czwartek, 1 lutego 1990

ETAP I

POWRÓT DO PRZESZŁOŚCI

EDIT. Jeśli ktoś nie zdążył zgłosić się w eliminacjach, a ma na to ochotę, teraz nadszedł ostatni moment. W II etapie tej możliwości już nie będzie. Co zrobić żeby zgłosić się teraz? Wystarczy dodać pod tym postem komentarz, w którym opiszecie zadanie I etapu, tak jak uczestnicy, którzy dotarli tu poprzez eliminacje. Przed tym jednak prosimy o zapoznanie się z regułami zabawy, które macie w linku powyżej.


Postaci zakwalifikowane do etapu I poprzez eliminacje: 
Virginia Dare
Mercedes Jones
Huckelberry Jones ✔
Celine Tiny
Katrina Grant ✔
Alice Kingsleigh ✔
Henry Drake
Oberon Alder ✔
Scarlet Blackbourne ✔

Zasady oceniania
Co musicie zrobić podane macie w głównym poście (link powyżej). Chciałam tylko opisać na jakiej podstawie Wasze wypowiedzi będą ocenianie. Ocenie podlegają następujące rzeczy: wywiązanie się z zadania głównego oraz pobocznych (4 punkty); kreatywność (2 punkty); poprawność stylistyczna i językowa (4 punkty). Razem do zdobycia jest 10 punktów, w przypadku kilku takich samych wystawionych ocen pod uwagę będzie brana długość komentarza, żeby w jakiś sposób wyłonić zwycięzców. Przypominam również o długości słów: od 500 do 700.

Zadanie etapu I
Po chwilowym szoku postanawiacie zrobić jedno: rozejrzeć się po okolicy w poszukiwaniu starych znajomych/miejsc/rzeczy, które w jakiś sposób wyjaśnią Wam to, co się właśnie stało. Przemierzając znajome otoczenie spotykacie w pewnym momencie tajemniczego człowieczka, który wyraźnie wie, co się przydarzyło. Niestety, nie mówi Wam nic poza bardzo dziwną radą: Skręć w lewo i przejdź przez drzwi. Nie macie jednak nic do stracenia, dlatego wybieracie wskazaną przez niego drogę, ale co zrobicie gdy odnajdziecie już tajemniczo wyglądające drzwi? Macie dwie opcje: przejść przez nie lub zostać. Możecie wybrać, co zrobi Wasza postać zależy wyłącznie od Waszej wyobraźni. A oto zadania (podzielone na dwa, w zależności na co się zdecydujecie).
1. Wasza postać przechodzi przez drzwi:
Zadanie główne - za drzwiami czeka na Was czarodziejka, która daje Wam zadanie; za poświęcenie czegoś najcenniejszego dla Was możecie wrócić do tego momentu swojej bajki, w którym zostaliście wysłani do Fabletown. Musicie się jednak liczyć z tym, że stracicie wszystkie wspomnienia oraz osoby, które zdobyliście w ciągu tych pięciu lat.
Zadania poboczne - a)Wasza postać zgadza się i wyrusza na poszukiwanie najcenniejszej dla siebie rzeczy; b)Wasza postać rezygnuje; c)Wasza postać prosi o czas na przemyślenie propozycji. W każdym z przypadków musi z powrotem przejść przez drzwi, by po tej drugiej stronie spotkać osobę, o której myślała, że nie zobaczy jej już nigdy w życiu.
2. Wasza postać nie przechodzi przez drzwi:
Zadanie główne - decydujecie, że co się stało to się nie odstanie, i ruszacie swoją drogą, dalej szukając czegoś, co pozwoli Wam zrozumieć obecną sytuację.
Zadania poboczne - a)Wasza postać po dłuższym czasie przemierzania okolicy popada w złość, starając się wyprzeć to zdarzenie i obudzić się w jakikolwiek sposób, żeby znowu znaleźć się w Fabletown; b)Wasza postać przypomina sobie o miejscu, w którym zawsze spotykała się z pewną ważną dla siebie kiedyś osobą, więc kieruje się w jego stronę; c)Wasza postać po bezowocnych poszukiwaniach czegokolwiek lub kogokolwiek postanawia zawrócić i przejść przez drzwi. W każdym z przypadków na swojej drodze spotyka osobę, o której myślała, że nie zobaczy jej już nigdy w życiu.

Wiem, że zadanie jest bardzo złożone, ale postanowiliśmy dać Wam większy wybór niż dostosowanie się do sztywno wyznaczonych punktów. Każdy z Was musi wybrać 1 zadanie główne i 1 odpowiadające mu zadanie poboczne, oraz po ich opisaniu wspomnieć o osobie, która pojawia się niezależnie od wybranego przypadku. W którym momencie zacznie się Wasz komentarz decydujecie sami. Jedyny wymóg do jego treści to opisanie tego co obowiązkowe i zakończenie Waszej wypowiedzi zdaniem lub kilkoma o spotkaniu tej osoby (bez żadnego dialogu!). Macie czas prawie do końca miesiąca, czyli 30 lipca. Dzień później zostaną ogłoszone wyniki, a 1 sierpnia pojawi się etap II.

