czwartek, 1 lutego 1990

Powrót do przeszłości


Każdy z Was pochodzi z innego miejsca, ale w niewytłumaczony sposób, wszyscy nagle znaleźliście się tutaj - w zatłoczonym, całkiem innym od Waszego domu Nowym Jorku. Dostosowaliście się lub nie, jednak nie jesteście już tą samą osobą, która opuściła pięć lat temu tak znajome Wam środowisko. 
Czy gdyby stało się coś, dzięki czemu wrócilibyście do domu, to dalibyście sobie radę?


Co się stało?
Dzień jak zawsze, dzwoni budzik, przeciągacie się, wstajecie, otwieracie oczy... I nie jesteście już w swoim łóżku, w swoim mieszkaniu, nie jesteście nawet w Nowym Jorku. Przed oczami macie to, o czym myśleliście, że przepadło na zawsze. Znajome, a zarazem tak bardzo obce miejsce budzi radość, a równocześnie strach. Nie wiecie co działo się w Waszym domu przez te pięć lat, i chociaż nie każdy z Was przywykł do życia w Nowym Jorku, to każdy zdążył przyzwyczaić się do wielu udogodnień dzisiejszej cywilizacji. Telefon, komputer, samochód... To wszystko to już tylko wspomnienie, jesteście sami, nie wiecie co robić. Jak poradzicie sobie z tą sytuacją? 
Wyobraźcie sobie taką sytuację i postawcie w niej swoich bohaterów! Każdy z nich musi od nowa przywyknąć do tego, od czego odzwyczaił się w wygodnym mieście. Znowu musi polować, żeby mieć pożywienie, zmierzyć się z tym wszystkim, o czym już dawno zapomniał. Przez pięć lat łatwo odzwyczaić się od swojego zwierzęcego ja, a tu nagle Wasza postać znowu ma cztery łapy, pazury i kły! Oczywiście, powyżej przedstawiona sytuacja ma miejsce tylko i wyłącznie w zabawie, przez co nie wpływa na Wasze wątki, bo po prostu nie zdarzyła się ''naprawdę''.


Przebieg zabawy
  • Eliminacje. Każdy, kto chce wziąć udział w zabawie, powinien zostawić pod tym postem komentarz, w którym opisze, jak Wasza postać zareagowała na tę niecodzienną sytuację. Komentarz powinien mieć od 300 do 600 słów. Zostawienie go jest jednoznaczne z tym, że podejmujecie się wyzwania, które może trwać nawet całe wakacje, dlatego dobrze to przemyślcie! Nie chcemy, żeby w połowie ktoś zrezygnował.
  • I etap. Tutaj już będzie trudniej, bo dostaniecie konkretne zadanie, które również będziecie musieli opisać w formie komentarza. Nagradzane będą: wywiązanie się z zadania głównego oraz pobocznych; kreatywność; poprawność stylistyczna i językowa. W tym etapie po raz pierwszy ktoś odpadnie, ilość osób, które pożegnają się z zabawą, będzie zależała od ilości, która się do niej zgłosi. Ilość słów od 500 do 700.
  • II etap. Nie różni się niczym od etapu I, zasady takie same, długość komentarza od 600 do 800 słów. Znowu ktoś odpadnie.
  • III etap. Podobnie jak w etapie I i II, wszystko zostaje tak samo, z małym wyjątkiem: po tym etapie w zabawie zostanie od 5 do 3 osób, wszystko zależy od tego, ilu autorów zgłosi się do wyzwania. Ilość słów w komentarzu od 700 do 900.
  • Finał. Tutaj Waszym zadaniem będzie napisanie opowiadania, którego ilość słów to minimum 1500. Tym razem nie ma górnej granicy, im więcej tym ciekawiej! Po finale ogłoszone zostaną wyniki, a zwycięzcy stosownie nagrodzeni.

Zadania do poszczególnych etapów podawane będą regularnie, gdy ustalone zostanie, kto przechodzi dalej. Każdy autor, który nie weźmie udziału w wyzwaniu, może pomóc głównym oceniającym - mi oraz Skipper (nasze postacie nie biorą udziału w zabawie ze względu na konflikt interesów) - w decydowaniu, kto zasłużył na kolejny etap.


Eliminacje czas zacząć!
Eliminacje trwają od dzisiaj do 14 lipca. Jak wspomniane jest w  Przebiegu zabawy, trzeba opisać sytuację, w której dziwnym zrządzeniem losu znalazł się Wasz bohater. W tym etapie możecie puścić wodze wyobraźni, bowiem nie dajemy Wam jeszcze konkretnego zadania, które musicie opisać. Po prostu - zaskoczcie nas czymś dobrym! Pamiętajcie też, że w rundzie eliminacyjnej nikt nie odpada, a na kolejne etapy będziecie mieć więcej czasu niż tydzień, dlatego zachęcamy do wzięcia udziału w wyzwaniu.


Postanowiliśmy urozmaicić życie na blogu w tym wakacyjnym okresie i mamy nadzieję, że spodoba Wam się pierwsza z kilku niespodzianek przygotowanych na ten czas. Kolejnymi, jak wiecie, są: wątek grupowy, na który wstępnie możecie zapisywać się pod Listą Obecności, oraz wznowienie zabawy z punktu 4 Regulaminu. Jeśli wyzwanie się Wam spodoba, w przyszłości możemy organizować kolejne, ale to już zależy od Waszej aktywności i udziału.

