poniedziałek, 1 marca 2010

"So you keep your ocean, I will take the Lake..."

Dawno, dawno temu - czyli gdy potwór jeszcze nie był potworem...
| Allison Argent | lat 26 | urodzona 19 czerwca 1598 roku | niedoszła żona pewnego marynarza | znakomita łuczniczka | dobra osoba | miała żyć szczęśliwie u boku ukochanego, jednak sprawy potoczyły się całkiem inaczej... | "śmierć" przez utonięcie |

Nie będę dokładnie przybliżać jej dzieciństwa, bo było nudne i takie, jak w przypadku każdego zdrowego dziecka tamtych czasów. Mieszkała z rodzicami i mnóstwem rodzeństwa w nadmorskiej osadzie, wokół las, mnóstwo zwierzyny, rybki i w ogóle czego dusza zapragnie (jedynie trochę cienko z alkoholem, ale jako dziecko nie martwiła się tym zbytnio). Najstarsza z rodzeństwa, więc musiała pomagać rodzicom. Matce w domu, ojcu na łodzi i podczas polowań. Stąd jej zamiłowanie do łucznictwa. Dorosła i poznała wspaniałego mężczyznę. Isaac Raidver był dwa lata starszy od Allison, ale przeszkody nie stanowiło ani to, ani jego częste i długie wyjazdy. Wręcz przeciwnie - dzięki temu stawali się sobie bliżsi. Jednak były to czasy krążenia wśród żeglarzy wielu legend o potworach i wszelkich monstrach zamieszkujących wody mórz i oceanów. Nie wierzyła w to, niesłusznie... Jej narzeczony wypłynął na kolejną, najdłuższą ze wszystkich, wyprawę. Gdy wrócili wyjaśniło się, dlaczego trwała aż tak długo... Statek został zaatakowany przez potwora morskiego. Część załogi utonęła... w tym Isaac... Wtedy obiecała sobie, że jeśli kiedykolwiek spotka podobne stworzenie, bez zastanowienia i z zimną krwią zabije je... Często bywa tak, że zrozpaczona po stracie kobieta wpada w ramiona innego mężczyzny. W tym przypadku tak też się stało. Owym mężczyzną był nieznajomy znikąd, podający się za Scott'a. Zaczęło się od przyjaźni, jak zwykle niewinnie i uroczo. Allison sama była zdziwiona tym, jak szybko urok chłopaka na nią zadziałał. Powinna opłakiwać śmierć swojego wybranka, ale nie czuła smutku ani tęsknoty. Przy nim nie myślała o Isaacu, czuła się bezpiecznie (nim go poznała niemal ciągle spała z łukiem obok łóżka), a pustka w jej sercu stopniowo się wypełniała. Scott bardzo kochał morze, chyba jeszcze bardziej od jej niedoszłego męża, dlatego często spędzali czas na plaży lub małej, rybackiej łódce. Natomiast nigdy nie udało jej się przekonać go, aby udali się na spacer po lesie. Mężczyzna był jakby uzależniony od wody...

