam, wiesz? – Ułożyła drobne dłonie na jego silnych przegubach i spojrzała na niego z czułością. – Jestem zestresowana, bo robiłyśmy to same, a nie mamy… no… wiesz, no po prostu to ważne! – Naburmuszyła się trochę, niczym małe, acz całkiem urocze i słodkie, dziecko, którego się nie zrozumiało do razu.

    w sumie to bardzo mocno szczęśliwa BELLE, która niedługo się opanuje

    OdpowiedzUsuń
  64. — Powinnam się bardziej cieszyć… – westchnęła ciężko Annabella, naprawdę czując się głupio, że w tak ważny dzień w ich życiu, ona tak mocno wszystko przeżywa. Oczywiście, to samo w sobie nie byłoby złe ani głupie, ale biorąc pod uwagę, jak bardzo pragnęła, aby było idealnie, to nie do końca można było się jej dziwić. Ponadto, pozostawała jeszcze kwestia jej zupełnie nieprzywidzianych uczuć radości i szczęścia: szczerze aż do tamtego momentu, w który znaleźli się po skromnej, acz niewątpliwie romantycznej i poruszającej, przynajmniej dla młodej pary, w której obudziły się wspaniałe wspomnienia ich pierwszego ślubu, w „Dr du Savoir”, nie przypuszczała, że tak bardzo mocno przejmie się weselem; że to poruszy jej najwrażliwszymi strunami do tego stopnia, że ledwo będzie w stanie się opanować. Drżała cała, ale nie było to drżenie wynikające z zimna, czy strachu, a ze zwyczajnej radości. Niemniej, o dziwo, Lucas skutecznie opanowywał ją swoimi słowami, spojrzeniem i dotykiem. Odetchnęła więc ciężko, aby się uspokoić. – Och… ojej… – zarumieniła się zaś później kiedy nazwał ją per „żoną”; nie sądziła, że rak bardzo za tym tętniła i tak mocno jej tego brakowało. Następnie natomiast skupiła się w pełni na jego podnoszących na duchu komplementach i zapewnieniach. – Dziękuję – skwitowała na koniec, uśmiechając się czule i ciepło. – Dziękuję… – dodała z takim ładunkiem miłości, który mógłby przenosić góry. Dlatego dodała jeszcze: – Cieszę się tym, co mamy, ale nie przestanę się martwić tą pieczenią, znasz mnie – wyjaśniła na poły żartobliwie, na poły poważnie, ale jasnym było, że było już dobrze i faktycznie miało być jeszcze lepiej. – Jesteś najlepszy – szepnęła, w związku z tym – ale musimy iść – stwierdziła poważnie i bardzo dziarsko.
    Miała jednak wówczas moment zawahania. Nie jednak z powodu braku zdecydowania, czy chce zostać ze swoim mężem-niemężem w korytarzyku jej malutkiego mieszkanka na piętrze księgarni, czy zejść do gości – chociaż to również miało wpływ na jej zachowanie – ale dlatego że nagle zapragnęła pocałować go: czule, z oddaniem prosto w idealnie wykrojone wargi mężczyzny; tak jak to robiła przed laty, gdy otrzymywała od niego pomoc w najciemniejszych chwilach. Zawstydziła się jednak niepomiernie, uznając, że chyba jej nie wypadku. Zamiast tego, przyjęła po prostu do siebie pełnię jego logicznej argumentacji i uznała, że faktycznie muszą się cieszyć chwilą – że nie ma sensu się roztkliwiać nad drobnostkami, chociaż faktycznie obiad, który przygotowała był dla niej bardzo ważny, bo zawsze uważała, że posiłki jednoczą ludzi, i zdecydowanie lepiej skupić się na budowaniu odpowiedniej atmosfery, która zależała tylko i wyłącznie od tego, jak główni zainteresowani, czyli państwo Neuvic, będą się czuli. W związku z tym Belle ostatecznie raz jeszcze nabrała powietrza w płuca, po czym wraz z babcią i właścicielem kasyna zaczęła znosić potrawy, które – wbrew jej strachowi – okazały się być idealne. Humor dziewczyny poprawił się przez to znacząco i nawet wtedy, kiedy Christian poprosił ją na stronę – cały czas się uśmiechała.
    — J-ja… ja to chciałem w sumie… – młody Andersen i jego ruda czupryna prezentowali się nadzwyczaj żałośnie w pachnącym rożami i liliami ogródku pani Faucheux. – Ja to… – jego koleżanka subtelnie go pogoniła, szczerząc się i trzymając w dłonie zimną lemoniadę, którą chwilę wcześniej podał jej Luke, który cały obiad obejmował jej krzesło ramieniem; czując go blisko czuła się jeszcze lepiej i dosłownie tryskała szczęściem: tak, jakby nic złego się nigdy między nimi nie wydarzyło. – P-po… po prostu… – dukał dalej, a już-nie pani Chevalier zapewniła, że nie ma się czego bać, że może jej powiedzieć wszystko i że nic się nie stanie; nie mogła wiedzieć, że ojciec jej dziecka czai się za długą firanką, obsesyjnie wręcz jej pilnując. – Kocham cię – tego jednak nie spodziewała. Tak samo jak nagłego pocałunku, którym wbił się w jej słodkie wargi, wykorzystując jej wielki szok.

    wcześniej szczęśliwa, obecnie zaskoczona BELLE oraz jej kumpel-samobójca, nie?

    OdpowiedzUsuń

Szablon wykonała Night Tear. Źródło: WallPaper. Obsługiwane przez usługę Blogger.