Zapraszamy również do witania nowej postaci, której kartę przykryliśmy: KARTA


Administracja życzy wszystkim autorom udanych wakacji! :)

9 komentarzy:

  1. Powieki były zbyt ciężkie, by otworzyć je od razu po przebudzeniu. Poduszka i materac wydały się twardsze niż zazwyczaj, a zapach naftaliny przypomniał o czymś z przeszłości.
    Virginia westchnęła i jeszcze w półśnie zdała sobie sprawę, że chyba zaspała. Tylko dlaczego budzik nie zadzwonił? Ogarnął ją chwilowy, irracjonalny lęk, który szybko zmienił się w chęć ponownego powrotu do błogiego snu. Obowiązki jednak wzywały i czekały, a ona nie mogła pozwolić sobie na leniuchowanie. Nie dziś.
    Po omacku, wyciągnęła lewą rękę, próbując dosięgnąć telefonu, który każdego ranka czekał na szafce obok łóżka. Rozległ się trzask i seria metalicznych odgłosów – najwyraźniej strąciła coś na podłogę. Dopiero teraz, próbując przekręcić się na bok i otworzyć oczy, poczuła niemiłosierny, paraliżujący ból głowy. Łzy same napłynęły do zmęczonych oczu, zamazując obraz rzeczywistości. Przez mgłę dostrzegła, że szafka nocna nie wygląda tak, jak każdego poprzedniego dnia – szarobura i metalowa. Nagle coś zaskrzypiało tuż nad jej uchem i mechaniczna, pachnąca rdzą prymitywna ręka podniosła zestaw buteleczek, które przed momentem zrzuciła na ziemię. Przerażona Virginia podążyła wzrokiem za dziwnie znajomym widokiem i spostrzegła, że jej łóżko minął właśnie niski robot w białym kitlu. Ból znów dał o sobie znać, a gdy ponownie otworzyła oczy, nie mogła uwierzyć w to, co właśnie widzi. Nie była sama. Nie była nawet we własnym pokoju. Rzędy łóżek, z jednej i drugiej strony. Niegdyś białe ściany i wysoki sufit tuż nad nią. Przechodzące sylwetki. Szepty, rozmowy, odgłosy pracujących parowych maszyn.
    To sen, pomyślała, a mimo to odruchowo zerwała się z łóżka, próbując choćby usiąść. Spadła na zimną podłogę razem z białym kocem, którym najwyraźniej była owinięta. W głowie kręciło się jej jak na karuzeli w Central Parku, a koordynacja przypominała stan upojenia. W pierwszej chwili chwyciła się rury z sąsiedniego łóżka, by podciągnąć się i wstać… Jej dłoń. I ramię. Wróciły pazury i beżowa sierść. Glamour przestał działać?
    Ktoś ją chwycił, podniósł i ułożył na łóżku.
    - Doktor Montgomery. Jak się pani czuje? – przedstawił się i zadał dość głupie, jak się wydawało, pytanie. Virginia wystraszonym spojrzeniem zlustrowała postać lekarza z dużym, mechanicznym okiem.
    - Gdzie ja jestem? – szepnęła. Dopiero teraz zdała sobie sprawę z licznych bandaży na własnym ciele, w tym owijających jej głowę.
    - W szpitalu portowym. Czy pamięta pani ostatnie wydarzenia?
    - W szpitalu? – wciąż rozglądała gorączkowo, próbując przypomnieć sobie cokolwiek.
    - Tak. Pani okręt „Legacy” natrafił na deszcz meteorytów. Miała pani wiele szczęścia, pani kapitan.
    Otworzyła szeroko usta, nie mogąc wydobyć słowa. Przeszedł ją dreszcz, a serce zaczęło walić jak opętane.
    - Jak…? To nie możliwe… Kiedy to się wydarzyło?
    Lekarz spojrzał na nią z troską.
    - Kilka dni temu – oznajmił – Była pani w śpiączce.