Zapraszamy do witania nowej postaci, której kartę przykryliśmy: KARTA

11 komentarzy:

  1. Ubrany w ocieplany płaszcz z kapeluszem zamienionym na jedną z wielu wełnianych czapek, jakie znalazł w kajucie Swądka, przemierzał skute lodem morze. Zależało mu na tym, by dowiedzieć się, co jest właściwie grane. Opuszczenie Jolly Rogera, którego nie widział przez pięć lat, kosztowało go wiele poświęcenia, wolał jednak na chwilę zejść ze statku i rozeznać w sytuacji, niż tkwić w miejscu nie wiadomo jak długo.
    Brzeg był już coraz bliżej, a niebo pociemniało od ciężkich chmur. Zdawało się, że cała wyspa milczy, jakby Hak był jedyną żywą istotą. Kapitan odetchnął głębiej, gdy jego stopy stanęły wreszcie na stałym lądzie. Może i lód był gruby, ale zawsze istniało ryzyko, że niespodziewanie pęknie. Z ust Jonesa wydobył się mały obłoczek pary, który na sekundę ogrzał czubek jego nosa. Na nic więcej Hak nie mógł liczyć. Schował więc dłoń pod pazuchę, starając się ogrzać ją w ten sposób i zagłębił się w pokrywającą wyspę dżunglę. Miał nikłą nadzieję na to, że jednak nie jest sam, a ktoś na niego czeka. Może i było to bezpodstawne przeczucie, ale Jones oddał mu się w całości. Wszak nie miał nic do stracenia.
    Torował sobie drogę hakiem, bo wyciąganie zmarzniętą dłonią szabli wydawało mu się niezwykle głupie. Przeprawa i tak nie była łatwa, bo biały puch skutecznie utrudniał mu poruszanie się. Jones bardzo zmarkotniał, przynajmniej chwilowo jeszcze nie padało, choć wszystko wskazywało na to, że niebawem ten stan rzeczy ulegnie zmianie.
    Wtem do jego uszu dotarł dźwięk fletni. Zwykle, gdy słyszał ten instrument, to ogarniała go żądza mordu i wściekłość. W końcu w jego bajce to Pan stale się nią bawił. Jednak tym razem było inaczej, Haka ucieszyłby widok nawet tego bachora. Zaraz też przyśpieszył kroku i ruszył w kierunku, z którego napływała muzyka. Tym sposobem dotarł na zasypaną śniegiem polankę i grającego młodzieńca. Zdecydowanie nie był to Piotruś. Nie mniej, okazało się, że nie był sam i to przywołało uśmiech na jego twarz. Zanim Jones zdążył się odezwać, młodzieniec przemówił.
    -Skręć w lewo i przejdź przez drzwi.
    Zaraz potem powrócił do gry na fletni. Nic nie dały kolejne pytania i prośby o pomoc ze strony Haka. Młodzieniec zdawał się wiedzieć coś istotnego, ale powiedzieć nic nie chciał. Uśmiechał się tylko łobuzersko.
    Nie mając nic do stracenia, Jones zastosował się do porady nieznajomego. Niebawem też stanął przed drzwiami. Stały sobie od tak, po środku lasu. Nic więcej istotnego stwierdzić się nie dało. Skołowany Hak, nie myśląc wiele, otworzył je i przeszedł przez próg. Nie spodziewał się tego, co się stało. Znalazł się bowiem w przytulnym pokoiku z kominkiem. W fotelu naprzeciw niego siedziała smukła kobieta. Wewnętrzny głos podpowiadał mu, że była to czarodziejka. Jonesa przeszedł dreszcz.
    -Chcesz wrócić? - spytała kobieta - Mogę odesłać cię z powrotem do momentu, w którym wszystko się skomplikowało, stracisz jednak wspomnienia z tych lat spędzonych w Fabletown. Ale musisz mi dać coś w zamian. Coś co jest ci najcenniejsze
    Nie odezwał się ani słowem, tylko stał i wpatrywał się w czarodziejkę siedzącą przed kominkiem. Mimo ciepła i teoretycznie przyjaznej atmosfery nie czuł się tam dobrze. Chciał uciec jak najdalej, ale złożona mu propozycja zbytnio go intrygowała. Wrócić. Pięć lat wstecz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. -Widzę, że potrzebujesz czasu. Przemyśl to i wróć tu niebawem. Wtedy mi odpowiesz.
      Usłyszawszy to przyzwolenie, Hak obrócił się na pięcie i prawie wybiegł przez drzwi, które go tu przywiodły. Zaraz też ogarnęło go zimne powietrze, więc objął się automatycznie rękoma. Z nieba zaczął padać śnieg.
      Wrócić. Nigdy nie myślał, że będzie miał taką możliwość, a jednak, gdy tylko znalazł się na Jolly Rogerze, to skończył z Huckiem. Bez problemu zaczął na powrót tytułować siebie samego kapitanem Hakiem. Jakby tak miało być, a jednak teraz tęsknił za Fabletow...
      Nie wiedział ile to trwało, jak długo stał w miejscu na mrozie, ale podjął decyzję. Już wiedział, co odpowie czarodziejce i nie zamierzał odstąpić od swojego postanowienia. Wrócił więc do drzwi i po raz wtóry tego dnia przekroczył ich próg. Miał zamiar załatwić to szybko, ale coś mu to uniemożliwiło.
      Za drzwiami nie znalazł już tego samego pokoiku. To nie czarodziejka czekała na niego. W półmroku, który go przywitał, Hak zobaczył istotę, którą w sowim sercu pożegnał już dawno temu. Nie spodziewał się, że jeszcze kiedykolwiek ją zobaczy.
      -Lucy... - wymamrotał - Ukochana...