I któregoś letniego wieczora przekonała się dlaczego jest tak związany z morzem i gdzie spędza każdą noc. Nie dowiedziałaby się, gdyby nie podejrzewała go o zdradę. Po rozstaniu weszła do chałupy i poczekała aż się oddali. Potem wzięła łyk wraz z kołczanem, wyszła i ruszyła za nim. Nie miał szans usłyszeć doświadczonego łowcy. Dotarli na plażę, gdzie "Scott" w końcu ukazał swą prawdziwą twarzy, o ile można to było nazwać twarzą...
- Powiesz mi w końcu kim jesteś!?! - wydarła się w stronę wody, gdzie zniknął ogromny kształt. Zawrócił, a z morskiej piany wyłoniła się straszna zmora przypominająca węża. Czy właśnie jego dotyczyły opowieści marynarzy? Po chwili potwór zaczął się zmniejszać i nabierać ludzkich kształtów. Złapała za łuk, a drugą ręką trzymała strzałę.
- Allison, proszę! Ja ci to wytłumaczę! Jakoś... wytłumaczę... - rozległo się gdzieś prze nią. Wyciągnęła jedną strzałę z kołczanu i napięła, chwilowo opuszczając broń.
- Zabiłeś Isaac'a!? Tak czy nie?! - warknęła i podniosła łuk ze strzałą w górę, mierząc nim dokładnie w Scott'a, który po chwili gdzieś zniknął.
- Nie... - odparł głos zza jej pleców. Wzdrygnęła się i czym prędzej odwróciła. - Aczkolwiek gdyby nie trafili pomiędzy syreny i twój najdroższy nie skoczył za taką jedną do wody, może zdecydowałbym się go zabić. Bo cóż, jakoś mi go nie szkoda. Cieszę się, że poznałem cię już po jego śmierci. - Allison cofnęła się kilka kroków w tył, wciąż celując w niego strzałą. Dotknęła plecami ściany wapiennego klifu wznoszącego się na jej głową.
- Nie pozwalam ci tak mówić! Kochałam go!
- Ale on ciebie nie, inaczej nie zwabiłyby go z taką łatwością! - dopiero teraz zauważył łuk ze strzałą i roześmiał się głośno. - Naprawdę chcesz mnie tym zabić? Choćbyś zużyła wszystkie strzały, nie zabiłabyś mnie. Poza tym jestem za szybki.
- Przekonamy się. - syknęła i wypuściła strzałę, która opadła na piasek. Scott stał ze skrzyżowanym na piersi rękami opierając się plecami o ścianę tuż obok niej.
- Przecież ci mówiłem, nawet sam Robin Hood by mnie nie ustrzelił. - prychnął śmiechem, kręcąc głową.
- Czym jesteś?
- Powinnaś użyć słowa "kim", ale to nie czas na obrażanie się. A mówią różnie. - wzruszył ramionami i zaczął liczyć na palcach. Wymieniał różne dziwne określenia w rozmaitych językach, z czego Allison niewiele zrozumiała. - ...to chyba wszystkie, a nie! Jeszcze Lewiatan. No, teraz będą wszystkie! - popatrzył kobiecie w oczy. - Hej, ale... chyba się mnie nie boisz? Co?
- Zastanawiam się, czy przypadkiem nie powinnam cię zabić.
- Och, możesz próbować do woli Argent, ale gwarantuję ci, że nic z tego. Ten nóż w twojej kieszeni jest dla mnie niegroźny. - odsunął się nieco od ściany klifu. Zachęcił ją przy pomocy gestu rękami. Spróbowała go uderzyć, ale ten chwycił jej zaciśniętą w pięść dłoń, obrócił się założywszy (chyba tak się mówi xD) jej dźwignię, a na końcu przygwoździł do wapiennej ściany.
- Chyba nareszcie zaczynam ci wierzyć... - mruknęła, próbując się wydostać.
- Szkoda, że tak szybko zrozumiałaś. - poczuła jego oddech na swoim uchu. - Nawet zaczynało mi się to podobać... - powiedział ze śmiechem i wypuścił dziewczynę.

Parą zostali ponownie miesiąc po wydarzeniu na plaży. Oboje wiedzieli, że igrają z ogniem, ale za bardzo się przyciągali. Nierozłączni wzbudzali zazdrość nie tylko na lądzie... Przystojny potwór morski swoim urokiem oczarowywał od bardzo dawna wiele istot morskich. Najgłębiej zadurzona w nim była morska wiedźma imieniem Savalira. Miała obsesję na punkcie Lewiatana, a wszelkie zakochane w nim syreny i inne istoty zamieniała w małe, paskudne kreatury. Dawna nie widziała mężczyzny w okolicy swojej kryjówki, więc zaczęła rozmyślać, gdzie mógł aktualnie przesiadywać. Zwykle nigdzie nie grzał miejsca na długo. Popatrzyła w swój "magiczny kamień" i odnalazła ukochanego Lewiatana z... inną. Czym prędzej ruszyła w stronę Europy i po czterech dniach stała na plaży Wybrzeża Jurajskiego w Anglii. Przybrała kobiecą postać i ruszyła w stronę lądu. Nie chciała spotkać ukochanego mężczyzny, jedynie tą kobietę, z którą był. Popytała z wiosce i odnalazła ich bez trudu. Poczekała do wieczora, aby owe dziewczę zostało samo i mogła spokojnie działać. Para rozstała się na plaży, tak jak zwykle o zachodzie słońca. Savalira poczekała aż mężczyzna zniknie, a czarnowłosa zbliży się jeszcze bardziej. Gdy Allison wracała do domu, drogę zagrodziła jej kobieta mamrocząca pod nosem jakieś niezrozumiałe dla dziewczyny słowa. Biegiem dotarła z powrotem nad morze (właściwie kanał, ale łączący akweny morskie, także ciii... xD). Tam została rzucona na nią klątwa. Już na zawsze będzie piękną, młodą dziewczyną o naturze krwiożerczej bestii zmieniającej kształt. Wiedźma chciała, żeby Allison cierpiała tak samo, jak ona. Nie przewidziała tylko, że jej moc robiła się coraz potężniejsza z każdą przemienioną syreną. I tym razem ofiara zaklęcia nie będzie przypominała druzgotka (wodny demon z Harry'ego Pottera), tylko coś dużo, dużo większego. Tak narodził się Potwór, a życie Allison Argent się skończyło. A sprawczyni rozpłynęła się w powietrzu.