    [Yeah! Jestem pierwsza, ale mam nadzieję, że nie ostatnia ;)]
    Virginia

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak zwykle późno się położyłam i zasnęłam nawet nie dotykając głową poduszki. Jeszcze w ostatniej chwili świadomości modliłam się żeby nie zaspać do pracy, bo następnego dnia miałam bardzo ważną rozprawę. Śnił mi się dom i ojciec i On. Te oczy, które przenikliwie na mnie patrzyły. Te usta, które tyle razy mówiły mi, że mnie kochają. Już nigdy miałam ich nie zobaczyć.
    Kiedy poczułam na swoim ciele chłodny wiatr raptownie otworzyłam oczy. W pierwszej chwili myślałam, że śnię. Nad moją głową wznosiły się drzewa. Te same drzewa, które były Tam. W Nowym Jorku nie widziałam nigdzie takich drzew. Westchnęłam cicho i zamknęłam oczy po czym ponownie je otworzyłam. Drzewa nadal były a na niebie pojawiła się mewa. Uśmiechnęłam się lekko i wstałam. Spojrzałam w dół i... czemu miałam na sobie sukienkę ze skóry jakiegoś biednego zwierzaka? Czemu byłam w środku lasu? W Nowym Jorku nie było lasów.
    Rozejrzałam się dookoła i moim oczom ukazała się Ona. Babcia. Moja kochana Babunia. Podbiegłam szybko do drzewa i dotknęłam jego pnia.
    - Pocahontas? - głos Babci nawet we śnie był taki jakim go zapamiętałam. Ani trochę się nie zmienił. Stanęłam przed nią z uśmiechem.
    - Tak, Babciu, to ja. - uśmiechnęłam się. - Ale pewnie zaraz się obudzę. - wzruszyłam lekko ramionami. Byłam przygotowana na to, że zaraz sen się skończy.
    - Gdzie ty się podziewałaś? Czemu mnie nie odwiedzałaś?
    - Babciu... Ja... Nie mogę, jestem daleko od domu, nie mogę cię odwiedzać. - powiedziałam i usiadłam na skale. Kiedy podniosłam wzrok Babci już nie było. Wstałam i znaną mi doskonale ścieżką ruszyłam w kierunku domu podziwiając w międzyczasie swoją wyobraźnię za tak realistyczne detale tego świata. Kiedy dotarłam na skraj wioski zauważyłam moją najlepszą przyjaciółkę w objęciach jednego z naszych wspólnych przyjaciół. No proszę, a więc Nakoma wyszła za mąż. Już, już miałam do nich podejść, ale wtedy Nakoma spojrzała w moją stronę a ja ze strachu schowałam się szybko za drzewem. A co jeśli to nie sen? Co jeśli wróciłam do mojego świata? W końcu nie było mnie pięć lat, mogli już o mnie zapomnieć albo wyprawić mi pogrzeb. Ostatni raz spojrzałam na tę parę i czym prędzej pobiegłam w głąb lasu. Nie mogłam pozwolić, aby ktokolwiek mnie zobaczył. Jeśli dla nich umarłam to przeżyliby szok. W końcu zmęczona zatrzymałam się na polanie w środku lasu i usiadłam na ziemi zastanawiając się co dalej.

    [Bosze! Nie wiem co mi wyszło, ale coś jest xD ]
    Mercedes

    OdpowiedzUsuń
  3. Huck nienawidził poranku po oblanych obficie rumem wieczorach. Takie niestety zdarzały się bardzo często. Czymś musiał zagłuszać drażniąca pustkę w sercu, tak jak i masę wspomnień. Z jękiem przewrócił się na drugi bok i ku swemu niezadowoleniu stwierdził, ze jego ulubiona poduszka nagle przestała być miękka. Miał ochotę zakląć, ale przez zaspanie z jego ust wydobył się tylko niezrozumiały bełkot. Normalnie na tym by się skończyło, a Jones zastałby ponownie, wszak jego praca nie wymagała wstawańia o poranku, gdyby nie cała masa zapomnianych po pięciu latach zapachów. Na początek w jego nozdrza uderzyła przyjemna woń słonej wody i mokrych desek. Następnie dał o sobie znać jego ukochany trunek, a na koniec dobił go dziwny zapach. Kiedyś nazywał go wonią śmierci, zapachem metalu i krwi. Teraz najbardziej pasowałoby mu określenie "zapach sklepu mięsnego".
    Wreszcie Jones ziewał porządnie i rozbudzony symfonia zapachów otworzył oczy. W tej samej chwili samarl z przerażenia i szczęścia. Powitał go bowiem widok kajuty kapitańskiej osławionego w bajkach dla dzieci statku.
    - Jolly Roger - wyszeptał w chwilowym uniesieniu.
    Dopiero po chwili zrozumiał co to oznacza. Wrócił. Do domu, do piekła, do dawnego życia. Do Nibylandii. Zaraz tez jego sercem targnęła obawa. Przez całe piec lat zastanawiał się czy chce wrócić, nie szukał sposobu. Rozważał jak zareaguje na jego odnalezienie.
    Prędko zerwał się na nogi w nie zapomnianym odruchu ubrał skórzany płaszcz, nałożył na głowę kapitański kapelusz i wkręcił sobie... Jeden z wielu haków czekających na niego wiernie przez piec lat w drewnianej skrzynce. Wybrał złoty, odświętny, a potem z szeroki uśmiechem wybiegł na pokład.
    - Panie Swadek! - krzyknął z entuzjazmem.
    Odpowiedziała mu cisza. Jolly Roger był pusty, a jego pokład pokrywała cienka warstwa śniegu. Kapitan rozejrzał się dookoła. Morze skół lód, a drzewa na ladzie zamieniły liście na biały puch. Z wioski Indian nie unosił się dym. W Nibylandii panowała sroga zima, a na niebie gromadziły się ciemne chmury.
    - W Nibylandii nie ma królów - wyszeptał w przestrachu Hak - Jest tylko Piotruś, a on najwyraźniej nie wrócił....
    Pogoda w Nibylandii zawsze zależała od humoru tego jednego chłopca, a zima panowała w niej tylko pod jego nieobecność. Nie można się wiec było dziwić wnioskom kapitana. Ten przeszedł się nerwowo w te i z powrotem po pokładzie, nie wiedząc co robić. Mimo powrotu nie odzyskał załogi czy wroga. Był całkiem sam, a nowi znajomi zostali w Fabletown. Nagle zapragnął wrócić do tego uroczego w pewien sposób miasteczka, zadzwonić do byle kogo na komórkę i pożerać się z szefem tylko po to, by wieczorem poczytać książkę o sobie samym. Tam przynajmniej mógł mieć nadzieje. Na ukochanym okręcie, o którego przeniesienie do Fabletown walczył nagle ja stracił. Tak po prostu.
    - Co się do stu diabłów morskich stało? - wybełkotał, szukając na niebie gwiazd.
    Dwóch szczególnych. Nie zobaczył jednak ani jednej.