      [ Jej! Pierwsza ;3 No to tyle. Równo 700 wyrazów... Skracanie jest straszne, ale jakoś przez to przebrnęłam. ]
      Huck

      Usuń
  2. Scarlet powoli się uspokajała. Być może to ten znajomy las działał na nią kojąco. Dalej jednak nie potrafiła wyrzucić ze swojej pamięci widoku rozkładających się zwłok jej matki i tego fetoru, który unosił się dookoła tego miejsca. Przez te całe rozmyślania o tym niemal znów spanikowała, jednak udało się jej nad sobą zapanować.
    W końcu Scarlet zaczęły boleć nogi, więc przysiadła pod jednym z rozłożystych dębów. Odetchnęła głęboko i zaczęła sobie wszystko układać. Zasnęła jeszcze w Fabletown, a obudziła się już u siebie. Nie miała pojęcia, ile spała. Co prawda otworzyła oczy rankiem, ale skąd mogła wiedzieć, czy to ten ranek po felernej nocy? Równie dobrze mogła sobie śnić i trzy dni. Cała ta sytuacja pozostawiała dużo niewiadomych, a odpowiedzi nie było praktycznie w ogóle.
    Gdy kobieta w końcu sobie odpoczęła, wstała i ruszyła w dalszą drogę. Utonęła we własnych myślach, toteż nie zauważyła wystającego korzenia, o który po prostu się potknęła. Z głośnym krzykiem wylądowała na ziemi, babrając się w papce z liści i wody. Mruknęła coś pod nosem i uniosła dłonie, by ocenić stan zabrudzenia.
    — Skręć w lewo i przejdź przez drzwi.
    Zdumiona i przestraszona spojrzała przed siebie. To, co zobaczyła, wprawiło ją osłupienie. Jej dolna warga nieco opadła, ukazując równy rząd białych zębów.
    Stał przed nią karzeł w kolorowej czapce, drewnianych chodakach i bordowym kubraku. Pod pachą trzymał jakąś rozpadającą się książkę, a na jego wąskich ustach błąkał się uśmiech. Zrobił zeza i pokazał Scarlet język, po czym zwyczajnie usiadł sobie na mokrej ziemi i zaczął czytać starą księgę.
    Kobieta próbowała się czegoś jeszcze dowiedzieć. Jakie drzwi? Po co miała tam w ogóle iść? I, do cholery, co robił w środku lasu karzeł?! Jednak kiedy podeszła do człowieczka i zadała mu wszystkie te pytania, on w odpowiedzi uderzył ją ręką w kolano, po czym posłał jej zirytowane spojrzenie. Scarlet uniosła brwi i odeszła.
    Szła w lewo, jak powiedział jej karzeł. W końcu zauważyła drzwi, które po prostu stały sobie na środku lasu, jak gdyby nigdy nic. Obeszła je ostrożnie dookoła, ale kiedy nie zauważyła niczego niepokojącego – o ile fakt istnienia drzwi taki nie był – weszła do środka.
    Oślepiło ją jasne, niemal białe światło. Scarlet zakryła sobie oczy, a kiedy wszystko wróciło do normy, ujrzała stojącą na środku utrzymanego w pedantycznym porządku pomieszczenia czarodziejkę.
    — Dzień dobry… — powiedziała niepewnie rudowłosa. Zupełnie nie wiedziała, czego się spodziewać.
    — Mogę sprawić, że wrócisz do tego momentu swojej bajki, w którym zostałaś wysłana do Fabletown. — Kobieta rozciągnęła swoje pomalowane czarną szminką wargi w uśmiechu. — Musisz się jednak liczyć z tym, że stracisz swoje wspomnienia, a także osoby, jakie poznałaś w ciągu tych pięciu lat. W zamian oczekuję czegoś dla ciebie najcenniejszego.
    Scarlet przez chwilę wpatrywała się w białowłosą czwrodziejkę, aż w końcu wolno pokręciła głową. Nie, nie chciała tego. Wreszcie zaczęła wychodzić na prostą, znalazła nową pracę i poznała naprawdę wspaniałych ludzi. Miała to wszystko stracić? W życiu.
    — Nie chcę — powiedziała stanowczo, po czym wyszła przez drzwi.
    Odetchnęła głęboko, gdy tylko wyszła. W głębi duszy wiedziała, że może jej decyzja nie należała do najmądrzejszych, ale jej serce pragnęło czegoś innego. I Scarlet nic na to nie mogła poradzić, ani trochę. Nie miała pojęcia, jak wróci do Fabletown, ale na pewno znajdzie jakiś sposób. Po prostu nie dopuszczała do siebie innej opcji. Zamknęła oczy, po czym zjechała po drzwiach na wilgotną ziemię.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A kiedy otworzyła swoje oczy…
      Stał dokładnie przed nią. Smukły, wysoki, wesoły. Dokładnie taki, jakiego Scarlet go zapamiętała. Ten łobuzerski uśmiech, na widok którego wszystkie jej problemy nagle uciekały… Zawsze ją pocieszał. Był najwspanialszym bratem, jakiego można było mieć.
      A potem nagle zniknął. Scarlet pamiętała, że w tamtą noc była przerażająca burza. Lało jak z cebra, a potężny wiatr szarpał nawet potężne konary drzew. Dalej miała w głowie ten przeraźliwy krzyk matki, gdy nie zastała go w łóżku. Szukały go siedem dni. Siedem dni, w których miały wrażenie, że są w piekle.
      — Leon… — załkała głośno.