Powoli opadała na dno, wciąż nieprzytomna. Jej organizm nadal walczył z dziwną przemianą, ale na próżno. W końcu się poddał, a monstrum oficjalnie się narodziło. Popłynęła w stronę powierzchni wody i wystawiła głowę. Rozległ się głośny, przeraźliwy ryk rozpaczy i prośby o pomoc. Świece domach najbliżej plaży natychmiast zostały zapalone. Zdezorientowana istota zanurkowała i odpłynęła od lądu. Po dziesięciominutowej drodze powtórzyła wołanie. Tym razem ją usłyszał. Wyłonił się z głębin i wreszcie mogła dobrze mu się przyjrzeć. Lewiatan był dużo większy niż wcześniej jej się wydawało. Razem dopłynęli do brzegu i oboje przybrali ludzką postać. On dobrowolnie, a ona z wycieńczenia. Jednak ich kolejne rozmowy potoczyły się nie tak, jak powinny...
- Allison? - wrócił z jej domu z czymś do okrycia. Na szczęście wszyscy spali, więc nawet nie trudził się, żeby pukać.
- Czuję się... lepiej... - odparła, dając się przykryć. - Jak uważasz, co teraz powinnam zrobić?
- Zniknąć, odejść daleko stąd. Powiem, że popełniłaś samobójstwo przez skok z klifu i utonęłaś.
- W porządku... - jej twarz była obojętna na te słowa. - Co z nami?
- Też chciałem o tym porozmawiać... Uważam, że powinniśmy się rozstać...

Z ich rozstaniami bywało różnie. Wracali do siebie i rozstawali się mnóstwo razy w różnych wiekach. Ale najgorszym rozstaniem było to pierwsze, gdy tylko Allison przestała być sobą. spór między nimi trwał od miesiąca, ale nie potrafili powiedzieć sobie ostatniego "do widzenia".
- Uważasz, że jeszcze coś z tego może być?! - warknęła, gdy ten po raz kolejny wahał się nad decyzją.
- Po prostu... nie potrafię zostawić cię samą... Proponuję zatem, abyś od teraz zamieszkiwała jezioro Loch Ness w Szkocji, z dala ode mnie...
- A co z oceanem? Jest ogromny. Dlaczego na siłę chcesz mnie uwięzić w tym jeziorze? Nie mówisz mi tego po raz pierwszy, więc żądam wyjaśnień. - próbowała być stanowcza i nawet jej się udawało. Ale w środku bardzo chciała czasem przypadkiem go spotkać... Nie chciała żyć samotnie, za bardzo do niego przywykła... Mężczyzna miał głowę opuszczoną w dól, jakby walczył ze sobą. Gdy ją podniósł w jego oczach dało się zobaczyć szklące się łzy.
- Bo cię tu nie chcę! Wynoś się i więcej nie pokazuj! - ryknął na cały głos. Pokiwała głowa, czując, że zbiera jej się na płacz.
- Więc zachowaj swój ocean, ja wezmę Jezioro... - odparła i odeszła w stronę wody. Zniknęła w morskiej pianie, a kilka minut później znów można było usłyszeć ryk bestii.

Z czasem zapomniała swojego imienia i nazwiska. Stała się kompletnie inną osobą. Skąd zatem się wzięło aktualne? Zawdzięcza je pani recepcjonistce z pewnego hotelu.
- Proszę dowód osobisty.
- Eeeee... Nie posiadam. - odpowiada spokojnie Nessie.
- To imię i nazwisko. - kontynuuje kobieta.
- Nessie.
- Pełne imię, proszę pani.
- Nessie, nie dosłyszała pani?
- Poprosiłam o pełne imię i nazwisko. - fuknęła, strając się zachować spokój. - Nessie to chyba skrót od Vanessa, prawda?
- Och, tak. Przepraszam...
- W porządku. Vanessa... - popatrzyła na dziewczynę pytająco.
- Emmm... Grant... - odpowiada niepewnie z nadzieją, że kobieta tego nie zauważy.
- Dziękuję, pokój 12. Mike, zaprowadź panią!
Odetchnęła z ulgą. Dobrze, że zapamiętała nazwisko swojego znajomego...