    [ Proszę o wyrozumiałość. Pisanie z tabletu jest straszne >.< ]
    Huck

    OdpowiedzUsuń
  4. Tej nocy nie spała spokojnie. Obrazy przeszłości wracały do niej częściej niż zwykle, choć była święcie przekonana, że dawno wyzbyła się żalu i bólu po stracie bliskich. Powracał do niej nocny taniec, lot na trzmielu, rodzina ropuch, ciepło mysiego pieca, ciemności kreciej nory, ból po stracie Korneliusza oraz… ich ślub. Obudziła się zlana potem, z bijącym szaleńczo sercem w piersi i zacisnęła oczy, jakby miało to pomóc w uwolnieniu głowy od tego, co straciła. Oparła dłoń na krawędzi łóżka. Zdziwiona pomacała jeszcze chwilę, aż w końcu otworzyła oczy.
    Czy to… orzech?
    Spanikowana rozejrzała się dookoła. W ciemności trudno było rozpoznać wystrój wnętrza, choć była pewna, że to nie jest jej mieszkanie w Nowym Jorku. Została porwana? Znowu? Przeniosła wzrok na witrażowe okno, które wydało się jej w obecnej chwili straszliwie duże. Zaniepokojona dotknęła swojej twarzy, ubrania, włosów. Jej włosy były długie, nos lekko zadarty, sukienka ciasna w talii. Jak oparzona wyskoczyła z łóżeczka i stanęła twarzą w twarz z elfem wymalowanym na kartach ogromnej księgi. Wspomnienia uderzyły ją jak fala gorąca.
    To… dom
    Świat zawirował w malutkiej główce. Choć w Nowym Jorku jej wzrost nadal pozostawiał wiele do życzenia, nie przypuszczała, że znów będzie nie większa od kciuka. Jak powinna zapalić teraz jakiekolwiek światło? Włączniki oczywiście nie istnieją, a zapałka jest teraz niewiele mniejsza od niej. Jak zejść ze stołu, co w ogóle robić? Myśl, Mała, myśl.
    Jak ja sobie radziłam?
    -Trzeba znaleźć nitkę. Tak, schodziłam po nitce. Mała, bądź dzielna – powtarzała sobie gorączkowo, ocierając pot z czoła. Trzeba kogoś znaleźć, kogokolwiek. Miała przecież tylu przyjaciół, w domu był pies i była… mama. Co się z nią stało? Gdzie Heros? Jaquimo? Korneliusz?
    Mój… mąż?
    W kontekście jej obecnej pracy myśli te brzmiały dość groteskowo. Opadła na ziemię, ruszając drobnym krokiem w kierunku schodów. Tu okazało się, że położone były deski z jednej strony schodów, specjalnie dla niej. Wyglądało na to, że nic się nie zmieniło, ale nie mogła oprzeć się dziwnemu wrażeniu, że coś jest zdecydowanie nie tak.
    -Calineczko? – usłyszała cichy, słaby i drżący głos w drugim kącie pokoju. Było ciepło, w kominku palił się ogień i choć nadal ogromne meble i sufit znajdujący się o wiele wyżej niż zazwyczaj, to poczuła pewną iskierkę nadziei. Czy to był głos mamy?
    -Calineczko, opowiem ci dzisiaj o dzielnym psie, który uratował króla…. – zaczęła, jak gdyby nigdy nic. Starsza, pomarszczona kobiecina siedziała w fotelu z książką na kolanach. Na stoliku, tuż obok niej stała doniczka z pięknym, czerwonym tulipanem.
    -Mamo… - szepnęła Mała, podchodząc bliżej. Jej matka jednak zdawała się patrzeć na kwiatek niewidzącym wzrokiem, jakby czekała aż Calineczka znów obudzi się wewnątrz tulipana i powie Dzień dobry, mamo!
    Poczuła przeszywający ból w sercu. Jej matka musiała stracić już wszelką nadzieję, a może nawet i rozum. Była sama przez pięć lat, nie wiedziała gdzie podziała się jej ukochana córeczka. Mała szarpnęła rąbek sukienki swojej mamy, jednak ta opowiadała dalej swoją historię, uparcie obserwując kwiat, zupełnie jakby zajął teraz jej miejsce.
    Mamo, proszę, spójrz na mnie…
    Cofnęła się przerażona, zatykając usta dłonią. Znów poczuła się mała, bezradna i zupełnie nie wiedziała, co ma robić. W pewnym momencie uderzyła plecami o nogę stołu. Nagle, poczuła, że poza stanem jej matki, coś innego jest bardzo nie w porządku. Spróbowała dotknąć swoich pleców, złapać skrzydła, które otrzymała po poślubieniu Korneliusza. Nie wyczuła jednak nic, a w specjalnie dla niej postawionym na ziemi lustrze dostrzegła ich brak. Nie rozumiała tylko czemu, skoro jest żoną Korneliusza, nie posiada swoich skrzydeł. Co się z nimi stało? Co się stało z nim?!