      Scarlet
      [ Równo 644 słowa. :) A co do tej nowej pracy - przeskoczyłam nieco w akcji. W tej zabawie Scarlet jest już pokojówką. :) ]

      Usuń
  3. Szła ścieżką przy lesie. Przez cały czas starała się zachować spokój i zimną krew, choć wewnątrz coś się w niej gotowało. Nie wiedziała co się stało, na dodatek czuła się dość bezsilna w całej tej sytuacji, a to tylko dodatkowo ją frustrowało. Jeśli nikt prócz niej nie pamiętał Fabletown to na dodatek musiała uważać na każde słowo, żeby nie wyjść na szaloną.
    Minęła cmentarz. Chociaż planowała od razu skręcić na ścieżkę wiodącą w środek lasu, coś ją zatrzymało. Nigdy nie bała się takich miejsc, teraz jednak poczuła dziwny niepokój, zupełnie jakby ktoś ją obserwował. Rozejrzała się, ale wokoło nie było nikogo. Jedynym dźwiękiem jaki słyszała było krakanie kruków, siedzących na jednym z nagrobków. Po raz kolejny uważnie przyjrzała się cmentarzowi. Już chciała zganić się za swoją głupotę i ruszyć w stronę lasu, gdy gdzieś za sobą usłyszała głos.
    – Skręć w lewo i przejdź przez drzwi.
    Odwróciła się gwałtownie. Nie spodziewała się nikogo, nie słyszała niczyich kroków... tymczasem tuż za nią stał jakiś człowiek. Nie widziała go tu wcześniej, chociaż jego pobrudzony ziemią ubiór i łopata, którą trzymał w ręku, mogły wskazywać iż pracował na cmentarzu. Skąd się tu wziął? Dlaczego nie usłyszała jego kroków? Mimo woli wzdrygnęła się na myśl, że dała się komuś tak podejść.
    – Śledziłeś mnie? Kim w ogóle jesteś? – spytała.
    Człowiek uśmiechnął się tylko i wskazał jakiś punkt za nią.
    – Skręć w lewo i przejdź przez drzwi. – powtórzył.
    Obejrzała się. Jedyna ścieżka prowadziła do lasu. W prawo. Po lewej stronie, za cmentarzem nie było nic wartego uwagi, co najwyżej pole nieużytków, zbyt kamieniste by nadawało się pod uprawę lub cokolwiek innego.
    – Niby skąd... – zaczęła, ale urwała w pół słowa. Dziwaczny mężczyzna zniknął bez śladu, jakby rozpłynął się we mgle. Czyżby kolejny duch nawiedzający Senną Kotlinę? Najchętniej zignorowałaby całe zdarzenie i ruszyła swoją drogą, jednak instynkt podpowiadał jej co innego.
    Skręciła w lewo. Minęła cmentarz i znalazła się na polu. Starannie omijała kamienie, starając się nie potknąć. Nigdzie nie widziała owych drzwi, ale nie zniechęcała się. Jeśli się uda, można znajdzie rozwiązanie zagadki, a jeśli nie to najwyżej niepotrzebnie zmarnuje tylko trochę czasu. W końcu z mgły wyłoniła się sylwetka starego, spalonego gospodarstwa. Uśmiechnęła się tylko, na widok osmolonej kamiennej futryny, w której nadal tkwiły, nieco spalone drzwi, które oprócz kamiennych fundamentów i dawnego pieca były jedynym co pozostało z gospodarstwa.
