piątek, 1 stycznia 2010

więcej — Nadzieje na jutro są atrakcyjne, póki dziś nie stało się wczoraj



________________________________________
________________________________________
data i miejsce urodzenia: śnieżna środa, 13 grudnia 1995 roku, Paryż, Francja ——— miejsce zamieszkania: między 1996 a 2014 Rochefort en Terre, Bretania; od 2014 przebywa w Fabletown, Nowy Jork, kamieniczka na Sesame Street 28B, gdzie również pracuje ——— rodzina: nieżyjąca od dwudziestu jeden lat matka, ROSE; pięćdziesięciopięcioletni ojciec, przebywający w Fable Mental Asylum, HUGO; siedemdziesięciosiedmioletnia babcia, właścicielka księgarni „Dr du Savoir”, LILA —— edukacja: szkoła podstawowa w Rochefort; liceum w tym samym mieście, w klasie o profilu humanistycznym; wymarzone, acz nigdy niepodjęte studia z Antropologii Literatury, Teatru i Filmu na NYU —— wygląd: słodkie półtora metra wzrostu; ledwie czterdzieści kilo smutku; ciepłe, czekoladowe oczy i karmelowe, miękkie włosy oraz zapach róż herbacianych, kurzu i kobiecej ambry —— zainteresowania: książki, książki i książki oraz film i teatr – jest typowym, sztampowym i nudnym przykładem księżniczki z bajki —— ciekawostki: cierpi na poważną dalekowzroczność od dużej ilości czytania; jej imiona oznaczają Pełna łaski (Annabella) i Delikatna (Linétte), natomiast nazwisko (Chevalier) można tłumaczyć jako Odwaga; jej jedynym przyjacielem jest żółw VOLDETORT, któremu dzierga ubranka; lubi śpiewać podczas prania i sprzątania; świetnie gotuje i jest perfekcyjną panią domu; wciąż ludzie wytykają ją palcami, a ona sama coraz mniej potrafi nawiązywać kontakty międzyludzkie; kiedy się denerwuje, brzydko czerwienieje, a jej głos wchodzi na wysokie nuty; pół roku temu rozpoczęła bitwę z kostniakomięsakiem, bo jak mieć przejebane, to na całego; żałuje, że nigdy nie nauczyła się grać na instrumentach (umie natomiast na nerwach); bywa strasznie przemądrzała; od dwóch lat (2014) rozwódka po dwudziestu czterech miesiącach szczęśliwego małżeństwa (zawartego 8 sierpnia 2012) i roku upokorzeń, niemająca najlepszych kontaktów z mężem; fanka rowerów i słodyczy oraz ostrych potraw —— ech, Bells, przestań się tak szczerzyć, bo lekko przecież nie jest…