    Celine

    OdpowiedzUsuń
  5. Otworzyła oczy. W pokoju było ciemniej niż zwykle. Usiadła na łóżku rozglądając się po pomieszczeniu. Była jeszcze zbyt zaspana, żeby zrozumieć gdzie jest. Pokój był ciemny, ciężkie zasłony całkowicie zakrywały okno. Wnętrze wydawało się ciężkie i przytłaczające – duża, przesadnie rzeźbiona szafa, toaletka w podobnym stylu, parawan... łóżko z baldachimem. Rozejrzała się ponownie, tym razem nieco przytomniej. Doskonale znała to miejsce! Przecież to był jej dawny pokój w Sennej Kotlinie. Zerwała się na równe nogi nieco zbyt gwałtownie, przez co potrąciła stojące pod łóżkiem nocne naczynie. Gdy je spostrzegła odruchowo jęknęła. Łazienka! Jak wcześniej była w ogóle w stanie funkcjonować bez łazienki?! Co prawda jej ojciec był najbogatszym mieszkańcem miasteczka, ale i tak nie zmieniało to faktu, że w domu nie było kanalizacji ani bieżącej wody. Nie lubiła Nowego Jorku, tęskniła za spokojem i senną atmosferą swojego rodzinnego miasteczka, ale po tych pięciu latach nie wyobrażała już sobie życia bez prawdziwej, nowoczesnej łazienki. Jak ona to wytrzyma? Kiedyś co prawda sobie radziła... ale kiedyś nie znała innych opcji. Spróbowała pocieszyć się myślą, że w końcu odetchnie od klaustrofobicznych uliczek i tłoku, ale niewiele to pomogło.
    Podirytowana ruszyła w stronę szafy by się ubrać. Kolejny cios. Na samą myśl, że musi wbić się w niewygodny gorset, coś się w niej gotowało. Kiedyś nie narzekała na gorsety, a nawet je lubiła. Oczywiście tak było zanim w Nowym Jorku poznała cudowny wynalazek zwany biustonoszem. Lekki, nie krępujący ruchów. Podobnie jak i bielizna. W Nowym Jorku po raz pierwszy mogła nosić sukienki i nie czuć się przy tym jak w zbroi. Ze złością szybko zasznurowała gorset i dokończyła poranną toaletę. Buntowniczo postanowiła zrezygnować z pantalonów i jednej z halek.
    Po tak koszmarnym początku dnia, mogło być już tylko lepiej. Zeszła na dół. Dom wyglądał jakby zupełnie nic się tu nie zmieniło przez te 5 lat. Służba krzątała się przygotowując śniadanie dla reszty domowników. Cichutko przemknęła przez pomieszczenia służby, wymykając się z domu. Dopiero gdy znalazła się na zewnątrz i odetchnęła przyjemnym, chłodnym powietrzem, poczuła się lepiej. Znajomy widok tonącego w porannej mgle miasteczka był wyjątkowo kojący...
    Wiedziała, że nie mógł to być sen. W snach nie czuje się bólu, a niewygodny gorset niemiłosiernie ją uwierał... Coś musiało się wydarzyć. Może to sprawka tej samej magii, która przeniosła ją do Nowego Jorku? Nie... Wtedy byłoby widać jakiś znak upływu czasu. Tymczasem miała wrażenie, że obudziła się tego samego dnia, w którym wszystko zniknęło. Wszystko wyglądało identycznie, chociaż... Była zdeterminowana to rozgryźć. Dziarskim krokiem ruszyła w stronę domu Van Bruntów. Jeśli naprawdę wróciła do tego samego dnia to wie co się stanie. Cholerny gorset! Nie mogła nawet biec, bo od razu dostawała zadyszki. Niech to szlag! Z tego wszystkiego niemal wpadła na wychodzącego z domu Broma Van Brunta.
    – Katrina! Co tu robisz? – spytał usłużnie podając jej ramię, by się na nim wsparła. – Właśnie miałem do ciebie iść...
    Oczywiście. Uśmiechnęła się. Jeśli teraz zaprosi ją na potańcówkę...
    – … Miałem cię spytać czy zgodziłabyś się pójść ze mną na jutrzejszą potańcówkę...
    – Brom. – przerwała mu – To już było. Już mnie o to prosiłeś!
    – Nie przypominam sobie, żebym wcześniej cię o to prosił.
    – To było tego dnia kiedy trafiliśmy do Nowego Jorku. Do Fabletown.
    – Nie rozumiem o czym ty mówisz.
    Zamilkła. Przecież Brom również był w Fabletown! Jak to możliwe by tylko ona pamiętała? O co w tym chodziło? Wiedziała, że musi to rozgryźć za wszelką cenę.
    – Wybacz Brom, muszę coś jeszcze załatwić. Porozmawiamy potem. – posłała mu swój najpiękniejszy uśmiech, po czym pośpiesznie ruszyła w stronę lasu.
    W końcu był jeszcze ktoś, kto mógłby jej pomóc...