    Ostrożnie pchnęła drzwi. Kiedy zobaczyła za nimi wnętrze pokoju odsunęła się odruchowo. Na wszelki wypadek okrążyła samotną futrynę próbując odnaleźć na niej jakieś magiczne symbole, ale nie znalazła niczego niezwykłego. Znów wróciła do uchylonych drzwi. Tym razem weszła do środka. Na wszelki wypadek nie zamykała za sobą drzwi. Jeśli był to jakiś magiczny portal, wolała wrócić do Sennej Kotliny niż trafić przypadkiem do jakiejś innej krainy.
    Z uwagą rozejrzała się po niewielkim pomieszczeniu. Wnętrze przypominało gospodarstwa typowe dla Sennej Kotliny. Katrina miała wrażenie, że tak musiał wyglądać pokoik w spalonej chacie. Nawet piec stał w tym samym miejscu... Jedyną osobą w pomieszczeniu była kobieta w czarnej sukni. Pomimo siwych włosów, świadczących iż lata młodości miała już dawno za sobą, kobieta była niezwykle piękna.
    – Witaj Katrino. – odezwała się z uśmiechem – Cieszę się, że udało ci się znaleźć to miejsce. Jak pewnie zauważyłaś, wróciłaś do chwili, w której pięć lat temu trafiłaś do Fabletown. Jeśli chcesz możesz zostać tu na zawsze. Zapomnisz o tamtym życiu, zupełnie jakbyś nigdy nie opuściła tego miejsca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – Tak po prostu? – spytała w końcu Katrina. Nie była przekonana co do słów kobiety. Musiał tkwić w tym jakiś haczyk.
      – Oczywiście nie ma nic za darmo. – dodała kobieta – Wystarczy, że poświęcisz to co jest dla ciebie najcenniejsze.
      Katrina odruchowo miała chęć spytać, co się stanie jeśli odmówi, jednak w porę się powstrzymała. Z jednej strony oferta kobiety wydawała się kusząca. Wrócić do swojego życia i zapomnieć o urokach nowoczesności, o przyjaciołach z innych światów. Tak było łatwiej – żyć jak dawniej i nie tęsknić. Z drugiej strony nie miała pojęcia co mogło być w jej życiu najcenniejsze.
      – Muszę to przemyśleć. – odpowiedziała dyplomatycznie, jak najszybciej przechodząc z powrotem przez drzwi. Kiedy znów znalazła się na polu przy ruince, poczuła się zdecydowanie lepiej.
      Usiadła na kamiennym murku, będącym pozostałością fundamentów. Musiała to przemyśleć, zastanowić się co dalej. I właśnie wtedy usłyszała parsknięcie konia. Podniosła wzrok i ujrzała przed sobą znajomą, bezgłową postać...

      [Mam nadzieję, że wybrnęłam z faktu, że w eliminacjach od razu posłałam Katrinę do tamtego dnia...]