- Halo? Witam Panią, czy dodzwoniłam się do redakcji [dane osobowe pilnie strzeżone xD]?
- Tak, w czym mogę pomoc?
- Chciałabym rozmawiać z autorem artykułu o Potworze z Loch Ness. Musimy wyjaśnić sobie kilka spraw, ale wolałabym omówić to bezpośrednio z nim.
- W... porządku... Już panią przełączam...
- Dziękuję bardzo. Halo? Czy rozmawiam z [dane osobowe pilnie strzeżone xD], autorem najnowszego artykułu?
- W rzeczy samej.
- Proszę pana, nie będę owijać w bawełnę i od razu przejdę do rzeczy. Ten artykuł to jedna, wielka i bezpodstawna bzdura. Przede wszystkim czuję się obrażana i zastanawiam nad pozwaniem o zniesławienie!
- Przepraszam, ale co ma pani na myśli?
- Obecnie jestem poza granicami Szkocji. Skąd zatem takie oszczerstwa? Zależy panu na popsuci mojej opinii publicznej czy może przyciągnięciu nad Loch Ness więcej turystów? Nigdy nie zabiłam żadnego dziecka.
- Cóż, pro-oszę pa-ani... to... to są re-elacje... świadków. Ty-ylko powiedzieli, co... co tam widzieli.
- To proszę im przekazać, żeby zmienili dilera. A panu radzę napisać sprostowanie.
- O-ooczywiście... Do... do usłyszenia...
- Oby nie. - warknęła Nessie i się rozłączyła.
I rzeczywiście następnego dnia pojawił się kolejny artykuł. Jednak wyglądał trochę inaczej, niż autor obiecywał. Opisał w nim dziwny telefon jakiejś dziewczyny, która podawała się za Potwora z Loch Ness. I tak oto, po raz kolejny zresztą, sami się zniszczyli. Vanessa załatwiła w podobny sposób kilka gazet i portali. Nie pozbierali się po tak absurdalnych donosach.

- Mówię ci, Vann! Coś tam było! Jeszcze nie jestem pewien, że to ten potwór, ale wkrótce odkryję co to takiego! Przydałoby się jakieś zdjęcie, ale nie widziałem zbyt dobrze. Wierzysz mi, prawda?
- Taaak, oczywiście... Bo wiesz, ja też kiedyś widziałam coś podobnego.
- Naprawdę?! Jak wyglądało?!
- Och, była bardzo piękna.
- Piękna?
- No, tak. Przecież Nessie to imię dla dziewczyny.
- Może masz rację... Co o niej sądzisz? Widziałaś ją jeszcze kiedyś?
- A owszem, widziałam. I wiesz co? Czasem wcale nie wygląda jak potwór, gdy ją widuje. To trochę trudne... Wydaje mi się dziwnie normalna, ale wtedy przypominam sobie kim jest i widzę ją z całkowicie innej perspektywy.
Codziennie, gdy tylko spojrzę w lustro...

- Hej, Vanny! - rozległ się znajomy męski głos w pubie. Obróciła głowę w stronę baru.
- Co jest, Tertius?
- Ktoś do ciebie! - wskazał głową na jakichś dwóch gości obok. Zerwała się z miejsca i podbiegła do przyjaciela.
- Przecież doskonale wiesz, że z tym skończyłam. - syknęła, gdy przeszli na zaplecze.
- Banalna robota, sprawdzisz się idealnie. Mały włam, może obejdzie się bez ofiar.
- Może?! Czyś ty oszalał?! Nie ma mowy, nie wchodzę w to! 
- Dobrze płacą! Pomyśl nad tym!
- Dobra... Poproszę jakieś szczegóły. - mruknęła, siadając obok jednego z mężczyzn.
Jakoś musiała sobie poradzić na tym świecie. W tej chwili nie boi się żadnej pracy.


Gratuluję osobom, które dotrwały do końca
Jako, że nie wiadomo skąd się wziął ten Potwór z LN, postanowiłam wymyślić jakąś historię. Najpierw zapowiadało się nudno, bo tworzyłam pod katem miłej, dobrej postaci. Pewnego wieczora wymyśliłam, że nie stworzę dobrej, grzecznej postaci, tylko "potwora", który gdzieś tam w środku jest. Dzięki temu historia nabrała dramaturgii *kłania się*.
 W ogóle nie widać, że jestem leniwa i nie chce mi się wymyślać imion xD
Większość imion zaczerpnięta z Teen Wolf

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Szablon wykonała Night Tear. Źródło: WallPaper. Obsługiwane przez usługę Blogger.