    Katrina

    [Wybaczcie dziwne podejście, ale zawsze kiedy wyobrażałam sobie taką sytuację w swoim życiu myślałam tylko o łazience. ;)]

    OdpowiedzUsuń
  6. Otworzyłam pospiesznie oczy, mając nadzieje, że tym razem znów nie spóźniła się do pracy. Podparłam się rękami na powierzchni łóżka. Zamarłam. Rozglądałam się pospiesznie po miejscu, który nie przypomniał mojego pokoju. Tym bardziej mieszkania lub Fablentown.
    Co się dzieje? Czy to jeden z tych świadomych snów? Nie, to nie było to. Uszczypnęła się w ramię. Ja nie śniłam.
    - Kraina Czarów – wyszeptała, niedowierzając w to, co jej oczy widziały.
    Obudziłam się na grzybku, szerokim, który był średniej wysokości. Kraina nie zmieniła się, dalej była kolorowym świtem. Lecz grozę emanowała od tej okoliczności. Małe stworki latały wokół mnie, ciągnąc za włosy. Słyszałam cieniutkie głosiki, jakie wypowiadały me imię
    Alice… Alice…
    Przegoniłam je rękoma, machając nimi na wszystkie strony. Po chwili zsunęłam, się z rośliny i wylądowała na ziemi. Stworki odleciały.
    Jęknęła z bólu, jakże nienawidziła swego pecha.
    Nie wiedziałam, jak mam zareagować na tę sytuację. Była to radość, lecz i zaniepokojenie. Strach. Chciała tutaj wrócić, do tego miejsca, ale nie w taki sposób. Nie przy pomocy wielkiej niewidomy.
    Spojrzałam na swoje ubranie. Było to biała koszula nocna, sięgająca aż po same kolana z długimi rękawkami, trochę pobrudzona z elementami… czerwieni? Tak? Czy dobrze to widziałam? Zignorowałam to, mając nadzieje, że to tylko złudzenie.
    Ruszyłam przed siebie.
    Na pierwszy rzut oka, Kraina Czarów nie przeszła żadnych rewolucji. Jednak co w głębiej w „las” się szło, tym obawy zaczynały mieć swoje namacalne dowody. Mrok wisiał na Krainą, pierwszy raz doświadczałam na sobie znamię wroga, dla tego świata. Przecież nie była nim, byłam jego cześcią. Istoty, wszystko wokół mnie śmiało się w straszliwy sposób. Chichoty stawały się coraz głośniejsze, przypominający coś w rodzaju pogardliwych intencji w tonie rechotów.
    Nic nie było takie jak wcześniej.
    Biegłam, nie oglądając się za siebie, tylko patrząc w to, co się zataczałam. W krąg krwawych uśmiechów wielki wielkich roślin. Mieszkańców. Mgła, która stawała się coraz większa. A krwawy uśmiech Kota z Cheshire zawisł na niebie.
    - Skrócić o głowę!

    Alice

    OdpowiedzUsuń
  7. Obudziło go przyjemne kołysanie, zupełnie jakby znów znajdował się na statku. W pierwszej chwili sam nie wiedział co było dziwniejsze – miejsce, w którym się obudził czy fakt, że jakimś cudem udało mu się zasnąć. Zazwyczaj nie sypiał, bo tego nie potrzebował. Czasem co prawda zdarzało mu się upić do nieprzytomności i obudzić się w dziwnym miejscu, ale tym razem doskonale zdawał sobie sprawę co działo się wczoraj, pamiętał każdy szczegół. Dopiero teraz zdecydował się rozejrzeć dookoła. Podświadomość mówiła mu, że lepiej tego nie robić, że nie wróży to nic dobrego. Zignorował to. Rozejrzał się i już wiedział, że spełnił się jego najgorszy koszmar. Po kilku latach wspaniałego, względnie normalnego życia, wrócił do swojego własnego piekła. Znał każdy centymetr tego przeklętego statku, każdy nawet najdrobniejszy szczegół. Latający Holender...
    Dookoła panowała dobrze mu znana głucha cisza, nie słychać było nawet kojącego szumu fal. Wpatrywał się we wnętrze swojej kajuty nie mając sił by wyjść na pokład. Zbyt dobrze wiedział co tam zobaczy. Nawet jeśli uparcie powtarzał sobie, że może tym razem będzie inaczej.
    Nie miał pojęcia ile czasu tak siedział. Zresztą to i tak nie miało znaczenia. Czas na Holendrze nie płynął, a przynajmniej dla niego. Zaklął z wściekłością. Narzucił na siebie płaszcz i ruszył w stronę wyjścia z kajuty. W pierwszej chwili nie widział zbyt wiele. Gęsta mgła otaczała wszystko do tego stopnia, że ledwo widział zarys masztów. Prawie na oślep dotarł na mostek, starając się przy tym ignorować nazbyt dobrze znane mu ciche pomruki i jęki załogi. Gdy znalazł się na mostku, mgła zaczęła powoli rzednąć. Widział niewyraźne sylwetki członków załogi, jak i lekką czerwoną poświatę unoszącą się nad żaglami. Wszystko wracało do normy... Z trudem zmusił się by zachować spokój. W tej chwili przeklinał wszystkich mieszkańców Fabletown, którzy zapewne wrócili do swoich bajkowych domów. Oddałby wszystko byle tylko móc znów znaleźć się w mieście, jak najdalej od tego upiornego okrętu i jego załogi. Nigdy nie wyobrażał sobie dnia, gdy będzie tęsknił za lądem. A jednak. Tęsknił za tym brzydkim, brudnym miastem, za cholernym Trip Trapem, za rumem, jedzeniem, za pięknymi kobietami i za widokiem normalnych ludzi... Z wściekłością przeniósł wzrok na załogę. Gromada szkieletów wpatrywała się w niego swoimi pustymi oczodołami. Wszystkie trupy salutowały na jego powitanie, oczekując tym samym jakiejś reakcji. Może gdyby miały ludzkie twarze dałoby się zobaczyć ich radość z powrotu kapitana.
    Niech to wszystko szlag! W milczeniu zasalutował i przejął ster od jednego z trupów. Wśród bliżej nieokreślonych pomruków załoga powoli rozeszła się do swoich obowiązków. Wszystko wróciło do normy...