      Katrina

      Usuń
  4. To było takie piękne miejsce… Kraina Czarów pełna magii, kolorów. Dlaczego zmieniła się w koszmar senny? Dlaczego wywoływała strach dla dziewczyny?
    Alice rozglądała się na boki, oddychając z ulgą. Uciekała od istot. Śmiechy już ustały, spojrzenia przestały być wyczuwalne.
    Krwisty uśmiech oświetlał noc, a kocie oczy zdawały być nieobecne. Jakby czymś zahipnotyzowane. Co z tego? I tak Alice nie mogła nic zrobić. Nie śmiałą podnieść głosu, aby nie przynieść sobie kłopotów tym uczynkiem. Głupotą.
    Czy znajdzie tutaj jakąś odpowiedź? Wielkie grzybki, duża roślinność, kłębki dymu, mgła… gdzie tu znajome twarze?
    Na swej drodze ujrzała tajemniczą postać, twarz przykrywał jej kaptur. Odrzekł tylko do Alice słowa:
    - Skręć w lewo i przejdź przez drzwi.
    Nie pytała, nie buntowała się, tylko poszła w wypowiedzianym kierunku. Co miała do stracenia?
    Ujrzała drzwi. Dziwne, tajemnicze. Jednakże nie zdziwiła się Alice. Przecież była w Krainie Czarów! Ale innej niż dotychczas…
    Podeszła do drzwi, dłoń zacisnęła na klamce. Już miała przekręcić ją, gdy… nie. Nie teraz, nie czas na obce zabiegi. Nie była pewna co do tych drzwi, nie znała ich. Zobaczy co się za nimi kryje dopiero w ostateczności.
    Zrezygnowana Alice, zarazem pełna nadziei na wyjaśnienia, ruszyła dalej.
    Oddech miała ciężki. Nigdy wcześniej nie rozglądała się tak bardzo, jak u ówczesnego wydarzenia. Spojrzała kolejny raz w górę. Dlaczego? Dla otuchy?
    Kot nie odstępował jej swoimi oczyma. Miała wrażenie, że ją śledzi… a jego uśmiech sprawiał wrażenie, jakby zabarwiał czarne niebo. Tuż po chwili oba kolory zdominowały niebo, tworząc coś dziwnego nad Krainą Czarów.
    Zadrżała. Czy to da się wyjaśnić? Co się stało z tym miejscem? Pytania nie zdawały odstępować od myśli Alice.
    Krwawe rządy Królowej Kier? Coś bardziej straszniejszego?
    Nagle ujrzała znajome miejsce. Oprócz tych, którzy częścią historii Ali z Krainy Czarów.
    Stół, który pamięta doskonale, jak zwykle mieścił na sobie wszelakie dobroci, herbatę lub niektóre potłuczone filiżanki.
    Lecz nie tym razem. Nie było to zaproszenie na herbatkę, żadnych drwin lub śmiechów nie zastała.
    Dawnych przyjaciół zobaczyła, i się przeraziła…
    Zdawali się nie mieć w sobie życia, jakiegokolwiek tchnienia. Byli mechaniczny. Niby Żółw nawet popękany, a Marcowy Zając przerażający.... Wyżłobione miał oczy, zamiast tego, jego spojrzenie było czarne. Głębokie, wyciekające z nich „łzy” krwi. Suseł leżał na ziemi, mając w niektórych miejscach wyrwaną sierść. Żyje? Może nie… Alice nie potrafiła tego określić. Za to jego twarz nie była widoczna, leżał na brzuchu, odwrócony tyłem.
    Brak tu tylko kilku stworzeń, jednakże nie czas na nostalgię.
    Rozległ się szepty, coraz głośniejsze, bardziej piskliwe, a w tym głos Zająca:
    - Alice! Na herbatkę zapraszamy! Boisz się? Może pragniesz dołączyć do nas…?
    Upadła na kolana, przykrywając dłonią uszy, chcą chociaż trochę uciszyć głosy. Nie doczekała się tego.
    Dawni przyjaciele powoli odchodzi od stołu, a Suseł podniósł się, odkrywając swoją mordkę. Połowa była to czaszka zwierzęcia, owinięta czerwoną różą. Drugą połowę czaszki miał normalną.
    Zamknęła oczy, wstając na równe nogi i uciekając w las.
    Wszystko ustało. Dziewczyna zwolniła swoje tępo, okryła twarz dłońmi, płacząc i chcąc się uspokoić. Nic nie znalazła, żadnego światełka w tunelu. Co pozostało niż przejście przez te cholerne drzwi?
    Alice zaczęła iść w ich, lecz spostrzegła na swojej drodze postać. Postać, za którą tęskniła, jak i najważniejsze… poczucie, że już nigdy jej nie ujrzy.
    Elegancji mężczyzna ruszył w stronę Ali.
    - Kapeluszniku…