Dobre początki nie istnieją, a szczęśliwe zakończenia to bujda, wiecie?
Historia drobnej i uroczej Belle zaczyna się jak wiele innych: dawno, dawno temu… z tym że to jej „dawno” nie jest znowuż aż tak odległym terminem, bowiem wszystko ma swój początek we Francji spowitej – w przeciwieństwie do realnego świata – mgiełką magii, w roku 1745, kiedy to przyszła na świat w paryskim wiatraku, więc żadnego za górami, za lasami, także nie było. Był za to rok szczęśliwego, chociaż niepamiętanego przez nią, dzieciństwa, gdy jej ojciec Mauricè tworzył zabawki, a jej matka, Roseline, malowała swoje piękne pejzaże. Później jednak przyszła dżuma i wszystko się skończyło – mimo że o tym większość wersji jej historii milczy; ot, po prostu w ładnych, malowanych zgrabną dłonią opowieściach, nie ma miejsca na takie tragiczne wydarzenia.
Co prawda, osobiście nie mogła narzekać – mimo że pewnie z punktu widzenia innych ludzi, jej żywot był od maleńkości skazany na beznadzieję: ekscentryczny tata, który nie do końca sobie radził, i tajemnicza matka, o której nikt nie wspominał; bo też nikt, oprócz jej męża nie znał o niej prawdy, a ten ostatecznie postanowił skryć ją nawet przed własną córką, która pewnie nie dowiedziałaby się, jak to się stało, że została pół-sierotką, gdyby nie, o ironio!, książę-Bestia. Nim jednak opowieść o Pięknej dojdzie do etapu, gdy stanęła na drodze, z pozoru, brutalnego, okropnego potwora i go odczarowała, czekało ją kolejnych szesnaście lat życia w Rochefort en Terre, rodzinnej miejscowości starego Chevaliera, do której uciekł z Paryża przed epidemią; na prośbę swej ukochanej, zresztą.
Żyła więc od wschodu do zachodu słońca – od jednego prania, do drugiego; od jednej podróży odbytej na stronnicach książki do kolejnej, bo dalej, niźli granice malutkiej wioski nie mogła się zapuścić; Mauricè nie zezwalał jej nawet na pojechanie z nim na jarmark do sąsiedniej wsi, czując wielką, acz uzasadnioną, potrzebę chronienia swojej córki; była wszystkim, co miał. Dziewczynki środy – dziewczynki, która chociaż za patrona miała Merkurego, planetę najbliższą Słońcu, a z arrasu losu, utkanego przed wiekami, miała być inteligentna, oczytana i pracowita: na zawsze miała przez swoją ambicję, wiedzę i miłość do jej pogłębiania oraz do tego, co żywe, być tępioną i wyklętą z prostego, bretańskiego społeczeństwa, gdzie miejsce kobiety było w kuchni nie w bibliotece.
Można nawet więc uznać, że stała się niejako protoplastą feministek, gdy sprzeciwiła się temu krzywdzącemu układowi, jaki próbowano jej wpoić od dziecka, zmuszając do prac „typowo babskich” i chociaż przegrywała większość czasu, to przecież ostatecznie wygrała – prawda? Znalazła swój zamek, swojego księcia, zobaczyła coś więcej niż okolice Rochefort en Terre, a w jego silnych ramionach, pachnących mchem starego dębu, odświeżającą miętą i słodko-kwaśną cytryną, odnalazła bezpieczeństwo, a w spojrzeniu błękitnych, niczym niebo w letnie popołudnie – swoje własne piękno. Uformował ją, jako kobietę – sprawił, że jej siła wzrosła, bo uświadomił jej, ile mocy w sobie nosiła: jak wiele mogła. Nie mogła być szczęśliwsza, szczególnie, że nosiła pod sercem jego dziecko.
Późnie jednak przybył Adwersarz, a kiedy to zrobił była zima 1754 roku i wówczas rozpoczęło się bolesne doświadczenie przez Bellę, dzień po dniu, iż życie to nie bajka spisana zamaszystym, eleganckim pismem na pachnącej prowansalską lawendą papeterii. Najpierw była wiara – bo ufała ukochanemu – że będzie dobrze – później był strach – bo niebezpieczeństwo było coraz bliżej – a na koniec została pustka, gdy stracili dwój dom, swoje dziecko, swoją radość, a przede wszystkim: stracili samych siebie. Nowy Jork przywitał ich uderzeniem obucha w głowę – żadnej magii, żadnej miłości, żadnej nadziei, tylko smutne patrzenie, jak jej ojciec popada w coraz większe szaleństwo i zabijająca niemoc wobec patrzenia, jak książę zmienia się z powrotem w monstrum.
Rozwód był szybki, bo niczego nie oczekiwała – nic nie miała. On wziął zaś wszystko, a przede wszystkim jej serce i tak, jak kiedyś czarodziejka Agathè zamknęła pod szklaną kopułą czarodziejską różę, tak wtedy, w sierpniu 2016 Bestia wziął jej serce i skrył je gdzieś głęboko, wciąż będąc jego panem. Była jednak pewna, że zniosłaby więcej, przecież była odważna, silna, dzielna – wzięłaby jeszcze więcej na swoje chude ramionka, udawałaby, że nie widzi kochanek; że nie boi się o własne zdrowie, gdy wpadał w iście potworny szał; że nadal potrafi się uśmiechać i nawinie wierzyłaby, że tak jak kiedyś go odczarowała, zrobi to znowu. On jednak nawet darł książki, które mu dawała, a jej wiara gasła coraz mocniej – rozwód był w związku z tym jej największą porażką.
Nie ma więc już nic, co sprawia, że Belle śmieje się tak szczerze, tak radośnie, tak wesoło, jak kiedyś – kolejne pozycje nie są interesujące, ludzie są szarzy, muzyka jest nieprzyjemna, a kolory jakieś takie wyblakłe. Belle to tylko ładna buzia w piegi – niewątpliwą urodę, a więc rysy twarzy, ogólne piękno, odziedziczyła po matce, jednak kolor oczu, czy włosów: w spadku otrzymała po ojcu. Belle jest smutkiem – ona nie jest smutna, nie jest załamana ani nie jest rozżalona: ona  j e s t  smutkiem. Belle to też pustka w najczystszej postaci, która patrzy czasem w kierunku kasyna i ma nadzieję spotkać swojego księcia, a z drugiej strony – panicznie boi się na niego wpaść. Belle jest dlatego też samotna, bo siedzi zamknięta w „Doktorze Wiedzy” i próbuje się pozbyć swego adoratora.
Pewnego dnia się obudziła i spojrzała w Słońce, stwierdzając, że nie nadaje się do tego świata – że Fabletown ją przerasta; że te trzy lata zniszczyły ją bardziej, niż jakiekolwiek walki z nadprzyrodzonymi siłami, a jednak… nie umie się nie uśmiechnąć na widok nowego kwiatka, na widok nowej książki, na widok jedynego wspólnego zdjęcia. W swoim infantylizmie coraz bardziej traci zmysły.
Och, Bells, dlaczego tak bardzo próbujesz udawać, że jest dobrze?
 


 W tytule znowu Faulkner, na zdjęciu ponownie Watson (tym razem wprost z Pięknej i Bestii), gratuluję tym, co przebrnęli przez moje grafomaństwo. Jak pewnie się już zorientowaliście: po najechaniu na zdjęcie znajduje się kilka informacji „oficjalnych”, a poniżej „bajkowo-smutna” historia, jak Bells trafiła do Fabletown. Za kod serdecznie dziękuję Bestii, czyli lakłakowi.       Niech moc będzie z Wami, kochani! : D 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Szablon wykonała Night Tear. Źródło: WallPaper. Obsługiwane przez usługę Blogger.