    [Dobrze, że przedłużyliście termin, bo bardzo chciałam wziąć udział :)]

    Henry

    OdpowiedzUsuń
  8. Blade światło wydobywające się z podziemnych, fluorescencyjnych kryształów oświetlało tonącą w ciemności komnatę podziemnego pałacu Nibelungów. Panowała tu nieprzyjemna wilgoć i chłód, co było dziwne biorąc pod uwagę rzeki lawy, w których tonęły fundamenty budowli. Był jeszcze ten okropny, siarkowy smród jaki wydobywał się z licznych szczelin, jakich pełno było w całych podziemiach. Doskonale znał to miejsce i chociaż minęły setki lat, nadal pamiętał każdy szczegół. Gdy obudził się dziś rano, w swojej dawnej komnacie, nie mógł pojąć co takiego się stało. Zbyt dobrze poznał tajniki magii by uwierzyć, że nagle wrócił do domu. To nie był jego dom... Gdyby rzeczywiście ta sama siła, która przeniosła go do Nowego Jorku, miała odesłać go do domu, nie znajdowałby się tutaj lecz w swoim królestwie. W lasach, wśród elfów, wróżek i innych leśnych duchów. Nie w nieistniejącej już krainie Nibelungów. Żadna magia nie mogła mieć takiej władzy nad czasem. Zniknął również pierścień, co nie wróżyło najlepiej. Co jeśli, któryś z władców Nibelungów zdobył pierścień i jakimś cudem złamał klątwę? Z taką mocą mógł dokonać wiele. Mógł również się zemścić...
    Zachowując spokój, opuścił swoją komnatę. Musiał dowiedzieć się jak najwięcej, może wtedy dowie się kto za tym stoi. Bez zastanowienia przemierzał kolejne korytarze. Chociaż chętnie popędziłby wprost do królewskich komnat, rozsądek podpowiadał mu co innego. Zatrzymał się w drzwiach prowadzących do zamkowej kuźni, w której większość czasu przesiadywał jego przybrany brat. Mime był jednym z najbrzydszych karłów zamieszkujących pałac, choć i tak szczycił się że w jego żyłach płynie krew mrocznych elfów. Może rzeczywiście nie był czystej krwi karłem i właśnie dlatego wytwarzane przez niego magiczne przedmioty były tak wyjątkowe.
    - Alberich! Co cię tu sprowadza? - powitał go radośnie karzeł, nie przerywając jednak swojej pracy.
    Oberon przez chwilę obserwował wydobywający się z ziemi ogień, by po chwili przenieść wzrok na przedmiot, który wykuwał jego towarzysz. Kształt wydał mu się dziwnie znajomy.
    - Pamiętasz o czym ostatnio rozmawialiśmy? - spytał wymijająco. Miał nadzieję, że dzięki temu zorientuje się jakoś w swoim położeniu.
    Cała radość momentalnie zniknęła z twarzy karła, ustępując miejsca zmieszaniu.
    - Już ci mówiłem... Król nigdy się na to nie zgodzi. Uważa, że nikt nie powinien posiadać takiej potęgi. To zniszczy nasz ród. - tłumaczył nieskładnie.
    Nie potrzebował już ani słowa więcej, by wiedzieć co właściwie się dzieje. To nie był zwyczajny powrót do domu, lecz do punktu wyjścia. Znajdował się w czasie tuż przed powstaniem pierścienia, w okresie szczytowej potęgi dynastii Nibelungów. Ktoś, lub też coś, najwyraźniej chciał zmienić bieg wydarzeń. Nibelungowie? Nie, oni nie mieli aż takiej władzy. Byli potężni, ale ich magia była specyficzna i stosunkowo słaba. W grę musiało wchodzić coś znacznie potężniejszego. Być może ta sama osoba stała za przeniesieniem ich wcześniej do Fabletown. Jeśli tak, to jaki miała interes w zmianie historii? Nie miał pojęcia, lecz zdecydował się dowiedzieć. Za wszelką cenę.
    - Alberich? Naprawdę bardzo mi przykro... W pierwszej kolejności jestem winien posłuszeństwo królowi... - ciągnął dalej Mime, najwyraźniej zaniepokojony milczeniem Oberona.
    - Dobrze, rozumiem to. - odezwał się w końcu. W tej chwili problem karła obchodził go najmniej. Wiedział w jaki sposób może zmusić go do posłuszeństwa. Teraz jednak o wiele ważniejsze było dotarcie do prawdy.
    - Pomówimy o tym później. - dodał siląc się na uśmiech, choć absolutnie nie było mu do śmiechu. Chciał już odejść, gdy coś go olśniło. Poznał przedmiot nad którym pracował Mime. Tarnhelm... Oberon niemal już zapomniał o użyteczności tego wspaniałego przedmiotu. W Fabletown używał go jedynie do iluzji zastępującej glamour. Tutaj mógł się okazać niezbędny.
    Oberon uśmiechnął się tylko. Może jednak historia znów zacznie toczyć się po jego myśli.
    - Kiedy to skończysz? - spytał wskazując przedmiot.