    Alice

    OdpowiedzUsuń
  5. Opuścił zamkową kuźnię pełen nadziei. Jak na razie, pomimo całej tej sytuacji, wszystko wydawało się układać po jego myśli. Był zdecydowany wykorzystać to chwilowe szczęście i jak najszybciej rozgryźć całą sytuację, zanim tajemniczy przeciwnik wykona jakiś ruch.
    Przemierzał właśnie kolejne korytarze, łączące podziemia z resztą zamku. Co jakiś czas mijał po drodze grupki karłów, które szczególnie upodobały sobie tą część budowli. Tym bardziej zaskoczył go widok mężczyzny z długą brodą, odzianego w białe szaty, który bardziej przypominał druida niż jakiegokolwiek mieszkańca Krainy Mgieł. Oberon miał wrażenie, że dziwny człowiek przygląda mu się uważnie. Kiedy znalazł się blisko, starzec odezwał się.
    – Skręć w lewo i przejdź przez drzwi Oberonie.
    Słowa starca wydały się dziwne, lecz o wiele bardziej niepokojące było imię jakiego użył. Oberon. Nikt wśród Nibelungów nie używał tego imienia. Zazwyczaj nazywano go po prostu Alberich, czasem starsi używali również imienia Alegast, ale nigdy nie Oberon. Przyjął to imię dopiero będąc Królem Olch. Ten tajemniczy druid musiał wiedzieć coś więcej.
    Niemal natychmiast Oberon chwycił człowieka za ramię, zdecydowany nie pozwolić mu odejść bez wyjaśnień.
    – Skąd znasz moje imię?
    – Panie, tutaj wszyscy znają twoje imię. – dopiero teraz zauważył, że zamiast druida stoi przed nim jeden z elfów.
    – Zapomnij. – odpowiedział tylko, pozwalając elfowi odejść. Mógłby przysiąc, że jeszcze przed sekundą go tu nie było.
    Rozzłoszczony, że nie był wystarczająco czujny i dał się oszukać magii, ruszył dalej. Wiedział, że musi odnaleźć te drzwi. Wtedy zauważył również prowadzący w lewo korytarz. Oberon był pewien. że nigdy wcześniej nie było tu korytarzu, ale to również mogła być kolejna magiczna sztuczka. Na końcu niezbyt długiego korytarza znajdowały się samotne drzwi. Nie było w nich nic niezwykłego, wyglądały jak wszystkie inne zamkowe drzwi. Jedynie otaczająca je magia nie przypominała żadnej z tutejszych dziedzin magii, chociaż było w niej coś znajomego.
    Otworzył drzwi i wszedł do znajdującej się za nimi komnaty. W przeciwieństwie do innych zamkowych komnat, ta wydawała się wręcz przytłaczająco mała i ciemna. Jedynym źródłem światła były wiszące na ścianach pochodnie, zupełnie jak w zamkach należących do ludzi. Na środku tego pomieszczenia stała kobieta, bez wątpienia czarodziejka.
    – Witaj. – odezwała się – Jeśli chcesz, mogę odesłać się z powrotem do chwili, w której przeniosłeś się do Fabletown. Stracisz co prawda wszystkie wspomnienia z ostatnich pięciu lat, ale odzyskasz swoje dawne życie. Wystarczy, że poświęcisz coś najcenniejszego dla ciebie.
    Uśmiechnął się słysząc słowa czarodziejki. Nawet jeśli tęsknił do tamtego życia, w tej chwili był pewien, że rozgryzł cel tej dziwnej sytuacji. Coś najcenniejszego... Pierścień Nibelungów. Nawet jeśli klątwa prędzej czy później zwróciłaby mu ten drogocenny przedmiot, nie mógł nikomu powierzyć takiej mocy. Sam był w stanie znaleźć rozwiązanie i wrócić.
    – Nic nie jest warte takiej ceny. – odpowiedział
    Bez słowa skierował się ku wyjściu. Za drzwiami jednak nie było już zamkowego korytarza, lecz las. W pierwszej chwili nie rozpoznał tego miejsca. Dopiero gdy przeszedł przez drzwi i rozejrzał się po okolicy udało mu się skojarzyć, że znajduje się w lesie na pograniczu, między światem ludzi, a krainą Nibelungów. Znów spojrzał na drzwi, które powoli rozmyły się w mgle. Skoro magia go tu doprowadziła, musiał kryć się w tym jakiś cel.
    Już miał udać się w drogę powrotną do podziemnego pałacu, kiedy kątem oka zauważył jakiś ruch, zarys postaci, prześlizgującej się bezszelestnie wśród drzew. Ostrożnie ruszył w tamtym kierunku.
    – Pokaż się. – rozkazał, gdy znalazł się dostatecznie blisko tajemniczego szpiega.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie spodziewał się jednak tego, co zobaczył. Spośród drzew wyłonił się wysoki, jednooki mężczyzna. Hagen... Jego jedyny syn. Zmarły syn, którego bezgraniczną lojalność, wykorzystał lata temu bez mrugnięcia okiem. Chociaż Oberon nigdy o nim nie mówił, często żałował tego w jaki sposób manipulował Hagenem, traktując go jako użytecznego podwładnego, niż jak syna. Dopiero gdy swoimi działaniami doprowadził do jego śmierci zrozumiał swój błąd i okrutne zaślepienie. Nigdy nie spodziewał się zobaczyć ponownie swego pierworodnego... A jednak. Czyżby miała to być druga szansa? A może jakaś okrutna kara za błędy?
      Mimo przytłaczających go wyrzutów i obaw, uśmiechnął się na widok Hagena.
      – Witaj synu. – odezwał się w końcu, zmuszając się do przełamania panującego między nimi milczenia.

      Oberon

      [Wyszło kompletnie nie tak jak chciałam, ale trudno musi być jak jest.]