    [Ledwo się załapałam, nie dość że ostatniego dnia, to równo 600 słów. :) Mam nadzieję, że jako tako może być.]

    Oberon

    OdpowiedzUsuń
  9. Scarlet nie do końca mogła uwierzyć w to, co się stało.
    Siedziała na materacu wypchanym słomą, przykryta drapiącym kocem. Otaczały ją drewniane ściany chatki, na których pozawieszane były różne zioła czy obrazy. Czerwony Kapturek dobrze znał ten domek i być może do dlatego w jego oczach zebrały się łzy.
    - Mamo! - zawołała, wstając z materaca.
    Uszło jej uwadze, że ma na sobie szarą suknię uszytą z wełny. Na bosych stopach wyszła z pokoju, w którym kiedyś spała.
    Cały czas zastanawiała się, jakim cudem przeniosła się z Fabletown tutaj. Przecież to niemożliwe...
    - Mamo! - powtórzyła Scarlet, stojąc w kuchni.
    Dopiero teraz zauważyła, że każdy mebel jest pokryty grubą warstwą kurzu, a w piecu już od dawna nikt nie palił. W samej chatce mocny zapach ziół został przyćmiony przez ten stęchlizny...
    - Nie było mnie pięć lat, ale moja mama chyba nie... - szepnęła z paniką.
    Przerażająca prawda zaczęła do niej docierać z szybkością pędzącego na autostradzie auta. Jej matka umarła, a Scarlet przy tym nie było.
    Rudowłosa kobieta osunęła się na brudną podłogę, zakrywając twarz dłońmi. Szloch zaczął targać jej ciałem, a z drżących ust wydobywały się jakieś niezrozumiałe słowa. Scarlet czuła się tak, jak gdyby ktoś wyrwał jej serce lodowatą ręką i pozostawił ją tak z ziejącą raną w piersi.
    Podniosła się i, łkając, opuściła chatkę, która kiedyś była jej domem, jej bezpieczną przystanią. Ledwo wyszła, a poczuła przeraźliwy smród.
    Skręciła w lewo, za domek, a to, co zobaczyła...
    Na trawie leżał trup jej matki. Były to już niemal same kości, ale pozostały na nich resztki gnijącego mięsa. Jedynie wrzosowa suknia sprawiła, że Scarlet ją rozpoznała.
    - Nie! - wrzasnęła zdruzgotana kobieta, a na jej twarzy pojawił się wyraz przerażenia. - O mój Boże! Nie, nie!
    Zgięła się w pół, a zapach i widok sprawiły, że zwymiotowała. Nie dała rady powstrzymać torsji, które były zupełnie niekontrolowane. Nie mogła w to uwierzyć, to po prostu było dla niej zbyt wiele.
    Gdzie jest Fabletown?! Już wolałaby do końca życia pracować jako prostytutka, niż zobaczyć to, co widziała w tej chwili... Żyłaby przynajmniej w niewiedzy o takiej śmierci jej własnej matki. Dlaczego? Co mnie przeniosło?! Ja chcę wrócić!
    Kiedy wreszcie wymioty ustały, Scarlet wstała. Rzuciła raz jeszcze okiem na trupa. A potem uciekła daleko od zwłok jej matki i drewnianego domu.
    Biegła przez las, a cienkie gałęzie chlastały ją po zapłakanej twarzy i darły suknię, jednak nie Scarlet nie czuła bólu. Kobieta deptała piękne kwiaty i jakieś grzyby, ale nie zważała na to.
    Chciała po prostu uciec daleko z tego miejsca, a najlepiej - prosto do tego cuchnącego spalinami Fabletown.

    Scarlet
    [ Pisałam z telefonu, więc za ewentualne błędy i brak pauz przepraszam. ;; ]

    OdpowiedzUsuń

Szablon wykonała Night Tear. Źródło: WallPaper. Obsługiwane przez usługę Blogger.