      Usuń
  6. Czas znów wlekł się w nieskończoność. Minuty czy godziny? Tutaj nie miało tu żadnego znaczenia. Wszystkie chwile na pokładzie i tak wyglądały tak samo. Nie było wacht, bo i po co kiedy nikt z załogi nie potrzebował odpoczynku. Nawet pora dnia była trudna do określenia z powodu spowijającej statek mgły. Hendrik czasem starał się umilić sobie jakoś czas snując opowieści, do któregoś ze szkieletów. Chociaż do tego jednego się nadawali. Byli kompletnie bezmyślni i niekontaktowi, ale potrafili słuchać, sprawiając wówczas wrażenie jakby próbowali zrozumieć co się do nich mówiło. Tym razem jednak kapitan nie miał ani sił, ani chęci na te wymuszone konwersacje. Z chwili na chwilę czuł, że nie wytrzyma. Najbardziej chciał się teraz znaleźć w jakimkolwiek barze. Choćby w Trip Trapie, gdzie popijałby alkohol, słuchał pijackich rozmów gości, trajkotania Alicji o jakiś niestworzonych historiach i Haka brzdąkającego na pianinie. Cokolwiek byle czuć się normalnie.
    - Skręć w lewo i przejdź przez drzwi. - usłyszał czyjś głos.
    Cholerny Davy Jones, jeśli to była kolejna jego zabawa...
    Kiedy jednak się obejrzał zobaczył okrętowego ducha. Był to duch zamordowanego przez Hendrika pilota statku, który od czasu do czasu nawiedzał Holendra. Początkowo kapitan życzył zjawie by sczezła w piekle, później jednak doszedł do wniosku, że stokroć woli towarzystwo prawiącego kazania ducha niż szkieletowej załogi, czy tego morskiego diabła, który go w to wpakował.
    - Jak się miewasz staruszku? Tęskniłeś chociaż trochę? A może też korzystałeś z życia i balowałeś te 5 lat w Fabletown? - zagadnął Hendrik.
    Duch w odpowiedzi powtórzył jedynie wcześniejsze słowa.
    - Skręć w lewo i przejdź przez drzwi. - tym razem jednak brzmiało to bardziej jak rozkaz niż rada.
    - Jakie znowu drzwi?
    Duch bez słowa znalazł się przy znajdujących się po lewej stronie od mostka, drzwi prowadzących pod pokład. Nie powiedział nic więcej i zniknął równie nagle jak się pojawił.
    Nie miał nic do stracenia. Oddał stery jednemu z kręcących się po statku szkieletów i podszedł do drzwi. Przeszedł przez nie, chociaż nie spodziewał się wiele. Potrzebował chyba jedynie pretekstu by na chwilę odejść i nie oglądać załogi. Niższy pokład za drzwiami nie wyglądał jakoś inaczej niż zwykle. Hendrik już miał wrócić gdy dostrzegł postać. Kobietę. Żywą, z krwi i kości. Z każdą chwilą był coraz bardziej skołowany. Na statku działo się coś dziwnego, a on nie miał nawet pojęcia co.
    - Chciałbyś wrócić? - spytała kobieta.
    - Też pytanie. - mruknął Hendrik. Oczywiście, że chciał wrócić. Za każdą możliwą cenę.
    - Jeśli tylko poświęcisz to co jest dla ciebie najcenniejsze, mogę odesłać się z powrotem...
    Najcenniejsze? Statek. Musiało chodzić o statek.
    - Tylko Latający Holender jest dla mnie cenny. Możesz go wziąć choćby zaraz. - odpowiedział szybko, nie chcąc pozwolić dziwnej kobiecie na zmianę zdanie.
    - Wrócisz do chwili, w której wszystko się skomplikowało. Zapomnisz jednak o wszystkim co wydarzyło się w Fabletown...
    - Słucham? - przerwał jej - Nie chcesz odesłać mnie do Fabletown? - spytał nieco zbity z tropu.
    - Chcę odesłać cię do twojej historii. - odpowiedziała spokojnie.
    - W takim razie wynoś się. Nie zamierzam tkwić przez wieczność na tym statku. Jeśli nie możesz odesłać mnie do Fabletown to po prostu się wynoś! - warknął wściekle, wychodząc z powrotem na górny pokład. Co to niby miało być? Za kogo ta kobieta go uważała? Za głupca, który poświęci wszystko by wrócić do swojego własnego, nie kończącego się piekła? Niedoczekanie...
    Ze złością minął mostek i część załogi, by zaszyć się w swojej kajucie. To musiał być jakiś piekielny koszmar. Przez dłuższą chwilę siedział z zamkniętymi oczami w nadziei, że gdy je otworzy znajdzie się ponownie w swoim mieszkaniu w Fabletown. Miał wrażenie, że uczucie kołysania minęło. Z nadzieję otworzył oczy, jednak zamiast w swoim domu znajdował się w jakiejś izbie. Przypominała mu nieco izbę w jego dawnym holenderskim domu. Kiedy do pomieszczenia weszła kobieta odruchowo zamarł w niedowierzaniu. Przed nim stała jego dawno już zmarła żona...
    To naprawdę musiał być sen...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Po terminie noale... I przepraszam za nieogar i nie podpisanie się.]

      Henry

      Usuń

Szablon wykonany przez drama queen. Obsługiwane przez usługę Blogger.